Bliźniaki, domy jednorodzinne i szeregowce biją rekordy popularności. Nie zawsze zakup jest jednak dobrą decyzją

Polacy ruszyli po zakup nieruchomości. Ofert na rynku pierwotnym i wtórnym jest więcej niż w roku 2025, a podaż jest mniej więcej wyrównana z większym popytem. Co ciekawe, zainteresowanie nieruchomościami nie zamyka się tylko i wyłącznie do mieszkań i kawalerek, ale także do domów, segmentów poza dużymi miastami, a także do bliźniaków. Z czego wynika taka tendencja? – Czasem bliźniak w okolicach dużego miasta, opłaca się bardziej niż mieszkanie w centrum. Przykładem mogą być takie miasta jak Kraków, Wrocław, Poznań czy Szczecin. Oczywiście wszystko zależy od standardu, metrażu i lokalizacji, ale znam sytuacje, że rodziny zrezygnowały z zakupu dużego mieszkania, bo bliźniak pod miastem był lepszym pomysłem – przyznaje Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

Bliźniak pod Warszawą jest tańszy niż mieszkanie w stolicy. Tak jest w większości dużych miast

Trudno mówić o tendencjach, ale na pewno wybór mieszkania czy domku lub mieszkania w szeregowcu pod miastem, staje się coraz częstszy i coraz bardziej zasadny.

Dlaczego? Ceny mieszkań na rynku deweloperskim w dużych miastach są rekordowe i coraz częściej plasują się na poziomie powyżej 15 tysięcy złotych za metr kwadratowy.

– Nominalna cena domu pod miastem, domu w szeregowcu lub bliźniaka na pewno jest wyższa niż mieszania w mieście, ale jak przeliczymy to na metry kwadratowe to nagle okazuje się, że zakup obiektu poza miastem daje nam zdecydowanie lepszą ofertę. Jeżeli więc szukamy dobrej przestrzeni do życia, a budżet inwestycji nie jest priorytetem to zdecydowanie widzimy, że rodziny przychodzące do biur nieruchomości zastanawiają się i podejmują decyzje, by szukać i odwiedzać mniej standardowe lokalizacje – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

Przykłady?

– Dom w zabudowie szeregowej 110 metrów kwadratowych pod Szczecinem można kupić za 800 tysięcy złotych. Bliźniak 40 kilometrów od Poznania można kupić za milion złotych. Nawet na tak gęstym rynku jak Warszawa zdarzają się bliźniaki czy szeregowce o metrażu około 110 metrów za 1,5 czy 1,6 miliona złotych. Te ceny pokazują, że można mieć mieszkanie w klimacie domu, z małym ogródkiem, tarasem i zielenią za kwoty analogicznie, a w przeliczeniu na metr kwadratowy mniejsze niż mieszkania w centrach – przyznaje Mirosław Król.

Warto dodać, że podmiejskich ofert jest całkiem sporo, ale to liczba zdecydowanie mniejsza niż np. mieszkań w miastach. Mowa tutaj zarówno o rynku wtórnym jak i pierwotnym.

Wady i zalety mieszkania poza miastem

Czy wybór mieszkania czy domu poza miastem jest zawsze oczywisty? Może wydawać się, że dom czy bliźniak to gwarancja spokoju i komfortu, ale eksperci zawsze przestrzegają i zwracają uwagę, by każda taka decyzja była przemyślana.

– Mieszkanie poza miastem ma wiele zalet. Jeżeli ktoś poszukuje spokojniejszej przestrzeni, zieleni i odpoczynku od wielkomiejskich bodźców to jest to rozwiązanie idealne. Jeżeli jednak będziemy mieszkać poza miastem, a jednocześnie codziennie żyć w mieście to zawsze radzę, by zastanowić się czy codzienne dojazdy do pracy, do szkoły, na zajęcia pozalekcyjne itp. Nie zabiorą nam radości z nowego domu. Takie sytuacje zdarzają się naprawdę często – przyznaje ekspert.

– Wykończenie domu poza miastem jest dużo droższe niż mieszkania w centrum. Mieszkanie w bliźniaku czy szeregowcu również nie daje nam niezależności np. od sąsiadów, a to czasem ważny argument. Tutaj jest wiele „za” i „przeciw” i na pewno każdy musi zastanowić się na jakie poświęcenia jest gotów, a na jakie nie – przyznaje ekspert.

– Najbardziej zachęcam do przemyśleń jeżeli planujemy zakup domu na rynku wtórnym, a ma on już swoje lata. Bardzo często atrakcyjna cena to jedno, a np. koszty remontu to drugie. Znam sytuacje, że remont instalacji, kuchni, łazienek, pokojów itp. Miał kosztować więcej niż sam dom. Takich decyzji musimy unikać, a przynajmniej być nich świadomi – dodaje ekspert.

Sprzedaż farb dekoracyjnych spada. Branża mierzy się z presją kosztową

Pierwszy kwartał 2026 roku potwierdził, że sektor farb dekoracyjnych w Polsce wkroczył w fazę korekty strukturalnej. Najnowsze dane z panelu SellFiK, wiodącego instrumentu monitoringu rynku prowadzonego przez Polski Związek Producentów Farb i Klejów, pokazują spadki w ujęciu wartościowym i ilościowym. Na te wyniki mają wpływ złożone czynniki makroekonomiczne, surowcowe i konsumenckie, które kształtują dziś warunki prowadzenia działalności w branży.

Wyniki z panelu SellFiK za pierwszy kwartał 2026 roku pokazują, że wartość sprzedaży całego rynku farb dekoracyjnych obniżyła się o 3,5% rok do roku. Jednocześnie spadek wolumenu sprzedaży okazał się głębszy niż spadek wartości, co stanowi istotny sygnał dla całej branży. Ta różnica może wskazywać, że część spadków sprzedaży jest kompensowana wyższymi cenami produktów, lecz te możliwości stopniowo się wyczerpują. Przyczyn należy szukać w uwarunkowaniach makroekonomicznych. Spowolnienie aktywności w sektorze budowlanym, będące pochodną wcześniejszego cyklu wysokich stóp procentowych, przełożyło się na wyraźne ograniczenie liczby realizowanych inwestycji i remontów. Choć realne dochody gospodarstw domowych wykazują poprawę, nie przekłada się to jeszcze na ożywienie w segmencie dekoracyjnym.

Kategorie produktowe i kanały dystrybucji: gdzie widoczne są największe zmiany?

Monitoring prowadzony w ramach panelu SellFiK pozwala nie tylko na ocenę kondycji całego rynku, lecz także na precyzyjną diagnozę jego poszczególnych segmentów. W pierwszym kwartale 2026 roku obraz ten jest wyraźnie zróżnicowany. Rozpiętość wyników między kategoriami jest znacząca, od ponad -12% wartościowo r/r w kategorii ochrony drewna (woodcare), która najmocniej odbiega od średniej rynkowej, aż po wzrosty w segmencie farb uniwersalnych i farb do metalu. Znaczące spadki dotknęły również farby emulsyjne (kluczową kategorię dla całego rynku) oraz grunty. Na tym tle relatywną odporność wykazują też koloranty, które utrzymały wzrostową dynamikę wartości sprzedaży. Odporność tych segmentów może wskazywać na preferencje konsumentów w kierunku produktów wielofunkcyjnych, oferujących lepszy stosunek wartości do ceny w warunkach ograniczonej siły nabywczej. W przekroju kanałów dystrybucji SellFiK rejestruje zbliżoną skalę trudności zarówno w kanale tradycyjnym (TRD), jak i kanale DIY, żaden z nich nie stanowi wyraźnej strefy wzrostu. Powszechność zjawiska świadczy o tym, że mamy do czynienia z systemową zmianą zachowań nabywczych, a nie efektem przesunięcia popytu między kanałami. Szczegółowe wyniki dla wszystkich kategorii produktowych oraz kanałów dystrybucji, w tym pełne zestawienie wyników wartościowych i ilościowych, dostępne są w raporcie SellFiK.

