Są efekty nowej strategii sprzedaży Mercedesa. Klienci chętnie kupują auta kompaktowe

CEO Magazyn Polska

Wzbogacenie oferty auta kompaktowych, a co za tym idzie zwiększenie ich dostępności dla klientów, okazały się dla Mercedesa strzałem w dziesiątkę. Nowa polityka marki przynosi już pierwsze rezultaty, a klientów nie brakuje. Ogromną popularnością cieszy się prezentowany na Targach Motor Show w Poznaniu model kompaktowego SUV-a, czyli Mercedesa GLA. To jedna z kilku nowości niemieckiego koncernu.

Dwa lata temu zaczęliśmy wprowadzać na rynek gamę samochodów kompaktowych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor PR Mercedes-Benz Polska. – W 2012 była to Klasa A, rok później Klasa CLA, obecnie do oferty dołącza segment GLA, czyli kompaktowe SUV-y. To modele skierowane są przede wszystkim do ludzi młodych bądź młodych duchem, którzy dotychczas niekoniecznie myśleli o zakupie samochodu marki Mercedes-Benz.

Nowy pomysł koncernu ze Stuttgartu na sprzedaż okazał się trafiony, a bardziej przystępne cenowo modele sprzedają się na tyle dobrze, że fabryki nie nadążają z ixh produkcją. Segment kompaktowych SUV-ów, wchodzący dopiero do sprzedaży, zaprezentowany na poznańskich targach Motor Show, cieszy się ogromnym zainteresowaniem klientów.

– Chcemy, by nasza oferta była dostępna cenowo – wyjaśnia Niels Kowollik, prezes zarządu Mercedes-Benz Polska. – Musimy robić jednocześnie obydwie rzeczy – rosnąć w segmencie dużych aut, żeby spełnić oczekiwania naszych lojalnych klientów i osiągać nasze finansowe cele, ale także rosnąć w segmencie samochodów kompaktowych, by być dostępnym dla większej liczby klientów.

Zdaniem Kowollika, wielkość samochodu i jego cena nie jest dla kupujących jedynym kryterium wyboru. Istotna jest relacja ceny do jakości produktu oraz zużycie paliwa konkretnych modeli.

– Teraz czujemy wiatr w żaglach, niektóre modele samochodów mamy niemal wyprzedane i dotyczy to zarówno mniejszych, jak i większych aut – mówi prezes zarządu Mercedes-Benz Polska. – To pokazuje, że nasza polityka jest słuszna, a nasz portfel modeli atrakcyjny dla klientów.

Oprócz aut kompaktowych marka promuje nadal topowe modele, w tym nowy model Klasy S Coupe.

– To auto o pięknej stylizacji, z bardzo mocnym silnikiem V-8 B Turbo 455 KM i innowacyjnym system widzącego zawieszenia Magic Body Control – mówi dr Ewa Łabno-Falęcka. – Samochód dostępny jest także w wersji wzbogaconej o kryształy Svarowskiego, umieszczone w reflektorach i kierunkowskazach.

Na Targach w Poznaniu Mercedes zaprezentował również nową Klasę C oraz superluksusowy van – Klasę V.

Zainteresowanie poznańskim salonem wskazuje, według organizatorów, na ożywienie na rynku.

– Polska jest największym rynkiem motoryzacyjnym Europy Środkowo-Wschodniej – mówi Andrzej Byrt, prezes Międzynarodowych Targów Poznańskich. – Oczywiście, w ostatnich latach sprzedaż aut w naszym kraju spadła, niemniej nasze targi cieszyły się popularnością nawet w czasach kryzysu. A od początku tego roku popyt konsumpcyjny w Polsce zaczął rosnąć i w ślad za tym idzie również sprzedaż samochodów. To świetna wiadomość zarówno dla producentów i sprzedawców, jak i dla naszych targów. Myślę, że możemy mówić już o trendzie wzrostowym.

Inwestycje w plansze komiksowe coraz bardziej zyskowne. Polski rynek ma duży potencjał wzrostu

Komiksy nie są już postrzegane tylko jako rozrywka dla nastolatków. Oryginalne plansze komiksowe, będące pierwotnym tworem artystów, stają się zyskownymi inwestycjami. Rynek polski dopiero się rozwija, ale analitycy widzą w nim ogromny potencjał.

Przedmiotem obrotu na rynku sztuki i rynku kolekcjonerskim są oryginalne plansze autorów komiksów. Na cenę plansz wpływają m.in. nazwiska artystów czy popularność danego tytułu.

Zyski mogą być bardzo wysokie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Kasperski, zarządzający inwestycyjnymi kolekcjami plansz komiksowych w Wealth Solutions oraz współwłaściciel ArtKomiks. – Dla przykładu, inwestor zakupił dwanaście ręcznie wykonanych okładek do serii komiksu „Watchmen” w domu Sotheby’s w 1993 r. Ich sprzedaż w ubiegłym roku w domu aukcyjnym Heritage w USA przyniosła ponad 1000 proc. zysku.

Rynek sztuki komiksowej na świecie dynamicznie rośnie. Za plansze do wewnętrznych stron komiksu „Hellboy” kilka lat temu trzeba było zapłacić ok. 600 dolarów. Dziś taki zakup wiąże się z wydatkiem ponad 2 tys. dolarów. Rozkwit rynku rozpoczął się od lat 90. XX wieku, kiedy do sprzedaży przyłączyły się renomowane domy aukcyjne. Ta kategoria znacząco przyczyniła się do poprawy ich zysków.

Na świecie mamy dwa rynki – amerykański i frankofoński – mówi Marek Kasperski. – Ten pierwszy jest już rozwinięty, gdyż Amerykanie są mocno osadzeni w popkulturze. Charakteryzuje się głównie tym, że funkcjonują na nim superbohaterowie.

Z kolei rynek frankofoński – francuski i belgijski – jest bardziej artystyczny i w mniejszym stopniu oparty o wzorce popkulturowe.

Ciekawe perspektywy ma przed sobą także rynek polski, który na razie, przynajmniej pod względem aukcyjnym, jest w początkowej fazie rozwoju.

Jest on z jednej strony rynkiem klasycznym, związanym z Januszem Christą, z Papciem Chmielem, „Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem”, „Kapitanem Żbikiem”, „Kapitanem Klossem”, a z drugiej strony – także z sztuką młodych artystów – zauważa Kasperski. – Rynek plansz komiksowych w Polsce jest bardzo obiecujący z tego względu, że mamy wielu świetnych autorów, którzy już funkcjonują na rynku międzynarodowym, np. Szymon Kudrański czy Grzegorz Rosiński, który jest absolutną gwiazdą światowego formatu.

Jest już pierwszy specjalistyczny sklep zajmujący się sztuką komiksu, istnieje również galeria, a w lutym odbyła się pierwsza aukcja poświęcona wyłącznie planszom. Od 3 marca br. inwestować w unikalne plansze komiksowe mogą klienci firmy Wealth Solutions, z którą współpracuje ArtKomiks.

– Dom aukcyjny Desa w lutym zorganizował aukcję, w ramach której sprzedano prace za 250 tys. złotych – zauważa Kasperski. – Natomiast wcześniej w Krakowie dom Nautilus pokazywał prace Jerzego Skarżyńskiego.

Rośnie grono zainteresowanych takimi inwestycjami osób, a to z kolei przekłada się na wyceny prac. Plansza okładkowa Janusza Christy (komiks „Kajtek i Koko”) została sprzedana na lutowej aukcji DESA Unicum za 22 tys. zł. W ubiegłym roku w sklepie ArtKomiks kosztowała 4 tys. zł.

Zdaniem Kasperskiego polski rynek plansz komiksowych ma znaczny potencjał wzrostu, na co wskazują również przykłady państw sąsiednich.

Obecne wyceny będą piąć się w górę – twierdzi ekspert. – Dowodzi tego nie tylko przykład bardzo dojrzałych rynków, takich jak amerykański czy frankofoński, lecz także np. przykład czeski. Prace czeskiego twórcy Kája Saudka wyceniono na 885 tysięcy złotych. Myślę, że polski rynek aukcyjny, podobnie jak czeski, zauważy, że na planszach komiksowych można dużo zarobić – przekonuje.

O wzroście prestiżu inwestycji w plansze komiksowe świadczy także fakt zakupienia przez amerykańską Bibliotekę Kongresu kompletu plansz do komiksu „Maus Arta” Spiegelmana – nagrodzonego zresztą Nagrodą Pulitzera.

Co szósty Polak cierpi na zespół pęcherza nadreaktywnego. To nie tylko problem medyczny, lecz także społeczny

CEO Magazyn Polska

Zespół pęcherza nadreaktywnego to krępująca dolegliwość, która dotyczy nawet 16 proc. społeczeństwa. U chorych pojawiają się bardzo częste, naglące parcia, zwykle trudne do opanowania. Zaburzenie może doprowadzić do problemów emocjonalnych oraz wycofania się z życia społecznego. Leki stosowane do tej pory w terapii pęcherza nadreaktywnego wywoływały przykre, ogólnoustrojowe skutki uboczne. Pacjenci czekają więc na refundację leku nowej generacji, który działa wybiórczo na pęcherz.

Według badań epidemiologicznych objawy zespołu pęcherza nadreaktywnego pojawiają się u około 16 proc. populacji dorosłych. Wbrew powszechnej opinii, schorzenie to w niemal równym stopniu dotyczy kobiet i mężczyzn.

Zespół pęcherza nadreaktywnego to nie tylko nietrzymanie moczu, lecz przede wszystkim parcie naglące, które jest bardzo trudne do opanowania. Oprócz tego u tych pacjentów czy pacjentek występuje konieczność kilkukrotnego, a nawet kilkunastokrotnego oddawania moczu w ciągu nocy – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Włodzimierz Baranowski, ginekolog.

Zdarza się, że parcie jest niemożliwe do opanowania i chory mimowolnie oddaje mocz. W takich przypadkach mówi się o pęcherzu mokrym. Najczęściej jednak obserwuje się suchy pęcherz nadreaktywny, któremu towarzyszy tylko uporczywe parcie i związane z nim wielokrotne wizyty w toalecie.

To się wiąże z częstym wstawaniem w nocy i niewysypianiem się. Cały czas mam świadomość, że muszę mieć w pobliżu toaletę, żeby pobiec, jak tylko będę miała parcie na pęcherz. Ograniczam się do wyjść tam, gdzie nie będę musiała szukać toalety, bo to jest jednak krępujące – dodaje Teresa Bodzak, pacjentka.

Ze względu na intymny charakter schorzenia, pacjenci często cierpią również na problemy natury emocjonalnej. Przy nasilonych objawach pęcherza nadreaktywnego mogą pojawić się epizody lękowe i depresyjne. Chorzy rezygnują z aktywności sportowych, ograniczają kontakty towarzyskie i dostosowują aktywności zawodowe do wizyt w toalecie.

Leki stosowane rutynowo w terapii zespołu pęcherza nadreaktywnego wywołują nieprzyjemne skutki uboczne, m.in. suchość błon śluzowych, zaburzenia widzenia, bóle głowy oraz problemy pokarmowe. Lekarze mogą przepisać skuteczniejsze, nowsze leki, ale mogą być one zrefundowane tylko wtedy, gdy pacjent wcześniej zostanie poddany inwazyjnemu badaniu urodynamicznemu (Polska jest jedynym krajem na świecie, który wymaga badania do refundacji). Jeśli farmakoterapia nie przyniesie efektu, wskazana jest iniekcja toksyny botulinowej do pęcherza lub operacja chirurgiczna. Nadzieją dla chorych cierpiących na pęcherz nadreaktywny jest lek o nazwie Mirabegron, który działa bezpośrednio na receptory znajdujące się w pęcherzu moczowym.

Ten nowy lek, mówiąc najprościej, działa rozkurczowo na pęcherz i jest praktycznie pozbawiony działań ubocznych. Działa wybiórczo tylko i wyłącznie w pęcherzu. Nie ma generalnie przeciwwskazań do jego stosowania. Jedyną barierą może być w tej chwili cena leku – tłumaczy Włodzimierz Baranowski.

Czasami wykupię te leki, ale one są drogie, bo miesięczne leczenie kosztuje w granicach 150 zł do 200 zł, zależy, w której aptece. I to jest dosyć duży koszt. Staram się korzystać z tych tańszych, ale one mają mnóstwo ubocznych skutków – tłumaczy Teresa Bodzak. – Jest suchość spojówki, suchość ust, bo wysychają śluzówki. Ciągle chce się pić, a im więcej piję, tym częściej chodzę do toalety. Więc koło się zamyka.

Zespół pęcherza nadreaktywnego można i trzeba leczyć. Najważniejsze, by przełamać wstyd lub strach i udać się po pomoc.

Od dziś nowe zasady dofinansowania dla firm zatrudniających niepełnosprawnych. Stracą zakłady pracy chronionej

CEO Magazyn Polska1 kwietnia wejdzie w życie nowelizacja ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych przez pracodawców. Eksperci ostrzegają, że w efekcie zmian najmocniej ucierpią zakłady pracy chronionej, a w konsekwencji – niepełnosprawni. Stopa bezrobocia w tej grupie może znacząco wzrosnąć.

Zgodnie z nowymi przepisami nastąpi zrównanie dofinansowania z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych dla wszystkich pracodawców, którzy zatrudniają osoby niepełnosprawne. Do tej pory korzystniejsze warunki miały firmy o statusie zakładu pracy chronionej.

Zakłady pracy chronionej uzyskiwały większe kwoty, natomiast pozostali przedsiębiorcy uzyskiwali tylko 70 procent kwot, które przysługują ZPCh-om. Od 1 kwietnia ma nastąpić zrównanie dofinansowania dla wszystkich pracodawców, natomiast kwoty będą uzależnione, tak jak do tej pory, od stopnia niepełnosprawności – podkreśla w rozmowie z Newseria Biznes Mateusz Brząkowski, doradca prawny z Państwowej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.

Co ważne, zmniejszeniu ulegnie maksymalna kwota dofinansowania. Najbardziej odczują to właśnie zakłady pracy chronionej, które od kwietnia będą dysponowały mniejszym dofinansowaniem na każdego zatrudnionego niepełnosprawnego.

Kwoty dofinansowania ustalone są ustawowo i, co należy podkreślić, są to kwoty maksymalne. Oznacza to, że kwota, jaka zostanie przekazana na konto danego pracodawcy zależy od wielu kryteriów – m.in. od wynagrodzenia, jakie otrzymuje osoba niepełnosprawna. Dlatego też pracodawca zamiast 450 zł, które od 1 kwietnia przysługują na osobę z lekkim stopniem niepełnosprawności, w zależności od wyliczeń może dostać znacznie mniej – 410 czy nawet 300 złotych. Kwoty te są wypłacane miesięcznie, a pracodawcy są zobowiązani za każdym razem składać osobny wniosek w systemie elektronicznym. W zależności od liczby zatrudnionych niepełnosprawnych, do pracodawcy trafiają określone pieniądze.

– Mimo że dofinansowania mają być od kwietnia zrównane dla wszystkich, to widzimy także pewne negatywne skutki, które mogą mieć miejsce w związku z nowelizacją ustawy. Wielu przedsiębiorców, którzy prowadzą ZPCh-y zastanawia się, czy mają nadal prowadzić w tej formie swoją firmę, ponieważ z jednej strony dostaną mniejsze kwoty, i ze względu na nałożone na nich obowiązki może się okazać, że ta forma prowadzenia działalności przestanie się opłacać – ocenia ekspert z POPON-u.

Do tej pory za zatrudnioną osobę ze znacznym stopniem niepełnosprawności zakłady pracy chronionej dostawały dofinansowanie do kwoty maksymalnie 2700 zł. Po zmianach będzie to już tylko 1800 zł (dla porównania pracodawcy z rynku otwartego stracą na zmianach zaledwie 90 zł). Przy osobach z umiarkowanym i lekkim stopniem niepełnosprawności pracodawcy z rynku otwartego zyskają, natomiast zakłady pracy chronionej wyraźnie stracą. Należy przy tym pamiętać, że zakłady pracy chronionej mają dodatkowe obowiązki względem zatrudnionych niepełnosprawnych – np. prowadzenie doraźnej i specjalistycznej opieki medycznej.

Biorąc pod uwagę to, że teraz wszyscy będą dostawali takie same pieniądze z Państwowego Funduszu, ale nie wszyscy będą mieli takie same obowiązki w stosunku do zatrudnionych pracowników niepełnosprawnych, to wielu przedsiębiorców mówi, że będzie wnioskowało o utratę statusu. A to może spowodować na rynku pracy spadek zatrudnienia osób niepełnosprawnych. Pamiętajmy, że ZPCh-y muszą mieć obowiązkowy wskaźnik – to dzisiaj 50 procent osób niepełnosprawnych w firmie. Czyli jak stracą status, takiego obowiązku nie będzie, czyli ten wskaźnik na pewno spadnie i to przełoży się na wzrost stopy bezrobocia – tłumaczy Mateusz Brząkowski.

Wedle obowiązujących przepisów, w grupie 50 procent osób niepełnosprawnych zatrudnionych w zakładach pracy chronionej, 20 procent mają stanowić osoby ze znacznym i umiarkowanym stopniem niepełnosprawności. I to w tej grupie poziom bezrobocia może wzrosnąć w największym stopniu.

Cztery miesiące na podjęcie decyzji o przekazywaniu środków do OFE lub ZUS-u

CEO Magazyn PolskaOd dziś można podejmować decyzję o pozostawieniu części składki emerytalnej w otwartych funduszach lub przekazaniu jej do ZUS-u. W przypadku braku decyzji z końcem lipca środki zostaną przekazane do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Eksperci podkreślają, że decyzja ma jednak niewielkie konsekwencje finansowe, bo dotyczy zaledwie ok. 15 proc. składki emerytalnej.

 – Po zmianie, niezależnie od tego, czy podejmiemy decyzję, aby kontynuować oszczędzanie 2,92 proc. składki w OFE, czy o tym, aby przekazać wszystko do ZUS-u, to mówimy tak naprawdę o 80-90 proc. składek, które idą do ZUS-u, i o tej niewielkiej części, która może być kontynuowana w OFE – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Nowak, członek zarządu firmy doradczej Mercer Polska.

Polacy będą mieli czas na podjęcie decyzji o dalszym losie części ich oszczędności od 1 kwietnia do 31 lipca. W tym czasie można złożyć oświadczenie do ZUS-u na specjalnym formularzu. Można to zrobić także przez elektroniczny serwis ePUAP. Kto takiego oświadczenia nie złoży, od sierpnia będzie miał całość składki automatycznie przekazywaną do ZUS-u. Nie będzie to jednak decyzja ostateczna – po raz kolejny będzie ją można podjąć w 2016 r., a potem co cztery lata.

Eksperci podkreślają, że decyzja dotyczy jednak bardzo niewielkiej części naszych oszczędności emerytalnych. Składka emerytalna to 19,52 proc. wynagrodzenia brutto (po połowie płaci zatrudniony i pracodawca). 12,22 proc., czyli ponad 60 proc. składki, trafia do ZUS-u w ramach tzw. pierwszego filara. Pozostałe środki, czyli 7,3 proc. pensji, stanowi drugi filar. 60 proc. tej kwoty przekazywane jest na subkonto w ZUS. Oznacza to, że w OFE maksymalnie może pozostać 2,92 proc. wynagrodzenia brutto. W przypadku wyboru ZUS-u, całe 7,3 proc. pensji trafi na subkonto w urzędzie.

Od decyzji zależy los niecałych 15 proc. składki emerytalnej. Jak dodaje Nowak, gwarantem wypłaty niezależnie od decyzji pozostaje ZUS, bo nawet jeśli pozostawimy środki w OFE, na 10 lat przed emeryturą co roku 10 proc. zgromadzonych w OFE środków będzie przekazywanych do urzędu, który następnie będzie wypłacał całość emerytury.

