Nowe technologie na problemy z życiem seksualnym. Inteligentne gadżety także zmierzą ilość spalanych kalorii i zaproponują nowe pozycje

Nowe technologie na problemy z życiem seksualnym. Inteligentne gadżety także zmierzą ilość spalanych kalorii i zaproponują nowe pozycje 1

Blisko 40 proc. Polaków narzeka na spadek zainteresowania seksem.  Poprawić jakość życia erotycznego mogą inteligentne gadżety.​ To już nie tylko popularne od kilkunastu lat zwykłe zabawki, ale aplikacje, które mogą w znaczący sposób wpłynąć na satysfakcję z seksu. Lovely, czyli specjalna nakładka na penisa połączona z aplikacją Lovely App, wysyła raport ze spersonalizowanymi poradami. Rozpoznaje preferencje par i proponuje nowe pomysły i techniki związane z tego typu stymulacją. Rynek zabawek erotycznych do 2019 roku ma być wart ok. 30 mld dolarów.

– Lovely to zabawka erotyczna oraz aplikacja dla par, która wzbogaca ich życie erotyczne. Jest to przedmiot, który zakłada się na podstawę penisa. Podczas stosunku Lovely mierzy różne dane,a specjalna aplikacja, na ich podstawie proponuje porady, stworzone przez naszych seksuologów. Takie porady to np. sugestia nowych pozycji, technik stymulacji. Para może je później wykorzystać do wzbogacenia swojego życia erotycznego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Konik, założyciel Lovely.

Lovely to przenośne urządzenie, dokładniej – specjalna, wibrująca nakładka na penisa, wykonana z medycznego silikonu, która pozwala wydłużyć erekcję, a jednocześnie stymuluje partnerkę. To jednak także inteligentna zabawka erotyczna, gdyż połączona jest z aplikacją, do której za pośrednictwem połączenia Bluetooth wysyła wszystkie informacje zebrane podczas stosunku. Aplikacja analizuje i przetwarza zebrane dane, następnie podając nie tylko liczbę spalonych kalorii.

– W Lovely jest akcelerometr i żyroskop, które mierzą charakterystykę ruchu, czyli np. prędkość, kąt nachylenia, siłę. To wszystko jest potem łączone z pragnieniami danej pary, czyli jesteśmy w stanie powiedzieć, co dana para lubi i dzięki temu, co można im doradzić, np. jeśli dana para lubi seks oralny, jesteśmy w stanie zaproponować im nowe techniki stymulacji związane z tego typu seksem. Wszystkie porady były przygotowane przez naszych seksuologów – podkreśla Konik.

Aplikacja generuje spersonalizowane porady, czy podpowiedzi pozycji, które mogą przypaść do gustu danej parze. Lovely jest też urządzeniem uczącym się. Po jakimś czasie wie już, kiedy dana para lubi uprawiać seks i kiedy jest on dla niej najprzyjemniejszy. Aplikacja może pomóc w leczeniu zaburzeń, ale też okaże się przydatna w przypadku par borykających się z problemami związanymi z życiem erotycznym. W aplikacji można znaleźć propozycje ok. 120 nowych pozycji, czy 11 kategorii technik stymulacji.

Niektórzy idą jeszcze o krok dalej. Powstały już pierwsze sex-roboty, które są tak realistyczne, że można się w nich zakochać. Sławę zdobył robot ze sztuczną inteligencją o imieniu Samantha – interkatywna zabawka, która reaguje na głos i dotyk swojego właściciela. Posiada wbudowane czujniki w głowie, rękach, piersiach oraz w innych intymnych miejscach. Ta erotyczna zabawka kosztuje ponad 50 tys. złotych i dostępna jest na zamówienie.

Z badania „Seksualność Polaków 2017” wynika, że 40 proc. osób ma niższe libido, a 20 proc. cierpi na zaburzenia potrzeb seksualnych. Jednocześnie spada liczba osób, które uprawiają seks – w ubiegłym roku 76 proc. przy 86 proc. w 1997 roku. Najbardziej zadowoleni ze swojego życia seksualnego są Polacy w wieku 30 – 49 lat. Aż 70 proc. osób w tym wieku  jest usatysfakcjonowana swoim pożyciem. Znacznie mniej, bo tylko 36 proc. osób w wieku powyżej 50 lat, dobrze ocenia swoje życie seksualne.

Rynek zabawek erotycznych dynamicznie rośnie. Business Wire szacuje, że do 2019 roku jego wartość osiągnie przynajmniej 29 mld dol. Firma Technavio ocenia zaś, że w 2020 roku może to być już 50 mld dolarów.

Grafen wkracza do branży odzieżowej. Powstały inteligentne tkaniny tekstylia pozwalające kontrolować urządzenia elektroniczne

Grafen wkracza do branży odzieżowej. Powstały inteligentne tkaniny tekstylia pozwalające kontrolować urządzenia elektroniczne 2

Na grafen otwierają się kolejne branże. Dzięki jego właściwościom, takim jak wysoka wytrzymałość, ultra cienkość, ekstremalnie wysokie przewodnictwo i niski koszt wytworzenia. Nowością są inteligentne tekstylia, dzięki którym kontrolować można np. mobilne aplikacje. Powstaje coraz więcej zastosowań grafenu w wielu różnych branżach, jednak wyzwaniem ciągle pozostaje wprowadzenie tych wynalazków do masowej produkcji.

– Opracowaliśmy inteligentną tkaninę, która zawiera różnego rodzaju czujniki, na przykład czujniki pojemności, oporu i bliskości. Możemy dzięki nim kontrolować między innymi nasz telefon komórkowy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jose Antonio Pelaez z firmy Graphene Tech.

Taki materiał może być stosowany na co dzień. Może być używany zarówno w zwykłej odzieży, jak i ubraniach roboczych. Nie ma także przeszkód, aby prać go w pralce razem ze standardowymi materiałami. Jego zaletą jest także bezproblemowa współpraca z każdą aplikacją. Jego wysokie przewodnictwo ciepła pozwala utrzymać termikę lepiej, niż obecnie stosowana odzież.

– Można dzięki temu kontrolować odtwarzacz muzyczny w Androidzie albo w systemie iOS. Ale również monitorować swoje mięśnie, czy używać tego materiału jako grzejnika – zauważa przedstawiciel Graphene Tech.

Inteligentny materiał jest już dostępny na rynku. Jednocześnie pomysłodawcy mają kolejne plany. Jednym z nich jest wprowadzenie do sprzedaży t-shirtu, który będzie współpracować z telefonem komórkowym i umożliwi nad nim kontrolę. Największym wyzwaniem pozostaje wprowadzenie produktów bazujących na grafenie do masowej produkcji.

