Polska wyda 7,5 mld zł na trzy okręty podwodne

CEO Magazyn Polska

Jeszcze w tym roku ma zostać rozpisany przetarg na trzy okręty podwodne dla polskiej marynarki. Do tej pory ta część wojska była zaniedbywana, a niemal wszystkie okręty pochodzą sprzed 1989 r. Eksperci podkreślają, że Polska musi kupić takie okręty, które długo zachowają wartość bojową, także ofensywną. Istotne jest wyposażenie w pociski manewrujące.

To są bardzo duże inwestycje, bo każda jednostka pływająca to wielki wydatek. Z tego powodu musi być to zaplanowane w długiej perspektywie czasowej. To powinno być również zaplanowane tak, żeby te okręty za 20 lat nie tylko pływały, lecz także żeby stanowiły wymierną wartość bojową: obronną, a może nawet ofensywną – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Jach, były wojskowy, obecnie przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Wojska Polskiego i poseł Prawa i Sprawiedliwości.

Obecnie polska Marynarka Wojenna dysponuje tylko kilkoma okrętami zwodowanymi po 1989 r. Najmłodszym jest okręt rakietowy ORP „Grom”, na którym banderę podniesiono w 1995 r. Okręty podwodne są jednak znacznie starsze – trzon floty stanowią cztery okręty typu Kobben zwodowane w latach 60., a pod polską banderą pływające od nieco ponad 10 lat. Piąty okręt podwodny, ORP „Orzeł”, został zwodowany w 1986 r.

Dlatego zakup nowych okrętów podwodnych to priorytet w ramach wieloletniego programu modernizacji sił zbrojnych. Jeszcze w tym roku MON chce rozpisać przetarg na trzy jednostki. Wartość zamówienia wyniesie ok. 7,5 mld zł.

Polska, kupując te okręty, musi brać pod uwagę wyposażenie ich w pociski manewrujące. Okręty bez pocisków manewrujących mają wielokrotnie niższą wartość bojową i na to Polska nie może sobie pozwolić, żeby kupić za 7,5 mld zł okręty o obniżonej wartości bojowej i obronnej – uważa Jach. – Wyposażone w pociski manewrujące stają się dla naszego państwa bardzo istotnym elementem strategii odstraszania.

Pociski manewrujące, o których wspomina Jach, to rakiety o bardzo dużym zasięgu i dużej dokładności (mają zasięg ok. 1000 km i dokładność trafienia od 3 do 5 metrów). Jak wyjaśnia Jach, takie pociski poruszają się na niewielkiej wysokości i nie w linii prostej, co czyni je trudno wykrywalnymi i niemal niezniszczalnymi przez obronę.

Jach przekonuje, że takie pociski pozwalają na zwiększenie zdolności bojowej okrętów, bo z daleka umożliwiają trafienie w strategiczne cele. W przypadku konfliktu zbrojnego mogłyby np. uderzyć w sztab, strategiczne elementy infrastruktury (np. mosty) lub budynki rządowe wrogiego kraju.

Zdanie posła Jacha podzielają także inni eksperci i decydenci. O konieczności posiadania okrętów podwodnych wyposażonych w pociski manewrujące wypowiadali się także niedawno publicznie Stefan Niesiołowski, przewodniczący Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, oraz gen. dyw. dr Anatol Wojtan, I zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Trudno wyobrazić sobie, by Bałtyk stał się areną działań wojennych. Jednak ze względu na to, że jest morzem wewnętrznym, wokół którego brzegów jest umiejscowionych wiele państw, w tym nasz główny potencjalny przeciwnik, czyli Rosja, odgrywa on bardzo istotną rolę. Bałtyk jest miejscem, z którego można razić cele lądowe przy obecnej technice nawet bardzo daleko oddalone od brzegu. Jest też bardzo ważną drogą morską, przez którą jest transportowanych bardzo wiele towarów – tłumaczy Jach.

Równocześnie dodaje, że topografia dna Bałtyku ułatwia działania okrętów podwodnych. Mogą się one łatwo ukryć przy dnie, zwłaszcza te najnowocześniejsze, które mogą nie wynurzać się przez nawet 4 tygodnie. Dlatego nowe i dobrze wyposażone okręty podwodne nie tylko zwiększą potencjał bojowy polskiej marynarki, ale i będą istotnym czynnikiem odstraszającym.

PZU po przejęciu spółek z krajów bałtyckich zapowiada kolejne akwizycje – na południe od Polski

0

CEO Magazyn Polska

Po przejęciu spółek ubezpieczeniowych w krajach bałtyckich PZU zapowiada dalsze akwizycje zagraniczne w regionie. Spółka koncentruje się na krajach położonych na południe od Polski. Jednym z celów jest słoweński Triglav, ale tam prywatyzacja ruszy najwcześniej za rok. PZU od kwietnia proponuje też klientom bezpośrednią likwidację szkód, z której skorzystało na razie kilkaset osób.

Cały czas szukamy celów akwizycyjnych w ubezpieczeniach, także w sektorze finansowym, w obszarze środkowej i wschodniej Europy. W tej chwili oglądamy parę potencjalnych firm. Niestety, największa z nich, czyli Triglav w Słowenii, prawdopodobnie będzie do sprzedaży dopiero za rok, ponieważ zaraz będą wybory i zostanie wybrany nowy rząd, który dopiero rozpocznie proces prywatyzacyjny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Dąbrowski, członek zarządu PZU SA i PZU Życie SA.

W kwietniu PZU podpisało umowy przejęcia czterech spółek z grupy RSA: Lietuvos Draudimas (Litwa), AAS Balta (Łotwa), Codan Forsikring (Estonia) oraz polskiego Link4. Transakcja musi jeszcze zostać zatwierdzona przez odpowiednie urzędy, ale Dąbrowski liczy, że w lipcu dokończony zostanie pierwszy zakup, a jesienią pozostałe trzy. Dodaje, że to dopiero pierwszy krok w zagranicznej ekspansji PZU.

Teraz PZU chce się jednak skierować na południe. Spółka nie planuje inwestycji ani w krajach bałtyckich, ani na Wschodzie. Dąbrowski przyznaje, że nie chodzi tylko o słoweńskiego Triglava, ale nie chce zdradzać, którymi krajami i spółkami interesuje się PZU. Dodaje, że poza rynkiem ubezpieczeniowym spółka chce wzmocnić pozycję także na rynku medycznym. Po przejęciu Orlen Medica PZU chce budować sieć placówek medycznych na zasadzie franczyzy. Ekspansji towarzyszy ogólne ożywienie rynku, choć Dąbrowski przyznaje, że nie przekłada się ono na wyniki finansowe.

Widzimy ożywienie w gospodarce i ubezpieczeniach. Polacy kupują więcej polis. Problem jest tylko taki, że poprzednie lata były tak dobre dla rynku ubezpieczeniowego pod względem rentowności, że nasi koledzy zaczęli znacząco obniżać ceny. Te spadki cen zjadają całą korzyść ze wzrostu sprzedaży polis, który wynika z lepszej sytuacji gospodarczej. W efekcie rynek prawdopodobnie urośnie w tym roku może o 1 proc. – ocenił Dąbrowski w rozmowie podczas konferencji WallStreet 2014 w Karpaczu.

Dodaje, że PZU liczy nie tylko na wzrost rynku, lecz także poprawia ofertę. W kwietniu spółka zaproponowała nową usługę w ubezpieczeniach OC, czyli bezpośrednią likwidację szkód. Polega ona na tym, że kierowca ubezpieczony w PZU, który został poszkodowany w wypadku, może zwrócić się do swojego ubezpieczyciela z prośbą o likwidację szkody, a nie do ubezpieczyciela sprawcy wypadku. To zdecydowane ułatwienie dla klientów, którzy mogą wszystko załatwić w swojej firmie. To PZU zajmuje się ściągnięciem odpowiedniej kwoty za naprawy od ubezpieczyciela sprawcy szkody.

Dąbrowski dodaje, że PZU jest wysoko oceniane pod względem oferty likwidacji szkód, więc to dodatkowa korzyść dla klientów. Do tej pory kilkaset osób skorzystało z bezpośredniej likwidacji szkód. PZU wyegzekwowało już pierwsze należności od ubezpieczycieli sprawców wypadków.

W tym roku PZU może osiągnąć dodatkowe zyski związane z malejącą rentownością polskich obligacji skarbowych. 10-letnie obligacje osiągnęły rentowność nieznacznie ponad 3,5 proc., a jeszcze w 2011 r. wartość ta przekraczała 6 proc. PZU ma duże aktywa zgromadzone w obligacjach, więc spadek ich rentowności (czyli wzrost ceny) może przełożyć się na krótkoterminowy zysk w 2014 r., a to z kolei może oznaczać wyższą dywidendę. Ale w dłuższej perspektywie taka rentowność obligacji nie jest korzystna.

Ubezpieczyciel zarabia na tym, że bierze pieniądze od klienta, po jakimś czasie wypłaca mu odszkodowanie i pomiędzy zapłaceniem składki a wypłatą odszkodowania powinien zarobić maksymalnie dużo na pieniądzach, które wpłacił klient. Im niższe są stopy zwrotu, tym te dochody są niższe i długoterminowo to będzie problem. Rzeczywiście stopy obligacji są niskie, zakładaliśmy, że będą wyższe. Za to zakładamy, że jednak na koniec roku i na początku przyszłego stopy pójdą w górę powyżej 4 proc. – prognozuje Dąbrowski.

S&P: Gospodarka w Polsce jest stabilna, źródłem ryzyka jest sytuacja w finansach publicznych i reforma OFE

CEO Magazyn Polska

Za dwa miesiące agencja Standard & Poor’s podejmie decyzję w sprawie ratingu dla Polski w walutach obcych. Na razie podtrzymana w lutym ocena wiarygodności kredytowej jest na poziomie A minus. Jego podniesienie jest możliwe pod warunkiem, że gospodarka będzie dalej szybko rosła i trwale zmniejszy się deficyt w finansach publicznych. Długoterminowym źródłem ryzyka jest jednak system emerytalny, który powiększył swoje zobowiązania z tytułu przejęcia aktywów i części składki do OFE.

– Rating Polski, który podtrzymaliśmy w lutym na poziomie A minus z perspektywą stabilną, jest przez nas dalej podtrzymywany. Uważamy, że jest to rating, który w zbilansowany sposób pokazuje i kształtuje skalę ryzyka dla polskiej gospodarki. Oczywiście, widzimy bardzo pozytywny wzrost polskiej gospodarki oraz trwałe fundamenty makroekonomiczne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w agencji ratingowej Standard & Poor’s.

W opublikowanych we wtorek założeniach do budżetu na rok 2015 rząd przyjął, że polska gospodarka wzrośnie w przyszłym roku o 3,8 proc. po wzroście o 3,3 proc. w tym roku. Pierwszy kwartał 2014 r. był piątym z kolei, kiedy polska gospodarka wyraźnie przyspieszała. Wzrost PKB wyniósł 3,4 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem 2013 r. Ekonomiści spodziewają się, że w całym 2014 r. PKB urośnie o 3,5-3,6 proc., co oznacza, że stopa wzrostu powinna zacząć się stabilizować w następnych kwartałach.

Te prognozy są zbieżne z ostatnimi odczytami indeksu PMI dla polskiego przemysłu, który bada opinie przedsiębiorstw dotyczące obecnej i przyszłej koniunktury. W lutym br. jego wartość wyniosła 55,9 pkt, a więc znacznie powyżej granicy 50 pkt, która jest umowną granicą między ekspansją branży a jej kurczeniem się. W kwietniu 2014 r. wskaźnik PMI wyniósł 52 pkt, a w maju –  już tylko 50,8 pkt. To nie oznacza, że gospodarka zacznie niedługo hamować, ale to, że nie powinna już znacząco przyspieszać. Zgodnie z tym scenariuszem, sama poprawa koniunktury nie będzie już wystarczająca do dalszego zmniejszania deficytu budżetowego, który od 2008 r. pozostaje powyżej 3 proc. PKB.

Zwracamy też uwagę na pewne ryzyko, przede wszystkim średnioterminowa konsolidacja finansów publicznych nie jest jeszcze trwale zapewniona. W konsekwencji reformy OFE pojawiły się dla budżetu długoterminowe zobowiązania, którymi trzeba zarządzać. Więc na tę chwilę wydaje nam się, że ta równowaga dobrze odzwierciedla naszą percepcję polskiej gospodarki – mówi Petrykowski.

Według rządu ograniczenie składki do OFE w 2011 r. oraz przejęcie blisko połowy aktywów funduszy emerytalnych zmniejszą zadłużenie finansów publicznych, zarówno w krótkiej, jak i dalszej perspektywie. Część ekonomistów zwraca jednak uwagę, że w wyniku reformy z 1999 r. Polska ma system emerytalny o zdefiniowanej składce. To oznacza, że wzrost napływu składek do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych jest równoważony przez wzrost zobowiązań w postaci przyszłych wypłat. W rezultacie tymczasowa ulga w finansach publicznych jest tak naprawdę odsunięciem w czasie zobowiązań, które przyrastają na kontach i subkontach w ZUS.

Wpływ systemu emerytalnego na finanse publiczne zacznie ujawniać się z dużą siłą w drugiej połowie bieżącej dekady, kiedy pokolenie powojennego wyżu demograficznego będzie odchodziło na emeryturę. Amortyzacja tego negatywnego zjawiska dla finansów państwa będzie wymagała szybkiego wzrostu PKB, który zapewniłby wysoki napływ składek do FUS.

Obecnie polska gospodarka prezentuje się dobrze na tle państw strefy euro, jednak rysuje się przed nią sporo czynników ryzyka, na czele z demografią i niską innowacyjnością, które powinny skłaniać do ostrożności. Dotyczy to również możliwości podniesienia ratingu lub jego perspektyw.

Musiałby wzrost gospodarczy być trwały, utrzymywać się dalej i iść w parze z dalej postępującą konsolidacją finansów i poprawą wyników makroekonomicznych polskiej gospodarki – wskazuje dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w S&P.

Rating państwa jest istotny również z tego powodu, że wyznacza on maksymalny rating dla samorządów i sektora prywatnego. Z tego względu, nawet szybko rozwijające się gminy miejskie w Polsce, o niskim długu oraz deficycie budżetowym, nie mogą otrzymać ratingu AAA, czyli najwyższej wiarygodności kredytowej. 

Porównując polskie samorządy do samorządów regionu, czyli patrząc na Europę Zachodnią: Niemcy, Szwajcarię, Austrię, to oczywiście ratingi polskich samorządów są niższe. Wynika to przede wszystkim z tego, że w Polsce jest mniejsza przejrzystość i przewidywalność. Więcej jest zmian na polu przepisów i legislacji dotyczących alokacji wydatków i przychodów dla samorządów – uważa Marcin Petrykowski.

Polski rząd oraz samorządy mają jednak wyższą wiarygodność finansową od władz centralnych i lokalnych w Rosji, na Ukrainie czy Bałkanach. Sektor publiczny w Polsce jest zobowiązany do przestrzegania konstytucyjnych i ustawowych limitów zadłużenia, co działa korzystnie na rating i rynkowe oprocentowanie długu.

Wynika to z tego, że jednak fundamentalnie polityka zarządzana finansami w naszej części Europy jest prowadzona lepiej. Jest lepsza równowaga między wydatkami a przychodami, która w jasny sposób poprawia jakość kredytową polskich jednostek samorządowych w porównaniu z innymi krajami  Europy Środkowej – twierdzi Petrykowski.

Sephora chce otwierać 3-5 sklepów rocznie i rozwijać sprzedaż przez internet

0

CEO Magazyn Polska

Sephora do swoich 92 perfumerii w tym roku dołączy jeszcze kolejny salon w Olsztynie. W kolejnych latach sieć będzie rozwijać się w podobnym tempie jak do tej pory, czyli planuje 3-5 otwarć rocznie. Dodatkowo tak jak w ubiegłych latach, co roku około 6-8 już działających salonów będzie przechodzić remodeling, dzięki czemu będą jeszcze bardziej atrakcyjne dla klientów. Firma mocno stawia też na rozwój swojego e-sklepu, który powstał zaledwie cztery miesiące temu, a już stał się najbardziej rozpoznawaną spontanicznie marką wśród wszystkich e-sklepów perfumeryjnych z branży beauty w Polsce.

Już w kilku pierwszych tygodniach mieliśmy milion wejść na stronę naszego e-sklepu. W marcu sklep internetowy był trzeci pod względem wielkości sprzedaży w całej naszej sieci. Odczytujemy ten wynik jako sukces – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Kołodziejczyk, dyrektor generalny Sephora Polska. – Jeżeli chodzi o miasta, rozłożenie sprzedaży sklepu internetowego jest bardzo równe. Dotyczy to zarówno dużych miast, jak i mniejszych miejscowości, w których nie ma stacjonarnych perfumerii Sephora.

Sephora ma dziś ponad połowę udziału w rynku sprzedaży kosmetyków selektywnych wśród sieci perfumeryjnych w Polsce. W kraju działają 92 perfumerie marki, a według planów ma powstawać 3-5 nowych placówek rocznie. Firma koncentruje swoją działalność na dużych i średnich miastach – powyżej 100 tys. mieszkańców.

Nasz dalszy rozwój numeryczny jest uzależniony od planów deweloperów i jakości nowo powstających centrów handlowych. W przypadku, gdyby pojawiły się nowe, ciekawe projekty, jesteśmy w stanie zwiększyć liczbę otwieranych perfumerii – deklaruje dyrektor generalny.

Trwa też remodeling już działających salonów – swój wygląd każdego roku zmienia 6-8 perfumerii. W ramach tych działań instalowane są np. w wybranych perfumeriach duże ekrany LCD w strefie kas, wprowadzane jest nowoczesne i energooszczędne oświetlenie LED. Cała przestrzeń jest zmieniana tak, aby łatwiej było się poruszać po salonie i testować produkty.

 – Wszystko po to, aby zwiększyć zadowolenie klientów. Oferujemy też zarówno nowe, unikalne usługi, jak i nowe marki – wyjaśnia Adam Kołodziejczyk.

Perfumerie – poza sprzedażą kosmetyków z segmentu premium– oferują również markę własną Sephora oraz usługi, takie jak regulacja brwi, makijaż czy manikiur.

Oferujemy też klientkom indywidualne lekcje makijażu przeprowadzane przez naszych świetnie przeszkolonych makijażystów. Inwestujemy w ich rozwój poprzez liczne szkolenia, m.in. unikalny w branży program Sephora University. Nasi makijażyści znani są również w branży modowej – ekipa najlepszych, pod wodzą dyrektora artystycznego Sephora Sergiusza Osmańskiego, odpowiedzialna jest za make-up modelek podczas pokazów znanych projektantów mody, z którymi mamy okazję współpracować. Tych samych wizażystów można spotkać na co dzień w perfumeriach Sephora  – mówi Adam Kołodziejczyk.

Sephora prowadzi także Sephora Make Up School, czyli bezpłatne warsztaty makijażu, z którymi odwiedzi w tym roku 20 perfumerii w Polsce. Podczas warsztatów klientki uczone są, jak wykonać jeden z trzech najpopularniejszych makijaży – business make-up, smokey eye oraz makijaż paryski. W ramach tych wydarzeń wspólnie z wielkimi markami np. Esteé Lauder, Givenchy, Guerlain czy Benefit oferowane są też lekcje poświęcone m.in. perfekcyjnemu makijażowi ust, rozświetlaniu cery i podkreślaniu atutów urody.

Tej jesieni zorganizujemy już po raz szósty Sephora Trend Report. To nasza największa impreza prezentująca najgorętsze trendy w makijażu, pielęgnacji i modzie na nadchodzący sezon – tłumaczy dyrektor generalny Sephora Polska.

Firmy przy wyborze dostawcy energii kierują się głównie ceną. Coraz większe znaczenie ma też jakość obsługi

CEO Magazyn Polska

Choć cena pozostaje najważniejszym dla przedsiębiorców kryterium wyboru dostawcy energii, to liczy się także jakość obsługi – wynika z badań PKP Energetyka. Klienci biznesowi oczekują nie tylko dostawy, lecz także kompleksowej porady i pomocy. Większość z nich preferuje kontakt osobisty niż internetowy czy telefoniczny.

Z naszych badań wynika, że przy wyborze dostawcy energii 82 proc. respondentów (przedsiębiorców) jako kryterium wyboru dostawcy energii wskazało cenę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Żychlińska dyrektor Biura Komunikacji i Promocji w PKP Energetyka. – Wielu klientów jednak wskazało też na jakość obsługi jako istotny czynnik. Potwierdza to trend, który zaobserwowaliśmy już wcześniej. Polega on na tym, że klienci oczekują nie tylko sprzedaży energii, lecz także porady i opieki.

