Prof. Szymon Malinowski: Klimat jeszcze nie jest do końca zdestabilizowany. Polsce grozi jednak deficyt wody i wzrost cen żywności

Ubiegłoroczna zima była najcieplejsza od lat – od ostatnich 240 lat nie zdarzyła się jeszcze zima, w której średnia ogólnokrajowa temperatura byłaby na poziomie 4 stopni powyżej wieloletniej normy. Choć w tym roku luty przyniósł śnieg i mróz, to zmiany klimatu następują. Według Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu temperatury na Ziemi będą wciąż rosnąć – nawet o 3,7 st. C do 2100 roku. – W czarnym scenariuszu już wkrótce może zabraknąć wody nawet do celów komunalnych, mniejsze będą plony, wzrosną zaś ceny żywności – ostrzega prof. dr hab. Szymon Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki na Uniwersytecie Warszawskim.

– Tegoroczna zima cały czas była dużo cieplejsza i dużo mniej śnieżna, niż to było jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Fakt, że w ubiegłym roku praktycznie ani razu nie spadł śnieg w Warszawie, to było już dramatyczne odstępstwo od normy, a fakt, że mieliśmy trochę zimy w lutym w tym roku, świadczy o tym, że jeszcze klimat nie jest zdestabilizowany do końca. Natomiast nie ma się co dziwić, że w okresie zimowym, szczególnie w drugiej połowie zimy, kiedy Arktyka się wychłodziła i duża część Oceanu Arktycznego zamarzła, może spłynąć do nas chłodne powietrze – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Szymon Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki na Uniwersytecie Warszawskim.

Z opracowania „Klimat Polski 2020″ Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej – Państwowego Instytutu Badawczego wynika, że ubiegły rok był ekstremalnie ciepły. Średnia temperatura powietrza w 2020 roku w Polsce wyniosła 9,9 st. C, o 1,6 st. C więcej od średniej z lat 1981–2010. Temperatura w styczniu, zazwyczaj najzimniejszym miesiącu w roku, była wyższa od normy klimatologicznej o 3,7 st. C, a w lutym aż o 4,6 st. C. Była to najcieplejsza zima od połowy XX wieku i od początku regularnych pomiarów. Ogólnie temperatura powietrza w Polsce od 1951 roku wzrosła o nieco ponad 2 st. C.

– Nie wiemy, czy ten rok będzie kolejnym rekordowym, natomiast jest minimalna szansa, żeby był rokiem chłodnym. Może być i ciepły, bardzo ciepły, może być rzeczywiście gorący. Co do suszy też oczywiście nie mamy pewności, aczkolwiek im cieplejszy klimat w naszych szerokościach geograficznych, tym szybciej woda, która spadła, paruje i tym krócej zatrzymywana jest na powierzchni ziemi, zwłaszcza że wycinamy lasy, osuszamy mokradła – ocenia Szymon Malinowski.

Raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu (IPCC) wskazuje, że w związku ze zmianą klimatu stale postępuje utrata kriosfery, zakwaszanie oceanów i mórz, a temperatury na Ziemi będą wciąż rosnąć, nawet o 3,7 st. C do 2100 roku. Zmiany będą widoczne także w Polsce, zwłaszcza że nasz kraj nie jest zasobny w wodę.

– W niektórych latach sytuacja może być ekstremalna, wody może zabraknąć w niektórych miejscach nawet do celów komunalnych. Brak wody to także niższe plony, droższe ceny żywności i kłopoty z chłodzeniem naszych starych elektrowni węglowych. Upały to kłopot dla nas wszystkich, szczególnie żyjących w mieście, bo w mieście dodatkowo dochodzi jeszcze tzw. miejska wyspa ciepła, coraz trudniej schować się w cieniu, bo wycinamy drzewa – wskazuje ekspert.

Zmiany klimatu i stale rosnąca temperatura oznaczają częstsze i bardziej intensywne susze w lecie, nawałnice, huragany czy trąby powietrzne.

–  Już obserwujemy, że zmieniają się zjawiska pogodowe i pory roku, tylko jakoś tego nie kojarzymy z globalnym ociepleniem i z globalnymi zmianami klimatu. Chodząc do szkoły, grałem zimą w hokeja na łyżwach, nie na sztucznym lodowisku, tylko na lodowisku, które było wylane na początku sezonu zimowego na boisku szkolnym i pomimo kilku odwilży i rozmarznięć po drodze trwało do końca zimy. Dla nas normalną rzeczą były łyżwy, sanki, sporty zimowe, dla których w tej chwili w zasadzie w dużej części kraju już nie ma warunków – mówi prof. dr hab. Szymon Malinowski.

Czas korekt – kapitał inwestorów ucieka

Po długich wzrostach na rynkach wywołanych zalewem taniego pieniądza przyszedł czas korekt. Zobaczymy, czy to tylko chwilowa korekta, czy fragment dłuższej tendencji rynkowej.

Dane z Wysp

O 8:00 rano poznaliśmy pakiet danych z brytyjskiego rynku pracy. Po raz kolejny już okazuje się, że brexit, co prawda, ma negatywne konsekwencje, ale są one znacznie słabsze niż dotychczas sądzono. Stopa bezrobocia wzrosła w grudniu, ale 5,1% to nie jest zły wynik. W styczniu liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych spadła o 20 tysięcy, podczas gdy oczekiwano wzrostu. Co ciekawe, pomimo wzrostu bezrobocia o 0,1% płace również rosły. Rynki reagują pozytywnie na dane z Wysp i po raz kolejny mamy funta na najwyższym poziomie nie tylko od opuszczenia struktur unijnych, ale i od początku pandemii.

Przeceny na rynkach

Od początku tygodnia na wielu rynkach trwają istotne przeceny. W dół idą nie tylko główne indeksy giełdowe, ale również obligacje skarbowe. Cały proces wygląda jakby dochodziło do sporego wycofywania środków z rynków. Kolejne dni pokażą nam, czy te środki przepłynęły w inne miejsca, czy po prostu inwestorzy widząc, co się dzieje, woleli pogodzić się z trzymaniem ich na koncie, zamiast ryzykować. Dobrze widać to szczególnie w USA, gdzie za 10-letnie obligacje można dostać już niemal 1,4%, podczas gdy na początku roku był to niecały 1%.

Spadki na bitcoinie

Już wczoraj byliśmy świadkami dużej zmienności cen najpopularniejszej kryptowaluty świata. W ciągu dnia spadła ona z 57 000 dolarów na 55 000 dolarów, w trakcie jednak była przez chwilę na poziomie 49 000. Dzisiaj od rana spadki trwają dalej. Na moment pisania tego tekstu przez chwilę kurs odbił się odrobinę powyżej 45 000 dolarów. Analitycy nie są zgodni, co jest powodem gwałtownej przeceny, ale wskazują na znaczny ruch w górę w ostatnich tygodniach i łączą przecenę z realizacją zysków przez dużych inwestorów oraz aktywacją zleceń automatycznych wywołanych spadkami.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Shoppertainment – nowy trend w handlu popularny wśród Europejczyków

Najnowsze badanie przeprowadzone przez AliExpress, przy współpracy z firmą consultingową Forrester, pokazuje rosnące zainteresowanie e-handlem i przedstawia spostrzeżenia na temat dostosowywania strategii zakupowych do zmieniających się potrzeb klientów.

AliExpress, globalna platforma e-commerce, należąca do Alibaba Group, opublikowała dziś badanie na temat zmieniających się potrzeb europejskiego e-handlu oraz roli, jaką mogą odegrać zakupy przez Internet we wzmacnianiu lokalnych małych i średnich przedsiębiorstw. Obecnie jedną z najpopularniejszych innowacji w handlu elektronicznym jest Shoppertainment – koncepcja, która zaciera granice między e-commerce, rozrywką i codziennym stylem życia, angażując konsumentów i dostarczając im niezwykłe doświadczenia, dzięki transmisjom na żywo, interaktywnym grą, czy filmom.

Badanie e-konsumentów

Forrester Consulting,  wiodąca firma badań rynku, przeprowadziła na zlecenie AliExpress   analizę trendu związanego z rozrywką zakupową w Europie. W badaniu wzięło udział ponad 14 tysięcy  osób z Francji, Polski, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Wyniki sugerują, że konsumenci są otwarci na eksperymentowanie z nowymi formami robienia zakupów online. Dwie trzecie ankietowanych zaczęło kupować coraz więcej przez Internet. W przypadku rozrywki zakupowej – 70% konsumentów wyraziło zainteresowanie nową formą e-zakupów.

„Jako pionier w dziedzinie rozrywki zakupowej, AliExpress jest zaangażowany w rozwój ekosystemu i tworzenie większej liczby miejsc pracy w Europie, gdzie ta forma handlu elektronicznego zaczyna się powiększać” – powiedział Vita Chang, kierownik działu Content Operations Ecosystem w AliExpress. „Chociaż, w porównaniu z Azją, ten trend w Europie wciąż jeszcze się rozwija, badanie wskazuje na jego rosnący potencjał. Klienci są otwarci na nowe trendy i technologie, które mogą usprawnić ich zakupy. To prawdziwa szansa dla sprzedawców i detalistów, którzy wiedzą, jak strategicznie korzystać z trendów”.

Trendy w zakupach

Badanie wykazało, że do wiodących kategorii produktów, które zwracają uwagę konsumentów należy elektronika, moda i kosmetyki. Klienci są najbardziej zaangażowani, gdy sprzedający prowadzą transmisje na żywo, publikują krótkie, wiarygodne , edukacyjne treści i są prezentowane przez prowadzącego, którego lubią. Ponadto, analiza badania dzieli konsumentów europejskich na sześć osobowości, analizując ich zachowania związane z rozrywką i zakupami online, pomagając sprzedawcom lepiej zrozumieć swoich klientów.

„Badanie wykazało, jak ważne jest przyjrzenie się  osobno każdemu z krajów, aby zapewnić odpowiednie doświadczenia konsumentom z różnych części świata” – powiedział Chang. Kluczowe ustalenia sugerują, że konsumenci w Polsce najbardziej cenią sobie interakcje z prowadzącymi transmisje i innymi klientami.

„Wraz z pojawiającym się w europejskim handlu elektronicznym trendem, jakim jest Shoppertainment, firmy będą mogły wyprzedzić konkurencję, jeśli treści prezentowane konsumentom będą odpowiednie, godne zaufania i zabawne”, mówi Xiaofeng Wang, starszy analityk w firmie Forrester.

Od lipca 2019 roku AliExpress dostarczył do tej pory ponad 44 000 transmisji na żywo w trzynastu różnych językach. Po uruchomieniu nowej funkcjonalności  transmisji na żywo w aplikacji Connect, AliExpress zainteresował  prawie 92 miliony widzów z całego świata.

O badaniu

Badanie zostało przeprowadzone w grudniu 2020 r. W ankiecie online wzięło udział 14 460 respondentów w wieku od 18 lat z Francji, Polski, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, w tym 8039 respondentów, którzy kupują produkty lub usługi online co najmniej raz na kwartał i są zainteresowani co najmniej jedną formą zakupów.

Podatek od reklamy – prace przy projekcie ustawy w obecnym kształcie powinny być wstrzymane

Podatek od reklamy – konsultacje IAA Polska, IAB Polska oraz SKM SAR z Wicepremierem Jarosławem Gowinem.

19 lutego przedstawiciele trzech organizacji reprezentujących branżę reklamy i komunikacji marketingowej: IAA Polska, IAB Polska oraz SKM SAR odbyli spotkanie online z Wicepremierem Jarosławem Gowinem na temat projektu ustawy wprowadzającej podatek od reklamy. W konkluzji wszyscy uczestnicy zgodzili się, że prace przy projekcie ustawy w obecnym kształcie powinny być wstrzymane.

Spotkanie odbyło się w ramach konsultacji, jakie Wicepremier i Minister Rozwoju, Pracy i Technologii prowadzi z podmiotami, które bezpośrednio lub pośrednio odczują skutki wprowadzenia nowego podatku. Na wstępie Premier Jarosław Gowin przypomniał, że zarówno resort przez niego kierowany jak i ugrupowanie, na czele którego stoi, zadeklarowały, iż nie poprą aktualnie procedowanego projektu. Z kolei przedstawiciele przedsiębiorców poinformowali, że szczegółowe uzasadnienia, dlaczego należy zaniechać dalszych prac na tym projektem przesłali do Ministerstwa Finansów, do Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii oraz do Gabinetu Premiera.

Uczestnicy spotkania skoncentrowali się na prawnych i gospodarczych aspektach projektu rządowego. – Trwają zaawansowane prace nad podatkiem cyfrowym w OECD oraz ostatnio w Komisji Europejskiej. Naszym zdaniem tylko rozwiązanie wypracowane globalnie lub w przypadku jego braku, zaakceptowane przez wszystkich członków Unii Europejskiej, może sprawić, że wyrównają się szanse w walce konkurencyjnej firm lokalnych z globalnymi platformami technologicznymi” – stwierdził Jerzy Minorczyk, dyrektor generalny IAA Polska. – Legislacja ograniczona do jednego państwa będzie całkowicie nieskuteczna w stosunku do podmiotów świadczących usługi globalnie, za to dotkliwie uderzy rykoszetem w polskie firmy i osłabi ich konkurencyjność – dodał.

Ministerstwo Finansów przedstawiło projekt ustawy, dzięki któremu zamierza pozyskać 800 milionów do budżetu Państwa z przeznaczeniem na Narodowy Fundusz Zdrowia, Fundusz Ochrony Zabytków oraz Fundusz Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Niestety, w treści uzasadnienia brakuje analizy skutków wprowadzenia nowego podatku. – Nasza analiza wskazuje, że opodatkowanie przychodów z reklamy doprowadzi do faktycznego zmniejszenia wpływów do budżetu – stwierdził Paweł Tyszkiewicz, dyrektor zarządzający SKM SAR. – Opodatkowanie reklam ukazujących się w mediach ograniczy aktywność reklamową, opóźni wychodzenie z recesji i utrudni przedsiębiorcom sprzedaż artykułów (zwrócili już na to uwagę producenci mleka https://swiatrolnika.info/podatek-od-reklam-mleczarze). Większe koszty prowadzenia kampanii reklamowych to większe koszty funkcjonowania przedsiębiorstw, a w konsekwencji większe koszty wprowadzania nowych produktów na rynek i budowania marek. To z kolei pośrednio wpłynie negatywnie na chęć do inwestowania – podsumował Tyszkiewicz.

– Pan Premier Morawiecki podkreślał wielokrotnie, że cyfryzacja i budowanie innowacyjnej gospodarki, również poprzez wspieranie ekosystemu start-upów, jest priorytetem działań obecnego rządu. Tymczasem propozycja nowego podatku od reklam zniweczy te wysiłki. Pamiętajmy, że internet istnieje dlatego, że był i nadal jest prawie w całości finansowany z reklam. Dotyczy to również całej masy innowacyjnych firm i lokalnych start-upów” – stwierdził Włodzimierz Schmidt, prezes zarządu IAB Polska. – Mamy wiele przykładów polskich firm odnoszących ogromne sukcesy na arenie międzynarodowej, które nie są powszechnie znane, jednak w swojej domenie odnoszą sukcesy na miarę Wiedźmina. Jest to niedoceniony sukces eksportowy Polski, który zostanie zniweczony w momencie wprowadzenia kolejnego finansowego obciążenia, ponieważ to na tych firmach przede wszystkim odbije się nowa składka. Znacząco pogorszy się ich konkurencyjność w stosunku do firm zagranicznych, co w najlepszym wypadku oznacza zamrożenie dalszej ekspansji, a w bardziej realnym scenariuszu świetnie prosperujące biznesy po prostu zamkną się lub przeniosą działalność poza Polskę – dodał Schmidt.

– Zgadzam się z Waszą oceną w 95 procentach – stwierdził na zakończenie Premier Jarosław Gowin. Jednocześnie zwrócił się do organizacji branżowych z ofertą współpracy w toku dalszych prac nad podatkiem cyfrowym w Komisji Europejskiej, jak również w innych projektach legislacyjnych dotyczących bezpośrednio lub pośrednio branży komunikacji marketingowej.

Europa najatrakcyjniejszym regionem pod względem możliwości rozwoju oraz M&A

Jak wynika z najnowszej edycji badania EY Global Capital Confidence Barometer, 39% ankietowanych zarządzających firmami na całym świecie postrzega Europę jako region, który będzie dawał największe możliwości rozwoju dla firm w najbliższych 3 latach. Jako kolejny, 30% badanych wskazało region Azji i Pacyfiku, a 24% – obie Ameryki.

Rys. 1. Który region będzie generował najwięcej możliwości i szans na rozwój dla Twojej firmy w najbliższych 3 latach?

Który region będzie generował najwięcej możliwości i szans na rozwój

Szanse rozwoju, jakie na kontynencie europejskim widzą dla swoich firm zarządzający ankietowani przez EY, przekładają się również na atrakcyjność inwestycyjną regionu. To na Europę skierowane będą bowiem oczy firm planujących w najbliższych 12 miesiącach fuzje i przejęcia. Respondenci z Ameryki Północnej, Azji i Pacyfiku oraz Bliskiego Wschodu i Afryki właśnie Europę wskazują jako główny cel dla fuzji i przejęć poza swoim regionem.

Rys. 2. Którym regionem będzie interesować się Twoja firma, planując transakcje M&A w najbliższych 12 miesiącach?

Którym regionem będzie interesować się Twoja firma

– Rynek europejski jest dla inwestorów od lat atrakcyjny, a pandemia jeszcze bardziej tę tendencję umocniła. Kiedy rok temu zachwiane zostały łańcuchy dostaw, wiele firm dostosowywało i zmieniało swoje strategie, myśląc o rozwoju na kontynencie europejskim, a nawet przenosinach działalności z bardziej odległych regionów świata. Co jednak najważniejsze, Europa jest interesująca nie tylko geograficznie, ale i biznesowo. Część krajów bardzo szybko się rozwija i nieustannie zwiększa swój potencjał, zarówno dla lokalnych jak i zagranicznych inwestorów, poszukujących atrakcyjnych aktywów. Szybko rosnąca liczba start-upów i firm innowacyjnych, wysokie wskaźniki wykwalifikowanych pracowników, stosowane przez wiele krajów zachęty inwestycyjne – to tylko część czynników przyciągających inwestorów do Europy, choć trzeba mieć na uwadze, że pandemia w różny sposób dotknęła poszczególne kraje, a niektóre z nich na skutek wysokiej liczby zakażeń i lockdownów ucierpiały bardziej niż pozostałe. Jeśli chodzi o sektory, najwięcej transakcji M&A będziemy mogli spodziewać się w telekomunikacji, technologii, usługach finansowych, motoryzacji oraz sektorze medycznym i ochrony zdrowia – mówi Michał Płotnicki, Associate Partner EY, Zespół Fuzji i Przejęć.

Pandemia wciąż postrzegana jest jednak przez 29% ankietowanych jako największe zewnętrzne ryzyko zagrażające rozwojowi biznesu. Kolejne to: warunki gospodarcze i niepewne perspektywy na przyszłość. Firmy zdają sobie również sprawę z tego, że będą musiały zmierzyć się z wyzwaniami klimatycznymi, ciągłym rozwojem technologii, regionalizacją gospodarki światowej, czy napięciami geopolitycznymi.

Rys. 3. Jakie są największe zewnętrzne ryzyka dla wzrostu Twojego biznesu?
Jakie są największe zewnętrzne ryzyka dla wzrostu Twojego biznesu
Efekty COVID będą odczuwalne jeszcze w 2022 r.

88% respondentów na całym świecie w związku z pandemią doświadczyło spadku przychodów, a 92% spadku zysków. Efekty pandemii będą jednak rozciągać się w czasie. 46% ankietowanych spodziewa się, że jeszcze w tym roku przychody powrócą do poziomów sprzed pandemii, ale zyski na zbliżonych poziomach raczej spodziewane są w przyszłym roku.

Rys. 4. Czy Twoja firma doświadczyła znaczącego spadku zysków i przychodów w czasie pandemii, a jeśli tak – kiedy spodziewasz się powrotów do poziomów sprzed pandemii?Czy Twoja firma doświadczyła znaczącego spadku zysków i przychodów

Rekordowo wysoka globalna wartość transakcji M&A w drugim półroczu 2020 r.

Pomimo spowodowanego pandemią załamania na rynku transakcji fuzji i przejęć w pierwszej połowie 2020 roku, w drugiej połowie ich wartość była rekordowo wysoka i osiągnęła 2,32 bln USD, a między pierwszym a drugim półroczem aktywność na tym rynku wzrosła o 123%. Tendencja ta może utrzymać się w kolejnych kwartałach, ponieważ – jak wynika z badania EY – zarządzający w dużej części zamierzają utrzymywać aktywność na rynku fuzji i przejęć. 49% ankietowanych chce aktywnie przejmować w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a 65% z nich będzie poszukiwać aktywów na rynkach zagranicznych. Szczególnie interesujące dla inwestorów będą innowacyjne start-upy i firmy konkurencyjne technologicznie, by pomóc jeszcze bardziej zbliżyć się do klientów i ulepszyć kanały cyfrowe, które okazały się kluczowe w czasie pandemii.

Rys. 5. Czy Twoja firma będzie prowadzić aktywne działania w zakresie fuzji i przejęć w najbliższych 12 miesiącach?

Czy Twoja firma będzie prowadzić aktywne działania w zakresie fuzji i przejęć

– Wiele zawieranych w ostatnich miesiącach transakcji miało na celu przede wszystkim rozszerzanie portfolio usług i oferty dla klientów, co w dużej mierze wynikało z konieczności przystosowania się firm do działalności w nowych, pandemicznych warunkach. Prawdopodobnie będzie to też główny czynnik stymulujący transakcje M&A w najbliższej przyszłości. Firmy decydujące się na nie będą poszukiwały podmiotów, prowadzących działalność komplementarną, by zwiększyć udział rynkowy lub możliwości prowadzenia biznesu. Inwestorzy będą poszukiwać też możliwości zwiększania kompetencji cyfrowych i technologicznych, i zabezpieczać w ten sposób swoją pozycję na przyszłość – mówi Michał Płotnicki, Associate Partner EY, Zespół Fuzji i Przejęć.

Rys. 6. Jakie główne aktywności w zakresie M&A planuje Twoja firma?
Jakie główne aktywności w zakresie MA
86% respondentów na całym świecie na skutek pandemii przeprowadziło całościowy przegląd strategii i portfolio. Dla dwóch trzecich (66%) było to bezpośrednią odpowiedzią na zmieniającą się sytuację, związaną z pandemią. Doświadczenie pandemii pomogło firmom zidentyfikować obszary, które wymagają inwestycji. Efektem tych analiz są nadchodzące działania. 63% respondentów na całym świecie planuje zwiększyć inwestycje w technologię i cyfryzację, 57% skoncentruje się bardziej na zaangażowaniu klientów.

Rys. 7. W jaki sposób pandemia wpłynęła na inwestycje w poszczególnych obszarach?W jaki sposób pandemia wpłynęła na inwestycje w poszczególnych obszarach

O EY Global Capital Confidence Barometer

Badanie EY Global Capital Confidence Barometer mierzy zaufanie korporacji do perspektyw gospodarczych oraz identyfikuje trendy i praktyki strategicznego zarządzania kapitałami. Jest to cykliczna ankieta wśród kadry kierowniczej z dużych firm na całym świecie, przeprowadzana przez Thought Leadership Consulting, firmę należącą do Euromoney Institutional Investor.

Tegoroczna edycja badania została przeprowadzona w okresie od listopada 2020 do stycznia 2021 i wzięło w niej udział ponad 2400 menedżerów w 52 krajach; 82% stanowili dyrektorzy generalni, dyrektorzy finansowi i inni dyrektorzy szczebla kierowniczego. Respondenci reprezentowali następujące sektory: usługi finansowe, telekomunikacja, produkty konsumenckie i handel detaliczny, technologia, media i rozrywka, nauki przyrodnicze, szpitale i służby zdrowia, motoryzacja i transport, ropa i gaz, energia i usługi komunalne, górnictwo i metale, zaawansowana produkcja oraz nieruchomości, hotelarstwo i budownictwo. Roczne globalne przychody badanych firm: poniżej 500 mln USD (25%), 500 mln USD – 999,9 mln USD (26%), 1 mld USD – 4,9 mld USD (25%) i powyżej 5 mld USD (24%).

Brawurowa akcja na rynku kryptowalut. Czy to może być przypadek?

Jednego dnia na giełdy kryptowalut miało wpłynąć 37 tys. bitcoinów, wycenianych wówczas na ponad 2 mld dolarów. Ogromna w warunkach kryptowalutowego rynku podaż wywołała panikę i wyprzedaż. Czy w ten sposób wielcy gracze rynków finansowych chcieli doprowadzić do spadków cen, by zainwestować w bitcoiny o wiele więcej?

Dziś najważniejszym wydarzeniem na rynkach finansowych ma być wystąpienie Jerome’a Powella, szefa Rezerwy Federalnej. Tymczasem najwięcej i najgłośniej mówi się o tym, co dzieje się na rynku kryptowalut. Bitcoin i spółka skradły całe show.

W niedzielę wieczorem pojawiły się pierwsze informacje o tym, że na kryptowalutowych giełdach zaczyna się niecodzienny ruchy. Podaż bitcoinów zdecydowanie przekraczała standardy. Według danych CryptoQuant, 21 lutego na giełdy miało wpłynąć 37 tys. bitcoinów o rynkowej wartości (wg niedzielnych notowań) ponad 2 mld dolarów.

 

37 tys. BTC za ponad 2 mld USD to ogromna wartość, zważywszy że ostatnio ogromną euforię wywołały na tym rynku np. zakupy Tesli, które opiewały na kwotę 1,5 mld USD. Wyprzedaż za 2 mld USD mogła zatem wywrzeć jeszcze większe wrażenie, tyle że tym razem w drugą stronę – mówi Daniel Kostecki, główny analityk spółki Conotoxia Ltd., która świadczy usługę Forex dla użytkowników portalu Cinkciarz.pl.