– Grafen jest bardzo dobrym przewodnikiem. Zaledwie z pięcioprocentową zawartością grafenu możemy osiągnąć taką przewodność jaką ma srebro czy miedź przy porównywalnej cenie. Jednak ​sam grafen nie wystarczy, potrzebujemy również  jego komercyjnych zastosowań – mówi  Jose Antonio Pelaez.

Próby zastosowania grafenu przy produkcji odzieży obserwujemy od kilku lat. Na początku ubiegłego roku w Wielkiej Brytanii pokazano sukienkę, która zmienia kolor w zależności od nastroju noszącej jej osoby. Wbudowany czujnik mierzy częstotliwość oddechu kobiety i w zależności od tego pobudza zastosowany grafen do zmiany koloru ubrania. Nowoczesne sukienka nie trafiła jednak na razie do sprzedaży. Jej twórcy mają nadzieję, że w przyszłości ta technologia pozwoli do tworzenia odzieży, która będzie umożliwiać wyświetlanie dowolnych kolorów czy wzorów.

Globalny rynek rozwiązań z zastosowaniem grafenu osiągnął w 2016 roku wartość 32 mln dolarów – wynika z najnowszego raportu Zion Market Research. W najbliższych latach będzie rosnąć średniorocznie o 35 proc., by według szacunków w 2022 roku mieć wartość ponad 193 mln dolarów.

Jak bardzo uparty jest Trump?

Inwestorzy zaczynają zapominać o włoskich wyborach i powracają z uwagą w stronę globalnego handlu i problemów, jakie wywołują ostatnie propozycje Trumpa dotyczące ceł importowych. Niektórzy są zdania, że krytyka z zagranicy, ale też z własnego sztabu skłonią prezydenta USA do zmiany decyzji, co pomaga osłabić nieco awersję do ryzyka na rynkach.

Czy Twoim zdaniem, czytelniku, prezydent Donald Trump jest osobą, której łatwo wytłumaczyć, że to co już ogłosiła całemu światłu, jest błędem i powinno zostać cofnięte? Czy ostatnie kilkanaście miesięcy dało dowody na to, że Trump potrafi posypać głowę popiołem? Osobiście nie uwierzę, póki nie zobaczę, dlatego też trudno mi zaakceptować rynkowe odreagowanie. Myślę, że nadzieje na złagodzenie stanowiska Trumpa wymieszały się z ulgą, że włoskie wybory nie przyniosły katastrofy. Trzymam się zdania, że po weekendzie niewiele się zmieniło; prędzej zobaczymy kolejny ostry komentarz Trumpa na Twitterze (jak te wczoraj o Nafta), niż oficjalna notę cofającą zeszłotygodniowe propozycje dot. ceł na stal i aluminium. W międzyczasie można liczyć na działania odwetowe reszty świata. Dziś rano słyszymy, że KE rozważa wprowadzić cła na towary z USA, m.in. na stal, dżinsy i Burbona.

Jeśli wracamy do niepewności o przyszłość globalnego ożywienia (które może zahamować pod wpływem wojen handlowych), to wówczas wracamy do umocnienia JPY. EUR też powinno się mieć dobrze, kiedy już zniknął nawis premii za ryzyko polityczne. USD będzie ustępował bezpiecznym walutom, przynajmniej krótkoterminowo. W średnim horyzoncie perspektywa wyższych cen za towary z importu lub krajowe substytuty daje pole do agresywniejszej polityki Fed. Przegranymi pozostają aktywa ryzykowne, waluty surowcowe i rynków wschodzących. W G10 główny ból dotyczy AUD i CAD. W tym ostatnim przypadku wczoraj było widać, jak słowa Trumpa mogą ranić. Prezydent USA postawił ultimatum, że nowe cła mogą nie objąć Meksyku i Kanady, ale pod warunkiem, że nowa wersja porozumienia Nafta będzie bardziej „uczciwa” dla USA. W każdym scenariuszu to zła wiadomości dla sąsiadów USA, a zatem i ich walut.

AUD wstępnie nie zareagował na decyzję RBA (stopa kasowa bez zmian), ale cała kompozycja informacji z Australii (komunikat i dane makro) nie jest sprzyjająca. W komunikacie bank nie odniósł się do ostatnich zawirowań rynkowych. Po pozytywnej stronie można odnotować stwierdzenie, że tempo wzrostu płac ma dołek już za sobą, ale złagodzono język opisujący przyszłe tempo wzrostu gospodarczego (usunięto frazę, że wzrost będzie „trochę powyżej 3 proc.”). Deficyt na rachunku bieżącym w IV kw. był większy od oczekiwań, a odbicie sprzedaży detalicznej w styczniu po fatalnym grudniu było mniejsze od oczekiwań. Albo nastroje konsumentów słabną, albo obniżki cen hamują przyspieszanie inflacji. Tak, czy inaczej nie są to informacje wspierające jastrzębie oczekiwania i pozostaję negatywnie nastawiony do AUD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ochrona danych osobowych w przychodniach i szpitalach – co zmieni RODO

Placówki medyczne powinny szczególnie dbać o bezpieczeństwo danych osobowych swoich pacjentów z uwagi na przetwarzanie danych wrażliwych, czyli szczególnej kategorii. Niestety często podmioty takie nie mają przyjętych odpowiednich procedur podnoszących bezpieczeństwo danych, a także odpowiedniego systemu szkolenia pracowników i współpracowników, którzy są najsłabszym ogniwem systemu bezpieczeństwa – to zazwyczaj człowiek popełnia błąd. Zarówno duże szpitale, jak i małe przychodnie codziennie świadczą usługi na rzecz wielu osób, co równoznaczne jest z tym, że stają się one administratorami ich danych szczególnie chronionych. Jak aktualnie są chronione i co się zmieni w tej kwestii po wprowadzeniu – już w maju br. – RODO? 

Co wymaga poprawy?

Marcin Zadrożny, specjalista ds. ochrony danych w ODO 24.
Marcin Zadrożny, specjalista ds. ochrony danych

Każda jednostka medyczna gromadzi dane pacjentów, w tym te wrażliwe, w związku z czym powinna stosować w swojej działalności jeszcze przepisy ustawy z 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych. W praktyce bywa jednak różnie. W szczególności pracownicy niezależnie od wielkości placówek, często nie przykładają wystarczającej uwagi do przestrzegania wewnętrznych regulacji z zakresu ochrony danych w tym bezpieczeństwa informacji. Może to wynikać z ogromu pracy jaką mają na co dzień, nie powinni o tym elemencie jednak zapominać. Problem może być ulokowany niestety również wyżej w kierownictwie organizacji – wiele placówek nie ma w ogóle lub ma nieodpowiednie procedury ochrony danych – w takiej sytuacji szeregowi pracownicy pozostają bezsilni – mówi adw. Marcin Zadrożny, WTB.

