Sprzedaż chemii budowlanej w górę. Wzrosty sięgają kilkudziesięciu procent

CEO Magazyn Polska

Rynek materiałów budowlanych w Polsce w I połowie roku rósł bardzo dynamicznie. Tylko w Polskich Składach Budowlanych sprzedaż po pierwszych pięciu miesiącach roku była o jedną czwartą wyższa niż przed rokiem. Producent chemii budowlanej firma Selena FM zanotowała w Polsce największe wzrosty spośród 70 różnych rynków, na których jest obecna. Inne perspektywiczne dla spółki rynki to m.in. Turcja, Rumunia i Brazylia, choć przedstawiciele firmy deklarują, że teraz koncentruje się ona głównie na rynku na europejskim.

Dobra kondycja polskiej branży chemicznej to efekt m.in. uporządkowania struktury własnościowej, które dokonało się w ostatniej dekadzie.

Na polskim rynku chemicznym w ciągu ostatnich 10 lat uporządkowano strukturę własnościową, dzięki czemu obecnie zarządy praktycznie wszystkich spółek dość intensywnie pracują nad realizacją różnego rodzaju strategii rozwojowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Domarecki, przewodniczący rady nadzorczej Selena FM SA.

Szansą dla polskich producentów są też odbiorcy za granicą. W ubiegłym roku wartość wyeksportowanych wyrobów przemysłu chemicznego wzrosła o 8,2 proc. – do ponad 21,7 mld zł euro. Dobrze na zagranicznych rynkach radzą sobie zarówno producenci chemii budowlanej, jak i nawozów rolniczych.

Zdaniem przedstawiciela Seleny zarówno obecną kondycję branży, jak i perspektywy rozwoju można ocenić pozytywnie.

W tym roku największe wzrosty obserwujemy na rynku polskim. Polski rynek materiałów budowlanych pięknie odżył. Jest to częściowo zasługa łagodnej zimy, ale również mimo wszystko tego, że jest coraz więcej nowych inwestycji budowlanych i tutaj widzimy szansę na umocnienie naszej pozycji – mówi Krzysztof Domarecki.

Na rynku polskim spółka realizuje ok. 30 proc. sprzedaży. Reszta trafia na zagraniczne rynki – firma jest już obecna w 70 krajach.

Oprócz Polski bardzo dobry rozwój mamy w Turcji, również w krajach Azji Centralnej, które nie zostały dotknięte takim kryzysem ekonomicznym, jak Rosja czy Ukraina. Przed chwilą wróciłem z Brazylii i cieszę się, bo jest to rynek, który dostarcza nam co roku dwucyfrowych wzrostów, w tym roku też tak będzie – zapewnia Krzysztof Domarecki.

Selena FM zamierza w najbliższym czasie koncentrować się raczej na rynkach europejskich. Najbardziej perspektywiczne kraje na Starym Kontynencie to Czechy, Rumunia i Turcja. Wyraźne odbicie widać też w Hiszpanii, która odpowiada za 10 proc. sprzedaży spółki na zagranicznych rynkach.

Domarecki podkreśla, że na razie spółka nie ma planów wejścia na nowe rynki ani też nie planuje przejęć.

Koncentrujemy się na spółkach, w których dotychczas działaliśmy, działamy i chcemy rozwijać. Liczymy na to, że w tym roku będziemy mieli wzrost pomiędzy 6 a 8 proc. – zapowiada przewodniczący rady nadzorczej Seleny.

W Polsce działalność firmy Selena koncentruje się na kanale tradycyjnym, a więc składach i hurtowniach materiałów budowlanych. Firma jest też obecna w sieciach handlowych. Te ostatnie w większości krajów poza Europą Zachodnią mają ponad 10–15 procent udziałów w lokalnych rynkach dystrybucji materiałów budowlanych.

Polskie kempingi najtańsze w Europie. Co roku korzysta z nich 800 tys. zagranicznych turystów

CEO Magazyn Polska

Nawet 800 tysięcy turystów zagranicznych rocznie korzysta z polskich kempingów. Ich popularność rośnie nie tylko dzięki najniższym w Europie cenom. Turystów głównie z Niemiec i Holandii zachęca także coraz wyższy standard polskich kempingów, które często oferują warunki na poziomie czterogwiazdkowego hotelu.

Już po raz drugi z rzędu badania Eurostatu wykazały, że w Polsce są najtańsze kempingi w całej Europie, a przy tym ich standard jest wysoki. Polskie kempingi odwiedza od 600 do 800 tys. turystów zagranicznych. Co roku liczba turystów minimalnie wzrasta i to nas cieszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Szeftel, prezes Polskiej Federacji Campingu i Caravaningu.

Jak podkreśla Szeftel, koszt pobytu statystycznej załogi, czyli grupy dwóch dorosłych osób, dziecka i samochodu z przyczepą lub motokarawanu wraz z przyłączem do prądu, na kempingu w naszym kraju kosztuje średnio 15-17 euro za dobę. W Europie Zachodniej taki sam pobyt będzie kosztował od 23 do nawet 35 euro za dobę.

Choć cena pobytu na kempingu zależy przede wszystkim od jego popularności i lokalizacji, a nie bezpośrednio od standardu, to w Polsce poprawia się także ich jakość. Szeftel podkreśla, że standard polskich kempingów nie odbiega już od Europy Zachodniej. Ponad 60 proc. wszystkich kempingów zrzeszonych w Polskiej Federacji Campingu i Caravaningu spełnia wszystkie europejskie wymogi sanitarne, a ich standard czasem przekracza poziom hoteli czterogwiazdkowych.

Zdecydowana większość turystów krajowych i zagranicznych korzysta właśnie z tych kempingów, które mają oznakowanie, mają określoną kategorię. Dla przykładu powiem, że kemping w Warszawie został uznany przez sieć kontrolerów międzynarodowych za jeden z najlepszych kempingów umieszczonych w stolicy Europy – mówi Szeftel.

Polska Federacja Campingu i Caravaningu promuje najlepsze kempingi m.in. poprzez konkurs Mister Camping. Konkurs jest organizowany od 48 lat i podzielony na cztery kategorie wielkości. PFCC bierze pod uwagę zagospodarowanie terenu, czystość kempingu, ofertę i program dla turystów oraz opinie odwiedzających. W ubiegłym roku tytuł Mister Camping 2013 otrzymało łącznie 20 kempingów. Wśród nagrodzonych znalazły się m.in. aż trzy obiekty w Łebie oraz dwa w Dziwnówku.

Szeftel podkreśla, że co roku wśród nagrodzonych i wyróżnionych kempingów znajduje się nawet jedna trzecia wszystkich obiektów w kraju. W Polsce łącznie działa 250 kempingów. Federacja proponuje turystom także trasy łączące najlepsze miejsca.

Kempingom dzisiaj w dobie konkurencji zależy bardzo na tym, żeby przyciągnąć turystę. Jak turysta będzie zadowolony, to w następnym roku nie tylko on przyjedzie, ale sprowadzi również znajomych i sąsiadów – podkreśla Szeftel.

W ubiegłym roku na polskie kempingi przyjechali turyści z 38 państw. Ponad 30 proc. z nich stanowili Niemcy i Holendrzy, ale coraz więcej jest też Rosjan. Polacy z kolei najczęściej jeżdżą do krajów Beneluksu i Niemiec, a także do Hiszpanii. Mocno rozwinięta sieć kempingów jest też w basenie Morza Śródziemnego – przede wszystkim w południowej Francji, Włoszech i Chorwacji.

Polacy nie segregują odpadów z tworzyw sztucznych. Wiele z nich ląduje w jeziorach i rzekach

CEO Magazyn Polska

Polskie gospodarstwa domowe wytwarzają rocznie 1,5 mln ton odpadów tworzyw sztucznych. Według danych Fundacji PlasticsEurope Polska 60 proc. z nich nie jest poddawanych ponownemu przetworzeniu. Trafia przede wszystkim na wysypiska śmieci, ale też, niestety, do jezior i rzek.
 
Około 900 tys. ton śmieci jest bezpowrotnie traconych. Reszta jest odzyskiwana, czy to w recyklingu – 24 proc., czy przez odzysk energii – około 17 proc. Na tle Unii Europejskiej te wyniki nie są najlepsze. Unia Europejska składuje tylko ok. 30 proc., dużo więcej odzyskuje w procesie odzysku energii – 37 proc. i w recyklingu 26 proc. – mówi Kazimierz Borkowski, dyrektor zarządzający Fundacji PlasticsEurope Polska.

Plastikowa butelka rozkłada się ok. 500 lat, foliowa torba – ok. 300 lat, a aluminiowa puszka – od 200 do 400 lat. Na świecie produkuje się jednak coraz więcej opakowań z tworzyw sztucznych. Od 1988 r. do 2010 r. światowa produkcja wzrosła o 170 mln ton.

 
Szczególnie narażone na tego typu odpady jest środowisko wodne. Cierpią również przez to mieszkające w akwenach zwierzęta. Według ONZ co roku z powodu śmieci ginie ok. 1 mln morskich zwierząt. W ubiegłym roku Komisja Europejska stwierdziła, że gromadzące się w wodach i na lądzie odpady tworzyw sztucznych to największy ekologiczny problem mieszkańców Ziemi, który należy jak najszybciej rozwiązać.

W Polsce edukacja na temat segregowania odpadów tworzyw sztucznych do ponownego użytku i niezaśmiecania wód jest wciąż niska.

Od 25 lat jakość wody w Polsce się poprawia. Jest bardzo dużo inwestycji w oczyszczalnie ścieków. Na przykład Warszawa od 1,5 roku ma nową oczyszczalnię ścieków, dzięki której to, co powstaje w Warszawie, nie spływa do rzeki. Problemem są jednak opakowania z tworzyw sztucznych. Jeżeli turyści czy spacerowicze spędzają czas nad rzeką, to ważne jest, żeby nie zostawiali śmieci na brzegu, bo prędzej czy później spłyną one do rzeki – mówi Kazimierz Borkowski.

Fundacja PlasticsEurope Polska w tym roku po raz czwarty zorganizowała akcję „Recykling Rejs – odzyskuj tworzywa sztuczne” z podróżnikiem Dominikiem Dobrowolskim. Od 27 czerwca do 12 lipca grupa osób pokonuje kajakiem trasę, która liczy 1000 km. Spływ rozpoczął się na Wiśle, a zakończy w jeziorze Beetzsee za Berlinem. Podczas spływu na poszczególnych postojach organizowane są wykłady, które mają na celu edukację na temat odzysku i recyklingu tworzyw sztucznych.

Wakacyjna praca szansą na stałe zatrudnienie

Posiadając wykształcenie i znając języki obce, bez problemu możemy znaleźć zatrudnienie. Obecny rynek pracy jest otwarty na młodych ludzi, a wakacje są czasem, który powinniśmy wykorzystać na rozwój kariery zawodowej.

Wiele firm w okresie wakacji oferuje praktyki czy staże. „Przykładem takiego rynku są sektory SSC i BPO, czyli centra usług wspólnych i usługi dla biznesu, które skupiają różne procesy międzynarodowe” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Nosek z Antal International. Dla wielu młodych ludzi jest to szansa na rozpoczęcie swojej kariery w międzynarodowej organizacji. Zdarza się, że najtrwalsze, okazują się rozwiązania tymczasowe. Warto więc dobrze przygotować się do pracy wakacyjnej. A zdaniem Krzysztofa Inglota, rzecznika prasowego agencji Work Service „[…] Jeśli pokażemy się z dobrej strony, wakacyjną pracę możemy dostać już na stałe”.

Znajomość języka angielskiego, nie robi już na pracodawcach w Polsce większego wrażenia. „Język angielski jest jak dowód – każdy powinien go mieć” – uważa Małgorzata Nosek i dodaje „[…] dodatkowy język jest naszym paszportem, który otwiera możliwości do rozpoczęcia nowej pracy”.

Wakacje są jednak okresem, w którym przede wszystkim możemy liczyć na znalezienie pracy typowo dorywczej. Obecnie jest dużo ofert pracy na zastępstwo. „Pracodawcy szukają kogoś, kto przez 2-3 tygodnie wypełni obowiązki osoby nieobecnej” – uważa Krzysztof Inglot.

Oprócz typowych zajęć takich jak pomoc w restauracji, reklama produktów i instytucji, praca w hotelu czy sprzedawanie miejscowych pamiątek, na szczególną uwagę zasługuje praca jako skiper, czyli dowódca jachtu. „[…] Jest to dochodowe zajęcie dla osób, które posiadają odpowiednie uprawnienia” – twierdzi Krzysztof Inglot. Skiperzy z doświadczeniem, na największe zarobki, mogą jednak liczyć za granicą. „Tygodniowe wynagrodzenie skipera morskiego w Chorwacji, jest na poziomie 700-1500 euro” – dodaje Krzystof Inglot.

Szukając zatrudnienia, można korzystać z usług agencji pośrednictwa pracy. „Taka firma, niezależnie od stanu finansowego pracodawcy, gwarantuje nam wynagrodzenie” – uważa Krzysztof Inglot. Pracę należy wykonywać tylko w oparciu o umowę i to taką podpisaną przed, a nie w trakcie, czy po wykonaniu usługi. „[…] Należy sprawdzić wynagrodzenie i zakres obowiązków, jak również regulamin i ewentualne kary – apeluje Krzysztof Inglot. Trzymając się tych zasad, unikniemy niemiłych niespodzianek.

Sezon wakacyjnych rekomendacji

Zadowolony klient to prawdziwa reklama. Analogicznie, ten którego oczekiwań nie spełnił nasz produkt czy usługa, staje się naprawdę dużym zagrożeniem dla reputacji. Szczególnie w czasach, gdy internet pozwala szybko i łatwo dzielić się opiniami. Doskonałym tego przykładem jest branża turystyczna.

Sezon wakacyjno- urlopowy w pełni. Turyści planują, kupują, ale najpierw… czytają. Internet to medium, które swobodnie można określić mianem przełomowego właśnie dla branży turystycznej. Nie chodzi tu tylko o dominację internetu w procesie samego zakupu usługi turystycznej, chociaż rzeczywiście ma on w tym zakresie znaczenie niebagatelne. Bez wychodzenia z domu, siedząc przed komputerem możemy bowiem wykupić wycieczkę do najbardziej odległego zakątka świata. To także internet daje nam sporą szansę na znalezienie oferty szczególnie atrakcyjnej, a więc last minute: okazja, decyzja, przelew, walizki i wylot z najbliższego lotniska za kilka, kilkanaście godzin. Także tym, którzy z wyjazdów zorganizowanych korzystać nie lubią, internet daje szansę wyszukania, rezerwacji i zakupu poszczególnych elementów samodzielnie zaplanowanej wyprawy. Jest kilka czynników, którym przypisać można rolę kluczową w decyzji o zakupie tej, a nie innej usługi turystycznej. Wśród nich znajduje się oczywiście cena, ogromne znaczenie odgrywa też jednak właśnie reputacja, jaką dane biuro turystyczne, hotel czy linie lotnicze mają w sieci.

Z punktu widzenia na przykład właścicieli obiektu noclegowego, śledzenie opinii w sieci i reagowanie na nie jest jednym z kluczy do sukcesu. Zapewne niewiele osób chętnie wybierze się do hotelu, który w internecie ma opinię miejsca brudnego, głośnego czy z nieuprzejmą obsługą. Relacje dotyczące pobytów i wrażeń względem właściwie każdego znaczącego dziś obiektu, można znaleźć na przykład na forach, blogach czy w wyspecjalizowanych w tym zakresie serwisach turystycznych. Szansą dla miejsc noclegowych jest też obecność w social media, wymaga ona jednak profesjonalnego prowadzenia i monitoringu. Obserwacja tego co może nie odpowiadać gościom w realizowanej przez nas usłudze, pozwala projektować i wdrażać ulepszenia, zwraca uwagę na kwestie, które najłatwiej dostrzegalne są właśnie z punktu widzenia klienta. Serwisy społecznościowe mogą ponadto znacząco wpłynąć na motywację i zaangażowanie samych pracowników naszego obiektu. Ryzyko pojawienia się w sieci negatywnych opinii ze wskazaniem na konkretnego pracownika, rodzi bowiem konieczność większego zaangażowania w obsługę klienta, staranność w przypadku ewentualnych skarg i reklamacji, a przede wszystkim przeciwdziałanie im.

Spójna strategia marketingowa w zakresie obecności w internecie, to w wypadku podmiotów z branży turystycznej konieczność – mówi Katarzyna Kołodziejczyk, Key Account Manager GRUPA 365 NET – Narzędzia reklamy i promocji dostępne w sieci pozwalają skutecznie i w ramach optymalnego budżetu dotrzeć do właściwych osób, co w wypadku turystyki jest szczególnie trudne, ale też niezwyle istotne – dodaje.

Polacy wydają ponad 100 mld zł rocznie na ochronę zdrowia

W 2012 roku na ochronę zdrowia wydaliśmy 107,8 mld zł. Z tego 74,5 mld zł stanowiły wydatki publiczne, a 24,5 mld zł bezpośrednie wydatki gospodarstw domowych w sektorze prywatnym. Wydatki na ochronę zdrowia stanowią ponad 6,5% PKB.

Pieniędzy na ten cel wydajemy dużo, ale nie najwięcej. Wydatki te stanowią nieco ponad 6,5% PKB. W Portugalii jest to prawie 10%, a w Niemczech – 11,3%. Spośród 34 krajów monitorowanych przez OECD tylko Estonia i Meksyk mają mniejszy udział wydatków na ochronę zdrowia niż Polska, bo niecałe 6% PKB.

Polacy coraz częściej korzystają z prywatnych klinik i usług medycznych. W 2012 roku gospodarstwa domowe bezpośrednio wydały na ten cel 24,5 mld zł – przeciętnie 1900 zł na jedno gospodarstwo domowe. Koszty prywatne wzrosły o 2,5 mld zł od 2010 roku – 185 zł w przeliczeniu na rodzinę.

Działalność szpitalna kosztuje nas ok. 24 mld zł. Koszty te stanowią 34% wydatków bieżących. Świadczenia ambulatoryjne pochłaniają ok. 20 mld zł. Co roku w Polsce hospitalizowanych jest ok. 6,5 mln osób. Z tego 3,5 mln stanowią kobiety. Ok. 16% pacjentów trafia do szpitali w związku z chorobami układu krążeniowo-oddechowego. Osoby, które doznały urazów i zatruć, stanowią mniej niż 10% hospitalizowanych pacjentów.

Coraz więcej ludzi ubezpiecza się prywatnie

– Państwowa służba zdrowia finansowana jest ze składek na ubezpieczenie społeczne oraz z budżetu państwa. Z różnych przyczyn ten sposób finansowania jest niewystarczający, by pokryć koszty usług oczekiwanych przez pacjentów. Między innymi Stąd bierze się wzrost zainteresowania prywatnymi ubezpieczeniami zdrowotnymi, które stanowią popularne świadczenie socjalne oferowane przez pracodawców. Niemniej, to nie rozwiązuje problemu – stwierdza Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Polski sektor medyczny – pomimo ogromu wydatków – wciąż jest niewydolny i nie da się tego problemu rozwiązać tylko zwiększaniem dochodów NFZ. Składka na ubezpieczenie zdrowotne jest ściśle związana z naliczaniem zaliczki na podatek dochodowy.

– Między innymi z tego powodu zwiększanie kwoty wolnej od podatku równocześnie utrudniałoby odliczenie części składki zdrowotnej. Pod tym względem zasadne byłoby jej zryczałtowanie lub znalezienie innego sposobu naliczania, który nie byłby związany z podatkiem dochodowym – dodaje Piechowiak.

20-lat minęło! Rintal Polska obchodzi swój jubileusz

Powstała jako firma trzech udziałowców zatrudniających osiem osób. Dziś to jeden z najbardziej uznanych graczy wśród polskich producentów schodów do wnętrz działających na skalę przemysłową. 11 salonów sprzedaży w kraju, ponad 100 punktów partnerskich, rozbudowana sieć handlowa, własne biuro projektowe, wzornicze oraz linia produkcyjna – to osiągnięcia zrealizowane przez Rintal Polska przez ostatnie 20 lat.

Firma Rintal Polska z siedzibą w Tczewie (województwo pomorskie) powstała w lipcu 1994 roku jako wynik ekspansji włoskiego producenta Rintal na rynki europejskie. Przedsiębiorstwo stanowi część Grupy Rintal International posiadającej przedstawicielstwa na całym świecie, zatrudniającej łącznie ponad 500 pracowników obsługujących 15 tysięcy zamówień rocznie.

Rintal Polska to najbardziej rozbudowana sieć dystrybucji wśród krajowych firm z branży – przedsiębiorstwo zatrudniające ponad 100 pracowników, posiadające 11 salonów firmowych znajdujących się w największych miastach w Polsce (Warszawie, Krakowie, Szczecinie, Poznaniu, Łodzi, Wrocławiu, Gdańsku, Katowicach, Bydgoszczy, Olsztynie, Lublinie). To ponad 100 punktów partnerskich rozmieszczonych we wszystkich województwach oraz sieć mobilnych doradców technicznych zajmujących się bezpłatnymi pomiarami oraz dostosowywaniem wybranych przez klientów projektów do posiadanych możliwości technologicznych. Wysokie udziały w rynku Rintal Polska zawdzięcza inwestycjom we własne biuro projektowe oraz wzornicze dzięki którym firma zajmuje się nie tylko produkcją włoskich projektów, ale również – realizacją własnych, autorskich rozwiązań.