Poniedziałkowe spadki cen, kontynuowane również we wtorkowe przedpołudnie, mogą być konsekwencją sprzedaży 37 tys. bitcoinów. Trudno nie zadać sobie w tym momencie pytania: dlaczego sprzedaje się tak ogromną partię kryptowaluty niemal na raz? Jeśli miało to wywołać panikę, to z pewnością się udało. Kurs BTC/USD spadł w dwa dni o ponad 20 proc. – z ok. 58 tys. USD do ok. 45 tys. USD, a korekta w ujęciu dolarowym jest już taka sama jak w styczniu. Wtedy kurs BTC/USD spadł z ok. 42 tys. USD do ok. 29 tys.

Potężna podaż bitcoina odbiła się także na innych kryptowalutach. W pewnym momencie kurs ETH/USD spadł od weekendowego szczytu z ponad 2000 USD do ok. 1360 USD, czyli o ponad 30 proc. Wprawdzie z perspektywy rynku kryptowalut korekty na poziomie 20-30 proc. nie są ani czymś nowym, ani też nadzwyczajnym. Wyjątkowa i bezprecedensowa jest jednak szybkość realizacji zleceń sprzedaży.

Możliwe, że jest to tylko zagrywka dużych graczy. Mając ogromny kapitał do ulokowania, mogli nie chcieć inwestować po rekordowych cenach. Stąd wywołanie paniki wydało się najlepszą rzeczą, którą można zrobić, aby nabyć duże ilości w atrakcyjnych cenach. Jeśli ktoś rzeczywiście realizuje taki scenariusz, wkrótce się o tym przekonamy, a w tym czasie nadal warto bacznie obserwować napływy na giełdy kryptowalut, a także stany posiadania dużych funduszy – czy tam przypadkiem pojawią się nowe spore pozycje – podpowiada Daniel Kostecki, analityk Conotoxia Ltd.

Jeszcze prostsze raty? Rozmowa z Małgorzatą Szulik; Business Project Manager w Provema

Sprzedaż ratalna nie jest nowym zjawiskiem. Od co najmniej dwóch dekad mamy możliwość odwrotnego oszczędzania, czyli kupuje teraz – spłacam później.  Mogłoby się wydawać, że w tym segmencie nic nas nie zaskoczy, a mimo to konsumenci coraz częściej sięgają po finansowanie zakupów.

Jest Pani odpowiedzialna za wdrożenie projektu LoanByLink – proste raty. Czy naprawdę potrzebne są nowe produkty? W ofertach ratalnych można przebierać.

Jak pokazuje rynek konsumencki, klienci nie tylko szukają nowych systemów ratalnych w konkurencyjnych ofertach, ale przede wszystkim zwracają uwagę na proces udzielania finansowania. Jako firma specjalizująca się w technologicznych innowacjach to właśnie robimy. Upraszczamy procesy płatności i oczywiście oferujemy korzystne warunki. Jesteśmy nastawieni na potrzeby klientów i jeżeli wskazują oni, że udzielanie finansowania trwa często zbyt długo to zastanawiamy się jak zrobić to lepiej.

Może Pani wyjaśnić co kryje się pod pojęciem zbyt długiego procesu? Często wystarczy dowód osobisty, wybieramy produkt i w zasadzie tyle.

Z pozoru może się wydawać, że tak. Procedura trwa chwilę. Dajemy dowód, dane wprowadzane są w system. Trwa weryfikacja (często decyzja wydawana jest określony czas np. 2h) podpisujemy papierową umowę i po x czasie wychodzimy z produktem, na który chcieliśmy uzyskać finansowanie. A teraz wyobrażamy sobie, że klient podaje tylko pesel i dostaje link, za pomocą którego, weryfikuje się usługą iDenfy, dane w formularzy zaczytują się automatycznie, decyzja wydawana jest w kilka sekund, a cały proces trwa 4 minuty. Nierealne? Zdecydowanie możliwe. U nas się to dzieje.

Być może sieci stacjonarne mogą skorzystać z łatwiejszego procesu, ale dzisiaj biznes kręci się w sieci. Finansowanie on-line rozwija się zawrotnie szybko. Co tu się da zrobić prościej?

Naturalnie, bardzo dużo usług przeniosło się na rynki on-line i tak naprawdę początkowo do tych osób kierowaliśmy nowe prodykty. Należy pamiętać, że nie każdy chce posiadać rozwiązanie e-commerc’owe. Mamy strony www bez funkcji sklepu, a często stron internetowych nie posiadamy. Przedsiębiorcy świadczący usługi w sieci może i by chcieli dać rozwiązania swoim klientom, ale nie było uniwersalnych narzędzi. I tu zrobiliśmy to czego konsumenci oczekiwali. Zrobiliśmy uniwersalne wtyczki umożliwiające prostą implementacje płatności na każdej stronie www. Następnym krokiem było wygenerowanie linku płatności. Załóżmy, że sprzedajmy tylko w mediach społecznościowych i chcemy udostępnić możliwość zakupy na raty potencjalnym klientom – tu znajduje zastosowanie generator linku ratalnego. Możemy go wysłać do klienta dowolnym komunikatorem, proces odbywa się on-line. W panelu partnera znajduje się informacja czy finansowanie zostało udzielone. Jestem pewna, że to pewnego rodzaju sukces.

Czy sprzedaż w mediach społecznościowych jest na tyle duża, żeby stwarzać do niej dedykowane rozwiązanie?

Oczywiście. To, że w mediach społecznościowych wciąż jest ogromny potencjał nie ulega wątpliwości. Social selling staje się coraz bardziej popularne i wiele firm decyduje się na korzystanie z takiej formy sprzedaży. Nasze rozwiązanie nie ma za zadanie tylko ułatwiać przedsiębiorcom, ale też chronić konsumentów. Widzę w tym kanale sporą szansę.

Nie myśleliście o tym, że przedsiębiorcy nie chcą udostępniać tylko ofert ratalnych? Czasem proces może nie mieć znaczenia na poczet zintegrowanych bramek płatności.

LoanByLink jest zintegrowaną bramką. To partner wybiera jakie formy płatności chce udostępnić klientom. W ramach integracji są oferty ratalne, ale też kanały standardowej płatności. Jak widać podeszliśmy do tematu kompleksowo 😉

Jakie korzyści można wymienić dla rejestrujących się partnerów?

Jak wspomniałam wcześniej partner do wyboru ma wiele możliwości. Dowolnie je może komponować i udostępniać. Prostota i szybkość procesu wg. mnie są bezkonkurencyjne. Rejestracja i wdrożenie są bezpłatne. Udostępniamy informacje o wdrożeniach w naszych kanałach komunikacji. Nie wspominam nawet o wzroście zaufania potencjalnych klientów czy średniej wartości koszyka. To się samo obroni.

Michał Kanownik: Cyfryzacja może zwiększyć konkurencyjność i prowadzić do oszczędności

Przyśpieszona cyfryzacja spowodowana pandemią pokazała przedsiębiorcom, że konieczna jest zmiana sposobu zarządzania i prowadzenia ich organizacji. Jeśli firma chce być w takiej sytuacji nadal konkurencyjna, musi wejść na drogę cyfryzacji oraz szukać usprawnień, np. rezygnując z papieru, co prowadzi do oszczędności – ocenia prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik.

Jego zdaniem prowadzenie przedsiębiorstwa, które aspiruje do bycia konkurencyjnym wymaga dziś nowoczesnego podejścia. –Nadchodzące lata, m.in. poprzez rozwój sieci 5G, pozwolą na upowszechnienie nowych, cyfrowych kanałów prowadzenia biznesu. Dlatego należy edukować przedsiębiorców z korzyści, jakie przynosi cyfryzacja oraz tego, jak nowoczesne narzędzia wdrażać w firmie – podkreśla Michał Kanownik.

W tym celu ma służyć rozpoczynająca się ogólnokrajowa kampania edukacyjna skierowana do przedsiębiorców – #BiznesBezPapieru. Zaangażowane są w nią firmy technologiczne zrzeszone w Związku Cyfrowa Polska ­– spółka Asseco i Samsung, które dodatkowo wspierane są przez ekspertów Centrum GovTech Polska, Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie, Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, Obserwatorium.biz, Santander Consumer Banku, Programu Czysta Polska oraz kancelarii prawnej Szostak_Bar i Partnerzy. W ramach kampanii przedsiębiorcy uzyskają – m.in. poprzez dedykowaną stronę internetową, poradniki, webinary oraz dyskusje – merytoryczne informacje dotyczące m.in. przechodzenia tradycyjnie funkcjonujących firm na rozwiązania cyfrowe, digitalizacji obiegu dokumentów czy kwestii związanych z cyberbezpieczeństwem.

Pokazać drogę transformacji cyfrowej

Korzyści, jakie płyną z cyfryzacji są niepodważalne. Świadczy o tym choćby rozwój e-usług, dzięki którym możemy w coraz łatwiejszy sposób załatwić sprawę urzędową, rozliczyć się z fiskusem czy załatwić e-receptę – mówi Michał Kanownik. I dodaje: – Podobnych uproszczeń powinniśmy szukać w funkcjonowaniu przedsiębiorstw.

Zdaniem prezesa Cyfrowej Polski, krajowy biznes jest otwarty na innowacje. Jednak nie zawsze przedsiębiorcy wiedzą, od czego powinni zacząć cyfrową transformację swojej firmy. Przykładem jest np. podpis elektroniczny – równoważny  z tradycyjnym podpisem odręcznym. Choć coraz więcej firm ma świadomość, że jest on sporym ułatwieniem, to nadal spora część przedsiębiorców nie zdecydowała się jeszcze na jego wdrożenie. – Dzięki kampanii przedsiębiorcy będą mogli dowiedzieć się, jak prowadzić biznes bez papieru i postawić kolejny krok na ścieżce cyfryzacji – zaznacza Michał Kanownik.

Katowice w pierwszej piątce pod względem atrakcyjności inwestycyjnej wg Raportu ABSL

Według raportu „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Katowicach” miasto Katowice i GZM to jeden z pięciu najważniejszych ośrodków w Polsce, w których prężnie rozwija się sektor nowoczesnych usług dla biznesu odpowiadający za 3,0-3,5% PKB Polski. W przeciągu ostatnich 4 lat zaobserwowano wzrost zatrudnienia w centrach usług w Katowicach i GZM na poziomie prawie 70%. Główną kategorią usług świadczonych w wymienionych ośrodkach są usługi IT. Prognozy ekspertów przewidują, że sektor w Katowicach będzie się dalej dynamicznie rozwijać.

Pomimo wybuchu pandemii inwestycje w Polsce nie zatrzymały się. Zagraniczni inwestorzy, otwierający w Polsce kolejne centra usług zwiększają przychody do budżetu i tworzą nowe miejsca pracy, wspierając gospodarkę wychodzącą z lockdownu. Od 2016 roku do teraz w Katowicach powstało 30 nowych centrów usług. Czynnikiem przemawiającym za lokalizacją centrów w Polsce jest korzystna lokalizacja, dogodna strefa czasowa pozwalająca obsługiwać inne regiony oraz potencjał rynku, m. in. pod względem rynku pracy i wielkości zasobów wykształconych pracowników w stosunku do innych gospodarek regionu Europy Środkowej i Wschodniej. Wszystkimi tymi cechami mogą pochwalić się Katowice.

Jak wynika z raportu w Katowicach i GZM w centrach usług zatrudnionych jest 27 000 pracowników. Prognozy trendów na rynku pracy oraz relatywnie wysoka odporność branży na szok jakim jest pandemia wskazują, że do końca 2021 liczba osób pracujących w sektorze na analizowanym obszarze przekroczy 28 500 pracowników. Dynamika wzrostu zatrudnienia w 2020 w stosunku do 2019 była na poziomie 11,5%, co jest wynikiem lepszym niż wskaźnik dla całego kraju, który wyniósł 10%. Na obszarze Katowic i Metropolii GZM funkcjonuje 114 centrów nowoczesnych usług biznesowych z 19 państw, z czego zdecydowana większość z nich (90) w Katowicach. Główną kategorią świadczonych usług w centrach są usługi IT (43,3% ogółu zatrudnionych), następnie SSC/GBS (33,1%), BPO (12,3%), R&D (3,7%) oraz inne (7,6%). Centra w Katowicach charakteryzuje wyższe średnie zatrudnienie na poziomie 253 osób niż w GZM (241 osób) oraz w Polsce ogółem (225 osób).

„Zaprezentowane w raporcie analizy potwierdzają wysoki potencjał inwestycyjny Katowic, będących centralnym miastem ponad 2-milionowej Metropolii.  Z ogromną satysfakcją obserwujemy, że niezależnie od pandemii tempo wzrostu w sektorze utrzymuje się na wysokim poziomie. Zwłaszcza teraz, kiedy globalna gospodarka znalazła się w trudnej sytuacji ważne jest tworzenie atrakcyjnych miejsc pracy, które wpłyną na decyzje młodych ludzi o związaniu swojej przyszłości z naszym miastem, a tym samym pozytywnie wpłyną na dalszy rozwój sektora i wzmocnienie marki Katowic na rynku nowych technologii.” – mówi Marcin Krupa, Prezydent Katowic.

Katowice oczami branży i w świetle statystyk

Raport „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Katowicach” to zestawienie subiektywnego i obiektywnego rankingu, opracowanego na podstawie wyników badania ABSL 2020 w oparciu o odpowiedzi kadry zarządzającej centrów nowoczesnych usług biznesowych w Polsce oraz na podstawie analiz statystycznych. Katowice i GZM zostały wysoko ocenione – to tylko pokazuje, że władze miasta obserwują trendy i odpowiadają na potrzeby inwestorów.” – podkreśla Wojciech Popławski, Wiceprezes ABSL.

W rankingu obiektywnym, Katowice i GZM zajmują wysokie pozycje w zakresie: dostępności puli talentów, dostępności do komunikacji drogowej i kolejowej, dostępności do lotnisk oraz współpracy z lokalnymi uniwersytetami i w konsekwencji pod względem ogólnej oceny miejsca prowadzenia działalności.

Z informacji uzyskanych na podstawie ankiety ABSL przeprowadzonej w listopadzie 2020 roku wynika, że w ramach umów podpisanych między centrami usług i lokalnymi szkołami wyższymi, realizowana współpraca dotyczy: staży dla studentów, wsparcia procesu rekrutacji studentów i absolwentów, rozwoju kompetencji przydatnych z punktu widzenia potrzeb centrów oraz kształtu programów edukacyjnych.

„Warto również zwrócić uwagę na koszt wynajęcia powierzchni biurowej; w tym względzie menadżerowie uplasowali Katowice i GZM na pozycji pierwszej. Pozycję drugą Katowice i GZM zajęły pod względem subiektywnej oceny współpracy z lokalnymi uniwersytetami, trzecią – w kategorii poziom płac. W powyższych kategoriach, zgodnie z wynikami subiektywnego rankingu menedżerów, Katowice i GZM mają przewagi komparatywne względem innych miast.” dodaje Paweł Panczyj, Dyrektor ds. Strategii i Rozwoju, ABSL.

W obrębie Metropolii, zdecydowanym liderem są Katowice. Świadczy o tym zarówno liczba centrów, zatrudnienie i dostęp do wykwalifikowanej kadry pracowniczej. W pespektywie długookresowej wzrost intensywności współpracy miast w obrębie GZM prowadzić będzie do dalszej poprawy atrakcyjności lokalizacyjnej i inwestycyjnej.

Nowelizacja ustawy AML coraz bliżej

Regulacje unijne dotyczące przeciwdziałania praniu pieniędzy i finansowania terroryzmu zobowiązały wszystkie Państwa Członkowskie do utworzenia centralnych rejestrów, w których możliwe byłoby odnalezienie informacji o beneficjentach rzeczywistych podmiotów korporacyjnych. W tym celu w Polsce utworzono Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. Ustawa powołującą rzeczoną instytucję do życia w najbliższym czasie ulegnie istotnej nowelizacji.

Jedną z najważniejszych zmian jest rozszerzenie listy podmiotów, które mają obowiązek zgłosić informacje o swoim beneficjencie rzeczywistym. Do listy zostaną dodane m.in. spółki partnerskie, spółki europejskie, spółdzielnie, stowarzyszenia podlegające wpisowi do KRS, fundację oraz trusty, których przedstawiciele lub osoby zajmujące stanowiska równoważne, mają miejsce zamieszkania w Polsce, nawiązują stosunki gospodarcze w imieniu trustów lub nabywają nieruchomości na terytorium Polski.

W nowelizacji wyrażono również obowiązek dostarczenia przez beneficjenta rzeczywistego instytucjom obowiązanym wszystkich danych i informacji, pozwalających na ujawnienie go (lub aktualizację danych o nim) przez tę instytucję w CRBR w terminie 7 dni od powstania obowiązku ujawnienia informacji w rejestrze.

W dotychczasowym stanie prawnym taki obowiązek beneficjentów rzeczywistych nie został literalnie wyrażony. Jest to jednak przepis na który należy zwrócić uwagę. W proponowanych bowiem zmianach przewiduje się, że jeżeli taka osoba nie przekaże instytucji obowiązanej wszystkich danych pozwalających go na ujawnienie go w rejestrze, lub przekaże tej instytucji nieprawidłowe dane, to podlega karze do wysokości 50 000 zł. Istotne jest zatem aby beneficjenci rzeczywiści zostali szczegółowo poinformowani o wszystkich danych, które muszą przekazać instytucji celem ujawnienia ich w rejestrze, a podmioty zobowiązane do ujawnienia tych danych aby skrupulatnie pilnowały przekazania powyższych informacji w odpowiednim terminie – zauważ mecenas Adam Ziębicki z kancelarii Chałas i Wspólnicy

Na podstawie nowych przepisów podmioty zobowiązane do ujawnienia w rejestrze swojego beneficjenta rzeczywistego będą zobowiązane do wskazania również wszystkich jego obywatelstw. W obecnym stanie prawnym, wystarczające jest wskazanie jedynie jednego obywatelstwa, jeżeli osoba fizyczna będąca beneficjentem rzeczywistym danego podmiotu ma więcej niż jedno obywatelstwo.

Nowelizacja wprowadza również mechanizm weryfikacji prawidłowości i prawdziwości informacji znajdujących się w rejestrze beneficjentów rzeczywistych. Wszystkie podmioty, które podlegają reżimowi ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy będą zobowiązane do odnotowywania rozbieżności pomiędzy ustalonymi przez siebie informacjami o kliencie z informacjami widniejącymi w rejestrze, a także do wyjaśnienia przyczyn rzeczonych rozbieżności z klientami. W przypadku potwierdzenia ww., instytucje obowiązane przekazują Ministrowi Finansów informację o odnotowanych rozbieżnościach wraz z uzasadnieniem i pełną dokumentacją. Takie uprawnienie zostanie przyznane również m.in. Najwyższej Izbie Kontroli czy też Komisji Nadzoru Finansowego. Konsekwencją zgłoszenia ma być postępowanie oparte na zasadach kodeksu postępowania administracyjnego (z wyjątkami – art. 9, 11, 13, 31, 61 § 4, 73, 78 i 79 kpa) w celu weryfikacji zgłoszonych w rejestrze danych i wydaniu decyzji o sprostowaniu tychże danych. Co istotne, informacja o wszczęciu oraz zakończeniu postępowania będzie odnotowana w rejestrze – podkreśla Ziębicki. Na podstawie rozporządzenia Ministra Finansów, zadania właściwe dla niego w sprawach dotyczących CRBR będzie mógł również wykonywać organ Krajowej Administracji Skarbowej.

Istotnym novum będzie możliwość odmówienia przez Generalnego Inspektora udzielenia prokuratorom i sądom na potrzeby postępowania karnego informacji lub tajemnic prawnie chronionych. Do tej pory takie uprawnienie nie zostało przewidziane dla Generalnego Inspektora danych, a na mocy znowelizowanej ustawy, organ ten będzie mógł to zrobić jeżeli mogłoby to negatywnie wpłynąć na proces analizowania przez ten organ informacji dotyczących wartości majątkowych, co do których powzięto podejrzenie, że mogą mieć związek z praniem pieniędzy lub finansowanie terroryzmu, jeżeli mogłoby narazić na niewspółmierną szkodę fizyczną, prawną lub jednostkę organizacją nieposiadającej osobowości prawnej oraz gdy byłoby to nieistotne z punktu widzenia celów, których dotyczy wniosek lub żądanie – dodaje mecenas Adam Ziębicki z kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Wreszcie, nowelizacja zmienia i dodaje sankcje za niedopełnienie obowiązków wynikających z ustawy. Kara administracyjna w wysokości do jednego miliona złotych zostanie poszerzona również o nie aktualizację danych w CRBR (dotychczas taka kara dotyczyła jedynie nie ujawnienia tych danych w rejestrze). Karą administracyjną w wysokości do 50 tysięcy złotych zostaną objęci beneficjenci rzeczywiści, którzy nie przekazali lub przekazali błędne informacje podmiotom, na których spoczywa obowiązek ujawnienia tych informacji w CRBR, w terminie 7 dni od powstania tego obowiązku.

Na chwilę obecną projekt ustawy wpłynął do sejmu i jest już po I czytaniu w Komisji Finansów Publicznych, gdzie został pozytywnie zarekomendowany. Należy zatem wskazać, iż z dużym prawdopodobieństwem ustawa wejdzie w życie jeszcze w tym roku.
Adam Ziębicki – Associate w Kancelarii Prawnej „J. Chałas i Wspólnicy” Sp. k.

Zakupy bez barier. Galerie handlowe dostępne dla wszystkich

W Polsce mieszka ponad 4,5 mln osób niepełnosprawnych. Większość z nich regularnie odwiedza centra handlowe. Tylko 9 proc. osób z niepełnosprawnością i 6 proc. osób z czasową niepełnosprawnością nie korzysta z oferty obiektów handlowych. Galerie są także chętnie odwiedzane przez osoby starsze i kobiety w ciąży – te grupy również wymagają specjalnych udogodnień. Z tego powodu zarządcy i właściciele galerii handlowych konsekwentnie wprowadzają zmiany, których celem jest poprawienie dostępności ich obiektów dla szerokiego grona odbiorców. By polskie centra handlowe były jeszcze bardziej przyjazne, dostępne i bezpieczne dla wszystkich bez wyjątku, Ministerstwo Finansów, Funduszy i Polityki Regionalnej w ramach rządowego Programu Dostępność Plus 2018-2025 wydało specjalny podręcznik dla galerii, przygotowany we współpracy z Polską Radą Centrów Handlowych (PRCH) oraz Fundacją Integracja.

W Polsce funkcjonuje prawie 550 obiektów handlowych. Są one nieodłącznym elementem przestrzeni miejskich i ważnymi ośrodkami życia społecznego. Galerie pełnią nie tylko funkcje handlowe, ale też kulturalne i integracyjne. Podręcznik „Dostępność w polskich centrach handlowych” zawiera zestaw rekomendacji i rozwiązań dla projektantów i osób zarządzających, których celem jest zwiększenie dostępności obiektów handlowych.

– Centra handlowe przyciągają coraz więcej klientów. Dużą grupę stanowią osoby, które mają specjalne potrzeby, najczęściej związane z ograniczeniami ruchu. Szacujemy, że co czwarty odwiedzający nasze obiekty, wymaga udogodnień, które pozwolą mu komfortowo i bez ograniczeń realizować różne potrzeby, od zakupów po korzystanie z usług, czy gastronomii. Widzimy to i zmieniamy nasze otoczenie, by zadbać także o tych klientów, którzy wymagają większej troski. Szacunek wobec potrzeb klientów może przejawiać się także w rozwiązaniach organizacyjnych i architektonicznych – mówi Jan Dębski, Prezes Zarządu PRCH. – Usprawnienia, które są wprowadzane do obiektów dotyczą takich grup jak: seniorzy, osoby z niepełnosprawnością ruchu, rodziny z małymi dziećmi, kobiety w ciąży. Chcemy, aby nasi klienci czuli się w naszych obiektach komfortowo i chętnie do nas wracali – dodaje Jan Dębski.

Według badań, zaprezentowanych w najnowszym podręczniku „Dostępność w polskich centrach handlowych”, o wyborze centrum handlowego przez osoby z niepełnosprawnością decydują przede wszystkim: lokalizacja (51 proc.), oferta sklepów (45 proc.) oraz łatwość poruszania się po obiekcie (42 proc.). Osoby ze specjalnymi potrzebami najczęściej wybierają się na zakupy do galerii po odzież i artykuły spożywcze.

Zarządcy i właściciele centrów handlowych dokładają wielu starań, aby pobyt w obiektach handlowych był komfortowy i pozbawiony barier – 76 proc. z nich deklaruje, że wprowadziło wiele rozwiązań dla osób z ograniczoną mobilnością, 78 proc. twierdzi, że zastosowało wiele udogodnień dla rodzin z dziećmi, a nieco ponad połowa badanych – 52 proc. wskazało na wprowadzenie znacznych ułatwień dla powiększającej się z roku na rok grupy seniorów.

W jaki sposób nieruchomości handlowe dostosowywane są do osób o szczególnych potrzebach?

Specjalnie przystosowane windy, szerokie korytarze, ruchome schody, dostosowane toalety, wyznaczone miejsca parkingowe, punkty informacyjne, godziny ciszy, pokoje rodzica z dzieckiem, antypoślizgowe podłogi oraz miejsca, w których można odpocząć, takie jak ławki czy fotele – to tylko wybrane rozwiązania stosowane w galeriach.

W poradniku „Dostępność w polskich centrach handlowych” można znaleźć więcej praktycznych rozwiązań poprawiających dostępność obiektów dla niepełnosprawnych, starszych oraz opiekunów z dziećmi. Publikacja powstała w ramach rządowego Programu Dostępność Plus 2018-2025. W tworzenie podręcznika oprócz Ministerstwa Finansów, Funduszy i Polityki Regionalnej zaangażowali się PRCH, Fundacja Integracja oraz sami zarządcy i właściciele centrów handlowych. Publikacja zawiera badania na temat oczekiwań i odczuć osób ze specjalnymi potrzebami oraz faktycznego stanu przygotowania polskich obiektów do odwiedzin niepełnosprawnych, starszych i rodzin z dziećmi. Czytelnicy podręcznika znajdą w nim również przykłady dobrych, branżowych praktyk wdrożonych w poszczególnych obiektach handlowych.

