2 lata Prawa restrukturyzacyjnego

Prawo restrukturyzacyjne działa od 2016 r. Według raportu Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja SA, przygotowanego we współpracy ze SpotData, od tego czasu otwarto 585 postępowań restrukturyzacyjnych, co stanowi równo 1/3 łącznej liczby upadłości i restrukturyzacji.

Szacujemy, że ok. 40% tych postępowań pojawiło się w miejsce upadłości układowej, natomiast ok. 60% to pozytywna reakcja na wprowadzenie nowych regulacji, czyli wykorzystanie nowej, wcześniej niedostępnej szansy.

Postępowania restrukturyzacyjne w Polsce napotykają wiele barier – głównie finansowych i organizacyjnych

Do końca 2017 roku zatwierdzonych zostało 111 układów w postępowaniach restrukturyzacyjnych (są to dane wstępne – ostateczna liczba może okazać się nieco wyższa), co stanowi jedną piątą liczby otwartych postępowań. Z jednej strony to lepszy wynik, niż w czasie obowiązywania prawa upadłościowego i naprawczego, a z drugiej pokazuje, że postępowania restrukturyzacyjne w Polsce napotykają na wiele barier, szczególnie finansowych i organizacyjnych, a część firm wybrała procedurę restrukturyzacyjną na wyrost. Są to firmy, które powinny de facto znaleźć się w postępowaniu upadłościowym.

Koncentracja postępowań restrukturyzacyjnych w największych sądach usprawni procedury

Jednocześnie warto zauważyć, że w ponad jednej czwartej sądów nie zakończyło się jeszcze żadne postępowanie restrukturyzacyjne. To pokazuje na jak wczesnym etapie znajduje się w Polsce proces wprowadzania nowych instytucji prawnych w tym obszarze, a jednocześnie jest ewidentnym dowodem na konieczność koncentracji restrukturyzacji i upadłości przedsiębiorców w 12 największych sądach w miejsce dotychczasowych 30.

Brak nowego finansowania główną przeszkodą w powodzeniu sanacji

Najwięcej zatwierdzonych układów było w procedurze przyspieszonego postępowania układowego (81), a najmniej w procedurach postępowania sanacyjnego i układowego (8). Taki rozkład nie dziwi, ponieważ postępowanie sanacyjne nastawione jest nie tylko na restrukturyzację długów, ale również procesów biznesowych a zwykle także wymaga pozyskania nowego finansowania, dlatego trwa dłużej niż inne postępowania. W sanacji bowiem najmocniej objawia się brak przygotowania rynku do finansowania podmiotów w restrukturyzacji. Najbardziej efektywne (w rozumieniu procenta zatwierdzonych układów w stosunku do liczby postępowań) natomiast okazuje się postępowanie o zatwierdzenie układu, gdzie na 16 wniosków 15 układów zostało zatwierdzonych.

Przewlekłość procedur odwoławczych kolejną bolączką postępowań restrukturyzacyjnych

Najdłuższe są postępowania sanacyjne i układowe, które trwają średnio ok. 250 dni (i czas ten rośnie). Natomiast przyspieszone postępowanie układowe to najczęściej ok. 110 dni. To bardzo dobre wyniki, który nie uwzględniają jednak czasu trwania procedur odwoławczych, których przewlekłość jest w tej chwili największą bolączką postępowań restrukturyzacyjnych.

Geograficzny rozkład otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych bardzo dobrze odzwierciedla znaczenie gospodarcze poszczególnych miast i regionów.

Liderem jest Warszawa, gdzie w sądzie rejonowym otwarto 13,3% postępowań. Dla całego Mazowsza jest to 15,6%, co stanowi odsetek bardzo zbliżony do udziału tego województwa w liczbie firm aktywnych w Polsce (16,1%). Na Śląsku, czyli w Katowicach, Gliwicach i Częstochowie, otwarto 13,2% wszystkich postępowań, wobec 13-procentowego udziału tego regionu w populacji firm. Trzecim regionem jest Wielkopolska (Poznań, Gorzów Wielkopolski i Kalisz), gdzie otwarto 10,6% postępowań wobec 10,6% udziału tego województwa w populacji firm.

Podsumowując, restrukturyzacja działa i to skutecznie. Nie jest to jeszcze działanie modelowe, zgodne z założonym wzorcem, ale po zrealizowaniu założeń ustawy czyli:

  • wprowadzeniu Rejestru czyli elektronicznego systemu prowadzenia i dostępu do akt spraw restrukturyzacyjnych,
  • odciążeniu sądów restrukturyzacyjnych przez usunięcie z ich właściwości upadłości konsumenckich,
  • szerokim rozpropagowaniu wśród przedsiębiorców wiedzy o restrukturyzacji,

ma wszelkie szanse zrealizować pokładane w niej nadzieje i ochronić znaczącą liczbę przedsiębiorstw przed upadłością

Wysoka aktywność najemców na warszawskim rynku biurowym w 2017 roku

Rok 2017 charakteryzował się dużą aktywnością najemców, szczególnie przedsiębiorstw z sektora usług finansowych. Aktywność ta, przy jednoczesnej średniej podaży, spowodowała kompresję wskaźnika pustostanów na warszawskim rynku biurowym do poziomu 11,7%. To najniższa wartość zanotowana od III kwartału 2013 roku. Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała warszawski rynek biurowy w raporcie „Marketbeat. Rynek biurowy w Warszawie. Podsumowanie 2017 roku.”

