Nowość na wrocławskim lotnisku – bramki do automatycznej kontroli granicznej

W Porcie Lotniczym Wrocław oficjalnie zaprezentowano dziś bramki do automatycznej kontroli dokumentów podróżnych w strefie Non Schengen. Wrocławskie lotnisko jako drugie regionalne lotnisko w Polsce zainstalowało je zarówno w hali odlotów, jak i przylotów. Dzięki tej inwestycji pasażerowie szybciej przejdą kontrolę na granicy.Port Lotniczy Wrocław fot. Maciej Lulko 04 Port Lotniczy Wrocław fot. Maciej Lulko 05

Nowe bramki do automatycznej kontroli granicznej znajdują się w halach odlotów i przylotów

– po 4 w każdej hali. – Bardzo się cieszę, że dzięki rządowym funduszom bramki biometryczne do automatycznej kontroli granicznej zostały zamontowane na wrocławskim lotnisku. Jest to ważna inwestycja, która zwiększy komfort podróżujących, unowocześni i ulepszy proces odprawy granicznej, a także wesprze Straż Graniczną w realizacji jednego z jej podstawowych zadań – mówi obecny na prezentacji wojewoda dolnośląski Jarosław Obremski.

Z kolei płk Tomasz Michalski, komendant Nadodrzańskiego Oddziału Straży Granicznej, dodaje:

– Cieszymy się bardzo, że funkcjonariusze Straży Granicznej na wrocławskim lotnisku mogą nadzorować i obserwować proces kontroli granicznej przy wykorzystaniu bramek do automatycznej kontroli dokumentów podróżnych. Jestem przekonany, że nowe wyposażenie wpłynie na usprawnienie i przyśpieszenie procesu kontroli granicznej. Bramki automatycznie weryfikują dane zawarte w chipie biometrycznym paszportu z wizerunkiem twarzy podróżnego. Dzięki temu wykluczona jest możliwość posłużenia się podrobionym, przerobionym lub cudzym dokumentem. Ponadto bramki są połączone z bazami danych, które obsługuje Straż Graniczna, a to z kolei pozwala m.in. wykryć, czy podróżny nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa wewnętrznego i porządku publicznego.

– Dzięki bramkom przejście graniczne ma teraz większą przepustowość. To kolejna inwestycja, która zwiększa atrakcyjność naszego terminala. Z roku na rok staje się on coraz bardziej przyjazny i nowoczesny. Możemy śmiało powiedzieć, że jesteśmy w pełni gotowi na powrót ruchu do normalności – mówi Dariusz Kuś, prezes Portu Lotniczego Wrocław.

Kto i jak może korzystać z bramek?

Kontrola graniczna w Porcie Lotniczym Wrocław obowiązuje podróżnych wylatujących lub przylatujących z krajów spoza strefy Schengen. Bramki do automatycznej kontroli są ustawione przy wejściu i wyjściu ze strefy Non Schengen. Z bramek mogą korzystać pełnoletni obywatele UE, EOG i Szwajcarii posiadający dokument biometryczny: paszport lub dowód osobisty. – Tylko z takiego dokumentu mogą być odczytane dane przez urządzenie skanujące – wyjaśnia Przemysław Marcinkowski, dyrektor ds. infrastruktury w Porcie Lotniczym Wrocław. Bramka obsługuje osoby o wzroście pomiędzy 120 a 220 cm.

Automatyczna kontrola graniczna przebiega w następujący sposób: należy podejść do bramki, otworzyć dokument na stronie ze zdjęciem, przyłożyć go do czytnika i chwilę przytrzymać. Po automatycznej weryfikacji danych otwiera się bramka, przez którą trzeba wejść do środka, gdzie następuje skanowanie twarzy w celu potwierdzenia tożsamości. Aby zeskanować twarz, należy stanąć w wyznaczonym miejscu (oznaczonym na podłodze symbolem stóp), zdjąć nakrycie głowy, okulary i maseczkę. Jeżeli wszystko się zgadza, można wyjść ze strefy automatycznej kontroli.

Bramki do automatycznej kontroli granicznej działają na kilku lotniskach w Polsce, ale tylko na Chopina w Warszawie, we Wrocławiu i w Poznaniu są w obu halach. – Na innych lotniskach bramki są albo w hali przylotów, albo w hali odlotów. Port Lotniczy Wrocław zainstalował je w obu halach, podobnie jak zrobiono to w Warszawie na lotnisku Chopina oraz na lotnisku w Poznaniu – zauważa Przemysław Marcinkowski.

Testy i bezpieczeństwo na lotnisku

Bramki to nie jedyna nowość, jaką Port Lotniczy Wrocław wprowadził w ostatnich miesiącach. Od 30 stycznia pasażerowie przylatujący do Wrocławia ze strefy Non Schengen mogą wykonać na wrocławskim lotnisku szybki test antygenowy tuż po przylocie. Punkt diagnostyczny badań na obecność COVID-19 znajduje się przed stanowiskami kontroli granicznej, a więc przed przekroczeniem granicy Państwa Polskiego. Koszt wykonania testu to 200 zł, czas oczekiwania na wynik – około 15 minut. Negatywny wynik testu umożliwia zwolnienie z 10-dniowej kwarantanny. Punkt działa po każdym przylocie samolotu ze strefy Non Schengen, także w godzinach nocnych. To ogromne ułatwienie dla pasażerów wracających do Wrocławia z Wielkiej Brytanii czy Ukrainy, a także dla osób podróżujących lotami czarterowymi np. wracających z Zanzibaru.

Dodatkowo od listopada na parkingu przed terminalem działa punkt do wykonywania testów na obecność wirusa SARS-CoV-2. Znacznie wcześniej wprowadzono specjalne zasady korzystania z terminala w ramach bezpiecznej obsługi pasażerów. Przed wejściem do terminala przeprowadzany jest pomiar temperatury, a po wejściu obowiązuje nakaz zasłaniania ust i nosa, a także zasada zachowania dystansu. W terminalu rozmieszczone są dozowniki z płynem do dezynfekcji. Zalecana jest regularna dezynfekcja rąk. Pasażerowie są na bieżąco informowani, jak bezpiecznie korzystać z terminala. Informacje są m.in. wyświetlane na ekranach, a ponadto udzielają ich pracownicy Portu Lotniczego Wrocław.

To będzie przełomowy rok dla wielu hoteli. Sektor hotelowy czeka duża transformacja

Hotele z niecierpliwością oczekują na odmrożenie gospodarki. 2021 rok powinien okazać się już lepszy dla branży niż rok ubiegły. W Polsce mamy bardzo silny popyt krajowy, zarówno od strony biznesu, jak i turystyki, co dla sektora hotelowego jest o tyle korzystne, że nie jest wyłącznie uzależniony od przyjazdów turystów z zagranicy. Dzięki temu, polskie hotele mają dużą szansę poradzić sobie po odmrożeniu gospodarki, nawet jeśli jeszcze przez dłuższy czas ruch turystyki na świecie będzie zablokowany albo w jakimś stopniu ograniczany. Pokazały to dobre wyniki, jakie odnotował sektor w miejscowościach turystycznych w minionym sezonie letnim.

Hotelarze, szczególnie w dużych miastach, będą musieli wykazać się dużą dozą kreatywności, by przyciągnąć w najbliższych miesiącach polskich gości biznesowych, którzy będą mieli bardzo szeroką ofertę do wyboru. W ostatnich latach popyt na usługi hotelowe w największych ośrodkach biznesowych w kraju był bardzo duży, hotele nie musiały intensywnie zabiegać o gości. Teraz będą zmuszone wykazać się dużą elastyczność i zawalczyć o klientów. Tym bardziej, że na rynku jest spora ilość mieszkań przeznaczonych na wynajem krótkoterminowy, stanowiących dla nich po części konkurencję. Poza tym, wiodące sieci hotelowe wchodzą i rozszerzają ofertę mieszkań i domów na wynajem krótkoterminowy w dużych miastach i miejscowościach wakacyjnych, ponieważ klienci oczekują teraz większej przestrzeni podczas wypoczynku.

Hotele są jedną z branż, której pandemia przyniosła największe straty. W najgorszej sytuacji są właściciele obiektów, którzy nie mieli zgromadzonego rezerwowego „tłuszczyku finansowego”. Teraz zmuszeni są do sprzedaży hoteli i wycofania się z rynku, na który prawdopodobnie już nie wrócą. W tej chwili w Polsce na sprzedaż wystawionych jest już kilkaset obiektów hotelowych. Są to głównie nieduże hotele i pensjonaty zlokalizowane w mniejszych miejscowościach.

W wyniku dużego spadku zaufania do sektora ze strony instytucji finansowych obiekty w słabej kondycji nie mogą liczyć na wsparcie kredytowe. Część mniejszych hoteli położonych w niedużych ośrodkach oraz niezbyt dobrze zlokalizowanych upadnie. W tym roku będziemy świadkami przejęć na rynku hotelowym i konsolidacji branży na dużą skalę.

Znaczna część międzynarodowych inwestorów wstrzymała się z akwizycją assetów z segmentu hotelowego, koncentrując uwagę aktualnie głównie na sektorze magazynowym. Operatorzy na umowach dzierżawy bardzo ostrożnie wybierają oferty i skupiają się wyłącznie na największych aglomeracjach w kraju albo całkowicie wstrzymują się z podejmowaniem decyzji.

Autor: Katarzyna Tencza, Associate Director Investment&Hospitality w Walter Herz

Wpływ koronawirusa na medycynę nie skończy się razem z pandemią

Do 2025 roku w medycynie dokona się zmiana priorytetów i przewartościowanie w podejściu do leczenia.

Wybuch pandemii spowodował dynamiczne przyspieszenie cyfrowej transformacji sektora medycznego, która w ciągu dziewięciu miesięcy osiągnęła poziomy spodziewane w perspektywie wielu lat. Zmienił też nastawienie naukowców, pacjentów i przedsiębiorstw do tego kto, gdzie i jak powinien się zajmować ochroną zdrowia w przyszłości – wynika z raportu “The Future unmasked: life sciences and healthcare predictions 2025” firmy doradczej Deloitte.

Na początku 2020 r. branża ochrony zdrowia i sektora life science, obejmującego segmenty: farmaceutyczny, biotechnologiczny oraz technologii medycznych, znajdowała się na ścieżce stałego, ale relatywnie powolnego rozwoju.

Wybuch pandemii koronawirusa spowodował, że obserwowane w ostatnich latach trendy w sektorze ochrony zdrowia gwałtownie przybrały na sile. Według przewidywań ONZ do 2025 r. 11 proc. światowej populacji (21 proc. w przypadku Europy) będą stanowiły osoby powyżej 65 roku życia. Z kolei zdaniem Międzynarodowej Federacji Diabetologicznej liczba osób cierpiących np. na cukrzycę ma do 2030 r. wzrosnąć do 578 mln i do 700 mln do roku 2045. Zdaniem ekspertów Deloitte w najbliższych latach branża medyczna koncentrować się więc będzie na takich trendach jak: starzenie się społeczeństw, wzrost wydatków budżetowych na służbę zdrowia, popularność aplikacji zdrowotnych i fitnessowych, wykorzystanie telemedycyny i wirtualnej diagnostyki, rozprzestrzeniania się chorób cywilizacyjnych i antybiotykoodporności.

Najnowszy raport firmy doradczej Deloitte poświęcony przyszłości branży medycznej w znacznej mierze opiera się na analizie i przewidywaniach długofalowego wpływu koronawirusa na nasze życie. Społeczeństwa na całym świecie zaczęły bowiem doceniać wysiłki podejmowane przez firmy medyczne, a także dostrzegać nowe sposoby współpracy różnych podmiotów dążących do znalezienia i wdrożenia najlepszych możliwych rozwiązań pro-zdrowotnych.

Osobną kwestią, która będzie miała długofalowe konsekwencje, jest kontynuowanie w pandemii wielu terapii pacjentów przewlekle chorych. Wymuszona izolacja, poczucie zagrożenia ekonomicznego, czy praca zdalna nie pozostały bez wpływu na kondycję psychofizyczną społeczeństw.

Od ochrony zdrowia do zdrowej starości

Zdaniem ekspertów Deloitte, doświadczenia ostatnich miesięcy skłonią ludzi do częstszego i bardziej świadomego brania odpowiedzialności za własne wybory zdrowotne i styl życia. Pandemia wymusiła na nas pogłębienie wiedzy na temat zagrożeń, które wynikają z osłabienia ludzkiego systemu odpornościowego, spowodowanego niekontrolowanym rozwojem cywilizacyjnym.

Jednocześnie na to wszystko nałożyło się powstanie nowych i przyspieszenie rozwoju dotychczasowych rozwiązań technologicznych, dzięki którym możliwa jest stała kontrola własnej kondycji, tak fizycznej, jak i psychicznej, ale też śledzenie potencjalnych zagrożeń dla zdrowia.

Wiele wskazuje na to, że przyszłość przyniesie bardziej świadome podejście człowieka do kwestii jego własnego zdrowia, jak i ogólnego dobrostanu. Zamiast podejmować doraźne aktywności dotyczące zwalczania pojawiających się chorób czy zakażeń, ludzie coraz częściej będą swoją kondycję monitorować w trybie ciągłym. W ten sposób łatwiej im będzie podejmować najlepsze dla siebie decyzje dotyczące diety, stylu życia i aktywności. Miejmy więc nadzieję, że odejdziemy od modelu chwilowego leczenia na rzecz przemyślanej, długofalowej i sprawnie kontrolowanej prewencji, która ma nam zapewnić witalność i zdrowie na starość, mówi Krzysztof Wilk, Partner Associate w dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

„4P” medycyny

Do roku 2025 w medycynie dokona się zasadnicza zmiana priorytetów i sposobów podejmowania decyzji w zakresie rekomendowanego leczenia oraz przewartościowanie podejścia do diagnostyki. Zgodnie z ideą „4P” (z ang. predictive, preventative, personalised, participatory) medycyna ma być przewidująca, prewencyjna, spersonalizowana i partycypacyjna. Dzięki wykorzystaniu najnowszych zdobyczy technologicznych w zakresie analityki zbiorów danych, genomiki, sztucznej inteligencji, nanotechnologii, komputerów kwantowych czy komunikacji 5G możliwe będzie szybsze diagnozowanie i lepsze jego dopasowanie do indywidualnych potrzeb pacjentów, a także sprawniejsze prowadzenie procedur badawczych i rozwojowych.

Konieczność jak najszybszego znalezienia szczepionki na Covid-19 spowodowała współpracę wielu przedsiębiorstw sektora medycznego oraz instytucji państwowych i naukowych na niespotykaną wcześniej skalę. Takie podejście z pewnością znacząco ułatwiły też dostępne narzędzia komunikacyjne i analityczne. Wykorzystanie zaawansowanych technologii może nie tylko bezpośrednio poprawić rezultaty leczenia, ale mieć wpływ na obniżenie kosztów związanych z opieką zdrowotną, ułatwić dostęp do usług medycznych, poprawić dokładność diagnostyki, umożliwić lepsze dopasowanie produktów oraz efektywniejszą kontrolę bezpieczeństwa danych pacjentów, mówi Maciej Dalecki, Dyrektor w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Pandemia podkreśliła znaczenie szerokiego zakresu współpracy w mobilizowaniu i koordynowaniu publicznych i prywatnych wysiłków, zmierzających do opanowania światowych zagrożeń zdrowotnych.

SI i analityka danych

Według przewidywań ekspertów Deloitte, do roku 2025 firmy medyczne uzyskają dostęp do wielkich zbiorów danych medycznych oraz możliwości ich złożonej analizy. Tam, gdzie do tej pory biznes skupiał się na rozwoju aspektów sprzętowych, w przyszłości będzie koncentrować się na efektywnym wykorzystaniu skomplikowanych rozwiązań programistycznych. W efekcie sektor zdrowotny w znacznie większym stopniu niż obecnie będzie funkcjonował w modelu dostawcy oprogramowania jako usługi (Software as a Service – SaaS).

Technologie wykorzystujące sztuczną inteligencję pozwolą też przyspieszyć procesy opracowywania nowych leków oraz ograniczyć czas trwania testów klinicznych, co przyczyni się do odwrócenia trendu spadających zysków z działalności badawczo-rozwojowej.

Bazując na doświadczeniach uzyskanych w czasie pandemii, w 2025 r. instytucje ochrony zdrowia oraz sektora life sciences aktywnie będą wymieniać się danymi, tworząc silniejsze połączenia między sektorami publicznym i prywatnym a systemem ochrony zdrowia.. Pozwolą aktywnie dostarczać prewencyjną i spersonalizowaną ochronę, zmieniać modele obsługi pacjentów, zrewolucjonizują proces dochodzenia do innowacyjnych medycznych rozwiązań – czy to w obszarze leków, urządzeń, czy usług, mówi Wiesław Kotecki, Partner w Deloitte Digital.

3xzdrowie Centrum Medyczne

Zgodnie z Polityką Energetyczną, w 2030 r. udział OZE w końcowym zużyciu energii brutto wyniesie co najmniej 23 proc.

Wczoraj rząd przyjął Politykę Energetyczną Polski do 2040 r., bardzo ważny i długo wyczekiwany dokument.

Dokument opiera się na trzech głównych filarach – sprawiedliwej transformacji, budowie zeroemisyjnego systemu energetycznego oraz dobrej jakości powietrza. Wyznacza ramy transformacji energetycznej w Polsce, która zgodnie z Europejskim Zielonym Ładem ma prowadzić do dekarbonizacji sektora energetycznego oraz być sprawiedliwa i niewykluczająca.

– Cieszymy się, że po tak długim okresie, czyli po 12 latach od ustanowienia poprzedniej Polityki Energetycznej, przyjęto nowy dokument, wyznaczający kierunki rozwoju sektora. Powinien on odpowiadać na wyzwania związane z Europejskim Zielonym Ładem, ale również porozumieniem paryskim. Czekamy obecnie na opublikowanie pełnej treści nowej polityki energetycznej w Dzienniku Urzędowym Rzeczypospolitej Polskiej „Monitor Polski” – mówi Dorota Zawadzka – Stępniak, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Niskoemisyjna transformacja energetyczna ma sprzyjać zmianom modernizacyjnym całej polskiej gospodarki, gwarantując bezpieczeństwo energetyczne, dbając o sprawiedliwy podział kosztów i ochronę najbardziej wrażliwych grup społecznych. Ale sprawiedliwa transformacja oznacza także zapewnienie nowych możliwości rozwoju regionom i społecznościom, które zostały najbardziej dotknięte negatywnymi skutkami przekształceń w związku z niskoemisyjną transformacją energetyczną. Dlatego tak kluczowe jest przygotowanie przez te regiony (województwa: śląskie, dolnośląskie, wielkopolskie oraz małopolskie, łódzkie i lubelskie) terytorialnych planów sprawiedliwej transformacji, które określą skalę wyzwań i ścieżkę transformacji.

Zgodnie z Polityką Energetyczną, w 2030 r. udział OZE w końcowym zużyciu energii brutto wyniesie co najmniej 23 proc., moc zainstalowana farm wiatrowych na morzu osiągnie ok. 5,9 GW w 2030 r. i do ok. 11 GW w 2040 r. – To krok w dobrym kierunku, gdyż dekarbonizacja naszego sektora energetycznego powinna opierać się przede wszystkim o źródła OZE – dodaje Dorota Zawadzka – Stępniak.

Ogrzewanie wszystkich gospodarstw ma odbywać się poprzez ciepło systemowe oraz zero- lub niskoemisyjne źródła indywidualne. Taki cel przełoży się na ograniczenie wykorzystania paliw stałych, często paliw o niskiej jakości w źródłach indywidualnych.

W 2033 r. uruchomiony zostanie pierwszy blok elektrowni jądrowej o mocy ok. 1-1,6 GW. Kolejne bloki będą wdrażane co 2-3 lata, a cały program jądrowy zakłada budowę 6 bloków.

Transformacja energetyczna będzie wymagała zaangażowania wielu podmiotów i poniesienia ogromnych nakładów inwestycyjnych, których skala może osiągnąć w latach 2021-2040 ok. 1,6 bln zł.

Marta Wrochna-Łastowska nową członkinią zarządu spółki Żabka Polska

Marta Wrochna-Łastowska, Dyrektorka Finansowa firmy Żabka Polska, decyzją Rady Nadzorczej została powołana do Zarządu i objęła funkcję Członkini Zarządu ds. Finansowych. Żabka udowadnia jak duże znaczenie w dalszym rozwoju firmy ma obszar kontroli i nawigacji finansowej spółki. Osiągnięcie identycznej reprezentacji kobiet i mężczyzn w zarządzie Żabka Polska stawia  firmę wśród niewielu sieci handlowych i przedsiębiorstw na polskim rynku posiadających parytet.

Jesteśmy firmą, w której wszyscy traktowani są równo i mają takie same szanse rozwoju, bez względu na płeć. Kobiety mają wysokie kompetencje, są zaangażowane, świetnie radzą sobie na kierowniczych stanowiskach. Potwierdza to nie tylko parytet, który mamy obecnie w Zarządzie naszej firmy, ale również fakt, że to właśnie kobiety kierują w naszej organizacji tak istotnymi obszarami jak: dział prawny, logistyka, dział personalny, dział analiz cenowych, sprzedaż czy adaptacja – mówi Tomasz Suchański, Prezes Zarządu Żabka Polska.

Marta Wrochna-Łastowska w spółce Żabka Polska pracuje od 2018 roku. Jako Dyrektorka Finansowa odpowiadała za utrzymanie płynności finansowej organizacji oraz efektywne i skuteczne zarządzanie finansami przedsiębiorstwa. Dotychczasowe doświadczenie zawodowe Marta Wrochna-Łastowska zdobyła m.in. podczas wieloletniej pracy w Ernst & Young Corporate Finance w Polsce i za granicą. Jest absolwentką Finansów i Rachunkowości oraz Zarządzania w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Posiada tytuł ACCA (Association of Chartered Certified Accountants).

Dołączenie Marty Wrochny-Łastowskiej do Zarządu firmy sprawia, że Żabka staje się pierwszą siecią handlową w Polsce, w której zarządzie obowiązuje parytet. Dodatkowo w spółce to właśnie kobiety zarządzają na stanowiskach dyrektorskich wieloma istotnymi obszarami. Warto również dodać, że wśród pracowników biurowych spółki, to właśnie kobiety przeważają na stanowiskach specjalistycznych. Obecnie aż 62% spośród ponad 5000 franczyzobiorców sieci to panie. Franczyzobiorczynie doskonale radzą sobie na lokalnych rynkach, zatrudniają pracowników oraz aktywnie włączają się w działania prospołeczne. Żabka Polska podejmuje wiele działań w zakresie równego traktowania wszystkich pracowników, które dotyczą m.in. takich obszarów jak wynagrodzenia czy możliwość awansu prowadząc np. badania wśród pracowników czy webinary.

Zarząd spółki Żabka Polska tworzą obecnie: Tomasz Suchański (Prezes Zarządu), Tomasz Blicharski, Anna Grabowska, Adam Manikowski, Jolanta Bańczerowska i Marta Wrochna-Łastowska.

Barometr nastrojów kadry zarządzającej 2020 – raport Mazars

Odporność pomimo Covid-19: Nowy coroczny barometr opinii Mazars pokazuje, że szefowie firm są zaskakująco optymistyczni co do przyszłości.

  • 58% spodziewało się wyższych przychodów w 2020 niż w 2019 i prawie trzy czwarte (71%) spodziewa się wzrostu w 2021 roku
  • Trendy gospodarcze i technologiczne najprawdopodobniej będą wpływały na firmy w ciągu następnych 3-5 lat; firmy przekonane o umiejętności odpowiedniego reagowania
  • Rozważanie długoterminowych inwestycji sugeruje, że firmy szykują się na nowy start

Mazars, międzynarodowa firma audytorsko-doradcza opublikowała dziś „Barometr C-suite Mazars 2020”, czyli kompleksowy raport na temat opinii członków zarządów i kierownictwa oraz ich prognoz na 2021, sporządzony na podstawie wypowiedzi ponad 500 menadżerów najwyższego szczebla na całym świecie.

Hervé Hélias, Dyrektor Generalny i Prezes Grupy Mazars mówi: – Nasz inauguracyjny barometr gromadzący opinie członków zarządów z całego świata w drugiej połowie roku 2020, ma na celu prezentację spostrzeżeń, które pomogą firmom i innym interesariuszom zrozumieć ten moment w historii. Przeanalizowaliśmy, czym zajmowały się firmy, jak pandemia wpłynęła na ich ogląd krótko- i długoterminowych priorytetów, co zamierzają robić, jakich spodziewają się przemian i wiele więcej. Kryzys wpłynął na nas wszystkich, ale pocieszającym jest fakt, że więcej spółek było pozytywnie nastawionych co do ich przychodów w 2020 roku niż tych nastawionych negatywnie i że większość spodziewa się wzrostu w 2021 roku.

Zaskakująco optymistyczne prognozy

Ankieta przeprowadzona w trzecim kwartale 2020 roku pokazała, że firmy są zasadniczo optymistyczne co do przyszłości. Pomimo ciężkich warunków, większość (58%) spodziewało się zakończyć rok 2020 z przychodami wyższymi niż w 2019. Przy przewidywaniach na rok 2021 menedżerowie byli nawet bardziej optymistyczni: ponad 70% spodziewało się wyższych przychodów niż w 2020 roku.

Nie można jednak pominąć minusów: wpływ kryzysu Covid-19 jest oczywisty dla 35%, którzy stwierdzili, że ich przychody będą niższe niż w 2019 roku. Odnotowaliśmy również bardziej negatywne nastawienie wśród 40 dodatkowych respondentów w badaniu nastrojów za 4 kwartał, w którym więcej menedżerów niż wcześniej obawiało się, że ich przychody spadną w 2021 roku.

Respondenci z Ameryki Łacińskiej mają najbardziej optymistyczne prognozy: 91% mówi, że ma dobre perspektywy wzrostu w 2021 roku, czyli znacznie powyżej światowej średniej, kształtującej się na poziomie 71%.

Patrząc w przyszłość, zarządzający firmami przewidują, że największy wpływ na ich działalność będą miały trendy gospodarcze i technologiczne. Dobrą nowiną jest to, że mają pewność co do swoich zdolności zarządzania tymi trendami: 90% firm czuje się przygotowana, żeby zareagować na trendy w technologii.

Co z ryzykiem klimatycznym?

Pomimo, że zmiany klimatyczne coraz bardziej przyciągają uwagę mediów, organów regulacyjnych i opinii publicznej, tylko 20% respondentów globalnie spodziewa się, że ten trend będzie miał największy wpływ na ich biznes: jest najniżej na liście. Ta liczba jest nieco wyższa wśród przedsiębiorstw w Europie Zachodniej (25%), co sugeruje, że ten temat jest tam poważniej traktowany, ale kształtuje się na poziomie niższym niż 20% w Ameryce Łacińskiej, Afryce, Europie Wschodniej/ WNP i USA.

Ryzyko klimatyczne jest również trendem, z którym szefowie firm czują się najmniej pewnie: około 28% powiedziało, że nie są przekonani o swojej zdolności do zareagowania na ten trend (wobec 10% dla trendów w technologii/innowacji).

Komentując te wnioski, Rudi Lang, Partner Mazars mówi: – Oczekiwania w zakresie ładu

korporacyjnego, etyki i odpowiedzialności społecznej lub zmian klimatycznych są odzwierciedleniem tego, co zwykle zawiera się w trzech literach ESG (ang. environmental, social and governance). Sądzę, że panuje powszechne przekonanie, że cele ESG będą miały wpływ na przedsiębiorstwa że wszystkich branż, choć w różnym stopniu. Przewiduję, że znaczenie ESG będzie z biegiem czasu rosło.

Istotne przemiany biznesowe spodziewane w ciągu najbliższych trzech do pięciu lat

Przez najbliższe trzy do pięciu lat, szefowie firm planują dokonać przemian biznesowych, w tym transformacji technologicznych, transformacji związanych z poprawą wydajności (47%) oraz rozwijać nowe usługi, działalność na nowych rynkach i nowe modele biznesowe (46%). Przemiana kulturowa w obrębie organizacji była uznawana za najmniej prawdopodobną, na poziomie 40%.