Wśród respondentów badania, które dla PKP Energetyka przeprowadziła firma ARC Rynek i Opinia, 55 proc. zadeklarowało, że szuka ofert dostawców energii i gazu w internecie. Jednak usługę zakupiłby online tylko co czwarty z nich.

To pokazuje, że jednak kontakt bezpośredni jest nadal ważny i pewnie pozostanie na pierwszym miejscu. I potwierdza ogromne znaczenie doradztwa biznesowego – zauważa Żychlińska.

Osobisty kontakt jest także preferowany w serwisie posprzedażowym.

Na pierwszym miejscu respondenci wskazali kontakt bezpośredni – dotyczy to 63 proc. z nich – mówi Żychlińska. – Kontakt telefoniczny czy internetowy był rzadziej preferowany. Nadal człowiek, który przychodzi, doradza, optymalizuje koszty i prowadzenie biznesu, jest pożądany przez klienta – dodaje rozmówczyni.

W badaniu udział wzięło ponad 500 firm. Były to przedsiębiorstwa z różnych branż, które zatrudniały minimum 50 pracowników. Celem badania było rozpoznanie oczekiwań oraz potrzeb respondentów w kwestii wykorzystania energii elektrycznej i gazu oraz wyboru dostawcy.

Coraz więcej Polaków będzie odwiedzać kina. Nowe multipleksy szansą na poprawę statystyk

CEO Magazyn Polska

Statystyczny Polak odwiedza kino raz w roku  ten wskaźnik ma szansę wzrosnąć wraz z otwarciem nowych obiektów. Takie inwestycje ma w planach m.in. Global City Holdings, największy akcjonariusz brytyjskiej spółki Cineworld, drugiego największego operatora kinowego w Europie.

Choć w 2013 roku liczba zakupionych przez Polaków biletów do kin spadła do poziomu nieco powyżej 36 mln i była najniższa od 2009 roku, to prognozy na ten rok mówią o wzroście sprzedaży. Pierwszy kwartał przyniósł zwiększenie frekwencji w kinach o ponad 17 proc., a magnesami przyciągającymi widzów przed duże ekrany były dwa polskie filmy: „Jack Strong” i „Pod mocnym aniołem.”

W Polsce sporą popularnością cieszą się krajowe produkcje filmowe. Nawet 25-30 proc. wszystkich sprzedanych biletów w skali roku obejmuje wstęp na polskie filmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Joanna Kotłowska, dyrektor relacji inwestorskich Global City Holdings.

Jej zdaniem te wskaźniki mają szanse wzrosnąć wraz z budową nowych multipleksów i szerszym dostępem do sal kinowych.

Będziemy na pewno otwierać nowe kina, mamy już kilka umów podpisanych w tym zakresie – zapowiada Joanna Kotłowska.

Efektem inwestycji spółki w sektorze kinowym ma być ok. 100 nowych ekranów. Cineworld, którego udziałowcem jest GCH, jest już właścicielem niemal 1900 ekranów i ponad 200 multipleksów na całym kontynencie. W regionie Europy Środkowo-Wschodniej Polska jest największym rynkiem działalności spółki.

Jesteśmy znani z największej sieci kinowej w Polsce, ale tak naprawdę jesteśmy akcjonariuszem drugiego największego operatora kinowego w Europie, czyli spółki Cineworld – przypomina.

W kwietniu br. Global City Holdings za ok. 6 mln zł dokonała zakupu 400 tys. akcji operatora kin Cineworld i obecnie ma już ponad 25 proc. udziałów w kapitale brytyjskiej grupy.

Fundusze private equity stawiają na IT, ochronę zdrowia i handel

0

Dobra koniunktura w polskiej gospodarce sprzyja rynkowi private equity. Fundusze dysponują coraz większym kapitałem, a przedsiębiorcy są bardziej skłonni do podejmowania ryzyka niż w okresie kryzysu. Polski niepubliczny rynek kapitałowy wciąż należy do niewielkich, ale będzie szybko nadrabiał zaległości w stosunku do rozwiniętych rynków w zachodniej Europie. Dla gospodarki ma to ogromne znaczenie, bo fundusze private equity chętnie inwestują w innowacyjne, szybko rosnące firmy.

Polska jest w regionie Europy Środkowo-Wschodniej najbardziej dynamiczną gospodarką, gdzie cały czas są najwyższe stopy zwrotu z inwestycji. Wynika to z wielu przyczyn makroekonomicznych. Tacy gracze jak fundusze private equity są bardzo aktywni tam, gdzie dużo się dzieje w gospodarce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Karwacki, ekspert kancelarii prawniczej Squire Patton Boggs.

Rynek private equity (PE) w Polsce ma duży potencjał rozwoju. Według wyliczeń KPMG w 2012 r. skupił on 46 proc. wszystkich transakcji w Europie Środkowo-Wschodniej, jednak w porównaniu z rynkami w krajach rozwiniętych pozostaje wciąż niewielki. Wielkość polskiego rynku PE to zaledwie 0,13 proc. PKB, podczas gdy w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Szwecji jest to ok. 0,6 proc. PKB. W najbliższych latach branży private equity będzie sprzyjać także marginalizacja OFE, które przestaną być ważnym źródłem wzrostu notowań na GPW.

Jest coraz większa świadomość tego, czym zajmują się fundusze private equity oraz fundusze venture capital. W związku z tym, że nie wszystkie projekty nadają się do pozyskania kapitału na giełdzie lub do pozyskania finansowania bankowego, fundusze private equity są coraz ciekawszą opcją do pozyskiwania kapitału, w szczególności w związku z ostatnim zamieszaniem na giełdzie związanym z demontażem OFE – uważa Karwacki.

Fundusze private equity inwestują swoje środki w firmy lub start-upy, które ze względu na wysokie ryzyko towarzyszące innowacyjnej działalności, często mają problem z pozyskaniem kapitału w początkowej fazie rozwoju. W przeciwieństwie do inwestorów strategicznych, którzy zazwyczaj wolą inwestować w dojrzałe biznesy, fundusze PE są zainteresowane możliwie szybkim i zyskownym wyjściem z inwestycji. Dla zarządzających funduszami najważniejszy jest realny i jednocześnie ambitny biznesplan, jaki stoi za danym start-upem.

Muszą to być liderzy w swojej dziedzinie z jasno wytyczoną wizją, z perspektywą co do wzrostów, a także – przede wszystkim – co do tego z założeniem, by stać się w pewnym okresie graczem nie tylko w Polsce, lecz graczem regionalnym. Tylko takie firmy przyciągają uwagę funduszy private equity i venture capital – twierdzi ekspert Squire Patton Boggs.

Nie wszystkie fundusze PE mają własne zespoły analityków, którzy zajmują się szacowaniem zysków i ryzyka związanego z inwestycjami. Zwłaszcza zagraniczne fundusze private equity są obecne na polskim rynku, kupując udziały w innych funduszach. Według Michała Karwackiego polscy zarządzający PE dobrze radzą sobie z zagraniczną konkurencją, o czym świadczy wzrost wartości ich aktywów i udziału w transakcjach na rynku.

Widać trend, że polskie fundusze, które były kiedyś nieduże, stają się tak samo aktywne, a nawet czasami przewyższają aktywnością fundusze zagraniczne. Do takich typowych liderów polskich funduszy można zaliczyć MCI Management, Avallon, Resource Partners oraz Value4Capital – to są fundusze, które najwięcej ostatnio robiły lub robią – wskazuje Karwacki.

O rozwoju polskiego rynku świadczy także to, że fundusze PE zaczynają się specjalizować w wybranych branżach.

Przykładem są fundusze technologiczne, wyspecjalizowane w inwestycjach w internet, jak chociażby fundusz MCI oraz Intel Capital. Wyraźną specjalizację zaczyna mieć Mid Europa Partners, który inwestuje przede wszystkim w produkty związane z żywnością, a także zaczyna wchodzić w usługi edukacyjne. Są także fundusze, które inwestują w healthcare, czyli szeroko pojętą ochronę zdrowia i usługi zdrowotne – mówi ekspert Squire Patton Boggs.

Branża zdrowotna cieszy się sporym zainteresowaniem funduszy PE, ponieważ rynek prywatnej opieki medycznej ma wciąż spory potencjał wzrostu. Istnieje tu także wiele okazji do zyskownych fuzji. Należy spodziewać się dalszych inwestycji w innowacyjne spółki z branży ICT, ponieważ pozostanie ona w najbliższych latach jedną z najszybciej rozwijających się w Polsce.

Fundusze private equity są także coraz bardziej aktywne w sektorach żywności, w szczególności w sektorze sprzedaży detalicznej oraz usług edukacyjnych i farmaceutyki, przede wszystkim suplementy diety. W najbliższej przyszłości w tych dziedzinach coraz więcej inwestycji będzie realizowanych z inicjatywy  funduszy – przewiduje Michał Karwacki

Odkrywamy Puszczę Knyszyńską – Tatarzy, żubry, przyroda…

Puszcza Knyszyńska

Urzekające widoki, balsamiczne powietrze i charakterystyczna kuchnia powstała w wyniku mieszanki kultur i wyznań. Kogo zmęczą spacery po leśnych bezdrożach, może się wzmocnić tatarskim pierekaczewnikiem, a pragnienie ugasić naturalnym kwasem chlebowym. A wszystko to zaledwie trzy godziny jazdy od Warszawy. Puszcza Knyszyńska jest jedną z największych w Polsce i wciąż kryje w sobie wiele tajemnic.

Puszcza to doskonałe miejsce dla osób, które potrzebują prawdziwej ciszy i spokoju. Wokół dzika przyroda, tylko w niewielkim stopniu dotknięta ingerencją człowieka i mało skażona. Nie ma tu zgiełku, który niesie ze sobą cywilizacja. Wsłuchując się w szum tysiącletnich drzew można się wyciszyć i chociaż na chwilę uwolnić od codziennych stresów. Sprzyja temu nawet ograniczony zasięg sieci komórkowych. – Puszcza Knyszyńska jest wciąż nieodkryta turystycznie, a oferuje całą masę niezapomnianych atrakcji – mówi Joanna Matowicka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w hotelu Lipowy Most Golf Park.

Puszcza Knyszyńska jest drugą co do wielkości w Polsce, wyprzedza ją jedynie Puszcza Białowieska. Jest jednak znacznie mniej znana i popularna wśród turystów. Zdaniem przedstawicielki Lipowy Most Golf park to właśnie jej atut. – Dzięki temu relaks w sercu Puszczy Knyszyńskiej jest naprawdę bezcenny – przekonuje.

Puszcza Knyszyńska znajduje się w Polsce północno-wschodniej i obejmuje swoim zasięgiem aż 11 gmin: Janów, Sokółka, Knyszyn, Czarna Białostocka, Szudziałowo, Dobrzyniewo Duże, Wasilków, Supraśl, Krynki, Gródek i Michałowo. Jej cechą charakterystyczną jest niezwykle malownicza rzeźba terenu.

Oprócz gęstych lasów znajdują się tutaj także rzeki, m. in Supraśl i Sokołda, sztuczne jeziora, stawy rybne i bagna. Są też liczne wzniesienia – najwyższym jest Góra św. Jana położona około kilometra od miejscowości Królowy Most. Występuje tu mnóstwo gatunków roślin. Jest ich aż 850, w tym wiele niezwykle rzadkich – ponad setka z nich jest zagrożona wyginięciem. Szczególnie pięknie puszcza wygląda wiosną, kiedy zaścielają ją łany białych zawilców i niebieskich przylaszczek. Wśród drzew z kolei dominuje sosna, co upodabnia wygląd puszczy do tajgi. Rosną tu także świerki i nieco rzadziej brzozy, czy olchy. Puszczę zamieszkują setki gatunków ptaków i zwierząt. Wśród tych ostatnich najbardziej znany jest żubr – największy polski ssak.

– W puszczy żyje pokaźne stado tych zwierząt, które czasami zbliżają się na bezpieczną odległość do obiektów hotelowych, co jest niesamowitym przeżyciem dla naszych gości – opowiada Joanna Matowicka. Są też między innymi jelenie, sarny, dziki, wilki i lisy.

Amatorzy spędzania wolnego czasu na łonie natury znajdą na terenie puszczy mnóstwo atrakcji. Mogą na przykład pozwiedzać teren wybierając któryś ze szlaków turystycznych. Jest ich ponad 50 – piesze, rowerowe, samochodowe, a także konne i z wykorzystaniem kajaków. Jedne trwają kilka godzin, na inne trzeba zarezerwować nawet kilka dni. Coś dla siebie znajdą zarówno zwolennicy samotnych wędrówek, jak też rodziny. Na przykład Lipowy Most Golf Park oferuje sporo atrakcji dla dzieci. Wewnątrz obiektu znajduje się pokój zabaw, a na zewnątrz plac. Ciekawym przeżyciem jest też zwiedzanie puszczy z perspektywy … wozu ciągnionego przez konie. A zimą przejażdżka saniami.

Dzieciom spodoba się też Silvarium w niedalekim Poczopku. To park leśny, idealny do rodzinnych spacerów. Duże wrażenie na najmłodszych robią zamieszkujące tu sowy. Lipowy Most to dobre miejsce żeby się tutaj wybrać na romantyczny weekend tylko we dwoje. Zjeść romantyczną kolację, pograć w golfa czy wypożyczyć rowery i pozwiedzać okolicę.

Jednak Puszcza Knyszyńska to atrakcje nie tylko przyrodnicze. Znajduje się ona bowiem na terenie niezwykle ciekawym pod względem kulturowym. Okolice były przez wieki zamieszkiwane przez ludność różnych wyznań i kultur, które pokojowo współistniały i oddziaływały na siebie. – Wystarczy wspomnieć choćby o polskich Tatarach – wylicza Joanna Matowicka.

Tatarzy są obecni na Podlasiu od 300 lat. Pojawili się tutaj za sprawa króla Jana II Sobieskiego. Otrzymywali bowiem ziemie w zamian za zasługi wojskowe. Obecnie w Polsce mieszka ok. 5000 Tatarów, w tym najwięcej właśnie na terenie Puszczy Knyszyńskiej. Kto lubi zwiedzać, nie zawiedzie się, bo na Podlaskim Szlaku Tatarskim można zobaczyć niespotykane nigdzie indziej miejsca związane z kulturą i tradycją tych wyznawców islamu.

Miejscowości, które trzeba koniecznie odwiedzić to Kruszyniany i Bohoniki. Znajdują się tam dwa zabytkowe meczety. Tatarzy są często goszczeni w Lipowym Moście. Organizowane tutaj spotkania to okazja do poznania ich wyjątkowej kultury.

Szczególnie atrakcyjne są warsztaty kulinarne, dzięki którym można się dowiedzieć jak zrobić najbardziej znane tatarskie danie, czyli pierekaczewnik. To rodzaj ciasta składającego się z sześciu cienko rozwałkowanych warstw. Między nie można włożyć np. mięso wołowe – wersja pikantna, albo biały ser – wersja słodka. Ciasto się zwija i piecze. Inne atrakcje to pokazy jazdy konnej z widowiskowym łucznictwem.

– Dużą popularnością cieszy się również pokaz szermierki z wykorzystaniem XVII wiecznych technik bojowych przy użyciu szabli tatarskiej i husarskiej – zachęca przedstawicielka Lipowy Most Golf Park.

Na Podlasiu można też spróbować innych charakterystycznych potraw, jak chłodnik, babka ziemniaczana czy kiszka nadziewana ziemniakami. Te jednak miejscowi zawdzięczają wpływom litewskim.

Warto zwiedzić także miejsca związane z religią prawosławną. W tym celu można się wybrać na przykład do Supraśla. To nieduże miasteczko, z niezwykłym klimatem. Znajduje się tutaj pięknie zachowany Klasztor Męski Zwiastowania Najświętszej Marii Panny czy imponujący pałac Buchholtzów, gdzie obecnie działa liceum plastyczne. Można też zajrzeć do Muzeum Ikon w Supraślu, które posiada w swoich zbiorach bardzo bogatą kolekcję.

Istotną zaletą Puszczy Knyszyńskiej jest też to, że będąc jednocześnie oazą ciszy i spokoju, znajduje się stosunkowo niedaleko od dużych ośrodków miejskich. To zaledwie 20 km od Białegostoku i około trzech godzin jazdy z Warszawy.

Pozyskanie inwestora to proces

Dostęp do różnych źródeł wsparcia finansowego, merytorycznego czy coachingowego sprawia, że Polacy coraz śmielej mówią o swoich biznesowych projektach i coraz częściej decydują się na wdrożenie ich w życie. W efekcie do drzwi funduszy inwestycyjnych rokrocznie pukają setki pomysłodawców i przedsiębiorców gotowych na wspólne rozwijanie nowych spółek. Oczywistym jest, że przy takiej podaży projektów nie każdy, komu uda się spotkać z potencjalnym inwestorem otrzyma ofertę współpracy. W dzisiejszych realiach rynkowych nie wystarczy bowiem wzorcowo przeprowadzona prezentacja w biurze funduszu. Rozmowę taką trzeba odpowiednio wykreować.

Do rozmowy z inwestorem należy się przygotować. To oczywiste. Poradniki i eksperci radzą żeby przed spotkaniem dopracować dokumenty, dokładnie przemyśleć odpowiedzi na pytania, jakich możemy się spodziewać (a te już nie są żadną tajemnicą). Warto przeprowadzić gruntowny research nt. inwestora i profilu funduszu inwestycyjnego; rynku, na którym chcemy funkcjonować; konkurencji tej obecnej i potencjalnej, jaka może pojawić się w przyszłości. Koniecznie należy odpowiednio zaprezentować zespół, wszystko to, co wyróżnia projekt i prognozowane korzyści ze współpracy, jakich może oczekiwać inwestor.

– Świadomość dzisiejszych przedsiębiorców nt. konieczności profesjonalnego podejścia do spotkań z inwestorami jest na bardzo dobrym poziomie. Coraz rzadziej na spotkania przychodzą osoby, które przynosząc do nas projekt nie są przygotowane na konkretną rozmowę o warunkach współpracy i inwestycji. Rozmowę o modelu biznesowym projektu, o prognozach, perspektywach, założonych celach i określonych potrzebach. Często przedsiębiorcy zanim się do nas zgłoszą sami wykonują analizy konkurencji, rynku i potrafią odpowiednio zaprezentować się na tle tych danych, czasem przynoszą prototypy swoich rozwiązań czy symulacje wyników. Świadczy to o ich dojrzałości biznesowej, ale też determinacji – mówi Jacek Kajko, Partner WSI Capital.

Ale czy to wystarczy? Samo odpowiednie przygotowanie się do spotkania to dużo. Warto jednak być o krok przed innymi, bo to pomaga przebić się z projektem przez wiele innych mu podobnych. A żeby tak właśnie było, o pozyskaniu inwestora należy pomyśleć, jak o procesie i rozpocząć go na długo przed pierwszym spotkaniem.

– Każdy biznes na początku wymaga finansowania, niezależnie czy jest to nowa spółka czy kolejny projekt w funkcjonującej firmie. Dlatego już na etapie rozpoczynania prac nad jego modelem czy analizami możemy założyć, że takiego finansowania będziemy poszukiwać. I to jest moment, w którym należy rozpocząć przygotowanie gruntu do ewentualnego spotkania z inwestorem– tłumaczy Jacek Kajko.

Dlatego warto z funduszem poznać się wcześniej. Można to zrobić np. podczas wydarzeń, w których uczestniczą jego przedstawiciele – wręczenie wizytówki i kilkuminutowa rozmowa to dobry początek. Ale uwaga nie jest w dobrym tonie mówić od razu o projekcie i ewentualnym poszukiwaniu kapitału. Wystarczy nawiązać w rozmowie do jednej z inwestycji funduszu, która ma zbliżony profil lub duże sukcesy. Dopiero przy kolejnym spotkaniu, kiedy nasz projekt zaczyna mieć solidne podstawy funkcjonowania warto wspomnieć, nad czym pracujemy.

– Wzbudźmy zainteresowanie w inwestorze. Powiedzmy, że pracujemy nad projektem być może z tej samej branży, co jedna ze spółek portfelowych funduszu, że wkrótce wdrożymy ciekawe rozwiązanie, że zauważyliśmy konkretną potrzebę i teraz opracowujemy dla niej rozwiązanie. Zostawmy ślad, ziarno. Po co? Dzięki temu nie będziemy już przypadkowym projektodawcą, umawiając to konkretne spotkanie będziemy mogli powołać się na wcześniejszą rozmowę, będziemy bardziej wiarygodni. I będziemy przy tym odbierani, jako biznesowo dojrzali i profesjonalni. Ponadto ułatwi nam to rozmowę podczas tego konkretnego spotkania – znając człowieka, przed którym będziemy prezentować nasz projekt łatwiej będzie nam wciągnąć go w angażujący dialog – radzi Krzysztof Wiśniewski, Partner Zarządzający WSI Capital.

