Czy matury i egzaminy ósmoklasisty powinny być odwołane?

W sytuacji epidemii i związanych z nią obostrzeń, szkoły stały się niejako zakładnikiem sytuacji politycznej. Dzisiejsze warunki nie są normalne. W odpowiedzi na nagły kryzysy porządek nauczania został szybko zmieniony – jednak nie można liczyć na to, że wszystko szybko wróci do normy. Utrzymanie harmonogramu roku szkolnego i akademickiego będzie niemożliwe. Chodzi zarówno o przeprowadzenie egzaminów, jak i rekrutacji. Z normalnego trybu i programu nauczania wyjęte zostały już prawie dwa miesiące. Politycy, jak i władze edukacyjne nadal twierdzą jednak, że wszystko będzie odbywać się zgodnie z wcześniejszym rytmem. Pierwsi chcą przekonać, że państwo funkcjonuje normalnie, a drudzy – uniknąć odwołania egzaminów. Odbywają się one w zewnętrznym systemie, który wymaga dużych nakładów finansowych i ludzkich. Rok przerwy oznaczałby brak tegorocznych wyników w statystykach oraz pracy kadry edukacyjnej.

– ­­­­Należy pogodzić się z tym, że czasami pewne sytuacje zewnętrzne wymuszają podjęcie trudnych decyzji. Wiadomo już, że egzaminy maturalne odbędą się najwcześniej w czerwcu, jednak zapewne zostaną przesunięte na lipiec – powiedział serwisowi eNewsroom Waldemar Siwiński, prezes Fundacji Edukacyjnej “Perspektywy”. – Podobnie może być w przypadku ósmoklasistów. Nie można jednak udawać, że mimo opóźnienia wszystko będzie odbywało się normalnie. Potrzebny jest czas na sprawdzenie testów, rekrutację na studia i do szkół oraz egzaminy poprawkowe. Miesiące nauki zdalnej na pewno odbiją się na jakości edukacji uczniów – zwłaszcza maturzystów i ósmoklasistów. Należy jednak dostosować się do nowej sytuacji i warunków, z którymi niespodziewanie przyszło się mierzyć. Obecnym rok można zaliczyć uczniom na podstawie dotychczasowych wyników – chociaż szkoły i uczelnie musiałyby przyjąć inną formułę rekrutacji. Nie jest to niemożliwe i było stosowane w czasach tzw. starej matury. W przypadku ósmoklasistów mamy do czynienia z systemem szkolnym. Nawet 90 proc. z nich idzie do miejscowych liceów i techników z okolic miejsca zamieszkania. Większość ekspertów jest przeciwna utrzymywaniu fikcyjnego przekonania, że dzisiejsza sytuacja w systemie edukacji szybko wróci do normy. Każde rozwiązanie w tej sytuacji ma wady i może przynieść straty. Zarówno w postaci psychicznej formy uczniów, jak i zachowania porządku czy pozyskiwania danych w systemie edukacyjnym. Nawet w przypadku odwołania egzaminów możliwe będzie jednak uzyskanie informacji o poziomie nauczania poszczególnych przedmiotów w danych regionach – podpowiada Siwiński.

441 tys. cudzoziemców z zezwoleniami na pobyt

W I kwartale roku liczba cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce wzrosła o prawie 18 tys. osób. Na początku kwietnia takie dokumenty posiadało niespełna 441 tys. obcokrajowców. Najliczniej zwiększyła się grupa obywateli Ukrainy. Nie spada także zainteresowanie zamieszkaniem w Polsce wśród Białorusinów i Gruzinów.

Z prawie 441 tys. cudzoziemców, którzy 1 kwietnia 2020 r. posiadali ważne dokumenty pobytowe, największe grupy stanowili obywatele: Ukrainy – 228,1 tys. osób, Białorusi – 27,1 tys., Niemiec – 21,3 tys., Rosji – 12,8 tys., Wietnamu – 11,9 tys., Indii – 10,1 tys., Włoch – 8,6 tys., Chin – 8,3 tys., Wielkiej Brytanii – 6,4 tys. oraz Gruzji – 6,3 tys.

W I kwartale tego roku największy wzrost wśród cudzoziemców osiedlających się w Polsce dotyczył obywateli:

– Ukrainy – o 13,4 tys. osób;

– Białorusi – o 1,6 tys. osób;

– Gruzji – o 0,8 tys. osób.

Najwięcej cudzoziemców posiada zezwolenia na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat). W I kwartale liczba osób z tego typu dokumentami wzrosła o prawie 14 tys. – z 241,8 tys. do 255,5 tys. Grupa obcokrajowców uprawnionych do pobytu stałego zwiększyła się natomiast z 78,4 tys. do 80,4 tys. osób.

Około 57 proc. cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce to osoby w przedziale wiekowym 20 – 39 lat, prawie 26 proc. w przedziale 40 – 59 lat, a 13 proc. poniżej 20. roku życia. Blisko 61 proc. stanowią mężczyźni – 267,5 tys. w porównaniu do 172,3 tys. kobiet.

Rozproszenie cudzoziemców na terenie kraju pozostało nierównomierne i skupiło się w województwach z dużymi ośrodkami miejskimi. Najbardziej popularnymi regionami są województwa: mazowieckie – 118,4 tys. osób, małopolskie – 48,5 tys., wielkopolskie – 35,9 tys., dolnośląskie – 35,9 tys. oraz łódzkie – 27 tys.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz. Nie obejmują również zezwoleń na pobyt czasowy, których okres ważności został tymczasowo wydłużony ze względu na wprowadzenie stanu zagrożenia epidemicznego i stanu epidemii.

Osłabienie gospodarki będzie sprawdzianem lojalności konsumentów i kontrahentów

Epidemia koronawirusa odciska piętno na światowych rynkach, kondycji ekonomicznej spółek i nastrojach konsumentów. Firmy, aby minimalizować ryzyko wystąpienia choroby COVID-19 przemodelowały, bądź wstrzymały procesy produkcyjne czy świadczenie usług. Tam, gdzie było to możliwe, wprowadziły pracę zdalną. Jesteśmy u progu transformacji procesów sprzedażowych, w których lojalność klientów i kontrahentów będzie ważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Zachowanie płynności produkcji i łańcucha dostaw oraz utrzymanie możliwie jak największej sprzedaży produktów czy usług to wyzwania, z którymi mierzą się przedsiębiorcy niezależnie od branży oraz wielkości firmy. Założenia, które poczynili w strategiach biznesowych, sprzedażowych, marketingowych często już nie mają racji bytu. Jak wynika z badania „Cztery trendy, które zmienią sprzedaż B2B w 2020”, zrealizowanego na przełomie 2019 i 2020 roku, na zlecenie Sodexo Benefits and Rewards Service, szefowie sprzedaży, reprezentujący największe spółki w Polsce, sygnalizowali obawy przed ewentualnym kryzysem. Wskazywali, że po latach prosperity w 2020 roku może być trudniej utrzymać dobry wzrost wpływów. Pojawienie się koronawirusa znacząco jednak wykracza poza prognozowane wyzwania. W związku z tym nie można zwlekać z działaniami mającymi na celu wsparcie sprzedaży. Jak wynika z analizy marek „BrandZ”, przeprowadzonego przez Kantar po kryzysie gospodarczym w 2008 r., te marki, które podjęły takie działania przezwyciężyły trudności związane z kryzysem aż dziewięć razy szybciej niż te, które takich kroków nie podjęły. Wielu analityków i ekspertów jest zgodnych, że umiarkowany wzrost wydatków na wsparcie sprzedaży w trudnych, kryzysowych sytuacjach, może pomóc w zwiększeniu udziałów rynkowych i w rezultacie w osiągnięciu wyższego zysku w długim okresie.

Jeszcze kilka tygodni temu można było śmiało powiedzieć, że celem sił sprzedaży B2B w 2020 roku będzie wzrost dzięki strategicznym klientom oraz zwiększenie udziału w portfelu kupującego. Obecnie kluczowym wyzwaniem jest utrzymanie się na rynku dzięki bieżącym klientom. W obliczu wyzwania, jakim będzie konieczność odbudowania przez światowe gospodarki strat wynikających z pandemii koronawirusa, szczególnego znaczenia nabiera partnerstwo w biznesie. Jesteśmy wręcz u progu transformacji procesów sprzedażowych, w których lojalność klientów i kontrahentów będzie ważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. To, w jaki sposób liderzy branżowi będą traktować swoich kontrahentów, w tym detalistów i dystrybutorów, w znaczący sposób może wpłynąć nie tylko na sytuację ekonomiczną każdej ze stron procesu, ale także przełoży się na doświadczenia i decyzje zakupowe klientów indywidualnych – powiedział Sebastian Lachowski, Dyrektor Sprzedaży w Sodexo Benefits and Rewards Services Polska.

Akcja pociąga za sobą reakcję

Szacunki ekonomistów dotyczące konsekwencji społeczno-gospodarczych epidemii ulegają zmianom. Zarówno prezesi międzynarodowych spółek, jak i właściciele firm rodzinnych podejmują szereg inicjatyw i starają się minimalizować starty. W zastałej sytuacji znamienne wydają się słowa Jeff’a Bezos’a, CEO i założyciela Amazona, który powiedział: „Nie martwi mnie ktoś, kto oferuje ceny o 5% niższe. Niepokoi mnie ktoś, kto może zaoferować lepsze doznania dla klienta”. Z perspektywy B2B, w której klientem są dystrybutorzy, właściciele hurtowni, sklepów czy serwisów, to o ich doznania, odczucia, a także emocje warto zadbać dziś, by procentowały na przyszłość. Jak to zrobić?

Gdy słowa kryzys, niepewność, spowolnienie, spadek odmieniane są przez wszystkie przypadki, zyskuje na sile potrzeba zapewnienia poczucia bezpieczeństwa i budowania pozytywnych emocji, skojarzeń z marką i jej produktami. Szczególnie, że na końcu każdego łańcucha dostaw i procesu czy akcji sprzedażowej stoi człowiek. Dlatego też z punktu widzenia sprzedaży w B2B, warto za przykładem społeczeństwa, które dziękuje lekarzom i pielęgniarkom, podziękować swoim kontrahentom, a przede wszystkim zapewnić im poczucie bezpieczeństwa. To moment, by pokazać im, że choć zaistniałe okoliczności sprawiły, że większość biznesu przeniosła się do świata wirtualnego, jesteśmy blisko. Bez wątpienia przełoży się to na wyniki, gdy tylko produkcja, sprzedaż i świadczenie usług zostanie przywrócone – powiedział Sebastian Lachowski z Sodexo.

Jednym z elementów wpływających na satysfakcję konsumenta są pozytywne doświadczenia zakupowe. W branży OTC w znacznej mierze kształtują je farmaceuci, w motoryzacyjnej mechanicy, natomiast w budowlanej, RTV i AGD oraz spożywczej sprzedawcy. Od ich zaangażowania, aktywności zależy satysfakcja konsumenta, to czy skorzysta z danej usługi ponownie, czy zarekomenduje daną markę, kiedy już skończy się kwarantanna. W związku z tym warto cały czas budować lojalność klienta poprzez rozwiązywanie jego problemów oraz zwiększanie skuteczności działania.

7 powodów, dla których Twój biznes powinien przyjmować płatności w Bitcoinie

Potoczne myślenie o kryptowalutach to kojarzenie ich z pralniami brudnych pieniędzy gangsterów lub transakcjami pomiędzy szemranymi milionerami, którzy zbudowali fortuny na nieczystych interesach. Na szczęście coraz więcej przedsiębiorców wie już więcej o Bitcoinie i potrafi wykorzystać potencjał kryptowaluty w systemie własnych płatności. Wiedza ta jest źródłem znaczącej przewagi konkurencyjnej. Oto siedem wybranych powodów, dla których warto wprowadzić sprawny system płatności w Bitcoinie. Ta wiedza może być początkiem nowego rozdziału w rozwoju Twojego biznesu.

Poniższa lista 7 powodów została przygotowana przez zespół redakcyjny strony Odkryj Bitcoin. Poradnika dla początkujących pokazującego jak poruszać się w Świecie kryptowalut.

Powód 1: Prowizje od płatności w Bitcoinie są niższe niż w przypadku karty kredytowej lub portfela internetowego 

Osoby prowadzące różnorodne formy biznesów internetowych doceniają coraz szerzej korzystny system płatności w kryptowalucie Bitcoin. E-commerce to ścieżka przyszłości, dlatego warto umożliwić klientom płacenie w kryptowalucie. Obecnie jest to możliwe albo za sprawą współpracy z obecnymi na rynku pośrednikami, albo samemu wymieniać Bitcoin na wybraną przez nas walutę. W tym drugim przypadku możliwy jest także zysk wynikający wprost z aktualnego kursu kryptowaluty Bitcoin, podobnie jak w przypadku wymiany tradycyjnych walut.  

Powód 2: Bezpieczeństwo transakcji dzięki ich szyfrowaniu

Drugi powód, dla którego warto wprowadzić płatności w Bitcoinie to gwarancja bezpieczeństwa dokonywania operacji finansowych w Bitcoinie. Jak wiadomo, ten rodzaj transakcji jest bezpieczny i szyfrowany, co sprawia, że w zasadzie niemożliwe staje się wyłudzenie zwrotu środków finansowych. A to przy prowadzeniu działalności biznesowej bardzo istotny atut w stosowaniu Bitcoina. 

Powód 3: Wprowadzenie płatności w Bitcoinie to pozyskanie klientów płacących w tej kryptowalucie 

Środowisko docelowych klientów to zarazem dostęp do ich pieniędzy, a więc możliwości nabywczych. Nie da się ukryć, że kryptowaluty Bitcoin używają ludzie odważni, przedsiębiorczy i chętnie się uczący, co dobrze wróży ich rozwojowi finansowemu. Coraz więcej przedsiębiorców, zwłaszcza właścicieli sklepów oferuje swoim klientom system płatności w Bitcoinie. Jeśli i w naszym biznesie zaistnieje taka możliwość, zyskamy tym samym dostęp do społeczności użytkowników tej kryptowaluty, budując swą markę biznesową i oszczędzając na reklamie, bo opinia środowiskowa jest podstawą trwałego i długofalowego biznesu.  

Powód 4: Bitcoin to możliwość wprowadzenia systemu mikropłatności w naszym biznesie 

Bitcoin umożliwia stosowanie w naszej działalności biznesowej mikropłatności. A to bardzo ważna innowacja. Dzięki niej można dokonywać i przyjmować płatności w drobnych kwotach, a to przydaje się szczególnie w przypadku obsługi serwisów ogłoszeniowych lub w płatności w grach czy aplikacjach. 

Powód 5: Możliwość rozliczeń międzynarodowych w kryptowalucie 

Bitcoin jako sposób płatności znakomicie sprawdza się w transakcjach międzynarodowych. Przelewy tego typu nie generują bowiem dodatkowych prowizji od transakcji. Wypłata w Bitcoin trafia natychmiast na konto adresata, niezależnie od kraju jego lokalizacji. Wszystkie te cechy płatności w Bitcoin mogą znacząco rozbudzić naszą współpracę międzynarodową lub po prostu zjednać nam przychylność międzynarodowych klientów i kontrahentów.  

Powód 6: A może promocja naszego biznesu w ramach akcji crowdfundingowych? Bitcoin to argument za! 

Nie od dziś wiadomo, że dobra, czyli najlepiej tania i głośna reklama jest dźwignią handlu produktem, usługą lub fundamentem marki osobistej. Stworzenia akcji crowdfundingowej, w której metodą płatności będzie właśnie Bitcoin, otwiera nasz biznes na globalny rynek. Warto także przy tej okazji śledzić najlepsze momenty kursu Bitcoina, a zyski ze zbiórki mogą być znacznie wyższe niż w przypadku tradycyjnego posługiwania się inną walutą. W przypadku takich działań buduje się również nowatorski i nowoczesny wizerunek naszej firmy, a to już kapitał nie do podważenia i inwestycja w przyszłość, wszak opinia środowiskowa w biznesie jest zawsze na wagę złota. Użytkownicy kryptowaluty Bitcoin należą do grona osób najbardziej otwartych na nowe szanse wielu sektorów gospodarki, gdyż cechuje ich psychologiczna skłonność do poszerzania pola ekspansji biznesowych.  

Powód 7: Bitcoin ułatwia nam dbanie o dywersyfikację ryzyka zarządzania kapitałem finansowym. 

Nawet początkujący przedsiębiorcy wiedzą, że dywersyfikacja ryzyka finansowego pomaga utrzymać płynność finansową naszego biznesu, tym samym dając przedsiębiorcy ważną przestrzeń dla innowacji. Kryzysy finansowe, inflacja, wahania rynku zrujnowały już niejeden biznesplan. Dlatego właśnie płatności w Bitcoin mogą być dobrym narzędziem redukcji ryzyka biznesowego. Gdzie jeszcze może się przydać ta forma płatności w kryptowalucie o zdecydowanie najlepszej reputacji? Eksperci wymieniają jednym tchem:

  • księgi transakcji reprezentujące akcje
  • płatności za mienie ruchome i nieruchome
  • opłaty za kilowatogodziny energii

Technologia blockchain, w ramach której funkcjonuje kryptowaluta Bitcoin ma jeszcze szereg innych zastosowań, łącznie z zarobkowaniem na giełdzie kryptowalut. Istnieje więc wiele, coraz nowszych powodów, aby Bitcoin wprowadzić do naszego systemu płatności w biznesie. Warto kreować zaufanie do naszego biznesu otwierając go na nowe perspektywy rozwojowe, a do takich należy przecież – budujący dopiero swoją pozycję wśród polskich przedsiębiorców i ich klientów – rynek kryptowalut. 

Litwa zazdrości Estonii i wprowadza elektroniczną rezydencję

E-rezydencja Estonii

Według rankingu OECD, Estonia jest liderem w zakresie inteligentnego wykorzystywania technologii informatycznych w lokalnym systemie administracyjnym oraz podatkowym. Nie jest tajemnicą, że przyczyniło się ku temu wprowadzenie w grudniu 2014 roku programu e-Residency pozwalającego na zdalne założenie estońskiej spółki, jak również zdalne zarządzanie prowadzonym biznesem. Korzyści jakie oferuje system zaskoczyły nie tylko OECD ale również samych podatników. Nie spodziewano się że kierowanie firmą może odbywać z każdego miejsca na świecie, a takie czynności, jak deklarowanie podatków, składanie sprawozdań finansowych, udzielenie pełnomocnictwa, szyfrowanie danych czy dostęp do usług publicznych, mogą zostać wykonane zdalnie. Co istotne, korzyści płynące z programu są przeznaczone nie tylko dla Estończyków ale również dla obywateli innych państw, w tym dla obywateli naszego kraju.

Litwa podąża śladami sąsiada

Zmiany w litewskim prawie spowodują, że analogiczny program zostanie wprowadzony u kolejnego z naszych sąsiadów. Stanie się tak od 1 stycznia 2021 roku. Skutkiem tego e-Rezydent – którym może zostać także polski obywatel – otrzyma cyfrową identyfikację tożsamości, która zapewni dostęp online do szeregu usług administracyjnych, publicznych i komercyjnych. Możliwe będzie m.in. zdalne założenie spółki, otworzenie konta bankowego oraz składanie deklaracji podatkowych. Nowa inicjatywa ma za zadanie poprawić krajowe otoczenie biznesowe i przyciągnąć zagranicznych przedsiębiorców. Przemawiają za tym dane liczbowe jakie przekazała estońska administracja. Wynika z nich, że w Estonii przybyło 54 000 nowych przedsiębiorców ze 136 państw, głównie z Finlandii, Rosji, Niemiec, Francji, Turcji i Ukrainy. Płacone przez nich podatki liczone są w dziesiątkach milionów euro.

Polski przedsiębiorca

Co to oznacza dla polskich przedsiębiorców? Bez wątpienia litewska e-Rezydencja (obok estońskiej) będzie stanowić wybawienie dla polskich freelancerów i osób wykonujących wolne zawody, którzy mają dość kolejnych obowiązków administracyjnych, kontroli podatkowych, wizyt w urzędach i – niestety – nadal funkcjonującej w naszym systemie wszechobecnej „papierologii”. E-Rezydencja pozwoli zatem polskiemu obywatelowi na błyskawiczne założenie litewskiej spółki, prowadzenie działalności za jej pośrednictwem oraz zdalne zarządzanie praktycznie z każdego miejsca na świecie. Dołączenie do tego niższych niż w Polsce obciążeń podatkowych spowoduje, że polski przedsiębiorca stanie przed prostym wyborem – albo działania w ramach innowacyjnego i przyjaznego systemu skarbowego, albo trwania w polskim systemie fiskalnym, nafaszerowanym w ostatnich latach wszelkiej maści sankcjami za każde popełnione przewinienie. Aby nie być gołosłownym, od 2020 roku wejdą w życie kolejne, związane z tzw. białą listą podatników VAT. Litewska e-Rezydencja jest zatem pozytywną wiadomością dla polskich przedsiębiorców i obok estońskiej będzie ona stanowić ciekawą alternatywę dla zmiany jurysdykcji podatkowej, w ramach której prowadzona będzie działalność gospodarcza.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę na litewskie obciążenia podatkowe, która są niższe od tych obowiązujących w Polsce. Warto zatem wspomnieć o możliwości zastosowania 15% stawki na gruncie podatków dochodowych. Z kolei małe spółki zapłacą jeszcze mniej, bo jedynie 5% wygenerowanego zysku. Stawka VAT jest również niższa i wynosi 21%.

Znamienny jest również fakt kilkudziesięciu miejsc, jakie dzielą Litwę i Polskę w rankingu na najbardziej skomplikowany system podatkowy (z korzyścią dla naszego sąsiada). Litewscy przedsiębiorcy potrzebują aż trzy razy mniej czasu na wypełnienie obowiązków podatkowych, niż ich polscy odpowiednicy. Dodać również trzeba, że litewski system przewiduje zwolnienie podatkowe w pierwszych latach prowadzenia działalności.

Powyższe okoliczności każą przyjąć, że litewska e-Rezydencja będzie skazana na podobny sukces, jaki osiągnął analogiczny program w Estonii. Co ważne będzie on w pełni dostępny dla polskich przedsiębiorców.

Autor: INTL Corporate Services

Michał Styś: pora zdefiniować nową normalność

„To samo już nigdy nie będzie” – czytamy w tomiku „Opowiadania” Edwarda Stachury i zastanawiamy się, na ile słowa te okażą się prorocze w kontekście postaw konsumenckich i sposobu korzystania z powierzchni komercyjnych po zakończeniu pandemii. Michał Styś, szef OPG Property Professionals, firmy doradzającej i zarządzającej aktywami i projektami deweloperskimi na rynku nieruchomości, podkreśla: im szybciej najemcy handlowo-usługowi uwzględnią nowe trendy i wdrożą konkretne rozwiązania, tym lepiej będą przygotowani na nadejście nowej rzeczywistości.

Czy sektor handlowo-usługowy ma szansę powrócić na dawne tory po zakończeniu pandemii i zniesieniu związanych z nią ograniczeń?

Michał Styś: Choć może zabrzmi to nieco banalnie, to… czas pokaże. Czas stanowi tu słowo klucz, ponieważ nie wiemy dokładnie, ile gospodarce zajmie rekuperacja do stanu sprzed kryzysu. To, co wiemy niemal na pewno, to że w chwili otwarcia galerii handlowych klienci nie ruszą masowo na zakupy, a po odmrożeniu restauracji – nie zabukują całego miesiąca do przodu. To widać na przykładzie doświadczeń zarówno chińskich, jak i niemieckich. W Państwie Środka handel i usługi wróciły do gry z obrotami o 70% niższymi, niż przed pandemią. Innymi słowy, nie zobaczymy raczej wszechobecnej euforii, marynarzy całujących pielęgniarki na Times Square, jak po zakończeniu II wojny światowej. Popyt odbudowywać się będzie stopniowo, w rytm łagodzenia obostrzeń oraz powrotu do psychicznego komfortu przebywania w miejscach publicznych. A to bardzo indywidualna kwestia. Dla większości osób powrót do normalności będzie procesem – mniej lub bardziej długotrwałym. Dla innych „normalność” zostanie zdefiniowana praktycznie na nowo.

Koronawirus zrewolucjonizuje sposób, w jaki dokonujemy zakupów?

Michał Styś: Aktualną sytuację oraz jej wpływ na rynek handlowo-usługowy w przyszłości postrzegałbym raczej jako kolejny stopień ewolucji, a nie rewolucję. Oczywiście, zmiana ma charakter gwałtowny, nasze życie w dobie koronawirusa zmieniło się niemal z dnia na dzień. Ale pojawienie się zewnętrznego czynnika tak naprawdę przyspieszy pewne procesy i trendy, które już od jakiegoś czasu były widoczne.

O jakich trendach mówimy? Czy handel nie przeniesie się w większości do internetu?

Michał Styś: James Daunt, o którym mówi się, że uratował największą sieć brytyjskich księgarni Waterstones przed internetową ekspansją Amazona, w jednym z wywiadów podkreślił, że dni sklepów stawiających tylko na sprzedaż są policzone. Jeszcze przed wybuchem pandemii fizyczny sklep stanowił ważny element złożonej, wielokanałowej drogi do zakupu, pełniąc funkcję punktu odbioru zakupów czy miejsca, w którym możemy obejrzeć interesujący nas towar przed podjęciem ostatecznej decyzji. Ponadto, umiejscowienie marki w prestiżowej lokalizacji w silny sposób buduje jej wizerunek. To przekłada się na cenne doświadczenie zakupowe, które przede wszystkim oparte jest na obsłudze ludzkiej. Myślę, że ewolucja sklepów stacjonarnych będzie dalej szła w tym kierunku.

Aby przyciągnąć klienta, marki będą mocniej stawiać na tzw. Customer Experience?