Najczęstszą przyczyną zagrożeń dla danych pacjentów jest brak wiedzy i przyjęcia odpowiednich procedur – przechowywanie dokumentacji medycznych w miejscach ogólnie dostępnych, pozostawienie otwartego gabinetu lekarskiego bez nadzoru, czy też włączonego komputera z otwartym programem do obsługi pacjentów. Wszystko to naraża osoby korzystające z usług podmiotów medycznych, w tym przychodni lekarskich na niebezpieczeństwo. Tak niezabezpieczone informacje są łatwym celem dla osób postronnych.  Nierzadko pacjenci nie są również w odpowiedni sposób uświadamiani o przetwarzaniu ich informacji podmioty często nie dopełniają obowiązku poinformowania osoby, której dane dotyczą, o jej prawach lub przekazania tej osobie informacji umożliwiających korzystanie z praw przyznanych na mocy obecnie jeszcze obowiązującej ustawy o ochronie danych osobowych

Co zmieni RODO

Wejście w życie nowego prawa wpłynie na sytuację pacjentów placówek. Dzięki zmianom sektor ochrony zdrowia otworzy się na nowe technologie przetwarzania informacji i podniesie poziom bezpieczeństwa przetwarzanych danych. –  wskazuje adw. Marcin Zadrożny WTB.

Najważniejsze zmiany, jakie wprowadza RODO dla branży medycznej to przede wszystkim:

  • Inspektor ochrony danych (IOD), który będzie miał  więcej obowiązków niż do tej pory administrator bezpieczeństwa informacji (ABI). Podmioty medyczne, które przetwarzają dane dot. stanu zdrowia swoich pacjentów na dużą skalę będą musiały obligatoryjnie wyznaczyć IOD. Dzięki temu branża medyczna zyska dobrze wykwalifikowaną osobę, która m.in. będzie monitorowała przestrzeganie przepisów RODO i innych przepisów – zyskają na tym również pacjenci poprzez większą gwarancję ochrony ich danych.
  • Obowiązek odpowiedniego informowania. Osoba, która będzie chciała skorzystać z usług szpitala lub przychodni będzie musiała  zostać uświadomiona w sposób przejrzysty, zrozumiały i przystępny, dlaczego i w jakim celu będą przetwarzane jej dane osobowe, jakie posiada prawa, czy jak długo te dane będą przetwarzane przez podmiot medyczny.
  • Konieczność oceny skutków planowanych operacji przetwarzania dla ochrony danych. Taka ocena będzie musiała zawierać m.in. opis planowanych operacji i celów przetwarzania, ze wskazaniem czy są one niezbędne oraz proporcjonalne w stosunku do zamiarów, oszacowania ryzyka naruszenia praw lub wolności osób, których one dotyczą.
  • Utworzenie rejestru czynności przetwarzania. Prowadzenie takiego wewnętrznego rejestru stanie się obligatoryjne. Administrator będzie musiał zamieścić w nim m.in. takie informacje jak: imię i nazwisko lub nazwę oraz dane kontaktowe administratora oraz inspektora ochrony danych, cele przetwarzania, opis kategorii osób, których dane dotyczą oraz kategorii danych osobowych, jeżeli jest to możliwe planowane terminy usunięcia poszczególnych kategorii danych oraz ogólny opis technicznych i organizacyjnych środków bezpieczeństwa.

Handel z wolną niedzielą i prawie 1,6 mld zł zaległości

Kolejny raz handlowcom udało się uniknąć podatku, będą mieli jednak problem z wolnymi niedzielami. Po raz pierwszy nie otworzą sklepów 11 marca. Czy odbije się to na ich sytuacji finansowej? W nowe reguły gry, handel detaliczny wchodzi po bardzo udanym dla siebie roku, większość firm znajduje się w silnej i dobrej kondycji finansowej, choć z niemałą kwotą zaległości wobec kontrahentów i banków przekraczającą 1,57 mld zł – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Bisnode Polska.

Sprawa podatku handlowego znów przesunęła się w czasie, tym razem na przyszły rok. Zakaz handlu w niedzielę w okrojonym zakresie, zaczyna wpływać na branżę już w 2018. Od 1 marca tego roku w każdym miesiącu będzie można handlować tylko w pierwszą i ostatnią niedzielę miesiąca, w przyszłym roku w jedną niedzielę, a w 2020 r. już wcale. Opinie co do tego czy wolne niedziele zaszkodzą sklepom czy też nie, są podzielone. – Dobrze w takiej sytuacji, że znacząca zmiana wchodzi w życie w momencie gdy sprzyja jej dobra koniunktura gospodarcza. Miniony rok branża z pewnością może uznać za udany – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Spadek bezrobocia i wyższe dochody Polaków spowodowały, że handel detaliczny uplasował się w 2017 r. w ścisłej czołówce branż, które z tego skorzystały. Według danych GUS, liczona w cenach bieżących sprzedaż detaliczna rosła w 2017 r. o 8,4 proc., czyli ponad dwa razy szybciej niż w 2016 r. Badany przez GUS wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury wypada jeszcze lepiej niż przed rokiem, a prognozy sprzedaży są optymistyczne.

Prawie 30 tys. firm ma kłopoty z płatnościami

Niezłą kondycję handlu detalicznego widać też w danych Rejestru Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. Wynika z nich, że poważne problemy z terminowym regulowaniem swoich zobowiązań ma 4 proc. przedsiębiorstw handlowych. Na tle całej gospodarki, to niedużo, bo odsetek firm niepłacących w terminie kontrahentom i bankom, w całej puli przedsiębiorstw wynosi 5,4 proc. Łączna zaległość 29 458 niesolidnych płatników w handlu detalicznym to już jednak spora suma, która przekracza 1 mld 576 mln zł. Składają się na nią przeterminowane o co najmniej 30 dni płatności na kwotę min. 500 zł.

