Fundusz SATUS Venture sprzedał część pakietu akcji Legimi rodzinie McGovern

W akcjonariacie Legimi, z pakietem akcji na poziomie 11 proc., pojawiła się Małgorzata McGovern. To wynik sprzedaży części pakietu akcji przez fundusz VC SATUS Venture. Rodzina McGovern jest znana na GPW m.in. poprzez inwestycję w AmRest oraz CCC.

16 lutego br. Fundusz Inwestycyjny Zamknięty Aktywów Niepublicznych Venture Capital Satus (SATUS Venture) w transakcji poza rynkiem zbył łącznie 141.600 akcji Legimi w cenie 24 zł za akcję. Daje to pakiet wart blisko 3,4 mln zł. Oznacza to, iż fundusz SATUS Venture zmniejszył swoje zaangażowanie w akcjonariacie Legimi z 21 proc. do 11 proc. Jest to naturalny proces związany ze strategią i profilem inwestycyjnym funduszy venture capital. Wiązało się to także ze złożeniem rezygnacji z funkcji obejmowanych przez reprezentantów funduszu w radzie nadzorczej Legimi.

Legimi to jedna z niewielu spółek w fazie early stage, której udało się sfinansować fazę wzrostu głównie długiem. Świadczy to o bardzo dobrym zarządzaniu, solidnym i efektywnym modelu biznesowym i dobrze wróży na przyszłość. Jednakże Satus jest inwestorem w Legimi od 7 lat i nasz horyzont inwestycyjny właśnie dobiega końca. – komentuje Krzysztof Bełech, Managing Partner w SATUS Venture.

Drugą stroną transakcji, kupującą pakiet akcji od funduszu była m.in. Małgorzata McGovern, która w wyniku transakcji jest w posiadaniu 159.600 akcji Legimi, co daje udział 11 proc. w akcjonariacie. Założyciele i członkowie zarządu Legimi – Mikołaj Małaczyński oraz Mateusz Frukacz posiadają łącznie największy pakiet akcji dający udział 32 proc. w akcjonariacie.

Chciałbym podziękować funduszowi SATUS Venture za zaufanie i wiarę w Legimi, co przełożyło się na inwestycję w nasz biznes praktycznie na samym początku naszej działalności. Dzięki konstruktywnej współpracy na przestrzeni lat Legimi dynamicznie się rozwijało i konsekwentnie budowało wartość, doprowadzając do ważnego momentu jakim jest giełdowy debiut. W miejsce funduszu pojawiają się nowi akcjonariusze kojarzeni z dobrych spółek na polskiej giełdzie, m.in. rodzina McGovernów znana m.in. z inwestycji w AmRest oraz CCC. – dodaje Mikołaj Małaczyński, Prezes Zarządu Legimi.

Produkcja rolnicza przestaje się opłacać. Rolnicy zapowiadają, że w sklepach może być dużo drożej

Rolnicy ostrzegają, że wkrótce mogą nas czekać duże podwyżki. Już teraz widać gwałtowne wzrosty cen środków do produkcji. Ponadto koszty prowadzenia działalności w przetwórstwie i dystrybucji są bardzo wysokie. Sporo gospodarstw straciło zbyt z powodu obostrzeń w sektorze HoReCa, przez co musiało ograniczyło wytwórczość. Jednak patrząc na ostatni rok, nie brakuje opinii, że np. warzywa, owoce czy drób mogą być tańsze. Jednocześnie rolnicy zwracają uwagę na rolę pośredników, którzy ciągle podnoszą marże. A to finalnie wpływa na ceny w sklepach.

W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiają się pytania o możliwe wzrosty cen produktów rolnych. Jak stwierdza Michał Kołodziejczak, lider AgroUnii, w zasadzie wszystko może zdrożeć. W ciągu ostatniego roku sporo rolników zniechęciło się do dotychczasowego zajęcia. Zdaniem Kołodziejczaka, będzie następowała monopolizacja rynku produkcji, a głównie dystrybucji żywności. Firmy z dużym kapitałem wiedzą, że rolnictwo trzeba sobie podporządkować. Wykorzystują do tego pandemię, a rolnicy stają się coraz bardziej uzależnieni od swoich odbiorców.

– Zgadzam się, że realny jest scenariusz, w którym podrożeje wszystko. Tu mechanizm nie jest na poziomie produktowym i wyboru konsumenckiego. Znaczenie ma bowiem ustawienie parametrów relacji popyt – podaż – państwo. Mamy procesy sprzyjające cenom deflacyjnym, ale polityka fiskalna wobec sektora żywnościowego powoduje inflację, która jeszcze będzie rosła – komentuje dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Już teraz dostrzegamy gwałtowny wzrost cen paliw i środków do produkcji rolnej, co podkreśla Sławomir Izdebski, przewodniczący OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych. I dodaje, że drożeją też m.in. maszyny rolnicze oraz części do nich. A wydawało się, że właśnie w czasie lockdownu będzie taniej.

– W najbliższym czasie możemy spodziewać się wzrostu cen, chociażby z powodu rosnącej inflacji. Pierwszy lockdown był dla wszystkich ogromnym wyzwaniem, ale w 2021 roku jesteśmy już mądrzejsi o pewne doświadczenia i potrafimy optymalizować procesy zachwiane w czasie obostrzeń. Nie zapowiada się więc raczej na skokowe wzrosty cen. Ale taki scenariusz wcale nie jest pewny, bo na to wpływa sporo rożnych czynników, których często nie sposób przewidzieć – mówi Julita Pryzmont z międzynarodowej firmy badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland.