Tę decyzję trzeba podjąć, ale jej znaczenie nie jest takie, jak się części z nas wydaje – podkreśla Nowak. – W efekcie przechodząc na emeryturę, nie będziemy mieli już nic w OFE. Z tej perspektywy również to, czy podejmiemy decyzję o tym, żeby te pieniądze pozostawić w OFE czy też o tym, żeby przenieść je do ZUS-u, będzie to korygowane przez ten mechanizm „suwaka”, bo z każdym rokiem im bliżej do emerytury, tym mniej środków będzie w OFE i na końcu nie będzie ich tam w ogóle.

Nowak przyznaje, że reforma systemu emerytalnego była niezbędna z punktu widzenia budżetu państwa. OFE, które powstały w 1999 r., przejęły część składek, ale dopiero 10 lat później wypłaciły pierwsze emerytury. Taki system oznaczał, że zmniejszyły się wpływy do ZUS-u, ale przez pierwszą dekadę bez zmian pozostały obciążenia dla państwowego systemu. Po 10 latach oczywiste stało się, że w systemie brakuje pieniędzy, co prowadziło do dużego wzrostu zadłużenia państwa. Na początku lutego OFE przekazały do ZUS-u w postaci obligacji Skarbu Państwa ponad połowę (51,5 proc.) środków zgromadzonych na kontach uczestników funduszy. Przekazane aktywa miały łączną wartość ponad 150 mld zł.

Blisko 75 proc. Polaków woli wiadomości sms od komunikatorów internetowych

CEO Magazyn Polska

Wraz z pojawieniem się na rynku smartfonów, 160-znakowe wiadomości tekstowe – czyli popularne smsy, które zrewolucjonizowały komunikację międzyludzką w latach 90. – miały odejść w zapomnienie. Jednak, jak wynika z badania platformy SerwerSMS.pl, Polacy wciąż chętniej wysyłają smsy, niż korespondują za pomocą komunikatorów internetowych. 

Mimo że pojawiają się nowe formy komunikacji, jak komunikatory mobilne, dostępne dla użytkowników smartfonów, to ponad 70 proc., czyli trzech na czterech Polaków wysyła i odbiera smsy, i preferuje tę formę komunikacji – twierdzi Tomasz Szymandowski, rzecznik prasowy firmy SerwerSMS.pl w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Na taki wybór Polaków z pewnością mają wpływ coraz lepsze oferty operatorów komórkowych, z nieograniczoną liczbą wysyłanych smsów, nawet przy najniższych opłatach abonamentowych. Ale to nie jedyna przewaga krótkich wiadomości tekstowych nad komunikatorami.

Właściwości sms-=a w dalszym ciągu są takie, że jest on dostępny od ręki, zaraz, jest pewny, szybki i dostarczany w momencie wysyłania. Jeżeli chodzi o komunikatory, mają one swoje wady i zalety, oczywiście musimy mieć dostęp do internetu i pewnego rodzaju ułatwienia i możliwości, dzięki którym możemy dopiero skorzystać z takiego komunikatora – tłumaczy Tomasz Szymandowski.

Z badania przeprowadzonego przez platformę SerwerSMS.pl w 2013 roku na grupie 2160 polskich internautów wynika, że blisko co trzeci ankietowany wysyła średnio ponad siedem wiadomości tekstowych dziennie, a 66,6 proc. pytanych stwierdziło, że wysyła smsy każdego dnia. W najbliższych latach raczej nie powinno być spadków.

Badania zagranicznych agencji dotyczących rynku smsowego mówią o tym, że do 2015 roku będziemy mieli tendencję wzrostową. To oznacza, że rynek będzie rósł, a z roku na rok będzie przybywać smsów. Co prawda to nie będzie taka dynamika, jak między rokiem 2004 a 2009, ale przyrost będzie wyraźnie odczuwalny – uważa rzecznik SerwerSMS.pl.

Dalsze przewidywania już tak optymistyczne nie są, choć jednomyślności wśród prognozujących nie ma.

Później ta tendencja będzie nieco słabła, nawet prognozowane są delikatne spadki. Ale też agencje badawcze zastrzegają, że prawdopodobnie ruch smsowy pozostanie na takim samym poziomie, jaki osiągnie w 2015 roku – twierdzi Tomasz Szymandowski.

Wizjonerstwo: cecha, która pociąga za sobą tłumy

Każdy zespół bez wątpienia potrzebuje lidera, czyli charyzmatycznej postaci, która będzie potrafiła wydobyć z innych to, co w nich najlepsze. Jednak oprócz cech osobowościowych takich, jak pewność siebie czy umiejętność nawiązywania kontaktów, dobry przywódca powinien być także wizjonerem konsekwentnie realizującym obrane wcześniej cele. A do tego w większości przypadków niezbędna okazuje się umiejętność odpowiedniego zarządzania sobą w czasie.

Publikacji próbujących wyjaśnić, czym musi charakteryzować się osoba pragnąca zostać liderem powstało już tyle, że są one w stanie zapełnić niejedną biblioteczną półkę. Niektóre z owych zestawień są do siebie bliźniaczo podobne, inne zaś różnią się niemalże całkowicie.

Niezależnie jednak od tego, do jakiej książki zajrzymy, jedna cecha prawie zawsze pozostaje niezmienna. Chodzi rzecz jasna o myślenie strategiczne, określane także wizjonerstwem czy umiejętnością jasnego określenia kierunku, w którym się zmierza.

– Bez tego przywódca jest w stanie skupić się wyłącznie na jednym zadaniu. Osoby takie można porównać do niedoświadczonego turysty, który dobrze radzi sobie tylko na wytyczonym szlaku, a przy pierwszym rozwidleniu najzwyczajniej w świecie zaczyna się gubić – wyjaśnia Grzegorz Frątczak, specjalista zarządzania czasem.

Jasno określony cel jest w stanie zatem zapewnić nam ogromną przewagę nad osobami, które uznały, że nie warto „marnować” czasu na przemyślenie swojej drogi. Dużo łatwiej jest pozostawać konsekwentnym w swoim postanowieniu, jeśli w chwili zwątpienia mamy na horyzoncie wyraźnie widoczny punkt, do którego dążymy. Decyzja, co w danym momencie należy zrobić nasuwa się bowiem samoistnie.

Zarządzanie sobą w (dłuższym) czasie

Wybór strategicznego kierunku to nie wszystko. Równie ważna, jeśli nawet nie ważniejsza, jest nasza wytrwałość w działaniu. Szczególnie trudno o nią w dzisiejszych czasach, gdy ilość zadań do natychmiastowego wykonania często przekracza nasze możliwości. Tu z pomocą może przyjść nam umiejętność odpowiedniego zarządzania sobą w czasie.

– W chwili zwątpienia, gdy wydaje nam się, że obowiązków jest już zbyt dużo, warto na chwilę zwolnić i zadać sobie pytanie: jak to, co teraz robię ma się do tego, co chcę osiągnąć za rok czy za pięć lat? Czy dana czynność zbliża mnie czy też oddala od wybranego celu? – podpowiada przedstawiciel CEO Solutions.

Osiągniecie owego dystansu pozwoli nam bowiem skupić się na tym, co jest naprawdę ważne. Eliminowanie z życia zbędnych zadań nie będzie jednak możliwe bez wcześniejszego wyznaczenia wizji i drogi, którą zmierzamy.

Cel pomaga omijać trudności

Zdefiniowany cel końcowy (którym może być np. określony rezultat projektu) pomoże nam nie tylko w wyborze kolejnych kroków. Oprócz tego pozwoli nam on także przewidzieć ewentualne trudności czy zagrożenia oraz przedsięwziąć działania zapobiegawcze, takie jak chociażby podział zadań w zespole, określenie planu czasowego, kosztów lub możliwych odchyleń itp.

– Prawdziwi liderzy powinni mieć zatem wizję dotyczącą zarówno własnej osoby, firmy dla której pracują, jak i każdego podejmowanego przedsięwzięcia. Wizje te muszą oczywiście być ze sobą spójne, by osiągnięty w ten sposób efekt synergii oddziaływał na cały zespół – mówi Grzegorz Frątczak.

W parze z projektowaniem swojego czasu z całą pewnością iść musi także samodyscyplina, zarówno emocjonalna, czyli umiejętność zapanowania nad własnymi reakcjami (zwłaszcza w sytuacjach stresowych), jak i czasowa, pozwalająca realizować długofalowe cele w określonych terminach.

O tą drugą zdecydowanie łatwiej, gdy działania podzielimy na te bieżące oraz te osiągalne w dłuższym perspektywie. Do tego dojść powinno także tworzenie bardziej szczegółowych planów pomniejszych czynności.

Lider i jego otoczenie

By dokonywać rzeczy wielkich i być w stanie wydobywać z innych to, co w nich najlepsze, bez wątpienia trzeba dać z siebie wszystko. Nie da się jednak tego zrobić nie czując się dobrze. Przewodzenie wymaga zatem również zadbania o tak z pozoru prozaiczne rzeczy, jak własna kondycja fizyczna i związane z nią dieta czy prawidłowy wypoczynek.

– Troska o te trzy sfery powoduje, że lider kipi wręcz entuzjazmem, charyzmą, optymizmem i pozytywną pewnością siebie. Warto mieć na uwadze, ile energii może kosztować osiągnięcie i dłuższe utrzymanie podobnego stanu przy jakichś dolegliwościach zdrowotnych. A przewodzenie to przecież nie sprint, a maraton – dodaje na koniec trener zarządzania czasem.

To, jak pracuje lider, przekłada się bowiem bezpośrednio na resztę zespołu, gdyż ostateczny sukces zależy od odpowiedniej współpracy. Tylko dzięki niej możliwe jest szybsze i skuteczniejsze zrealizowanie wizji nakreślonej na samym początku drogi.

NIK o inwestycjach na terenach powodziowych

Gminy nie podejmują wystarczających działań, aby chronić mieszkańców przed skutkami powodzi. Kontrola NIK wykazała, że samorządy nie ograniczały zabudowy terenów zagrożonych zalaniem. Decyzje o pozwoleniu na budowę zwykle nie zawierały informacji dla inwestorów o zagrożeniu powodziowym na terenie planowanej inwestycji. Informacji takich w zdecydowanej większości brakowało także w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego – ujęto i opisano w nich jedynie dziesiątą część obszarów zagrożonych powodzią.

W wyniku powodzi, które przeszły przez Polskę w maju i czerwcu 2010 r., poszkodowanych zostało blisko 70 tys. rodzin. Straty poniosło 811 gmin, a wartość tych strat oszacowano na ponad 12 mld zł[1]. Zdaniem NIK jedną z głównych przyczyn rosnących szkód jest zabudowa terenów zagrożonych powodzią.

W trakcie kontroli NIK stwierdziła następujące nieprawidłowości po stronie gmin:

W niewystarczającym stopniu wykorzystywały miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego do ograniczania zabudowy na terenach zagrożonych powodzią. Plany te obejmowały zaledwie 12 proc. takich obszarów, z czego tylko w 1/3 przypadków wprowadzono zakazy, ograniczenia i warunki, po spełnieniu których zabudowa w tych miejscach będzie możliwa. Miejscowe plany w 21 proc. zbadanych urzędów miast i gmin nie określały granic i sposobów zagospodarowania terenów szczególnie zagrożonych powodzią oraz obszarów osuwania się mas ziemnych, co stanowiło naruszenie art. 15 ust. 2 pkt 7 ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym.

W przypadku 30 proc. skontrolowanych urzędów miast i gmin studia uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego nie zawierały żadnych zapisów zakazujących lub ograniczających lokalizację inwestycji i nie określały warunków, których spełnienie umożliwiłoby bezpieczną zabudowę na terenach zagrożonych powodzią. NIK zwróciła uwagę na przypadek Prezydenta Urzędu Miasta Bielsko-Biała, który – pomimo wielokrotnie wyrażanej negatywnej opinii Dyrektora RZGW dotyczącej pominięcia w projekcie części terenów zagrożonych powodzią – uznał projekt za uzgodniony i przekazał go Radzie Miasta do uchwalenia, co było niezgodne z art. 11 pkt 9 ustawy o planowaniu.

W aż 1/5 skontrolowanych organów[2] w decyzjach o warunkach zabudowy oraz prawie we wszystkich gminach w decyzjach o pozwoleniu na budowę nie informowano inwestorów o skutkach i zagrożeniach lokalizowania przedsięwzięć na terenach zagrożonych powodzią. Zdarzały się przypadki, kiedy pozwolenie na budowę wydawano pomimo posiadanej przez gminę i inwestora wiedzy, że planowana inwestycja ma zostać zlokalizowana na terenie o podwyższonym ryzyku wystąpienia powodzi. Np. w Toruniu i Brzegu wydano pozwolenia na budowę, pomimo że parter lub piwnica znajdowały się na poziomie niższym od poziomu tzw. wody stuletniej (czyli poziomu zwierciadła wody podczas powodzi, występującego z prawdopodobieństwem raz na sto lat). W ocenie NIK nieinformowanie inwestorów o zagrożeniu powodziowym na danym terenie stwarza ryzyko, że obszary te będą zabudowywane, co w dłuższej perspektywie zwiększa potencjalne straty spowodowane przez żywioł.

W dwóch skontrolowanych organach kontrolerzy NIK stwierdzili znaczne braki w magazynach przeciwpowodziowych (np. Urząd Miasta Bielsko-Biała dysponował jedynie ok. 15 tonami piasku zamiast wymaganych 40, a w Gminie Borzęcin wyposażenie magazynu było niezgodne z gminnymi przepisami).

W 3 gminach (Dobrzeń Wielki, Tarnobrzeg i Szczucin) w operacyjnych planach ochrony przed powodzią brakowało ważnych informacji (jak np. liczba osób i budynków zagrożonych powodzią, wielkość obszarów obarczonych ryzykiem wystąpienia powodzi czy przyczyny zagrożenia poszczególnych terenów). Plany nie wskazywały działań prewencyjnych, nie przewidywały systemu ostrzegania mieszkańców i reagowania na zagrożenia powodziowe ani nie określały sposobu monitorowania zagrożeń, zapewnienia sił ratowniczych i środków technicznych niezbędnych do usuwania skutków zagrożeń.

29 proc. gmin z własnej inicjatywy podejmowało działania w celu zabezpieczenia mieszkańców przed skutkami powodzi. Zdaniem Izby były to jednak pojedyncze działania, nie tworzące kompleksowego systemu, który w znaczący sposób przyczyniłby się do poprawy bezpieczeństwa ludzi i mienia przed powodzią czy ograniczył straty materialne.

Zaniedbania po stronie gmin częściowo miały związek z brakiem precyzyjnych przepisów, które nie zobowiązywały gmin do ograniczania lub odmowy realizacji inwestycji na obszarach zagrożonych powodzią. Problemem była też opieszałość Regionalnych Zarządów Gospodarki Wodnej. Dyrektorzy RZGW byli ustawowo zobowiązani do opracowywania studiów ochrony przeciwpowodziowej, które miały pomóc gminom w zarządzaniu takimi terenami. Według danych RZGW tylko dwóch Dyrektorów wywiązało się z określonego prawem obowiązku.

NIK podkreśla jednak, że ani niedoskonałości prawa, ani zaniedbania organów administracji rządowej (Dyrektorów RZGW) nie zwalniają gmin z odpowiedzialności za racjonalne kształtowanie polityki przestrzennej, w tym planowanie zabudowy z uwzględnieniem zagrożenia powodziowego.

W celu zminimalizowania potencjalnych skutków powodzi w przyszłości Najwyższa Izba Kontroli wnioskuje o podjęcie działań przez wójtów, burmistrzów i prezydentów miast w zakresie:

objęcia miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego wszystkich terenów zagrożonych powodzią i stworzenia w nich szczególnych warunków dla inwestycji, w tym wymagań konstrukcyjnych dla obiektów budowanych na tych terenach;
pilnego uwzględnienia w miejscowych planach granic obszarów szczególnego zagrożenia powodzią w celu określenia terenów, na których należy wprowadzić ograniczenia zabudowy;

informowania inwestorów o zagrożeniach wynikających z lokalizacji inwestycji na terenach zagrożonych powodzią w treści wydawanych decyzji o warunkach zabudowy i decyzjach o pozwoleniu na budowę;

podjęcia działań zapewniających przestrzeganie terminu wydawania decyzji administracyjnych zgodnie z Kpa;
uzgadniania projektów decyzji o warunkach zabudowy z właściwymi organami, określonymi w przepisach ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym.

Jakość paliw w 2013 roku

Poprawia się jakość paliw. W ubiegłym roku Inspekcja Handlowa zakwestionowała 3,92 proc. skontrolowanych próbek paliw płynnych – rok wcześniej było to 4,14 proc. Zastrzeżenia dotyczyły częściej jakości oleju napędowego niż benzyny

Paliwo, które nie spełnia wymagań jakościowych może wpływać na zwiększenie jego zużycia. Bywa ono także przyczyną pogorszenia stanu technicznego silnika, co w konsekwencji może prowadzić do awarii. Naraża to właściciela samochodu na koszty napraw oraz dyskomfort jazdy. Inspekcja Handlowa bada jakość oferowanego na rynku paliwa już od ponad 10 lat. W czasie pierwszej kontroli w 2003 roku odsetek próbek paliw ciekłych niespełniających wymogów jakościowych wyniósł 30 proc. W kolejnych latach ilość stwierdzanych nieprawidłowości znacząco spadła i utrzymuje się na poziomie poniżej 5 proc. Od siedmiu lat obowiązuje ustawa o systemie monitorowania i kontrolowania jakości paliw pozwalająca na kontrolę na każdym etapie dystrybucji – od wytwórcy poprzez magazyny, hurtownie, transport aż po stacje paliwowe. Inspekcja Handlowa kontroluje niemal wszystkie rodzaje paliw dostępnych na rynku: olej napędowy, benzynę, gaz LPG, biopaliwa. Wyniki ubiegłorocznych kontroli pokazują, że poprawiła się jakość oleju napędowego natomiast nieco więcej zastrzeżeń dotyczyło benzyny bezołowiowej i LPG.

Stacje wybrane losowo

Jak pokazuje raport z losowych kontroli przeprowadzonych w 2013 roku, poprawiła się jakość paliw ciekłych na stacjach benzynowych. Spośród 945 próbek pobranych na 945 stacjach, norm nie spełniało 3,92 proc. (rok wcześniej było to 4,14 proc.). Mniej zastrzeżeń dotyczyło jakości wlewanego do baków oleju napędowego – zakwestionowano 5,42 proc. przebadanych próbek (rok wcześniej 7,84 proc.). Nieco pogorszyła się natomiast jakość  benzyny – wymaganiom nie odpowiadało 2,78 proc. próbek (w 2012 roku – 1,43 proc.).

Największe odstępstwa od norm jakościowych paliw ciekłych stwierdzono w województwach: opolskim – 11,11 proc. próbek, podkarpackim – po 10,20 proc. próbek, lubelskim – 6,78 proc. próbek, łódzkim – 5,56 proc. próbek. Nieprawidłowości nie odnotowano w województwach: kujawsko-pomorskim, małopolskim i warmińsko-mazurskim.

Przeprowadzone w 2013 roku losowe kontrole jakości gazu LPG wykazały nieprawidłowości w przypadku 2,31 proc. sprawdzonych próbek (rok wcześniej było to 1,03 proc.).

Stacje, na które napłynęły skargi

Inspekcja Handlowa przeprowadziła również kontrole stacji, na które skarżyli się kierowcy, wytypowane przez organy ścigania oraz te, na których w poprzednich latach stwierdzono nieprawidłowości. Z pobranych 577 próbek oleju napędowego i benzyny na 508 stacjach zakwestionowano 7,8 proc. (rok wcześniej było to 11,57 proc.). Zastrzeżenia dotyczyły częściej oleju napędowego – 9,42 proc. próbek (13,81 proc. w poprzednim roku), niż  benzyny – 4,62  proc. próbek (7,25 proc. w poprzednim roku). W ramach kontroli gazu LPG zakwestionowano tylko 1 próbkę (1,59 proc. zbadanych).