Całkowite zasoby powierzchni biurowej w stolicy wynoszą obecnie 5,28 mln mkw., a w kolejnych trzech latach wzrosną łącznie o ponad 855 000 mkw. W 2017 roku dostarczono na rynek 275 400 mkw. w 27 budynkach i jest to wartość zbliżona do średniej z ostatnich 6 lat. Jednak to i tak około 132 000 mkw. mniej niż w rekordowym 2016 roku. Do największych biurowców oddanych do użytku w ubiegłym roku należą: Business Garden II (54 800 mkw.), West Station II (35 000 mkw.) oraz D48 (23 400 mkw.). Powiększono obszar Strefy Centralnej – obejmuje ona teraz także okolice Ronda Daszyńskiego, Dworca Gdańskiego i Placu Unii Lubelskiej.

– Wraz z relatywnie niskim poziomem nowej podaży planowanej do oddania w 2018 oraz 2019 roku, na przestrzeni najbliższych kwartałów będziemy obserwować efekt luki podażowej, zwłaszcza w przypadku najemców poszukujących biur o powierzchni większej niż 5 000 mkw. Najprawdopodobniej będą oni zmuszeni wstrzymać swoje plany relokacji lub ekspansji do 2020 roku, w którym planowane jest oddanie do użytku ponad 430 000 mkw. nowej powierzchni biurowej – mówi Anna Kwiatkowska, Associate w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych, Cushman & Wakefield.

Wolumen transakcji najmu wyniósł w ubiegłym roku prawie 825 000 mkw., czyli o 9,8% więcej niż w roku 2016 oraz jedynie o 1,7% mniej niż w rekordowym roku 2015. Wśród największych transakcji można wymienić: wynajęcie przez Citi 18 500 mkw. w Generation Park X, odnowienie przez Bank Millennium umowy najmu 18 300 mkw. w Harmony Office Centre oraz wynajęcie 15 500 mkw. przez J.P Morgan w Atrium Garden.

– W 2017 roku rekordowo wysoki poziom popytu był w dużej mierze rezultatem bardzo dużej aktywności najemców o profilu SSC/BPO, którzy po okresie dynamicznego rozwoju branży w miastach regionalnych coraz częściej doceniają większe zasoby wyspecjalizowanych pracowników dostępnych w Warszawie – komentuje Piotr Capiga, Associate w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych w Cushman & Wakefield.

Niewynajęta powierzchnia biurowa wynosi obecnie 615 700 mkw., z czego 185 000 mkw. znajduje się w strefie centralnej. Liczba ta odpowiada 9,1% całkowitego zasobu tej strefy i jest to wartość o 6,1 pkt. proc. mniejsza niż w 2016 roku. Największy wskaźnik pustostanów (23%) odnotowano w strefie Żwirki i Wigury, a najmniejszy w strefie północnej (3,7%).

Czynsze nominalne dla najlepszych biur w Centralnym Obszarze Biznesu w Warszawie utrzymują się na poziomie 23,5-23,75 €/mkw., w strefie Centralnej Zachodniej, gdzie aktywność najemców jest największa, czynsze wahają się w przedziale 17-19 €/mkw. Dla lokalizacji poza centrum stawki pozostają na niezmienionym poziomie i wynoszą od 13 do 16,5 €/mkw.

– W 2017 roku przeprowadziliśmy aż trzy z pięciu największych transakcji najmu. Zaobserwowaliśmy rekordowo wysoki popyt przekraczający 820 000 mkw., spadek wskaźnika pustostanów do poziomu 11,7%, prężny rozwój firm oraz wejście na rynek nowych najemców, a także coraz mocniej zaznaczający się trend związany z wdrażaniem przez pracodawców rozwiązań z dziedziny „workplace” w celu poprawienia retencji pracowników. Ciekawym trendem okazał się też skokowy wzrost zainteresowania Warszawą ze strony operatorów co-workingowych, takich jak Mindspace, CIC, Brain Embassy, Rent24, Spaces itd, odpowiadających na rosnący popyt najemców – mówi Krzysztof Misiak, Partner, Dyrektor Sekcji Miast Regionalnych w Cushman & Wakefield.

– Warszawski rynek biurowy w 2018 roku będzie charakteryzował się stosunkowo niską podażą oraz niskim poziomem pustostanów. Wraz z malejącą dostępnością powierzchni biurowych, rosnącymi kosztami zatrudnienia i kosztami budowy, możemy spodziewać się nieznacznych podwyżek czynszów. Ograniczone zasoby mogą również wpłynąć na wzrost liczby renegocjacji obecnych umów najmu – mówi Richard Aboo, Partner w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych w Cushman & Wakefield.

Biznes traci miliony z powodu smogu

Z badań przeprowadzonych przez międzynarodową grupę Data-Driven Yale, do której należą badacze, naukowcy i programiści z różnych dziedzin wynika, że zanieczyszczenie powietrza wpływa negatywnie nie tylko na nasze zdrowie, lecz także na kondycję biznesu w miastach. Badanie przeprowadzone na terenie Hiszpanii wskazuje, że firmy zlokalizowane w obszarze aglomeracji tracą z powodu smogu od 19 do 30 miliardów dolarów rocznie.