Nożyce kosztowe: kiedy podwyżki przestają być rozwiązaniem

Producenci farb mierzą się dziś ze spiętrzeniem presji kosztowej.  – Rynek jest pod presją z kilku stron jednocześnie. Ceny podstawowych komponentów wzrosły w nienotowanej dotąd skali: aceton i monomer VAM podrożały o około 300%, nafta o blisko 60%, a wybrane dyspersje o 80%. Do tego dochodzą rosnące koszty opakowań oraz logistyki, która podrożała o ok. 15%. Przy jednoczesnym ograniczeniu możliwości przenoszenia tych kosztów na ceny produktów końcowych, jest to wyzwanie, z którym branża nie mierzyła się dotąd w takiej skali – podkreśla Michał Czekaj, Prezes Zarządu Polskiego Związku Producentów Farb i Klejów (PZPFK).

Historycznie branże o charakterze procesowym (oparte na przetwarzaniu surowców chemicznych według stałych receptur, gdzie koszt komponentów stanowi o rentowności) reagowały na wzrosty kosztów surowców, przenosząc je na ceny produktów końcowych. Ta ścieżka jest dziś poważnie utrudniona: słabnący popyt i malejąca inflacja drastycznie zawężają przestrzeń do dalszych podwyżek bez ryzyka utraty wolumenu sprzedaży. Producenci stoją zatem przed realnym wyborem między ochroną marż a utrzymaniem udziałów rynkowych. Jak wskazuje Adrian Miałkowski, Dyrektor Zarządzający PZPFK, wyzwanie wykracza już poza wymiar czysto cenowy – To, co widzimy w wynikach za pierwszy kwartał, to nie jednorazowe odchylenie, a wyraźny sygnał zmiany strukturalnej. Coraz większym wyzwaniem staje się fizyczna dostępność surowców oraz brak przewidywalności dostaw, co bezpośrednio ogranicza możliwość stabilnego planowania produkcji. Producenci, którzy będą w stanie szybko odczytać, które segmenty zachowują odporność, a które wchodzą w głębszą korektę, zyskają realną przewagę. Strategiczne planowanie produkcji staje się dziś zatem równie istotnym obszarem zarządzania ryzykiem, co optymalizacja polityki cenowej.

Dane jako przewaga: rola rzetelnego monitoringu w zarządzaniu niepewnością

W dynamicznie zmieniającym się otoczeniu zdolność do podejmowania decyzji opartych na twardych danych nabiera strategicznego znaczenia. Panel SellFiK, opracowywany przez PZPFK na podstawie informacji od czołowych producentów działających na polskim rynku, stanowi w tym zakresie unikalny zasób informacyjny. Dzięki temu kadra zarządzająca może rzetelnie oceniać pozycję rynkową firmy, weryfikować skuteczność działań sprzedażowych na tle dynamiki całego rynku oraz identyfikować kategorie i kanały, które w danym momencie wykazują relatywną odporność lub przyspieszenie. W praktyce oznacza to możliwość optymalizacji portfela produktowego w oparciu o kompleksowe dane, a nie wyłącznie na podstawie wewnętrznych wskaźników sprzedaży.

Perspektywy: stabilizacja przy niskim wolumenie jako nowe środowisko operacyjne

Sygnały płynące z danych SellFiK za pierwszy kwartał br. wskazują, że przed polskim rynkiem farb dekoracyjnych stoi perspektywa stabilizacji, jednak na niższym niż dotychczas poziomie popytu. Nie jest to scenariusz głębokiego kryzysu, lecz trwała normalizacja po latach relatywnie wysokiej aktywności rynkowej. W tych warunkach efektywność operacyjna, precyzja alokacji zasobów i trafność decyzji w zakresie portfolio stają się czynnikami różnicującymi pozycję rynkową. Dla podmiotów aspirujących do roli liderów sektora kluczowe będzie nie tylko zarządzanie kosztami, lecz także zdolność do szybkiego reagowania na zmiany zachowań w zakresie popytu, a to wymaga z kolei wiarygodnego, bieżącego obrazu rynku. Wyniki za kolejne kwartały, systematycznie monitorowane przez panel SellFiK, pokażą, czy korekta ma charakter przejściowy, czy utrwala się jako nowa norma dla branży.

KNF zatwierdziła prospekt Victoria Dom dotyczący programu emisji obligacji o wartości do 500 mln zł

Zatwierdzenie kolejnego prospektu przez Komisję Nadzoru Finansowego to pozyskanie dla Victorii Dom ważnego narzędzia umożliwiającego elastyczne kształtowanie finansowania działalności deweloperskiej na kolejne 12 miesięcy. Wpisuje się to w długoterminową strategię rozwoju Victoria Dom w zakresie pozyskiwania środków na nowe inwestycje, rozwój banku ziemi jak i refinansowanie części zapadających zobowiązań – mówi Waldemar Wasiluk, wiceprezes Victoria Dom. I dodaje, że po 4 miesiącach 2026 r. widzi także pozytywne sygnały płynące z rynku mieszkaniowego, które pozwalają z umiarkowanym optymizmem patrzeć w przyszłość.

Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt Victoria Dom S.A. sporządzony w związku z IV Publicznym Programem Emisji Obligacji o łącznej wartości nominalnej do 500 mln zł. Spółka planuje ubiegać się o wprowadzenie obligacji do alternatywnego systemu obrotu Catalyst organizowanego przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie.

Priorytetem rozwój i bank ziemi

Wiceprezes Victoria Dom podkreśla, że środki pozyskane z emisji mają wspierać dalszy rozwój działalności operacyjnej i inwestycyjnej spółki. Jednym z priorytetów pozostaje zabezpieczanie atrakcyjnych gruntów pod przyszłe projekty mieszkaniowe w Warszawie, Krakowie oraz Trójmieście.

Bank ziemi jest podstawą rozwoju każdego dewelopera. To dzięki niemu możemy planować inwestycje z kilkuletnim wyprzedzeniem i stabilnie rozwijać skalę działalności – podkreśla Waldemar Wasiluk.

Trzy kluczowe czynniki

Spółka zwraca uwagę, że sytuacja na rynku mieszkaniowym stopniowo się stabilizuje. Jak zaznacza wiceprezes Victoria Dom, rynek nieruchomości rozwija się wtedy, gdy spełnione są trzy kluczowe warunki: istnieją realne potrzeby mieszkaniowe, gospodarka zapewnia wzrost oraz bezpieczeństwo wynagrodzeń, a koszt pieniądza pozostaje na poziomie akceptowalnym dla kredytobiorców.

Potrzeby mieszkaniowe w największych aglomeracjach w Polsce nadal są bardzo duże. Jeśli ludzie mają poczucie stabilności finansowej i odpowiedni poziom dochodów, są gotowi podejmować decyzje o zakupie mieszkań i zaciągać kredyty hipoteczne. Trzecim elementem jest rozsądny koszt pieniądza. Gdy wszystkie te czynniki współgrają, rynek wraca do równowagi. Pierwsze miesiące tego roku właśnie takie były, co daje nadzieję na stabilizację rynku mieszkaniowego. Nie spodziewamy się  boomu, ale raczej zbalansowanego i przewidywalnego rozwoju – ocenia Waldemar Wasiluk.