Michał Styś: Pandemia koronawirusa, jako wydarzenie o praktycznie bezprecedensowej skali, wpływa na rynek na tyle silnie, że kreuje wśród konsumentów nowe potrzeby – głównie w sferze komfortu i bezpieczeństwa zakupów. Spodziewamy się, że po odmrożeniu gospodarki klienci chętniej będą odwiedzali sklepy zlokalizowane poza zamkniętymi przestrzeniami w centrach handlowych. Punkty te oferować będą bardziej spersonalizowaną obsługę, pozwalając uniknąć przy tym dużych skupisk ludności. Kryzys już teraz spowodował, że chętniej sięgamy po wyroby lokalne, wspierając w ten sposób rodzime biznesy. Coraz większą uwagę będziemy zwracać na pochodzenie produktów, historię i etykę stojącą za daną metką. Nasz świat w pewnym sensie się skurczy.

Czy to oznacza, że w najbliższych latach większą rolę do odegrania będą miały ulice handlowe?

Michał Styś: Zarządzając wielofunkcyjną przestrzenią OFF Piotrkowska Center, dzielącą adres z główną ulicą handlową Łodzi, bardzo dobrze orientujemy się w tych trendach. Od samego początku projektu stawiamy na unikatowe i kreatywne biznesy rozwijane przez lokalnych przedsiębiorców. Pan Tu Nie Stał, Gloomy Sunday, Wysokie Półki, Patrycja Plesiak, TAKAPARA czy Animalkingdom to łódzkie marki, które znają już klienci z całej Polski. Co sobotę odbywa się tutaj kiermasz ze zdrową żywnością od producentów z regionu, a w sezonie letnim – targi z udziałem lokalnych projektantów i rękodzielników, połączone z warsztatami na temat odpowiedzialnej mody. Wierzymy w zwrot rynku w kierunku ulic handlowych z bogatą ofertą gastronomiczną, dlatego teren popularnego „OFFa” uzupełnimy o nowy budynek Fern. Przy głównym deptaku miasta znajdzie się miejsce dla marek i projektantów, którym zależy na wyjątkowej oprawie dla ich salonów.

A co z tradycyjnymi galeriami handlowymi? Czy czeka je kryzys?

Michał Styś: Mówiąc w pewnym uproszczeniu, obroty firm zależne są od liczby osób odwiedzających ich lokale. O ile branża spożywcza raczej nie ma powodów do niepokoju, większe problemy mogą stać przed operatorami do tej pory stawiającymi bardzo mocno na lokalizacje w centrach handlowych – mam tu na myśli duże marki odzieżowe i obuwnicze, salony sprzedaży książek, filmów, zabawek, muzyki i gier, sklepy z elektroniką oraz sprzętem gospodarstwa domowego czy drogerie. Obecność w galerii handlowej wiąże się z wysokimi kosztami na poczet części wspólnych, obsługi eksploatacyjnej i prawno-administracyjnej oraz marketingu centrum. Łączne koszty utrzymania, w obliczu rezerwy konsumentów wobec dużych, zamkniętych powierzchni, mogą stanowić realne wyzwanie. W tej sytuacji widzę dwa możliwe wyjścia. Pierwsze – zdecydowane wprowadzenie strefy cyfrowej w obszar sklepów stacjonarnych, w myśl trendu „phyigtal” (od angielskich słów physical + digital – przy.red.). Autonomiczne, bezobsługowe sklepy czy płatności mobilne realizowane w systemie scan-and-go to przykłady technologii, dzięki którym zrobimy szybsze i bezpieczniejsze zakupy, bez długich kolejek i przy ograniczonej liczbie kontaktów z innymi osobami.

A drugie wyjście?

Michał Styś: Modyfikacja strategii handlowej dotyczącej ekspozycji towarów oraz sposobów pozyskiwania i użytkowania powierzchni komercyjnych. Myślę, że przyszła sytuacja na rynku nieruchomości skłoni część operatorów do otwarcia nowych punktów w atrakcyjnych, centralnych lokalizacjach, poza tradycyjnymi galeriami. Właściciele działający w obrębie ulic handlowych muszą być przygotowani na tę ewentualność. Jako profesjonalni doradcy z doświadczeniem w realizacji projektu OFF Piotrkowska Center, służymy pomocą w dostosowaniu powierzchni do możliwych wymagań rynku, zarówno w ujęciu koncepcji biznesowych i operacyjnych dla tego typu projektów wielofunkcyjnych, architektoniczno-funkcjonalnym, jak i administracyjno-prawnym.

Nadzieja w centrach polskich miast?

Michał Styś: „Nadzieja jest niedobra. Wiara jest dobra. Najlepsza” – pisał Edward Stachura. Kryzysy były, są i będą pojawiać się zawsze. Liczy się to, jak szybko najemcy i właściciele nieruchomości znajdą sposób, by poruszać się w nowej sytuacji. Pora, by zdefiniować nową normalność.

„Żywy lek” przeciwko ostrej niewydolności oddechowej w COVID-19 z dofinansowaniem ABM

Projekt badaczy Uniwersytetu Jagiellońskiego – Collegium Medicum, kierowany przez prof. Marcina Majkę oraz prof. Wojciecha Szczeklika uzyskał pozytywną rekomendację Prezesa Agencji Badań Medycznych, w ramach szybkiej ścieżki wsparcia dla opracowania szczepionki, terapii i rozwoju technik testów diagnostycznych w walce z koronawirusem. Badanie dotyczy przeprowadzenia niekomercyjnego badania klinicznego I i II Fazy u pacjentów z zespołem ostrej niewydolności oddechowej (ARDS) w powikłaniu choroby COVID-19.

Od czasu wybuchu epidemii COVID-19 nie ma innego leczenia ARDS w przebiegu COVID-19 niż wentylacja mechaniczna; niestety leczenie to jest jedynie częściowo skuteczne, a śmiertelność w tej populacji pacjentów sięga nawet 50%.

Lek oparty o komórki mezenchymalne czyli tzw. „żywy lek”, który będzie testowany w badaniu, może zmniejszać stan zapalny wywołany przez koronawirusa, zmniejszając degradację tkanki płucnej, w której zachodzi wymiana oddechowa. W konsekwencji może pozwolić to na redukcję zależności chorego od wentylacji mechanicznej w przypadkach ostrej niewydolności oddechowej i zwiększenie stopnia wyleczeń.

Projekt jest odpowiedzią na bardzo aktualny problem niesienia pomocy pacjentom w najcięższym stanie, kiedy intensywna terapia nie przynosi pożądanego skutku i stan pacjentów pogarsza się z każdą godziną. Nowa terapia może prowadzić do obniżenia śmiertelności najciężej chorych pacjentów zakażonych COVID19, a wyniki projektu mają szansę na relatywnie szybkie zastosowane w lecznictwie.

Na podstawie dotychczasowej oceny wydaje się, że nasz żywy lek na bazie komórek mezenchymalnych może posiadać pewne dodatkowe właściwości w stosunku do leków komórkowych, nad którymi uruchamiano ostatnio badania m.in. w USA, Dani, Wielkiej Brytanii czy Francji. Stawia nas to w I międzynarodowej lidze takich projektów i może stanowić ważną opcję terapeutyczną dla chorych z ciężkim przebiegiem COVID-19.” – podsumowuje Prof. Marcin Majka.

Nabór wniosków tylko do końca kwietnia

Na wsparcie badań klinicznych, ukierunkowanych na przeciwdziałanie COVID-19, ABM przeznaczy nawet 50 milionów zł, a jeśli zaistnieje taka potrzeba, to budżet ten zostanie zwiększony. Każdy wniosek ma szansę na dofinansowanie nawet do 5 milionów zł. Nabór wniosków trwa do 30 kwietnia br.

Polska przygotowuje się na powrót do biurowców. Jak będzie teraz wyglądała w nich praca?

W związku z zapowiedzianym przez polski rząd odmrażaniem gospodarki firmy ruszyły z przygotowaniami do stopniowego przywracania pracy w biurowcach. Czy będzie to powrót do normalności czy do nowej rzeczywistości? Na to pytanie starają się odpowiedzieć eksperci Colliers International, wiodącej firmy doradczej na rynku nieruchomości komercyjnych.

Na mocy rozporządzenia Rady Ministrów z 15 kwietnia br. wszystkie firmy powracające do swoich biur muszą spełnić określone warunki. Do minimum należy obowiązek zachowania dystansu 1,5 m między stanowiskami pracy oraz zapewnienie przez pracodawców rękawiczek jednorazowych lub środków do dezynfekcji rąk. W przypadku pracowników wykonujących bezpośrednią obsługę interesantów lub klientów dochodzi również obowiązek zasłaniania ust i nosa, który w praktyce sprowadza się do konieczności noszenia maseczek na twarzy.

– Pierwsze sygnały, jakie otrzymujemy od najemców wskazują, że wielu pracodawców pójdzie jednak o krok dalej i wprowadzi do swoich biur jeszcze większe środki bezpieczeństwa. Najgorsze, co może spotkać każdą organizację, to paraliż spowodowany zakażeniem całych zespołów. Firmy nie mogą sobie na to pozwolić, dlatego będą dmuchać na zimne. Powrót do „nowej normalności” – jak nazywamy to w Colliers – będzie przebiegać stopniowo i przy zachowaniu najwyższych środków ostrożności – mówi Małgorzata Michalczyk, dyrektor ds. administracji, Colliers International.

Social distancing w wersji office

Powracający do biurowców pracownicy muszą być przygotowani na nowe procedury i zasady funkcjonowania. Swobodne przemieszczanie się po budynku jeszcze przez długi czas będzie mocno ograniczone. Nową praktyką będzie dzielenie przestrzeni biurowych na strefy, w ramach których będzie można się poruszać. Wiele firm może się zdecydować na częściowe lub nawet całkowite wyłączenie niektórych części wspólnych, takich jak kantyny i kuchnie, w których zwykle panuje duży ruch, albo wprowadzić limit przebywających w nich osób. Dobrym rozwiązaniem może być wstawienie mikrofali do przestrzeni pracy żeby zminimalizować przemieszczanie się pracowników, a także wprowadzenie zaleceń, aby spożywanie posiłków odbywało się przy biurkach.

– Powinniśmy ograniczyć naszą aktywność w biurze, na przykład zrezygnować z przechadzek do koleżanek i kolegów z innych części biura w celu przedyskutowania spraw służbowych – lepiej omówić je telefonicznie bądź mailowo. Przemieszczanie się po biurze powinno odbywać się tylko w razie konieczności – radzi Małgorzata Michalczyk. – W Colliers dodatkowo wprowadzamy obowiązek poruszania się w maseczkach. Zadbaliśmy też, aby dystans między biurkami wynosił 2 m, a więc był jeszcze większy, niż to wynika z rządowych zaleceń – dodaje ekspertka.

Części wspólne, takie jak recepcje, powinny być dodatkowo wyposażone w przegrody pleksi, a przekazywanie przesyłek czy innych przedmiotów powinno się odbywać bezkontaktowo, aby nie narażać pracujących w nich osób. – Także w przypadku sal konferencyjnych wprowadzamy maksymalne dopuszczalne limity przebywających w nich pracowników, a te mniejsze przeznaczyliśmy na indywidualny użytek pojedynczych osób – mówi Małgorzata Michalczyk.

Ważnym elementem są procedury dotyczące zasad czystości i dezynfekcji pomieszczeń. Powierzchnie takie jak blaty, stoły, uchwyty, ksero czy inne biurowe urządzenia muszą być często i regularnie czyszczone i dezynfekowane. Powinniśmy do tego zobowiązać nie tylko serwis sprzątający, ale również korzystających z nich pracowników.

Zgodnie z planem

Eksperci Colliers rekomendują, aby powrót do biura odbywał się w sposób usystematyzowany i zgodnie z przygotowanym wcześniej planem i harmonogramem. Poszczególne firmy, w zależności od swojej wielkości, struktury, branży i posiadanej powierzchni powinny wypracować wewnętrzne procedury i zasady funkcjonowania.

– W naszym przypadku podjęliśmy decyzję, że pracowników każdego działu będziemy dzielić na dwa zespoły: A i B, z założeniem, że pracownicy z jednej grupy nie mogą pracować w biurze jednocześnie z pracownikami z drugiej grupy. Taki podział ma na celu uniknięcie sytuacji, w której osoba potencjalnie zakażona wyłączy z pracy cały zespół w wyniku obowiązkowej kwarantanny. Chcemy w ten sposób zapewnić ciągłość działania zespołów – mówi Małgorzata Michalczyk.

Koronawirus zmienił naszą rzeczywistość i pozostanie z nami jeszcze przed długi czas, dlatego trzeba przygotować rozwiązania długoterminowe, które umożliwią pracę w nowych warunkach. Niewykluczane, że wiele firm będzie musiało całkowicie przearanżować swoje biura, przejść z modeli open space na format gabinetowy oraz wdrożyć rozwiązania technologiczne, które pomogą zarządzać taką przestrzenią.

– My taką technologię już wprowadzamy, zarówno u siebie w biurze jak i oferujemy ją naszym klientom. Jest to aplikacja, która umożliwia m.in. rezerwację biurek, sal konferencyjnych, wyszukiwanie współpracowników na terenie biura, zgłaszanie usterek w budynku, dostęp do wirtualnej recepcji i wiele innych funkcjonalności. Takie aplikacje to nasza przyszłość, dlatego czym prędzej je wdrożymy, tym lepiej dla naszego biznesu – mówi Renata Hartle, manager ds. strategii flex office i rozwiązań technologicznych w Colliers.

Home office jeszcze zostanie

Czy z powrotami do biurowców należy się śpieszyć? Eksperci Colliers studzą zapał i zalecają ostrożność.

– Zakładamy, że praca zdalna będzie wpisana w naszą codzienność przez dłuższy okres, nawet do czasu powstania szczepionki na COVID-19. Choć powrót do biura będzie już możliwy, to jednak nadal będziemy rekomendować pracownikom home office – mówi Małgorzata Michalczyk. – Pamiętajmy, że potencjalne źródło zakażenia koronawirusem to nie tylko biuro, ale także droga do niego. Dlatego w tym trudnym okresie zachęcamy pracowników do zrezygnowania z transportu publicznego i korzystania z indywidualnych form komunikacji: swojego samochodu lub roweru – dodaje ekspertka Colliers.

­– Jednym z długofalowych skutków obecnej pandemii może być zmiana podejścia do środowiska pracy. Wyraźniej zaznaczy się trend polaryzacji funkcjonalnej, w której zadania indywidualne bądź wymagające koncentracji wykonywane będą w większym stopniu zdalnie, przestrzeń biurowa będzie zaś służyć przede wszystkim pracy grupowej, podtrzymywaniu relacji i budowaniu spójności kultury organizacyjnej – mówi Dorota Osiecka, dyrektor Działu Workplace Innovation w Colliers. – Większość organizacji będzie musiała wprowadzić strategie dotyczące nowych form pracy. Wdrożenie takich długofalowych zmian wymaga jednak przemyślanego podejścia do zarządzania zmianą. Rekomendujemy zbudowanie modelu zapotrzebowania przestrzennego, który uwzględnia różne scenariusze zakresu pracy zdalnej. Potencjalna optymalizacja funkcjonalna powinna uwzględniać specyfikę pracy poszczególnych zespołów, aby zwiększony stopień wirtualizacji relacji służbowych pozwalał jednocześnie utrzymać efektywność biznesową, spójność kultury organizacyjnej, zaangażowanie pracowników i zdrowe relacje w zespole – wyjaśnia ekspertka.

Edukacja i zdrowe nawyki

Bardzo istotnym elementem powrotu do biurowej rzeczywistości jest edukacja pracowników w zakresie nowych procedur, dobrych praktyk, a także wyrobienia u siebie zdrowych nawyków. Zasady pracy i poruszania się po biurze powinny zostać określone przez każdego pracodawcę z osobna, natomiast nad częściami wspólnymi budynku opiekę roztaczają zarządy nieruchomości.

– Nasi najemcy otrzymali od nas wskazówki dotyczące bezpieczeństwa, higieny i działania na wypadek zachorowania. Na bieżąco śledzimy informacje publikowane przez WHO, GIS i informujemy o zaleceniach oraz podejmowanych działaniach. We wszystkich zarządzanych przez nas budynkach rozwieszone zostały plakaty z numerem telefonu do odpowiednich służb, a w toaletach znajdują się instrukcje dokładnego mycia rąk. Ponadto przygotowaliśmy specjalne oznakowanie o zachowaniu bezpiecznego odstępu w częściach recepcyjnych i w okolicy wind. Mamy również specjalne procedury na wypadek, gdyby wirus pojawił się na terenie budynku. Zaznajomione są z nimi wszystkie serwisy dbające o nieruchomości na co dzień, takie jak ochrona, obsługa techniczna czy firma sprzątająca – wylicza Agnieszka Krzekotowska, partner, dyrektor Działu Zarządzania Nieruchomościami w Colliers International. – Jesteśmy też gotowi zapewnić dodatkowe usługi dezynfekcji powierzchni wspólnych lub wsparcia najemców w odkażaniu obszaru swojego biura.

Przy każdym wejściu do budynku powinno znajdować się stanowisko do dezynfekcji rąk dla osób przychodzących z zewnątrz. W windach powinny obowiązywać limity dopuszczalnej liczby osób, które wyegzekwuje ochrona. Wskazane jest też prowadzenie ewidencji osób przychodzących z zewnątrz i ograniczenie wizyt do niezbędnego minimum. Od momentu wejścia do biura, odpowiedzialność za nie przejmuje już najemca.

COVID-19 przeobrazi rynek nieruchomości w kierunku elastycznych powierzchni biurowych i usług

Pandemia koronawirusa spowoduje przeobrażenia na rynku powierzchni biurowych.  Znacząco zwiększy się popyt na elastyczne rozwiązania. W ciągu kolejnych 12-18 miesięcy udział elastycznych powierzchni w całej nowoczesnej przestrzeni biurowej w Europie Środkowo-Wschodniej wzrośnie z 3-5 do ok. 30 proc. Zwycięzcami okażą się właściciele nieruchomości i operatorzy skupiający swoje działania na tworzeniu hubów biurowych, oferujący klientom formaty elastyczne, te będące połączeniem ich oraz tradycyjnych, ale także zintegrowaną koncepcję usług związanych z pracą i życiem codziennym. 

COVID-19 poważnie przeobraził rynek powierzchni biurowej. Budynki zostały opuszczone przez pracowników firm praktycznie z dnia na dzień, teraz ludzie swoje obowiązki wykonują w trybie „home office”. Już po zniesieniu obostrzeń i powrocie do normalnej działalności nie będzie łatwo przekonać wszystkich do starego sposobu pracy. Duże i małe firmy będą zmuszone przeprojektować rozkład powierzchni biurowych, „rozgęścić” biura. Wszystko po to, żeby pracownicy byli od siebie oddaleni na bezpieczną odległość, wynoszącą 1,5 metra. Spowoduje to niedobór powierzchni. Ok. 30 proc. pracowników będzie musiało wciąż wykonywać swoje służbowe obowiązki z domu lub innego miejsca. Niektóre firmy nie zdecydują się na przedłużenie umów najmu i zaczną korzystać z konceptów „powierzchni w chmurze”. Najem tradycyjnej powierzchni biurowej w tych niepewnych czasach będzie obarczony zbyt wysokim ryzykiem.

Z jakiego powodu? Chodzi o brak możliwości przygotowania długofalowych planów oraz to, że pieniądze przeznaczone na nakłady inwestycyjne będą potrzebne do zabezpieczenia podstawowej działalności. Takie wnioski można przeczytać w raporcie „Market update – flex solutions post COVID-19,” autorstwa Huberta Abta, prezesa New Work, oraz Michaela Smithinga, dyrektora ds. rozwoju firmy, będącej jednym z największych operatorów elastycznej powierzchni biurowej w Europie Środkowo-Wschodniej

Ludzie będą obawiać się powrotu do biur co-workingowych

Po wygaśnięciu pandemii koronawirusa elastyczne powierzchne stanowić będą aż 30 proc. całej przestrzeni biurowej dostępnej w Europie Środkowo-Wschodniej. Jej udział przed kryzysem wynosił zaledwie 3-5 proc. – wskazuje Hubert Abt. Wygranymi staną się operatorzy oraz właściciele nieruchomości, którzy będą w stanie zapewnić niezbędne elastyczne rozwiązania w odpowiedniej skali, odpowiednim wachlarzu formatów (powierzchnie tradycyjne i elastyczne, „powierzchnie w chmurze”), łącznie z szerokim zakresem usług i nowych technologii. Nie wszyscy gracze na rynku dostosują się do nowej rzeczywistości. Dotyczy to zwłaszcza podmiotów operujących na niewielką skalę, posiadających zbyt mały kapitał konieczny do sfinansowania niezbędnej transformacji. Spodziewamy się, że ok. 50 proc. operatorów elastycznych powierzchni biurowych, działających obecnie w Europie Środkowo-Wschodniej, zniknie. Proces ten będzie początkowo stopniowy,  następnie – gwałtowny.

Do podmiotów takich należą operatorzy oferujący wyłącznie formaty coworkingowe. Ich klienci to często małe firmy na umowach krótkoterminowych, które już na początku pandemii wycofały się z nich, żeby zmniejszyć koszty administracyjne. W erze po koronawirusie ciężko będzie przekonać ich do powrotu do biur nie zapewniających wymaganej prywatności. Ludzie będą po prostu bać się pracować tak blisko siebie.

Co ciekawe, po raz pierwszy w historii wzrośnie średnia powierzchnia przypadająca na stanowisko pracy. W ciągu ostatnich 20 lat było zupełnie inaczej. Redukcja kosztów spowodowała zmniejszenie średniej powierzchni stanowiska pracy z 20 do 7 m kw. Teraz ten trend odwróci się, a wartość wzrośnie do 10 m kw.

Małe i duże firmy będą żądały nowych rozwiązań

Klienci zmuszeni do przystosowania się do nowej rzeczywistości po pandemii będą częściej patrzeć w stronę biur wirtualnych. Zapewniają one przedsiębiorstwom usługi recepcyjne i administracyjne, sale konferencyjne, adres pocztowy oraz powierzchnię biurową na żądanie, opłacaną na podstawie tego, ile faktycznie się z niej korzysta. Taka forma jest szczególnie atrakcyjna dla mikroprzedsiębiorstw i małych spółek, którym zależy na wysokiej jakości przestrzeni biurowej w przystępnej cenie.

– W rzeczywistości po pandemii będziemy obserwować zmianę podejścia dużych przedsiębiorstw – przewiduje Michael Smithing. Żeby minimalizować ryzyko biznesowe i ciąć koszty, zaczną szybko wdrażać rozwiązania tradycyjne i elastyczne. Część pracowników korzystających z biura w niepełnym wymiarze czasu, np. sprzedaż, nie będzie miała stanowisk pracy w drogich centrach dużych miast tylko dla siebie, lecz raczej dostęp do powierzchni biurowej na żądanie. Zarówno w centralach, jak i w innych lokalizacjach w mieście lub kraju, które zapewniać będzie operator elastycznych powierzchni.

W ramach tej transformacji popularność zyskają biura satelickie. W uprzywilejowanej sytuacji znajdą się ci operatorzy elastycznych powierzchni, którzy będą w stanie zaoferować wiele lokalizacji w różnych miastach i państwach.

Przyszłość należy do biznesowych hubów

Raport przygotowany przez New Work wskazuje, że odpowiedzią na nowe oczekiwania klientów staną się huby biznesowe, z powierzchnią elastyczną, połączeniem tej standardowej i elastycznej oraz „gorącymi biurkami”. W takich miejscach o metrażu od 3 do 10 tys. m kw. świadczony im będzie szeroki wachlarz usług. Znajdzie się tam przestrzeń na formalne i nieformalne spotkania, skrzynki na przesyłki kurierskie i catering, usługi concierge’a i pralnię, bankomaty, kawiarnie i bary szybkiej usługi. Huby będą tętnić życiem.

– Znajdą się tam przedszkola, siłownie, stacje wynajmu skuterów i rowerów, dzięki którym będzie można dojechać do najbliższego węzła transportowego – wyjaśnia Hubert Abt.Na zewnątrz nie zabraknie boisk sportowych i miejsc na grilla – do wykorzystania przez klientów. Powierzchnię biurową będzie można rozdzielać między najemcami dynamicznie. Dzięki temu – optymalizować jej wykorzystanie i zaspokajać popyt w jak najoszczędniejszy sposób.

Elastyczne huby biznesowe będą więc idealnym rozwiązaniem dla dużych przedsiębiorstw wynajmujących powierzchnię przeznaczoną tylko dla siebie, lecz także dla małych firm korzystających z biur wirtualnych i płacących jedynie za faktycznie wykorzystane zasoby.

Nowe technologie

Elastyczne huby biurowe zaprojektowane według tej koncepcji staną się dostępne w wielu lokalizacjach w danym mieście, państwie, w niektórych przypadkach także na całym świecie. Klienci będą mieli dostęp do wszystkich tych lokalizacji dzięki karcie członkowskiej wydawanej przez operatora elastycznych powierzchni. Olbrzymie znaczenie w tym scenariuszu odegrają nowe technologie, pozwalające zapewnić klientom spersonalizowane usługi na stałym poziomie oraz biura według indywidualnych parametrów, w szerokiej palecie metraży.

Pełni optymizmu Amerykanie kupują akcje

W czwartek amerykańscy inwestorzy kontynuowali zakupy akcji na giełdzie w Nowym Jorku, a główne indeksy pięły się w górę. Dow Jones Industrial Average zyskuje 1,4 proc., S&P 500 1,35 proc., a Nasdaq prawie 1,5 proc. W indeksie przemysłowym największe wzrosty notuje Exxon Mobil, zyskując ponad 4,5 proc. Na drugim miejscu jest Caterpillar, a na trzecim Chevron ze zwyżką ponad 3 proc.

Mimo łącznego wzrostu wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA do 26,5 miliona w ciągu ostatnich 5 tygodni, giełda próbuje już dyskontować poprawę sytuacji na rynku pracy w kolejnych miesiącach. W środę Donald Trump poparł kolejne kroki podjęte przez część stanów, aby ponownie otworzyć gospodarkę, pomimo ostrzeżeń ekspertów ds. zdrowia o możliwym nowym przypływie infekcji. Stąd też na Wall Street panuje przekonanie, że najgorsze albo już jest za nami, albo szczyt zwolnień jest już bardzo bliski. Pokazują to również dane o spadające z tygodnia na tydzień liczbie wniosków o zasiłek.