„Made in Poland”

Projekty, które można znaleźć w portfolio Rinal Polska to połączenie szyku, dynamicznej formy oraz walorów funkcjonalnych zachowanych na najwyższym poziomie. Katalog produktowy to schody drewniane ,metalowe, zabiegowe, kręcone, spiralne, a także poręcze i obicia schodów betonowych. To zarówno modele o klasycznych liniach opartych na tradycyjnych konstrukcjach, jak i nowoczesne propozycje wykorzystujące elementy stalowe, szkła czy oświetlenie ledowe.

Projekty Rintal trudno nazwać masową produkcją, nie bez powodu producent wprowadza nie więcej niż dwie-trzy nowości rocznie. Nierzadko to modele dostępne wyłącznie na indywidualne zamówienie, co stanowi w Polsce 75% produkcji. Mimo że większość propozycji jest wynikiem twórczości włoskich architektów, w tym współpracy z jednym z największych biur projektowych na świecie – Giugiaro Architettura, na rynku pojawiają się także modele „made in Poland”. Przykładem są schody dywanowe Otto o finezyjnej konstrukcji opierającej się na stopniach i podstopniach. Propozycja ta najczęściej wykonywana jest z mozaiki bukowej oraz wzbogacana o wyrafinowane elementy wykończeniowe, jak balustrada ze szkła hartowanego czy stali nierdzewnej. Model realizowany jest na indywidualne zamówienie jako schody proste lub zabiegowe.

Aż trudno uwierzyć, że od momentu powstania Rintal Polska minęło 20 lat. Z firmy zatrudniającej kilka osób przekształciła się w przedsiębiorstwo wspierające zatrudnienie nie tylko w lokalnym Tczewie, ale także w innych regionach Polski, w których posiada oddziały firmowe i przedstawicielstwa handlowe.

Najważniejsze daty 40-letniej historii Grupy Rintal:

1974 – powstanie firmy Rintal we Włoszech
1980 – Rintal osiąga pozycję lidera w sektorze schodów zabiegowych oraz stalowych schodów spiralnych
1987 – powstanie modelu Knock opartego na opatentowanym systemie powtarzalnych modułów wykonanych ze stali nierdzewnej
1990 – powstanie modelu Araya, pierwszych zabiegowych schodów modułowych opartych na drewnianej konstrukcji
1994 – powstanie Rintal Polska z siedzibą w Tczewie, firma tworzy pierwszy oddział w Sopocie
2008 – powstanie modeli Prima Executive Line oraz Knock Wood jako wynik współpracy z Giugiaro Architettura
2011 – Rintal Polska organizuje ogólnopolski konkurs dla młodych architektów na projekt schodów do wnętrz
2014 – Rintal Polska świętuje 20-lecie istnienia, organizuje promocję „20 lat gwarancji na 20-lecie firmy”

Źródło: www.rintal.pl

Afera podsłuchowa obciążeniem dla polskich obligacji?

O ostatnich wydarzeniach w gospodarce i na rynkach obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych Union Investment TFI

Jak można ocenić wpływ afery podsłuchowej na polski rynek obligacji?
W ostatecznym rozrachunku był on znikomy. Zaraz po ujawnieniu nagrań obserwowaliśmy chwilowe załamanie na rynku długu, ale po tym, jak inwestorzy wysłuchali całego nagrania z rozmowy z udziałem prezesa NBP, wszystko wróciło do normy. Jedynie polska waluta nieco ucierpiała.

Czy zatem z punktu widzenia inwestorów całą sprawę można uznać za zamkniętą?
Niezupełnie, ponieważ w dalszym ciągu znaczna część taśm nie została ujawniona i nie sposób przewidzieć, jakie inne „fakty” ujrzą jeszcze światło dzienne. To z kolei oznacza, że w Polsce pojawiło się ryzyko polityczne, które wcześniej nie istniało. Ma znaczenie natomiast to, że na chwilę obecną jest ono na tyle niewielkie, że nie wpływa na przecenę polskich obligacji.

Czy nowelizacja ustawy o NBP zmieni w jakimś stopniu funkcjonowanie rynku obligacji w Polsce?
Nie sądzę, gdyż zmiany w ustawie są w gruncie rzeczy kosmetyczne. Przecież już obecnie istniejące prawo pozwala NBP przeprowadzać m.in. operacje otwartego rynku, polegające na zakupie lub sprzedaży obligacji skarbowych na rynku. Operacje tego typu, które po publikacji taśm znalazły się w zainteresowaniu wielu osób, to jedno z podstawowych narzędzi pozwalających bankowi centralnemu na elastyczne prowadzenie polityki pieniężnej państwa, szczególnie w trudniejszych czasach. Weźmy na przykład lata 2008–2010 po upadku banku Lehman Brothers, kiedy to banki komercyjne w wyniku spadku wzajemnego zaufania przestały pożyczać sobie środki. Gdyby nie interwencja NBP, skutki dla polskiej gospodarki mogłyby być dużo poważniejsze.

A zatem obawy niektórych osób o nowy kształt ustawy są bezpodstawne?
Absolutnie tak. Zwróćmy też uwagę, że polski bank centralny jest wyjątkowo rozważny
i konserwatywny. Jako jeden z nielicznych NBP nie korzystał do tej pory z narzędzi, które w Europie, Stanach Zjednoczonych czy Japonii od lat są na porządku dziennym. Oczywiście również dlatego, że nie było takiej potrzeby.

Co będzie determinowało zachowanie obligacji skarbowych w najbliższym czasie?
Przede wszystkim najbliższe decyzje Rady Polityki Pieniężnej. Dotąd rada twardo obstawała przy pozostawieniu stóp procentowych na obecnym poziomie, jednak wśród jej członków coraz częściej pojawiają się głosy, że obniżenie stóp zostanie poddane pod głosowanie na jednym z najbliższych posiedzeń. Mimo wszystko ta nagła zmiana stanowiska RPP nie jest wielkim zaskoczeniem.

Dlaczego?
Obniżki stóp procentowych w Polsce byłyby w pełni uzasadnione spływającymi
z gospodarki danymi, w tym niską, znacznie niższą od celu zakładanego przez NBP, inflacją. Dodajmy do tego otoczenie na świecie – rozczarowujące odczyty PKB w Stanach Zjednoczonych i wciąż niesatysfakcjonujący wzrost gospodarczy w strefie euro. Większość banków centralnych w wielu krajach obniża stopy, starając się stymulować koniunkturę. Co ciekawe, obecny poziom stóp procentowych w Polsce jest wyższy niż na Węgrzech. Kiedyś było to nie do pomyślenia. W tym kontekście uważam, że cięcie stóp przez RPP jest jak najbardziej realne.

Po II kwartale 2014 roku Pragma Faktoring notuje 24 proc. wzrost kontraktacji w zakresie usługi faktoringu

Pragma Faktoring opublikowała dane dotyczące sprzedaży w II kwartale 2014 r. Z opublikowanych danych wynika, że Spółka zanotowała 24-procentowy wzrost kontraktacji w zakresie usługi faktoringu r/r. Całkowita kontraktacja była wyższa o 32 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2013 r. i wyniosła 122,3 mln zł. Usługa faktoringu stanowiła 88 proc. wartości całości kontraktacji. Pragma Faktoring S.A. na dzień 30.06.2014 r. posiadała wierzytelności o łącznej wartości 93,5 mln zł. W opublikowanych danych widoczny jest również wzrost wartości portfela o 24 proc. w tym usługi faktoringu o ponad 41 proc. w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku.

„Zdecydowany wzrost r/r kontraktacji usługi faktoringu (o 24 %) oraz wartości portfela (o 24%) jest efektem realizacji strategii Spółki zakładającej budowę płynnego i szybko rotującego portfela faktoringowego, zapewniającego Spółce regularne i powtarzalne przychody i przepływy” – komentuje Tomasz Boduszek Prezes Zarządu Pragma Faktoring SA.

W II kwartale 2014 roku Pragma Faktoring S.A. podpisała umowy z 26 nowymi Klientami.
„Zarząd pozytywnie ocenia pierwsze sześć miesięcy tego roku. Zdywersyfikowany portfel należności faktoringowych generuje powtarzalne przychody i przepływy oraz cechuje się wysoką płynnością i rozproszeniem. Wysoka kontraktacja przełoży się pozytywnie na generowane przez Pragma Faktoring przychody i wyniki w kolejnych kwartałach” – zauważa Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu Pragma Faktoring S.A.

Zespół musi znać kierunek. Czyli strategia vs. działania operacyjne.

Strategię firmy powinien znać i rozumieć każdy jej pracownik. W ten sposób może być ona realizowana na każdej płaszczyźnie funkcjonowania przedsiębiorstwa – od dozorcy po dyrektora zarządzającego. Nie zawsze jednak z uwagi na skalę działania, strukturę zarządzania, rotacyjny charakter zatrudnienia czy ilość pracowników możliwe jest wytłumaczenie każdemu, w którą stronę firma zmierza i w jaki sposób działa. Sytuacja może się jeszcze bardziej skomplikować, gdy do spółki wchodzi inwestor.

Dlatego tak ważne jest wskazanie jasnego i czytelnego kierunku – głównej zasady, na bazie której funkcjonuje strategia rozwoju firmy. Zasady, z którą każdy może się utożsamić i w myśl, której podejmować decyzje. Tak, aby wszyscy pracownicy grali do jednej bramki. I w tej jedności wygrywali. Jest to szczególnie ważne, gdy w firmie zachodzą zmiany, takie jak np. wejście do spółki inwestora. Zespół w każdej sytuacji musi czuć się pewnie. Musi wiedzieć, jak podejmować decyzje nawet, gdy nie może ich skonsultować. A to jest możliwe tylko wtedy, kiedy każdy zna i działa zgodnie z myślą przewodnią będącą esencją strategii – tłumaczy Krzysztof Wiśniewski, Partner Zarządzający WSI Capital.

Takie podejście pozwala na elastyczne podejmowanie decyzji w każdej sytuacji. Zarządzający z większym zaufaniem mogą delegować zadania swoim pracownikom. Pracownicy z kolei mają większą pewność, że ich decyzje są słuszne i sprzyjają rozwojowi firmy. Są więc bardziej aktywni, wydajniej działają, są lepiej zmotywowani. Znają bowiem kierunek, regułę pozwalającą działać efektywnie.

– Jedni nazwą to esencją czy podstawą strategii, inni kierunkowskazem, hasłem przewodnim, mottem firmy. Nie ważne jednak jak nazwana – główna zasada funkcjonowania przedsiębiorstwa powinna być dla każdego pracownika czytelna i łatwa do zrozumienia, np. „zawsze działamy fair play”, „jakość jest najważniejsza”, „w każdej sytuacji dążymy do znalezienia się w pierwszej trójce”. Powinna wskazywać na priorytety, określać pewne granice oraz utwierdzać w słuszności podejmowanego działania, a przy tym odzwierciedlać główne cele przedsiębiorstwa oraz być czymś naturalnym i w pewnym stopniu uniwersalnym. Elementem, który pozwala w płynny oraz prosty sposób realizować strategię przedsiębiorstwa w codziennych obowiązkach, ale też w sytuacjach trudnych, stresujących, kiedy jesteśmy zdani sami na siebie i musimy szybko dokonywać wyboru – dodaje Krzysztof Wiśniewski.

Dzięki ekologicznym innowacjom Europa może zaoszczędzić nawet pół biliona euro

Od 250 do 500 mld euro może zyskać europejska gospodarka, jeśli będzie się rozwijać w sposób zrównoważony, czyli taki, który nie pogorszy jakości życia przyszłym pokoleniom. Zmiana modelu rozwoju gospodarczego staje się koniecznością, ponieważ w 2050 roku na świecie będzie blisko 9 mld ludzi. Mimo to ekologiczne innowacje często są postrzegane jedynie jako element strategii PR lub modne politycznie hasło. Tymczasem zielone produkty stają się podstawą biznesu wielu dużych firm.

Zrównoważony rozwój to nie kwestia PR, tylko coś, co daje realne korzyści. Każdy widzi, że kiedy mamy kreatywny koncept, kiedy używamy wszystkich dostępnych rozwiązań, by stworzyć nowy produkt, kiedy naprawdę przemyślimy sposób wykorzystania różnych produktów, możemy znacząco zaoszczędzić zapotrzebowanie na energię, a tym samym ograniczyć emisję dwutlenku węgla. To nie tylko poprawi komfort życia, lecz także przyniesie korzyści finansowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joost Leeflang, prezes Phillipsa na region Europy Środkowo-Wschodniej.

Eksperci z różnych dziedzin nauki coraz częściej postulują zmianę modelu wykorzystywania zasobów naturalnych. Większość gospodarek na świecie znajduje się wciąż w fazie industrialnej. To system, w którym zdecydowana większość zasobów przyrody przepływa w sposób liniowy, według schematu „pozyskaj, przerób, wyrzuć”. Zdaniem ekspertów prowadzi to do niepotrzebnych, szeroko rozumianych kosztów społecznych, czyli ekonomicznych, zdrowotnych itp. Dlatego zalecają oni zmianę modelu liniowego na okrężny, w którym produkty bądź ich elementy będą biodegradowalne lub możliwe do wykorzystania po recyklingu.

W 2050 roku świat będzie liczył około 9 miliardów ludzi, z czego zdecydowana większość będzie mieszkała w miastach. Komfort życia w wielu aglomeracjach, jak Meksyk, São Paulo czy Mumbaj, już teraz jest niski, a dalsza presja demograficzna może ten problem zaostrzać. Dlatego dla globalnych firm, takich jak Phillips, zaspokojenie tych potrzeb jest priorytetem, co odzwierciedlają już dane sprzedażowe.

Koncentrujemy się na programie, który zapewnia ekologiczność naszych produktów. Dziś 50 procent produktów znajdujących się w naszym portfolio to produkty ekologiczne. Naszym zdaniem część z nich może mieć pozytywny wpływ na życie ponad trzech miliardów ludzi na świecie i wokół tego stworzyliśmy wizję rozwoju. Dziś nasza działalność obejmuje ok. 1,8 miliarda osób – twierdzi Joost Leeflang.

Najnowsze badania prowadzone na rzecz gospodarki UE szacują korzyści z przejścia na model zrównoważonego rozwoju (okrężny przepływ dóbr) na 250-500 mld euro rocznie. Podobne wnioski płyną z raportu „Towards the circular economy: accelerating the scale-up across global supply chains”, opracowanego pod patronatem Światowego Forum Ekonomicznego. Autorzy twierdzą, że tylko dzięki recyklingowi stworzono do tej pory w UE blisko 500 tys. miejsc pracy. Obok zatrudnienia korzyści dla społeczeństwa z przyjęcia okrężnego modelu powstają na każdym z jego etapów: projektowania i produkcji, handlu, konsumpcji, naprawy i modernizacji oraz recyklingu.

Przykładowo, zmiana sposobu montowania telefonów komórkowych może zredukować o połowę koszty ich recyklingu i wyprodukowania nowych urządzeń – twierdzą autorzy cytowanego wyżej raportu. Phillips koncentruje się na innowacyjnych rozwiązaniach na rynku ochrony zdrowia, produktów konsumenckich oraz oświetlenia i wyposażenia domów.

W opiece zdrowotnej tworzymy urządzenia, które nie tylko wykorzystują mniej energii, lecz także są bardziej przyjazne dla pacjenta. W ten sposób korzyści z takiego działania będą odczuwać wszyscy – wskazuje prezes Phillipsa na region Europy Środkowo-Wschodniej.

Zwolennicy koncepcji zrównoważonego rozwoju zwracają uwagę na to, że rynki nie są w stanie właściwie wycenić niektórych rodzajów kosztów, np. związanych ze zniszczeniem środowiska naturalnego. Ponadto w biedniejszych społeczeństwach często nie ma wystarczających informacji o kosztach, jakie generuje tradycyjny model industrialnej gospodarki. Rozwiązaniem tych problemów mogą być właśnie innowacje i kompleksowa ocena wpływu produktów na środowisko naturalne w całym ich cyklu życia.

Myślę, że dla gospodarki szukanie różnego rodzaju możliwości współpracy, przy uwzględnieniu potrzeby zrównoważonego rozwoju, może być punktem zwrotnym. W przeszłości zostawialiśmy nasze produkty, usługi i pomysły na pastwę losu i patrzyliśmy, co się z nimi dzieje. Teraz tworzymy kompletne środowisko i mamy dokładnie przemyślane, jak nim zarządzać – uważa Joost Leeflang.

Resort gospodarki przygotowuje kolejne e-ułatwienia dla przedsiębiorców

Ministerstwo Gospodarki pracuje nad kolejnymi propozycjami dotyczącymi elektronizacji procedur administracyjnych. Dzięki nim dokumenty, które mocą ustaw zostaną ujednolicone w skali całego kraju, będą mogły być składane przez internet. Według przedsiębiorców najbardziej przydatną formą deregulacji jest właśnie elektronizacja procedur, dzięki której nie muszą załatwiać spraw osobiście w urzędzie.

 – Planujemy projekt ustawy, który będzie kontynuacją ustawy przyjętej przez parlament dotyczącej elektronizacji procedur administracyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Haładyj, wiceminister gospodarki. – Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będziemy wychodzili z propozycją drugiej transzy tych procedur, które chcemy zelektronizować i uprościć.

25 grudnia tego roku wejdą w życie przepisy, które wprowadzą standaryzację pism i udostępnienie ich w formie elektronicznej. Dokumenty mają być jednakowe w całym kraju. To pierwszy krok do przeprowadzenia pełnej elektronizacji; dzięki temu procedura administracyjna, którą przedsiębiorca obecnie musi załatwiać w urzędzie, wypełniając papierowe formularze lub – w najlepszym razie – drukując je z internetu, będzie mogła być wykonana w całości elektronicznie.

 Chodzi o to, żeby za pośrednictwem ePUAP-u można było całą tę procedurę przejść, od złożenia wniosku przez przedsiębiorcę – tłumaczy Mariusz.  To jest odpowiedź na postulaty przedsiębiorców, którzy mówią, że dla nich często elektronizacja jest najlepszą formą deregulacji, bo to ogranicza papierologię i konieczność załatwiania spraw osobiście w urzędzie.

W najbliższym czasie Sejm zajmie się również czwartą transzą deregulacji, której celem jest ułatwienie przedsiębiorcom prowadzenie biznesu, również poprzez uproszczenie procedur administracyjnych.

 Mamy projekt ustawy dotyczący ułatwienia wykonywania działalności gospodarczej, czyli tzw. czwarta ustawa deregulacyjna. Została ona kilka tygodni temu przyjęta przez Radę Ministrów, więc w najbliższym czasie rozpoczniemy proces parlamentarny  mówi Mariusz Haładyj.

Nowa ustawa zawiera m.in. uproszczenia dla portów morskich, np. wydłużenie terminu rozliczania podatku VAT dla podmiotów wiarygodnych dla służb celnych czy ułatwienia procedur celnych. Rozwiązania mają zwiększyć konkurencyjność polskich portów. Ustawa ograniczy również obowiązki informacyjne przedsiębiorców i zredukuje niektóre koszty związane z prowadzeniem działalności, np. przedsiębiorca, który rozpoczyna działalność, nie będzie potrzebował potwierdzenia dokonania zgłoszenia rejestracyjnego VAT-R, co kosztowało 170 zł. Nowe przepisy mają zacząć obowiązywać od stycznia 2015 r.

Giełda potrzebuje oszczędności Polaków, by wzmocnić swoją pozycję

GPW ma ambitną strategię rozwoju, która zakłada utworzenie regionalnego centrum finansowego Warsaw Capital City. Do tego potrzebna jest jednak silna baza kapitałowa, a ta może pochodzić z oszczędności gospodarstw domowych. Na razie lokowanie pieniędzy na giełdzie nie jest powszechnym sposobem na inwestowanie, ale to może się zmieniać. Udział wartościowy inwestorów indywidualnych na GPW będzie rósł wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa.

Na pewno powinno być silniejsza baza kapitałowa na warszawskiej giełdzie. To znaczy, że powinniśmy wspierać na wszelkie możliwe sposoby akumulację kapitałów. Obecnie kapitał pochodzi przede wszystkim z oszczędności gospodarstw domowych, więc ta akumulacja kapitału musi być albo wykorzystywana przez inwestorów indywidualnych w bezpośrednich inwestycjach na giełdzie, albo poprzez fundusze inwestycyjne czy emerytalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Leszek Koziorowski, partner, radca prawny w Kancelarii Gessel.

Stopa oszczędności brutto w polskiej gospodarce należy do relatywnie niskich. Definiuje się ją jako różnicę między PKB a wydatkami na konsumpcję w danym roku. Według danych MFW w 2013 r. wyniosła 16,8 proc. PKB, podczas gdy w Czechach było to 21,3 proc., na Węgrzech – 20,7 proc., na Słowacji – 20,6 proc., a w Rumunii – 22,2 proc. W III kwartale 2013 r. gospodarstwa domowe zaoszczędziły równowartość 4,9 proc. PKB, reszta przypadła na oszczędności w sektorze firm i instytucji finansowych – wynika z danych NBP.

Wielkość stopy oszczędności w całej gospodarce i poszczególnych sektorach ma duże znaczenie, gdyż determinuje szybkość, z jaką przyrastają aktywa, a więc zakumulowany kapitał. Pod koniec III kwartału 2013 r. gospodarstwa domowe posiadały oszczędności w formie aktywów finansowych o wartości 1512,3 mld zł – wynika z danych NBP. Blisko 36 proc. tej sumy stanowiły pieniądze odłożone na depozytach bankowych, a 27 proc. aktywa w postaci akcji i innych udziałów kapitałowych. Niewiele mniej, bo 26 proc., stanowiły aktywa zgromadzone w funduszach emerytalnych oraz rezerwy ubezpieczeniowe. W III kwartale 2013 r. zadłużenie gospodarstw domowych wyniosło 589,8 mld zł, wobec czego ich majątek finansowy netto sięgnął 922,5 mld zł (różnica między aktywami a zobowiązaniami). To wyznacza maksymalną wielkość, jaką gospodarstwa domowe mogą przekazać na finansowanie inwestycji w gospodarce, także poprzez giełdę.