Pozytywne sygnały

Victoria Dom zakończyła ubiegły rok z wynikiem sprzedażowym wyższym o 35 proc. rok do roku. Spółka sprzedała 1365 mieszkań, a – jak podkreśla zarząd – również pierwsze miesiące 2026 r. przynoszą pozytywne sygnały z rynku.

Victoria Dom to deweloper z 28-letnim doświadczeniem. Posiada rozbudowany bank ziemi i zgodnie z planem na 2026 r systematycznie wprowadza do oferty kolejne etapy rozbudowywanych inwestycji oraz nieruchomości w nowych lokalizacjach. W Polsce aktualnie realizuje projekty na terenie Warszawy, Krakowa i Trójmiasta. Spółka rozwija także działalność w Niemczech: w Berlinie i Lipsku.

Branża półprzewodników potrzebuje miliona nowych pracowników do 2030 roku

Światowa branża technologiczna mierzy się z krytycznym niedoborem kadr, który może zahamować tempo innowacji. Jak wynika z najnowszego raportu Manpower „Global Engineering World of Work Outlook 2026”, sam sektor półprzewodników musi pozyskać milion dodatkowych pracowników do 2030 roku, aby zaspokoić popyt na układy scalone. Kluczowym wyzwaniem jest też „srebrne tsunami”, czyli masowe odejścia doświadczonych pracowników na emeryturę. W ciągu najbliższej dekady, w skali globalnej z rynku pracy zniknie nawet 20% doświadczonej kadry.

Gwałtowny rozwój technologii cyfrowych sprawił, że półprzewodniki stały się zasobem o kluczowym znaczeniu. Jednocześnie w branży rośnie zapotrzebowanie na wykwalifikowanych pracowników, które przekracza zdolności ich pozyskania i rozwoju. Do 2030 roku sektor będzie potrzebować około 1 mln dodatkowych specjalistów na świecie, przy czym obecne niedobory obejmą ponad 100 tys. inżynierów w Europie oraz ponad 200 tys. w regionie Azji i Pacyfiku. Szczególnie trudna sytuacja dotyczy stanowisk specjalistów i starszych specjalistów, gdzie wymagane są zarówno zaawansowane kompetencje techniczne, jak i doświadczenie operacyjne.

„Srebrne tsunami” i przyszłość talentów

Kluczowym wyzwaniem jest „srebrne tsunami”, czyli masowe odejścia doświadczonych pracowników na emeryturę. W ciągu najbliższej dekady, w skali globalnej z rynku pracy zniknie nawet 20% kadry. Problem pogłębia kryzys mentoringu – aż 57% pracowników nigdy nie otrzymało wsparcia od bardziej doświadczonych współpracowników. Aby zachować ciągłość kompetencji, firmy muszą postawić na rozwój talentów inżynieryjnych, m.in. poprzez aktywizację kobiet oraz odejście od rekrutacji opartej wyłącznie na dyplomach na rzecz podejścia opartego na kompetencjach, w szczególności modelowania cyfrowych bliźniaków czy biegłości w pracy z AI.

Jak zaznacza Tomasz Walenczak, dyrektor generalny ManpowerGroup, Polska jest ważnym ośrodkiem na mapie globalnego łańcucha dostaw branży półprzewodników, głównie w obszarze R&D, projektowania układów, rozwoju oprogramowania. – W Polsce mamy silne kompetencje inżynierskie, softwarowe oraz rozwinięty sektor elektroniki. Jednocześnie w wyniku coraz większej globalizacji rynku pracy konkurujemy o tych samych ekspertów, co USA, kraje nordyckie czy Niemcy. A firmy rywalizują nie tylko wynagrodzeniem, ale też projektami i możliwościami rozwoju, środowiskiem pracy. W praktyce oznacza to, że odpływ doświadczonych specjalistów jest realnym ryzykiem dla firm nad Wisłą i pracodawcy muszą walczyć o ich utrzymanie. Z punktu widzenia rynku pracy kluczowe jest także to, że obecny już niedobór talentów dotyczy doświadczonych inżynierów. Na zbudowanie kompetencji na tym poziomie potrzeba około 5-10 lat. Żeby jednak skorzystać na boomie w branży półprzewodników potrzebujemy zwiększyć skalę kształcenia i przyciągać doświadczonych pracowników z zagranicy – dodaje szef ManpowerGroup.

Presja na energetykę i infrastrukturę

Szacuje się, że globalne zapotrzebowanie na moc w centrach danych podwoi się do 2030 roku, co czyni inżyniera elektryka jednym z najbardziej poszukiwanych zawodów na świecie. W nadchodzących latach światowe zapotrzebowanie na energię wzrośnie średnio o ponad 3,5% rocznie, co wymusi intensywny rozwój produkcji energii elektrycznej z OZE, gazu ziemnego i źródeł jądrowych.

Z kolei jak zaznacza Marta Szymańska, lider specjalizacji, ekspert rynku pracy w Manpower, skala inwestycji w infrastrukturę cyfrową i energetyczną przekłada się bezpośrednio na rynek pracy. – Dynamiczny rozwój centrów danych będących fundamentem rozwoju AI generuje dziś miliony miejsc pracy, jednak aż 58% operatorów ma trudności z obsadzeniem ról technicznych. Równocześnie rosnący popyt na energię, napędzany między innymi elektryfikacją transportu i gwałtownym wzrostem zapotrzebowania ze strony technologii cyfrowych, prowadzi do przyspieszonego tworzenia wyspecjalizowanych ról inżynieryjnych w obszarach takich jak systemy zasilania, efektywność energetyczna czy zarządzanie sieciami. W efekcie największe przyrosty zatrudnienia koncentrują się dziś w segmentach infrastrukturalnych obejmujących przesył, generację energii oraz optymalizację jej wykorzystania, które odpowiadają nawet za 75% nowych miejsc pracy powstających w ramach transformacji energetycznej – dodaje ekspertka.

Nowe podejście do wydajności

W obliczu niedoboru zasobów oraz wykwalifikowanych kadr branża musi szukać wsparcia w technologii i zrównoważonym planowaniu. Odpowiedzią na te wyzwania jest model „inżyniera wspomaganego technologią”, w którym automatyzacja zadań z wykorzystaniem AI pozwala zwiększyć produktywność nawet o 30-40%. Równolegle, sektor odchodząc od modelu liniowego na rzecz gospodarki obiegu zamkniętego, reaguje na rosnącą presję surowcową i skalę odpadów, które mogą sięgnąć 3,4 mld ton do 2050 roku. To nie tylko wyzwanie środowiskowe, ale też impuls dla rynku pracy – rośnie zapotrzebowanie na inżynierów i specjalistów tworzących zrównoważone rozwiązania.

– Zmienia się również sama natura pracy inżyniera. W sektorach najmocniej narażonych na wpływ sztucznej inteligencji rola ta ewoluuje z wykonawczej w kierunku projektowej i integracyjnej: inżynier staje się architektem rozwiązań, który potrafi wykorzystywać technologie cyfrowe do budowania bardziej złożonych systemów. Automatyzacja stopniowo eliminuje zadania rutynowe, jednocześnie znacząco zwiększając zapotrzebowanie na kompetencje wyższego rzędu, takie jak analiza danych, projektowanie systemów czy integracja rozwiązań technologicznych. W praktyce oznacza to przesunięcie środka ciężkości z pracy operacyjnej na strategiczną, gdzie kluczowe staje się łączenie wiedzy inżynierskiej, cyfrowej i biznesowej – uzupełnia Szymańska.

O raporcie
Raport „Global Engineering World of Work Outlook 2026”, opracowany przez Manpower, analizuje siedem kluczowych trendów, które do 2030 roku będą kształtować globalny rynek inżynieryjny.