Szykowanie się na nowy start: zmierzanie w kierunku długoterminowych inwestycji

W raporcie analizuje się również, czy dane działanie będzie miało skutek w krótszej perspektywie (do roku) czy w dłuższej (rok lub dłużej). Działanie obejmujące możliwości wzrostu zewnętrznego, strategię korporacyjną oraz badania i rozwój/innowacje były uznawane za długoterminowe, natomiast działania takie jak zmniejszanie zatrudnienia, rozwiązywanie bezpośrednich problemów finansowych i zarządzanie dostawcami zaklasyfikowano jako krótkoterminowe. Opinie różniły się znacząco w zależności od wielkości spółki, lokalizacji, branży i stanowiska. Na przykład, w opinii prezesów z branży motoryzacyjnej i produkcyjnej oraz z branży usług finansowych, zrównoważony rozwój należy do działań najbardziej długoterminowych, natomiast prezesi z sektora technologicznego i telekomunikacyjnego uznają go za działanie stosunkowo krótkoterminowe.

Generalnie, zarządzający planują realizację bardziej długoterminowych strategii inwestycyjnych (powyżej roku), szczególnie w firmach zarządzanych przez kobiety1. Dotyczy to wszystkich regionów poza Afryką, szczególnie RPA, gdzie szefowie spodziewają się większej koncentracji na krótkoterminowych działaniach, w tym na bezpośrednich problemach finansowych oraz wydajności/redukcji kosztów i stosunkowo mniejszej koncentracji na niektórych bardziej długoterminowych projektach, takich jak szukanie nowych pracowników i strategii korporacyjnej.

Mark Kennedy, Partner Mazars podsumowuje: – Przeprowadziliśmy to badanie, ponieważ dla nas jako firmy świadczącej usługi profesjonalne jest bardzo istotne, żeby wiedzieć, co się dzieje na rynku i z naszymi klientami. Uderzyły mnie pozytywne prognozy na nadchodzący rok. Pokazuje to, że inwestowanie w odporność zawsze się opłaca i powinno znajdować się wysoko na liście celów biznesowych.

Raport z badania „Barometr C-suite Mazars 2020” jest dostępny na stronie www.pol.mazars.pl

Złoty w oczekiwaniu na decyzję RPP

Wczoraj cena euro spadła przez chwilę poniżej 4,48 zł. Dzisiaj złoty traci, w oczekiwaniu na decyzję RPP i komunikat po tej decyzji.

Lepsze dane z Europy

Poznaliśmy wczoraj dane na temat wzrostu PKB w strefie euro. Technicznie rzecz biorąc spadku, bo w ciągu roku PKB strefy euro skurczyło się o 5,1%. Niby dużo, ale należy zwrócić uwagę, że analitycy spodziewali się spadku nawet o 5,4%. Co ciekawe, pomimo tej rozbieżności z oczekiwaniami korzystnej dla Europy inwestorzy bardziej patrzyli na realny spadek i wczoraj do końca dnia euro było w odwrocie względem dolara.

Decyzja w sprawie stóp procentowych

Dzisiaj posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Analitycy są zgodni, że dzisiaj nie powinniśmy spodziewać się przełomu w samym komunikacie. Warto będzie jednak skupić się na konferencji prasowej o godzinie 16:00, gdzie być może ponownie usłyszymy wiele interesujących informacji. Obserwatorzy zwracają uwagę na kwestię potencjalnych interwencji walutowych NBP, która była poruszana na poprzednim posiedzeniu RPP, jednak do żadnych nie doszło. Jest to tym dziwniejsze, że w ciągu 4 dni euro staniało przeszło 7 groszy z 4,55 zł na 4,48 zł.

Indeksy PMI dla usług

Po wczorajszych indeksach PMI przemysłu przyszedł dzisiaj czas na indeksy dla usług. Rynki uważają indeksy dla przemysłu za bardzo ważne, jednakże w trakcie pandemii to w branży usługowej są znacznie większe zawirowania. Dla całej Unii Europejskiej wynik był bardzo bliski oczekiwań. Bez niespodzianek obyło się również w Wielkiej Brytanii, gdzie indeks przy okazji wyjścia z Unii spadł o imponujące 9,9 pkt. Nie można się w sumie dziwić, że menedżerowie boją się negatywnych konsekwencji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,

16:00 – Polska – konferencja po decyzji RPP.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Cztery dziedziny cyfrowych innowacji, które szczególnie zyskają na wdrożeniu 5G

W dyskusji na temat cyfrowych innowacji wiele uwagi poświęca się internetowi rzeczy, przetwarzaniu na brzegu sieci, uczeniu maszynowemu czy sztucznej inteligencji. Społeczeństwo jednak nie zdaje sobie sprawy z rzeczywistego postępu zachodzącego w tych dziedzinach. Duży wpływ na zapoczątkowanie cyfrowej transformacji w tych obszarach miały standardy 4G i LTE 4G, ale dopiero sieć 5G przeniesie ją na wyższy poziom. Eksperci Vertiv przeprowadzili analizę dziedzin, w których nowy standard transmisji danych umożliwi szybki rozwój. Poniżej prezentujemy wybrane z nich.

Początek ery 5G stawia przed branżą IT wyzwanie polegające na zidentyfikowaniu rozwiązań, które będą najefektywniej korzystać z tej techniki i przyniosą wysokie dochody umożliwiające finansowanie kolejnych innowacji.

Rozszerzona rzeczywistość (AR – Augmented Reality) oraz haptic computing

Obszary zastosowania rozszerzonej rzeczywistości rozciągają się od zaawansowanych gier, przez wizualizację wyników badań obrazowych w medycynie, po serwis sprzętu i szkolenia dla wojska. Natomiast haptic computing to metoda, która pozwala na dotykowe sterowanie aplikacjami komputerowymi i może być używana w połączeniu z AR. Przykładem zastosowania jest np. interakcja z wirtualnymi obiektami 3D podczas projektowania przestrzeni.

Ponadto, dzięki tym narzędziom studenci medycyny mogą wirtualnie ćwiczyć delikatne techniki chirurgiczne, jednocześnie odczuwając, jak to jest np. zszywać naczynia krwionośne lub wykonywać inne zabiegi wymagające precyzji. Serwisanci sprzętu mogą z kolei uzyskać szybki dostęp do trójwymiarowych modeli lub innych wizualizacji, które ułatwiają diagnozowanie i naprawę urządzeń, także zdalnie. W dziedzinie obronności rzeczywistość rozszerzona i haptic computing pomogą w przygotowaniu do niebezpiecznych zadań, takich jak rozbrajanie ładunków wybuchowych.

Fundamentalne znaczenie dla ciągłego doskonalenia tych zastosowań ma możliwość przejścia od działania głównie w stałych lokalizacjach do obsługi użytkowników mobilnych, bez wpływu na jakość doświadczeń – mówi Piotr Wójcik, Dyrektor Działu Sprzedaży ds. Kluczowych Klientów w Polsce i krajach bałtyckich w firmie Vertiv. – Wyższa przepustowość i niższe opóźnienia, jakie zapewnia standard 5G, są kluczowe dla tego procesu.

Wirtualna rzeczywistość

Wirtualna rzeczywistość (VR – Virtual Reality) znacznie zwiększa zakres wyzwań związanych z dostarczaniem treści. Przesyłanie obrazu wideo VR o jakości zbliżonej do telewizyjnej (Full HD) wymaga przepustowości rzędu 80-100 megabitów na sekundę w porównaniu z 5 Mb/s w przypadku strumieniowania zwykłego wideo w wysokiej rozdzielczości. W tej sytuacji w uzyskaniu wirtualnej rzeczywistości o wysokiej jakości w sieci może pomóc standard 5G.

Istnieją też powody, aby wierzyć, że użytkownicy będą skłonni zapłacić za tego rodzaju doświadczenie. Przykładowo, najpopularniejsza koszykarska liga świata – National Basketball Association (NBA) – po raz pierwszy wprowadziła wirtualną rzeczywistość do transmisji meczów w sezonie 2016-2017 i znacznie rozszerzyła swoją ofertę w kolejnych latach. Zwiększono liczbę obsługiwanych zestawów słuchawkowych VR oraz umożliwiono fanom oglądanie meczów na żywo, wraz z przyjaciółmi, na wirtualnych miejscach przy boisku. Władze ligi postrzegały to jako sposób na powiększenie liczby fanów na całym świecie dzięki odtworzeniu doświadczeń na żywo dla tych, którzy nie mogą uczestniczyć w meczach.

Inteligentne miasta

Innym obszarem, który może wiele zyskać na wdrożeniu 5G, są inteligentne miasta. Stosowane w nich aplikacje wymagają natychmiastowego przetwarzania wielkich ilości danych z wykorzystaniem mechanizmu bazującego na stale doskonalonych algorytmach uczenia maszynowego. Jednak związane z tym działania nie odbywają się w czasie rzeczywistym, ale w ciągu dni, tygodni lub miesięcy. Problemem w tym przypadku są nie tyle opóźnienia, ale ilość danych.

5G ma kluczowe znaczenie dla efektywności zarządzania czujnikami i pochodzącymi z nich informacjami. Agregacja setek lub tysięcy takich urządzeń, które z kolei muszą mieć dostęp do danych z wielu źródeł zewnętrznych, takich jak pogoda, wydarzenia, planowane prace drogowe i wypadki, sprawia, że 5G jest elementem o znaczeniu krytycznym dla przyszłości inteligentnych miast.

Aby uzyskać wyobrażenie o ilości danych generowanych w inteligentnym mieście, warto przywołać przykład miasta Santander w Hiszpanii. Rozmieszczono tam ponad 12 tys. czujników (m.in. do monitorowania natężenia ruchu, nawadniania, a także raportowania zdarzeń), które odnotowują ponad 300 tys. obserwacji dziennie. Przejście od monitorowania do proaktywnego zarządzania będzie więc wymagało szybszego przesyłania jeszcze większej ilości danych.

Inteligentny handel detaliczny

Transmisja danych w standardzie 5G może też przyspieszyć cyfrową transformację w handlu detalicznym. Jej zastosowanie w istniejącej architekturze sieciowej pomoże sprzedawcom w dostosowaniu się do wymogów gospodarki cyfrowej dzięki np. większemu stopniowi personalizacji ofert, szerszemu wykorzystaniu analityki do identyfikacji trendów i przewidywania popytu oraz efektywnemu wykorzystaniu wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, aby zwiększyć komfort robienia zakupów przez klientów.

W ten sposób sprzedawcy uzyskają też dostęp do wielu demograficznych, spersonalizowanych historii wyszukiwania, poprzednich zakupów i innych zbiorów danych, które wpływają na decyzje zakupowe w czasie zbliżonym do rzeczywistego. Dzięki temu będą mogli dostosowywać oferty do kupujących w sklepie lub w jego pobliżu. Przy obecnie wykorzystywanych narzędziach dostęp do takiej ilości danych nie jest możliwy.

Jaka będzie przyszłość 5G?

Powyższe przykłady pochodzą z dokumentu „Turning on 5G: using edge archetypes to identify the most mature use cases”. Eksperci z Vertiv wskazują w nim 24 najbardziej znaczące przykłady zastosowania standardu 5G w przetwarzaniu brzegowym, pogrupowane na cztery obszary, dla których krytyczne znaczenie mają przepustowość i brak opóźnień w przesyłaniu danych: transmisja między urządzeniami, komfort użytkownika, nadmiar danych oraz dziedziny niosące ryzyko dla zdrowia i życia (jak np. cyfrowa ochrona zdrowia, ale i autonomiczne pojazdy).

Warto przy tym pamiętać, że 5G to wciąż stosunkowo nowy standard, a powyższe przykłady dotyczą wczesnego etapu wdrożeń. Jednak, biorąc pod uwagę w jakim tempie się on rozwija oraz jakie są zapotrzebowania na rynku na szybką transmisję dużej ilości danych, z pewnością w najbliższych latach czeka nas dynamiczny rozwój usług korzystających z możliwości zapewnianych przez 5G.

Rynek nieruchomości handlowych w 2020, prognozy na 2021

Sektor handlowy to segment nieruchomości, który najdotkliwiej ucierpiał podczas pandemii, głównie z powodu trzech lockdownów oraz wciąż przedłużanych ograniczeń. Pomimo to w 2020 r. do użytku oddano blisko 260 tys. mkw. GLA powierzchni w centrach handlowych, co stanowi wynik zbliżony do roku 2019. W 2021 możemy spodziewać się, że na rynek trafi kolejne 200-250 tys. mkw. GLA – prognozuje firma doradcza Colliers.

Dominacja małych

Wymuszony przez pandemię lokalny styl życia obserwowany w ubiegłym roku, a w efekcie częstsze korzystanie z punktów usługowo-handlowo-gastronomicznych w sąsiedztwie miejsca zamieszkania miały i będą mieć znaczący wpływ na decyzje inwestorów. Na popularności zyskują parki handlowe i mniejsze centra o profilu zakupów codziennych o powierzchni nieprzekraczającej 25 tys. mkw. GLA. Udział tych pierwszych w ubiegłorocznej podaży na rynku handlowym wyniósł 63,5%, obecnie zaś stanowią 52% projektów w budowie. W 2020 r. otworzyły się m.in. parki Vendo w Jaworze, Częstochowie, Łukowie i Władysławowie, Karuzela w Lublińcu i Ełku, Saller w Chojnicach czy Stop Shop w Siedlcach. Najwięcej nowej powierzchni handlowej, bo aż 54% pojawiło się w małych miastach.

W 2020 r. powstało 21 nowych obiektów, a 4 już istniejące zostały rozbudowane. Tym samym podaż całkowita powierzchni w polskich centrach handlowych wzrosła do 12,2 mln mkw. GLA, z czego najwięcej znajduje się w aglomeracji warszawskiej (1,7 mln mkw. GLA) i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (1,2 mln mkw. GLA). Do największych ukończonych w ubiegłym roku inwestycji należą: Park Handlowy Kujawia we Włocławku, Galeria Wiślanka w Żorach i Dekada Nysa.

Ubiegły rok przyniósł niewielki wzrost współczynnika pustostanów w centrach handlowych. Pod koniec sierpnia w ośmiu największych aglomeracjach wyniósł on 4,8%, w porównaniu z 4,1% w grudniu 2019 r. Na wynajęcie czeka łącznie ok. 317 tys. mkw. GLA.

Pożądany mix

Jednym z trendów, które będą zyskiwać na znaczeniu przez najbliższe lata, są inwestycje w obiekty „mixed-use”. W 2020 r. oddano do użytku m.in. Elektrownię Powiśle, kolejny etap Browarów Warszawskich i Monopolis w Łodzi. W budowie znajdują się następne tego rodzaju inwestycje m.in. Fabryka Norblina w Warszawie, Fuzja w Łodzi czy Młode Miasto w Gdańsku.

— Deweloperzy komercyjni dotychczas skupiający się na sektorze handlowym coraz chętniej będą dywersyfikować swój portfel, tworząc projekty wielofunkcyjne obejmujące przede wszystkim różnego rodzaju inwestycje mieszkaniowe. Tworzenie takich miejsc w połączeniu z rozwojem dzielnic mieszkaniowych kreuje nowe możliwości rozwoju marek handlowych, które obecne były dotychczas w centrach handlowych. Możemy więc spodziewać się wzrostu zainteresowania dobrze zlokalizowanymi lokalami ulicznymi w osiedlach mieszkaniowych i śródmiejskich projektach wielofunkcyjnych — mówi Marta Machus-Burek, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Handlowych w Colliers.

Boom na e-commerce

Ubiegły rok upłynął pod znakiem dynamicznego rozwoju e-commerce, który będzie kontynuowany także w roku 2021. Sieci handlowe wykazały się dużą elastycznością, opracowywały nowe modele sprzedaży i komunikacji wielokanałowej oraz zwiększały inwestycje w nowe technologie i rozwój różnych form dostaw. Działania te poskutkowały obserwowaną wzmożoną aktywnością na platformach sprzedażowych – szacuje się, że wydatki Polaków na zakupy internetowe wzrosły w 2020 r. o 31,4% i przekroczyły 15,3 mld EUR.

— Możemy prognozować, że firmy z branży handlowej w najbliższych latach coraz częściej będą podejmować decyzje o optymalizacji kanałów dotarcia do klientów, koncentrując się na powierzchni magazynowej i rozwijaniu usług z zakresu e-commerce. Taką strategię przyjęli już m.in. grupa CCC, LPP, Inditex i H&M, a także Empik, który w ubiegłym roku zamknął swój flagowy sklep w Domach Towarowych Wars Sawa Junior w Warszawie — mówi Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers.

— Pewne jest, że w dalszym ciągu sieci handlowe rozwijać będą modele sprzedaży i komunikacji wielokanałowej (omnichannel) oraz zwiększać inwestycje  w nowe technologie i rozwój sprzedaży online. Dla sieci handlowej nadrzędne staje się efektywne dotarcie do klienta z przekazem, produktem i budowanie doświadczeń. Dlatego też sklepy stacjonarne stanowić będę nadal ważny element  strategii omnichannel. Możemy spodziewać się, że rozwiązania technologiczne zapewnią jeszcze lepszą integrację pomiędzy lokalami stacjonarnymi a e-commerce, zaś strategie opracowane na bazie Big Data pozwolą na zaoferowanie klientom jeszcze bardziej spersonalizowanych usług. Dodatkowo technologia coraz bardziej wspierać będzie działania operacyjne i logistyczne, optymalizując procesy i koszty  — dodaje Marta Machus-Burek.

Blisko 15 debiutów

Pomimo pandemii na wejście na polski rynek zdecydowały się w ubiegłym roku sieci takie, jak: Urban Outfitters w Warszawie czy Ulla Popken w Gdańsku. Największym wydarzeniem był jednak debiut marki Primark, która otworzyła swój pierwszy sklep w Galerii Młociny w Warszawie. Kolejny uruchomiony zostanie w poznańskiej galerii Posnania. Do marek debiutujących w ubiegłym roku w Warszawie zaliczają się również te z sektora  premium tj. Patek Philipe, Giorgio Armani Beauty oraz Carl Hansen & Son (branża meblarska).

W 2020 r. odnotowano również wprowadzenie na rynek nowych konceptów przez sieci obecne już w Polsce, np. Falconerii (Calzedonia), Modivo (CCC) i Fitanu.com (Martes Sport).

— Wiele firm kontynuuje ekspansję na polskim rynku, są to przede wszystkim dyskonty – KiK, Action, Pepco i Dealz. Na uwagę zasługuje dynamiczny rozwój sieci modowej Sinsay (LPP) oraz platformy obuwniczej e-obuwie, która w naszym kraju może pochwalić się już 25 sklepami stacjonarnymi. Wyjście z Polski zapowiedziały natomiast sieci takie, jak: Salamander, Promod, Camaieu i Sportisimo — wymienia Katarzyna Michnikowska.

W 2021 roku możemy spodziewać się dalszego rozwój firm z ofertą o profilu „ekonomicznym”, dyskontów (m.in. rosyjskiej sieci Mere), sklepów outletowych (np. marki Half Price, należącej do sieci CCC), sieci spożywczych oraz sieci z sektora „wszystko dla domu”. Nowych modeli funkcjonowania poszukiwać będą najbardziej dotknięte pandemią sektory – gastronomiczny i rozrywkowo-rekreacyjny.

1 lutego ponownie otwarto galerie handlowe, co daje ich obiektów oraz najemcom szansę na generowanie obrotów, sprzedaż kolekcji zimowych, jeszcze w ramach wyprzedaży i szanse na odrabianie strat. Długo jeszcze nie będzie można jednak mówić o powrocie branży do stanu sprzed pandemii.

Rzecznik MŚP wskazał próbę nałożenia nowych obowiązków na przedsiębiorców

Rzecznik MŚP wskazał próbę nałożenia nowych obowiązków na przedsiębiorców – wstrzymanie biegu przedawnienia karalności czynu oraz przedawnienia wykonania kary m.in. w sprawach o przestępstwa skarbowe w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii ogłoszonego z powodu COVID-19 oraz w terminie 6 miesięcy po dniu ich odwołania

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zaopiniował poselski projekt tzw. „ustawy o zmianie ustawy – Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw”, gdzie zauważył, że po raz kolejny próbuje się nałożyć nowe obowiązki na przedsiębiorców, tym razem proponując regulację, aby w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii ogłoszonego z powodu COVID-19 oraz pół roku po ich odwołaniu nie biegł termin przedawnienia karalności czynu oraz przedawnienia wykonania kary w sprawach o przestępstwa i przestępstwa skarbowe.

Rzecznik MŚP przedstawił uwagi do opublikowanego na stronie Sejmu poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy – Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 867 dalej: „Projekt”) oraz opublikowanej autopoprawki do poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy – Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 867A, dalej: Autopoprawka).

Projekt wraz z Autopoprawką przewidują m.in., że w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii ogłoszonego z powodu COVID-19 oraz w terminie 6 miesięcy po dniu ich odwołania nastąpi wstrzymanie biegu przedawnienia karalności czynu oraz przedawnienia wykonania kary m.in. w sprawach o przestępstwa skarbowe.

Pismem z dnia 29 stycznia 2021 r. Rzecznik MŚP przekazał do Kancelarii Sejmu RP, że skutkiem wdrożenia powyższych regulacji będzie nałożenie na mikro-, małych i średnich przedsiębiorców nowych obowiązków administracyjnych, chociażby w kwestii gromadzenia i przechowywania dokumentacji skarbowej w dłuższym, nie określonym, czasie.

Ponadto Rzecznik MŚP zwrócił uwagę, że uzasadnienie Projektu i Autopoprawki w kontekście wpływu uregulowania na działalność mikro-, małych i średnich przedsiębiorców jest lakoniczne, a w konsekwencji nie spełnia wymogów określonych w przepisach Prawo przedsiębiorców. W związku z powyższym, zdaniem Rzecznika MŚP, zarówno treść Projektu (Autopoprawki), jak i uzasadnienie Projektu (Autopoprawki) powinny zostać uzupełnione o możliwie najbardziej precyzyjne wskazanie wpływu proponowanej regulacji na mikroprzedsiębiorców, małych oraz średnich przedsiębiorców.

Podwyżki 2021 – jak nowe podatki i opłaty wpłynęły na ceny

Nowy rok będzie jeszcze bardziej wymagający dla budżetów polskich gospodarstw domowych. Potencjalnemu wyjściu z pandemii towarzyszyć będzie wzrost cen, opłati podatków. Przeciętna rodzina każdego miesiąca zapłaci za prąd o ponad 10 zł więcej.

Dalszy wzrost cen towarów i usług w 2021 roku jest nieunikniony. Pytanie tylko, jaki będzie jego zasięg. Motorem inflacji, oprócz nowych podatków i opłat, będą drożejące paliwa, a także wzmożona konsumpcja, która została odroczona na skutek wprowadzonych obostrzeń. Analitycy Banku Pekao w raporcie „Czas na postpandemiczną odbudowę. Perspektywy na 2021 rok i dalej” prognozują, że w całym 2021 inflacja wyniesie średnio 2,6%.

Większość zapowiedzi dotyczących głębszego drenowania kieszeni konsumenta właśnie weszła w życie. Zapłacimy wyższe rachunki za prąd, podrożeją napoje słodzone, opłaty za wywóz odpadów, abonament RTV i za posiadanie psa. Głębiej sięgną do portfela również właściciele nieruchomości mieszkalnych oraz przeznaczonych na prowadzenie działalności gospodarczej. Dlatego eksperci rankomat.pl sprawdzili jakie podwyżki czekają Polaków w 2021 roku.

Ceny energii elektrycznej w górę – wyższe taryfy, opłata OZE i opłata mocowa

Zgodnie z decyzją Urzędu Regulacji Energetyki (URE) od stycznia 2021 roku obowiązywać będą nowe taryfy dla gospodarstw domowych. Opłaty za energię elektryczną wzrosną średnio o 3,5%. Zatwierdzone przez URE zmiany w najpopularniejszej grupie taryfowej G11 prezentuje poniższa tabela:zmiany ceny pradu (2)

Wyższe taryfy to jednak nie jedyny czynnik wpływający na wysokość tegorocznych rachunków za prąd. Kolejnym elementem jest opłata OZE. Co ciekawe obciążenie to w 2017 r. wynosiło 3,70 zł/MWh netto, w trzech kolejnych latach opłata nie była pobierana (choć była wymieniana na rachunku za energię elektryczną), a w 2021 r. opłata została ustalona na poziomie 2,20 zł/MWh netto, czyli 2,71 zł/MWh brutto.

Pozostając przy trzyosobowym gospodarstwie domowym zużywającym 1.777 kWh rocznie, wprowadzenie opłaty OZE spowoduje wzrost rachunku za prąd o około 4,80 zł w skali roku.

Opłata mocowa – im więcej zużyjesz tym więcej zapłacisz

Kolejnym elementem wpływającym na wysokość rachunku jest tzw. opłata mocowa, która ma być przeznaczona na wzmocnienie infrastruktury energetycznej i zapewnienie stałych i bezproblemowych dostaw prądu. Wysokość opłaty mocowej ustalana jest według rocznego zużycia prądu przez gospodarstwo domowe. Obowiązujące stawki w cenach brutto prezentują się następująco:

  • 2,30 zł przy zużyciu mniejszym niż 500 kWh rocznie,
  • 5,51 zł przy zużyciu od 500 kWh do 1200 kWh rocznie,
  • 9,19 zł przy zużyciu powyżej 1200 kWh do 2800 kWh,
  • 12,87 zł przy zużyciu powyżej 2800 kWh.

Opłata mocowa mieści się w przedziale od 2,30 do 12,87 zł brutto miesięcznie. Najwyższą stawkę zapłacą podmioty zużywające powyżej 2800 kWh rocznie. Nasze modelowe gospodarstwo domowe zostanie obciążone zatem opłatą mocową w wysokości 9,19 zł miesięcznie, co daje łącznie 110,28 zł w skali roku.

Podsumowując wprowadzone podwyżki rodzina zużywająca 1.777 kWh rocznie korzystająca z usług Tauron Sprzedaż w 2021 roku zapłaci za prąd około 138 zł brutto więcej. Na podwyżkę złoży się:

  • wzrost cen dla odbiorców w taryfie G11 o 1,89 zł brutto miesięcznie (około 22,68 zł rocznie),
  • opłata mocowa 9,19 miesięcznie (około 110,28 zł rocznie)
  • opłata OZE 2,20 zł/MWh (około 4,80 zł rocznie)

Podatek cukrowy – więcej zapłacimy za napoje słodzone

W 2021 roku naturalnie nie ominą nas podwyżki w sklepach spożywczych. Jednym z elementów wpływających na wzrost cen napojów słodzonych jest podatek cukrowy. Danina ta ma mieć charakter prozdrowotny i wpływać na ograniczenie spożycia cukru przez Polaków. Na podatek cukrowy składają się dwa elementy przeliczane na 1 litr napoju:

  • Opłaty stałej w wysokości 0,50 zł, kiedy w 100 ml napoju zawartość cukru jest niższa lub równa 5 g lub kiedy napój zawiera dowolną ilość substancji słodzącej innej niż cukier.
  • Opłaty zmiennej w wysokości 0,05 zł z każdy gram cukrów powyżej 5 g w 100 ml napoju.

Napoje zawierające substancje aktywne jak tauryna czy kofeina będą dodatkowo objęte opłatą w wysokości 0,10 zł na litr napoju. Zgodnie z przepisami maksymalny podatek na 1 litr napoju nie może przekroczyć 1,20 zł. To jedna z wyższych stawek w Europie. Wyprzedza nas Norwegia, Irlandia, Estonia i Wielka Brytania. Należy przy tym pamiętać, że podatek od napojów słodzonych nie występuje we wszystkich krajach. Daniny nie wprowadzili np. Niemcy, Czesi czy Słowacy.podatek cukrowy na litr (3)

Jak wprowadzenie podatku cukrowego wpłynie na ceny na sklepowych półkach?

Wiele zależy od tego czy producenci będą gotowi ponieść część kosztów związanych z podatkiem cukrowym i podzielić się nimi z dostawcami i sieciami handlowymi, zmniejszając tym samym obciążenie samego konsumenta. Analitycy z Credit Agricole w „Kwartalniku agrobiznesu | Zima 2020” postawili hipotezę, że w przypadku całkowitego przerzucenia podatku cukrowego na klienta wzrost cen będzie bardzo zróżnicowany:

  • około 35% wzrosłyby ceny słodzonych napojów gazowanych o wysokiej zawartości cukru o niskiej cenie za 1 litr zawierające dodatkowo substancje aktywne np. kofeinę,
  • około 10% wzrosłyby ceny soków, nektarów i innych napojów o zawartości soku wynoszącej min. 20% (naliczany jest wtedy tylko zmienny element podatku),
  • nieznacznie mniejszy względny wzrost cen miałby miejsce w przypadku napojów energetycznych, które charakteryzują się relatywnie wysoką ceną za 1 litr.