– Im wyższy odsetek firm opóźniających płatności w danej branży, tym większe ryzyko podejmowanej współpracy z przedsiębiorstwami reprezentującymi właśnie ten sektor gospodarki. To dla przedsiębiorców sygnał, że należy zachować szczególną ostrożność w zawieraniu z nimi transakcji z odroczonym terminem płatności i opieraniu całego biznesu na ryzykownych płatniczo przedsiębiorstwach – wyjaśnia Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Najwyższe zaległe zadłużenie mają sklepy spożywcze

Największe przeterminowane długi w puli prawie 1,58 mld zł mają sklepy ogólnospożywcze, jest ich wśród sklepów najwięcej i m.in. z tego względu zgromadziły 398 mln zł zaległości (25 proc. całego przeterminowanego zadłużenia). Na drugim miejscu, z kwotą 119 mln zł, znajdują się sklepy niewyspecjalizowane, następnie firmy zajmujące się sprzedażą wysyłkową oraz internetową – 107 mln zł, apteki – 100 mln zł, stacje paliw – 92 mln zł, sklepy odzieżowe – 91,5 mln zł, handel na bazarach i targowiskach – 80,7 mln zł, oferujący meble i oświetlenie – 55,5 mln zł, sklepy monopolowe – 51 mln zł. Nieco mniej zaległości mają punkty z wyrobami metalowymi, farbami i szkłem oraz liczone łącznie kwiaciarnie i sklepy zoologiczne oraz z karmą dla zwierząt. Na blisko 34 mln zł zadłużone są sklepy mięsne.

Handel z wolną niedzielą i prawie 1,6 mld zł zaległości

Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Stabilną sytuację branży potwierdzają oceny wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska. Na ponad 11,5 tys. analizowanych firm powyżej 60 proc. jest w silnej i dobrej kondycji. W słabej znajduje się 19 proc., a w złej 21 proc.

Kondycja finansowa firm handlu detalicznego

Handel z wolną niedzielą i prawie 1,6 mld zł zaległości 2

Źródło: Bisnode Polska

Niezła kondycja handlu detalicznego nie zmienia faktu, że liczba sklepów w Polsce systematycznie maleje. W ostatnich dziecięciu latach zniknęło ich niemal 100 tys. Na koniec stycznia 2018 r. ich liczbę Bisnode Polska szacuje na nieco ponad 271,2 tys. Co oznacza, że w porównaniu do roku ubiegłego ubyło 4,2 proc. sklepów. Spadek odnotowano we wszystkich branżach. W ujęciu procentowym najwięcej sklepów, ponad 13 proc. przestało działać w branży detalicznej sprzedaży owoców i warzyw. Jednak najliczniej likwidowane były sklepy sprzedające odzież. Tylko w ostatnich dwunastu miesiącach liczba sklepów odzieżowych spadła o ponad 1,8 tys. Wyjątkiem są sklepy internetowe, których łącznie na polskim rynku przybyło przez rok ponad 1,3 tys., w czym po części upatruje się przyczyn spadku liczby tradycyjnie działających sklepów. Ogromną rolę w zmianach jakich doświadcza handel detaliczny odgrywa też konsolidacja – niewielkie i niezrzeszone sklepy (które w 2008 r. pokrywały ponad 56 proc. rynku, w 2015 r. stanowiły już zaledwie 41 proc. wszystkich sklepów) tracą na rzecz zorganizowanych i nowoczesnych formatów handlu jak dyskonty, supermarkety, czy nowoczesne formaty convenience – oceniają eksperci*.

Handel z wolną niedzielą i prawie 1,6 mld zł zaległości 3

Źródło: Bisnode Polska

Największy odsetek dłużników na Górnym i Dolnym Śląsku

Z danych BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że województwem, które dominuje pod względem kwoty zaległości firm handlu detalicznego jest mazowieckie – prawie 300 mln zł przeterminowanego długu. Najwyższa jest tu również liczba niesolidnych dłużników prawie 4,8 tys. Na kolejnych pozycjach, jeśli chodzi o wartość długów, znajdują się Dolny i Górny Śląsk oraz woj. wielkopolskie, pomorskie i małopolskie. W czołówce tej z wyjątkiem Śląska firmy handlu detalicznego mają średni zaległy dług przekraczający średnią dla całego kraju na poziomie 53,5 tys. zł. Największy udział niesolidnych firm prezentowanej branży, przekraczający 4 proc. odsetek dla kraju, ma siedzibę w województwach: pomorskim, dolnośląskim, śląskim – od 4,7 do 4,8 proc.

Handel z wolną niedzielą i prawie 1,6 mld zł zaległości 4

*DM PKO BP

Plany nowelizacji prawa upadłościowego w 2018 roku

Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje nad nowym kształtem prawa upadłościowego, które ma w pewnej mierze chronić prywatny majątek małych przedsiębiorców prowadzących swój biznes w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej. Zmiany wzorowane są na zachodnich rozwiązaniach. Czy planowane ewolucje nie będą furtką dla nieuczciwych przedsiębiorców i czy ministerstwo jest w stanie oszacować skalę problemu? Sprawę komentuje Mateusz Jakóbiak, członek zarządu firmy Vindicat.

Mateusz Jakóbiak, członek zarządu firmy Vindicat
Mateusz Jakóbiak, członek zarządu firmy Vindicat

Minister Sprawiedliwości chce dostosować działania upadłościowe do wielkości przedsiębiorstwa.  Chodzi o ochronę obywatela i jego stabilności życiowej, bowiem upadek małej lub średniej firmy prowadzonej w oparciu o jednoosobową działalność gospodarczą to bardzo często także upadek życiowy przedsiębiorcy i jego rodziny. – Sam pomysł jest dobry, ponieważ do tej pory upadłość była dostępna wyłącznie dla dużych spółek i mikroskopijnej grupy konsumentów. Planowana nowelizacja ma szansę zwiększyć ilość kontrolowanych upadłości z kilku tysięcy do nawet 100 tysięcy, tak, jak jest w porównywalnej pod względem ludności Kanadzie. Dobrze wprowadzone zmiany w przepisach dałyby możliwość odbudowania się małym przedsiębiorcom po upadłości, a także umożliwiłyby częściowe odzyskanie należności przez wierzycieli. Mali przedsiębiorcy po utracie płynności finansowej najczęściej oficjalnie wykreślają swoją działalność gospodarczą, ale tylko po to, by dalej prowadzić ją pod firmą znajomego czy członka rodziny. Dług takiego przedsiębiorcy może więc rosnąć, a on do końca życia może nie mieć szansy podnieść się finansowo. Tym samym jego wierzyciele też mogą nigdy nie odzyskać swoich środków – dodaje ekspert.

Założenia ustawy

W znacznie lepszej sytuacji życiowej niż dotychczas w obliczu upadłości, a de facto bankructwa, bo z takim przypadkiem mamy do czynienia prowadząc działalność jako osoba fizyczna, znajdą się przedsiębiorcy, ponieważ ich prywatny majątek będzie częściowo chroniony. Według doniesień jednym z pomysłów jest to, aby w przypadku licytacji mieszkania część uzyskanej kwoty wracała do licytowanego dłużnika z przeznaczeniem na dwuletni wynajem mieszkania w danej miejscowości.