Natomiast dr Faliński dodaje, że bardzo wysokie są koszty prowadzenia działalności poza produkcją, czyli w przetwórstwie i w dystrybucji. Dlatego wytwórca bezpośredni dostaje możliwie najmniejsze środki. Handel zarabia brutto spore pieniądze, ale musi bardzo dużą część oddać państwu.

– Podczas pierwszego lockdownu były zerwane łańcuchy dostaw. To groziło wstrzymaniem eksportu żywności, a co za tym idzie – utratą płynności finansowej gospodarstw. Polska znaczną część swojej produkcji rolnej sprzedaje za granicę. Tak jest m.in. z wołowiną, mlekiem czy drobiem. Towar zostawał w kraju, a nadpodaż powodowała załamanie cen skupu – opisuje Marian Sikora, przewodniczący Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych.

Jak zaznacza Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych, od roku praktycznie nie istnieje sektor HoReCa. Tym samym pojawił się problem dla wielu gospodarstw sprzedających warzywa bezpośrednio do firm gastronomicznych. Ci rolnicy stracili więc rynek zbytu.

– Rok temu o tej porze przestała się sprzedawać czerwona kapusta. Tylko w naszym gospodarstwie musieliśmy wyrzucić jej ok. 100 ton, a normalnie miała trafić do sprzedaży. To powinna być wartość od 100 do 200 tys. złotych, a nikt nam za to nie oddał ani złotówki. Tu ponieśliśmy konkretne straty – dodaje lider AgroUnii.

Z kolei Marian Sikora podkreśla, że lockdown w gastronomii oznaczał też likwidację popytu na towary kulinarne. Dla przykładu, w branży mięsa wołowego zdestabilizowany został rynek szlachetnych elementów takich jak polędwica, antrykot i rostbef. A Polska jest wiodącym eksporterem tych towarów w Europie.

– Po pierwszym roku nowej sytuacji widać, że niektóre artykuły nawet mogą stanieć. Dotyczy to drobiu, warzyw, owoców ze względu na brak eksportu i naturalnych odbiorców. Podrożały zboża i rzepak, ponieważ pojawiło się duże zapotrzebowanie związane z gromadzeniem zapasów lub zwiększeniem produkcji zwierzęcej. Mogły podrożeć oleje i pieczywo – analizuje prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Natomiast Michał Kołodziejczak zaznacza, że rok temu bardzo tania była kapusta pekińska. Ale nastąpił znaczny spadek produkcji. Teraz sprzedaje się ją bardzo drogo, bo na rynku jest jej po prostu mało. Lider AgroUnii prognozuje, że tak też stanie się z innymi towarami, ale korzyści będą czerpali głównie pośrednicy. Z kolei dr Faliński podkreśla, że rolnicy ograniczają wytwórstwo ze względów ekonomicznych. Odbiorcy im mało płacą i nie mogą sobie poradzić ze zwiększonymi kosztami. Julita Pryzmont dodaje, że ceny owoców wzrosły w 2020 roku o około 11% w stosunku do 2019 roku, a w br. nie podskoczyły w porównaniu z ub.r. W przypadku warzyw w ub.r. był spadek o prawie 10%, a obecnie jest on zdecydowanie mniejszy.

– Obecnie ceny w rolnictwie utrzymują się na względnym poziomie. Jednak obawiam się, że one mogą wzrosnąć w sklepach, marketach i na bazarach. Pośrednicy stale narzucają coraz większe marże, zresztą bez porozumienia z rolnikami. Dlatego później odbiorcy płacą za poszczególne produkty naprawdę bardzo dużo – stwierdza przewodniczący OPZZ RiOR.

Również Wiktor Szmulewicz zwraca uwagę na działalność pośredników. Zdaniem eksperta, oni mają największy wpływ na ceny w sklepach. Surowiec często stanowi 15% kosztów. Z kolei według Sławomira Izdebskiego, rolnictwo jest dość nieprzewidywalne. Dzisiaj możemy zapowiadać gwałtowne wzrosty cen, a jutro pewnie będą spadki. Do tego mamy teraz początek wiosny. Nie wiadomo jeszcze, jakie dokładnie zjawiska pogodowe wystąpią w tym roku. A wszystkie mają niesamowite znaczenie. Wpływają na wielkość plonów. Jeżeli one są dosyć wysokie, to z reguły ceny są niskie.

Deloitte: 98 proc. przedsiębiorców chce wdrożyć sieć 5G i Wi-Fi 6 w ciągu 3 lat

Na skutek wyzwań, jakie postawił przed światem koronawirus, przedsiębiorstwa zmieniły swoje priorytety, a na ich szczycie znalazła się szybka i skuteczna łączność cyfrowa. Jak wynika z raportu Global Advanced Wireless Study przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, aż 70 proc. dyrektorów IT i odpowiedzialnych za utrzymanie sieci uważa, że technologie bezprzewodowe zmienią ich branżę. Tym bardziej, że do 2023 roku przewidywana liczba urządzeń sieciowych na świecie może osiągnąć nawet 29,3 mld sztuk, co daje prawie cztery urządzenia przypadające na jednego mieszkańca Ziemi.