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), zanieczyszczenie powietrza dotyka ponad 90 proc. światowej populacji i prowadzi do przedwczesnej śmierci 7 mln osób rocznie. W opinii Komisji Europejskiej z powodu zanieczyszczenia powietrza w Unii Europejskiej każdego roku umiera przedwcześnie ok. 440 tys. osób, a w Polsce ok. 44 tys. Jak dowodzą najnowsze badania grupy Data-Driven Yale, smog odbija się negatywnie nie tylko na naszym zdrowiu i budżecie państwa, lecz także na kondycji biznesów zlokalizowanych w miastach.

Naukowcy przeanalizowali codzienne wydatki mieszkańców w zestawieniu z jakością powietrza w 12 hiszpańskich prowincjach. Wnioski są zaskakujące. Okazuje się, że hiszpańscy konsumenci wydają dziennie od 29 do 48 mln dolarów mniej w sytuacji, gdy zanieczyszczenie powietrza ozonem jest o 10 proc. wyższe niż normalnie i dodatkowo od 23 do 35 milionów dolarów dziennie, kiedy poziom zanieczyszczenia pyłami (PM 10 i PM 2.5) jest o 10 proc. wyższy niż normalnie. Wzrost zanieczyszczenia pyłami i ozonem o zaledwie 10 proc. może skutkować tym, że hiszpański konsument wyda rocznie od 19 do 30 miliardów dolarów mniej.

Dzięki wykorzystaniu systemów informacji geograficznej (GIS) i programów statystycznych, badacze odkryli, że wraz ze wzrostem poziomu zanieczyszczeń, konsumenci częściej zostają w domach, unikają chodzenia do restauracji, na zakupy czy podejmowania innych form rozrywki co prowadzi do „dławienia” lokalnych biznesów.

Badanie może posłużyć jako ostrzeżenie dla biznesu i postępującej urbanizacji. Badacze z Yale udowadniają, że firmy zlokalizowane w mieście są dużo bardziej narażone na kwestie związane z pogorszeniem stanu powietrza. Mieszkańcy miast czterokrotnie częściej zmieniają swoje decyzje zakupowe pod wpływem informacji o zanieczyszczeniu powietrza niż osoby z terenów podmiejskich i wiejskich. Wraz z postępującym rozwojem miast, włodarze i biznesmani starają się zrozumieć wpływ rosnącej liczby mieszkańców na ekosystem aglomeracji. GIS i analityka biznesowa (location analytics) mogą pomóc w identyfikacji zagrożeń i szukaniu nowych rozwiązań biznesowych.

Ma to szczególne znaczenie w sytuacji, w której populacja coraz mocniej koncentruje się w dużych miastach. Stopień urbanizacji w takich krajach jak Hiszpania i USA przekroczył już 80 proc., a w Wielkiej Brytanii osiągnął poziom 90 proc. W Polsce współczynnik urbanizacji wynosi 61 proc., jednak jakość powietrza w polskich miastach jest najgorsza w całej Europie (6 spośród 10 najbardziej zanieczyszczonych europejskich miast znajduje się w Polsce[1]). Nasuwa się pytanie – skoro w krajach takich jak Hiszpania konsumenci ograniczają swoją aktywność z uwagi na wzrost zanieczyszczenia powietrza o 10 proc., to jak mogłaby wyglądać sytuacja, w polskich miastach, gdzie stężenie pyłów sięga 1600 proc.?

Rozwiązania GIS pomagają przeanalizować wpływ zmian klimatycznych oraz pogodowych na rozwój biznesu i znaleźć odpowiedź na pytanie jak temperatura, opady czy smog wpływają na kondycję firmy.

[1] Wg. badań Europejskiej Agencji Ochrony Środowiska

Dolar w odwrocie. Mateusz Morawiecki o handlu kryptowalutami

Kolejny dzień i kolejne spadki na dolarze. Mateusz Morawiecki wyraził swoje stanowisko wobec handlu kryptowalutami. Norwegowie nie zmienili stóp procentowych.

Kolejny cios dla dolara

Wczoraj w Davos Steven Mnuchin potwierdził to co wielu analityków już wcześniej zauważało. Słaby dolar nie jest problemem USA. Jest wręcz jego strategią. Osłabienie rodzimej waluty podnosi bowiem atrakcyjność eksportu. W rezultacie realizując wizję pozostawienia miejsc pracy w USA zamiast wynosić je po za granicę. Słowa prezydenta Donalda Trumpa o zbyt mocnym dolarem miały miejsce co prawda gdy był on niemalże 20% mocniejszy niż obecnie. W tej sytuacji silna presja padła na Mario Draghiego. Prezes EBC jest w sytuacji w której, jeżeli rozpocznie cykl normalizacji polityki monetarnej jeszcze bardziej umocni euro tylko pogłębiając problemy gospodarki Unii Europejskiej. Możemy być świadkami fascynującej walki na wzajemne osłabianie swoich walut. Walki, w której swoja drogą Szwajcaria bierze już udział od dawna.

Mateusz Morawiecki ostro o kryptowalutach

Podczas wywiadu w Davos Mateusz Morawiecki zapytany pod koniec wywiadu przez dziennikarkę Bloomberga o kryptowaluty określił bardzo wyraźnie stanowisko. Kryptowaluty będą uregulowane lub nielegalne. Argumentem za tym podejściem jest chęć ochrony polskich nieprofesjonalnych inwestorów przed instrumentem wiążącym się bardzo dużym ryzykiem. Padło również porównanie do piramid finansowych i dobrze znanej spółki Amber Gold. Kryptowaluty trafią zatem przynajmniej do podobnego koszyka co Forex. W tym scenariuszu obejmą je również wymogi ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu. Sprawa ma być wyjaśniona w przeciągu miesiąca, kiedy to dedykowany zespół ma przedstawić rekomendacje.