Takie rozwiązanie dotychczas było dostępne dla konsumentów – nowa ustawa ma przybliżyć statut upadłości konsumenckiej do upadłości przedsiębiorcy prowadzącego małą firmę – mówi Jakóbiak. Polski ustawodawca wzorował się na zachodnich rozwiązaniach, stosowanych między innymi w Stanach Zjednoczonych,  gdzie upadłość niewielkiej działalności gospodarczej traktowana jest raczej jako wypadek na drodze do udanego biznesu, a nie przekreślenie wszelkich szans na powodzenie. Zmieni się także sposób układania planu spłat – tu znaczenie będzie miał powód upadłości. Jeśli w toku badania sprawy okaże się, że niepowodzenie finansowe wyniknęło z wyraźnej winy przedsiębiorcy to jego plan spłaty może trwać aż 84 miesiące. W przypadkach niezawinionych będzie to maksymalnie 36 miesięcy, a pozostałe niespłacone należności zostaną umorzone. – To wszystko brzmi bardzo obiecująco – dobrze, że ustawodawca chce zadbać o bezpieczeństwo bytowe małych przedsiębiorców i ich rodzin, bo takie osoby w zasadzie nie różnią się od konsumentów, którzy nie prowadzą swojej działalności. Jednak, jako osoba od lat obserwująca zawodowo sektor MŚP uważam, że zmiany powinny rozpocząć się od zbadania powodów problemu z płynnością finansową, a ewolucje w prawie powinny iść w parze z szeroko zakrojoną kampanią edukacyjną pod hasłem odpowiedzialnego prowadzenia firmy i przeciwdziałania upadłości – mówi Mateusz Jakóbiak.

Plan ministerstwa nie jest doskonały

Ministerstwo Sprawiedliwości szacuje, że aż 2 miliony Polaków nie może uporać się z przeterminowanymi długami, których wartość wynosi w sumie ponad 50 mld zł. – Podstawową misją rządzących powinna być edukacja finansowa i prawna początkujących przedsiębiorców. Mam na myśli podstawową wiedzę na temat zawierania umów, obliczania opłacalności działalności, czy zachowania płynności finansowej. Bez takiego programu, którego prowadzenia mogłoby się podjąć Ministerstwo Sprawiedliwości i np. Ministerstwo Finansów, wdrażane zmiany w przepisach nie odniosą tak pozytywnych rezultatów. Nie można skupiać się wyłącznie na rezultacie, nie próbując naprawiać przyczyny problemu, jakim zdecydowanie jest brak wiedzy. Cierpią na tym niestety wszyscy, zarówno dłużnicy i ich otoczenie, jak również wierzyciele oraz oczywiście Skarb Państwa – zauważa Mateusz Jakóbiak.

Dlaczego firmy upadają

Według badań przeprowadzonych przez Euler Hermes dotyczących spółek w 2017 roku 900 firm ogłosiło niewypłacalność.[i] Wyniki pokazują, że powodem takiego stanu rzeczy są przede wszystkim dobrze znane polskiemu przedsiębiorcy, tzw. zatory płatnicze. – Brak płynności finansowej jest szczególnie ważny w przypadku małych przedsiębiorstw. Często jedna większa niezapłacona faktura powoduje, że firma staje się niewypłacalna i nie ma środków na bieżącą działalność – tłumaczy Jakóbiak. Potwierdzają to wyniki raportu, który firma Vindicat przygotowała w oparciu o dane o wykorzystaniu ich narzędzia do samodzielnej windykacji online, dedykowanego właśnie sektorowi MŚP. Badanie pokazuje bowiem, że aż 79% roszczeń wynika z niezapłaconych faktur[ii]. – Do tego dochodzi jeszcze brak doświadczenia w polubownym, ale jednocześnie skutecznym odzyskiwaniu należności i w ten sposób zator płatniczy rośnie do rozmiarów realnego zagrożenia dla stabilności finansowej firmy – komentuje Mateusz Jakóbiak.

Jakie mogą być konsekwencje zmian?

Czy nowy kształt prawa upadłościowego zmieni coś także w branży windykacyjnej? – Zmiana może być zaskakująca, bo być może przedsiębiorcy, w obawie przed tym, że ich dłużnicy nie odczują aż tak mocno konsekwencji swojej nieroztropności, zaczną wcześniej reagować na problemy z płynnością finansową. Taki scenariusz może pozytywnie odbić się na polskiej gospodarce, bo większa płynność finansowa firm to także jej zwiększona stabilność. Warto przypomnieć, że najlepszy model funkcjonowania gospodarki oparty jest właśnie o sektor MŚP. Należy podkreślić także, że przedsiębiorcy, którzy mają problemy z płynnością finansową często ratowali się kredytami obrotowymi czy faktoringiem, niestety płacąc za to spore odsetki i tym samym obniżając rentowność swojego biznesu. Dlatego jeżeli przedsiębiorcy zachowają się zgodnie z przewidywaniem to może okazać się, że cała gospodarka tylko zyska. Dlatego właśnie tak ważna jest edukacja w tym temacie – mówi Mateusz Jakóbiak z Vindicat.

 

Sharing economy. Jak wykorzystać potencjał tymczasowych potrzeb do budowania trwałych korzyści?

Tymczasowość, chwila, moment. Mimo tego, że współczesne zegarki odmierzają godziny z taką samą precyzją jak te, które nosili nasi dziadkowie, doba w XXI wieku jest znacznie krótsza. Oczywiście w prawach fizyki nie zmieniło się nic, za to w naszym odczuwaniu czasu – wiele. Przypomnij sobie, kiedy ostatni raz pomyślałeś, że potrzebujesz go więcej, że ciągle Ci go brakuje lub że nie masz go wcale. Czas to współcześnie towar deficytowy, cenniejszy niż pieniądze. Głównie dlatego, że gdy stracisz go raz, nie odzyskasz go już nigdy. Po prostu znika.

Jedyna stała to zmiana

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że świat wokół nas zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim nasze podejście do życia. Jesteśmy elastyczni. Coraz mniejszym sentymentem darzymy przedmioty używane na co dzień, do których bardzo przywiązani byli jeszcze nasi rodzice. Młodzi ochoczo pozbywają się ich dzisiaj na fali modnego ostatnio minimalizmu czy nagłej potrzeby oczyszczania przestrzeni. Jesteśmy zmęczeni. Chcemy mniej. A jednocześnie chcemy więcej. Co nam się znudziło, a za czym zaczynamy tęsknić?