Jeżeli ta baza kapitałowa będzie coraz większa, to będziemy mieli silny rynek kapitałowy, który będzie w stanie współpracować z sąsiednimi rynkami, a tym samym zbierać również ciekawe projekty inwestycyjne w Warszawie. Czy to będą projekty z Litwy, Ukrainy, południa Europy czy może już z Wiednia – to nie jest ważne, ale podstawą do tego jest właśnie baza kapitałowa, która musi być stworzona – uważa Koziorowski.

Budowa w Warszawie centrum kapitałowego – Warsaw Capital City – jest jednym z celów strategii GPW.2020 przygotowanej pod kierownictwem byłego już prezesa Adama Maciejewskiego. Podstawowym założeniem tego projektu jest stworzenie skutecznej platformy do mobilizacji i transferu kapitału w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Maciejewski podkreślał także w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes, że: „Nie wszystko zależy od rynku, jest to kwestia także odpowiednich programów legislacyjnych”.

Na pewno nie służą temu zmiany związane z tak zwaną reformą emerytalną, z którą mamy obecnie do czynienia – twierdzi partner w Kancelarii Gessel.

Wielu ekspertów uznało zmiany w systemie emerytalnym jako szkodliwe z punktu widzenia rozwoju rynku kapitałowego. To dlatego, że zmniejszenie składki trafiającej do OFE i późniejsza marginalizacja funduszy zahamuje przyrost prywatnych oszczędności w postaci akcji i innych papierów wartościowych. Zamiast tego zwiększy się wartość zapisów na kontach emerytalnych w ZUS, które jednak nie są instrumentami finansowymi i nie mają wartości rynkowej. W dłuższym terminie giełda ma jednak szansę na zwiększenie dopływu prywatnych oszczędności.

Udział wartościowy inwestorów indywidualnych w obrotach giełdy na pewno będzie rósł wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa. Postrzegam inwestorów indywidualnych jako bardzo silne osoby, bardzo silnych uczestników rynku kapitałowego w Warszawie – mówi Leszek Koziorowski.

Wzrost zamożności społeczeństwa może prowadzić do szybszego niż proporcjonalny wzrostu lokowanych środków na giełdzie, ponieważ bogaci mają większą skłonność do inwestowania w ryzykowne aktywa, takie jak akcje. Popularność giełdy jako sposobu na pomnażanie oszczędności może wzrosnąć także z powodu systemu emerytalnego, w którym stopa zastąpienia (relacja między emeryturą a pensją) będzie bardzo niska. Według prognoz sięgnie ona od 25 do 35 proc.

Większy dopływ stabilnego, długoterminowego kapitału przeznaczonego na finansowanie emerytur byłby bardzo korzystny dla przedsiębiorstw notowanych na giełdzie, gdyż pozwoliłby stabilizować rynkowe wahania. Na razie jednak oszczędności w III filarze emerytalnym są bardzo niewielkie.

Mówi się, że udział procentowy inwestorów indywidualnych w łącznych obrotach giełdy będzie spadał. Szczerze mówiąc, nie wierzę w to. W związku ze zmianami na rynku kapitałowym uważam, że udział inwestorów indywidualnych, rozumianych jako inwestycje bezpośrednie gospodarstw domowych na giełdzie, będzie rósł. Nawet jestem w stanie sobie wyobrazić, że ten udział procentowy może dochodzić momentami do 50 proc. – ocenia Koziorowski.

Część Polaków wciąż nie ma dostępu do kanałów telewizji cyfrowej. Rozwiązaniem problemu może być sygnał satelitarny

CEO Magazyn Polska

Proces cyfryzacji telewizji naziemnej został przeprowadzony bardzo sprawnie i szybko – oceniają eksperci. Jedynym problemem jest niepełne pokrycie kraju sygnałem naziemnym.  Białe plamy dotyczą jednak stosunkowo niedużej liczby osób, dlatego tym łatwiejsze powinno być rozwiązanie tej kwestii.

W Polsce cyfryzacji telewizji, czyli zamiany modelu analogowego na cyfrowy, dokonano w sposób bardzo sprawny. Jedno, czego nie zrobiono, to nie pokryto całego obszaru. To nie jest aż tak wielki obszar – chodzi o kilkaset tysięcy osób, które nie mogą odbierać sygnału, ale to wcale nie zwalnia państwa z obowiązku udostępnienia im programu – mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Eksperci podkreślają, że jest to zadanie resortu administracji i cyfryzacji. Rozwiązanie tej kwestii jest istotne ze względu na plany wprowadzenia powszechnej opłaty audiowizualnej.

Dostęp do podstawowych kanałów telewizyjnych, a w szczególności do telewizji państwowej, jest prawem każdego obywatela. Tym bardziej że wkrótce będziemy płacili podatek audiowizualny i wszyscy obywatele musieliby się z niego wywiązywać, niezależnie od tego, czy dociera do nich sygnał – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Arendarski.

Technika nadawania analogowego została zastąpiona techniką cyfrową w lipcu ubiegłego roku. Zdaniem ekspertów proces ten został przeprowadzony sprawnie i szybko, wciąż jednak są regiony kraju, do których z przyczyn technicznych sygnał nie dociera. Są to przede wszystkim obszary wschodnie i tereny górzyste. Brak dostępu do sygnału cyfrowej telewizji naziemnej dotyczy w zależności od multipleksu od 0,5 mln do 1 mln osób. Z informacji resortu administracji i cyfryzacji z końca kwietnia wynikało, że w przypadku MUX-1 i MUX-2 problemy z sygnałem miało ok. 1,5 proc. populacji kraju, a w przypadku MUX-3, na którym dostępne są kanały telewizji publicznej, 0,5 proc.

Nad wprowadzeniem opłaty audiowizualnej pracuje jeszcze resort kultury. Zgodnie ze wstępnymi założeniami, ma ona zacząć obowiązywać w 2015 roku.

W sukurs może przyjść kanał satelitarny, z którego sygnał będzie emitowany właśnie na te obszary, które są w tej chwili białymi plamami – podkreśla Arendarski. 

To jeden ze sposób na uzupełnienie sygnału naziemnego, który – jak podkreślają eksperci – jest z sukcesem wykorzystywany w innych krajach europejskich. Inne to np. telewizja kablowa i telewizja przez internet. Przy wyborze odpowiedniego sposobu powinien być brany pod uwagę koszt jego wdrożenia.

Ferro szuka spółek do przejęcia. Chce zdobywać rynki w Europie Zachodniej, nawet kosztem Chin

Po sukcesach w Polsce i innych krajach regionu producent armatury Ferro planuje ekspansję na rynki w Europie Zachodniej. Jedną z rozważanych opcji zaistnienia na nowych rynkach jest zakup lokalnych spółek z ugruntowaną pozycją rynkową. Tym planom ma służyć także przeniesienie części produkcji z Chin do Czech oraz rozwój ekologicznych produktów.

Na rynkach Polski, Czech, Rumunii i Słowacji, które odpowiadają za ok. 90 proc. przychodów Grupy Ferro, koniunktura jest wyraźnie lepsza niż np. w Europie Zachodniej. Spółka stara się zwiększyć swoją obecność na zachodzie kontynentu, bo widzi tam dużą możliwość poprawy pozycji rynkowej.

W Czechach mamy bardzo stabilną pozycję, mamy spółkę dystrybucyjną w Rumunii, na Słowacji i nowo otwartą na Węgrzech, która będzie rozwijała swoją sieć dystrybucji. Myślimy o zaistnieniu w kolejnych krajach Europy Zachodniej poprzez rozwój organiczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aneta Raczek, prezes zarządu Ferro SA, producenta armatury sanitarnej i instalacyjnej.

Spółka bierze pod uwagę także możliwość przejęć.

Takie rozmowy na razie się nie toczą, ale gdyby pojawiła się taka okazja, jak dwa lata temu w przypadku Novaservis [przejęta przez Ferro czeska spółka – red.], to na pewno będziemy rozważać takie możliwości. To jest bardziej kosztowne, ale mniej czasochłonne, bo wtedy kupujemy sobie dostęp do nowego rynku – twierdzi Aneta Raczek.

Polski producent armatury sanitarnej i instalacyjnej jest obecny także w Chinach. W 2002 r. Ferro utworzyło spółkę joint venture po kilku latach typowego outsourcingu produkcyjnego. Celem było zagwarantowanie wysokiej jakości produktów przy zachowaniu relatywnie niskich kosztów. Zmiana technologii pozwoliła zmniejszyć zatrudnienie w chińskiej fabryce z około 800 do 370 osób. Ferro zdecydowało się także przenieść część z produkcji z Chin do Czech, co ma związek z planowaną ekspansją w Europie Zachodniej.

Chiny to ogromny rynek, wielki potencjał, ale na pewno nie jest to rynek dla wszystkich. Nadal będzie to jeden z naszych głównych rynków zaopatrzenia, natomiast nie jest to dla nas strategiczny rynek sprzedaży i dystrybucji. Zdecydowaliśmy, że dużo większe szanse i możliwości, obarczone zdecydowanie mniejszym ryzykiem daje nam rynek europejski, na którym nasze udziały jeszcze są na tyle małe, że to tu będziemy zwiększać nasze działania i kłaść nacisk na rozwój – wskazuje Raczek.

Najważniejszą spółką w Grupie jest działająca w Polsce spółka matka Ferro. Dwa lata temu Grupa przejęła spółkę o profilu produkcyjnym Novaservis Czechy, która jest jednym z liderów w branży armatury sanitarnej. Ze względów strategicznych zdecydowano o rozwijaniu równolegle dwóch marek: Ferro i Novaservis.

To dlatego, że rynek czeski jest specyficzny. Novaservis była bardzo znanym producentem rodzimym i na rynku jest bardzo duży sentyment do tego brandu, więc wszędzie staramy się zostawiać te dwie marki, które mają ugruntowaną pozycję. Nasze główne marki to Ferro i Novaservis, natomiast mamy też i dystrybuujemy kilka innych brandów, których jesteśmy właścicielem, chociażby Weberman, Metalia czy Titania na rynku czeskim – mówi prezes zarządu Ferro.

Grupa Ferro pracuje nad rozwojem portfela produktów, w którym coraz większą rolę będą grać produkty ekologiczne. Spółka spodziewa się dalszego zainteresowania rozwiązaniami przyjaznymi środowisku, co ma związek zarówno ze zwiększającą się świadomością społeczną, jak i rosnącymi kosztami mediów, np. wody.

Mamy kilka serii baterii, które oszczędzają wodę, które zostały kilkukrotnie wyróżnione różnymi certyfikatami. Jesteśmy chyba pierwszą firmą w naszej branży, której przyznano certyfikat EU Ecolabel dla jednej z naszych serii baterii. Spełnia ona wszystkie wymogi, które są istotne dla tego typu produktów  jest przyjazna środowisku, oszczędzająca wodę oraz ma istotny wpływ na środowisko – uważa Aneta Raczek.

Jak podkreśla prezes zarządu Ferro SA Aneta Raczek, ubiegły rok i pierwsze miesiące tego roku były dla firmy bardzo korzystne – nie tylko pod względem rosnących przychodów, lecz także poprawy marż i zysków. Zysk netto Ferro w ujęciu jednostkowym wyniósł w 2013 r. 8,8 mln zł, podczas gdy rok wcześniej spółka miała 4,22 mln zł straty. Skonsolidowany zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 21,8 mln zł w ubiegłym roku, wobec 17,41 mln zł w 2012 r. W tym roku spółka spodziewa się dalszej poprawy zysku netto, co będzie wynikało przede wszystkim z dynamiki przychodów.

Zakładamy, że przychody powinny być o kilka procent wyższe od tych, które udało nam się osiągnąć w ubiegłym roku. Celem jest utrzymanie rentowności na poziomie ubiegłorocznym – uważa Raczek.

Polscy kierowcy najchętniej wybierają opony tańszego typu. Rośnie jednak segment rynku premium

CEO Magazyn Polska

Polski rynek opon (do samochodów osobowych, vanów i SUV-ów) – z rocznym zapotrzebowaniem na poziomie ok. 10 mln sztuk – ma 6-procentowy udział w europejskim rynku. W sprzedaży dominuje klasa economy, czyli tańsze produkty, choć – jak podkreślają przedstawiciele branży – Polacy są świadomymi konsumentami i w ramach najniższej ceny szukają najlepszych jakościowo opon.

Polski rynek jest specyficzny, ponieważ 40-procentowy udział mają w nim opony klasy economy, podczas gdy w innych krajach jest on o połowę mniejszy. Mamy też większy udział w rynku opon zimowych – stanowi on prawie 60 procent rynku – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Armand Dahi, dyrektor zarządzający na region Europy Wschodniej w Bridgestone.

Jego zdaniem Polska jest silnym krajem w regionie, ale w porównaniu z innymi krajami europejskimi rynek wciąż nie jest rozwinięty. Udział Polski w europejskim rynku opon wynosi 6 procent. Popyt kształtuje się na poziomie 10 milionów opon do samochodów osobowych, vanów i SUV-ów. Dla porównania w Europie wynosi on 195 mln sztuk.

Mimo że w sprzedaży dominują tańsze opony, to polscy kierowcy zdaniem dyrektora Bridgestone coraz większą wagę przywiązują do jakości kupowanych produktów.

– Polscy klienci są dość dobrze wyedukowani. Lubią wiedzieć, co kupują. Zanim podejmą jakikolwiek wybór, czytają opinie w internecie lub poszukują informacji w magazynach motoryzacyjnych. Wiedzą, czego chcą. Dzięki temu wybierają najlepszy produkt w stosunku do danej ceny – to oznacza, że wciąż szukają najbardziej atrakcyjnej cenowo oferty, ale za tę cenę chcą mieć opony jak najlepszej jakości – uważa przedstawiciel Bridgestone.

Według niego segment premium rośnie każdego roku coraz szybciej, podobnie jak segment średni, ale również w segmencie economy Polacy mają do wyboru bardzo silne marki.

Bridgestone jest największym producentem opon na świecie. Koncern pracuje z największymi producentami samochodów w Europie oraz na innych kontynentach, m.in. z  BMW, Volvo, Toyotą czy GM.

Kooperacja z tymi koncernami wyznacza drogi rozwoju naszej firmy. Musimy zaprojektować odpowiednie opony dla poszczególnych modeli samochodów, a sposób, w jaki to zrobimy, jest ściśle związany z projektem i wykonaniem danego auta. Oznacza to, że pracując nad daną oponą, musimy brać pod uwagę wiele zmiennych wynikających z konstrukcji auta, musimy przeprowadzać szereg symulacji z konkretnymi modelami i dopiero wtedy auto może być wyprodukowane – wyjaśnia Armand Dahi.

Wyjaśnia, że udziały spółki w polskim rynku i innych rynkach naszego regionu są porównywalne z udziałami w Europie Zachodniej – wynoszą w zależności od kraju 10-15 proc. 

Od początku roku wartość spłacanych kredytów hipotecznych w złotych wzrosła o 9 mld zł

CEO Magazyn Polska

W pierwszych pięciu miesiącach roku pula złotowych kredytów na zakup nieruchomości spłacanych przez osoby prywatne wzrosła o 9 mld zł – do poziomu 182,1 mld zł – wynika z analizy Open Finance. To wynik lepszy niż w tym samym okresie w ostatnich dwóch latach. Na rozwój rynku wpływają nie tylko utrzymujące się niskie stopy procentowe, lecz także program Mieszkanie dla Młodych. Mimo to I kwartał roku był słabszy niż ostatni kwartał 2013 roku.

Rynek hipoteczny w pierwszym kwartale był słabszy niż w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Według raportu AMRON-SARFiN Związku Banków Polskich (ZBP) liczba udzielonych kredytów spadła o 7,65 proc., a ich wartość – o 9,35 proc. W porównaniu z I kwartałem 2013 roku akcja kredytowa się zwiększyła. W pierwszym kwartale 2014 r. udzielono 41,9 tys. kredytów hipotecznych o wartości 8,854 mld zł. Rok wcześniej w tym samym okresie zawarto umowy na 41,6 tys. kredytów o wartości 8 mld zł. Cały ubiegły rok był bardzo słaby – udzielono 176 tys. kredytów na kwotę 46,5 mld zł. To najsłabszy wynik od 2005 roku. Tegoroczny pierwszy kwartał daje nadzieję na minimalną poprawę sytuacji.

Początek roku zawsze jest najsłabszy na rynku kredytów hipotecznych. Tym razem na akcję kredytową wpłynęło wdrożenie Rekomendacji S oraz wprowadzenie obowiązkowego wkładu własnego – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Krajkowski, analityk Domu Kredytowego Notus.

W ramach Rekomendacji S w 2014 roku trzeba mieć wkład własny stanowiący co najmniej 5 proc. wartości nieruchomości. Progi będą co roku podwyższane i w 2017 r. będzie obowiązywać wkład własny na poziomie 20 proc. Kredytobiorcy ubiegający się o kredyty mieszkaniowe bez własnych środków musieli zdążyć z wnioskami do końca roku 2013 – stąd zwiększona liczba wniosków kredytowych.

Jeżeli złożyliśmy wniosek pod koniec grudnia, to sam kredyt był uruchamiany już w roku 2014. To jedna z przyczyn zwiększenia akcji kredytowej – tłumaczy Michał Krajkowski.

Drugi impuls wiązał się z programem Mieszkanie dla Młodych, który ruszył na początku roku. Część kredytobiorców czekała z wnioskiem właśnie na uruchomienie programu. Według danych ZBP w I kwartale 10 proc. kredytów udzielono w ramach MdM.

Na rozwój rynku wpływają też niskie stopy procentowe.

Dzięki nim raty są niższe, a zdolność kredytowa kredytobiorców wyższa – informuje Michał Krajkowski.

Z analiz Open Finance wynika, że dla trzyosobowej rodziny, w której każdy z małżonków zarabia przeciętną pensję w przedsiębiorstwach (ponad 3,8 tys. zł), możliwości kredytowe oscylują wokół 500 tys. zł. Jeszcze dwa lata temu taka rodzina mogła pożyczyć ok. 410 tys. zł.

Analityk DK Notus podkreśla, że rynek powoli odbija, a kolejne kwartały powinny być lepsze w porównaniu z poprzednimi kwartałami roku 2013.

Na niektórych uczelniach rekrutacja dobiega końca. Przyszli studenci muszą liczyć się z dużymi kosztami studiowania

CEO Magazyn Polska

W tym tygodniu pierwsze państwowe uczelnie podadzą wyniki rekrutacji, na innych zapisy jeszcze trwają. Przyszli studenci muszą pamiętać, że choć studia na nich są bezpłatne, to samo studiowanie generuje spore koszty. Poza wydatkami na podręczniki i pomoce naukowe należy wziąć pod uwagę koszty wynajęcia mieszkania lub akademika oraz pieniądze na życie. Wielu studentów decyduje się więc na dorywczą pracę lub studia zaoczne, które można połączyć z pracą w pełnym wymiarze godzin. Innym rozwiązaniem są nisko oprocentowane kredyty studenckie.

Wysokość kosztów studiowania zależy przede wszystkim od miasta, do którego przeprowadza się przyszły student. Najdrożej jest w Warszawie, gdzie wynajem pokoju może wynosić miesięcznie nawet do 1 tys. zł za osobę. Osoby bardziej zamożne decydują się często nawet na wynajem całego mieszkania.

Wszystko zależy od tego, czy wynajmujemy pokój jednoosobowy, czy dzielimy go z kimś innym. Jeśli chcielibyśmy liczyć na trochę większy komfort i wynająć sobie kawalerkę, to już musimy się liczyć z wydatkiem rzędu 1,3–1,5 tys. zł miesięcznie. Jeśli dodamy do tego koszt utrzymania na studiach, to może się okazać, że uzbiera się blisko 3 tys. zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Michał Sadrak, analityk z Open Finance.

Alternatywą dla mieszkania jest akademik, który jest znacznie tańszy. Mimo że pokój w akademiku zwykle oznacza mniejszy komfort niż w mieszkaniu, wielu studentów wybiera tę formę mieszkania ze względu na możliwość integracji z innymi studentami oraz niższe koszty. Pokój w akademiku kosztuje około 400 zł miesięcznie. 

Z pewnością łatwiej będzie utrzymać się na studiach osobom, które zdecydują się na studia zaoczne i pracę w pełnym wymiarze godzin. Dobre uczelnie dysponują atrakcyjną ofertą studiów zaocznych, które zapewniają absolwentom solidny start w życie zawodowe.

To szybsze wejście w dorosłość. Nie musimy przez pięć lat liczyć na pieniądze od rodziców, ale jesteśmy w stanie dużo wcześniej zacząć samodzielnie funkcjonować. Oczywiście zauważą to też pracodawcy, którzy cenią sobie nie tylko osoby, które ukończyły 2-3 kierunki, lecz przede wszystkim takie, które już na studiach zaczęły pracować i są znacznie bardziej samodzielne na rynku pracy – ocenia Sadrak.

Wiele osób znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej decyduje się również na wzięcie kredytu studenckiego. Z zebranych przez banki danych wynika, że w ciągu jedenastu lat funkcjonowania systemu kredytów studenckich z tego rodzaju wsparcia skorzystało ponad 316 tysięcy studentów.

To najtańszy kredyt na rynku, jego oprocentowanie wynosi mniej niż 1,4 proc. Żaden inny kredyt na rynku nie jest tak nisko oprocentowany. Mówimy tutaj o kwocie rzędu 600 zł każdego miesiąca przez cały semestr, czyli przez 10 miesięcy w roku jesteśmy w stanie otrzymywać transze po 600 zł – tłumaczy Sadrak.