Oprócz próby poznania samego inwestora, czy funduszu, warto zastanowić się czy ktoś z naszego otoczenia można nas dodatkowo zarekomendować (choćby wspominając, że słyszał o naszym projekcie) – im więcej inwestor ma informacji, również tych z zewnątrz, tym lepiej dla nas i naszego projektu. Decydując się na pozyskanie kapitału z funduszu warto też mimo wszystko wcześniej wybrać się również na rozmowę np. do banku. Dlaczego?

Z takiego spotkania można wynieść wiele cennych wskazówek – zobaczyć, jakie słabe i mocne strony widzi analityk bankowy. To pozwoli nam lepiej przewidzieć niewygodne pytania, czy wątpliwości, jakie mogą pojawić się na spotkaniu z inwestorem i wprowadzić konieczne korekty w naszym projekcie, celach czy oczekiwaniach. I wreszcie, jeżeli na pierwszej rozmowie nie uda nam się przekonać funduszu do inwestycji to pamiętajmy, że pozyskanie inwestora to pewien proces, a spotkanie to krok – zresztą jeden z wielu – prowadzący nas do realizacji naszego pomysłu. Przyjmijmy przekazane przez inwestora uwagi, przemyślmy wskazane wątpliwości, dopracujmy projekt i wtedy spróbujmy raz jeszcze. Najważniejsze w biznesie to się nie poddawać! – mówi Krzysztof Wiśniewski z WSI.

Analiza z przymrużeniem oka na temat wpływu wyników mundialu na globalne rynki akcji

Już dziś, punktualnie o 22:00, zabrzmi pierwszy gwizdek mistrzostw świata w piłce nożnej rozgrywanych w Brazylii. Z tej okazji warto pokusić się o krótką analizę wpływu wyników mundialu na globalne rynki akcji – oczywiście z przymrużeniem oka.

Robert Burdach, zarządzający funduszami akcji Union Investment TFI

Piłka nożna jest najbardziej popularnym sportem na świecie. W niektórych krajach piłkarze mają niemalże status świętych, a wyniki reprezentacji narodowej rzutują na samopoczucie albo nawet na samoocenę milionów ludzi. Dlaczego więc piłkarskie emocje miałyby nie wpływać na napędzane sentymentem rynki akcji? Najkrócej mówiąc, „efekt mundialu” występuje, ale jest on krótkotrwały i z czasem zanika. Historyczne wyniki pokazują, że w pierwszym miesiącu po mistrzostwach, rynek akcji zwycięskiego kraju osiąga stopy zwrotu średnio o 3,5 proc. lepsze od globalnych indeksów akcyjnych. Od 1974 r. tylko raz zdarzyło się, aby ta zależność nie zadziałała. Było to w 2002 r., gdy brazylijski rynek akcji, pomimo zdobycia Pucharu Świata przez Canarinhos, przyniósł stopę zwrotu gorszą o prawie 19 proc. od światowych indeksów. Kryzys walutowy i recesja gospodarcza w Brazylii okazały się wówczas silniejszymi czynnikami niż euforia po zwycięstwie. Z drugiej strony, również największe pobicie indeksów globalnych miało miejsce właśnie w Brazylii, w 1994 r., po mistrzostwach świata w USA. Tamtejszy rynek w skali miesiąca okazał się lepszy o bagatela 21 proc. A co się dzieje, gdy euforia i ekscytacja zaczyna zanikać? Po 3 miesiącach od finału, dodatkowa stopa zwrotu zmniejsza się do niecałych 2 proc., a po roku rynek akcji zwycięskiego kraju okazuje się gorszy o 4 proc. od ogólnoświatowych indeksów – może z tęsknoty do tamtych emocji?

Przyjrzyjmy się jeszcze zachowaniu indeksów w kraju gospodarza mundialu. Sytuacja prezentuje się bardzo podobnie. W pierwszym miesiącu stopa zwrotu z akcji jest lepsza od indeksów światowych o niecałe 3 proc., po 3 miesiącach już tylko o 1 proc., a w skali roku rynek akcji kraju gospodarza okazuje się gorszy o ponad 4 proc.
Ciekawie, choć zupełnie niespójnie z powyższymi obserwacjami, wypada porównanie stóp zwrotu indeksów warszawskiej giełdy z indeksami globalnymi w okresie 1-, 3- i 12-miesięcznym od zakończenia mistrzostw Euro 2012 rozgrywanych w Polsce i na Ukrainie. W pierwszym miesiącu po finale, polski rynek okazał się gorszy o 4,5 proc., po 3 miesiącach pobił indeksy ogólnoświatowe o 5,5 proc., aby znowu okazać się gorszym w skali całego roku – tym razem o prawie 13 proc.

Powyższą analiza pokazuje, że zamiast doszukiwać się zależności, chyba lepiej po prostu głęboko usiąść w fotelu i ekscytować się meczami.

A komu Państwo kibicują?

Od pół miliona do nawet 1 mln Polaków nie może odbierać sygnału cyfrowej telewizji naziemnej. Jednak podatek od niej i tak będą musieli zapłacić

Od 0,5 do nawet 1 mln Polaków nie może odbierać sygnału cyfrowego. Białe plamy na mapie Polski są efektem przeprowadzonej odgórnie cyfryzacji. Problem dotyczy zwłaszcza mieszkańców terenów górskich, gdzie ukształtowanie obszaru utrudnia odbieranie cyfrowej telewizji naziemnej. Opłata audiowizualna, nad którą pracuje resort kultury, miałaby jednak obowiązywać wszystkich.

Nie do wszystkich rejonów Polski dociera sygnał cyfrowy, który jest nadawany przez nadajniki naziemne. To wynik cyfryzacji, która prowadzona była przez ostatnie kilka lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego.

W efekcie realizowanego przez polskie władze przechodzenia wyłącznie na sygnał cyfrowy telewizji naziemnej w lipcu ubiegłego roku w Polsce pojawiły się miejsca, w których z przyczyn technicznych ten sygnał nie dociera. Według ekspertyz UKE problem ten dotyczyć może nawet do 490 000 osób w przypadku nadajnika MUX 1, 581 000 osób w przypadku MUX 2 i 214 000 w przypadku MUX 3. Jest tak zwłaszcza na obszarach górskich, w południowych województwach. Ponadto 3 proc. Polaków nie może odbierać regionalnej telewizji publicznej. Według Roszkowskiego rozwiązaniem tej sytuacji jest doświetlenie przez satelitę.

Ta droga była zresztą rozważana, natomiast została odrzucona i to naziemne rozwiązanie cyfrowe zostało przyjęte jako podstawowe – mówi Roszkowski. – Uważam, że uzupełnienie cyfryzacji naziemnej przez cyfryzację satelitarną jest niezbędne. W przeciwnym razie wielu Polaków będzie nadal wykluczonych – dodaje.

Do korzystania z sygnału satelitarnego konieczne byłyby zestawy do odbioru wraz z dekoderami. Zdaniem Instytutu Jagiellońskiego do ich zakupu powinno dokładać się państwo. W ten właśnie sposób z problemem poradziły sobie kraje zachodnie.

– W Wielkiej Brytanii czy Niemczech do nadajników naziemnych uzupełniająco stosowany jest sygnał satelitarny – zauważa ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – Dzięki temu ten zasięg jest pełny i wszyscy mogą się czuć komfortowo niezależnie od tego, czy mieszkają w dużych miastach, czy na terenach górskich – dodaje.

Opłata audiowizualna, czyli podatek?

Według Instytutu Jagiellońskiego kolejnym, powiązanym z tym problemem jest sposób finansowania mediów w Polsce. W ramach walki z niepłaceniem abonamentu przez wielu Polaków Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego proponuje wprowadzić opłatę audiowizualną, którą uiszczaliby wszyscy obywatele z wyjątkiem osób starszych i niepełnosprawnych, które i dziś są z abonamentu zwolnione. W efekcie płaciliby także ci, którzy nie mają telewizorów lub z winy niedostatków cyfryzacji nie mają możliwości odbierania sygnału cyfrowego.

– Opłata audiowizualna to po prostu dodatkowy podatek, który będzie obciążał osoby, niemogące fizycznie skorzystać z cyfrowego sygnału, a to jest co najmniej nieuczciwe – zauważa Roszkowski. – Jednak rzeczywiście zmiany są potrzebne, gdyż abonament radiowo-telewizyjny w obecnej formie jest w zasadzie dobrowolny – dodaje rozmówca Newserii Biznes.

Choć prace nad poszczególnymi wariantami opłaty jeszcze trwają, a ministerstwo zapewnia, że opłata ta będzie o połowę niższa od obecnego abonamentu, to osoby, które nie korzystają z telewizji, nie chcą za nią płacić. Urzędnicy tłumaczą, że jest to forma utrzymania mediów publicznych, które muszą funkcjonować w każdym cywilizowanym kraju.

Według Instytutu Jagiellońskiego lepszym rozwiązaniem jest model czeski. Tam istnieje wprawdzie abonament, ale można zostać z niego zwolnionym, gdy złoży się oświadczenie, że nie posiada się telewizora.

Zakaz importu wieprzowiny przez Rosję i inne rynki wschodnie uderza w polską gospodarkę. Straty eksporterów mogą przekroczyć 220 mln euro w skali roku

CEO Magazyn Polska

Polscy producenci tracą na rosyjskim embargo na mięso wieprzowe. W ubiegłym roku eksport wieprzowiny do Rosji, Białorusi i Kazachstanu wyniósł 80 tys. ton wyrobów o wartości 220 mln euro. Pod koniec czerwca Rosjanie mają przeprowadzić kontrolę w polskich zakładach, która być może doprowadzi do zniesienia zakazu. Podobne embargo nałożyła na Polskę Ukraina. Ale tu polska dyplomacja już odniosła sukces: wschodni sąsiad otworzy swój rynek na polską wieprzowinę od 17 czerwca.

Nie możemy już być optymistami. Rynek ukraiński nie przyjmie takich ilości produktów, jakie przyjmował w przeszłości. W ubiegłym roku sprzedaliśmy prawie 19 tys. ton mięsa i jego produktów – mówi Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego (UPEMI). – Poza tym ze względu na niski kurs hrywny opłacalność eksportu na ten rynek jest minimalna.

Pozytywnie ocenia jednak zmianę podejścia wschodnich sąsiadów do polskich firm.

Sytuacja gospodarcza się zmienia i miejmy nadzieję, że do naszych przyjaciół na Ukrainie będziemy mogli te produkty w dobrych cenach eksportować. Wiemy, że dziś ceny na Białorusi, Ukrainie czy w Rosji są wielokrotnie wyższe niż w Polsce i te produkty są im potrzebne – podkreśla Różański.

Według Agencji Rynku Rolnego eksport żywca, mięsa, tłuszczów i przetworów wieprzowych w pierwszym kwartale 2014 r. osiągnął 140 tys. ton. To o 7 proc. mniej niż w adekwatnym okresie ubiegłego roku. W związku z rosyjskim embargiem w całej Unii Europejskiej wywieziono w tym czasie za granicę 654 tys. ton produktów wieprzowych – o 9 proc. mniej niż rok wcześniej. Zmalał przede wszystkim eksport na Białoruś (o 75 proc.) i do Rosji (71 proc.). Wzrosła sprzedaż do Korei Południowej – o 91 proc. – i na Filipiny (69 proc.). To jednak rynki mniej chłonne niż rosyjski.

W 2013 r. sprzedaliśmy na rynki Unii Celnej [Białoruś, Rosja i Kazachstan – red.] 80 tys. ton wyrobów wieprzowych za 220 mln euro. Utraciliśmy duży rynek ze względu na nie do końca zrozumiałe decyzje polityczne – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiesław Różański.

Po wprowadzeniu embarga wydawało się, że polskie firmy będą mogły eksportować przetwory z mięsa wieprzowego zgodnie ze specyficznymi warunkami narzucanymi przez stronę rosyjską, ale w kwietniu okazało się, że blokada objęła cały eksport. Problemy hodowców pogłębiły się po tym, jak po odkryciu kolejnych przypadków afrykańskiego pomoru świń importu polskiego mięsa zakazały także inne rynki, np. Ukraina i Chiny.

Decyzje blokujące eksport zaburzyły światowy rynek. Po pojawieniu się przypadków ASF cena skupu żywca spadła o 1,50 zł na każdym kilogramie. Stracili przede wszystkim hodowcy. Jak podkreśla Różański, to oni są obciążani przez przetwórstwo i handel kosztami związanymi z mniejszą sprzedażą lub niższymi cenami. Sytuacji hodowców i producentów nie sprzyjają również zmieniające się gusta konsumentów.

Nasza organizacja stoi na straży hodowców. Dlatego wdrażamy system jakościowy, który spowoduje, że rolnicy poczują się bezpiecznie – mówi prezes UPEMI. – Tendencja żywieniowa i gusta konsumenckie w Polsce się zmieniają, spożywamy coraz mniej wieprzowiny. W ciągu ostatnich kilku lat spożycie spadło o blisko 4 kg: z 40 kg do 36 kg. Niestety, to jest sytuacja niekorzystna dla polskich producentów żywca i stąd też mamy określone problemy.

Połowę dochodów oddajemy państwu. Dzień wolności podatkowej dopiero w drugiej połowie czerwca

0

CEO Magazyn Polska

W najbliższych dniach podatnicy w Polsce przestaną pracować na państwo, a zaczną zarabiać na siebie. Co roku dzień wolności podatkowej przypada w okolicach 20 czerwca. Oznacza to, że blisko połowę dochodów Polaków pochłaniają daniny publiczne.

Od tego symbolicznego momentu, wyznaczanego przez Centrum im. Adama Smitha, podatnicy zaczynają zarabiać na siebie, spłaciwszy wcześniej swoje zobowiązania wobec państwa. 

W Polsce z reguły jest to czerwiec danego roku, czyli dzień wolności podatkowej przypada najczęściej na drugą, trzecią dekadę czerwca jako ten dzień, kiedy pieniądze zaczynamy zarabiać już tylko dla siebie – mówi Mariusz Unisk, dyrektor generalny ds. doradztwa podatkowego w ISP Modzelewski i Wspólnicy.

W Polsce dzień wolności podatkowej przypada dość późno w porównaniu z innymi krajami świata. Stany Zjednoczone, od lat na czele rankingu, mogą się pochwalić datą zlokalizowaną w połowie kwietna, np. w 2013 roku był to 18. dzień tego miesiąca, a rok wcześniej – 17 kwietnia. Podobnymi wynikami cieszą się mieszkańcy Australii. Nieco później, zwykle pod koniec maja, wolni od fiskusa są Brytyjczycy. Z kolei Szwedzi dopłacają do budżetu aż do końca lipca, mając obciążenia podatkowe na poziomie aż 57 proc. Podobnie wysokie podatki płacą też Francuzi (54 proc.) oraz Niemcy (52 proc.).

– Daleko nam do Stanów Zjednoczonych i niektórych państw członkowskich Unii Europejskiej. Ale też dla porządku rzeczy należałoby dodać, że jest jeszcze sporo takich państw, jak Szwecja, Norwegia, Niemcy, które z kolei są daleko za nami, czyli ten dzień wolności podatkowej przypada później, w lipcu, czasami nawet w sierpniu – przyznaje Mariusz Unisk w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Począwszy od lat 90., dzień, w którym Polacy mogli odkładać zarobione pieniądze do własnej kieszeni, przesuwał się w czasie. Najpóźniej, bo na początku lipca, przypadł w latach 1994–1996. Od tego czasu przez 18 lat jest to już druga połowa czerwca. Wyjątkiem był jedynie rok 2011, w którym wolni od obciążeń na rzecz budżetu byliśmy dopiero 7 lipca, czyli najpóźniej w historii. W ubiegłym roku wolność podatkowa zawitała do Polski ponad dwa tygodnie wcześniej, bo 22 czerwca. Kolejne znaczące przesunięcie czerwcowej daty na wcześniejszą jest mało realne.

– Myślę, że doskonałym wynikiem w przypadku uwarunkowań polskich byłaby końcówka maja lub pierwsza dekada czerwca, biorąc pod uwagę sytuację ekonomiczną kraju i niedawny kryzys. Od 20 lat nigdy nawet nie załapaliśmy się na pierwszą dekadę czerwca – wyjaśnia dyrektor generalny Instytutu Studiów Podatkowych.

Najmniejsze obciążenia Polacy ponieśli w latach 2008–2009, gdy z daninami na rzecz fiskusa uporali się do 14 czerwca. Wyznaczając dzień wolności podatkowej, bierze się pod uwagę stosunek wydatków publicznych, powiększonych o transfery środków do otwartych funduszy emerytalnych, do PKB na podstawie założeń budżetowych opracowanych przez Ministerstwo Finansów.

Dokładne określenie dnia wolności podatkowej będzie możliwe dopiero po podsumowaniu budżetu, a więc po zakończeniu roku. Dotychczas zwykle okazywało się, że założenia budżetowe nie odpowiadały sumie podatków, które rzeczywiście wpłynęły do państwowej kasy.

– Niestety, biorąc pod uwagę to, co dzieje się wokół podatków, raczej w tym roku zostanie czerwiec. Miejmy nadzieję, że to raczej nie późna druga połowa ani nie początek lipca – mówi Mariusz Unisk.

HSBC Bank Polska prognozuje szybkie wyjście Polski ze spowolnienia. Szacunki banku są lepsze niż MFW i KE

CEO Magazyn Polska

Według prognoz HSBC Bank Polska SA polskie PKB w tym i kolejnym roku będzie rosnąć w tempie przekraczającym 3 procent rocznie. Prognoza ta jest trochę wyższa niż szacunki innych instytucji, m.in. Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Komisji Europejskiej, i nieco niższa od założeń rządowych. Szacunki banku związane są z przyspieszeniem inwestycji, szczególnie po uruchomieniu nowej unijnej perspektywy budżetowej.

Naszym zdaniem polska gospodarka szybko otrząsnęła się ze spowolnienia gospodarczego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes John Rendall, wiceprezes i dyrektor zarządzający HSBC Bank Polska SA. – Przez ostatnie sześć miesięcy nasi ekonomiści skupili się na polskiej gospodarce i zrewidowali w górę prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski na 2014 r.

HSBC pod koniec marca podniósł prognozę wzrostu PKB dla Polski na bieżący rok do 3,2 proc. z 3,0 proc. i do 3,6 proc. z 3,3 proc na rok przyszły. To wyższe przewidywania niż opublikowane przez KE i MFW. Według prognoz Komisji Europejskiej polska gospodarka w 2014 r. wzrośnie o 3,2 proc., a PKB w 2015 r. ma zwiększyć się o 3,4 proc. Z kolei Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że polska gospodarka będzie rosnąć w tempie 3,1 proc. w 2014 r. i 3,4 proc. w 2015 r. Polski rząd zakłada odpowiednio 3,3 i 3,8 proc. Zdaniem Rendalla w przyspieszeniu może pomóc rozpoczęcie realizacji unijnego budżetu na lata 2014–2020.

Powinniśmy wówczas zobaczyć wzrost inwestycji – twierdzi Rendall.

Silnym czynnikiem, wspierającym dalszy rozwój gospodarczy, będzie wciąż eksport. HSBC liczy, że kolejne firmy będą zainteresowane ekspansją za granicą. Rosnąca w siłę polska gospodarka powinna również przyciągać zainteresowanie inwestorów z innych państw.

Jednym z obszarów, w którym jesteśmy bardzo aktywni, jest pomoc polskim firmom, które są zainteresowane możliwością zarówno rozpoczęcia wymiany handlowej za granicą, jak i inwestycji zagranicznych. Dostrzegamy, że nasi klienci podejmują działania dzięki silnemu wzrostowi eksportu. Stale współpracujemy, i jesteśmy zadowoleni z tej współpracy, z firmami, znanymi nam z innej części globu, które są zainteresowane eksportem do Polski lub inwestowaniem w Polsce, oraz chcą tworzyć tutaj bazę na Europę Środkowo-Wschodnią, a nawet na całą Europę dla swojego biznesu – podkreśla Rendall.

Zarówno polskie, jak i zagraniczne firmy korzystają z tego, że polski sektor bankowy w segmencie korporacyjnym jest bardzo konkurencyjny.

Myślę, że największym wyzwaniem dla nas, a także innych firm, jest wypracowanie wyraźnej przewagi nad konkurencją i pokazanie naszym klientom, że dzięki współpracy z nami sami są w stanie zyskać przewagę nad konkurentami – mówi Rendall. 

HSBC Bank Polska SA jest członkiem międzynarodowej Grupy HSBC. Powstała on w 1865 r. pod nazwą Hongkong and Shanghai Banking Corporation, posiada 6000 oddziałów w ponad 75 państwach świata. Centrala Grupy znajduje się w Londynie.