 – Nowa rzeczywistość wpłynęła na zmianę modelu biznesowego wielu firm, a odpowiednie wykorzystanie rozwiązań technologicznych pomaga się im w tej ewolucji odnaleźć. Zdalne narzędzia komunikacji nie tylko ułatwiają współpracę, lecz także pozwalają przetrwać niełatwy okres dystansu społecznego. Innowacje, nowe modele biznesowe i uzyskanie przewagi konkurencyjnej, skuteczna komunikacja, poprawa bezpieczeństwa, zwiększenie komfortu i efektywności pracowników, inspirujące i angażujące doświadczenie klienta – to tylko niektóre z korzyści, jakie wnosi cyfrowa ewolucja – mówi Sławomir Lubak, partner, lider branży Telekomunikacji, Mediów i Technologii, Deloitte.

Zmiana priorytetów biznesowych

Jednym z najważniejszych czynników, który motywuje firmy do wdrożenia sieci 5G i Wi-Fi 6 jest zwiększenie odporności organizacji na kryzysy. Taką odpowiedź wskazuje ponad połowa respondentów (59 proc.). Na drugim miejscu jest dążenie do opracowania lub poszerzenia puli rozwiązań dopasowanych do nowych potrzeb, które opierają się na solidniejszej i wydajniejszej infrastrukturze sieciowej (48 proc.). Dobrą ilustracją tego trendu jest przykład dużej firmy telekomunikacyjnej, która wdrożyła prywatną sieć 5G w hali produkcyjnej, aby sprostać wyzwaniom związanym z pandemią. Sieć jest wykorzystywana np. do sprawdzania, czy pracownicy noszą maski. Podobnych rozwiązań jest więcej: monitoring czujników osobistych pomaga w utrzymaniu dystansu społecznego, sprzęt VR umożliwia bezpośrednią łączność pomiędzy pracownikami. Dzięki dużej przepustowości i niskim opóźnieniom, sieć 5G znalazła swoje zastosowanie także w telemedycynie (zdalne konsultacje medyczne czy sterowana przez robota diagnostyka w kierunku COVID-19).

Albo cyfrowa transformacja albo nic

Raport Deloitte pokazuje, że inwestycja w infrastrukturę sieciową jest nieodłącznym elementem rozwoju przedsiębiorstwa. 56 proc. respondentów przyznaje, że z uwagi na obecny stan łączności sieciowej wprowadzenie innowacyjnych rozwiązań w ich firmie nie jest możliwe. Maksymalne wykorzystanie potencjału nowych technologii oraz zwiększenie efektywności pracy (po 38 proc.) stanowią główną motywację rozwoju firm do przeprowadzenia transformacji cyfrowej.

– Analizując wcześniejsze badania, możemy zauważyć, że na przestrzeni ostatnich miesięcy nasi respondenci istotnie zwiększyli prognozy poziomu wydatków, jakie planują przeznaczyć na rozwój i wykorzystanie sieci bezprzewodowych w ciągu trzech najbliższych lat. Duża część tych inwestycji posłuży zwiększeniu łączności i co za tym idzie – większej efektywności pracowników. To konieczne w dobie upowszechnienia się pracy zdalnej. Aż 41 proc. badanych wskazuje zwiększoną przepustowość danych sieci mobilnych, jako najważniejszą przyczynę warunkującą chęć transformacji cyfrowej – mówi Magdalena Bączyk, senior manager z zespołu Human Capital Deloitte.

Jak podkreśla ekspertka, konieczność stworzenia nowych warunków do pracy w modelu hybrydowym znajduje się dziś na agendzie zarządów wszystkich największych firm na świecie. Stawką jest tu pozyskanie i retencja największych talentów. W tym kontekście stworzenie najlepszej infrastruktury technicznej wydaje się być jednym z największych wyzwań, przed jakimi stoją decydenci.

Dzięki sieciom bezprzewodowym przedsiębiorstwa są w stanie zarządzać flotą maszyn i linii produkcyjnych. Dobrym przykładem jest telewizja przemysłowa – zapewnia zdalny nadzór nad sprzętem w czasie rzeczywistym oraz stały kontakt pomiędzy współpracownikami, robotami czy sztuczną inteligencją. Wyposażenie zakładu produkcyjnego w bezprzewodowe czujniki ułatwia transfer ogromnych ilości informacji dotyczących działania i stanu sprzętu, a przez to firmy są w stanie przewidzieć problemy lub opóźnienia, zanim spowodują one przestój.

Wprowadzenie automatyki i analizy danych na każdym etapie funkcjonowania przedsiębiorstwa – od komunikacji, dystrybucji energii, gospodarowania budynkiem, administrowania IT po zarządzanie procesami – umożliwi wprowadzanie innowacji oraz zwiększy efektywność pracowników i urządzeń.  Przedsiębiorcy są tego coraz bardziej świadomi – 80 proc. badanych przygotowuje się do procesu lub już wdraża zarówno sieć 5G jak i Wi-Fi 6. 98 proc. respondentów oczekuje, że ich organizacje będą używać obu technologii w ciągu 2-3 lat.

Dobry kontakt z klientem zaprocentuje

Kolejną korzyścią cyfrowej transformacji jest poprawa jakości obsługi klienta, która stanowi ważną składową dobrej kondycji przedsiębiorstwa. Zdaniem 80 proc. respondentów, jej rozwój będzie miał kluczowe znaczenie dla usprawnienia standardów kontaktu z klientem w ciągu trzech najbliższych lat.