Ukrainiec mieszka i pracuje w Polsce, ale podatki płaci w Ukrainie. Fiskus może się upomnieć o swoje

Od wybuchu wojny tysiące obywateli Ukrainy przeniosło swoje życie do Polski. Wielu nadal pracuje zdalnie dla ukraińskich firm – szczególnie w branży IT, finansach czy usługach specjalistycznych. Problem w tym, że część z nich wciąż rozlicza podatek wyłącznie w Ukrainie, zakładając, że skoro pracodawca jest z Kijowa, polski fiskus „nie ma nic do tego”. To jeden z najczęstszych i najdroższych błędów.

Doradcy podatkowi coraz częściej spotykają się z sytuacjami, w których po kilku latach pobytu w Polsce ukraińscy obywatele zgłaszają się do nich z zaległymi zeznaniami podatkowymi i naliczonymi odsetkami. Zdarza się, że są narażeni na ryzyko odpowiedzialności karno-skarbowej. Często o tym nie wiedzą, ale kluczowe znaczenie ma bowiem nie kraj pracodawcy, ale miejsce życia i wykonywania pracy.

Wielu Ukraińców żyje dziś w przekonaniu, że skoro podatek pobiera ukraiński pracodawca, to temat polskiego PIT ich nie dotyczy. Tymczasem po przekroczeniu 183 dni pobytu w Polsce albo przeniesieniu tutaj centrum interesów życiowych sytuacja podatkowa może zmienić się diametralnie – wskazuje Tomasz Prokurat, partner w kancelarii Litigato.

183 dni, które zmieniają wszystko

Polskie przepisy są w tej kwestii jasne. Rezydentem podatkowym w Polsce jest osoba fizyczna, która:

  • przebywa w Polsce dłużej niż 183 dni w roku lub
  • posiada tu centrum interesów życiowych, w szczególności mieszkanie, rodzinę, szkołę dzieci czy główne źródło dochodu, przy czym decydujący jest całokształt jej sytuacji.

Wystarczy spełnienie jednego z tych warunków, aby Polska mogła oczekiwać rozliczenia całego dochodu – również tego uzyskiwanego z pracy dla zagranicznego pracodawcy. W praktyce problem dotyczy często osób, które od 2022 r. mieszkają w Polsce niemal na stałe, wynajmują mieszkania, pracują zdalnie z Warszawy, Krakowa czy Wrocławia, ale formalnie nadal rozliczają się wyłącznie w Ukrainie.

Należy pamiętać, że organy podatkowe mogą skrupulatnie przeanalizować stan faktyczny danego rezydenta, czyli w jakim kraju posiada konta bankowe, gdzie opłacane są rachunki lub nawet z jakimi operatorami sieci komórkowych posiada umowy. Te z pozoru drobne aspekty mogą mieć zasadniczy wpływ na to, jaka rezydencja podatkowa faktycznie zostanie wpisana w rejestr – mówi Mateusz Zubik Project Manager w Smart Solutions HR.

Dla polskiego fiskusa istotne są dwa pytania: czy dana osoba jest polskim rezydentem podatkowym oraz gdzie faktycznie wykonywana jest praca. Jeżeli odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi „tak”, a na drugie: „w 100% z terytorium Polski”, to bez wątpliwości powstaje obowiązek rozliczenia podatku od tego wynagrodzenia w Polsce. Co więcej, opodatkowanie w Polsce będzie mieć miejsce również w wielu przypadkach, gdy tylko na jedno z tych pytań odpowiedź jest twierdząca. Polsko-ukraińska umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania przewiduje, że dochód z pracy najemnej wykonywanej w Polsce może być opodatkowany w Polsce, nawet gdy wykonuje ją osoba, która nie jest w niej rezydentem podatkowym, a Ukraina może nadal uważać taką osobę za swojego rezydenta. Od strony technicznej powinien zadziałać mechanizm eliminacji podwójnego opodatkowania, ale nie dzieje się to automatycznie – mówi Tomasz Prokurat, partner w kancelarii Litigato

Największe mity

Najczęściej problemy wynikają z błędnego przekonania, że skoro podatek został zapłacony w Ukrainie, polski fiskus nie może go ponownie zażądać. Zapisy w umowie o unikaniu podwójnego opodatkowania pozwalają ustalić, który kraj ma prawo opodatkować dochód w danej sytuacji, a jeśli wynika z nich, że prawo to mają obydwa kraje, wówczas dopiero zastosowanie znajdują mechanizmy unikania podwójnego opodatkowania: odliczenia lub zwolnienia. Aby uniknąć podwójnego podatku, trzeba prawidłowo rozliczyć dochód również w Polsce i ewentualnie wykazać podatek zapłacony za granicą. Brak działania może oznaczać podwójny problem: podatek pobrany w Ukrainie i zaległość podatkową w Polsce.

Sam fakt pracy w Polsce nie zawsze oznacza, że powstaje obowiązek pełnego rozliczania wszystkich dochodów w Polsce, jednak po przekroczeniu 183 dni pobytu lub przeniesieniu centrum interesów życiowych sytuacja podatkowa może się całkowicie zmienić. Z perspektywy agencji pracy tymczasowej to obecnie jeden z najczęstszych problemów przy rozliczeniach PIT pracowników z Ukrainy. Przykładowo, pracownik często mieszka i pracuje w Polsce przez większą część roku, ale nadal uważa, że rozlicza się wyłącznie na Ukrainie. W efekcie pojawiają się zaległości podatkowe, błędy w deklaracjach lub konieczność składania korekt. Kluczowe są również prawidłowa analiza rezydencji podatkowej, bieżąca kontrola dokumentów oraz edukacja pracowników już na etapie rozpoczęcia współpracy – mówi Mariana Zubryk Project Manager w Smart Solutions HR.

Inny rozpowszechniony mit to przekonanie, że dopóki pracodawca jest ukraiński, Polska nie ma prawa do podatku od dochodu. W polskim PIT kluczowe są przede wszystkim dwa czynniki: rezydencja podatkowa oraz miejsce faktycznego wykonywania pracy. Jeżeli ktoś pracuje fizycznie z terytorium Polski – nawet zdalnie, dla pracodawcy z Kijowa czy Lwowa, ale też z Berlina czy Londynu – to z perspektywy polskiego fiskusa jego wynagrodzenie ma bardzo silny związek z naszym krajem.

Konsekwencje braku rozliczenia w Polsce

Zaniedbanie obowiązków w Polsce może mieć kilka wymiarów. Po pierwsze, finansowy – powstają zaległości podatkowe powiększone o odsetki, często za kilka lat, co przy dobrze opłacanych zawodach w branży IT może oznaczać bardzo znaczące kwoty. Po drugie, karno-skarbowy – dłuższe nieujawnianie dochodów w Polsce, przy jednoczesnym stałym pobycie, może zostać ocenione jako przestępstwo lub wykroczenie skarbowe. Po trzecie, międzynarodowy – im dłużej trwa taki stan, tym trudniej odzyskać podatek zapłacony na Ukrainie albo prawidłowo go rozliczyć w Polsce.

Ryzyko dotyczy również ukraińskich firm. Jeżeli kluczowi pracownicy stale wykonują pracę z Polski, to polskie organy mogą uznać, że zagraniczna spółka prowadzi tu działalność poprzez tzw. zakład podatkowy. To może oznaczać obowiązek rozliczania CIT w Polsce również przez te ukraińskie firmy.

Co warto zrobić?

Najgorszym rozwiązaniem jest ignorowanie problemu. W pierwszej kolejności warto:

  • policzyć rzeczywisty czas pobytu w Polsce,
  • przeanalizować, gdzie znajduje się centrum interesów życiowych,
  • sprawdzić, czy nie powstał obowiązek złożenia zaległych deklaracji PIT,
  • uporządkować model współpracy z zagranicznym pracodawcą.