Norwegia nie zmienia stóp procentowych

Zgodnie z oczekiwaniami analityków na dzisiejszym posiedzeniu Banku Norwegii nie doszło do zmian stóp procentowych. Zostały one utrzymane na obecnym poziomie. Przed samą decyzją było widać sporą nerwowość kiedy to korona norweska najpierw traciła na wartości by nagle tuż przed ogłoszeniem wystrzelić w górę. Po decyzji wróciła jednak na poziomy na których zaczynała dzień.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:45 – Strefa Euro – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Jak widoczność reklam wpływa na Twój biznes?

Widoczność reklam na stronie jest ważna zarówno dla reklamodawców, jak i dla wydawców. Efektywnie i dobrze ustawiona reklama dotrze do szerokiego grona odbiorców, zachęcając ich do podjęcia konkretnego działania: odwiedzenia internetowego sklepu, dokonania zakupu czy kontaktu z działem obsługi. Czym jest widoczność i jak wpływa na reklamę? Tłumaczy Yield Riser, firma zajmująca się optymalizacją przychodów z reklamy w Internecie.

Widoczność – co to jest?

Widoczność (viewability) jest wskaźnikiem, dzięki któremu użytkownik dowiaduje się, czy reklama na stronie ma szansę zostać zauważona przez użytkownika. Dane z badań widoczności zapewniają marketerom informację na temat tego, czy reklama została wyświetlona prawidłowo. Informacje są pozyskane za pomocą miernika, który zbiera dane na podstawie rzeczywistej liczby reklam, które były widoczne dla użytkowników.

Dlaczego to jest ważne?

Jeśli reklama jest niewidoczna, może mieć to związek z nieprawidłowym rozmieszczeniem reklam na stronie, a w konsekwencji prowadzić do utraty zaufania do marki. W reklamie online, widoczność jest najważniejszą wartością, zaraz po oglądalności. Dane zebrane na podstawie analizy dostarczają marketerom jasnych i skutecznych informacji, które wyjaśniają w jaki sposób lokować budżety i które media są najbardziej wartościowe.

W grudniu 2014 roku został opublikowany raport Google Active View nt. wyświetlania i wskaźnika widoczności reklam. Wyniki były zaskakujące – 56% reklam w Internecie nie ma szansy na wyświetlenie. Badania te pokazują, jak ważne jest umiejętne zarządzanie widocznością na stronie. Biorąc pod uwagę te dane oraz sytuację na rynku, media plannerzy coraz częściej proszą o statystyki reklamowe. Następnie, po analizie danych wybierając wyłącznie te miejsca, gdzie widoczność jest większa niż 60%.

Zdanie branży

W 2013 roku, Interactive Advertising Bureau (IAB) oraz Media Ratings Council (MRC) przy współpracy z dużymi agencjami, reklamodawcami, wydawcami i firmami technologicznymi zainicjowali badanie w celu ujednolicenia i stworzenia jednego standardowego pomiaru widoczności reklam.

Po 18 miesiącach pracy, IAB i MRC stworzyli definicję widoczności dla reklamy graficznej – co najmniej 50% reklamy musi być widoczna przez 1 sekundę. Wspólna metoda pomiaru rzeczywistej wartości wyświetlanej reklamy jest ważna, aby móc przewidywać, optymalizować i ustawiać reklamy skutecznie.

Podsumowanie

Zmiany wprowadzone przez IAB i MRC dają reklamodawcom wiedzę o ilości wyświetlanych reklam oraz pomagają w ich optymalizacji. Dzięki badaniu, wiedzą która kampania ma najwyższą wartość oraz jaki jest jej koszt. Z drugiej zaś strony, wydawcy uzyskali informacje jak korzyści reklamowe rozkładają się w witrynie. Najważniejszą zmianą jest ograniczenie wyświetlania reklam na stronie. Na tą chwilę takowych nie ma i niektóre witryny bombardują użytkowników nieskończona ilość reklam. Miejmy nadzieję, że dzięki rezultatom badania oraz zawiązanej w zeszłym roku koalicji Better Ads wkrótce to zmieni.

Źródło: blog Yield Riser – yieldriser.com/blog.

NWZA Laser-Med S.A. zatwierdziło połączenie z One More Level S.A.

NWZA notowanej na rynku NewConnect Spółki Laser-Med S.A. zatwierdziło połączenie z One More Level S.A. działającą w branży gier komputerowych. Po połączeniu Spółka zmieni nazwę na One More Level S.A. i będzie się zajmowała produkcją gier komputerowych.