– Wzmocnienie relacji między konsumentem a przedsiębiorstwem jest według inwestorów jednym z głównych motorów wdrożenia transformacji cyfrowej. Uważa tak aż 32 proc. naszych respondentów, wskazując na poprawę interakcji z klientem jako jeden z trzech najważniejszych obszarów, w których wykorzystanie zaawansowanych sieci bezprzewodowych może przynieść najwięcej korzyści – mówi Wiesław Kotecki, partner, lider Customer Strategy&Applied Design, Deloitte.

Aplikacje mobilne oparte na chmurze, wykorzystanie technologii rozszerzonej rzeczywistości, wideokonsultacje, sklepy autonomiczne – to tylko niektóre możliwości z szerokiego spektrum zastosowania najnowszych technologii łączności bezprzewodowej.

Inspirującym przykładem wykorzystania technologii bezprzewodowych są igrzyska olimpijskie. Sieć 5G zostanie wykorzystania podczas tegorocznych igrzysk do tworzenia rzeczywistości wirtualnej. Wokół boisk zostaną rozmieszczone liczne kamery, dzięki czemu widzowie na całym świecie, wyposażeni w sprzęt VR, będą mogli oglądać obiekty i wydarzenia sportowe tak, jakby siedzieli na widowni. Planowane jest także wdrożenie pilotażowego systemu hologramowego, który umożliwi filmowanie sportowców w rozdzielczości 8K i tworzenie hologramów, naśladujących ich ruchy.

Bezpieczeństwo a technologia

Jedną z ważniejszych przyczyn cyfrowej transformacji w firmach jest poprawa ochrony danych. Wskazuje na nią ponad jedna czwarta badanych. Jednocześnie aż 41 proc. dyrektorów IT i odpowiedzialnych za utrzymanie sieci obawia się o bezpieczeństwo informacji w kontekście korzystania z technologii bezprzewodowych. Warto jednak zaznaczyć, że oczekuje się zwiększonej ochrony danych dzięki wykorzystaniu najnowocześniejszych sieci bezprzewodowych. W przypadku Wi-Fi 6 wszystkie certyfikowane urządzenia obsługują zabezpieczenia najnowszej generacji (WPA3), które zapewniają solidniejsze szyfrowanie. Natomiast sieć 5G posiada unikalne zasady bezpieczeństwa dla każdego segmentu, co zwiększa ich ochronę, jeżeli segmenty są odpowiednio skonfigurowane i zarządzane.

Równie silną obawę przedsiębiorców (38 proc.) stanowi kompatybilność nowych sieci z istniejącymi już połączeniami i ustawieniami. Trudności wynikające z braku tej zgodności stanowią okazję dla dostawców do zademonstrowania wartości biznesowej ich rozwiązań, które charakteryzują się skuteczną integracją infrastruktury sieciowej.

Przedsiębiorstwa, które wdrożyły Wi-Fi 6 lub 5G, często współpracują z wieloma usługodawcami każdego typu: aplikacji i usług w chmurze, operatorami sieci bezprzewodowych, konsultantami i integratorami, producentami sprzętu i dostawcami infrastruktury. Aż siedmiu na dziesięciu badanych deklaruje otwartość w nawiązaniu współpracy z nowymi dostawcami.

– Wdrożenie nowych technologii to duża zmiana w funkcjonowaniu firmy. Bardzo ważne jest dobranie odpowiednich rozwiązań dopasowanych do obszaru jej działań. Najbardziej efektywne będzie wprowadzenie wielu opcji i utworzenie rozbudowanej infrastruktury sieciowej, zdolnej do współdziałania różnych sieci. Dwie trzecie firm, które decydują się na adopcję takich nowoczesnych rozwiązań sieciowych wybiera model „best of breed”, składający całość rozwiązania z wielu komponentów różnych producentów, i zwraca się do partnerów zewnętrznych w celu wsparcia w ich integracji – podsumowuje Sławomir Lubak.  

Licznik elektromobilności: znaczny wzrost rejestracji BEV i PHEV w I kwartale 2021 r.

Według danych z końca marca 2021 r., w Polsce było zarejestrowanych łącznie 22 291 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Przez pierwsze trzy miesiące br. ich liczba zwiększyła się o 3 555 sztuk, tj. o 107% więcej niż w analogicznym okresie 2020 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSPA.licznik_elektromobilnosci_2021-03_A4

Pod koniec marca 2021 r. po polskich drogach jeździło 22 291 elektrycznych samochodów osobowych. Pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. battery electric vehicles) nieznacznie przekroczyły połowę   (11 194 szt.) tej części parku, a pozostałą część (49,8% udz.) stanowiły hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 11 097 szt. Park elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych liczył 880 szt. W dalszym ciągu rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec marca składała się z 9 366 szt.

Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów elektrycznych w Polsce wzrósł do 472 szt. W I kwartale 2021 r. flota elektrobusów powiększyła się o 40 zeroemisyjnych pojazdów. W porównaniu z analogicznym okresem 2020 r., kiedy zarejestrowano 19 takich autobusów, oznacza to wzrost o 111% r/r. licznik_elektromobilnosci_2021-03_grafika_800x450px

Wraz ze wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec marca w Polsce funkcjonowało 1 425 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (2 780 punktów). 33% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 67% – wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. Podobnie jak w lutym, w marcu uruchomiono 15 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (33 punkty).