W wielu przypadkach możliwe jest ograniczenie ryzyka i uniknięcie sankcji, szczególnie jeśli podatnik sam podejmie działania, zanim zrobi to urząd skarbowy. W dobie pracy zdalnej granice państw mogą być mniej widoczne na co dzień, ale dla fiskusa nadal mają ogromne znaczenie. Jeśli życie i praca od lat toczą się w Polsce, samo przekonanie, że „podatek jest w Kijowie”, może okazać się bardzo kosztowne.

USA i Iran negocjują, ale najważniejsze punkty sporne pozostają nierozwiązane

Alfred Hitchcock zwykł mawiać, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. Obecna sytuacja na linii USA–Iran pokazuje, jak ogromny potencjał filmowy ma ten konflikt. Wczoraj pojawiały się doniesienia medialne, że irańskie władze miały nakazać pozostawienie uranu w kraju, co zagroziło wizji jakiegokolwiek porozumienia. Prezydent Donald Trump zagroził, że USA dopilnują, aby Iran nie zdobył broni jądrowej, albo będą musiały podjąć „bardzo drastyczne” kroki. Chwilę później do opinii publicznej dotarła informacja o zarysie wstępnej umowy między krajami, którą następnie zdementowała strona irańska. Rozmowy między USA a Iranem pokazują więc, że przestrzeń do dyplomacji nadal istnieje, ale skala nierozwiązanych sporów pozostaje bardzo duża. Sygnały płynące z Teheranu sugerują, że najnowsza propozycja Waszyngtonu mogła częściowo zmniejszyć różnice między stronami, jednak nie oznacza to jeszcze realnego przełomu. Najważniejsze punkty sporne dotyczą irańskiego programu nuklearnego, przyszłości wzbogaconego uranu, bezpieczeństwa żeglugi przez cieśninę Ormuz oraz szerszego zakończenia walk w regionie.

Stanowiska obu stron pozostają odległe. USA oczekują, że Iran przekaże wzbogacony uran i wstrzyma proces wzbogacania na co najmniej dekadę. Dla Teheranu są to warunki politycznie bardzo trudne do zaakceptowania, co potwierdzają publiczne wypowiedzi irańskich przywódców. Prezydent Masud Pezeszkian deklaruje, że Iran „nigdy się nie cofnie”, co ogranicza pole manewru negocjatorów i zwiększa ryzyko fiaska rozmów. Z kolei Donald Trump utrzymuje presję na Teheran, ostrzegając, że USA mogą wznowić ataki, jeśli Iran nie zaakceptuje amerykańskich warunków. Taka retoryka wzmacnia niepewność, ponieważ dyplomacja toczy się równolegle z groźbą dalszej eskalacji militarnej.

Szczególne znaczenie ma spór o cieśninę Ormuz. Pomysł stałych opłat za przepływ przez ten akwen spotyka się ze sprzeciwem USA, ponieważ mógłby zwiększyć koszty transportu surowca i stworzyć niebezpieczny precedens dla globalnego handlu energią. Każde napięcie wokół cieśniny natychmiast przekłada się na rynek ropy, co widać po silnych wahaniach cen. Ropa Brent we wczorajszym najwyższym punkcie zyskiwała ponad 4%, a dzień zakończyła stratą w wysokości 2,32%, schodząc poniżej 102,60 USD za baryłkę. Dzisiaj znów znajduje się powyżej 105 USD i zyskuje 2,29%, co pokazuje, że inwestorzy reagują zarówno na groźbę eskalacji, jak i na nawet ograniczone sygnały dyplomatycznego postępu.

Ryzyko gospodarcze pozostaje wysokie, ponieważ cena ropy przekłada się na wzrost cen energii, presję inflacyjną i pogorszenie nastrojów na rynkach finansowych. Dodatkowym czynnikiem niepewności są malejące globalne zapasy ropy i produktów naftowych. Oznacza to, że światowy rynek surowcowy ma mniejszy bufor bezpieczeństwa na wypadek nagłego kryzysu podażowego.

Istotną rolę w całej układance odgrywa również Izrael, który pozostaje sceptyczny wobec ewentualnego porozumienia z Iranem. Izraelskie władze sugerują, że Teheranowi nie można ufać, a jego potencjał wojskowy powinien zostać jeszcze bardziej osłabiony. Taka postawa może utrudniać stabilizację sytuacji, zwłaszcza jeśli Izrael uzna, że dyplomacja nie daje wystarczających gwarancji bezpieczeństwa, i zdecyduje się na dalsze działania militarne.

Obecny etap rozmów należy więc oceniać ostrożnie. Z jednej strony pojawiły się sygnały, że dialog nie został zerwany i że propozycja USA w pewnym stopniu zmniejszyła dystans między stronami. Z drugiej strony najważniejsze kwestie pozostają nierozwiązane, a publiczne deklaracje przywódców ograniczają możliwość kompromisu. Dopóki USA i Iran nie zbliżą stanowisk w sprawie programu nuklearnego, a napięcie wokół cieśniny Ormuz i Izraela pozostanie wysokie, rynki będą funkcjonować w warunkach podwyższonej niepewności. Największym zagrożeniem gospodarczym pozostaje wzrost cen ropy, który mógłby ponownie wzmocnić inflację oraz zwiększyć presję na banki centralne i gospodarki importujące energię.

UODO apeluje o systemowe ograniczenie telefonów w szkołach. Chodzi o prywatność, dane osobowe i ryzyko nagrywania uczniów

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski przedstawił uwagi do projektu zmian w Prawie oświatowym. Organ nadzorczy popiera kierunek działań zmierzających do ograniczenia wykorzystywania przez dzieci i młodzież telefonów komórkowych oraz innych urządzeń elektronicznych podczas pobytu w szkole. Jednocześnie wskazuje, że projektowane przepisy powinny zostać doprecyzowane, aby były zgodne z zasadami ochrony danych osobowych i prywatności.

Zdaniem Prezesa UODO problem korzystania z telefonów w placówkach oświatowych nie powinien być rozwiązywany wyłącznie na poziomie pojedynczych statutów szkół. Potrzebne są rozwiązania systemowe, wpisane w przepisy Prawa oświatowego. Mają one ograniczać ryzyka związane z nagrywaniem obrazu i dźwięku, publikowaniem materiałów w internecie oraz wykorzystywaniem nowych technologii do naruszania prywatności uczniów i nauczycieli.

Telefony w szkołach a ochrona danych osobowych

Prezes UODO zwrócił uwagę, że dzieci i młodzież coraz częściej przetwarzają dane osobowe innych osób przy użyciu prywatnych urządzeń elektronicznych. Chodzi przede wszystkim o wykonywanie zdjęć, nagrywanie filmów i dźwięku, a następnie publikowanie takich materiałów w internecie lub przesyłanie ich innym osobom.

Tego typu działania mogą prowadzić do poważnych naruszeń prywatności. Na zdjęciach i nagraniach mogą znajdować się inni uczniowie, nauczyciele lub pracownicy szkoły, którzy nie wyrazili zgody na utrwalanie i rozpowszechnianie swojego wizerunku. W ocenie UODO rejestrowanie obrazu i dźwięku jest szczególnie inwazyjną formą przetwarzania danych osobowych, ponieważ może naruszać prawa i wolności osób nagrywanych.

Organ nadzorczy wskazuje również na szersze zagrożenia związane z korzystaniem przez małoletnich z internetu i narzędzi cyfrowych. Wśród nich wymienia ryzyko uzależnień behawioralnych, w tym uzależnienia od pornografii czy hazardu internetowego.