Najwięcej odstępstw od wymagań jakościowych paliw ciekłych zanotowano w województwach: świętokrzyskim (14,29 proc. próbek), śląskim i zachodniopomorskim (po 12,31 proc. próbek), opolskim (11,11 proc. próbek), kujawsko-pomorskim (10,26 proc.  próbek) oraz łódzkim (10 proc.  próbek). Natomiast w województwach lubuskim, podlaskim i warmińsko-mazurskim, nie stwierdzono żadnych odstępstw.

Kwestionowane parametry

W przypadku oleju napędowego wśród najczęściej kwestionowanych parametrów znalazła się zbyt niska temperatura zapłonu oraz zbyt wysoki poziom siarki. Zbyt niska temperatura zapłonu stwarza niebezpieczeństwo wybuchu oparów oleju podczas nalewania paliwa z dystrybutora do baku. Duża ilość siarki natomiast przyczynia się do korozji silnika i zużycia jego niektórych elementów.

W przypadku benzyny najczęściej kwestionowano nieprawidłową prężność par, która prowadzi do kłopotów z uruchomieniem silnika, a nawet jego unieruchomienia w efekcie tworzenia się korków parowych. Zastrzeżenia budziło też m.in. niedotrzymanie wymagań RON – badawczej liczby oktanowej. Zbyt niska liczba oktanowa może być powodem występowania w silniku spalania stukowego, co oznacza nieprawidłowy przebieg spalania, powodujący głośną i nierównomierną pracę silnika oraz większe zużycie paliwa.

 W przypadku gazu LPG zastrzeżenia najczęściej dotyczyły przekroczenia dopuszczalnego poziomu całkowitej zawartości siarki, co grozi korozją niektórych elementów silnika.

 Działania Inspekcji Handlowej

W roku 2013 IH wydała 21 decyzji o wycofaniu z obrotu paliw ciekłych niespełniających norm oraz przekazała do Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki informacje dotyczące 65 stacji paliw i hurtowni, gdzie stwierdzono naruszenie warunków udzielonych koncesji na obrót paliwami ciekłymi oraz przepisów ustawy prawo energetyczne. Prezes URE ma kompetencje do zakazania sprzedaży paliwa tym przedsiębiorcom, którzy naruszają warunki koncesji.

W wyniku przeprowadzonych kontroli w 2013 roku IH skierowała do prokuratur 88 zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Dotychczas wszczęto postępowania w 65 przypadkach: do sądów skierowano 6 aktów oskarżenia, 35 spraw umorzono m.in. z powodu braku znamion przestępstwa, 18 jest w toku. Obowiązujące przepisy przewidują surowe sankcje za obrót paliwem złej jakości – grzywnę w wysokości do 1 mln złotych lub karę pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.

Rządowy projekt ustawy konsumenckiej ograniczy zamawianie usług przez telefon. Konieczne będzie wysyłanie potwierdzenia na piśmie

0

CEO Magazyn PolskaPrace nad rządowym projektem ustawy konsumenckiej, wdrażającej dyrektywę unijną, wciąż trwają. Część zmian zawartych w projekcie wykracza poza przepisy dyrektywy. I to ze szkodą dla działających na rynku przedsiębiorstw. Niektóre przepisy mogą również dla klientów oznaczać utrudniony dostęp do nowoczesnych usług. Składanie zamówień czy aktywacja usług przez telefon, np. u operatorów komórkowych, ma być niemożliwe. Konieczne będzie przesłanie potwierdzenia na piśmie.

 – Niestety, z niepokojem obserwujemy jako przedsiębiorcy, że kształt projektu wykracza poza to, co nakazuje nam dyrektywa. Nie są to drobiazgi, lecz zapisy, które mają daleko idące konsekwencje. Mamy nadzieję, że dalsze prace nad projektem będą uwzględniały koncepcję harmonizacji naszego prawa względem dyrektywy bez tworzenia nowych, dodatkowych definicji, przepisów i reżimów prawnych – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Teresa Wierzbowska, wiceprezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Zakładane przez projekt zmiany mogą wprowadzić poważne utrudnienia dla konsumentów w dostępie do nowoczesnych modeli sprzedaży i kupna produktu. Dotyczy to między innymi sprzedaży telefonicznej, która miała uprościć proces sprzedaży na odległość. W projekcie znalazły się jednak treści, które ten proces mogą znacznie utrudnić.

W tym momencie wśród zapisów, których nie ma w dyrektywie, a które znalazły się w polskim projekcie, jest między innymi ten mówiący, że procedura aktywacji danej usługi przez telefon musi być wzbogacona jeszcze o inne działania – o potwierdzenie tej woli na papierze lub innym trwałym nośniku – tłumaczy ekspertka.

Wedle projektu, przedsiębiorca będzie zobowiązany do potwierdzenia umowy na trwałym nośniku, ponadto konsument ma być związany z ofertą dopiero po złożeniu oświadczenia, także utrwalonego na trwałym nośniku. W ten sposób usługa telefoniczna, w założeniu prosta i szybka, znacznie się wydłuży.

Klienci, którzy swoje sprawy będą chcieli załatwić na przykład podczas urlopu, będą mieli ograniczoną możliwość skorzystania z części usług. Co więcej, wymóg dodatkowej akceptacji ma obowiązywać także wtedy, gdy klient chce w ramach już zawartej umowy z danym usługodawcą uruchomić dodatkową usługę, nawet jeśli rozmowa jest nagrywana.

 – Druga kwestia, która nas niepokoi, to próba objęcia tym reżimem nie tylko towarów, które kupujemy poza lokalem przedsiębiorstwa czy w internecie, lecz także treści cyfrowych. To znacznie utrudni dostęp do szeregu nowoczesnych, innowacyjnych usług, a także może zwiększyć ich koszty. Za dodatkowe obowiązki nałożone na przedsiębiorców ostatecznie płaci konsument – podkreśla Teresa Wierzbowska.

Nowa ustawa o prawach konsumenta ma obowiązywać najpóźniej od 13 czerwca tego roku, w związku z tym prace nad ostatecznym kształtem projektu toczą się bardzo dynamicznie. Ustawa zwiększająca ochronę konsumentów ma szanse być dużym politycznym sukcesem, zwłaszcza w obliczu gorącego przedwyborczego okresu, jednak Teresa Wierzbowska podkreśla, że pośpiech może skutkować wręcz odwrotną sytuacją, czyli utrudnieniami dla konsumentów.

Większość naszych argumentów, niestety, nie jest brana pod uwagę. Widać, że narzucone tempo prac bierze prym nad jakością samego procesu. Jest jeszcze czas, są też starannie przygotowywane poprawki, mamy nadzieję, że będzie jeszcze przestrzeń na to, żebyśmy siedli do stołu i zastanowili się, jakie konsekwencje taki projekt ustawy ma zarówno dla przedsiębiorców, jak i konsumentów – podsumowuje wiceprezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Nowy podpis prezesa NBP i jeszcze lepsze zabezpieczenia. Za tydzień na rynek trafią nowe banknoty

0

Za tydzień do obiegu trafią nowe banknoty, które Narodowy Bank Polski zamówił w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Zmienią się wszystkie nominały poza 200 zł. Nowe banknoty mają zapewnić większe bezpieczeństwo użytkownikom i utrudnić życie fałszerzom. To pierwsza zmiana od 19 lat.

Obowiązujące dziś na rynku nominały mają jeszcze podpis byłej prezes NBP Hanny Gronkiewicz-Waltz – na nowych znajdzie się podpis obecnego prezesa banku Marka Belki. Banknoty ze zmodernizowanymi zabezpieczeniami trafią do obiegu 7 kwietnia 2014 roku.

Modernizacja obejmie nominały 10, 20, 50 i 100 złotych. Wykorzystywane dziś banknoty mają wystarczające zabezpieczenia przed fałszerstwami, jednak NBP postanowiło zareagować na zmieniające się technologie.

Banki centralne prowadzą działania wyprzedzające i my również takie działania podjęliśmy. Od ostatnich zmian projektowych – przypomnę, że obecna seria banknotów została wprowadzona do obiegu w 1995 roku – nastąpił też postęp technologiczny w dziedzinie sortowania banknotów przez duże maszyny liczące. Musieliśmy więc wprowadzić szereg udogodnień, by ten proces odbywał się sprawniej – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Barbara Jaroszek, zastępca dyrektora w Departamencie Emisyjno-Skarbcowym Narodowego Banku Polskiego.

Dodaje, że koszty nowych banknotów ze zmodernizowanymi zabezpieczeniami będą niższe od dotychczasowych, a wizerunek na banknotach nie ulegnie zmianie. Natomiast użytkownicy już na pierwszy rzut oka zobaczą różnicę pomiędzy banknotami dotychczasowymi i banknotami zmodernizowanymi.

Na wszystkich banknotach zostanie odkryte tzw. pole bieli, niezadrukowane pole po lewej stronie, tam, gdzie dziś widzimy oznaczenie nominału. Dzięki temu będzie można lepiej widzieć znak wodny umieszczony po lewej stronie – tłumaczy Barbara Jaroszek.

Dyrektor informuje, że do istniejących znaków wodnych dodano symbol nominału, a zmianie uległ też druk recto-verso – obustronny nadruk w prawym górnym rogu wszystkich banknotów. Będzie bardziej czytelny. Zmieni się też wizerunek korony w owalu. Pewne zmiany wystąpią w poszczególnych nominałach.

Na 10- i 20-złotowych banknotach na odwrotnej stronie pojawi się opalizujący pas w kolorze odpowiadającym nominałowi. Natomiast na banknocie 50-złotowym będziemy mieli w innym kolorze wydrukowaną królewską literę „K” – wyjaśnia przedstawicielka NBP.

Jaroszek dodaje, że zmianie ulegnie także banknot 100-złotowy, z którego zniknie złota rozeta na lewo od władcy, a po prawej stronie zmieni się całkowicie wizerunek dotychczasowej rozety, która uzyska kolor złoty przechodzący do zielonego.

Zmiany wyglądu banknotów to nic nowego.

To operacja standardowa, techniczna, podejmowana przez różne banki centralne. W ostatnim czasie Europejski Bank Centralny wprowadził do obiegu zmodernizowany banknot 5 euro. W tym roku trafi do obiegu zmodernizowany banknot 10 euro. Warto też przypomnieć, że na przykład amerykański bank centralny pod koniec zeszłego roku wprowadził zmodernizowany banknot 100-dolarowy – informuje Przemysław Kuk z Biura Prasowego Narodowego Banku Polskiego.

Dodaje, że zmiany projektów i wyglądu przeprowadza się co kilka do kilkunastu lat, np. w związku z pojawieniem się nowych technologii czy z rosnącą aktywnością fałszerzy.

To wyścig z fałszerzami, który trwa w każdym kraju – uważa Przemysław Kuk.

W Polsce nowe banknoty ostatnio wprowadzono na rynek w 1995 roku i były to banknoty spełniające najwyższe światowe wymogi pod względem zabezpieczeń. Najnowsza modernizacja znów wprowadzi polskie banknoty na najwyższą światową półkę z zabezpieczeniami, których nie powstydzą się najważniejsze waluty świata.

Proces wymiany banknotów potrwa kilka lat, gdyż Narodowy Bank Polski będzie wprowadzał zmodernizowane banknoty na miejsce jedynie banknotów zniszczonych lub zabrudzonych. A żywotność banknotu zależy od nominału i waha się od 1,5 roku do 2 lat w przypadku niskich nominałów do 5, czy nawet więcej lat w przypadku banknotów o wyższych nominałach 50 i 100 złotych – przypomina Przemysław Kuk.

Od jutra zmieniają się zasady odliczenia podatku VAT od aut firmowych

Dziś jest ostatni dzień, w którym można kupić samochód z przeznaczeniem na działalność gospodarczą i odliczyć pełną wartość podatku VAT, a także nabyć uprawnienie do odliczenia całego podatku od paliwa i części zamiennych. Od 1 kwietnia będą obowiązywały nowe przepisy, według których prawo do odliczenia podatku zostanie ograniczone. Będzie można w dalszym ciągu odliczać VAT, ale tylko wtedy, gdy samochód będzie wykorzystywany wyłącznie do celów służbowych.

Aktualnie obowiązujące przepisy dopuszczają możliwość odliczenia 100 proc. VAT od pojazdów ciężarowych do 3,5 tony, które spełniają określone wymogi w zakresie ładowności i liczby miejsc – mówi Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu. – Te pojazdy, jeżeli zostaną faktycznie wydane, na przykład leasingobiorcom i umowy będą zarejestrowane w urzędzie skarbowym w ciągu 30 dni od daty wejścia w życie ustawy, zachowają prawo do pełnego odliczania podatku VAT.

Wszystkie pozostałe pojazdy przejdą na nowe zasady. Będą podzielone na dwie grupy – te, które są wykorzystywane do prowadzenia działalności oraz do celów prywatnych, oraz takie, z których przedsiębiorca korzysta tylko do celów służbowych.

 Jest oczywiście wyróżniona grupa pojazdów, które z założenia nie będą wykorzystywane dla celów prywatnych, czyli które z powodu swojej konstrukcji są przeznaczone do działalności gospodarczej – tłumaczy Sugajski. – Natomiast w przypadkach takich, gdzie użycie do celów prywatnych mogłoby ewentualnie mieć miejsce, należy stworzyć takie warunki użytkowania tych pojazdów, aby nie mogły one być użytkowane do celów prywatnych.

Będzie to wymagało złożenia do urzędu skarbowego odpowiedniej informacji i prowadzenia szczegółowej ewidencji przebiegu takiego pojazdu, żeby móc wykazać, że rzeczywiście auto nie jest w żaden sposób użytkowane w celach niesłużbowych. W każdym innym przypadku zakup samochodu po 31 marca da przedsiębiorcy prawo do odliczenia 50 proc. podatku VAT od zakupu i kosztów eksploatacyjnych. Wyjątkiem będą wydatki na paliwo – nie będzie można odliczać podatku VAT co najmniej do 1 lipca 2015 r.

Nawet w przypadku, kiedy nastąpiło już odliczenie VAT-u w wysokości dotychczas limitowanej, czyli 60 proc., nie więcej niż 6 tys. zł, przysługują prawa do dalszego odliczania podatku VAT w wysokości 50 proc. wysokości podatku – tłumaczy ekspert.

Odliczenie będzie więc przysługiwało na przykład przy fakturach za leasing samochodu zakupionego przed 1 stycznia tego roku. Jest to rozwiązanie korzystniejsze dla podatników, którzy do tej pory mogli odliczać 60 proc. wartości podatku z takich faktur, ale tylko do limitu 6 tys. zł.

Zmiany w odliczeniach VAT-u i trzymiesięczny okres, w którym można było kupić samochód z prawem do pełnego odliczenia, znacząco wpłynęły na wyniki branży motoryzacyjnej.

W styczniu ruch w salonach nie był jeszcze tak bardzo zauważalny, czyli zainteresowanie samochodami z kratką nie było aż tak bardzo duże stanowiło zaledwie 6 proc. ogólnej sprzedaży. Natomiast po lutym już jest to około 20 proc. całkowitej sprzedaży w salonach samochodowych – mówi Sugajski.

Według danych CEPiK, cytowanych przez firmę badawczą Samar, od początku roku zarejestrowano w Polsce 17 228 aut osobowych z homologacją ciężarową, z czego w ciągu pierwszych 20 dni marca – 6 196 sztuk. W całym 2013 roku zarejestrowano 16 276 takich samochodów.

Netia zainwestuje 200 mln zł w infrastrukturę i usługi. Chce rozbudować sieć publicznych hotspotów

0

Modernizacja infrastruktury i rozwój usług telewizyjnych to priorytety inwestycyjne Netii. Spółka przygląda się również możliwościom wyjścia poza rynek telekomunikacyjny, choć konkretnych planów związanych z usługami łączonymi jeszcze nie ma. Chce za to rozwijać technologię Wi-Fi. Łącznie na wszystkie inwestycje firma planuje przeznaczyć w 2014 roku około 200 mln złotych.

Stawiamy mocno na modernizację sieci telekomunikacyjnych. Zdajemy sobie sprawę z tego, że szybkość funkcjonowania internetu jest dla naszych klientów bardzo ważna, więc musimy tę sieć modernizować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Suszek, członek zarządu Netia SA.

Podkreśla jednak, że spółka nie będzie koncentrować się jedynie na internecie stacjonarnym.

Widzimy duży potencjał w technologii Wi-Fi. Każde urządzenie mobilne: telefon, smartfon czy tablet, ma tę technologię. I to jest koncepcja wyjścia nawet poza zakres naszej sieci telekomunikacyjnej – twierdzi Mirosław Suszek.

Z badań Komisji Europejskiej wynika, że 71 proc. danych przesyłanych za pośrednictwem sieci bezprzewodowych w UE w 2012 r. trafiło do smartfonów i tabletów za pośrednictwem sieci Wi-Fi. Pomimo coraz większej popularności mobilnego internetu LTE, wskaźnik ten ma wzrosnąć do 78 proc. w 2016 r.

Możliwość udostępniania swojej sieci Wi-Fi innym użytkownikom jako pierwsza wprowadziła Netia. Usługa Fon tworzy globalną sieć stworzoną przez ludzi z całego świata. Każdy z jej użytkowników dzieli niewielką część swojego łącza, w zamian otrzymując darmowy dostęp do Wi-Fi w ponad 250 tysiącach miejsc w Polsce i w 12,6 miliona miejsc na całym świecie.

Netia chce pójść jeszcze krok dalej, budując sieć publicznych hotspotów.

Myślimy o budowie tak zwanych publicznych hotspotów i umożliwieniu naszym klientom korzystania z usług Netii nie tylko w obrębie mieszkania, lecz także w miejscach, w których będzie to dla nich bardzo wygodne, nawet w drodze z domu do pracy czy w takich miejscach jak galerie handlowe – tłumaczy członek zarządu Netia SA.

Spółka ma dwa pomysły na budowę darmowych hotspotów.

Możemy budować własne publiczne hotspoty i uzyskiwać przychody z reklam. Możemy też współdzielić koszty z operatorem, np. kawiarni, który chciałby mieć profesjonalną sieć Wi-Fi. Dla przykładu wygraliśmy przetarg na profesjonalną dostawę rozwiązania Wi-Fi do sieci Coffee Heaven – mówi Mirosław Suszek.

Oprócz budowania powszechnego dostępu do internetu, w czym Netia chce stać się numerem jeden, jak deklaruje członek zarządu firmy, operator chce w dynamiczny sposób rozwijać swoje inne usługi.

Patrząc na rozwój liczby klientów telewizji osobistej Netii, jesteśmy najszybciej rosnącym operatorem płatnej telewizji w Polsce. I tu nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa, zamierzamy dalej inwestować w tę usługę i oferować coraz ciekawsze rozwiązania dla naszych klientów – zapowiada Mirosław Suszek.

Jak podkreśla, spółka nie zamyka się tylko na rynek telekomunikacyjny i szuka możliwości wejścia w inne branże, jednak konkretnych planów nie ma. W październiku 2012 roku Netia rozpoczęła współpracę z RWE w zakresie wspólnej sprzedaży prądu i usług telekomunikacyjnych klientom biznesowym. Projekt jednak nie do końca się udał.