Nam wszystkim – klientom, użytkownikom, właścicielom, zarządcom centrów handlowych i ich projektantom zależy na tym, by podczas planowania, budowy, rewitalizacji czy rozbudowy obiektów handlowych uwzględniać możliwie wiele postulatów projektowania uniwersalnego. Rządowy program Dostępność Plus jest dla całej branży istotnym punktem odniesienia w działaniach na rzecz usprawnienia i wdrażania rozwiązań promujących wzajemny szacunek i savoir-vivre wobec osób z niepełnosprawnością – mówi Aleksandra Zentile-Miller, Członkini Zarządu PRCH, Dyrektor Chapman Taylor International Services i architektka.

USA bije rekord zadłużenia. Dolar ma problemy

Niepewność na rynku walutowym wywołana jest łatwością z jaką banki centralne drukowały pieniądze. Powstały olbrzymie długi, które trzeba będzie sfinansować. Walka z recesja okazała się dość skuteczna, ale w końcu przyjdzie za to zapłacić.

Temat rosnących rentowności długu nie słabnie. Jest to problem i powiedziała o tym ostatnio szefowa EBC, co w teorii powinno zaszkodzić euro, a tracił… dolar. EBC przygląda się rosnącym rentownościom obligacji. Akurat w strefie euro są one bardzo niskie i rosną wolniej niż gdzie indziej, zwłaszcza w porównaniu z USA, ale rynek zinterpretował to jako możliwość rozważenia przez bank centralny Europy polityki kontroli krzywej dochodowości. W ramach tej polityki bank centralny skupuje nie predefiniowaną wartość aktywów, a taką, która jest potrzebna, do utrzymania rentowności długu na określonym poziomie. W okresie presji na wzrost rentowności oznacza to zatem także wzrost skali skupu.

Wydawałoby się zatem, że w tym kontekście dolar powinien zyskiwać do euro, ale tak się nie dzieje. Wręcz przeciwnie – para EURUSD jest najwyżej od miesiąca i testuje bardzo istotną strefę oporu. Gdzie szukać wyjaśnienia?

Stany Zjednoczone są rekordowo zadłużone, a zadłużenie jeszcze wzrośnie, gdy wypłacone zostaną tzw. czeki Bidena (po 1 400 USD na konsumenta).

– Ten program będzie kosztował 1,9 bln dolarów, dlatego pojawiają się pytania o stabilność całego systemu finansowego i o to, co będzie się działo z dolarem – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Jeżeli dojdzie do zbiegu kilku okoliczności z dolarem może być bardzo źle.

W USA nasila się także problem z rosnącą inflacją i coraz wyższymi kosztami pracy. Wśród inwestorów finansowych pojawiły się obawy, że dojdzie do podniesienia stóp procentowych i ograniczenia poziomu skupu aktywów. To prowadziłoby do wzrostu rentowności długu czyli do wzrostu kosztów jego obsługi.

– Przy takim rozwoju sytuacji może dojść do załamania rynku akcyjnego – dodaje ekspert XTB. – Warto przypomnieć, że w takich okolicznościach w 2013 r. doszło do rajdu rentowności długu, a wówczas doprowadziło to do wzmocnienia dolara.

To wówczas para euro/dolar była blisko poziomów 1,3-1,4 i spadła niemal do parytetu. Do tego może być dość daleko, ale już pojawiły się sygnały ostrzegawcze.

Pandemia zszargała zdrowie psychiczne Polaków. Ponad 40% społeczeństwa już odczuwa poważne problemy

Czeka nas nowa pandemia, tym razem depresji. Polacy masowo tracą zdrowie psychiczne.Polakom grozi pandemia depresji

Badanie opinii społecznej, zrealizowane przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Therapify, wykazało, że ponad 42% Polaków odczuło pogorszenie zdrowia psychicznego w czasie pandemii. Częściej deklarują to kobiety niż mężczyźni. Jako główną przyczynę problemu ankietowani przeważnie podają złe znoszenie izolacji społecznej. Obniżenie nastroju, zaburzenia snu, lęki i częste odczuwanie niepokoju to zazwyczaj wymieniane objawy. Blisko 80% osób, które teraz je ma, nie doświadczało ich przed epidemią. Prawie 70% badanych z takimi dolegliwościami nie szukało dotąd specjalistycznej pomocy. Jednak eksperci komentujący wyniki badania mają rozbieżne opinie na temat tego, czy jesteśmy już o krok od pandemii depresji.

23 lutego obchodzimy Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. Tymczasem dane z najnowszego badania opinii społecznej są dość mocno niepokojące. Podczas tzw. I i II fali pandemii 42,2% Polaków zauważyło u siebie pogorszenie stanu zdrowia psychicznego. 50,4% ankietowanych nie dostrzega takiego problemu, a 7,4% nie umie tego określić. Zdaniem Damiana Markowskiego z platformy Therapify, wyniki przeprowadzonego badania są alarmujące, zwłaszcza że od czasu wybuchu epidemii w Polsce nie minął jeszcze rok. To może oznaczać, że zaczynamy mieć do czynienia z nowym, społecznym problemem, tj. pandemią depresji.

– Nie są to dobre wyniki, ale jednak większość badanych nie ma poczucia utraty zdrowia psychicznego. A pandemia to przecież bardzo trudne doświadczenie dla nas wszystkich pod wieloma względami. Moim zdaniem, nie należy obawiać się w najbliższym czasie nadejścia pandemii depresji – uspokaja dr Aleksandra Piotrowska z Uniwersytetu Warszawskiego.

Według badania, kobiety częściej niż mężczyźni wskazują, że ich kondycja psychiczna uległa pogorszeniu. Różnica wynosi 11,8%. Zdaniem eksperta z Therapify, to wcale nie oznacza, że Polki częściej tego doświadczają. Mężczyźni niechętnie przyznają się do słabości. Natomiast tego typu problemy dotykają ludzi bez względu na płeć.

– Kobiety, które przeszły na pracę zdalną w czasie lockdownu, mogą przeżywać dużo większą stratę niż mężczyźni. Mówiąc wprost, teraz mają więcej na głowach. Wcześniej, gdy jeździły do firm, mogły odrywać się od domowych obowiązków. Dla niektórych stanowiło to formę terapii – wyjaśnia dr Piotrowska.

Za główną przyczynę pogorszenia zdrowia psychicznego Polacy najczęściej uznają to, że źle znoszą izolację społeczną – 49,2%. Potem wskazują obawy przed tym, że ktoś bliski zachoruje bądź oni sami zarażą się koronawirusem – odpowiednio 42% i 34,6%. Natomiast najrzadziej podawanym czynnikiem jest brak dostępu do leków – 2,8%. Złe warunki w miejscu pracy wymienia 3,5% respondentów, a wykonywanie obowiązków służbowych w domu – 8,5%.

– Potrzeba kontaktu z innymi ludźmi jest jedną z najważniejszych, jakie ma człowiek. Dotyczy to też fizycznej bliskości. To zrozumiałe, że najczęściej właśnie izolacja społeczna stanowi problem. Ponadto mało kto dobrze znosi poczucie bezradności wobec wirusa – komentuje dr Piotrowska.

Najczęściej deklarowanym objawem osłabienia kondycji psychicznej jest obniżenie nastroju – 51%. Na drugim miejscu wskazywane są zaburzenia snu – 48,5%. Potem lęki – 37,4%. Z kolei na czwartej pozycji jest częste uczucie niepokoju – 36,7%.

– Zgłaszane objawy są naturalnymi ludzkimi reakcjami na trudną sytuację, w jakiej znalazło się wiele osób. Jeśli w nasilonym stopniu utrzymują się przez dłuższy okres, mogą być symptomami depresji. Trzeba wiedzieć o tym, że jest to groźna choroba. Nieleczona może całkowicie uniemożliwić normalne funkcjonowanie – ostrzega ekspert z Therapify.

Ponadto badanie wykazało, że aż 78,3% Polaków stwierdzających u siebie pogorszenie zdrowia psychicznego nie miało ww. objawów przed pandemią. Zaledwie 18% osób w tej grupie badanych ma odmienną opinię, a 3,7% nie umie tego ocenić.

– Te wyniki ewidentnie potwierdzają to, że główną przyczyną osłabienia kondycji psychicznej Polaków jest cała sytuacja związana z pandemią. Biorąc pod uwagę to, że wszystkie ograniczenia nie znikną jeszcze przez dłuższy czas, osoby mające problemy na tle psychicznym powinny zacząć korzystać z profesjonalnej pomocy – przekonuje Damian Markowski.

Dotychczas 69,8% ankietowanych w ogóle nie szukało specjalistycznej pomocy w zakresie leczenia ww. dolegliwości. Natomiast 27,7% respondentów twierdzi, że o nią zabiegało. Z kolei 2,5% nie określiło tego w badaniu.

– Zgłoszenie się na terapię w Polsce wymaga pewnego poczucia niezależności od opinii innych ludzi i zaufania do siebie, że tego właśnie się potrzebuje. Często problemem bywa to, że otoczenie w ogóle nie akceptuje trudnych emocji, które przeżywa dana osoba. Mówi się jej, żeby wzięła się w garść. A to jest najgorsza rada, jaką można kierować do człowieka w złym stanie psychicznym – podsumowuje ekspert z Uniwersytetu Warszawskiego.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 12-15.02.2021 roku przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla platformy Therapify na reprezentatywnej próbie 1026 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

W czasie pandemii największym wyzwaniem finansowym dla Polaków są opłaty za media

  • Z najnowszego Barometru ZPF wynika, że druga fala pandemii w mniejszym stopniu wpływa na finanse Polaków – problemy z dotrzymywaniem terminów płatności deklaruje 12% respondentów wobec 23% w kwietniu roku ubiegłego.
  • Występujące opóźnienia w spłacie zobowiązań najczęściej dotyczą opłat za media (gaz, woda, prąd), czynszu za mieszkanie, a także abonamentów (np. za telefon i telewizję).
  • W takich sytuacjach pomocne mogą okazać się dofinansowania od państwa w postaci dodatków mieszkaniowych oraz negocjacje warunków spłaty zadłużenia z wierzycielami.

Pandemia i związany z nią lockdown wpłynął na finanse Polaków – w większości przypadków negatywnie. Redukcja etatów przez pracodawców czy zmniejszanie wynagrodzenia stanowią wyzwanie dla budżetów domowych. Tego typu sytuacje mogą jednak zdarzyć się w każdym momencie, nie tylko w trakcie pandemii, ograniczając nasze zdolności do regulowania miesięcznych zobowiązań. Warto wiedzieć, z jakich rozwiązań możemy skorzystać, by poradzić sobie z narastającym zadłużeniem.

Kredyt hipoteczny nie tak problematyczny, jak czynsz i opłaty za media

W badaniu przeprowadzonym przez Związek Przedsiębiorstw Finansowych zapytano respondentów, czy koronakryzys wpłynął na ich możliwości do terminowego wywiązywania się z zobowiązań. Twierdząco odpowiedziało 12% badanych, co oznacza zdecydowaną poprawę w porównaniu z wynikami uzyskanymi w kwietniu 2020 r. Wtedy problemy z regulowaniem należności deklarowała blisko ¼ badanych.

Zadaliśmy również pytanie, w spłacie których zobowiązań mogą się pojawić lub już pojawiły się opóźnienia w związku z obecną sytuacją. Na pierwszym miejscu znalazły się opłaty za media (gaz, prąd, woda, itp.), dalej czynsz za mieszkanie i opłaty abonamentowe (telefon, telewizja). Najmniej problematyczne z punktu widzenia spłaty okazały się natomiast raty kredytów hipotecznych, samochodowych oraz podatki – mówi mec. Marcin Czugan, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych.

Pomoc od państwa i z lokalnych urzędów

W przypadku wystąpienia problemów ze spłatą miesięcznych należności czynszowych, warto zwrócić się o pomoc do urzędu miasta lub gminy. Przewidziany właśnie na takie okoliczności dodatek mieszkaniowy, może okazać się wystarczający, by pokryć wszelkie zadłużenia.

Kiedy możemy się o niego starać?

  • gdy jesteśmy właścicielami mieszkania lub domu;
  • gdy mamy spółdzielcze własnościowe lub spółdzielcze lokatorskie prawo do lokalu;
  • gdy wynajmujemy albo podnajmujemy je na umowę;
  • gdy czekamy na mieszkanie zamienne albo socjalne — jeśli mamy orzeczenie sądu, że przysługuje nam taki lokal.

Jakie warunki należy spełnić?

  • średni miesięczny dochód z 3 miesięcy przed złożeniem wniosku musi być równy albo niższy niż 1500,00 zł na jedną osobę w gospodarstwie domowym (jeśli dochód jest wyższy — dostaniemy dofinansowanie, ale pomniejszone o kwotę nadwyżki);
  • powierzchnia mieszkania albo domu jest równa albo niższa niż 52 m2 (jeśli powierzchnia mieszkania lub domu jest większa, ale nie przekracza 60 m2, otrzymamy dodatek pod warunkiem, że powierzchnia wszystkich pokoi i kuchni jest mniejsza niż 60% powierzchni użytkowej mieszkania albo domu)

W jaki sposób negocjować spłatę należności?

Jeżeli spodziewamy się, że nasza sytuacja finansowa szybko nie ulegnie poprawie, warto negocjować z usługodawcami nowe warunki spłaty należności. Kiedy np. wynajmujemy mieszkanie i czynsz najmu przewyższa w danym momencie nasze możliwości, należy szczerze porozmawiać z właścicielem lokalu i poprosić o obniżenie kwoty. W czasach pandemii wynajmujący mogą zgodzić się na zmianę warunków, ponieważ znalezienie nowego najemcy jest znacznie utrudnione przez brak studentów i pracowników z zagranicy. Jeżeli problem stanowią abonamenty za telefon czy telewizję, warto przemyśleć zmianę pakietu na taki, który w mniejszym stopniu będzie obciążał nasz budżet. W przypadku, gdy zalegamy z płatnościami przez kilka miesięcy, możemy spodziewać się, że zadłużenie przejmie firma windykacyjna, a to otwiera nam drogę do dalszych negocjacji.

W pierwszym momencie list z informacją o zadłużeniu może nas zaniepokoić. Jednak kontakt z firmą windykacyjną pozwoli na wynegocjowanie dogodnych warunków spłaty zadłużenia. Chęć współpracy jest w takich sytuacjach bardzo dobrze odbierana i działa na naszą korzyść. Dodatkowo, eksperci z firm windykacyjnych zdają sobie sprawę z tego, że pandemia może być powodem nieoczekiwanych kłopotów finansowych, dlatego tym bardziej są skłonni do negocjacji i szukania rozwiązań korzystnych dla obu stron – dodaje Marcin Czugan.

***

Pandemia jeszcze przez dłuższy czas może oddziaływać na nasze budżety domowe. W badaniu ZPF aż 84% respondentów stwierdziło, że druga fala pandemii w konsekwencji pogorszy ich sytuację finansową. Dla porównania, w czasie globalnego kryzysu finansowego w 2009 r. takie obawy deklarowało ok. 67% respondentów. Warto więc na bieżąco rozwiązywać problemy wynikające z opóźnień w spłacie należności, aby te nie doprowadziły nas do spirali zadłużenia.

Biometryczne karty płatnicze zdobędą 15% globalnego rynku płatności do 2026 roku

Analitycy UBS uważają, że biometryczne karty płatnicze mogą zdobyć do 15% rynku płatności i wygenerować 5 mld USD przychodów banków do 2026 r. Głównymi czynnikami wpływającymi na zmiany rynku są zmniejszone koszty obsługi i produkcji kart płatniczych, rozwój gospodarki bezdotykowej i wzrost liczby udanych, komercyjnych programów pilotażowych z zakresu biometrii.

Biometria w praktyce

Potwierdzanie transakcji biometrycznych jest już praktycznym rozwiązaniem, z którego można korzystać, a nie tylko ciekawostką technologiczną. Największe firmy technologiczne od dawna testują takie metody płatności, np. Visa, która bada ten obszar od 2018 roku. Zjednoczone Emiraty Arabskie w lutym 2021 roku zatwierdziły już rozpoznawanie twarzy jako metody weryfikacji tożsamości i płatności w sektorze usług prywatnych. Francuski bank BNP Paribas w styczniu tego roku zaczął oferować kartę Visa Premier, dającą możliwość przejścia na autoryzację przez odcisk palca. Wiele innych banków, m.in. SocGen czy NatWest, również testuje tę technologię.

Wykorzystanie tej metody weryfikacji jest wprowadzane w wielu sektorach, nie tylko płatności. Evernym, Yoti i iProov pracują nad zabezpieczeniem przepustek szczepionkowych, biometryczne urządzenia kontroli dostępu zostały wprowadzone m.in. TrustSec – rozwiązanie Cisco minimalizuje zagrożenia wewnętrznych sieci firm, a biometryczne produkty, oferowane, np. przez Suprema, osiągnęły najwyższe rekordy sprzedaży w historii firm.

Polska biometria

W Polsce sektor bankowości zainicjował wprowadzenie wybranych procesów przy wykorzystaniu biometrii. Co ciekawe, pierwszymi instytucjami, które zdecydowały się przetestować biometrię, były banki spółdzielcze (Podkarpacki Bank Spółdzielczy oraz Bank Polskiej Spółdzielczości). W 2010 roku PBS jako pierwszy bank w Europie wdrożył produkcyjnie biometrię naczyń krwionośnych palca w swoich bankomatach w celu usprawnienia wypłat świadczeń społecznych.

Według danych ZBP, obecnie polskie banki wykorzystują kilka technologii: Finger Vein – biometrię naczyń krwionośnych palca, FingerPrint – biometrię linii papilarnych palca, biometrię głosową oraz biometrię odręcznego podpisu. Weryfikację wykorzystuje się m.in. do potwierdzania transakcji, wypłat/wpłat w bankomatach sieci PlanetCash bez karty, zalogowania się do systemu transakcyjnego, autoryzowania operacji kasowych, podpisywania dokumentów.

Technologie biometryczne nie są już tylko ciekawostką, a raczej odpowiedzią na potrzeby klientów i zapewnienia bezpieczeństwa ich transakcji oraz dostępu do danych. Badania Visa pokazują, że 62% ankietowanych konsumentów z Polski zadeklarowało gotowość na korzystanie z biometrii zamiast z hasła do weryfikacji płatności. Polacy stawiają na szybkość transakcji, dlatego 73% ankietowanych konsumentów uważa, że danymi biometrycznymi posługuje się szybciej niż hasłami, a 76% twierdzi, że jest to łatwiejsze. 92% z polskich konsumentów, którzy wzięli udział w badaniu, uważa, że rozpoznawanie odcisków palców jest najbezpieczniejszą formą uwierzytelniania płatności.

Również szybkość i bezpieczeństwo płatności są ważnymi aspektami w e-commerce. Biometria na ten moment nie dotyczy bezpośrednio tej branży, a raczej instytucji finansowych, które pośredniczą w wykonywanych płatnościach online, np. poprzez weryfikację dostępu do aplikacji bankowej, gdzie potwierdzana jest transakcja. Użytkownicy w tym obszarze również najczęściej decydują się na szybkie rozwiązania, które jednocześnie zapewniają bezpieczeństwo transakcji. Według badania przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Tpay, 80% internautów najczęściej wybiera płatności natychmiastowe do finalizacji zamówień internetowych, czyli np. BLIK, który jest najszybszą metodą płatności dostępną w Polsce. Nasza rodzima technologia jest innowacją na skalę światową. BLIK szybko zyskał na popularności i jest ulubioną metodą 71% badanych, a korzysta z niej na codzień 58% badanych respondentów. Różnica użytkowania vs preferencji występuje zapewne ze względu na ograniczoną dostępność tej metody płatności w e-commerce, ponieważ nie wszystkie e-sklepy czy marketplace’y mają zintegrowane płatności z BLIKIEM.

Bezgotówkowe Chiny obejmują biometryczną przyszłość

Rynek weryfikacji płatności biometrycznych ciągle się rozwija, ponieważ rośnie konkurencja i zapotrzebowanie na dane konsumentów, które obecnie są jednym z najcenniejszych zasobów na świecie. Według raportu Global Data Market Size opracowanego przez warszawską spółkę z segmentu nowych technologii – Cloud Technologies wynika, że mimo kryzysu zdrowotnego i ekonomicznego spowodowanego pandemią, nadwiślański rynek danych zanotuje rekordową wartość wyceny. Polskie wydatki na cyfrowe informacje wyniosą w 2020 roku aż 32,1 mln USD, co oznacza wzrost o 17,5% r/r. Analitycy spółki zapowiadają, że to nie koniec dobrych wieści dla tego sektora. Już w przyszłym roku powinniśmy spodziewać się globalnego wzrostu wydatków na dane na poziomie 26%, co będzie skutkowało łączną wyceną rynku na poziomie 52,3 mld USD w 2021 roku.

Największe gospodarki świata prześcigają się w innowacjach, aby osiągnąć prym technologiczny, który od lat posiadają Chiny, gdzie nowe sposoby płatności są już szeroko dostępne w przekroju branż. Nawet niektóre sieci fast-foodów w Państwie Środka oferują płatności. Dzięki tej technologii, opracowanej przez Ant Group, spółkę macierzystą Alipay – największej chińskiej platformy płatności cyfrowych, gość restauracji płaci skanem swojej twarzy, który wykonuje się za pomocą kamery wbudowanej w ekran dotykowy urządzenia POS, używanego do składania zamówień. Korzystanie z takiej futurystycznej technologii biometrycznej stopniowo staje się głównym nurtem na szybko rozwijającym się rynku płatności w Chinach.

Według ankiety przeprowadzonej przez UBS Evidence Lab, około 21% kupujących w aplikacji Ant’s Alipay i w konkurencyjnej usłudze WeChat Pay firmy Tencent korzysta z systemów płatności poprzez rozpoznawanie twarzy – raz lub dwa razy w tygodniu. Analitycy UBS uważają, że postęp technologii biometrycznej w Chinach toruje drogę dla nowego, bogatego w dane, płynnego ekosystemu płatności obejmującego detalistów, banki i grupy telekomunikacyjne. Przewidują, że pomoże to w pobudzeniu wzrostu gospodarczego w Chinach, które znacznie wykraczą poza technologie klasycznych płatności zbliżeniowych –  najpopularniejszych zarówno w Chinach, jak i na całym świecie.

Odrębna analiza przeprowadzona przez UBS China 360, wykazała, że do końca 2019 r. dwa systemy płatności biometrycznych dotarły już do 300 chińskich miast, z wdrożeniem przez  szerokie grono kupców. Dalsze wzrosty w branży płatności są nadal możliwe, pomimo tak dojrzałego i nasyconego rynku, jakim są Chiny. Zwłaszcza w sytuacji kiedy organy regulacyjne zmieniają krajobraz rynku, aby pobudzić konkurencję w branży płatniczej i rozwijać nowe technologie.

Ta sytuacja przygotowuje grunt pod bitwę na innowacje, między firmami technologicznymi, bankami i fintechami – o danych, które stały się niezbędne do budowania pozycji firm i ich potencjału. Dotyczy to przekroju branż, od pojawiających się nowych modeli „handlu detalicznego”, po ubezpieczenia czy zarządzanie majątkiem.

Dojrzewające płatności cyfrowe

Chiński rynek płatności mobilnych jest już liderem na świecie pod względem całkowitego wolumenu transakcji, znacznie przyćmiewając wolumen transakcji w Stanach Zjednoczonych. Do czasu, gdy system metra w Nowym Jorku stał się pierwszą siecią w USA, która akceptowała portfele mobilne w 2019 r., Alipay stosował je w systemach transportowych 400 chińskich miast, a WeChat Pay jest używany w około połowie z nich.

Jednak taka dynamika wzrostów zaczyna spadać. Obserwacje UBS China 360 sugerują, m.in. że jedna z popularniejszych w tym kraju metod płatności – za pomocą kodów QR, osiągnęła już pełne nasycenie nawet w chińskich miastach, a Alipay i WeChat Pay są wszechobecne od centrów handlowych po mniejsze sklepy.

Pozyskanie większej liczby kupców jest jednym z powodów, dla których Ant uruchomił system płatności rozpoznawania twarzy Dragonfly pod koniec 2018 r., a Tencent wypuścił własną wersję, zwaną Frog Pro, rok później. Korzystając z biometrii, obie firmy są w stanie zwiększyć liczbę transakcji w supermarketach i sklepach ze względu na zdolność technologii do zmniejszenia tzw. „Tarć płatniczych” – czyli czasu potrzebnego na sfinalizowanie transakcji po weryfikację i uwierzytelnienie przez kupującego oraz sprzedawcę. Transakcje kartą i te, które wymagają zeskanowania kodu QR, trwają około 15 sekund, podczas gdy przy rozpoznawaniu twarzy cały proces weryfikacji danych biometrycznych użytkownika i przetwarzania transakcji zajmuje około jednej sekundy.

UBS wierzy, że wygrani w świecie „nowego handlu detalicznego” zostaną zdefiniowani nie tylko przez projekt ich oferty omnichannel, ale przez to, która firma ma najbardziej kompleksowy zestaw danych biometrycznych, detalicznych i transakcyjnych. Eksperci UBS dodają, że na  dłuższą metę w pełni bezkontaktowy i płynny system płatności biometrycznych będzie skomercjonalizowany przez bardziej znanych sprzedawców detalicznych, którzy mają odpowiednie zasoby, m.in. w obszarze danych konsumenckich i przewagę technologiczną.

Restauracje gości przyjęły ostatni raz 124 DNI TEMU

Gastronomia nieczynna od równo 4 miesięcy, a miała być zamknięta dwa tygodnie. Ilość windykacji wobec restauratorów wzrosła o kilkaset procent.