– Po fali entuzjazmu, z jaką spotkały się projekty takie jak Airbnb, BlaBlaCar czy Uber, przychodzi czas na “uspołecznianie” kolejnych sfer naszego życia – mówi Grzegorz Nowak, Prezes Zarządu spółki technologicznej We2You, właściciela platformy Rentao. – Przestajemy traktować bardzo osobiście posiadane przez nas przedmioty i chętniej się nimi dzielimy, bez obaw o to, że do nas nie wrócą. Każdy z nas przynajmniej raz, patrząc na posiadane w domu rzeczy, myślał sobie, że być może w danej chwili mogłyby się komuś przydać.

A gdyby tak je wypożyczyć?

Wspólna konsumpcja dóbr

“Sharing economy” to, w jednym zdaniu, model gospodarczy oparty na dzieleniu się nieużywanymi lub nie w pełni wykorzystanymi zasobami i usługami – za opłatą lub za darmo. Nie zawsze chodzi o dobroczynność, choć ruch “ekonomii współdzielenia” bardzo mocno podszyty jest ideologią. Coraz częściej “sharing economy” ma wymiar biznesowy. Nie tylko dla firm, które żyją z komercyjnego wypożyczania produktów i usług, ale także dla użytkowników prywatnych, którzy nie tracąc nic, mogą zyskiwać. Pieniądze, namacalny efekt dokonanej transakcji, to jedno. Innym aspektem jest satysfakcja z bycia ekologicznym, kiedy przedmioty zyskują “drugie życie”, ale także nowe więzi społeczne, które rodzą się, kiedy np. sąsiad, o którego istnieniu nie miało się pojęcia, nagle postanawia pożyczyć wiertarkę.

Atrakcyjność “sharing economy” i wspólnej konsumpcji nie jest niczym nowym. Towarzyszy nam tak naprawdę od wielu tysięcy lat – od czasów, kiedy jako ludzie zaczęliśmy się ze sobą komunikować i dostrzegliśmy, że możemy ze sobą zrobić przysłowiowy interes. Dzisiaj wartość “ekonomii współdzielenia” płynie głównie z idei konsumowania i korzystania bez konieczności posiadania czegoś na własność. Nie masz przedmiotów – nie masz problemu. Jeżeli kiedykolwiek miałeś okazję się przeprowadzać, doskonale wiesz, co znaczy ból pakowania swojego dobytku do kartonowych pudeł. A zanim to nastąpi, męka konieczności ocenienia, co tak naprawdę jest Ci potrzebne do szczęścia.

Za pieniądze, których nie wydałeś na rzeczy, którą są Ci zbędne, kupujesz coś znacznie cenniejszego. Święty spokój.

Mieć czy być?

Czasy zmieniają się sinusoidalnie, wraz z ludzkimi tęsknotami za tym, czego akurat najbardziej w nich brakuje. Po erze zachłyśnięcia się fast foodami, szybkim dostępem do dowolnych treści, nieustannego bycia online, przychodzi czas na slow food, odcinanie się od fake newsów i ucieczkę do analogowego świata – do prawdziwych ludzi i prawdziwych relacji, budowania autentycznych więzi, bycia w pobliżu tego, czego można dotknąć. Nowoczesne technologie znowu zaczynają istnieć dla nas – a nie my dla technologii. Z powodzeniem mogą stać się naszym sprzymierzeńcem w wypełnianiu życia wartością, jeżeli tylko potrafimy korzystać z nich mądrze i celowo.

Powoli wracamy do korzeni. Telefon coraz częściej służy nam do umawiania się na kawę z przyjaciółmi, komunikatory do wspólnego ustalania spraw związanych ze zbiorowym wyjazdem na urlop a media społecznościowe do bycia na bieżąco z tym, co w danej chwili jest nam naprawdę potrzebne. Uczymy się segregować informacje, wybierać wartościowe treści, wspierać bliskie posiadanym poglądom projekty. Chcemy być znowu blisko siebie i szukamy okazji, które nam to umożliwią.

Z coraz większą troską pielęgnujemy więc przestrzeń wspólną, również poza siecią. Nie tylko to, co „moje” i „Twoje”. Również to, co „nasze”. Chcemy się dzielić tym, co posiadamy. Nie tylko w wymiarze materialnym. Także naszym czasem i uwagą. A może zwłaszcza nimi – jako tym, co mamy najcenniejszego. Bo nie można ich kupić za żadne pieniądze.

Szybko, łatwo, tanio

Technologia, która napędza współczesny świat, sprawiając, że “kręci się” coraz szybciej, może – paradoksalnie – pomóc nam zagubione gdzieś godziny odzyskać. Dostęp do społeczności osób skupionych wokół idei współdzielenia, pozwala nam diametralnie obniżyć koszty transakcyjne. Dzielenie staje się tańsze, szybsze i prostsze, a tym samym – dostępne w znacznie większej skali, o dowolnej porze, z dowolnego miejsca na Ziemi. Już nie musisz jechać na drugi koniec miasta, by nabyć sprzęt, który jest Ci potrzebny tylko na chwilę. Możesz pożyczyć go od kogoś, kto mieszka kilka domów dalej i zupełnie go w tej chwili nie potrzebuje. Oszczędzasz czas i pieniądze. Zyskujesz zadowolenie. Rachunek ekonomiczny jest bardzo prosty.

Wypożyczanie zwyczajnie się opłaca. W epoce smartfonów, które niemal każdy ma już w kieszeni, GPS, social mediów i szybkich systemów płatności, współużytkowanie staje się realną alternatywą dla tradycyjnie rozumianej własności. Być może w przyszłości posiadanie rzeczy będzie równie kontrowersyjne jak obecnie jedzenie mięsa. Z czego to wynika? Po prostu zmienia się nasza świadomość, a wraz z nią spojrzenie na wiele aspektów rzeczywistości, nad którymi do tej pory nie mieliśmy potrzeby się zastanawiać.

Za zmianami społecznej świadomości podążają internetowe trendy. Jednym z przykładów odpowiedzi na nowe potrzeby jest Rentao, nowoczesna platforma wynajmu produktów i usług.

– Rentao to nowoczesna platforma oraz społeczność wynajmujących, skupiona w wielu kanałach m.in. na Facebooku, Instagramie, blogu, tablicy ogłoszeniowej czy forum. Nie tylko udostępniamy naszym odbiorcom przestrzeń do wymiany, ale przede wszystkim czuwamy nad bezpieczeństwem „transakcji” np. poprzez pokazywanie ogłoszenia wyłącznie zarejestrowanym użytkownikom, ustalenie kaucji zabezpieczającej, czy udostępnianie wzorów umów najmu – dodaje Grzegorz Nowak.