Hipotetyczny wzrost cen poszczególnych napojów słodzonych przy założeniu całkowitego przeniesienia podatku cukrowego na konsumenta oraz przy niezmienionym składzie napojów prezentuje poniższy wykres:Wzrost cen wybranych napojów (3)

Najwyższy, około 45% wzrost ceny, dotknąłby wielbicieli Hoop Coli w dwulitrowej butelce. Na kolejnych miejscach znalazłby się Fanta Pomarańczowa (ok. 40% wzrost) oraz Coca-Cola i Pepsi (ok. 36% wzrost). Mając jednak na uwadze potencjalny spadek popytu producenci prawdopodobnie będą zmniejszać swoje marże i szukać innych sposobów na ograniczenie skali podwyżek.

Opłata od „małpek” czyli wyższa cena za alkohol w małych butelkach

Od 1 stycznia 2021 roku zacznie obowiązywać opłata od małpek, czyli alkoholi w butelkach mniejszych niż 300 ml. Danina ta obciąży hurtowników zaopatrujących sklepy w napoje alkoholowe tego typu. Ostatecznie dodatkowy koszt zostanie prawdopodobnie przeniesiony na konsumenta. Co ważne, opłata nie będzie dotyczyć sprzedaży alkoholu przeznaczonego do spożycia na miejscu.

Wysokość opłaty ustalono na poziomie 25 zł od litra stuprocentowego alkoholu, który sprzedawany będzie w opakowaniach nieprzekraczających 300 ml. Przykładowo oznacza to wzrost ceny o:

  • 0,75 zł w przypadku 250 ml wina 12%,
  • 1 zł w przypadku 100 ml wódki 40%
  • 2 zł w przypadku 200 ml wódki 40%,
  • 3,5 zł w przypadku 200 ml śliwowicy 70%.

Jak wynika z badania firmy Synergion „Dokąd płynie mała wódka” liczbę osób spożywających każdego dnia alkohol w małych butelkach można szacować łącznie na 3 mln. Nowa danina dotknie zatem istotną grupę konsumentów, a wzrost ceny 100 ml „małpki” o 1 zł generować może 3 mln zł dodatkowych wpływów podatkowych dziennie.

Podatek od nieruchomości – maksymalne stawki w górę

Zgodnie z obwieszczeniem Ministerstwa Finansów w 2021 roku obowiązywać będą nowe stawki maksymalne podatku od nieruchomości. Właścicieli lokali może czekać około 4% podwyżka. To jednak stawka maksymalna i nie wszystkie gminy muszą zdecydować się na wykorzystanie jej w pełnym wymiarze.

Właściciele nieruchomości mieszkalnych mogą zostać obciążeni maksymalnym podatkiem wynoszącym 85 gr za metr kwadratowy. Przedsiębiorcy mogą zapłacić nawet 24,84 za metr kwadratowy, co stanowi wzrost o 94 gr w stosunku do 2020 roku. Skalę podwyżek w 2021 r. dla wybranych rodzajów nieruchomości prezentuje poniższa tabela.Maksymalne stawki podatku od nieruchomości (1)

Warto w analizowanym kontekście także sprawdzić, jak będą kształtować się stawki podatku od nieruchomości mieszkalnych i gruntów w miastach wojewódzkich, ponieważ stosowne uchwały w tym zakresie zostały już podjęte.Podatek od nieruchomosci 2021

Aż 10 miast wojewódzkich (Warszawa, Gdańsk, Kraków, Wrocław, Poznań, Łódź, Białystok, Olsztyn, Bydgoszcz, Szczecin) zdecydowało się na wprowadzenie maksymalnych stawek proponowanych przez Ministerstwo Finansów. Najniższe podatki od nieruchomości mieszkalnych i gruntów obowiązują w Zielonej Górze i są one niemal o połowę niższe od stawek maksymalnych (0,44 zł za dom lub mieszkanie i 0,28 zł za grunt pod budynkiem mieszkalnym).

 

Podatek od handlu detalicznego – bez decyzji TSUE

Ostateczna decyzja TSUE w sprawie podatku od sprzedaży detalicznej jeszcze nie zapadła, ale Ministerstwo Finansów przewiduje, że pozytywne rozstrzygnięcie będzie zgodne z polską argumentacją. Oznacza to, że podatek handlowy wszedł w życie z początkiem 2021 roku. Daniną obłożeni będą wszyscy sprzedawcy detaliczni prowadzący działalność w Polsce. Kwotą wolną od podatku jest przychód ze sprzedaży detalicznej w wysokości 17 mln zł miesięcznie. Nadwyżki obciążone zostaną w następujący sposób:

  • 0,8% od miesięcznego przychodu przekraczającego 17 mln zł, ale nie wyższego niż 170 mln zł,
  • 1,4% od nadwyżki ponad 170 mln miesięcznego przychodu.

Wprowadzenie podatku obciążającego handel w obecnej sytuacji gospodarczej może mieć szereg negatywnych skutków. Zwracają na to uwagę specjaliści z Głównej Szkoły Handlowej w raporcie „Społeczno-gospodarcze skutki wdrożenia podatku od sprzedaży detalicznej”. Poza wyraźnym wzrostem średniej ceny sprzedaży i zwiększenia inflacji kosztów podstawowych artykułów spożywczych wymienia się m.in.:

  • osłabienie sektora żywnościowego w Polsce,
  • likwidacje miejsc pracy (estymowana wysokość nawet na poziomie 25 tysięcy),
  • ograniczenie inwestycji i innowacji,
  • wzmocnienie spowolnienia gospodarczego,
  • ograniczenie działalności charytatywnej i społecznej.

Podsumowanie

Zaobserwowana tendencja nie napawa optymizmem, szczególnie że wzrostowi kosztów życia towarzyszy nie najlepsza sytuacja gospodarcza w kraju. Co prawda bezrobocie utrzymuje się nadal na relatywnie niskim poziomie, ale trudno przewidzieć, jak zachowa się rynek pracy, kiedy wygasną wszystkie programy pomocowe. Dokładając do tego niepewność związaną z zakończeniem pandemii i powrotem gospodarki do „normalności” perspektywy na udany 2021 rok w dalszym ciągu są mgliste – komentuje Bartłomiej Borucki, ekspert rankomat.pl.

Ustawodawstwo krajowe, które ogranicza prawo do prowadzenia gier losowych i pieniężnych do określonych miejsc, może stanowić przeszkodę w swobodnym świadczeniu usług

Działająca w Czechach na rynku gier hazardowych spółka toczyła przez lata bezskutecznie spór z organami podatkowymi wszystkich szczebli w kraju, przegrała też w sądzie I instancji. Tamtejsze ministerstwo finansów cofnęło jej zezwolenie w zakresie prowadzenia gier losowych w zakładzie znajdującym się na terenie jednego z miast ze względu na to, że miejsce prowadzenia działalności nie figurowało wśród wymienionych w specjalnym załączniku. Jednak Trybunał Sprawiedliwości UE stanął po stronie firmy, wskazując na wspólnotowe przepisy, zgodnie z którymi ograniczenia w swobodnym świadczeniu usług wewnątrz Unii są zakazane w odniesieniu do obywateli państw członkowskich, mających swe przedsiębiorstwo w innym państwie UE niż państwo odbiorcy usługi.

Zakaz prowadzenia gier losowych wprowadzony przez gminę

Czeska ustawa nr 202/1990 o loteriach i innych podobnych grach w art. 50 ust. 4 stanowi, że w drodze powszechnie obowiązującego zarządzenia gmina może ograniczyć prowadzenie gier losowych, loterii i innych podobnych gier wyłącznie do okresów i miejsc wymienionych w tym zarządzeniu, określać okresy i miejsca, w których prowadzenie loterii i innych podobnych gier jest zakazane lub też w całości zakazać ich prowadzenia na całym obszarze gminy. Rada miasta Děčín podjęła w 2013 r. takie zarządzenie, którym zakazała prowadzenia ww. gier na swoim terenie. Zakaz nie obejmował kasyn znajdujących się w miejscach wskazanych w załączniku nr 1 do tego zarządzenia.

Zakaz ograniczania swobody świadczenia usług na podstawie art. 56 TFUE

W październiku 2013 r. ministerstwo finansów cofnęło spółce zezwolenie na prowadzenie gier losowych w zakładzie znajdującym się na terytorium miasta Děčín, bo miejsce prowadzenia przez nią działalności nie figurowało wśród miejsc wymienionych we wspomnianym załączniku. Firma wniosła odwołanie, które minister finansów oddalił. Spółka przegrała również w praskim sądzie rejonowym. Wyrok ten zaskarżyła do najwyższego sądu administracyjnego w Czechach, podnosząc, że sąd I instancji naruszył prawo, odmawiając zastosowania w tej sprawie prawa wspólnotowego. Przedsiębiorca powołał się na przepis art. 56 zd. 1 Traktatu o Unii Europejskiej i Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (traktat TFUE), który brzmi: „…ograniczenia w swobodnym świadczeniu usług wewnątrz Unii są zakazane w odniesieniu do obywateli Państw Członkowskich mających swe przedsiębiorstwo w Państwie Członkowskim innym niż państwo odbiorcy świadczenia” (Dziennik Urzędowy C 326, 26/10/2012).

Przywołując zeznania świadka, spółka podniosła, że część klientów jej zakładu w Děčínie, mieście położonym w odległości około 25 km od granicy niemieckiej, składała się z obywateli innych państw członkowskich, a zatem w sprawie powinien znaleźć zastosowanie art. 56 TFUE.

Usługi świadczone obywatelom innego państwa UE

Najwyższy sąd administracyjny skierował do Trybunału Sprawiedliwości UE pytanie prejudycjalne, czy aby przypadkiem spółka nie ma racji i ww. czeskie przepisy nie naruszają unijnej swobody usługobiorców. Sąd zwrócił uwagę, że w orzecznictwie TSUE podnoszono już, że usługi świadczone bez konieczności przemieszczania się przez usługodawcę mającego siedzibę w jednym państwie członkowskim na rzecz usługobiorcy mającego siedzibę lub miejsce zamieszkania w innym państwie członkowskim stanowią transgraniczne świadczenie usług, i że do takich usługobiorców zaliczają się również turyści lub osoby przemieszczające się w celach naukowych. Sąd wyraził również obawę, czy takie uregulowania nie naruszają zagwarantowanych w traktacie TFUE swobód podstawowych.

Jednakże czeski sąd stwierdził, że TSUE w swym orzecznictwie, wyjaśniając, iż art. 56 TFUE ma zastosowanie do spraw z udziałem usługodawców oferujących usługi za pośrednictwem telefonu lub internetu, a także turystom, nie rozstrzyga wyraźnie, czy przepis ten znajdzie również zastosowanie tylko dlatego, że grupa obywateli jednego państwa UE może uzyskać usługę w innym państwie UE, która to usługa jest świadczona zasadniczo obywatelom tego innego państwa UE.

Swoboda gwarantowana usługodawcom i usługobiorcom

Na wstępie TSUE wskazał, że postanowienia traktatu TFUE chroniące prawa i swobody podstawowe mogą mieć zastosowanie do przepisów prawa krajowego wyłącznie odnośnie do spraw mających związek z wymianą handlową między państwami członkowskimi. Nie znajdują bowiem zastosowania do spraw o naruszenie swobody świadczenia usług, w których wszystkie elementy zamykają się w kręgu jednego państwa.

Przepis art. 56 TFUE nakłada na państwa UE obowiązek zniesienia ograniczeń w swobodzie świadczenia usług, jeśli mogą one uniemożliwić, utrudnić lub uczynić mniej atrakcyjną działalność usługodawcy z siedzibą w innym państwie UE, w którym zgodnie z prawem świadczy on takie same usługi. Ze swobody tej mają prawo korzystać, jak i na naruszenie jej powoływać się, zarówno usługodawcy, jak i usługobiorcy. Oznacza ona również swobodę udania się usługobiorcy do innego państwa członkowskiego celem skorzystania z oferowanej tam usługi.

Uregulowania krajowe nie mogą ograniczać swobody świadczenia usług

TSUE podkreślił, że z samej okoliczności podnoszenia przez przedsiębiorcę wystąpienia sporu co do ograniczenia świadczenia usługi transgranicznej nie można wysnuwać ponad wszelką wątpliwość stwierdzenia, że z taką transgraniczną usługą ma się do czynienia, a obywatele innych państw UE mogą z tych usług skorzystać. Musi to zostać wykazane. Z drugiej strony wpływu na możliwość zastosowania art. 56 TFUE nie ma ani liczba klientów zagranicznych, którzy skorzystali z usługi, ilość wyświadczonych usług, ani też zasięg geograficzny podnoszonego ograniczenia w swobodzie świadczenia usług. Można się na niego powoływać zarówno, gdy ograniczenie to może dotyczyć nieokreślonej liczby odbiorców usług, jak i jednego tylko usługobiorcy.

W wydanym 3 grudnia 2020 r. wyroku Trybunał orzekł:

„…ustawodawstwo krajowe, które ogranicza prawo do prowadzenia gier losowych i pieniężnych do określonych miejsc, może stanowić przeszkodę w swobodnym świadczeniu usług, która wpisuje się w zakres art. 56 TFUE (…) Artykuł 56 TFUE należy interpretować w ten sposób, że znajduje on zastosowanie do sytuacji spółki mającej siedzibę w danym państwie członkowskim, która utraciła zezwolenie na prowadzenie gier losowych w następstwie wejścia w życie w tym państwie członkowskim uregulowania określającego miejsca, w których dozwolone jest organizowanie takich gier, mającego zastosowanie bez rozróżnienia do wszystkich usługodawców prowadzących działalność na terytorium tego państwa członkowskiego, bez względu na to, czy ci usługodawcy świadczą usługi obywatelom danego państwa członkowskiego czy obywatelom innych państw członkowskich, w sytuacji, gdy część jej klienteli pochodzi z państwa członkowskiego innego niż państwo jej siedziby” (wyrok w sprawie C-311/19, BONVER WIN, a.s. przeciwko Ministerstwo Finansów Republiki Czeskiej, ECLI:EU:C:2020:981).

Podsumowanie

To bardzo ciekawe rozstrzygnięcie europejskiego Trybunału może stanowić furtkę do prowadzenia działalności usługowej, w tym także gier losowych, pieniężnych i nie tylko przez przedsiębiorców, którym krajowe regulacje na taką działalność nie zezwoliły. Warunkiem jest wykazanie, że naruszają one unijną swobodę świadczenia usług w odniesieniu do usługi transgranicznej.

Autor: Kinga Hanna StachowiakWspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego.

Leonardo i Solvay uruchamiają wspólne laboratorium ds. badań nad kompozytami termoplastycznymi

  • Szersze zastosowanie kompozytów termoplastycznych w przemyśle lotniczym i kosmicznym, a dokładnie w konstrukcjach struktur podstawowych, wymaga opracowania nowych materiałów oraz nowych procesów produkcji, aby móc uzyskać lepsze parametry oraz lepszą wydajność produkcyjną
  • Tworząc “Wspólne Wirtualne Laboratorium Badawcze”, Leonardo i Solvay postanowiły podjąć to wyzwanie łącząc wysiłki i wnosząc uzupełniające się umiejętności oraz wiedzę ekspercką
  • Większa część działalności będzie prowadzona w zakładach spółki Leonardo w Grottaglie (we włoskim Taranto), oraz w Ośrodku Nauki i Zastosowań Materiałowych firmy Solvay (MSAC) w Brukseli
  • Według Roberto Cingolaniego, Dyrektora ds. Technologii i Innowacji w Leonardo: “Współpraca z Solvay to poważny krok naprzód w zakresie badań nad zaawansowanymi materiałami, które stanowią część programów badawczo-rozwojowych prowadzonych przez Leonardo Labs. Badania nad materiałami zaawansowanymi umożliwiają lepsze parametry i bezpieczeństwo produktów przyczyniając się do wydajniejszego systemu produkcji w obiegu zamkniętym”
  • Nicolas Cudré-Mauroux, Dyrektor ds. Technologii i Innowacji w Solvay podkreślił znaczenie całościowego podejścia do opracowywania materiałów oraz technologii ich obróbki ponieważ “zwiększenie szybkości produkcji jest równie ważne, jak uzyskanie wymaganych parametrów”. Firma Solvay jest zaangażowana w sprawę opracowania lekkich materiałów o znakomitych parametrach dla bardziej zrównoważonego przemysłu lotniczego

Firmy Leonardo i Solvay ogłosiły uruchomienie wspólnego laboratorium badawczego przeznaczonego do opracowywania nowych materiałów kompozytowych oraz procesów produkcji o krytycznym znaczeniu dla przyszłości przemysłu lotniczego i kosmicznego. Ta współpraca stanowi ważny kamień milowy umożliwiając znaczącą zmianę w produkcji części kompozytowych i zmniejszeniu wpływu na środowisko.

Wspólne przedsięwzięcie – Leonardo Solvay Joint Lab będzie się skupiać na termoplastycznych “materiałach inżynieryjnych”, a w szczególności na zgrzewaniu i automatycznym laminowaniu (łączeniu na  miejscu) złożonych i dużych struktur lotniczych w celu maksymalizacji cech produktu, poprawy wydajności produkcji oraz wydłużenia cyklu życiowego produktów. Badania koncentrują się na kompozytach termoplastycznych ponieważ oferują one użytkownikom wyjątkowe korzyści, takie jak obniżona masa dla uzyskania oszczędności zużycia paliwa przez samolot, ponieważ nie wymagają autoklawów przy łączeniu części, tym samym umożliwiając opracowanie znacznie bardziej zrównoważonych linii produkcyjnych. Leonardo i Solvay uważają, że ta umowa stworzy podstawy dla dalszej współpracy platform nad krótko- i średnioterminowymi zastosowaniami w przemyśle lotniczym i poza nim.

“Współpraca z Solvay to poważny krok naprzód w zakresie badań nad zaawansowanymi materiałami, które stanowią część programów badawczo-rozwojowych prowadzonych przez Leonardo Labs.” podkreśla Roberto Cingolani, Dyrektor ds. Technologii i Innowacji w Leonardo. Obszar badań, tak istotny dla Leonardo, stanowi kluczowy czynnik konkurencyjności i umożliwi lepsze parametry i bezpieczeństwo naszych produktów, zwiększając ich potencjał, i zwracając się bezpośrednio w postaci mniejszego wpływu na środowisko i zużycia zasobów oraz przyczyniając się do wydajniejszego systemu produkcji w obiegu zamkniętym”.

Ta współpraca jest zgodna ze strategią firmy Solvay mającą na celu umocnienie naszej pozycji jako dostawcy nowatorskich materiałów kompozytowych dla rynku lotniczego i innych rynków” dodał Nicolas Cudre-Mauroux, Dyrektor ds. Technologii i Innowacji w Solvay. “Uważamy, że partnerstwo z koncernem Leonardo zwiększy naszą zdolność do opracowywania przełomowych termoplastycznych rozwiązań kompozytowych i znacznie zwiększy zakres i zastosowania w przemyśle lotniczym, przyczyniając się do zmniejszenia zużycia paliwa oraz emisji CO2”, podsumował.

Leonardo Solvay Joint Lab będzie działać poprzez Leonardo Lab w Grottaglie (Taranto) oraz w Ośrodku Nauki i Zastosowań Materiałowych firmy Solvay (MSAC) w Brukseli. Ponadto wspólne laboratorium będzie miało dostęp do wewnętrznych infrastruktur obydwu firm i współpracy z instytucjami, ośrodkami badawczymi oraz uczelniami wyższymi we Włoszech i zagranicą, w celu tworzenia otwartych innowacji.

Sroga zima dla HoReCa. Aż 81 proc. hotelarzy i restauratorów obawia się jeszcze trudniejszego pierwszego półrocza

Subindeks Barometru EFL dla sektora HoReCa na I kwartał br. wyniósł 47,7 pkt. Choć wzrósł o 5,1 pkt. w porównaniu do pomiaru z ostatniego kwartału ubiegłego roku, to pozostaje wskaźnikiem z najniższą wartością wśród wszystkich 6 badanych sektorów. Restauratorzy i hotelarze wciąż najdotkliwiej odczuwają wpływ pandemii COVID-19. Niemal wszyscy zapytani (99 proc.) uważają, że pandemia spowoduje upadki firm. Ponadto, HoReCa jest jedynym sektorem, w którym większość przedstawicieli (81 proc.) spodziewa się pogorszenia sytuacji w I półroczu 2021.

Barometr EFL dla HoReCa na I kwartał 2021:

  • Subindeks: 47,7 pkt. (+5,1 pkt. kw./kw.- największy wzrost wśród 6 badanych sektorów); najniższy wskaźnik wśród 6 badanych sektorów
  • Inwestycje: 100 proc. przedsiębiorców prognozuje podobny poziom inwestycji co miesiąc wcześniej
  • Sprzedaż: 60 proc. przedsiębiorców prognozuje spadek sprzedaży; najwięcej wśród 6 badanych sektorów
  • Płynność finansowa: 56 proc. przedsiębiorców prognozuje pogorszenie płynności finansowej; najwięcej wśród 6 badanych sektorów
  • Finansowanie zewnętrzne: 72,5 proc. przedsiębiorców prognozuje większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne;
  • Wpływ koronawirusa na sytuację firmy: 100 proc. przedsiębiorców uważa, że koronawirus będzie mieć niekorzystny wpływ na przyszłą sytuację firmy

– Choć wartość pierwszego odczytu Barometru EFL dla HoReCa jest wyższa niż kwartał wcześniej, to ten wzrost jest pozorny. Zawdzięczamy go przede wszystkim temu, że większość zapytanych zgłosiła wyższe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne, które najpewniej jest konieczne do utrzymania działalności, a nie na zaplanowane inwestycje. Na bardzo trudną sytuację sektora wskazuje fakt, że aż 6 na 10 hotelarzy i restauratorów spodziewa się spadku sprzedaży, a co drugi pogorszenia płynności finansowej. Bez wątpienia HoReCa odczuje najboleśniej ekonomiczne powikłania pocovidowe. A nastroje i sytuacje przedsiębiorców pogarszają się z każdą informacją o poluźnieniu restrykcji, które niestety nie dotyczą ich obszaru. Choć wsparciem jest tzw. tarcza gastronomiczna, to niestety 99 proc. ankietowanych ma rację. Wiele restauracji, kawiarni, barów może nie przetrwać tej zimy – mówi Radosław Woźniak, prezes EFL.

Druga fala nie odpuszcza

Na wyższą w porównaniu do poprzedniego pomiaru (IV kwartał 2020 – 42,6 pkt.) wartość subindeksu Barometru EFL dla HoReCa na I kwartał br. (47,5 pkt., +5,1 pkt. kwartał do kwartału) największy wpływ miały prognozy w obszarze finansowania zewnętrznego. Aż 3 na 4 przedsiębiorców (72,5 proc.) uważa, że w od stycznia do marca br. będzie mieć wyższe zapotrzebowanie na dodatkowe finansowanie. Te z pewnością będzie potrzebne na dokapitalizowanie bieżącej działalności, a nie (jak to bywało najczęściej) na planowane inwestycje i rozwój przedsiębiorstwa.

W pozostałych obszarach widać znaczącą przewagę pesymistów lub przedsiębiorców, którzy nie spodziewają się znaczących zmian. Po raz pierwszy w historii badania wszyscy respondenci zaznaczyli taką samą odpowiedź dotyczącą oceny przyszłych inwestycji. Wszyscy bowiem uznali, że ich poziom będzie taki sam jak w poprzednich trzech miesiącach. W przypadku przewidywanego poziomu sprzedaży aż 60 proc. firm z branży ocenia, że nastąpi jego spadek. Jest to najgorszy wynik wśród wszystkich 6 badanych sektorów, co jest związane z kontynuacją restrykcji dotyczących pandemii COVID-19 w najbliższych miesiącach. Pesymistyczne prognozy sprzedażowe nie pozostają bez wpływu na płynność finansową. Jej pogorszenia spodziewa się aż 56 proc. przedsiębiorców, także najwięcej wśród 6 badanych sektorów.

HoReCa szykuje się na najgorsze

Analizując kwestię wpływu pandemii COVID-19 na HoReCa należy znowu zauważyć ogromny pesymizm panujący wśród jej przedstawicieli. Niemal wszyscy (99 proc.) wskazali, że pandemia spowoduje upadki firm i zamykanie działalności gospodarczych. Ponownie, to najwyższy odsetek wśród 6 badanych sektorów i co więcej najwyższy wskaźnik od początku realizacji covidowego badania.

O utrzymujących się bardzo złych nastrojach w HoReCa może świadczyć także fakt, że jest jedyną branżą (spośród 6 badanych), w której większość zapytanych przedstawicieli uważa, że w I półroczu 2021 roku sytuacja w ich branży pogorszy się. Tak uważa aż 81 proc. firm. W przypadku budownictwa, transportu czy produkcji największy odsetek stanowią przedsiębiorcy oceniający, że w ciągu najbliższych 6 miesięcy sytuacja w branży się poprawi.

Wartość głównego indeksu Barometru EFL na IV kwartał 2020 roku wyniosła 49,3 pkt. Osiągnięty poziom jest o 0,8 pkt. wyższy niż w IV kwartale 2020 roku.

Pierwsza aplikacja ubezpieczeniowa z automatyczną wypłatą po szkodzie

Ubezpieczeniowe aplikacje do samodzielnej likwidacji szkód działają na polskim rynku od kilku lat. Od teraz klienci mogą zlecić wypłatę odszkodowania równolegle ze zgłoszeniem szkody – informuje towarzystwo ubezpieczeń Compensa.

Ubezpieczyciele od lat starają się usprawnić proces likwidacji szkód. Wiedzą, że czas reakcji na zgłoszenie i związana z tym jak najszybsza wypłata odszkodowania są z punktu widzenia klientów kluczowe. Jednym z branżowych pomysłów na uproszczenie i przyspieszenie tych czynności jest aplikacja do samodzielnej likwidacji szkód. Program pozwala poszkodowanym przekazać ubezpieczycielowi – bez osobistego, mailowego lub telefonicznego kontaktu z obsługą klienta – najważniejsze informacje o zdarzeniu i wnioskować o odszkodowanie.

Na przełomie 2020 i 2021 roku na rynku pojawiło się usprawnienie tego rozwiązania. Towarzystwo ubezpieczeń Compensa jako pierwszy ubezpieczyciel w Polsce uruchomił automatyczne zlecenie wypłaty odszkodowania. Oznacza to, że cały proces likwidacji można przeprowadzić nawet w kilkanaście minut, a pieniądze otrzymać po zaledwie kilku godzinach od nieszczęśliwego zdarzenia, np. kolizji czy zalania.

– Można powiedzieć, że wypłata odszkodowania następuje w czasie rzeczywistym, tzn. równolegle ze zgłoszeniem szkody. Dotychczas czas realizacji wynosił do 3 dni i jest to wciąż rynkowy standard. Nasze nowe rozwiązanie sprawia, że klient nie czeka na weryfikację sprawy przez naszego konsultanta, bo dzięki technologii proces likwidacji przebiega w pełni automatycznie. Akceptacja odszkodowania i zlecenie wypłaty w aplikacji odbywają się podczas pierwszego kontaktu z nami – tłumaczy Rafał Mosionek, Zastępca Prezesa Zarządu Compensa TU SA Vienna Insurance Group, odpowiedzialny w firmie m.in. za obszar likwidacji szkód.

Jeżeli klient nie zgadza się z proponowaną wyceną, zostaje skierowany do przedstawiciela zakładu ubezpieczeń. Również na tym etapie obsługa zgłoszenia jest zautomatyzowana i po pierwszym kontakcie może zakończyć się natychmiastowym zleceniem wypłaty.

Jak działa samodzielna likwidacja szkód?

Przykład Compensy pokazuje, jak to rozwiązanie działa w praktyce. Obsługa zgłoszenia szkody z ubezpieczeń OC, AC, NNW i majątkowych odbywa się w całości online. Proces można streścić w kilku poniższych krokach:

  1. Klient kontaktuje się z ubezpieczycielem i odbiera SMS-a z linkiem do aplikacji.
  2. Następnie w aplikacji uzupełnia wymagane informacje i dokumenty: dane polisy, numer konta do wypłaty, opis i zdjęcia szkody itp.
  3. System automatycznie weryfikuje zgłoszenie i na tej podstawie proponuje odszkodowanie.
  4. Jeśli klient akceptuje wycenę, system od razu zleca wypłatę.