Deepfake jako nowe zagrożenie dla uczniów

Jednym z problemów, które szczególnie niepokoją Prezesa UODO, jest wykorzystywanie technologii deepfake. Pozwala ona na tworzenie fałszywych, ale realistycznie wyglądających zdjęć, nagrań wideo lub nagrań głosowych. W praktyce może być używana do ośmieszania, szantażowania, nękania albo naruszania godności i prywatności konkretnych osób.

UODO podkreśla, że takie działania mogą prowadzić do krzywdzącego i nielegalnego przetwarzania danych osobowych. Problem ten jest szczególnie poważny w środowisku szkolnym, gdzie materiały z udziałem uczniów mogą szybko rozprzestrzeniać się w mediach społecznościowych i komunikatorach.

Prezes UODO już wcześniej zwracał uwagę na konieczność wprowadzenia rozwiązań ustawowych, które zapewnią skuteczną ochronę przed szkodliwym wykorzystaniem deepfake’ów. Temat ten był także omawiany podczas posiedzenia sejmowej Komisji do Spraw Dzieci i Młodzieży.

Statut szkoły nie wystarczy

Projekt zmian w Prawie oświatowym przewiduje możliwość regulowania w statutach szkół zasad korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych. Prezes UODO wskazuje jednak, że takie rozwiązanie wymaga większej precyzji.

Zdaniem organu nadzorczego należy jasno określić, czy dopuszczenie korzystania z urządzeń elektronicznych oznacza również możliwość nagrywania obrazu i dźwięku. To istotne, ponieważ samo używanie telefonu do kontaktu z rodzicem, korzystania z aplikacji edukacyjnej czy sprawdzenia planu lekcji jest czymś innym niż nagrywanie innych osób.

UODO podkreśla, że statut szkoły nie może samodzielnie określać warunków przetwarzania danych osobowych na prywatnych urządzeniach uczniów. Oznacza to, że ustawodawca powinien precyzyjnie wskazać ramy, w jakich szkoły mogą regulować korzystanie z telefonów, zwłaszcza gdy chodzi o rejestrowanie dźwięku i obrazu.

Potrzebne jasne zasady wnoszenia i przechowywania urządzeń

Prezes UODO zaproponował także doprecyzowanie pojęć używanych w projektowanych przepisach. W szczególności chodzi o sformułowanie „warunki wnoszenia” telefonów i innych urządzeń elektronicznych na teren szkoły.

Zdaniem organu nadzorczego pojęcie to powinno zostać wyjaśnione albo zastąpione bardziej jednoznacznymi określeniami. Pozwoliłoby to uniknąć nieporozumień dotyczących tego, czy szkoła może jedynie określać zasady korzystania z telefonu, czy również wymagać jego zdeponowania lub ograniczać możliwość posiadania urządzenia podczas zajęć.

UODO wskazuje, że projekt można uzupełnić o regulacje dotyczące bezpiecznego przechowywania telefonów i innych urządzeń elektronicznych w czasie pobytu dziecka w placówce. Takie rozwiązanie mogłoby ograniczyć ryzyko nagrywania uczniów i nauczycieli, ale musiałoby być odpowiednio opisane, aby nie prowadziło do kolejnych wątpliwości prawnych.

Inaczej należy ocenić sytuację uczniów pełnoletnich

Osobną kwestią są uczniowie pełnoletni. Prezes UODO zwrócił uwagę, że projektowane regulacje dotyczące wnoszenia i używania telefonów przez takie osoby powinny zostać ocenione z punktu widzenia konstytucyjnych wolności i praw podstawowych.

Pełnoletni uczniowie mają inny status prawny niż osoby małoletnie. Nie oznacza to jednak, że szkoła nie może wprowadzać wobec nich ograniczeń. Takie ograniczenia muszą jednak mieć jasno określony cel, być proporcjonalne i służyć ochronie dobra wszystkich osób przebywających na terenie placówki.

W opinii UODO takim celem może być m.in. zapewnienie dobrostanu uczniów, ochrona prywatności oraz ograniczenie ryzyka naruszeń danych osobowych. Warunkiem jest jednak właściwe wyważenie interesów szkoły, uczniów małoletnich, uczniów pełnoletnich i innych osób przebywających w placówce.

UODO chce regulacji systemowych

Prezes UODO ocenia, że problem bezpiecznego korzystania z telefonów przez dzieci i młodzież powinien zostać rozwiązany całościowo. Oznacza to potrzebę uregulowania tej kwestii nie tylko w statutach szkół, ale przede wszystkim w przepisach Prawa oświatowego.

Organ nadzorczy przypomniał również swoje wcześniejsze uwagi do projektu zmian w rozporządzeniu dotyczącym wypoczynku dzieci i młodzieży. Zdaniem UODO zasady korzystania z telefonów komórkowych powinny zostać określone także podczas kolonii, obozów i innych form zorganizowanego wypoczynku.

W praktyce chodzi więc o stworzenie spójnych zasad dotyczących korzystania z urządzeń elektronicznych przez dzieci i młodzież zarówno w szkole, jak i poza nią, gdy pozostają pod opieką placówek lub organizatorów wypoczynku.

Edukacja nadal pozostaje kluczowa

UODO podkreśla, że same przepisy nie rozwiążą wszystkich problemów związanych z korzystaniem z telefonów przez uczniów. Ważnym elementem powinny być działania edukacyjne skierowane do dzieci, młodzieży, rodziców i nauczycieli.

Edukacja powinna obejmować nie tylko zasady ochrony danych osobowych, ale także odpowiedzialność za publikowanie zdjęć i nagrań, skutki naruszania prywatności innych osób, zagrożenia związane z deepfake’ami oraz bezpieczne korzystanie z internetu.

Z perspektywy organu nadzorczego ograniczenia w korzystaniu z telefonów powinny więc iść w parze z budowaniem świadomości cyfrowej. Tylko takie podejście może realnie zmniejszyć skalę naruszeń prywatności i danych osobowych w środowisku szkolnym.

Osiem miesięcy ograniczenia wolności za kradzież kabli ze stacji ładowania pojazdów elektrycznych

Wyrok w sprawie kradzieży kabli o łącznej wartości niemal 15,5 tys. zł ze stacji ładowania należącej do sieci Powerdot pokazuje, że przestępstwa wymierzone w infrastrukturę elektromobilności spotykają się z realnymi konsekwencjami prawnymi i finansowymi. W ramach kary ograniczenia wolności oskarżony skazany został na prace społeczne o łącznym wymiarze 240 godzin, musi też zwrócić operatorowi pełną wartość skradzionego mienia. 

Zapadł wyrok w sprawie kradzieży infrastruktury do ładowania samochodów elektrycznych – Sąd Rejonowy w Głogowie uznał sprawcę za winnego kradzieży dwóch kabli ładujących ze stacji ładowania należącej do sieci Powerdot, największego europejskiego operatora ładowarek pojazdów elektrycznych, dostawcy ponad połowy punktów szybkiego ładowania w Polsce. Do zdarzenia doszło w miejscowości Przemków w województwie dolnośląskim. Wartość obu skradzionych kabli wyniosła blisko 15,5 tys. zł

Sąd wymierzył sprawcy karę ośmiu miesięcy ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania nieodpłatnej pracy na cele społeczne, łącznie przez 240 godzin. Dodatkowo orzeczono obowiązek naprawienia szkody poprzez zwrot pełnej wartości skradzionego mienia na rzecz operatora stacji. Podczas tych ośmiu miesięcy skazany bez zgody sądu nie może zmieniać stałego miejsca zamieszkania i ma obowiązek udzielania kuratorowi wyjaśnień odnośnie przebiegu odbywania kary. 