Podsumowanie

Co można zyskać poprzez wypożyczanie? Po pierwsze: wzmocnimy domowy budżet o dodatkowy dochód, nie wykonując dodatkowej pracy. Po drugie: zadbamy o środowisko, unikając wyrzucania zbędnych rzeczy. Po trzecie: lepiej wykorzystamy posiadane zasoby – koszt dóbr, z których nie korzystamy na co dzień, zwróci nam się z nawiązką dzięki wielokrotnemu wypożyczeniu. Dodatkowo będziemy czerpać bezcenną przyjemności z interakcji z ludźmi. Warto spróbować, bo dzielenie się jest po prostu opłacalne!

Trump posuł nastroje w strefie euro?

Dziś w centrum uwagi:

  • Ostateczne dane nt. zamówień na dobra trwałe w USA za styczeń powinny potwierdzić (przejściowe) spowolnienie wzrostu inwestycji na początku 2018.
  • Publiczne wystąpienia głosujących członków FOMC (Dudley o skutkach huraganów i Breinard nt. bieżącej polityki pieniężnej) nie powinny zakłócić oczekiwań na podwyżkę stóp Fed na marcowym posiedzeniu.
  • Dane inflacyjne ze Szwajcarii za luty pokażą, że umocnienie CHF i efekty bazy obniżają inflację, co oddala perspektywę normalizacji polityki pieniężnej SNB.

Przegląd wydarzeń:

Rzecznik KE zapowiedział, że kolegium komisarzy UE, które zbierze się w środę, zajmie się reakcją na wprowadzenia przez USA ceł na import stali i aluminium. Będzie ona szybka, stanowcza, proporcjonalna i w pełni zgodna z zasadami WTO. Jednocześnie w USA narasta opór wobec propozycji D. Trumpa. Spiker Izby Reprezentantów P. Ryan przestrzega przed konsekwencjami wojny handlowej i wzywa do wycofania się z tego planu. Doradca prezydenta G .Cohn zwołuje natomiast spotkanie D. Trumpa z przedstawicielami branż uzależnionych od stali i aluminium.

Nastroje europejskich inwestorów wyraźnie pogorszyły się w marcu, na co wskazuje głębszy od oczekiwań spadek indeksu Sentix (do 24,0z 31,9 w lutym). Korekta wynikała przede wszystkim z pogorszenia oczekiwań (do 4,3 z 15,5), szczególnie w Niemczech. Może to być pierwsza reakcja na zapowiadany przez D. Trumpa wzrost protekcjonizmu oraz skutek niepewności politycznej.indeks

PMIdla sektora usług w strefie euro spadł w lutym do 56,2 z 58,0, poniżej wstępnego szacunku. Analogiczny indeks ISMdla usług w USA spadł w lutym nieznacznie do 59,5 z 59,9 (najwyższy odczyt od 12 lat), a szczegóły badania potwierdzają siłę ożywienia w amerykańskiej gospodarce (wspieranej w tym roku dodatkowo przez obniżkę podatków). Ostatnie względne zmiany danych makro ze strefy euro i USA sugerują, że tempo wzrostu PKB w strefie euro osiągnęło już cykliczny szczyt, natomiast gospodarka amerykańska może przyspieszyć w dalszej części tego roku.

Sprzedaż detaliczna w strefie euro wzrosła w styczniu o 2,3% r/r (oczekiwano stabilizacji dynamiki na poziomie 2,1% r/r z grudnia). Wynik mógł być lepszy, gdyby nie wyjątkowo ciepły początek zimy, który ograniczał sprzedaż odzieży. Efekt ten będzie zapewne odwrócony w lutym, kiedy było wyjątkowo zimno. Silnie wzrostowy trend nastrojów konsumentów (wykres poniżej) wskazuje na potencjał dla wzrostu dynamiki sprzedaży detalicznej.

Źródło: PKO Bank Polski

Zobacz najnowszą analizę techniczną WIG 20 oraz waluty GBPCAD

GBPCAD – trend wzrostowy potwierdzony

Trend wzrostowy na funcie szterlingu w stosunku do dolara kanadyjskiego został potwierdzony. Obecny trend został zapoczątkowany już w styczniu 2017 roku. Po kilkunastotygodniowym impulsie wzrostowym niedźwiedzie po raz kolejny chciały przetestować ostatnie minima, w ten sposób notowania ześlizgnęły się w okolicę długoterminowego wsparcia 1.559-1.590. Na rynku powstała formacja potrójnego dna.

Z jednej strony możemy uznać, że trend wzrostowy został zapoczątkowany dopiero we wrześniu 2017 roku, aczkolwiek impuls ze stycznia był na tyle silny, iż zmienił ogólną koniunkturę na parze walutowej GBPCAD. Z tego powodu możemy uznać, że pierwszym sygnałem wzrostowym był byczy impuls trwający od stycznia do kwietnia 2017 roku.

Spoglądając dalej, kolejny impuls zapoczątkowany we wrześniu trwa do dnia dzisiejszego i pokonał szczyt z maja 2017 roku, trend wzrostowy został potwierdzony. Aktualnie notowania poruszają się ponad linią trendu wzrostowego. Na interwale dziennym oraz tygodniowym wszystkie pięć wskaźników podążających za trendem wskazują na większe prawdopodobieństwo kontynuacji obecnej zwyżki. Tak samo jest na interwale czterogodzinowym, zatem rynek na trzech wspomnianych interwałach czasowych wskazuje ten sam kierunek.

Notowania GBPCAD, interwał tygodniowy

Notowania GBPCAD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Najbliższy opór znajduje się w okolicy poziomu 1.80. Po jego pokonaniu strona kupująca otworzy sobie drogę w stronę kolejnego poziomu oporu 1.867.

Spoglądając na obecną fazę wzrostów możemy oczekiwać korekty na niższym interwale czasowym. Główną strategią, którą możemy zastosować na GBPCAD jest przeczekanie korekty na interwale czterogodzinowym. Korekta będzie oznaczała zmianę wskaźników trendu na H4 na czerwone. Dopiero ponowne wskazanie wskaźników podążających za trendem na wspomnianym interwale będzie zwiastować zakończenie korekty i kontynuację długoterminowego trendu wzrostowego.

Ponadto korekta na rynku ropy naftowej powinna wspierać kontynuację trendu wzrostowego na GBPCAD.

WIG 20 – trend spadkowy pełną parą

Ostatnia wyprzedaż na rynku globalnym została praktycznie zakończona, niestety polski indeks WIG 20 tego nie zauważył, na rynku dalej przeważają niedźwiedzie nastroje. Wskaźniki podążające za trendem na interwale tygodniowym, dziennym oraz czterogodzinowym wskazują na trend spadkowy. Jednak do kontynuacji obecnej wyprzedaży na rynku niedźwiedzie muszą pokonać mocne wsparcie w postaci strefy popytu 2272-2293. Jeżeli do tego dojdzie, to podaż otworzy drogę do kolejnego wsparcia 2165 punktów, co praktycznie będzie oznaczało powrót bessy na polski rynek kapitałowy.