W przypadku niektórych zdarzeń konieczne mogą okazać się oględziny zniszczonego samochodu lub innego mienia. „Wizyta” rzeczoznawcy może być w takiej sytuacji również przeprowadzona zdalnie.

Źródło: Compensa TU S.A. Vienna Insurance Group

Izraelski dystrybutor wypromuje gry Mousetrap Games

Studio Mousetrap Games, należące do notowanej na NewConnect spółki Oxygen SA, podpisało  umowę dystrybucyjną z izraelskim wydawcą, firmą App Central Ltd. Umowa obejmuje współpracę firm, między innymi w zakresie promocji, dystrybucji i wsparcia gier mobilnych MTG.

Mousetrap Games to specjalizująca się w grach mobilnych spółka-córka notowanej na NewConnect Oxygen SA. W 2020 roku firma wydała 15 tytułów kierowanych do różnych typów graczy, między innymi gry premium, casual oraz 5 gier z gatunku hyper casual. Uwagę App Central przykuł szczególnie ostatni gatunek – dystrybutor planuje włączyć niektóre gry hyper casualowe Mousetrap Games w tzw. bundle, czyli pakiety gier.

Bundle oferują możliwość pobrania lub zakupu kilku aplikacji w ramach jednego pakietu, który może zostać stworzony zarówno dla płatnych, jak i bezpłatnych aplikacji. Użytkownicy korzystają dzięki temu z odnawialnych subskrypcji lub jednorazowej płatności, dającej dostęp do wszystkich gier z bundle’a. Dzięki współpracy z App Central Ltd., wybrane produkcje mobilne Mousetrap Games będą dystrybuowane w takich pakietach wraz z grami innych producentów.

  • Podpisanie umowy z App Central to dla nas szansa na dotarcie z grami Mousetrap Games do innego segmentu użytkowników. Współpraca zakłada inwestycję ze strony dystrybutora w marketing, ale też podział zysków osiągniętych ze sprzedaży gier i reklam. Cieszymy się, że pozyskaliśmy partnera rynkowego, dzięki któremu firma może się szybko rozwijać – mówi Edward Mężyk, Prezes Oxygen SA.

App Central Ltd. to wydawnictwo korzystające z najnowocześniejszych algorytmów monetyzacji i optymalizacji, które oferuje twórcom gier i aplikacji mobilnych rozwiązania wykraczające poza tradycyjne działania marketingowe. Firma korzysta z pakietu SDK, opartego na sztucznej inteligencji, który, działając według wielu parametrów, optymalizuje zakupy i subskrypcje aplikacji mobilnych.

Oxygen SA to polska spółka działająca w sektorze gamingowym, do której należą zarówno wrocławska spółka Mousetrap Games, jak i HyperCat (dawniej Glass Cannon Games). Spółka notowana jest na giełdzie NewConnect. Grupa kapitałowa Oxygen skupia się na produkcji i działalności wydawniczej na rynku gier mobilnych ze szczególnym uwzględnieniem gier z kategorii hyper casual, casual i mid-core. Spółka wspierana jest przez znaczące  podmioty z branży gamedev, jakie jak The Knights of Unity czy C-Shark.

Pierwsza akwizycja w Grupie Kapitałowej Transition Technologies w 2021 roku

Transition Technologies PSC, największa spółka Grupy Kapitałowej Transition Technologies, podpisała umowę inwestycyjną o przejęciu pakietu kontrolnego polskiej firmy Algomine, specjalizującej się w dostarczaniu innowacyjnych rozwiązań informatycznych do monetyzacji potencjału danych.

Algomine, to Data Science House, który wykorzystuje Big Data, uczenie maszynowe, sztuczną inteligencję i rozwiązania chmurowe do realizacji indywidualnych rozwiązań dla firm, przynoszących im oszczędności i zwiększających przychody.

– W ciągu 5 lat działalności naszej firmy zbudowaliśmy unikalne kompetencje w zakresie monetyzacji danych oraz bardzo szerokie portfolio klientów z różnych branż. Integracja z Transition Technologies PSC to dla nas realna możliwość rozwoju na skalę globalną. Kluczowa jest tu komplementarność naszych usług, dzięki czemu razem będziemy w stanie kompleksowo odpowiadać na potrzeby naszych klientów – mówi Marcin Górzyński, Członek Zarządu Algomine.

Ambitne plany GK TT związane z dalszym rozwojem

Działająca od 30 lat na rynku Grupa Kapitałowa Transition Technologies w 2020 roku odnotowała rekordowy poziom przychodów, większy o ok 20% od wyniku z roku poprzedniego

– Kontynuujemy proces rozbudowy Grupy Kapitałowej nie tylko  poprzez organiczny wzrost wszystkich spółek, ale również poprzez akwizycję komplementarnych firm, które uzupełnią portfolio Grupy. Takie działania w strategii niewątpliwie będą znaczące przed planowanymi debiutami giełdowymi spółek z Grupy. Liczymy też na szybki wzrost gospodarczy w 2021 r. i oceniamy, że nasze tegoroczne przychody ukształtują się na poziomie 550-600 mln zł, przy backlogu zamówień na poziomie 65% – mówi prof. Konrad Świrski, Prezes Grupy Kapitałowej Transition Technologies.

Płatne webinary w 2020 – raport ClickMeeting

W 2020 roku na popularności bardzo zyskały platformy do spotkań online i webinarów – częstotliwość wyszukiwania przez polskich Internautów hasła „webinar”* wyniosła 3294 proc. w porównaniu do 2019 roku. W zeszłym roku wzrosło również zainteresowanie płatnymi spotkaniami online – rekordzista w Polsce za pośrednictwem platformy webinarowej ClickMeeting zarobił jednorazowo 57 tys. zł, a łącznie wszystkie wydarzenia uzyskały przychód w wysokości 2,5 mln zł.

Miniony rok 2020 dla wielu przedsiębiorców był czasem destabilizacji, ograniczenia lub nawet całkowitej utraty przychodów. Jednak problemy ekonomiczne często okazywały się jednocześnie impulsem pobudzającym przedsiębiorczość i skłaniającym do szukania nowych rozwiązań technologicznych. Na popularności zyskały narzędzia umożliwiające zarabianie w Internecie. W porównaniu do 2019 roku w 2020, według danych ClickMeeting, znacząco wzrosła liczba płatnych webinarów, średnie zarobki na webinarach oraz łączne przychody całej branży.

Wydarzeniem płatnym może być każdy kurs, lekcja, szkolenie, konferencja, które są oferowane komercyjnie przez Internet. Jest to narzędzie często wykorzystywane podczas konsultacji online czy e-learningu. Z kolei eventy czy na przykład debaty mogą być organizowane zarówno całkowicie w trybie online jak w trybie hybrydowym. Wtedy dają chętnym możliwość wyboru – udział w nich możliwy jest zarówno w formie stacjonarnej, jak i przez Internet. Obie metody w czasie pandemii stały się niezwykle popularne i mogą stać się źródłem przychodu- tylko od organizatora wydarzenia zależy, czy udział będzie darmowy, czy płatny.

Rekordowe zarobki webinarowe w 2020 rokuCM_Najwyzszy_przychod_z_platnego_webinaru2020 CM_Sredni_przychod_z_platnego_webinaru_2020

Jak wynika z raportu ClickMeeting „Webinary i wideokonferencje w czasach pandemii”, dla 44 proc. organizatorów webinarów stanowią one źródło dochodów. Korzystają z nich obecnie zarówno freelancerzy, jak i korporacje zatrudniające kilkanaście tysięcy osób. W Polsce rekordowy webinar zorganizowany na platformie ClickMeeting zarobił w 2020 roku 57 tys. zł. Z kolei patrząc na dane z całego świata, rekordzista w Wielkiej Brytanii zebrał w trakcie jednego spotkania prawie 90 tys. zł (18,3 tys. funtów), w Stanach Zjednoczonych wynik był bardzo podobny – 89,5 tys. zł (24 tys. dolarów), natomiast w Niemczech najwyższa uzyskana kwota wyniosła 37,8 tys. zł (8,4 tys. euro).

 

Średni przychód z webinaru

Średni przychód z płatnych webinarów ClickMeeting w Polsce w 2020 roku wyniósł 995 zł, w Kanadzie 5568 zł (1920 dolarów kanadyjskich), w Wielkiej Brytanii 1395 zł (272 funty), w USA 1335 zł (355 dolarów) i w Niemczech 1089 zł (238 euro).

Łączne zarobki webinarowe

W 2020 roku na platformie ClickMeeting w Polsce odbyło się 4721 płatnych wydarzeń do końca  listopada, czyli o 162 proc. więcej niż w 2019 roku. Łącznie zarobiły aż 2,5 miliona zł, z kolei w Niemczech 2,45 mln zł (540 tys. euro), w Stanach Zjednoczonych 1,68 mln zł (452 tys. dolary), w Wielkiej Brytanii 707,5 tys zł (139 tys. funtów) oraz w Kanadzie 411,6 tys. zł (140 tys. dolarów kanadyjskich). W Europie, nie licząc Polski, liczba płatnych sesji online wzrosła o 470 proc. i zarobiły one w sumie 2,47 mln zł (543 687 euro). W zeszłym roku na polskiej platformie ClickMeeting wydarzenia online zarobiły łącznie 7 633 776 zł (1 677 753 euro).

Eventy online

Wiele sektorów gospodarki musiało diametralnie zmienić swój sposób działania, by dostosować się do nowej sytuacji. Przykładem takiej adaptacji może być część firm z branży eventowej. Według danych firmy ClickMeeting na dostarczanej przez nią platformie w tym roku odbyło się o 787 proc. w Polsce i 186 proc. na całym świecie więcej wydarzeń online niż jeszcze rok temu. Wzrosła też frekwencja podczas wydarzeń organizowanych w sieci. W spotkaniach z liczbą uczestników powyżej 1000 w 2020 roku brało udział o 55 proc więcej osób niż w całym 2019 roku.

Szkoleniowcy, trenerzy biznesu, marketingowcy i sprzedawcy nie mieli wyboru – jeśli chcieli przetrwać, musieli przenieść swoją działalność do Internetu i tam na niej zarabiać. Dla nich właśnie możliwość prowadzenia płatnych webinarów i eventów ma kluczowe znaczenie.

Organizacja spotkań online daje ogromne możliwości – mówi Dominika Paciorkowska, Dyrektor Zarządzająca ClickMeetingPozwala dotrzeć do znacznie większej liczby osób, niż byłoby to możliwe w formie stacjonarnej, niezależnie od lokalizacji – przede wszystkim w małych miejscowościach. W przypadku ClickMeeting w wydarzeniu tego typu może brać udział nawet 10 tys. osób jednocześnie. Zgromadzenie takiej liczby odbiorców „na żywo” jest bardzo trudne i kosztowne. Wymaga wynajęcia ogromnej powierzchni i sprzętu scenicznego, uzyskania masy pozwoleń i zatrudnienia dużej liczby odpowiednio przeszkolonych osób. W przypadku wydarzenia online zazwyczaj wystarczy tylko zadbać o stabilne narzędzie i łącze internetowe.

Korzystne zmiany w programach gwarancyjnych dla firm

Mniejsze firmy i większe przedsiębiorstwa, zainteresowane gwarancjami BGK, mogą z nich skorzystać na specjalnych warunkach również w 2021 r. Pakiet pomocowy został przedłużony do 30 czerwca br., a dodatkowo część gwarancji dostępna jest na jeszcze korzystniejszych warunkach. Bank Millennium oferuje finansowanie zabezpieczone gwarancjami BGK. Proces wnioskowania odbywa się z wykorzystaniem kanałów cyfrowych i podpisu kwalifikowanego, z kwalifikowanym znacznikiem czasu.

W przypadku programu gwarancji de minimis (program dla mikro-, małych i średnich firm), do 30 czerwca br. utrzymano brak prowizji za pierwszy rok korzystania z gwarancji oraz 80% poziom ochrony. Wydłużono też okres gwarancji do 75 miesięcy dla kredytu obrotowego i do 120 miesięcy dla kredytu inwestycyjnego oraz zwiększono kwotę gwarancji de minimis z 3,5 mln PLN do równowartości 1,5 mln EUR.

W ramach gwarancji płynnościowych dot. kredytów (program dla średnich i dużych firm) utrzymano wysoki poziom ochrony do 80%, wyższą kwotę kredytu objętego gwarancją – do 200 mln zł oraz podwyższoną łączna kwotę gwarancji – do 250 mln zł. Wprowadzono też możliwość skorzystania z gwarancji również w przypadku kredytów w walucie obcej.

W zakresie faktoringowych gwarancji płynnościowych do 30 czerwca br. wprowadzono wydłużony okres limitu faktoringowego – do 24 miesięcy oraz wydłużony termin ważności gwarancji – do 72 miesięcy.

Dzięki Planowi Odbudowy Dla Europy polskie PKB wzrośnie o 66,7 mld zł w 2022 roku

Globalny kryzys ekonomiczny związany z pandemią koronawirusa ma zdecydowanie unikalny charakter. Rządy wielu państw, a także przedstawiciele biznesu dostrzegają, że proces wychodzenia z recesji musi zachodzić w sposób zrównoważony. W tym celu Unia Europejska zdecydowała się na instrument Next Generation UE (NGEU). To 380 mld euro dotacji dla państw członkowskich UE i możliwość uzupełnienia ich pożyczkami do kolejnych 360 mld euro. O tym, w jak dużym stopniu polska gospodarka ucierpiała w wyniku kryzysu i jak może pomóc jej Unia Europejska, opowiedzą eksperci DNB Bank Polska i firmy doradczej Deloitte w czasie konferencji prezentującej raport „Kierunki 2021. Nowy Plan Marshalla. Odbudowa polskiej gospodarki po COVID-19”. Gościem honorowym wydarzenia będzie Herman Van Rompuy, były Przewodniczący Rady Europejskiej.

Celem na lata 2021-2022 powinno być jak najszybsze wprowadzenie gospodarki na ścieżkę ożywienia gospodarczego. Pierwszy krok w tym kierunku to pokonanie wirusa poprzez efektywne systemy szczepień. Po drugie, ekonomiczne ożywienie ułatwi również Plan Odbudowy dla Europy uzupełniony o krajowe środki wspierające rozwój. Skuteczne działanie w tych dwóch obszarach jest obecnie niezbędne. Europejska strategia sprawi, że wszystkie państwa staną się silniejsze w tej samej perspektywie czasowej. Wzmocni to skalę poprawy gospodarczej również w Polsce – mówi Herman Van Rompuy, były Przewodniczący Rady Europejskiej.

Program NGEU to uzupełnienie tradycyjnego, 7-letniego budżetu Unii Europejskiej. Dla Polski rozszerzenie o antykryzysowy dodatek oznacza podobną kwotę wsparcia w relacji do PKB jak w poprzednim budżecie na lata 2014-2020, rozwiewając obawy o znaczący spadek napływu funduszy unijnych po 2020 roku. Nowy Plan Marshalla zakłada trzy kluczowe zadania, które muszą zrealizować jego beneficjenci: odbudowa gospodarki po pandemii oraz przyspieszenie transformacji cyfrowej i ekologicznej.

Wyznaczanie kierunków na 2021 r. jest trudnym zadaniem. W raporcie przeanalizowaliśmy to, co będzie szczególnie istotne w polskiej gospodarce w najbliższych miesiącach. Punktem wyjścia stała się oczywiście pandemia COVID-19 i działania Unii Europejskiej, które mają powstrzymać negatywne skutki kryzysu. Skupiliśmy się na programie Next Generetion EU, który zakłada 100 mld euro dotacji dla Polski. Chcemy odpowiedzieć na pytanie, jak możemy z tych funduszy skorzystać i czy środki pozwolą na ograniczenie luki rozwojowej między rodzimą a zachodnią gospodarką – mówi Artur Tomaszewski, Prezes Zarządu DNB Bank Polska S.A.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez DNB Bank Polska i firmę Deloitte, największy efekt NGEU mierzony przyrostem PKB w Polsce wystąpi w latach 2022-2023 i wyniesie odpowiednio: 66,7 mld zł oraz 61 mld zł. W tym czasie wpływ funduszy NGEU odpowiadać będzie za ponad połowę całkowitego wzrostu PKB w tym okresie.

Na potrzeby raportu „Kierunki 2021. Nowy Plan Marshalla. Odbudowa polskiej gospodarki po COVID-19” przeprowadzono badanie, w którym wzięli udział klienci DNB Bank Polska, czyli duże firmy z różnych sektorów gospodarki. Wynika z niego, że nie wszyscy podchodzą optymistycznie do planów Unii Europejskiej.  Jedynie w przypadku inicjatywy „Zwiększenie mocy“ więcej niż połowa ankietowanych przedsiębiorstw wskazała, że może się ona przyczynić do rozwoju firmy.

Optymizm na rynkach. Bałagan na Wall Street

Koniec pandemii jest jeszcze daleko przed nami. Mimo, że ciężko w tym momencie podać jakąś konkretną datę całkowitego odejścia od ograniczeń a ryzyko mutacji wirusa wciąż jest duże, to na rynku walutowym oraz akcyjnym ponownie zagościł optymizm. Nie widać presji na waluty emerging markets (silny PLN, HUF oraz TRY), technologiczny indeks zza oceanu w dwa dni wrócił w okolice historycznych szczytów a ropa naftowa jest najdroższa od lutego 2020 roku.

Trzeba przyznać, że perspektywy gospodarcze na całym świecie poprawiły się wraz ze wzrostem rozpoczęcia kampanii szczepień. Świat czeka teraz na szczepionkę od J&J, która będzie kolejną cegiełką do przyspieszenia całego procesu. Obserwowane ożywienie jest niestety nierównomierne. Chiny przodują, zaraz z nimi są Stany Zjednoczone, natomiast strefa euro pozostaje mocno w tyle. Taką ostatnio ocenę wydał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Rynki w tym momencie żyją pakietem stymulacyjnym w USA (1,9 bln USD), który z dużą determinacją chce wprowadzić w życie Joe Biden. W Senacie trwają prace. Strona republikańska jest gotowa do rozmów ale jakiekolwiek trudności w głosowaniu mogą wprowadzić zamęt na rynkach.

Ostatnie wydarzenia na Wall Street (ponadprzeciętne wzrosty GameStop i innych mniejszych spółek) Financial Times nazwał bałaganem. Zamieszanie wokół portalu Reddit spowodowało, że szeroki rynek spadał (ubiegły tydzień) a firmy o wątłych fundamentach ponadprzeciętnie zyskiwały. Ten tydzień pokazuje powrót do starych zasad. GameStop stracił już 60 proc. podczas gdy NASDAQ testuje ponownie ATH (all-time high). Porządek na giełdzie w USA będzie teraz kontrolował Gary Gensler, który został nominowany w poniedziałek przez prezydenta USA na szefa komisji papierów wartościowych (SEC). Wg Bloomberga zatwierdzenie jego kandydatury przez Senat jest już niemal pewne. Gensler może być jednym z bardziej agresywnych regulatorów na Wall Street od 20 lat. Wcześniej pracował w Goldamn Sachs i był szefem komisji regulującej rynek futures. Oczekuje się od niego, że będzie sprawnie prowadził sprawy przeciwko dużym korporacjom i bankom.

Na uwagę zasługuje również ropa naftowa, która podobnie jak rynek akcyjny od poniedziałku rozpoczęła kolejny rajd na północ. WTI oraz brent są najdroższe od lutego ubiegłego roku a wzrosty dodatkowo są wspierane przez wczorajszy duży spadek zapasów w USA, który podała firma API. Dziś oczy inwestorów będą skierowane na publikacje Departamentu Energii o 16:30. Tak duży optymizm jest związany z tym, że rynek oczekuje silnego odbicia popytu w 2021 roku oraz dalszych ograniczeń wydobycia strony krajów OPEC+. W lutym poznamy kolejne decyzje.

Swój rajd zakończył inny surowiec, czyli srebro. Ceny w ostatnim czasie zostały mocno wywindowane przez inwestorów z grupy WallStreetBets. Rajd nie był aż tak spektakularny jak na spółce GameStop, co pokazuje, że rynek srebra jest dużo większy i ciężko go w podobny sposób zmanipulować. Od poniedziałkowego szczytu (ok 30 USD/oz) ceny spadły już ponad 10 proc. Dodatkowo silniejszy dolar nie pomaga cenom wszystkich metali szlachetnych.

Dziś poznamy decyzję Rady Polityki Pieniężnej na temat stóp procentowych. Lutowe posiedzenie RPP nie wniesie prawdopodobnie niczego nowego. W komunikacie liczymy na powtórzenie, że bank zamierza dalej wspierać gospodarkę niskimi stopami procentowymi i poprzez program skupu aktywów, a także przypomni, że może interweniować na rynku walutowym. Nie sądzimy, aby NBP miał się w najbliższym czasie zdecydować na coś więcej, niż tylko werbalne ostrzeżenia, choć ostatnie zejście EUR/PLN pod 4,50 testuje determinację banku centralnego do kontroli kursu. Od strony sytuacji gospodarczej Rada nie ma powodu istotnie zmieniać tonu komunikatu. Pozytywne sygnały z gospodarki – lepsze wyniki grudniowej sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej oraz zaskakujący wzrost produkcji budowlano-montażowej – będą równoważone obawami o rozwój pandemii w Europie i przedłużaniem restrykcji, które negatywnie wpływają na aktywność gospodarcza w kraju i na kontynencie.

Łukasz Zembik
Kierownik Departamentu Analiz TMS

BADANIE: Blisko 70% Polaków rozumie przedsiębiorców, którzy wznawiają biznesy mimo obostrzeń

Prawie sześciu na dziesięciu badanych uważa, że kolejne przedłużenie rządowych obostrzeń jest złą decyzją. Blisko 85% rodaków twierdzi, że w czasie lockdownu nie korzystało z usług objętych zakazem. Do tego ponad połowa Polaków nie zamierza w najbliższym czasie odwiedzać miejsc, które zostaną otwarte mimo restrykcji. Jednak niemal siedem na dziesięć osób popiera przedsiębiorców działających wbrew narzuconym ograniczeniom. Co więcej, przeszło 70% jest zdania, że służby nie powinny ich za to karać. Takie wnioski płyną z ogólnopolskiego badania UCE RESEARCH i SYNO Poland.Ponad połowa Polaków nie zamierza korzystać z usług firm, które otwierają się mimo rządowych obostrzeń

Aż 55,8% badanych Polaków uważa, że rząd podjął złą decyzję w sprawie przedłużenia lockdownu do 14 lutego br. Natomiast 32% jest przeciwnego zdania, a 12,2% nie ma jeszcze wyrobionej opinii. Według Krzysztofa Zycha, głównego analityka UCE RESEARCH, rodacy są mocno zmęczeni obostrzeniami. Ekspert nie jest jednak przekonany, czy przeszło połowa ww. ankietowanych bierze pod uwagę dramatyczną sytuację przedsiębiorców. Być może większe znaczenie ma własna wygoda i utrata pewnego rodzaju swobody.

– Ci, którzy uznali decyzję za błędną, zapewne kierują się informacjami o bardzo negatywnych konsekwencjach lockdownu dla gospodarki. Z jednej strony przedsiębiorcy zaznaczają, że straty wynikające z restrykcji są duże i już wyczerpują możliwości finansowe firm. Z drugiej strony ludzie też nie są zbyt przekonani do argumentów rządu. Uważają bowiem, że otwarcie małych biznesów, np. restauracji czy siłowni, nie wpłynie znacząco na zagrożenie epidemiczne – komentuje prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów.

Natomiast, jak zaznacza Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny, Polacy coraz częściej słyszą o zwolnieniach. Zapowiada się, że ruszą one dużą falą od kwietnia. Zdaniem eksperta, ludzie zaczynają się obawiać tego scenariusza, co jest uzasadnione w obecnej sytuacji gospodarczej. A przedłużenie obostrzeń zwiększa wydatnie ryzyko znalezienia się w gronie bezrobotnych.

– Społeczeństwo w pewien sposób nauczyło się już żyć w wirusem i jego konsekwencjami. Z tego też wynika luźniejsze podejście do restrykcji, tym bardziej że od dłuższego czasu liczba zakażeń utrzymuje się na dość stabilnym poziomie. To oczywiście w pewien sposób też wpływa na myślenie o stosowanych obostrzeniach – dodaje Zych.

Badanie pokazuje, że 84,8% osób nie skorzystało w trakcie lockdownu z zakazanych form działalności. Mowa tu o np. wizytach w barze, restauracji, hotelu, klubie fitness czy na siłowni bądź na stoku narciarskim. Tylko 13,3% przyznało się do tego, a 1,9% nie pamiętało. Według mec. Parola, te wyniki świadczą nie tyle o tym, że Polacy boją się wirusa. Widać przede wszystkim brak realnych możliwości korzystania z obiektów użyteczności publicznej. Dopiero teraz zaczynają być otwierane lokale gastronomiczne czy kluby fitness. Wszystko to wynika z braku odpowiedniej pomocy ze strony państwa.

– Taka postawa może być spowodowana strachem przez ewentualnymi karami. Natomiast wśród osób, które przyznały się do tego, że korzystały z zabronionych usług, częściej mamy mężczyzn niż kobiety. Z kolei patrząc na wielkość miast, widać, że najbardziej aktywni pod tym względem byli badani z miejscowości liczących od 20 tys. do 49 tys. mieszkańców, od 200 tys. do 499 tys. zamieszkałych osób oraz od 100 tys. do 199 tys. – wskazuje analityk z UCE RESEARCH.

Z raportu wynika też, że 52,3% Polaków nie zamierza w najbliższym czasie korzystać z miejsc, które zostały otwarte mimo lockdownu. Z kolei 35,6% twierdzi, że zrobi to, a 12,1% nie ma wyrobionej opinii w tej kwestii. Jak zaznacza prof. Gomułka, większość osób nie zdecyduje się na ten krok, ponieważ wcześniej nie korzystały one z tego typu ofert. Dla nich nie jest problemem rezygnacja z takiej wizyty, choć przedsiębiorcy zapewniają o swojej determinacji w zakresie zachowania rygorów zdrowotnych.

– Część badanych nie będzie korzystała z tego typu usług z powodu obaw przed zakażeniem. Ale moim zdaniem, decydujące znaczenie ma sytuacja ekonomiczna. Polacy zdecydowanie boją się o swoją przyszłość. Do tego dochodzi wzrost cen i towarzysząca temu inflacja, która jest mocno zauważalna dla zwykłego Kowalskiego. Ludzie nie mają pieniędzy i widoków na szybką poprawę sytuacji – podkreśla Adrian Parol.

Natomiast Andrzej Głowacki, prezes DGA, jest przekonany, że stopniowo, w reżimie sanitarnym, Polacy zaczną odwiedzać bary, kluby fitness itd. I bez wątpienia prym będą wieść młodzi ludzie. Z kolei osoby po 60. roku życia zapewne zdecydują się na to dopiero po zaszczepieniu się.

– Konsekwencją otwierania tych biznesów będzie to, że służby będą wyjątkowo notorycznie je kontrolowały i konsekwentnie nakładły mandaty, żeby pokazać społeczeństwu, że należy przestrzegać obostrzeń. Co jakiś czas będziemy też słyszeć o wyjątkowo dynamicznych akcjach. One będą miały skłonić ludzi do tego, żeby jednak nie korzystali z tego typu usług – przewiduje Krzysztof Zych.

Zdaniem 67,5% respondentów, przedsiębiorcy mają rację, że mimo zakazu otwierają swoje firmy. Z kolei 18,8% jest przeciwnego zdania, a 13,7% nie ma wyrobionego stanowiska w tej sprawie. Jak przekonuje prezes Głowacki, los mikrofirm i małych przedsiębiorstw jest tragiczny. Świadomi tego są także Polacy, którzy mają zapewnione stałe miesięczne wypłaty. Wynik badania jest wyrazem solidarności.

– Widać duże wsparcie dla przedsiębiorców, ale dobre słowo nie przełoży się na ich dochody. Skoro ponad połowa Polaków nie zamierza ich odwiedzać w tym czasie, to dalej będą stać w miejscu. Do tego służby będą nakładać na nich kary, a to z kolei wiąże się z dalszą walką o swoje prawa w sądach – podkreśla ekspert z UCE RESEARCH.