Mamy specjalny zespół powołany do tego, by rozwijać biznes. Na tę chwilę widzimy potencjał wzrostu w oparciu o aktywa, które Netia ma dzisiaj, czyli bardzo dobrze rozbudowaną sieć szkieletową, platformy usługowe. I na tę chwilę to jest punkt, na którym koncentrujemy głównie uwagę, ale nie tracimy z pola widzenia także innych rzeczy. Jeżeli coś odpowiednio ciekawego się pojawi, nie tylko w Polsce, lecz także na świecie, na pewno będziemy to analizować. Jeżeli uznamy, że to ma sens biznesowy, będziemy wdrażać takie rozwiązania – zapewnia Mirosław Suszek.

Mniejsze zainteresowanie YouTube’em. Serwisowi wyrosła konkurencja

CEO Magazyn Polska

Po latach dynamicznych wzrostów liczby użytkowników serwisu wideo YouTube zainteresowanie serwisem spada – wynika z danych firmy Gemius, która zbadała ruch w serwisie z urządzeń stacjonarnych. Przyczyny mogą być dwie. Z jednej strony część ruchu w sieci przenosi się na urządzenia mobilne, a z drugiej – pojawiają się podobne usługi i kanały tematyczne, które stanowią konkurencję dla YouTubea.

Od czasu powstania w 2005 roku YouTube rósł tak dynamicznie, że wkrótce po tym został kupiony przez firmę Google za 1,65 mld dolarów. W Polsce i na Węgrzech z YouTube’a korzysta ponad 70 proc. internautów. Tylko minimalnie mniejszą popularnością cieszy się w Turcji.

Do 2012 roku użytkowników przybywało. Jednak w ubiegłym roku odnotowano zahamowanie trendu wzrostowego, a w niektórych krajach nawet lekkie spadki. W Danii był to drugi rok z rzędu spadku popularności – w grudniu 2011 roku stronę YouTube.com odwiedziło 2,22 mln internautów (56 proc.), a w 2013 roku – 2,13 mln (53 proc.) – wynika z badań firmy Gemius, która przeanalizowała popularność serwisu w 17 krajach.

To tendencja widoczna w badaniu ruchu z urządzeń stacjonarnych – laptopów, pecetów i podobnych urządzeń. Jedną z hipotez wyjaśniających zmianę trendu jest przenoszenie się ruchu na urządzenia mobilne, którego nie widzimy dokładnie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Kot, dyrektor badań w Interaktywnym Instytucie Badań Rynkowych (IIBR) z Grupy Gemius.

Na zmiany mogą mieć wpływ także inne czynniki. Szef badań IIBR zwraca uwagę, że powstają klony YouTube’a – serwisy tematyczne, np. specjalne kanały kulinarne czy modowe tworzone przez vlogerów (blogerów wideo), które mogą odebrać część użytkowników YouTube’owi. Takie zjawisko zaobserwowano w przypadku Facebooka, z którego część młodych użytkowników odchodzi do alternatywnych portali społecznościowych, by uniknąć kontaktu z rodzicami, którzy także korzystają z Facebooka.

Szef badań w IIBR podkreśla, że zmiany w tym zakresie w kolejnych latach są nieuniknione. Za liderami rynku prędzej czy później pojawiają się konkurenci, budujący pozycję kopiowaniem oferty lidera lub propozycjami alternatywnymi.

YouTube silnie urósł, jest ogromny, a to rodzi pytanie, czy i o ile może jeszcze rosnąć. Konkurencja z alternatywną ofertą może szczególnie zainteresować młodzież, a YouTube jest mocno sprofilowany na młode osoby – tłumaczy dyrektor badań w IIBR.

To widać w badaniach Gemiusa: w większości obserwowanych krajów co najmniej połowa użytkowników to osoby do 34. roku życia. W krajach arabskich to 70-80 proc. użytkowników, w Polsce – 60 proc. Wyjątkiem jest Dania, gdzie przeważają starsi użytkownicy.

W Danii z YouTube’a i w ogóle z internetu korzysta duży odsetek osób powyżej 35., a nawet 55. roku życia. To efekt internetowego zaawansowania kraju. Starsi użytkownicy na YouTube znajdują dla siebie dobrą ofertę – komentuje Michał Kot.

Dyrektor dodaje, że w krajach mniej zaawansowanych w rozwoju internetu, jak w Polsce czy na Węgrzech, osoby starsze rzadziej korzystają z sieci, a nawet jeśli korzystają, to nie widzą w serwisie wideo odpowiedniej dla siebie oferty. Z kolei według badań Gemiusa, Polska jest wyjątkowa pod względem płci użytkowników. W większości krajów Europy Środkowo-Wschodniej z YouTube’a korzysta nieco większy odsetek mężczyzn niż kobiet, nad Wisłą przeważają panie, ostatnio coraz bardziej aktywne w internecie.

Sprzedaż leków bez recepty zmniejsza wydatki na służbę zdrowia o 3,5 mld zł rocznie

CEO Magazyn Polska

Dzięki rosnącej sprzedaży leków dostępnych bez recepty budżet państwa oszczędza nawet 3,5 mld zł rocznie szacuje Polski Związek Producentów Leków bez Recepty (PASMI). Dlatego zwiększanie ich dostępności, np. w sprzedaży pozaaptecznej, może mieć nie tylko pozytywny skutek dla pacjentów, lecz także dla służby zdrowia. Właściciele aptek i punktów aptecznych nie powinni na tym stracić, bo pozaapteczna sprzedaż leków bez recepty stanowi niecałe 2 proc. rynku.  

Z naszych wstępnych analiz wynika, że dzięki intensywnie rozwijającej się od kilkunastu lat sprzedaży leków bez recepty na rynku polskim, budżet państwa mógł zaoszczędzić około 3,5 mld zł rocznie, co w obecnej sytuacji opieki zdrowotnej, przy trudnościach w dostępie do lekarzy pierwszego kontaktu i długim oczekiwaniu na konsultację, daje duże możliwości. Myślę, że dzięki temu minister zdrowia, patrząc całościowo na politykę lekową, również znajdzie czas dla branży leków bez recepty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Jankowska, prezes zarządu Polskiego Związku Producentów Leków bez Recepty (PASMI).

Jankowska podkreśla, że leki OTC („over the counter”, czyli dostępne bez recepty) są bardzo pomocne w przypadku doraźnego leczenia prostych dolegliwości, takich jak: problemy żołądkowe, bóle głowy czy przeziębienie. Dzięki ich sprzedaży np. na stacjach benzynowych i w sklepach spożywczych Polacy, zwłaszcza na terenach wiejskich, mogą łatwiej kupić potrzebny im lek. Dlatego ich dostępność nie powinna ograniczać się jedynie do aptek, jak chce tego Naczelna Rada Aptekarska.

Na terenach wiejskich, gdzie mieszka ok. 40 proc. naszej społeczności, ludzie byliby pozbawieni możliwości poradzenia sobie z problemem – mówi Ewa Jankowska. – Trzeba też pamiętać, że nie wszystkie leki OTC są dostępne w sprzedaży pozaaptecznej. Są to tylko wybrane substancje, których profil bezpieczeństwa został sprawdzony, to jest minimum 10 lat weryfikowania bezpieczeństwa danego produktu sprzedawanego już na poziomie apteki. Są to głównie substancje przeciwbólowe i wykorzystywane w przeziębieniu i grypie oraz drobnych dolegliwościach żołądkowych.

Jankowska dodaje, że o spadek przychodów nie muszą obawiać się właściciele aptek i punktów aptecznych. Jak pokazują dane, obydwa kanały sprzedaży są komplementarne. Prezes PASMI wylicza, że wartość sprzedaży aptek i punktów aptecznych to ponad 28 mld zł. Leki OTC to mniej niż połowa z tego rynku – 11,7 mld zł. Tymczasem na rynku pozaaptecznym sprzedaje się te leki za tylko ok. 360 mln zł oraz suplementy diety za 100 mln zł. Do tego sprzedaż leków OTC w aptekach rośnie szybciej – w latach 2008-2012 aż o 25 proc.

PASMI na początku marca w odpowiedzi na postulaty Naczelnej Rady Aptekarskiej, zaproponowało premierowi i ministrowi zdrowia zwołanie okrągłego stołu w sprawie leków OTC.

Jest kilka kwestii, które powinniśmy omówić z Naczelną Radą Aptekarską, istotnych kwestii dotyczących bezpieczeństwa. Natomiast co do dostępności leków, to przynajmniej leki bez recepty powinny mieć jak najszerszą dostępność dla pacjenta – uważa Jankowska. – Chodzi o to, żeby pacjent zgodnie z konstytucją miał prawo zarówno do leczenia, opieki zdrowotnej, jaki i do stanowienia o sobie.

Dodaje, że liczy na zrozumienie ze strony Ministerstwa Zdrowia i skuteczniejszą politykę wsparcia dla rynku OTC.

Air France-KLM szykuje zmiany dla pasażerów w klasie biznes

CEO Magazyn Polska

Francusko-holenderski koncern lotniczy Air France-KLM liczy na kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży w Polsce w tym roku. Choć najważniejsze dla przewoźnika są trasy bezpośrednie z Warszawy do Paryża i Amsterdamu, nawet połowa pasażerów kontynuuje podróż do dalszych destynacji. Zachęcać ma ich do tego m.in. ulepszona oferta na pokładzie samolotów.

Przychód z Polski jest generowany na poziomie 1/3 całego regionu Europy Środkowej, pracujemy na najwyższym poziomie. W 2013 roku osiągnęliśmy nasze cele sprzedażowe, a nawet je przekroczyliśmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Gielnik, przedstawiciel handlowy Air FranceKLM. – Wiemy, że obecny rok będzie okresem dużych zmian i inwestycji, które z pewnością pozwolą nam osiągnąć zaplanowane cele. Liczymy na kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży, jeżeli chodzi o sprzedaż z rynku polskiego.

Z Polski linie Air France i KLM oferują bezpośrednie połączenia z Warszawy wyłącznie do Paryża i Amsterdamu. W pierwszych trzech kwartałach 2013 r. (Urząd Lotnictwa Cywilnego nie opublikował całorocznych danych) przewoźnicy łącznie przewieźli ok. 158 tys. pasażerów (niecałe 1,5 proc. udziału w rynku). Gielnik podkreśla, że ok. połowa z nich kontynuowała podróż.

AF-KLM rozwija siatkę połączeń, zarówno długodystansowych, jak i europejskich. Koncern ze swoich baz w Paryżu i Amsterdamie uruchomił trasy m.in. do Montevideo (Urugwaj), Santiago de Chile, Fukuoki oraz Bergen, Zagrzebia, Turynu i Bilbao. Poza inwestycjami w nowe trasy grupa wprowadza zmiany również we flocie.

Dzięki strategii „Best & Beyond” Air France-KLM chce poprawić swoją ofertę właśnie dla pasażerów na trasach długodystansowych. Inwestycje łącznie wyniosą ok. 500 mln euro, a dzięki nim poprawi się komfort we wszystkich klasach podróży. Gielnik przypomina, że przewoźnik już podniósł standard w klasie ekonomicznej, a w tym roku zmiany obejmą wyższe klasy podróży.

W naszym projekcie „Best & Beyond uczestniczyło już 3,5 tys. osób od pasażerów, poprzez firmy doradcze, konsultingowe, aż do pracowników Air France i KLM. Dyskutowano i doradzano, w jaki sposób polepszyć naszą ofertę dla pasażerów. W związku z tym cały sztab ludzi opracował nową strategię rozwoju produktu od klasy ekonomicznej po klasę pierwszą – mówi Gielnik.

Obecnie zmiany trwają przede wszystkim w klasie biznes. KLM rozpoczął już proces wymiany foteli w Boeingach 747-400, który ma zakończyć się w ciągu najbliższych tygodni. Na lato zaplanowana jest wymiana foteli w Boeingach 777-200ER. Air France zamierza rozpocząć proces wymiany od samolotów Boeing 777-200ER i 777-300ER, a pierwsze zmodernizowane samoloty rozpoczną loty na przełomie czerwca i lipca tego roku.

Od maja tego roku będziemy wypuszczać nowości, jeżeli chodzi o zmiany produktowe w klasie pierwszej. Klient zauważy przede wszystkim nowe kabiny, wygodne fotele z nowym designem, formą przypominające kołyskę, co z pewnością wpłynie na poprawę komfortu podróży, zwłaszcza jeżeli chodzi o przelot nocny, czyli podczas snu. Standard spożywania posiłków na pokładzie również zostanie podniesiony –  pojawią się nowe stoliki, zwiększona zostanie również przestrzeń na blaty i nogi. – wylicza Gielnik.

Komfort pasażerów podniesie się także dzięki zmniejszeniu liczby miejsc o 9 proc., co przełoży się na więcej miejsca dla podróżnych. Gielnik dodaje, że KLM zaproponuje także fotel rozkładany do łóżka o długości ponad 2 metrów – największej w Europie. Obydwaj przewoźnicy w koncernie przygotowali też bogatą ofertę rozrywki pokładowej. W klasie biznes pasażerowie KLM będą mogli korzystać z 17-calowych monitorów, a w Air France z 16-calowych.

Gielnik dodaje, że poprawa standardu klasy biznes nie oznacza zmiany cen. Pozwoli jednak przewoźnikom zwiększyć wypełnienie dzięki podwyższonemu komfortowi.

Sieć drogerii Dayli chce mieć na koniec roku prawie 200 placówek. Rusza kampania reklamowa z udziałem sióstr Radwańskich

0

CEO Magazyn Polska

Sieć Dayli Polska, oferująca produkty drogeryjne razem ze spożywczymi oraz usługami finansowymi czy pocztowymi, planuje ekspansję w dużych miastach. Wkrótce rozpocznie się kampania reklamowa z udziałem sióstr Radwańskich. Zarząd jest przekonany, że nowatorska formuła sieci pozwoli na szybki rozwój w kraju.

Sieć Dayli Polska powstała w 2012 r. na bazie sklepów niemieckiej sieci Schlecker, która zbankrutowała. Jej polskie sklepy zostały przejęte przez spółkę Hygienika i przekształcone w sieć Dayli. Schlecker lokował swoje drogerie głównie w małych miejscowościach, były to również sklepy mniejsze niż np. Rossmann. Teraz nowy właściciel celuje w największe aglomeracje.

Odwracamy strategię poprzedniego właściciela sieci drogerii i poszukujemy lokalizacji w dużych miejscowościach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Wierzbicka, dyrektor generalna Dayli Polska. – W ciągu ostatnich dwóch miesięcy otworzyliśmy trzy sklepy w Warszawie i dalej planujemy rozwój, zarówno w Warszawie, jak i w innych większych miastach. Także wkrótce będzie nas widać i będzie o nas głośno.

W zwiększeniu rozpoznawalności marki ma pomóc także nowa kampania reklamowa.

Ruszamy z kampanią reklamową z udziałem sióstr Radwańskich, więc myślę, że świadomość i rozpoznawalność marki oraz to, czym są drogerie plus, drogerie Dayli, będzie za kilka miesięcy znacznie wyższa – przekonuje Wierzbicka.

Drogerie plus to kategoria sklepów, które oprócz klasycznych produktów higieniczno-kosmetycznych sprzedają także produkty i usługi z innych branż. W Dayli można kupić również żywność, usługi finansowe, pocztowe czy zagrać w Lotto.

Do tej pory nie mieliśmy w Polsce formatu, który łączyłby ze sobą drogerie i asortyment typu convenience, więc jest to zupełna nowość na naszym rynku – mówi Wierzbicka.

Zdaniem dyrektor generalnej Dayli Polska, zarówno sklepy typu convenience (małe, położone w centrach miast, z długimi godzinami otwarcia i podstawowym asortymentem), jak i drogerie są na rynku coraz bardziej popularne. Dotychczas bywały lokalizowane w osobnych placówkach.

W polskich miastach znajdują się one często obok siebie – mówi Wierzbicka. – Dlatego zdecydowaliśmy się połączyć drogerie i convenience w jedno. Widzimy w tym spore szanse na rozwój, zwłaszcza że obserwacja trendów pokazuje, że sieci wielkopowierzchniowe tracą potencjał – dodaje Anna Wierzbicka.

Sieć Dayli liczy ponad 170 drogerii. W ubiegłym roku przybyło ich 20.

Mężczyźni częściej niż kobiety zamawiają jedzenie do domu. Najczęściej pizzę, burgery i chińszczyznę

CEO Magazyn Polska

Mężczyźni zamawiają jedzenie do domu znacznie częściej niż kobiety. Przyczyną zazwyczaj jest wygoda lub brak umiejętności kulinarnych. Panowie najchętniej zamawiają pizzę i coraz bardziej popularne burgery.

Pizza to idealne danie dla większej liczby osób. Jest smaczna, sycąca i łatwo ją podzielić. Większość lokali gastronomicznych, nie tylko pizzerii, ma ją w swojej ofercie, dlatego zamówienie jest szybkie i proste, a wybór wariantu smakowego praktycznie nieograniczony – mówi agencji informacyjnej Michał Rokosz z portalu Foodpanda oferującego dostawę jedzenia z różnego rodzaju lokali gastronomicznych.

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy w większych miastach odnotowano wyraźny wzrost zainteresowania burgerami. Do tej pory były dostępne głównie w barach. Obecnie są zamawiane do domu równie często jak pizza.  

Główną przyczyną rosnącej popularności burgerów jest znaczne podniesienie ich jakości i smaku. Obecnie danie to ma niewiele wspólnego z bułką z kotletem odgrzewanym w mikrofalówce w ciasnej przyczepie campingowej. Na rynku powstaje wiele coraz bardziej rozpoznawalnych brandów, które przyrządzają dobrej jakości hamburgery z prawdziwej wołowiny, ze zdrowymi dodatkami i niebanalnymi sosami. Takie burgery posiadają dużą wartość odżywczą, a ich ceny nie są wygórowane. Zestaw z frytkami można kupić nawet za 12 zł – dodaje Michał Rokosz.

Zamawiający coraz częściej zwracają uwagę na skład spożywanych posiłków. Wynika to ze wzrostu świadomości na temat metod produkcji żywności, prowadzenia zdrowego stylu życia lub określonej diety. Wiele lokali poszerza ofertę właśnie o dania dietetyczne, również w dostawie.

Reżim treningowy lub dieta nie są powodem, by rezygnować z dań z dostawą do domu. Różnego rodzaju lokale wegetariańskie lub serwujące zdrową żywność mają naprawdę bogatą ofertę. Nawet mniejsze lokale zorientowane na tradycyjną kuchnię polską zazwyczaj proponują też mniej kaloryczne i pozbawione tłuszczu dania, które spełniają wymogi nowoczesnych diet – zapewnia ekspert.

Mężczyźni najczęściej zamawiają jedzenie do domu w godzinach popołudniowych, a także w weekendowe wieczory.

Potrawą najczęściej zamawianą późnymi wieczorami lub w nocy jest pizza. Odnotowano również większe zainteresowanie dostawą do domu we wtorki i środy. Powodem są rozgrywki piłkarskie, np. Liga Mistrzów. Są one idealną okazją do spotkania w męskim gronie przy piwie i smacznym jedzeniu – mówi Michał Rokosz.

Zamawiając jedzenie przez internet, panowie decydują się na bardziej wyszukane potrawy, niż kiedy składają zamówienie telefonicznie. Im dłuższe przeglądanie menu, tym większa szansa na to, że wybiorą mniej popularne, regionalne lub egzotyczne danie, np. sushi.

Oświadczenie Zarządu w sprawie zbycia akcji na rzecz Członka Zarządu

0

W raporcie bieżącym nr 17/2014 opublikowanym w dniu 27 marca 2014 r. Zarząd MCI Management SA (Spółka) poinformował o zbyciu na rzecz Pana Sylwestra Janika, Członka Zarządu Spółki, 30.356 akcji Spółki („Akcje”). Zbyte akcje o wartości nominalnej 1,00 PLN każda w ilości 30.356 sztuk, stanowią 0,048 % udziału w kapitale zakładowym Spółki i uprawniają do 30.356 głosów na Walnym Zgromadzeniu Spółki, co stanowi 0,048 % udziału w głosach na Walnym Zgromadzeniu Spółki. Akcje zostały zakupione przez Pana Sylwestra Janika za kwotę 1 grosz za jedną akcję, łącznie za kwotę 303,56 zł.