Kolejnym bodźcem dla wzrostów jest również plan powiększenia programu pomocowego dla amerykańskiej gospodarki. Wydaje się, że Kongres USA jest w stanie zatwierdzić prawie 500 miliardów dolarów więcej na pomoc związaną z koronawirusem, podnosząc ogólne pakiety bodźców fiskalnych największej gospodarki na świecie do prawie 3 bilionów dolarów.

W kontekście ostatnio ciekawej i wspominanej wcześniej spółki poznaliśmy wyniki Domino’s Pizza. Spółka w pierwszym kwartale odnotowała zysk w wysokości 121,6 mln USD, co dało dochód netto w wysokości 3,07 USD na akcję. Wyniki przekroczyły oczekiwania Wall Street. Średni szacunek 11 analityków ankietowanych przez Zacks Investment Research miał przynieść zysk w wysokości 2,29 USD na akcję. Sieć pizzerii odnotowała w tym okresie przychody w wysokości 873,1 miliona dolarów, co również przewyższyło prognozy rynkowe. Akcje Domino’s Pizza wzrosły o 30% od początku roku. Z kolei w ciągu ostatnich 12 miesięcy wzrosły o 43 proc.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Rynek apteczny w Polsce 2020

Sieci apteczne to głównie małe i średnie firmy z polskim kapitałem. W 2019 roku zapłaciły ponad 1,1 mld zł podatków, dwa razy więcej niż apteki indywidualne.

Według danych polskiej firmy analitycznej PEX PharmaSequence, w lutym 2020 w Polsce działało 359 sieci aptecznych. Jest to spadek o 38 sieci w porównaniu z lutym 2019.

Sieci apteczne (za sieć uważa się przedsiębiorstwo posiadające od pięciu aptek w górę) to głównie małe i średnie polskie firmy rodzinne. Według danych liczbowych najwięcej, bo aż 214 z nich, to sieci posiadające od 5 do 9 aptek, kolejne 93 podmioty posiadają od 10 do 19 aptek. 32 sieci posiada od 20 do 49 aptek, 11 sieci posiada od 50 do 99 aptek. Zaledwie 9 sieci posiada ponad 100 aptek na terenie całego kraju. Branża sieci aptecznych w Polsce jest także niezwykle rozproszona – nawet największe z nich mają zaledwie kilkuprocentowy udział w rynku aptecznym.

Sieci apteczne to także ogromna przewaga kapitału krajowego – zaledwie 5 sieci aptecznych posiada kapitał zagraniczny. Do sieci tych należy 6,7 proc. ogólnej liczby aptek w Polsce. Dzięki pozyskaniu zagranicznych inwestorów, firmy te mogły otworzyć duże i nowoczesne apteki, stwarzając tym samym wiele wysokopłatnych miejsc pracy, dla farmaceutów, techników farmaceutycznych i innych pracowników wspierających polski system ochrony zdrowia. Rynek apteczny w Polsce 2020

Tworzenie się sieci to mechanizm oddolny, wynikający z charakterystyki rynku i zaradności polskich przedsiębiorców. Otoczenie ekonomiczne i regulacyjne na rynku aptecznym jest coraz trudniejsze, więc właściciele aptek, aby mu sprostać, łączą się, poprzez budowę sieci – realnych, wirtualnych, franczyzowych etc. Dzięki temu korzystają z efektu skali oraz zyskują narzędzia nacisku na ogromne, międzynarodowe koncerny farmaceutyczne i hurtownie, które także podlegają podobnym tendencjom konsolidacyjnym. Zyskują polscy pacjenci, którzy mogą taniej kupić leki.

SIECI APTECZNE TO DOBRZY PODATNICY

W 2019 roku sieci apteczne wpłaciły do budżetu państwa w formie danin publicznych ponad 1,1 mld złotych, czyli dwa razy więcej niż apteki indywidualne.
Do grupy danin publicznych płaconych przez apteki zaliczono:
• Podatek dochodowy PIT od wynagrodzeń pracowników
• składki ZUS od wynagrodzeń (po stronie pracownika oraz pracodawcy)
• podatek dochodowy dla aptek indywidualnych • Podatek CIT dla aptek sieciowych

Rynek apteczny w Polsce 2020 2

Nieoficjalne szczegóły wsparcia w ramach Tarczy Finansowej

23 kwietnia 2020 roku odbyło się zorganizowane przez ZPP techniczne spotkanie informacyjne przedsiębiorców z przedstawicielami Polskiego Funduszu Rozwoju. W jego trakcie przedstawiono bliżej szczegóły dotyczące konstrukcji tarczy finansowej dla firm i zasad przyznawania wsparcia w jej ramach. Poniżej przedstawiamy kluczowe wnioski z wydarzenia.

Zastrzeżenie: program wciąż jest w fazie notyfikacji do Komisji Europejskiej. Przedstawiony poniżej stan odzwierciedla kształt projektu na 23 kwietnia 2020 roku. Ostateczne warunki wsparcia mogą ulec zmianie.

Informacje generalne

  • Tarcza ma trzy filary, podzielone według wielkości firmy.
  • Środki uruchomione zostaną możliwie najszybciej, wymagana jest jednak uprzednia akceptacja programu ze strony Komisji Europejskiej, na którą czekamy.
  • Do mikrofirm trafi 25 mld PLN, do firm małych i średnich 50 mld PLN, do firm dużych 25 mld PLN.
  • Wsparcie z tarczy finansowej może być połączone ze wsparciem pochodzącym z innych źródeł dostępnych np. w ramach tarczy antykryzsowej – do kwoty 800 tys. PLN, przy czym nie można łączyć finansowania tych samych kosztów.
  • Środki z tarczy przyznawane będą według kolejności wpływania wniosków, do wyczerpania środków przeznaczonych na realizację programu.

Wsparcie dla mikrofirm

  • Przez mikroprzedsiębiorcę rozumie się przedsiębiorcę, który zatrudnia co najmniej 1 pracownika (na podstawie umowy o pracę) z wyłączeniem właściciela, lecz nie więcej niż 9 pracowników, a jego roczny obrót lub suma bilansowa nie przekracza kwoty 2 mln EUR. Liczbę pracowników ustala się, uwzględniając osoby na urlopach macierzyńskich, rodzicielskich i wychowawczych. Ważne jest, by zatrudnieni byli (wg stanu na dzień 31 grudnia 2019 roku) zgłoszeni do ubezpieczenia społecznego, a ich średnie miesięczne wynagrodzenie z trzech miesięcy to co najmniej 2600 PLN.
  • Warunki przyznania subwencji dla mikrofirm są następujące:

– przedsiębiorca zanotował spadek przychodów ze sprzedaży o co najmniej 25% w dowolnym miesiącu po 1 lutego 2020 roku w porównaniu do miesiąca poprzedniego lub analogicznego miesiąca ubiegłego roku
– wobec przedsiębiorcy nie toczy się postępowanie upadłościowe lub likwidacyjne
– przedsiębiorca jest polskim rezydentem podatkowym i rozlicza daniny publicznoprawne za ostatnie 2 lata obrotowe na terytorium RP
– przedsiębiorca wg stanu na 31 grudnia 2019 roku prowadził działalność i nie zalegał z płatnościami danin publicznoprawnych

  • Wsparcie dla mikrofirm będzie obsługiwane przez banki komercyjne i przyznawane w drodze prostej, ustandaryzowanej procedury wykorzystującej środki komunikacji elektronicznej. Beneficjent powinien udzielić prostego zabezpieczenia, np. wekslowego.
  • Wielkość wsparcia dla mikrofirmy jest uzależniona od skali spadku przychodów i liczby zatrudnionych (bez właściciela), jednak nie wyższa niż 324 tys. PLN. W zależności od spadku przychodów, bazowa kwota subwencji w przeliczeniu na jednego zatrudnionego (istotne zastrzeżenie – do liczby zatrudnionych wliczają się pracownicy niezależnie od podstawy zatrudnienia) wynosi od 12 do 36 tysięcy złotych.
  • Maksymalnie 75% subwencji może pozostać bezzwrotne. Na ulgę tę składa się umorzenie 25% subwencji w przypadku kontynuowania działalności przez 12 miesięcy od udzielenia pomocy oraz maksymalnie 50% subwencji, w zależności od poziomu utrzymania średniego zatrudnienia w okresie 12 miesięcy od dnia udzielenia pomocy (zwiększenie kwoty zwrotu subwencji będzie proporcjonalne do spadku liczby pracowników, tj. spadek zatrudnienia o 10% spowoduje zwiększenie kwoty subwencji do zwrotu o 10%).
  • Kwota subwencji podlegającej zwrotowi będzie spłacana w 24 równych miesięcznych ratach, od 13 miesiąca kalendarzowego po pierwszym pełnym miesiącu po dniu udzielenia subwencji finansowej.

Wsparcie dla małych i średnich firm

  • W przypadku firm małych i średnich (aby się do nich zaliczać należy zatrudniać mniej niż 250 pracowników i osiągać roczny obrót nieprzekraczający 50 mln EUR bądź sumę aktywów bilansu nieprzekraczającą 43 mln EUR) warunki wstępne uzyskania pomocy są takie same, jak w przypadku mikroprzedsiębiorców.
  • Wsparcie dla małych i średnich firm będzie obsługiwane przez banki komercyjne i przyznawane w drodze prostej, ustandaryzowanej procedury wykorzystującej środki komunikacji elektronicznej. Beneficjent powinien udzielić prostego zabezpieczenia, np. wekslowego.
  • Wielkość wsparcia firm małych i średnich liczona jest nieco inaczej, niż w przypadku mikroprzedsiębiorców. Maksymalna kwota subwencji finansowej uzależniona jest od spadku przychodów i stanowi 4%, 6% lub 8% sprzedaży rocznej (za rok 2019), jednak nie więcej niż 3,5 mln PLN. Średnia kwota subwencji przewidziana jest na 1,9 mln PLN.
  • Firmy małe i średnie, tak jak mikro, mogą liczyć na umorzenie 75% kwoty subwencji. W ich przypadku jednak warunki umorzenia są nieco odmienne. 25% kwoty umarza się pod warunkiem kontynuowania działalności (analogicznie do mikrofirm), maksymalnie 25% w zależności od utrzymania średniego zatrudnienia, zaś pozostałe 25% w zależności od poniesionej straty na sprzedaży. Zmniejszenie zatrudnienia powoduje zwiększenie kwoty zwrotu subwencji – redukcja 10% zatrudnienia prowadzi do zwiększenia kwoty zwrotu o 5% wartości całkowitej.
  • Spłata subwencji następuje na warunkach takich samych jak w przypadku mikrofirm.

Wsparcie dla dużych firm

  • Z tarczy finansowej korzystać mogą również firmy nie kwalifikujące się jako MSP, czyli firmy duże. Wsparcie dla nich obsługiwać będzie bezpośrednio PFR, bez pośrednictwa banków.
  • W ich przypadku warunki wstępne wsparcia są nieco inne. W mocy pozostają wszelkie warunki przewidziane dla mniejszych podmiotów, jednak dochodzą do nich nowe, a mianowicie:

– utrata zdolności produkcji lub świadczenia usług albo odbioru produktów lub usług przez zamawiających w związku z brakiem dostępności komponentów lub zasobów w związku z COVID-19
– nieotrzymywanie płatności z tytułu sprzedaży na skutek COVID-19 w kwocie przekraczającej 25% należności
– brak dostępu do rynku kapitałowego lub limitów kredytowych w zw. z nowymi kontraktami, z powodu zakłóceń w funkcjonowaniu rynku finansowego
– uczestnictwo w Programach Sektorowych.

  • Dla dużych firm przewidziane są trzy formuły finansowania: finansowanie płynnościowe (pożyczki lub obligacje na okres 2 lat, z opcją przedłużenia o rok, o wartości do 1 mld PLN), finansowanie preferencyjne (pożyczki preferencyjne na okres 3 lat z opcją przedłużenia o rok, częściowo bezzwrotne i uzależnione od straty finansowej i utrzymania zatrudnienia, o wartości do 750 mln PLN), finansowanie inwestycyjne (obejmowane udziały lub akcje do wartości 1 mld PLN).
  • Finansowanie płynnościowe może być wykorzystane na bieżącą działalność, w zakresie ustalonym w umowie z PFR. Zabronione jest wykorzystywanie go na inne cele, np. fuzje i przejęcia, czy refinansowanie lub przedterminowa spłata zadłużenia finansowego).

W najbliższym czasie ZPP wraz z PFR zorganizuje oddzielne webinaria informacyjne dla (1) mikrofirm (2) MSP (3) Korporacji na którym jeszcze bardziej szczegółowo zostaną omówione pakiety płynnościowe dla grup tych firm.

Dr Dudek: Restart gospodarki firma po firmie – nie branża po branży

Odmrażanie powinno bazować na zestawie precyzyjnie zdefiniowanych kryteriów i ryzyk sanitarno-epidemiologicznych na poziomie pojedynczej firmy. Odmrażać można pojedyncze firmy, a nie czekać na całe branże, i tak szybko, jak się da – uważa główny ekonomista Pracodawców RP dr Sławomir Dudek. Jeśli restart będzie przebiegał tylko według podziału branżowego, wiele firm może zniknąć z rynku zanim doczekają swojej kolei.

„Trzeba jak najszybciej zdefiniować warunki i ryzyka sanitarno-epidemiologiczne dla firm i dać im szansę na spełnienie tych warunków – nie w ‘etapie III’ czy ‘IV’, ale teraz. Te warunki muszą oczywiście być odpowiednie dla danej branży. Należy zdefiniować te warunki i pozwalać spełniającym je firmom uruchamiać biznes bez zbędnej zwłoki, a nie czekać na otwarcie całej branży. Dajmy szansę solidnym sanitarnie firmom” – uważa dr Dudek.

Dlaczego fryzjer z jednym fotelem i kilkunastoma klientami dziennie jest teraz zamknięty, a otwarty jest lokalny sklepik, przez który co dzień przewija się po kilkaset osób i, nawet mimo ograniczenia zagęszczenia i maseczek, ryzyko zarażenia nadal występuje? Fryzjer ma oczywiście bliższy kontakt z klientem niż ekspedientka w sklepie, ale u fryzjera mamy mniejsze zagęszczenie, a standardy sanitarne – dezynfekcja – są na porządku dziennym, teraz mogą być nawet zaostrzone. Klienci fryzjera są w większości przypadków zidentyfikowani, zwykle jest ich zdecydowanie mniej niż klientów sklepu. Śmiem więc twierdzić, że ryzyko rozprzestrzeniania się wirusa jest tam znacznie mniejsze niż w sklepie i w wielu przypadkach zakład fryzjerski będzie bardziej bezpieczny, a już na pewno taki, który dodatkowo zaostrzy teraz swoje standardy sanitarne” – argumentuje dr Dudek. „Analogicznie wygląda to w wielu przypadkach firm” – dodaje.

Zdaniem głównego ekonomisty Pracodawców RP, należy jak najszybciej zdefiniować listę wymogów wobec firm i listę ryzyk sanitarno-epidemiologicznych. Byłoby to też działanie na przyszłość. „Zakładamy przecież, że epidemia będzie odchodzić powoli, a tylko system oceny ryzyka, stopnia spełnienia standardów sanitarno-epidemiologicznych przywróci zaufanie klientów do wielu usług. I tym być może powinny zająć się organizacje branżowe – jak np. turystyczna zrobiła z gwiazdkowym systemem oceny hoteli” – uważa dr Dudek.

„Otwieranie gospodarki jest bardzo trudne, rozumiemy to, i dlatego rząd powinien wykorzystać do opracowania tego planu najlepsze zasoby analityczne i eksperckie – także te spoza rządu. Zostawmy uprzedzenia i konflikty” – mówi ekspert – „Sprawny restart w odpowiedniej chwili to priorytet. Inne kraje podchodzą do tego bardzo poważnie i już podają konkretne daty. Jeżeli się spóźnimy, polskie firmy stracą rynki i zostaniemy wypchnięci z łańcuchów dostaw, nasze miejsca zastąpią firmy z innych krajów. Podobnie jest z importem surowców”.

„Są już analizy wskazujące, że o ile szok gospodarczy związany z tzw. lockdownem był symetryczny – podobny w wielu krajach, to otwieranie będzie asymetryczne. Nieprzygotowane na to kraje wpadną w głębszą i dłuższą recesję” – mówi główny ekonomista Pracodawców RP. Z danych zebranych przez organizację wynika, że sytuacja wielu firm już jest bardzo trudna i wiele z nich nie przetrwa do III i IV etapu odmrażania gospodarki. Najmniejsze bufory płynnościowe mają firmy z branży usług dla ludności, tj. kosmetyczne i fryzjerskie oraz turystyki i gastronomii. Te firmy są na samym końcu planu restartu. „Tyle tylko, że one tak długo nie przetrwają” – mówi dr Dudek.

Po dwóch latach coraz więcej przeciwników niedziel wolnych od handlu

W związku z pogłębiającym się kryzysem spowodowanym rozprzestrzeniającą się pandemią koronawirusa, handlowcy coraz częściej i głośniej podnoszą postulaty złagodzenia ograniczeń handlu w niedziele. Zwolennicy podkreślają prorodzinny wymiar tych przepisów, ale po dwóch latach obowiązywania zakazu rośnie liczba jego przeciwników – wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Liberalizacji zasad dotyczących maksymalnej liczby osób, które jednocześnie mogą przebywać w placówce handlowej (w sklepach o pow. do 100 mkw. 4 osoby na 1 kasę; w większych – 1 osoba na 15 mkw.), Polacy nie przetestują w niedzielę. Na pewno nie uda się im to ani w kwietniu, ani w maju, bo zgodnie z obostrzeniami dotyczącymi zakazu handlu w wolne dni, najbliższa niedziela z otwartymi sklepami wypada w czerwcu. Następna będzie w sierpniu, a potem czekają nas jeszcze tylko dwie niedziele handlowe przed Świętami Bożego Narodzenia. To znacząca zmiana względem ubiegłych lat. Do końca 2018 r. sklepy były otwarte także w pierwszą i ostatnią niedzielę każdego miesiąca, a w zeszłym roku zakupy można było robić we wszystkie ostatnie niedziele miesiąca.

Handel to jedna z tych branż, które wyjątkowo mocno ucierpią z powodu pandemii. Według najnowszych danych GUS, sprzedaż detaliczna w marcu 2020 r. w cenach bieżących spadła o 7,1 proc. w ujęciu rocznym (w cenach stałych o 9 proc.), a w ujęciu miesięcznym o 3,3 proc. Najbardziej ucierpiały sklepy z tekstyliami, odzieżą i obuwiem (spadek o 50,5 proc. rok do roku), a także handlujący samochodami i częściami (o 32,7 proc. rok do roku). A już przed pandemią sektor miał spore kłopoty z płynnością i wypłacalnością. Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, zaległości firm handlowych wzrosły w minionym roku o kilkanaście proc. – Choć są branże, w których dynamika wzrostu była wyższa, to jednak tylko w handlu 16-procentowy przyrost przełożył się na ponad 1 mld zł nowych zaległości. Przez pierwsze dwa miesiące tego roku przeterminowane zobowiązania handlu dalej szły w górę – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Podwyższały się już jednak wolniej, o 82 mln zł (1,1 proc.) i u progu pandemii, na koniec lutego, handel miał wobec banków i partnerów biznesowych 7,6 mld zł zaległości. Opóźnienia ma na koncie 5,6 proc. przedsiębiorstw handlowych.

Wprowadzona w marcu 2018 r. ustawa, sukcesywnie ograniczająca handel w niedziele, zdaniem Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej miała wzmocnić więzi rodzinne, umożliwiając częstsze spędzanie razem czasu i wspólny odpoczynek. Ale czy są to priorytety większości Polaków, szczególnie w chwili, gdy dostęp do placówek handlowych jest dodatkowo utrudniony? Już w badaniu z grudnia 2019 r. było widać, że społeczna niechęć do zakazu handlu w niedziele narasta wraz z rosnącymi obostrzeniami i topniejącą liczbą handlowych niedziel. Teraz dochodzi również negatywny wpływ tego rozwiązania na rynek pracy i koniunkturę. Badani sygnalizowali to już wcześniej – 6 proc. mówiło, że ma z tego powodu niższe zarobki lub utraciło możliwość dorabiania. Około 15 proc. deklarowało i nadal deklaruje, że wolne niedziele spowodowały, że wydają mniej.

Z badania „Nastawienie do finansów” zrealizowanego przez Quality Watch na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wynika, że w ciągu ostatnich dwóch lat nastawienie Polaków do tych obostrzeń nieznacznie się zmieniło. Liczba przeciwników wzrosła z 31 proc. w 2018 do 34 proc. na koniec 2019 r. Odsetek zwolenników spadł z 33 do 30 proc. 36 proc. badanych jest to obojętne.

coraz więcej przeciwników niedziel wolnych od handlu
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Zwolennicy i przeciwnicy niedziel niehandlowych

Popierający obowiązujące przepisy jako najczęstszy argument (70 proc.) podają fakt, że zakupy można robić w inne dni tygodnia, a niedziela jest przeznaczona dla rodziny. 59 proc. zwolenników uważa, że umożliwia to spędzenie generalnie więcej czasu z bliskimi oraz, że dzięki temu ma się więcej czasu na odpoczynek.

argumenty wolnych niedziel
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Warto zwrócić uwagę, że aż 45 proc. pytanych z tej grupy uważa, że w niedzielę z reguły w ogóle nie powinno się robić zakupów. Padają też argumenty, że zamknięte sklepy zmuszają do aktywnego spędzania wolnego czasu, umożliwiają spotkania z osobami, które inaczej by pracowały. Co szósty uważa też, że ogranicza to konsumpcję.

argumenty przeciwników
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Natomiast przeciwnicy najczęściej nie lubią, gdy ktoś decyduje za nich, jak mają spędzać niedziele. 73 proc. wskazuje na ograniczenie ich wolności wyboru. Drugim w kolejności (66 proc.) argumentem są frustracje związane z większymi kolejkami przy kasach w pozostałe dni. Co trzeci badany (36 proc.) dostrzega też zwiększenie konsumpcjonizmu – dokonywanie zbyt dużych zakupów „na zapas”, a w następstwie marnowanie żywności. 6 proc. wskazuje, że odebrało im to lub ograniczyło pracę i zarobki. 

Wpływ niedziel wolnych od handlu

16 proc. badanych zadeklarowało, że ograniczenie handlu w niedziele wpłynęło pozytywnie na ich budżet, 6 proc. wydaje z tego powodu więcej, a zdaniem 8 na 10 respondentów wolne niedziele w ogóle nie wywarły wpływu na ich finanse.

Wpływ niedziel wolnych od handlu
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Ze względu na niedziele niehandlowe największe oszczędności zadeklarowały osoby w wieku 18-24 lata (25 proc.). Najmniejsze – w wieku 45-75 lat, co może być związane ze stylem życia poszczególnych grup wiekowych.

powody wydatków
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Osoby, które wskazały odpowiedź, że wydają więcej ze względu na wprowadzenie niedziel niehandlowych, deklarują, że wynika to z większej ilości zakupów robionych w internecie oraz częstszych wizyt w restauracjach. Porównując te wyniki do badania z 2018 r. widać znaczący przyrost właśnie tej odpowiedzi w 2019. Odsetek deklarujących, że po wprowadzeniu ograniczenia handlu w niedziele częściej chodzą do restauracji wzrósł z 19 do 37 proc.

Choć zakaz handlu w niedziele przyczynił się w ostatnich dwóch latach do wzrostów w sektorze gastronomicznym i częstszych zakupów w sieci, to tylko w tym drugim przypadku można powiedzieć o utrzymaniu się trendu także w dobie pandemii. Restauracje, zmuszone do rezygnacji z obsługi klientów na miejscu, mimo przestawienia się na dostawy lub przygotowywanie zamówień na wynos, stanęły na skraju bankructwa. Pod znakiem zapytania stoi, czy, gdy dojdzie do odmrożenia gospodarki, gastronomia wróci do wcześniejszego tempa rozwoju. – W okresie pandemii zaprocentował natomiast pozytywny wpływ, który zakaz handlu w niedziele wywarł na ożywienie sprzedaży online. Ułatwiło to przestawienie się na e-zakupy wymuszone przez kwarantannę – wskazuje Sławomir Grzelczak.

Z powodu ograniczeń w handlu co szósty zaoszczędził, a co dwudziesty wydał więcej

W ciągu roku nie zmieniła się deklaracja respondentów na temat wpływu ograniczenia handlu w niedziele na ilość wydawanych przez nich pieniędzy. Nadal 16 proc. mówi, że wydaje mniej, a 6 proc., że więcej. – Co wskazuje, że niedziele wolne od handlu sprzyjają oszczędnościom i nie są wsparciem ożywienia gospodarczego – podkreśla Sławomir Grzelczak.Z powodu ograniczeń w handlu co szósty zaoszczędził, a co dwudziesty wydał więcej

Czas dla bliskich w niedziele niehandlowe

Czas dla bliskich w niedziele niehandlowe
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Porównanie wyników odpowiedzi na pytanie o ilość czasu spędzanego z bliskimi dzięki wolnym niedzielom pokazuje, że w 2019 spędzaliśmy go więcej (wzrost o 6 proc.), bo też handlowych niedziel było coraz mniej. Pozostałe różnice w odpowiedziach mieszczą się w marginesie błędu statystycznego.

– Nie jest jasne, czy prosocjalne założenia ministerstwa uda się utrzymać w zmienionych warunkach, tym bardziej, że w obliczu pogłębiającego się kryzysu związanego z pandemią koronawirsua, coraz częściej i coraz więcej handlowców sugeruje, aby zakaz znieść lub drastycznie ograniczyć. Branża handlowa jest jedną z tych, które najbardziej dotkliwie odczują obecną trudną sytuację gospodarczą – uważa Sławomir Grzelczak.