Polacy nie są za karaniem przedsiębiorców. Aż 70,7% ankietowanych uważa, że policja, sanepid itp. instytucje nie powinny bezwzględnie nakładać mandatów na osoby, które mimo zakazu wznowią swoją działalność. Przeciwnego zdania jest 18% badanych, a 11,3% nie ma wyrobionej opinii. Według Andrzeja Głowackiego, każdy Polak jest świadomy zagrożenia zakażeniem COVID-19, zatem karanie przedsiębiorców za otwarcie obiektów nie jest zbyt uzasadnione.

– To sygnał dla służb do rewizji swojego podejścia wobec przedsiębiorców odmrażających w desperacji swoje biznesy. Państwo w dobrze pojętym własnym interesie powinno raczej udzielić wsparcia przedsiębiorcom. Stosowanie kar i restrykcji może osiągnąć zupełnie odwrotne skutki i to zupełnie nieprzewidywalne oraz długotrwałe dla sporej części gospodarki – podsumowuje mec. Parol.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 29-31.01.2021 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej na reprezentatywnej próbie 1009 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Konsolidacja w Grupie Seris Konsalnet

  • Seris Konsalnet Cleaning powstał w wyniku połączenia Seris Klinet i Seris AS PAK. Jest częścią polskiej Grupy Kapitałowej Seris Konsalnet, oferującej usługi ochrony fizycznej, monitoringu i usługi czystości, wchodzącej jednocześnie w skład międzynarodowej Grupy Seris.
  • Konsolidacja pozwoli na zdynamizowanie rozwoju usług utrzymania czystości w Grupie Seris Konsalnet obok kluczowych usług ochrony i monitoringu.
  • Seris Konsalnet Cleaning wprowadza na polski rynek najnowocześniejsze technologie sprzątania, tworząc innowacyjny model działania – Cleaning 4.0.
  • Obserwowany jest wzrost znaczenia usług utrzymania czystości w obliczu pandemii COVID-19, przy jednoczesnej zwiększonej dbałości o efektywność kosztową i ochronę środowiska.
  • Seris Konsalnet Cleaning łącząc obszary ogłasza wprowadzenie trzech innowacyjnych linii usługowych: Q BOT, Q EYE i Q EKO.

Grupa Kapitałowa Seris Konsalnet Holding S.A. ogłasza zakończenie procesu konsolidacji spółek świadczących kompleksowe usługi sprzątające w obszarze B2B w Polsce: Seris Klinet i Seris AS PAK. W wyniku tej strategicznej operacji powstała spółka Seris Konsalnet Cleaning sp. z o.o., którą kieruje dotychczasowy zarząd Seris Klinet, Andrzej Chodacz i Tomasz Lichota. Powodem połączenia spółek jest dynamiczny wzrost zapotrzebowania na nowoczesne usługi sprzątania i dezynfekcji, które w okresie pandemii nabierają jeszcze większego znaczenia.

Od wielu lat posiadamy w Grupie Seris Konsalnet spółkę świadczącą usługi utrzymania czystości – mówi Tomasz Wojak, Prezes Zarządu Seris Konsalnet Holding S.A. – W dyskusjach na temat przyszłości jesteśmy zgodni w zarządzie firmy, że rynek usług, które wykonujemy zmienia się i będzie się zmieniał dynamicznie w najbliższych latach, z powodu nie tylko rozwoju technologii, ale też rosnących kosztów pracy oraz zmieniających się oczekiwań Klientów. Zbudowaliśmy więc silny, profesjonalny zespół, z którym stworzyliśmy strategię na kolejne lata. Sądzimy, że tak jak zmienia się sposób sprzedaży towarów, tak samo ewoluować będzie biznes usługowy. Mając ambicje bycia liderem w usługach, które świadczymy, podejmujemy szybkie decyzje i działania inwestując w rozwój, a nasza strategia zakłada postępującą digitalizację procesów sprzedaży i obsługi Klienta. Uważamy również, że dalszy rozwój w oparciu o technologie przyjazne środowisku i człowiekowi to obowiązkowy element strategii każdej nowoczesnej firmy i w oparciu o takie wartości zamierzamy działać w kolejnych latach – dodaje Tomasz Wojak.

– Usługi utrzymania czystości rozwijamy w większości segmentów rynku, od przemysłu poprzez powierzchnie komercyjne aż po instytucje publiczne – mówi Andrzej Chodacz, Prezes Zarządu Seris Konsalnet Cleaning. – W tym celu wdrażamy kluczowe w naszej ocenie przewagi technologiczne: automatyzację i informatyzację usług przy jednoczesnym zwiększaniu kompetencji pracowników. Chcemy być liderem na polskim rynku, tworząc zupełnie nowy wymiar usług, nowy model działania – Cleaning 4.0. To połączenie nowoczesnych, wysokich technologii, monitoringu, mapowania pomieszczeń, programowania robotów sprzątających, szkolenia ekip nadzorujących oraz monitorowanie wykonanej pracy. Dzięki temu mamy możliwość przedstawienia klientowi raportu z wykonania naszej pracy, a nawet monitorować ją w czasie rzeczywistym online. Wszystko to w celu podniesienia wydajności, konkurencyjności i wygody klienta w trudnym dla nas wszystkich okresie COVID-19 i po jego zakończeniu – podkreśla Andrzej Chodacz.

Cleaning 4.0 – co to jest

Koncepcja Cleaning 4.0 jest zbudowana na czterech głównych filarach: robotyzacji, automatyzacji, digitalizacji oraz zaawansowanej ochronie środowiska, które stają się liniami produktowymi, tworząc zintegrowany model działania, choć mogą być stosowane także pojedynczo. Ich wspólnym mianownikiem staje się zaangażowanie technologii, Internetu
w budowanie usług o możliwie wysokiej jakości, dlatego wszystkie mają wspólny symbol Q.

Nowe usługi i wdrożenie filozofii Cleaning 4.0 mają na celu osiągnięcie przez Seris Konsalnet Cleaning pozycji lidera nowoczesnych technologii w branży sprzątającej, ugruntowanie pozycji rynkowej marki Seris Konsalnet oraz dostarczenie klientom usług w jakości nieosiągalnej dotychczas na polskim rynku. Jednocześnie wpisują się w dynamikę zmiennego otoczenia biznesowego i wyzwań, z jakimi – zwłaszcza w okresie pandemii – muszą mierzyć się klienci i partnerzy biznesowi Seris Konsalnet Cleaning. W obliczu COVID-19 obserwowany jest intensywny wzrost znaczenia i zapotrzebowania na usługi czystości przy jednoczesnym nacisku na ich aspekty ekologiczne oraz zapewnienie zgodności z rygorami sanitarnymi.

Dynamiczny wzrost zapotrzebowania na nowoczesne usługi utrzymania czystości jest widoczny zwłaszcza w branży przemysłowej, logistycznej oraz retail. Pojawiły się nowe potrzeby – m.in. dezynfekowania dużych powierzchni i obiektów, w których pracują i przebywają ludzie, takich jak: galerie handlowe, supermarkety, zakłady produkcyjne czy magazyny. Wpisuje się w to również wzmożona konieczność ochrony pracowników oraz podwyższone standardy bezpieczeństwa i higieny pracy – m.in. w zakresie zapobiegania rozprzestrzenianiu się wirusa SARS-CoV-2 i konieczności monitorowania stref, w których przebywają zespoły pracowników.

Wejście w życie nowej ustawy o cyberbezpieczeństwie może kosztować polską gospodarkę nawet 40 mld zł. Ucierpi nie tylko branża telekomunikacyjna, lecz także konsumenci

Najnowsze raporty wskazują, że wykluczenie Huaweia z budowy sieci 5G w Polsce może kosztować całą polską gospodarkę 40 mld zł w ciągu najbliższych pięciu lat. Tylko branża telekomunikacyjna może stracić w tym czasie 15 mld zł. Nowelizowana właśnie ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa może wykluczyć technologicznego giganta z polskiego rynku ze względu na jego chińskie pochodzenie. – W dyskusjach wprost mówi się, że nowe regulacje mogą być wymierzone w dostawców z Chin. Jednak tego typu regulacje mają to do siebie, że nigdy nie wiadomo, kiedy, jak i wobec kogo zostaną użyte. To powoduje ogromną niepewność na rynku, na którym inwestycje są liczone w miliardach złotych – mówi adwokat dr Michał Kuliński.

Branżowe instytucje i eksperci, prawnicy i wszystkie podmioty działające na rynku telekomunikacyjnym od pół roku uważnie śledzą plany nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Wpłynie ona bowiem na kształt całego polskiego rynku telekomunikacyjnego, jak i wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz wybór dostawców infrastruktury dla tej technologii. Do pierwszej wersji noweli – zaproponowanej przez ówczesne Ministerstwo Cyfryzacji we wrześniu ub.r. – ponad setka różnych podmiotów zgłosiła w sumie ok. 750 uwag. Z kolei w połowie stycznia pojawiła się druga propozycja zmian w tym akcie prawnym, która wywołała nie mniejsze kontrowersje niż poprzednia.

– Nowy projekt nowelizacji ustawy o cyberbezpieczeństwie z 21 stycznia br., choć w kilku szczegółach uwzględnia  uwagi zgłaszane do wcześniejszej wersji projektu, nadal jednak przewiduje wprowadzenie kluczowych rozwiązań, którym zarzucano niezgodność z prawem europejskim, regulacjami międzynarodowymi, a także z polskim porządkiem prawnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Michał Kuliński, adwokat z Kancelarii Radców Prawnych i Adwokatów Battara Bartoszek Kuliński BBK. – W dyskusjach wprost mówi się, że regulacje mogą być wymierzone w dostawców z Chin, ale tego typu regulacje mają to do siebie, że nigdy nie wiadomo, kiedy, jak i wobec kogo zostaną użyte. To powoduje ogromną niepewność na rynku, na którym inwestycje są liczone w miliardach złotych.

Aktualny projekt zmian w ustawie o KSC może wykluczyć z polskiego rynku chińskich dostawców, tymczasem koncern technologiczny Huawei jest w tej chwili jednym z głównych dostawców infrastruktury dla sieci 5G. Jak wynika z grudniowego raportu Oxford Economics, producent już w tej chwili ma dość istotny wkład do krajowej gospodarki. W 2019 roku firma wygenerowała 750 mln zł wpływów do budżetu, zatrudniała w Polsce niemal 10 tys. pracowników, a jej bezpośredni wkład do polskiego PKB wyniósł ponad 407 mln zł.

Najnowszy raport „Prawne i ekonomiczne skutki ograniczenia konkurencji wśród dostawców sprzętu sieciowego 5G w Polsce”, przygotowany przez firmę Audytel i kancelarię Dentons na zlecenie Huaweia, wskazuje, że wykluczenie tego producenta z polskiego rynku może powodować łączne straty dla całej polskiej gospodarki w wysokości nawet ponad 40 mld zł. Dlatego branża telekomunikacyjna postuluje o zmianę zapisów ustawy.

– Jest propozycja, by ocenę dostawców sprzętu i technologii, pozwalającą wykluczyć ich z rynku, oprzeć na kryteriach technicznych związanych z certyfikacją urządzeń, tak jak to zrobiło kilka krajów europejskich. Operatorzy wskazują też, by usunięcie sprzętu dostawcy uznanego za niebezpiecznego wydłużyć do okresu zbliżonego do amortyzacji takiego sprzętu. Obecny projekt jako zasadę przewiduje siedem lat, ale okres ten może być skrócony do pięciu lat. Operatorzy wskazują, że 10 lat to powinno być minimum. Inaczej Polska naraża się na procesy o ogromne odszkodowania – mówi adwokat.

Bezpośrednim skutkiem potencjalnie arbitralnej decyzji o wykluczeniu danego dostawcy z rynku może być wymuszona wymiana sprzętu sieciowego wykorzystywanego w sieciach telekomunikacyjnych. Analitycy Audytelu wskazują, że w przypadku wykluczenia Huawei straty operatorów w wyniku większego zużycia energii, zwiększonych kosztów utrzymania i kosztów potencjalnych sporów prawnych mogą sięgnąć 14,9 mld zł. Gdyby zaś wykluczono dwóch chińskich dostawców, w tym Huaweia, sam koszt wymiany urządzeń sieciowych przekroczyłby 6,8 mld zł w pespektywie 10 lat.

Z analiz Audytelu wynika, że wzrosnąć mogą także ceny sprzętu innych dostawców, zwłaszcza zaawansowanych technologii do budowy sieci 5G. Wzrost może sięgać nawet 23 proc. Analitycy wskazują także na możliwe opóźnienia we wdrażaniu sieci nowej generacji w Polsce – o co najmniej 14 miesięcy przy wykluczeniu chińskich dostawców aż do nawet trzech lat, gdyby pojawiły się ryzyka techniczne, strategiczne i logistyczne. Wówczas straty finansowe dotkną nie tylko operatorów, lecz także konsumentów i całą gospodarkę.

 Wejście w życie nowelizacji w obecnym kształcie spowoduje ogromną niepewność na rynku, na którym inwestycje są liczone w miliardach złotych. Wdrożenie niektórych z tych rozwiązań spowoduje niemal pewne procesy o ogromne odszkodowania skierowane przeciwko Polsce – mówi ekspert kancelarii Battara Bartoszek Kuliński BBK. – Pojawiły się też dodatkowe zapisy, wcześniej niekonsultowane publicznie, które również wzbudzają zastrzeżenia. Dotyczy to m.in. nowo dodanych zmian w ustawie Prawo telekomunikacyjne. Przewidują one bardzo szybką ścieżkę powołania operatora hurtowego, który w drodze administracyjnej, poza przetargiem, mógłby dostać częstotliwości do dalszej odsprzedaży. Nowy, zapewne państwowy operator może otrzymać właściwie dowolne częstotliwości. Taki podmiot ma być wyznaczany przez premiera. To otwarcie drogi do całkowitego przemodelowania rynku.

Zmiany proponowane w ustawie o KSC zawierają m.in. pomysł państwowego operatora telekomunikacyjnego, który będzie działał jako spółka Skarbu Państwa i dostarczał instytucjom publicznym (np. KPRM, Kancelarii Sejmu, Prezydenta RP, Wojsku Polskiemu czy Policji) usługi telekomunikacyjne na potrzeby realizacji celów związanych z obronnością, bezpieczeństwem i porządkiem publicznym. Państwowy operator będzie działać w ramach częstotliwości zapewnionych mu przez UKE i korzystać z infrastruktury operatorów komercyjnych. Ci będą zobowiązani odpłatnie udostępnić mu swoje zasoby.

– Jeśli operatorzy nie zawrą z tym podmiotem umowy w ciągu 30 dni, to warunki dostępu do ich infrastruktury ustali rząd. Te warunki mogą nie być rynkowe, operatorzy mogą również nie mieć technicznych możliwości podłączenia tego podmiotu, a wówczas UKE może wymuszać rozbudowę. Jak zwykle kluczowe znaczenie ma to, jak dane przepisy będą stosowane w praktyce, ale ewidentnie otwiera to furtkę do wywierania przez władzę dużego wpływu na rynek telekomunikacyjny. Trudno to pogodzić z wymogami Europejskiego kodeksu łączności elektronicznej, który powinien być wdrożony w Polsce – zauważa dr Michał Kuliński.

Ubezpieczenie pomoże na podatkowy ból głowy?

  • Zmiany prawne i podatkowe, np. rejestr umów o dzieło czy kary za błędy w JPK_VAT niepokoją przedsiębiorców, którzy coraz bardziej obawiają się kar. Polska jest w ogonie rankingu przyjazności systemu podatkowego OECD.
  • Coraz więcej firm i księgowych sięga po polisy skarbowe, zwłaszcza że chronią też przed nieprawidłowościami w rozliczaniu tarcz antykryzysowych. Ceny zaczynają się od kilkuset złotych.
  • Ubezpieczenie skarbowe warto uzupełnić polisą OC zarządu, żeby zapewnić sobie całościową ochronę przed skutkami błędów.

System podatkowy nieustannie się zmienia, co przyprawia przedsiębiorców o ból głowy. W rankingu przyjazności i konkurencyjności systemu podatkowego przeprowadzanym przez Tax Foundation wśród 36 badanych krajów OECD Polska niezmiennie od wielu lat plasuje się w jego ogonie. W 2020 r. zajęła 34. miejsce, wyprzedzając jedynie Chile i Włochy. Do tego cały czas firmy muszą mierzyć się z ograniczeniami spowodowanymi pandemią. Zamieszanie potęgują też po części tarcze antykryzysowe, które oprócz wsparcia nakładają na biznes także dodatkowe obowiązki.

Kolejne projekty zmian prawnych, które obecnie są dyskutowane, także nie napawają podatników optymizmem. Warto tu wymienić projekt ustawy odbierającej możliwość odmowy przyjęcia mandatu czy ustawy wprowadzającej tzw. prekluzję dowodową w postępowaniach skarbowych, przez którą podatnicy utracą możliwość przedstawiania nowych faktów po zakończeniu kontroli skarbowej. Przedsiębiorcy szukają zatem dodatkowej pomocy i sposobów na zabezpieczenie się przed ewentualnymi karami. Jednym z rozwiązań zyskującym obecnie na popularności są polisy skarbowe chroniące właśnie przed konsekwencjami finansowymi błędów w rozliczeniach z Urzędem Skarbowym – mówi Łukasz Górny, radca prawny, Dyrektor Departamentu Rozwoju EIB SA.

Organy skarbowe dysponują coraz bardziej zaawansowanymi narzędziami kontroli podatników i nie wahają się z nich szeroko korzystać. To obecnie przede wszystkim spędza sen z powiek przedsiębiorcom:

·        Od 1 października podatnikom grożą kary w wysokości 500 złotych za każdy, pojedynczy błąd w wypełnianiu nowego pliku JPK_VAT.

·        Od 1 stycznia obowiązuje wprowadzony tarczą antykryzysową obowiązek zgłaszania do ZUS umów o dzieło. Na podstawie tworzonego rejestru kontrolerzy będą badać, czy zamiast nieoskładkowanych umów o dzieło nie powinny być zawierane oskładkowane umowy zlecenia lub wręcz umowy o pracę.

·        11 stycznia ruszyły kontrole celno-skarbowe, które nie ominą też przedsiębiorców, którzy zawiesili działalność w czasie pandemii

 

Kogo chroni polisa skarbowa?

Ubezpieczenie to chroni osoby wykonujące czynności księgowe lub płacowe w organizacji oraz wykonujące czynności zarządcze, lub nadzorcze w tym obszarze. Ubezpieczeniem można objąć konkretne osoby, wskazane z imienia i nazwiska, lub opisaną zajmowanymi stanowiskami bezimienną grupę osób, np. pracowników działu księgowości. Umowę ubezpieczenia może zawrzeć również osoba prowadząca działalność gospodarczą.

Jakie wsparcie zapewnia ubezpieczenie skarbowe?

Standardowo ochrona w ramach polisy składa się z dwóch sekcji: OC wobec pracodawcy za błędy lub zaniechania w wykonywaniu obowiązków z zakresu rachunkowości oraz z klauzuli karno-skarbowej. W przypadku osób prowadzących działalność gospodarczą sekcja OC wobec pracodawcy jest wyłączona, za to zgodnie z warunkami klauzuli karno-skarbowej taka osoba może liczyć na pokrycie wszelkich kosztów obrony w postępowaniu karnym lub karno-skarbowym, a także na refundację grzywien karno-skarbowych nałożonych na taką osobę.

Warto podkreślić, że klauzula nie zawiera wyłączenia winy umyślnej osoby ubezpieczonej. Bez tego ochrona mogłaby być bezcelowa, bo zdecydowana większość spraw karno-skarbowych kończy się niestety orzeczeniem winy umyślnej. Co więcej, w ubiegłym roku wprowadzono na rynek dodatkową klauzulę – pomocy antycovidowej – przygotowaną z myślą o wszystkich przedsiębiorcach korzystających z jednej z kilkunastu dostępnych form pomocy publicznej – wskazuje Łukasz Górny z EIB SA.

Co daje klauzula pomocy antycovidowej w polisie skarbowej?

Rozszerzenie to obejmuje odpowiedzialność za błędy w przygotowaniu wniosków, monitorowaniu wykorzystania czy rozliczeniu uzyskanej pomocy publicznej, a także rozszerza klauzulę karno-skarbową o wszczęcie postępowania karnego skarbowego oraz karnego z art. 233 kodeksu karnego (kk) (złożenie oświadczenia niezgodnego z prawdą) i art. 297 kk (wyłudzenie pomocy publicznej). Na mocy tej klauzuli nie można jednak pokryć roszczeń z tytułu błędnego przygotowania wniosku, skutkującego nieprzyznaniem pomocy publicznej w ogóle lub w niepełnej wysokości.

Obecnie ceny za ubezpieczenie indywidualne zaczynają się od kilkuset złotych za rok ochrony. Przy polisach grupowych i wyższych sumach, rzędu 5 mln złotych, składki oscylują zazwyczaj między trzydziestoma a pięćdziesięcioma tysiącami złotych. Otwartym pytaniem jest to, jak długo takie stawki się utrzymają, wobec rosnącego ryzyka kar – dodaje Łukasz Górny z EIB SA.

Warto też posiadać polisę D&O

Obok ubezpieczenia skarbowego warto też mieć wykupione ubezpieczenie OC zarządu, które swoim zakresem obejmuje m.in. odpowiedzialność za zobowiązania publicznoprawne z art. 116 lub 116a Ordynacji Podatkowej. Połączenie tych dwu ubezpieczeń – skarbowego i D&O – z uwagi na ich komplementarny charakter zapewnia całościową ochronę przed błędami. Przedsiębiorcy zainteresowani jeszcze większym zminimalizowaniem ryzyka błędu powinni zwrócić uwagę także na ubezpieczenia podatkowe i doradcze, które w uproszczeniu można porównać do atrakcyjnego cenowo abonamentu na usługi renomowanej kancelarii podatkowej.

Źródło: EIB SA.

Czy umowy o dzieło przeniosły się do szarej strefy? W I 2021 r. zarejestrowano o blisko 1/3 mniej r/r.

Obowiązująca od stycznia tego roku konieczność zgłaszania i rejestrowania umów o dzieło w ZUS-ie doprowadziła do tego, że w pierwszym tygodniu b.r. zgłoszono zaledwie 15% takich umów, w porównaniu z analogicznym okresem w 2020 r. W całym styczniu 2021 r. spadek był na poziomie blisko 30% r/r. Czy w praktyce umowy o dzieło zastępowane są tzw. rozliczaniem się „pod stołem”?

Od 1 stycznia tego roku weszły w życie nowe przepisy obligujące Zakład Ubezpieczeń Społecznych do prowadzenia ewidencji umów o dzieło. Jednocześnie powyższe regulacje nakładają na firmy i osoby fizyczne nowe rygorystyczne obowiązki. W ciągu zaledwie siedmiu dni od zawarcia umowy o dzieło, należy ją zgłosić na specjalnym formularzu RUD do ZUS-u. W przypadku braku zgłoszenia lub spóźnienia, można spodziewać się kary sięgającej kwoty 5 000,00 złotych.

Utrudnienia dla małych i średnich firm

Obowiązek rejestrowania wszystkich umów o dzieło, poza trzema sporadycznie występującymi wyjątkami, mają zarówno pracodawcy, jak i sami wykonawcy. Także w przypadku, jeżeli jest się osobą fizyczną i nie jest się zarejestrowanym w ZUS-ie jako płatnik składek, należy zarejestrować umowę o dzieło. Dodatkowo, sporo problemów dla firm generuje brak jasnej i w sposób klarowny wyjaśnionej różnicy pomiędzy umową o dzieło i oskładkowaną umową zlecenia. Przepisy, w tej materii, są tak mało precyzyjne, że w niektórych wypadkach definiuje je dopiero istniejące orzecznictwo sądowe. Powszechnie znane są też przypadki kwestionowania umów o dzieło i naliczenia wstecz składek ZUS z tego tytułu. To wszystko powoduje zarówno dodatkowe koszty, wprowadza niepotrzebne elementy ryzyka biznesowego, jak i konsumuje czas przedsiębiorców.

W efekcie, właściciele małych i średnich firm, którzy najczęściej korzystają z umów o dzieło, znaleźli się w kłopocie. Z jednej strony, nie zawsze bowiem stać ich na stworzenie dodatkowe miejsca pracy – etatu, zwłaszcza w dobie pandemii i lockdowndów. Z drugiej, nie zawsze mają aż tyle zadań dla freelancerów. Jednorazowa pomoc marketingowa, techniczna czy copywriterska rozliczane na umowę o dzieło to dla nich szansa na uzyskanie potrzebnych narzędzi – takich jak strona www, reklamy, treści dla odbiorców – bez dodatkowych kosztów.

– Rejestracja umów o dzieło w ZUS-ie, zgodnie z nowymi przepisami, ani nie należy do łatwych, ani szybkich procesów. Na dowód powyższej tezy, można przytoczyć liczby. – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.com. – W całym zeszłym roku było podpisanych i zrealizowanych w Polsce ponad 0,5 miliona umów o dzieło. Zatem średnia tygodniowa to blisko 10 tysięcy. W pierwszych ośmiu dniach 2021 r., kiedy już obowiązywały nowe przepisy, do ewidencji ZUS-u zostało zgłoszonych zaledwie 1,6 tysiąca, tj. 15% umów, w porównaniu do takiego samego okresu roku 2020. Nieco lepiej wypadł cały styczeń b.r., gdyż w ZUS-ie zarejestrowano 30 tysięcy umów, jednak w dalszym ciągu jest to tylko 71% umów zgłoszonych w 2020 r.– podsumowuje Głośny z Useme.com.

Szara strefa czy alternatywa?

Choć nowe przepisy nie zmieniają niczego w samych umowach o dzieło, to wymóg zgłaszania każdej takiej umowy do ZUS-u spowodował drastyczny spadek zarejestrowanych umów. Czy to oznacza, że przedsiębiorcy zrezygnowali ze stosowania takiej formy rozliczania czy może przeszli do szarej strefy?

Nie można wykluczyć żadnej z powyższych odpowiedzi. Jednak od początku roku, odnotowano duży wzrost zainteresowania alternatywną formą rozliczenia. Dotyczy to zarówno zleceniodawców, jak i wykonawców, szczególnie z sektora usług elektronicznych dla biznesu, takich jak, programowanie, projektowanie grafiki, tworzenie treści czy tłumaczenia.

Dla przedsiębiorców legalną możliwością rozliczenia umów o dzieło jest przejście na rozliczenie B2B w oparciu o rachunki lub faktury VAT. Jednak freelancerzy, tj. wykonawcy, nie zawsze chętnie zakładają własne firmy, bo dla nich tego typu prace stanowią najczęściej formę dorobienia po godzinach do etatu, a prowadzenie firmy jest po prostu zbyt drogie. Ponadto Polacy, obserwując kłopoty wielu firm w okresie pandemii, nie są skłonni tak chętnie jak kiedyś zakładać działalności gospodarcze.

– Kiedy w grę wchodzi realna obawa o błędne zaklasyfikowanie umowy i związane z tym konsekwencje, bezpieczniej jest rozliczać się na podstawie faktur. Również tych wystawianych przez profesjonalne portale pracy zdalnej w imieniu freelancerów, którzy nie mają własnej firmy, ale wykonują usługi dla biznesu – tłumaczy Przemysław Głośny, prezes Useme.com, największej w Europie Centralnej i Wschodniej platformy dla legalnego rozliczania prac zdalnych. – Dlatego właśnie w Useme stosujemy rozwiązania, które zabezpieczają obydwie strony. Zleceniodawca, przyjmując fakturę, nie ponosi odpowiedzialności przed ZUS. Serwis, z kolei ma określone wymagania, na podstawie których przyjmuje prace do legalnego rozliczenia umowy o dzieło. Pozwala to uniknąć pomyłki przy błędnym zaklasyfikowaniu umowy i związanych z tym konsekwencji. – dodaje Głośny z Useme.com.

Useme w pierwszym miesiącu 2021 roku odnotowało duży wzrost zainteresowania swoimi usługami, zarówno w obszarze zapytań, jak i zdecydowanie wyższej liczby rozliczonych umów w tym okresie. Z danych historycznych wynika, że zwyczajowo styczeń nie zaliczał się do miesięcy wzrostowych, tylko zdecydowanie spokojnych okresów. Powyższe dane ilustrują fakt, że umowy o dzieło są potrzebne, ale zleceniodawcy obawiając się komplikacji związanych z ich rejestrowaniem lub błędnym zakwalifikowaniem charakteru prac, szukają alternatywnego sposobu na bezpieczne i legalne rozliczenie. Bez konieczności ucieczki do szarej strefy.