Akcje przekazane Panu Sylwestrowi Jankowi przyznane zostały jako część wynagrodzenia w oparciu o decyzję Rady Nadzorczej Spółki, która w dniu 16 grudnia 2013 r. w drodze uchwały nr 2 przyjęła Indywidualny Program Motywacyjny dla Członka Zarządu, którego celem było powiązanie interesu kadry zarządzającej z interesem Spółki.

Podstawą prawną zbycia Akcji jest Uchwała nr 21/ZWZ/2013 Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia Spółki z dnia 28 czerwca 2013 r. w sprawie przyznawania akcji w ramach Programu Motywacyjnego oraz udzielenia upoważnienia dla Zarządu do zbywania akcji Spółki nabytych w ramach realizacji Programu Odkupu.

Asseco szuka szans inwestycyjnych na rynkach wschodzących. Stawia na kraje afrykańskie, Gruzję i Kazachstan

0

Asseco stawia na rynki wschodzące. Szansę rozwoju widzi w takich krajach, jak: Gruzja, Kazachstan, Wietnam i państwa afrykańskie. W Afryce ma już pierwsze kontrakty, takie jak budowa systemu komputerowego dla dystrybutora energii elektrycznej w Etiopii za nawet 10 mln dolarów.

 Kraje afrykańskie były naszą naturalną szansą od wielu lat. Wierzę, że w Polsce jest dużo wartości, i nie tylko dotyczy to informatyki, z którymi możemy wchodzić na te rynki. Głównie dlatego, że łatwiej nam zrozumieć kraje afrykańskie – to kraje biedne, a my do końca biedy nie zapomnieliśmy, więc mamy szansę rozumieć tych ludzi i te kraje lepiej niż firmy z krajów bogatych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Góral, prezes Asseco Poland.

Adam Góral wszedł w skład Rady Polskich Inwestorów w Afryce, której inicjatorem jest Jan Kulczyk, a której zadaniem będzie m.in. zachęcanie polskich firm do inwestycji na tym kontynencie. Coraz więcej polskich przedsiębiorców z zainteresowaniem przygląda się temu rynkowi. Góral podkreśla jednak, że niezbędna jest dobra oferta oraz stopniowe przekonywanie do naszych firm kontrahentów z Afryki.

Asseco zawarło już pierwszy kontrakt w Afryce. Wartość umowy z etiopską rządową agencją Information Network Security Agency sięgnie niemal 10 mln dolarów. Projekt budowy systemu informatycznego (fragment tzw. systemu billingowego) dla krajowego dystrybutora energii elektrycznej ma potrwać do końca 2015 r. Adam Góral przypomina, że podpisanie umowy było efektem rocznych przygotowań, które pozwoliły znacznie zmniejszyć ryzyko.

 – Projekt jest trudny. Musimy wykształcić mnóstwo Etiopczyków, którzy będą rozumieli nasze produkty. Jeśli odniesiemy sukces, to wiem, że dla rządu Etiopii staniemy się bardzo wiarygodną firmą. Mamy nadzieję, że spróbujemy wspólnie rozwiązywać inne problemy informatyczne tego kraju – zapowiada Góral.

Zaznacza, że potencjał rozwoju Etiopii w tym obszarze jest ogromny, bo w tej chwili tylko ok. jedna czwarta mieszkańców tego kraju ma dostęp do energii elektrycznej. Przy zawarciu kontraktu bardzo pomocne było wsparcie polskiego rządu i ambasady, którzy uwiarygodnili Asseco w oczach etiopskich kontrahentów.

Asseco nie wyklucza też rozwoju w Nigerii, choć prezes informatycznej spółki podkreśla, że jest to kraj znacznie bogatszy. Dlatego też jest więcej zagranicznych inwestorów, z którymi trzeba konkurować.

Góral dodaje, że przy inwestycjach w Afryce niezbędne jest myślenie długofalowe.

 – W naszych produktach, np. dla banków, firm ubezpieczeniowych, energetyki czy firm telekomunikacyjnych, jest zaszyta wiedza procesowa. Tam wiele firm i wiele instytucji jest dopiero na dorobku. Oni próbują w oparciu o opisane przez nas relacje biznesowe w systemach, budować swoje procesy – wyjaśnia Adam Góral. – My też występujemy tam jako konsultanci. Na tym polega nasza szansa, i zamierzamy ją wykorzystać, bo nie idziemy w kierunku uzależniania tych krajów od naszej firmy, ale wykształcimy tam ludzi. Pomożemy rządowi zbudować firmę software’ową. To jest model biznesu, który radzę przyjąć moim kolegom przedsiębiorcom, którzy będą próbowali tam zaistnieć w branży wysokich technologii, bo on jest bardzo fair – podkreśla prezes Asseco.

Asseco poza Afryką przygląda się też m.in. Gruzji, Kazachstanowi oraz Wietnamowi.

Zgodnie z najnowszym raportem CEED Institute, dla inwestorów zainteresowanych Afryką bardzo perspektywiczny jest sektor wydobywczy i bogate zasoby ropy naftowej, szczególnie w Afryce Subsaharyjskiej. Choć są one znacznie mniejsze niż na Bliskim Wschodzie, potencjał związany z niewydobywanymi lub nawet nieodkrytymi jeszcze złożami jest bardzo duży. CEED Institute podkreśla, że potwierdzone rezerwy ropy naftowej w Afryce wzrosły z 61 mld baryłek w 1992 r. do 130 mld baryłek w 2012 r. To niecałe 8 proc. światowych zasobów, ale naukowcy szacują, że na odkrycie czeka na tym kontynencie jeszcze co najmniej 100 mld baryłek ropy. Jak podkreślono w raporcie, większość krajów afrykańskich z zasobami ropy to kraje znajdujące się u progu rozwoju, gdzie inwestorzy będą mieli duże perspektywy inwestycyjne.

Komentarz indeksowy BossaFX 28 marca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 28 marca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji chce przyspieszyć budowę szerokopasmowych łączy

CEO Magazyn Polska

70 proc. polskich gospodarstw domowych jest w zasięgu sieci, ale szybkość łącz pozostawia wiele do życzenia. W poszczególnych regionach samorządy i firmy telekomunikacyjne budują infrastrukturę dla szerokopasmowego internetu, dzięki czemu w przyszłym roku 25 milionów Polaków będzie miało dostęp do internetu o prędkości 30 Mbps. W nowej perspektywie unijnej uzupełnianiem sieci będą zajmować się przedsiębiorcy telekomunikacyjni, a resort administracji i cyfryzacji chce im to zadanie ułatwić.

– Tworzymy już system monitoringu na rzecz tych projektów, które są realizowane w regionach i  w Polsce Wschodniej. Myślimy o tym, żeby ten system był na tyle uniwersalny, żeby można go było zastosować też do projektów z przyszłej perspektywy finansowej, tak żebyśmy mieli dokładną informację na temat postępu realizacji projektów, najlepiej w formie elektronicznej – mówi Małgorzata Olszewska, podsekretarz stanu w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji.

To powinno ułatwić pracę nie tylko przedsiębiorcom, którzy będą w kolejnych latach kontynuować rozbudowę i uzupełnianie sieci szerokopasmowej, lecz także administracji.

– Przedsiębiorcy, którzy zdecydują się na realizację projektów w przyszłej perspektywie finansowej, będą mogli za pośrednictwem elektronicznego narzędzia raportować o postępach swoich projektów, jak identyfikują ryzyka, jak realizują kamienie milowe w tych projektach – to jest bardzo ważne w metodyce prowadzenia tego typu projektów – wyjaśnia Małgorzata Olszewska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Instytucje, które są zaangażowane w ten proces – czy to nasze ministerstwo, czy to Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju – mają dostęp do tych samych danych w tym samym systemie. To bardzo usprawnia ich pracę. 

W zasięgu szybkiego internetu (o prędkości 30 Mbps) znajduje się dziś ok. 17 milionów Polaków. W przyszłym roku, dzięki toczącym się inwestycjom w poszczególnych województwach, liczba ta ma się zwiększyć do 25 milionów. Docelowo w 2020 roku wszyscy Polacy mają znaleźć się w zasięgu sieci o tej przepustowości, a co najmniej połowa gospodarstw domowych będzie mogła korzystać z internetu o prędkości 100 Mbps. To oznacza potrzebę wybudowania lub daleko idącej modernizacji łączy internetowych. Dziś prace te są prowadzone przez samorządy i przedsiębiorców telekomunikacyjnych, a wspomagane są środkami unijnymi.

– Planujemy, żeby te inwestycje były realizowane tylko i wyłącznie przez przedsiębiorców telekomunikacyjnych, ponieważ uważamy, że są to podmioty, które mają po pierwsze doświadczenie, a po drugie wiedzę na temat realizacji projektów w zakresie telekomunikacji w Polsce – twierdzi Małgorzata Olszewska. – Chcemy z tego zadania odciążyć samorządy terytorialne, aczkolwiek oczywiście dialog z lokalnymi samorządami, na których terenie te inwestycje będą realizowane, jest absolutne konieczny i niezbędny z naszego punktu widzenia.

Ważnym elementem przedsięwzięcia w nowej perspektywie jest centralizacja wydatków i nadzoru nad rozbudową sieci, którą zakłada Narodowy Plan Szerokopasmowy.

– Wydawać środki będziemy z jednego poziomu, a nie z poziomów regionalnych, przez co każdy region stosował inny model realizacji takiej inwestycji – zapewnia wiceminister.

Jednym z głównych zadań w ramach NPS będzie też tworzenie przyjaznego otoczenia prawnego i mechanizmów, które obniżą koszty inwestycji telekomunikacyjnych.

Wyzwaniem wciąż jest model przekazywania środków przedsiębiorcom telekomunikacyjnym, jednak trwają prace nad jak najlepszym jego dostosowaniem.

– Chcemy wdrożyć jak najskuteczniejszy model przekazywania środków przedsiębiorcom, żebyśmy w miarę szybko mogli to robić. Nie możemy czekać z realizacją tych inwestycji kolejne półtora roku. Chcielibyśmy przynajmniej na początku przyszłego roku być w fazie przygotowywania projektów i ich realizacji – zapewnia Małgorzata Olszewska.

Branża ubezpieczeniowa potrzebuje nowoczesnego systemu zarządzania danymi klientów. Pozwoli to zaoferować im ubezpieczenia szyte na miarę

CEO Magazyn Polska

Tańsza, kompleksowa i lepiej dopasowana do potrzeb klientów oferta ubezpieczeniowa to przyszłość polskiego rynku. Warunkiem jej pojawienia jest uporządkowanie danych klientów firm ubezpieczeniowych i wprowadzenie nowoczesnego systemu zarządzania nimi. To z kolei wiąże się z wdrożeniem nowoczesnych rozwiązań teleinformatycznych.

Zdaniem Andrzeja Klesyka, prezesa PZU, w ciągu najbliższych lat zmieni się model biznesowy rynku ubezpieczeń, inne będzie też podejście do ryzyka. Dużo zależeć będzie od systemów informatycznych i zarządzania przez nie danymi klientów. Już dziś firmy ubezpieczeniowe zaczynają korzystać z danych do szczegółowej oceny ryzyka ubezpieczeniowego, m.in. w przypadku polis komunikacyjnych. Osoby, które jeżdżą bezpiecznie, bez kolizji, mogą liczyć na tańsze ubezpieczenie. Klienci, mający na swoim koncie stłuczki i wypadki, muszą liczyć się z tym, że za ubezpieczenie będą płacić więcej.

Teoretycznie można sobie wyobrazić taką sytuację, że w przyszłości sama podstawa ubezpieczeń zostanie podważona przez dane – jeśli wiadomo będzie, że prawdopodobieństwo śmierci danego człowieka w wyniku zawału w ciągu najbliższego roku wynosi 95 proc., to nie dostanie on ubezpieczenia życiowego albo składka będzie gigantyczna – podaje przykład Andrzej Klesyk.

Żeby w odpowiedni sposób wykorzystać dane o klientach, firmy muszą poradzić sobie z co najmniej z dwoma problemami. Jednym z nich jest tzw. czystość danych.

To są np. dane, w których jest imię i nazwisko, ale nie ma numeru PESEL. Lub mamy PESEL, ale nie ma numeru telefonu, albo mamy imię i nazwisko człowieka z ośmioma adresami, ponieważ się przenosił. Czystość danych jest swojego rodzaju wyzwaniem, ponieważ – jak mówią Anglicy: garbage in – garbage out, a więc jeżeli śmieci wchodzą do systemu, to i powinny z niego wypaść – mówi prezes PZU.

Drugim wyzwaniem są odpowiednie systemy informatyczne. Klesyk przypomina, że te dziś funkcjonujące zostały zaplanowane i zbudowane jeszcze w XX wieku.

Jest pewnego rodzaju problem, jak połączyć 25 różnych systemów, które działają na kompletnie różnej logice i działają na kompletnie różnym na przykład sposobie identyfikacji klienta, w jeden spójny system. To jest wyzwanie technologiczne – mówi Andrzej Klesyk.

Również PZU prowadzi prace nad nowym systemem informatycznym. W pierwszej kolejności obejmie on sektor ubezpieczeń majątkowych – prace nad tym fragmentem są zaawansowane i będzie on stanowił oparcie dla całej nowej architektury systemowej ubezpieczyciela. Prezes spółki ma nadzieję, że podobne rozwiązania dotyczące przetwarzania danych osobowych klientów w ciągu 3-4 lat obejmą pozostałe obszary ubezpieczeń oferowanych przez firmę. 

To jest długi, żmudny proces, ponieważ musimy nie tylko zmienić architekturę systemu, wyczyścić dane, lecz także pomyśleć o tym, jak ubezpieczenia będą wyglądały w najbliższych dwudziestu latach – mówi Andrzej Klesyk.

Z przetwarzaniem danych wiążą się również przepisy z zakresu ochrony danych osobowych, które w niektórych przypadkach dla dużych instytucji są utrudnieniem w ich działalności. Przykładem mogą być regulacje dotyczące przepływu danych w ramach podmiotów jednej grupy kapitałowej.

Jeżeli ktoś ma na przykład ubezpieczenie samochodowe w PZU, to my jako firma nie możemy mu zaoferować żadnych dodatkowych produktów, na przykład zdrowotnych, inwestycyjnych czy życiowych, bez jego zgody – tłumaczy Andrzej Klesyk. – Po to, żeby inny podmiot z naszej grupy mógł mu zaoferować swoje produkty, musimy mieć bezpośrednią zgodę klienta na możliwość przetwarzania jego danych w innych podmiotach grupy, co stwarza duże problemy logistyczne.

Przez brak zimy ucierpiała sprzedaż w sklepach sportowych. Sieci stawiają teraz na odzież i akcesoria do sportów całorocznych

0

CEO Magazyn Polska

Nie pomogły akcje marketingowe i promocyjne – sprzedaż sprzętu zimowego w tym sezonie spadła. – Udało nam się zrobić sprzedaż zimową w 65 proc., pozostałych 35 proc. nie udało się sprzedać ze względu na brak śniegu – mówi Łukasz Chmaj, kierownik logistyki sieci Intersport. Towar, który teraz znika ze sklepów, wróci pewnie na początku przyszłego sezonu. Intersport liczy za to na wzrosty w innych segmentach, m.in. w profesjonalnej odzieży do biegania czy sprzęcie do gier zespołowych.

 Kolejny rok prawie bez śniegu zaowocował tym, że na tym polu nie udało się osiągnąć wszystkich celów sprzedażowych. Różne akcje marketingowe, promocje i szeroko rozpowszechnione przeceny pomogły pozbyć się części towaru, bo w tym momencie mówimy o pozbywaniu się towaru, a nie zarabianiu na nim. Natomiast ciągle zostało dużo towaru. Wszystkie sieci handlowe sportowe mają ten sam problem, każdy próbuje się tego pozbyć, ale na pewno ten towar wróci do sprzedaży na początku przyszłego sezonu – mówi Łukasz Chmaj, kierownik logistyki w sieci Intersport.

Poprawę wyników sportowej sieci Intersport ma przynieść w tym roku dywersyfikacja zysków ze sprzedaży. Do tej pory większość z nich opierała się na sprzedaży sprzętu zimowego.

 – Odchodzimy od zimy, na której w dużej mierze opierały się zyski Intersportu. Zmienna pogoda, która w Polsce czasem nas obdarzy śniegiem, czasem nie, powoduje, że można na tym stracić. Szukamy miejsc, gdzie na pewno uda się nam towar sprzedać bez względu na to, czy będzie padał śnieg, czy go nie będzie – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Chmaj podczas Kongresu Poland & CEE Retail Summit.

Planujemy delikatny wzrost sprzedaży w stosunku do 2013 roku.

Spółka ma zamiar obecnie skupić się bardziej na artykułach do sportów całorocznych. Już w ubiegłym roku w tych segmentach sieć notowała wzrosty. Polacy coraz częściej biegają czy uprawiają nordic walking i starają się korzystać przy tym z profesjonalnego obuwia, odzieży czy innych akcesoriów.

 – Mamy nadzieję, że w końcu odbije się nasz rynek, który jest trochę opóźniony w stosunku do na przykład rynku odzieżowego, który szybciej reaguje na poprawę koniunktury. Widać już lekkie ożywienie, liczymy, że w 2014 także ruszy ta techniczna, sportowa część – podkreśla Chmaj.

Spory wpływ na kształtowanie się popytu na artykuły sportowe miały Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej 2012. Od tamtej pory dynamicznie zaczęły rozwijać się w Polsce dyscypliny gier zespołowych, na których również koncentruje się Intersport.

 – Okazuje się, że Euro 2012 bardzo przyspieszyło i rozwinęło sprzedaż asortymentu piłkarskiego na trochę wyższym poziomie – podkreśla przedstawiciel Intersportu. – Rozumiemy, że bieganie w bawełnianej koszulce nie najlepiej wpływa na zdrowie, szczególnie, kiedy wieje. W związku z tym kategoria profesjonalnej odzieży i obuwia coraz bardziej się rozwija i na pewno w tym kierunku idzie w tej chwili trend. To już nie są zwykłe trampki, w których biegają dzieci po piaskowym boisku. Mamy Orliki, w związku z tym wyposażamy nasze dzieci i samych siebie w coraz lepszy sprzęt – mówi Chmaj.

Ożywienie w gospodarce napędza rynek leasingu

Firmy leasingują nie tylko samochody. Drugim pod względem wartości segmentem jest leasing maszyn i urządzeń. Służy mu przyspieszenie w produkcji budowlano-montażowej, która w pierwszych dwóch miesiącach roku zwiększyła się o 3,7 proc., a tylko w lutym – o 14,4 proc. Branża leasingowa liczy na jeszcze większą dynamikę wzrostu rynku w nowej perspektywie unijnej, głównie dzięki projektom dla budowlanki.

 – Ten rynek w zeszłym roku miał okres stagnacji, natomiast w tym roku wzrost w tej części rynku wynosi 22,5 proc. Jest to rzeczywiście zauważalna wartość – wyjaśnia Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu.

Według danych Związku, wartość pojazdów sfinansowanych przez firmy leasingowe w 2013 r. wyniosła 20,72 mld zł, natomiast maszyn i urządzeń – 11,51 mld zł. To oznacza wzrost o 3,4 proc. wobec 2012 r. Wartość całego rynku aktywów sfinansowanych przez firmy leasingowe w 2013 r. wyniosła 35,30 mld zł i była wyższa o 13 proc. niż rok wcześniej.