Do końca września Compensa Życie i Benefia Życie połączą się. Powstanie trzeci największy gracz na polskim rynku ubezpieczeń na życie

0

CEO Magazyn Polska

Połączenie Compensy Życie i Benefii Życie ma pozwolić na zwiększenie zarówno kanałów dystrybucji, jak i oferowanych produktów. Marka ma być bardziej widoczna w kanale ubezpieczeń oferowanych przez banki. Ponadto firma chce skupić się na ubezpieczeniach grupowych, a wśród oferowanych produktów mają pojawić się produkty ubezpieczeń na życie z Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym. Proces łączenia ma być zakończony za nieco ponad trzy miesiące.

– Zgoda Komisji Nadzoru Finansowego na połączenie Compensy Życie i Benefii Życie oznacza, że ostatnia formalna przeszkoda została usunięta. Do końca września powinniśmy skończyć ten proces i stworzyć trzecią największą firmę ubezpieczeniową na rynku ubezpieczeń na życie w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Artur Borowiński, prezes zarządu Compensa TU SA i TU na Życie Vienna Insurance Group.

W styczniu władze Vienna Insurance Group (VIG), do której należą m.in. Compensa i Benefia, zdecydowały o połączeniu dwóch spółek działających w sektorze ubezpieczeń na życie. Nowy podmiot będzie prowadził działalność pod marką Compensa. Spółki należące do VIG mają już silną, trzecią pozycję na rynku ubezpieczeń w Polsce. Udziały grupy w rynku przekraczają 8 proc. Ubiegły rok był dla grupy rekordowy – spółki osiągnęły łączną składkę 1,1 mld euro. W segmencie ubezpieczeń na życie produkty ze składką regularną wzrosły o ponad 35 proc. Borowiński podkreśla, że połączenie Compensy i Benefii w tym segmencie pozwoli na umocnienie pozycji na rynku i większą konsolidację brandów.

W ten sposób zostaną tylko dwie marki na rynku życiowym w Vienna Insurance Group. Pozwoli nam to bardziej zaistnieć w kanale bancassurance, oczywiście oszczędzić koszty i poszerzyć ofertę produktową dla naszych klientów – podkreśla Borowiński.

Compensa stawia sobie za cel ubezpieczenia grupowe – dotychczas są sprzedawane wyłącznie w Compensie Życie. Jak zapowiada Borowiński, grupa chce rozszerzyć swoją ofertę i wprowadzić nowe produkty ubezpieczeń na życie z Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym, czyli unit-linki (łączące ochronę i inwestycję). To oferta przeznaczona dla tych, którzy decydują się na długoterminowe oszczędzanie.

Fuzja spółek ma nie być odczuwalna dla dotychczasowych klientów.

Wszystko zostaje bez zmian. Klienci, którzy mają wykupione ubezpieczenia w Benefii Życie, staną się klientami Compensy, nie odczują zmiany – podkreśla Borowiński.

Przedstawiciele VIG podkreślają, że polski rynek ubezpieczeniowy ma duży potencjał wzrostu – choćby porównując wysokość składek na rynkach zachodniej Europy. Średnia roczna składka na mieszkańca wynosi w Polsce 390 euro, w Austrii pięciokrotnie więcej – 1950 euro.

Vienna Insurance Group to największa grupa ubezpieczeniowa w Europie Środkowo-Wschodniej. W Polsce, która jest dla grupy jednym z ważniejszych rynków (obok Austrii, Czech, Słowacji, Rumunii, Ukrainy, Bułgarii, Chorwacji i Węgier), działa od 1998 roku. VIG – oprócz Compensy i Benefii – jest większościowym akcjonariuszem w Polisa Życie, Skandia Życie i InterRisk.

Polscy absolwenci mają dużą wiedzę specjalistyczną, ale brakuje im umiejętności globalnego spojrzenia

CEO Magazyn Polska

Absolwenci polskich uczelni mają coraz większe kompetencje, obycie międzynarodowe i wiedzę w swojej specjalizacji. Wciąż jednak za bardzo koncentrują się na swoich specjalnościach, przez co brakuje im umiejętności oceny sytuacji w skali makro. Pomóc mogą programy propagujące współpracę międzydyscyplinarną.

Dzisiejszych studentów wyróżnia to, że jeżeli tylko chcą, to mają mnóstwo możliwości poszerzania swoich kompetencji, kontaktów z zagranicą – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Mieleszko, dyrektor Fundacji im. Lesława A. Pagi. – Nie brakuje im wiedzy, nie brakuje im pasji i pracowitości. Jedyne pole do poprawy, które naszym zdaniem jest dosyć spore, to umiejętność dyskusji, umiejętność rozmowy, umiejętność spojrzenia na sytuację z perspektywy makro.

Mieleszko podkreśla, że młodzi ludzie często chcą specjalizować się w wąskich dziedzinach, bo tego wymaga rynek pracy. Zapominają jednak o tym, że każdy obszar wiedzy można wpisać w szerszy ekonomiczny i gospodarczy kontekst. Właśnie na rozwoju tej umiejętności koncentruje się Fundacja im. Lesława A. Pagi.

W przyszłym roku ma wystartować kolejny projekt Fundacji,  nazwany „Young Innovators”. Tym razem Fundacja chce zaprosić młodych naukowców wyspecjalizowanych w wąskich dziedzinach. Celem projektu jest utworzenie interdyscyplinarnych zespołów i nauka pracy w nich, dzięki czemu problemy z wielu dziedzin będą mogły być rozwiązywane kreatywnie, z wykorzystaniem wiedzy ekspertów z różnych dziedzin.

Chcemy uczyć ich, jak to jest pracować w interdyscyplinarnych zespołach. Podczas warsztatów, które będziemy prowadzili wspólnie z naszymi partnerami, będziemy takie interdyscyplinarne zespoły złożone z m.in.: informatyków, lekarzy, inżynierów, biotechnologów stawiać przed różnymi problemami, które będą musieli wspólnie, pod okiem naszych ekspertów opracowywać, a potem prezentować swoje osiągnięcia szerokiej grupie. Wierzymy, że takie łączenie wiedzy z różnych obszarów, to jest przyszłość rozwoju nauki – podkreśla Anna Mieleszko.

Dodaje, że młodzi ludzie nie potrzebują już np. zachęt do wyjazdów za granicę, bo wymiana studencka stała się niemal normą na uczelniach. Dzięki organizacji spotkań, dyskusji i kursów Fundacja chce przede wszystkim nauczyć młodych ludzi spojrzenia w szerszej perspektywie.

Z racji tego, że nasza fundacja mieści się na Giełdzie Papierów Wartościowych i że jesteśmy związani z rynkiem finansowym, działania ograniczają się do pewnego obszaru, czyli rynków finansowych. Kształcimy specjalistów właśnie z zakresu rynku kapitałowego, stricte poprzez Akademię Liderów Rynku Kapitałowego, ale mamy też kilka projektów, które są odpowiedzią zarówno na zainteresowanie młodzieży, jak i zapotrzebowanie partnerów – tłumaczy Mieleszko.

Wylicza, że Fundacja prowadzi także Akademię Energii dla osób zainteresowanych sektorem energetycznym oraz Akademię Analiz i Mediów dla tych, którzy są zainteresowani pracą w mediach biznesowych i instytutach analitycznych oraz w roli komentatorów gospodarczych. Działa także projekt Liderzy w Sektorze Ochrony Zdrowia, skierowany do osób zainteresowanych zarządzaniem szpitalami i innymi placówkami medycznymi.

To są w naszej opinii te miejsca na rynku, gdzie cały czas będą potrzebni specjaliści. Energetyka, ochrona zdrowia czy rynek informacyjny i rynek kapitałowy wciąż się rozwijają, przyrost wiedzy jest przeogromny. Naszą receptą na to jest zapraszanie do prowadzenia warsztatów i wykładów profesjonalistów i ludzi, którzy w tym obszarze są bezpośrednio zatrudnieni – ocenia Mieleszko.

„Enemy Front” od piątku w sklepach. Gra może upowszechnić wiedzę o powstaniu warszawskim na całym świecie

Od wtorku gracze w USA mogą wcielić się w rolę walczącego w powstaniu warszawskim. Polska premiera gry „Enemy Front” odbędzie się w piątek. Wyprodukowana przez CI Games gra przedstawia losy amerykańskiego korespondenta wojennego, który postanawia przyłączyć się do ruchu oporu przeciwko hitlerowskim okupantom.

Na rynku gier dominują w tym momencie szeroko pojęte gry akcji: od strzelanek, których zresztą przedstawicielem jest „Enemy Front”, przez gry z perspektywy trzeciej osoby, po coraz bardziej popularne gry w otwartym świecie lub po prostu dające możliwość wyboru sposobu gry przez gracza. „Enemy Front” tak naprawdę wpisuje się w ten trend. Misje zostały skonstruowane tak, żeby gracz mógł skorzystać z różnych sposobów rozgrywki: otwarty konflikt, przekradanie się czy używanie karabinu snajperskiego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Janczuk, lead level designer CI Games.

Głównym bohaterem gry jest korespondent wojenny Robert Hawkins, dzięki któremu gracz będzie mógł wcielić się w rolę powstańca walczącego z nazistami w Polsce oraz Europie Zachodniej. „Enemy Front” to gra z gatunku FPS (First-Person Shooter), która ma otwartą przestrzeń map i jest osadzona w realiach historycznych powstania warszawskiego oraz Europy w czasie II wojny światowej. Rozgrywka ma trwać 10 godzin, a tryb sieciowy pozwala na grę maksymalnie 12 osób. „Enemy Front” ukaże się zarówno w wersji na PC, jak i konsole Sony PlayStation 3 oraz Xbox 360.

Prace nad grą trwały kilka lat, ponieważ zmienił się pierwotny pomysł.

Początkowo miała to być typowa, jednoosobowa strzelanka, umiejscowiona ze szczegółami w Dunkierce czy w innych, znanych miejscach wydarzeń z II wojny światowej. Podobnie jak Call of Duty – mówi Paul Robinson, senior designer CI Games.

Producenci nie chcieli jednak stworzyć kolejnej gry, w której głównym bohaterem byłyby regularne armie. Unikatowość „Enemy Front” ma polegać na tym, że gracz będzie mógł wcielić się w walczącego w powstaniu warszawskim.

Patrzyliśmy na francuski ruch oporu, partyzantów w Normandii i ostatecznie dotarliśmy do powstania warszawskiego. Jednym z powodów takiego wyboru jest to, że to wydarzenie nie jest dobrze znane poza Polską. Jako Amerykanin, wielki fan historii II wojny światowej czułem, że to musi być pokazane na zewnątrz dzięki takiej grze – dodaje Robinson.

Średnia cena nowych gier na polskim rynku to obecnie 130 zł (gry PC) oraz ponad 200 zł w przypadku gier na konsole.

Gra „Enemy Front” będzie tańsza. Mamy nadzieję, że ceną zachęcimy polskiego odbiorcę. Za wersję konsolową zapłacimy 129 zł – zapowiada Łukasz Janczuk z CI Games.

Według obliczeń PwC polski rynek gier był wart pod koniec 2012 r. 375 mln dolarów, co stanowi ok. 0,56 proc. udziału w światowym rynku. Jego wielkość ma jednak urosnąć w 2016 r. do 437 mln dolarów. Liczbę aktywnych graczy w Polsce szacuje się na 11-12 mln osób, z czego tylko połowa legalnie zaopatruje się w gry. Wśród licznej rzeszy graczy są także twórcy filmu. Przykładem jest Jan Komasa, który czerpał inspirację do swoich filmów „Sala Samobójców” i „Miasto ‘44” z kultowych gier – „Call of Duty” i „Medal of Honor”. Przerobienie rzeczywistości ukazanej w grach wymagało oczywiście pewnego urealnienia scenariuszy. Mimo to widzowie z łatwością dostrzegają inspirację grami w filmach Komasy i doceniają oryginalny sposób pokazania wojny na dużym ekranie.

Gry zakładają raczej, że ma się dużo broni, dużo granatów itd. W powstaniu warszawskim nie było ani dużo broni, ani dużo granatów, często walczono tym, co było akurat pod ręką. Nasz film [„Miasto ‘44” – red.] nieuchronnie, ale uważam, że bardzo dobrze, mierzy w stronę realizmu. Niemniej tych elementów gier bardzo dużo zostało i ludzie to podkreślają na pierwszych pokazach, które mamy, że z takim opowiadaniem o II wojnie światowej, o powstaniu warszawskim szczególnie, jeszcze się nie spotkali – twierdzi Komasa.

Bezpieczeństwo największym problemem startującego mundialu. Gospodarka Brazylii odczuje korzyści z imprezy dopiero za kilka lat

CEO Magazyn Polska

Dla organizatorów rozpoczynających się piłkarskich mistrzostw w Brazylii największym wyzwaniem będzie zapewnienie bezpieczeństwa  trwają demonstracje Brazylijczyków niezadowolonych z wydawania ogromnych kwot na organizację imprezy. Apele o zawieszenie na razie pozostają bez odzewu. Między innymi z tego powodu Brazylia może nie zyskać na imprezie tyle, ile zakładano kilka lat temu. 

Realny wpływ mistrzostw świata w piłce nożnej na gospodarkę kraju, w którym się one odbywają, następuje kilka lat po imprezie. Może to być nawet wzrost PKB o 2-3 pkt proc. Zawsze pozytywnym efektem takich imprez, jak olimpiada czy mistrzostwa świata w piłce nożnej, jest promocja turystyczna kraju.

 Kibice i turyści, którzy przyjadą do kraju zwabieni imprezą sportową, tak jak przyjeżdżali np. do Polski czy teraz do Brazylii, mogą być fenomenalnymi ambasadorami danego kraju na przyszłość – mówi Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska. – Jeżeli oczywiście ten pobyt spełni jego oczekiwania, a z tym może wyjść tu różnie.

Różnie może być właśnie w Brazylii, gdzie atmosfera przed mundialem jest mało sportowa. Według ostatnich informacji jego organizacja kosztowała ten kraj 11 mld dolarów – budżet przekroczono trzykrotnie. Przeciwko tym wydatkom protestują przedstawiciele prawie wszystkich warstw społecznych.

 Kiedy 6 czy 8 lat temu przyznawano mundial Brazylii, ponad 70 proc. Brazylijczyków było z tego powodu szczęśliwych. Dzisiaj też 70 proc. uważa, że nie do końca ta impreza będzie korzystna. Jest wiele rozmaitych oznak niezadowolenia społecznego, bardzo dużo strajków – wskazuje rozmówca Newserii Biznes. – Można powiedzieć, że dzisiaj w Brazylii protestują wszyscy, począwszy od nauczycieli, poprzez pracowników metra, a skończywszy na przedstawicielach indiańskich mniejszości etnicznych itd.

Pewną nadzieją jest to, że według badań ok. 60 proc. Brazylijczyków uważa, że te protesty należałoby teraz przerwać, bo nie tylko są nieskuteczne, lecz także zamykają Brazylii szansę na pozytywne pokazanie się światu. Teraz do opinii międzynarodowej docierają właściwie wyłącznie negatywne informacje – o niedokończonych obiektach sportowych, protestach i niebezpiecznych biednych dzielnicach miast, gdzie będą rozgrywać się mecze.

 Z reguły jest tak, że niezależnie od tego, jakim wskaźnikiem bezpieczeństwa charakteryzuje się dany kraj, to wielka impreza sportowa jest dla tego kraju jednym z niewielu okresów, kiedy jest bardzo bezpiecznie, bo wtedy rząd, organizacje międzynarodowe i inne podmioty zaangażowane w ten projekt rzucają na pokład wszystkie ręce – mówi Kita. W Brazylii jest nieco inaczej. – Rzadko zdarza się tak, żeby gdzieś w trakcie przywracania porządku również same siły porządkowe stawały się obiektami agresji i ataku, a tak dzieje się np. z siłami policyjnymi w Brazylii, więc to mogą być dość specyficzne mistrzostwa.

Zdaniem Grzegorza Kity najmniejszym problemem wizerunkowym będą niedotrzymane terminy wykonawców stadionów.

 W zakresie dotrzymywania terminów praktycznie wszystkie największe imprezy światowe w ostatnich dwóch dekadach miały rozmaite opóźnienia. Do dziś bardzo wiele osób pamięta prawie nieskończone place budowy w Atenach podczas igrzysk olimpijskich, czy problemy z budową stadionu w RPA. Z reguły to się zawsze kończyło dobrze, pozytywnie i bez uszczerbku dla danej imprezy – ocenia ekspert.

Brazylijczycy będą jednak mieli problem głównie z infrastrukturą otaczającą stadiony – nie udało się dokończyć niektórych centrów sportowych czy mediowych. Dziennikarze na części stadionów zamiast w takich centrach będą pracować w prowizorycznych namiotach.

Rośnie sprzedaż aut klasy SUV oraz limuzyn z bogatym wyposażeniem

CEO Magazyn Polska

Sprzedawcy i producenci samochodów od kilku miesięcy odnotowują coraz większą sprzedaż. Największe wzrosty dotyczą segmentu aut droższych z bogatym wyposażeniem oraz pojazdów luksusowych. Wzrosty mogłyby być jeszcze większe, gdyby zmieniły się przepisy dotyczące wyższej akcyzy na auta z silnikami powyżej 2 litrów.

Na dobre wyniki sprzedaży w tym roku wpłynęła w dużej mierze możliwość pełnego odliczenia podatku VAT na auta z kratką w pierwszych trzech miesiącach roku. Pozytywny trend utrzymał się jednak także w kolejnych miesiącach, już po wygaśnięciu ulgi. Sprzedawcy przyznają, że sytuacja poprawia się niemal z miesiąca na miesiąc.

 – Maj zamknęliśmy wzrostem na poziomie 9 proc., a od początku roku odnotowaliśmy sprzedaż lepszą o 23 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Paździor, dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland. – Największą sprzedaż wygenerował okres, gdy obowiązywała ulga na VAT, I kwartał dał wzrost na poziomie 30 proc. Kolejne miesiące są już nieco słabsze, ale zakładamy, że rok skończymy zdecydowanie na plusie.

Szacuje się, że wzrost w całym roku wyniesie 10–15 proc., a firma sprzeda ok. 320–330 tys. aut.

Dyrektor polskiego oddziału Mazdy wskazuje na pozytywne sygnały wspomagające rynek. Są to między innymi korzystne informacje dotyczące gospodarki i związane z nimi rosnące aspiracje zakupowe Polaków. Zakupom sprzyja także stosunkowo niski koszt pieniądza oraz stopniowe bogacenie się społeczeństwa.

Największy wzrost sprzedaży odnotowujemy w klasie aut droższych – wyjaśnia Paździor. – Klienci wybierają samochody lepiej wyposażone. Dużą popularnością cieszą się też SUV-y.

W przypadku Mazdy jest to przede wszystkim model CX-5. Dobre wyniki sprzedaży dotyczą także Mazdy 6.

Dalsze umacnianie się rynku motoryzacyjnego zdaniem przedstawicieli branży zależy w dużej mierze od rozwiązań prawnych i ewentualnych ulg podatkowych dla firm. Dużym impulsem może być wprowadzenie możliwości pełnego odliczania kosztów paliwa, planowane na rok 2015.

Czynnikiem hamującym sprzedaż samochodów są dość niefortunne zasady naliczania akcyzy – uważa Paździor. – Obowiązuje bardzo wysoka akcyza na pojazdy z silnikami powyżej 2 litrów, wynosząca ponad 18 proc. Dla porównania auta mniejsze objęte są stawką ok. 3 proc. Duże silniki uważa się za luksus, za który trzeba więcej płacić. Tymczasem przy dzisiejszej technologii, auta o dużych pojemnościach często oferują lepszą ekonomię i niższe spalanie, a więc są mniej szkodliwe dla środowiska niż te mniejsze.

Obowiązujące przepisy podatkowe zdaniem Paździora nie nadążają za tendencjami rynkowymi i rozwojem technologii. Lepszym rozwiązaniem byłyby opłaty naliczane nie od wielkości silnika samochodu, ale od jego wpływu na środowisko, a więc podatek ekologiczny. Takie przepisy mogłyby okazać się impulsem do rozwoju całego rynku motoryzacyjnego.

NIK o bezpieczeństwie elektroenergetycznych sieci przesyłowych

Polskie elektroenergetyczne sieci przesyłowe (czyli sieci wysokich i najwyższych napięć) są w dobrym stanie. W ostatnich pięciu kontrolowanych latach (2009-2013) nie wystąpiła sytuacja, w której zagrożone byłoby bezpieczeństwo dostaw energii elektrycznej. NIK ostrzega jednak, że Polska musi przygotować się na możliwe zagrożenie dostaw energii elektrycznej po 2015 roku. Nie będzie ono jednak spowodowane złym stanem sieci przesyłowych, lecz koniecznością wyłączenia wielu przestarzałych bloków wytwarzających energię oraz prowadzeniem ich remontów.