Choć trudno w to uwierzyć to gastronomia jest nieczynna już od… 4 miesięcy! To oznacza, że od 124 dni restauracje i kawiarnie mogą serwować swoje produkty tylko na wynos lub z dowozem. To czasy, gdy kilka tysięcy lokali zakończyło działalność, inni przedsiębiorcy dramatycznie  się zadłużają. Według ostatnich szacunków pracę w gastronomii w pierwszym półroczu tego roku może stracić nawet 250 tysięcy osób. – Sytuacja tej branży jest dramatyczna. Ze wszystkich objętych lockdownem najgorsza – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska. – Przedsiębiorcy prowadzący działalność gastronomiczną są początkiem łańcucha długów na który składają się także dostawcy, producenci żywności czy podmioty obsługujące lokale – dodaje windykator.

Restauracje notują spadki przychodów rzędu 80-90%

Gastronomia znajduje się na czele branż, które najboleśniej odczuwają skutki lockdownu. Restauracje są nieczynne od 24 października. Wiele lokali bardzo boleśnie odczuło wiosenne zawieszenie, zamknięcie jesienią uruchomiło spiralę zadłużenia, która doprowadziła do bankructwa wiele firm: – Gastronomia, hotelarstwo oraz budownictwo to panteon branż wobec których najczęściej dochodzi do windykacji. Gastronomia to gospodarcza sieć połączeń. Jeżeli w złej kondycji jest restauracja to pieniędzy nie dostają także dostawcy, producenci, firmy leasingowe. Spirala zadłużenia w tej branży kręci się jak świder i nic nie wskazuje na to, by najbliższe miesiące przyniosły jakąkolwiek poprawę – mówi windykator Małgorzata Marczulewska.

– Najpoważniejsze problemy mają lokale luksusowe, które oferują dobrej jakości jedzenie z drogich produktów. Te firmy nie mogą pozwolić sobie na serwowanie np. owoców morza z dowozem, bo to jest ubytek na jakości, którego konsumenci nie wybaczą. Prowadzimy obecnie kilkadziesiąt postępowań windykacyjnych wobec kawiarni i restauracji. To były zwykle lokale, które dobrze lub bardzo dobrze radziły sobie poza pandemią. Nie znam branży, która mogłaby nie generować przychodów przez cztery miesiące i dobrze działać. Spadki w tej branży sięgają 80-90% – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska. – Jakoś radzą sobie fast foody, obiady domowe i lokale z pizzą. To jest jednak kwestia nie jakości, ale prostej obsługi tych dań i możliwości formułowania oferty na wynos – dodaje.

„Rozmowy windykatorów z restauratorami mają często bardzo dramatyczny charakter” Ilość windykacji wzrosła o 500%

Na koniec roku 2020 szacowane długi branży gastronomicznej sięgały 281 milionów złotych. Teraz ta kwota może przekraczać już grubo ponad 300 milionów złotych. Ostatnie informacje pokazują, że nawet co piąta restauracja może nie przetrwać dalszych obostrzeń. – Sytuacja restauratorów jest dramatyczna. Jestem pewna, że fala bankructw jest tutaj absolutnie nie do zatrzymania. W samym Szczecinie widzimy prawdziwy pogrom znikających restauracji i kawiarni. Nie ma tygodnia bez informacji, że ktoś zakończył działalność – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska. Zadłużenie rośnie, a restauratorzy nie mogą liczyć na pomoc: – Rozmowy windykatorów z restauratorami mają często bardzo dramatyczny charakter. To ludzie bardzo dumni ze swojej pracy, często czują bezsilność, że ich zamknięcie trwa, a oni nie znajdują racjonalnego uzasadnienia dlaczego tak się dzieje. Ilość windykacji wobec restauratorów w porównaniu z rokiem 2019 wzrosła o ponad 500%. Wcześniej takich spraw było kilkanaście rocznie. Teraz kilkaset – dodaje Prezes Marczulewska.

Trudną sytuację mają również pracownicy gastronomii: – Tysiące osób straciło pracę lub etaty. W wielu restauracjach pozostała tylko podstawowa obsada i to na najniższych wynagrodzeniach. Frustracja jest gigantyczna. Nie zapominajmy, że składową pensji w restauracjach jest napiwek. Nie ma klientów to nie ma napiwków. To jest trudny czas nie tylko dla restauratorów, ale i pracowników gastronomii – dodaje Prezes Marczulewska.

Freelance, etat czy praca zdalna? Polacy o różnych formach pracy

Bezpieczeństwo i stabilizacja to w czasach pandemii jedne z najważniejszych wartości pracy dla Polaków. A jednak, wielu zatrudnionych poszukuje dodatkowych źródeł dochodu poza etatem. Z badań Pracuj.pl wynika, że decydując się na alternatywne źródło zarobku aż jedna trzecia zatrudnionych Polaków realizuje dodatkowe zlecenia „po godzinach”, a co czwarty – wykonuje prace tymczasowe i sezonowe. Ponadto blisko połowa Polaków jest otwarta na propozycje pracy w 100% zdalnej, jeśli takie by się pojawiły.

Z materiału dowiesz się, że:

  • 1/3 pracujących badanych deklaruje, że realizuje zlecenia „po godzinach”.
  • 1 na 7 Polaków deklaruje, że pracuje na więcej, niż jednym etacie.
  • Blisko połowa Polaków jest otwarta na propozycje w 100% zdalnej pracy.
  • Obecnie o przebranżowieniu myśli co piąty pracujący Polak.
  • Zdaniem 58% w przyszłości pojawią się nowe formy wykonywania pracy.

Etat nie zawsze wystarczy

Stała praca na etacie ma wiele zalet, wśród nich kluczowe są bezpieczeństwo i stabilizacja – szczególnie w czasach pandemii i wyzwań gospodarczych. Jednak Polacy sięgają często także po inne formy zarobkowania. Głównym motywatorem do poszukiwania dodatkowych źródeł dochodu jest oczywiście wysokość wynagrodzenia – wielu zatrudnionych na etacie chciałoby otrzymywać wyższą pensję. Dlatego decydują się na poszukiwanie dodatkowych możliwości zarobkowania. Inną często podkreślaną motywacją jest większa swoboda i niezależność, związana z życiem poza etatem – choć freelancing bywa wymagającą ścieżką kariery.

Niewątpliwie na otwartość na różnorodne formy pracy wpłynęła pandemia COVID-19 która udowodniła, że praca z biura czy siedziby firmy nie musi na zawsze pozostać dominującym modelem wykonywania obowiązków.

Jak te powszechne przekonania dotyczące niestandardowych form zarobkowania wypadają na tle deklaracji Polaków? Tego postanowiliśmy się dowiedzieć w kolejnej części badań „Polacy w środowisku pracy”, przeprowadzonych na reprezentatywnej grupie ponad 1000 pracujących respondentów. Polacy o różnych formach pracy

Zlecenia coraz bardziej popularne

Jak wynika z badań Pracuj.pl, aż 1/3 pracujących badanych przyjmowała w 2020 roku (styczeń-grudzień) dodatkowe zlecenia „po godzinach”. Warto zauważyć, że częściej z takiej formy pracy korzystają mężczyźni (37%) niż kobiety (27%) – co może się wiązać między innymi z większym obciążeniem pań przez obowiązki rodzicielskie, wciąż nierówno rozłożone w przypadku płci.

Polacy o różnych formach pracy 2

Sposobem na zdobycie dodatkowych środków są także prace tymczasowe i sezonowe. Do takiej formy zarobkowania w 2020 roku przyznaje się co czwarty pracujący respondent. Choć w czasach pandemii tego typu praca w celu uzyskania dodatkowego dochodu bywa koniecznością, badani zauważają, że wciąż jest ona traktowana jako mniej prestiżowa.

Ciekawe są również wyniki dotyczące pozostałych form zarobkowania. Badanie Pracuj.pl wskazuje, że na więcej niż jednym etacie pracowało 15% respondentów, a tylko 14% wykonywało obowiązki w 100% zdalnie. Jeszcze mniej, bo nieco więcej niż co dziesiąty, wykonywało pracę na zastępstwo (12%).

Polacy otwarci na nowe

Jak wykazują badania, Polacy są bardziej otwarci na nietypowe formy pracy, niż wynikałoby to z liczby osób deklarujących ich faktyczną realizację. Najwięcej, bo aż 45% pracujących badanych gotowych byłoby podjąć w 100% zdalną pracę lub telepracę. To pokazuje ciekawą zależność – wśród osób pracujących zdalnie gotowość na taką formę wykonywania obowiązków w przyszłości jest znacznie niższa (o czym można przeczytać w raporcie „Pół roku nowej normalności”).
Polacy o różnych formach pracy 3

Z kolei mniej więcej co trzeci zatrudniony badany jest otwarty na takie źródła dodatkowego dochodu, jak praca tymczasowa lub sezonowa (34%), dodatkowy etat (33%) oraz freelancing lub dodatkowe zlecenia po godzinach (31%). Najmniej, bo 29% byłoby gotowych na podjęcie się pracy na zastępstwo.

Jasne i ciemne strony freelancingu

Jak wykazują badania, praca zdalna i freelancing okazują się być atrakcyjną formą wykonywania obowiązków dla znaczącej grupy Polaków. Tego typu zajęcia coraz częściej przeradzają się w obecnych czasach w pełnowymiarowy model pracy. Przykładem udanej, stopniowej transformacji z „etatowca” na freelancera jest historia Justyny Mazur, autorki popularnych podcastów – od niedawna na „pełen etat”. W tym roku wraz z Pracuj.pl przygotowała także serię rozmów pod tytułem „Dobra robota”.

Podczas studiów dziennikarskich miałam przekonanie, że praktyka ma kluczowe znaczenie i nim się obejrzałam, miałam już kilkuletnie doświadczenie w pracy redakcyjnej, co wzbudzało wśród rówieśników podziw. Po kilku latach zaobserwowałam u siebie jednak wypalenie zawodowe. Jakiś czas temu poczułam, że moje możliwości rozwoju mogą zostać zaspokojone poza klasyczną formą zatrudnienia. Od lat tworzę rzeczy do sieci, od niespełna trzech podcasty. Włożyłam całą swoją energię w to, by moje zainteresowania stały się moją pracą. Wymagało to początkowo wielu wyrzeczeń, ale dzisiaj patrząc na listę najczęstszych problemów towarzyszących zatrudnionym, żaden z nich mnie nie dotyczy – komentuje Justyna Mazur.Polacy o różnych formach pracy 4

Jak jednak podkreśla Konstancja Zyzik, ekspertka Grupy Pracuj, freelancing nie jest dla każdego. To forma pracy, która wymaga specyficznego zestawu umiejętności i charakteru, a w wielu wypadkach może skutkować brakiem równowagi między pracą, a życiem prywatnym.

Freelancing jest ciekawą formą pracy, ale wymaga od stawiającej na niego osoby sporej sprawności i przedsiębiorczości. W większości wypadków wymaga dobrej organizacji zadań, systematyczności, zdolności do samodzielnego postawienia granicy między czasem pracy i prywatnym. Badania pokazują, że choć otwartość na alternatywne formy zarobkowania jest duża, etat pozostaje wciąż najbardziej powszechnie oczekiwaną i pożądaną opcją – komentuje Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Capabilities Development Manager w Grupie Pracuj.

Również sami badani Polacy podzieleni są w ocenie wpływu freelancingu na work-life balance. 38% respondentów Pracuj.pl zgadza się z opinią, że ten model pracy mocniej niż inne burzy równowagę między pracą i życiem osobistym, 19% – nie zgadza się, a aż 43% nie ma na ten temat określonego zdania.
Polacy o różnych formach pracy 5

Nadchodząca ewolucja modeli pracy

Sytuacja na rynku pracy zmienia się, zwłaszcza w obecnym czasie, gdy wpływ na firmy i zatrudnionych ma pandemia wywołana przez COVID-19. Dostrzegają to pracujący Polacy – aż 58% z nich uważa, że w najbliższych latach pojawiać się będą nowe formy realizacji pracy. Okazuje się także, że ponad połowa badanych liczy się z tym, że zmiany na rynku pracy spowodują wzrost zainteresowania innymi formami zatrudniania niż etat.

Czy jednak zatrudnieni robią coś w tym kierunku, by lepiej być przygotowanym do zmieniającej się sytuacji? Okazuje się, że tak. Obecnie o przebranżowieniu myśli 21% osób. Jednak znacznie więcej pracujących jest gotowych poświęcić czas i pieniądze, jeśli skutkowałoby to nową, lepszą pracą w przyszłości. Aż 80% respondentów deklaruje, że może poświęcić swój czas na samorozwój – kursy, szkolenia i nabywanie nowych kompetencji zawodowych po to, by móc się przebranżowić i zmienić pracę na lepszą.

Ponad połowa badanych (53%) osób byłaby skłonna zapłacić za szkolenia i kursy, dzięki którym ich szanse na nową pracę się zwiększą, nawet jeśli miałby to być inny, niż wykonywany dotychczas zawód. Jedynie 7% osób uznało, że szkoda im czasu na naukę.

Wspólna praca nad nowymi modelami

Wybuch pandemii COVID-19 i jego konsekwencje dla rynku pracy pokazały, że warto być elastycznym i mieć umiejętność szybkiego odnajdywania się w zmieniającej rzeczywistości. Obawy przed zmianami mogą być paraliżujące dla pracodawców i pracowników, a nowa sytuacja – czy tego chcemy, czy nie – mocno będzie wpływać na rdzenie się nowych trendów i tendencji. Najbliższe lata to będzie okres mocnego testowania zarówno nowych modeli pracy, jak i nacisku na przekwalifikowywanie części kadr.

To dobrze, że pracownicy na poziomie deklaracji starają się patrzeć w przyszłość i przewidywać, jak może wyglądać sytuacja na rynku pracy za kilka lat. Z badań widać, że większość osób nie boi się zmian, a nawet przekwalifikowania. Są w stanie poświęcić czas i pieniądze, by znaleźć pracę swoich marzeń. To jednak także sygnał dla pracodawców, którzy powinni przygotowywać się do ewentualnych zmian. W długiej perspektywie rekrutacja i zatrudnianie nowych osób jest bardziej kosztowna niż dokształcanie obecnej kadry. Ponadto szerszy wachlarz modeli pracy to, jak pokazują badania, magnes na dodatkowe grupy kandydatów. Firmy powinny przyglądać się rynkowi i do niego adaptować, bo tempo zmian rynku pracy w ostatnim roku znacznie przyspieszyło – podsumowuje Konstancja Zyzik.

Kiepskie nastroje firm z nadzieją na szybkie zakończenie pandemii

Główne wnioski z VII edycji badania Krajowego Rejestru Długów „KoronaBilans MŚP” dotyczące bieżącej sytuacji i prognoz:

  • 38,5% firm pozytywne ocenia swoją aktualną sytuację finansową. To o 1,5 pp. więcej niż w poprzedniej edycji badania. O 4 pp. (do 34%) natomiast wzrosła grupa przedsiębiorców niezadowolonych ze swojej sytuacji ekonomicznej.
  • Niecałe 15% firm spodziewa się poprawy sytuacji ekonomicznej w najbliższych trzech miesiącach. 27% firm obawia się jej pogorszenia. Prawie 60% nie jest w stanie przewidzieć, jak zmieni się ta sytuacja w najbliższej przyszłości.
  • 79% właścicieli firm dostrzega wpływ pandemii na prowadzenie biznesu. Zdecydowana większość, bo 95% z nich odczuwa jego negatywne skutki.
  • Niemal 37% właścicieli firm ma problemy z uzyskaniem od dostawców materiałów, produktów czy komponentów niezbędnych do prowadzenia działalności.
  • Niewiele mniej, bo 36,2% przedsiębiorców, obawia się, że problemy z dostawami utrzymają się w najbliższych trzech miesiącach.
  • NOWOŚĆ: 40% przedsiębiorców uważa, że wprowadzenie lockdownu miało sens. Ponad połowa z nich wierzy, że dzięki temu pandemia szybciej się skończy. Jednocześnie 60,5% przedsiębiorców jest przeciwnego zdania. Uważają oni, że takie działanie blokuje gospodarkę (68%) i pozbawia ludzi źródła pracy (61%).

Co trzecia firma źle ocenia swoją sytuację ekonomiczną – wynika z VII edycji badania „KoronaBilans MŚP”, zrealizowanego w lutym br. przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Wiele firm mówi jasno, że wprowadzone obostrzenia negatywnie wpływają na prowadzenie działalności. Tymczasem zwolennicy lockdownu wierzą, że dzięki niemu, pandemia szybciej się skończy.KoronaBilans MŚP – główne wnioski

Wyniki VII edycji badania KRD „KoronaBilans MŚP” pokazują, że mimo trudnej ogólnej sytuacji firm, wciąż utrzymuje się przewaga optymistów nad pesymistami. Dobrze o swojej bieżącej sytuacji ekonomicznej wypowiada się 38,5% właścicieli firm z sektora MŚP, to o 1,5 pp. więcej niż w grudniu i znacznie więcej niż na początku pandemii, kiedy to pozytywnie swoją sytuację ekonomiczną oceniał zaledwie co czwarty przedsiębiorca.KoronaBilnas MŚP – lockdown

Towar chwilowo niedostępny

W widoczny sposób wzrósł natomiast odsetek firm, które mają odmienne zdanie. Jeszcze w grudniu źle bądź bardzo źle o swojej sytuacji ekonomicznej mówiło 30% firm. W najnowszej edycji badania takie spostrzeżenia ma już ponad 34% przedsiębiorców. Tym samym maleje grono firm, które nie są w stanie określić, czy ich sytuacja ekonomiczna jest dobra czy zła. Odsetek przedsiębiorstw, które spodziewają się pogorszenia sytuacji w najbliższych trzech miesiącach, spadł z 41% w grudniu do 27% obecnie. Dwukrotnie wzrósł odsetek optymistów (choć wciąż stanowią oni mniejszość) i dość wyraźnie spadł odsetek pesymistów.

Wciąż wiele firm, bo 76 proc. dostrzega wpływ pandemii na prowadzenie działalności. Co prawda to o 5,6 pp. mniej niż w grudniu, ale to nadal bardzo dużo. I niestety mowa tu o negatywnym oddziaływaniu. Prawie 95 proc. przedsiębiorców w tej grupie, przyznaje, że zmuszonych było ograniczyć, zawiesić lub zamknąć działalność. Według danych Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, w grudniu 2020 roku zamknęło lub zawiesiło działalność 47 332 przedsiębiorców, a rozpoczęło lub odwiesiło działalność 27 711 podmiotów. W drugim półroczu 2020 roku systematycznie rosła w Polsce liczba wniosków o zamknięcie czy zawieszenie działalności. Epidemia musiała się do tego znacznie przyczynić, co potwierdza także nasze badanie – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Wzrósł odsetek firm, które mają problemy z uzyskaniem od dostawców materiałów, produktów czy komponentów niezbędnych do prowadzenia działalności. Aktualnie taki kłopot zgłasza 36,9% przedsiębiorców, to o 5,2 pp. więcej niż w grudniu. Z drugiej strony o 1,5 pp. (do 36,2%) spadł odsetek tych, którzy w najbliższych trzech miesiącach spodziewają się problemów z dostawami.

Lockdown dobry, lockdown zły

Prawie 79% badanych przyznało, że obostrzenia wprowadzone w październiku 2020 r. miały wpływ na prowadzenie ich biznesu. Co piąty przedsiębiorca nie odczuł konsekwencji. Jednocześnie ponad połowa ankietowanych firm zakłada, że jeśli niektóre restrykcje zostaną przedłużone, to odbije się to na ich działalności negatywnie.

Jeśli chodzi o ocenę wprowadzenia obostrzeń, widać, że przedsiębiorcy są podzieleni. Prawie 40% z nich uważa, że wprowadzenie lockdownu ma sens. Ponad połowa zwolenników zamrożenia gospodarki, wierzy, że dzięki temu pandemia szybko się skończy. 46% jest przekonanych, że takie działanie zapewnia społeczeństwu bezpieczeństwo.

Przeciwnicy lockdownu natomiast w dużej mierze sądzą, że takie działanie za bardzo paraliżuje gospodarkę (68%) i pozbawia ludzi źródła utrzymania (61%). Ponad połowa (56%) uważa, że zamrażanie firm w wybiórczej formie nie ma sensu, ponieważ niektóre branże działają bez zmian, a inne są zamknięte, co czasem odbija się na branżach ściśle współpracujących z tymi zamrożonymi.

Widać, że przedsiębiorcy o zamrożeniu gospodarki nie mówią jednym głosem. Jedni uważają, że jest ono potrzebne, bo rodzi nadzieję na szybkie zakończenie pandemii. W ich ocenie zdrowie jest ważniejsze od zysków, bądź podchodzą do tego bardzo pragmatycznie: jeśli zaraza będzie się szerzyć wśród pracowników, to oznacza to długotrwały paraliż firmy. Jednak większość nie widzi w nim sensu. Te negatywne oceny wynikają głównie z tego, że nie mogą normalnie prowadzić działalności lub, mimo że lockdown nie dotknął ich bezpośrednio, to problemy ich kontrahentów wpływają także na ich działalność. Są branże, które ściśle współpracują z tymi zamkniętymi, jak na przykład pralnie, które kiedy hotele były zamknięte, traciły nawet 80 proc. zysków. Takich powiązań jest bardzo dużo. Ale 23 proc. przeciwników zamrażania gospodarki uważa, że takie działanie wcale nie zmniejsza ryzyka zachorowania – mówi Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

VII edycja ogólnopolskiego Badania „KoronaBilans MŚP” została przeprowadzona przez IMAS International w lutym 2021 r. na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Objęła grupę 301 firm z sektora MŚP, w tym: mikro (zatrudniające 3-9 osób), małe (10-49) i średnie przedsiębiorstwa (50-249). Technika badawcza: CATI/CAWI.

E-życie zostanie z nami na dłużej

Rewolucja technologiczna towarzyszy nam już od dawna, ale w ostatnich miesiącach zdecydowanie przyspieszyła. Wybuch pandemii i przeniesienie znacznej części życia konsumentów oraz funkcjonowania firm do strefy wirtualnej, spowodowały nasilenie korzystania z nowoczesnych technologii. Boom ten z pewnością będzie miał wpływ na szeroko pojęty biznes – także w przyszłości.

Nowoczesne technologie to jedna z najbardziej dynamicznych branż. Rozwój wirtualnych usług, który obserwujemy od kilku lat, w ostatnim czasie jeszcze bardziej podkręcił tempo. Na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy na rynku pojawiły się zupełnie nowe rozwiązania, narzędzia i platformy, będące odpowiedzią na szereg wyzwań, przed którymi stanęła światowa gospodarka. Jeszcze przed rokiem, gdy wprowadzano pierwszy lockdown, a obostrzenia całkowicie zmieniły życie konsumentów, pracowników i firm, większość z nas traktowała nową rzeczywistość jako okres przejściowy. Dziś, oczywistym jest, że zmiany wywołane przez pandemię będą nam towarzyszyły przez dłuższy okres i trwale wpłyną na wiele aspektów życia konsumentów i funkcjonowania biznesu.

Rzeczywistość kształtuje trendy

Potwierdzają to wyniki badań przeprowadzonych przez Polski Instytut Ekonomiczny. Aż 65 proc. ankietowanych przedsiębiorców twierdzi, że pandemia trwale zmieni działalność ich firm. Zmiana ta w dużym stopniu będzie wiązała się z wykorzystaniem nowoczesnych technologii, które w tak dynamicznie zmieniających się warunkach umożliwiają organizacjom zarówno pracę zdalną, jak i komunikację z klientami, czy rozszerzanie oferty usług dopasowanych do bieżących wyzwań. Dane PIE wskazują, że aż 37 proc. dużych firm biorących udział w badaniu deklarowało wzrost inwestycji w nowoczesne technologie, a 32 proc. ich utrzymanie na poziomie z poprzedniego roku[1]. – Aby sprawnie działać i odpowiadać na zmieniające się zwyczaje konsumentów biznes musi uwzględniać najważniejsze trendy. Nowoczesne technologie są dziś niezbędne – biorąc pod uwagę choćby model pracy zdalnej, czy oczekiwania konsumentów, którzy w znacznym stopniu żyją w świecie wirtualnym i tam poszukują informacji o produktach i markach – komentuje Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska

Warto pamiętać, że aby skutecznie i efektywne wykorzystywać nowoczesne technologie w organizacjach niezbędny jest cechujący się odpowiednimi kompetencjami zespół. Nawet najnowocześniejsze narzędzia cyfrowe umożliwiające pracę zdalną i realizację zaawansowanych procesów nie sprawdzą się, jeśli na czele rozproszonego zespołu zabraknie cyfrowego lidera potrafiącego zarządzać pracownikami w nowej rzeczywistości.

[1] https://pie.net.pl/wp-content/uploads/2021/01/Tygodnik-Gospodarczy-PIE_03-2021.pdf

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny – jakie zmiany wniesie na rynku nieruchomości

Prace nad projektem ustawy dotyczącej ochrony praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego trwają już od wielu lat. W minionym tygodniu projekt został przyjęty przez Radę Ministrów. Temat jest bardzo dobrze znany w branży nieruchomości. Co to w praktyce oznacza i jakie niesie ze sobą zmiany dla deweloperów oraz kupujących mieszkania?

Głównym założeniem ustawy jest zwiększenie bezpieczeństwa osób kupujących mieszkanie od dewelopera, w przypadku ogłoszenia przez niego upadłości. Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK, twierdzi, że dotychczasowa ochrona środków wpłacanych przez nabywcę mieszkania nie zapewnia odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa. Aby je zwiększyć, rząd chce powołać Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Dzięki takiemu rozwiązaniu, osoba, która kupiła lokal od upadającego dewelopera, otrzyma pieniądze zgromadzone właśnie przez tę instytucję.