Omikron Capital inwestuje w spółkę Dagat ECO

Omikron Capital, podmiot działający na rynku private equity, inwestuje w spółkę Dagat ECO – poznańskie przedsiębiorstwo z branży precyzyjnej obróbki metali. Jest to już trzecia firma, która trafiła do portfela Omikron Capital.

Dagat ECO to rodzinna firma zajmująca się obróbką metali od ponad 20 lat. Specjalizuje się w zakresie obróbki rur i profili metalowych. Przedsiębiorstwo posiada uniwersalny park maszynowy i wysoko wykwalifikowaną kadrę, a szerokie zastosowanie oferowanych usług pozwala zdobywać partnerów biznesowych z wielu branż, między innymi samochodowej, medycznej, HVAC, kolejowej czy petrochemicznej.

Dagat ECO to stabilna firma z dużym potencjałem wzrostu i unikatowym know-how. Dzięki swoim zasobom może z powodzeniem rywalizować i zdobywać nowe rynki zbytu i dalej się rozwijać. Ostatni rok spółka zakończyła z dobrym wynikiem, a w latach 2016-2019 zwiększyła sprzedaż o ponad 60 proc. – mówi Tomasz Firczyk, Partner Zarządzający i założyciel Omikron Capital. – Liczymy na dalsze wzrosty i większą ekspansję na rynki zagraniczne, między innymi w Niemczech, Francji i krajach Beneluksu. Wierzymy, że nam się to uda, ponieważ już teraz  produkty firmy trafiają m.in. do USA, Brazylii czy Turcji – dodaje.

– Cieszę się, że pomimo trudności wywołanych pandemią Covid-19 udało się sprawnie przeprowadzić całą transakcję. Bardzo optymistycznie patrzę na przyszłość firmy, która przy wsparciu i doświadczeniu zespołu Omikron Capital może dalej rozwijać skrzydła – mówi Piotr Gulczewski, dotychczasowy właściciel i prezes zarządu Dagat ECO.

Firma zatrudnia ponad 230 osób. W 2019 roku osiągnęła sprzedaż na poziomie blisko 44 mln zł i zakończyła go z wynikiem 4,4 mln zł EBITDA. Spółka jest największym dostawcą systemów poręczowych do pojazdów komunikacji miejskiej w Europie Środkowo-Wschodniej. Cieszy się uznaniem na rynku o wysokiej barierze wejścia, między innymi dzięki swojej elastyczności i najwyższej jakości. Nowi właściciele planują dalszą ekspansję dzięki odpowiedniemu wsparciu.

Na początku wzmocnimy firmę w obszarze zarządczym oraz dziale sprzedaży. Chcemy w sposób ciągły profesjonalizować organizację, aby budować jej potencjał. Planujemy również inwestycje w większą automatyzację i robotyzację zakładu produkcyjnego, które pomogą spółce zwiększyć skalę działania. Zależy nam na dalszej ekspansji na rynki zagraniczne oraz w branżach o wysokiej perspektywie wzrostu, między innymi kolejowej, medycznej i chemicznej – mówi Jakub Mazurek, Dyrektor Inwestycyjny Omikron Capital. – Firma obecnie posiada już długotrwałe relacje z klientami typu blue chip, a jakość jej usług potwierdzają liczne międzynarodowe certyfikaty – dodaje.

Omikron Capital nabył 100 proc. udziałów spółki. Inwestorzy liczą na dwu, a nawet trzykrotny wzrost wartości firmy w ciągu najbliższych 5-7 lat. Poza wsparciem i inwestycjami, pomóc ma także duży i ciągle rozwijający się rynek obróbki metali na świecie.

Kolejna inwestycja Omikron Capital

W połowie zeszłego roku Omikron Capital przejął 100 proc. udziałów spółki ZAP-Mechanika z Ostrowa Wielkopolskiego, która również specjalizuje się w precyzyjnej obróbce metali. Podobnie jak Dagat ECO, spółka była firmą rodzinną nabytą bezpośrednio od właścicieli.

Omikron Capital, jako podmiot działający na rynku private equity, skupia się na inwestycjach między innymi w firmy rodzinne, w których założyciele chcą wycofać się z prowadzenia biznesu lub szukają wspólnika, który pomoże im dynamicznie rozwinąć przedsiębiorstwo.

Inwestorzy koncentrują się przede wszystkim na dobrze prosperujących firmach przemysłowych i usługowych, z odpowiednim potencjałem wzrostu. Omikron Capital wyróżnia się kompleksowym podejściem do przejmowanych spółek, które po zakupie są aktywnie wspierane wiedzą ekspercką i doświadczeniem, zdobytym przez inwestorów przy prawie 30 transakcjach.

Rekordowa zbiórka w eSkarbonce i wyjątkowy sukces akcji na Twitterze – Mastercard zagrał z WOŚP

– Niedzielny, 29. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zakończył się rekordowym wynikiem ponad 17 mln zł dorzuconych do eSkarbonki przez darczyńców oraz kwotą 358 365 zł zebraną w trakcie akcji #MastercardGrazWOSP na Twitterze, którą firma przekaże na konto Fundacji. W tym roku cyfrowe narzędzia dostarczone przez Mastercard, umożliwiające prowadzenie zbiórki na odległość, cieszyły się niezwykłą popularnością, z sukcesem łącząc darczyńców z kwestującymi.

W tym roku po raz czwarty Mastercard umożliwił wpłaty na rzecz Fundacji za pośrednictwem eSkarbonek, czyli „wirtualnych puszek”. Wolontariusze WOŚP, przedstawiciele przedsiębiorstw z segmentu MŚP oraz osoby indywidualne mogli wygenerować i udostępniać znajomym unikalny link do własnej eSkarbonki, za pomocą którego darczyńcy wpłacali darowizny z wykorzystaniem bezgotówkowych płatności online. Podczas tegorocznego Finału WOŚP ta metoda wsparcia okazała się bardziej potrzebna niż kiedykolwiek, umożliwiając darczyńcom przyłączenie się do zbiórki szybko i bez wychodzenia z domu. O potrzebie i popularności tego narzędzia najlepiej świadczy zebrana do eSkarbonki kwota – 17 840 237 zł. To ponad 29 razy więcej niż w roku ubiegłym. W kulminacyjnym momencie w niedzielę do eSkarbonki trafiało sześć wpłat na sekundę, zasilając ją kwotą 6 907 zł w ciągu każdej minuty. Średnia wpłata była 5% wyższa niż w czasie 28. Finału i wynosiła 55,85 zł. eSkarbonki, napędzane przez Mastercard, uruchomione zostały na początku grudnia i działały do poniedziałkowego wieczoru, 1 lutego. W tym czasie swoje wirtualne puszki założyło 21 922 osób i firm, które chciały wesprzeć inicjatywę WOŚP. Wśród nich znalazło się wiele osobistości ze świata polityki, publicystyki i kultury. Rekordowa eSkarbonka, należąca do 17-letniego wolontariusza Łukasza Berezaka ze Szczecina zamknęła się z kwotą 225 225 zł – to więcej niż wyniosła suma wszystkich wpłat do eSkarbonki podczas 26. Finału WOŚP w 2018 roku. Imponująca jest również najwyższa jednorazowa wpłata, wynosząca 27 000 zł. Łącznie stronę eSkarbonki odwiedziło 740 000 osób.

Już po raz ósmy na Twitterze w dniu Finału WOŚP najpopularniejszym hashtagiem w Polsce był #MastercardGrazWOSP. Za pierwszy tweet lub retweet jednego użytkownika opublikowany w dniu Finału z tym hashtagiem, Mastercard zadeklarował przekazanie 5 złotych na konto Orkiestry. Użytkownicy Twittera napisali 71 673 unikalnych tweetów, zbierając tym samym 358 365 zł dla Orkiestry w zaledwie 24 godziny. Mastercard zasilił więc tegoroczną zbiórkę kwotą ponad 165 000 zł większą niż w roku ubiegłym. Łącznie, od początku inicjatywy w2014 r., dzięki zaangażowaniu użytkowników Twittera w akcję „Mastercard gra z WOŚP” Mastercard przekazał Orkiestrze ponad 1 600 000 zł.

Swoje zaangażowanie w działania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Mastercard potwierdził nie tylko dostarczając cyfrowe narzędzia do zbiórki. 60 pracowników z warszawskiego oddziału firmy założyło własne eSkarbonki, a w czasie niedzielnego Finału wielu z nich wyruszyło również kwestować na ulicach miasta. Łącznie, konto zbiórki zasilili kwotą ponad 106 000 zł.

„Na etapie przygotowań nikt nie potrafił przewidzieć, czy w warunkach pandemicznych Finał WOŚP powtórzy sukces poprzednich edycji. Okazuje się jednak, że Orkiestra potrafi zagrać nawet w trudnym i nieprzewidywalnym otoczeniu. Cieszymy się, że Mastercard dołożył do tej edycji swoją cegiełkę: wiedzę i doświadczenie w obszarze płatności. eSkarbonka napędzana przez Mastercard zapełniła się imponującą kwotą. „Pomagamy pomagać” i obiecujemy, że dalej będziemy to robić. Do końca świata i o jeden dzień dłużej” – powiedział Jerzy Hołub, dyrektor marketingu w polskim oddziale Mastercard Europe.

Wszystkie środki zebrane przy wsparciu Mastercard trafią na konto Orkiestry i przeznaczone zostaną na zakup sprzętu na dziecięce oddziały laryngologii, otolaryngologii oraz diagnostyki głowy.

Pandemia znacznie zwiększyła zainteresowanie rozwiązaniami chmurowymi. Ponad 60 proc. firm zamierza w nie zainwestować w ciągu dwóch najbliższych lat

61 proc. firm na świecie planuje w kolejnych dwóch latach zainwestować w rozwiązania chmurowe – wynika z badania EY Digital Investment Index 2020. To jedna z trzech najpopularniejszych technologii wdrażanych w przedsiębiorstwach, a czas pandemii jeszcze przyspieszył jej implementację. IDC ocenia, że globalny rynek chmury będzie w 2024 roku wart 1 bln dol. Chmura umożliwia firmom optymalizację kosztów, zapewnia bezpieczeństwo i pozwala skalować biznes, dostosowując go do otoczenia rynkowego. – Dzięki niej serwery nigdy nie spowodują w firmie przestoju, który może kosztować nawet 60 tys. zł za godzinę – mówi ekspert Orange Polska Konrad Gawda. Coraz popularniejsze stają się także rozwiązania chmurowe oferowane jako usługi, postępować będzie też automatyzacja.

– W rozwiązaniach chmurowych w kolejnych latach spodziewam się postępującej automatyzacji, czyli dostarczania często powtarzających się elementów aplikacji jako gotowych do wykorzystania usług. Innym trendem jest szersza dystrybucja geograficzna, czyli sprawianie, że fizyczne lokalizacje serwerów, centrów danych będą coraz bliżej użytkowników, chociażby po to, żeby ograniczyć opóźnienia. Do tego bardzo przydatne będą 5G i współpraca technologii chmurowych z telekomunikacyjnymi – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Gawda, ekspert ds. usług chmurowych w Orange Polska.

Pandemia w znaczący sposób zwiększyła zainteresowanie rozwiązaniami chmurowymi, które nie będzie słabnąć nawet po jej ustaniu. Według październikowego raportu IDC globalne wydatki na ten cel za cztery lata osiągną poziom 1 bln dol. Średnioroczny wzrost eksperci szacują na blisko 16 proc. Najsilniejszy wzrost prognozowany jest w obszarze usług chmurowych, m.in. w kategorii infrastructure as a service (IaaS)

– Chmura typu IaaS to miejsce, gdzie firmy mogą uruchamiać swoje aplikacje zarówno na potrzeby własne, jak np. CRM czy zarządzanie zasobami, jak i na potrzeby zewnętrzne, udostępniane klientowi, takie jak sklep internetowy czy system rezerwacji – mówi ekspert Orange Polska. – Podstawową cegiełką, z której budujemy rozwiązania w chmurach typu IaaS, są maszyny wirtualne. Jest to po prostu część zasobów dużych, fizycznych serwerów wydzielona i działająca jako osobny, wirtualny komputer. Na takim komputerze można zainstalować aplikacje bez większych modyfikacji – tak samo jak na PC czy serwerze stojącym na zapleczu firmy.

W ostatnich dwóch latach na wdrożenie rozwiązań chmurowych zdecydowała się ponad połowa globalnych firm badanych w ramach EY Digital Investment Index 2020. Taki plan na kolejne dwa lata deklaruje 61 proc. przedsiębiorstw. Chmura – obok internetu rzeczy i sztucznej inteligencji – jest przez biznes najchętniej wdrażaną technologią. Wydatki na ten cel będą rosły ze względu na szereg korzyści, takich jak optymalizacja kosztowa i elastyczność, wspierające sprawność biznesową i operacyjną.

– W chmurze jest miejsce, żeby aplikacje rosły. Większość współczesnych serwerowni jest albo niedoszacowana, albo przeszacowana, bo rozwój biznesu trzeba przewidzieć już w momencie zakupu sprzętu. W chmurze nie ma tego problemu. Można wykorzystać skalowanie, czyli dodawanie i odejmowanie zasobów w zależności od tego, jak aktualnie kształtuje się ruch na naszej stronie. Zawsze możemy dołożyć zasoby w sposób ręczny albo automatyczny – wyjaśnia Konrad Gawda.

Ekspert Orange wskazuje, że dzięki chmurze firmy mogą łatwo i tanio tworzyć np. środowiska testowe – chociażby po to, żeby przetestować nową wersję swojego sklepu internetowego, co pozwala na częste wprowadzanie zmian i szybkie dopasowywanie się do rynku. Chmura pozwala też przedsiębiorstwom uruchamiać na krótki czas ogromne zasoby, żeby szybko wykonywać złożone obliczenia (np. obliczanie tras dostaw, generowanie tysięcy faktur albo symulacje procesów fizycznych w biurach projektowych). Chmura chroni też firmy przed skutkami cyberataków typu ransomware czy przestojami, które mogą słono kosztować.

– Dzięki chmurze serwery nigdy nie spowodują przestoju w firmie, a wiem, że to potrafi słono kosztować. Według szacunków dla przykładowych polskich firm to są koszty rzędu 60 tys. zł za godzinę przestoju – wskazuje Konrad Gawda. – Mało kto myśli też o tym, jak ważna jest kopia zapasowa, dopóki nie uświadomi sobie, że średnia wartość okupu ransomware płaconego przez firmy w zamian za odzyskanie danych wyniosła w zeszłym roku około 100 tys. dol., a liczba takich skutecznych wymuszeń wzrosła o 1/3 w stosunku do poprzedniego roku. W przypadku Integrated Computing Standard automatyczne kopie zapasowe można uruchomić dosłownie dwoma kliknięciami.

Integrated Computing to usługa dostarczana przez Integrated Solutions należący do Grupy Orange Polska. Składa się ona z dwóch rozwiązań chmury w wersji Managed, czyli zarządzanej, nastawionej na elastyczność i dopasowanie do potrzeb klienta np. z dedykowanymi lub współdzielonymi serwerami, a także usługi Standard. To rozwiązanie gotowe do użycia, którym zarządza się poprzez panel www. W wygodny sposób pozwala tworzyć środowiska z maszyn wirtualnych, dysków czy połączeń sieciowych. Dostępne API pozwala też automatyzować te czynności. Część elementów usługi – jak np. tworzenie kopii zapasowych – też jest w pełni zautomatyzowana.

– Właśnie uruchomiliśmy nowy element tej usługi, czyli serwer bazy danych Oracle. To firma znana jako czołowy dostawca baz danych typu Enterprise. Jest też znana z dość rygorystycznych warunków licencyjnych, które sprawiają, że użycie jej baz danych na chmurach typu IaaS może być po prostu nieopłacalnie drogie. Dlatego w Integrated Computing Standard stworzyliśmy osobne środowisko techniczne dopasowane do tych warunków licencyjnych. Dzięki temu możemy teraz zaoferować klientom użytkującym bazę danych Oracle dedykowaną dla niej platformę jako usługę. Klient – obok innych zasobów chmurowych – dostaje maszynę wirtualną z zainstalowaną bazą danych, którą sam może skonfigurować i zarządzać. A przede wszystkim – połączyć ze swoimi pozostałymi aplikacjami w chmurze – wyjaśnia ekspert ds. usług chmurowych w Orange Polska.

Usługę Integrated Computing Standard firma może rozliczać w dwóch modelach: abonamentowym, w którym firma z góry deklaruje, ile zasobów będzie wykorzystywać, a także w modelu pay-as-you-go. Tu firma płaci od godziny uruchomionych zasobów. Nie trzeba więc z góry niczego przewidywać, za to można dopasowywać liczbę wirtualnych procesorów i gigabajtów pamięci do aktualnych potrzeb.

– Nasi specjaliści z Integrated Solutions mają duże doświadczenie w prowadzeniu migracji do chmury i oferują przy tym pomoc. Takie wsparcie obejmuje m.in. preaudyt, czyli wstępne sprawdzenie możliwości, optymalizację, przygotowanie planu, testową migrację z weryfikacją oraz wsparcie w pierwszych dniach. Bardziej doświadczeni użytkownicy mogą przeprowadzić taką migrację samodzielnie, korzystając z mechanizmu Disaster Recovery, czyli z zapasowego wirtualnego centrum danych – mówi Konrad Gawda.

Janusz Kowalski (MAP): 2033 rok na budowę pierwszego bloku atomowego to termin nierealny. Rezygnując z własnego węgla, Polska może się uzależnić od importu gazu

Rada Ministrów przyjęła wczoraj uchwałę w sprawie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, która zakłada, że źródła węglowe będą stopniowo wycofywane i zastępowane przez OZE i energetykę jądrową, a paliwem przejściowym w procesie transformacji będzie gaz ziemny. Wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski ocenia jednak, że uruchomienie pierwszego bloku jądrowego w 2033 roku to termin nierealny, a bez tej podstawy rezygnacja z węgla zwiększy ryzyko, że Polska uzależni się od dostaw gazu ziemnego, głównie z Rosji.

2 lutego Rada Ministrów przyjęła uchwałę w sprawie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”. Dokument, którego autorem jest resort klimatu i środowiska, ma być kompasem dla firm, samorządów i obywateli w zakresie transformacji polskiej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym. Wyznaczy też ramy wszelkich działań – m.in. legislacyjnych i inwestycyjnych – w sektorze energetycznym w perspektywie nadchodzących dwóch dekad.

Polska polityka energetyczna w istocie powinna być racjonalną i sprawiedliwą mapą drogową przeprowadzenia w Polsce transformacji energetycznej rozumianej jako proces, który spowoduje, że ceny energii elektrycznej i ciepła będą w Polsce akceptowane i że będziemy mogli zapewnić bezpieczeństwo energetyczne Polski. Niestety w tej sprawie mamy odmienne zdanie od naszych przyjaciół z Prawa i Sprawiedliwości i Porozumienia Jarosława Gowina, bo Solidarna Polska dostrzega ogromne niebezpieczeństwa przyjętej na szczeblu całej Unii Europejskiej, a więc również zaakceptowanej przez Polskę, tzw. unijnej polityki Zielonego Ładu – mówi agencji Newseria Biznes Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych.

Nowa polityka energetyczna została przyjęta po 12 latach od uchwalenia poprzedniej. Zakłada ona m.in. optymalne, możliwie długie wykorzystanie własnych, krajowych surowców energetycznych oraz dywersyfikację dostaw i rozbudowę infrastruktury sieciowej gazu ziemnego, ropy naftowej i paliw ciekłych. Udział węgla w miksie energetycznym ma jednak sukcesywnie spadać, osiągając nie więcej niż 56 proc. w 2030 roku, a przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2 może spaść nawet do poziomu 37,5 proc. Z kolei w 2040 roku ten udział ma już wynosić 28 proc. (albo 11 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2).

Rząd zakłada, że stopniowe odchodzenie od węgla będzie równoważone m.in. istotnym wzrostem mocy zainstalowanych w OZE oraz energią płynącą z farm wiatrowych na Bałtyku. Moc zainstalowana w offshore ma osiągnąć ok. 5,9 GW w 2030 roku i do ok. 11 GW 10 lat później. Rządowe plany potwierdzają też, że w 2033 roku ma zostać uruchomiony pierwszy blok elektrowni jądrowej o mocy ok. 1–1,6 GW. Zdaniem wiceministra aktywów państwowych taki scenariusz jest jednak mało realny.

– Przez 10 lat budowaliśmy gazoport. Nawet przy pełnej determinacji państwa będzie to najwcześniej w latach 2038–2040 – podkreśla Janusz Kowalski. – Przez te 20 lat unijne regulacje systemu handlu emisjami ETS spowodują, że uzależnimy się od gazu, którego w Polsce nie mamy.

Jak podkreśla, polskie wydobycie gazu ziemnego to ok. 4 mld m3, tymczasem już dzisiaj krajowe zapotrzebowanie jest pięciokrotnie większe. Dlatego przestawienie gospodarki na gaz – w oczekiwaniu na uruchomienie innych stałych źródeł – spowoduje, że Polska będzie musiała importować coraz więcej tego surowca, a to z kolei zagrozi krajowemu bezpieczeństwu energetycznemu.

– Nie mamy żadnej wątpliwości, że jedyną odpowiedzią na zwiększenie zapotrzebowania Polski na błękitny surowiec, jakim jest gaz ziemny, będzie konieczność kupienia go z Nord Stream 1 i Nord Stream 2, czemu się absolutnie sprzeciwiamy. Nie po to dzisiaj prowadzimy dywersyfikację dostaw gazu ziemnego, żebyśmy za dwa–trzy lata musieli go kupować z kierunku zachodniego czy południowego, przez Czechy czy Słowację. To jest realne niebezpieczeństwo, które jest konsekwencją wyboru zamiany węgla na gaz ziemny, którego w Polsce po prostu nie ma – mówi wiceminister aktywów państwowych.

Podkreśla, że odnawialne źródła energii mogą być jedynie uzupełnieniem miksu energetycznego opartego na stałych źródłach.

– Tymi źródłami są źródła węglowe, gazowe albo atomowe. Skoro atom może być wprowadzony najwcześniej za kilkanaście lat, to nagła, bardzo szokowa transformacja energetyczna i wyłączanie polskiego górnictwa, polskiej elektroenergetyki węglowej pewnikiem spowoduje skokowe uzależnienie się od rosyjskiego gazu. To jest sprzeczne z zasadami prowadzenia polityki dobrej dla bezpieczeństwa energetycznego Polski – ocenia przedstawiciel Solidarnej Polski.

Jakie krzesło biurowe wybrać? 5 rzeczy, które musisz wiedzieć

Wybór krzesła biurowego to wybór mebla, na którym będziemy spędzać prawdopodobnie przynajmniej 8 godzin dziennie. Dlatego tak ważne jest, by wybrać mądrze. Szczególnie obecnie, gdy domy wielu z nas zmieniły się w biura. Jakie krzesło biurowe wybrać? Oto 7 rzeczy, które musisz wiedzieć przed zakupem.

  1. Jakie krzesło biurowe wybrać? Top 5 rzeczy, na które powinieneś zwrócić uwagę przed zakupem
  2. To należy zrobić, gdy kupisz krzesło biurowe

Siedzący tryb życia to zmora naszych czasów. Niewiele możemy zmienić w tym zakresie, ale możemy zadbać o nasze zdrowie i komfort na tyle, na ile to możliwe. Jednym z bardzo istotnych czynników jest właściwy dobór krzesła biurowego. Często dokonujemy go, kierując się wyłącznie aspektami wizualnymi czy też ceną. To błąd, za który możemy słono zapłacić.

1. Jakie krzesło biurowe wybrać? Top 7 rzeczy, na które powinieneś zwrócić uwagę przed zakupem

Siedzenie w tej samej pozycji, patrzenie w monitor, ręce ułożone w nienaturalnej pozycji nad klawiaturą: brzmi znajomo? Niewłaściwie dobrane krzesło biurowe to nie tylko brak komfortu podczas wielogodzinnej pracy, ale i poważne problemy z kręgosłupem. Jak temu zapobiec? Kieruj się kilkoma prostymi radami.

  • wybierając rodzaj krzesła biurowego, pamiętaj, że musi ono być przede wszystkim ergonomiczne, czyli takie, które zapewni maksymalne wsparcie niezależnie od pozycji. Ergonomiczne krzesło może skutecznie pomóc w zapobieganiu urazów związanych z pracą siedzącą. Jest zaprojektowane w taki sposób, by poprawić postawę oraz krążenie krwi.
  • odpowiedz sobie na pytanie: ile godzin dziennie spędzasz przed komputerem? Krzesło biurowe stanie się twoim najwierniejszym współpracownikiem. A zatem zadbaj o to, by było jak najlepszej jakości. Z pewnością nie pożałujesz.
  • pamiętaj o obowiązkowych elementach. A są to przede wszystkim: wysokie (czyli sięgające ponad łopatki) oparcie, podłokietniki oraz uwypuklenie na wysokości części lędźwiowej kręgosłupa.
  • zwróć uwagę na jakość materiału, z którego wykonano krzesło i dobierz model, który będzie ci odpowiadał pod względem wizualnym i gabarytowym
  • porównaj ceny w poszczególnych sklepach, np. tutaj: AJ Produkty. Na krześle biurowym nie warto oszczędzać

2. To należy zrobić, gdy kupisz krzesło biurowe

Kupiłeś już krzesło biurowe? A zatem dostosuj jego ustawienia do masy ciała. Zwróć uwagę na to, czy oparcie skutecznie podpiera część lędźwiową, plecy sięgają do oparcia, zaś przednia krawędź nie uciska kolan.

Przesuwaj stopy w trakcie pracy i w miarę możliwości zmieniaj pozycję. Twoje ciało zostało stworzone do ruchu!

Przełowione stada ryb to utrata pożywienia dla 72 mln ludzi rocznie. Na liście zagrożonych gatunków są również ryby z Bałtyku

Na całym świecie poławianych jest ponad 90 mln ryb i owoców morza rocznie. Ich konsumpcja w ciągu ostatnich 30 lat wzrosła o ponad 120 proc., a 3,3 mld ludzi na świecie zapewniają przynajmniej 20 proc. dziennego spożycia białka zwierzęcego. To dlatego zjawisko złego zarządzania zasobami mórz i oceanów jest tak groźne. Organizacja MSC wyliczyła, że z powodu przeławiania stad co roku tracimy pożywienie dla 72 mln ludzi. Mimo że coraz ważniejszą rolę odgrywają zrównoważone połowy, to wiele gatunków ryb wciąż jest zagrożonych, m.in. tuńczyk błękitnopłetwy, dorsz bałtycki i łosoś bałtycki.

Są to gatunki, które czasem trafiają do sprzedaży, ale jeśli pochodzą z wyjątkowych stad i regionów, gdzie udało się poprawić ich status i otrzymać certyfikat zrównoważonych połowów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Dębicka, dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej. – My nie namawiamy do mniejszego spożycia ryb, ponieważ jeśli poławiamy je w sposób zrównoważony i tylko takie kupujemy, to przyczyniamy się do tego, że tych ryb jest więcej i bogacą się dane kraje, lokalne społeczności i grupy rybackie. Tylko bardzo ważne jest, żebyśmy nie kupowali ryb zagrożonych, bo rzeczywiście będzie ich mniej.

Ryby są podstawowym źródłem białka dla wielu ludzi na świecie. Dane FAO wskazują, że w diecie połowy populacji zapewniają one co najmniej 20 proc. dziennego spożycia białka zwierzęcego. W ciągu ostatnich trzech dekad konsumpcja ryb i owoców morza wzrosła o 122 proc. Znacząco pogorszyła się za to kondycja stad. FAO szacuje, że ponad jedna trzecia światowych zasobów ryb i owoców morza jest poławiana w sposób niezrównoważony.

Jeśli tak będzie dalej, to za kilka–kilkanaście lat nie będziemy mieli konkretnych gatunków, a wręcz może się załamać całe rybołówstwo, które jest jedną z największych gospodarek na świecie – przestrzega Anna Dębicka. – Mimo wieloletnich apeli organizacji pozarządowych, naukowców i ekologów wiele krajów wciąż nie przestrzega zasad zrównoważonego rybołówstwa.

Jak podkreśla, zarządzanie połowami jest bardzo dużym wyzwaniem. Tym bardziej że często wymaga międzynarodowego porozumienia między kilkoma krajami lub organizacjami.