Akcjonariusze Laser-Med S.A. podczas NWZA Spółki, które odbyło się w dniu 24.01.2018 r., podjęli Uchwałę o połączeniu ze Spółką One More Level S.A. Połączenie nastąpi w drodze przejęcia przez Spółkę Laser-Med S.A. Spółki One More Level S.A. poprzez przeniesienie całego majątku One More Level S.A. na Laser-Med S.A. w zamian za nowo emitowane akcje serii B. Po połączeniu Spółka zmieni nazwę na One More Level S.A. i będzie zajmowała się produkcją gier komputerowych. Głównym celem przeprowadzanego procesu jest stworzenie silnego podmiotu działającego w branży gier komputerowych i notowanego na rynku publicznym. One More Level S.A. jest producentem gry „God’s Trigger”, której wydawcą jest firma Techland. Produkcja ta została zaprezentowana w sierpniu 2017 r. podczas branżowych targów Gamescom i otrzymała bardzo dobre recenzje oraz nagrodę w kategorii: Best Puzzle / Skill Game, a także była nominowana w kategorii: Gamescom award for best booth. Gra „God’s Trigger” znajduje się w finalnej fazie produkcji. Produkcja ta będzie dostępna na platformach PC, PS4 oraz Xbox One.

„Podjęcie przez NWZA Uchwały w sprawie połączenia z One More Level S.A. znacząco nas przybliżyło do finalizacji całego procesu. Wiążemy bardzo duże nadzieje z rozpoczęciem działalności w nowym obszarze biznesowym, jakim jest produkcja gier komputerowych. Gra „God’s Trigger”, której producentem jest One More Level S.A., ma przed sobą bardzo dobre perspektywy sprzedażowe. Naszym głównym celem będzie efektywne wykorzystanie potencjału stojącego przed branżą gier komputerowych i dalszy wzrost wartości Spółki.” – ocenia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki Laser-Med S.A.

Zarząd Spółki Laser-Med S.A. otrzymał informację od Zarządu Spółki One More Level S.A., że jej Akcjonariusze podczas NWZA Spółki w dniu 24.01.2018 r. również wyrazili zgodę na połączenie z Laser-Med S.A. podejmując Uchwałę NWZA jednomyślnie.

”Obecność Spółki na NewConnect będzie dla One More Level kolejnym ważnym krokiem w jej rozwoju. Niezmiernie cieszymy się z jednogłośnej decyzji NWZA. W najbliższych miesiącach nakładem wydawnictwa Techland ukaże się szeroko oczekiwany przez graczy największy tytuł Spółki – „God’s Trigger”. Obecnie Spółka koncentruje się na jego dopracowaniu, tak by spełnił on wysokie oczekiwania graczy i inwestorów. W tym roku czeka nas jeszcze wiele pozytywnych komunikatów związanych z projektami, nad którymi Spółka aktualnie pracuje.” – podsumowuje Iwona Cygan, Członek Zarządu Spółki One More Level S.A.

One More Level S.A. otrzyma także dofinansowanie w wysokości 1,9 mln zł w ramach konkursu GameINN organizowanego przez NCBiR. Złożony przez One More Level S.A. wniosek o dotację na realizację projektu o nazwie „Symulator warunków panujących na Marsie jako narzędzie dydaktyczne oraz deweloperskie” w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020, Działanie 1.2, prowadzonego przez NCBiR – GameINN, został oceniony pozytywnie i zakwalifikowany do dofinansowania. Całkowita wartość kosztów kwalifikowanych tego projektu wynosi ponad 3.026 tys. zł, a kwota rekomendowanej dotacji sięga 1.901 tys. zł i jest równa kwocie wnioskowanej przez One More Level S.A.

Dwie trzecie firm w Polsce uważa, że ma lepsze cyberzabezpieczenia niż ich konkurencja

43% osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo IT w działających w Polsce firmach jest przekonanych o wysokim poziomie swoich rozwiązań ochronnych – wynika z badania przeprowadzonego przez Fortinet. Pomimo tego w ciągu ostatnich dwóch lat naruszeń bezpieczeństwa doświadczyło aż 95% przedsiębiorstw w Polsce.

68% respondentów jest zdania, że zabezpieczenia w ich firmach są lepsze niż w innych przedsiębiorstwach działających w tej samej branży. Jedynie 6% badanych przyznaje, że ich zabezpieczenia pozostają w tyle za konkurencją. Uczestnicy badania odpowiedzieli także, jakie były dla nich kluczowe inwestycje w bezpieczeństwo w 2017 roku. Najwięcej, bo 30% wskazało na wprowadzenie nowych rozwiązań i usług bezpieczeństwa. Dla 16% badanych było to natomiast wdrożenie zasad i procesów bezpieczeństwa, dla 8% – aktualizacja dotychczasowych rozwiązań. Tylko 5% badanych wymieniło szkolenia pracowników.

Świadomość pracowników to podstawa bezpieczeństwa

Respondenci wskazali, że 37% przypadków naruszenia bezpieczeństwa w ciągu ostatnich dwóch lat było efektem socjotechniki, ataków ransomware oraz phishingu. W związku z tym, w 2018 roku 65% firm planuje wdrożenie programów edukacyjnych dla pracowników z zakresu bezpieczeństwa informatycznego. – Ten wynik odzwierciedla rosnącą świadomość faktu, że znaczna część naruszeń spowodowana jest nieostrożnością, niewiedzą bądź ignorancją pracowników – komentuje Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę.

Warto podkreślić, że 45% respondentów zapytanych o to, co inaczej zrobiłoby w swojej dotychczasowej karierze zawodowej, odpowiedziało, że zainwestowałoby więcej w szkolenia podnoszące świadomość bezpieczeństwa wśród pracowników.