Co to oznacza dla deweloperów? Wspominany fundusz będą zasilały składki odprowadzane przez inwestorów od środków wniesionych przez klientów na zakup mieszkania. Będzie to 2% (w przypadku otwartych rachunków powierniczych) lub 0,2%, przy zamkniętych rachunkach – od wartości mieszkania. Składka jest de facto dodatkowym opodatkowaniem deweloperów, co w dalszej perspektywie może wpłynąć na wyższe ceny mieszkań. Łączne wpływy do DFG mogą wynieść nawet 1,5 mld zł rocznie. Realna wysokość składki będzie określana w rozporządzeniu, więc musimy się liczyć z tym, że może być ona wyższa. Co ciekawe, w ostatnich latach, po wprowadzeniu rachunków powierniczych, nie słyszy się o upadłościach deweloperów, co pozwala wnioskować, że skala problemu jest minimalna, a pieniądze klientów bezpieczne. Nowy podatek to potencjalny wzrost cen, który nie jest potrzebny i do końca uzasadniony.

Ustawa przewiduje również sytuację, w której nabywca nowego mieszkania będzie mógł odmówić dokonania jego odbioru ze względu na istotne wady lokalu. Aby było to możliwe, potrzebne jest stworzenie jednej obowiązującej procedury odbiorów mieszkań, która musi być odpowiednio sprecyzowana. Ustawa ma także zawierać określenie konsekwencji, jakie poniesie deweloper w przypadku nieusunięcia zauważonej wady w wyznaczonym przez konsumenta terminie.

Wszelkie nowe działania, które wynikają z wejścia w życie ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego, a także z utworzenia Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, niosą za sobą również zwiększenie biurokracji. Wszystkie te procesy z pewnością będą wymagały szeregu procedur, odpowiedniego raportowania oraz archiwizowania dokumentacji. To wiąże się z ponoszeniem dodatkowych kosztów, co z kolei może przełożyć się na wzrost cen mieszkań. Czy jest to rzeczywiście niezbędne? Moim zdaniem nie. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest to sztuczne tworzenie etatów, dodatkowe obciążenia administracyjne i dokładanie kolejnych godzin pracy przy dokumentach.

Wszelkie inicjatywy, które mają na celu ochronę mieszkańców, są jak najbardziej pożądane. Muszą być one jednak odpowiednio przemyślane, aby nie godzić w interesy innych – w tym przypadku deweloperów, a przede wszystkim odpowiadać na rzeczywiste potrzeby i problemy klientów oraz branży nieruchomości.

Robert Stachowiak, Prezes Zarządu spółki deweloperskiej SGI

Tylko co szósty nauczyciel był przygotowany do nauczania zdalnego

Aż 85 proc. nauczycieli deklaruje brak doświadczenia w wykorzystywaniu narzędzi nauki zdalnej, a zaledwie 5 proc. z nich określa swoje umiejętności w tym zakresie jako bardzo dobre. Jednocześnie, tylko 8 proc. uczniów postrzega kompetencje nauczycieli w obszarze nauki zdalnej jako wysokie, a aż 62 proc. przebadanych uczniów uważa zdalną formę nauczania jako nieefektywną. Pandemia pokazała też nowy wymiar wykluczenia sprzętowego. O ile aż 97 proc. gospodarstw domowych dysponowało co najmniej jednym komputerem, to w momencie przeniesienia nauki do domu barierą okazała się konieczność współdzielenia sprzętu między uczącym się rodzeństwem, ograniczenia przepustowości łącza lub limitowana wielkość wielkości miesięcznego transferu danych. To wnioski płynące z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny policy paper „Cyfrowe wyzwania stojące przed polską edukacją”.

Pandemia COVID-19 radykalnie zmieniła rzeczywistość edukacyjną w Polsce. Przede wszystkim ujawniła bariery związane z deficytem kompetencji po stronie nauczycieli
i uczniów w zakresie wykorzystywania narzędzi cyfrowych. Czynniki w postaci nierównego dostępu do infrastruktury i konieczności współdzielenia sprzętu przyczyniają się do wzrostu luki edukacyjnej. Problemami są także ograniczona możliwość monitorowania aktywności i postępów w nauce uczniów oraz konieczność znacznie zwiększonego zaangażowania rodziców w proces edukacyjny. Zdalny tryb nauczania wpłynął także na pogorszenie relacji między uczniami oraz między nauczycielami i uczniami. Głównym wyzwaniem takie zastosowanie narzędzi cyfrowych w polskim systemie edukacji które nie będzie prostym przeniesieniem nauki stacjonarnej do internetu, ale pozwoli na wykorzystanie wszystkich atutów nowych narzędzi i źródeł treści
– mówi Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Zdalne nauczanie pogłębia nierówności

Wprawdzie aż 85 proc. przebadanych placówek deklaruje zdolność do prowadzenia nauczania w trybie zdalnym, jednak w mniejszych ośrodkach czy szkołach wiejskich częstymi barierami są konieczność współdzielenia sprzętu, problemy z przepustowością sieci oraz nieznajomość oprogramowania. Ponadto, ok. 4,5 proc. 15-letnich dzieci w Polsce nie ma spokojnego miejsca do nauki w domu. Dla takich uczniów, jak również dla tych z niepełnosprawnościami oraz mniej zdolnych, zdalny tryb nauczania jest źródłem zwiększania dystansu do dzieci mających dostęp do lepszych warunków edukacyjnych. Problemem jest także przerzucenie dużej części odpowiedzialności za naukę na rodziców – 21 proc. z nich poświęca na wspieranie jednego dziecka w nauce zdalnej co najmniej pięć godzin dziennie, 18 proc. co najmniej cztery godziny, a 20 proc. co najmniej trzy.

Cyfrowa transformacja warunkiem sprostania wymogom zdalnej edukacji

W trakcie pandemii brakowało w Polsce zakrojonych na szeroką skalę reprezentatywnych badań nad sytuacją w obszarze edukacji, w tym barierami po stronie szkół, nauczycieli
i uczniów, czy stratą edukacyjną. Bazując na dostępnych opracowaniach, można jednak wskazać na kilka zjawisk. W przypadku nauczycieli największym problemem oprócz niedostatecznych kompetencji cyfrowych był deficyt w zakresie przygotowania metodycznego, pozwalającego wybierać optymalne narzędzia, metody i treści nauczania. Duży dysonans jest widoczny w obszarze postrzegania kwestii technologicznej sprawności kadry nauczycielskiej przez dyrektorów a faktycznymi umiejętnościami w tym zakresie. 78 proc. dyrektorów szkół w Polsce jest zdania, że nauczyciele posiadają niezbędne umiejętności do kształcenia na odległość. Tymczasem w grupie 3 tys. przebadanych nauczycieli, tylko 5 proc. z nich określiło swoje przygotowanie do prowadzenia zajęć zdalnych jako bardzo dobre, zaś kolejne 40 proc. deklarowało przygotowanie w stopniu małym lub umiarkowanym. Przekłada się to m.in. na traktowanie przez nauczycieli kontaktu online z uczniami jako formy zadawania prac do samodzielnego wykonania, na czym najbardziej tracą uczniowie słabsi i nieposiadający wystarczającego wsparcia ze strony rodziców.Tylko co szósty nauczyciel był przygotowany do nauczania zdalnego

Jak uzdrowić edukację po pandemii?

Wśród rekomendacji działań w krótkim horyzoncie czasowym znajdują się przede wszystkim zapewnienie uczniom opieki psychologicznej wspierającej ich w radzeniu sobie ze spowodowanym izolacją społeczną stresem, monitoring nauczania poprzez utrzymanie kontaktu z uczniami i rodzicami, wspieranie uczniów defaworyzowanych oraz troska
o dobór odpowiednich pod względem jakości, a przede wszystkim dostępności, narzędzi transferu wiedzy.

Pandemia COVID-19 zrewolucjonizowała sposób funkcjonowania systemu edukacyjnego. Dlatego oprócz koniecznych do wdrożenia w szybkim tempie rozwiązań, kluczowe jest spojrzenie średnio- i długoterminowe. Ograniczenie luki i straty edukacyjnej będzie możliwe, jeżeli w porę zdiagnozujemy ich źródła oraz dostosujemy rozwiązania
w możliwie największym stopniu do indywidualnych preferencji uczniów. Taka diagnoza powinna być zakorzeniona w wynikach egzaminów zewnętrznych oraz rzetelnych badaniach międzynarodowych jak np. PISA. Ponadto, konieczne jest opracowanie kompleksowego planu nadrabiania zaległości edukacyjnych wraz z projektem jego sfinansowania. Z kolei w długim okresie najważniejsze będą działania na rzecz równej
i sprawiedliwej transformacji cyfrowej polskiej edukacji. Chodzi tu przede wszystkim
o przygotowanie uniwersalnych platform edukacyjnych, zwiększenie dostępu do infrastruktury cyfrowej, włączenie edukacji online do zmodyfikowanej podstawy programowej oraz szeroko zakrojone programy zwiększające kompetencje cyfrowe nauczycieli wraz z minimalnymi standardami w tym zakresie
– mówi Tomasz Gajderowicz z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz Evidence Institute, współautor raportu.

Pekao Investment Banking wsparło przejęcie przez polski fundusz Luma Automation spółki na Węgrzech

Pekao Investment Banking było wyłącznym doradcą transakcyjnym przy przejęciu przez polską Luma Automation (część grupy kapitałowej Luma Holding) 100 proc. udziałów węgierskiego producenta metalowych komponentów dla przemysłu motoryzacyjnego oraz maszynowego spółki Iron-Tech Zrt.

Do zadań Pekao Investment Banking należała strukturyzacja transakcji, modelowanie biznesowe i finansowe oraz wsparcie klienta przy pozyskaniu finansowania z dwóch międzynarodowych banków. Zamknięcie transakcji nastąpiło 18 lutego.

– Cieszę się, że grupa Pekao mogła wziąć udział w tej transakcji, a moja satysfakcja jest tym większa, że mogliśmy pomóc w ekspansji polskiego holdingu, który dynamicznie rozwija się na rynkach zagranicznych – powiedział Jerzy Kwieciński, wiceprezes Banku Pekao S.A., nadzorujący w grupie Pekao bankowość korporacyjną i inwestycyjną.

– Pekao Investment Banking jest i chce być liderem polskiego rynku bankowości inwestycyjnej, a to oznacza, że chce na nim wyznaczać trendy. Bez wątpienia takim trendem jest ekspansja zagraniczna polskich firm i coraz mocniejsza integracja regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Ta transakcja jest wyjątkowa, bo jest transgraniczna, ale także dlatego, że udało się ją zrealizować w niezwykle trudnym czasie epidemicznym – powiedział Maciej Jacenko, prezes Pekao Investment Banking.

Luma Automation jest polskim wyspecjalizowanym funduszem inwestycyjnym należącym do grupy Luma Holding. Fundusz buduje kompetencje w branży zaawansowanych technologii produkcji i obróbki metali. Inwestycja na ważnym dla tej branży rynku węgierskim wzmacnia obecność grupy Luma Holding w Europie Środkowej oraz w samej branży motoryzacyjnej.

Iron-Tech jest węgierskim przedsiębiorstwem zajmującym się precyzyjną obróbką metali i inżynierią mechaniczną, skupiającym się na klientach z branż: motoryzacyjnej, kolejowej i maszynowej. Zakłady spółki są zlokalizowane w południowo-zachodnich Węgrzech w miejscowości Szigetvar. Zapewnia dobry dostęp do krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz regionu DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria). Wśród klientów spółki są światowi liderzy w swoich dziedzinach, w tym Denso, Borg Warner, Bosch Rexroth, Knorr-Bremse. W 2020 roku Iron-Tech odnotował, według wstępnych danych, 64 mln zł przychodów, przy 17 mln zł EBITDA.

Przed nami kolejna fala hossy na rynku materiałów budowlanych?

Materiały budowlane stanowią zasadniczy koszt każdej budowy, stąd tendencje cenowe ich dotyczące mają podstawowe znaczenie dla kształtowania stawek metra kwadratowego mieszkań deweloperskich. Portal RynekPierwotny.pl sprawdził, czy ubiegłoroczne sygnały nadchodzącej korekty hossy rynku materiałów budowlanych pozostają aktualne.

Grubo ponad połowa kosztów budowy każdej nieruchomości mieszkaniowej dotyczy materiałów budowlanych. Dlatego ich ceny i perspektywy kształtowania w bliższej i dalszej przyszłości są niezwykle ważnym elementem planowania wszelkich inwestycji na rynku mieszkaniowym. W ostatnich latach jednym z koronnych argumentów tendencji wzrostowej cen mieszkań było bowiem powszechne przekonanie o nieuchronności „wiecznej” hossy na rynku materiałów budowlanych.Tabela – Dynamika cen materiałów budowlanych

Decydujący wpływ na trendy cenowe rynku materiałów budowlanych wywierają, publikowane co miesiąc, dane Głównego Urzędu Statystycznego, dotyczące budownictwa mieszkaniowego. Dotyczy to głównie statystyk nowo rozpoczynanych budów oraz nowych pozwoleń na budowę. Te w głównym stopniu determinują obecny oraz przewidywany w przyszłości popyt na materiały budowlane. Innymi słowy, postępująca drożyzna materiałów budowlanych w ciągu kilku ostatnich lat była pokłosiem rosnącego popytu na mieszkania i boomu inwestycyjnego w mieszkaniówce. Tymczasem dane GUS budownictwa mieszkaniowego, niezależnie od komplikującej się sytuacji gospodarczej kraju na skutek pandemii, wciąż sygnalizują bardzo wysoką aktywność inwestycyjną mieszkaniowego rynku pierwotnego.

Wg analityków portalu RynekPierwotny.pl silna hossa na rynku materiałów budowlanych była jednym z głównych, o ile nie zasadniczym stymulatorem wzrostów cen nowych mieszkań w ostatnich latach koniunkturalnej prosperity. Jednak cały rok 2020 przebiegał pod znakiem wyraźnego spadku dynamiki zwyżek cen wiodących materiałów dla budownictwa. We wrześniu ub. roku zniżkowała ona do poziomu zaledwie 1 proc., czyli blisko trzykrotnie niższego licząc rok do roku, co wyglądało na wiarygodną zapowiedź korekty.

Jak jednak wynika z publikowanych co miesiąc danych Grupy Polskie Składy Budowlane (PSB), hossa na rodzimym rynku materiałów budowlanych wciąż trwa i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Wspomniana powyżej minimalna 1-procentowa wartość dynamiki wzrostów okazała się bowiem dołkiem, od którego trwa systematyczne czteromiesięczne odbicie. W efekcie w tegorocznym styczniu wartość ta uległa prawie podwojeniu osiągając pozom 1,8 proc.  Poza tym na dwudziestu monitorowanych grup towarowych w dziewiętnastu przypadkach zanotowano wzrosty, przy jedynie pojedynczym spadku cen w relacji rok do roku.Wykres – Średnia dynamika cen materiałów budowlanych

Sytuacja ta jednak jak na razie nie odwróciła spadkowej tendencji linii trendu na wykresie uśrednionej dynamiki cen materiałów budowlanych w relacji rok do roku. Dopóki to nie nastąpi, obserwowane czteromiesięczne odbicie należy traktować jako krótkoterminową korektę wzrostową w zapoczątkowanym blisko 2 lata temu trendzie spadkowym.

Obserwowana sytuacja wynika z faktu braku oczekiwanego przez rynek materiałów budowlanych wyraźniejszego osłabienia statystyk GUS budownictwa mieszkaniowego. Poddał się on za to medialnej retoryce silnej odporności pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki na ekonomiczne skutki COVID-19. Tymczasem te ostatnie najprawdopodobniej dadzą o sobie znać w nieco mniej optymistycznej wymowie dopiero w kolejnych miesiącach bieżącego roku. A w takiej sytuacji trudno będzie producentom i dystrybutorom tej kategorii towarów utrzymać dynamikę wzrostów cen na dotychczasowym poziomie.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Demolish Games S.A. rozpoczyna ofertę publiczną akcji

Demolish Games S.A., producent gier z gatunku symulatorów na PC, rozpoczął dziś pierwszą transzę oferty publicznej w związku z emisją nowych akcji. Zapisy od indywidualnie oznaczonych, większych inwestorów, przyjmowane są do 1 marca. Druga transza oferty, skierowana do wszystkich zaineresowanych, rozpocznie się 2 marca. Celem emisji akcji jest pozyskanie 1 mln zł. Środki te spółka przeznaczy na nowe produkcje. Usługę oferowania akcji Demolish Games wykonuje Dom Maklerski INC S.A. Do końca br. Spółka zamierza wprowadzić akcje do obrotu na rynku NewConnect.

– Rozpoczęliśmy dziś pierwszą transzę oferty publicznej akcji Demolish Games, skierowaną do większych inwestorów. W tej rundzie chcemy pozyskać 0,5 mln zł. Naszym głównym celem jest dynamiczny rozwój, dywersyfikowanie działań oraz produkcja nowych tytułów. Mamy wiele pomysłów na gry o dużym potencjale sprzedażowym. Wierzymy, że efekty naszej pracy spełnią oczekiwania inwestorów, którzy nam zaufają – mówi Paweł Dywelski, prezes zarządu Demolish Games S.A.

Od 22 lutego na platformie CrowdConnect.pl oraz stronie https://demolish-games.com/ dostępne są informacje o akcjach oraz warunkach składania zapisów na akcje wraz z dokumentem ofertowym.

Pierwsza transza oferty publicznej potrwa do 1 marca. Dzień później Spółka rozpocznie drugą transzę oferty, skierowaną do wszystkich zainteresowanych. Jednorazowy zapis na akcje Spółki w ramach drugiej transzy nie może przekroczyć 15 tys. zł.

W obu transzach oferty publicznej chcemy pozyskać łącznie 1 mln zł. Środki przeznaczymy na produkcję nowych gier. Aktualnie pracujemy m.in. nad naszym największym projektem Demolish & Build 2022. W rozgrywce zastosujemy rozwinięty system zniszczeń oraz wprowadzimy nowości w zakresie sterowania pojazdami oraz zarządzania firmą. Chcemy także, aby tytuł wyróżniał się realistyczną oprawą wizualną i odwzorowywał jak najlepiej wyburzanie budynków. W grze pojawią się elementy, których nie obejmowały poprzednie wersje, np. angażujące gracza zagrożenia prądowe, czy instalacje gazowe, które mogą wybuchnąć – informuje Paweł Dywelski.

Demolish Games jest właścicielem dwóch tytułów z popularnej serii Demolish & BuildDemolish & Build 2017 i Demolish & Build 2018.  Oba symulatory budowlane otrzymały bardzo pozytywny feedback od graczy, o czym świadczą m.in. wysokie oceny od użytkowników. Gra Demolish & Build 2017 sprzedała się w nakładzie ok. 40 tys. egzemplarzy (Steam) i zgromadziła 73 proc. pozytywnych opinii. Demolish & Build 2018 w wersji na PC kupiło ok. 115 tys. osób, z czego ponad 7 tys. nabyło ją od momentu przejęcia gry przez Demolish Games.

W ramach rozgrywki Demolish & Build gracz wciela się w kierownika firmy budowlanej, przyjmuje i wykonuje zlecenia na wyburzenia, zatrudnia personel, obsługuje maszyny budowlane oraz kupuje posiadłości.

W portfolio Spółki znajduje się także gra Car Demolition Clicker. Obecnie trzy tytuły Demolish Games – Explosive Demolition Simulator, WW2 Underground oraz Malone In Nightmares – są w fazie preprodukcji.

Wszystkie gry Spółki będą dostępne na PC oraz konsole Nintendo Switch, Xbox Series X/S i PlayStation 5. Wydawcą wersji dedykowanych komputerom stacjonarnym będzie Demolish Games, wydaniem na konsole zajmie się Ultimate Games S.A., która jest głównym akcjonariuszem Spółki.

Demolish Games do końca br. zamierza wprowadzić akcje do obrotu na rynku NewConnect.

Dane GUS: W styczniu prawie 13% mniej mieszkań deweloperskich niż rok wcześniej. Koszty budowy wzrosły przez pandemię?

Znaczący spadek liczby oddanych mieszkań od deweloperów i ogólny wzrost cen produkcji budowlano-montażowej – to tylko niektóre dane Głównego Urzędu Statystycznego na temat sytuacji w branży nieruchomości na początku 2021 roku. Zdaniem ekspertów Angel Poland Group w najbliższych miesiącach sporym wyzwaniem dla deweloperów będą rosnące koszty prowadzenia prac. Na rynku obserwujemy znaczący wzrost rozpoczętych inwestycji i wydanych pozwoleń na budowę.

Na początku 2021 roku oddano do użytku ponad 17 tys. mieszkań – to o 7,5% mniej niż rok wcześniej w analogicznym okresie. Duże spadki zaliczyli przede wszystkim deweloperzy, którzy przekazali klucze do 10 tys. mieszkań (12,6% mniej niż rok wcześniej). Co ciekawe, inwestorzy indywidualni nieznacznie (o 2,8%) poprawili swoje wyniki sprzed dwunastu miesięcy i w styczniu 2021 oddali do użytku prawie 7 tys. mieszkań. W ocenie ekspertów rynku nieruchomości z Angel Poland Group, choć dane GUS z punktu widzenia deweloperów nie prezentują się zbyt pozytywnie, to nie wszystkie wskaźniki są dla nich niekorzystne.

Analizując dane GUS bardziej szczegółowo, można dojść do wniosku, że choć liczba oddanych mieszkań okresowo spadła, inne wskaźniki budzą optymizm na rynku nieruchomości. W styczniu deweloperzy otrzymali ponad 30% więcej zezwoleń na budowę niż rok wcześniej. Jednym z głównych powodów jest oczywiście to, że pod koniec ubiegłego roku nastąpiło przyspieszenie w składaniu wniosków o pozwolenie na budowę, aby zdążyć przed zmianami w zakresie norm energetycznych. W styczniu deweloperzy rozpoczęli budowę ponad 12 tysięcy mieszkań, co oznacza wzrost o 24% w porównaniu rok do roku. Dodajmy dla kontrastu, że inwestorzy indywidualni zaczęli budowę 4,7 tys. mieszkań, co przekłada się na spadek o niemal 13% – podkreśla Tomasz Karpiel, dyrektor operacyjny Angel Poland Group i ekspert ds. rynku nieruchomości.

Koszty idą w górę – winna droższa stal?

Pewne trendy są jednak niekorzystne zarówno dla deweloperów, jak i inwestorów indywidualnych. Chodzi naturalnie o rosnące ceny produkcji budowlano-montażowej. W porównaniu ze styczniem 2020 roku koszty te wzrosły o 2,3%. Eksperci nie mają wątpliwości – branża nieruchomości odczuwa wzrost cen materiałów od kilkunastu miesięcy.

W 2020 roku można było zauważyć wzrost cen wielu podstawowych materiałów budowlanych, a zwłaszcza cementu, nawet o 10%. To naturalnie przekładało się na cenę mieszkanki betonowej i – ostatecznie – na wzrost kosztów produkcji. W pierwszej połowie ubiegłego roku ceny materiałów ustabilizowały się, ale w drugiej ponownie zaczęły rosnąć. W 2021 roku gwałtownie wzrosły, a raczej poszybowały, ceny stali, nawet o 30% – zauważa Bartłomiej Kostecki, Project Manager w Angel Construction.

Produkcja drożeje, bo brakuje pracowników?

W ocenie ekspertów, rosnące ceny materiałów budowlanych to tylko jeden z elementów wpływających na większe koszty prowadzenia inwestycji. Część rynkowych procesów związanych jest bowiem bezpośrednio z trwającą pandemią koronawirusa.

W pierwszych miesiącach pandemii branża odnotowała odpływ wielu pracowników ze wschodu, zwłaszcza z Ukrainy, co tylko powiększyło deficyty w zakresie pracowników budowlanych. Choć ostatnio widać pewną stabilizację, branża nadal boryka się z brakiem odpowiedniej liczby specjalistów. To prawdopodobnie będzie też największa bolączka wielu firm w nadchodzącym czasie. Inne wyzwania to m.in. podwyższone od 2021 roku wynagrodzenie minimalne w Polsce, które realnie przełoży się na koszty prowadzenia inwestycji. Te wszystkie elementy sprawiają, że klienci w nadchodzących miesiącach nie powinni się raczej spodziewać spadków cen mieszkań, a wręcz przeciwnie, umocnienia trendu wzrostowego – podsumowuje Marcin Kaznowski, prezes Angel Construction i ekspert ds. rynku nieruchomości.

Jak wynika z danych GUS, powierzchnia użytkowa mieszkań oddanych w styczniu 2021 r. wyniosła 1,6 mln m2, czyli o 3,2% mniej niż przed rokiem.

Chris Bain: koszty produkcji i inflacja rośnie, a ceny gier pozostają bez zmian

Ceny gier komputerowych na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat praktycznie się nie zmieniły, pomimo znaczących wzrostów kosztów produkcji. Dlaczego realna cena, po uwzględnieniu inflacji, wręcz maleje, zastanawiają się eksperci z wydawnictwa All in! Games.

Jak podaje portal arstechnica.com w 2020 roku realna cena wysokobudżetowej gry komputerowej w wydaniu pudełkowym była najniższa w historii. Wobec aktualnych 60 dolarów, w 2000 roku wynosiłaby blisko 100.

– Pomimo tego, że koszty produkcji wzrosły kilkukrotnie, ceny nominalne pozostają praktycznie na tym samym poziomie. Moim zdaniem wynika to z faktu, iż wydawcy w coraz większym stopniu posiłkują się dystrybucją cyfrową, ograniczając w ten sposób koszty i zwiększając marżę. Poza tym powstające nowe, alternatywne kanały dystrybucji elektronicznej zmusiły dystrybutorów do obniżenia swoich marż, umożliwiając utrzymanie stałych cen. Do tego dochodzą również kolejne metody monetyzacji IP gier, takie jak edycje kolekcjonerskie, mikro-transakcje, dodatki DLC, zakupy wewnątrz gry, czy też season passes, które są dodatkowym źródłem przychodu – tłumaczy Chris Bain senior strategy advisor z notowanego na GPW wydawnictwa gier komputerowych, All in! Games. – Zainteresowanie grami cały czas rośnie, więc pomimo stagnacji cen firmy są w stanie zwiększać swoje obroty, a rynek jest cały czas chłonny – dodaje.