Warto zaznaczyć, że kredyt studencki nie jest rozwiązaniem dla każdego, ponieważ przy rozpatrywaniu wniosku uwzględnia się wysokość dochodów w rodzinie. W ubiegłym roku górną granicą była kwota 2,3 tys. zł na osobę w rodzinie. Żeby uzyskać kredyt studencki, należy do połowy listopada zgłosić się do jednego z czterech banków, które oferują tego typu kredyty.

Zaletą takiego kredytu jest to, że jest to pewna motywacja do nauki, ponieważ okazuje się, że garstka najlepszych studentów na koniec może liczyć na umorzenie części długu. Jeśli zaciągniemy dług na początku studiów, spłatę zaczynamy dopiero dwa lata po studiach i spłacamy go dwa razy dłużej niż pobieraliśmy – tłumaczy Sadrak.

Jeżeli pożyczka będzie pobierana przez studenta przez całe studia II stopnia, przez dwa lata otrzyma on w tym przypadku 12 tys. zł. Pobierany przez 20 miesięcy kredyt będzie spłacany przez 40 kolejnych miesięcy. To niewielkie obciążenie dla budżetu, nawet w przypadku osoby, która dopiero po ukończeniu studiów rozpoczyna karierę zawodową.

Nawet 30 tys. zł kary dla pracodawcy, który nie zapewni pracownikowi odpowiednich warunków pracy podczas upałów

CEO Magazyn Polska

Pracodawca ma obowiązek zniwelować negatywne skutki, jakie niesie ze sobą praca w upale. Jeśli temperatura przekroczy dopuszczalną normę, musi zapewnić pracownikom dostęp do zimnych napojów. W niektórych sytuacjach pracownik może odstąpić od wykonywania pracy, a jeśli dojdzie do sporów na tym tle, sprawę rozstrzygnie sąd pracy. Za nieprzestrzeganie przepisów Państwowa Inspekcja Pracy może nałożyć na pracodawcę karę lub skierować sprawę do sądu. 

Upał stwarza bardzo uciążliwe warunki pracy, co nakłada konkretne obowiązki na pracodawców. Jeżeli w pomieszczeniu zamkniętym wykonywana jest praca lekka, na przykład biurowa, temperatura w pomieszczeniu powyżej 28 stopni Celsjusza nakłada obowiązek zapewnienia zimnych napojów dla pracowników. Pracodawca ma wtedy obowiązek zapewnić nieodpłatnie wszystkim pracownikom zimne napoje w takiej ilości, jaka odpowiada ich potrzebom. Nie jest to ilość limitowana – mówi agencji Newseria Biznes Danuta Rutkowska, rzecznik prasowy Głównego Inspektora Pracy.

W pomieszczeniach, w których nie ma klimatyzacji, pracodawca powinien zaopatrzyć pracowników w wiatraki, a okna zasłonić, tak, by uchronić pomieszczenie przed nagrzaniem. Na otwartej przestrzeni praca w warunkach podwyższonej temperatury ma miejsce przy co najmniej 25 stopniach Celsjusza. Wówczas pracodawca ma obowiązek dostarczyć nieodpłatnie napoje. Przepisy w żaden sposób nie regulują ani w jakiej ilości, ani w jaki sposób ma to zrobić. Rodzaj napoju powinien zostać wcześniej skonsultowany ze związkami zawodowymi. Pracownicy, którzy wykonują tzw. pracę brudzącą na otwartej przestrzeni przy wysokiej temperaturze, mogą liczyć na około 90 litrów wody dziennie na każdego do celów higienicznych.

Za niezapewnienie pracownikom odpowiednich warunków pracy grozi kara grzywny w wysokości od tysiąca nawet do 30 tys. zł.

Inspektor pracy, jeżeli stwierdzi tego rodzaju nieprawidłowość i naruszenie przepisów, może nałożyć grzywnę w postaci mandatu karnego od 1 tys. do 2 tys. zł, a w przypadku tak zwanej recydywy – do 5 tys. zł. Można też skierować wniosek do sądu o ukaranie i wówczas sąd dysponuje wyższą grzywną, do 30 tys. zł – tłumaczy Rutkowska.

Jak zaznacza rzeczniczka, w wyjątkowo niekorzystnych warunkach pracownik może podjąć decyzję o odejściu od stanowiska pracy.

Musi poinformować pracodawcę o takim zamiarze. Jeżeli dojdzie do sporów w takiej sytuacji, rozstrzygają je sądy pracy – dodaje Rutkowska.

Także pracodawca może podjąć decyzję o zwolnieniu pracownika do domu – wówczas także za ten dzień przysługuje wynagrodzenie. Przy wysokich temperaturach zalecane są częstsze przerwy. W ekstremalnych warunkach, kiedy temperatura znacznie utrudnia wykonywanie pracy, można ją zaczynać i kończyć wcześniej.

Pamiętam przypadek pracownika, który zasłabł podczas pracy wysoko w kabinie żurawia. Sytuacja stała się groźna dla życia i pomoc przyszła w ostatniej chwili. Jeżeli warunki są trudne, pracownicy dalej tkwią na posterunku, a czują się źle i nie wytrzymują pracy w tych temperaturach, powinni zadbać o zdrowie, skontaktować się z pracodawcą i przekazać mu informację o swoim samopoczuciu. Myślę, że na pewno pracodawca ich wesprze w takiej sytuacji – podsumowuje Danuta Rutkowska. 

Polacy zarobią więcej w Niemczech

Od 1 stycznia 2015 r. płaca minimalna w Niemczech będzie wynosiła 8,5 euro za godzinę pracy. Zwiększenie wynagrodzeń w najmniej interesujących zawodach wpłynie na wzrost atrakcyjności rynku niemieckiego. Może się również przełożyć na częstsze wyjazdy Polaków do Niemiec, zarówno do prac sezonowych, jak i na stałe.

Decyzja parlamentu niemieckiego o wprowadzeniu płacy minimalnej na poziomie 8,5 euro za godzinę pracy to ważna wiadomość dla wszystkich emigrantów zarobkowych. Ta grupa pracowników była dotychczas dyskryminowana na niemieckim rynku pracy poprzez otrzymywanie niższych wynagrodzeń niż obywatele Niemiec. Oficjalnym powodem niższych płac, na przykład dla Polaków, były nieznajomość języka niemieckiego, czy brak doświadczenia zawodowego. W praktyce oferowane przyjezdnym zarobki i tak były wyższe niż wynagrodzenie, które uzyskaliby, pracując w kraju pochodzenia. W wielu miejscach pracy, gdzie zatrudniani byli Polacy, dochodziło do nawarstwiania się zjawisk dyskryminacji. Teraz ta sytuacja ma szanse ulec zmianie.

Płaca minimalna a prace sezonowe

Rynek prac sezonowych w Niemczech rozwija się głównie dzięki przyjezdnym. Niskie płace zwiększające konkurencyjność dość przeregulowanej niemieckiej gospodarki to dotychczasowy niewątpliwy atut zatrudniania obcokrajowców. Wiele obaw związanych z wprowadzeniem płacy minimalnej jest dziś trudno zweryfikować. Część ekspertów rynku niemieckiego uważa, że wzrost minimalnej stawki za godzinę pracy doprowadzi do wzrostu szarej strefy. Czy są to obawy uzasadnione dowiemy się już w przyszłym roku. Z pewnością wzrośnie liczba Polaków, którzy dostaną od niemieckich pracodawców propozycję otrzymywania wynagrodzenia „pod stołem”. Dla wielu firm i gospodarstw rolno-ogrodniczych takie rozwiązanie będzie bardziej opłacalne, bo pozwoli utrzymać koszty pracy i cen na niskim poziomie – mówi
Tomasz Hanczarek, prezes Zarządu Work Service SA.

Zmiany związane z podniesieniem minimalnej stawki godzinowej najbardziej dotkną branże typowe dla sezonowych ofert pracy: rolnictwo, sadownictwo, czy gastronomia. W tych sektorach płace były najniższe, ale wciąż na tyle atrakcyjne by Polacy chętnie podejmowali pracę. Polacy, którzy do tej pory pracowali na stanowisku kelnera czy sprzątaczki, otrzymując najniższe możliwie wynagrodzenie, od przyszłego roku zarobią znacznie więcej. Praca w Niemczech jest szczególnie atrakcyjna dla osób, które nie chcą na stałe wyjeżdżać z Polski. Bliskość geograficzna umożliwia stały kontakt z rodziną i częste wizyty w kraju. Obecnie wśród najliczniejszych ofert prac sezonowych w Niemczech znajdują się zajęcia w rolnictwie, budownictwie, czy też w produkcji przemysłowej. Zarobki w zależności od stanowiska wahają się w granicach od 1000-2400 euro za miesiąc pracy. Dla długookresowych emigrantów podniesiecie
minimalnej stawki płac również jest korzystne. Przy wysokich kosztach akomodacji w Niemczech, wzrost wynagrodzenia ułatwi szybsze osiedlenie się na stałe i zysk z tej decyzji.

Kolejna fala emigracji

Spodziewamy się kolejnej fali emigracji wśród Polaków. Jednym z docelowych kierunków wyjazdu będą Niemcy. Barierą, którą muszą pokonać polscy pracownicy przed wyjazdem do Niemiec są trudności językowe. Bardzo niewiele osób aplikujących na stanowiska nie wymagające wysokich kompetencji zna niemiecki choćby w stopniu podstawowym – dodaje Tomasz Hanczarek.

Niemcy są najpopularniejszym kierunkiem emigracji zarobkowej Polaków. 21% Polaków deklaruje, że zdecydowałoby się na pracę w tym kraju. Odsetek ten według naszych analiz jeszcze się zwiększy w ciągu najbliższych 12 miesięcy – prognozuje Krzysztof Inglot, dyrektor działu rozwoju rynków w Work Service. Niesłabnące zainteresowanie zarabianiem w Niemczech widać także na podstawie danych NBP, wedle których w roku 2013 Polacy pracujący za granicą przesłali do Polski 4,071 mln euro, z czego aż 1,351 mln euro pochodziło od osób pracujących w Niemczech. Dużą część tych środków stanowią wynagrodzenia zdobywane na zasadzie pracy sezonowej. Kolejna fala emigracji to w dużej części wyjazdy rodzin lub partnerów do naszych rodaków, którzy osiedlili się już na stałe w Europie. Dlatego też mimo
rosnącej liczby wyjeżdżających, ilość transferowanych pieniędzy do kraju będzie malała – dodaje Krzysztof
Inglot.

O 1,33 mld zł wzrosły aktywa funduszy Union Investment TFI w pierwszym półroczu 2014

W pierwszym półroczu 2014 wartość aktywów netto w funduszach Union Investment TFI wzrosła o 1,33 mld zł, do 8,54 mld zł. Zarówno inwestorzy detaliczni, jak i instytucjonalni najchętniej wybierali fundusze pieniężne. Ci ostatni nie tylko w PLN, ale także w EUR i USD.

W samym czerwcu, podobnie jak w poprzednich miesiącach, niekwestionowanym liderem sprzedaży pozostał subfundusz UniKorona Pieniężny (UniFundusze FIO). Pozyskał on w tym okresie ponad 192 mln zł świeżego kapitału, a jego aktywa zbliżyły się do 3 mld zł. Przyczyną tak dużego zainteresowania klientów indywidualnych, jak i korporacyjnych jest m.in. środowisko niskich stóp procentowych oraz stosunkowo wysoka nadpłynność banków prowadząca do niskiego oprocentowania lokat bankowych.

– Klienci instytucjonalni, dysponujący nawet krótkimi nadwyżkami finansowymi, decydują się na wybór funduszy pieniężnych jako rozwiązań oferujących wyższą stopę zwrotu z zainwestowanego kapitału – mówi Tomasz Michalak, Dyrektor ds. Klientów Instytucjonalnych Union Investment TFI. W ciągu ostatnich 12 miesięcy subfundusz UniKorona Pieniężny zarobił 5,41%, a od początku roku 2,46% (dane na 02.07.2014).

Jak podkreśla Tomasz Mirek, Dyrektor ds. Sprzedaży Detalicznej Union Investment TFI, wyniki funduszu są czynnikiem decydującym również dla inwestorów indywidualnych. – Przy oprocentowaniu lokat bankowych na poziomie ok. 2-3% w skali roku, takie stopy zwrotu z funduszu pieniężnego stanowią dla wielu klientów dobrą alternatywę – mówi.

„Aktywne” obligacje i akcje również w polu zainteresowań
W segmencie detalicznym powodzeniem w czerwcu cieszyły się nadal fundusze obligacyjne, szczególnie te o aktywnej strategii inwestycyjnej, jak UniObligacje Aktywny (UniFundusze SFIO). – Wielu inwestorów kieruje się tutaj zaufaniem do instrumentu bazowego, jakim są obligacje skarbowe, ale i atrakcyjnymi historycznymi stopami zwrotu. Najwyższe zyski przyniosły te fundusze obligacyjne, które są aktywnie zarządzane, oraz mają możliwość inwestowania w krajach Europy Środkowo-Wschodniej – ocenia Tomasz Mirek.

Szans na większe zyski wiele osób upatruje w Turcji. – W naszej ocenie, mimo ostatniej korekty, rynek turecki nadal jest bardzo atrakcyjny inwestycyjnie. Jak widać po wynikach sprzedaży brutto, pogląd ten podziela wielu spośród naszych inwestorów – mówi Tomasz Mirek. Zainteresowaniem klientów cieszy się także polski rynek akcji, co odzwierciedlają wyniki sprzedażowe UniKorona Akcje. – Na pewno nie bez znaczenia pozostaje tutaj ponad 17-letnia historia subfunduszu UniKorona Akcje, jak i jego dobre, stabilne w czasie wyniki inwestycyjne – dodaje.

Inwestorzy instytucjonalni preferują fundusze pieniężne

Dział klientów instytucjonalnych Union Investment TFI notuje znaczne napływy przede wszystkim do funduszy pieniężnych – zarówno złotowych, jak i denominowanych w walutach obcych (euro i dolar).

– Wielu z naszych klientów prowadzących bieżące inwestycje w zakresie swojej podstawowej działalności, z racji dużej rotacji środków decyduje się na wybór funduszu. Takie rozwiązanie jest dla nich wygodniejsze, jako że nie wymaga deklarowania długości powierzenia środków, tak jak ma to miejsce w przypadku zakładania lokat terminowych – tłumaczy Tomasz Michalak.

Oprócz subfunduszu UniKorona Pieniężny, w kręgu zainteresowań inwestorów instytucjonalnych jest także UniWIBID Plus (UniFundusze SFIO), którego aktywa zbliżają się do 800 mln zł. – Cieszy nas również fakt, iż inwestorzy dostrzegają zalety naszego funduszu pieniężnego w euro, UniEURIBOR – mówi Michalak. Stopa zwrotu z tego subfunduszu za ostatnie 12 miesięcy wyniosła 1,47% (dane na 2.07.2014).

Tomasz Michalak ocenia, że ze względu na możliwe kolejne obniżki stóp procentowych fundusze pieniężne denominowane w PLN, EUR, jak i USD, dedykowane klientom instytucjonalnym, powinny w dalszym ciągu przynosić wymierne korzyści w relacji do średniej lokat bankowych.

Udane IPO w środku sezonu ogórkowego

O sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Ryszardem Rusakiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. akcji Union Investment TFI

Co słychać na GPW?
Na warszawskiej giełdzie sezon ogórkowy w pełni. Najwyraźniej inwestorzy rozpoczęli już wakacje, na co wskazują niewielkie obroty. Dużo więcej dzieje się na rynku pierwotnym. W ostatnim czasie miało miejsce kilka mniejszych i średniej wielkości emisji akcji, m.in. Altus TFI i Torpol. Wartość każdej z tych ofert wyniosła ok. 200 mln zł. Na parkiecie zadebiutowała również chemiczna spółka PCC Rokita.

Czy w obecnej sytuacji rynkowej IPO to dobry pomysł?
Jak widać, na rynku w dalszym ciągu jest popyt na akcje, a dobre spółki, posiadające ciekawy model biznesowy, nie mają problemów z uplasowaniem swoich ofert. Problemy z wprowadzeniem akcji do obrotu tradycyjnie mają jedynie firmy budzące fundamentalne wątpliwości inwestorów, np. Multimedia Polska.

Czy zmiana na stanowisku prezesa GPW może pomóc warszawskiej giełdzie?
Nie oczekiwałbym spektakularnej poprawy, gdyż wszystkie poważniejsze zmiany wymagają czasu. Nowy prezes może np. obniżyć opłaty giełdowe, ale nie przyczyni się to do gwałtownego zwiększenia obrotów. Wszystko będzie zależało od otoczenia – liczby i atrakcyjności nowych emitentów, sentymentu inwestorów oraz oczywiście ich kapitału. Ograniczenie znaczenia OFE spowoduje, że strumień świeżego kapitału zostanie zmniejszony, co będzie wymagało od zarządu GPW podjęcia działań w celu znalezienia alternatywnego źródła.
Czy widzi Pan takie źródło?
Ważnym ogniwem rynku kapitałowego w Polsce powinni być inwestorzy indywidualni, którzy albo samodzielnie, albo poprzez fundusze inwestycyjne inwestowaliby na giełdzie. Obecnie jednak stanowią oni niewielką grupę, co wynika z wciąż niedostatecznej wiedzy finansowej Polaków. A że edukacja jest procesem długotrwałym, minie sporo czasu, zanim osiągniemy w aspekcie inwestycji w akcje spółek poziom Zachodu. Bodźcem wspierającym mogłyby być również większe ulgi podatkowe.

Przejdźmy jeszcze do Turcji. Mieliśmy tam ostatnio do czynienia ze spadkami na rynku akcji. Czy to coś poważnego?
Moim zdaniem nie. Była to raczej zasłużona korekta. Weźmy pod uwagę, że w pierwszej części roku ceny tureckich akcji, m.in. banków, mocno urosły i musiał w końcu nadejść moment osłabienia dynamiki wzrostu.

A jak w perspektywy tego rynku wpisuje się ostatnia obniżka głównej stopy procentowej?
Generalnie obniżka stóp procentowych jest czynnikiem wspierającym rynek akcji, gdyż zmniejsza koszt kredytu, przyczyniając się do pobudzenia koniunktury gospodarczej. W przypadku Turcji musimy jednak wziąć pod uwagę wydźwięk i okoliczności tej decyzji. Nie dość, że cięcie stóp było większe, niż oczekiwali inwestorzy i niż wskazywałaby na to sytuacja makroekonomiczna, to może ono być odczytywane jako ugięcie się banku centralnego przed naciskami ze strony premiera Erdoğana.

Jak zareagował turecki rynek?
Inaczej niż wskazywałaby na to teoria. Dobitnie świadczy o tym fakt, że rentowności obligacji tureckich zamiast spadać, rosły. W tym kontekście należy pamiętać, że wysokie stopy procentowe bywają pożądane, gdyż pełnią rolę stabilizującą, m.in. dla waluty. Zważywszy na reakcję rynków, niewykluczone, że bank centralny Turcji trochę się pospieszył.

Sytuacja na Bliskim Wschodzie (Irak, Syria) staje się coraz bardziej napięta. Czy może to mieć negatywne przełożenie na Turcję?

Rzeczywiście, potencjalna eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie może być istotnym czynnikiem ryzyka, jednak nie tyle dla samej Turcji, co dla światowych rynków w ogóle. Uwagę inwestorów zwraca przede wszystkim destabilizacja w Iraku oraz ewentualna groźba zbrojnego zatargu pomiędzy Iranem a Arabią Saudyjską, która jest potentatem, jeśli chodzi o wydobycie i system transportu ropy naftowej. Eskalacja na Bliskim Wschodzie mogłaby spowodować wzrost cen ropy, co zdecydowanie negatywnie wpłynęłoby na globalną gospodarkę i mogłoby zakończyć trwającą od kilku lat hossę. Na szczęście tymczasem ten czarny scenariusz jest mało prawdopodobny.

Prawo geologiczne i górnicze po poprawkach Senatu wraca do Sejmu. Eksperci apelują o przyspieszenie prac

CEO Magazyn Polska

Senatorowie zaproponowali kilka poprawek do Prawa geologicznego i górniczego. Chodzi między innymi o ustalenie terminu wejścia w życie przepisów na 1 stycznia 2015 r. i złagodzenie sankcji wobec firm naruszających harmonogram prac. Teraz ustawa wróci do Sejmu. Janusz Steinhoff, były minister gospodarki, podkreśla, że przedłużające się dyskusje o nowych przepisach dotyczących łupków i obciążeniach podatkowych szkodzą całemu przedsięwzięciu.

Polska zachowuje się nieporadnie w tej materii: mamy długotrwałe dyskusje o nowelizacji Prawa geologicznego i górniczego, niesamowicie długie dyskusje o podatku węglowodorowym, zdecydowanie nadmierny fiskalizm państwa, np. jeśli chodzi o wydobywanie miedzi i srebra, krytycznie oceniony przez przedsiębiorców, i utratę zaufania do państwa – wymienia Janusz Steinhoff,  były wicepremier i minister gospodarki.

Jak podkreśla, dla inwestorów najważniejsze są stabilne warunki funkcjonowania: racjonalne przepisy prawne, przekładające się na pracę administracji, i system podatkowy bez nadmiernego fiskalizmu.

Trzeba mieć świadomość, że brak regulacji i zapowiedź opodatkowania wypłoszyła z Polski co najmniej kilku potencjalnych inwestorów – zapewnia Steinhoff.