Kolejnym ważnym zadaniem dla decydentów IT jest ochrona dostępu do sieci. Tylko 35% z nich twierdzi, że ma pełną widoczność i kontrolę nad wszystkimi podłączonymi do niej urządzeniami. Natomiast 45% badanych uważa, że ma kontrolę nad wszystkimi pracownikami użytkującymi sieć.

Ten brak pewności co do pełnej kontroli sieci pokazuje, że jest to obszar, który powinien być potraktowany priorytetowo przez zarząd. Jednak tylko 15% firm planuje wdrożenie w 2018 roku tak podstawowego środka bezpieczeństwa jak segmentacja sieci. Bez tego złośliwe oprogramowanie raz do niej wprowadzone, będzie mogło z łatwością się tam rozprzestrzeniać.

Kto według zarządu ponosi odpowiedzialność za naruszenia bezpieczeństwa?

Co ciekawe, w 58% przypadków naruszenia bezpieczeństwa zarząd w pierwszej kolejności obwiniał dział IT – albo konkretną osobę (12%), albo cały zespół (46%). Pracownicy spoza działu IT byli obwiniani za 23% przypadków naruszeń

Tymczasem ciągle wzrasta popularność IoT oraz BYOD (Bring Your Own Device), a coraz powszechniejsze wykorzystanie aplikacji chmurowych oraz zjawisko shadow IT sprawiają, że dział IT nie może być wyłącznie odpowiedzialny za bezpieczeństwo. W coraz większym stopniu za ten  obszar odpowiadają także pozostali pracownicy firmy.

Metodologia badania

Badanie Fortinet Global Enterprise Security Survey 2017 zostało przeprowadzone na zlecenie Fortinet przez niezależną firmę badawczą Loudhouse w celu przeanalizowania postaw wobec cyberbezpieczeństwa w biznesie w lipcu i sierpniu 2017 roku.

Globalna ankieta skierowana do osób odpowiedzialnych za podejmowanie decyzji w kwestiach informatycznych, które mają w firmach także wpływ na bezpieczeństwo informatyczne, objęła 1801 anonimowych respondentów z 15 krajów (Stany Zjednoczone, Kanada, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania, Włochy, RPA, Polska, Korea, Australia, Singapur, Indie, Hong Kong i Indonezja) oraz z Bliskiego Wschodu. Respondenci internetowej ankiety nie znali celu ani sponsora badania.

EBC uważa, że QE miało nieistotny wpływ na kurs euro

Rosną rentowności obligacji na świecie wraz z poprawą oczekiwań inflacyjnych. Mocne dane ze strefy euro pchnęły EUR/USD na nowe szczyty.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Środa 24 stycznia przyniosła umocnienie euro wobec dolara oraz złotego wobec tych obu walut. Kurs EUR/USD wzrósł z ok. 1,2340 do około 1,24 a kurs EUR/PLN spadł z około 4,17 do około 4,15.

Głównymi czynnikami, które za tym stoją to dobre dane ze strefy euro jakie napływały w ostatnich dniach (ZEW z Niemiec, PMI z Francji, Niemiec i strefy euro) a także wypowiedź M. Draghiego, który stwierdził, że „realizowany w strefie euro program skupu aktywów nie doprowadził do istotnych statystycznie zmian kursu euro”. W kontekście zeszłotygodniowych wypowiedzi oficjeli EBC, którzy wyrażali obawy co do „niepomocnej” siły wspólnej waluty, ta wypowiedź została zinterpretowana jako jastrzębi sygnał dla rynków, pobudzając tym samym aprecjację kursu EUR/USD.  W ślad za wzrostem kursu EUR/USD nastąpił również spadek kursu EUR/PLN (który zwykle również występuje w takich przypadkach) aczkolwiek w mniejszej proporcjonalnie skali, prawdopodobnie ze względu na bardzo gołębie stanowisko RPP w kwestii perspektyw podwyżek stóp w 2018 roku. Generalnie uważamy, jednak że potencjał do kontynuacji obserwowanych trendów jest raczej ograniczony. Pomimo poprawy wskaźników wzrostowych, inflacja w strefie euro pozostaje na relatywnie niskim poziome (1,4% rok do roku), co przy wysokim zadłużeniu krajów peryferyjnych strefy euro i powolnej poprawie kondycji sektorów bankowych w tych krajach będzie wymuszać zachowywanie względnej ostrożności przez EBC w kwestii istotnych modyfikacji swojej polityki. Z drugiej strony w ramach Fedu widać wyraźne oznaki „jastrzębienia” gołębi co może sugerować, rychłe podwyżki stóp w USA i ich znaczną liczbę w perspektywie 2018 roku. Również zapędy protekcjonistyczne D. Trumpa, które ostatnio wyraźnie się zwiększyły mogą pomagać dolarowi i szkodzić walutom rynków wschodzących, jeżeli tylko uda się na dłuższy czas rozwiązać kwestię limitów długu budżetu federalnego.