„W ostatnich miesiącach tempo instalacji i odbiorów nowych, ogólnodostępnych stacji wyrażnie spadło: z 82 ładowarek w IV kwartale 2020 r. do 61 w I kwartale bieżącego roku. Sytuacji w zakresie rozbudowy infrastruktury z pewnością nie poprawi planowana nowelizacja Ustawy o elektromobilnosci i paliwach alternatywnych, w ramach której zostaną usunięte art. 64-66 dotyczące tzw. mechanizmu interwencyjnego nakładającego na  operatorów systemów dystrybucyjnych elektroenergetycznych (OSD) obowiązek wybudowania brakującej liczby stacji ładowania, o ile próg minimalny (określony w art. 60 ustawy) nie został osiągnięty w trybie rynkowym. W tym kontekście dodatkowego znaczenia nabiera możliwie szybkie wdrożenie programu wsparcia rozbudowy infrastruktury ze środków NFOŚiGW” – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Jak ważna jest sieć ładowarek wielokrotnie podkreślała ACEA, a szef Rady Dyrektorów europejskiego stowarzyszenia zwrócił uwagę, że to producenci samochodów są motorem przejścia na elektromobilność i dosłownie prześcigają się w pomysłach wprowadzając nowe samochody elektryczne. Zauważył jednak, że powodzenie tego ogromnego wysiłku jest poważnie zagrożone przez opóźnioną budowę infrastruktury ładowania w UE. Również w Polsce, jako branża, nieustannie podkreślamy, że popularność, a tym samym popyt na samochody elektryczne i niskoemisyjne jest uzależniony od sprawnej sieci ładowania czy tankowania wodoru i gazu. Producenci samochodów domagają się „prawa do ładowania” tj. swobodnego dostępu dla swoich klientów – użytkowników pojazdów z napędami niskoemisyjnymi – do punktów ładowania i tankowania. Żądanie to dotyczy nie tylko możliwości ładowania pojazdów w miastach i na dużych osiedlach, ale też budowy sieci szybkich ładowarek przy głównych szlakach komunikacyjnych. Polska nie jest samotną wyspą, dlatego infrastruktura ładowania na naszych drogach musi dotrzymywać tempa Europie ” – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.  

Polska w czołówce krajów gotowych na nadejście nowych technologii

Big Data, sztuczna inteligencja, inżynieria genetyczna – to tylko niektóre z technologii, które zdaniem Organizacji Narodów Zjednoczonych wkrótce nam spowszednieją. Jednak cyfrowa rewolucja nie rozleje się po świecie w równym stopniu. Te najlepiej przygotowane na nadejście nowych technologii kraje zostawią w tyle resztę stawki. A jak w tym zestawieniu wypada Polska? Znaleźliśmy się wysoko w rankingu, ale co to właściwie oznacza i na co czekamy?

Wiele mówi się o innowacjach i stymulowaniu, ale prawda jest taka, że rozwój kluczowych i przełomowych technologii realizowany jest tylko w kilku krajach. Zgodnie z danymi zebranymi przez UNESCO, USA i Chiny odpowiedzialne są za około połowę globalnych wydatków na badania i rozwój – zauważa Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies – firmy, która zbiera, przetwarza i monetyzuje anonimowe dane o internautach z ponad 200 rynków świata – a następnie dodaje: – Jednak już dziś, wszyscy musimy zadbać o odpowiednie przygotowanie, gdyż innowacje szybko zyskują globalny zasięg i będą silnie przenikać do naszego codziennego życia – uważa ekspert warszawskiej spółki IT.

UNCTAD, który jest jednostką ONZ zajmującą się handlem i rozwojem, opublikował raport “The Technology and Innovation Report 2021”, w którym wytypowano 11 pionierskich technologii, jakie wkrótce staną się naszą codziennością i wpłyną na obraz otaczającej nas rzeczywistości.

Sztuczna inteligencja, sieć piątej generacji, Big Data, robotyzacja czy edycja genów to tylko niektóre z nich. Eksperci są przekonani, że te technologie mają przed sobą świetlaną przyszłość. Jako całość, wymienione rozwiązania już teraz tworzą rynek wart 350 mld USD, a w 2025 roku będzie to kwota niemal dziesięć razy większa (3,2 bln USD).

Polska w gronie liderów

Aby ocenić krajowe zdolności do wdrożenia, dostosowania i wykorzystania tych technologii, analitycy UNCTAD, opracowali „indeks gotowości”, który określany był wartością od 0 do 1. Na wynik wskaźnika wpływają: wdrażanie technologii informacyjno-komunikacyjnych, kompetencje, działalność badawczo-rozwojowa, kondycja przemysłu i dostęp do finansowania.

W zestawieniu krajów, liczącym 158 pozycji, Polska znalazła się na 28 miejscu i została zaliczona do grona państw, które wyróżniają się ponad światową średnią. Z wynikiem na poziomie bliskim 0.8 naprawdę niewiele zabrakło nam do tego, by znaleźć się w najbardziej prestiżowej elicie, gdzie dominują USA, Szwajcaria i Wielka Brytania. Jednocześnie zostaliśmy sklasyfikowani wysoko ponad światową średnią, która wynosi dokładnie 0.4. Za naszymi plecami znaleźli się nie tylko przedstawiciele byłego bloku wschodniego, jak Litwa, Łotwa i Estonia, ale także kraje o wyższym PKB od naszego, jak Turcja czy Brazylia.