Według Ministerstwa Środowiska do tej pory na poszukiwanie złóż w Polsce wydano 2 mld zł. Jak wylicza Organizacja Polskiego Przemysłu Poszukiwawczo-Wydobywczego do 2021 r. inwestycje związane z gazem łupkowym sięgnąć mogą ok. 14 mld zł. To ogromne ryzyko dla firm, które nie wiedzą wciąż, jak będzie wyglądało opodatkowanie wydobycia tych kopalin.

Na to trzeba patrzeć trochę szerzej: wydobywanie kopalin to są bardzo kapitałochłonne inwestycje, jeden otwór to jest kilkanaście milionów, ryzyko w tym biznesie też jest bardzo duże, szczególnie w tej początkowej fazie, z którą mamy do czynienia w Polsce – wylicza Steinhoff.

Choć na ocenę ostatecznego kształtu nowych podatków jest jeszcze za wcześnie, bo nad regulacjami wciąż pracuje Sejm, to ekspert przestrzega przed konsekwencjami nadmiernych obciążeń.

Na razie wiadomo, że propozycja jest taka, aby od 2020 r. przedsiębiorcy wydobywający paliwa kopalne, w tym gaz łupkowy, płacili od 0 do 25 proc. nowego podatku węglowodorowego od zysków. Jeśli ich zyski będą niewielkie lub nie będzie ich wcale, firmy nie zapłacą tej daniny. Na gaz i ropę rozszerzony zostanie też podatek od kopalin, którego wysokość wyniesie w zależności od rodzaju surowca 1,5 lub 3 proc. wartości wydobycia. Przedsiębiorcy będą również obciążeni podatkiem CIT, opłatą eksploatacyjną czy podatkiem od nieruchomości. Propozycje rządowe zakładają, że podatki i opłaty mają wynosić nie więcej niż 40 proc., choć branża podkreśla, że w rzeczywistości mogą okazać się znacznie wyższe.

Problem z gazem łupkowym ma cała Europa, a memorandum na jego wydobycie ogłoszono nawet w niektórych częściach USA, które są potęgą w wydobywaniu tego surowca i dzięki niemu utrzymują niezależność energetyczną oraz niskie ceny energii. Sprawa rozbija się o ocenę wpływu na środowisko tej metody wydobycia. Steinhoff stoi na stanowisku, że obawy są niepotrzebne.

Pamiętajmy o tym, że każde wydobywanie kopaliny ze złoża jest naruszeniem stanu środowiska, a powinnością człowieka jest minimalizować te skutki środowiskowe. Ale jeżeli porównamy skutki środowiskowe przy wydobyciu węgla brunatnego w górnictwie odkrywkowym czy węgla kamiennego w górnictwie podziemnym, to wydaje mi się, że ich ocena wskazuje na mniejszą dolegliwość wydobycia gazu w górnictwie otworowym – tłumaczy rozmówca Newserii Biznes.

Ostatnie dni konsultacji w sprawie dopłat bezpośrednich dla rolników. Średnia dopłata przekroczy 200 euro na hektar

CEO Magazyn Polska

Na ponad 40 mld euro mogą liczyć polscy rolnicy w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich oraz dopłat bezpośrednich do 2020 r. Średnia dopłata bezpośrednia ma wynieść 246 euro na hektar. Dokładny kształt systemu dopłat zależy od tego, który z trzech wariantów wybierze po kończących się 11 lipca konsultacjach Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Rolnicy mogą liczyć na kwotę podstawową 184 euro na hektar, ale średnio jest to 246 euro po uwzględnieniu dopłat dodatkowych w jednym z wariantów. Gospodarstwa korzystające z premii dla młodego rolnika na płatności bezpośrednie czy z dopłat na te pierwsze hektary będą mogły uzyskać płatności nawet powyżej 500 euro do hektara. Te wyższe płatności uzyskają ci, którzy rzeczywiście aktywnie zajmują się produkcją w rolnictwie – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Zgodnie projektem do polskich rolników do roku 2020 trafi łącznie 43,4 mld euro. Znaczna większość tych środków będzie pochodzić z budżetu UE. Polska dołoży tylko 4,9 mld euro w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich (drugi filar Wspólnej Polityki Rolnej). Dopłaty bezpośrednio będą finansowane przez Brukselę z wyjątkiem dopłat do produkcji tytoniu. Te ostatnie wyniosą 180 mln euro, a środki będą pochodzić z budżetu krajowego.

Sawicki podkreśla, że te kwoty to więcej niż polscy rolnicy dostali od 2004 r. Do tej pory wsparcie dla nich wyniosło niecałe 40 mld euro. Wsparcie zostało tak zaprojektowane, by przygotować polskich rolników do przejścia na pełne urynkowienie po roku 2020.

System dopłat bezpośrednich, czyli pierwszy filar WPR, został wzmocniony dzięki przesunięciu przez Polskę ponad 25 proc. środków z PROW.

Zasada jest bardzo prosta: te 25 proc. musi być skierowane do gospodarstw produkcyjnych rozwijających się, dających szansę na uzyskanie pełnego urynkowienia po roku 2020. Oprócz wsparcia określonych kierunków produkcji proponujemy także nieco większe dopłaty, dodatkowe dopłaty do hektara dla gospodarstw małych i średnich, żeby zwiększyć ich potencjał rozwojowy, ich możliwości inwestowania i budowania pozycji na rynku – wylicza Sawicki.

Trwającym do 11 lipca konsultacjom społecznym ministerstwo poddało trzy warianty dopłat dodatkowych. Ich średnia wysokość niezależnie od przyjętego systemu wyniesie 205 euro na hektar. Jednolite płatności obszarowe wraz ze stawką za zazielenianie wyniosą w dwóch z nich 184 euro na hektar, a w wariancie bez dopłat dodatkowych – 205 euro na hektar. Dopłaty dodatkowe, które są elementem nieobowiązkowym WPR, będą najwyższe w przypadku gospodarstw o wielkości od 10 do 30 hektarów i wyniosą w zależności od wariantu 62 lub 80 euro na hektar. Dzięki temu najbardziej skorzystają gospodarstwa o łącznej powierzchni, w zależności od wariantu, między 12 a 83 hektarów lub między 11 a 69 hektarów.

Sawicki przyznaje, że nowy system nie wyeliminuje całkowicie problemu pobierania dopłat na grunty rolne przez osoby, które niczego na nich nie uprawiają. Zminimalizować ten problem ma jednak wypracowana definicja „rolnika aktywnego”.

Ci, którzy nie zajmują się rolnictwem, wcale nie muszą uzyskiwać takiego poziomu dopłat jak rolnicy produkcyjni. Stąd ta zmiana i nowe podejście, które daje szansę autentycznym rolnikom – podkreśla Sawicki. – Dodatkowo w ramach środków unijnych na rolnictwo mamy jeszcze 5,2 mld euro w polityce spójności.

Przesunięcie środków z drugiego do pierwszego filara WPR sfinansuje także płatności związane z produkcją. To maksymalnie 15 proc. środków krajowych, z czego 2 proc. trafi na rośliny wysokobiałkowe, przede wszystkim paszowe. Sawicki podkreśla, że będą także dopłaty do produkcji truskawek i malin, chmielu, skrobi i cukru, a także do hodowli zwierząt – zwłaszcza bydła mlecznego i mięsnego, owiec i kóz. Resort przewidział także wsparcie dla produkcji proekologicznej –  najwyższe dla najmniejszych gospodarstw do 50 hektarów.

Później redukcja o 50 proc. w obszarze 50-100 hektarów i tylko 25 proc. w gospodarstwach od 100 do 150 hektarów. W ramach grup producenckich, w ramach ustawy o organizacjach grup i producentów chcemy również zastosować pewne preferencje, z jednej strony, dla produkcji żywności podwyższonej jakości, z drugiej strony, preferencje dla gospodarstw chcących przetwarzać w gospodarstwach produkty i prowadzić sprzedaż bezpośrednią – zapowiada Sawicki.

Sytuacja na rynku pracy w USA nieoczekiwanie się poprawiła. Gospodarka powoli się ożywia

CEO Magazyn Polska

Amerykanie mogą w nieco lepszych nastrojach świętować dzisiejszy Dzień Niepodległości. Dane dotyczące rynku pracy w czerwcu pozytywnie zaskoczyły analityków. Stopa bezrobocia w ubiegłym miesiącu wyniosła w Stanach 6,1 proc., podczas gdy prognozowano 6,3 proc. Utworzono też o kilkadziesiąt tysięcy nowych miejsc pracy więcej niż oczekiwano. Jednak analitycy zwracają uwagę na to, że przy innej metodologii okazałoby się, że bezrobocie jest znacznie wyższe.

W amerykańskim sektorze pozarolniczym stworzono w czerwcu 288 tys. nowych miejsc pracy, a w sektorze prywatnym – 262 tys. Prognozowano zaś odpowiednio 212 tys. i 210 tys.

– Pamiętajmy jednak, że gdyby mierzono bezrobocie według kategorii z lat 30. ubiegłego wieku, to okazałoby się, że jest na poziomie kilkunastu procent – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Mnóstwo ludzi w ogóle nie stara się o pracę, bo wiedzą, że jej i tak nie zdobędą. Oni nie są uwzględniani w zbiorze bezrobotnych. Jest wiele osób zatrudnionych czasowo i w niepełnym wymiarze godzin, którzy także nie liczą się jako bezrobotni.

Zdaniem Piotra Kuczyńskiego mimo teoretycznie niskiego bezrobocia amerykański rynek pracy wciąż jest w nie najlepszej kondycji. Świadczy o tym np. wskaźnik zaufania konsumentów Conference Board, który znajduje się poniżej 90 punktów (w czerwcu – 85,2 pkt).

– O dobrych nastrojach można mówić na poziomie powyżej 90 punktów, a tak naprawdę to powinno być nawet 140 punktów – mówi Kuczyński. – Obecne nastroje są złe właśnie dlatego, że nie ma pracy, a jeśli jest, to bardzo nisko płatna, z której trudno się utrzymać.  

Trudna sytuacja na rynku pracy utrzymuje się pomimo polityki Fed pompowania (co prawda powoli wygaszanego) dolarów w rynek.

– Stopy są w dalszym ciągu w okolicach zera i nadal trwa luzowanie ilościowe – przypomina Kuczyński. – Fed co miesiąc skupuje aktywa za 35 mld dolarów. W październiku może zaprzestanie skupu, ale nie będzie też sprzedawał, a stopy pozostaną niskie.

Zgodnie z zapowiedziami członków amerykańskiego banku centralnego wzrost stóp procentowych nastąpi prawdopodobnie na początku przyszłego roku.

– James Bullard, szef Fed z St. Louis, mówi, że do końca przyszłego roku wyniosą one 1,25 proc. To nadal niewiele przy naszych 2,5 proc. Przedstawiciele Fed mówią, że wszystko zależy od sytuacji gospodarczej. Jeśli będzie ona zła, to stopy pozostaną na ultraniskim poziomie – mówi Kuczyński. – Problem banków centralnych polega na tym, że jeżeli stopy zostaną za szybko podniesione, to zduszą gospodarkę i wróci recesja, a jeżeli za wolno  to uderzy inflacja.  

Podane ostatnio przez Departament Handlu USA dane o wzroście gospodarczym nie napawają optymizmem. W I kwartale roku PKB spadł o 2,9 proc. w ujęciu zanualizowanym kwartał do kwartału. Ekonomiści spodziewali się wprawdzie spadku po srogiej zimie, jaka dotknęła Amerykę w tym roku, ale nie w aż takiej skali.

O tyle PKB by spadł w całym roku, gdyby gospodarka rozwijała się jak w I kw. To wygląda bardzo niedobrze, choć nie do końca wiadomo, z czego to wynika – mówi główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Myślę, że to chwilowe, bo dane makro za II kwartał już wyglądały nieco lepiej. Nie było widać procesów stagnacyjno-recesyjnych. Niewątpliwie PKB w Stanach wzrośnie w tym roku, prawdopodobne jest, że między 2 a 3 proc. Na pewno wzrośnie więcej niż gospodarka europejska.

Media Markt walczy o klientów w mniejszych miejscowościach, gdzie nie ma sklepów sieci

CEO Magazyn Polska

Media Markt chce zdobywać klientów również w miejscowościach, w których nie ma sklepów stacjonarnych. Sieć ma blisko 50 sklepów, głównie w większych miastach. Liczy jednak, że dzięki sprzedaży internetowej zakupy w Media Markt będą robić również mieszkańcy mniejszych miast i miejscowości. Zachęcić klientów ma ogólnokrajowa akcja Media Markt Tour 2014 – do października przedstawiciele sieci odwiedzą blisko 70 miejscowości w całej Polsce, promując w interaktywnym miasteczku nowoczesne technologie z oferty sklepów.

Plan ekspansji na pewno zakłada rozwój w Polsce, mamy jeszcze spory niewykorzystany potencjał. Rozwijamy się głównie z naszymi partnerami deweloperskimi, którzy otwierają nowe galerie handlowe lub nowe parki handlowe. Nasza kampania odpowiada też na oczekiwania klientów z małych miejscowości  od 18 miesięcy mamy uruchomioną sprzedaż internetową. W związku z tym nasze produkty i usługi są dostępne z każdego miejsca w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Sobolik, dyrektor zarządzający Media Markt Polska.

Właśnie promocja sklepu internetowego jest jednym z celów ogólnopolskiej kampanii sieci Media Markt. W trakcie Media Markt Tour 2014 pracownicy spółki odwiedzą niemal 70 miejscowości. W każdej z nich zbudowane zostanie niewielkie miasteczko promocyjne, w którym spółka będzie demonstrowała najnowsze technologie ze swojej oferty. Będzie można także m.in. skorzystać z gier oraz wygrać nagrody w konkursach. Interaktywne miasteczko odwiedziło już ponad 40 tys. osób.

Sobolik podkreśla, że dzięki sklepowi internetowemu Polacy mogą kupować w Media Markt niezależnie od tego, czy mieszkają w pobliżu sklepu. Markety spółki znajdują się w 39 miejscowościach, w tym również w mniejszych, takich jak Czeladź, Głogów czy Piotrków Trybunalski.

Odwiedzamy małe miejscowości w celu zasygnalizowania tego, że w naszej ofercie dostępne są najnowocześniejsze technologie, innowacje, jak również tego, że jesteśmy sprzedawcą produktów elektroniki użytkowej w internecie, co czyni nas liderem na rynku elektroniki w Polsce – tłumaczy Sobolik.

Ważnym elementem kampanii promocyjnej jest wykorzystanie znanej z reklam Media Markt czerwonej ciężarówki. Wydarzenia promocyjne odbyły się już w ponad 20 miastach, a uczestniczyło w nich ponad 42 tys. osób. Kampania wystartowała w maju i potrwa do października tego roku. W pierwszej połowie lipca Media Markt Tour odwiedzi Turek, Wrześnię, Leszno, Głogów oraz Nową Sól.

W miesiącach wakacyjnych rośnie sprzedaż ubezpieczeń mieszkań i domów. Polacy zabezpieczają się przed wyjazdem

CEO Magazyn Polska

W pierwszym kwartale tego roku składka z ubezpieczeń majątkowych była o ponad 6 procent wyższa niż rok wcześniej, a znaczący udział w składce mają ubezpieczenia od ognia i innych żywiołów. Sprzedaż tego typu polis rośnie w miesiącach wakacyjnych. Znajduje to też odzwierciedlenie w większej liczbie szkód wywołanych przez zjawiska przyrodnicze. Eksperci radzą, by wybierać jak najpełniejsze ubezpieczenie oraz zwrócić uwagę na jego zakres i ewentualne wyłączenia.

Obserwujemy, że nasi klienci w lipcu częściej interesują się ubezpieczeniem mieszkania, jest zwiększona sprzedaż. Ale notujemy też wówczas większą liczbę szkód związanych ze zjawiskami przyrodniczymi, takimi jak deszcze nawalne, powodzie czy huragany – mówi agencji Newseria Biznes Anna Dyga, ekspert ds. ubezpieczeń majątkowych w PZU SA i PZU Życie SA.

Również z danych TUiR Warta wynika, że w miesiącach wakacyjnych odsetek szkód w ubezpieczeniach mieszkaniowych spowodowanych przez żywioły jest bardzo wysoki – 83 proc. ubiegłorocznych szkód wywołanych opadami deszczu przypada na okres od czerwca do sierpnia, 90 proc. szkód spowodowanych powodzią przypada na okres od maja do sierpnia. Podobnie jest w przypadku szkód spowodowanych gradem (98 proc. przypada na ten okres) i uderzeniem pioruna (78 proc.).

Jeżeli wracamy po wakacjach do domu i widzimy, że mamy np. szkodę na skutek zalania, nasz dom stoi w wodzie, przede wszystkim musimy dążyć do zabezpieczenia mienia, żeby szkoda się nie powiększała, czyli musimy zakręcić dopływ wody. W drugiej kolejności dzwonimy do swojego ubezpieczyciela, który nas poinstruuje, co dalej musimy zrobić, jak zgłosić szkodę i jakie czynności musimy wykonać. Natomiast w przypadku kradzieży oczywiście dodatkowo musimy poinformować policję o przestępstwie – radzi Anna Dyga.

Sprzedaż ubezpieczeń majątkowych utrzymuje się w Polsce na wysokim poziomie. Jak wskazują analizy Polskiej Izby Ubezpieczeń, w pierwszym kwartale tego roku składka z ubezpieczeń majątkowych wyniosła 3,7 mld zł i była o ponad 6 procent wyższa niż rok wcześniej. Wciąż jednak niewiele ponad 30 procent Polaków decyduje się na zakup ubezpieczenia (dla porównania w Niemczech wskaźnik ten wynosi prawie 90 procent). Przeważają w tej grupie ci, którzy już doświadczyli kradzieży czy działania żywiołów.

Na polskim rynku dominują ubezpieczenia w formie pakietów – są to różne ubezpieczenia powiązane z posiadanym majątkiem. Zwykle obejmują ryzyko kradzieży, rabunku, wystąpienia zdarzeń losowych i odpowiedzialności cywilnej. Coraz częściej dołączane są usługi związane z ubezpieczeniem domowników od nieszczęśliwych wypadków.

Bardzo często nasi klienci mają już ubezpieczenie murów domu, mieszkania pod kredyt hipoteczny, ale zawsze warto zadbać o to, żeby mieć ubezpieczenie dla siebie i ubezpieczenie wyposażenia. Mowa zarówno o stałych elementach, takich jak podłogi, armatura łazienkowa, okna, drzwi, jak i mieniu ruchomym – biżuterii, sprzęcie komputerowym, elektronicznym czy ogrodniczym – zaznacza ekspertka PZU.

Jak podkreśla ekspertka, przy wyborze należy kierować się zakresem polisy, czyli za co, do jakiej wysokości i w jakich sytuacjach można liczyć na ubezpieczenie. W ofercie można także znaleźć katalog wyłączeń ochrony, czyli przypadków, w których ubezpieczyciel nie będzie odpowiadał.

Firmy ubezpieczeniowe różnie budują swoją ofertę. Jedne proponują konkretne warianty, inne proponują ubezpieczenie od podstawowych ryzyk, do których można dokupić dodatkowe, na przykład przepięcie, kradzież, dewastacja. Jeszcze inne oferują najszerszy zakres ochrony z możliwością wyłączenia ryzyka, którego się nie obawiamy – mówi Anna Dyga.

Wysokość składki ubezpieczeniowej zależy m.in. od wartości, na jaką ubezpiecza się mienie (częściowe lub całkowite), dużo też zależy od terenu, na którym znajduje się nieruchomość. Część instytucji nie ubezpieczy mienia od powodzi, jeśli budynek znajduje się na terenie zalewowym, na którym w ciągu dwóch ostatnich lat występowały powodzie.

Dyga podkreśla, że już za składkę w wysokości 360 zł miesięcznie można ubezpieczyć nieruchomość na wartość 400 tys. zł i ruchomości – do 20 tys. zł.

SKOK-i i banki spółdzielcze pracują nad umacnianiem pozytywnego wizerunku wśród lokalnych społeczności

Instytucje finansowe coraz częściej włączają się w działania związane z obszarem społecznej odpowiedzialności biznesu. Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe realizują politykę CSR głównie lokalnie. W przeciwieństwie do dużych banków nie mają wypracowanych mechanizmów wspierania projektów ogólnokrajowych. Podobnie robią banki spółdzielcze, chociaż oba te rodzaje instytucji bankowości społecznej nie wykorzystują swoich możliwości działań ponadregionalnych. Eksperci Instytutu Jagiellońskiego podkreślają, że w Polsce brakuje spójnego systemu CSR i wymiany doświadczeń, a to pozwoliłoby na większą efektywność działań.

– Prowadzimy różnego rodzaju projekty z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu, bo takie są nasze cele statutowe – to zostało zapisane przez członków założycieli, więc zaangażowanie w CSR jest dla nas naturalnym działaniem, które stale rozwijamy – mówi Mariusz Gazda, prezes zarządu SKOK Wołomin. – Są to wszelkiego typu działania wspierające polską kulturę czy sport, głównie w wydaniu młodzieżowym, dziecięcym, ale także wydawnictwa historyczne, również wspieraliśmy produkcję filmów historycznych. Wspieramy wszystko, co polskie, co nasze, co lokalne.

Na tego typu wsparciu koncentrują się SKOK-i – wynika z raportu przygotowanego przez Instytut Jagielloński „Dobre partnerstwo – teoria a praktyka: jak instytucje finansowe budują partnerstwo na korzyść lokalnych społeczności”. Eksperci podzielili badane instytucje na trzy kategorie – banki komercyjne, banki spółdzielcze i spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe. Wnioski są takie, że banki, szczególnie te duże, jak Pekao SA, chętnie angażują się w przedsięwzięcia ponadregionalne, a działalność lokalna realizowana jest przez wspierane przez bank fundacje czy stowarzyszenia.