Ceny gier pozostają stabilne również z powodu presji ze strony części graczy, którzy są przyzwyczajeni do pewnych standardów. Każde odchylenie od nich, w tym podwyżka cen, byłoby bardzo negatywnie przez tę grupę odebrane. Większość wydawców woli nie podejmować tego ryzyka, choć zdarzają się wyjątki jak w przypadku Call of Duty: Black Ops Cold War, czy też NBA 2K21, które na konsole nowej generacji kosztować będą blisko 70 dolarów, zamiast dotychczasowych 60.

– Można potraktować te przykłady jako swego rodzaju test dla rzeczywistej elastyczności cenowej popytu. Pozwoli on ocenić czy wzrost cen tych tytułów na konsole next-gen nie odbije się negatywnie na przychodach i zysku ich wydawców – tłumaczy Bain.

Do 2013 wzrost cen, potem spadek

Patrząc na statystyki na platformie Steam zebrane przez steamspy.com, można zauważyć, że od 2013 roku liczba wydawanych gier rośnie w tempie 60% rocznie, a cena średnia oraz mediana spadają. Wynika to najprawdopodobniej z faktu, iż na tej pecetowej platformie pojawia się coraz więcej tytułów indie (autorstwa małych studiów developerskich), które plasują się w dolnych widełkach cenowych. Do 2013 roku średnia wzrastała (do 12,5$), ale mediana pozostawała na stałym poziomie (9,99$).

W latach 2009-2013 na Steam wydawanych było od 300 do 600 gier rocznie, czyli stosunkowo niewiele, więc wystarczyło kilka produkcji AAA, by średnią zawyżyć. Właśnie w latach 2011-2013 zaczęło się na tej platformie pojawiać coraz więcej tytułów z najwyższej półki, a za spadek średniej ceny po 2013 odpowiada zdecydowanie większa liczby tańszych gier indie.

– Obecnie nie przewidujemy znaczących wzrostów cen rzeczywistych w najbliższej przyszłości. Cena 70 USD dotyczyła zaledwie kilku gier AAA i spodziewamy się, że gracze wciąż będą mieli dostęp do świetnych tytułów w wielu różnych przedziałach cenowych. Gry będą zapewniać rozrywkę na wysokim poziomie dla coraz liczniejszej i bardziej zróżnicowanej publiczności na całym świecie – podsumowuje Bain.

ceny gier pozostają bez zmian
Dane: steamspy.com, opracowanie All in! Games

Wodór może być stabilizatorem gospodarki energetycznej opartej na OZE

Paliwem przyszłości, które najprawdopodobniej odegra kluczową rolę w transformacji gospodarki energetycznej w zeroemisyjną, jest wodór. Polska produkuje go już w dość dużych ilościach – wykorzystując jednak do jego elektrolizy energię pochodzącą z węgla. To sprawia, że wyprodukowany wodór nie jest zeroemisyjny – nazywamy go “szarym” wodorem. Większość udziałów w produkcji mają obecnie spółki państwowe. Wodór jest produkowany i prawie w całości konsumowany od razu w rafineriach, a także w spółkach państwowych produkujących nawozy. Jednak w przyszłości sposób i miejsce produkcji wodoru powinny się zmienić. Energię elektryczną z wodoru można produkować w wodorowych ogniwach paliwowych. Są one już stosowane w samochodach osobowych, autobusach oraz pojazdach ciężkich i długodystansowych. Dodatkowo wodorowe ogniwa paliwowe mogą służyć po prostu jako źródła energii. Szczególnie dobrze sprawdzają się jako źródło zasilania awaryjnego – na przykład w elektrowniach lub w miejscach, gdzie potrzebne jest ciągłe zużycie prądu.

– Wodór będzie produkowany metodą elektrolizy z udziałem odnawialnych źródeł energii. Spółki, które mają w swoich aktywach odnawialne źródła energii, naturalnie będą do tego dokładały produkcję wodoru – powiedziała serwisowi eNewsroom Magdalena Maj, starsza analityczka zespołu energii i klimatu w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Rozwój nisko lub zeroemisyjnej gospodarki wodorowej jest ściśle związany z odnawialnymi źródłami energii. Wszystkie takie źródła są niestabilne – produkują energię tylko w momencie korzystnych warunków atmosferycznych. Dlatego jeśli mamy nadwyżki produkcji, konieczne jest magazynowanie energii elektrycznej. W przypadku wielkoskalowej produkcji mniej efektywnym sposobem magazynowania są baterie elektryczne. Jako magazyn energii może zaś posłużyć wodór. Nadwyżki energii zużywamy w elektrolizerze do produkcji wodoru z wody, który może być później przechowywany w zbiornikach, albo pod ziemią. Następnie zaś może służyć do produkcji energii elektrycznej w momencie jej największego zapotrzebowania – wyjaśnia Maj.

Polska na podium partnerów handlowych Ukrainy, wzrost liczby ukraińskich firm w RP

Według najnowszych badań Państwowej Służby Statystycznej Ukrainy z 2020 roku, Polska awansowała o jedną pozycję i stała się trzecim co do wielkości partnerem handlowym Ukrainy zaraz po Chinach i Niemczech z dwustronnym obrotem towarowym o wartości 7,36 mld USD i pozostaje drugim co do wielkości rynkiem na świecie po Chinach dla ukraińskiego eksportu towarów o wartości prawie 3,3 mld dolarów. Całkowity handel między Ukrainą a Polską w ubiegłym roku wyniósł 7,36 mld dolarów. Przyczyniło się to m.in. do  wzrostu liczby ukraińskich przedsiębiorców i inwestycji w Polsce.

Pomimo trudnego 2020 roku spowodowanego wybuchem pandemii, wynik ten jest zaledwie o 0,58% niższy w porównaniu do roku 2019. Polska weszła do pierwszej trójki, wyprzedzając Rosję i prawie doganiając Niemcy. Według wydziału gospodarczego Ambasady Ukrainy w RP: Polska w wymianie handlowej z Ukrainą straciła na rzecz Niemiec tylko 48 mln USD, biorąc pod uwagę dynamikę ukraińskiego eksportu do Polski w ostatnich miesiącach 2020 r., zwyczajnie nie starczyło czasu, aby Warszawa wyprzedziła Berlin pod względem tego wskaźnika.  Wzrosła, również liczba ukraińskich firm i inwestycji w RP na koniec 2020 roku w Polsce działało 16,5 tys. firm, w których przynajmniej jeden ze współwłaścicieli był obywatelem Ukrainy to 17% wszystkich firm z kapitałem zagranicznym w Polsce, a liczba ta stale rośnie. Najwięcej inwestycji ukraińskich przedsiębiorców odnotowano w województwach: mazowieckim 6,2 tys., małopolskim 2 tys., dolnośląskim 1,6 tys.

Centrum analityczne Gremi Personal obserwuje kilka trendów związanych z działalnością gospodarczą ukraińskich przedsiębiorców w Polsce. Obywatele Ukrainy często przyjeżdżają do Polski jako pracownicy fizyczni, po opanowaniu języka polskiego, zdobyciu doświadczenia w polskich firmach i przejściu wstępnej adaptacji zajmują stanowiska kierownicze lub otwierają własną firmę. Zwykle Ukraińców interesują następujące obszary biznesu: przed pandemią popularne były hotele i gastronomia, salony kosmetyczne i handel; obecnie jest to drobna produkcja rzemieślnicza, albo wiele konsultacji, a także handel. Obecnie zdecydowanie wzrósł udział usług w branży kreatywnej (IT, marketing i PR, produkcja wideo itp.).

Celem władz Ukrainy jest osiągnięcie wolumenu bilateralnego handlu z Polską na poziomie 10 mld dolarów. Jest to możliwe za 2-3 lata prognozują ukraińscy ekonomiści. Polska pozostaje drugim co do wielkości rynkiem ukraińskiego eksportu na świecie. W szczególności Ukraina wyeksportowała do Polski w ubiegłym roku 3,3 mld USD, wykazując niewielki spadek w roku 2020 o 0,7%. Eksportowane są przede wszystkim produkty rolne (28,3%), metalurgia (18%), produkty mineralne (17,4%), wyroby drzewne (9,9%) oraz produkty elektromaszynowe (7,7%).

Zastąp transgraniczną optymalizację podatkową lokalną racjonalizacją biznesu

Obowiązująca w polskim systemie prawa od 15 lipca 2016 roku klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania została od 1 stycznia 2019 roku tak zmodyfikowana, że daje organom podatkowym jeszcze większe pole do działania przy ocenie czy dana czynność była sztuczna, a jej głównym lub jednym z głównych celów było osiągnięcie korzyści podatkowej. Najczęstszym przykładem zastosowania przepisów klauzuli przez organy podatkowe jest wydawanie postanowień o odmowie wydania interpretacji indywidualnej prawa podatkowego, przy czym wystarczy uzasadnione podejrzenie organu, że przedstawione we wniosku o wydanie interpretacji indywidualnej elementy zdarzenia przyszłego lub stanu faktycznego stanowią  unikanie opodatkowania.

Zmiany w prawie podatkowym, zwłaszcza w zakresie transgranicznych struktur organizacyjnych, z którymi przedsiębiorcy będący polskimi rezydentami podatkowymi musieli się zmierzyć w ostatnich latach, niosą ze sobą konieczność weryfikacji posiadanych rozwiązań optymalizacyjnych. Największe obostrzenia przepisów, a zatem i zagrożenia sankcjami przewidziano dla przedsiębiorców posiadających zagraniczne spółki, fundacje prywatne, czy trusty, a także zagraniczne rachunki bankowe. Aktualnie mamy do czynienia nie tylko z przepisami o CFC („Controlled Foreign Company”) i CRS („Common Reporting Standard”), ale także przepisami Konwencji MLI („Multilateral Instrument to Modify Bilateral Tax Treaties”) oraz regulacjami dotyczącymi raportowania MDR („Mandatory Disclosure Rules”). Ponadto polskie spółki są zobligowane do ujawniania danych swoich beneficjentów ostatecznych – tzw. UBO („Ultimate Beneficial Owner”) w Centralnym Rejestrze Beneficjentów Rzeczywistych.

Uszczelnienie systemu podatkowego nastąpiło poprzez zobowiązanie instytucji finansowych do zbierania danych osobowych beneficjentów rzeczywistych rachunków bankowych (założonych zarówno przez osoby fizyczne jak i prawnych) i ujawniania ich innym państwom – właściwym pod względem rezydencji podatkowej osób fizycznych, bezpośrednio lub pośrednio sprawującej kontrolę nad daną strukturą, które ostatecznie partycypują przy dystrybucji środków/majątku danego podmiotu zagranicznego. A pondto poprzez rozszerzenie definicji CFC tj. kryteriów uznania za zagraniczną spółkę kontrolowaną nie tylko podmiotów posiadających siedzibę w egzotycznych destynacjach ale także takich, które są założone na terenie UE lub EOG jeśli są pasywne lub pomimo prowadzenia operacyjnej działalności ich udziały są posiadane przez jednego UBO lub kilku, powiązanych koneksjami rodzinnymi etc.

Polskie spółki mają od zeszłego roku także obowiązek ujawniania w Centralnym Rejestrze Beneficjentów Rzeczywistych, osób fizycznych pozostających na szczycie nawet najbardziej skomplikowanej struktury korporacyjnej, również z udziałem podmiotów zagranicznych.

Należy również pamiętać, że zapobieganie erozji podstawy opodatkowania i przenoszeniu zysku do innego państwa, to cel wielostronnej Konwencji MLI, która objęła polskich rezydentów podatkowych, osiągających dochody w innym kraku.

Nie bez znaczenia pozostaje także fakt, że przedsiębiorcy przenoszący za granicę aktywa o wartości przekraczającej 4 mln zł, muszą zapłacić 19-procentowy podatek od tej nadwyżki tj. tzw zwany „Exit Tax”, będący konsekwencją implementacji dyrektywy unijnej, przy czym Polska wprowadziła te regulacje jako pierwsza w UE i w zakresie odnoszącym się nie tylko do osób prawnych, ale także fizycznych.

Nierozłącznym tematem związanym z optymalizacją podatkową jest obecnie także obowiązek raportowania schematów podatkowych, zwanym raportowaniem MDR. Schematy podatkowe, to uzgodnienia, instrukcje działania, zespół czynności, w których udział bierze podatnik, a które mogą mieć wpływ na wysokość jego zobowiązania podatkowego. Taki schemat wyróżnia np. występowanie w nim trudnego do ustalenia beneficjenta rzeczywistego, lub gdy jego głównym celem jest korzyść podatkowa. I choć obowiązek raportowania spoczywa na podmiotach profesjonalnych, takich jak: adwokaci, radcy prawni, doradcy podatkowi, notariusze, główni księgowi, pracownicy banków i instytucji finansowych, to obowiązujące przepisy przewidują również sytuacje, gdy obowiązek raportowania do Szefa Krajowej Administracji Skarbowej spadnie na przedsiębiorcę, podatnika, któremu schemat podatkowy został udostępniony i który wystąpi w roli tzw. korzystającego.

Mając na uwadze powyższe regulacje, struktury korporacyjne z elementem zagranicznym, ale także inne rozwiązania optymalizacyjne jak umowy powiernicze, licencje na znaki towarowe, operacje wewnątrz spółek, zastosowane wiele, lub kilka lat temu, a z których nadal korzystają polscy podatnicy, lub z których zamierzają skorzystać, są dziś pod szczególną obserwacją organów skarbowych. Częste i liczne zmiany przepisów utrudniają prowadzenie działalności i prowadzą niejednokrotnie przedsiębiorców do rezygnacji z transgranicznych rozwiązań optymalizacyjnych związanych obecnie z dużym poziomem ryzyka gospodarczego. Zwłaszcza, że prowadzenie działalności z elementem międzynarodowym na pewno wiąże się w dzisiejszych czasach z koniecznością posiadania rzeczywistej substancji ekonomicznej w miejscu jej wykonywania, którą urzędy skarbowe weryfikują w pierwszej kolejności.

Z całą pewnością tzw. „międzynarodowa optymalizacja podatkowa” nie zdaje już egzaminu w obecnych realiach i może przynieść podmiotowi posiadjącemu w Polsce nieograniczony obowiązek podatkowy, więcej problemów niż korzyści. Przedsiębiorcy, wychodząc naprzeciw nowym, skomplikowanym regulacjom powinni skłaniać się raczej ku racjonalizacji biznesu i przemodelowaniu  posiadanych struktur polskich zgodnie z obowiązującymi przepisami. Mamy lokalnie w tym zakresie szereg możliwości związanych z rozdzieleniem działalności operacacyjnej od sfery majątkowej, która powinna być objęta szczególną ochroną. Ponadto każdy przedsiębiorca powinien zacząć „przebudowę” biznesu od analizy czy, aby na pewno działa w najlepszej możliwej formie prawnej ze względu na prowadzoną działalność i wyznaczone cele ekonomiczne. Bardzo istotne znaczenie dla każdego przedsiębiorcy ma także możliwość inwestycji lub reinwestycji zysków w danej strukturze, która powinna być dokonywana za pomocą podmiotu, kreującego jak najmniejsze obciążenia fiskalne w ramach wyznaczonych przez prawo.

Aneta Czarnecka-Teuchmann
Radca Prawny z Działu Prawa Handlowego i Obrotu Międzynarodowego Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Venture INC zwiększa zaangażowanie w Intelliseq

Venture INC, fundusz venture capital notowany na GPW, obejmuje udziały w Intelliseq, krakowskiej spółce rozwijającej  globalną  platformę do analizy genomu ludzkiego. Tym samym zwiększa ekspozycję portfela  na globalnie rosnący trend genomiki obliczeniowej w sektorze ochrony zdrowia. Po podwyższeniu kapitału zakładowego fundusz będzie posiadał 53% kapitału Intelliseq.

Venture INC, w wyniku podwyższenia kapitału Intelliseq, objął 177 nowych udziałów za kwotę 700 tys. zł. Po rejestracji, fundusz zostanie inwestorem większościowym posiadającym 53,27% udziałów w spółce.

Zdecydowaliśmy się na zwiększenie zaangażowania w Intelliseq, ponieważ widzimy coraz większe, globalne zainteresowanie obszarem badań genetycznych. Jego zastosowanie dotyczy nie tylko rynku konsumenckiego ale również obszaru badań i farmakogenomiki. Wysokie kompetencje zespołu i obrany kierunek rozwoju biznesowego został już wcześniej potwierdzony przez nawiązaną współpracę z amerykańską platformą Helix ale także przez nowe kontrakty, m.in z Instytutem Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej w Warszawie, firmą farmaceutyczną Boehringer Ingelheim czy niemiecki instytutem badawczym BiomedX – komentuje Jakub Sitarz, Prezes Venture INC.

Intelliseq specjalizuje się w genomice obliczeniowej, oferując oprogramowanie do analizy badań genetycznych. Obecnie prowadzi dwa projekty. Pierwszym z nich jest PGx Plus zakładajacy opracowanie oprogramowania do farmakogenomiki, które bada wpływ genomu danej osoby na leki i pozwala na ich optymalny dobór. Celem drugiego projektu Mobigen jest z kolei opracowanie aplikacji mobilnej, która w przejrzysty i czytelny sposób zaprezentuje użytkownikowi informacje z dziedziny genetyki personalnej. Firma rozwija też system do analizy danych genetycznych z NGS (Next Generation Sequencing). Współpraca z Intelliseq jest kolejną inwestycją funduszu w obszarze ochrony zdrowia, po Infermedica.

Spółka współpracuje z klientami z Polski: z Instytutem Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej w Warszawie (IMDiK) oraz Akademią Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku (AWFiS). Klienci zagraniczni to duża niemiecka firma farmaceutyczna Boehringer Ingelheim oraz niemiecki instytut badawczy BiomedX, a także amerykańskie firmy takie jak SCC Soft Computer oraz Vitalleo. Dodatkowo, Intelliseq poszerzył ofertę B2B w zakresie genetyki konsumenckiej o analizę danych przydatnych do oceny ryzyka ciężkiego przebiegu zakażeń wirusem COVID-19.

Intelliseq kontynuuje pracę nad platformą IntelliseqFlow oraz rozpoczęcie testów i sprzedaży oprogramowania u potencjalnych odbiorców, a także uruchomienie usług analizy odczytów genomów/transkryptomów w modelu SaaS.

Spółka planuje również pierwsze wdrożenie systemu GeneTraps razem ze spółką Analityk Genetyka, na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, w Zakładzie Medycyny Regeneracyjnej, kierowanym przez profesora Ratajczaka oraz wspólnie z firmą SCC Soft Computers w firmie Prodia.

Chińscy hakerzy sklonowali amerykańskie narzędzie cyberofensywne

Amerykańskie firmy ofiarami exploitów NSA? Nowe dowody w sprawie chińskich narzędzi hakerskich.

Amerykańskie firmy mogły być ofiarami eksploitów stworzonych przez NSA. Jak donoszą eksperci Check Point Research, wykryte kilka lat temu chińskie narzędzie hakerskie przyznające uprawnienia w systemach Windows jest najprawdopodobniej klonem oprogramowania „EpMe”, którego autorami byli hakerzy powiązani z NSA.

Chińscy hakerzy sklonowali amerykańskie narzędzie cyberofensywne

Firma Check Point Research (CPR) ustaliła, że chińscy hakerzy sklonowali i aktywnie wykorzystali narzędzie amerykańskiej jednostki hakerskiej o nazwie Equation Group. Klon programu został uruchomiony przez chińską grupę hakerską APT31 między 2014 a 2017 rokiem – trzy lata przed ujawnieniem grupy.

Narzędzie hakerskie, po raz pierwszy wykryte przez zespół reagowania na incydenty Lockheed Martin, a następnie szczegółowo omówione przez Microsoft w 2017 roku, było zdolne do ataków typu zero-day opartych o uprawnienia, wymierzonych w komputery z systemem Windows XP i Windows 8. Cyberprzestępcy mogliby użyć programu, aby uzyskać najwyższe dostępne przywileje i swobodnie wykorzystywać zainfekowane komputery – w tym instalować programy, przeglądać, zmieniać lub usuwać dane, czy tworzyć nowe konta z pełnymi uprawnieniami administratora. Firma Microsoft załatała lukę wykorzystywaną przez narzędzie, dokumentując jednocześnie poprawkę jako CVE-2017-0005 i przypisując wykorzystywanie podatności chińskiej grupie hakerskiej o nazwie APT31.

Nowe dowody firmy Check Point wskazują jednak, że narzędzie wykorzystywane przez APT31 było jedynie klonem programu o kryptonimie „EpMe”, opracowanego przez amerykańską firmę Equation Group, czyli grupę APT uważaną za jednostkę TAO (Tailored Access Operations) NSA.

Chińska replika – nazwana przez ekspertów “Jian” – działała przez trzy lata do momentu zgłoszenia pierwszych incydentów firmie Microsoft, który załatał podatności swojego systemu.  Miało to miejsce tuż przed tym, jak grupa hakerska „Shadow Brokers” publicznie ujawniła szpiegowski kod autorstwa Equation Group (w tym „EpMe ”Exploit CVE-2017-0005).

Oznacza to, że oryginał należący do Equation Group służył amerykańskim agencjom bezpieczeństwa co najmniej kilka miesięcy dłużej. Eksperci Check Pointa zakładają, że przejęcie narzędzia mogło mieć miejsce podczas amerykańskiego ataku na któryś z chińskich podmiotów lub podczas działań Equation w sieciach, które obserwowała chińska grupa hakerów. Nie można wykluczyć również bezpośredniego ataków chińskiego APT31 na Equation Group.

Mimo że „Jian” został przejęty i przeanalizowany przez Microsoft na początku 2017 r., a Shadow Brokers ujawniło narzędzia Equation Group prawie cztery lata temu, wciąż można się wiele nauczyć z analizy tych przeszłych wydarzeń. Sam fakt, że cały moduł eksploatacyjny, zawierający 4 różne eksploity, leżał niezauważony przez cztery lata na GitHubie, uczy nas o ogromie przecieku wokół narzędzi Equation Group. – mówi Yaniv Balmas, szew działu badań i rozwoju produktów w Check Point.

Atak przeprowadzany za przy pomocny Jian opierały się na trzech fazach: 1) przejęcia komputera z systemem Windows; 2) uzyskaniu najwyższego stopnia uprawnień; 3) instalacji programów typu malware. Należy zaznaczyć, że zarówno Jian jak i EpMe, realizowały faze drugą, polegającą na przyznaniu uprawnień, pozwalających na swobodne wędrowanie i pełną obsługę systemu.

Zasadniczo, nasze badania pokazują, w jaki sposób jedna grupa APT wykorzystuje narzędzia innej grupy APT do swoich własnych operacji, co utrudnia badaczom bezpieczeństwa dokładne przypisywanie ataków. Ukazuje to również jak złożona jest rzeczywistość stojąca za tymi atakami. Mamy nadzieję, że opracowana przez nas technika badawcza śledzenia wykorzystanych luk w zabezpieczeniach może doprowadzić do nowych wniosków, które do tej pory były niedostatecznie analizowane przez branżę bezpieczeństwa – dodaje Balmas.

Pełna analiza techniczna dostępna jest pod linkiem: The Story of Jian – How APT31 Stole and Used an Unknown Equation Group 0-Day – Check Point Research

Chwilowa słabość dolara

Wczoraj na rynkach nie było jednego solidnego motywu przewodniego, a raczej handel dyktowany był przez zlepek opinii i niepewność związana z poszukiwaniem odpowiedzi na nurtujące pytania. Rynek akcji dołował przy wątpliwościach o słuszność wysokich wycen w obliczu stromienia krzywej rentowności. Jednocześnie oczekiwania poprawy globalnego wzrostu pomagały we wzrostach surowców przemysłowych. USD tracił względem głównych walut, ale wywierał presję na rynki wschodzące. Dziś uwaga przenosi się na przemówienie szefa Fed Powella w Kongresie USA.

Za dużo pytań, za mało odpowiedzi. Od zeszłego tygodnia debatujemy, jak należy interpretować skok rentowności obligacji skarbowych USA? Czy wzrosty oznaczają oczekiwania na wcześniejszą normalizację polityki monetarnej Fed? A może chodzi o dyskonto wyższej inflacji, jeśli ożywienie gospodarcze faktycznie przyspieszy? Czy może jednak jest to przejaw wyższej premii za ryzyko w obliczu ogromnej ekspansji fiskalnej USA? I jak zmiany na rynku długu USA mają się do trendów na rynku obligacji innych krajów? Po ubiegłym tygodniu wiemy też, że rynek potrafi dopasować sobie wytłumaczenie do reakcji, w zależności która retoryka jest w danym momencie najsilniejsza. Ale to także sugeruje, że jednoznacznego przekonania co do kierunku i jego uzasadnienia nie ma. Tworzy to chaos i środowisko nieskorelowanej zmienności.

Wczoraj Wall Street walczyło z tezą, że strategia reflacyjna narzuca przesiadkę ze spółek wzrostowych na spółki wartościowe, a wyższe rynkowe stopy procentowe zmuszają do przeglądu finansów spółek pod kątem uzależnienia od zewnętrznego finansowania. Na tej dyskusji ucierpiały giganty z Nasdaq, ale relatywnie stabilny pozostał Dow Jones. Podkreślony został punkt przegięcia dla oceny sytuacji gospodarczej, gdzie mniej rozmawiamy o zakażeniach i nowych szczepach wirusa, a coraz więcej o tempie zaszczepień. Możemy obserwować nasilenie rotacji w stronę spółek wartościowych, ale krótkoterminowo niepewny jest efekt netto – czy mocniej odznaczy się korekta spółek technologicznych, czy zwycięży generalne przeświadczenie przyspieszenia ożywienia? I jak w tym zamieszaniu odczytany zostanie wzrost rentowności: dobrze, bo sugeruje odejście od bezpiecznych obligacji, albo źle, bo zwiastuje zaostrzenie warunków finansowych? Osobiście za sensowne wydaje mi się pierwsze tłumaczenie, ale większość rynkowa już nie raz pokazała, że wybór pada na bardziej przerażające ją konkluzje.