Początek 2014 r. przyniósł bardzo dobre wyniki zwłaszcza w segmencie pojazdów. Wynika to z możliwości całkowitego odliczenia VAT na służbowe auta. Po dwóch miesiącach wzrost na rynku leasingu w segmencie samochodów osobowych i dostawczych do 3,5 tony wyniósł  67 proc., a wartość oddanych pojazdów w tym okresie wyniosła 2,5 mld złotych, co było wynikiem lepszym niż w ciągu całego kwartału ubiegłego roku.

W tym samym czasie widoczny jest także wzrost wartości leasingu sprzętu ciężkiego, szczególnie w transporcie międzynarodowym – po raz pierwszy od września 2008 r.

Zakładamy, że popyt na usługi transportowe będzie generował wzrost w tej części rynku, nie tak duży, jak po pierwszych dwóch miesiącach, bo jest to 47 proc. wzrostu, ale spodziewamy się że w granicach 1618 proc. wzrośnie nam rynek pojazdów w 2014 roku – wyjaśnia Andrzej Sugajski.

14,4 proc. całości produkcji firm leasingowych w ubiegłym roku stanowiły pożyczki.

– Jeżeli chodzi o rozróżnienie portfela na leasing i pożyczkę, ono nie bierze się z chęci stworzenia wielu produktów w ramach firm leasingowych, tylko jest to odpowiedź na niezbyt korzystne regulacje prawne, szczególnie w zakresie absorpcji funduszy unijnych. Taką sytuację mamy w segmencie maszyn rolniczych, w sprzęcie medycznym, i to sprawia, że w ostatnich latach udział pożyczek rósł – dodaje Andrzej Sugajski.

Jak podaje ZPL w raporcie za 2013 r., niższy niż oczekiwano był wpływ końca unijnej perspektywy finansowej 2007–2013 z funduszami unijnymi na maszyny rolnicze finansowane pożyczką: wzrost o 4,1 proc. w 2013 r., z 1,2-proc. spadkiem w IV kwartale 2013 r.

Zakładamy, że w tym roku sektor pożyczek nie będzie specjalnie duży, raczej będziemy mieli spadek w dynamice. Natomiast będzie rosło znaczenie leasingu – uzupełnia dyrektor generalny ZPL.

Leasing to drugie obok kredytu bankowego zewnętrzne źródło finansowania inwestycji przedsiębiorców. Według danych Związku łączna wartość aktywnego portfela na koniec 2013 r. w kwocie 64,5 mld zł (56,5 mld zł dla ruchomości i 8,0 mld zł dla nieruchomości) jest porównywalna z wartością salda kredytów inwestycyjnych udzielonych firmom przez banki.

Wydaje się, że cały czas będziemy utrzymywać tę przewagę nad kredytem, przynajmniej w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, ponieważ w tym sektorze rynku leasing jest drugim po środkach własnych źródłem finansowania inwestycji – analizuje Andrzej Sugajski.

Polacy coraz chętniej sięgają po żywność ekologiczną. To rynek wart 700 mln zł

Polski rynek żywności ekologicznej jest wart ok. 700 mln zł – wynika z szacunków Organic Farma Zdrowia – i dynamicznie się rozwija. W ubiegłym roku sprzedaż firmy wzrosła (o 8,5 proc.), mimo że dla branży spożywczej to był trudny okres. Dobry początek roku pozwala liczyć na ożywienie. W związku z tym firma planuje kolejne otwarcia sklepów oraz inwestycje w sprzedaż online.

Zdaniem Sławomira Chłonia, prezesa spółki Organic Farma Zdrowia (OFZ), rok 2013 był dla branży spożywczej trudny – konsumpcja indywidualna w Polsce praktycznie nie wzrosła, a więcej sprzedawały jedynie dyskonty.

Na tym tle jesteśmy niezwykle zadowoleni ze wzrostu o 8,5 proc., choć w poprzednich latach notowaliśmy nawet rzędu 30-40 proc. Uruchomiliśmy też pięć nowych obiektów handlowych: w Warszawie, Katowicach i Gdyni – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Chłoń.

Firma uzyskała obroty na poziomie 41 mln zł, a jak twierdzi prezes, w pierwszym kwartale tego roku już widać co najmniej kilkunastoprocentowe wzrosty. Pozwala to mieć nadzieję, że ubiegłoroczne zahamowanie wzrostu było chwilowe, i spokojnie myśleć o dalszym rozwoju.

W tym roku będziemy otwierać kolejne jednostki, ale skupiamy się na poprawianiu jakości już istniejących obiektów, oferty i logistyki tak, aby zwiększyć satysfakcję klientów. Większa lojalność to więcej klientów i większe zakupy. Te plany już przynoszą efekty – komentuje prezes firmy Organic Farma Zdrowia. – Za około dwa miesiące otworzymy obiekt na Saskiej Kępie – po trzech latach starań udało nam się zdobyć lokal. Szukamy też nowych lokalizacji w takich miastach, jak Poznań, Trójmiasto, Kraków, Śląsk, Wrocław i oczywiście w aglomeracji warszawskiej – przekonuje Sławomir Chłoń.

Na razie firma koncentruje się na większych miejscowościach, bo na wchodzenie do mniejszych miejscowości jest jeszcze za wcześnie. Wskazują na to badania przeprowadzone przez OFZ, a także wykonane na zlecenie przez TNS.

Na razie poziom świadomości klientów dotyczący zdrowego stylu życia, ekologicznych produktów nie jest na tyle wysoki, aby uzasadniał lokowanie tam specjalistycznych sklepów – tłumaczy prezes.

Wyjaśnia, że tę lukę wypełniają delikatesy internetowe, gdzie można zamówić nawet produkty świeże oraz super- i hipermarkety, które już mają – na razie skromną – ofertę produktów organicznych. Sprzedaż online rośnie i dziś stanowi ok. 2–2,5 proc. całej sprzedaży.

Organic Farma Zdrowia rozbudowuje też logistykę. Posiada magazyny w Warszawie, w okolicach Warszawy i w Katowicach, ma też flotę samochodów dostawczych.

Mamy około 4,5 tys. produktów i wciąż pojawiają się nowi, świetni producenci prezentujący swoje produkty, a to powoduje większe potrzeby logistyczne, dlatego w tej dziedzinie trwa permanentny rozwój, i tak będzie przez wiele lat – uważa Sławomir Chłoń.

Prezes dodaje, że w tym roku firma będzie działać na już istniejącej bazie logistycznej, jednak w przyszłym roku przyjdzie pora na inwestycje w nowe powierzchnie magazynowe.

W ciągu trzech miesięcy z gospodarki rosyjskiej odpłynęło 70 mld dolarów

Konflikt ukraiński, który spowodował zaostrzenie stosunków między Moskwą a światem zachodnim, odbija się na rosyjskiej gospodarce. Od początku roku z Rosji odpłynęło 70 mld dolarów  o 10 proc. więcej niż przez cały 2013 rok. Analitycy oceniają, że to również więcej, niż spodziewały się rosyjskie władze, decydując się na ten scenariusz działań. Bez względu na rozwój sytuacji na Wschodzie, utracone zaufanie inwestorów będzie Rosji bardzo trudno odzyskać.

Spadek zaufania do rynku widać w notowaniach głównego indeksu giełdy rosyjskiej – MICEX, który od października 2013 r. stracił na wartości ok. 13 proc.

Przez pierwsze trzy miesiące z rynku rosyjskiego wypłynęło 70 mld dolarów, a w ciągu całego zeszłego roku – 63 mld dolarów. I wprawdzie 2013 rok nie był najlepszym rokiem dla gospodarki i giełdy rosyjskiej, ale ta skala jest ogromna. Myślę, że Władimir Putin nie docenił siły rynków finansowych i skali tego ruchu – uważa Maciej Jędrzejak, dyrektor zarządzający Saxo Bank Polska. – Najważniejszy element, który nie został wkalkulowany albo doszacowany, jest kompletny spadek zaufania do Rosji jako stabilnego partnera gospodarczego.

Jego zdaniem odbudowywanie tego zaufania będzie bardzo trudne.

Fundusze inwestycyjne już w tej chwili zamykają pozycje na rosyjskich spółkach notowanych na giełdzie w Londynie i Nowym Jorku, szczególnie na tych, które są związane z osobami objętymi restrykcjami i sankcjami – dodaje Maciej Jędrzejak w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Na giełdzie w Londynie notowanych jest 29 spółek rosyjskich o wartości 260 mld funtów. Spółki o największej kapitalizacji to: Łukoil o wartości rynkowej 56 mld funtów, Gazprom – 55 mld funtów, Rosneft – 39 mld funtów, Novatek – 23 mld funtów. Straciły one na wartości od października 2013 r. średnio ok. 25 proc.

Zdaniem Jędrzejaka z pewnością znajdzie się grupa inwestorów, która będzie chciała na rozwoju wydarzeń skorzystać.

Niektórzy doszukują się okazji do zakupów. Przy słabym rublu rzeczywiście niektóre spółki, szczególnie te surowcowe, są atrakcyjne – podkreśla dyrektor zarządzający Saxo Banku.

Dodaje, że jednak większość inwestorów jeszcze przez wiele miesięcy będzie ostrożnie podchodzić do Rosji i rosyjskich spółek.

Na rozwój wydarzeń czekać będą również zachodnie firmy, które współpracują z Rosjanami.

Wiele koncernów, które w tej chwili bardzo intensywnie zainwestowało, nie mówię tu o inwestycjach finansowych, ale inwestycjach w fabryki czy chociażby w budowę kolejnych elementów rurociągów, związanych z inwestycjami Gazpromu, te firmy w tej chwili mają duży problem. One zyski, które generowały w Rosji, reinwestowały na tym terenie, a w tej chwili wycofały te zyski – dodaje Maciej Jędrzejak.

Według danych ONZ w 2013 r. bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Rosji osiągnęły poziom 93 mld dolarów, co plasowało Rosję na trzecim miejscu wśród krajów atrakcyjnych inwestycyjnie, po USA i Chinach.

Prognozy Banku Światowego wskazują, że PKB Rosji w wariancie pozytywnym wzrośnie o 1,3 proc., natomiast w wariancie negatywnym możemy mieć do czynienia ze skurczeniem się gospodarki o 1,8 proc. To wskazuje na to, że Rosja zmierza w kierunku recesji. Tym bardziej że jak wskazuje eksport, do tej pory na przemianach w tym kraju nie udało się zbudować odpowiedniego kapitału, o czym świadczy chociażby struktura rosyjskiego eksportu. Według danych Światowej Organizacji Handlu,  Rosja eksportuje 71,3 proc. ropy i gazu, 19,6 proc. towarów przetworzonych i 6 proc. produktów rolniczych.

To jest wskaźnik charakterystyczny dla państw afrykańskich, dla Zimbabwe na przykład. W Polsce dla porównania wskaźnik eksportu towarów przetworzonych to ponad 70 proc., w Niemczech – 85 proc., nawet Grecja, która pogrążona jest w kryzysie, ma ten wskaźnik na poziomie 30 proc. – analizuje Maciej Jędrzejak.

Zapisy ustawy o OZE mogą być niekonstytucyjne. Dyskryminują drobnych wytwórców energii odnawialnej

CEO Magazyn Polska

80 proc. hurtowej ceny energii to stawka, którą otrzymują posiadacze mikroinstalacji odnawialnych źródeł energii za sprzedaż do sieci nadwyżek energii. Takie rozwiązanie wprowadził tzw. mały trójpak i utrzymuje je projekt ustawy o OZE. Fundacja ClientEarth uważa takie rozwiązanie za niekonstytucyjne. Narusza ono m.in. zasadę równości, ingeruje w prawa majątkowe, narusza ceny energii i wywłaszcza właścicieli źródeł wytwarzania z części wyprodukowanej energii.

Projekt ustawy o OZE przenosi zapisy z już obowiązujących regulacji z tzw. małego trójpaku. Możliwość produkcji energii elektrycznej na własne potrzeby i gwarancja sprzedaży nadwyżek do sieci ma prowadzić do popularyzacji wytwarzania rozproszonego, czyli małych, lokalnych instalacji produkujących energię odnawialną. Posiadacze takich instalacji to prosumenci – jednocześnie konsumenci i producenci energii. Tyle że ustawodawca pozwala prosumentom uzyskać tylko 80 proc. ceny hurtowej energii elektrycznej za sprzedaż nadwyżek do sieci.

To niekonstytucyjne z kilku powodów. Po pierwsze, zapis narusza zasadę równości: korporacje, profesjonalne firmy energetyczne otrzymują 100 proc., a drobni, indywidualni wytwórcy tylko 80 proc. – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Robert Rybski, konstytucjonalista z fundacji ClientEarth.

Ministerstwo Gospodarki nierówne traktowanie prosumentów uzasadniało wskazując na koszty związane z przyłączeniem mikroinstalacji, jakie musi ponieść operator systemu, oraz zainstalowaniem liczników.

Tylko że z perspektywy prawa unijnego jest to obowiązek operatora systemu dystrybucyjnego i on ma ponieść koszty. Nie można prosumentów traktować inaczej niż dużych odbiorców – mówi Robert Rybski.

Poza tym ustawodawca wyjątek ten uzasadnia ważnym celem publicznym, czyli nakłanianiem prosumentów do wykorzystywania wytwarzanej energii w jak największym stopniu do celów własnych. Pomysł zużywania energii w miejscu wytworzenia wpisuje się w koncepcję budowy rozproszonego systemu wytwarzania, który ma odciążyć sieci dystrybucyjne i podnieść poziom bezpieczeństwa energetycznego.

Jeśli spojrzeć na ceny energii, prosumentowi zawsze bardziej opłaca się wykorzystywać wytwarzaną energię do celów własnych. Zatem uzasadnienie przywoływane przez Ministerstwo Gospodarki o konieczności zachęcania prosumentów jest nieadekwatne. Bez względu na cenę nadwyżek, zawsze lepiej zaoszczędzić energię, niż kupować ją w sieci – przekonuje prawnik.

To nie koniec zarzutów. Fundacja ClientEarth wskazuje, że ustawa narusza prawo własności.

80 proc. ceny to tak naprawdę odebranie części energii, czyli unicestwienie części własności. Dodatkowo ustawodawca dokonuje wywłaszczenia. Skoro nie widać tu wyraźnego interesu publicznego, to takie działania są sprzeczne z konstytucją – stwierdza Robert Rybski.

Konstytucjonalista podkreśla, że zapis jest też sprzeczny z konstytucyjną wolnością działalności gospodarczej.

Nawet jeśli prosument nie prowadzi działalności gospodarczej, to działa w celach zarobkowych i ze względu na ochronę środowiska, więc z perspektywy konstytucji taka aktywność będzie rozpatrywana w kontekście wolności działalności gospodarczej – uważa prawnik z fundacji ClientEarth.

Prawnik podkreśla, że takie rozwiązanie zaburza pewność inwestycyjną i nie zachęca do instalowania małych źródeł energii odnawialnej. Tym bardziej że firmy, które mają farmy wiatrowe i inne duże instalacje, nie są pozbawiane 20 proc. dochodu ze sprzedaży. W innych krajach Unii Europejskiej mikrogeneracja, czyli produkcja z niewielkich źródeł wytwarzania, cieszy się silnym wsparciem państwa, tym bardziej że posiadacze mikroinstalacji stają się także odpowiedzialni za produkowanie energii elektrycznej.

Dlatego proponuje się wyższe ceny – nawet o 200-300 proc. od cen hurtowych – gwarantujące zwrot z inwestycji w ciągu kilku lat. W takiej sytuacji obywatele chętnie wykładają własne środki – wyjaśnia Robert Rybski.

Dodaje, że takie inwestycje zabezpieczają przyszłość prosumentów, którzy zyskują dodatkowy dochód w trakcie całego okresu żywotności instalacji.

Grycan kontynuuje ekspansję w mniejszych miastach. Dziś otwiera kolejną lodziarnię

0

CEO Magazyn Polska

Dziś firma Grycan – Lody od pokoleń otwiera pierwszą lodziarnię w Siedlcach. W tym roku firma zamierza uruchomić w kraju kilkanaście nowych punktów, również w mniejszych miastach. Wśród nich pierwszą w województwie warmińsko-mazurskim – w Olsztynie.

Łącznie będziemy mieć 124 lodziarni na terenie Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Grycan, zarządzająca siecią lodziarni Grycan – Lody od pokoleń.

Choć marka jest kojarzona z dużymi miastami, takimi jak Warszawa, Trójmiasto czy Poznań, to coraz chętniej wchodzi także na rynki w mniejszych miejscowościach.

Kilka dni temu otworzyliśmy lodziarnię w Kaliszu, mamy też nasze lodziarnie w Sieradzu, Piotrowie Trybunalskim, we Włocławku czy w Inowrocławiu – mówi Małgorzata Grycan. – Nie ma nas jeszcze w województwie warmińsko-mazurskim, ale mogę uchylić rąbka tajemnicy, że w tym roku otworzymy lodziarnię w Olsztynie.

Marka jest szeroko znana na rynku polskim, a ponadto ma dwie lodziarnie w czeskiej Pradze i jedną w Ostrawie. Nie ma jednak konkretnych planów dotyczących rozwoju na rynku czeskim. 

Bez względu na wielkość miejscowości, firma oferuje ten sam asortyment.

– W zależności od lokalizacji różni się liczbą dostępnych smaków w takiej lodziarni – jest to wymuszone przez wielkość witryny lodowej – wyjaśnia Małgorzata Grycan. 

Oferta Grycana obejmuje ponad 60 smaków lodów. Od początku kwietnia na rynek ma wejść kolejny – lody sernikowe z dodatkiem bakalii. W sprzedaży detalicznej będą dostępne też lody jogurtowe z mango. W maju ma zostać wprowadzone odświeżone menu z nowymi deserami.

Nowa kampania reklamowa Banku Zachodniego WBK

W tym roku Bank Zachodni WBK chce otworzyć 400 tys. kont i jednocześnie przekonać kolejnych klientów do swojej bankowości mobilnej. Ma w tym pomóc promocja, do której można przystąpić od 24 marca do 18 maja. Założenie Konta Godnego Polecenia oraz aktywne korzystanie z karty do konta i BZ WBK24 mobile przez kolejne 10 miesięcy są nagradzane kwotą do 700 zł. Konto i bankowość mobilną reklamują tegoroczna gwiazda Banku Zachodniego WBK, Kevin Spacey, oraz polski aktor i twórca muzyczny, Arkadiusz Jakubik.

Akcja nowego spotu Banku Zachodniego WBK rozgrywa się w szatni sportowej, gdzie Arkadiusz Jakubik rozmawia z Kevinem Spacey o swoich wiosennych postanowieniach prowadzenia zdrowego, sportowego trybu życia. Codziennej aktywności ma towarzyszyć korzystanie z bankowości mobilnej Banku Zachodniego WBK. Chcemy podkreślić, że mobile banking w Banku Zachodnim WBK to idealne rozwiązanie dla osób, które żyją w biegu i chcą zarządzać finansami w maksymalnie wygodny dla nich sposób – mówi Artur Sikora, dyrektor Obszaru Komunikacji Korporacyjnej i Marketingu Banku Zachodniego WBK.
Do promocji „Mobilni zyskują więcej – nawet 700 zł dla Ciebie” można przystąpić od 24 marca do 18 maja br. Wszyscy, którzy w tym czasie otworzą Konto Godne Polecenia z kartą debetową oraz usługami bankowości elektronicznej BZWBK24 mobile, a następnie przez 10 miesięcy będą aktywnie korzystać z konta oraz z bankowości mobilnej, mogą otrzymać nawet do 700 zł nagrody. Pełną kwotę zyskają osoby, które regularnie co miesiąc spełnią określone w promocji warunki.