Banki spółdzielcze zwykle wspierają lokalne działania, jak na przykład działalność na rzecz edukacji dzieci i młodzieży – tak robi BS w Brańsku. SKOK Wołomin, druga co do wielkości kasa w Polsce, zrzeszająca 80 tys. członków – angażuje się głównie w przedsięwzięcia kulturalno-sportowe, także koncentrując się na swoim regionie.

To wszystko jest naturalne. Pozytywne, dobre działanie dla drugiego człowieka, który jest najbliżej, czyli w tej społeczności lokalnej – tłumaczy Gazda. – To nasz obowiązek, ponieważ to te społeczności lokalne nas tworzą i to są nasi klienci. Niejednokrotnie prezydenci miast, burmistrzowie osobiście angażują się na rzecz jakichś lokalnych społeczności, czy to są stowarzyszenia, ośrodki kultury czy ośrodki sportu – podkreśla Gazda.

SKOK-i i banki spółdzielcze mają jednak możliwość działania ponadregionalnego – zauważają autorzy raportu. Mogłyby to realizować za pośrednictwem Kasy Krajowej SKOK czy Rady Banków Spółdzielczych. Instytut Jagielloński w raporcie wskazał, że brakuje ogólnopolskich mechanizmów komunikacji i koordynacji projektów, a te mogłyby znacznie zwiększyć efektywność działań. Nie ma też platformy, która mogłaby służyć jako miejsce do wymiany informacji i doświadczeń, z której mogłyby skorzystać przede wszystkim mniejsze instytucje. I nie chodzi tu o ingerowanie w poszczególne lokalne projekty. To o tyle istotne, że działania związane ze społeczną odpowiedzialnością biznesu wpływają pozytywnie na wizerunek.

– Przekładają się na wizerunek, znajomość, postrzeganie i rozróżnianie danych podmiotów. Natomiast nie przekładają się wprost na sprzedaż – tłumaczy Mariusz Gazda.

Na pewno jednak CSR SKOK-ów i banków spółdzielczych daje mocne argumenty w dyskusji na temat szans na utrzymanie polskiego charakteru instytucji finansowych w kontekście przekształceń na rynku i Unii Bankowej – podkreślili eksperci Instytutu Jagiellońskiego. Dodają, że mocna więź z lokalnymi społecznościami sprzyja utrzymaniu polskiego oblicza tego sektora finansowego.

Ericpol chce wzmocnić swoją pozycję na polskim rynku. Wzrośnie zatrudnienie w Łodzi i Krakowie

CEO Magazyn Polska

Ericpol jest największym polskim eksporterem z branży teleinformatycznej. Blisko 90 proc. przychodów spółki pochodzi z zagranicznych rynków, ale udział polskiego ma się w najbliższym czasie zwiększać. Mają to zapewnić m.in. projekty dla administracji oraz rozwiązania dla biznesu, również dla branży medycznej, logistycznej i automotive. Firma zapowiada poszukiwania inżynierów do pracy w Łodzi i Krakowie oraz w oddziałach zagranicznych.

Ericpol jest jedna z największych firm informatycznych w Polsce: z ponad 300 mln zł obrotu i 2 tys. pracowników w czterech krajach.

Od wielu lat jesteśmy czołowym eksporterem rozwiązań informatycznych, zawsze w pierwszej piątce, a od kilku lat umacniamy naszą pozycję na rynku polskim – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Szczerkowski, dyrektor generalny i wiceprezes zarządu Ericpol.

Po ponad 20 latach istnienia w 2013 r. Ericpol wszedł na rynek zamówień publicznych w Polsce. Firma planuje zwiększać udział rodzimego rynku w generowanych przychodach. Na razie pozostaje on niewielki – około 10 proc. Równolegle Ericpol chce dalej umacniać swoją pozycję na zagranicznych rynkach, szczególnie w segmencie outsourcingu i konsultingu.

Teraz koncentrujemy się na rynku niemieckim. Otworzyły się też ciekawe perspektywy, jeżeli chodzi o rynek północnoamerykański. Klientom w Stanach Zjednoczonych będziemy oferować głównie usługi outsourcingowe, natomiast naszym europejskim klientom bardziej zaawansowane produkty i usługi informatyczne – mówi Szczerkowski.

Dotychczas Ericpol zrealizował ponad 800 projektów w 75 krajach. Firma posiada biura w Łodzi, Krakowie i Warszawie oraz spółki zależne na Białorusi, Ukrainie i w Szwecji. Specjalizuje się w usługach outsourcingu i konsultingu IT, dostarcza też rozwiązania m.in. dla firm telekomunikacyjnych, sektora ochrony zdrowia czy też banków.

– W najbliższym roku będziemy przede wszystkim inwestować w rozwój naszych własnych rozwiązań. Chodzi o produkty dla logistyki, medycyny, oraz workflow, czyli rozwiązania dla przedsiębiorstw i urzędów państwowych. Poszukujemy także klientów z obszaru automotive, zajmujemy się dostarczaniem rozwiązań i systemów embedded [systemów wbudowanych – red.]. To jest to, co znajduje się w konsoli środkowej w samochodzie, czyli coraz więcej elektroniki i software’u. To są rzeczy, które nas interesują – wymienia wiceprezes Ericpola.

Ericpol ogłosił w maju, że chce zatrudnić 250 nowych pracowników w Krakowie i Łodzi, przede wszystkim osoby z wykształceniem technicznym lub ścisłym.

Będziemy inwestować w nabywanie coraz większych kompetencji, ciągle poszukujemy dobrych inżynierów w Łodzi, Krakowie, również w naszych lokalnych sekcjach za granicą. Inwestujemy też w infrastrukturę, właśnie kończymy inwestycję w powierzchnie biurowe w Łodzi – to jeden z ciekawszych budynków, który tam powstanie – ocenia Paweł Szczerkowski.

Wśród partnerów biznesowych Ericpolu dominują duże, dojrzałe firmy. Współpraca z nimi pozwala spółce oferować bardziej konkurencyjne produkty w porównaniu z firmami z Dalekiego Wschodu, których atutem są niskie koszty. Według Szczerkowskiego efektywna i elastyczna współpraca z partnerami jest podstawą ekspansji na zagranicznych rynkach.

Dziś bardzo mało jest firm, które samodzielnie dostarczają wszystkie elementy rozwiązania. Potrzebny jest sprzęt i licencje. Dzięki partnerstwu z dużymi firmami jesteśmy w stanie efektywnie startować i wygrywać tego typu kontrakty. A bycie partnerem powoduje, że ma się dostęp do lepszej wiedzy, współpraca pozwala lepiej kształtować rozwiązania dla klientów – wskazuje wiceprezes Ericpola.

Kolejnym, bardzo istotnym źródłem przewagi konkurencyjnej firm teleinformatycznych jest współpraca ze środowiskiem naukowym. Ericpol wspiera zacieśnianie kontaktów między sferą biznesu i nauki w ramach platformy współpracy z uczelniami wyższymi „Ericpol Science Ecosystem”. Firma stale współpracuje z Politechniką Łódzką, Uniwersytetem Jagiellońskim, Uniwersytetem Łódzkim oraz Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie. Pracownicy Ericpolu prowadzą zajęcia dla studentów telekomunikacji, matematyki stosowanej i informatyki.

W Warszawie wciąż za mało powierzchni handlowej. Nasycenie nią niższe niż w innych dużych miastach Polski

CEO Magazyn Polska

Nasycenie powierzchnią handlową w Warszawie jest w przeliczeniu na mieszkańca mniejsze niż w innych dużych miastach Polski. Mimo że siła nabywcza przekracza tu przeciętnie o 80 proc. średnią krajową. Największe zapotrzebowanie na powierzchnie handlowe jest m.in. na Białołęce, w Wilanowie, Wawrze i na Ursynowie. 

Na 1000 warszawian przypada obecnie niespełna 440 mkw. powierzchni handlowej w klasycznym centrum handlowym, czyli liczącym co najmniej 10 sklepów w galerii i mającym powierzchnię powyżej 5 tys. mkw. To mniej niż w innych dużych miastach, jak Poznań czy Wrocław. Kalkulacja ta uwzględnia jedynie liczbę osób zameldowanych w Warszawie (1,7 mln). Przy uwzględnieniu realnej liczby mieszkańców – ok. 2,5 mln osób – wskaźnik nasycenia byłby jeszcze niższy.

W stolicy od dawna nie było już otwarcia dużego centrum czy parku handlowego.

Od siedmiu lat na warszawskim rynku powierzchni handlowych nie pojawiło się żadne duże centrum handlowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor działu badań i doradztwa JLL.

Ostatnim dużym – a więc dysponującym powierzchnią między 40 a 80 tys. mkw. – obiektem były Złote Tarasy ukończone w 2007 r. Z kolei ostatnim obiektem uznawanym za bardzo duży, a więc przekraczającym 80 tys. mkw., była Arkadia wybudowana w 2004 r., czyli 10 lat temu.  

Od tamtej pory średnioroczny przyrost powierzchni handlowej to zaledwie 19 tys. mkw. – mówi Bartoszewicz-Wnuk.

Problemem stolicy jest niedostateczna podaż terenów pod budowę.

Dlatego obserwujemy trend w kierunku rozbudowy obiektów już istniejących, takich jak Promenada czy Wola Park. Duże działania obserwujemy też w Blue City, Galerii Mokotów czy Arkadii. Dotyczą one nawet nie rozbudowy, lecz przebudowy, wzmocnienia pewnych segmentów – mówi Bartoszewicz-Wnuk.

Średnia pod względem nasycenia obiektami handlowymi powyżej 500 metrów kwadratowych w granicach Warszawy wynosi 1,151 tys. metrów kwadratowych na 1 tys. mieszkańców. Jednak sytuacja różni się w zależności od dzielnicy. Najbardziej nasycone dzielnice to Włochy, Targówek, Śródmieście i Ochota. Najniższe nasycenie powierzchnią handlową jest na Bielanach, gdzie na mieszkańca przypada jej ponad 30 razy mniej niż na Włochach. Jednak przeciętna siła nabywcza mieszkańców Bielan jest niższa od warszawskiej średniej, a przestrzeń do rozwoju inwestycji mieszkaniowych – niewielka. To ostatnie może jednak ulec zmianie w przypadku przeznaczenia na cele mieszkaniowe terenu Huty.

Z kolei niskie nasycenie powierzchnią handlową pomimo wysokiej siły nabywczej to problem zwłaszcza Białołęki i Wilanowa.  

Są to dzielnice należące do najbardziej dynamicznie rozwijających się dzielnic Warszawy pod kątem budownictwa mieszkaniowego. Cechuje je wysoka siła nabywcza mieszkańców i bardzo niskie nasycenie obiektami handlowymi. Bezrobocie jest tam niskie – mówi Bartoszewicz-Wnuk.

Potencjał do rozwoju istnieje także w dzielnicy Wawer. Wprawdzie liczba projektów deweloperskich jest tam niewielka, jednak siła nabywcza na gospodarstwo domowe jest wysoka, a nasycenie powierzchnią handlową niskie. Podobna sytuacja jest na Ursynowie.

Z drugiej strony budownictwo mieszkaniowe rozwijać się będzie w dłuższej perspektywie na Woli. Mam tu na myśli głównie rozwój budownictwa mieszkaniowego wzdłuż ul. Jana Kazimierza, rejon Odolan i Czystego. Ten czynnik sprawia, że Wola ma duży potencjał do rozwoju powierzchni handlowych – zauważa ekspertka JLL.

Raport „Warszawski rynek handlowy: nie przegap możliwości!” został przygotowany przez firmę z branży nieruchomości komercyjnych JLL, doradców w obszarze rynku mieszkaniowego REAS i instytut badawczy GfK Polonia. Jest to druga edycja raportu – pierwsza została opublikowana pięć lat temu. Autorzy raportu przeanalizowali nasycenie powierzchnią handlową w Warszawie z podziałem na dzielnice, siłę nabywczą mieszkańców (całkowitą i w podziale na gospodarstwa domowe) oraz prognozy nowego budownictwa mieszkaniowego w perspektywie krótko- i długoterminowej.

Mieszkańcy Krakowa mają razem z miastem budować smart city

Krakowianie mają być współodpowiedzialni za budowanie inteligentnego miasta. Władze miasta wdrażają już inteligentne rozwiązania, które m.in. mają poprawić płynność ruchu, zachęcić do korzystania z komunikacji miejskiej, a tym samym poprawić komfort życia. Chcą jednak, by w planowaniu kolejnych przedsięwzięć współuczestniczyli krakowianie.

Chcemy, aby mieszkańcy czuli się komfortowo, żeby zarządzanie miastem, jego wszystkimi żywotnymi aspektami odbywało się w sposób inteligentny, nie w sposób biurokratyczny, nie w sposób narzucony, tylko żeby to było zgodne z ideą mieszkańca – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Filip Szatanik, kierownik biura prasowego w Urzędzie Miasta Krakowa.

Kraków angażuje się w rozwój miasta, który wpisuje się w ideę budowania smart city – miasta inteligentnego i dobrze zaplanowanego, w którym lepiej się mieszka. Wprowadzane są inteligentne rozwiązania, które mają ułatwić życie mieszkańców.

To choćby system inteligentnego zarządzania ruchem, system tablic na przystankach tramwajowych, które informują, o której przyjedzie tramwaj lub autobus – mówi Szatanik.

Miasto inwestuje w tablice, które wyświetlają bieżące informacje o komunikacji miejskiej, coraz częściej pojawiają się one nie tylko na przystankach, lecz także w miejscach, gdzie natężenie ruchu pieszych jest największe.

Podobne systemy działają już w kilku miastach w Polsce, m.in. w Warszawie, Szczecinie i Rzeszowie. W niektórych miastach rozbudowany system zarządzania ruchem informuje kierowców o natężeniu ruchu i w związku z tym – o czasie przejazdu pomiędzy określonymi odcinkami.

W pierwszym kwartale tego roku zaczęła działać druga strefa płatnego parkowania. Dotychczasowa, umiejscowiona w samym centrum Krakowa, okazała się niewystarczająca. Parkowali tam zarówno mieszkańcy, jak i osoby pracujące w centrum miasta. Rozszerzenie strefy miało w zamierzeniu wprowadzić większą rotację samochodów i tym samym – więcej wolnych miejsc.

Większa część miasta została objęta strefą, zgodnie z oczekiwaniami mieszkańców. Chcemy, aby centrum Krakowa było wyciszone, aby było miejscem, w którym częściej poruszalibyśmy się komunikacją miejską, bardziej pieszo niż samochodami – zaznacza Szatanik.

Kraków planuje rozszerzenie stref ograniczonego dostępu. Dzięki systemowi miasto mogłoby pobierać opłaty od pojazdów, które wjeżdżają do centrum, a ich wysokość mogłaby zależeć od ilości emitowanych spalin.

Jak podkreśla Szatanik, prowadzone działania wpisują się w program budowy społeczeństwa obywatelskiego, w którym to mieszkańcy decydują o kierunku rozwoju miasta.

Prowadzimy szerokie konsultacje dotyczące wielu ważnych dokumentów miejskich, chociażby dokumentów planistycznych, które określają w przyszłości perspektywy i kierunki rozwoju miasta; na każdym etapie uczestniczą mieszkańcy – zaznacza Filip Szatanik.

NIK: Ratownictwo górskie działa prawidłowo i skutecznie

Ratownictwo górskie działa prawidłowo i skutecznie. GOPR i TOPR wykonywały wszystkie powierzone przez Ministra Spraw Wewnętrznych zadania. Organizacje te dzięki wyspecjalizowanej i doświadczonej kadrze ratowników oraz posiadanemu wyposażeniu, zapewniały stałą gotowość do udzielania pomocy oraz niezwłocznie podejmowały akcje ratownicze. Swoje zadania w zakresie zapewnienia warunków bezpieczeństwa turystyki wypełniały bardzo dobrze również parki narodowe. Niepokój NIK budzi jednak sposób finansowania ratownictwa górskiego oraz stan szlaków górskich poza terenami parków narodowych.

Każdego roku tylko w Tatry wybiera się ok. 2,5 mln turystów. Wzrost ruchu turystycznego jest bezpośrednią przyczyną zwiększającej się liczby wypadków w górach. Najczęstsze ich przyczyny to: nieuwaga turystów, nieodpowiednie przygotowanie do wycieczek górskich (np. brak sprzętu, odpowiednich ubrań), przecenianie własnych sił oraz nieodpowiedzialne zachowanie turystów. W latach 2010-2013 GOPR przeprowadził łącznie ponad 7,5 tys. działań ratunkowych, a TOPR ponad 1,5 tys. Liczba ofiar śmiertelnych w górach w tym okresie wyniosła 214 osób.

Podobnie jak w wielu innych krajach europejskich ratownictwo górskie w Polsce oparte jest głównie na ochotnikach. W GOPR służbę ratowniczą pełniło 102 ratowników etatowych oraz 1382 ratowników ochotników, w TOPR było 37 etatów ratowniczych oraz 86 ochotników.

W Polsce koszty ratownictwa ponosi państwo (Minister Spraw Wewnętrznych, samorządy i parki narodowe) oraz organizacje ratownicze czyli GOPR i TOPR (środki własne i od sponsorów). Turyści nie pokrywają kosztów udzielania pomocy w górach, bez względu na zasadność wezwania pomocy.

Nieprawidłowości związane z finansowaniem ratownictwa górskiego

MSW nie wywiązał się w pełni z obowiązku finansowania powierzonych zadań ratownikom górskim. W 2013 r. MSW przekazało na zadania z zakresu ratownictwa górskiego: GOPR 7,4 mln zł dotacji, a TOPR nieco ponad 7 mln zł (w sumie ok. 14,5 mln zł). Pieniądze dla GOPR zostały przekazane na pokrycie kosztów: utrzymania kadry ratowników górskich i ochotników, obiektów i ich wyposażenia, transportu, łączności, obsługę administracyjną i szkolenia ratowników, a środki dla TOPR na utrzymanie kadry ratowników, obsługę administracyjną i obsługę śmigłowca. Dotacja ministra pokrywa około połowę wydatków ratowników. Ministerstwo nie przekazało stowarzyszeniom dotacji na paliwo: do samochodów, quadów, skuterów i śmigłowca (korzysta z niego TOPR). TOPR nie otrzymuje również środków na utrzymanie obiektów i ich wyposażenie, utrzymanie środków transportu i łączności i szkolenia ratowników (bo nie obejmuje tego zakres dotacji). Tym samym MSW nie zrealizowało obowiązku pełnego finansowania powierzonych zadań wynikającego z art. 17 ust. 1 i 2 ustawy o bezpieczeństwie w związku z art. 5 ust. 4 pkt. 1 ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie.

GOPR i TOPR skutecznie dbały o bezpieczeństwo turystów w górach dzięki dotacjom samorządów, sponsorom oraz środkom przekazywanym przez parki narodowe (15 proc. wpływów za bilety do parków narodowych). Wysokość tych wpływów jest jednak zmienna i trudno ją precyzyjnie określić.

Dotacje otrzymywane od samorządów i wpływy z biletów do parków mogą być przeznaczane na realizację zadań z zakresu ratownictwa górskiego nieobjętych umową zawartą przez stowarzyszenia z MSW. Wyniki kontroli wskazują, że środki te były jednak z konieczności wykorzystywane przez ratowników na dofinansowanie prowadzenia akcji ratowniczych – zakup paliwa oraz sprzętu do ratownictwa, czyli na zadania powierzone przez MSW, które powinny być finansowane z budżetu państwa.

Kontrola wykazała, że umowy z GOPR i TOPR na realizację zadań z zakresu ratownictwa górskiego zawierane były już po faktycznym rozpoczęciu wykonywania tych zadań. Opóźnienia w podpisaniu umów sięgały nawet półtora miesiąca. Spowodowało to, że zlecone zadania GOPR i TOPR wykonywały w pierwszych miesiącach roku wyłącznie z własnych środków (TOPR zaciągnął nawet na ten cel kredyt).

Oznakowanie szlaków górskich

Szlaki górskie przebiegające przez tereny parków Babiogórskiego i Tatrzańskiego są dobrze utrzymane, prawidłowo i widocznie oznakowane, a tym samym gwarantują bezpieczeństwo turystom. Niestety poza terenami parków sytuacja przedstawia się o wiele gorzej. W Polsce nie ma instytucji odpowiedzialnej za utrzymanie sieci szlaków. Zajmuje się tym głównie PTTK, ale stowarzyszenie to nie jest zobowiązane do koordynacji znakowania i utrzymania szlaków. Brak kompleksowego rozwiązania co do gospodarowania w tym obszarze, prowadzi w efekcie do zanikania szlaków lub wytyczania nowych, które kolidują z już istniejącymi.

Również przyjęte zasady finansowania nie sprzyjają utrzymaniu szlaków w odpowiednim stanie. Opierają się one głównie na dotacjach z ministerstwa sportu i samorządów, ale to czy PTTK je otrzyma i w jakiej wysokości zależy od dobrej woli przyznających. Przykładowo w 2012 r. PTTK nie otrzymało z Ministerstwa Sportu i Turystyki żadnej dotacji na odnowienie szlaków (także górskich). Właśnie z braku pieniędzy tylko w Małopolsce nie zostało odnowionych 575 km szlaków górskich.

Utrzymanie szlaków górskich utrudnia również ich nieuregulowany stan prawny i wynikające z tego roszczenia właścicieli terenów przez które szlaki te przebiegają. Właściciele terenu nie zawsze są zainteresowani ich utrzymywaniem i często po prostu blokują korzystanie ze szlaków. Zdaniem NIK konieczne jest jednoznaczne uregulowanie zagadnień związanych z odpowiedzialnością i finansowaniem utrzymania szlaków turystycznych.