Ruchy na rynku długu pozostaną ważnym tematem w kontekście zaplanowanego na dziś przemówienia prezesa Fed Powella w Kongresie w ramach zdawanego dwa razy do roku sprawozdania z prowadzonej polityki monetarnej. Oczekuję, że Powell pozostaje bardzo gołębi. Podkreśli, że głównym celem Fed obecnie jest wspieranie odbudowy zatrudnienia i inflacji, ale aktualnie Fed jest daleko od osiągnięcia swoich celów, dlatego polityka monetarna pozostaje ultra-luźna jeszcze przez długi czas. Oświadczenie Powella może nie być dobrym środkiem dla werbalnego zatrzymania wzrostu rentowności, ale niewykluczone, że prezes Fed zostanie zapytany o zmiany na rynku długu. Wówczas liczyłbym na komentarz, że cokolwiek rentowności implikują pod kątem przyspieszenia terminu normalizacji polityki, jest mylne.

Wczorajsza słabość USD względem głównych walut nie ma dziś kontynuacji, co może się wiązać z wyczekiwaniem na słowa Powella. Umiarkowana przewaga zawiązuje się w przypadku NOK i CAD (z pomocą wzrostu cen przy naftowej); mocny jest też GBP, który w ostatnich dniach wyraźnie jest pupilkiem forexowych graczy. Poza tym nie widać solidnego przekonania co do kierunku i choć słabość USD sugeruje powrót trendu reflacyjnego, to już presja na walutach rynków wschodzących komplikuje interpretację. Dodatkowo zamęt wprowadza perspektywa końca miesiąca. Ten ostatni aspekt zaczyna się odznaczać na rynku złotego – podobnie jak w styczniu ostatni tydzień miesiąca przynosi początkowo osłabienie waluty. Jednak ostatnie dwa dni handlowe stycznia przyniosły powrót siły złotego i jeśli schemat ma się powtórzyć, finalnie konsolidacja 4,47-4,51 powinna się utrzymać.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Analityka pozwala lepiej zarządzać procesem szczepień na COVID-19

Właściwe zarządzenie programem szczepień przeciwko COVID-19 jest jednym z większych wyzwań XXI wieku. Zaszczepienie osób narażonych na ciężki przebieg choroby, zapewnienie zgodności z restrykcyjnymi normami przechowywania szczepionek, zaplanowanie harmonogramu podania dwóch dawek w określonym czasie, a także koordynacja akcji informacyjnych skierowanych do obywateli – to ogromne przedsięwzięcie. Analityka pomoże lepiej zarządzać tym procesem, co pozwoli szybciej pokonać pandemię.

Jest mało prawdopodobne, aby dostępne dawki szczepionki umożliwiły w najbliższej przyszłości zaszczepienie całej populacji. Punkty szczepień w poszczególnych krajach często są gotowe, ale brakuje samego preparatu. Komisja Europejska złożyła zamówienie na dwa miliardy dawek u ośmiu producentów, ale nie są oni w stanie dostarczać ich w wyznaczonych terminach ze względu na problemy poddostawców.

Analityka pozwala tworzyć długo- i krótkoterminowe strategie walki z pandemią

Integracja danych pozwala określić rozmiary grup priorytetowych zajmujących określone obszary oraz zapotrzebowanie na szczepionki, co umożliwia ich alokację. Dzięki temu można zminimalizować straty wynikające z nieoptymalnej dystrybucji. Podczas tego złożonego procesu można natrafić na liczne trudności techniczne, np. wynikające z potrzeby tworzenia wiarygodnych analitycznie szacunków, które pozwalają identyfikować docelowe populacje, bazując na danych pochodzących z różnych źródeł.

Istotna jest też odpowiednia analiza i interpretacja danych. Analizy geoprzestrzenne, analizy skupień czy wizualizacja danych za pomocą map ciepła to wybrane przykłady zastosowań analityki, która pozwala identyfikować, gdzie znajdują się grupy wymagające najszybszego podania szczepionek. Modele epidemiologiczne pomagają w podejmowaniu decyzji i ustalaniu priorytetów na podstawie aktualnych informacji. Ważne jest, aby decydenci nie opierali się jedynie na danych z określonego momentu, ale tworzyli systemy, które uczą się na podstawie dostarczanych informacji i szybko reagują na zmiany.

Optymalizacja łańcucha dostaw

Ochrona Zdrowia mierzy się też z wyzwaniem efektywnej dystrybucji dostępnych szczepionek. Niezbędne jest określenie, do których grup osób mają one trafić i jakie są możliwości poszczególnych placówek w zakresie przechowywania szczepionek w odpowiednich warunkach. Optymalizacja strategii dystrybucji w obliczu zmian w liczbie dostaw czy fluktuacji osób zarejestrowanych do szczepień w poszczególnych placówkach będzie wymagać wydajnych systemów analitycznych. Narzędzia analityczne SAS pozwalają monitorować cały łańcuch dostaw, prowadzić inwentaryzację oraz określać zapotrzebowanie. Dzięki temu organizacje mogą optymalizować strategie dystrybucji, uwzględniając dynamiczne zmiany i pojawianie się nowych ognisk pandemii. Analiza danych pozwala też określić możliwości magazynowe czy wydajność podawania dawek szczepionki w poszczególnych placówkach.

Jak przebiega dystrybucja szczepionek

Punkty szczepień mają obowiązek bieżącego raportowania liczby wykonanych szczepień, co pozwala szybko reagować na ewentualne niedobory. Niestety wieloletnie braki inwestycyjne w nowe technologie w ochronie zdrowia doprowadziły do problemów związanych z jakością danych i raportowaniem, co utrudnia skuteczną dystrybucję szczepionek. Rozwiązania SAS do zarządzania danymi pomagają w zapewnieniu jakości i spójności przetwarzanych informacji, dzięki czemu odpowiednie jednostki opieki medycznej zyskują wiedzę dotycząca postępów w procesie szczepień. Ponadto umożliwiają automatyzację nużących zadań manualnych jak: przygotowywanie i integracja danych oraz kategoryzacja pacjentów czy osób narażonych na zakażenie. Zaoszczędzony w ten sposób czas można przeznaczyć na leczenie pacjentów i przeprowadzanie szczepień.

Dane skuteczną bronią w walce z COVID-19

W złożony proces zarządzania procesem szczepień na COVID-19 zaangażowanych jest wiele podmiotów. Firmy logistyczne zbierają dane dotyczące położenia i temperatury transportu. Rządy analizują informacje dotyczące alokacji i dystrybucji szczepionek na masową skalę. Z kolei placówki ochrony zdrowia przetwarzają informacje uzyskane podczas kontaktu z pacjentami za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Systemy analityczne pozwalają nadać wszystkim tym działaniom szerszy kontekst i połączyć wysiłki wielu organizacji na rzecz walki z pandemią COVID-19.

Korzystając z narzędzi analitycznych SAS, organizacje służby zdrowia mogą:

  • przewidywać zmienne zapotrzebowanie w poszczególnych województwach, regionach i krajach, co pozwala optymalizować strategie dystrybucji szczepionek,
  • monitorować wykorzystanie szczepionek, aby pokryć zapotrzebowanie, a także złożyć odpowiednie zamówienia i właściwie zaplanować dystrybucję,
  • lokalizować braki administracyjne, które utrudniają dystrybucję w sytuacji pojawienia się nowych ognisk pandemii,
  • analizować nieoczekiwane niedobory w podawaniu szczepionek w celu bardziej optymalnego kierowania działaniami informacyjnymi i pracą przedstawicieli ochrony zdrowia,
  • przewidywać problemy, które mogą wystąpić w procesie podawania drugiej dawki szczepionki,
  • uzyskać informacje na temat zmian podatności na zachorowania, szybkości przenoszenia się wirusa, statusu odporności populacyjnej etc.

Od początku pandemii SAS, współpracuje z organizacjami na całym świecie, pomagając walczyć ze skutkami COVID-19 poprzez monitorowanie, jak rozprzestrzeniają się zakażenia i tworzenie modeli pozwalających określić, gdzie mogą powstawać kolejne ogniska, a także optymalizację łańcuchów dostaw i procesów zarządzania zasobami medycznymi.

Prezes URE: Przyjęcie nowej polityki energetycznej przyspieszy transformację i niezbędne inwestycje. Ich koszty nie powinny obciążać odbiorców końcowych

Do 2040 roku zostanie zbudowany niemal nowy system elektroenergetyczny, którego silną podstawą będą źródła nisko- i zeroemisyjne – wskazuje rząd w niedawno przyjętej strategii dla polskiej energetyki na nadchodzące dwie dekady. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Rafał Gawin zwraca uwagę, że ważnym kierunkiem tej transformacji będzie rozwój energetyki rozproszonej, dziś widoczny głównie w fotowoltaice. Wypieranie węgla przez OZE będzie wymagać też dużych inwestycji w infrastrukturę sieciową. – Również w tym obszarze powinny być dostępne środki, które nie obciążają bilansów spółek, a w konsekwencji bezpośrednio odbiorców końcowych – mówi prezes URE.

– Przyjęcie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” to ustanowienie jasnych zasad na przyszłość dla wszystkich uczestników rynku – zarówno dla przedsiębiorców, jak i administracji. Są to jasne kierunki rozwoju rynku, które wyznaczają cele klimatyczne. To bardzo ważny sygnał, który powinien przyspieszyć proces transformacji energetycznej i decyzje przedsiębiorców dotyczące inwestycji, które są niezbędne dla tej transformacji – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Gawin, prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Uchwała w sprawie przyjęcia „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” została przyjęta przez Radę Ministrów 2 lutego br. Dokument przygotowany przez resort klimatu i środowiska ma być kompasem dla firm, samorządów, administracji i obywateli w zakresie transformacji polskiej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym. Wyznaczy też ramy wszelkich działań – m.in. legislacyjnych i inwestycyjnych – w sektorze energetycznym w perspektywie nadchodzących dwóch dekad. Nowa polityka energetyczna państwa została przyjęta po 12 latach od uchwalenia poprzedniej.

– Istotnym kierunkiem jest rozwój energetyki rozproszonej. To jeden z kluczowych obszarów, który dziś dynamicznie się rozwija i który rzeczywiście został zauważony i mocno zaakcentowany w polityce energetycznej państwa. Ten dynamiczny rozwój energetyki rozproszonej widać dziś chociażby w zakresie instalacji prosumenckich, przede wszystkim fotowoltaicznych – mówi prezes URE.

Obserwowany w kilku ostatnich latach boom na fotowoltaikę w Polsce napędził m.in. rządowy program dotacji Mój Prąd (w ramach którego do tej pory NFOŚiGW dofinansował 220 tys. prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW). W tej chwili to właśnie w tym segmencie mikroinstalacji obserwowany jest największy przyrost nowych mocy. Według przytaczanych przez resort rozwoju danych PTPiREE na koniec 2020 roku w Polsce funkcjonowało już ponad 457,4 tys. mikroinstalacji o łącznej mocy ok. 3 GW. To oznacza blisko 30-proc. wzrost kwartalny i prawie 200-proc. wzrost względem końca 2019 roku.

Nowo przyjęta „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” zakłada, że do końca tej dekady moc zainstalowana w fotowoltaice wyniesie 5–7 GW (i ok. 10–16 GW w 2040 roku). Jednak chociażby ostatni rok pokazał, że wzrost tego segmentu rynku OZE okazuje się szybszy od prognoz. Moc zainstalowana PV w systemie na koniec grudnia przekroczyła już 3,6 GW, tymczasem Instytut Energetyki Odnawialnej szacował ok. 2,5 GW na koniec 2020 roku. Ten pułap został jednak osiągnięty już w połowie ubiegłego roku.

 W najbliższej przyszłości powinniśmy szukać rozwiązań, które będą integrowały tego typu źródła z systemem elektroenergetycznym w celu zapewnienia bezpieczeństwa i ciągłości dostaw energii elektrycznej. W tym obszarze kluczowe znaczenie będzie mieć rozwój instalacji i rozwój fleksumentów, czyli takich odbiorców, którzy nie tylko wytwarzają energię na własne potrzeby, ale są też w stanie świadczyć usługi systemowe na rzecz operatorów i na rzecz całego systemu elektroenergetycznego – podkreśla Rafał Gawin.

Rządowy dokument zakłada optymalne, możliwie długie wykorzystanie własnych, krajowych surowców energetycznych. Udział węgla w miksie energetycznym ma jednak sukcesywnie spadać, osiągając nie więcej niż 56 proc. w 2030 roku (a przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2 może spaść nawet do poziomu 37,5 proc.). Równolegle do tego czasu będzie postępować wzrost udziału OZE w końcowym zużyciu energii brutto – do 2030 roku ma to być co najmniej 23 proc. (nie mniej niż 32 proc. w elektroenergetyce, głównie wiatrowej i PV, 28 proc. w ciepłownictwie i 14 proc. w transporcie z dużym wkładem elektromobilności).

– Wśród kierunków wskazany jest rozwój energetyki wiatrowej, morskiej energetyki wiatrowej oraz energetyki jądrowej. To są kierunki, które zmierzają do ograniczania emisji gazów cieplarnianych i CO2, w związku z czym sprzyjają celom klimatycznym – mówi prezes URE.

Rządowa strategia zakłada, że do końca tej dekady krajowe emisje gazów cieplarnianych zostaną zmniejszone o 30 proc. (w stosunku do 1990 roku). Moc zainstalowana w offshore ma osiągnąć ok. 5,9 GW w 2030 roku i do ok. 11 GW 10 lat później. Rządowe plany potwierdzają też, że w 2033 roku ma zostać uruchomiony pierwszy blok elektrowni jądrowej o mocy ok. 1–1,6 GW. Kolejne będą wdrażane co dwa–trzy lata, a cały program jądrowy zakłada w sumie budowę sześciu takich bloków.

–  Jestem przekonany, że do rozwoju tego typu źródeł w dużej mierze powinny być wykorzystywane środki unijne, które zostały przewidziane w różnych funduszach, projektach unijnych, ponieważ tylko w taki sposób jesteśmy w stanie zagwarantować, że realizacja tych projektów będzie akceptowalna społecznie – podkreśla Rafał Gawin.

Rządowa strategia podkreśla, że transformacja energetyczna i transformacja regionów węglowych ma przebiegać w sposób akceptowalny społecznie, sprawiedliwy i partycypacyjny, nastawiony m.in. na nowe technologie i innowacje, w ten sposób stając się motorem rozwoju gospodarczego. Wsparciu tego procesu służyć mają instrumenty finansowe w ramach unijnego mechanizmu sprawiedliwej transformacji, z których Polska może liczyć na 60 mld zł.

– Trzeba pamiętać, że potrzebne będą też inwestycje w obszarze sieciowym, żeby móc zintegrować duże ilości energii płynące chociażby z morskiej energetyki wiatrowej. Tutaj również będzie potrzebny bardzo duży wysiłek inwestycyjny. W tym obszarze także powinny być dostępne takie środki, które nie obciążą bilansów spółek, a w konsekwencji bezpośrednio odbiorców końcowych – mówi prezes URE.

Wśród kluczowych elementów nowej polityki energetycznej państwa znalazły się również m.in. poprawa efektywności energetycznej do 2030 roku na poziomie 23 proc. (w odniesieniu do zużycia energii pierwotnej w 2020 roku), rozwój ciepłownictwa i kogeneracji, zmniejszenie problemu ubóstwa energetycznego o 30 proc., rozbudowa infrastruktury gazu ziemnego, ropy naftowej i paliw ciekłych przy jednoczesnej dywersyfikacji kierunków dostaw (jednym z celów strategicznych wskazanych w strategii jest budowa Baltic Pipe), a także rozbudowa infrastruktury wytwórczej i sieciowej energii elektrycznej. Ważnym elementem są też inwestycje w technologie wodorowe, technologie magazynowania energii oraz elektromobilność i paliwa alternatywne.

Polska ma nową strategię rozwoju sztucznej inteligencji. W ujęciu globalnym SI może dać medycynie 150 mld dol. oszczędności

– Wydłużenie długości życia i poprawa stanu zdrowia w związku z zastosowaniem sztucznej inteligencji mogą przynieść sektorowi medycznemu ok. 150 mld dol. oszczędności – mówi Justyna Orłowska z KPRM, uczestnicząca w pracach nad „Polityką dla rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce”. Przyjęty niedawno rządowy dokument ma stworzyć warunki do wykorzystania potencjału tej technologii w wielu obszarach, również w medycynie. Pierwszym krokiem ma być rozwijanie danych medycznych. Szeroki dostęp do nich może znacząco usprawnić diagnostykę i leczenie wielu chorób, zoptymalizować pracę lekarzy i medyków, przynieść oszczędności kosztowe dla całego systemu ochrony zdrowia czy nawet pomóc w przewidzeniu kolejnych pandemii. 

 Wdrażanie sztucznej inteligencji jest wyzwaniem, ale przyniesie też szereg korzyści, m.in. wyższy wzrost gospodarczy o 2,65 pkt proc. To czterokrotnie więcej aniżeli wzrost gospodarki niemieckiej przed pandemią, jest to więc ogromna wartość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Justyna Orłowska, dyrektor programu GovTech Polska w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Przyjęta w połowie stycznia br. strategia określa ponad 200 zadań, których realizacja jest niezbędna do szerokiego wdrożenia SI w Polsce. Zostały one podzielone na sześć obszarów (firmy, nauka, edukacja, współpraca międzynarodowa, społeczeństwo i sektor publiczny), a w ramach każdego z nich uwzględniono cele krótkoterminowe (do 2023 roku), średnioterminowe (do 2027 roku) i długoterminowe (po 2027 roku).

 Uwzględniliśmy też wiele innych branż niewymienionych bezpośrednio w polityce, do których zalicza się m.in. medycyna. W tym obszarze warto pamiętać, że specjaliści od SI, data science i machine learningu potrzebują przede wszystkim danych. Na tym polu mamy już duży sukces, ponieważ w tej chwili udostępniamy ok. 20 tys. otwartych zbiorów danych i jesteśmy pod tym względem trendsetterami w UE – przekonuje dyrektor programu GovTech Polska.

Autorzy dokumentu wskazują, że SI jest dziedziną, w której Polska ma realne szanse stać się jednym z wiodących krajów na arenie międzynarodowej. Wśród priorytetowych sektorów, w których wdrażanie tej technologii może przynieść najwięcej korzyści, wymieniono m.in. energetykę, cyberbezpieczeństwo, przemysł i właśnie medycynę.

 Prognozy wskazują, że sztuczna inteligencja może faktycznie o co najmniej kilka lat zwiększyć średnią długość życia. Według szacunków wydłużenie wieku i poprawa stanu zdrowia w związku z zastosowaniem SI może przynieść sektorowi medycznemu ok. 150 mld dol. oszczędności – wylicza Justyna Orłowska.

Jak wskazano w rządowej strategii, SI w opiece zdrowotnej może się przyczynić do optymalizacji czasu, kosztów i skuteczności leczenia. Sztuczna inteligencja umożliwia też zapewnienie wysokiej jakości usług medycznych, wykorzystanie narzędzi przewidujących rozwój sytuacji epidemicznej czy wykrywających nadużycia w sektorze ochrony zdrowia.

– Z całą pewnością znaczenie rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji będzie znacząco wzrastać. Zakłada się, że między 2019 a 2025 rokiem rynek SI powiększy się o co najmniej 42 proc. Medycyna i ochrona zdrowia są tutaj szczególnie wdzięcznym tematem, ponieważ zaawansowane algorytmy mogą przynieść mnóstwo korzyści: od klinicznych do ekonomicznych – mówi Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare, członek zarządu Polmedu.

Jak podkreśla, sztuczna inteligencja już w tej chwili znajduje coraz więcej zastosowań w różnych obszarach opieki nad naszym zdrowiem.

– Jednym z takich obszarów jest radiologia i analizowanie obrazów, które powstają w wyniku diagnostyki obrazowej. Kolejny to patomorfologia. SI jest też pomocna m.in. przy zabiegach chirurgicznych – wymienia przedstawiciel Philipsa. – W przypadku badań nad nowymi lekami jeszcze kilka lat temu etap definiowania, czy dana molekuła jest warta dalszych analiz, trwał od trzech do pięciu lat. Dziś zastosowanie algorytmów sztucznej inteligencji, chemii predykcyjnej, modelowania in silico pozwala na skrócenie tego okresu kilkukrotnie, do 12–18 miesięcy. Modele predykcyjne i zaawansowane algorytmy były też wykorzystywane przy tworzeniu szczepionki na COVID-19.

Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana także w procesie diagnostyki nowotworów i ułatwiać onkologom postawienie odpowiedniej diagnozy. Każdego roku nowotwór jest diagnozowany u ponad 160 tys. Polaków, a prognozy wskazują, że w ciągu kolejnych 10 lat liczba pacjentów onkologicznych wzrośnie aż o 1/3.

– To bardzo przydatne z punktu widzenia wyzwania, jakim jest onkologia w Polsce. Wiemy, że problem jest gigantyczny, a te zaawansowane technologie niesamowicie pomagają w diagnozowaniu, w analizowaniu danych i porównywaniu ich z setkami czy milionami zdjęć innych przypadków, u innych pacjentów. SI ułatwia więc etap diagnostyki, ale tak samo może podpowiadać pewne opcje związane z leczeniem, wyborem odpowiedniej ścieżki terapeutycznej w stosunku do konkretnego pacjenta – mówi Michał Kępowicz.

Według raportu „Future Health Index” przygotowanego w 2019 roku na zlecenie Philipsa większość personelu medycznego w Polsce (70 proc.) już w tej chwili ma zaufanie do wykorzystywania SI w procesie monitorowania pacjentów, a w ocenie medyków istnieje też potrzeba rozszerzenia jej zastosowań na inne obszary, takie jak np. poprawa trafności diagnozy (14 proc.) czy sygnalizowanie nieprawidłowości dotyczących stanu zdrowia pacjentów (19 proc.).

 Człowiek generuje mniej więcej 1 TB informacji rocznie, a w przypadku człowieka chorego tych informacji jest jeszcze więcej. Nikt – żaden lekarz ani żadna służba zdrowia – nie potrafi przebić SI w wyciąganiu takich danych, które mogą być istotne z punktu widzenia całego procesu leczenia i długoterminowych efektów. Sztuczna inteligencja bardzo dobrze nadaje się do szukania wzorców, może z powodzeniem przeszukiwać różnego rodzaju dane, które tylko z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego – dodaje dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat, profesor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii, od lat stosujący i rozwijający rozwiązania z zakresu SI.

Wśród celów krótkoterminowych do 2023 roku rządowa „Polityka dla rozwoju sztucznej inteligencji” wymienia wykorzystanie potencjału danych medycznych dla poprawy zdrowia obywateli. Dlatego jednym z pierwszych kroków ma być m.in. wdrożenie pilotażowych programów przechowywania anonimowych danych medycznych, wsparcie narzędzi i rozwiązań wykorzystujących dane medyczne (zwłaszcza z zakresu telemedycyny i e-zdrowia) oraz działania optymalizacyjne w sektorze ochrony zdrowia, prowadzone na podstawie analizy danych dotyczących np. podaży i popytu na świadczenia czy wykorzystania zasobów medycznych.

Wśród celów przewidzianych do 2027 roku jest także aktualizacja prawa w zakresie zapewnienia dostępu do danych oraz warunków funkcjonowania zaufanych przestrzeni do dzielenia się nimi z uwzględnieniem ochrony prywatności i danych osobowych.

– Sztuczna inteligencja nie doczekała się legalizacji prawnej. Nie ma aktu prawnego twierdzącego, czy jest jakaś odpowiedzialność po stronie inżyniera, czy po stronie wykorzystującego sztuczną inteligencję. To nas czeka, tak jak rozwiązania etyczne, które zawsze technologia przynosi – mówi dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat.

Według prognoz Frost & Sullivan do 2025 roku sztuczna inteligencja i technologie kognitywne przyniosą w branży medycznej oszczędności w wysokości przekraczającej 150 mld dol. Do korzyści z zastosowania tej technologii zaliczają się m.in. zautomatyzowana predykcja chorób, personalizacja ścieżek leczenia czy zarządzanie łańcuchem dostaw medycznych w czasie rzeczywistym. Jednak w 2018 roku jedynie 15–20 proc. podmiotów aktywnie korzystało z SI w celu wprowadzania zmian w sposobie świadczenia opieki zdrowotnej.

Już teraz nawet milion osób w Polsce cierpi na depresję. Pandemia COVID-19 może spowodować lawinowy wzrost zachorowań

Na depresję na całym świecie choruje ponad 260 mln osób, a w Polsce – około 1 mln. Jedną z jej przyczyn może być przewlekły stres, a pandemia i związane z nią izolacja, poczucie niepewności, obawy o zdrowie czy groźba utraty pracy i dochodów dla wielu osób są doświadczeniem wręcz traumatycznym. Z okazji przypadającego 23 lutego Ogólnopolskiego Dnia Walki z Depresją eksperci ostrzegają, że zachorowań będzie lawinowo przybywać. Wśród najbardziej narażonych na tę chorobę są pracownicy służby zdrowia, ale szczególną uwagę należy poświęcić też osobom w wieku przedemerytalnym oraz nastolatkom.