To ważny sygnał dla wszystkich – rynku, użytkowników pojazdów elektrycznych i złodziei – że przestępstwa wymierzone w infrastrukturę ładowania są traktowane poważnie przez organy ścigania i wymiar sprawiedliwości – mówi Grigoriy Grigoriev, General Manager Powerdot Polska. – Tego typu działania powodują czasowe wyłączenia stacji z użytkowania i wpływają na komfort kierowców samochodów elektrycznych oraz generują koszty dla operatorów infrastruktury. Ten wyrok pokazuje, że nie pozostają one bez konsekwencji, a sprawcy muszą liczyć się z odpowiedzialnością zarówno karną, jak i finansową. 

Kable do ładowania aut elektrycznych mają dużą zawartość miedzi, której ceny w skupach złomu wynoszą ok. 40 zł za kilogram. Jeden taki kabel to od 1,5 kg do 7 kg miedzi, co przekłada się na zysk o wartości kilkuset złotych – niewspółmierny w stosunku do potencjalnej kary, która tylko w finansowym aspekcie może być kilkudziesięciokrotnie wyższa, jak pokazuje opisany przypadek. Nielegalne jest również sprzedawanie i kupowanie miedzi z nieudokumentowanego źródła. 

Rynek biurowy w Trójmieście z silnym popytem i spadkiem pustostanów

Trójmiasto pozostaje jednym z najbardziej aktywnych i dojrzałych regionalnych rynków biurowych w Polsce. W I kwartale 2026 roku rynek wyróżniał się bardzo silnym popytem przy jednocześnie ograniczonej nowej podaży, co przełożyło się na dalszy spadek pustostanów do jednego z najniższych poziomów wśród największych miast regionalnych.

Całkowite zasoby powierzchni biurowej w Trójmieście na koniec I kwartału 2026 roku wyniosły 1,07 mln mkw.. Największym rynkiem pozostaje Gdańsk, który koncentruje około 75% całkowitych zasobów biurowych regionu.

Ograniczona nowa podaż wzmacnia rynek biurowy w Trójmieście

Aktywność deweloperska w Trójmieście pozostaje bardzo ograniczona. W I kwartale 2026 roku oddano do użytkowania tylko jeden budynek biurowy – Punkt o powierzchni blisko 13 000 mkw.. Był to jednocześnie pierwszy projekt ukończony w regionie od sześciu kwartałów.

Skala realizowanych inwestycji pozostaje niewielka. Obecnie w budowie znajduje się jedynie około 17 600 mkw. powierzchni biurowej w ramach trzech projektów. Ograniczona podaż nowych biur w Trójmieście przy utrzymującym się wysokim popycie będzie w kolejnych kwartałach wspierać dalsze ograniczanie dostępności powierzchni.

„Trójmiasto pozostaje jednym z najbardziej stabilnych rynków regionalnych w Polsce. Bardzo ograniczona aktywność deweloperska, przy utrzymującym się popycie, będzie sprzyjać dalszemu spadkowi pustostanów i wzmacniać pozycję właścicieli najlepszych projektów”, – komentuje Dorota Lachowska, head of research, Knight Frank.

Trójmiasto liderem popytu wśród rynków regionalnych

W I kwartale 2026 roku Trójmiasto odpowiadało za 41% całkowitego wolumenu najmu odnotowanego na regionalnych rynkach biurowych w Polsce. Łącznie wynajęto około 49 500 mkw. powierzchni, co oznacza wzrost o 19% względem poprzedniego kwartału oraz aż o 88% rok do roku.

Struktura popytu wyraźnie przesunęła się w kierunku nowych umów, które odpowiadały za niemal 53% całkowitego wolumenu najmu. Jednocześnie spadł udział renegocjacji, które w poprzednich latach dominowały w strukturze transakcji. Pozytywnym sygnałem pozostaje również udział ekspansji, wskazujący na rozwój części najemców obecnych już na rynku.

Największą aktywność wykazywały firmy z sektora produkcyjnego oraz IT, jednak struktura popytu pozostawała bardzo zróżnicowana, co potwierdza szeroką bazę potencjalnych najemców funkcjonujących w regionie.

„Firmy coraz częściej patrzą na biuro nie tylko przez pryzmat kosztów, ale także dostępności talentów, jakości otoczenia i możliwości dalszego rozwoju. Trójmiasto bardzo dobrze odpowiada dziś na te potrzeby”,uzupełnia Joanna Gomułkiewicz, associate director, Knight Frank.

Pustostany w Trójmieście należą do najniższych w Polsce

Wskaźnik pustostanów w Trójmieście kontynuował trend spadkowy i na koniec I kwartału 2026 roku wyniósł 10,8%. Oznacza to spadek o 1,1 punktu procentowego względem poprzedniego kwartału oraz o 1,8 punktu procentowego rok do roku.

Poziom pustostanów pozostaje jednym z najniższych wśród głównych rynków regionalnych w Polsce, ustępując jedynie mniejszym rynkom, takim jak Szczecin i Lublin.

Stabilny popyt oraz ograniczona nowa podaż powinny sprzyjać utrzymaniu wskaźnika pustostanów na relatywnie niskim poziomie również w kolejnych kwartałach.

Czynsze biurowe w Trójmieście pozostają stabilne

W I kwartale 2026 roku czynsze wywoławcze w Trójmieście utrzymały się na stabilnym poziomie i najczęściej mieściły się w przedziale od 11 do 16 EUR/mkw. /miesiąc. W najlepszych projektach oraz nowopowstających budynkach stawki mogą jednak przekraczać górną granicę tego zakresu.

Stabilne pozostawały również opłaty eksploatacyjne, które wynosiły zazwyczaj od 18 do 31 PLN/mkw. /miesiąc.

Lotnictwo w Europie przed nową strategią. Polska branża apeluje o realizm regulacyjny

  • Komisja Europejska kończy konsultacje nowej Strategii Lotniczej UE, która zdefiniuje długoterminowe kierunki rozwoju sektora lotniczego w państwach członkowskich.
  • Swoje stanowisko w ramach konsultacji przedstawił Komitet ds. Zrównoważonego Lotnictwa PSNM, zrzeszający kluczowych interesariuszy sektora w Polsce.
  • PSNM wskazuje, że nowa strategia powinna łączyć cele dekarbonizacyjne z utrzymaniem konkurencyjności europejskiego lotnictwa, odpornością infrastruktury oraz otwarciem regulacji na wyzwania technologiczne i geopolityczne.

Sektor transportu lotniczego w Unii Europejskiej jest kluczowy dla gospodarek państw członkowskich: bezpośrednio zapewnia 2 mln miejsc pracy i generuje wpływy do unijnego PKB na poziomie 174 mld euro. W 2015 r. UE przyjęła swoją pierwszą Strategię Lotniczą dla Europy, której celem była poprawa łączności, przepustowości i dostępu do rynku. Po upływie ponad 10 lat sytuacja europejskiego sektora lotniczego diametralnie się zmieniła w związku z narastającą konkurencją, wyścigiem o surowce, dążeniem do dekarbonizacji i wyzwaniami geopolitycznymi. W odpowiedzi na te wyzwania Komisja opracowała projekt nowej strategii, którą skierowała do konsultacji w państwach członkowskich. Swoją opinię do strategii opracował Komitet ds. Zrównoważonego Lotnictwa PSNM.