Choć o zniesieniu zakazu handlu w niedzielę, choćby czasowym, na razie nie ma mowy, to w ramach pakietu antykryzysowego, który wyszedł naprzeciw oczekiwaniom handlowców, zliberalizowane zostały dotychczasowe przepisy. Sklepom, dotychczas objętych zakazem handlu w niedziele, zezwolono na przyjmowanie towaru tego dnia, rozładowywanie go oraz wykładanie na półki.

Badanie zrealizowane na zlecenie BIG InfoMonitor przez Quality Watch, techniką wywiadów internetowych (CAWI) wspomaganych komputerowo na reprezentatywnej próbie 1019 dorosłych mieszkańców Polski, grudzień 2019

Po pandemii przyjdzie czas na „sprawdzam”

Każda pomoc firmom ze strony państwa spotyka się ostatnio z totalną krytyką. Czy w ogóle jest szansa na „tarczę” idealną?

Nie ma takiej szansy. „Tarcza” powinna chronić w pierwszej kolejności tych, którzy najlepiej rokują w kontekście kolejnych lat wychodzenia z kryzysu. Taka „tarcza” nigdy nie będzie idealna, bo zawsze ktoś będzie czuł się poszkodowany. Jest to smutna prawda, ale trzeba teraz patrzeć na rynek przedsiębiorstw, jak na szpital z chorymi w czasie pandemii – jest chaos, jest brak wystarczającej liczby łóżek, jest brak lekarstw, brak personelu. Trzeba jak najszybciej otrzeć łzy i dostrzec, że niektóre przedsiębiorstwa rokują znacznie gorzej niż inne. Pomysł, aby je dofinansowywać i pomagać utrzymać miejsca pracy nie jest długoterminowo najlepszy. Początkowe wsparcie jest potrzebne, żeby w jednym momencie nie wywołać zbyt dużego bezrobocia, ale docelowo trzeba przekierować pomoc tam, gdzie da ona najlepsze efekty. Z tej perspektywy odcięcie firm będących w restrukturyzacji od pomocy państwa nie jest takie chybione jak się wydaje.

Czy to oznacza, że część przedsiębiorstw skorzysta z pomocy, a następnie upadnie?

Oczywiście, że tak. Wynikać to będzie z nowych okoliczności rynkowych jakie się właśnie kształtują. Jeśli dzisiaj tanie linie lotnicze zapowiadają blokowanie sprzedaży środkowych siedzeń to znaczy, że będą miały o 33% mniejsze przychody. Co najmniej. To wprost oznacza, że część z nich upadnie, bo jest bez szans na dodatni wynik finansowy. A przecież rządy państw Unii też im pomagają z obawy przed zwolnieniami. Jeszcze lepszym przykładem są restauracje, sale zabaw, sale weselne, itd. Bez wątpienia skorzystają z pomocy państwa, ale ta pomoc nie pozwoli części z nich doczekać powrotu prosperity sprzed pandemii. Rachunek nie musi być wielowymiarowy: trzy miesiące ciszy to minus 25% przychodów rocznych. Jak ktoś miał taki wynik roczny na plus, to w przybliżeniu już po trzech miesiącach bez klientów pozostałą część roku pracuje za darmo. Każdy następny dzień to strata, a każdy tydzień to potężny cios. W takich okolicznościach trzeba uznać, że dużo przedsiębiorstw upadnie.

Kto zatem ma szansę na przetrwanie najbliższych miesięcy?

To jest dobre pytanie. Na pewno wielu przedsiębiorców przetrwa. Polscy menedżerowie są bardzo kreatywni i dosyć odporni na przeciwności losu. Jak mało kto na świecie umiemy się dostosować. A ci, co nie potrafią, w najbliższym czasie upadną.

Czy jest jakaś nadzieja dla najbardziej zagrożonych firm?

Jest. Trzeba je przede wszystkim jak najszybciej zdiagnozować. Trzeba odrzucić emocje, spojrzeć na pracowników, zaplecze techniczne, kontrakty, dostępne zasoby, przeliczyć możliwości i zastanowić się jak to można wykorzystać. Jest to bardzo trudno przeprowadzić we własnej firmie, dlatego powinno się do tego zatrudnić specjalistów. Musimy uznać jedną kluczową kwestię i przestać ją podważać: rynek prawdopodobnie zmienił swoją strukturę długoterminowo i nie należy oczekiwać szybkiego powrotu do stanu poprzedniego. W związku z tym każdy biznes w tych okolicznościach czeka mniejsza lub większa restrukturyzacja. I niekoniecznie sądowa czy pozasądowa, ale czasami wewnętrzna, która również nie jest łatwa do przeprowadzenia. Wczorajsze nowatorskie zmiany i ulepszenia wewnątrz firmy, dzisiaj są kompletnie niepotrzebne i wręcz trzeba je odrzucić. Know–how, który był wystarczający do funkcjonowania jeszcze w lutym, dzisiaj jest zbędny. Trzeba się zmierzyć z tymi faktami i podjąć próbę dostosowania do sytuacji. Im wcześniej tym lepiej.

Na czym powinien się skupić zagrożony przedsiębiorca w dobie pandemii?

To są czasy tak zaskakujące, że trzeba najpierw otoczyć się specjalistami, zgromadzić wiedzę i mieć plan A, B, C, D. Ostatni plan powinien zakładać bezpieczną upadłość i z tą myślą trzeba się oswajać. To najczęściej jest początek czegoś nowego, tak należy na to patrzeć. Przedsiębiorca ma prawo liczyć na państwo, ale powinien też zrozumieć, że już jest w procesie restrukturyzacji swojej firmy, czy tego chce czy nie. Ustawodawca zresztą dał temu wyraz zawieszając obowiązek wnioskowania o upadłość. Oznacza to tyle, że dopóki walczymy ze skutkami epidemii mamy szanse na działania bez takiej odpowiedzialności przed wierzycielami, jak to było dotychczas. A przynajmniej dostaliśmy dłuższy okres ochronny. „Sprawdzam” przyjdzie po ustaniu tych okoliczności. Nie warto zatem tracić czasu. Głównym obszarem zainteresowania przedsiębiorcy powinna być restrukturyzacja firmy w możliwie najkrótszym czasie, a nie sama płynność finansowa, czy ochrona miejsc pracy. Te ostatnie nie zapewnią ciągłości działania na dłużej. Przedsiębiorca nie jest zwykle obiektywny wobec swojej firmy i nie może na chłodno ocenić sytuacji. To, co powinien zrobić, to zaprosić do stołu doradcę restrukturyzacyjnego i wraz z nim nakreślić scenariusze działania. Doradca ma uprawnienia, aby zarządzać restrukturyzacją, gdyby musiała się zakończyć w sądzie. Krótko mówiąc, doradztwo restrukturyzacyjne powinno być dzisiaj podstawowym obszarem consultingu z jakiego korzystają zarówno przedsiębiorcy z sektora MŚP jak i duże firmy. Rolą doradców jest dobieranie do współpracy wszystkich niezbędnych zewnętrznych specjalistów, w tym odpowiednich kancelarii prawnych, doradców technicznych, HR, podatkowych, M&A, specjalistów od finansowania, itd.

Czy jest ryzyko, że doradca ograniczy wpływ przedsiębiorcy na firmę?

A czy lekarz ogranicza pacjentowi wolność wyboru? Możemy skorzystać z jego porad lub nie. Odpowiedzialnie jest jednak wiedzieć jaka jest diagnoza i co radzi ktoś, kto ma doświadczenie z innymi przypadkami oraz wiedzę o metodach leczenia. Nic nie stoi na przeszkodzie udać się do innego lekarza. Pamiętajmy, że istotą pracy doradcy restrukturyzacyjnego jest wychodzenie z kłopotów w biznesie. Kiedy, jeśli nie teraz powinno się z tego korzystać? Ustawodawca wymaga od doradcy wiedzy oraz doświadczenia. Daje mu też specjalne uprawnienia, aby przy jego udziale przedsiębiorca korzystał z zapisanych w prawie restrukturyzacyjnym dodatkowych „tarcz ochronnych”. W takiej sytuacji, jaką mamy obecnie w gospodarce, jest to wsparcie na wagę złota. A może raczej na wagę przetrwania.

Bloober Team i Platige Image rozpoczynają współpracę

23 kwietnia Platige Image, warszawskie studio animacji 3D i postprodukcji, podpisało umowę z wiodącym polskim deweloperem gier Bloober Team. Platige będzie odpowiadało za przygotowanie animacji do nowej, wysokobudżetowej produkcji krakowskiego producenta.

Bloober Team jest jednym z czołowych polskich twórców gier komputerowych. Uznanie graczy z całego świata zdobył dzięki tytułom takich jak seria Layers of Fear, czy zrealizowany z udziałem Rutgera Hauera Observer. Ostatnim dziełem krakowskiego dewelopera jest oparty na serii popularnych filmów Blair Witch, stworzony na zlecenie Lionsgate Interactive. Obecnie producent pracuje nad nowym tytułem z kategorii AAA, w którym zostaną wykorzystane zaawansowane technicznie animacje przygotowane przez Platige Image. Zawarta między spółkami umowa ma duże znaczenie dla obu stron – oprócz naturalnego dążenia do stworzenia produkcji o najwyższej jakości, firmom zależy na tym, by światowy poziom ich realizacji stał się wizytówką polskiego gamedevu.

Zaliczanie kosztów leasingu przy użytkowaniu auta poza działalnością

Przedsiębiorcy wykorzystują do prowadzenia działalności gospodarczej samochody osobowe, niejednokrotnie pozyskane do zasobów firmy ze środków zewnętrznych, na mocy umowy leasingu. Ale specyfika posiadania i wykorzystywania auta powoduje, że czasem trudno nie użyć go również do innych celów niezwiązanych z prowadzoną działalnością. Wówczas powstają ograniczenia w podatkowym rozliczaniu kosztów jego eksploatacji. W takiej właśnie sprawie do organu podatkowego wystąpił przedsiębiorca, używający samochodu firmowego także poza prowadzoną działalnością gospodarczą, głównie do podróży służbowych, odbywanych w ramach dodatkowej, własnej działalności zarobkowej. Chciał wiedzieć, jaką część wydatków ponoszonych w związku z mieszanym użytkowaniem samochodu może zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu w ramach prowadzonej działalności gospodarczej.

Zgodnie z art. 23 ust. 1 pkt 46a ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych: „Nie uważa się za koszty uzyskania przychodów 25% poniesionych wydatków (…) z tytułu kosztów używania samochodu osobowego (…) na potrzeby prowadzonej przez podatnika działalności gospodarczej – jeżeli samochód osobowy jest wykorzystywany również do celów niezwiązanych z działalnością gospodarczą prowadzoną przez podatnika” (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350, ze zm.).

Firmowe auto także do celów prywatnych

Przedsiębiorca prowadzi działalność całorocznego zakwaterowania turystów. Rozlicza się na zasadach ogólnych w formie opodatkowania podatkiem dochodowym od dochodów uzyskiwanych z tej działalności. Jednocześnie korzysta ze zwolnienia z VAT. Zawarł umowę leasingu operacyjnego, dzięki czemu pozyskał na potrzeby prowadzenia działalności samochód osobowy, niebędący pojazdem elektrycznym i nieprzekraczający wartości 150 000 zł.

Poza prowadzeniem działalności przedsiębiorca legitymuje się również tytułem profesora i kilka razy w miesiącu, w celu realizacji obowiązków wynikających z zawartej z jedną z uczelni umowy o pracę, wyjeżdża służbowo. Jest także członkiem Polskiej Komisji Akredytacyjnej, co również wymaga od niego wyjazdów, do których wykorzystuje leasingowany przez jego firmę samochód. Wystąpił więc do organu podatkowego z wnioskiem o potwierdzenie, że z uwagi na treść art. 23 ust. 1 pkt 46a ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych będzie mógł, mimo wykorzystywania auta również do czynności niezwiązanych z działalnością gospodarczą, rozliczać koszty jego użytkowania w następujący sposób:

  • koszty leasingu: 100% opłat wynikających z tej umowy,
  • koszty ubezpieczenia OC, AC, NW oraz Assistance: 100% kosztów,
  • koszty przeglądów i napraw: 75% poniesionych kosztów,
  • koszty zakupu paliwa, olejów, wymiany ogumienia i inne bieżące koszty eksploatacyjne: 75% poniesionych kosztów.

Jasne ograniczenia w ustawie oraz ich brak

Podatnik stanął na stanowisku, że skoro w art. 23 ust. 1 pkt 46a ustawy o PIT ustawodawca nakazuje wyłączenie 25% kosztów eksploatacji firmowego auta, jeśli jest ono wykorzystywane także poza prowadzoną działalnością gospodarczą, to tym samym dopuścił możliwość zaliczenia do tej działalności pozostałych 75% kosztów. Za to w 100% będzie mógł zaliczać do kosztów uzyskania przychodu wydatki poniesione na ubezpieczenie pojazdu oraz na opłaty leasingowe. W art. 23 ust. 1 pkt 47 oraz pkt 47a ustawy o PIT ustawodawca określił bowiem, że składki na ubezpieczenia auta oraz opłaty wynikające z umowy leasingu nie mogą być zaliczone do kosztów uzyskania przychodów (dalej „KUP”) w wysokości przekraczającej ich część ustaloną w takiej proporcji, w jakiej kwota 150 000 zł pozostaje do wartości samochodu. Przedsiębiorca jest więc przekonany, że skoro przedmiotem jego leasingu jest samochód o wartości nieprzekraczającej 150 000 zł, a ustawodawca nie ustanowił w przepisach żadnej metody zobowiązującej do obcięcia tych kosztów w przypadku wykorzystywania auta także do celów niezwiązanych z działalnością gospodarczą, to koszty te będzie mógł odliczyć w 100%.

Zalety leasingu operacyjnego

W interpretacji z 11 marca 2020 r. Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej najpierw pouczył przedsiębiorcę, że od 1 stycznia 2019 r., zgodnie z treścią art. 23 ust. 1 pkt 46 ustawy o PIT, przedsiębiorcy nie mogą zaliczać do kosztów uzyskania przychodów wydatków związanych z eksploatacją oraz ubezpieczeniem samochodu osobowego, stanowiącego własność podatnika, a niestanowiącego środka trwałego w jego działalności. Koszty takie mogą co prawda ulec zaliczeniu do KUP jedynie w wysokości 20%, jednak pod warunkiem, że auto będzie przez podatnika wykorzystywane także do prowadzenia działalności gospodarczej.

Jednak wskazane przez organ ograniczenia nie mogły mieć zastosowania w niniejszej sprawie, bowiem w leasingu operacyjnym odpisów amortyzacyjnych przedmiotu leasingu nie dokonuje korzystający, którym jest przedsiębiorca, a finansujący, czyli leasingodawca, bo to on jest właścicielem auta przez cały okres trwania umowy leasingu. Co więcej, podatnik, jako że korzystał ze zwolnienia z VAT na podstawie art. 113 ust. 9, nie musiał prowadzić nawet ewidencji przebiegu pojazdu.

Samochód nie musi być wykorzystywany wyłącznie do celów firmowych

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej musiał przyznać przedsiębiorcy rację. Potwierdził, że jeśli umowa leasingu spełnia określone w art. 23b ust. 1 pkt 1 i 3 ustawy o PIT warunki oraz nie zachodzą wyłączenia z ust. 2 tego artykułu, to ponoszone przez podatnika wydatki wynikające z tej umowy będzie mógł zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu. Przepis ten stanowi m.in., że opłaty ustalone w umowie leasingu, ponoszone przez korzystającego, stanowiąc przychód po stronie finansującego, są jednocześnie kosztem uzyskania przychodu korzystającego. Co więcej, przedsiębiorca będzie mógł je zaliczyć w pełnej, 100% wysokości, bowiem, jak przyznał organ:

„…żaden przepis ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych nie przewiduje, jako warunku zaliczenia wydatków z tytułu rat leasingowych do kosztów uzyskania przychodów, konieczności wykorzystywania przedmiotu leasingu wyłącznie do celów związanych z prowadzoną działalnością gospodarczą. Podstawą zaliczenia wydatków z tego tytułu jest spełnienie kryteriów wynikających z przepisów ustawy (…). Jeżeli zostaną one spełnione, podatnik może zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów raty leasingowe w pełnej wysokości” (interpretacja indywidualna z 11 marca 2020 r., sygn. 0113-KDIPT2-1.4011.635.2019.2.AP).

Co nie jest zakazane, jest dozwolone

Choć fiskus niejednokrotnie próbuje w jak najwyższym stopniu ograniczyć przedsiębiorcom możliwość obniżania swoich ciężarów podatkowych, przypominając, że mają oni obowiązek jednoznacznego wykazania związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy poniesionym wydatkiem a uzyskanym przychodem, to nie może zapominać o jednej zasadzie, ustanowionej zresztą dla samych przedsiębiorców i potwierdzonej w Konstytucji Biznesu, w myśl której „co nie jest zakazane, jest dozwolone”.

Trafnie więc przedsiębiorca w niniejszej sprawie dokonał interpretacji, że jeśli ustawa o PIT wymienia wydatki na ubezpieczenie i opłaty leasingowe, a nie przewiduje względem nich ograniczeń co do ich ujmowania w kosztach prowadzonej działalności, to może je rozliczać w 100%. Jak widać na powyższym przykładzie, analiza sytuacji firmy przez pryzmat nieustannie zmieniających się przepisów podatkowych jest potrzebna. Przedsiębiorcy powinni ją przeprowadzać od czasu do czasu, by nie narażać się na niepotrzebne, zbyt wysokie obciążenia prowadzonej działalności. Taki audyt podatkowo-prawny przeprowadzony w firmie może przynieść przedsiębiorstwu wymierne korzyści.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ogólnie nic dobrego

Kombinacja negatywnych czynników przywraca posępne nastroje na rynki finansowe. Dane makro przypominają, że globalna recesja będzie bolesna. Nadzieje na lek łagodzący objawy COVID-19 zostały ukrócone. Polityczne spory w UE prowadzą do opóźnień. To nie był dobry tydzień dla apetytu na ryzyko i ostatni dzień nic w tym temacie raczej nie poprawi.

Tydzień temu piątek był dniem euforii w reakcji na doniesienia, że pacjenci zarażeni COVID-19 przyjmujący eksperymentalny lek Remdesivir wykazują szybką poprawę po zdrowia. Wówczas byłem sceptyczny choćby polegając na opinii samego producenta leku firmy Gilead, zdaniem której raporty były „niepotwierdzone” i „bez mocy statystycznej”. Dziś na rynki przebija się raport, według którego pierwsze testy kliniczne nie przynoszą poprawy stanu zdrowia pacjentów. Daleki jest od stwierdzania „A nie mówiłem!”, a bardziej stoję przy zdaniu, że ani tydzień temu, ani też teraz nie powinno się wyciągać pochopnych wniosków z wyników badań, które mogą zająć miesiące. Tak samo nie będziemy nazywać przełomem wczorajszych sugestii prezydenta Trumpa, by przeprowadzić badania o leczeniu koronawirusa poprzez wstrzykiwanie środka dezynfekującego do organizmu. Filtrujmy informacje, bo jest ich naprawdę dużo.

Nie można jednak uciec od wrażenia, że dziś negatywne informacje przeważają. EUR/USD schodzi pod 1,0750 i jest najniżej od miesiąca. Rekordowe spadki indeksów PMI dla przemysłu i usług dowodzą, że złamanie gospodarcze jest poważne. Ale dobijające są informacje, że przywódcy państw Unii Europejskiej nie robią nic, by przyspieszyć prace nad środkami przeciwdziałającymi kryzysowi. W zamian za to, odraczają kluczowe decyzje. Uzgodniono tylko generalny kierunek, w ramach którego utworzony zostanie wspólny fundusz finansowy w wysokości do 2 bilionów euro, choć ile finalnie zostanie zatwierdzone – nie wiadomo. Sposób finansowania oraz przyznania środków (pożyczka czy dotacja) wciąż są dyskutowane. Szczególnie ta ostatnia kwestia wywołuje kłótnie między państwami członkowskimi, a tymczasem czas ucieka. Bez szybkiego wsparcia finansowego dla realnej gospodarki, podupada zaufanie do strefy euro i jej aktywów. Sytuacje będzie musiał ratować EBC, a to oznacza większą ekspansję monetarną i negatywny wpływ na EUR. Jak daleko zajdzie EUR/USD? To zależy od tego, jak szybko politycy w Europie rozstrzygną swoje spory, ale też od generalnych nastrojów na rynkach finansowych. Gdyż lepszy apetyt na ryzyko jest wrogiem USD, co byłoby też hamulcowym dla spadków EUR/USD. Nie ma prostych odpowiedzi.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kluby sportowe w coraz gorszej sytuacji finansowej. Obniżki wynagrodzeń dotyczyć będą nawet najlepszych zawodników

Pandemia koronawirusa sprawiła, że kluby sportowe są w trudnej sytuacji. Brak bieżących wpływów i cięcia środków od stacji telewizyjnych i sponsorów powodują, że nie są one w stanie wywiązywać się ze swoich zobowiązań, zwłaszcza względem zawodników. To może oznaczać, przynajmniej w krótkiej perspektywie, duże obniżki wynagrodzeń, nawet dla najlepszych graczy. – W dalszej perspektywie sport może jednak okazać się odtrutką na globalny kryzys ekonomiczno-finansowy, więc pieniądze sponsorów mogą zaczną płynąć szerszym strumieniem – ocenia Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

 Kluby sportowe odłączone od bieżącej kroplówki nie tylko wpływów z dnia meczowego, ale prawdopodobnie również wpływów transmisyjnych i sponsoringowych, znajdują się w bardzo trudnej sytuacji, de facto stoją, a nawet leżą pod ścianą. Dalszy rozwój tego rynku jest wielowariantowy. Mamy świadomość, że jeżeli klub nie zarabia, nie może wywiązywać się ze swoich bieżących zobowiązań, zwłaszcza kontraktowych w stosunku do zawodników. Pojawia się więc przymus, żeby kontrakty zawodnicze obniżać – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Część zawodników, zwłaszcza ci uprawiający sport indywidualny, znalazła się w trudnej sytuacji finansowej, a niektórzy mogą już nawet nie wrócić do zawodowego uprawiania sportu. W lepszej sytuacji są piłkarze, choć i oni zarabiają już znacznie mniej. Niektórzy sami zdecydowali o rezygnacji z wynagrodzenia, część klubów sama podjęła decyzję o zamrożeniu części środków i obniżce wynagrodzeń, nawet o 70 proc. Także w Polsce kluby obniżają pensje, zwłaszcza że umożliwia im to decyzja rady nadzorczej Ekstraklasy. Zgodnie z zapisem kluby są uprawnione do obniżenia wynagrodzenia piłkarzy o 50 proc., do kwoty nie niższej niż 10 tys. zł brutto.

– Mamy do czynienia z sytuacją nadzwyczajną, więc nikt nie zna schematów, jak powinno się funkcjonować, i nie ma gotowych rozwiązań. Największym problemem jest cash flow. Czasowe, ale radykalne obniżki kontraktów zawodniczych, w skali 50–80 proc. na czas kilku miesięcy, to już nie jest ani dobra wola, ani temat do dyskusji, tylko warunek sine qua non przetrwania wielu klubów sportowych. Myślenie kategoriami obniżek 20 proc. itp. to myślenie schematami sprzed czasów koronawirusa – mówi prezes Sport Management Polska.

Jak podkreśla, są nawet dalej idące przykłady. Piłkarze oraz trener pierwszej drużyny Juventusu Turyn w ramach pomocy dla klubu zrezygnowali z wynagrodzenia za marzec, kwiecień, maj i czerwiec 2020 roku. Pozwoli to klubowi zaoszczędzić ok. 90 mln euro.

– Ale nie można traktować tego jako drogowskazu. Kariera zawodowego sportowca nie trwa długo, zawodnicy muszą chronić swoje interesy. Jednak trzeba przyjąć zasadę, że wszystkie cięcia powinny się odbywać, ale strony powinny szukać kompromisu. Nie może być tak, że zarządy klubów nie rozmawiają ze swoimi zawodnikami i vice versa. Nie można komunikować się poprzez media czy pośredników. – mówi Grzegorz Kita.

Śląsk Wrocław to pierwszy klub Ekstraklasy, w którym udało się osiągnąć kompromis. W efekcie do wznowienia rozgrywek piłkarze mają dostawać 15–30 proc. podstawowych miesięcznych pensji. Najmłodsi zawodnicy, o najniższych zarobkach, zachowali natomiast prawo do pełnej wypłaty. W Lechu Poznań wszystkim piłkarzom obniżono zarobki, a w Pogoni Szczecin zarząd całkowicie zrezygnował z pensji, a zawodnikom obniżono wynagrodzenie o połowę. W niektórych klubach doszło jednak do otwartego konfliktu.

Trzeba wypracować wspólne rozwiązania, bo w tej chwili i kluby, i zawodnicy, i ligi, i związki sportowe stanęły razem w obliczu pandemii koronawirusa, sytuacji kompletnie niespotykanej, gdy warto okazywać solidarność i wspólnie poszukiwać oraz rozwiązywać problemy. Trzeba pamiętać, że czas pandemii kiedyś minie, a wiele negatywnych zachowań i decyzji zostanie zapamiętanych na długo. Po każdej stronie. Raz straconego zaufania już się nie odzyska – dodaje prezes Sport Management Polska.

Sytuacje w poszczególnych klubach różnią się od siebie, co więcej, nawet sytuacja poszczególnych zawodników w jednym klubie może być zupełnie inna. Dlatego trudno mówić o uniwersalnych rozwiązaniach, które sprawdzą się w każdym przypadku.

Docelowo wzrośnie też znaczenie jakości zarządzania w podmiotach sportowych. Dobry zarząd nie żyje ponad stan i nie szasta pieniędzmi, tworzy kapitały zapasowe, nawet małe, buduje i wzmacnia fundamenty, a nie oddaje się totalnej konsumpcji finansów. Tworzy także architekturę dobrych relacji wewnętrznych w klubie i dba o kibiców – tłumaczy Grzegorz Kita.