– Wzrost zachorowań na depresję na całym świecie miał miejsce już przed pandemią COVID-19. Ona jednak znacznie ten proces przyspieszyła. Nie ma się czemu dziwić, bo sytuacja, z którą się mierzymy – paraliż w wymiarze globalnym, zagrożenie dla zdrowia i życia swojego i bliskich, utrata pracy i przychodów, zachwianie poczucia bezpieczeństwa związane z tym, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak pandemia będzie się rozwijać w przyszłości – to są jedne z najsilniej oddziałujących stresorów. Współczesne pokolenie jest pierwszym, które nie doświadczyło wojny i po raz pierwszy zmaga się z tak ekstremalnymi warunkami – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Wiśniewska, psycholożka społeczna i wykładowczyni Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

Wrześniowy sondaż ARC Rynek i Opinia dla Sanprobi pokazał, że stres jest najczęstszą emocją towarzyszącą Polakom. Ponad połowa doświadczała go przynajmniej kilka razy w tygodniu, a głównym powodem (wskazywanym przez 48 proc. badanych) była pandemia COVID-19. Również badania prowadzone przez zespół naukowy z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego pokazały, że dla wielu Polaków pandemia okazała się zdarzeniem wręcz traumatycznym, u 37 proc. badanych powodując objawy stresu pourazowego (PTSD). Podobny odsetek (38 proc.) zgłaszał nasilone objawy depresyjne, a aż 62 proc. – objawy lęku uogólnionego. W grudniu 2020 roku 25 proc. badanych, u których te symptomy były natężone, wiązało je zdecydowanie lub raczej zdecydowanie właśnie z pandemią i jej konsekwencjami. Tylko jedna trzecia nie widziała takiego powiązania.

– Przyczyny depresji są wielopłaszczyznowe, mają charakter genetyczny, biologiczny i psychospołeczny. Oprócz czynników środowiskowych źródłem depresji może być silna trauma, doświadczenie traumatyczne przeżyte w dzieciństwie albo wieku dorosłym. A do takich doświadczeń można oczywiście zaliczyć obecną pandemię – mówi Joanna Wiśniewska.

W swoim ubiegłorocznym raporcie („COVID-19 and the Need for Action on Mental Health”) ONZ prognozuje, że pandemia COVID-19 znacznie pogorszy statystyki zachorowań na depresję. Jak wskazuje, szczególnie narażeni są na nią pracownicy służby zdrowia. Potwierdzają to też dane przytaczane przez Medicover, według których w ostatnich miesiącach 35 proc. pracowników medycznych odczuwało silny stres, a 15 proc. cierpiało na depresję.

Według Światowej Organizacji Zdrowia depresja jest jedną z najczęściej występujących chorób, a do 2030 roku zajmie pierwsze miejsce na liście najczęstszych schorzeń. W tej chwili na całym świecie cierpi na nią ponad 264 mln osób w każdym wieku, choć częściej dotyczy ona kobiet niż mężczyzn.

– Zgodnie z raportem Narodowego Funduszu Zdrowia w Polsce również jest to bardzo poważny problem zdrowotny i społeczny. Szacuje się, że na depresję choruje 1 mln Polaków. Niepokojący jest też fakt, na który wskazują statystyki policyjne z lat 2017–2020, że jedną z najczęstszych przyczyn prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży były właśnie zaburzenia psychiczne, w tym depresja – mówi  psycholożka społeczna z WSB w Toruniu.

WHO podkreśla, że depresja różni się od zwykłych wahań nastroju i krótkotrwałych, emocjonalnych reakcji na trudności i stres. To poważne schorzenie – zwłaszcza kiedy ma długotrwały przebieg i umiarkowane lub ciężkie nasilenie. W najgorszym przypadku depresja może prowadzić do samobójstw. Co roku na świecie życie odbiera sobie ok. 800 tys. osób, a samobójstwa są w tej chwili drugą najczęstszą przyczyną zgonów wśród 15–29-latków.

– Depresja może dotknąć każdego – niezależnie od wieku, płci, miejsca zamieszkania, statusu społecznego i ekonomicznego. Statystyki pokazują jednak, że dwukrotnie częściej chorują na nią kobiety, co może mieć związek z wpływem hormonów płciowych na samopoczucie. Kobiety, kiedy zmagają się z trudnościami, częściej trafiają jednak do gabinetów psychologicznych. Mężczyźni starają się radzić sobie sami i rzadziej trafiają pod opiekę specjalisty – wskazuje Joanna Wiśniewska.

Niepokojące są wzrosty zachorowań na depresję wśród dzieci i młodzieży, które jeszcze kilkanaście lat temu nie występowały. Statystyki też pokazują, że pomiędzy 19. a 25. rokiem życia jest ona drugą z przyczyn prób samobójczych, jednak częściej chorują na nią osoby powyżej 50. roku życia.

– Szczególną uwagę trzeba zwrócić na grupę osób w wieku przedemerytalnym. Przejście na emeryturę i rezygnacja z dotychczasowej aktywności zawodowej jest dla nich szczególnym momentem, który również może obniżyć nastrój i powodować depresję – wyjaśnia psycholożka społeczna.

Obu tych pojęć nie należy jednak utożsamiać. To o tyle istotne, że określenie „depresja” weszło już do mowy potocznej i bardzo często jest używane nieadekwatnie, właśnie w kontekście złego nastroju. Tymczasem jest to poważna choroba, której nie wolno bagatelizować.

– Jeżeli depresja zostanie zdiagnozowana przez specjalistę i chory zostanie objęty specjalistyczną opieką psychologa lub psychiatry, to w większości przypadków jest uleczalna. Ale u każdego z pacjentów depresja ma przebieg indywidualny. Dlatego tak ważne jest, żeby osoba, która podejrzewa u siebie depresję, jak najszybciej trafiła na konsultację, natomiast osoba, u której już zdiagnozowano depresję, pod opiekę specjalisty – mówi wykładowczyni Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

W momencie, kiedy osoby mierzą się z depresją, bardzo często pojawia się u nich również poczucie winy i poczucie wstydu. Wszelkiego rodzaju krytykowanie, ocenianie, moralizowanie może pogorszyć stan osoby chorej. Jak podkreśla psycholożka, bardzo istotne w chorobie jest również wsparcie bliskich osób.

– Wszelkie slogany typu „weź się w garść”, „dasz sobie radę”, „wszystko będzie dobrze”, „inni mają gorzej, masz świetne życie” w przypadku depresji mogą zaszkodzić, dlatego należy ich unikać – przypomina Joanna Wiśniewska. – To, co pomaga, to nasza obecność, empatia, akceptacja. Rozmawiajmy normalnie o tym, co przeżywa osoba chora na depresję. Lepiej użyć takich zwrotów: „możesz na mnie liczyć”, „jestem tutaj z tobą”, możemy się zapytać: „czy potrzebujesz mojej pomocy?”, „w czym mogę ci pomóc?”, „czy chcesz ze mną porozmawiać?”.

Jak wynika z danych ZUS, w III kwartale 2020 roku liczba dni absencji chorobowych z powodu epizodów depresyjnych wyniosła ponad 1,23 mln, podczas gdy rok wcześniej niecałe 961 tys., natomiast z powodu zaburzeń depresyjnych nawracających wzrosła z 492 tys. do 575 tys.

W czasie pandemii przyspieszyła sprzedaż dzieł sztuki. Obroty na prawie 470 aukcjach wyniosły 380 mln zł

W ubiegłym roku – mimo obostrzeń sanitarnych i trudnej sytuacji gospodarczej – sprzedaż dzieł sztuki wzrosła o 30 proc. względem 2019 roku. Jak podaje serwis Artinfo.pl, rynek osiągnął rekordowy wynik 380 mln zł. Przeprowadzono 467 aukcji, wiele online, podczas których wylicytowano niemal 22 tys. obiektów. W grudniu padł rekord sprzedaży w segmencie sztuki nowoczesnej – obraz Wojciecha Fangora został wylicytowany za najwyższą w historii cenę 7,3 mln zł. – Ten rok zapowiada się jeszcze lepiej – przekonuje Michał Bolka z Desy Unicum.

 Kiedy wprowadzono pierwsze obostrzenia w związku z pandemią w Polsce, rynek sztuki reagował i aukcje marcowe czy kwietniowe pokazywały, że pojawia się strach wśród klientów. Jednak domy aukcyjne wyszły naprzeciw klientom, organizując bardzo dużo aukcji online, które się sprawdziły. Z drugiej strony klienci, którzy na początku pełni obaw stwierdzili, że trudno jest w czasach tak trudnych gospodarczo inwestować w dzieła sztuki, przekonali się, że są one dobrą inwestycją i ich wartość cały czas rośnie – mówi agencji Newseria Biznes Michał Bolka.

Dane Artinfo.pl wskazują, że mimo pandemii 2020 rok okazał się dla rynku dzieł sztuki rekordowy. Wartość sprzedaży wzrosła o 85 mln zł, czyli o 30 proc. Dla porównania we wczesnych latach dwutysięcznych całoroczne obroty kształtowały się na poziomie 50–60 mln zł.

Obrót na aukcjach w Desie Unicum wyniósł prawie 200 mln zł, co oznacza prawie 50-proc. udział w rynku. Dom zorganizował 150 aukcji, z czego 63 odbyły się online. Tutaj także padł aukcyjny rekord. W grudniu obraz Wojciecha Fangora „M22” z 1969 roku został wylicytowany za najwyższą w historii cenę 7,3 mln zł wraz z opłatą aukcyjną. Blisko 4,5 mln złotych zapłacono za płótno Tamary Łempickiej, które stało się najdroższą pracą malarki w Polsce, oraz za obraz „Dzieci i zwierzęta” Tadeusza Makowskiego.

– Ubiegły rok pokazał, że polski rynek sztuki właściwie jest cały czas niedoszacowany. Rekordy, które zostały pobite przede wszystkim na aukcjach grudniowych, pokazały, że rzeczywiście jest jeszcze dużo do zrobienia na polskim rynku sztuki. Jest dużo odkrywanych artystów, ale i osób, które interesują się rynkiem sztuki i inwestują w dzieła – ocenia ekspert Desy Unicum.

W 2020 roku przeprowadzono 467 aukcji, podczas których wylicytowano niemal 22 tys. obiektów, przy czym podczas 59 aukcji obroty przekroczyły 1 mln zł. Najwięcej było aukcji sztuki młodej (97). Rekordowe obroty w tym segmencie przyniosła grudniowa Aukcja Młodej Sztuki w Desie Unicum – 550 tys. zł.

Z drugiej jednak strony niesłabnącą popularnością cieszą się dawniejsze dzieła sztuki. Dla przykładu z obrotem blisko 23 mln zł zakończyła się zorganizowana 10 grudnia aukcja w Desie Unicum – „Sztuka Dawna. XIX w., Modernizm, Międzywojnie”. To właśnie w jej trakcie sprzedano dzieło „Czytająca I” Tamary Łempickiej za 4,5 mln zł.

 Zarówno dzieła dawnych mistrzów, jak i współczesnych artystów znajdują swoich odbiorców. Są amatorzy i malarstwa dawnego, i malarstwa współczesnego. Oczywiście delikatny prym wśród tych tendencji wiedzie malarstwo współczesne. Obecnie zauważamy, że bardzo popularne i modne stało się malarstwo lat 80., tzw. nowa ekspresja, nowa figuracja. To są te elementy, które przyciągają coraz większą rzeszę odbiorców – wskazuje Michał Bolka.

Polscy artyści są także coraz bardziej cenieni za granicą, a ich dzieła osiągają największe kwoty na aukcjach. To przede wszystkim twórczość Wojciecha Fangora, Magdaleny Abakanowicz, Henryka Stażewskiego czy Edwarda Krasińskiego.

Coraz więcej polskich nazwisk pojawia się w renomowanych galeriach komercyjnych czy instytucjach kulturalnych. Popularność na świecie zyskuje Magdalena Abakanowicz, dzięki czemu jej prace zyskują coraz wyższe kwoty. Coraz więcej kolekcjonerów z zagranicy interesuje się polską sztuką, głównie sztuką współczesną, sztuką powojenną. Te prace trafiają do wybitnych kolekcji zagranicznych, nie tylko w Europie, ale też w Stanach Zjednoczonych – mówi przedstawiciel Desy Unicum.

Ubiegły rok pokazał, że rośnie zainteresowanie aukcjami tematycznymi czy monograficznymi. Świadczy o tym również sukces tegorocznej aukcji „Zakopane, Zakopane. Słońce, góry i górale”, której obrót przekroczył 3 mln zł.

– Na aukcji prezentowane były obiekty nawiązujące do życia artystycznego w Zakopanem. Również aukcja monograficzna Edwarda Dwurnika pokazała, że jest zapotrzebowanie na tego typu aukcje tematyczne – mówi ekspert.

Rok 2021 zapowiada się jeszcze lepiej niż ubiegły. Zwłaszcza że w niepewnych czasach pandemii coraz więcej osób szuka bezpiecznych i zyskownych sposobów na inwestowanie.

– Coraz więcej osób interesuje się sztuką, chce mieć w domu niepowtarzalny, unikatowy obraz, który będzie jeden jedyny, kupiony na aukcji, co spowoduje jeszcze większy prestiż tego dzieła – podkreśla Michał Bolka. –  Dlatego też coraz więcej osób interesuje się sztuką. Widzimy, że na aukcjach pojawia się coraz więcej nowych twarzy.

Naukowcy opracowali w pełni autonomicznego robota napędzanego wyłącznie powietrzem. Znajdzie zastosowanie w medycynie czy ratownictwie

To może być przełom w budowie w pełni autonomicznych, wolnych od elektroniki robotów kroczących. Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego stworzyli czworonożnego robota, który do pracy wszystkich swoich funkcji, w tym sterowania i systemów ruchu, nie potrzebuje żadnej elektroniki, tylko stałego źródła sprężonego powietrza. Może się sprawdzić m.in. w kosmosie, w maszynach rezonansu magnetycznego czy do przesiewania wraków budynku po trzęsieniu ziemi lub pożarze.

Inżynierowie z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego stworzyli czworonożnego miękkiego robota, który nie potrzebuje żadnej elektroniki do pracy. Wystarczy stałe źródło sprężonego powietrza, aby uruchomić wszystkie funkcje, w tym sterowania i systemów ruchu. Może to oznaczać przełom na rynku tzw. miękkich robotów.

– Większość robotów miękkich jest zasilana sprężonym powietrzem i sterowana przez obwody elektroniczne. Jednak takie podejście wymaga umieszczenia skomplikowanych komponentów, takich jak płytki obwodów drukowanych, zaworów i pomp – często poza korpusem robota. Te elementy, które stanowią mózg robota i układ nerwowy, są zazwyczaj nieporęczne i drogie. Robot opracowany przez naukowców Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego jest sterowany przez wbudowany lekki, tani system obwodów pneumatycznych, składający się z rur i miękkich zaworów. Robot może chodzić na polecenie lub w odpowiedzi na sygnały odbierane z otoczenia – tłumaczy Ioana Patringenaru z biura prasowego Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego.

Atrakcyjność miękkich robotów polega na ich elastyczności i wszechstronności. Mogą się sprawdzić w kosmosie, według innych wkrótce wkroczą w najgłębsze zakamarki ludzkiego ciała. Według dr hab. inżynierii Georgia Tech Ellen Mazumdar można je wykorzystać do przesiewania wraków budynku po trzęsieniu ziemi lub pożarze. Miękkie roboty są wykonane z najbardziej miękkich materiałów, w tym z nanomateriałów, co umożliwia im odzwierciedlenie funkcji biologicznych, takich jak funkcje ludzkich mięśni. Dotychczas jednak obwody elektroniczne były umieszczane na zewnątrz, co sprawiało, że robot był mało poręczny, a przy tym drogi.

Robot zbudowany przez inżynierów z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego niweluje te wady.

– Nasza praca stanowi fundamentalny krok w kierunku budowy w pełni autonomicznych, wolnych od elektroniki robotów kroczących – podkreśla Dylan Drotman, doktorant na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego.

Moc obliczeniowa robota naśladuje odruchy ssaków, które są napędzane przez odpowiedź nerwową kręgosłupa, nie mózgu. Zespół zainspirował się obwodami neuronowymi znalezionymi u zwierząt,  które mogą generować rytmiczne wzory w celu kontrolowania ruchów, takich jak chodzenie czy bieganie. Aby naśladować funkcje obwodów neuronowych, inżynierowie zbudowali system zaworów, które kontrolują kolejność, w jakiej sprężone powietrze dostaje się do napędzanych nim mięśni czterech kończyn robota. Naukowcy zbudowali innowacyjny komponent, który koordynuje chód robota, opóźniając wtrysk powietrza do jego nóg.

Robot jest również wyposażony w proste czujniki mechaniczne, które przypominają małe, miękkie bąbelki wypełnione płynem, umieszczone na końcach wysięgników wystających z korpusu. Kiedy bąbelki są wciśnięte, płyn przekręca zawór, który z kolei powoduje zmianę kierunku poruszania się robota.

– Opracowanym przez nas sposobem można by stworzyć bardzo zaawansowany mózg robota – przekonuje Michael T. Tolley, profesor inżynierii mechanicznej w Jacobs School of Engineering na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego. – Naszym celem było stworzenie zasilanego powietrzem układu nerwowego, niezbędnego do kontrolowania procesu chodzenia.

W przyszłości naukowcy chcą poprawić chód robota, aby mógł się poruszać także po nierównych powierzchniach. Umożliwiłoby to pokonywanie różnych przeszkód i wymagało bardziej wyrafinowanej sieci czujników, a co za tym idzie – bardziej złożonego systemu pneumatycznego.

Obecnie jednak technologia zastosowana w robocie sprawdzi się w niemal wszystkich miękkich robotach.

– Zastosowania opracowanego systemu obejmują tanią robotykę rozrywkową, taką jak zabawki, lecz także roboty, które mogą działać w środowiskach, gdzie elektronika mogłaby zakłócać pracę, takich jak maszyny rezonansu magnetycznego lub szyby górnicze. Szczególnie interesujące są roboty miękkie, ponieważ łatwo dostosowują się do otoczenia i działają bezpiecznie w pobliżu ludzi – wymienia Ioana Patringenaru.

Polacy stworzyli system chroniący wózki sklepowe przed kradzieżą. Sprawdzi się również przy rehabilitacji czy opiece nad osobami po udarach

Z danych brytyjskiego The Food Marketing Institute wynika, że rocznie ginie ok. 2 mln wózków z wielkopowierzchniowych sklepów spożywczych. Równie często znikają też wózki z marketów budowlanych. Dla sklepów to ogromne straty, bo jeden wózek to koszt nieraz nawet 1 tys. zł. Polski start-up opracował system, który pozwala lokalizować wózki i alarmuje o nietypowych zachowaniach. Rozwiązanie jest oparte na technologii Bluetooth Low Energy, a sygnał z lokalizatorów jest odbierany zarówno przez stacje bazowe, jak i sieć telefonów wyposażonych w odpowiednie aplikacje. System sprawdza się też m.in. w kontroli rehabilitacji osób po udarach czy monitorowaniu czasu pracy.

– System notiLocate powstał na potrzebę klienta, któremu ginęły wózki sklepowe. Składa się z czterech elementów: to mały lokalizator zintegrowany z wózkiem, który działa w technologii Bluetooth, terminal odbiorczy, których większa liczba tworzy sieć pozwalającą wykrywać małe lokalizatory schowane w wózkach, cały system przetwarzania danych, który znajduje się w chmurze, oraz portal, który pozwala monitorować ruch w czasie rzeczywistym oraz przekazywać klientowi alerty związane z dziwnym, nietypowym zachowaniem wózków – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Popek, Business Development Manager w Notinote.

Do monitorowania przedmiotów najczęściej stosuje się technologie Ultra WideBand, Bluetooth czy bezprzewodowe sieci lokalne (WLAN). W przypadku komunikacji radiowej UWB krótki impuls umożliwia filtrowanie odbitego sygnału i pomaga przezwyciężyć zniekształcenia wielościeżkowe. System WLAN może ponownie wykorzystać istniejącą infrastrukturę sieciową obiektu i służyć do obliczania położenia obiektu również na podstawie siły sygnału. Bluetooth z kolei zazwyczaj sprawdza się we wnętrzach.

Polski start-up opracował zupełnie nowy system lokalizowania i monitorowania przedmiotów.

– Pracujemy zgodnie z technologią Bluetooth Low Energy 4.0. To technologia, która jest doskonale znana użytkownikom telefonów komórkowych, operujemy na tym samym sygnale radiowym. Te małe lokalizatory są wyposażone w dużą baterię, która pozwala działać przez pięć lat, wysyłają sygnał dzięki technologii Bluetooth, terminal odbiorczy go odbiera, my w chmurze wykonujemy serię obliczeń po to, żeby wyznaczyć pozycję wózka i pokazać go na mapie. Jednocześnie lokalizator ma dodatkowe czujniki, które pozwalają nam wykrywać takie nietypowe zachowania związane z próbą kradzieży – tłumaczy Grzegorz Popek.

Co istotne, sygnał z lokalizatorów odbierają nie tylko dedykowane stacje bazowe, lecz także sieć telefonów wyposażonych w aplikacje współpracujące z systemem. Z danych start-upu wynika, że obecnie takich telefonów w Polsce są blisko 2 mln. System pozwala zlokalizować więc przedmioty, które np. znalazły się w innym mieście czy nawet kraju. Powstał na potrzeby sklepu wielkoformatowego, któremu ginęło nawet 30-40 proc. floty wózków. Straty z tego tytułu sięgają kilkuset tysięcy złotych.

– Dostarczyliśmy klientowi system, który pozwala monitorować na bieżąco flotę wózków, czyli liczyć je codziennie. Codziennie widzimy, że w tym danym sklepie jest np. 1,5 tys. wózków i to pozwala po jego zamknięciu je zabezpieczyć, schować na noc, żeby nie były łatwym łupem dla złodziei. Operacyjnie raportujemy też dziwne zachowania wózków – opuszczenie strefy bezpiecznej, czyli parkingu sklepu, podniesienie, przewrócenie wózka, czyli próba kradzieży, i takie informacje przekazujemy w postaci alertów do ochrony – wskazuje ekspert.

Rozwiązanie notiLocate może mieć jednak znacznie więcej zastosowań. System pomaga już np. w domach opieki z osobami po udarach, które przechodzą rehabilitację. Każdy z pacjentów ma zapisany program rekonwalescencji, a opaski noszone przez nich na ręku pozwalają monitorować ich lokalizację. Gdy odbiega od lokalizacji zapisanej w grafiku, pracownicy medyczni dostają taką informację.

System sprawdza się również w monitorowaniu czasu pracy, działa bezstykowo i nie wymaga stania w kolejkach, co jest istotne zwłaszcza w czasie pandemii.

– Problemem z tradycyjnymi systemami opartymi na karcie zbliżeniowej jest to, że np. osoby ustawiają się w kolejce, nie trzymają dystansu społecznego. Jesteśmy w stanie na naszym systemie zbudować takie rozwiązanie, w którym każdy pracownik ma np. opaskę albo lokalizator w formie breloku i wchodząc na teren firmy, jest dyskretnie rozpoznawany, na ekranie pojawia się tylko jego numer, nie musi czekać w kolejce. Tak samo wygląda opuszczenie firmy – tłumaczy Grzegorz Popek. – Zastosowań jest mnóstwo, wszędzie tam, gdzie istnieje potrzeba wyznaczania pozycji osób albo przedmiotów.

Kuehne+Nagel przejmuje Apex International Corporation – azjatyckiego dostawcę usług logistycznych

Kuehne+Nagel zawiera wiążącą umowę przejęcia Apex International Corporation („Apex”), jednego z wiodących azjatyckich spedytorów, zwłaszcza w zakresie przewozów transpacyficznych i wewnątrzazjatyckich. Firma ta została założona w Chinach w 2001 roku i przez te lata ugruntowała swoją pozycję zarówno w Azji, jak i poza nią.

Zatrudniając około 1 600 pracowników, Apex generuje roczne obroty przekraczające 2,1 miliarda CHF. W 2020 roku firma obsłużyła łącznie 750 000 ton ładunków lotniczych oraz 190 000 TEU w logistyce morskiej.

Dr Detlef Trefzger, dyrektor generalny Kuehne + Nagel International AG, komentuje: „Dzięki połączeniu Apex i Kuehne+Nagel będziemy mogli zaoferować naszym Klientom atrakcyjne rozwiązania logistyczne w konkurencyjnym środowisku azjatyckim, zwłaszcza w zakresie realizacji usług dla sektorów e-commerce, hi-tech i e-mobility. Z niecierpliwością czekamy na powitanie pracowników Apex na pokładzie Kuehne+Nagel”.

Tony Song, prezes zarządu i dyrektor generalny Apex, dodaje: „Znaleźliśmy w Kuehne+Nagel strategicznego udziałowca i grupę logistyczną z ponad 130-letnim doświadczeniem w branży. Jesteśmy pewni, że dzięki tej transakcji będziemy mogli zwiększyć wartość łańcuchów dostaw naszych Klientów i rozszerzyć naszą globalną sieć logistyczną. Rozszerzymy istniejący globalny zespół logistyki lotniczej Kuehne+Nagel, oferując zarówno kierownictwu, jak i naszym talentom wyjątkowe możliwości rozwoju”.

Dr Joerg Wolle, Przewodniczący Rady Dyrektorów Kuehne + Nagel International AG, komentuje: „W ostatnich latach firma Kuehne+Nagel strategicznie rozszerzyła i rozwinęła swoją działalność w regionie Azji i Pacyfiku. Dziś jesteśmy jednym z wiodących graczy i dalej przyspieszamy wzrost w tym regionie. Region Azji i Pacyfiku okazał się jednym z najważniejszych obszarów napędzających globalny handel. Przejęcie Apex to kolejny ważny kamień milowy naszej strategii, a tym samym realizacja ambicji wzrostu Grupy w regionie Azji i Pacyfiku”.

Nabycie podlega zwyczajowo przyjętym warunkom finalizacji, w tym zezwoleniu właściwych organów ds. konkurencji. Nabycie zostanie sfinansowane ze źródeł płynnych, a w razie potrzeby z dostępnych linii kredytowych. Po zamknięciu transakcji niewielki pakiet akcji Apex ma pozostać w rękach doświadczonego zarządu Apex. Firma będzie kontynuowała odrębną działalność w ramach Grupy Kuehne+Nagel.

Obie strony zgodziły się nie ujawniać dalszych szczegółów transakcji.