Na rynku stopy procentowej środa przyniosła zauważalne wzrosty rentowności obligacji skarbowych. Na polskim rynku kontynuowany był wzrost nachylenia krzywej dochodowości, gdzie rentowności papierów 5-letnich i 10-letnich rosły o około 4pb, a ich spread wobec 2-letnich przekraczał odpowiednio 280pb oraz 110pb. Notowania krótkiego końca krzywej wciąż są utrzymywane nisko przez gołębią RPP, która według ostatnich słów prezesa Glapińskiego mogłaby podnieść stopy procentowe dopiero w 2019 roku. Oprócz zmian notowań na rynku obligacji, środa przyniosła spory ruch stawek IRS, który w przypadku instrumentów 10-letnich zwiększyły się o 10pb, a ASW w tym samym tenorze spadł poniżej 40pb. Mocniejszy wzrost stawek swapowych od rentowności obligacji jest między innymi skutkiem zmniejszenia planowanej podaży podczas piątkowej aukcji Ministerstwa Finansów. Na przetargu uplasowane zostaną papiery serii OK0720, WZ1122, PS0123, WS0428 oraz WZ0528 za łączną kwotę od 5 do 7mld PLN wobec planowanych wcześniej 5-9mld PLN. Naszym zdaniem MF nie powinien mieć problemów z uplasowaniem całej oferty, podobnie jak na pierwszej aukcji w styczniu, której towarzyszył wysoki popyt.

Jednak w środę głównie za zmianą cen obligacji przemawiały czynniki globalne, gdzie zarówno krzywe dochodowości w strefie euro jak i w Stanach Zjednoczonych przesunęły się w górę. Czwartkowemu posiedzeniu EBC towarzyszy duża niepewność, gdyż po zaskakująco jastrzębich minutes, rynek zaczął nawet wyceniać możliwość podwyżki stopy depozytowej jeszcze w grudniu tego roku (obecnie takich ruch widziany jest w około 40%), co dawało pole do wzrostu rentowności. Podobnie w USA, rynek jest bardziej jastrzębi niż kilka miesięcy temu, oczekując podwyżki stóp już nawet w marcu. Oprócz oczekiwań na działania władz monetarnych, rentowności papierów z dłuższym terminem do wykupu rosły wraz z odbiciem oczekiwań inflacyjnych, które mierzone swapem USD 5Y5Y zbliżyły się do 2,45%, osiągając najwyższy poziom od stycznia 2017 (szczyt oczekiwań po zwycięstwie Trumpa w wyborach prezydenckich). Na oczekiwania inflacyjne w dużym stopniu wpływają ceny ropy, które w ostatnich tygodniach oscylują wokół 70 USD za baryłkę Brent.. EBC uważa, że QE miało nieistotny wpływ na notowania euro

Autorzy: Arkadiusz Trzciołek, Jarosław Kosaty – PKO Bank Polski

Mnuchin komentuje – kurs dolara dołuje

Słowa sekretarza skarbu USA rozpętał ostatnią spiralę wyprzedaży dolara, który już wcześniej był z pogardą traktowany przez inwestorów. Spekulacje o wojnach handlowych mogą szybko przerodzić się w wojny walutowe. Zadanie prezesa EBC M. Draghiego dziś po południu stało się jeszcze trudniejsze.

Sekretarz skarbu USA Greg Mnuchin pozwolił sobie wczoraj na nietypowy komentarz, jak na funkcję, która pełni. Powiedział, że „naturalnie słaby dolar jest dobry dla nas, gdyż przysparza handlu i możliwości”. Tym samym Mnuchin zapisał się na kartach historii jako pierwszy sekretarz skarbu od wczesnych lat 90., który nie agituje za silną walutą. Powiedzieć, że dolało to oliwy do ognia, to jak nic nie powiedzieć. Rynek od pewnego czasu krążył wokół tematu nasilenia protekcjonizmu przez administrację prezydenta Trumpa i odnowienie wojen handlowych i wczoraj dostał dowód, by bez oporów porzucać dolara. A sam Mnuchin jest w błędzie. Słaby dolar może i pomoże krajowym eksporterom konkurować na rynkach zagranicznych, ale USA więcej importują niż eksportują, zatem deprecjacja dolara rozdmucha ich deficyt handlowy. Obstawianie przez rząd słabości waluty podkopuje zaufanie do dolara jako waluty rezerwowej i odstrasza kapitał zagraniczny chcący inwestować w USA. Oczywiście prezydent Trump może uważać, że gospodarka USA jest sama wszystko wytworzyć i nie potrzebuje „złego” importu, który zabiera prace uczciwym Amerykanów? Powodzenia z tym tokiem myślenia.

Dolar ma za sobą ciężkie 24 godziny i choć pierwsze takty w Europie przynoszą próby odreagowania, to równie dobrze może być to przystanek przed kolejną falą osłabienia. Jednak przecena dolara to równocześnie silna aprecjacja innych walut i rodzi się pytanie, czy i kiedy usłyszymy odzew ze strony władz. A nawet jeśli pojawia się werbalne interwencje przeciw umocnieniu lokalnych walut, czy rynek rzeczywiście się zatrzyma? Najbliższa okazja do komentarza to oczywiście konferencja prasowa prezesa EBC Mario Draghiego, który ma jeszcze trudniejsze zadanie wybrzmieć gołębio, niż to się mogło wydawać na początku tygodnia. Trzeba jednak pamiętać, że rajd EUR/USD to przede wszystkim słabość USD. Jeśli popatrzymy na zachowanie indeksu EUR ważonego wolumenem handlu, aprecjacja unijnej waluty nie jest tak dramatyczna (od poprzedniego posiedzenia EBC w grudniu indeks wzrósł o 1.5 proc., kiedy EUR/USD zyskał 5 proc.). To daje pewne pole manewru dla EBC, ale z drugiej strony, jeśli Draghi nie zastosuje swojej magii i nie powstrzyma zmian na rynku walutowym, kolejna fala wzrostów EUR/USD będzie już zasługą kupowania euro.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Urzędnicy Trumpa wchodzą do gry