Jednak dopóki globalna giełda znajduje się w trendzie wzrostowym, to bazowym scenariuszem pozostanie obrona wspomnianego wsparcia i powrót do wzrostów. Pokonanie strefy podaży 2391 będzie oznaczało ponowne zagoszczenie się kupujących na indeksie WIG 20.

Notowania WIG20, interwał tygodniowy

Notowania WIG20, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

S&P: Innowacje, zrównoważony rozwój i demografia to trzy słabe punkty polskiej gospodarki. W dłuższej perspektywie mogą wyhamować jej rozwój

Polska gospodarka rozwija się najszybciej od sześciu lat. Korzystne są także perspektywy na najbliższe kwartały, bo gospodarka globalna, a zwłaszcza istotna dla Polski strefa euro, wydaje się zapominać o kryzysie. Według przedstawicieli agencji S&P Global Ratings w Polsce istnieje jednak kilka zagrożeń, którym należy przeciwdziałać już dziś. Wśród nich największe są wyzwania związane z innowacyjnością, zrównoważonym rozwojem i demografią.

Produkt krajowy brutto krajów strefy euro w 2017 roku wzrósł o 2,5 proc., co jest najlepszym wynikiem od 2007 roku. Z kolei polska gospodarka urosła w IV kwartale 2017 roku o 5,1 proc., a to rekordowe tempo od ostatniego kwartału 2011 roku. W Stanach Zjednoczonych nowy prezes Fed stoi przed dylematem, czy nie zwiększyć liczby podwyżek stóp z zapowiedzianych trzech na cztery, a Europejski Bank Centralny na razie utrzymuje dotychczasowy kurs, bo jest zadowolony z ożywienia gospodarki.

– Jednym z czynników, który w odniesieniu do strefy euro jest trochę niepokojący, jest to, że euro jako waluta jest dziś bardzo mocne. Obserwujemy także inflację, choć cały czas znajduje się ona w ramach celu inflacyjnego Europejskiego Banku Centralnego. Natomiast coraz istotniejsze staje się pytanie: kiedy nastąpi podwyższenie stóp procentowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Petrykowski, dyrektor zarządzający S&P Global Ratings na region EMEA. – Podwyższenie stóp przełoży się w sposób bezpośredni na sytuację gospodarczą oraz sentyment inwestorów. Jeśli scenariusz podwyższenia stóp przez EBC zostanie zrealizowany pojawi się także pytanie, w jakim stopniu przepływy finansowe zostaną przekierowane do eurostrefy, a w jakim środki te pozostaną na rynkach rozwijających się lub rynku amerykańskim.

Euro umacniało się do dolara przez cały 2017 rok. Obecnie kurs europejskiej waluty jest wyższy wobec amerykańskiej o ponad 15 proc. niż przed rokiem. Sytuacja Stanów Zjednoczonych jest korzystna zarówno od strony danych makroekonomicznych, jak i wyników spółek. Dobrą koniunkturę napędzić ma także uchwalona pod koniec grudnia reforma podatkowa, która obniżyła podatek dochodowy dla firm z 35 do 21 proc., zmniejszyła też stawki dla osób fizycznych. W ten sposób w ciągu 10 lat Amerykanie zapłacą fiskusowi o 1,5 bln dolarów mniej niż według poprzedniego systemu.

W Polsce również zarówno firmy, jak i konsumenci mogą na razie patrzeć w przyszłość z optymizmem. Do kraju napływają fundusze unijne, co zdaniem ekspertów powinno rozkręcić inwestycje, z drugiej strony nastroje polskich konsumentów są o wiele bardziej optymistyczne niż przeciętna dla Europejczyka. Według Nielsen Consumer Confidence Index wskaźnik nastrojów konsumentów w Polsce dla III kwartału 2017 wyniósł 104 wobec 87 w Europie. To efekt zarówno niskiego bezrobocia i wyższych wynagrodzeń, jak i programu Rodzina 500 plus.

– Fundamentalne jest pytanie, jak utrzymać obecny wzrost gospodarczy, szczególnie biorąc pod uwagę to, że jednak jest on cały czas funkcją tego, że świat i Europa dynamicznie się rozwija – zastanawia się Marcin Petrykowski. – Z pewnością reguła, zgodnie z którą w czasach dobrobytu akumulujemy, a nie wydajemy, jest podstawowym założeniem najbardziej znanych modeli ekonomicznych. Z drugiej strony istotne są także innowacyjność oraz przestawienie gospodarki z modelu tradycyjnego, opartego m.in. na węglu i stali, w kierunku rozwiązań bardziej nowoczesnych i gospodarki cyfrowej. To jest duże wyzwanie stojące przed Polską, aby skutecznie przeprowadzić tę transformację.

Kolejnym wyzwaniem dla Polski są – według Petrykowskiego – zagadnienia związane ze zrównoważonym rozwojem, w tym także kwestie najbardziej w Europie zanieczyszczonego powietrza. Trybunał Sprawiedliwości UE już uznał, że Polska naruszyła europejskie normy zanieczyszczenia powietrza. W samej tylko Warszawie, w której sytuacja nie jest najgorsza w kraju, w ciągu niespełna dwóch miesięcy wykorzystano wszystkie dopuszczalne smogowe dni na cały rok. Po wyroku trybunału rząd zapowiedział program termomodernizacji, który ma potrwać do 2027 roku. Na pierwszy ogień pójdą dwadzieścia dwie gminy, co kosztować ma budżet 750 mln zł.

Trzecim wyzwaniem jest demografia, która w dłuższym horyzoncie może zagrozić stabilności rynku pracy. Dodatkowo sytuacji nie sprzyja obniżenie wieku emerytalnego, co stoi w kontrze do tego, co robią inne społeczeństwa.

– To w dłuższym terminie będzie stanowiło duże obciążenie dla finansów państwa, ale też dla rynku pracy. Już dziś widzimy, że rynek ten w Polsce jest bardzo rozgrzany. Mamy niemal naturalne bezrobocie, musimy sprowadzać pracowników z Ukrainy. Im więcej przyszłych pracowników będziemy tracić w związku z wciąż niekorzystną sytuacją demograficzną, tym mniej będzie zasobów, by utrzymać trwały, zrównoważony wzrost gospodarczy – mówi dyrektor zarządzający S&P Global Ratings na region EMEA.