Pandemia stała się bodźcem, który zaostrzył apetyt biznesu na nowoczesne technologie, w tym także na dane, które okazują się niezbędne w nowej rzeczywistości, bo umożliwiają dotarcie do potencjalnych klientów w kanale online, a więc odpornym na lockdown – tłumaczy Piotr Prajsnar. – Według analityków, przeniesienie się do internetu będzie trwało również po zakończeniu pandemii.

Dla przykładu spójrzmy na sektor ecommerce, który przeniósł się w czasie o co najmniej dwa lata, bo ze względu na pandemię ludzie na całym świecie tak wiele zakupów robili przez internet. A wraz z rozwojem kanałów cyfrowych rośnie popyt na reklamę i dane wykorzystywane w kampaniach.

– Nad Wisłą już dziś odnotowujemy ponadprzeciętne zainteresowanie anonimowymi danymi. Jak wynika z raportu Global Data Market Size, przygotowanego przez OnAudience.com, tegoroczna wartość polskiego rynku danych wyniesie blisko 40 mln USD, co oznacza ponad 22% wzrost w porównaniu z 2020. Natomiast globalne wydatki na dane sięgną 52,3 mld USD, czyli ponad 26% więcej niż w ubiegłym roku – zauważa Piotr Prajsnar.

Społeczeństwo techno-centryków

Gotowość na przyjęcie tych przełomowych technologii jest o tyle istotna, że jak wskazują analizy, wpłyną one nie tylko na naszą gospodarkę lub biznes, ale będą rezonować także na codzienne życie zwykłego obywatela. Zgodnie z analizami Pew Research Center w ciągu najbliższych 4 lat, nasza rzeczywistość stanie się techno-centryczna. Firma badawcza poprosiła 915 innowatorów, programistów, liderów biznesu i polityki, badaczy i aktywistów o zastanowienie się, jak będzie wyglądało życie w 2025 roku w następstwie wybuchu globalnej pandemii i innych kryzysów w 2020 roku.

Ich szeroki i niemal powszechny pogląd jest taki, że związek ludzi z technologią będzie się pogłębiał, w miarę jak coraz większe segmenty populacji będą w coraz większym stopniu polegać na połączeniach cyfrowych w pracy, edukacji, opiece zdrowotnej, codziennych transakcjach handlowych i podstawowych interakcjach społecznych. Niektórzy z nich opisują to jako świat „tele-wszystkiego”. W tym świecie niemal każda aktywność generuje informacje, a więc naturalnie rozwiną się narzędzie do gromadzenia, analizy i wykorzystania ogromnych zbiorów cyfrowych informacji.

Elektromobilność powinna stać się jednym z priorytetów Krajowego Planu Odbudowy

Projekt polskiego Krajowego Planu Odbudowy nie zawiera wizji szerokiej i spójnej reformy w obszarze zrównoważonego transportu – ocenia Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych. Formalnie propozycja KPO zakłada przeznaczenie na ten cel ok. 26% dostępnych środków (6,1 mld euro z ok. 24 mld euro). W praktyce ma być to zaledwie ok. 4% (1,031 mld euro). To kilkukrotnie mniejszy udział niż np. w Niemczech, Czechach lub Rumunii. Zielona mobilność powinna stać się jednym z priorytetów KPO, w przeciwnym razie Polska straci niepowtarzalną szansę na zeroemisyjną transformację w sektorze transportu.

Niespójność, zbyt ogólny charakter, niski budżet w obszarze zielonej mobilności, brak konkretnych propozycji zmian legislacyjnych i projektów inwestycyjnych – to główne wady projektu Krajowego Planu Odbudowy, które wskazuje PSPA. Według największej organizacji kreującej elektromobilność w Polsce, propozycja KPO nie spełnia wymogów warunkujących pozytywną ocenę tego dokumentu przez Komisję Europejską, dlatego powinna zostać ponownie przeanalizowana i poprawiona. PSPA przeprowadziło szerokie konsultacje branżowe projektu, a opinię przekazało Ministrowi Finansów, Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Ministrowi Klimatu i Środowiska.

Plany krajów takich jak np. Niemcy, Francja czy Słowacja, zawierają zarówno diagnozę problemu, jak i konkretne cele, czyli reformy i inwestycje, które mają być przeprowadzone w danym obszarze wraz ze wskazaniem kamieni milowych ich realizacji i alokacji środków. Państwa członkowskie uznają za priorytet rozbudowę infrastruktury dla pojazdów elektrycznych, przewidują dopłaty i zmiany podatkowe premiujące wymianę samochodu na zeroemisyjny oraz inwestycje w zrównoważony transport publiczny. Reformy i projekty inwestycyjne zaplanowane w tych państwach cechuje szeroki zakres oddziaływania i wewnętrzna spójność. To czynniki, których zabrakło w komponencie dotyczącym zielonej, inteligentnej mobilności w polskim projekcie, który rozwój zrównoważonego transportu traktuje po macoszemu – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Jak wskazuje PSPA, analiza rządowej propozycji, a w szczególności komponentu „Zielona, inteligentna mobilność” prowadzi do wniosku, że dokument prezentuje dwa zasadnicze braki na tle wymagań stawianych każdemu KPO. Z jednej strony chodzi o brak podejścia projektowego i ogólnikowość zaproponowanych inwestycji. Z drugiej, o częściowy lub całkowity brak istotnych zmian legislacyjnych, które byłyby ściśle powiązane z inwestycjami.