– Ryby nie mają narodowości. Pływają w morzach i oceanach, przekraczając wiele wód terytorialnych, więc tutaj jest bardzo istotny konsensus pomiędzy wieloma krajami i branie pod uwagę potrzeb lokalnych społeczności – mówi dyrektorka programu MSC w Polsce. – Przykładem są połowy śledzia atlantyckiego – politycy z krajów poławiających z UE, Rosji i Grenlandii nie umieją się dogadać co do kwot połowowych. W takich sytuacjach wchodzi program MSC, działający obok polityki i bazujący na danych naukowych, z wiedzą o tym, jak należy poławiać.

Analiza MSC pokazuje, że globalne wdrożenie zrównoważonych połowów, które pozwalają odbudować stada ryb oraz ekosystemy, pozwoliłoby rocznie zaspokoić potrzeby na białko 72 mln osób. Dodatkowo znaczenie ryb i owoców morza będzie rosło, szczególnie w kontekście prognoz dotyczących wzrostu światowej populacji – do 2050 roku ma być już 10 mld ludzi na świecie.

– Na całym świecie poławianych jest ponad 90 mln ryb i owoców morza rocznie. Udział certyfikowanych połowów rośnie. Ostatnio wynosił ponad 17 proc. i mamy nadzieję, że będzie dalej rósł. Podobnie jak rośnie liczba produktów i firm certyfikowanych w ramach zrównoważonego łańcucha dostaw. W Polsce już mamy ponad 120 firm, które posiadają certyfikat MSC – są wśród nich wszystkie główne, najbardziej znane firmy oraz kilkaset produktów dostępnych na półkach w różnych sklepach i sieciach handlowych – mówi Anna Dębicka.

Aby otrzymać certyfikat MSC, firma musi wykazać, że poławiane stado znajduje się w dobrej kondycji, a dzięki skutecznemu zarządzaniu połowy mają minimalny wpływ na środowisko. Ponad 15 proc. łowisk na świecie ma już taki certyfikat, a kolejne 10 proc. dąży do jego pozyskania. Na produkty ze znakiem MSC konsumenci wydają rocznie 10 mld dol.

Polacy opracowali aplikację do opieki psychiatrycznej. Algorytmy i platforma telemedyczna pozwolą na spersonalizowaną terapię

Platforma telemedyczna, wspierana przez sztuczną inteligencję aplikacja mobilna i czatbot usprawnią diagnostykę i leczenie w obrębie psychiatrii. Dzięki rozwiązaniu tworzonemu przez polski start-up natychmiastowy dostęp do leczenia uzyskają m.in. pacjenci wykluczeni komunikacyjnie. Podobna aplikacja, stworzona na rynek niemiecki, uzyskała pozytywną ocenę dotyczącą szans na poprawę diagnozowania i modelowania terapii. Rozwiązanie proponowane przez Polaków początkowo będzie przeznaczone na rodzimy rynek, ale docelowo ma być stosowane na całym świecie.

– Klienci mogą korzystać ze specjalnej aplikacji, która w synchronizacji z ich telefonami, smartwatchami czy innymi urządzeniami pomaga im śledzić swój styl życia i w pewien sposób zidentyfikować te czynniki, które mogą wpływać na ich samopoczucie, na ich zdrowie psychiczne, zarówno negatywnie, jak i pozytywnie. Jest również bardzo duża wartość dodana dla lekarzy, którzy są w kontakcie z pacjentami, ponieważ gdy lekarz szczegółowo pozna styl życia pacjenta, dużo łatwiej mu spersonalizować terapię – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Waryszak, dyrektor operacyjny w Calmsie.

Aplikacja mobilna jest uzupełnieniem platformy telemedycznej, dzięki której pacjenci mogą w szybki sposób uzyskać u swojego psychiatry teleporadę, niezależnie od tego, gdzie znajdują się w danej chwili. Rozwiązanie proponowane przez Calmsie opiera się na pracy algorytmów sztucznej inteligencji.

– Jest ona wykorzystywana na dwóch polach. Po pierwsze, jest to system rekomendacyjny, który z pomocą lekarzy identyfikuje te elementy, które wpływają na stan zdrowia psychicznego pacjentów, a z drugiej strony następnie może wygenerować rekomendacje, które pomogą naszym pacjentom poprawić swój stan zdrowia psychicznego poprzez zmianę drobnej rutyny życiowej. Może to być poprawienie jakości snu czy zwiększenie aktywności fizycznej. Z drugiej strony czatbot terapeutyczny poprzez wykorzystanie głębokich sieci neuronowych i generowanie języka naturalnego w sposób płynny utrzymuje rozmowę z pacjentem i może wspierać w ten sposób terapię – tłumaczy Marcin Waryszak.

Aplikację przeznaczoną do monitorowania zdrowia psychicznego oferuje już m.in. niemiecka firma MindDoc. Spełnia ona funkcję osobistego asystenta, który trzy razy dziennie zbiera wywiad od pacjenta. Na podstawie danych opracowywany jest profil użytkownika, a następnie powstają raporty dotyczące jego stanu zdrowia psychicznego. W połowie stycznia w czasopiśmie „PLOS ONE” opublikowane zostały wyniki badań tej aplikacji, które dowodzą, że połączenie wielu pomiarów dzięki technologii mobilnej może poprawić dokładność diagnostyczną i przewidywanie trajektorii leczenia w dziedzinie zdrowia psychicznego. Tego typu rozwiązania mogą jednak nie tylko wpłynąć na poprawę diagnostyki, lecz także zwiększenie dostępności do leczenia.

– Każdy może skorzystać z aplikacji w dowolnym momencie. Gdy mamy dostęp do lekarza stacjonarnie, to zwykle musimy długo czekać na wizytę, a często mamy problem z umówieniem się. W przypadku formy telemedycznej pomoc jest właściwie natychmiastowa. Jest dużo większa dostępność, niezależnie od naszej lokalizacji, i to też bardzo pozytywnie wpływa na zmniejszenie wykluczenia społecznego – zaznacza dyrektor operacyjny Calmsie.

Położenie akcentu na poprawę leczenia w dziedzinie psychiatrii jest szczególnie istotne zwłaszcza w dobie pandemii koronawirusa. Według raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19 sytuacja związana ze zdrowiem psychicznym była dramatyczna. Z raportu dowiadujemy się, że pandemia doprowadziła do sytuacji, w wyniku której wiele osób doświadcza uczucia niepokoju spowodowanego izolacją społeczną i obawą przed zakażeniem oraz troską o życie bliskich. Wiele osób straciło pracę lub obawia się jej utraty. Jednocześnie na depresję cierpi około 264 mln ludzi na świecie, a w wyniku tej choroby światowa gospodarka traci bilion dolarów.

– W tej chwili jako społeczeństwo skupiamy się na problemach zbiorowych, a problemy indywidualne mogą dopiero przynieść efekty za rok, dwa czy trzy, gdy się okaże, że po końcu pandemii ludzie wciąż nie potrafią sobie poradzić z problemami. Gdy spojrzymy na statystyki samobójstw, to się okaże, że ich liczba utrzymuje się na poziomie około 4 tys. rocznie – wskazuje Marcin Waryszak.

Wdrożenie platformy, aplikacji i czatbota Calmsie odbywa się we współpracy z Uniwersytetem Medycznym w Łodzi. Na razie rozwiązanie jest projektowane do wykorzystania w Polsce, ale docelowo będzie wypuszczane również na rynki zagraniczne – w pierwszej kolejności duński i brytyjski.

Sztuczna inteligencja wykrywa zagrożenia 60 razy szybciej niż człowiek. W wyniku pandemii algorytmy coraz częściej zabezpieczać będą także prywatne komputery

Najskuteczniejsze rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa są wspierane przez sztuczną inteligencję. Dzięki algorytmom są w stanie wykryć zagrożenia w zaledwie kilka sekund – kilkadziesiąt razy szybciej, niż zrobiłby to człowiek. Czynnik ludzki jest też uznawany za największą lukę wykorzystywaną przez hakerów. Problem uwydatnił się w wyniku przemodelowania dużej części gospodarki na pracę zdalną. W jej wyniku aż 70 proc. firm poniosło straty związane z naruszeniami ochrony danych. Jak przewidują eksperci, sytuacja pandemiczna wpłynie na wdrożenie w prywatnych komputerach zabezpieczeń dotychczas instalowanych w sprzęcie firmowym.

– Moduły sztucznej inteligencji polegają na analizie danych, na oddzieleniu zachowań bezpiecznych od zachowań niebezpiecznych i niestandardowych. Innymi słowy, każde zachowanie, które może być uznane za niebezpieczne i może być wykryte przez człowieka, może być również wykryte przez algorytm sztucznej inteligencji na podstawie tych samych danych. Algorytm jednak zrobi to znacznie szybciej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Sebastian Stefanowski, dyrektor Działu Practice w Inetum Polska.

Sztuczna inteligencja jest zdolna do przetwarzania miliardów rekordów danych, pochodzących zarówno z baz, jak i źródeł nieustrukturyzowanych, jak np. blogi. SI uczy się rozpoznawania zagrożeń poprzez uczenie maszynowe. Gromadzi informacje, a potem określa profil zagrożeń, występujących na przykład w szkodliwych plikach czy podejrzanych adresach IP. W efekcie wykrywa zagrożenia nawet 60-krotnie szybciej niż człowiek – analiza trwa zaledwie kilka sekund.

– Podstawą dobrego algorytmu sztucznej inteligencji są dane. Zbieranie danych bardzo często kojarzy się z utratą prywatności i postrzegane jest jako pewne niebezpieczeństwo. Dane można jednak zbierać w sposób anonimowy. Trzeba mieć również świadomość tego, że zyski z zabezpieczeń opartych na sztucznej inteligencji mogą znacznie przewyższać koszty związane z ryzykiem utraty danych. Każdy zgodziłby się udzielić danych na temat swoich zachowań na przykład bankowi – po to, żeby zabezpieczyć w ten sposób swoje konto – wskazuje Sebastian Stefanowski.

Algorytmy SI stanowią podstawę działania platformy SafeGuard Cyber, która zapewnia ochronę przed atakami m.in. w social media oraz w cyfrowych kanałach B2B. Platforma samodzielnie wykrywa przychodzące szkodliwe pliki i zabezpiecza wrażliwe dane przed nieautoryzowanym udostępnieniem. Z rozwiązania korzysta m. in. koncern kosmetyczny Johnson & Johnson, farmaceutyczni giganci, tacy jak Novartis i Abbott, a także amerykański Bank of Tampa.

– Większość przedsiębiorstw korzysta już z modułów sztucznej inteligencji. Tak naprawdę zależy to od poziomu dojrzałości firmy. Poziom podstawowy to są po prostu filtry, np. antyspamowe czy wykrywające podejrzane załączniki w poczcie informatycznej. Następnym poziomem są różnego rodzaju moduły analizy ruchu sieciowego. Prym w takich technikach wiodą dostawcy chmur. Prawie każdy z nich ma już gotowe rozwiązania, które mogą wykrywać i alarmować o niestandardowych i niebezpiecznych zachowaniach, i może je udostępniać swoim klientom,  Najwyższym poziomem jest analiza zachowań użytkowników w aplikacjach – wymienia dyrektor Działu Practice w Inetum Polska.

Sztuczna inteligencja wykorzystywana jest jednak nie tylko do projektowania zabezpieczeń, lecz także przy przygotowywaniu ataków cybernetycznych. Może być używana na przykład do ciągłego monitorowania sieci w celu wykrywania nowych luk, które mogą potem wykorzystać hakerzy. SI używana jest także do manipulowania danymi, a także do przeprowadzania ataków socjotechnicznych.

– To nieustanny wyścig zbrojeń. Obie strony – i strona zabezpieczająca, i strona, która atakuje – korzystają z algorytmów sztucznej inteligencji. Fakt, że w pandemii nasiliła się liczba cyberataków, zmusi przedsiębiorstwa do inwestycji większych pieniędzy w systemy zabezpieczeń, co na pewno pociągnie za sobą rozwój tej branży, czyli rozwój systemów cyberbezpieczeństwa opartych na sztucznej inteligencji – przewiduje Sebastian Stefanowski.

Z „Raportu z badania kosztów naruszeń ochrony danych” wynika, że średni koszt łączny wynikający z tych naruszeń wynosi 3,86 mln dol. Branżą najbardziej dotkniętą atakami była ochrona zdrowia. Co ciekawe, w raporcie z poprzedniego roku koszt był nieco wyższy i wyniósł 3,92 mln dol. Jak jednak zaznaczają autorzy raportu, spadek ten jest tylko teoretyczny. Raport uwydatnia problem pogłębiających się różnic między kosztami naruszeń ponoszonymi przez organizacje inwestujące w bardziej zaawansowane procesy zabezpieczające, takie jak automatyzacja, a kosztami ponoszonymi przez firmy inwestujące w tańsze zabezpieczenia.

Nie bez wpływu na sytuację pozostała pandemia koronawirusa. Z raportu IBM wynika, że w wyniku wdrożenia pracy zdalnej koszt naruszeń ochrony danych zwiększył się o 137 tys. dol. Zjawisko to zaobserwowało 70 proc. ankietowanych. 76 proc. zgłaszało, że w wyniku pracy zdalnej wydłużył się czas potrzebny na wykrycie i powstrzymanie potencjalnego zagrożenia.

– Konsekwencją tego, co zadziało się w roku 2020, będzie to, że środek ciężkości myślenia o zabezpieczeniach przesunie się z zabezpieczeń systemów komputerowych w sieciach firmowych na zabezpieczenia systemów komputerowych w sieciach prywatnych. Innymi słowy, te algorytmy sztucznej inteligencji, które są teraz dostępne jedynie dla dużych firm, staną się popularne i trafią jako zabezpieczenia dla normalnych komputerów prywatnych w domach prywatnych. Będzie to prosta konsekwencja tego, że większość z pracowników w niektórych branżach przestawiła się na pracę zdalną – wskazuje dyrektor Działu Practice w Inetum Polska.

Wodór staje się kluczowym paliwem przyszłości

Pozyskiwanie energii elektrycznej z wodoru nie jest nowym tematem. Pierwsze artykuły naukowe o gospodarce wodorowej zaczęły pojawiać się w Polsce w latach ‘90, a na świecie parę lat wcześniej. Jednak ponieważ rozwój gospodarki wodorowej jest ściśle powiązany z rozwojem odnawialnych źródeł energii, stał się on topowym tematem w ostatnich latach – gdy walka o dekarbonizację światowych gospodarek przyspieszyła. Dzieje się tak dlatego, że przy oparciu gospodarki energetycznej o odnawialne źródła energii potrzebny jest sposób na magazynowanie i ustabilizowanie dostawy prądu. I właśnie tutaj z pomocą przychodzi wodór. Obecnie czekamy na rozwój techniki w zakresie ogniw paliwowych, które pozwolą na wytwarzanie energii elektrycznej ze zmagazynowanego wodoru. W Polsce znajdują się ośrodki, które są zaangażowane w produkcję takich ogniw. Jest więc szansa na to, że Polska znajdzie się w grupie światowych producentów i dostarczycieli nowych technologii wodorowych.

– Gospodarka wodorowa rozwija się w kontekście dekarbonizacji i osiągania neutralności klimatycznej. Potrzebujemy nośnika molekularnego, który zastąpi źródła kopalne w charakterze stałego źródła prądu. Teraz taką rolę zaczyna odgrywać gaz – jako mniej emisyjne paliwo od węgla, ale jest to sytuacja przejściowa. Wodór już od teraz powinien być stosowany równolegle do gazu, a po 2040 roku ten gaz zastąpić – powiedziała serwisowi eNewsroom Magdalena Maj, starsza analityczka zespołu energii i klimatu w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Inwestycje związane z rozwijaniem gazowych sieci nie są więc nieuzasadnione. Po odpowiednim dostosowaniu będą mogły służyć także do przesyłania wodoru. Coraz więcej państw planuje oprzeć swoją gospodarkę energetyczną na wodorze. Japonia opracowała swoją strategię wodorową z końcem 2017 roku. Chociaż pierwotnie zakładała korzystanie z wysokoemisyjnego wodoru, teraz skręca w stronę zielonych rozwiązań. Strategię wodorową opublikowało także wiele innych krajów – zarówno z UE, jak i spoza Europy. Gospodarka wodorowa może się więc stać przyszłością światowej energetyki – przewiduje Maj.

Wynajem długoterminowy aut i Rent a Car w Polsce w 2020 r.

Wynajem długoterminowy aut zdołał utrzymać wzrost w 2020 roku. Branża relatywnie łagodniej od reszty rynku odczuła pandemię i urosła o 2% r/r.

Rok 2020, zdominowany przez globalne spowolnienie gospodarcze spowodowane pandemią koronawirusa, dobiegł końca i pozostawił po sobie w niemalże każdej branży wspomnienia, o których większość wolałaby szybko zapomnieć. Koronawirus, COVID, pandemia to słowa, które nie schodziły z ust na całym świecie, niezależnie od kontekstu, w którym się pojawiały. Środowisko motoryzacyjne jest bez wątpienia jednym z tych, które życzyłoby sobie, żeby rok 2020 nigdy się nie wydarzył. Pandemia odcisnęła swoje negatywne piętno także na rynku wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce, a w jeszcze większym stopniu na wypożyczalniach aut. Dwucyfrowe wzrosty branży na razie odeszły w zapomnienie. Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), wynajem długoterminowy samochodów w Polsce zakończył rok 2020 ze wzrostem łącznej floty na poziomie 2% r/r. Biorąc pod uwagę sytuację gospodarczą i wszechobecne, duże spadki, wzrost ten, choć niewielki, zasługuje na uwagę i mimo wszystko jest pozytywną informacją. Dodatkowo, branża wynajmu długoterminowego zanotowała relatywnie dużo niższy spadek liczby zakupionych nowych aut osobowych w minionym roku, niż konkurencyjne formy finansowania samochodów. W efekcie, w 2020 roku znacząco zwiększył się udział wynajmu długoterminowego w sprzedaży nowych aut do firm. W wynajmie długoterminowym znajdował się już co czwarty samochód osobowy nabywany przez przedsiębiorców w naszym kraju. Spośród wszystkich form wynajmu pojazdów pandemia okazała się najbardziej dotkliwa dla branży Rent a Car, czyli wypożyczalni samochodów, która rok 2020 zakończyła ze spadkiem wynoszącym -17,3% r/r.

Branża motoryzacyjna wyjątkowo mocno ucierpiała z powodu spowolnienia gospodarczego wywołanego pandemią COVID-19. Na rynku europejskim w 2020 roku odnotowano największe w historii analiz statystycznych spadki sprzedaży nowych samochodów. Według informacji przedstawionych przez ACEA (Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów) w całej Unii Europejskiej sprzedano w minionym roku o 3 mln nowych aut osobowych mniej niż rok wcześniej, co oznacza spadek o 23,7% r/r. Jeśli chodzi o główne rynki UE, największe spadki sprzedaży wystąpiły w Hiszpanii (-32,3% r/r), Włoszech (-27,9% r/r), czy Francji (-25,5% r/r).

Nasz kraj uplasował się pod tym względem blisko średniej unijnej, notując w 2020 r. spadek sprzedaży nowych samochodów osobowych na poziomie -22,9% w stosunku do roku 2019. Z polskich salonów wyjechało o ponad 127 tys. osobówek mniej niż rok wcześniej, łącznie 428,5 tys. aut. Polska vs UE – dynamika sprzedazy nowych aut 2020

Tradycyjnie, podobnie jak w wielu ostatnich latach, fundamentem sprzedaży samochodów osobowych w salonach w Polsce były firmy, odpowiadające za blisko ¾ nowych aut osobowych (ponad 311 tys.), które w 2020 r. wyjechały z salonów na polskie drogi. Jednakże, firmy zakupiły o 20,8% (prawie 82 tys.) osobówek mniej niż rok wcześniej. W przypadku osób prywatnych spadek ten był jeszcze większy i wyniósł niemalże 28% r/r. Udział klientów instytucjonalnych (firm) w całkowitej sprzedaży zwiększył się w poprzednim roku o 1,9% r/r.Struktura sprzedazy nowych aut w Polsce 2020 – firmy vs osoby prywatne

Spadek liczby importowanych aut używanych mniejszy niż spadek sprzedaży w salonach

Za import używanych aut zza granicy od lat odpowiadają w Polsce przede wszystkim klienci indywidualni. Pomimo, że w 2020 roku zza granicy sprowadzono o 17% aut używanych mniej niż rok wcześniej, to spadek ten był mniejszy niż w przypadku sprzedaży samochodów nowych, w szczególności w segmencie klientów indywidualnych. Do Polski sprowadzono łącznie 771 tys. aut używanych. Według informacji IBRM Samar, w listopadzie 2020 roku w Polsce padł niechlubny rekord pod względem średniego wieku sprowadzanego do naszego kraju samochodu i wyniósł on niemalże 12 lat. Do tej pory najwyższy średni wiek importowanych aut zanotowany został w lipcu 2004 r.Import aut uzywanych w Polsce vs sprzedaz nowych aut 2020

Zdecydowanie większy spadek sprzedaży nowych aut wśród klientów indywidualnych
w porównaniu ze spadkiem importu samochodów używanych zza granicy, który jest generowany przede wszystkim przez osoby prywatne, to w naszej ocenie niepokojąca tendencja
– mówi Rafał Merk, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający Athlon Polska. – W 2019 roku mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym. Obecny trend oznacza, że klienci indywidualni chętniej sięgali po sprowadzane auta używane, aniżeli nowe. Co gorsza, z danych wynika, że importowane w zeszłym roku do Polski pojazdy były coraz starsze. To niedobre zjawisko, które w 2020 roku może zostać częściowo wytłumaczone ogólną sytuacją ekonomiczno – gospodarczą. Jeżeli trend ten jednak się utrzyma, to będzie bardzo niekorzystnie wpływał na poziom bezpieczeństwa i ekologii aut poruszających się po polskich drogach. Używane auta zza granicy bardzo często bowiem znajdują się w złym stanie technicznym, są mocno wyeksploatowane i nieprzyjazne dla środowiska naturalnego. Nasza branża i organizacja wielokrotnie już apelowała o uregulowanie w Polsce, podobnie jak ma to miejsce w wielu krajach europejskich, importu używanych samochodów, ograniczając sprowadzanie pojazdów starych, wyeksploatowanych, niebezpiecznych i nieekologicznych. Liczymy, że na popularności wśród Polaków będzie zyskiwała rosnąca na naszym rynku wtórnym samochodów oferta aut używanych po wynajmie długoterminowym, których wiek nie przekracza z reguły 5 lat, pochodzą wyłącznie z polskich salonów, są w bardzo dobrym stanie technicznym i są znacznie bardziej ekologiczne, a także bezpieczne, od aut importowanych.    

Już co czwarty nowy samochód osobowy nabywany przez przedsiębiorców znajduje się w wynajmie długoterminowym

Pomimo, że rok 2020 był ogólnie jednym z najgorszych w historii dla rynku motoryzacyjnego w Polsce, to poziom sprzedaży aut do firm w salonach nie był przez cały ten czas jednakowo niski. Zdecydowanie najgorszy pod tym względem był drugi kwartał, natomiast w drugiej połowie roku następowało już pewne odbicie rynku. W szczególności było to widoczne w ostatnim kwartale roku, kiedy wolumen sprzedaży nowych samochodów osobowych do firm był już zbliżony do poziomu z analogicznego czasu w roku 2019, a więc sprzed pandemii (ok. 101 tys. nowych aut osobowych sprzedanych do firm w czwartym kwartale 2020 r. wobec ok. 105 tys. w porównywalnym okresie 2019 r.).Wielkosc sprzedazy nowych aut w Polsce 2020

Podobnie, niejednorodny był w roku 2020 spadek sprzedaży nowych samochodów do firm w poszczególnych formach finansowania. Na tym tle wyróżniał się wynajem długoterminowy, który zanotował najmniejszą stratę w porównaniu do roku 2019, na poziomie -13,9% r/r. Dla porównania, w przypadku konkurencyjnych rodzajów finansowania aut dla firm, czyli kredytu, zakupu i klasycznego leasingu finansowego razem, spadek sprzedaży wyniósł w minionym roku -22,7% r/r.Wynajem dlugoterminowy vs konkurencja – dynamika sprzedazy aut 2020

Relatywnie lepsze pod tym względem wyniki wynajmu długoterminowego zaowocowały znacznym zwiększeniem udziału tej formy finansowania w całkowitej sprzedaży nowych samochodów do firm – o 1,9% w porównaniu z rokiem 2019. W minionym roku w wynajmie długoterminowym znajdowało się już co czwarte (24%) nowe auto nabywane przez przedsiębiorców w Polsce. Branża zakupiła w 2020 r. łącznie 74,7 tys. nowych samochodów osobowych. Udzial wynajmu dlugoterminowego w sprzedazy aut do firm 2020

Wzrost, choć niewielki, wyróżnia wynajem długoterminowy na tle rynku w 2020 r.

Obserwowana przez kilka ostatnich lat dwucyfrowa dynamika wzrostu branży wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce, w 2020 roku odeszła do historii. W każdym kolejnym kwartale roku tempo rozwoju było coraz mniejsze – branża cały czas hamowała. Jednakże, hamowanie to było już wyraźnie łagodniejsze w drugiej połowie roku, czyli w trzecim i czwartym kwartale. Rok 2019 wynajem długoterminowy zakończył ze wzrostem łącznej floty na poziomie 10,6% r/r, a na koniec roku 2020 r. wzrost ten wynosił już jedynie 2% r/r.Tempo wzrostu wynajmu dlugoterminowego aut w Polsce w 2020

Spowolnienie wywołane pandemią odcisnęło swoje piętno na całej gospodarce, w tym na rynku motoryzacyjnym i na branży wynajmu długoterminowego samochodów – mówi Robert Antczak, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska. – Na podkreślenie zasługuje fakt, że biorąc pod uwagę trudną ogólną sytuację gospodarczą oraz kłopoty na samym rynku motoryzacyjnym, branża wynajmu długoterminowego mimo wszystko zdołała utrzymać wzrost w 2020 roku. Choć wzrost ten jest oczywiście niewielki i daleki od poziomów do których przyzwyczailiśmy się w poprzednich latach, to wyróżnia pozytywnie wynajem długoterminowy na tle całego rynku. W drugiej połowie roku, w trzecim i czwartym kwartale, dało się zaobserwować już pewną stabilizację tempa wzrostu branży w okolicach 2 – 3% i jest to pozytywny sygnał, który może, ale nie musi oznaczać wyhamowanie dynamiki rozwoju na tym poziomie. Z umiarkowanym na razie optymizmem należy również patrzeć na relatywnie dobre dane rynkowe dotyczące sprzedaży aut do firm w ostatnim kwartale roku, kiedy to wolumen sprzedaży zbliżył się już do poziomu z 2019 roku. Nie jest wykluczone, że będziemy mieli wkrótce do czynienia z tzw. odbiciem zarówno na rynku motoryzacyjnym, jak i w branży wynajmu długoterminowego. Wiele zależało będzie jednak od rozwoju sytuacji związanej z pandemią i od ograniczeń w działalności gospodarczej w pierwszej części bieżącego roku.

W liczącej na koniec roku 2020 nieco ponad 181 tys. aut* flocie aut w wynajmie długoterminowym firm należących do PZWLP, zdecydowana większość, bo aż 89,8% pojazdów było obsługiwane w ramach usługi Full Serwis Leasing. Do najpopularniejszych samochodów należały Skoda Octavia, Opel Astra, Skoda Fabia i Volkswagen Passat.