Kontrola pokazała, że dzięki systematycznie prowadzonym pracom modernizacyjnym i konserwującym sieci przesyłowe są w dobrym stanie. Pozwoliło to na podjęcie decyzji o wydłużeniu czasu ich sprawności z 40 do 70 lat. W Polsce średni wiek linii przesyłowych wynosił pod koniec 2012 roku niespełna 40 lat. To mniej niż np. w Szwajcarii (ok. 42 lata) czy w Niemczech (50 lat). Blisko połowa (47 proc.) polskich linii przesyłowych miała ponad 40 lat, natomiast większość (70 proc.) ponad 30 lat.

Z danych uzyskanych przez Polskie Sieci Energetyczne (PSE) oraz Urząd Regulacji Energetyki wynika, że od roku 2015 wiele elektrowni planuje wyłączenia jednostek wytwórczych energii elektrycznej. Oznaczać to może ryzyko przerw w dostawach, szczególnie w ekstremalnych warunkach pogodowych lub w przypadku dynamicznego wzrostu zapotrzebowania na energię w obiektach położonych daleko od elektrowni. Zaznaczyć jednak trzeba, że PSE od dłuższego czasu podejmują działania, które mają minimalizować ryzyko zagrożenia dostaw energii. Poszukują rezerwowych źródeł energii, zawierając umowy z wytwórcami krajowymi i zagranicznymi, inwestują w nowe technologie. Np. wdrażają system inteligentnych sieci, wyposażonych w narzędzia pomiarowe, które pozwolą wyrównać zapotrzebowanie na energię oraz umożliwią wprowadzenie elastycznych taryf.

Istotnym elementem ochrony sieci i ich przygotowania do przyjęcia dodatkowej energii z importu jest konieczność zapobiegania nieplanowym przepływom energii, głównie wiatrowej, z Niemiec do Czech i na Słowację. Przepływy te przeciążają sieci, w skrajnych przypadkach przekraczając kryteria bezpieczeństwa. Ograniczają też możliwości wymiany transgranicznej. Polska na forum Komisji Europejskiej od 2012 r. prowadzi prace zmierzające do prawnego uregulowania tego zagrożenia. PSE podejmują też inne działania, np. zmieniając konfigurację sieci, ograniczając ich zdolności przesyłowe lub zmieniając kierunki przesyłania energii z Niemiec – przez Danię i Szwecję. Działania te są zwykle skuteczne: od roku 2009 system pracował w stanie zagrożenia kilkanaście razy od kilku do kilkudziesięciu godzin.

NIK zgłosiła wniosek do Prezesa Rady Ministrów o przyspieszenie prac nad projektem ustawy o korytarzach przesyłowych, która ułatwi pozyskiwanie prawa do gruntów pod infrastrukturę do przesyłania i dystrybucji energii. Minister Gospodarki stosowny projekt skierował do Stałego Komitetu Rady Ministrów w lipcu 2013 roku. Na potrzebę takich uregulowań wskazują opóźnienia w rozbudowie i modernizacji krajowej sieci przesyłowej. Pięć z 20 szczegółowo zbadanych przez kontrolerów projektów inwestycyjnych przebiegało z opóźnieniami. Okazało się, że spowodowane były najczęściej problemami z uzyskaniem prawa do gruntów oraz wykupem terenów pod infrastrukturę.

Będą kolejne zmiany dla pracujących ojców – informacja ekspercka

Rok od wprowadzenia nowych przepisów rodzicielskich szykują się kolejne zmiany. Wszystko za sprawą głośnego przypadku samotnego ojca pięciorga dzieci i wdowca, któremu zgodnie z obowiązującymi przepisami odmówiono prawa do zasiłku macierzyńskiego i urlopu, które wedle aktualnych uregulowań przysługiwać mogą jedynie matce.

17 czerwca 2013 weszły w życie znowelizowane przepisy wprowadzające urlop rodzicielski oraz dłuższe niż dotychczas urlopy macierzyńskie. – O ile w przypadku matek, zasady korzystania z wszystkich tych przywilejów raczej nie wzbudzają wątpliwości, o tyle w przypadku ojców sytuacja okazuje się nieco bardziej skomplikowana – ocenia Dorota Strzelec, psycholog pracy, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o.

Ojciec (nie) jak matka

– Zgodnie z obowiązującymi dzisiaj przepisami, przy założeniu że ojciec wykorzysta w pełni przysługujące mu urlopy związane z narodzinami dziecka, jego nieobecność w pracy może wynosić maksymalnie 38 tygodni (6 z 20 tygodni urlopu macierzyńskiego – z wyłączeniem pierwszych 14 tygodni, które należą się wyłącznie matce, 6 tygodni dodatkowego urlopu macierzyńskiego oraz 26 tygodni urlopu rodzicielskiego). Niezależnie od powyższych, wkrótce po narodzinach dziecka ojciec może skorzystać z 2 tygodni urlopu ojcowskiego – tłumaczy Agnieszka Janowska, dyrektor Depertamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers.

– Problematyczne okazuje się jednak to, że prawo ojca do urlopu macierzyńskiego i rodzicielskiego oraz do zasiłku jest warunkowane prawem matki – jeśli ona ich nie posiada, bo nie była nigdzie zatrudniona (lub nie pracowała w oparciu o stosunek pracy), to ojciec, nawet jeżeli opłaca składki, nie może z nich skorzystać– dodaje ekspert TGC Corporate Lawyers. Minister Pracy i Polityki Społecznej zapowiada jednak, że to ma się niebawem zmienić. Zwłaszcza w takich sytuacjach jak śmierć matki lub porzucenie przez nią rodziny.

Sytuacja ekstremalna, ale nie jednostkowa
Przypadek samotnego ojca piątki dzieci, którego niepracująca żona zmarła tuż po porodzie, obnażył pewną lukę w prawie. Nie przewidziano bowiem sytuacji, w której na samotnego rodzica spada nie tylko obowiązek utrzymania rodziny, ale i objęcia samodzielnej opieki nad dziećmi. Choć na szczęście takie sytuacje nie są normą, to jednak się zdarzają. Obowiązujące dotychczas zapisy prawa nie pozwalały na systemowe rozwiązanie problemu. Szef resortu pracy zapowiedział jednak wprowadzenie przepisów wypełniających tę lukę. Z zapowiedzi ministra wynika, że ustawa ma zostać uzupełniona o regulacje rozszerzające uprawnienia ojców możliwie jak najszybciej.

To nie jedyne potknięcie związane z urlopami rodzicielskimi – kilka lat temu wprowadzając dwutygodniowy urlop ojcowski, „zapomniano” o ojcach pracujących w służbach mundurowych, którzy poczuli się dyskryminowani. Wtedy również konieczna była szybka nowelizacja.

Zostać supertatą?

W większości „typowych” przypadków w Polsce to nadal matki wykorzystują praktycznie całość przysługujących obojgu rodzicom urlopów związanych z wychowaniem dziecka. Z publikowanych m.in. przez CBOS wstępnych danych z 2013 roku wynika, że co najmniej połowa matek chciałaby skorzystać z łącznego 52-tygodniowego urlopu. Zaledwie kilka procent ankietowanych chciałoby podzielić się nim z ojcem dziecka. Zapewne wpływa na to wiele czynników, nie tylko społecznych, ale przede wszystkim ekonomicznych i rodzinnych.

Sami ojcowie nadal są niewiadomą dla pracodawców. Wprawdzie przemiany społeczne w ostatnim 20-leciu znacząco zwiększyły ich aktywny udział w wychowywaniu dzieci, jak do tej pory jednak sporadycznie korzystają oni z przysługujących im uprawnień rodzicielskich (np. zwolnień lekarskich w przypadku choroby dziecka, urlopów ojcowskich czy wychowawczych). – Biorąc pod uwagę aspekty społeczne i ekonomiczne, mało prawdopodobne wydaje się, by na przestrzeni najbliższych kilku lat znacząco wzrosła częstość korzystania z wprowadzonych uprawnień rodzicielskich przez ojców. Powinniśmy jednak liczyć się z tym, że w nieco dalszej przyszłości ich udział w korzystaniu z przysługujących im praw będzie się sukcesywnie zwiększał. Tak jak to ma miejsce w innych krajach Unii Europejskiej – mówi Dorota Strzelec, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o.

Raport specjalny PARP: współpraca biznesu z edukacją to konieczność

By zapewnić gospodarce płynność i konkurencyjność, w 2035 roku jedna osoba wchodząca na rynek pracy będzie obciążona utrzymaniem trzech innych osób – wynika z Raportu specjalnego dotyczącego współpracy biznesu z edukacją w Polsce, opublikowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Aby przygotować młodych ludzi na konsekwencje związane z obciążeniem demograficznym, niezbędna jest rozwinięta współpraca firm z placówkami edukacyjnymi.

Z raportu przygotowanego w ramach projektu systemowego PARP Biznes dla edukacji wynika, że Polska staje przed obliczem systematycznego spadku wskaźnika urodzeń przy jednoczesnym wzroście przeciętnej długości życia. Zmniejszający się odsetek osób w wieku przedprodukcyjnym oraz produkcyjnym mobilnym na rzecz pozostałych grup, prowadzi do obciążenia demograficznego osób wchodzących na rynek pracy. Wskaźnik obciążenia demograficznego* wynosi obecnie 57, co oznacza, że na 100 osób w wieku produkcyjnym, 57 jest w wieku nieprodukcyjnym. Jeszcze bardziej alarmujące są prognozy na 2035 rok, zgodnie z którymi wskaźnik ten będzie wynosił 73. Niezmiernie ważne są zatem wszelkie inicjatywy zwiększające aktywność zawodową społeczeństwa, w tym podejmowanie działań mających na celu kształcenie młodego pokolenia w zawodach, na które jest zapotrzebowanie na rynku pracy.

Aby jednak młodzi ludzie mieli okazję zdobyć odpowiednie kompetencje jeszcze w trakcie nauki, niezbędne jest aktywne współdziałanie strony biznesowej i edukacyjnej. – Współpraca firm ze szkołami i uczelniami pozwala na dostosowanie oferty kształcenia do wymagań i potrzeb pracodawców. Zebrane w naszym Raporcie doświadczenia przedsiębiorstw z różnych branż pokazują, że aktywność firm w tym obszarze przynosi wymierne korzyści w postaci zrekrutowanych młodych talentów. – komentuje Bożena Lublińska-Kasprzak, Prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Raport specjalny dotyczący współpracy biznesu z edukacją w Polsce opisujący warunki i możliwości współpracy pracodawców ze szkołami, został opracowany w ramach projektu Biznes dla edukacji, realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w partnerstwie z Polskim Stowarzyszeniem Zarządzania Kadrami.

Raport dostępny jest na stronie projektu: www.biznesdlaedukacji.parp.gov.pl.

*wskaźnik pokazuje, ile osób w wieku nieprodukcyjnym przypada na 100 osób w wieku produkcyjnym

Asseco kontynuuje podbój rynku afrykańskiego. Chce stać się partnerem rządów afrykańskich przy budowie systemów ubezpieczeń społecznych

0

CEO Magazyn Polska

Asseco Poland planuje zakup spółki w Etiopii oraz założenie start-upu w Nigerii. Spółka chce zarobić na dostarczeniu rozwiązań IT oraz usługach konsultingowych, które pozwolą zbudować efektywne rynki energii w Afryce. Asseco dzięki informatyzacji ZUS może stać się partnerem dla afrykańskich rządów także w sferze ubezpieczeń społecznych.

Sprzedajemy systemy billingowe. Jest szansa w Nigerii, ponieważ niedawno sprywatyzowano tam sprzedaż energii elektrycznej. Nigeryjczycy uczą się, jak organizować takie firmy, a w naszym systemie zaszyte są procesy, które stanowią podstawę funkcjonowania tych firm. To jest nasza nadzieja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Góral, prezes Asseco Poland.

Energetyka i wydobycie paliw w Afryce należą do sektorów z największym udziałem inwestorów zagranicznych.

Punktem przełomowym dla Asseco w Afryce było podpisanie w marcu br. umowy o wartości 10 mln dolarów na wdrożenie systemu billingowego w Etiopii. W ramach kontraktu spółka dostarczy autorskie oprogramowanie z rodziny AUMS oraz przeszkoli pracowników. Celem projektu jest budowa nowoczesnego rynku energii w Etiopii. Obecnie zaledwie co czwarty mieszkaniec tego kraju ma dostęp do energii elektrycznej, dlatego projekt ma priorytetowe znaczenie dla rządu w Addis-Abebie. Rzeszowska spółka liczy na to, że realizacja tego ważnego kontraktu ułatwi dalszą ekspansję w Afryce.

Zambia pozostaje na razie w sferze marzeń, będziemy się temu rynkowi przyglądać. Mamy nadzieję, że ten model, który przyjęliśmy w Etiopii, może być jeszcze w kilku krajach afrykańskich powtórzony. Mam nadzieję, że znajdziemy kolejne kraje, które czekają na nasze produkty – mówi Adam Góral podczas konferencji WallStreet w Karpaczu.

Sektor energetyczny w Afryce nie jest jedynym, który interesuje informatyczną spółkę. W wielu państwach rozwijających się nie ma powszechnego, publicznego systemu ubezpieczeń społecznych. W wyniku wzrostu zamożności oraz zmian społecznych część afrykańskich państw zaczyna pracę nad wprowadzeniem systemu państwowych emerytur, co będzie wymagało specjalistycznego oprogramowania. Asseco, jako twórca rozwiązań IT dla Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, ma doświadczenie i know-how, które mogą być poważnym atutem w staraniu się o kontrakty z afrykańskimi rządami.

– Wydawało się, że nasz projekt w ZUS jest projektem jednego klienta. Tymczasem okazuje się, że w krajach afrykańskich w wielu miejscach dopiero pracuje się nad koncepcją systemu ubezpieczeń społecznych. Dzisiaj dysponujemy wiedzą, jak budować ten system w sensie organizacji, a informatyka jest niezbędna. Pracujemy nad tym dzisiaj w co najmniej jednym miejscu – mówi prezes Asseco.

Portfel zamówień Asseco Poland na 2014 r. ma obecnie wartość ponad 4,6 mld zł. W ubiegłym roku skonsolidowane przychody ze sprzedaży sięgnęły blisko 5,9 mld zł, dlatego rzeszowska spółka liczy na kolejne kontrakty, m.in. dla banków i firm potrzebujących systemów do obsługi klienta. Prezes Asseco spodziewa się, że okres niewielkiego zainteresowania nowymi rozwiązaniami IT ze strony banków dobiega już końca.

Bankowość jest płaska, ale się ożywia. Mamy nowy produkt, na który bardzo liczymy, nazywa się Universal Front End. I to jest produkt, który może być dodawany nie tylko do naszego def-a, ale do dowolnych systemów. I tutaj mamy nadzieję, że z tego produktu uczynimy też produkt eksportowy. Oczywiście w tej chwili trwają poszukiwania pierwszego klienta i to pierwsze wdrożenie będzie dla nas niezwykle ważne – twierdzi Góral.

Universal Front End to system bankowości internetowej, który ma być dostępny na wszystkie platformy. Spółka planuje rozpocząć sprzedaż aplikacji w drugiej połowie roku. Obok bankowości Asseco chce zwiększyć sprzedaż dla klientów z sektora telekomunikacyjnego oraz zdrowotnego.

Mamy nadzieję również na rozwiązania dla firm ubezpieczeniowych, ale tutaj jesteśmy nieco spóźnieni. Jest firma hinduska, która nas wyprzedziła, jest firma bułgarska, która nas wyprzedziła, więc nie będzie to łatwe zadanie, ale mam nadzieję, że też na tym rynku zaistniejmy – mówi Adam Góral.

GPW potrzebuje więcej emisji akcji oraz debiutów. Zbyt niska zmienność dla instrumentów pochodnych

CEO Magazyn Polska

Niewielka zmienność notowań na warszawskim parkiecie zniechęca inwestorów do instrumentów pochodnych. Liczba transakcji na rynku kontraktów terminowych na WIG20 spadła w ciągu roku o 20 proc. GPW stara się przeciwdziałać tej tendencji, dlatego zmieniła indeksy giełdowe oraz podwyższyła mnożnik na kontrakty z 10 do 20 zł. To może rozruszać rynek, choć potrzebny jest również napływ nowego kapitału i zainteresowanie spółek debiutowaniem na parkiecie.

To jest bezdyskusyjne, że koszty zawierania transakcji dzięki mnożnikowi 20 zł zmniejszamy o połowę, czyli już przy jednym punkcie zysku inwestor jedną połowę zysku zabiera dla siebie, a drugą zostawia w prowizji maklerskiej. W przypadku mnożnika 10 zł było to niemożliwe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Szczepanik, analityk z firmy Szkolenia z Inwestycji Giełdowych.

W najprostszym ujęciu daytrading polega na kupnie i sprzedaży instrumentów finansowych w ramach jednej sesji giełdowej. Horyzont inwestycyjny jest zatem bardzo krótki, dlatego gracze stosujący tę strategię starają się zarobić na pojawiających się (i zazwyczaj szybko znikających) okazjach na rynku. Ich źródłem mogą być np. ważne informacje, których rynek nie zdążył jeszcze uwzględnić w wycenach lub co do których istnieje duża niepewność względem ich rzeczywistego wpływu na wyceny.

Prawdopodobieństwo chwilowej, błędnej wyceny w stosunku do fundamentów spółki oraz dostępnych informacji jest tym wyższe, im mniej płynny jest dany instrument. Z tego względu część daytraderów preferuje grę na spółkach o średniej lub niskiej kapitalizacji, np. wchodzących w skład indeksów WIG50 lub WIG250. W przypadku największych spółek zmienność jest statystycznie niższa, co wynika z dużej liczby zaangażowanych inwestorów (w tym handlu automatycznego). 

Z drugiej strony wyższa płynność na rynku zmniejsza ryzyko transakcji, co wraz z mnożnikiem jest zaletą inwestowania w kontrakty terminowe na indeksy. W ostatnim okresie wielu inwestorów narzeka jednak na zbyt niską zmienność na polskiej giełdzie. W tej sytuacji wzrost mnożnika do 20 zł może nie wystarczyć do przyciągnięcia daytraderów na rynek.

Minimalna zmienność musi wynosić przynajmniej 50-60 punktów, aby móc takie transakcje zawierać. Jeżeli ta zmienność będzie wynosiła 20 punktów, to daytradingu nie będzie, bo w przypadku daytradingu i tak nie weźmiemy całego ruchu, jesteśmy w stanie wziąć 1/3, 1/4 dziennego zakresu. W przypadku 50 punktów dziennej zmienności jesteśmy w stanie wziąć dla siebie 10-15 punktów – uważa Szczepanik.

Minimalna zmiana w wysokości 50 punktów oznacza, że przy wartości indeksu WIG20 na poziomie 2500 pkt. powinien on spaść lub urosnąć o 2 proc. Ostatnie miesiące to okres względnego spokoju na GPW, poza momentami podwyższonej nerwowości z powodu zmian w OFE i konfliktu na Ukrainie. W rezultacie w maju 2014 r. wolumen obrotu kontraktami na WIG20 był niższy o 20 proc. w porównaniu z majem 2013 r. Z powodu niskiej zmienności jeszcze silniej spadła liczba transakcji na rynku kontraktów terminowych na akcje. Z danych GPW wynika, że w maju br. była o 36 proc. niższa niż rok wcześniej. 

Na tym tle pozytywnie wyróżniały się kontrakty na indeks mWIG40. W analogicznym okresie wolumen transakcji wzrósł o blisko 90 proc., choć – trzeba przyznać – z niskiego poziomu (w maju 2013 r. zanotowano 3,2 tys. transakcji na tym rynku, w porównaniu z ponad 540 tys. na kontrakcie terminowym opartym o WIG20). Powodem dynamicznego wzrostu handlu kontraktami na mWIG40 mogła być właśnie niewielka zmienność notowań blue chipów, czyli spółek z WIG20 lub WIG30. Dynamice rynku mogła również zaszkodzić niewielka liczba debiutów giełdowych, w tym spółek sprzedawanych przez Skarb Państwa, które w przeszłości cieszyły się dużym zainteresowaniem inwestorów.

Moim zdaniem pomóc rynkowi mogą tylko nowe emisje, które będą wchodziły, pozwalając zarabiać drobnym inwestorom, tak jak się działo w starych dobrych czasach. Dużo nowych spółek, ale które wchodzą z zyskiem. Inwestor musi wiedzieć, że zapisując się na nową emisję, będzie miał notowania po wyższych cenach i wtedy ludzie przyjdą. W innym przypadku, jeżeli te emisje nie będą przynosiły zysków, inwestorzy będą się od rynku oddalać –  uważa analityk.

Okres wakacyjny może jednak przynieść dalszy spadek obrotów na rynkach instrumentów pochodnych na GPW. Wielu inwestorów realizuje wtedy zyski i przygotowuje strategie inwestycyjne na jesień. To może wymagać od daytraderów jeszcze uważniejszego poszukiwania okazji na rynku, czyli potencjalnej zmienności.