Propozycja Krajowego Planu Odbudowy ma charakter bardzo ogólny. Brakuje w niej jasnej wizji reform i inwestycji. Projekt został rozdrobniony na bardzo wiele sekcji i tabel, z których nie wyłania się konkretna wizja wsparcia rozwoju danego obszaru. Przedstawionym w dokumencie, rozproszonym inwestycjom brakuje wspólnego mianownika. Nie są ze sobą wzajemnie powiązane i nie łączą się z szerszym planem działań legislacyjnych. Reform prawnych brakuje prawie całkowicie. Brak jest też faktycznych wskaźników realizacji celów przewidzianych w Planie i harmonogramu ich realizacji. Proponowane zmiany nie składają się na szerszą i spójną reformę, której obecność jest warunkiem koniecznym akceptacji każdego krajowego planu odbudowy – dodaje Joanna Makola, Kierownik Centrum Legislacyjnego PSPA.

PSPA zwraca uwagę, że cała treść reformy prawnej przewidzianej w projekcie KPO sprowadza się do kilku regulacji znajdujących się już w fazie realizacji (takich jak np. nowelizacja Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych). Co istotne, propozycja reformy uwzględnia również przepisy, które powinny zostać obowiązkowo transponowane do polskiego prawa na podstawie regulacji unijnych. Skala tych regulacji i ich wpływ na rynek zrównoważonego transportu zdecydowanie nie mają przełomowego charakteru i nie stanowią – wymaganej przez instytucje unijne – „kompleksowej i wyważonej reakcji na sytuację gospodarczą państwa członkowskiego […] z uwzględnieniem szczególnych wyzwań dotyczących państwa członkowskiego”.

Tymczasem wyzwania, przed którymi stoi polski sektor transportu, są bardzo poważne. Na podstawie prowadzonego przez PSPA i PZPM „Licznika Elektromobilności”, pod koniec lutego 2021 r. w Polsce było zarejestrowanych ok. 21,3 tys. osobowych i dostawczych samochodów z napędem elektrycznym, stanowiących mniej niż 0,1% całej floty. Ich kierowcy mieli do dyspozycji zaledwie 2 744 ogólnodostępne punkty ładowania, czyli ponad 24 razy mniej niż w Niderlandach. Z uwagi na niski udział napędów alternatywnych w parku pojazdów, transport odpowiada aż za 24 proc. łącznych emisji gazów cieplarnianych w Polsce. Na podstawie danych EEA, w latach 1990-2017 emisje z tego sektora w Polsce wzrosły aż o 206 proc., przy średniej w Unii na poziomie 28 proc. Coraz poważniejszym problemem w polskich miastach staje się również smog. Według danych IQAir z 2019 r., spośród stu europejskich miast najbardziej zanieczyszczonych pyłem PM 2.5 aż 29 znajduje się w Polsce. Co więcej, Polska jest czwartym najbardziej zanieczyszczonym krajem PM 2.5 w Unii Europejskiej.

Na tym tle zeroemisyjny transport w projekcie polskiego KPO został potraktowany pobieżnie nie tylko w zakresie przewidzianych reform i inwestycji, ale również puli środków przeznaczonych na ich realizację. Całkowity deklarowany budżet przewidziany w tej sekcji to 6,074 mld euro. Kwota ta uwzględnia różne inwestycje w ramach pierwszego celu szczegółowego „Zwiększenie udziału zeroemisyjnego transportu oraz przeciwdziałanie i zmniejszenie negatywnego oddziaływania transportu na środowisko”, tj. także te mające na celu wsparcie przemysłu dla gospodarki niskoemisyjnej. Jednak z tej samej puli środków realizowane będą również inwestycje w ramach drugiego celu szczegółowego „Zwiększenie dostępności transportowej, bezpieczeństwa i cyfrowych rozwiązań”, mające za przedmiot linie kolejowe, pasażerski tabor kolejowy, projekty intermodalne, bezpieczeństwo transportu oraz cyfryzację transportu. W konsekwencji, realna suma środków zarezerwowanych na rozwój elektromobilności (w ramach pierwszego celu szczegółowego) dotyczy wyłącznie inwestycji w zeroemisyjny transport zbiorowy i wynosi zaledwie 1,031 mld euro, co w kontekście wyzwań generowanych przez sektor transportu w Polsce jest kwotą bardzo małą i z pewnością niewystarczającą. Dla kontrastu, krajowe plany odbudowy w wielu państwach członkowskich UE traktują rozwój elektromobilności jako priorytetowy cel, który zostanie objęty post-COVID-owym wsparciem finansowym. Przykładowo, w projekcie czeskim 52 proc. dostępnych środków przeznaczono na infrastrukturę i zieloną transformację, z czego 30 proc. na zapewnienie zrównoważonego i bezpiecznego transportu. W projekcie niemieckim zrównoważony transport odpowiada za ok. 23 proc. wszystkich funduszy. Rumunia zarezerwowała na zieloną transformację aż 65 proc. dostępnych środków, z których większość – 43 proc. – zostanie przeznaczona na zrównoważony transport.