Diesli wciąż ubywa, coraz więcej aut z napędami ekologicznymi

Na koniec 2020 roku nadal wyraźnie zaznaczał się obserwowany już od kilku lat trend spadku udziału samochodów z silnikami Diesla w wynajmie długoterminowym w Polsce. Diesle na koniec grudnia stanowiły już tylko 53,1% ogółu aut, o 5,3% mniej niż w analogicznym czasie rok wcześniej. Już 4 na 10 samochodów było natomiast napędzanych silnikami benzynowymi (41%), co oznacza wzrost ich udziału o 3% r/r. Do niedawna marginalna grupa aut ekologicznych tj. wyposażonych we wszelkiego typu silniki hybrydowe oraz napędy w pełni elektryczne, na koniec roku 2020 była już bardzo dobrze widoczna na tle ogółu i stanowiła 5,9% pojazdów w wynajmie długoterminowym. Udział aut ekologicznych (hybryd i elektrycznych łącznie) zwiększył się w ciągu roku o 2,3%. Samochody w pełni elektryczne to nadal jedynie tylko 0,4% ogółu aut w wynajmie długoterminowym.Rodzaje napedow w wynajmie dlugoterminowym – stan na koniec 2020

Średnia emisja dwutlenku węgla nowych samochodów osobowych zakupionych przez branżę wynajmu długoterminowego w czwartym kwartale 2020 roku była o 2,8% i 3,6 g/km wyższa niż rok wcześniej i wyniosła 131,5 g/km. Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 154,6 g/km i była wyższa o 3,8% i 5,7 g/km w stosunku do stanu w porównywalnym czasie roku 2019.    Srednia emisja CO2 – wynajem dlugoterminowy IV kw. 2020

Skutki pandemii najbardziej dotkliwe dla wypożyczalni samochodów

Pandemia koronawirusa i związane z nią ograniczenia w działalności gospodarczej, a także w mobilności i przemieszczaniu się osób, najsilniej spośród wszystkich form wynajmu są odczuwane przez branżę Rent a Car (wypożyczalnie samochodów). W jej przypadku auta są wynajmowane na okresy krótkie (1-30 dni) oraz średnie (1 miesiąc – 2 lata), a głównymi motorami napędowymi są ruch turystyczny i biznesowy. Zgodnie z danymi PZWLP na koniec 2020 r., branża Rent a Car w Polsce odnotowała spadek łącznej floty aut na poziomie -17,3% r/r.

Wypożyczalnie samochodów w Polsce przez cały 2020 rok wyjątkowo dotkliwie odczuwały wpływ pandemii. Największy spadek, podobnie jak w przypadku całego rynku motoryzacyjnego, wystąpił w drugim kwartale roku (-25,5% r/r), najmniejszy natomiast w kwartale trzecim (-13,4% r/r). Na minimalnie lepsze wyniki osiągnięte w trzecim kwartale wpłynęło częściowe odmrożenie gospodarki, a przede wszystkim przywrócenie w pewnym stopniu ruchu lotniczego i działalności turystycznej.Dynamika rozwoju Rent a Car w Polsce w 2020

Spadki notowane przez branżę Rent a Car w Polsce są naturalną reakcją na ograniczenia w transporcie, a przede wszystkim w ruchu lotniczym i turystycznym – mówi Paweł Piórkowski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Hertz (Motorent Sp. z o.o.). – Dopóki ograniczenia te nie znikną i gospodarka nie zostanie odmrożona przynajmniej w sektorach turystycznym i lotniczym, wypożyczalnie aut, których głównych przedmiotem działalności jest zapewnianie doraźnej mobilności, będą znajdowały się w ciężkiej sytuacji. Niestety, problemy naszej branży spowodowane pandemią trwają już blisko od roku i nie jest wykluczone, że część firm Rent a Car może mieć trudności z zachowaniem wcześniejszej skali działalności. Za pozytywne można obecnie uznać odmrożenie rynku wtórnego pojazdów, co pozwala wypożyczalniom elastycznie dostosowywać swoją flotę samochodów do aktualnej sytuacji, zbywając niewynajmowane pojazdy i wpływając w ten sposób na choć część niezbędnych do poniesienia kosztów stałych.

Branża Rent a Car jest obecnie reprezentowana w PZWLP przez 6 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów, których łączna flota** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła na koniec grudnia 2020 roku ponad 13,5 tys. aut***.

* – bez floty firmy Athlon Car Lease

** – bez floty firmy Avis Budget / Jupol – Car

*** – razem z flotą w usługach car sharing

Rok 2020 na rynku biurowym – czynsze coraz niższe, rośnie wskaźnik pustostanów

Analitycy REDD, niezależnej platformy dostarczającej dane o rynku biurowym w Polsce, podsumowali 2020 rok na rynku biurowym. Na koniec czwartego kwartału łączne zasoby powierzchni biurowej w Polsce wyniosły 12,88 mln m kw. Najwięcej powierzchni zlokalizowane jest w Warszawie (6,87 mln m kw.), Krakowie (1,41 mln mkw.), Wrocławiu (1,25 mln m kw.) – wynika z raportu REDD. Analitycy platformy jako jedyni w Polsce biorą pod uwagę powierzchnię we wszystkich budynkach klasy A, B i C. 

Całkowite zasoby powierzchni biurowej w Polsce wynoszą już ponad 12,88 mln m kw., a w budowie znajduje się 1,32 mln m kw. Według danych REDD, w samej Warszawie powstaje obecnie ok. 660  tys. m kw., w Katowicach ponad 150 tys. m kw., a w Krakowie ponad 147 tys. m kw.

Rośnie również wskaźnik pustostanów. Tylko w Warszawie w budynkach klasy A (nowoczesna powierzchnia) prawie 650 tys. m kw. jest do wynajęcia od ręki, a kolejne 280 tys. mkw. w budynkach już komercjalizowanych, ale będących jeszcze w trakcie budowy.

Z kolei w całej Polsce we wszystkich biurowcach z bazy REDD było do wynajęcia ponad 2,5 mln m kw., z czego prawie 700 tys. m kw. w budynkach już komercjalizowanych, ale w trakcie budowy.

Rok zmian na rynku biur

Za nami rok, który przejdzie do historii, a jego skutki obserwować będziemy przez kolejne lata – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD. Jak dodaje, pandemia zmieniła nie tylko model pracy, ale i rynek pracy, co nie pozostało bez wpływu na rynek biur.

Praca hybrydowa jest już stałym elementem na rynku pracy, firmy nauczyły się jak pracować zdalnie. Najczęściej wybieranym modelem jest praca w biurze w wymiarze 3-4 dni. Takie podejście może w perspektywie długookresowej mieć znaczący wpływ na zapotrzebowanie na powierzchnię biurową – prognozuje Piotr Smagała z REDD.

W ocenie eksperta, biura jednak nadal odgrywać będą znaczącą rolę w firmach. Dla biznesu są one niezbędne i pokazały to ostatnie miesiące. Home office odkrył, jak ważny dla zespołu jest kontakt osobisty, jak bardzo potrzebne są spotkania osobiste i „burza mózgów”.

Negatywne skutki pandemii COVID-19 rynek biurowy zaczął odczuwać niemal od razu po wprowadzeniu twardego lockdownu w marcu 2020 roku. Negocjacje dotyczące wynajmu nowych powierzchni w wielu przypadkach zostały zawieszone, a firmy czekały na ustabilizowanie się sytuacji – mówi Piotr Smagała.

Podaż. Ponad 646 tys. nowych mkw. w całej Polsce

W 2020 roku na rynek dostarczono w całej Polsce ponad 646 tys. mkw. biur. W samej stolicy pojawiła się powierzchnia w ramach np. The Warsaw Hub, zrealizowanego przez Ghelamco Poland o powierzchni 89 tys. mkw. czy Mennica Legacy Tower od Golub GetHouse, który dostarczył ponad 47 tys. mkw.

Nowe inwestycje będą kontynuowane, ale podjęcie decyzji o ich rozpoczęciu będzie szerzej analizowane niż do tej pory. Deweloperzy dużo ostrożniej podchodzą do nowych projektów, a data ich rozpoczęcia może wydłużyć się do momentu ustabilizowania sytuacji związanej z pandemią COVID-19 – mówi Piotr Smagała, REDD.

Właściciele zmieniają podejście

Sytuacja ostatnich miesięcy zmieniła także podejście właścicieli budynków. Już teraz są oni bardziej skłonni do większego pola negocjacji czynszu i długości trwania umowy – zaznacza Piotr Smagała.

Jak dodaje, jednym z ważniejszych trendów w 2020 roku była również wzrastająca liczba powierzchni oferowanej na podnajem. Obecnie w Warszawie na firmy zainteresowane takim rozwiązaniem czeka ok. 110 tys. mkw.

Dodatkowo właściciele dostosowują się do wymagań najemców. Co za tym idzie, oferować będą elastyczną powierzchnię w budynkach. Ważne będą przestrzenie wspólne w budynkach, salki konferencyjne „na godziny” dostępne dla wszystkich najemców obiektu. Idziemy w kierunku takiej „coworkizacji biur”.

Czynsze coraz niższe

W ostatnich miesiącach obserwujemy redukcję stawek czynszów za wynajem powierzchni biurowych, zarówno po stronie czynszów bazowych, jak i efektywnych. Średnia stawka w Warszawie wynosi nieco pod 14 euro/mkw./m-c. Spadek średnich stawek dotyczy każdej klasy obiektów biurowych.

Platforma REDD Real Estate Digital Data opublikowała dane dotyczące całego rynku powierzchni biurowych w Polsce za rok 2020. Źródłem informacji jest największa baza danych o rynku analizująca 26 rynków biurowych w kraju. Dane zawarte w raporcie „Office Market Snapshot 2020” dotyczą powierzchni biurowej oddanej do użytku w budynkach klas A, B i C, budynków w budowie, liczby i wielkości transakcji wynajmu, liczby powierzchni niewynajętej oraz liczby powierzchni będącej w IV kw. oferowanej do podnajmu.

Co dalej z Amazonem?

Amazon, który należy do grona pięciu największych spółek technologicznych, przygotowuje się do ekspansji w warunkach, gdy zakończy się pandemia. W listopadzie 2020 r. uruchomił aptekę internetową. Inwestorzy w napięciu czekają na wyniki finansowe giganta.

– Amazon w Polsce kojarzony jest przede wszystkim z e-commerce, jednak jego działalność jest o wiele szersza i szyta na miarę pandemii, gdy konsumenci mają ograniczony dostęp do tradycyjnych zakupów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Spółka prężnie działa także w obszarze streamingu wideo na żądanie, a więc tam, gdzie Netflix, Apple czy Disney.

Kurs akcji Amazon w 2020 r. wzrósł o ponad 100 proc. Jeżeli skala pandemii będzie szybko maleć, czy musi to negatywnie wpłynąć na wyniki finansowe Amazon? Niekoniecznie, bo spółka bardzo szybko rozwija się w obszarze usług w chmurze. I jest już liderem, prześcigając Microsoft.

– Internetowa apteka Amazon Pharmacy może w przyszłości przynosić gigantyczne przychody, bo rynek opieki zdrowotnej wart jest w USA 4 bln dolarów – wyjaśnia ekspert CMC Markets.

Ta ekspansja zmieni także rynek usług e-commerce w Polsce, pozostają tylko wątpliwości, jak bardzo. Wejście Allegro na GPW było debiutem 2020 roku na warszawskiej giełdzie, a inwestorów nie wystraszyła informacja w prospekcie emisyjnym, że bardzo istotnym czynnikiem ryzyka może okazać się właśnie wejście Amazon na polski rynek.

– 27 stycznia Amazon oficjalnie ogłosił, że rozpoczyna działalność swojego serwisu amazon.pl i przedsiębiorcy mogą już rejestrować się na tym portalu, a więc ten czynnik ryzyka właśnie się materializuje, a po tej informacji kurs akcji Allegro mocno spadł – dodaje Maciej Leściorz. – Jak dotąd wysokie wzrosty kursu akcji Amazon sprzyjały Allegro, bo akcje obu spółek często znajdowały się w portfelach tych samych inwestorów, teraz może się to zmienić.

Wojna o polski rynek pomiędzy Amazon i Allegro jest nieunikniona, ale jej kulminacja może mieć miejsce dopiero za kilka lat. Nie bez powodu jednak Amazon ma już w Polsce swoje centra logistyczne.

Prawie połowa Polaków kupuje na zapas. Jedna trzecia zapłaci więcej za wygodę podczas zakupów

46 proc. Polaków, a więc aż o 5 p.p. więcej niż miesiąc temu, kupuje więcej niż jest w stanie zużyć na bieżąco. To najwyższy wynik w historii ankiety Global State of the Consumer Tracker, przeprowadzanej cyklicznie przez firmę doradczą Deloitte. Najnowsze wyniki badania reakcji i obaw konsumentów związanych z pandemią pokazują także spore zmiany w koszykach zakupowych Polaków. O 10 p.p. spadła liczba konsumentów, którzy spodziewają się więcej wydać na żywność. Mniej z nas przewiduje również większe wydatki na odzież i rzeczy do domu. Od listopada spada także, opracowany przed Deloitte, indeks niepokoju. Obecnie wynosi on dla Polski 2 proc.

Styczniowa edycja badania Deloitte jest drugą z kolei, która pokazuje spadek poziomu obaw polskich konsumentów. Od listopada, czyli miesiąca kiedy opracowany przez firmę doradczą indeks niepokoju wyniósł nad Wisłą rekordowe 34 proc., dziś jest on o 32 p.p. niższy. W najnowszej edycji badania różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które temu zaprzeczyły, wyniosła zaledwie 2 proc., a Polska z kraju o najwyższym indeksie niepokoju na świecie spadła w ciągu dwóch miesięcy na szóste miejsce i tylko w Europie wyprzedzają nas Irlandia, Wielka Brytania i Włochy.

Topnieje liczba polskich konsumentów, którzy wskazują pandemię COVID-19 jako główną przyczynę wzrostu poziomu niepokoju. W ciągu miesiąca to spadek o kolejne 2 p.p. O 3 p.p. mniej jest także osób, które martwią inne problemy zdrowotne, czy kwestia wysłania dzieci do szkoły. Zauważalnie natomiast zyskują na znaczeniu kwestie związane z sytuacją zawodową czy zatrudnieniem. Liczba osób, które wskazały ten powód jako przyczynę wzrostu niepokoju zwiększyła się z 28 proc. do 35 proc. – mówi Michał Tokarski, Partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

Więcej wydamy na podróże

Mimo obostrzeń w różnych krajach związanych z pandemią oraz zamkniętych hoteli w Polsce, konsumenci nad Wisłą deklarują znacznie większe niż miesiąc temu planowane wydatki na podróże. Liczba osób, które w ciągu najbliższych czterech tygodni chcą wydać na ten cel więcej, wzrosła z 9 do 13 proc. Z drugiej strony, wyniki najnowszej edycji badania poniekąd pokazują skutki kwarantanny i częstszego niż zwykle przebywania w domu. O 6 p.p. przybyło ankietowanych, którzy przewidują, że zwiększą wydatki na elektryczność czy ogrzewanie, a o 4 p.p. tych, którzy spodziewają się większych rachunków za telewizję kablową. To może też tłumaczyć dalszy nieznaczny wzrost (+1 p.p.) planowanych wydatków na elektronikę (17 proc.). Z 16 do 24 proc. wzrosła natomiast liczba zapytanych, którzy deklarują, że w ciągu najbliższego miesiąca więcej wydadzą na utrzymanie mieszkania lub domu (jak na przykład czynsz lub koszty związane z wynajmem), a także meble (15 proc.).

Spore zmiany widać też w spożywczym koszyku polskiego konsumenta. Po zwiększonych przed świętami Bożego Narodzenia i Sylwestrem wydatkach na żywność i alkohol, obecnie Polacy planują zdecydowanie mniej wydawać na te kategorie zakupowe. Tylko nieco ponad jedna czwarta z nas w nadchodzących tygodniach więcej wyda na artykuły spożywcze, podczas gdy miesiąc temu odpowiedziało tak aż 38 proc. ankietowanych. Z 18 do 13 proc. spadła również liczba konsumentów, którzy deklarują, że w najbliższym czasie zwiększą wydatki na alkohol, mówi Kamil Kucharczyk, Wicedyrektor w dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte.

Ekspert dodaje, że na podobnym poziomie (+1 p.p.) utrzymuje się natomiast liczba Polaków, którzy chcą więcej wydawać na jedzenie na wynos.

W ciągu miesiąca nad Wisłą spadła liczba konsumentów, którzy planują w ciągu najbliższych tygodni więcej wydać na odzież (17 proc.) i na rzeczy codziennego użytku do domu (25 proc.).

Zyskują duże marki

Zaraz po Niemcach, Polacy najchętniej na świecie kupują produkty spożywcze w sklepach stacjonarnych. Odpowiedziało tak aż 90 proc. z nas, a więc jedynie 1 p.p. mniej niż Niemców. Za Polakami są Włosi (89 proc.), Irlandczycy, Kanadyjczycy i Japończycy (po 88 proc.). Wciąż nie możemy się przekonać do kupowania żywności online. Decyduje się na to jedynie 7 proc. z nas, tyle samo co Francuzów i Włochów. Z większą rezerwą do kupowania żywności w Internecie podchodzą Kanadyjczycy (6 proc.). Najchętniej na świecie robią to mieszkańcy Korei Południowej (27 proc.), a w Europie – Brytyjczycy (20 proc.).

Zdecydowanie większym zaufaniem Polaków cieszą się produkty znanych marek. Najczęściej decydujemy się na ich zakup, wybierając rzeczy do domu (75 proc.) oraz napoje (59 proc.). Co ciekawe od ostatniego badania o 4 p.p. przybyło konsumentów, którzy wybierają znane marki podczas zakupu napojów.

Private labels, czyli marki własne sieci handlowych zdecydowanie wygrywają podczas zakupów żywności. W tym przypadku ufa im niespełna jedna trzecia rodzimych konsumentów. Nieco ponad jedna czwarta z nas wybiera marki własne sklepów, kupując środki higieny osobistej, a 24 proc. – napoje. Co ciekawe, w przypadku wszystkich kategorii zakupowych odnotowaliśmy w ciągu miesiąca spadek zainteresowania tzw. store brands na korzyść znanych i dużych marek, mówi Natalia Załęcka, CMO Advisory Leader, Deloitte.

Zauważalnie, o 6 p.p., spadła liczba konsumentów, którzy wybierają produkty dużych marek, bo uważają, że są lepszej jakości ( 32 proc.), choć nadal ufa im 36 proc. ankietowanych. O 2 p.p. przybyło Polaków, którzy z kolei wybierają produkty private labels, bo uważają, że są lepszej lub takiej samej jakości jak name brands.

Po elektronikę do sieci

Elektronika pozostaje kategorią zakupową, którą Polacy najchętniej kupują online (40 proc.). Często także przez Internet zamawiamy jedzenie (39 proc.). Nadal chętnie kupujemy online ubrania (35 proc.), choć od ostatniej fali badania liczba osób, które tak odpowiedziały – podobnie jak w przypadku elektroniki – spadła o 2 p.p.

Można przyjąć, że te trzy kategorie zakupowe także globalnie najchętniej kupowane są w sieci. Elektronikę kupuje w Internecie ponad połowa Brytyjczyków i aż 47 proc. Niemców. Do sklepów stacjonarnych z kolei konsumenci na świecie najczęściej wybierają się po jedzenie – jak na przykład wspomniani już Niemcy czy Polacy – i po leki. W tradycyjnych sklepach kupuje je aż 90 proc. Hiszpanów, mówi Wiesław Kotecki, Partner, lider zespołu Customer Strategy & Applied Design.

Po jedzeniu (90 proc.) i lekach (81 proc.) polscy konsumenci stacjonarnie najczęściej kupują rzeczy do domu (81 proc.) i meble (63 proc.).

To kolejna edycja badania Deloitte, w której uwagę przyciąga tzw. trend BOPIS, czyli buy online, pick up in store. Wolno, ale systematycznie przybywa w kraju konsumentów, którzy wybierają tę formę zakupów. Podobnie jak Francuzi, najchętniej zamawiamy w Internecie i odbieramy osobiście w sklepie elektronikę (14 proc.), a także ubrania i jedzenie w restauracjach (12 proc.). Najrzadziej decydujemy się na kupowanie w ten sposób żywności (4 proc.). Na świecie trend BOPIS największą popularnością cieszy się w Irlandii, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Po 19 proc. uczestników badania z tych krajów najczęściej zamawia w ten sposób jedzenie w restauracjach.

Zyskują odpowiedzialni społecznie

O 2 p.p. ubyło od ostatniej fali badania polskich konsumentów gotowych więcej zapłacić za wygodę, czyli na przykład dostarczenie zakupów do domu. Tzw. trendowi convenience poddaje się obecnie 31 proc. Polaków. 55 proc. z nich jako powód wskazuję ochronę zdrowia. To wciąż najważniejsza przyczyna, ale liczba osób, które ją wskazały spadła w ciągu miesiąca aż o 9 p.p. Nadal dokładnie połowa zapytanych decyduje się na to, kierując się oszczędnością czasu.

– Polacy nie tylko zdają się wracać do starych nawyków, związanych z robieniem zapasów, ale też liczba osób, które się na to decydują w ciągu miesiąca wzrosła aż o 5 p.p. i jest najwyższa w historii naszego badania. 46 proc. ankietowanych kupuje więcej niż jest w stanie zużyć na bieżąco. To też – co nie zaskakuje już od wielu miesięcy – najwyższy wynik w Europie. Globalnie wyprzedzają nas Chińczycy. Zapasy robi aż 61 proc. z nich – mówi Michał Tokarski.

O 2 p.p. spadła od początku grudnia liczba osób, które polują na okazje (46 proc.). W Europie najczęściej przyznają się do tego Niemcy i Brytyjczycy (48 proc.), na świecie – Chińczycy (64 proc.). Na stałym poziomie utrzymuje się liczba polskich konsumentów, którzy chętniej kupują od lokalnych sprzedawców i producentów, nawet jeśli muszą zapłacić za ich produkty więcej (48 proc.). W Europie przodują pod tym względem Irlandczycy, a lokalne produkty wybiera ponad połowa z nich. Nad Wisłą widać także lekki wzrost zainteresowania markami odpowiedzialnymi społecznie. 39 proc. z nas przyznaje, że kupuje więcej od producentów, którzy odpowiedzialnie zareagowali na kryzys wywołany pandemią.

O badaniu
Omawiana edycja badania „Global State of the Consumer Tracker” jest czternastą ankietą na świecie i jedenastą, w której udział bierze Polska. Badanie reakcji i obaw konsumentów związanych z pandemią koronawirusa, zostało przeprowadzone przez Deloitte na przełomie grudnia i stycznia wśród konsumentów z 18 krajów. Oprócz Polski byli to mieszkańcy: Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile oraz RPA. W każdym kraju zostało wypełnionych po tysiąc ankiet.

W 2020 roku liczba rejestracji samochodów osobowych w Polsce spadła o 23%

W 2020 r. w Polsce zarejestrowano 428,3 tys. nowych samochodów osobowych – o 23% mniej w porównaniu do 2019 roku. Spadki rejestracji, z wyjątkiem motocykli, dotyczą również aut dostawczych, ciężarowych, przyczep i naczep, autobusów oraz motorowerów. Tempo wzrostu utrzymuje segment samochodów osobowych z napędami alternatywnymi. W 2020 roku w Polsce liczba rejestracji samochodów tego typu wyniosła 79,2 tys. i była wyższa o 50,2% niż w 2019 roku. Przez pandemię COVID-19 spadła produkcja pojazdów. W całym 2020 roku w Polsce wyprodukowano ogółem 451,4 tys. pojazdów – o 30,5% mniej niż w poprzednim roku. Najgłębszy spadek wynoszący 35,8% odnotowano w produkcji samochodów osobowych.

W ostatnim kwartale 2020 roku zarejestrowano w Polsce 133,2 tys. nowych samochodów osobowych tj. o 11,5 tys. mniej niż w tym samym kwartale poprzedniego roku. Ogółem w całym 2020 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych spadła aż o 22,9% i wyniosła 428,3 tys. Spadki odnotowano w rejestracjach dokonywanych przez klientów instytucjonalnych, których w tym okresie było 311,1 tys. (-20,8%). Z kolei klienci indywidualni w omawianym czasie zarejestrowali 117,3 tys. szt. samochodów osobowych, co oznacza, że spadek był jeszcze głębszy i wyniósł -28%.

Rok 2020 był rokiem bezprecedensowych spadków zarówno w rejestracjach pojazdów, jak i produkcji motoryzacyjnej. Tak drastycznego obniżenia popytu na wszystkie kategorie pojazdów – z wyjątkiem motocykli – nie notowano w powojennej historii Europy. Co oczywiste – brak popytu przełożył się na wyhamowanie produkcji w całym sektorze motoryzacyjnym. Niestety, obserwując wstępne wyniki stycznia br. można przyjąć, że powrót do sytuacji sprzed roku 2020 potrwa wiele lat. Kryzys wywołany pandemią zbiegł się ponadto z trwającymi rewolucyjnymi zmianami w motoryzacji, mającymi na celu radykalne obniżenie emisji szkodliwych substancji. Cała branża stoi obecnie przed koniecznością przechodzenia na niskoemisyjne napędy, co pociąga za sobą i ogromne koszty i konieczność przewartościowania dotychczasowego podejścia do tradycyjnej motoryzacji – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Rynek samochodów premium+ okazał się bardziej odporny na skutki pandemii niż sektor marek popularnych. W całym 2020 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych marek premium+ wyniosła 76,6 tys. i była niższa o 4,8% w porównaniu do 2019 roku. Na rynku dominuje segment klientów instytucjonalnych, który skurczył się o 6,7%, natomiast liczba rejestracji w segmencie klientów indywidualnych wzrosła o 13,2% względem 2019 roku.

O ponad 50% więcej rejestracji pojazdów z napędami alternatywnymi niż w 2019 roku

W 2020 roku liczba rejestracji pojazdów z napędami alternatywnymi wyniosła 79,2 tys. i była wyższa o 50,2% niż w 2019 roku. Wzrost liczby rejestracji odnotowały wszystkie napędy alternatywne, największy dotyczy hybryd typu Plug-in – o 260,1% r/r, oraz samochodów elektrycznych – o 147,1% r/r. Ponad 60,2 tys. pojazdów z napędami alternatywnymi kupili klienci instytucjonalni, co przełożyło się na 46,7% wzrost r/r. Natomiast klienci indywidualni w całym 2020 roku kupili 18,9 tys. tego typu aut, co oznacza wzrost 62,4% w porównaniu do 2019 roku.

Pomimo kryzysu spowodowanego pandemią, w 2020 roku Polacy zarejestrowali 3,7 tys. pojazdów z napędem elektrycznym. Jest to wzrost aż o 147,1% w stosunku do 2019 roku. Można zatem stwierdzić, że trend rozwoju elektromobilności wciąż rośnie. Niezmiennie znacznie więcej aut z napędem alternatywnym nabyli klienci instytucjonalni w stosunku do klientów prywatnych. Warto jednak zwrócić uwagę na zdecydowanie wyższe tempo wzrostu, czyli ponad 62% wobec 46,7% wśród klientów indywidualnych – mówi Mirosław Michna, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Lider zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Niższa sprzedaż w segmencie autobusów oraz samochodów ciężarowych

W 2020 roku liczba rejestracji w segmencie autobusów i autokarów wyniosła 1 486 sztuk i była o 39,9% niższa niż w poprzednim roku. W grupie samochodów ciężarowych w omawianym okresie zarejestrowano 20,6 tys. samochodów ciężarowych, co oznacza spadek o 27% w porównaniu z 2019 rokiem. Podobnej wielkości spadki odnotowano w segmencie przyczep i naczep – w całym 2020 roku zarejestrowano ich 16,4 tys., tj. o 28,4% mniej niż w 2019 roku. Na całym rynku przyczep i naczep, liczba rejestracji dominujących konstrukcji skrzyniowych zmniejszyła się o 36%. W grupie naczep najbardziej łagodny spadek odnotowano wśród furgonów (-6%).

rejestracja nowych samochodów 2020

Wzrost sprzedaży motocykli

Sytuacja spowodowana pandemią COVID-19 nie zmieniła kierunku dynamicznego rozwoju, jaki polski rynek motocykli obrał w 2019 roku. W całym 2020 roku zarejestrowano 21,8 tys. nowych motocykli, czyli o 14,2% więcej niż przed rokiem. Pozytywną dynamikę odnotowały wszystkie typy tego rodzaju pojazdów – największą jednoślady typu sport (+49%) oraz off road (+33%).

Natomiast inaczej niż w przypadku motocykli, spadek liczby rejestracji odnotował segment motorowerów. W 2020 roku zarejestrowano 18,3 tys. nowych motorowerów, czyli o 4,3% mniej w porównaniu z 2019 rokiem.

Spadła liczba pojazdów wyprodukowanych w Polsce w 2020 roku

W 2020 roku w Polsce wyprodukowano 451,4 tys. pojazdów samochodowych. Oznacza to spadek o 30,5% w porównaniu z poprzednim rokiem. Spadła liczba wszystkich produkowanych rodzajów pojazdów. Najbardziej zmniejszył się wolumen produkcji samochodów osobowych, który wyniósł 278,9 tys. szt., czyli o 35,8% mniej niż w 2019 roku.