Poza badaniami kontrolnymi NIK przeprowadziła ogólnopolską internetową ankietę na temat stanu szlaków, edukacji turystycznej oraz przygotowania do uprawiania turystyki górskiej. Ustalenia kontroli NIK, poparte wynikami przeprowadzonej ankiety, potwierdzają, że głównymi czynnikami ryzyka związanego z wyprawami w góry są niska świadomość i nienależyte przygotowanie, a czasem wręcz lekceważenie warunków panujących w górach, przez turystów tłumnie odwiedzających polskie góry.

Ratownictwo narciarskie

Obowiązek zapewniania bezpieczeństwa narciarzom w stacjach narciarskich spoczywa na zarządcach tych stacji. Prowadzenie stacji narciarskiej nie ma charakteru działalności regulowanej, co oznacza, że nie ma prawnych możliwości kontroli realizacji ustawowych obowiązków i możliwości karania podmiotów, które ich nie przestrzegają. Ratownicy górscy mogą wprawdzie wydawać opinie (na wniosek zarządzającego stokiem) i zalecenia dotyczące bezpieczeństwa, ale tylko w przypadku stwierdzenia nadzwyczajnych zagrożeń. GOPR i TOPR nie są uprawnione do kontroli terenów stacji narciarskich. W ocenie NIK brakuje nadzoru nad stacjami narciarskimi, co z kolei uniemożliwia egzekwowanie ustawowych obowiązków nałożonych na zarządzających nimi.

GOPR i TOPR zabezpieczały w 2013 r. łącznie 102 stacje narciarskie (na podstawie umów na zapewnienie ratownictwa górskiego), gdzie przeprowadziły w sumie prawie 6 tys. działań ratunkowych.

W stacjach narciarskich, które nie mają podpisanej z GOPR lub TOPR umowy na zapewnienie ratownictwa narciarskiego, nie ma możliwości połączenia się z ratownikiem narciarskim przez numer 112 lub numer alarmowy ratownictwa górskiego (985 lub 601 100 300). To oznacza, że w razie wypadku osoba poszkodowana, żeby wezwać pomoc musi znać bezpośredni numer telefonu do ratownika pełniącego dyżur.

Wzrost PKB w strefie euro w 2014 roku wyniesie 1,1% r/r, a w kolejnym roku gospodarka przyspieszy do 1,5% r/r

Wzrost gospodarczy wspierają rosnący eksport i popyt wewnętrzny. Jednak sytuacja w poszczególnych 18 krajach eurolandu jest bardzo zróżnicowana. Pierwsze półrocze w Europie obfitowało w wiele przełomowych wydarzeń. W marcu nastąpiła eskalacja konfliktu na Ukrainie. W maju odbyły się wybory do Parlamentu Europejskiego, które wzmocniły pozycję eurosceptyków. Natomiast na początku czerwca Europejski Bank Centralny podjął bezprecedensową decyzję o obniżce stóp procentowych do historycznego minimum i wprowadzeniu ujemnej stopy depozytowej.

Wychodzenie na plus

Powodem decyzji EBC było rosnące ryzyko deflacji i dosyć powolny powrót na ścieżkę wzrostu gospodarczego. W tym roku po dwóch latach spadku PKB, aktywność gospodarcza w strefie euro może przyspieszyć do 1,1% r/r, do 1,5% r/r w 2015 r. i do 1,6% r/r w kolejnych latach.

– Strefa euro jest na pewno w lepszej kondycji niż jeszcze rok temu, ale trudno mówić o dynamicznym wychodzeniu z kryzysu. Z jednej strony mamy rosnący eksport i popyt wewnętrzny, które sprawiają, że przedsiębiorcy powinni raczej przygotowywać się do ekspansji niż na scenariusze kryzysowe. Z drugiej strony, skala poprawy sytuacji gospodarczej jest bardzo różna w poszczególnych krajach członkowskich – tłumaczy Marek Rozkrut, Partner, Główny Ekonomista EY. W Austrii i Niemczech stopa bezrobocia jest niska, a płace rosną. W krajach poprawiających swoją konkurencyjność, takich jak Irlandia, wzrost gospodarczy powinien być zdecydowanie wyższy niż średnia dla strefy euro. Na drugim biegunie znajdują się Włochy czy Francja, które nie zreformowały swoich gospodarek, stąd oczekiwania słabszego wzrostu i mniejszej poprawy na ryku pracy w tych państwach – wynika z kwartalnego raportu Prognozy dla strefy euro.

Mniej niż zero?

Obok dość powolnego wzrostu, wciąż rosnącego zadłużenia i odkładanych w czasie inwestycji, coraz poważniejszym problemem dla strefy euro staje się spadająca inflacja, która w maju wyniosła zaledwie 0,5% w ujęciu rocznym. Nawet w niemieckiej gospodarce, która jest w dobrej kondycji, inflacja osiągnęła wartość 1% r/r. Żeby zapobiec dalszemu spadkowi dynamiki cen, w czerwcu Europejski Bank Centralny obniżył główną stopę procentową z 0,25% do 0,15%, a stopę depozytową do -0,1%. Oznacza to w praktyce, że banki płacą za możliwość trzymania swoich środków na kontach we Frankfurcie. Ten bezprecedensowy krok EBC ma służyć pobudzeniu akcji kredytowej dla firm i konsumentów. – Mimo że stopy procentowe EBC pozostają na rekordowo niskim poziomie, wiele banków nadal nie odkręciło kurka z kredytami. Między innymi ze względu na prowadzony przegląd jakości aktywów bankowych, instytucje finansowe nie chciały podejmować działań, które mogłyby negatywnie wpłynąć na ich sprawozdania finansowe. Równocześnie, utrzymująca się fragmentacja rynków finansowych sprawia, że oprocentowanie nowych kredytów w niektórych krajach strefy euro jest wysokie, a popyt na kredyt w sektorze prywatnym pozostaje niski. Ponadto stopa bezrobocia w strefie euro na poziomie bliskim 12% pokazuje, że bez pracy pozostaje wciąż bardzo wiele osób, co ogranicza apetyt na zakupy i inwestycje – mówi Marek Rozkrut. Eksperci wskazują na potrzebę bardziej zdecydowanych działań ze strony Europejskiego Banku Centralnego, takich jak na przykład luzowanie ilościowe.

Eksport nabiera rozpędu

Prognoza wzrostu eksportu w bieżącym i kolejnym roku dla gospodarek Austrii, Niemiec czy Hiszpanii waha się w przedziale 4-5%. W mniej konkurencyjnych krajach wzrost eksportu nie przekroczy 2-3%. W kolejnych miesiącach euro powinno się osłabiać wobec dolara, co może przyczynić się do zwiększenia konkurencyjności europejskiego eksportu przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych, ale także na rynki wschodzące. Jednak niektóre dotychczasowe źródła popytu zewnętrznego na produkty ze strefy euro mogą rozczarować. Przykładem jest Brazylia, gdzie wzrost gospodarczy może wynieść zaledwie 1,4% r/r w tym roku i 1,5% r/r w 2015 roku. To anemiczny wzrost w porównaniu z poprzednimi latami.

Niepokój ze Wschodu

To, co może wpłynąć negatywnie na aktywność gospodarczą w Europie Środkowo-Wschodniej, to wydarzenia na Ukrainie. Kryzys na linii Kijów – Moskwa nie pozostaje bez wpływu na cały region. Finlandia, Łotwa jak i przyszły członek strefy euro od 2015 roku, czyli Litwa, mają silne powiązania z rosyjską gospodarką, która obecnie jest w stagnacji. Niepewność związana z sankcjami nałożonymi na Rosję oraz niepokój inwestorów mogą negatywnie odbić się na eurolandzie. Tym niemniej, zdaniem niektórych ekspertów, działania zmierzające do uniezależnienia energetycznego od Rosji mogą przyczynić się do przyspieszenia dużych projektów w tym obszarze.

Ministerstwo Gospodarki proponuje regulacje renty dożywotniej. Mają one lepiej zabezpieczyć właścicieli mieszkań

CEO Magazyn Polska

Projekt ustawy o dożywotnim świadczeniu pieniężnym właśnie jest na etapie międzyresortowych uzgodnień i konsultacji społecznych. Przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki, które projekt przygotowało, podkreślają, że dotychczas stosowane w takich sytuacjach przepisy kodeksu cywilnego niedostatecznie chronią interesy świadczeniobiorców, czyli głównie starszych osób.

Projekt ustawy jest odpowiedzią na wynik naszej analizy prawnej. Pokazała ona, że instytucja jest na rynku, ma charakter komercyjny, ale regulacje prawne, które są dla niej oparciem, nie zabezpieczają wystarczająco od strony prawnej interesu osób, które umowę zawierają. Dlatego też wyszła od nas taka inicjatywa – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Haładyj, wiceminister gospodarki.

Dziś kwestie te są regulowane przepisami o umowie dożywocia z kodeksu cywilnego. Jak jednak podkreśla wiceminister, są one przewidziane przede wszystkim dla relacji między osobami bliskimi.

Projekt ustawy wprowadza rozwiązania zarówno w dziedzinie prawa cywilnego, jak i administracyjnego oraz gospodarczego. Wiceminister gospodarki podkreśla, że zaproponowane rozwiązania można podzielić na cztery obszary. Pierwszy z nich wiąże się ze sposobem zawarcia umowy.

Chcemy, żeby był obligatoryjny czas na refleksję. Zaproponowaliśmy trzy tygodnie między pierwszym kontaktem osoby potencjalnie zainteresowanej taką usługą a możliwością zawarcia umowy, tak, żeby można było ten projekt umowy skonsultować, poznać, jaka jest szacowana wartość nieruchomości czy prognozowana wartość świadczeń – tłumaczy Haładyj.

Podczas co najmniej trzytygodniowego czasu na zapoznawanie się z ofertą osoba nią zainteresowana będzie mogła zasięgnąć bezpłatnej porady prawnej ze strony miejskiego lub powiatowego rzecznika konsumentów. Dotychczas umowy były zawierane swobodnie, a starsze osoby często decydowały się na jej podpisanie, nie znając prognozy wysokości świadczeń okresowych. Dzięki zmianom dostaną wstępny projekt umowy wraz z wyceną nieruchomości. Jak podkreśla wiceminister, starsze osoby przenoszą dorobek swojego życia, stąd zabezpieczenie ich interesów powinno być mocniejsze, niż wynika to z kodeksu cywilnego.

– Drugi obszar jest związany z zabezpieczeniami rzeczowymi. Obowiązkowym elementem umowy będzie ustanowienie hipoteki na nieruchomości w wysokości co najmniej 150 procent jej wartości. Dzisiaj hipoteka zabezpiecza w zasadzie tylko wierzytelności wymagalne. W związku z tym można sobie łatwo wyobrazić skrajną sytuację, gdzie hipoteka będzie wystarczała na zaledwie ułamek wartości, żeby odzyskać właśnie tylko taką część wierzytelności – wyjaśnia Haładyj.

Projekt zakłada także, że na rzecz świadczeniobiorcy zostanie ustanowiona dożywotnia służebność mieszkania. Nie będzie można również, w przypadku nieprawidłowego wykonywania służebności, zamienić jej na rentę. Dzięki temu, niezależnie od sytuacji, świadczeniobiorca zachowa prawo do zamieszkiwania w danej nieruchomości.

– Trzecim obszarem są kwestie związane z sytuacją, kiedy dochodzi do perturbacji finansowych, na przykład są niewypłacane świadczenia. Wówczas przewidzieliśmy możliwość wypowiedzenia takiej umowy przez świadczeniobiorcę i postawienie wierzytelności w stan natychmiastowej wymagalności – mówi Haładyj.

Rozwiązanie mogłoby być stosowane np. w przypadku upadłości świadczeniodawcy czy w przypadku prowadzenia egzekucji z jego majątku.

Czwartym regulowanym obszarem są kwestie administracyjno-prawne dotyczące podmiotów świadczących takie usługi.

Związane to jest z wymogami, które mają służyć zwiększeniu wiarygodności takich firm. Są to np. zezwolenie, które będzie konieczne do prowadzenia tej działalności, wymogi kapitałowe, zarówno na wejściu, jak i związane z rozwijaniem działalności. Kapitały takiej spółki będą musiały rosnąć wraz ze wzrostem portfela należności – tłumaczy Mariusz Haładyj.

Ustawa nakłada na te firmy także obowiązek sprawozdawczy. Komisja Nadzoru Finansowego będzie również mogła cofnąć zezwolenia w niektórych przypadkach, a także nakładać kary pieniężne za naruszenie przepisów ustawy.

– Zostaną wprowadzone także wymagania co do członków zespołu oraz rozwiązania dotyczące odpowiedzialności czy karnej czy administracyjnej dla osób naruszających te przepisy – zapewnia Mariusz Haładyj. 

Rynek obligacji w Polsce jest zdominowany przez państwo. Znaczenie papierów korporacyjnych i samorządowych będzie jednak rosło

CEO Magazyn Polska

Wartość transakcji na rynku wtórnym obligacji rządowych wyniosła w maju nieco ponad 850 mld zł, a na rynku obligacji nieskarbowych Catalyst – zaledwie 150 mln zł. Według prezesa BondSpot, Catalyst ma duży potencjał rozwoju, bo wciąż jeszcze jest w fazie początkowej. Dzięki temu firmy znacząco obniżą koszty pozyskania kapitału. Rynek obligacji skarbowych jest bardzo płynny i efektywny, co sprzyja obniżeniu kosztów zadłużania się przez rząd.

Rynek obligacji w Polsce nie jest jednorodny. Mamy rynek obligacji skarbowych i w takim zakresie, w jakim my to prowadzimy, jest to głównie rynek międzybankowy, na którym graczami są największe banki krajowe i międzynarodowe. Nasza platforma elektroniczna jest jednym z największych rynków pod względem wartości obrotu w Europie. Jest też największą platformą w naszym regionie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Fotek, prezes zarządu BondSpot SA.

Wartość transakcji na rynku wtórnym skarbowych papierów wartościowych (SPW) wyniosła w maju br. 850,7 mld zł. Większość obrotu (93,2 proc.) przypadła na nieregulowany rynek międzybankowy, natomiast udział Treasury BondSpot Poland (TBS) wyniósł blisko 7 proc. Marginalne znaczenie miał obrót obligacjami rządowymi na GPW. Według danych Ministerstwa Finansów jego udział nie przekroczył 0,006 proc. 

Rynek TBS Poland jest hurtowym rynkiem obrotu obligacjami rządowymi, dlatego jego uczestnikami są głównie instytucje finansowe. Przedmiotem transakcji są pakiety papierów dłużnych, których wartość nominalna wynosi co najmniej 5 mld zł. Ponadto wartość nominalna jednej obligacji skarbowej na rynku hurtowym wynosi zwyczajowo 1000 zł. Rynek SPW – ze względu na wielkość i płynność – pozostaje najważniejszym dla BondSpot, ale spółka liczy na dynamiczny rozwój rynku obligacji korporacyjnych.

BondSpot prowadzi w ramach Catalyst system rynków wspólnie ze swoim dominującym akcjonariuszem – Giełdą Papierów Wartościowych SA. Dwie z czterech platform obrotu na rynku Catalyst są prowadzone bezpośrednio przez GPW, a pozostałe przez BondSpot. Jest to Regulowany Rynek Pozagiełdowy wraz z Alternatywnym Systemem Obrotu.

W porównaniu z rynkiem SPW rynek obligacji korporacyjnych i samorządowych na Catalyst jest bardzo mały. W maju 2014 r. wartość obrotów sesyjnych wyniosła nieco ponad 150 mln zł, czyli niewielki odsetek wartości wszystkich transakcji na rynku obligacji skarbowych. Według Jacka Fotka rynek Catalyst jest dopiero w fazie rozwojowej.

On ma dopiero cztery lata. Potrzeba kilku istotnych zmian, które będą w stanie w dłuższym terminie tę płynność wspomóc. Tutaj też rosną obroty, pojawia się bardzo dużo emitentów. W tej chwili mamy już blisko 500 serii notowanych i około 130 emitentów. Ten rynek się rozwija, ale jesteśmy świadomi wyzwań przed nim stojących – uważa prezes BondSpot.

Zdaniem Jacka Fotka rozwojowi Catalyst sprzyjałoby m.in. upowszechnienie emisji obligacji o stałym oprocentowaniu.

Po drugie, bardzo istotnym elementem jest umożliwienie bankom, jako głównym graczom rynku obligacji, bezpośredniego dostępu do rynków zorganizowanych, czyli do rynku regulowanego, do Alternatywnego Systemu Obrotu. Po trzecie wreszcie, bardzo potrzebna jest popularyzacja i wzrost poziomu pokrycia ratingami emisji w Polsce – wskazuje.

Obecnie niewielka część wyemitowanego długu ma ocenę ratingową, co może zmniejszać zainteresowanie inwestorów ze względu na trudności w szacowaniu ryzyka. Może to zmienić powołany 20 czerwca Instytut Analiz i Ratingu. Zdaniem ekspertów na pełne uruchomienie jego działalności powinien wystarczyć rok.

Rynek obligacji korporacyjnych jest bardzo zróżnicowany – zarówno po stronie emitentów, jak i inwestorów, co musi być odzwierciedlone w oferowanych instrumentach. Z tego względu jednostką transakcyjną na platformach prowadzonych prze BondSpot jest 100 tys. zł lub 100 tys. jednostek danej waluty obcej, a na prowadzonych przez GPW – jedna obligacja. Ta segmentacja rynku to tylko jedno z wielu działań, które są niezbędne do dalszego rozwoju rynku Catalyst.

Najwięksi emitenci wciąż narzekają, że polski rynek jest relatywnie płytki i że nie są w stanie wyemitować w takiej skali instrumentów dłużnych, jakie są potrzebne im do inherentnego rozwoju. Z kolei mniejsi emitenci, którzy odpowiadają za gros emisji w Polsce, czyli ci rzędu 10 mln zł i poniżej, narzekają na relatywnie wysoki koszt pozyskania kapitału na tym rynku i dosyć skomplikowane i kosztowne procesy przygotowawcze w tym zakresie – uważa Jacek Fotek.

Według prezesa BondSpot istnieje duży potencjał do obniżenia kosztów pozyskania kapitału, co byłoby silnym impulsem rozwojowym dla polskich firm. Szczególnie dla tych, które nie mogą finansować się poprzez kredyt bankowy. Zmiany strukturalne w gospodarce również mogą wymusić wzrost znaczenia alternatywnych form finansowania wobec kredytu bankowego. 

Coraz większy procent finansowania długoterminowego polskiej gospodarki będzie musiał się odbywać poprzez rynek kapitałowy, a nie w sposób tradycyjny, wyłącznie w sektorze bankowym – twierdzi prezes BondSpot.

Ceny mieszkań w tym roku nie wzrosną gwałtownie. Możliwe raczej niewielkie odbicie

Na rynku mieszkaniowym ceny przestają spadać, ale nie można jeszcze mówić o istotnej zmianie trendu w tym roku – wynika z raportu firmy Emmerson Evaluation. Drożeć będą lokale w największych metropoliach, ale nieznacznie, poza tym wciąż są rynki, gdzie ceny będą w tym roku spadać. Program Mieszkanie dla Młodych będzie miał niewielki wpływ na rynek, choć są miejsca, gdzie rządowy limit jest aż o 20 proc. wyższy od cen rynkowych.

 Ceny mieszkań, które pozostawały przez ostatnich kilka lat w trendzie spadkowym, doszły do punktu przełamania i w części miast obserwujemy już odbicie cen i delikatne wzrosty – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation.  Stąd też prognozujemy kontynuację tego trendu w miastach, gdzie wzrosty już się rozpoczęły. A w miastach, w których jeszcze ceny spadają, prognozujemy stabilizację albo odbicie cen w końcówce roku.

Według E-VALUER INDEX 2014 na pewno jednak nie można mówić, że 2014 to rok zdecydowanej zmiany trendów cenowych na rynku mieszkań. A już na pewno nie można takiej tezy uogólniać na cały kraj, bo w każdym z przebadanych przez Emmersona miast wojewódzkich sytuacja wygląda inaczej.

 Jako liderów wzrostu cen mieszkań na koniec roku upatrujemy między innymi Kraków i Trójmiasto. Natomiast co do miast, w których ceny będą jeszcze spadać, wciąż ten trend się nie odwróci, bo on trwa de facto od kilku lat to dotyczy na przykład Łodzi – mówi Książak.

W Warszawie w I kwartale tego roku średnia cena mieszkania wyniosła 6 986 zł/mkw. dla rynku wtórnego i 7 197 zł/mkw. dla pierwotnego. Emmerson przewiduje, że do końca roku sytuacja w stolicy znacząco się nie zmieni. Stabilnie ma być też w Białymstoku (tu na rynku wtórnym możliwy jest nawet niewielki spadek), Olsztynie, Toruniu, Bydgoszczy, Rzeszowie czy Szczecinie. Niewielkie wzrosty cen mają nastąpić w Krakowie czy Lublinie, a tylko na rynku wtórnym także we Wrocławiu, Trójmieście, Poznaniu i Katowicach. Ceny spaść mogą w Kielcach i Łodzi; na rynku wtórnym także w Gorzowie Wielkopolskim i Zielonej Górze. W Opolu spadek spodziewany jest na rynku pierwotnym, podczas gdy na wtórnym nastąpi stabilizacja.