Problemem jest to, że pogarszająca się sytuacja wielu firm powoduje cięcia wydatków marketingowych, w tym sponsoringu sportowego. W 2019 roku Sponsoring Insight szacował jego wartość w naszym kraju na około miliard złotych

 Jeżeli nastąpi silna recesja gospodarcza, o wiele mniej pieniędzy będą miały nie tylko koncerny, marketerzy czy media, którzy generują kluczowy procent przychodów klubów, ale przede wszystkim konsumenci. A to system naczyń połączonych. Z kolei podmioty sportowe nie będą miały tyle pieniędzy, żeby tyle płacić swoim zawodnikom, obniżka jest więc oczywista, natomiast nie znamy jej całkowitej skali. W ciągu najbliższego roku, może nawet półtora roku, na skutek recesji i problemów gospodarczych, nie ma raczej szans na powrót do 100 proc. wartości wynagrodzeń zawodniczych sprzed czasów koronawirusa. Bardziej prawdopodobny jest poziom 6080 proc. dawnych wynagrodzeń.​ Trzeba też pamiętać, że wszystkie strony tej sytuacji funkcjonują w obiegu zamkniętym. Piłkarze nie mogą zacząć masowo zmieniać klubów, bo one wszystkie mają problemy finansowe. Choć indywidualne przypadki  pewnie się pojawią – ocenia prezes Sport Management Polska.

Jak jednak przekonuje, w przyszłości to właśnie sport może okazać się remedium na sytuację po pandemii. Rozgrywki pomogą odwrócić uwagę ludzi od problemów, w efekcie w ostatecznym rozrachunku sport może przyciągnąć jeszcze więcej sponsorów niż dotychczas.

– O ile w pierwszej fali możemy mówić o problemach z płynnością finansową i wielu problemach ekonomicznych i gospodarczych, o tyle docelowo sport może zająć mocniejszą pozycję, niż ma dzisiaj. Ludzie są spragnieni sportowych emocji, doceniają wartości sportowe, ale chcą też mieć czym zająć swoje myśli, czymś się emocjonować, cieszyć i wzruszać. Jednoczyć się wokół pozytywnych emocji sportowych. Niewykluczone, że sport może być odtrutką na globalny kryzys ekonomiczno-finansowy wywołany przez pandemię koronawirusa. Sport daje siłę – mówi Grzegorz Kita.

Eksperci przestrzegają przed kolejną suszą. Kluczowe w Polsce jest odbudowanie naturalnej retencji

Polskę może dotknąć największa susza od dziesiątków lat. Rekordowo ciepła zima połączona z brakiem opadów sprawiła, że spada poziom wody w rzekach. W marcu padało najmniej w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. – Takiej suszy hydrologicznej wiosną nie mieliśmy w historii pomiarów – mówi prof. Zbigniew Karaczun, ekspert Koalicji Klimatycznej. – Obawiam się, że pandemia koronawirusa może spowodować opóźnienia w podejmowaniu decyzji i działań rządu i władz samorządowych na rzecz przeciwdziałania skutkom suszy. Kluczowe w tym są działania, które mają przywrócić tzw. naturalną retencję.

Ubiegła zima była najcieplejsza od wielu lat, a brak śniegu sprawił, że nie udało się odbudować zasobów wodnych po bardzo suchym 2019 roku. Po wilgotnym, jak na tegoroczną zimę, lutym przyszedł bardzo suchy marzec – opady wynosiły średnio 26,4 mm, przy normie za ubiegłe lata na poziomie 39,7 mm. W efekcie bardzo niski jest stan wód. Na początku kwietnia aż 42 stacje mierzące przepływ wód w rzekach wykazały stan poniżej normy. Dla porównania w 2019 roku w tym samym okresie taki stan był w 10 stacjach.

– W zasadzie od pierwszej dekady XXI wieku mamy w Polsce stałą letnią suszę. W związku z tym co roku w lecie w różnych regionach Polski występuje susza i nie sądzę, żeby ten rok był odmienny – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Zbigniew Karaczun, ekspert Koalicji Klimatycznej, wykładowca Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. – Takiej suszy hydrologicznej wiosną nie mieliśmy w historii pomiarów. Sytuacji nie poprawią pojedyncze deszcze, potrzebujemy co najmniej dwóch tygodni codziennych opadów, żeby sytuacja się ustabilizowała, a jeszcze dłuższych, żeby sytuacja się poprawiła.

W 2019 roku wysokie czerwcowe temperatury i małe opady w lecie doprowadziły do wystąpienia suszy na większości terenów obserwowanych przez IMGW. Straty spowodowane przez ubiegłoroczną suszę wyceniono na ponad 3 mld zł. W tym roku, jeśli najbliższe miesiące nie przyniosą znacznych opadów, straty mogą być jeszcze większe.

– Czym grozi susza? Przede wszystkim poważnymi stratami w rolnictwie, i to już nie tylko w produkcji owoców, ale także uprawie zbóż i produkcji zwierzęcej, bo pasza będzie droższa. Zagrożona będzie turystyka, bo mniej wody i cieplejsza woda stwarzają idealne warunki do zakwitu sinic, również toksycznych, które uniemożliwiają kąpiel – mówi prof. Zbigniew Karaczun.

Jak ocenia, problem w tym, że okres pandemii koronawirusa może opóźnić działania na rzecz przeciwdziałania suszy.

 W trakcie stanu epidemii jest ograniczona możliwość realizacji inwestycji. Jednak trzeba też mieć świadomość, że działania na rzecz zabezpieczenia przed suszą nie są przewidziane na jeden rok czy sezon. One muszą mieć charakter długofalowy. W związku z tym mam nadzieję, że będzie to tylko niewielkie opóźnienie, a działania będą kontynuowane i w tym roku, i w kolejnych latach – mówi ekspert. – Pandemia nie unieważniła problemu zmiany klimatu ani nie spowodowała, że stał się on mało istotny. Jeśli nie chcemy zamienić kryzysu epidemiologicznego w ekologiczny, musimy stworzyć instrumenty takiego rozwoju gospodarki, który będzie w zgodzie ze środowiskiem przyrodniczym.

Minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk przekazał, że przygotowano już projekt specustawy, która ma przyspieszyć inwestycje zabezpieczające Polskę przed suszą. Nowe przepisy mają skrócić okresy przygotowawcze do inwestycji i usprawnić pozyskiwanie pozwoleń. Dodatkowo na walkę z suszą ma trafić dodatkowe 150 mln zł.

– W opinii Koalicji Klimatycznej na rzecz przeciwdziałania suszy najpilniejsze działania mające na celu przywrócenie tzw. naturalnej retencji są związane z zatrzymywaniem wody przez systemy przyrodnicze. W Polsce po II wojnie światowej do lat 90. osuszaliśmy tereny rolne i pozwalaliśmy wodzie szybko uciekać do rzek, a rzekami do Bałtyku, przez to wody dzisiaj nam brakuje – tłumaczy ekspert. – Musimy nauczyć się zatrzymywać wodę, a najskuteczniej można to robić przez odtwarzanie i ochronę bagien, mokradeł, stawów i jezior śródpolnych, przez tzw. retencję glebową. To pilniejsze działania niż tzw. rozbudowa retencji sztucznej, czyli budowa zbiorników wodnych, długotrwała i kosztowna.

W lutym Koalicja Klimatyczna podkreślała, że przedstawiony przez rząd Plan przeciwdziałania skutkom suszy zupełnie pomija naturalną retencję, a skupia się wyłącznie na działaniach człowieka i budowlach hydrotechnicznych. Te jednak – według ekspertów – powinny być jedynie uzupełnieniem naturalnych metod. Przykładowo, wspieranie technik rolniczych zwiększających retencję glebową pozwoliłoby na zmagazynowanie ok. 3 mld m3 wody. Potrzebne są także rozwiązania, które pomogłyby miastom radzić sobie z brakiem lub okresowym nadmiarem wody.

W Warszawie wciąż nie udało się utworzyć 2/3 obwodowych komisji wyborczych. Brakuje chętnych do pracy przy wyborach

W Warszawie powołano dotychczas tylko ok. 240 z 750 komisji obwodowych. – W pozostałych brakuje wymaganych minimum pięciu osób do składu komisji – mówi Karolina Gałecka, rzeczniczka Urzędu m.st. Warszawy. Sejm przegłosował ustawę, która pozwoliłaby przeprowadzić wybory prezydenckie za pośrednictwem Poczty Polskiej. Dopóki jednak nie zajmie się nią Senat, obowiązują dotychczasowe przepisy, a zgodnie z nimi do 20 kwietnia komisarze wyborczy powinni powołać obwodowe komisje wyborcze. – To z powodu obowiązujących przepisów nie jest możliwe przekazanie Poczcie Polskiej danych osobowych wyborców – dodaje rzeczniczka.

– Przygotowujemy się zgodnie z Kodeksem wyborczym i kalendarzem do przeprowadzenia wyborów prezydenckich. Jednak te przygotowania z pewnością nie przebiegają w sposób naturalny, jak to miało miejsce do tej pory przy każdych innych wyborach sprzed pandemii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Karolina Gałecka, rzeczniczka prasowa Urzędu m.st. Warszawy.

Komisji wyborczych w Polsce jest 27 tys. Potrzeba około 250 tys. osób, by je obsadzić, chętnych jednak brakuje. Problem występuje m.in. w Warszawie, gdzie do obsadzenia jest 730 obwodowych komisji wyborczych. W każdej z nich powinno znaleźć się minimum pięć osób. Ze względu na pandemię koronawirusa potrzebne są dodatkowe osoby, które mogłyby kontrolować kwestie sanitarno-higieniczne podczas wyborów.

 Na 22 kwietnia zostało w Warszawie powołanych 237 na 750 komisji obwodowych. Tam, gdzie nie zostały one powołane, wynika to z faktu, że brakuje liczby osób do minimalnego składu komisji – wskazuje Karolina Gałecka.

Ustawę, która pozwoli przeprowadzić wybory prezydenckie korespondencyjnie za pośrednictwem Poczty Polskiej, Sejm przyjął na początku kwietnia. Teraz czeka na głosowanie w Senacie, więc teoretycznie obowiązują dotychczasowe przepisy. To z tego powodu – jak podkreśla rzeczniczka prasowa Urzędu m.st. Warszawy – niemożliwe jest przekazanie Poczcie Polskiej danych wyborców. O taką prośbę spółka zgłosiła się do gmin.

– Formalnie nie mamy żadnej podstawy prawnej, która pozwoliłaby nam przekazać Poczcie Polskiej dane osobowe. Gdybyśmy w tym momencie je przekazali, byłoby to przestępstwo – podkreśla Karolina Gałecka. – Otrzymaliśmy również anonimowo pismo od mieszkańca, w którym informuje on, że gdyby jego dane zostały przekazane, podejmie formalne kroki prawne przeciwko samorządowi i prezydentowi.

Jak mówi, przygotowania do wyborów muszą siłą rzeczy zejść w tej chwili na dalszy plan w związku z liczbą wyzwań, przed którymi stoi miasto i mieszkańcy w związku z pandemią koronawirusa. Ratusz pracuje nad wsparciem dla przedsiębiorców, którzy w wyniku pandemii stracili całość lub część swoich dochodów, a także dla potrzebujących mieszkańców.

Mamy wiele osób, które do tej pory nie korzystały z ośrodków pomocy społecznej, a teraz takiego wsparcia potrzebują. To na przykład pomoc związana z dożywianiem dzieci. Zgłaszają się nie tylko rodziny najuboższe, lecz również takie, które do tej pory nie miały problemów finansowych – podkreśla rzeczniczka prasowa Urzędu m.st. Warszawy.

W stolicy w tym roku szkolnym prawie 5 tys. uczniów korzystało z dofinansowanych posiłków. Na ten cel z budżetu miasta przeznaczono ok. 5 mln zł rocznie. Dla ok. 2 tys. uczniów przygotowywane są paczki z półproduktami, z których można przygotować posiłki. Dzieci z rodzin w najtrudniejszej sytuacji finansowej korzystają również z programu „Posiłek w szkole i w domu”, a w tym roku szkolnym zakwalifikowało się do niego ok. 2,5 tys. osób. Ze względu na pandemię zmieniono formę wsparcia – zamiast posiłku w szkole jest świadczenie pieniężne na zakup jedzenia lub paczki żywnościowe. W marcu oraz pierwszym tygodniu kwietnia wsparcie finansowe otrzymało 506 rodzin z dziećmi, a do 102 rodzin trafiły paczki z żywnością.

To są realne problemy mieszkańców Warszawy i to nie jest tylko kwestia przedsiębiorców, osób, które nie pracują, salonów kosmetycznych, fryzjerów, restauratorów, ale to także problem dożywiania dzieci – mówi Karolina Gałecka. – Przeprowadzenie wyborów w stanie pandemii, przy tak dużych realnych problemach mieszkańców, nie jest naszym zdaniem najlepszym rozwiązaniem.

21 kwietnia Związek Miast Polskich i Unia Metropolii Polskich ponownie zaapelowały do rządu o wprowadzenie stanu klęski żywiołowej ze względu na to, że obecna sytuacja już od wielu tygodni wyczerpuje przesłanki i znamiona takiego stanu. Jego wprowadzenie oznaczałoby automatycznie odwołanie wyborów i referendów lokalnych. Jak informują zarządy ZMP i UMP, tylko na kwiecień w kalendarium wyborczym prowadzonym przez Krajowe Biuro Wyborcze zaplanowano 42 takie wydarzenia, a część z nich już przekładano, nawet na kilka dni przed zaplanowanym terminem.

Rząd wprowadza kolejne rozwiązania dla firm. Przedsiębiorcy czekają głównie na konkretny harmonogram odmrażania gospodarki

Kolejne programy pomocowe dla firm różnej wielkości mają umożliwić im przetrwanie okresu zamrożenia gospodarki i uratować jak najwięcej miejsc pracy. Dziś Komitet Stały Rady Ministrów ma przyjąć kolejny pakiet przepisów, m.in. uniemożliwiający przejmowanie przez pozaunijne fundusze polskich, a dziś nisko wycenianych firm ze strategicznych branż, ułatwienia dla samorządów czy Fundusz Dopłat do Odsetek od kredytów bankowych. Zdaniem dr. Wojciecha Nagela z BCC tarcza finansowa to realna pomoc dla firm, ale teraz najbardziej czekają one na terminy kolejnych etapów rozmrażania gospodarki.

Pierwsza odsłona tarczy antykryzysowej bardziej dotyczyła płynności niż pomocy dla przedsiębiorstw, ponieważ płynność w czasach kryzysu jest rzeczą niezmiernie ważną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Wojciech Nagel, ekspert BCC ds. ubezpieczeń społecznych, członek rady nadzorczej ZUS. – Uzupełnienie jej o tarczę finansową stanowi realną pomoc dla polskich przedsiębiorstw. Już ponad milion firm zwróciło się o pomoc i wsparcie w ramach tarczy antykryzysowej 2.0. Jednak znajdują się w niej też pewne przepisy, które można byłoby poprawić. Na przykład duża firma w klasyfikacji do pomocy jest definiowana jako taka, która zatrudnia więcej niż 250 pracowników i ma obrót większy niż 50 mln euro lub sumę bilansową większą niż 43 mln euro. Oznacza to, że firma, która zatrudnia więcej niż 250 pracowników, ale nie spełnia kryterium obrotowego, nie może z tej pomocy skorzystać.

18 marca rząd ogłosił pierwszą, wartą 212 mld zł tarczę antykryzysową skierowaną do mikrofirm (zatrudniających mniej niż 10 osób), a także samozatrudnionych i pracujących na umowy cywilnoprawne. Jej celem jest zapewnienie płynności finansowej na czas ograniczenia lub wręcz braku możliwości świadczenia usług. Pakiet zawiera m.in. dopłaty do wynagrodzeń pracowników, umorzenie składek ZUS-u, przedłużenie kredytów obrotowych dla małych i średnich firm, nowe gwarancje de minimis od BGK, a także dofinansowanie. Kolejna tarcza, finansowa, ogłoszona przez rząd razem z NBP 8 kwietnia ma wartość 100 mld zł i formę subwencji, których wypłata ruszy w poniedziałek 27 kwietnia. Połowa tej kwoty trafi do małych i średnich firm, a po 25 mld zł – do firm dużych i mikroprzedsiębiorstw.

Najbardziej oczekiwane są takie narzędzia, które dawałyby pieniądze do ręki. Rozwiązania, które zostały w tej chwili zaproponowane, częściowo odpowiadają na to zapotrzebowanie, natomiast głównie dotyczą zwolnień z rozmaitych danin i składek – przypomina dr Wojciech Nagel. – Są również wprowadzone rozwiązania dla firm średniej wielkości, które np. dotyczą obniżenia czy zaniechania opłat za najem w galeriach handlowych. Korekty kolejnych tarcz i kolejnych odsłon pokazują, że te rozwiązania są cały czas usprawniane.

Pod koniec kwietnia rząd przyjmie kolejny pakiet pomocowy, który wprowadzi m.in. konieczność uzyskania zgody od Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów na przejęcie polskich firm ze strategicznych branż przez fundusze spoza Unii, głównie z Azji, skuszone niskimi wycenami. Wicepremier i minister rozwoju Jadwiga Emilewicz wymieniła wśród tych branż m.in. energetykę, przesył gazu i ropy, telekomunikację, a także medycynę, farmację, żywność, transport czy logistykę. Powstanie także Fundusz Dopłat do Odsetek o wartości 270 mln zł w tym roku i 250 mln zł w 2021 roku. Samorządy, które notują niższe wpływy z opłat i podatków, uzyskają możliwość uelastycznienia budżetu. Od 1 kwietnia powiaty będą otrzymywały co drugą, a nie co czwartą złotówkę z dochodów z gospodarki nieruchomościami Skarbu Państwa oraz możliwość nierównowagi strony bieżącej budżetu o wartość faktycznego ubytku w dochodach podatkowych.

Jak jednak podkreśla ekspert BCC, dla przedsiębiorców najważniejsze jest wznowienie działalności, a terminy wprowadzania kolejnych etapów rozmrażania gospodarki nie są znane.

Kluczowe pytanie brzmi, jak będą kształtowały się etapy odmrażania gospodarki – przekonuje dr Wojciech Nagel. – Najistotniejsze dla przedsiębiorców, w szczególności małych, takich jak zakłady usługowe czy kluby fitness, jest to, aby wyraźnie zdefiniować, kiedy będą mogli zacząć działać. Przedstawione etapy nie zawierają bowiem dat. Przykładowo, Czesi wyraźnie powiedzieli, kiedy będą co otwierać i w jakim harmonogramie.

Ładowanie indukcyjne to już standard. Przyszłością mogą jednak okazać się ładowarki oparte na ultradźwiękach czy falach radiowych

W przyszłości ładowanie przedmiotów codziennego użytku będzie możliwe nie tylko bez kabli, ale też bez stacji ładujących. Już teraz start-upy pracują nad ładowaniem telefonów „z powietrza”. Bostoński system WiTricity znany jest z technologii ładowania bezprzewodowego rezonansu magnetycznego. Inne wykorzystują nadajniki z miniantenami i ładują w ten sposób wszystkie przedmioty z uruchomioną technologią Bluetooth. Ładowarki indukcyjne, jeszcze niedawno traktowane jako gadżet, teraz o mocy nawet 24 W, naładują baterię od zera w ciągu godziny.

– Ładowanie indukcyjne kiedyś było traktowane bardziej jako gadżet. Teraz mamy już w ofercie ładowarki indukcyjne o mocy 24 W, czyli możemy naładować telefon od zera do stu procent w nieco ponad godzinę. Jedyny problem stanowią telefony, ponieważ nie nadążają za branżą akcesoriów mobilnych. iPhone’a  możemy ładować z maksymalną mocą 7,5 W, a Huaweia – 10 W. Xiaomi wprowadziło model Mi 9 Pro, którego bateria może przyjąć 30 W. To jednak dopiero przyszłość – mówi agencji Newseria Innowacje Kacper Kowalewski, prezes Baseus Polska.

Większość bezprzewodowych platform zasilania i ładowania wykorzystuje do przesyłania energii zmienne w czasie pola elektryczne, magnetyczne lub elektromagnetyczne. Ładowanie staje się coraz prostsze, nie wymaga kabli, a przedmioty często ładują się po prostu same.

System WiTricity opracował technologię ładowania bezprzewodowego rezonansu magnetycznego, która opiera się na sprzężonych obiektach do przekazywania mocy. Platforma składa się z nadajników i odbiorników, w których znajdują się anteny magnetyczne dostrojone do tej samej częstotliwości, co pozwala jej ładować wiele urządzeń jednocześnie. Z kolei system ładowania bezprzewodowego WattUp firmy Energous umożliwia ładowanie urządzenia znajdującego się w tym samym otoczeniu co platforma, a nadajnik do wyszukiwania urządzeń wykorzystuje Bluetooth. Jeszcze inny sposób ładowania opracowuje start-up uBeam. Zamiast tradycyjnych metod wykorzystuje energię ultradźwiękową, a nadajnik emituje dźwięk o wysokiej częstotliwości, niesłyszalny dla ludzi i zwierząt. Jak dotąd uBeam wciąż nie opracował gotowego urządzenia, ale udowadnia, że ultradźwięki mogą ładować przedmioty znacznie szybciej niż tradycyjne ładowarki.

– Staramy się stworzyć sytuację, kiedy baterie, urządzenia mobilne i akcesoria, które je ładują, będą w stanie naładować dane urządzenie w kilka–kilkanaście minut – zapowiada Kacper Kowalewski. – Na razie i tak wyprzedziliśmy branżę telefoniczną, ponieważ urządzenia mobilne nie są w stanie przyjąć takiej energii, którą jesteśmy w stanie im zaoferować.

Kolejne firmy opracowują coraz to nowsze metody do ładowania. Start-up z Kalifornijskiego Instytutu Technologii zbudował bezprzewodowy system ładowania, który przesyła energię elektryczną za pomocą fal radiowych o wysokiej częstotliwości. Firma zaprezentowała trzy prototypowe produkty do ładowania. System ładowania biurka może bezprzewodowo ładować prawie każdy gadżet w odległości kilku metrów, płytka sufitowa ma znacznie większy zasięg, a wędrujący robot Roomba porusza się po domu i ładuje inteligentne domowe gadżety.

W przyszłości przedmioty mogą być ładowane nawet z powietrza, np. za pomocą mikrofal przesyłających na Ziemię energię słoneczną.

– Niektóre start-upy starają się wprowadzić możliwość ładowania z powietrza, bez dotykania, bez żadnych kabli, nawet do stacji ładującej. Pracują nad tym, ale musimy jeszcze poczekać na pierwsze rozwiązania – komentuje prezes Baseus Polska.

Centra handlowe wypracowują z rządem protokoły bezpieczeństwa

W środę odbyła się wideokonferencja Premiera Morawieckiego oraz przedstawicieli resortów zdrowia i rozwoju z przedstawicielami sektora centrów i galerii handlowych. W spotkaniu uczestniczyli przedstawiciele Zarządu PRCH oraz innych organizacji branżowych. Głównym celem spotkania było omówienie zasad funkcjonowania różnych formatów obiektów handlowych przy ponownym otwieraniu nieczynnych dotychczas lokali. Referencyjnymi materiałami w dyskusji były przekazane kilka dni temu przez PRCH projekty rozwiązań do protokołów bezpieczeństwa oraz raport PRCH “COVID-19 i co dalej. Ponowne otwarcie centrum handlowego”.

Od tygodnia trwają zaawansowane rozmowy w sprawie przygotowań do szerszego otwierania obiektów i innych placówek handlowych. Już 16 kwietnia Polska Rada Centrów Handlowych po szerokich konsultacjach ze swoimi członkami przekazała do Ministerstwa Rozwoju projekt rozwiązań do protokołu bezpieczeństwa, raport z wynikami badań konsumenckich oraz wypracowany przez stowarzyszenie i SAFE ShoppingCenters raport “COVID-19 i co dalej. Ponowne otwarcie centrum handlowego” na temat procedur bezpieczeństwa w tego typu obiektach. Celem tych działań jest zaprezentowanie stronie rządzącej gotowych rozwiązań, aby powrót do biznesu odbywał się w sposób bezpieczny dla wszystkich stron z uwzględnieniem realiów branży i najlepszych praktyk międzynarodowych.

Spotkanie ze stroną rządzącą

W środę na zaproszenie strony rządzącej przedstawiciele zarządu PRCH i innych organizacji, a także niektórzy właściciele i zarządcy galerii handlowych, wzięli udział w telekonferencji z Premierem Morawieckim oraz Ministrami: Emilewicz i Szumowskim. Celem spotkania było wypracowanie wytycznych postępowania dla funkcjonowania centrów, galerii i parków handlowych przy ponownym otwieraniu pozostałych placówek handlowych, jakie obecnie są objęte ograniczeniami tj. np. sklepy z obuwiem, odzieżą i wiele innych tak potrzebnych społecznie.

Jak podkreślano na spotkaniu, cały sektor obiektów handlowych, bez względu na wielkość czy typ centrów, zdaje sobie sprawę z konieczności wprowadzania daleko idących procedur związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa dla klientów i pracowników. Zdaniem przedstawicieli branży, w obecnym czasie należy systemowo ograniczyć, a wręcz wyeliminować wszelkie funkcje obiektu związane ze spędzaniem wolnego czasu na rzecz funkcji stricte zakupowej. Kluczowe jest także wspieranie edukacji klientów poprzez komunikację, a także rozwiązania technologiczne obecne w obiektach pod hasłem #centrabezpiecznychzakupów .

Jako branża przez cały czas dzielimy się naszą wiedzą i spostrzeżeniami z resortami zdrowia i rozwoju, dlatego też jestesmy zadowoleni, że nasze rekomendacje w zakresie bezpiecznych zakupów w obiektach handlowych spotkały się uznaniem strony rządzącej. Nie wszystkie placówki będą mogły zostać otwarte równolegle, czekamy na wyznaczenie kolejnych etapów. Chcemy jak najszybciej wypracować protokoły działań aby zostały zatwierdzone przez rząd i mogły być przekazywane społeczeństwu. To wielka rola edukacyjna dla wdrożania tych wytycznych zarówno dla centrów handlowych i ich placówek oraz rządu – podkreśla Radosław Knap, dyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Przygotowując wytyczne dotyczące bezpieczeństwa, branża czerpała również z dobrych praktyk zastosowanych do tej pory w innych krajach, dostosowując je realiów polskiego rynku. PRCH przekazała resortowi rozwoju pełne podsumowanie wszystkich działań w zakresie przygotowań do ponownego otwierania obiektów handlowych realizowanych za granicą.