Do dyskusji o nowej, unijnej strategii wnosimy perspektywę jednego z najszybciej rosnących rynków lotniczych w Europie. Krajowe lotniska obsłużyły w 2025 r. ponad 66 mln pasażerów, a sektor lotniczy generuje ponad 500 tys. miejsc pracy i wnosi prawie 58 mld zł wartości dodanej brutto do krajowej gospodarki. W naszej opinii podkreśliliśmy przede wszystkim konieczność równoległego realizowania celów dekarbonizacyjnych oraz zapewnienia konkurencyjności operacyjnej, spójności regulacyjnej i odporności strategicznej sektora – mówi Łukasz Witkowski, Wiceprezes PSNM.

Polska branża lotnicza zwraca szczególną uwagę na kwestię zrównoważonych paliw (SAF). Rozporządzenie ReFuelEU Aviation wprowadza obowiązkowe progi udziału SAF w tankowanym paliwie – od 2% w 2025 r. do 70% w 2050 r. Ze stanowiska PSNM wynika, że europejskie moce produkcyjne pozostają dalece niewystarczające, a ceny SAF wielokrotnie przewyższają koszt konwencjonalnego paliwa Jet-A1. Dodatkowo, ciężar zapewnienia wolumenów SAF i rozliczenia obowiązków spoczywa dziś na dostawcach paliwa i liniach lotniczych.

Dyskusja o paliwach SAF nie może ograniczać się do wyznaczania kolejnych progów obowiązkowego blendingu – musi objąć całą ekonomikę łańcucha dostaw. Dziś cena SAF jest trzy- do pięciokrotnie wyższa od Jet-A1, a europejskie moce produkcyjne pokrywają ułamek zapotrzebowania wynikającego z rozporządzenia ReFuelEU. To oznacza, że bez mechanizmów wyrównujących tę lukę cenową – takich jak kontrakty różnicowe (CfD) na SAF, dedykowane linie gwarancyjne EBI dla nowych biorafinerii czy preferencyjne stawki opłat lotniskowych dla operatorów tankujących paliwo zrównoważone – europejscy przewoźnicy będą de facto subsydiować transformację klimatyczną z własnych marż operacyjnych. A marże w lotnictwie rzadko przekraczają 3–5 procent. Efekt będzie paradoksalny: zamiast globalnej dekarbonizacji, uzyskamy relokację ruchu do krajów, gdzie obowiązek SAF po prostu nie istnieje. Hub-switching to nie scenariusz teoretyczny – to proces, który już obserwujemy na trasach dalekiego zasięgu. Polska perspektywa jest tu szczególnie istotna, bo nasz rynek jest w fazie intensywnego wzrostu i każde dodatkowe obciążenie kosztowe uderza w niego proporcjonalnie mocniej niż w rynki dojrzałe, które swoją skalę budowały przez dekady w zupełnie innych warunkach regulacyjnych – mówi dr hab. inż. Remigiusz Jasiński, Przewodniczący Komitetu ds. Zrównoważonego Lotnictwa PSNM oraz Kierownik Zakładu Lotnictwa, Politechnika Poznańska.

Istotnym problemem jest również brak europejskich regulacji umożliwiających certyfikację paliw SAF do zastosowań wojskowych. Obowiązujące przepisy, w tym rozporządzenie ReFuelEU Aviation, obejmują wyłącznie lotnictwo cywilne, podczas gdy operacje prowadzone przez siły powietrzne państw NATO – również na samolotach F-16 i F-35 – pozostają poza zakresem regulacji. W stanowisku postuluje się harmonizację procedur certyfikacyjnych SAF dla zastosowań wojskowych i cywilno-wojskowych (dual-use) jako element strategicznej autonomii energetycznej państw członkowskich. W opinii podkreślono również, że infrastruktura lotniskowa powinna zostać uznana za element infrastruktury krytycznej Unii Europejskiej – zarówno w wymiarze cywilnym, jak i obronnym. Doświadczenia pandemii COVID-19, wojny w Ukrainie i eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie ukazały strategiczną rolę lotnisk w operacjach ewakuacyjnych, humanitarnych i logistycznych. Rekomendacje obejmują dedykowane wsparcie finansowe UE (m.in. w ramach TEN-T) dla rozbudowy infrastruktury dual-use – dróg startowych, dróg kołowania i płyt postojowych – wdrożenie systemów nawigacyjnych odpornych na zakłócenia i degradację sygnału GNSS/GPS, szczególnie istotnych przy wschodniej granicy NATO, a także pilne uregulowanie ochrony portów lotniczych przed bezzałogowymi statkami powietrznymi. Strategia powinna również wspierać cyfryzację usług lotniskowych, w tym wdrażanie systemów AI i automatyzacji, a także przyspieszać prace nad Single European Sky i systemem SESAR jako elementami efektywności zarządzania ruchem lotniczym.

Konieczna jest także rewizja ram regulacyjnych rynku lotniczego. Przegląd rozporządzenia 261/2004 w sprawie praw pasażerów powinien uwzględniać realny podział odpowiedzialności pomiędzy przewoźników, zarządzających lotniskami i służby ruchu lotniczego. Z kolei rewizja rozporządzenia 1008/2008 musi zapewnić ochronę europejskich przewoźników przed przejęciami przez podmioty spoza UE korzystające ze znaczącego wsparcia państwowego. Przegląd Airport Package powinien natomiast wprowadzać wyłącznie ukierunkowane zmiany zachowujące równowagę interesów lotnisk, linii lotniczych i podmiotów obsługi naziemnej.

Polska ma dziś argumenty, których jeszcze kilka lat temu nie miała: jesteśmy jednym z najdynamiczniej rosnących rynków lotniczych w Europie, budujemy nowe lotnisko centralne, a ORLEN jako pierwszy w regionie uruchomił dostawy paliwa SAF. To daje nam prawo – i obowiązek – współkształtowania europejskich standardów. Nie możemy pozwolić, aby transformacja klimatyczna lotnictwa odbywała się kosztem konkurencyjności europejskich przewoźników albo była projektowana z myślą wyłącznie o dojrzałych, nasyconych rynkach Europy Zachodniej. Naszym celem było pokazanie Komisji, że odpowiedzialna dekarbonizacja i dynamiczny rozwój sektora nie wykluczają się nawzajem – pod warunkiem, że regulacje będą tworzone w dialogu z rynkiem, a nie ponad nim – mówi Aleksander Rajch, Członek Zarządu PSNM.

Wśród rekomendacji przekazanych Komisji znalazły się również postulaty dotyczące europejskiego sektora obsługi technicznej (MRO), który zmaga się z narastającym deficytem wykwalifikowanego personelu. Autorzy stanowiska wskazują m.in. na potrzebę utworzenia europejskich instrumentów finansujących szkolenie kadr lotniczych oraz przyspieszenie cyfryzacji procesów compliance – w tym wdrożenia elektronicznej dokumentacji technicznej i cyfrowych logbooków. Odrębną część poświęcono uwarunkowaniom geopolitycznym. Zamknięcie rosyjskiej przestrzeni powietrznej dla przewoźników UE, zagrożenia spoofingiem i jammingiem GPS oraz nieprzewidywalność konfliktów regionalnych generują poważne straty operacyjne. W ramach konsultacji zgłoszono potrzebę równego dostępu wszystkich przewoźników do tras transyberyjskich, wzmocnienia europejskiej odporności cybernetycznej oraz uznania connectivity za podstawowy wskaźnik (KPI) polityki lotniczej.

Komitet ds. Zrównoważonego Lotnictwa to platforma współpracy kluczowych interesariuszy sektora lotniczego w Polsce. W jego obradach brali udział przedstawiciele m.in. Polskiej Grupy Lotniczej, Polskich Portów Lotniczych, Polskich Linii Lotniczych LOT, Portu Polska, Grupy ORLEN, a także portów regionalnych, firm MRO (ang. Maintenance, Repair and Overhaul), producentów statków powietrznych oraz administracji centralnej i instytucji akademickich.