 Co do zasady rynek pierwotny jest nieco droższy i to dotyczy praktycznie wszystkich aglomeracji – mówi prezes Emmerson Evaluation.  Aczkolwiek obserwowaliśmy taką tendencję, że w miastach, gdzie w ostatnich latach dostarczono na rynek dosyć dużo mieszkań i one aktualnie trafiają do obrotu wtórnego, to różnica między cenami na rynku pierwotnym a  na rynku wtórnym jest mniejsza niż w tych miastach, gdzie aktywność deweloperska była znacznie bardziej ograniczona. Tam w obrocie na rynku wtórnym są głównie stare mieszkania i ich ceny są wyraźnie niższe niż mieszkań nowych.

W cenie są wciąż mieszkania małe, na nabycie których klienci są w stanie zaciągnąć kredyt w bankach. Wciąż najchętniej kupowane są takie lokale, gdzie na małej powierzchni jest możliwie dużo pokoi.

W większości miast im większe mieszkanie, tym niższa cena za mkw. Jednak prawidłowość ta nie dotyczy największych (ok. 100 mkw.) mieszkań, apartamentów w takich miastach, jak Warszawa, Kraków, Poznań, Trójmiasto czy Wrocław.

 Wynika to z faktu, że w najbogatszych miastach rozwinął się rynek dosyć drogich apartamentów, które mają dużą powierzchnię i wysoką cenę i później średnia cena dla tego segmentu rynku wychodzi wyższa niż dla mieszkań małych – wyjaśnia Książak.

Zgodnie z raportem na rynek nie ma wielkiego wpływu rządowy program Mieszkanie dla Młodych. Ma on znaczenie jedynie w nielicznych miejscowościach, gdzie rządowe limity przewyższają średnią cenę lokali na rynku. Tak jest na przykład w Olsztynie, gdzie limit to 4 859 zł, a średnia cena – 4 407 zł. To 9 proc. różnicy. Szanse na zakup z pomocą państwa mają też klienci w Łodzi (cena średnia niższa o ponad 6 proc. od limitu) oraz w Zielonej Górze i Gorzowie Wielkopolskim (tu ceny są aż o 20 proc. poniżej limitu). Natomiast na takich rynkach, jak Warszawa, Kraków czy Wrocław ceny transakcyjne są zdecydowanie wyższe od ustalonych limitów.

W najbliższych latach Polacy będą dokonywać większości transakcji za pomocą bankowości mobilnej

Prawie 3 mln Polaków ma już dostęp do bankowości mobilnej. Większość z nich używa smartfonów do typowych operacji, takich jak sprawdzanie salda i zlecanie przelewów. Nowoczesne aplikacje oferują jednak znacznie więcej – przykładowo, dzięki geolokalizacji pomagają znaleźć promocje w okolicznych sklepach. W kolejnych latach bankowość mobilna stanie się głównym kanałem bankowości transakcyjnej – oceniają eksperci Meritum Banku. Nie zastąpi ona jednak bankowości internetowej, która z kolei zyska wiele nowych funkcjonalności, np. usługi doradcze wideo.

Myślę, że bankowość mobilna nie wyprze bankowości internetowej, aczkolwiek stanie się głównym kanałem bankowości transakcyjnej, i to już w niedalekiej przyszłości. Jest w stanie zastąpić w tym obszarze bankowość internetową. Natomiast bankowość internetowa będzie rozbudowywana o nowe narzędzia komunikacji, takie jak chociażby wideo. Umożliwi to np. zdalne wsparcie klientów z różnych miejsc na świecie poprzez wyspecjalizowanych pracowników banków i innych instytucji finansowych – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Adamczyk, dyrektor departamentu bankowości internetowej w Meritum Bank.

W ostatnich latach wszystkie banki stawiają na rozwój elektronicznych kanałów komunikacji. Wynika to przede wszystkim z ogromnego przyrostu liczby użytkowników internetu i zmieniających się potrzeb klientów – użytkownicy poznają nowe możliwości, jakie daje im bankowość internetowa, i chcą z nich korzystać.

Dostęp do bankowości elektronicznej ma już 22,4 mln Polaków – wynika z danych Związku Banków Polskich za I kwartał 2014 roku. Wśród nich aktywni użytkownicy bankowości internetowej i mobilnej stanowią 56 proc., czyli ponad 12,5 mln osób. Dostęp do bankowości mobilnej, czyli poprzez smartfon lub tablet, jest znacznie mniejszy. Dostęp do tych usług w Polsce ma blisko 2,8 mln osób – wynika z danych PRNews.pl i Bankier.pl. Jeszcze kilka lat temu ich znaczenie było marginalne, a obecnie zaczynają zwiększać swój udział kosztem tradycyjnej bankowości internetowej (dostępnej poprzez komputer).

Powody ekspansji bankowości mobilnej są podobne do tych, jakie stały za upowszechnieniem kanałów dostępu przez internet. To przede wszystkim niższe koszty transakcyjne i oszczędność czasu, zarówno dla banków, jak i ich klientów.

Dzisiaj bardzo ważnym atrybutem usług finansowych, nie tylko bankowych, jest szybkość i prostota procesów operacyjnych i tego oczekują użytkownicy internetu od instytucji finansowych. Dlatego też banki, instytucje finansowe kładą bardzo duży nacisk na stworzenie praktycznie całkowicie nowego środowiska online, środowiska, które jest oparte na sprawnych procesach obsługi sprzedażowej, jak i posprzedażowej – twierdzi Adamczyk.

Bankowość internetowa oraz mobilna umożliwia bankom poszerzenie i zwiększenie atrakcyjności swoich produktów. Usługi mobilne są szczególnie atrakcyjne dla inwestorów indywidualnych, którzy mogą w kilka minut przez smartfon lub tablet dokonać transakcji na rynku akcji lub instrumentów pochodnych.

Do tej pory klienci mogli skorzystać i kupić online tylko proste produkty bankowe, dziś gama dostępnych produktów i usług znacznie się poszerzyła. Mogą oni skorzystać zarówno z usług kredytowych, ubezpieczeniowych, usług i produktów inwestycyjnych, jak i praktycznie wszystkich produktów oszczędnościowych – wymienia dyrektor w Meritum Bank.

Elektroniczny dostęp do usług finansowych pozwala też wykorzystać nowe narzędzia marketingowe, które ułatwiają identyfikację potrzeb klientów i pomagają w budowaniu z nimi trwałych relacji. Jednocześnie koszty takiego marketingu są znacząco niższe w porównaniu z obsługą w tradycyjnych oddziałach bankowych.

Banki poprzez rozwój kanałów elektronicznych mogą poświęcić więcej uwagi na rozwój usług doradczych, szczególnie w placówkach bankowych.  Moim zdaniem bankowość internetowa zostanie z czasem uzbrojona w narzędzia oparte na nowoczesnych kanałach, np. wideo. Dzięki rozwojowi usług wideo klient w niedalekiej przyszłości będzie mógł o każdej porze skorzystać ze wsparcia specjalistów. Siedząc w domu, będzie mógł połączyć się z bankiem i uzyskać poradę specjalistów bankowych o określonych kompetencjach – uważa Małgorzata Adamczyk.

Obok banków i klientów na rozwoju mobilnych usług korzystają także restauracje, centra rozrywki czy sklepy odzieżowe, bo upowszechniają się programy partnerskie i lojalnościowe. Banki konkurują w oferowaniu coraz bardziej atrakcyjnych programów, które oferują dostęp do promocji lub gwarantują zwrot określonej sumy wydanych pieniędzy. Konkurencja jest także na polu wielofunkcyjnych aplikacji, które np. pomagają znaleźć sklepy z promocjami dzięki usłudze geolokalizacji.

Widzimy znaczny postęp w rozwoju usług płatniczych. Coraz bardziej popularne są chociażby przelewy natychmiastowe, płatności zbliżeniowe czy mobilne, co w znacznym stopniu skraca podejmowanie przez klientów decyzji zakupowych oraz przepływ środków finansowych. Dzisiaj realizacja przelewu z jednego banku do drugiego zajmuje mniej niż 10 minut, w związku z tym ten postęp jest bardzo zauważalny – ocenia dyrektor departamentu bankowości internetowej w Meritum Bank.

Rośnie grupa najbogatszych ludzi świata. Już niedługo najwięcej będzie ich w regionie Azji i Pacyfiku, a nie w Ameryce Północnej

Rośnie liczba najbogatszych ludzi świata, których majątek przekracza milion dolarów. Jest ich już prawie 14 mln. Grupa ta powiększyła się w ciągu roku o 15 procent, wzrosła też wartość ich aktywów – o 14 procent. Choć Ameryka Północna pozostaje najbogatszym regionem świata, to dogania ją Azja i region Pacyfiku – najbogatszych ludzi jest tam tylko o 10 tys. mniej. 

Rynek ludzi bogatych, czyli takich, którzy posiadają aktywa nieobejmujące miejsca zamieszkania i przedmiotów kolekcjonerskich o wartości większej niż milion dolarów, jest jeszcze tradycyjny. Najwięcej jest ich w rejonie Ameryki Północnej, natomiast na drugim miejscu jest Azja i region Pacyfiku. Tam obserwujemy największą dynamikę wzrostu liczby ludzi bogatych – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Mazurek, dyrektor zarządzający w Capgemini Polska, firmy, która wspólnie z RBC Wealth Management opublikowała Światowy Raport Zamożności 2014.

W 2013 roku do grona najbogatszych ludzi świata dołączyło 1,76 mln osób (obecnie jest ich już prawie 14 mln). To wynik dobrej sytuacji na rynku ekonomicznym i rynku akcji. Najbardziej dynamiczny wzrost liczby ludzi bogatych, bo o 17 procent, miał miejsce w regionie Azji i Pacyfiku – jest ich tam 4,32 mln. To zaledwie o 10 tys. mniej niż w Ameryce Północnej, zdaniem Mazurka jednak jeszcze w tym roku Azja i Pacyfik staną się najważniejszym regionem pod względem liczby najbogatszych osób, a w 2015 roku – pod względem wysokości majątku.

– Równolegle do rozwijania się potencjału rynków finansowych, rynku akcji, widzimy, że to napędza tempo wzrostu grupy ludzi bogatych oraz wartość ich majątku. W 2013 roku tempo wzrostu liczby ludzi bogatych było nieco większe niż tempo wzrostu wartości. To oznacza, że mamy sporą liczbę nowych bogaczy, którzy bogacą się trochę szybciej niż ci, którzy już wcześniejsi należeli do tej grupy – zaznacza Dariusz Mazurek.

Jak pokazuje Światowy Raport Zamożności 2014, wartość aktywów najbogatszych osób wzrosła niemal o 14 procent, co pozwoliło osiągnąć rekordową wysokość 52,62 bln dolarów. 2013 rok był dla nich kolejnym bardzo korzystnym rokiem, a eksperci zauważają, że blisko 40 procent obecnego majątku najbogatszych osób zostało wypracowane w ciągu pięciu ostatnich lat. Prognozy na najbliższe lata są równie dobre – do 2016 roku tempo wzrostu ma wynieść 22 procent.

– Te oczekiwania wynikają z sytuacji gospodarczej rynków globalnych. Na to mogą wpłynąć turbulencje natury geopolitycznej. Sytuacja na Ukrainie czy rynek rosyjski również w dużym stopniu wpływają na to, jak wygląda globalny rynek najbogatszych ludzi. Oczywiście wszyscy też patrzą na rozwój sytuacji w Chinach, czy będzie oczekiwana stabilizacja, gdyż tam powstają w tej chwili największe kapitały – ocenia Mazurek.

Rośnie liczba globalnych inwestycji – blisko 40 procent swoich zasobów najbogatsi lokowali poza swoim regionem (wzrost o 12 procent względem ubiegłego roku). Eksperci zauważają, że wzmocniło się zaufanie najbogatszych do branży odpowiedzialnej za zarządzanie ich majątkiem, ale wzrosły też ich oczekiwania.

Ludzie bogaci, i to niezależnie od wieku, coraz więcej oczekują od swoich doradców, że będą ich obsługiwać z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Oczywiście ta część młodego społeczeństwa bogaczy jest bardziej zaawansowana technologicznie i tam około 70-80 procent ludzi mówi o tym, że zmieniłoby doradcę, gdyby w najbliższym czasie nie zaoferował im komunikacji przez kanały cyfrowe. W przypadku ludzi bogatych powyżej 40. roku życia już tylko 50-60 procent zmieniłoby w tym wypadku doradcę – podkreśla Mazurek.

Choć wzrósł poziom zaufania, to najbogatsi niżej oceniają swoich doradców – oceny pozytywne spadły do 63 procent (spadek o 4 procent). Ponad 30 procent oczekuje profesjonalnego doradztwa, częściej stawia się także na współpracę z jedną firmą. Pomimo że większość osób należących do grupy najbogatszych wciąż wybiera bezpośredni kontakt z doradcą, to coraz widoczniejsza staje się popularność kanałów cyfrowych. Blisko 65 procent oczekuje, że w ciągu najbliższych pięciu lat będzie mogło zarządzać swoim majątkiem za pośrednictwem takich usług.

Tradycyjny model doradcy, który wszędzie chodzi z teczką, będzie wypierany doradcy, z którym będzie można komunikować się za pomocą kanałów cyfrowych: wideokonferencji, smartfonów, tabletów, a także przez media społecznościowe. Najbogatsi chcą, żeby ich wkład w tworzenie majątku był widoczny i również od swoich doradców oczekują pomocy w znalezieniu efektywnych metod wspierania akcji społecznych w taki sposób, jaki sobie zażyczą – mówi Dariusz Mazurek.

Rośnie sprzedaż samochodów luksusowych. To najszybciej rosnący segment rynku

CEO Magazyn Polska

Sprzedawcy aut premium spodziewają się znaleźć w tym roku około 30 tys. nabywców na swoje samochody. To segment rynku motoryzacyjnego, który w Polsce rośnie najszybciej – w tym roku może to być wzrost ponad 20-procentowy. Klienci wciąż większą wagę przywiązują do marki i wielkości samochodu niż do jego wyposażenia – inaczej niż na rynkach rozwiniętych, jak w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Włoszech.

To jest rynek, który najbardziej dynamicznie rośnie pod względem liczby sprzedanych samochodów w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Dąbrowski, dyrektor generalny Jaguar Land Rover Polska. – Już początek roku był bardzo dobry. To w dużej mierze zasługa obowiązującej ulgi podatkowej, która umożliwiała odliczenie pełnego VAT-u od samochodów kupowanych na firmę. Dla segmentu aut premium istotne było to, że przepisy nie wymagały montowania w aucie kratki, która ogranicza funkcjonalność samochodu i psuje jego wygląd. Kolejne miesiące były jednak równie udane.

Jaguar i Land Rover spodziewają się wzrostu sprzedaży o około 20-25 proc. Dynamika całego rynku aut premium sięga ok. 20 proc. rocznie.

Jeżeli tylko uda nam się zrealizować wszystkie zamówienia od polskich klientów, tegoroczny wzrost sprzedaży może sięgnąć nawet 30 proc. – zapowiada Marcin Dąbrowski. – W przeciągu najbliższych 18 miesięcy planujemy podwoić sprzedaż Jaguara i Land Rovera z około 1-1,1 tys. sztuk rocznie do nawet 2,5 tys. sztuk na koniec roku 2016.

Przedstawiciele Jaguara i Land Rovera liczą na to, że utrzymaniu wysokiej sprzedaży sprzyjać będzie wprowadzenie w tym roku do sprzedaży nowych modeli – kolejnej wersji Discovery oraz najmniejszego Jaguara XE – oraz odnowienie w kolejnych latach całej gamy produktowej obu marek.

Coraz większym zainteresowaniem cieszą się auta zaliczane do kategorii samochodów ultraluksusowych. To pojazdy warte ponad 600-700 tys. zł. Wielkość tego rynku w Polsce kształtuje się w granicach 100-150 aut rocznie – są to zarówno kupione w Polsce nowe samochody, jak i importowane z zagranicy.

Jak podkreśla Marcin Dąbrowski, rynek aut luksusowych i ultraluksusowych to segmenty odporne na wahania koniunktury gospodarczej. Przykładem jest kryzysowy dla branży motoryzacyjnej rok 2008, kiedy Jaguar i Land Rover notowały wzrosty sprzedaży.

Z rozmów z naszymi klientami, a często są to właściciele biznesów, wynika, że oni odkładają wówczas decyzje zakupowe w swoich firmach, wstrzymują się z wymianą floty, natomiast niekoniecznie oszczędzają na własnych zakupach. Niezależnie od tego, czy jest to kryzys, czy dobra koniunktura, są gotowi kupić samochód luksusowy – podkreśla dyrektor generalny Jaguar Land Rover Polska.

Klienci marki coraz częściej poszukują aut wyposażonych w większą gamę gadżetów, które – jak wyjaśnia Dąbrowski – zwiększają przyjemność użytkowania samochodu. Zwracają również szczególną uwagę na obsługę gwarancyjną – dlatego Jaguar Land Rover proponuje pięcioletni okres gwarancyjny dla swoich aut. Jednak ogólny trend na rynku jest taki, że częściej dla klientów liczy się wielkość samochodu i sama marka, a niekoniecznie wyposażenie.

To odwrotnie niż na rynkach dojrzałych, jak Niemcy, Wielka Brytania czy Włochy. Czyli klient wybiera wyższy model z dużo bardziej ubogim wyposażeniem lub z mniejszym silnikiem zamiast samochód o model niżej w gamie produktowej z bogatszym wyposażeniem czy z dobrym silnikiem – wyjaśnia Marcin Dąbrowski. – Często jest tak, że kiedy widzimy na ulicy samochód, który nie ma na tylnej klapie oznaczenia modelu i wielkości silnika, to znaczy, że to jest najtańszy samochód z danego modelu, z najmniejszym silnikiem. W Polsce cały czas mamy do czynienia z sytuacją, kiedy samochód jest symbolem statusu, w związku z tym trzeba mieć samochód duży, a niekoniecznie dobrze wyposażony, z dobrym, dużym silnikiem.

Szara strefa i przepisy akcyzowe doprowadziły do spadku sprzedaży olejów silnikowych

CEO Magazyn Polska

Pomimo rosnącej liczby samochodów poruszających się po polskich drogach, rynek olejów silnikowych systematycznie się kurczy. Z jednej strony to efekt wprowadzania bardziej nowoczesnych produktów, które nie wymagają tak częstej wymiany. Z drugiej strony problemem są przepisy akcyzowe i związana z tym szara strefa oraz wzrost nielegalnego obrotu olejami.

Oleje silnikowe stanowią niemal połowę wszystkich produktów smarowych oferowanych w naszym kraju. W ubiegłym roku sprzedano ok. 95 tys. ton olejów do silników, z czego mniej więcej połowa przypadła na produkty przeznaczone do pojazdów osobowych.

– Duży wpływ na rynek olejów ma aktualny stan gospodarki oraz legislacja, przede wszystkim unijna – uważa Marcin Szponder, ekspert Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego. – Coraz bardziej restrykcyjne przepisy zmuszają producentów aut do tworzenia silników przyjaźniejszych dla środowiska. W naturalny sposób rosną więc też wymagania stawiane olejom silnikowym.

Obecnie odchodzi się od mineralnych olejów, zastępując je produktami semisyntetycznymi i syntetycznymi. Udział tych bardziej nowoczesnych produktów w rynku rośnie ok. 3 punkty procentowe rocznie. Oleje syntetyczne mają już blisko połowę rynku olejów dla aut osobowych, a jeszcze w 2007 roku ich udział wynosił 27 proc. Sprzedaż olejów jednosezonowych zmniejszyła się w ciągu ostatnich siedmiu lat o 39 proc. (udział na poziomie 25 proc.).

Produkty semisyntetyczne i syntetyczne utrzymują dłużej optymalne parametry, umożliwiając wydłużenie okresu ich stosowania, co wpływa na ogólny poziom sprzedaży olejów.

Równocześnie jednak w ostatnich latach rośnie liczba rejestrowanych w Polsce samochodów, mamy ich dziś blisko 19 milionów – mówi Szponder. – Zapotrzebowanie na oleje silnikowe powinno więc rosnąć lub utrzymywać się chociaż na stałym poziomie. Tymczasem rynek wyraźnie się kurczy.

W ubiegłym roku sprzedaż olejów silnikowych spadła o ponad 3,5 proc. (do nieco ponad 95 tys. ton), co jest najsłabszym wynikiem w ciągu ostatnich siedmiu lat. W 2009 roku sprzedano blisko 98,5 tys. ton, zaś w rekordowym dotychczas 2007 roku rynek osiągnął 107,7 tys. ton.

Specjaliści uważają, że trend ten wynika ze wzrostu szarej strefy.

Oleje silnikowe są w Polsce objęte podatkiem akcyzowym – mówi Marcin Szponder. – I jest to ewenement na skalę Europy, podobne rozwiązanie mają Włosi, gdzie rynek również przeżywa problemy. Naszym zdaniem akcyza ma wpływ na spadek sprzedaży, ponieważ podatek mocno zawyża cenę olejów. Opłacalne jest więc kupowanie ich za granicą i przywożenie do Polski.

W przypadku niewielkiego opakowania różnica w cenach jest symboliczna, o większych oszczędnościach można mówić przy dużych zakupach. Sprowadzenie cysterny oleju z kraju, w którym nie obowiązuje podatek akcyzowy, może dać zysk rzędu 20 tys. zł (stawka akcyzy w Polsce wynosi 1,18 tys. zł za tonę oleju smarowego).

Podatek na oleje silnikowe został u nas wprowadzony w celu ochrony rynku krajowego przed tanimi olejami sprowadzanymi zza wschodniej granicy jako surowiec do produkcji olejów właściwych – mówi Szponder. – Jego rola jest więc istotna. W naszej ocenie wystarczającym zabezpieczeniem byłoby jednak objęcie olejów jedynie systemem kontroli przemieszczania produktów akcyzowych, co ma zresztą już miejsce i dobrze się sprawdza, oraz wprowadzenie zerowej stawki akcyzowej.