Za zrealizowanie transakcji kartą lub naklejką zbliżeniową wydanymi do konta na łączną kwotę minimum 300 zł, wykonanie co najmniej 3 przelewów internetowych lub 1 mobilnego oraz zapewnienie wpływu wynagrodzenia w wysokości min. 1000 zł, Klienci będą otrzymywać nagrodę główną, czyli 40 zł miesięcznie. Co miesiąc 30 zł nagrody dodatkowej Bank Zachodni WBK przyzna za skorzystanie za pomocą BZWBK24 mobile z minimum dwóch usług takich jak: wypłata z bankomatu bez użycia karty, przelew na numer telefonu komórkowego, jednorazowe doładowanie GSM za minimum 30 zł, zakupy mobilne lub zakup ubezpieczenia turystycznego. W tym momencie liczba rachunków w Banku Zachodnim WBK wynosi 2,810 mln. Do końca 2014 r. planujemy otworzyć 400 tys. RORów. Liczę, ze Kevin Spacey i promocja konta wesprą bardzo dobry produkt, jakim jest Konto Godne Polecenia – mówi Marcin Pawłowski, Dyrektor Departamentu Produktów Oszczędnościowych i Rozliczeniowych Banku Zachodniego WBK. Promocja jest przeznaczona dla Klientów banku, którzy minimum 12 miesięcy przed otwarciem rachunku nie posiadali w Banku Zachodnim WBK konta złotówkowego.

Promowane Konto Godne Polecenia jest w pełni mobilne. Oprócz całodobowego dostępu do bankowości elektronicznej BZWBK24 internet, w którym można online sprawdzać saldo rachunków, dokonywać transakcji i korzystać z usług bankowych NA KLIK (wybrane lokaty, konta oszczędnościowe czy karty kredytowe), właścicielom Konta Godnego Polecenia Bank Zachodni WBK zapewnia możliwość korzystania z nowoczesnych funkcji BZWBK24 mobile. Aby zarządzać finansami przez smartfon lub tablet wystarczy specjalna aplikacja mobilna. Aplikacja ta została opracowana przez Bank i jest udostępniana za darmo. Internauci uznali ją za najlepszą aplikację mobilną 2013 roku w konkursie Mobile Trends Awards.

Konto Godne Polecenia w Banku Zachodnim WBK jest prowadzone bezpłatne, podobnie jak realizacja Przelewów24, przelewów internetowych w systemie Elixir oraz płatności cykliczne takie jak zlecenie stałe oraz polecenie zapłaty. Właściciele Konta Godnego Polecenia mają także zapewnione darmowe wypłaty ze wszystkich bankomatów oznaczonych logo Banku Zachodniego WBK oraz PKO BP dokonywane kartami MasterCard Omni lub MasterCard PAYBACK Omni. Karty te wydawane są do Konta Godnego Polecenia bezpłatnie. Klienci nie są obciążani kosztami smsKodów służących do potwierdzania przelewów internetowych zrealizowanych z konta, ani eWyciągami przekazywanymi w BZWBK24 internet.

Nowa kampania reklamowa potwierdza, że rozwój bankowości mobilnej jest obecnie dla Banku Zachodniego WBK kluczowym obszarem rozwoju. Na początku marca Bank zapowiedział, że do końca 2015 r. zamierza pozyskać 1 mln klientów bankowości mobilnej, z których co najmniej połowa będzie realizowała transakcje przez BZWBK24 mobile.

Unia Europejska będzie nadzorować wdrażanie Ram Jakości Staży i Praktyk w państwach członkowskich

Podczas ostatniego posiedzenia Rada UE ds. Zatrudnienia, Polityki Społecznej, Zdrowia i Spraw Konsumenckich (EPSCO) przyjęła wniosek Rady UE w sprawie Europejskich Ram Jakości Staży i Praktyk. Ministrowie Rady UE uznali za konieczne wdrożenie założeń Ram w państwach członkowskich, Komisja Europejska zapowiedziała monitorowanie tego procesu.

Europejskie Ramy Jakości Staży i Praktyk to unijna recepta na wysoki poziom bezrobocia młodych oraz jeden z głównych tematów spotkania Rady EPSCO, które miało miejsce 10 marca w Brukseli. Zgodnie z opinią Rady, państwa członkowskie powinny dostosować swoje ustawodawstwo do założeń Ram, co doprowadzi do wzrostu efektywności edukacji praktycznej młodych i ułatwi im rozpoczęcie kariery zawodowej. Kluczowe założenia Ram to m.in. zawieranie pisemnej umowy o staż; cele dydaktyczne i szkoleniowe; warunki pracy mające zastosowanie do stażystów; rozsądny okres trwania stażu, czy odpowiednie uznawanie stażu. – Jednym z najskuteczniejszych narzędzi edukacji praktycznej młodych ludzi, a tym samym ograniczania zjawiska bezrobocia w tej grupie są staże i praktyki. Jednak aby faktycznie spełniały one swoją rolę muszą być przeprowadzane w sposób rzetelny. Dlatego uruchomiliśmy kampanię społeczną „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”, która ma na celu zachęcanie pracodawców do realizacji wysokiej jakości staży i praktyk, a młodych ludzi do świadomego kierowania swoją karierą – komentuje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami, które wraz ze zrzeszonymi pracodawcami opracowało Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk, czyli zbiór norm wyznaczających kluczowe obszary realizacji staży i praktyk w firmach.

W ramach wspomnianej kampanii pojawiły się w Internecie spoty internetowe poświęcone stereotypom związanym z niską jakością staży i praktyk. Ich intencją jest zwrócenie uwagi na problemy młodych na rynku pracy wynikające z nieskutecznej edukacji praktycznej. Punktem kulminacyjnym kampanii będzie bieg, który odbędzie się 17 maja w Warszawie na Polu Mokotowskim. Więcej informacji na temat kampanii można znaleźć na stronie www.stazeipraktyki.pl, na profilu Programu na portalu Facebook, oraz na kanale You Tube.

Brytyjski inwestor zainwestuje 100 mlm złotych w nowoczesną sieć klubów fitness

CityFit, sieć fitness oferująca najnowocześniejszy sprzęt do ćwiczeń oraz niskie opłaty członkowskie, otwiera pierwszy klub w Polsce. Brytyjski inwestor planuje uruchomić 50 takich obiektów w całym kraju. Ma na to 100 mln złotych.

CityFit zaoferuje wysokiej jakości usługi za opłatę znacznie niższą od obecnej średniej rynkowej. Wyróżnikiem firmy jest m.in. internetowy proces dołączenia do klubu, najwyższej jakości sprzęt i przejrzysta oferta, która pozwoli na elastyczne członkostwo bez konieczności podpisywania stałej umowy.

Pierwszy fitness klub CityFit planuje otworzyć w maju w Rzeszowie. Obiekt zlokalizowany w centrum handlowym Plaza Rzeszów (przy ulicy Rejtana 65) będzie otwarty 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę. Jeszcze w tym roku CityFit zamierza otworzyć kluby m.in. w Wałbrzychu i w Warszawie w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach.

– CityFit wprowadza na polski rynek innowacyjny model działania, który za granicą, nie tylko w Europie, cieszy się ogromnym powodzeniem i popularnością. Oferujemy wyraźnie atrakcyjniejszą cenę członkowską niż pozostałe kluby, oddając równocześnie do dyspozycji nowoczesne i innowacyjne wyposażenie 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Wszystko to dostępne będzie z elastyczną ofertą, bez długoterminowych zobowiązań. Uważamy, że Polakom należą się najlepsze zachodnie standardy, jeśli chodzi o branżę fitness – mówi Nicholas Moses, dyrektor zarządzający CityFit.

CityFit w Plaza Rzeszów, podobnie jak pozostałe kluby tej sieci, będzie wyposażony w nowości rynku fitness, jak np. specjalne programy treningowe wbudowane w niektóre maszyny i nowoczesny system dostępu, oparty o odczyt danych z linii papilarnych, co zapewni członkom klubu łatwość dostępu, bez pamiętania o karcie członkowskiej. System ten jest równocześnie zupełnie bezpieczny jeśli chodzi o ochronę danych osobowych, wszystkie informacje są kodowane i nie mogą być w żaden inny sposób wykorzystywane.

W przeciwieństwie do większości sieci fitness klubów, CityFit nie będzie wymagał podpisywania stałych umów. Członkostwo odnawiane miesięcznie będzie można w każdym momencie zawiesić bądź anulować bez dodatkowej opłaty.

– Dzięki skupieniu się przez CityFit na samym meritum fitnessu, bez dodatkowych basenów czy odnowy biologicznej, a także dzięki zastosowaniu nowoczesnej technologii minimalizującej koszty obsługi, jesteśmy stanie zaoferować polskim Klientom najwyższą wartość korzystania z fitness klubu i wypełnić lukę na rynku – dodaje Nicholas Moses.
Spółka CityFit została założona przez brytyjski fundusz private equity. Jej celem jest rozwijanie na polskim rynku pierwszej sieci fitness klubów o niskich opłatach, bez stałych kontraktów, oferującej najnowocześniejsze wyposażenie.

Po zmianach zaproponowanych przez rząd firmom pożyczkowym nie opłaci się udzielanie pożyczek poniżej 700-800 zł

Planowane przez rząd zmiany w regulacjach rynku pożyczek nie tylko wyznaczą limit kosztów, jakimi firmy pożyczkowe będą mogły obciążyć klientów, lecz także zwiększą koszty całego procesu udzielania pożyczki. Instytut Analiz Rynkowych szacuje, że wzrośnie on o co najmniej 40 zł do ponad 200 zł. To wyeliminuje z rynku oferty mikropożyczek udzielanych na najkrótsze terminy.

Bezpośredni wpływ wszystkich proponowanych przez Ministerstwo Finansów zmian to jest dodatkowy koszt minimum 40 zł na pożyczce. Na to składa się kilka zasadniczych spraw, przede wszystkim niezbędne do przeprowadzenia prace rozwojowe w sferze informatycznej. To mogą być nie dziesiątki, a setki tysięcy złotych na prace informatyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Gębski z Instytutu Analiz Rynkowych, koordynator raportu  „Mikropożyczki w Polsce”.

Kolejnym źródłem dodatkowych kosztów udzielenia pożyczki może być pozyskanie informacji z Biura Informacji Kredytowej (BIK). Za takim rozwiązaniem opowiadała się Komisja Nadzoru Finansowego. Obecnie firmy udzielające pożyczek wykorzystują zewnętrzne bazy danych, prowadzone przez biura informacji gospodarczej.

Rozumiemy, że jest to w interesie zarówno firm pożyczkowych, jak i sektora finansowego, ale trzeba wiedzieć, że koszty BIK-u mogą sięgnąć nawet 25 zł na pożyczkę. Dzisiaj 38 proc. wniosków o pożyczki jest akceptowanych. Oznacza to, że na jedną aplikującą i zaakceptowaną osobę, dwie zostają odrzucone. Ktoś będzie musiał pokryć te koszty – wskazuje Gębski.

Po zmianach firmy pożyczkowe będą też musiały przeznaczyć więcej pieniędzy na reklamę, na komunikację z klientami. Ministerstwo Finansów proponuje zapis, który sprawi, że pożyczenie pieniędzy temu samemu klientowi w okresie krótszym niż 120 dni od poprzedniej pożyczki stanie się nieopłacalne. A to oznacza, że odesłanego z kwitkiem klienta będzie trzeba po upływie tego okresu ponownie przekonać do skorzystania z usług firmy.

Wzrost kosztów będzie najsilniej odczuwalny wśród małych firm, obsługujących segment mikropożyczek o najkrótszym terminie.

Bardzo trudne warunki funkcjonowania będą dotyczyły przedsiębiorstw pożyczkowych finansujących krótki termin czy też udzielających mikropożyczek, a więc pieniędzy potrzebnych na przeżycie weekendu, tygodnia, na nagłe, niespodziewane wydatki. Firmy udzielające pożyczek na terminy dłuższe – na rok, dwa lata dużo łatwiej mogą przystosować się do tych zmian. I to jest bardziej regulacja zrobiona dla nich – uważa Gębski.

Średni koszt związany z udzieleniem pojedynczej pożyczki wzrośnie według raportu do około 212 zł. To zdaniem eksperta oznacza, że firmom nie będzie się opłacało pożyczanie kwot niższych niż 700-800 zł, czyli praktycznie wyeliminuje z rynku mikropożyczki i specjalizujące się w nich podmioty. Z danych Związku Firm Pożyczkowych wynika, że średnia wartość pożyczki udzielanej przez internet (2/3 rynku) to niecałe 500 zł.

Z rynku mikropożyczek lub tzw. chwilówek korzystają najczęściej osoby zatrudnione na umowy cywilnoprawne, pracujące w systemie akordowym lub zadaniowym. Pieniądze służą najczęściej na pokrycie pilnych lub nieprzewidzianych wydatków, a nie na dodatkową konsumpcję.

Z naszych badań wynika, że więcej niż 30 proc. osób zaciągających mikropożyczki nie ma żadnej historii kredytowej w BIK-u. Są to osoby niekorzystające z banków również dlatego, że nie mogą, bo mają taką, a nie inną umowę. Dla tych ludzi nie będzie oferty w bankach czy w SKOK-ach. I jeżeli nie będą mogli pożyczyć w firmie pożyczkowej małej kwoty, będą musieli pójść do lombardu. Pytanie, czy o to tak naprawdę chodzi – przewiduje ekspert Instytutu Analiz Rynkowych.

Inną kwestią, budzącą wątpliwości ekspertów Instytutu Analiz Rynkowych, jest zapis o limicie kosztów windykacyjnych. Według Łukasza Gębskiego, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów stał dotychczas na stanowisku, że koszty windykacyjne muszą odzwierciedlać realne wydatki przedsiębiorców na ten cel. Ustawodawca proponuje jednak wyznaczanie ich w relacji procentowej do windykowanej kwoty, co zdaniem eksperta może sprawić, że przestanie się opłacać renegocjowanie niespłacanych rat. W tej sytuacji firmy poza jednorazowym ostrzeżeniem będą od razu przekazywały sprawę komornikowi, co także uderzy w konsumentów.

Instytut Jagielloński: przestarzały ręczny sposób poboru opłat za autostrady do likwidacji

Polska goni Europę w liczbie kilometrów autostrad i dróg ekspresowych, ale wciąż stosuje kosztowny i uciążliwy manualny sposób poboru opłat. Dzięki zlikwidowaniu punktów poboru przejazd autostradami stałby się płynniejszy. Instytut Jagielloński wskazuje też, że wprowadzenie automatycznego systemu przyniosłoby znaczne oszczędności.

– Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju powinno rozpocząć prace nad wprowadzeniem systemu, który uprościłby obecny system pobierania opłat. Naszym postulatem jest, by rozpoczęto prace nad rozszerzeniem systemu automatycznego o samochody pasażerskie. Prace należy rozpocząć teraz – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. Dodaje: – System manualny jest drogi. Nie są to oszczędności, które spowodują, że będziemy mieć od razu dodatkowy tysiąc kilometrów autostrad, ale warto je zrobić, jeżeli jest taka możliwość.

Od 2008 r. przybyło niemal 2000 km autostrad i dróg ekspresowych. Sześć lat temu w Polsce było tylko 330 km dróg ekspresowych i 663 km autostrad. Do końca 2013 r. było ich łącznie już 2805 km. W tym roku, przypomina Roszkowski, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad planuje otworzyć kolejnych 380 km.

Spośród tych dróg wszystkie są płatne dla pojazdów o masie przekraczającej 3,5 tony. Kierowcy aut osobowych muszą płacić na autostradach. Ale tylko płatności dla kierowców ciężarówek są w pełni zautomatyzowane za pomocą elektronicznego systemu viaTOLL. Użytkownicy samochodów osobowych mogą płacić w ten sposób na autostradach zarządzanych przez GDDKiA, ale na razie korzysta z niego niewiele osób.

To jest dobry moment, żeby zastanowić się, jak ten tradycyjny system manualny zastąpić systemem elektronicznym. To jest naturalna konsekwencja, która po pierwsze powinna obniżyć obecne koszty, po drugie, sprawić, że będą mniejsze korki przy wjazdach na autostrady, i po trzecie, wprowadzić do systemu te drogi, które są objęte prywatnymi koncesjami – mówi Roszkowski.

Dodaje, że ręczny, czyli tzw. zamknięty system poboru opłat jest nienowoczesny i kosztowny. Wymaga zatrudnienia osób, które wydają bilety i pobierają opłaty. Niezbędna jest także budowa przystosowanej infrastruktury, takiej jak place i punkty poboru opłat, szlabany oraz budki dla pracowników.

Przejście na otwarty (automatyczny) system poboru opłat wyeliminowałoby te problemy. Wszystkie pojazdy – także poniżej 3,5 tony – musiałyby mieć odpowiednie urządzenie. Roszkowski nie chce jednak przesądzać tego, czy lepszym wyjściem jest rozszerzenie obecnego systemu, czy też budowa nowego.

Czy to będzie system viaTOLL, czy nie, to niech rozstrzygną przetargi i rozwiązanie, które przyjmie Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju – mówi Roszkowski.

Podkreśla, że wyborcze lata 2014 i 2015 są dobrą motywacją dla rządu, by przyspieszyć prace nad rozwiązaniem, które ułatwi życie kierowcom. Pierwszymi działaniami MIR powinny być dokładna ocena możliwych do uzyskania oszczędności, a także analiza tego, czy prawo pozwala na takie rozwiązania.

Jeszcze w tym roku mają ruszyć prace nad Krajowym Systemem Zarządzania Ruchem, który ma m.in. objąć sposób poboru opłat za autostrady.

Rządowy podręcznik – rodzice i nauczyciele martwią się o jakość nauczania

Rządowe plany wprowadzenia jednego podręcznika dla wszystkich pierwszoklasistów grożą obniżeniem jakości edukacji – przestrzegają środowiska nauczycieli i rodzice. Wątpliwości budzi bardzo krótki czas na jego napisanie, który może wpłynąć na pojawienie się błędów merytorycznych w publikacji i nieprzygotowanie nauczycieli do pracy z nią. Zdaniem przedstawicieli rodziców i środowisk nauczycielskich narzucenie szkołom rządowego podręcznika oraz pośpiech przy jego tworzeniu mogą zniweczyć słuszną ideę finansowania pomocy szkolnych przez państwo.

– Największe zagrożenie jest takie, że w ogóle nie wiemy, jaka będzie jakość tego podręcznika – mówi agencji informacyjnej Newseria Dorota Dziamska, ekspert Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców. – Dlatego że Ministerstwo Edukacji Narodowej stało się wydawcą, pominięto wszelkie procedury. Ten podręcznik nie będzie miał rzeczoznawców, recenzentów, którzy go ocenią, nie będzie pilotażu.

Rodziców nie przekonuje nawet autorytet głównej autorki nowego podręcznika, Marii Lorek, której książki wprowadziły nową jakość do nauczania w początkach lat 90. Zdaniem Dziamskiej narzucenie podręcznika bez konsultacji i badań potrzeb jest błędem.

– Nawet największy autorytet, kiedy pisze podręcznik, książkę, ćwiczenia dla większej populacji dzieci, zawsze popełnia pewne błędy, dlatego taki podręcznik powinien być przede wszystkim oceniony przez pewną grupę nauczycieli. W ogóle powinien być pilotaż takiego podręcznika – mówi Dziamska.

Wtóruje jej Zygmunt Puchalski, wiceprezes zarządu głównego Społecznego Towarzystwa Oświatowego.

– To przerażające tempo. Ustawa pisana w ciągu kilku dni, wprowadzenie, napisanie w ciągu 4 miesięcy nowego podręcznika – lepszego od innych, bo takie jest założenie – to wszystko budzi niepokój ze względu na psucie jakości edukacji – podkreśla Puchalski.

Napisanie podręcznika zbiega się z pierwszym rokiem obowiązkowej edukacji dla części sześciolatków. To budzi dodatkowe obawy, bo do kłopotów organizacyjnych dochodzą metodyczne.