Dla Wall Street środa była też, podobnie jak w Eurolandzie, dniem publikacji indeksów PMI, ale nie to było istotne. Istotne było to, co mówili urzędnicy prezydenta Trumpa.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów Amerykanie przyznali, że odpowiada im słaby dolar. W Davos powiedział to Steven Mnuchin, sekretarz skarbu Stanów Zjednoczonych. Sekretarze skarbu zawsze mówili, że chcą silnego dolara (mimo że myśleli tak jak Mnuchin). Tym razem Mnuchin powiedział m.in., że spadek wartości dolara stanowi wsparcie dla amerykańskiej gospodarki. Przyznanie, że USA chcą osłabienia dolara może skończyć się prawdziwą wojną walutową.

Wtórował mu kolejny urzędnik. Wilbur Ross, sekretarz ds. handlu USA, pytany o to, czy nie obawia się rozpętania wojny handlowej powiedział, że „Wojna handlowa trwa od dłuższego czasu. Teraz różnicą jest to, że do gry wchodzą siła amerykańskie”. Po podniesieniu ceł na chińskie panele słoneczne i pralki taka wypowiedź mogła być zapowiedzią dalszych takich działań. A Chiny bezczynne nie pozostaną.

W pełnej skali wojna walutowa i handlowa między Chinami i USA (oraz Niemcami) byłaby końcem globalnego rozwoju gospodarczego. To zauważyli Europejczycy i dlatego spadały indeksy europejskie. Amerykanie mogli jednak pozostać w swoim wspaniałym świecie bez przerwy rosnących indeksów (ironia).

W tej sytuacji dane makro miały trzeciorzędna znaczenie. Opublikowano wstępne Indeksy PMI (wstępne odczyty dla sektorów przemysłowego i usług). Dowiedzieliśmy się, że indeks dla przemysłu wyniósł 55,5 pkt. (oczekiwano spadku z 55,1 na 55 pkt.), a dla usług wyniósł 53,3 pkt. (oczekiwano wzrostu z 53,7 na 54 pkt.). Pojawiły się też dane o cenach domów w listopadzie oraz o sprzedaży domów na rynku wtórnym w grudniu. Ceny domów wzrosły tak jak oczekiwano o 0,4%, a sprzedaż domów na rynku wtórnym spadła o 3,6% (oczekiwano spadku o 2%).

Wall Street na początku sesji postanowiła całkowicie zlekceważyć słowa sekretarza ds. handlu i cieszyła się słabością dolara oraz wzrostem ceny ropy. Po godzinie pojawiły się pierwsze oznaki niepokoju i indeksy zabarwiły się na czerwono. Jednak na trzy godziny przed końcem sesji Wall Street zanurzyła się w swojej bajce o hossie bez końca i indeksy zaczęły rosnąć. Udało się doprowadzić S&P 500 do poziomu neutralnego, a NASDAQ stracił 0,63%. Nic nieznacząca korekta.

Takie reakcja Wall Street dają złudną nadzieję urzędnikom administracji Trumpa, którzy mogą stwierdzić, że wojna handlowa i słaby dolar to jest to, czego chce gospodarka i Wall Street. Mogą się bardzo przeliczyć, ale ten obłęd może jeszcze chwilę potrwać.

GPW rozpoczęła środową sesję pokazem słabości, który był kontynuacją tego, co widać już było we wtorek. Bykom nie pomagały tez inne indeksy na europejskich giełdach. Polskie indeksy spadały i po godzinie WIG20 tracił około pół procent. Przed południem rynek wszedł w fazę marazmu.

Dopiero po pobudce w USA nastroje zaczęły się poprawiać. Najwyraźniej czekano na pomoc Amerykanów. Jednak rosnące kontrakty na amerykańskie indeksy nie pomagały europejskim giełdom, a końcówka sesji była w Europie bardzo słaba. Szaleństwa Wall Street niespecjalnie się w Europie podobają. Nic dziwnego, ze WIG20 spadł, ale stracił tylko 0,33%, a MWIG40 i SWIG80 straciły jeszcze mniej.

Wypowiedzi sekretarzy skarbu i handlu USA są niezwykle niepokojące, ale słabnący dolar i szybko drożejące surowce powodują skierowanie kapitałów funduszy inwestycyjnych na waluty i akcje krajów rozwijających się. Nieprzerwana hossa rwa również na tych rynkach. Co się jednak stanie, jeśli woja handlowa zacznie dolara umacniać? Być może już dzisiaj po posiedzeniu ECB?

Oczywiście nic w polityce monetarnej strefy euro się nie zmieni, ale może zmieć się słownictwo komunikatu/wypowiedzi szefa ECB, co może wpłynąć na zachowanie rynku walutowego i obligacji, a za ich pośrednictwem również rynku akcji. Siła euro może, a nawet powinna spowodować, zdecydowanie „gołębią” wymowę komunikatu i/lub konferencji.

Gdyby euro zaczęło tracić to pomogłoby rynkowi akcji w Eurolandzie, ale niekoniecznie w USA i niekoniecznie rynkom rozwijającym się. Jednak pierwsze umocnienie dolara przemknęłoby na emerging markets raczej niezauważone.

Autor: Piotr Kuczyński – Główny Analityk, Dom Inwestycyjny Xelion