Międzynarodowa współpraca zaowocowała również stworzeniem poradnika “COVID-19 i co dalej. Ponowne otwarcie centrum handlowego”, przygotowanego we współpracy z SAFE ShoppingCenters. Zarządcy i najemcy obiektów handlowych znajdą w nim praktyczne wskazówki, mówiące o tym, jak najlepiej przygotować się do ponownego otwierania obiektu handlowego dla szerszego grona klientów.

Najważniejsze rekomendacje skierowane przez PRCH w toku konsultacji z rządem:

– eliminacja wszelkich funkcji związanych ze spotkaniami czy spędzaniem czasu na rzecz tylko konkretnych zakupów;
– powiązanie maksymalnej liczby osób przebywających w placówce handlowej z jej powierzchnią;
– podejmowanie działań prewencyjnych przy wejściach do obiektów handlowych – obowiązek posiadania maseczek, unikanie zbiorowisk ludzkich na pasażach i w placówkach, monitorowanie liczby klientów;
– stopniowe przywracanie możliwości funkcjonowania poszczególnych placówek handlowych;
– wprowadzenie specjalnych środków ochronnych w strefach gastronomicznych – działanie w trybie dostaw / “na wynos”, ograniczenie liczby miejsc siedzących, zapewnienie odstępów między klientami;
– wprowadzenie zmian w funkcjonowaniu tzw. godzin dla seniorów – wskazanie określonych grup placówek handlowych, w których miałyby takie godziny obowiązywać, zmiana godzin;
– wWprowadzenie środków ochronnych na parkingach, w toaletach i w strefach wspólnych – zapewnienie odstępów, częstsze sprzątanie i dezynfekcja, wyeliminowanie możliwości tworzenia się skupisk ludzkich;
– podejmowanie szeroko zakrojonych akcji edukacyjnych i informacyjnych dotyczących zasad przebywania w obiektach handlowych;
– rozłożenie ruchu i ewentualnych kolejek poprzez tymczasowe przywrócenie handlu również w niedziele.

Cena paliw nie spadnie poniżej 2,5 zł nawet gdyby ropa była darmowa

Ostatnimi dniami słyszymy bardzo dużo o darmowej ropie naftowej w USA. Historia ta, powtarzana przez kolejne podmioty metodą głuchego telefonu, zyskuje coraz to nowe oblicza. Nie są one zawsze zgodne z prawdą, ale pokazują one poziom naszej wiedzy ekonomicznej jako społeczeństwa, a tutaj po raz kolejny nie jest najlepiej.

Co tak naprawdę się stało?

20 kwietnia kończył się kontrakt na dostawę ropy naftowej w USA. Przez ostatnie dwa dni ceny tego kontraktu zaczęły gwałtownie spadać. Tuż przed zamknięciem ludzie oddawali ten kontrakt za darmo lub nawet dopłacali, by nie musieć go realizować. W rezultacie pojawiły się notowania ropy w okolicach zera. Żeby zrozumieć fenomen tego zjawiska trzeba najpierw wyjaśnić kilka podstawowych terminów.

Czym jest cena ropy?

Ropa naftowa na rynkach światowych ma dwie podstawowe ceny. Jedna – to notowania na giełdzie w Londynie, gdzie kwotowany jest surowiec europejski. Druga – to notowania amerykańskie, gdzie notowana jest ropa teksańska. Nie są to oczywiście jedyne rodzaje ropy dostępne na rynku. Są też dodatkowe kontrakty, np. chińskie notowania, ale to raczej kwestia lokalnych ambicji politycznych niż realnego znaczenia. Pozostałe gatunki są wyceniane w odniesieniu do tych dwóch podstawowych. Przeważnie jako cenę ropy naftowej przyjmuje się cenę najbliższego, pod kątem realizacji, kontraktu.

Czym jest wspomniany kontrakt?

Kontrakt najprostszymi słowami to instrument finansowy, który upoważnia odbiorcę do odebrania ropy naftowej w określonym terminie i w określonym miejscu. Podstawowe kontrakty rozliczane są na wspomnianych już giełdach i odbierane w odpowiednich dla nich punktach. Warto również zwrócić uwagę, że kontrakty realizowane są co miesiąc. Ostatni dzień kwotowań to jak już było wspomniane 20 dzień miesiąca. Tego dnia podmiot, który pozostanie z kontraktem musi go zrealizować. Musi zapłacić pieniądze i odebrać ropę.

Na czym polega problem amerykańskiego kontraktu?

O ile ropa Brent notowana na londyńskiej giełdzie odbierana jest z magazynów w porcie, o tyle ropa z USA jest odbierana na lądzie. W rezultacie elastyczność rozwożenia surowca dla obydwóch tych dostaw jest zgoła inna. Dotychczas popyt w USA był tak duży, że nie stanowiło tak większych problemów. Problem w tym, że wraz ze wzrostem zapasów i spadkiem zużycia nagle okazało się, że brakuje miejsca, by przyjąć obecne kontrakty w racjonalnej cenie. W rezultacie okazało się, że odbiór ropy blisko amerykańskiego rynku zbytu wcale nie jest atrakcyjną możliwością. Specyfika europejskich notowań i łatwość wywozu surowca powoduje, że ten sam problem w Europie się na razie nie pojawił.

Dlaczego zapasy ropy rosły?

Spadające zapotrzebowanie na ropę naftową związane ze spowolnieniem gospodarczym na świecie to tylko jedna strona tego medalu. Drugim jest konflikt wśród producentów. Rynek ropy ma specyficzną konstrukcję i dominuje tam OPEC – organizacja państw produkujących i eksportujących ropę naftową. Kartel ten jednak nie jest w pełni zgodny a brak zgody na ograniczenie produkcji spowodował gigantyczną nadwyżkę surowca na rynku. Tani surowiec zalega w tej chwili w magazynach. Organizacja w końcu podjęła decyzję w porozumieniu z innymi producentami o obniżeniu produkcji ropy naftowej, aczkolwiek skala tego ruchu nie wyrówna spadku popytu i na rynku najprawdopodobniej dalej będzie za dużo surowca, po prostu nie będzie aż takiej nadwyżki.

Co będzie dalej?

To jest jedno z tych pytań, na które wielu z nas chciałoby znać odpowiedź. Patrząc jednak na ilość surowca oraz wielkość ciągle rosnących w USA zapasów, można się spodziewać, że produkcja w USA powinna zostać silnie ograniczona. Liczba platform wiertniczych spadła z niecałych 700 pod koniec marca już do 438 sztuk. To wciąż więcej niż w dołku z 2016 roku, aczkolwiek jeszcze kilka tygodni i możemy przebić ówczesne minima. Spadek produkcji w USA pozwoli rozwiązać problem nadprodukcji surowca i ustabilizować jego cenę. Problem w tym, że ograniczenie produkcji zawsze najbardziej boli tego kto ogranicza, dlatego jest w dalszym ciągu ryzyko, że kolejni producenci będą liczyć, że OPEC rozwiąże za nich ten problem. Tak się jednak na razie nie dzieje.

Jaki ma to wpływ na nas?

Polska i inne państwa naszego regionu (oprócz Rosji) nie są mocno zależne od cen surowców. Znacznie taniej za to będziemy mogli tankować. Nie jest to oczywiście tak, że ceny te spowodują że benzyna będzie pół darmowa. Pamiętajmy, że w Polsce po pierwsze mamy ropę z Rosji, wycenianą (z pewną zniżką ze względu na skład) na podstawie notowań londyńskich. Po drugie niemal dwa złote w cenie to podatki. Do tego trzeba doliczyć koszt przetransportowania, marżę rafinerii i marżę na stacji. W rezultacie najprawdopodobniej będziemy oglądać wyjątkowo niskie ceny na stacjach, ale nawet gdyby ropa naftowa (a londyńska jest daleko od tej granicy mimo spadków) była za darmo to i tak na stacji będzie ona kosztować ponad 2,5 zł, jak nie ponad 3 zł.

Maciej Przygórzewski, główny ekspert walutowy InternetowyKantor.pl i Walutomatu

Analiza Euler Hermes: Europa powinna odblokować nadmierne oszczędności wynikające z reakcji na COVID-19

W Allianz i Euler Hermes oceniamy, że w Europie stopy oszczędności gospodarstw domowych mogą wzrosnąć w drugim kwartale 2020r. nawet o +20 punktów procentowych do poziomu średnio 36% (zob. Rysunek 1). Oznacza to 1,3 bln EUR dodatkowych oszczędności czyli odpowiednik 10% PKB. Łączne oszczędności mogą osiągnąć wartość szczytową na poziomie 2,3 bln EUR. W 2009 r., oszczędności w krajach UE28 skoczyły o 100 mld EUR, przy czym całkowita wartość oszczędności (w ujęciu rocznym) wyniosła 1,1 mld EUR w tamtym okresie kryzysu.

Ograniczenia związane z Covid-19 dosłownie uniemożliwiły konsumpcję w wielu obszarach – od jedzenia poza domem do podróżowania. Konsumpcja prywatna spadnie jak kamień, średnio jak szacujemy o 35% w trakcie obowiązywania ograniczeń. Oprócz tego spodziewamy się, że 40% ludności aktywnej zawodowo znajdzie się na częściowym bezrobociu, co po części ochroni ich dochód, chociaż doprowadzi do utraty nie całości, ale od 20% do 40% ich dochodu rozporządzalnego; łączny dochód gospodarstw domowych może w ten sposób obniżyć się o 8% do 16%. Ogólnie rzecz biorąc, stopa oszczędności wzrośnie o +5 punktów procentowych w przypadku spadku całkowitego dochodu gospodarstw domowych o 5% i obniżenia się konsumpcji prywatnej o 10%.

Rysunek 1 – Stopa oszczędności według krajów, % dochodu rozporządzalnego brutto

Stopa oszczędności według krajów, % dochodu rozporządzalnego brutto
Źródła: Eurostat, Allianz Research

 

W czasie stopniowego zdejmowania ograniczeń gromadzone zapobiegawczo oszczędności mogą stać się poważnym problemem: Stopy oszczędności pozostaną +6 p.p. powyżej poziomów przed kryzysem, tj. w wysokości 21% na koniec 2020 r. Oznacza to około 400 mld EUR lub 3% PKB. W niespokojnych czasach gospodarstwa domowe nie będą skłonne do podejmowania ryzyka i mogą wzbraniać się przed konsumpcją lub inwestowaniem. Oszczędności gromadzone z przezorności odbiją się negatywnie na działalności gospodarczej, przyczyniając się do utrzymania jej poniżej możliwości. Oszczędności nadmierne lub ostrożnościowe nie są wykorzystywane jako długoterminowy kapitał, ale raczej lokowane w formie depozytów bankowych. Banki prawdopodobnie zaostrzą warunki kredytowe i będą niechętne do udzielania nowych pożyczek w czasach kryzysu. Szacujemy, że w trakcie procesu znoszenia ograniczeń konsumpcja prywatna utrzyma się od 10% do 15% poniżej poziomów przed wprowadzeniem obostrzeń i spodziewamy się, że średnio jedna trzecia pracowników na częściowym bezrobociu może stracić pracę.

Dopóki nie pojawi się skuteczna szczepionka przeciw Covid-19, kraje pozostaną podatne na nowe ogniska pandemii, które mogą prowadzić do powtórnych obostrzeń i ponownie uruchomić poszczególne fazy. Oczywistą reakcją gospodarstw domowych będzie zwiększanie oszczędności, zwłaszcza w krajach o wysokim poziomie zadłużenia gospodarstw domowych i rosnącym bezrobociu (kraje nordyckie, Niderlandy, Zjednoczone Królestwo i, w mniejszym zakresie, Francja, Belgia, Hiszpania i Portugalia, zob. Rysunek 2).

Rysunek 2 – Udział gospodarstw domowych według typów własności nieruchomości, w %

Udział gospodarstw domowych według typów własności nieruchomości
Źródła: OECD, Allianz Research

Decydenci polityczni powinni koncentrować się na polityce – konkretnych działaniach służących odblokowaniu oszczędności. Służy temu po pierwsze klimat zaufania, czyli: testy, maski, protokoły sanitarne, metody leczenia i szczepionki, pomagające stworzyć sprzyjające środowisko do wydawania oszczędności:

  • Ukierunkowane i uzupełniające istniejące programy. Częściowe bezrobocie oraz publiczne programy gwarancji (bardzo skuteczne w czasie kryzysu) mogą napędzać gromadzenie zapobiegawczych oszczędności przez strach przed utratą pracy i surowszymi warunkami kredytowymi. Uniknięcie efektu opadania i zanikania finansowania po przekroczeniu masy krytycznej (w tym przez obniżenie raczej podatków od osób prawnych i opodatkowania pracy niż podatków konsumpcyjnych lub poprzez transfery) pomogłoby w pokryciu określonych inwestycji publicznych (w sektorze zielonej gospodarki, cyfryzacji, badań i rozwoju) mających wysoki współczynnik mnożnikowy.
  • Adaptacyjna ochrona socjalna. Niezbędne jest przezwyciężenie zastrzeżeń gospodarstw domowych wobec inwestowania nadmiernych oszczędności, np. w celu stworzenia zabezpieczenia emerytalnego. Kluczem do sukcesu są odpowiednie produkty – łączące bezpieczeństwo, elastyczność i długoterminowe wyniki – a także większe inwestycje w wiedzę z zakresu finansów, łatwy dostęp do sektora zarządzania majątkiem i wsparcie dla osób o niskich i średnich dochodach, aby uniknąć błędów z 2009 r.
  • Płynność strukturalna. Mnożniki podatkowe i skłonność do konsumpcji zależą od względnej wielkości rynku krajowego, elastyczności płac, rozmiaru automatycznych stabilizatorów i poziomu zadłużenia danego kraju.

AUTORZY:

ANA BOATA
Szef Badań Makroekonomicznych
[email protected]

ARNE HOLZHAUSEN
Szef ds. Trendów Ubezpieczeń i Dobrobytu
[email protected]

LUDOVIC SUBRAN
Główny Ekonomista
[email protected]

Zasięg koronawirusa COVID-19. Najnowsze dane analizuje Mariusz Gromada

Na świecie potwierdzono ponad 2,5 miliona infekcji, 40% z nich w Europie. Od 20 kwietnia w Polsce potwierdzano około 300 nowych zakażeń dziennie – to poziom nieco niższy w porównaniu z okresem poprzedzającym. Biorąc pod uwagę rekordową liczbę testów 21 kwietnia (ponad 14 tys., poprzednio w okolicach 10 tys.) wartość 300 jest pozytywnym sygnałem. Wiele prognoz wskazuje koniec kwietnia jako okres szczytu epidemii w Polsce.

Perspektywa globalna

Na świecie odnotowano ponad 2,5 miliona potwierdzonych zakażeń. Krzywa epidemii wskazuje, że globalnie „spłaszczyliśmy” rozprzestrzenianie się wirusa w okolicach 28 marca. Można to nazwać „fenomenem 28 marca”. Zrozumienie zdarzenia wymagałoby prześledzenia kalendarium działań wielu poszczególnych krajów. Choć dzienne przyrosty nadał zwiększają się, to zmiany są ograniczone, co dobrze obrazuje skalę podjętych działań.covid-cykl-08-swiat

Europa

Europa to ponad 40% wszystkich potwierdzonych zakażeń w ujęciu globalnym (niemal 1,1 miliona). Również w tym przypadku 28 marca był dniem „złamania” nieskumulowanej krzywej wzrostu. Od tego momentu przyrosty powoli maleją – obecnie na starym kontynencie potwierdza się około 20 tys. zakażeń dziennie.covid-cykl-08-europa

Azja

Chiny wracają do życia społecznego i gospodarczego, jednak w niektórych krajach Azji epidemia rozwija się dosyć dynamicznie. Przyrosty to około 20 tys. dziennie i cały czas rosną. Ważne – ze względu na położenie geograficzne – Rosję zaliczyliśmy do Azji. W Azji potwierdzono łącznie niema 0,5 miliona infekcji.covid-cykl-08-azja

Ameryka Północna

W Ameryce Północnej zakażenia potwierdza się głównie wśród obywateli Stanów Zjednoczonych. USA to ponad 850 tys. potwierdzonych infekcji (ponad 30% globalnej liczby). Krzywa zostało spłaszczona w okolicy 5 kwietnia, a obecne przyrosty to około 30 tys. nowych przypadków dziennie. Efekt „28 marca” jest również widoczny w postaci krótkotrwałego wypłaszczenia.covid-cykl-08-ameryka-pln

Ameryka Południowa

Niemal 100 tys. potwierdzonych przypadków w Ameryce Południowej. W okolicy 8 kwietnia można zaobserwować „złamanie” nieskumulowanej krzywej epidemii i stabilizację przyrostów na poziomie 5 tys. dziennie.covid-cykl-08-ameryka-pld

Afryka

Afryka to nadal niewielka liczba potwierdzonych zakażonych – obecnie około 25 tys. z przyrostem 1 tys. dziennie. Choć efekt „28 marca” jest widoczny, to wartości nadal rosną, co nieuchronnie doprowadzi do większej dynamiki zmian.covid-cykl-08-afryka

Australia i Oceania

Australia świetnie i szybko wyhamowała rozwój COVID. W tym kraju obecnie niemal nie są notowane zakażenia. Również w tym przypadku końcówka marca była dosyć kluczowym momentem.covid-cykl-08-australia-i-oceania

Źródło: Mariusz Gromada, matematyk, statystyk, dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium, opracowanie własne z dnia 22.04.2020 na podstawie danych udostępnianych przez The Johns Hopkins University https://github.com/CSSEGISandData/COVID-19

Tegoroczny kryzys gospodarczy będzie większy niż w 2009 roku?

Dzisiejszym problemem przedsiębiorców jest rozsądne planowanie działań na najbliższe miesiące. Firmy są dość elastyczne i mogą bardzo łatwo przyzwyczaić się do panujących warunków, nawet tych złych. Dzisiaj jednak nie wiadomo, na co należy się przygotować – ani ze strony gospodarki światowej, ani głównych partnerów Polski, jak również co do warunków w naszym kraju. Sytuacja jest na tyle dynamiczna, że władze i administracje poszczególnych państw – starając się dopasować do bieżącej sytuacji – nie są w stanie przewidzieć kolejnych kroków odmrażania gospodarek. W wielu miejscach liczba zakażeń wciąż wzrasta, dlatego podanie rozsądnych terminów wprowadzania zmian jest niemożliwe. W konsekwencji część firm będzie podejmowała dość radykalne decyzje. Chociaż zaoferowano im pakiety pomocowe, nadal nie mogą one planować dalszych działań. Tymczasem wiele gospodarek wdrożyło zdecydowane instrumenty pomocowe. Propozycja polskiego rządu jest także całkiem pokaźna, biorąc pod uwagę rozmiar polskiej gospodarki. Nie można jednak porównywać jej do kwot zaproponowanych w Niemczech – gdzie poziom PKB jest ośmiokrotnie większy niż w naszym kraju. Jeśli Polsce uda się wyjść z kryzysu w dobrej kondycji – nie oznacza to, że można spodziewać się wzrostu gospodarczego.

– Już teraz widać, że gospodarki wielu istotnych dla Polski państw przygotowują się na znacznie głębszą recesję niż podczas kryzysu w 2009 roku. Wtedy spadek gospodarczy wśród głównych partnerów naszego kraju wynosił ok. 5 proc. w całym roku – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Dzisiaj Niemcy traktują taki wynik jako optymistyczny scenariusz. Niektóre szacunki mówią o spadku nawet na poziomie 10-15 proc. Z drugiej strony obecnej sytuacji nie można dokładnie przełożyć na warunki kryzysu sprzed 11 lat. Nie będzie to normalna część cyklu koniunkturalnego, kiedy hossa poprzedza bessę. Spadek jest wtedy długi, ale nie tak bardzo głęboki. Teraz rzeczywistość gospodarcza może stać się bardzo trudna – ale też możliwe będzie szybsze wyjście z kryzysu. Na razie są to jednak tylko domysły. Najlepsze prognozy zapowiadają lekkie otarcie się o recesję. Przy niekorzystnym układzie możliwy jest jednak spory spadek, na poziomie 1-2 proc. – co nie było w Polsce spotykane od wielu lat. Analizy pokazują stały wzrost od ponad 20 lat. Wyjątkiem nie był nawet czas kryzysu z 2009 roku. Złożyło się na to kilka czynników. Zachodnie kraje wsparły naszą krajową produkcję – stymulując konsumentów do kupowania, zapewnili nam zbyt. Do tego należy dodać wdrażanie w Polsce ważnego pakietu, który poluzował fiskalnie gospodarkę. Spadł klin podatkowy, a oprócz tego przeszliśmy na niższy PIT. W związku z tym w gospodarce było więcej pieniędzy, firmy zatrudniały więcej pracowników i realizowały inwestycje. Dzisiaj kryzys może wyglądać inaczej. Wciąż trudno ocenić, jak bardzo ucierpią najbardziej dotknięte branże – analizuje Soroczyński.

Dwie nowe marki w portfelu Sfinks Polska

Gastronomiczna spółka Sfinks Polska, do której należą sieci restauracji Sphinx, Piwiarnia Warki, Chłopskie Jadło, Fabryka Pizzy i WOOK, wprowadziła na rynek dwie nowe marki – KEBAPI oraz YOLO Chicken. Są one dostępne wyłącznie w kanale delivery. Powiększenie portfela o kolejne koncepty w dowozie, po sukcesie pierwszej marki wirtualnej – The Burgers – to odpowiedź spółki na aktualną sytuację w kraju i potrzeby rynku. Dania z menu YOLO Chicken i KEBAPI można zamawiać na portalu SmacznieiSzybko.pl. Obie marki są również sukcesywnie uruchamiane w serwisach współpracujących.

– Dostosowujemy się do obecnej sytuacji, w ostatnim czasie postawiliśmy więc w całości na usługę delivery przy zapewnieniu bezkontaktowej dostawy zamówień. Jednocześnie obserwując zapotrzebowanie ze strony klientów na różne grupy dań w dowozie, systematycznie uzupełniamy nasz portfel o nowe brandy, zwiększając atrakcyjność i różnorodność oferty w kanale online. Liczymy, że najnowsze propozycje KEBAPI i YOLO Chicken bazujące na lubianych przez Polaków daniach i dodatkach tak samo jak w przypadku The Burgers szybko zyskają zwolenników, zwłaszcza wśród tych klientów, którzy poszukują różnorodnych smaków w dowozie – mówi Dorota Cacek, wiceprezes spółki Sfinks Polska.

Oferta KEBAPI to osiem kebabów przygotowywanych w oparciu o atrakcyjne dodatki podawanych na świeżo wypiekanych bułkach PITA z warzywami i z wybranym sosem. Wszystkie propozycje dostępne są z orientalnie przyprawionym mięsem lub w opcji wegetariańskiej – z falafelem. Klienci do wyboru mają wersję klasyczną, z zapiekanym serem, na ostro, z hummusem, z koftą, a także z krążkami cebulowymi, frytkami czy nachosami. W dostawie pojawiły się też zestawy złożone z trzech lub sześciu różnych kebabów, a także przekąski, w tym hummus z pitą i warzywami czy sezamowe kulki z toffi. Dania KEBAPI można zamawiać m.in. w Warszawie, a także w Częstochowie, Łodzi, Poznaniu czy w Zielonej Górze.

Motywem przewodnim YOLO Chicken jest z kolei kurczak. Na menu nowej marki składa się 5 kanapek ze stripsami z kurczaka w wersji klasycznej, z serem, BBQ, z bekonem, a także na ostro z papryczką jalapeño. Ponadto oferta obejmuje też 6 zestawów ze stripsami bądź ze skrzydełkami barbeque, a także 3 rodzaje qurritos podawanych w tortilli z kultowym sosem do wyboru. Oferta YOLO Chicken jest aktualnie dostępna m.in. w Poznaniu, Malborku oraz w stolicy.

W ramach pierwszej marki wirtualnej – The Burgers – wdrożonej przez Sfinksa pod koniec 2019 roku serwowane są z kolei burgery w autorskiej wersji z boczniakami, z doritosami oraz klasycznej czy z serem. Dla wegetarian przygotowane zostały propozycje z falafelami i hummusem. Dania The Burgers wyróżnia przygotowywany na miejscu, własnej receptury sos. Do wyboru są również rozmaite dodatki i przekąski.  Z oferty można korzystać m.in. w Katowicach, Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu.

Jak pandemia koronawirusa wpłynie na polską gospodarkę? Analiza Banku Pekao S.A.

Pandemia koronawirusa zagraża wielu sektorom gospodarki. Przed niektórymi branżami postawi natomiast nowe wyzwania, a przed innymi otworzy dodatkowe możliwości. Zmiany są jednak nierównomierne i następują różnymi kanałami. Perspektywy rozwojowe poszczególnych sektorów mogą się zatem zmieniać – wynika z najnowszego raportu Biura Analiz Makroekonomicznych Banku Pekao: „Gospodarka w czasach pandemii. Spojrzenie sektorowe na bazie pierwszych doświadczeń globalnych”. To pierwsze takie sektorowe opracowanie w Polsce.

Raport Banku Pekao: „Gospodarka w czasach pandemii. Spojrzenie sektorowe na bazie pierwszych doświadczeń globalnych” to pierwsza na naszym rynku próba podsumowania globalnych trendów i odniesienie ich do sytuacji w Polsce, choć na podstawie niepełnych jeszcze danych w pierwszej fazie kryzysu. Jak wynika z analizy, na skutek pandemii światowa gospodarka w 2020 r. może znaleźć się w najgłębszej recesji od czasu Wielkiego Kryzysu Gospodarczego lat 30-tych XX w. Według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego globalny PKB może skurczyć się nawet o 3 proc. r/r. Liczba zakażeń koronawirusem i działania podejmowane przez państwa powodują ograniczenie aktywności społecznej i gospodarczej. Przekłada się to m.in. na załamanie popytu, silne zakłócenia łańcuchów dostaw, przestoje operacyjne czy negatywne trendy cenowe.