Najlepszy statystycznie okres na rynkach światowych i także na rynku polskim to jest listopad-czerwiec, a okres od czerwca do października czy listopada to jest statystycznie okres słaby i większość inwestorów odpoczywa. Uważam nawet tak, że jeżeli ktoś nie zarobił pieniędzy na odcinku listopad-czerwiec 2014, to tym bardziej nie powinien być na giełdzie w III kwartale – twierdzi Paweł Szczepanik.

Ostatnie lata pokazały, że banki centralne są w stanie wywołać duże wstrząsy na rynku. Europejskie parkiety entuzjastycznie przyjęły ostatnią decyzję EBC o obniżce bazowej stopy procentowej do 0,15 proc. oraz obniżeniu stopy depozytowej do -0,1 proc., co jest wydarzeniem bez precedensu w historii strefy euro. Paweł Szczepanik nie spodziewa się jednak dalszych zmian w polityce monetarnej, które mogłyby doprowadzić do gwałtownej zmiany nastrojów na rynkach finansowych. Jak dotąd inwestorzy w USA ze spokojem przyjmują kontynuację ograniczania programu QE3, czyli skupu aktywów przez Fed. Według analityka rekordowe poziomy indeksów na Wall Street oraz niemieckiego DAXa będą hamować apetyt inwestorów na dalsze wzrosty, ale nie nastąpi też gwałtowna wyprzedaż.

Nie chodzi o to, że zatrzymamy wzrosty i dojdzie do poważnej przeceny, natomiast dynamika oczywiście nie będzie już tak wysoka, jak obserwowana do tej pory, bo jesteśmy już po dużych wzrostach. Teraz raczej będzie następować powolne wyhamowanie wzrostów aniżeli przyspieszenie – prognozuje Paweł Szczepanik

Polska ma kłopoty z wdrożeniem unijnej dyrektywy dotyczącej budynków energooszczędnych

CEO Magazyn Polska

Zgodnie z ogłoszonymi 1 stycznia wytycznymi polskich władz, które wynikają z dostosowania się do unijnej dyrektywy, zużycie energii powinno zostać stopniowo zredukowane do 2021 r. Najszybciej powinna poprawić się energooszczędność budynków użyteczności publicznej. Problemem są jednak bariery legislacyjne, finansowe, a także wciąż niska świadomość ludzi.

Do poziomu zakładanego na 2021 rok musimy zredukować zużycie energii (na przykład na potrzeby ogrzewania) o kolejne 31-38 proc. – zgodnie z wytycznymi UE. Bruksela zapowiedziała także, że to budynki użyteczności publicznej powinny stanowić przykład budownictwa zrównoważonego, więc dla nich terminem są lata 2018-2019. W przypadku takich budynków mowa jest o redukcji rzędu 40 proc. w ciągu najbliższych czterech lat.

Czasu jest niewiele – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Piotr Bartkiewicz z Politechniki Warszawskiej. – Jednak branże związane z budownictwem czekają na silniejsze wymuszenia i o ile będziemy mieli klientów, którzy będą gotowi zapłacić za te budynki, to poprawi się sytuacja na rynku nieruchomości, a te inwestycje będą coraz szerzej proponowane. 

Unijna polityka zmierza na dłuższą metę nie tylko do promowania budynków niskoenergetycznych, lecz także wręcz zeroenergetycznych, a nawet plusenergetycznych, czyli takich, które wytwarzają więcej energii, niż jej zużywają.

Mówimy, że budynki powinny być w  najbliższym czasie prawie zeroenergetyczne – mówi Bartkiewicz. – Oznacza to, że powinniśmy rzeczywiście radykalnie zmniejszać zużycie energii, a tę, którą  zużywamy pozyskiwać z odnawialnych źródeł. Trzeba też dążyć do tego, by bilansować energetycznie budynek w taki sposób, żeby zużycie energii było pokryte tym, co budynek jest w stanie sam wyprodukować.

Na polskim rynku brakuje jednak stosownych narzędzi finansowych. W przeprowadzonym przez firmę badaniu, które objęło branżę budowlaną, respondenci wskazali, że brakuje wystarczających zachęt finansowych ze strony państwa i jest niska dostępność dopłat. 93 proc. badanych stwierdziło, że jest to ważne lub bardzo ważne. UE już dawno zaleciła wprowadzenie takich udogodnień dla inwestorów.

Zidentyfikowaliśmy główne bariery, czyli trudności legislacyjne, brak zachęty ze strony państwa dla deweloperów, którzy mieliby takiego typu budynki budować oraz braku wykwalifikowanej kadry, chodzi tu o firmy projektowe, czy też braku wiedzy na ten temat nawet wśród inwestorów – mówi Tomasz Augustyniak, prezes Go4Energy.

75 proc. ankietowanych oceniło zmiany narzucone przez dyrektywę unijną jako korzystne lub bardzo korzystne. Jednak prawie tylko samo osób uznało, że Polska nie jest na wdrożenie przepisów przygotowana.

Przedstawiciele branży uznali, że ważna w upowszechnianiu budownictwa energooszczędnego jest edukacja rynku oraz stworzenie obiektów pokazowych.

Musimy wyjść na rynek i edukować firmy z którymi współpracujemy oraz społeczeństwo, końcowych użytkowników tych budynków – podkreśla Augustyniak. – To konieczne, żeby ludzie wiedzieli, czego się można po nich spodziewać, jak je użytkować i w ogóle czy chcą takich budynków. 

Eksperci podkreślają, że powinniśmy patrzeć na doświadczenia krajów, które od dawna stawiają na energooszczędne budownictwo. Według Piotra Bartkiewicza, należy uczciwie pokazywać zarówno zalety, jak i wady takich budynków.

Budynek może być tańszy w eksploatacji, będzie zużywać mniej energii, może mieć mniejszy wpływ na środowisko. Druga strona, o której powinniśmy dyskutować, to są sprawy związane z kształtem i formą architektoniczną tych budynków, w jaki sposób je komponować, w jaki sposób znaleźć optymalny koszt tych budynków, żeby one nie były droższe od rozwiązań tradycyjnych, nie tylko na etapie inwestycyjnym. Drugą rzeczą jest uświadomienie użytkownikom, jakie są ograniczenia, na co należy zwrócić uwagę podczas projektowania, podczas eksploatacji i również podczas wykonawstwa, żeby nie popsuć zamierzonego efektu – podkreśla Bartkiewicz.

Lux Med w ciągu ostatniego półrocza dokonał sześciu przejęć. Zapowiada kolejne

CEO Magazyn Polska

Przejęcie części Enel-Medu to szósta transakcja Lux Medu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Spółka ogłosiła, że jest gotowa na kolejne. Zapowiada rozwój w kolejnych miastach i w większości obszarów działalności. Stawia m.in. na szpitale i opiekę długoterminową. Z kolei Enel-Med, po sprzedaży pracowni diagnostycznych w szpitalach publicznych, zajmie się rozwojem prywatnych szpitali i przychodni specjalistycznych. Do sieci 45 gabinetów stomatologicznych w tym roku dołączy osiem nowych.

Lux Med przejmie od Enel-Medu placówki z aparaturą rentgenowską, tomografią komputerową i rezonansem magnetycznym w kilku szpitalach publicznych. Centrum Medyczne Diagnostyka (CMD) Enel-Medu zostanie sprzedane spółce Lux Med Diagnostyka za 59 mln zł pomniejszone o zadłużenie CMD, czyli 6,25 mln zł.

Rozwijamy się zarówno organicznie, czyli otwieramy nowe przychodnie, jak i przez akwizycje. Transakcja z Enel-Medem to nasza szósta transakcja w ciągu ostatnich sześciu miesięcy – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes zarządu Lux Medu.

Spółka ma już kolejne plany przejęć, ale o szczegółach jej przedstawiciele nie chcą jeszcze mówić. Podobnie jak o środkach, które będą przeznaczone na dalszy rozwój. Lux Med stawia na kompleksowy model leczenia obejmujący sieć ambulatoryjną, sieć diagnostyczną – przede wszystkim diagnostyki obrazowej – a także usługi szpitalne i długoterminową opiekę nad pacjentami.

Nasza strategia obejmuje wiele obszarów, bo to jest z jednej strony cały czas rozwój naszej sieci ambulatoryjnej, z drugiej strony – rozwój sieci diagnostycznej; tutaj mówię o diagnostyce obrazowej. Rozwój usług szpitalnych, opieki długoterminowej i to jest cały, tak istotny model prowadzenia pacjenta od początku, czyli od opieki podstawowej, poprzez opiekę specjalistyczną, do leczenia, a również opieki długoterminowej. To jest od lat konsekwentnie prowadzona strategia Lux Medu. Wchodzimy również do nowych miast – wyjaśnia Anna Rulkiewicz.

Zdaniem Adama Rozwadowskiego, prezesa Centrum Medycznego Enel-Med, 59 mln zł za CMD to niezła kwota.

Szukaliśmy możliwości kapitałowych sfinansowania tych inwestycji i analizowane były dwie ścieżki. Jedna to pozyskanie kapitału z funduszu inwestycyjnego, druga to zbycie wydzielonej części przedsiębiorstwa, w której znajduje się siedem centrów diagnostyki obrazowej. Są to centra, które nie tworzą bezpośrednio synergii z obsługą naszych pacjentów, centra rozlokowane w Łomży, Wołominie, Poznaniu, w miastach, gdzie ilości pacjentów są bardzo małe – wyjaśnia Adam Rozwadowski.

Pozyskane ze sprzedaży CMD środki mają być w całości przeznaczone na inwestycje. W najbliższym czasie Enel-Med zamierza otworzyć dużą przychodnię z centrum diagnostyki obrazowej w Katowicach, powstaną też przychodnie we Wrocławiu i w Szczecinie. W planach jest też otwarcie nowych przychodni specjalistycznych w Warszawie dla pacjentów komercyjnych.

Będą to specjalizacje związane z naszymi szpitalami. Chcemy przez nie pozyskać pacjentów na wysokospecjalistyczne zabiegi w obu szpitalach. W związku z tym, że kontrakt z NFZ pokrywa nasz potencjał poniżej 50 proc. naszych możliwości, stąd też konieczność szukania pacjentów komercyjnych – wyjaśnia prezes CM Enel-Med.

Ważne miejsce w strategii firmy zajmuje rozwój gabinetów stomatologicznych. W tym roku do sieci 45 placówek dołączy osiem nowych.

Przy tych 50 mln zł mamy możliwość dobrania przynajmniej drugie tyle z długu, czyli z kredytu. Gdyby się trafiły interesujące akwizycje, to nie wykluczamy takiej możliwości. Na razie nie mamy takich planów, ale na rynku co chwila pojawia się jakaś nowa inicjatywa sprzedażowa. Przyglądamy się każdej z nich – deklaruje prezes.

Dużym przedsięwzięciem planowanym przez spółkę na kolejne miesiące będzie wprowadzenie nowego oprogramowania wspierającego zarządzanie pacjentami i usługi B2B. Prace ruszą w połowie roku i zakończą się w połowie roku 2015.

To jest duży projekt, który musimy zrealizować. Firma się już rozrosła bardzo mocno, natomiast software trochę pozostaje w tyle – podkreśla Rozwadowski.

Internet pełny błędów językowych. Najwięcej jest ich w serwisach dla młodzieży

Powtórki znaczeniowe, źle zapisane słowa „na pewno” i „wziąć” – to najczęściej popełniane przez internautów błędy językowe. Od początku roku do połowy maja w sieci pojawiło się ponad 125 tys. wpisów i artykułów, w których wystąpiło co najmniej jedno błędne sformułowanie. Z badań Instytutu Monitorowania Mediów wynika, że najwięcej błędów można znaleźć w serwisach, z których korzysta przede wszystkim młodzież. Nieomylni nie są także dziennikarze.

Instytut Monitorowania Mediów od początku roku do połowy maja monitorował polskie serwisy społecznościowe i strony internetowe. Jak wskazują przeprowadzone badania, większość błędów można znaleźć na serwisach szczególnie popularnych wśród młodzieży. W pierwszej piątce są trzy takie – photoblog.pl (23 proc.), ask.fm (21 proc.) oraz zapytaj.onet.pl (11 proc.), natomiast na pierwszym miejscu znalazł się Facebook (29 proc.), który cieszy się dużym zainteresowaniem nie tylko młodszych użytkowników sieci.

– Młodzi ludzie podczas komunikacji internetowej mają bardziej swobodne niż dorośli podejście do języka i reguł ortograficznych. Nie przywiązują też dużej wagi do poprawiania błędów swoich rówieśników, a wiadomo, że nauczyciele na takie strony raczej nie zaglądają – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów.

Instytut Monitorowania Mediów, aby zbadać, jakie błędy popełniane są najczęściej w sieci, poprosił o pomoc samych internautów.

Nawiązaliśmy współpracę z fanpage’em „Poprawna polszczyzna”, na którym są licznie zgromadzeni fani języka polskiego w internecie, i zapytaliśmy, z jakimi błędami językowymi spotykali się najczęściej. Takie samo pytanie zadaliśmy na fanpage’u IMM. Odzew był duży, łącznie na nasz apel odpowiedziało kilkuset internautów – mówi Łukasz Jadaś.

Z ponad 600 komentarzy, które zostawili użytkownicy sieci, wynika, że najczęściej popełnianymi błędami są pleonazmy, czyli wyrażenia zawierające powtórzenia znaczeniowe. Wielu internautów niepoprawnie zapisuje także część słów i wyrażeń – przede wszystkim „wziąć” i „na pewno”.

Od początku roku IMM znalazł w internecie 125 tys. wpisów i artykułów, w których pada choć jeden ze wskazanych przez użytkowników sieci najpopularniejszych błędów.

Pleonazmy były najczęściej wskazywane w komentarzach jako błędy. Jak pokazują badania Instytutu, w blisko 40 proc. przebadanych tekstów znajdują się wyrażenia, w których dwa lub więcej wyrazów ma takie samo znaczenie. W co trzecim monitorowanym wpisie w sieci pojawiło się nieprawidłowo, bo łącznie, zapisane wyrażenie „na pewno”. Taka pisownia króluje przede wszystkim w popularnym wśród nastolatków serwisie ask.fm (od stycznia ponad 7 tys. razy), można ją też znaleźć na stronach wizaz.pl i photoblog.pl. Błędem, który – jak wynika z komentarzy – najbardziej drażni internautów, jest źle zapisane słowo „wziąć” (błędne formy: „wziąść” lub „wziąźć”). I choć to błąd najczęściej spotykany w mowie, to jedna z dwóch niepoprawnych form pojawiła się również w 6 proc. zbadanych publikacji.

Z badań IMM wynika, że w przypadku publikacji w portalach i serwisach internetowych dziennikarze rzadko popełniają najbardziej rażące błędy. Znacznie częściej można trafić w tekstach na pleonazmy, które stanowią 90 proc. błędów popełnianych w internetowych redakcjach.

– Najwięcej błędów językowych zauważyliśmy w publikacjach ogólnoinformacyjnych, czyli na przykład na publicznych osiach czasu na Facebooku. Drugą kategorią są blogi, fora i strony internetowe poświęcone modzie. Tam często używane są zwroty uznawane nie tylko przez słowniki, lecz także przez internautów za niepoprawne – np. „ubrać buty”, „ubrać spodnie”. Na trzecim miejscu znalazły się serwisy związane z finansami i biznesem, w których często używane są określenia nacechowane zbytnią oficjalnością, pleonazmy takie, jak „dzień dzisiejszy” czy „trwa nadal” – wymienia Łukasz Jadaś.

Inne popularne pleonazmy to: „okres czasu”, „kartka papieru” czy „aktywna działalność”.

Błędy nie omijają także serwisów sportowych – tu najczęściej można znaleźć pleonazmy: „drużyna spada w dół tabeli”, „akwen wodny” i w odniesieniu do formy sportowców – „poprawia się na lepsze”.

W internecie często można się spotkać z pejoratywnym określeniem „grammar nazi”, używanym w stosunku do osób, które nadmiernie wytykają błędy ortograficzne i gramatyczne w wypowiedziach. Można je znaleźć przede wszystkim w mediach społecznościowych. W przebadanym okresie takie określenie pojawiło się 400 razy.

Rośnie skuteczność leczenia tętniczego nadciśnienia płucnego. Do przełomu wciąż jednak daleko

CEO Magazyn Polska

Tętnicze nadciśnienie płucne pojawia się nawet u osób poniżej 30. roku życia, a jego pierwsze objawy utrudniają prawidłową diagnozę. Pacjenci skarżą się na ciągłe zmęczenie i niską wydolność fizyczną, dlatego część z nich zmienia dietę i tryb życia w nadziei na poprawę. Choroba w tym czasie rozwija się podobnie do nowotworu, a chory ma coraz większe problemy z oddychaniem. Terapia jest bardzo droga – jej koszt sięga kilkudziesięciu tysięcy złotych, dlatego lekarze czekają na przełom w leczeniu, jaki mogą przynieść badania farmakologiczne.

– Tętnicze nadciśnienie płucne jest rzadką chorobą. Średnia zachorowalność to 50 przypadków na milion osób. Tak więc można przewidzieć wielkość populacji chorych, by lepiej organizować leczenie. Tętnicze nadciśnienie płucne dotyka relatywnie młodych osób, średnia wieku to 50 lat. Pacjenci zaczynają zauważać trudności w czasie ćwiczeń fizycznych i mają problemy z ich wykonaniem, podczas gdy wcześniej ich nie mieli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Nazzareno Galiè, kardiolog z Uniwersytetu Bolońskiego.

Nie ma sposobu, by poprzez profilaktykę zmniejszyć ryzyko zachorowania na tętnicze nadciśnienie płucne (TNP). Dotyka ono zarówno aktywnych, jak i nieaktywnych fizycznie, młode i starsze osoby. Choć choroba ma podłoże genetyczne, to rozwija się ona u 20 proc. osób z mutacją. Lekarze wciąż nie wiedzą jednak, co uaktywnia nieprawidłowy gen.

Nasza wiedza dotycząca tej choroby jest wciąż ograniczona. Są pacjenci, u których tętnicze nadciśnienie płucne rozwija się bez jasnych powodów. W innych przypadkach nadciśnienia możemy zidentyfikować zwężenie aorty lub np. zwyrodnienia tkanek. Pomimo niedostatku wiedzy dotyczącej przyczyn choroby, mamy teraz wiele sposobów leczenia. Jest 10 molekuł, które możemy wykorzystać w leczeniu – wskazuje prof. Nazzareno Galiè.

Choć nie są znane przyczyny zachorowań na tętnicze nadciśnienie płucne, to aktualna wiedza medyczna pozwala dobrze opisać mechanizm rozwoju choroby.

Polega on na tym, że tętniczki płucne, które normalnie są miejscem, przez które przepływa krew do pęcherzyków płucnych, żeby tam uzyskać tlen, a oddać dwutlenek węgla, zaczynają się zwężać. Nie dlatego że się kurczą, tylko dlatego że zarastają. To jest proces proliferacji podobny trochę do choroby nowotworowej, tyle że nie dający przerzutów – wyjaśnia prof. Adam Torbicki z Europejskiego Centrum Zdrowia w Otwocku.

To powoduje, że osoby będące wcześniej aktywne fizycznie, zaczynają mieć trudności z wejściem po schodach na pierwsze piętro, a nawet z płynnym mówieniem. Niedostateczny dopływ tlenu do płuc sprawia, że wielu chorych nie jest w stanie normalnie funkcjonować i musi rezygnować z pracy i jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. Chorzy są przekonani, że uporczywe zmęczenie jest wynikiem niezdrowego trybu życia, nadmiernego stresu w pracy itp. Często utwierdzają ich w tym lekarze pierwszego kontaktu. Jak podkreśla prof. Torbicki, z tego powodu od stwierdzenia pierwszych objawów do postawienia właściwej diagnozy mijają średnio dwa lata.

W innych schorzeniach również mogą występować podobne objawy, a kluczowym i najwcześniej pojawiającym się jest ograniczenie wydolności fizycznej spowodowane dusznością. Przy wysiłku, który do tej pory był normalnie tolerowany, pojawia się uczucie duszności, które ogranicza możliwość jego wykonania. To jest najczęstszy objaw, który powinien zwrócić naszą uwagę – wyjaśnia.

Czas ma tutaj kluczowe znaczenie, bo choroba rozwija się podobnie do nowotworu.

Jednym ze sposobów na złagodzenie objawów choroby, ale nie likwidację jej przyczyn, jest zabieg zwany septosomią przedsionkową. Polega on na wykonaniu otworu między przedsionkami serca, co pozwala odciążyć przepracowaną prawą komorę serca. Skuteczność takiego zabiegu jest zróżnicowana w zależności tempa rozwoju choroby u pacjenta. Część z nich już po kilkunastu miesiącach może potrzebować transplantacji płuc, a innym zabieg pomaga na wiele lat. W Polsce taki przeszczep można wykonać tylko w jednym miejscu – Śląskim Centrum Chorób Serca.