– Ma powstać podręcznik do pierwszej klasy, gdzie nadal są sześciolatki i siedmiolatki, czyli kilka roczników. Podstawa programowa nadal jest niepoprawiona, bo są w niej błędy, o czym nasza fundacja mówi od samego początku – mówi Dziamska. – Do tego powstaje podręcznik. A gdzie oprawa metodyczna? Gdzie seria szkoleń, jak z tym podręcznikiem pracować, do czego nauczyciele są przyzwyczajeni przez ostatnich 15–20 lat? Według mnie jest to niepoważne. I to kolejne małe barbarzyństwo, jeśli chodzi o dzieci. To jest eksperyment na dzieciach.

Zygmunt Puchalski zwraca też uwagę na to, że po wprowadzeniu rządowego podręcznika dotychczasowe doświadczenia w przygotowywaniu podręczników do nauczania początkowego mogą zostać zniweczone. A część funkcjonujących obecnie książek ma bardzo wysoką jakość.

Szkoda tego dorobku, i tego, że za 3 lata możemy już nie mieć takiego rynku i nie będziemy mieli do czego wracać – mówi wiceprezes STO.

Dorota Dziamska podkreśla, że nawet idea bezpłatności podręcznika nie do końca się sprawdzi. Wprawdzie część oferowanych obecnie dodatków, ćwiczeń i pomocy jest niepotrzebna, ale całkowite z nich rezygnowanie spowoduje, że rodzice – choć nie będą kupować podręcznika – i tak będą zmuszeni wydać pieniądze na dodatkowe materiały, na które w ujednoliconym i przechodnim podręczniku miejsca nie będzie.

– Podejrzewam, że pani minister poszła w tym kierunku, żeby zostawić klasyczny podręcznik, a żeby dodatków, wycinanek, dodatkowych zeszytów nie było, bo to sobie nauczyciele być może wymyślą sami. Oczywiście, że sobie wymyślą, ale zapukają do kieszeni rodziców, żeby kupić ten papier, tekturki i wszystko, co jest potrzebne – mówi Dziamska.

Operatorzy telekomunikacyjni liczą na wyższe przychody dzięki rosnącej sprzedaży smartfonów i tabletów

CEO Magazyn Polska

Rynek tabletów i smartfonów – mimo dynamicznych wzrostów w ostatnich latach – wciąż jest dla operatorów komórkowych bardzo perspektywiczny. Liczą oni nie tylko na większą sprzedaż tych urządzeń, lecz także na zwiększony popyt na transmisję danych, jaką generują smartfony i tablety. A to z kolei poprawia przychody operatorów.

Według danych firmy IDC, sprzedaż urządzeń mobilnych powoli wyhamowuje, jednak wciąż będzie można obserwować wzrosty. Szansę na nie dzięki zainteresowaniu takimi urządzeniami upatrują działające w Polsce spółki telekomunikacyjne.

 – Wskaźniki nasycenia tabletami i smartfonami w Polsce są wciąż niskie w porównaniu do rozwiniętych krajów w Europie i na świecie. Wciąż mamy ogromny potencjał wzrostu przed nasyceniem rynku, a to wpływa korzystnie na działających w Polsce operatorów – stwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Niewęgłowski, członek zarządu ds. strategii w P4, operatorze sieci Play.

Wszystkie firmy operujące sieciami telekomunikacyjnymi są korzystają z takiego stanu rzeczy, ponieważ napędza to zainteresowanie klienta usługami mobilnej transmisji danych.

 – Rosnące zainteresowanie konsumentów smartfonami i tabletami to dobry sygnał dla branży telekomunikacyjnej na nadchodzące lata – komentuje Jacek Niewęgłowski. – Operatorom telekomunikacyjnym bardzo się to podoba, ponieważ tego typu urządzenia oferują klientowi nowe funkcjonalności, które z kolei napędzają popyt na transmisję danych, co bardzo poprawia przychody operatorów.

 – Smartfony mamy na rynku już od 4-5 lat, a nasycenie nie jest tam, gdzie byśmy chcieli. Ubiegły rok był rokiem tabletów i sądzę, że najbliższy też będzie należał do tabletów, większych smartfonów i phabletów. To jest świetlana przyszłość – uważa Miroslav Rakowski, prezes zarządu T-Mobile Polska.

Także przedstawiciel P4 ocenia, że zainteresowanie klientów tabletami będzie się zwiększać. Na rynku pojawiają się nowe modele, bardziej funkcjonalne, o większej wydajności procesorów i większych ekranach, a ich ceny będą coraz niższe.

 – Biorąc pod uwagę spadające ceny, to jest rynek docelowy, a jego potencjał rośnie. Koszt produkcji w pełni funkcjonalnego tabletu stale maleje, co pozwala tworzyć coraz atrakcyjniejsze subsydiowane oferty dla konsumentów na rynku polskim. A powiedzmy sobie szczerze: rynek polski jest rzeczywiście na subsydia wysoko wyczulony i na cenę również – mówi przedstawiciel P4.

Jak podkreśla Niewęgłowski, przyszłością jest technologia LTE, którą operatorzy już oferują, i w najbliższym czasie wszystkie urządzenia, które pojawią się w sprzedaży, będą z nią kompatybilne.

 – Już widać duże zainteresowanie tymi ofertami i ich popularność wśród klientów, ale za wcześnie jeszcze na ogłaszanie konkretnych wyników – uważa Jacek Niewęgłowski.

Grycan rusza na podbój Azji. Na razie poprzez dostawy do sklepów, ale planuje też otwieranie lodziarń i franczyzę

0

CEO Magazyn Polska

Właściciele lodziarni Grycan – Lody od pokoleń planują podbój rynku chińskiego. Na razie poprzez sprzedaż w sklepach i sektorze HoReCa (rynek gastronomii hotelowej, restauracji i cateringu), później także poprzez lodziarnie własne i franczyzowe. – To nasz plan na kolejne lata – podkreśla Zbigniew Grycan. Kolejnym perspektywicznym rynkiem są sąsiednie Niemcy. Firma zapewnia, że lojalność zagranicznych klientów chce zdobyć, podobnie jak w Polsce, dzięki wysokiej jakości produktów.

Grycan – Lody od pokoleń zamierza w tym roku otworzyć kilkanaście nowych lodziarni (ma już ponad 120) i dotrzeć do klientów w odległych miejscach Polski z lodami litrowymi, półlitrowymi i jednoporcjowymi o pojemności 150 ml. Firma zapowiada rozwój w Niemczech i pracuje na rynkiem chińskim.

 – Niemcy to nasi najbliżsi sąsiedzi, a Chiny to olbrzymi rynek. Chcemy zmierzyć się z Azją. Mamy tam partnerów, będziemy na największych lodowych targach chińskich, prowadzimy próby – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Grycan, prezes i założyciel firmy.

Twórca marki Grycan – Lody od pokoleń dodaje, że spółka na razie koncentruje się na handlu detalicznym i dostawach w ramach rynku HoReCa. Nie wyklucza jednak w perspektywie kilku kolejnych lat uruchamiania lodziarni oraz współpracy z franczyzobiorcami.

Zagraniczne rynki firma chce podbić, podobnie jak polski, dobrą jakością lodów i innych oferowanych produktów.

Udało nam się połączyć metody rzemieślnicze z metodami produkcyjnymi. Ponieważ wyrośliśmy obydwoje z mężem z rodzin o tradycjach cukierniczych, nasi ojcowie i dziadkowie robili lody, to my to wyssaliśmy z mlekiem matki. Wiedzieliśmy, na czym ten biznes polega – tłumaczy Elżbieta Grycan. – To jest użycie bardzo dobrych składników: śmietanki kremówki, żółtek jaj, orzechów, bakalii, czekolady, świeżych owoców – to jest źródłem sukcesu.

Rodzina Grycanów ma cukiernicze korzenie, a zanim w 2004 roku założyła obecną firmę, przez 20 lat rozwijała markę Zielona Budka, rozpowszechniając warszawski brand w całej Polsce. Grycan – Lody od pokoleń to nie tylko lody. W lodziarniach firma oferuje soki i koktajle owocowe, ciasta własnej produkcji czy rurki z kremem.

Robimy wszystko, żeby zadowolić i zaskoczyć w pozytywnym tego słowa znaczeniu naszych klientów, zaproponować im coś, czego właśnie szukają. To są m.in. zmieniające się oferty w zależności od pory roku czy świąt i innych okoliczności – przekonuje Elżbieta Grycan. – Staramy się odgadywać potrzeby klientów i cieszymy się, jeśli ma to odzwierciedlenie w sprzedaży.

Zakupy spożywcze przez internet coraz bardziej popularne. Powodzeniem cieszą się zwłaszcza napoje i chemia gospodarcza

CEO Magazyn Polska

Rośnie popularność sprzedaży internetowej produktów spożywczych. Wygoda związana z brakiem konieczności transportu towarów zachęca do kupowania w produktów większych ilościach, zwłaszcza wody czy chemii gospodarczej. Równocześnie klienci nie boją się już nabywać wędlin, warzyw, mięsa i innych świeżych produktów.  

Wygoda powoduje, że klienci nie mają problemu, żeby zamawiać większe ilości produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Krzaklewski z Alma Market SA, dyrektor projektu internetowego Alma24.pl. – Przykładowo średnie zamówienie wody mineralnej to 8 półtoralitrowych butelek, czyli niespotykanie dużo w porównaniu do sprzedaży offline. Znacznie większą popularnością niż w sklepach tradycyjnych cieszą się produkty sypkie i chemii gospodarczej.

W latach, gdy sprzedaż internetowa była w Polsce nowością, klienci mieli opory przed nabywaniem świeżych produktów.  

W tym momencie nie ma takich różnic – zauważa Krzaklewski. – Równie często jak w sklepach tradycyjnych sprzedajemy owoce, warzywa oraz mięso i wędliny. Często wędliny sprzedają się nawet lepiej niż w tradycyjnych placówkach.

W Alma Market udział sprzedaży internetowej w całości obrotów wynosi ok. 7–8 proc. W 2013 roku spółka uzyskała ze sprzedaży detalicznej produktów i materiałów 977 mln zł.

Sprzedajemy przez internet od siedmiu lat i największy wzrost odnotowywaliśmy w pierwszych latach. Trudno jest stale utrzymać tak dużą dynamikę przy coraz wyższej bazie, ale nadal jesteśmy zadowoleni z osiąganych wyników i planujemy utrzymać wzrosty sprzedaży w kolejnych latach. Koncentrujemy się na podnoszeniu jakości serwisu klienta i w powiązaniu z najwyższą jakością produktów uznajemy to za główne czynniki wzrostu w kolejnych latach – dodaje Krzaklewski.

Produkty Almy nabywają przez internet głównie posiadające dzieci kobiety powyżej 30. roku życia, mieszkające w dużych miastach. Średnia wartość zakupu to ok. 200 zł. Tradycyjne placówki Almy znajdują się we wszystkich polskich miastach wojewódzkich poza Kielcami i Białymstokiem, a sklepy internetowe dowożą towary także mieszkańcom ich okolic.

Rośnie sprzedaż nowych samochodów. Polski rynek atrakcyjny dla koncernów motoryzacyjnych

CEO Magazyn Polska

Poprawia się sytuacja na rynku sprzedaży nowych samochodów osobowych. Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA wynika, że w lutym w całej Unii Europejskiej sprzedano ich ponad 860 tys. (wzrost o 8 proc.), z czego w Polsce – około 32,5 tys. To wynik znacznie lepszy od ubiegłorocznego. Pomogła możliwość pełnego odliczenia VAT od aut z kratką.

Sprzedaż nowych aut osobowych w Polsce rośnie ósmy miesiąc z rzędu. W lutym była o 35 proc. wyższa niż przed rokiem. Rosnący popyt to m.in. efekt wygasającej z końcem marca możliwości odliczenia pełnego podatku VAT od tzw. samochodów z kratką (zakupiono ich 9,5 tys. sztuk). Dlatego eksperci oczekują, że ten miesiąc zakończy się jeszcze lepszym wynikiem.

Jednak wzrost sprzedaży odnotowano w całej Unii Europejskiej. Z salonów wyjechało o 8 proc. więcej nowych samochodów niż w lutym ubiegłego roku.

W całej Europie mamy do czynienia z pozytywnym trendem powolnego wzrostu sprzedaży – ocenia Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, firmy oferującej rozwiązania w zakresie selekcji i naprawy części i komponentów dla branży motoryzacyjnej w Europie. – Im więcej spokoju gospodarczego i politycznego, tym konsumenci będą częściej podejmować decyzje o zakupie nowego samochodu.

Wzrosty odnotowały m.in. rynki niemiecki (4,3 proc.), włoski (8,6 proc.) i brytyjski (3 proc.). Liczba rejestracji w Hiszpanii wzrosła o 17,8 proc. Na tym rynku, podobnym do Polski, rocznie rejestruje się ponad 600 tys. nowych samochodów. W Polsce – ok. 300 tys. To świadczy o wciąż niewykorzystanym potencjale nabywczym polskich konsumentów. Exact Systems szacuje, że w tym roku liczba nowych rejestracji może być o 5–10 proc. wyższa niż w 2013 r.

Z kolei o tym, że Polska może być nie tylko atrakcyjnym rynkiem zbytu, lecz także miejscem produkcji, świadczyć może decyzja Volkswagena o wybudowaniu fabryki we Wrześni. Jej budowa ruszy jesienią br. i pochłonie prawie 1 mld euro. Każdego roku linię produkcyjną wielkopolskich zakładów opuszczać ma ok. 85 tys. nowych samochodów Crafter.

Zdaniem ekspertów, Niemcy, decydując się na budowę fabryki w Polsce, wzięli pod uwagę kilka czynników, m.in. stabilną sytuację gospodarczo-polityczną, dobrze rozwiniętą infrastrukturę oraz wysokie kwalifikacje kadry pracowniczej przy stosunkowo niewielkich kosztach pracy. To dzięki temu w walce o montownię pojazdów Volkswagena Polska pokonała np. Turcję.

Koncern Volkswagena ma bardzo dobre doświadczenia z Antoninka pod Poznaniem, gdzie wytwarzane są samochody Caddy i Transporter T-5. Niemcy mieli więc ułatwione zadanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes szef Exact Systems.

Spore nadzieje na nowe miejsca pracy wiążą z tą inwestycją lokalne władze. Według szacunkowych wyliczeń jedno miejsce pracy stworzone w fabryce samochodów to około 3–4 miejsc pracy w przemyśle poddostawczym, który wytwarza części i komponenty do produkcji aut. W fabryce we Wrześni zatrudnienie znaleźć ma docelowo ok. 2 tys. osób.

To powinno spowodować, że cały przemysł motoryzacyjny w Polsce zyska około 8 tys. miejsc pracy – przewiduje Gos.

Dzięki współpracy z samorządami gospodarczymi przedsiębiorcom bardziej opłaca się recykling odpadów

Firmy coraz chętniej korzystają z możliwości przystępowania do porozumień z marszałkami województw w sprawie zbierania i recyklingu odpadów opakowaniowych. Od 1 stycznia, zgodnie z ustawą opakowaniową, obowiązek ten może być przez przedsiębiorcę realizowany samodzielnie lub przez przystąpienie do porozumienia w ramach organizacji samorządu gospodarczego, które reprezentują te firmy. Eksperci podkreślają, że ta druga możliwość jest nie tylko bardziej skuteczna, lecz także korzystniejsza dla przedsiębiorców.

Zgodnie z nowymi regulacjami każdy przedsiębiorca ma obowiązek ponosić koszty zbierania, odzysku i recyklingu tych odpadów opakowaniowych, które powstały po opakowaniach, w których wprowadził swoje produkty do obrotu. Czyli mówiąc wprost: każdy musi sprzątać po sobie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tadeusz Pokrywka, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Przemysłu Spożywczego i Opakowań (KIG PSiO).

Wyjaśnia, że dotychczasowe regulacje nie zobowiązywały przedsiębiorców do finansowania odzysku i recyklingu odpadów opakowaniowych powstałych po ich produktach. Producent wprowadzający do obrotu produkty w opakowaniach złożonych z różnych tworzyw (jak np. karton do napojów) do końca ubiegłego roku dofinansowywał zbieranie i recykling odpadów opakowaniowych w tak zwanym materiale dominującym, czyli tak naprawdę finansował zbieranie plastiku lub zbieranie papieru i tektury. Zmieniły to nowe przepisy, czyli ustawa o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi, która weszła w życie 1 stycznia br.

Nowa ustawa umożliwiła organizacjom samorządu gospodarczego, reprezentującym grupę przedsiębiorców wprowadzających produkty w opakowaniach wielomateriałowych, zawieranie porozumienia z marszałkiem województwa o utworzeniu i utrzymaniu systemu zbierania, transportu, odzysku lub unieszkodliwiania odpadów opakowaniowych.

Tadeusz Pokrywka podkreśla, że podobnie jak w monomateriałach realizowanych przez organizację odzysku, przedsiębiorca może zorganizować zagospodarowanie odpadów samodzielnie lub w drodze porozumienia z organizacją samorządu gospodarczego. Jeśli będzie działać na własną rękę, musi zagospodarować 100 proc. odpadów, które powstały z opakowań, które wprowadził do obrotu. W przypadku realizacji obowiązków w drodze porozumienia obowiązują go poziomy określone przez resort środowiska w odpowiednim rozporządzeniu.

– Przedsiębiorcy bardziej opłaca się realizować obowiązki w drodze porozumienia niż samemu. Firmy powinny zajmować się działalnością podstawową, czyli produkcją i wprowadzaniem produktów do obrotu, a odpady pozostawić wyspecjalizowanym spółkom – uważa Tadeusz Pokrywka.

Szef Izby wskazuje, że przez lata nikt nie zajmował się wielomateriałowymi odpadami opakowaniowymi oraz odpadami opakowaniowymi po środkach niebezpiecznych. Praktycznie większość tych odpadów lądowała na składowiskach. Krajowa Izba Gospodarcza Przemysłu Spożywczego i Opakowań od 2007 roku prowadzi program Rekarton, dzięki któremu zdołała zbudować dobrowolny system zbierania i recyklingu opakowań kartonowych po żywności płynnej.

Przedsiębiorca, który do końca ubiegłego roku płacił za DPR-y [dokumenty potwierdzające recykling – red.] na papier i tekturę, oraz dodatkowo wspierał program Rekarton, od pierwszego stycznia tego roku wspiera wyłącznie Dobrowolne Porozumienie Rekarton, czyli realnie odeszło mu finansowanie zbierania makulatury – przekonuje prezes.

W lutym Izba zawarła z marszałkiem województwa mazowieckiego porozumienie, do którego mogą przystępować przedsiębiorcy, którzy wprowadzają do obrotu produkty w opakowaniach wielomateriałowych oraz środki niebezpieczne w opakowaniach.

W ich imieniu organizujemy system zbierania, recyklingu i odzysku tego typu odpadów – informuje szef KIG PSiO.

Izba podpisała już blisko sto umów z przedsiębiorcami, głównie z regionalnymi instalacjami przetwarzania odpadów komunalnych oraz firmami gminnymi, na zbieranie tego typu odpadów opakowaniowych, a także współpracuje z  osobami zajmującymi się recyklingiem tego typu odpadów opakowaniowych.

Jak podkreśla Ministerstwo Środowiska, dzięki nowym przepisom z ustawy opakowaniowej, więcej opakowań będzie powtórnie przetwarzanych. Zwiększy się również przejrzystość rynku i ograniczy funkcjonowanie w szarej strefie organizacji odzysku (marszałkowie województw mają obowiązek prowadzenia rejestru przedsiębiorców, wprowadzających produkty w opakowaniach, zajmujących się obrotem odpadami opakowaniowymi, prowadzący ich odzysk lub recykling).