W ujęciu globalnym już teraz niemal pewny jest poważny kryzys w wielu sektorach. Przykładem mogą być pasażerskie linie lotnicze, które odnotowały spadek przewozów o blisko 90 proc. i z tego powodu spodziewają się spadku przychodów o ponad 300 mld USD w całym 2020 r. Wśród innych silnie narażonych branż można wskazać m.in. turystykę i hotelarstwo, usługi, branżę modową, przemysł motoryzacyjny, maszynowy i meblarski, transport towarów czy sektor paliwowy.

Choć lista sektorów, które okazują się względnie odporne na wpływ epidemii jest krótka, to zaletą polskiej gospodarki jest ich ważna rola w tworzeniu PKB. Przed wieloma branżami gospodarka po pandemii postawi nowe wyzwania, a przed innymi otworzy dodatkowe perspektywy. Tradycyjnie w sytuacjach kryzysowych na względnie stabilny popyt może liczyć branża rolno-spożywcza i farmaceutyczna. Silne wzrosty sprzedaży odnotowują niektóre segmenty e‑commerce i obsługujące je usługi kurierskie. Dużym zainteresowaniem cieszą się też produkty ICT, umożliwiające pracę zdalną i wirtualną komunikację izolujących się społeczeństw.

Obecna sytuacja jest sytuacją bez precedensu. Na szczęście dla krajowej gospodarki istnieją branże, które nie tylko są odporne na kryzys, ale nawet mogą wyjść z niego wzmocnione i z lepszymi perspektywami na przyszłość. Jest to na przykład branża rolno-spożywcza. Polska jest jednym z głównych producentów żywności w całej Unii Europejskiej. Polskie firmy dostaną szansę wejścia na nowe rynki, gdzie pojawią się niedobory produktów – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista Banku Pekao S.A.

Niemożliwe jest prognozowanie skutków gospodarczych koronawirusa ze 100-proc. pewnością ze względu na samą niepewność co do przebiegu epidemii, odpowiedzi polityki gospodarczej państw czy implementowanych strategii wyjścia. Raport Banku Pekao skupia się jednak głównie na analizie trendów globalnych. Ich proste przeniesienie na grunt krajowy byłoby zbyt dużym uproszczeniem, stąd samo precyzyjne oszacowanie wpływu kryzysu na poszczególne branże krajowej gospodarki jest utrudnione. W takich warunkach kluczowego znaczenia nabiera efektywność systemowego wsparcia najsilniej dotkniętych obszarów. Pomoc w utrzymaniu płynności i przeciwdziałanie zwolnieniom pracowników mogą pomóc tym branżom przetrwać ciężki okres.

zachęcamy do zapoznania się z najnowszym raportem Banku Pekao: „Gospodarka w czasach pandemii. Spojrzenie sektorowe na bazie pierwszych doświadczeń globalnych”, który można pobrać na naszej stronie internetowej:

https://www.pekao.com.pl/o-banku/aktualnosci/084c4abc-018b-4af4-bb32-ee1c44236326/raport-banku-pekao-gospodarka-w-czasach-pandemii-spojrzenie-sektorowe-na-bazie-pierwszych-doswiadczen-globalnych/084c4abc-018b-4af4-bb32-ee1c44236326/raport-banku-pekao-gospodarka-w-czasach-pandemii-spojrzenie-sektorowe-na-bazie-pierwszych-doswiadczen-globalnych.html

Po kryzysie firmy będą bardziej cyfrowe i elastyczne

Wielu firmom ciężko odnaleźć się w nowej rzeczywistości związanej ze zdalną pracą, zwłaszcza, że musiały w nią wejść niemal z dnia na dzień. Sytuacja może jednak stać się też „furtką” do dalszego rozwoju i cyfryzacji. Aż 66% decydentów w przedsiębiorstwach uważa, że trwająca epidemia przyspieszy tempo digitalizacji.[1] Wdrażane narzędzia komunikacji, aplikacje w chmurze czy elektroniczny obieg dokumentów pomogą firmom w dopasowaniu się do sytuacji rynkowej oraz redukowaniu kosztów.

Skalę nagłego przejścia przedsiębiorstw w tryb zdalny obrazuje skokowy wzrost liczby osób korzystających z komunikatorów i platform wirtualnej współpracy. Jak podaje Microsoft, w połowie marca w ciągu tygodnia liczba użytkowników aplikacji Teams zwiększyła się o 37%, a każdego dnia odbyło się w niej ponad 900 mln spotkań.[2] Tego samego miesiąca Vodafone, jeden z największych operatorów telefonii komórkowej na świecie, odnotował w niektórych europejskich krajach wzrost transferu danych w internecie o 50%. [3]

Zdalnie na stałe?

Sytuacja uświadomiła menedżerom firm konieczność dysponowania infrastrukturą, którą można dostosowywać do zmieniających się warunków. Aż 82% z nich wskazuje elastyczne warunki pracy jako najważniejszy obecnie sposób zarządzania pracownikami.[4] Istotne stało się zdigitalizowanie obiegu informacji i procesów, aby mogły być prowadzone całkowicie zdalnie i bez zakłóceń. Wprowadzane są cyfrowe narzędzia, na nowo ustala się zasady pracy czy zarządzania zleceniami. Nawet tam, gdzie chmura była już obecna, przedsiębiorcy odkrywają jej nowe zastosowania i zaczynają w pełni wykorzystywać dostępne funkcje. Może to już na stałe zmienić podejście do pracy.

– Po unormowaniu się sytuacji prawdopodobnie wiele firm uzna, że nie było tak źle i zdecyduje się pozostawić zespołowi możliwość przynajmniej częściowej pracy zdalnej. Długofalowo przyniesie to konkretne korzyści – zapewni pracownikom m.in. elastyczność i możliwość łatwiejszego godzenia obowiązków służbowych z domowymi oraz oszczędność czasu dojazdów do pracy. Co równie istotne, zwłaszcza teraz, taki model umożliwia też redukcję wydatków, m.in. na przestrzeń biurową. Jeszcze przed epidemią niektóre firmy stosowały tzw. hot desking, czyli nieprzypisywanie stanowisk pracy do konkretnych osób. Dzięki takiemu rozwiązaniu zespół może się „wymieniać” w biurze i w domu, a firma redukuje przestrzeń i liczbę biurek, zamiast ograniczać zatrudnienie. Według analiz tylko w Stanach Zjednoczonych przejście na pracę zdalną może pomóc pracodawcom zaoszczędzić łącznie nawet ponad 30 mld dolarów dziennie[5] wskazuje Mateusz Macierzyński, ITS Portfolio Manager w firmie Konica Minolta.

Świadome bezpieczeństwo

Gdy pracownicy wykonują obowiązki z domu, często na własnych komputerach, szczególnego znaczenia nabiera kwestia zapewnienia bezpieczeństwa firmowej sieci oraz poufności danych. Przedsiębiorcy zaczynają dostrzegać potencjalne zagrożenia oraz konieczność weryfikacji posiadanych zabezpieczeń i polityki ochrony przed wyciekami czy nieuprawnionym dostępem do dokumentów. W większym stopniu zaczynają więc korzystać z bardziej zaawansowanych rozwiązań takich jak sieć VPN[6], która zapewnia szyfrowane połączenie między firmową siecią a użytkownikami.

Sytuacja jest dla firm bardzo trudna, ale niesie też nieoczekiwany potencjał rozwoju. Niektóre stanowiska, wcześniej przypisane do firmowego biurka, zostają przeniesione w tryb zdalny. Dostosowując się do nowych wymogów przedsiębiorcy opracowują procedury, szkolą pracowników, dokonują zmian organizacyjnych, wdrażają cyfrowe narzędzia, nowe aplikacje i usługi w chmurze. Wielu z nich modernizuje swoje strony internetowe, a nawet rozwija zdalne świadczenie usług. Pomoże to nie tylko uporać się z obecnym kryzysem, ale przyniesie też większą gotowość na tego typu sytuacje w przyszłości – mówi Mateusz Macierzyński.

[1] Według DMEXCO Trend Survey 2020, badanie przeprowadzono wśród osób podejmujących decyzje w obszarze cyfryzacji.

[2] https://www.microsoft.com/en-us/microsoft-365/blog/2020/03/19/microsoft-teams-3-everything-you-need-connect-teammates-be-more-productive/

[3] https://www.theguardian.com/business/2020/mar/18/vodafone-rise-data-usage-more-people-work-from-home-coronavirus

[4] Według badania Deloitte, Pracownicy w obliczu pandemii: niezawodni i gotowi do działania, 2020.

[5] Według danych Global Workplace Analytics, https://globalworkplaceanalytics.com/work-at-home-after-covid-19-our-forecast

[6] Ang. Virtual Private Network, wirtualna sieć prywatna.

Nawet 600 nowych zagrożeń phishingowych dziennie związanych z koronawirusem

W minionych tygodniach analitycy z należącego do firmy Fortinet FortiGuard Labs zaobserwowali znaczący wzrost cyberataków wykorzystujących nawiązania do pandemii koronawirusa i choroby COVID-19. Specjaliści wykrywają nawet 600 nowych zagrożeń phishingowych każdego dnia, zaś liczba wirusów wzrosła w marcu 2020 roku o 131% w porównaniu z marcem 2019.

Pandemia, podobnie jak inne zdarzenia o globalnym zasięgu, jest katalizatorem powstawania nowych cyberzagrożeń. Przestępcy są świadomi, że czasy gwałtownych zmian mogą powodować poważne zakłócenia w funkcjonowaniu przedsiębiorstw i instytucji, które skupiają się wówczas głównie na zapewnieniu ciągłości działania, zaś procedury bezpieczeństwa bywają zaniedbywane. Działania ze strony cyberprzestępców były więc w obecnej sytuacji spodziewane, jednak zaskakuje ich skala.

Cyberprzestępcy wykorzystują nagłe zmiany w cyfrowym świecie

Liczba użytkowników niezabezpieczonych urządzeń, podłączonych do Internetu, jest bezprecedensowa. W każdym gospodarstwie domowym z globalnej sieci korzysta kilka osób, w tym dzieci, które przez pewien czas zajmują się zdalną nauką, a resztę czasu spędzają na rozmowach z przyjaciółmi. Często też całe rodziny angażują się w gry wieloosobowe, rozmowy z bliskimi za pośrednictwem mediów społecznościowych, a także strumieniowo odtwarzają muzykę i filmy.

Taka sytuacja to woda na młyn cyberprzestępców, którzy bynajmniej nie wykorzystują tej sytuacji do relaksu. W ostatnim czasie analitycy z FortiGuard Labs obserwują średnio około 600 nowych kampanii phishingowych dziennie. W ich treści przekazywane są fałszywe informacje na temat pandemii, zaś styl komunikacji to żerowanie na ludzkim strachu i empatii. Często w złośliwych wiadomościach pojawia się temat dostępu do trudno osiągalnych środków medycznych czy też wsparcia technicznego dla pracowników zdalnych. Organizacja „Trolling the Dark Web” ujawniła natomiast takie cyberoszustwa związane z pandemią, jak np. oferty dostarczania chlorochiny i innych leków oraz urządzeń medycznych – wszystkie żerujące na strachu związanym z koronawirusem.

Niestety, wielu użytkowników ma niewłaściwie niezabezpieczone urządzenia prywatne, z których realizują służbowe obowiązki, a nierzadką sytuacją jest całkowity brak jakiejkolwiek ochrony. Phishing jest wymierzony przede wszystkim w nich. Oszuści przygotowali nawet ataki socjotechniczne ukierunkowane na dzieci, jak np. fałszywe oferty gier online czy darmowych filmów. Wiele pirackich stron oferuje obecnie możliwość oglądania ostatnich hitów kinowych za darmo, jednocześnie infekując złośliwym oprogramowaniem urządzenie użytkownika. Tym bardziej więc należy uważać na wszelkie „darmowe” okazje.

Phishing to tylko wierzchołek góry lodowej

Większość ataków phishingowych wykorzystuje jako złośliwy „ładunek” narzędzia typu ransomware (szyfrujące dane i żądające okupu za ich odzyskanie), trojany zdanego dostępu (Remote Access Trojan) i inne złośliwe oprogramowanie, za pomocą którego można uzyskać zdalny dostęp do urządzeń podłączonych do sieci. Znacznie wzrosła także liczba oszustw finansowych powiązanych z tematem pandemii, nawet z użyciem narzędzi w modelu usługowym MaaS (Malware-as-a-Service) przeznaczonych dla początkujących cyberprzestępców, tzw. script kiddies.

A jako że w czasie izolacji ludzie szukają kontaktu z innymi za pomocą komunikatorów, wideoczatów i za pośrednictwem mediów społecznościowych, cyberprzestępcy zyskują nowe możliwości działania. Domowe urządzenia bowiem nie muszą być atakowane bezpośrednio. Wszystkie są podłączone do sieci domowej, co otwiera wiele dróg ataku, a ostatecznym celem jest uzyskanie dostępu do zasobów firmowych. W ten sposób prywatne urządzenie pracownika zdalnego (takie jak tablet, konsola do gier, aparat cyfrowy oraz sprzęt z kategorii smart home jak system alarmowy czy oświetleniowy) może stać się bramą do sieci przedsiębiorstwa i umożliwia rozprzestrzenienie się złośliwego oprogramowania na urządzenia kolejnych pracowników. Wynikające z tego kłopoty mogą być równie poważne, co konsekwencje ataku ransomware, a w efekcie spowodować długotrwały przestój w działalności firmy.

Nagły wzrost liczby wirusów

Analitycy FortiGuard Labs zaobserwowali znaczny przyrost liczby wykrytych wirusów, spośród których wiele znajdowało się w złośliwych załącznikach do phishingowych wiadomości. Na przykład, w I kwartale 2020 r. udokumentowano: wzrost o 17% liczby wirusów w styczniu, 52% w lutym i 131% w marcu (w porównaniu z danymi z analogicznych miesięcy 2019 r.).

Co ciekawe, jednocześnie widać spadek liczby botnetów (w styczniu o 66%, lutym – o 65%, marcu – o 44% w porównaniu rok do roku). Podobnie liczba ataków wykrywanych przez systemy ochrony przed włamaniami (IPS) spadła w marcu o 58% w porównaniu z marcem roku 2019. Widać więc wyraźnie, że cyberprzestępcy reagują na kryzys, dostosowując do niego strategie ataków.

Pracownicy zdalni pod ostrzałem

Istotne jest, aby administratorzy IT w przedsiębiorstwach podejmowali działania mające na celu ochronę pracowników zdalnych i pomagali im zabezpieczyć swoje urządzenia oraz sieci domowe. Zacząć należy od działań edukacyjnych, aby pracownicy zdalni i ich rodziny byli świadomi zagrożeń (Fortinet udostępnił szereg bezpłatnych kursów dla telepracowników z zakresu bezpieczeństwa). Następnie należy zapewnić szyfrowaną łączność z firmą z wykorzystaniem wirtualnej prywatnej sieci VPN. Warto też rozważyć dostarczenie pracownikowi licencji stosowanego w firmie oprogramowania do zwalczania złośliwego kodu, aby mógł je zainstalować na prywatnym sprzęcie. Być może pracownicy będą zainteresowani także konsultacjami w jaki sposób upewnić się, że ich domowe routery i punkty dostępowe Wi-Fi są odpowiednio zabezpieczone.

Oczywiście konieczne jest także zapewnienie ochrony w firmowej infrastrukturze. Szczególnie zalecane jest skorzystanie z wieloskładnikowego uwierzytelniania i systemów jednokrotnego logowania (Single-Sign On), jak też nieustanna weryfikacja, czy z siecią łączą się wyłącznie uprawnione do tego urządzenia. Ochronę przed phishingiem oraz ransomware’em zapewnią dodatkowe narzędzia zabezpieczające bramy poczty elektronicznej.

Derek Manky, Chief of Security Insights & Global Threat Alliances w firmie Fortinet

Polityczne problemy euro

Przerwanie spirali paniki na rynku ropy naftowej pozwoliło poprawić nastroje w innych segmentach rynków finansowych, głównie pomóc odbić indeksom giełdowym. Wyjątkiem jest EUR, które musi stawić czoła perspektywie ponurych danych o aktywności gospodarczej oraz zmierzyć się z rozczarowaniem braku solidarności państw członkowskich strefy euro.

Dziś rano nastroje na rynkach są lepsze niż w poprzednich dniach i odbicie cen ropy naftowej o 10-15 proc. bez wątpienia w tym pomaga. Na FX mały risk-on pozwala na transfery z bezpiecznych USD, JPY i CHF w stronę ryzykownych NOK i CAD (waluty naftowe), ale też AUD i NZD. Z wahań nie można wyciągnąć żadnych trwalszych wniosków. Rynek uklepał tymczasowe dno i przechodzi korekcyjne odreagowanie. Fundamentalnie w ostatnich 24 godzinach nie otrzymaliśmy nic nowego, co by uniemożliwiało powrót paniki.

Przy zepchnięciu trochę na bok tematu ropy naftowej, uwaga przenosi się na dane makro. W Eurolandzie indeksy PMI dla przemysłu i usług za kwiecień powinny się obniżyć. Wskaźniki aktywności gospodarczej powinny pokazać dalsze pogorszenie sytuacji względem marca, choć z uwagi na już niski punkt startowy dalszy spadek będzie ograniczony w skali. Będzie to jednak oznaczać, że przedsiębiorcy widzą sytuację gorzej niż w poprzednim miesiącu, co samo w sobie jest negatywnym sygnałem. Nawet powrót indeksów PMI do 50 będzie tylko informował, że sytuacja jest taka sama, jak miesiąc wcześniej, co w obecnych warunkach oznacza, że dalej jest źle. W efekcie poprzeczka dla pozytywnych zaskoczeń ustawiona jest bardzo wysoko i nie dziwi nasilenie negatywnej presji na EUR.

Dodatkowo niewielkie są nadzieje, aby dzisiejsze posiedzenie Eurogrupy w sprawie odpowiedzi na gospodarcze skutki pandemii przyniosło pozytywne rozstrzygnięcia. Jak wszystkie inne gospodarki, strefa euro stawia czoła łącznemu uderzeniu szoku podażowego i popytowego, jednak dodatkowo w Europie problemem są spory na poziomie politycznym podnoszące obawy czy blok jest w stanie zachować spójność. Tradycyjnie jak to bywa w strefie euro, decyzje makro opóźniają się przez podziały o to jak i ile wydać środków na pomoc konkretnym krajom. Jak na razie bodziec fiskalny Eurolandu jest względnie mały przy planach Włoch i Niemiec na poziomie 3-4 proc. PKB, podczas gdy dla porównania USA przygotowało pakiet wart 6 proc. PKB, a Australia przeznaczyła ponad 10 proc. PKB. Główne źródło sporu nie jest tajemnicą: Francja, Hiszpania i Włochy naciskają na emisje wspólnych obligacji skarbowych, by rozłożyć ryzyko ogromnych kosztów odbudowy gospodarki. Ale Niemcy i inne kraje z północy Europy są przeciwne. I dziś raczej kompromis nie zostanie osiągnięty. Wczorajsza decyzja EBC, by rozpocząć akceptowanie obligacji o ratingu śmieciowym jako zabezpieczenie pod transakcje płynnościowe sugeruje, że bank centralny przygotowuje się na pogorszenie oceny wiarygodności kredytowej niektórych państw członkowskich (w szczególności Włoch). Obawy EBC rynek zacznie dyskontować nie czekając na decyzje agencji ratingowych, zawyżając rentowności obligacji skarbowych. Przywódcy państw Eurolandu sami komplikują sobie walkę z kryzysem, co w rezultacie będzie wywierać presję na euro.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Co trzeci pracownik może lub musi pracować z domu. 82 proc. jest z tego zadowolonych

Przed wybuchem pandemii w Polsce możliwość pracy zdalnej była jednym z najbardziej cenionych przez pracowników benefitów. Dziś ze względu na sytuację wiele osób zostało do niej zmuszonych, ale mimo to większość z nich jest z tego zadowolona – wynika z badania BIG InfoMonitor. Doceniają zwłaszcza poczucie bezpieczeństwa oraz oszczędność czasu, jaką daje praca z domu. Niezadowolonych jest tylko 13 proc. pracowników zdalnych, którzy narzekają głównie na niższą produktywność i brak odpowiedniego sprzętu. Mimo to w przyszłości elastyczne podejście do obecności w biurze może stać się znacznie popularniejsze niż przed kryzysem.

Jeszcze przed kwarantanną home office pojawił się w pierwszej dziesiątce najważniejszych czynników wpływających na satysfakcję z zatrudnienia, obok wysokich zarobków, zgranego zespołu i dobrej atmosfery, w tym szefa, a także dogodnego dojazdu do pracy. Na potrzebę pracy zdalnej wskazywało 14 proc. ankietowanych. Dziś wiele osób przekonuje się, jak pracuje się z domu, nie dlatego, że chcą, lecz dlatego, że muszą – mówi agencji Newseria Biznes Diana Borowiecka, ekspertka Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Badanie 4P dla BIG InfoMonitor wskazuje, że co trzeci Polak z powodu pandemii koronawirusa pracuje z domu, z tego część łączy obowiązki zdalne z pracą w siedzibie firmy. Połowa Polaków nie może skorzystać z home office ze względu na charakter swojej pracy, a 15 proc. – dlatego że pracodawca nie daje im takiej możliwości.

Wśród pracujących już kolejny tydzień na home office jest zdecydowanie więcej kobiet oraz osób zamieszkujących peryferia dużych miast, także mieszkańców regionu mazowieckiego oraz par czy małżeństw z dziećmi – wymienia Diana Borowiecka.

82 proc. pracujących zdalnie docenia taką możliwość. Mimo różnych niedogodności, związanych np. z koniecznością opieki nad dziećmi w ciągu dnia czy brakiem wydzielonego miejsca do pracy, uważają, że to rozwiązanie się sprawdza. Doceniają przede wszystkim to, że w sytuacji zagrożenia koronawirusem w domu mogą czuć się znacznie bezpieczniej niż w biurze. Odpowiedziało tak 73 proc. pracowników. 42 proc. podkreśla, że ma więcej czasu dla rodziny.

– Ankietowani doceniają również dłuższy sen, na który mogą sobie pozwolić, gdy odpada im droga do pracy czy codzienne przygotowania. Na ten aspekt częściej wskazywali panowie – wyjaśnia ekspertka BIG InfoMonitor. – Choć wśród pracujących zdalnie przeważają kobiety, to home office ma więcej zwolenników wśród panów. Mężczyźni dwa razy częściej niż kobiety podkreślają, że dzięki pracy z domu ich produktywność wzrasta w porównaniu z tym, co się dzieje w firmie. Lepsze wyniki widzi u siebie 22 proc. mężczyzn wobec 11 proc. kobiet.

Z kolei na problemy z produktywnością podczas pracy zdalnej wskazało ponad 56 proc. osób, które nie są zadowolone z tego, że pracują z domu. Kolejne istotne przyczyny to brak odpowiedniego sprzętu w domu (31 proc.), problemy z koncentracją (22 proc.) oraz brak wydzielonego miejsca do pracy (17 proc.). 20 proc. spośród niezadowolonych podkreśla, że pracując z domu, otrzymuje niższe wynagrodzenie. 12 proc. narzeka, że rozpraszają ich dzieci.

Nie każdy jest szczęśliwy, pracując z salonu czy sypialni. Praca poza firmą, na którą wielu Polaków trafiło ze względu na pandemię, nie podoba się aż 13 proc. ankietowanych – mówi Diana Borowiecka. – Mimo to nie jest wykluczone, że pandemia może w przyszłości na dobre zmienić podejście zarówno pracodawców, jak i pracowników do tego rozwiązania, oczywiście tam, gdzie będzie to możliwe.

Obowiązkowe nauczanie online może na stałe zmienić model edukacji. Nauczyciele przekonują się do używania technologii

Polskie szkoły mają za sobą prawie miesiąc obowiązkowej zdalnej edukacji. – To wyzwanie zarówno dla nauczycieli i uczniów, jak i ich rodziców oraz placówek edukacyjnych, które muszą zająć się organizacją lekcji online. W dłuższej perspektywie ta sytuacja może zmienić model nauczania w polskich szkołach oraz podejście nauczycieli do korzystania z nowych technologii w edukacji – mówi Łucja Kornaszewska-Antoniuk, ekspertka Fundacji Orange, która rozpoczęła właśnie nabór szkół do kolejnej edycji bezpłatnych programów edukacji cyfrowej.

– Przestawienie się nauczycieli, dyrektorów i szkół na zdalne nauczanie było i jest olbrzymim wyzwaniem, również dla samych uczniów i ich rodziców. Ta sytuacja jest trudna, wszyscy na co dzień doświadczamy jej konsekwencji. Z tym wyzwaniem szczególnie dobrze radzą sobie nauczyciele, którzy dotychczas aktywnie korzystali z technologii podczas swoich zajęć, potrafili zainspirować dzieci. Oni są teraz wygranymi – mówi agencji Newseria Biznes Łucja Kornaszewska-Antoniuk, kierowniczka działu programów w Fundacji Orange.

Z powodu pandemii SARS-CoV-2 szkoły i placówki edukacyjne w Polsce pozostają zamknięte od 12 marca, a od 25 marca lekcje obowiązkowo odbywają się zdalnie. Z badań przeprowadzonych przez Brainly wynika, że już w połowie marca blisko 70 proc. uczniów w Polsce uczestniczyło w lekcjach online prowadzonych przez nauczycieli. Placówki oświatowe najczęściej wykorzystują do nauki online takie platformy jak Skype, Google Classroom, Microsoft Teams, czy dziennik elektroniczny, np. Librus.

– Jest szereg narzędzi wspierających nauczycieli w zdalnej nauce. To m.in. portal epodreczniki.pl opracowany przez MEN, ale również portal Zdalne lekcje przygotowany przez Ministerstwo Cyfryzacji i NASK – mówi ekspertka z Fundacji Orange.