– Polska ma zorganizowany i co najważniejsze rozwijający się system refundacji leków. Ma też sieć coraz bardziej doświadczonych ośrodków – ponad 20 ośrodków w Polsce jest w pobliżu pacjentów, tak, by oni nie musieli podróżować, mając ciężką i ograniczającą ich wydolność fizyczną chorobę. Myślę, że na pewno mogłoby być lepiej, ale biorąc pod uwagę nasze możliwości finansowe i organizacyjne, staramy się robić jak najwięcej. Mówię tutaj o Ministerstwie Zdrowia, NFZ i przede wszystkim o lekarzach, którzy walczą w tych ośrodkach o życie i zdrowie pacjentów – mówi prof. Adam Torbicki.

Część lekarzy wskazuje jednak, że leki refundowane są dostępne jedynie dla pacjentów w zaawansowanej fazie choroby – w III lub IV klasie niewydolności serca. Według prof. Torbickiego im później rozpocznie się leczenie, tym szybciej choroba postępuje, co zwiększa koszty leczenia pacjenta. Kolejnym problemem jest to, że zgodnie z programem lekowym obowiązującym od 2008 r. pacjentowi przysługują nie więcej niż dwa leki na tętnicze nadciśnienie płucne. Kolejne nie są już objęte refundacją, co praktycznie uniemożliwia kontynuację leczenia (jeśli jest ono potrzebne), bo koszt terapii sięga kilkudziesięciu złotych miesięcznie. Dlatego zdaniem lekarzy potrzebna jest kontynuacja badań naukowych, które pozwolą skuteczniej (i taniej) leczyć chorych.

Poszukiwania są prowadzone stale w dziedzinie farmakologicznej. Czekamy na wyniki przynajmniej dwóch bardzo ważnych badań, które mogą coś więcej zdziałać. Ale przełomu, który pozwoliłby wyleczyć tę chorobę, a nie tylko ją opóźniać i hamować, w tej chwili jeszcze nie ma. Nie traćmy nadziei – uważa profesor z Europejskiego Centrum Zdrowia w Otwocku.

Przełom może pojawić się już wkrótce, dzięki wynikom badania SERAPHIN, które wykazało twarde punkty końcowe w leczeniu TNP. Z badania wynika bowiem, że substancja o nazwie macitentan nie tylko jest dobrze tolerowana przez pacjentów, lecz także pomaga zmniejszyć śmiertelność pacjentów z TNP.

Polskie firmy coraz lepiej weryfikują spółki przed przejęciem. Błędy w ocenie mogą doprowadzić do upadłości firm przejmujących

CEO Magazyn Polska

Sprawdzenie finansów i portfela klientów to najważniejsze kroki przed przejęciem firmy. Błędna ocena przejmowanej spółki może nie tylko nie poprawić wyników finansowych, lecz wręcz doprowadzić do poważnych problemów i upadłości kupującego. To tym istotniejsze, że już co trzecia firma w Polsce planuje rozwój poprzez fuzję czy przejęcie, również na rynku zagranicznym. Firmy, które przeprowadziły udaną restrukturyzację w ostatnich latach, są gotowe na ryzyko akwizycji.

Jest dużo czynników, na które trzeba zwrócić uwagę. Po pierwsze, trzeba sprawdzić fundamenty: z czego składa się przychód, czy to nie jest przypadkiem firma, która ma 2-3 klientów czy partnerów handlowych, i jeżeli jeden albo drugi zdecyduje się na zmianę, to stabilność i przychody kompletnie mogą być wywrócone – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Harczuk, prezes zarządu Euler Hermes Collections. – W branży usługowej zwracamy uwagę na to, jaki jest portfel zamówień i na co można liczyć, nie na dziś, tylko na przestrzeni kilku miesięcy.

Harczuk podkreśla, że polskie firmy są kreatywne i starają się szukać nowych kierunków rozwoju swojej działalności. Przejęcia są jedną z nich. Jak wynika z badania Grant Thornton, już 33 proc. przedsiębiorców w Polsce planuje rozwijać biznes w ciągu kolejnych trzech lat poprzez fuzje i przejęcia. Zdaniem rozmówcy Newserii Biznes często jednak spółki podejmują decyzję o akwizycji bardzo spontanicznie. Nie zawsze wcześniej dokładnie sprawdzają sytuację finansową kupowanej spółki, często zbyt szybko wchodzą też w transakcje z partnerami zagranicznymi.

Harczuk dodaje, że niewłaściwa decyzja o przejęciu może mieć poważne konsekwencje dla firm. Nawet dobrze prosperujące spółki mogą mieć problemy, gdy przejmą zadłużone przedsiębiorstwo.

Takie przypadki notowaliśmy np. na polskim rynku, że firma o zdrowych fundamentach nabyła podmiot, który pozaciągał dużo zobowiązań, dał bardzo dużo poręczeń i okazało się, że przejmujący nie był w stanie temu sprostać – przypomina Harczuk. – Bardzo istotne jest, żeby w tego typu projekty angażować osoby z doświadczeniem, które wcześniej robiły taką analizę przed nabyciem przedsiębiorstwa, tak, żeby nie kupić upadającego podmiotu.

Podkreśla, że sposób weryfikacji zależy od branży. W usługach niezbędna jest ocena stabilności portfela zamówień i potencjału rozwoju firmy. W handlu przed przejęciem należy spojrzeć na rozliczenia z odbiorcami. Ważna jest nie tylko ich terminowość, lecz także dywersyfikacja. Firmy zależne od niewielkiej liczby klientów, nawet jeśli są to duzi kontrahenci, są narażone na problemy z płynnością w przypadku wycofania się ze współpracy choćby jednego z nich. Zdarza się też tak, że wśród klientów są firmy z problemami finansowymi lub nawet upadłe, co oznacza, że nie uregulują one swoich należności.

To może być największą niespodzianką, że oczekujemy spływu należności w nowo nabytej spółce, a potem się okazuje, że on powinien mieć miejsce, ale kluczowy partner upadł – podkreśla Harczuk. Dodaje jednak: – Muszę przyznać, że sytuacja w polskich przedsiębiorstwach powoli się poprawia. Dużo firm przeszło restrukturyzację, dostosowało się do nowej sytuacji, w której obrót jest mniejszy i transakcji z odbiorcami jest stosunkowo niedużo.

Harczuk podkreśla, że w restrukturyzacji i planowaniu ważną rolę odgrywają dyrektorzy finansowi. To oni są odpowiedzialni za redukcję kosztów, ocenę dynamiki wzrostu przychodów i zapobieganie ewentualnym spadkom. Harczuk dodaje, że Euler Hermes cały czas stara się doceniać i podnosić ratingi profesjonalnie zarządzanym firmom, które mają swoje finanse pod kontrolą.

Prace sezonowe w rolnictwie słabo płatne. Na niskie płace narzekają nawet pracownicy z Ukrainy

CEO Magazyn Polska

Maleją stawki za prace sezonowe w rolnictwie, ale za to przybywa lepiej płatnych ofert w budownictwie. Niskie wynagrodzenia zniechęcają Polaków, którzy częściej szukają pracy sezonowej za granicą. Do Polski przyjeżdżają za to pracownicy ze Wschodu – już nie tylko z Ukrainy i Białorusi, ale nawet z Uzbekistanu.

Stawki, jakie są w tej chwili, zwłaszcza przy pracach sezonowych w rolnictwie, są stosunkowo niskie. W tym roku jest bardzo duży wysyp truskawek, to stawka za same truskawki maleje, w związku z tym i wynagrodzenie dla samych zbierających maleje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Adamkiewicz, prezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia i agencji Wadwicz.

Polacy, zwłaszcza młodzi, niechętnie podejmują pracę sezonową za takie wynagrodzenie. Zamiast tego szukają podobnych zajęć w Europie Zachodniej, gdzie są one znacznie lepiej płatne. Wyjazdy, w tym także studentów, będą miały jednak wpływ na stopę bezrobocia, bo aż 25 proc. osób zarejestrowanych w urzędach pracy to ludzie młodzi. Jak wynika z szacunków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, w maju wskaźnik wyniósł 12,5 proc., ale w miesiącach letnich może spaść nawet poniżej 12 proc. Byłby to najlepszy wynik od października 2011 r.

Prace sezonowe w polskim rolnictwie są bardziej atrakcyjne dla pracowników ze Wschodu. Adamkiewicz zauważa jednak, że Ukraińcy zaczynają już narzekać na niskie płace. Mimo to stanowią oni razem z Białorusinami większość sezonowych imigrantów. Coraz więcej osób przyjeżdża jednak nawet z Mołdawii, Azerbejdżanu czy Uzbekistanu.

 Są to również nasi potomkowie, którzy chcą się w Polsce odnaleźć, i są takie agencje, które zaczynają te osoby ściągać – mówi Adamkiewicz.

Dodaje, że lepsza sytuacja jest w budownictwie. W tej branży widać nie tylko coraz większe zapotrzebowanie na pracowników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych, lecz także wzrost wynagrodzenia.

 Brakuje dekarzy i każdy, kto już miał praktykę w ubiegłym roku, pracował na budowie choćby przez miesiąc, już jest traktowany jako wykwalifikowany i ma szansę jako pracownik dorywczy sobie dorobić. Pracownicy typowo fizyczni  z tym nie ma problemu, co roku w tej samej liczbie – tłumaczy Adamkiewicz.

Wzrost płac w tym sektorze częściowo wynika ze wzrostu płacy minimalnej w Polsce, która obecnie wynosi 1 680 zł brutto, czyli o 80 zł więcej niż rok temu. Jednak Adamkiewicz podkreśla, że nie w całym kraju wzrost jest równomierny. Najgorzej jest na Lubelszczyźnie, gdzie stawki są cały czas na tym samym, niskim poziomie.

Adamkiewicz ocenia, że w województwie lubelskim płace nie rosną, bo brakuje tam dużego przemysłu, a rozwój gospodarczy jest stosunkowo wolny. Dodaje, że z uwagi na wysokie bezrobocie w tym regionie (w kwietniu wyniosło 14 proc.) pracownicy są skłonni pracować za mniejsze wynagrodzenie, bo to dla nich często jedyna szansa na zarobek.

Mundial napędza popyt na telewizory. W tym roku popularne są duże ekrany i technologia 4K

CEO Magazyn Polska

Rozpoczynające się w czwartek piłkarskie mistrzostwa świata tradycyjnie poprawią sprzedaż telewizorów. Choć w tym roku w rozgrywkach nie wystąpi nasza reprezentacja, Polacy i tak chętnie kupują nowy sprzęt, szczególnie o dużej przekątnej ekranu. Rynek dodatkowo napędza nowa technologia 4K.

Każde wydarzenie sportowe jest związane ze zwiększonym zapotrzebowaniem na telewizory – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Siedlecki, dyrektor marketingu RTV Euro AGD. – Na kilka dni przed rozpoczęciem mistrzostw widzimy zwiększony popyt na telewizory. Wydaje nam się, że będzie on szczególnie widoczny w sprzedaży produktów o dużych rozmiarach – 46, 47, 50 cali.

Wzrost sprzedaży hamuje nieco brak reprezentacji Polski w rozgrywkach. Siedlecki ocenia jednak, że brak naszej kadry kompensuje nieco miejsce rozgrywania mundialu. Brazylia to kraj tradycyjnie kojarzony z piłką nożną na wysokim poziomie. Polacy zawsze przychylnie patrzyli na reprezentację tego kraju, więc teraz z dużym zainteresowanie będą śledzić mistrzostwa.

Poza zwiększonym zainteresowaniem telewizorami o dużej przekątnej ekranu, popyt na rynku napędzają też nowe technologie.

Na wymianę telewizorów na nowe wpływa nowoczesna technologia, tzw. 4K, czyli telewizory bardzo wysokiej rozdzielczości, ultra HD – podkreśla Siedlecki.

Technologia 4K (nazwa pochodzi od ok. 4000 pikseli w poziomie) to stosunkowo nowy standard bardzo wysokiej rozdzielczości. Wyświetlacze o tej rozdzielczości mają cztery razy więcej pikseli niż powszechne wyświetlacze Full HD.

Piłkarski mundial rozpocznie się w najbliższy czwartek meczem Brazylii z Chorwacją. 32 reprezentacje narodowe będą rywalizowały do 13 lipca. Finał odbędzie się na stadionie Maracanã w Rio de Janeiro. Tytułu bronią Hiszpanie.

Ewa Grenda nową prezes INFARMY

0

10 czerwca 2014 roku, decyzją Zarządu Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA, stanowisko prezesa Zarządu objęła Ewa Grenda, dyrektor generalna Roche Polska, dotychczas członek Zarządu INFARMY.

„To dla mnie ogromny zaszczyt. Dziękuję członkom Zarządu INFARMY za powierzenie mi tak odpowiedzialnego i wymagającego zadania. Pamiętając o tym, że fundamentem działań firm farmaceutycznych jest dobro pacjenta, będę starała się pracować na rzecz zwiększenia przejrzystości w naszej branży podejmując dialog ze wszystkimi partnerami społecznymi i instytucjonalnymi w celu tworzenia dobrego klimatu dla rozwoju innowacyjności w dziedzinie farmakoterapii w Polsce” – zadeklarowała nowa prezes INFARMY.

Ewa Grenda jest dyrektor generalną firmy Roche Polska od 2005 roku. W latach 2011-2013 odpowiadała także za zarządzanie siedmioma dodatkowymi rynkami w regionie. Pracę w firmie Roche Polska rozpoczęła w 1991 roku, początkowo jako przedstawiciel medyczny, pełniąc przez lata wiele różnych funkcji w strukturze organizacji. Ewa Grenda jest absolwentką wydziału Biologii na Uniwersytecie Gdańskim. Po skończeniu studiów pracowała naukowo i dydaktycznie przez kilka lat.

„Jestem zadowolona z wyboru nowego prezesa naszego Związku. Tym bardziej, że decyzję o powierzeniu Pani Ewie Grendzie tego stanowiska podjęliśmy niemal jednogłośnie. Ewa to manager z ogromnym doświadczeniem, a prywatnie ceniona i lubiana przez wszystkich osoba. Jestem przekonana, że sprosta wyzwaniu, jakim jest przewodniczenie największej organizacji zrzeszającej innowacyjne firmy farmaceutyczne w Polsce. Oddaję INFARMĘ w dobre ręce” – skomentowała wybór swojej następczyni Marynika Woroszylska–Sapieha, dyrektor generalna Grupy Sanofi w Polsce.

Zgodnie ze statutem INFARMY nowa prezes będzie pełniła funkcję przez dwa lata.

Pracowitość – droga do sukcesu widziana oczami pracowników i pracodawców

Uczciwością i pracą ludzie się bogacą. To powiedzenie pięknie brzmi, ale ma niewiele wspólnego z rzeczywistością – przynajmniej według niektórych Polaków. Znacząca liczba dni wolnych od pracy, świąt czy łatwość otrzymania zwolnienia lekarskiego działają na niekorzyść pracodawcy. 

Polacy są niezwykle pracowitym narodem. Nasi fachowcy cenieni są na całym świecie, a przedsiębiorcy w niejednym kraju przecierają oczy ze zdumienia, widząc ich zaangażowanie w pełnieniu obowiązków. Jednak, jak w każdej dziedzinie życia – tak i w pracy – znajdzie się kilka „czarnych owiec”, przez co, obraz postrzegania wszystkich staje się negatywny.

Jaka jest różnica w podejściu do pracy między pracownikiem a pracodawcą? Ten drugi pracuje średnio 8 godzin dłużej tygodniowo. Jak mówi serwisowi infoWire.pl Andrzej Malinowski, prezydent organizacji Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej „[…] przyczyna jest prosta. Po pierwsze, pracodawca nie ma lekko – odpowiada za całość majątku. Dodatkowo musi przebijać się przez gąszcz przepisów. Cały czas myśli o przyszłości firmy”.
Te słowa potwierdza Cezary Kaźmierczak, Prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców „[…] Przedsiębiorcy przede wszystkim pracują dla siebie. Mają większą odpowiedzialność związaną z wykonywaną pracą i w związku z tym poświęcają jej więcej czasu. Badania zdecydowanie przeczą stereotypom, że przedsiębiorcy to klasa próżniacza, która nie zajmuje się niczym, poza wyzyskiwaniem biednych pracowników”.

Kultura i umiejętność stworzenia dobrych warunków pracy w zespole to bardzo ważny element, który decyduje o relacjach pracodawcy z pracownikiem. Jak zaznacza Andrzej Malinowski „[…] ciągle brakuje u nas właściwego podejścia do pracy. W innych krajach jest tak, że związki zawodowe i pracownicy włączają się w życie przedsiębiorstwa i traktują je jak swoje. U nas bardzo często mamy do czynienia wyłącznie z postawami roszczeniowymi”.

Podejście do obowiązków i utożsamianie się z miejscem pracy to jedno. Natomiast uczciwość względem pracodawcy to kolejna, ogromnie istotna kwestia. Jak uważa Andrzej Malinowski „[…] korzystanie ze zwolnień lekarskich w Polsce jest stosunkowo łatwe. Lekarze nie dbają w sumie również o własny interes, ponieważ w ostatecznym rozrachunku, wszyscy płacimy podatki”. I tutaj różnica między pracownikiem a pracodawcą jest największa. Zdaniem Dominiki Maison, psycholog z Uniwersytetu Warszawskiego „[…] pracodawcy i pracownicy inaczej podchodzą do korzystania ze zwolnień lekarskich. W zeszłym roku dwa razy więcej pracowników etatowych było na zwolnieniu lekarskim, w stosunku do pracodawców. Wśród pracowników etatowych grupą, która najczęściej przebywała na zwolnieniach, były osoby w wieku 24-34 lata. To zaskakujące, ponieważ jest to grupa, która teoretycznie powinna być zdrowa”.

Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? „Plagą dla przedsiębiorców są lekarze, którzy wydają fałszywe zwolnienia. Z różnego rodzaju danych wynika, że najbardziej chorowite grupy społeczne w Polsce to policjanci i urzędnicy” – mówi serwisowi infoWire.pl Cezary Kaźmierczak.

Prawda, jak w większości przypadków, leży gdzieś pośrodku. Zdaniem Dominiki Maison „[…] Oczywiste jest, że są tacy pracownicy, którzy pracują bardzo dużo i poświęcają się swojej pracy, jak również tacy, którzy pracę traktują niezbyt poważnie. Duże znaczenie mają wartości moralne”. Prawdopodobnie ci, którzy łatwo sięgają po zwolnienia lekarskie, również w innych obszarach życia są mało odpowiedzialni.

Każdy pracownik wymaga atrakcyjnych warunków pracy i poszanowania jego osoby przez zatrudniającego. Podobne wymagania ma pracodawca. Obie strony muszą zdać sobie sprawę, że są od siebie zależne. Bez tego nie ma sukcesu firmy, który przekłada się na dobro zarówno pracodawcy, jak i pracownika.

Czego boimy się na wakacjach? Wyniki badania opinii

Urlop to dla nas przede wszystkim wypoczynek, ale dobry humor na wakacjach potrafią zepsuć nam liczne obawy związane z wyjazdem. Najczęściej martwimy się, że przekroczymy limit wydatków, zostaniemy okradzeni lub zgubimy bagaż. Boimy się też zachorować oraz o to, że przytrafi się nam niebezpieczny wypadek. Niepokoi nas również perspektywa zastania na miejscu złych warunków zakwaterowania – wynika z najnowszego badania „Polak na wakacjach”, przeprowadzonego przez firmę ARC Rynek i Opinia na zlecenie Liberty Direct.

Niemal co drugi Polak obawia się, że długo wyczekiwane wakacje będą go kosztowały więcej, niż to wynikało z jego wcześniejszych planów (44 proc.). W jaki sposób założona cena wypoczynku może wzrosnąć? Turysta może zostać na przykład okradziony. O takiej ewentualności myśli aż 39 proc. wyruszających w podróż Polaków. Tyle samo niepokoi się o swoje zdrowie i zastane na miejscu warunki zakwaterowania i wyżywienia. Ryzyko wypadku martwi 33 proc. respondentów, a 32 proc. (z powodu słabej lub żadnej znajomości języka) przeraża perspektywa komunikacji z obcokrajowcami. Badani boją się także, że z przyczyn losowych będą zmuszeni odwołać wyjazd (24 proc.), stracą bagaż (19 proc.) albo zgubią się w obcym kraju (15 proc.).