Jak poinformowało Ministerstwo Edukacji Narodowej, w dniach 11 marca – 8 kwietnia z portalu epodreczniki.pl korzystało ponad 460 tys. użytkowników, którzy generowali 2 mln odsłon dziennie. Nie brakuje również platform tworzonych przez prywatne firmy, organizacje czy fundacje.

Jako Fundacja Orange także aktywnie włączyliśmy się w ruch wspierania nauczycieli wraz z wieloma innymi organizacjami pozarządowymi, które działają na polu edukacji. Tuż po zamknięciu szkół podjęliśmy decyzję o uruchomieniu cyklu webinariów skierowanych do nauczycieli, żeby pokazać im, w jaki sposób mogą prowadzić zdalne lekcje – mówi Łucja Kornaszewska-Antoniuk.

Z kolei dla dzieci przygotowano zajęcia, które bazują na popularnych programach Fundacji Orange dla szkół MegaMisja i HASHSuperKoderzy. – W Porankach z HASHSuperKoderami i akcji FabLab w Domu najmłodsi mogą uczyć się programowania, a starsze dzieci i młodzież – modelowania 3D. To działania doraźne, które uruchomiliśmy z potrzeby chwili, bo wszyscy w krótkim czasie przestawiliśmy się na nauczanie i pracę zdalną – mówi ekspertka.

Fundacja Orange już teraz zaprasza szkoły do zgłaszania się do kolejnej edycji jej programów edukacji cyfrowej – MegaMisji i HASHSuperKoderów. Wystarczy do 15 maja wypełnić prosty formularz i załączyć krótki materiał przygotowany przez nauczyciela wraz z uczniami w czasie zdalnych lekcji, aby zdobyć szansę na udział w 10-miesięcznym cyklu nowoczesnych zajęć. Formularz i  instrukcje są dostępne na stronie fundacja.orange.pl/nabor-szkol.

MegaMisja jest przeznaczona dla klas 1–3 i ich nauczycieli. Ma formę zabawy, gry edukacyjnej, która uczy dzieci m.in., jakie treści można publikować w internecie, jak chronić swoją prywatność, przestrzegać praw autorskich i zasad bezpiecznego internetu, a także skutecznie szukać wiarygodnych informacji, czyli podstaw cyfrowej higieny. HASHSuperKoderzy to program dla  uczniów klas 4–8 szkół podstawowych. To nauka programowania i podstaw robotyki nie tylko na informatyce, ale i na innych lekcjach. Rozwija też umiejętność logicznego myślenia, pracy zespołowej i ćwiczy kreatywność. W MegaMisji do tej pory wzięło udział już prawie 27 tys. dzieci z niemal tysiąca szkół, a 10 tys. dzieci z prawie 500 szkół w HASHSuperKoderach.

– Co ważne, nauczyciele, którzy podejmują decyzję o udziale w programie, nie muszą być ekspertami od nowych technologii. Oferujemy im zarówno materiały edukacyjne, szkolenia przygotowujące ich do prowadzenia zajęć, jak i sprzęt, chociażby tablety czy roboty, które są potrzebne do nauki programowania – mówi Łucja Kornaszewska-Antoniuk. – Zachęcamy wszystkich nauczycieli ze szkół podstawowych do programów MegaMisja i HASHSuperKoderzy. Mamy nadzieję, że spotkamy się od września już nie tylko w zdalnej formie.

Ekspertka Fundacji Orange ocenia, że obowiązkowe zdalne lekcje mogą wpłynąć na zmianę modelu nauczania w długiej perspektywie i zmienić podejście nauczycieli i szkół do wykorzystywania nowych technologii. Z drugiej strony skorzystają na tym też sami uczniowie, którzy dotąd używali tych technologii głównie w sposób bierny.

– Dzieci na ogół korzystają ze swoich smartfonów, tabletów czy internetu głównie w celach rozrywkowych: oglądają filmy, słuchają muzyki, kontaktują się z przyjaciółmi. Obecna sytuacja zmusiła je, aby wykorzystywać technologie również do nauki, rozwijania swoich pasji i zainteresowań. Mamy wielką nadzieję, że te technologie w takim właśnie wydaniu zagoszczą w szkołach już na dobre po zakończeniu tej sytuacji – mówi ekspertka z Fundacji Orange.

W dobie masowej zdalnej pracy i nauki wyzwaniem może być też dostęp do internetu. Orange zdecydował się udostępnić nauczycielom i uczniom nawet 200 GB danych do wykorzystania przez dwa miesiące na smartfonie, tablecie czy komputerze za symboliczną złotówkę miesięcznie.

Większość kontaktów z bankami i urzędami możliwa tylko online. Przez ograniczenia związane z koronawirusem rośnie popularność podpisu elektronicznego

Pandemia koronawirusa i związane z nią ograniczenia przełożyły się na wzrost popularności usług świadczonych online. Większość relacji między firmami, obywatelami i administracją państwową przenosi się do internetu. Wyzwaniem jest elektroniczny obieg dokumentów. Rozwiązaniem, które pozwala zdalnie podpisywać wszelkie dokumenty – umowy, oświadczenia, e-faktury czy urzędowe wnioski – jest kwalifikowany podpis elektroniczny. To duże ułatwienie dla osób, które pracują poza standardowym miejscem zatrudnienia, np. w domu, i firm chcących zachować ciągłość działalności.  

– Koronawirus praktycznie z dnia na dzień przeorganizował nasze życie. Wiele  usług, które do tej pory były dostępne online jako alternatywna dla świadczonych standardowo,  nagle stały się dostępne jedynie w trybie cyfrowym. Wiele instytucji, jak banki czy urzędy, stanęło przed wyzwaniem, aby poszerzyć katalogi swoich usług o takie, które pozwalają realizować potrzeby klientów bez konieczności wizyty w placówce czy stosowania papierowych dokumentów – mówi agencji Newseria Biznes Elżbieta Włodarczyk, dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny w KIR.

Rozwiązaniem, które pozwala zdalnie podpisywać wszelkiego rodzaju dokumenty: prywatne i służbowe, jest kwalifikowany podpis elektroniczny. To ciąg znaków dołączany do dokumentu, który gwarantuje, że jego treść się nie zmieniła, oraz umożliwia ustalenie tożsamości osoby podpisującej. Podpis elektroniczny pozwala załatwić większość spraw online i jest równoważny podpisowi złożonemu własnoręcznie na dokumencie.

– Dokument opatrzony takim podpisem ma dokładnie taką samą moc prawną jak podpisany własnoręcznie na papierze. Tym samym dokumenty papierowe można zastąpić ich wersją elektroniczną – przekonuje Elżbieta Włodarczyk.

Kwalifikowany podpis elektroniczny wymaga dwóch elementów: klucza prywatnego użytkownika, który pozostaje pod jego wyłączną kontrolą i jest zapisany np. na specjalnej karcie kryptograficznej, oraz kwalifikowanego certyfikatu zawierającego dane pozwalające na identyfikację właściciela. Taki certyfikat może być wydany wyłącznie przez tzw. podmiot świadczący usługi zaufania, np. KIR. Daje on gwarancję, że tożsamość osoby, dla której certyfikat ma być wydany, została wiarygodnie zweryfikowana.

– Weryfikując elektroniczny podpis kwalifikowany, możemy ustalić, kto jest jego autorem. Mamy też pewność, że treść takiego dokumentu nie została zmieniona –  podkreśla ekspertka Krajowej Izby Rozliczeniowej. – Składanie podpisu elektronicznego wygląda w ten sposób, że użytkownik podpisuje dokument swoim kluczem prywatnym, dołącza do niego swój kwalifikowany certyfikat i wysyła do odbiorcy. Z kolei odbiorca na podstawie tego certyfikatu ustala, kto jest autorem dokumentu, i weryfikuje, czy się nie zmienił. 

Oprócz kwalifikowanego podpisu elektronicznego w wersji standardowej – Szafir – KIR oferuje także jego mobilną wersję. mSzafir to nowatorskie rozwiązanie wykorzystujące technologię chmurową. Pozwala podpisywać wszystkie umowy i pisma w wersji elektronicznej w formacie PDF, bez konieczności stosowania karty kryptograficznej i czytnika.

– mSzafir to kwalifikowany podpis elektroniczny w chmurze. Klucz prywatny, którym posługuje się użytkownik, nie jest przechowywany na karcie kryptograficznej, ale w odpowiednio zabezpieczonych urządzeniach kryptograficznych będących pod kontrolą kwalifikowanego podmiotu. Użytkownik może  składać podpis elektroniczny, gwarantujący odpowiednią moc prawną, bez konieczności korzystania z jakichkolwiek nośników informacji – tłumaczy Elżbieta Włodarczyk.

mSzafir można uzyskać online i korzystać z niego na dowolnym  urządzeniu – komputerze, tablecie czy smartfonie, niezależnie od miejsca, w którym się przebywa, czy od pory dnia. Usługa KIR została wpisana przez Ministerstwo Cyfryzacji do rejestru dostawców usług zaufania.

– Udostępniliśmy użytkownikom dwa warianty podpisów. Jednym z nich jest certyfikat do jednorazowego wykorzystania, tj. podpisania pojedynczego  dokumentu.  Można go uzyskać całkowicie online, potwierdzając swoją tożsamość przy użyciu bankowości elektronicznej za pośrednictwem PKO Banku Polskiego bądź Inteligo. Drugi wariant jest przeznaczony dla użytkowników, którzy często korzystają z podpisu elektronicznego. To certyfikaty z długim terminem ważności – rocznym lub dwuletnim, z wybranym limitem podpisów – wyjaśnia ekspertka.

W opcji certyfikatów długoterminowych przed złożeniem podpisu przez użytkownika wymagana jest jego autoryzacja. Proces ten odbywa się przy użyciu aplikacji mobilnej, którą należy pobrać i zainstalować na telefonie. Niezależnie od okresu ważności certyfikatu do każdego podpisu dołączany jest kwalifikowany znacznik czasu, zapewniający podpisanemu dokumentowi długotrwałą wartość dowodową. Wszystkie rodzaje podpisów można zakupić na stronie mSzafir.pl.

– mSzafir jest nową usługą – udostępniliśmy ją w marcu tego roku. Dalsze plany obejmują poszerzenie listy banków, za pośrednictwem których będzie można zweryfikować tożsamość przed wydaniem certyfikatu, oraz udostępnienie klientom kolejnych formatów dokumentów, które będzie można  podpisywać w ten sposób – zapowiada Elżbieta Włodarczyk.

Przymusowa kwarantanna zwiększa ryzyko cyberataków. Hakerzy często wykorzystują strach przed pandemią

Ofiarą hakerów najczęściej padają przedsiębiorstwa, ale narażeni są wszyscy internauci. W ubiegłym roku doszło do rekordowej liczby przypadków naruszeń bezpieczeństwa danych. W tym roku może być ich jeszcze więcej, bo w czasie społecznej kwarantanny, zdalnej pracy i lekcji, kiedy w internecie spędzamy więcej czasu, cyberryzyko jest coraz większe. – Jedyny sposób ochrony przed zagrożeniami pochodzącymi z cyberprzestrzeni to duży poziom świadomości – mówi dr inż. Igor Protasowicki, specjalista z zakresu bezpieczeństwa informacyjnego, teleinformatycznego i energetycznego.

– Zdecydowanie więcej czasu spędzamy w towarzystwie sprzętu elektronicznego. Sięgamy po serwisy streamingowe, słuchamy muzyki, oglądamy filmy albo po prostu przeglądamy zawartość różnych portali. Jesteśmy więc narażeni na wszystkie tradycyjne zagrożenia, które wiążą się z korzystaniem z sieci i systemów komputerowych jako takich, jak również na zintensyfikowane działania przestępców – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Igor Protasowicki, specjalista z zakresu bezpieczeństwa informacyjnego, teleinformatycznego i energetycznego z Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie.

Do CERT Polska, działającego w strukturach Państwowego Instytutu Badawczego NASK, w 2019 roku wpłynęło ponad 22 tys. zgłoszeń, na podstawie których zarejestrowano 6,5 tys. incydentów wymierzonych w bezpieczeństwo użytkowników internetu. To o ponad 73 proc. więcej niż rok wcześniej.

– Częściej korzystamy z różnego rodzaju źródeł rozrywki, częściej też trafiamy na strony, których wcześniej nie znaliśmy. Sięgamy do niezweryfikowanych źródeł informacji i stron, które nie zostały zbadane i nie są bezpieczne. Bardzo często są one tworzone tylko po to, żeby wyłudzić nasze dane osobowe albo dostarczyć szkodliwe oprogramowanie – wskazuje dr inż. Igor Protasowicki.

Przestępcy wykorzystują w swojej działalności najnowsze zdobycze socjotechniki oraz technologie komputerowe. Jak wynika z obserwacji ekspertów firmy Cisco, znacznie częściej dochodzi do ataków phishingowych wykorzystujących sytuację związaną z koronawirusem, np. wypuszczanie do sieci złośliwego oprogramowania.

Naturalnym następstwem tego, że żyjemy pod presją wywołaną przez pandemię koronawirusa, jest też podszywanie się pod banki i organizacje, zarówno publiczne, jak i prywatne, oraz próby wyłudzenia od nas środków i danych – przestrzega ekspert warszawskiej WSB.

Głośno było o wiadomościach rozsyłanych przez hakerów o planowanym przejęciu prywatnych pieniędzy przez NBP. Informowali, że aby odzyskać część zamrożonej kwoty, trzeba zalogować się pod przesłanym linkiem, prowadzącym oczywiście do fałszywej witryny. W Brazylii z kolei przestępcy rozsyłali zainfekowane maile z rzekomo istotnymi informacjami na temat bezpieczeństwa pochodzącymi z WHO.

 Trzeba także uważać na to, co robią nasi najmłodsi, którym dajemy telefon do zabawy. Mogą nam opróżnić portfel np. na gry, jeśli nie zabezpieczymy zakupów w aplikacjach biometrycznie albo hasłem. Dość powszechne jest ryzyko związane z wykorzystywaniem mikrotransakcji w grach przez organizacje przestępcze do procesu prania brudnych pieniędzy – wymienia dr inż. Igor Protasowicki. – Możemy zostać wykorzystani także do przeprowadzenia większego ataku, np. DoS albo DDoS, padając ofiarą programu typu zombie network.

Jak przestrzega, nawet korzystanie z pozornie nieszkodliwych aplikacji może nieść ryzyko wyłudzenia danych.

W momencie, kiedy wypełniamy chociażby quiz, odsłaniamy jakąś część swojej tożsamości. Przy okazji możemy wyrazić w aplikacji zgodę na publikowanie danych w naszym imieniu, ewentualnie udostępnić jej nasze kontakty – mówi ekspert warszawskiej WSB.

Jak wynika z danych Cyber Risk Analytics, w 2019 roku doszło do prawie 7,1 tys. przypadków naruszenia danych, w których ujawniono ponad 15,1 mld rekordów danych.

 Jedyny sposób ochrony przed zagrożeniami pochodzącymi z cyberprzestrzeni to duży poziom świadomości tego, co się wokół nas dzieje. Wymaga to od nas bardzo wnikliwej analizy wszystkich treści, z którymi się spotykamy w internecie, zwłaszcza na stronach, którym do tej pory ufaliśmy – ocenia dr inż. Igor Protasowicki. – Trzeba weryfikować, czy strona, z którą się komunikujemy, czy portal, do którego wprowadzamy nasze dane logowania, czy wiadomość e-mail, którą otrzymujemy z prośbą o zweryfikowanie swojego hasła czy uzupełnienie danych osobowych, na pewno została wysłana przez właśnie tego nadawcę.

Wirtualne wycieczki i atrakcje ratunkiem dla branży turystycznej. Pozwolą podróżować bez wychodzenia z domu [DEPESZA]

Pandemia koronawirusa odcisnęła największe piętno na branży turystycznej. Restrykcje związane z przemieszczaniem się oraz prowadzeniem działalności gastronomicznej skutecznie uniemożliwiły podróżowanie w celach turystycznych. W odpowiedzi na wyzwania, jakie obecna sytuacja stawia przed branżą, firmy funkcjonujące w tym sektorze gospodarki sięgnęły po narzędzia turystyki zdalnej – wirtualne podróże oraz atrakcje, z których można korzystać za pośrednictwem komputerów. Jednym z pionierów w tym zakresie są Wyspy Owcze, które pozwalają przejąć pełną kontrolę nad przewodnikiem i zwiedzić najważniejsze atrakcje z poziomu kanapy.

– Kiedy zakazy podróży zaczęły się nasilać, usiedliśmy i zastanawialiśmy się, jak odtworzyć doświadczenie Wysp Owczych dla tych, którzy musieli odwołać lub przełożyć na nie podróż, a także dla wszystkich innych, którzy utknęli w domu. Rezultatem jest nowa platforma, która umożliwia osobom przebywającym w izolacji spacerowanie po naszych dzikich krajobrazach i ich eksplorację bez wychodzenia z domu –  tłumaczy Guðrið Højgaard, dyrektor projektu Visit Faroe Islands.

Technologia do realizacji turystyki zdalnej funkcjonuje na rynku od dawna, m.in. pod postacią platformy Google Street View, która umożliwia zwiedzanie odległych destynacji z poziomu aplikacji mobilnej bądź strony internetowej. Choć zespołowi odpowiedzialnemu za realizację tego projektu udało się sfotografować ogromne połacie ziemi, takie wycieczki mają jedną zasadniczą wadę – prezentują statyczne, nieinteraktywne zdjęcia.

Projekt Visit Faroe Islands podchodzi do zagadnienia zdalnej turystyki w zgoła odmienny sposób. Zamiast wdrażać z góry ustalone, statyczne trasy fotograficzne, pozwala przejąć pełną kontrolę nad przewodnikiem. Użytkownik otrzymuje do dyspozycji prosty panel kontrolny, za pomocą którego wskaże, w którą stronę ma podążyć osoba prowadząca wycieczkę. Obraz z podróży jest transmitowany do odbiorcy w czasie rzeczywistym za pośrednictwem kamery GoPro, a w ofercie Visit Faroe Islands dostępne są piesze wycieczki terenowe, wycieczki po Tórshavn oraz loty helikopterem.

Projekty z zakresu wirtualnej turystyki prowadzą także portale wyspecjalizowane w organizacji podróży przez internet, które mają zapewnić im płynność finansową w okresie pandemii. Jedną z najbardziej rozbudowanych ofert zaprezentował serwis Kayak oferujący szereg zdalnych atrakcji pozwalających odtworzyć charakter miejsca, do którego chcielibyśmy się wybrać: zapewni przepisy lokalnej kuchni, nastrojową muzykę, lekcje języka obcego, poleci książki i filmy powiązane z danym miejscem, a także umożliwi odbycie wirtualnej podróży po lokalnych muzeach.

Z kolei portal Airbnb postanowił rozwinąć swój program atrakcji o wersję online. W nowej zakładce klienci portalu mogą dołączyć do interaktywnych sesji na żywo i pod opieką gospodarzy poznać lokalną kulturę i sztukę. Gospodarze, którzy dotychczas wynajmowali za pośrednictwem serwisu miejsca noclegowe, mogą teraz prowadzić szkolenia językowe, kursy tańca, gotowania bądź zapewniać dostęp do innych lokalnych atrakcji możliwych do realizacji za pośrednictwem internetu.

– Wierzymy, że nasze zdalne wyspy są idealnym miejscem do inspirowania ludzi na kwarantannie. Oczywiście mamy nadzieję powitać ich osobiście, gdy wszyscy będą mogli ponownie podróżować – zaznacza Guðrið Højgaard.

Według analityków z firmy TechNavio wartość globalnego rynku technologii turystycznych od 2019 do 2023 roku wzrośnie o 6,4 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 9 proc.

Partnerzy społeczni oczekują pilnego dialogu o odmrożeniu gospodarki

Odmrażanie gospodarki to ważny temat nie tylko dla rządu, ale również dla partnerów społecznych. Do przeprowadzenia tego procesu konieczny jest dialog z organizacjami pracodawców i związków zawodowych. Tylko we współpracy z partnerami społecznymi można przygotować model wychodzenia z kryzysu, w którym wszyscy się znaleźliśmy.

Podczas posiedzenia Prezydium Rady Dialogu Społecznego, które odbyło się 22 kwietnia br. zwrócono uwagę na to, że przy restarcie gospodarki kluczowe znaczenie ma ochrona zdrowia. Bez odpowiedniego zabezpieczenia sanitarno-epidemiologicznego i szerokiej dostępności środków ochrony trudno myśleć o odmrożeniu gospodarki i powrocie do „nowej normalności”. Podkreślano, że w najgorszej sytuacji jest obecnie sektor mikro i małych firm, którego działalność została z dnia na dzień zablokowana, a odblokowywana ma być najpóźniej. Samozatrudnieni i mały biznes, świadczący usługi dla ludności mogą już tego nie doczekać. Dlatego partnerzy społeczni przygotują wspólne rekomendacje w zakresie odmrażania gospodarki, które zostaną następnie przekazane stronie rządowej.

Niepokój partnerów społecznych wywołuje również sytuacja sektora państwowego. Zapowiadane redukcje zatrudnienia, obniżanie wynagrodzeń i problem dialogu na poziomie zakładów pracy wymagają pilnej interwencji. Strona społeczna obawia się skali planowanych zwolnień i przyszłego poziomu bezrobocia w kraju. Ponadto zdaniem organizacji pracodawców na forum RDS należy podjąć trudny dialog dotyczący uelastycznienia prawa pracy w czasie kryzysu gospodarczego. Konkretne rozwiązania w zakresie uelastycznienia czasu pracy, zawieszenia ograniczeń w stosowaniu umów na czas określony oraz w pracy tymczasowej – dla zapewnienia ochrony zatrudnionym – powinny zostać niebawem przedyskutowane w dialogu trójstronnym,

Partnerzy społeczni zwrócili również uwagę na konieczność dalszego uszczelnienia i uelastycznienia regulacji przewidzianych w Tarczy antykryzysowej 1.0. i 2.0. Jednocześnie zaapelowali do przedstawicieli administracji o otwartość i interpretację przepisów na korzyść wnioskujących o pomoc po to, aby podmioty, które faktycznie potrzebują wsparcia mogły skorzystać z dostępnych rozwiązań. Tylko takie podejście ze strony urzędów zagwarantuje realizację celu Tarczy, czyli ochronę firm i ich pracowników przed negatywnymi skutkami kryzysu zdrowotnego i powiązanego z nim kryzysu gospodarczego.

Partnerzy społeczni oczekują także pilnego włączenia w prace legislacyjne nad  tzw. Tarczą finansową. Jesteśmy gotowi do dialogu i przedstawienia własnych propozycji rozwiązań. Tarcza finansowa ma stanowić realną pomoc dla firm, co przełoży się na bezpieczeństwo miejsc pracy, dlatego strona społeczna powinna uczestniczyć w przygotowywaniu tego projektu.

Zdaniem partnerów społecznych konieczne jest usprawnienie dialogu pomiędzy stroną społeczną a stroną rządową w ramach Rady Dialogu Społecznego. Przypominamy o tym, że Rada jest najważniejszą instytucją dialogu społecznego w Polsce, która realizuje konstytucyjną zasadę dialogu i współpracy partnerów społecznych. Dlatego oczekujemy poprawy komunikacji z rządem, większej otwartości na dialog oraz włączenia w większym stopniu strony społecznej w prace nad Tarczą finansową i procesem wychodzenia z kryzysu.

Ogromny wzrost użytkowników Netflixa. Branża naftowa liczy na dalszą pomoc

W środę amerykańskie indeksy giełdowe notują zyski względem wtorkowego zamknięcia. Dow Jones Industrial Average oraz S&P 500 rosną o ponad 1,6 proc., a technologiczny Nasdaq zwyżkuje o prawie 2 proc. W poprawie nastrojów głównie pomaga uspokojenie sytuacji na rynku ropy naftowej oraz zapowiedzi odnośnie możliwego otwarcia amerykańskiej gospodarki już całkiem niedługo.

Sekretarz skarbu USA Steven Mnuchin powiedział w środę, że większość, jeśli nie całość, amerykańskiej gospodarki powinna zostać ponownie otwarta do lata po obecnym zamknięciu, które ma za zadanie powstrzymać rozprzestrzenianie się koronawirusa. Muchin w wywiadzie dla jednej z amerykańskich telewizji powiedział, że nie może się już doczekać, kiedy latem większość gospodarki, jeśli nie całość będzie otwarta.

Po obiecaniu uratowania transportu lotniczego, rolnictwa i amerykańskiego przemysłu stalowego administracja Trumpa będzie musiała skupić się na uratowaniu bardzo strategicznego sektora naftowego, który jest narażony na falę bankructw po historycznym spadku ceny czarnego złota. Dzisiejsza stabilizacja na rynku ropy sprzyja również poprawie sentymentu na Wall Street. Cały sektor energetyczny rośnie dziś o 2,72 proc. i przegania go tylko sektor technologiczny ze wzrostem na poziomie 2,74 proc.

W kontekście sezonu wyników na Wall Street nie sposób nie wspomnieć o raporcie Netflixa. Spółka zakończyła pierwszy kwartał z prawie 16 milionami nowych subskrybentów, ponieważ ludzie na całym świecie utknęli w domu z powodu pandemii koronawirusa i coraz częściej korzystają z usług przesyłania strumieniowego w celu rozrywki. Przyrost bazy nowych klientów pobił ponad dwukrotnie oczekiwania samego Netflixa. To z kolei pomogło spółce osiągnąć 709 mln dolarów zysku netto. Jednak Netflix jest świadomy tego, że utrzymanie takiej dynamiki wzrostu subskrybentów jest mało prawdopodobne. Netflix ma obecnie 182,9 miliona subskrybentów na całym świecie. Cena akcji spółki osiągnęła w rezultacie w tym miesiącu najwyższy poziom w historii, zbliżając się do granicy 450 USD. W pewnym momencie kapitalizacja osiągnęła wartość prawie 200 mld USD.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.