– Pomimo wielu obaw, jakie wciąż budzą w nas zagraniczne wyjazdy, często wyruszamy w podróż bez dodatkowej ochrony. Choć z roku na rok coraz więcej Polaków pamięta o ubezpieczeniu podróżnym, w dalszym ciągu ponad 40% z nas uważa, że jest to niepotrzebne – mówi Ilona Tomaszewska, ekspert ds. ubezpieczeń turystycznych Liberty Direct. – Tymczasem polisy turystyczne oferowane w Polsce należą do najtańszych w Europie i można je kupić już od 10 zł dziennie. To nie tylko prosty sposób na pozbycie się urlopowego stresu, ale też realne zabezpieczenie, w skrajnych przypadkach pozwalające zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt tysięcy euro – dodaje Tomaszewska.

Z wyprzedzeniem i na własną rękę

Obawy związane z wyjazdem staramy się ograniczać, rozpoczynając przygotowania na długo przed urlopem. 76 proc. Polaków planuje wakacje z co najmniej trzymiesięcznym wyprzedzeniem – w tym całe 5 proc. aranżuje kolejne wyjazdy z rocznym, a 37 proc. z półrocznym zapasem. Tylko 8 proc. z nas korzysta z ofert last-minute.

Urlop pod kontrolą

Na wakacjach cenimy sobie spokojne formy wypoczynku i staramy się unikać ryzyka. Młodzi wolą spędzać wakacje nad morzem, a starsi podziwiając zabytki związane z kulturą i historią. Plażowanie i zwiedzanie to zresztą ulubione zajęcia Polaków na urlopie – wskazało je odpowiednio 68 i 56 proc. respondentów. Lubimy też poznawać nowe kultury (45 proc.), wypoczywać w górach (42 proc.) i na łonie natury (38 proc.), poznawać nowych ludzi (32 proc.), a także brać udział w imprezach i innych rozrywkach, takich jak koncerty czy festiwale (29 proc.). 17 proc. Polaków idealny wyjazd kojarzy z wypoczynkiem w SPA.

Tylko 23 proc. badanych lubi spędzać wolny czas aktywnie. W tej grupie jako najchętniej uprawianą wakacyjną „aktywność” 66 proc. wskazało turystykę, 58 proc. jazdę na rowerze, 27 proc. jazdę na nartach, 21 proc. wspinaczkę lub bieganie, a 10 proc. nordic walking. Bardziej intensywne sporty okazały się mniej popularne – jedynie (9 proc.) z nas uprawia na urlopie windsurfing, a żeglarstwo i pływanie (3 proc.).

Kierunek: Europa

Pomimo licznych obaw związanych z wyjazdami, podróżujemy często i chętnie. Tylko 29% Polaków wybiera się w zagraniczną podróż rzadziej niż raz na dwanaście miesięcy. Największy odsetek turystów (42 proc.) wyjeżdża co rok, 21 proc. co 6 miesięcy, a 4 proc. co kwartał. Raz w miesiącu lub częściej podróżuje jedna setna z nas, a 4 proc. w ogóle nie opuszcza granic kraju w celach turystycznych.

Najchętniej podróżujemy po Starym Kontynencie (52 proc.) i Polsce (40 proc.). Ok. 8 proc. polskich turystów zwykle wyjeżdża na wakacje poza Europę – to najczęściej osoby pomiędzy 25. a 34. rokiem życia.

* Raport przygotowano w oparciu o badanie opinii publicznej przeprowadzone w marcu przez firmę ARC Rynek i Opinia metodą ankiet internetowych CAWI na próbie 1029 osób. Cytowanie wyników możliwe tylko za podaniem źródła: „Polak na wakacjach”, raport z badania ARC Rynek i Opinia na zlecenie Liberty Direct, marzec 2014.

Rynek bankowości mobilnej – I kw. 2014 – raport PRNews.pl i Bankier.pl

Już blisko 2,8 mln polaków ma dostęp do bankowości mobilnej – wynika z danych zebranych przez PRNews.pl i Bankier.pl. Dostęp z poziomu telefonu komórkowego oferuje dziś większość banków w Polsce. Zobacz liderów zestawienia.

W tym roku mija 10 lat od pojawienia się na rynku pierwszej aplikacji mobilnej. Pionierem w tym segmencie był Raiffeisen Bank Polska, który udostępnił posiadaczom telefonów komórkowych program napisany w Javie. Przez lata bankowość mobilna pozostawała jednak w sferze ciekawostki technologicznej. Obecnie zaczyna być głównym nurtem bankowości.

Aplikację mobilną do obsługi produktów bankowych udostępnia dziś swoim klientom 18 banków. Równolegle funkcjonują też serwisy lite, czyli specjalne wersje serwisów internetowych dostosowane do przeglądania na telefonach komórkowych.

– Bankowość mobilna jeszcze kilka lat temu postrzegana była jako ciekawostka technologiczna dla najbardziej zaawansowanych użytkowników. Liczby pokazują, że dziś obsługa konta z poziomu telefonu jest już w zasadzie standardem – mówi Wojciech Boczoń, redaktor prowadzący PRNews.pl.

Liderem bankowości mobilnej w Polsce w pierwszym kwartale 2014 roku jest mBank z 733 tys. użytkowników. Daleko za nim plasują się: PKO BP (441 tys.) i Pekao SA (422 tys.).

Aplikacje mobilne stają się wygodniejszą alternatywą dla bankowości internetowej. Niewykluczone, że za jakiś czas większość opcji dostępna będzie z poziomu telefonu, a tradycyjne systemy transakcyjne zaczną być wykorzystywane do bardziej zaawansowanych funkcji.

Zobacz najbardziej mobilne banki w I kwartale 2014 roku: http://prnews.pl/raporty/raport-prnewspl-rynek-bankowosci-mobilnej-i-kw-2014-3141685

Dynamiczny rozwój rynku cloud computingu

Jak wskazują wyniki badania przeprowadzonego przez PMR wśród 300 największych firm IT w Polsce w maju 2014 r., zawarte w raporcie „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”, oczekiwania głównych graczy względem dalszego rozwoju rynku cloud computingu w Polsce są optymistyczne. Większość respondentów spodziewa się jego dynamicznego rozwoju w latach 2014 i 2015, przede wszystkim w modelu SaaS.

W porównaniu z wynikami uzyskanymi w 2013 r. opinie respondentów odnośnie rozwoju cloud computingu okazują się jeszcze bardziej optymistyczne. We wszystkich trzech kategoriach wzrósł odsetek respondentów, którzy przewidują dynamiczny rozwój rynku. Jednocześnie zmalał udział respondentów nieprzewidujących dalszego rozwoju. Z trzech głównych modeli technologii cloud computing, SaaS uznawany jest za najbardziej perspektywiczny. Zbliżony, ponad 30% odsetek respondentów oczekiwał dynamicznego wzrostu modelu IaaS oraz PaaS w latach 2014-2015.

W opinii największych firm nadal kluczowym czynnikiem wpływającym na rozwój rynku cloud computingu w Polsce jest poszukiwanie przez firmy oszczędności. Istotnym okazuje się również wzrost mobilnego internetu i rynku aplikacji mobilnych oraz coraz większa ilość przetwarzania danych. Waga bezpieczeństwa, jako czynnika wpływającego na rynek cloud computingu w 2014 r., uległa zmniejszeniu. Jedynie 15% respondentów uznało go za czynnik kluczowy. Rok wcześniej, w analogicznym badaniu, odsetek ten wynosił 23%. Jeszcze wyższy w skali spadek zanotowały regulacje prawne, jako czynnik wpływający na rynek cloud computingu. W 2014 r. jedynie 3% respondentów uznało ten czynnik za kluczowy. W 2013 r. odsetek zanotował wartość o 10 p.p. wyższą.

Technologia cloud computing nie jest już tylko atrakcyjnym medialnie trendem. Działania marketingowo-edukacyjne dostawców w coraz większym stopniu przeradzają się w konkretne decyzje biznesowe, które w następstwie odzwierciedlają się w wartości rynku. Coraz większa liczba przedsiębiorstw, zarówno w segmencie MŚP jak i korporacyjnym, jest świadoma korzyści wynikających z zastosowania tej technologii. Katalizuje to dalej działania dostawców, którzy zarówno w szerszych kampaniach, jak i w bezpośrednich negocjacjach z klientami końcowymi korzystają z analiz obliczających dokładne korzyści możliwe do uzyskania dzięki zastosowaniu modelu usługowego. Jest to proces dalszego „zawężenia” działań marketingowych i przekształcania ich w rzeczywistą sprzedaż. Ten długotrwały proces, który obecnie wchodzi w swoją bardziej dojrzałą fazę, wpływa pozytywnie na rozwój rynku. Należy jednak zaznaczyć, że wprowadzenie usług cloud computingu nie jest działaniem jednorazowym, lecz procesem rozłożonym w czasie. Przedsiębiorstwa przeznaczają na model usługowy najpierw wybrany przez siebie proces, najczęściej peryferyjny. Zazwyczaj ten etap decyduje o dalszym ustosunkowaniu się przedsiębiorstwa do modelu usługowego. W przypadku pozytywnych doświadczeń, kolejne procesy migrowane są dalej do modelu usługowego. Oznacza to ewolucyjny sposób rozwoju rynku.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”.

NIK o nieruchomościach zajętych pod drogi gminne

Właściciele prawie jednej piątej nieruchomości zajętych pod drogi gminne nie mogą liczyć na szybkie uzyskanie od gmin odszkodowania. Dzieje się tak z powodu nieuregulowanego statusu prawnego tych nieruchomości lub braku stosownych wpisów w księgach wieczystych. Przewlekle prowadzone postępowania odszkodowawcze sprawiają, że byli właściciele na wypłaty odszkodowań muszą czekać od kilku miesięcy do roku, a w skrajnych przypadkach – nawet od 4 do 10 lat. Taka opieszałość podważa zaufanie do instytucji publicznych – alarmuje NIK.

Tylko w trzech gminach (ze skontrolowanych 20) prawo własności gminy było ujawnione w księgach wieczystych dla wszystkich nieruchomości zajętych pod drogi gminne. W pozostałych 17 gminach aż 17,5 proc. działek nie miało stosownych wpisów. Zajmowały one 15,6 proc. wszystkich nieruchomości zajętych pod drogi gminne. Z kolei część nieruchomości w ogóle nie spełnia warunków do złożenia wniosku o ujawnienie prawa własności w księgach wieczystych, gdyż gminy nie dysponują koniecznymi dokumentami. Do tego stanu rzeczy przyczyniły się wieloletnie zaniedbania wójtów, którzy wnioski w tych sprawach składali z nawet kilkunastoletnim opóźnieniem.

Główną przyczyną tych zaniedbań jest brak wiedzy wójtów o posiadanych nieruchomościach i ich stanie prawnym. Źródłem takiej wiedzy powinna być rzetelnie prowadzona ewidencja nieruchomości. Kontrola pokazała jednak, że gminy lekceważyły ten obowiązek. Wójtowie tłumaczyli się brakiem środków finansowych na uporządkowanie i uzupełnienie dokumentacji. Niekiedy dochodziło do sytuacji, w których wójtowie o działkach z nieuregulowanym statusem prawnym dowiadywali się od kontrolerów NIK.

Kłopoty mają także byli właściciele działek, które objęte są postępowaniami odszkodowawczymi. Na wypłatę odszkodowań muszą czekać zwykle kilka miesięcy, w skrajnych przypadkach całe lata. W trakcie kontroli wyszły na jaw sytuacje, kiedy odszkodowania wypłacono po upływie od 4 do 10 lat.

NIK w trakcie kontroli wykryła m. in. następujące nieprawidłowości w gminach:

W 17 urzędach gmin (na 20 skontrolowanych) do 30 czerwca 2013 roku nie uregulowano stanu prawnego lub nie ujawniono w księgach wieczystych prawa własności prawie 2 tys. działek. Jest to blisko jedna piąta ( 17 proc.) z wszystkich zajętych pod drogi gminne. Zajmują one prawie 256 ha, co stanowi 15,6 proc. ogółu powierzchni zajętych pod drogi w kontrolowanych gminach. W skrajnych przypadkach nieuregulowany status prawny miała większość działek (np. w gminie Michałowice w województwie mazowieckim aż 62, 7 proc.).
Wszystkie gminy opieszale prowadziły postępowania dotyczące ustalenia wysokości odszkodowań. W rezultacie byli właściciele zmuszeni byli czekać na wypłatę zbyt długo. W połowie ze zbadanych spraw nieruchomości przejętych w trybie ustawy – Przepisy wprowadzające (21 na 40 zbadanych) od złożenia wniosków przez byłych właścicieli do daty wypłaty odszkodowania upłynęło od 4 do 10 lat. Np. w gminie Otwock byli właściciele na wypłatę czekali 10 lat, natomiast w gminie Legionowo prawie 7 lat. Z kolei byli właściciele, którzy wysokość odszkodowania ustalali w drodze negocjacji (takiej procedury wymagały tereny przejęte na podstawie przepisów ustawy o gospodarce nieruchomościami) na wypłaty czekali zwykle od roku do dwóch lat.
Gminy zwlekają ze składaniem wniosków do wojewody o wydanie decyzji stwierdzającej nabycie prawa własności. Decyzja taka jest warunkiem uregulowania stanu prawnego działki. Trzy w ogóle nie złożyły takich wniosków. Wojewodowie z kolei zwlekają z wydaniem takich decyzji. Kontrolerzy zbadali losy 127 wniosków i okazało się, że po upływie 7-8 lat w 18 przypadkach postępowania trwały do czasu zakończenia kontroli. Wojewodowie tłumaczą się skomplikowanym charakterem spraw, w ocenie NIK jednak nie może to być powodem zaniechania odpowiednich działań.
W prawie wszystkich urzędach gmin (z wyjątkiem jednego) kontrola stwierdziła nierzetelne prowadzenie zarówno ewidencji gminnego zasobu nieruchomości, jak ewidencji księgowej oraz ewidencji dróg. Wykazy zawierały nieaktualne, niepełne lub błędne dane. W pojedynczych przypadkach gminy w ogóle nie prowadziły ewidencji. Oznacza to brak wiedzy wójtów dotyczącej rzeczywistej liczby działek, powierzchni oraz stanu prawnego nieruchomości.
W trakcie kontroli wójtowie niektórych gmin przyznali, że od kontrolerów NIK dowiedzieli się jaka jest prawdziwa liczba nieruchomości o nieuregulowanym statusie prawnym.
Wójtowie 15 gmin (75 proc. skontrolowanych) przekazywali Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad dane dotyczące dróg gminnych – ich długości i powierzchni niezgodne ze stanem faktycznym. Wynikało to z błędów w ewidencjach gminnych: w ośmiu urzędach gmin dane w ewidencjach dróg gminnych zawierały błędy, w sześciu były nieaktualne. W czterech ewidencji dróg w ogóle nie prowadzono.
NIK po kontroli sformułowała zalecenia dla prezydentów, burmistrzów i wójtów, które dotyczyły przede wszystkim:

przyspieszenia wypłat odszkodowań byłym właścicielom;
ustalenia faktycznej liczby i powierzchni nieruchomości zajętych pod drogi gminne, ustalenia, które z nich wymagają uregulowania stanu prawnego lub ujawnienia prawa własności gminy w księgach wieczystych oraz wykonania tych zadań;
aktualizacji ewidencji dróg gminnych, zapewnienie ich prawdziwości oraz przekazania prawdziwych danych do GDDKiA;
zapewnienie spójności danych zawartych w różnych ewidencjach (nieruchomości, dróg, księgowej).

NIK o przetargach informatycznych w ZUS

NIK poinformowała Prezesa ZUS, że przebieg postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, przeprowadzonego przez ZUS w 2013 r. na usługę wsparcia, eksploatacji i utrzymania Kompleksowego Systemu Informatycznego (KSI), nie gwarantował dotrzymania, wynikających z prawa zamówień publicznych zasad uczciwej konkurencji oraz równego traktowania potencjalnych wykonawców. ZUS, ustalając termin na złożenie wniosku o dopuszczenie do udziału w postępowaniu (35 dni), nie zapewnił potencjalnym wykonawcom, innym niż firma Asseco Poland SA (realizująca usługi związane z utrzymaniem KSI od 1997 r.), realnej możliwości zapoznania się z dokumentacją dotyczącą przedmiotu zamówienia.

NIK zauważyła, że już w 2010 r. ZUS w zaniechał stosowania trybów konkurencyjnych, udzielając zamówienia na wsparcie i utrzymanie KSI z wolnej ręki firmie Asseco Poland SA.  ZUS wybór trybu tłumaczył  wówczas brakiem możliwości zapoznania się przez innych, potencjalnych wykonawców z dokumentacją dotyczącą przedmiotu zamówienia, oceniając, że potencjalny wykonawca musiałby się zapoznawać z nią przez co najmniej 12 miesięcy.  Prezes Urzędu Zamówień Publicznych (UZP), ocenił,  że wspomniane postępowanie z 2010 roku zostało przeprowadzone z naruszeniem prawa, a Krajowa Izba Odwoławcza (KIO), podtrzymała jego stanowisko. NIK podziela opinię przedstawioną w uchwale KIO, według której ZUS dopuścił się w 2010 roku nieuprawnionego zaniechania stosowania przepisów dotyczących trybów konkurencyjnych przy udzielaniu zamówienia.

NIK poinformowała Prezesa ZUS, że uwzględniając oceny i opinie Prezesa UZP oraz KIO odnoszące się do postępowania realizowanego przez ZUS w 2010 r.,  również w postępowaniu z 2013 roku na wsparcie i utrzymanie KSI zamawiający (czyli ZUS) nie zapewnił przestrzegania zasad uczciwej konkurencji i równego traktowania wykonawców. Podanie w ogłoszeniu czasu (niewiele ponad jeden miesiąc) na złożenie wniosku o dopuszczenie do udziału w postępowaniu przetargowym, a następnie dwóch miesięcy na zapoznanie się ze specyfikacją istotnych warunków zamówienia – przy założeniu, że czas niezbędny na zapoznanie się z dokumentacją dotyczącą KSI (ponad 10 tysięcy różnego rodzaju dokumentów), przez innego niż dotychczasowy (czyli Asseco Poland SA) wykonawcę, powinien wynieść co najmniej 12 miesięcy (według oceny ZUS z 2010 roku) – prowadziło wprost do wyboru dotychczasowego wykonawcy.

NIK poinformowała też Prezesa ZUS, że przy realizacji zamówień publicznych, zarówno w 2010 r., jak i w 2013 r., pracownicy ZUS wykonujący czynności w prowadzonych postępowaniach pozostawali z przedstawicielami firmy ubiegającej się o udzielenie zamówienia w takim stosunku prawnym lub faktycznym, który mógł budzić uzasadnione wątpliwości, co do ich bezstronności.

Zdaniem NIK zaistniały przesłanki przesądzające o konieczności wyłączenia niektórych pracowników ZUS z podejmowania czynności  w postępowaniach przetargowych z 2010 r. oraz z 2013 r., w wyniku których ZUS zawierał umowy z firmą Asseco Poland SA.

W 2010 roku dwoje pracowników ZUS złożyło oświadczenie o braku okoliczności, których istnienie powoduje obowiązek wyłączenia się z prac komisji, mimo że w dniu złożenia oświadczenia (15 września 2010 r.) zasiadali, wspólnie z przedstawicielem firmy Asseco Poland SA, (który w dodatku reprezentował Asseco Poland SA w tym postępowaniu) w radzie  jednej z fundacji.  Wspomnianych dwoje pracowników ZUS twierdzi w swoich zeznaniach, że złożyło rezygnację z uczestnictwa w radzie fundacji… 20 września 2010 r. Rezygnacja ta została przyjęta jednak uchwałą Rady Fundacji dopiero 22 lutego 2014 r. a stosowny wpis do KRS został dokonany 14 marca 2014 r.

W 2013 roku w postępowaniu, którego przedmiotem była eksploatacja i utrzymanie KSI, tych samych dwoje pracowników ZUS uczestniczyło w pracach komisji przetargowej, składając oświadczenia o braku okoliczności prawnych i faktycznych, powodujących ich wyłączenie z prac komisji, mimo że wykonawcę, tj. Asseco Poland SA, reprezentowały dwie osoby które zasiadały wspólnie ze wspomnianymi pracownikami ZUS w radzie jednej z fundacji, przynajmniej do 15 września 2010 roku. Kontrolerzy ustalili, że takie przypadki występowały też w innych postępowaniach przetargowych  2013 r.

NIK poinformowała Prezesa ZUS, że okoliczność ta może budzić uzasadnione wątpliwości, co do bezstronności wspomnianych przedstawicieli ZUS w postępowaniach o udzielenie zamówienia publicznego, zarówno w 2010 r., jak i 2013 r.

ZUS ma teraz 21 dni (poczynając od 9 czerwca 2014 roku) na złożenie zastrzeżeń, które zostaną rozpatrzone przez Kolegium NIK. Dopiero wówczas informacje przekazane w wystąpieniu pokontrolnym Prezesowi ZUS staną się prawomocnymi ustaleniami NIK.