Zdaniem PSPA, treść planu naprawczego na rzecz zielonej, inteligentnej mobilności powinna zostać ponownie przeanalizowana i poprawiona.

Środki z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Odporności dają konkretne możliwości i ogromne pole do wsparcia finansowego. Jedynym warunkiem jego pozyskania i kluczowym aspektem determinującym powodzenie planu naprawczo-stymulacyjnego jest właściwe zaprojektowanie reform i inwestycji, jakie Polska zamierza zrealizować w danym obszarze. Przedstawiliśmy stronie rządowej dokument zawierający szczegółowe propozycje modyfikacji KPO. Obejmują one działania dynamizujące rozbudowę stacji ładowania oraz punktów tankowania wodorem, instrumenty wpierające rozwój floty pojazdów zeroemisyjnych poprzez wprowadzenie systemu bonus-malus zachęcającego do rezygnacji z samochodów spalinowych na rzecz samochodów zeroemisyjnych, jak również postulaty wprowadzenia konkretnych zmian legislacyjnych, w tym przepisów podatkowych – podsumowuje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Według PSPA, pomoc finansowa ze środków Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności stanowi niepowtarzalną szansę na dynamizację rozwoju transportu przyjaznego środowisku, a biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, Polska nie może sobie pozwolić na to, żeby tej szansy nie wykorzystać.

Zakaz prowadzenia działalności gospodarczej wynikający z COVID-19 a odliczenie VAT z faktur zakupowych

W związku z epidemią koronawirusa rząd zakazuje prowadzenia niektórych rodzajów działalności gospodarczej. W konsekwencji przedsiębiorcy nie mogą otwierać swoich biznesów i nie osiągają przychodów. Często jednak podpisane umowy powodują konieczność ponoszenia różnych wydatków. Może pojawić się więc wątpliwość, czy w przypadku ponoszenia wydatków w czasie zamknięcia działalności gospodarczej, która nie wiadomo kiedy zostanie ponownie otwarta, podatnikowi przysługuje prawo do odliczenia podatku VAT naliczonego w związku z dokonywanymi zakupami.

Kiedy przysługuje prawo do odliczenia

Prawo do odliczenia kwoty podatku naliczonego jest jedną z podstawowych zasad podatku od towarów i usług. Zgodnie z art. 86 ust. 1 ustawy o VAT w zakresie, w jakim towary i usługi są wykorzystywane do wykonywania czynności opodatkowanych, podatnikowi przysługuje prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego. Jest to kluczowe dla zasady neutralności, czyli podstawy podatku od towarów i usług.

Jak wynika z powyższego przepisu, istotne jest, aby dokonywany zakup był związany z działalnością opodatkowaną. W ustawie występują pewne kategorie wyłączone z prawa do odliczenia jak np. nabycie usług noclegowych i gastronomicznych czy pewne sytuacje, które są sankcjonowane przez ustawodawcę jak fikcyjność transakcji, błędy na fakturze itp.

Zakaz prowadzenia działalności

W związku z epidemią COVID-19 polski rząd wprowadził obostrzenia polegające na ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej dla niektórych przedsiębiorców z różnych branż. Pomimo że już pojawiły się pierwsze orzeczenia sądów administracyjnych w zakresie legalności wprowadzanych zakazów prowadzenia działalności, strona rządowa dalej stosuje zakazy jako narzędzie walki z epidemią koronawirusa. Sądy administracyjne wskazują, że aby ingerować w istotę wolności działalności gospodarczej wyrażoną w konstytucji, niezbędne jest wprowadzenie jednego ze stanów nadzwyczajnych, co nie zostało uczynione (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu z 27 października 2020 r., sygn. akt II SA/Op 219/20). Obostrzeniami dotknięte są różne branże: hotelowa, gastronomiczna, rozrywkowa, sportowa oraz inne.

W związku z zakazem prowadzenia działalności gospodarczej rząd nie podjął decyzji odnośnie do możliwości odliczenia podatku VAT od zakupów dokonywanych w czasie zakazu. W szczególności nie odniósł się do tej kwestii w wydanych 21 lipca 2020 r. objaśnieniach podatkowych, a także w innych dokumentach. Dlatego urzędy skarbowe zapowiedziały, że będą przyglądać się wydatkom podmiotów, które obejmował zakaz w szczególności pod kątem prawa do odliczenia podatku VAT. Z jednej strony kontrole podatkowe mogą być więc dodatkowym instrumentem represji wobec podatników, którzy nie będą respektować nałożonych zakazów. Z drugiej natomiast strony mogą być narzędziem zwiększenia wpływów podatkowych. Swoją argumentację organy podatkowe mogą opierać na stanowisku, że w przypadku zakazu prowadzenia działalności wydatki nie były związane z działalnością opodatkowaną.

Powyższe stanowisko byłoby jednak sprzeczne z dotychczasowym orzecznictwem i podejściem fiskusa. Przykładowo w przypadku sądowych zakazów prowadzenia działalności gospodarczej stanowisko organów było pozytywne w zakresie prawa do odliczenia podatku VAT z faktur zakupowych (interpretacja z dnia 30 września 2013 r., sygn. akt ITPP2/443-613b/13/AP). Powyższe zostało jednak ograniczone i zasadniczo w przypadku zakazu prowadzenia działalności orzeczonego przez sąd podatnik ulega automatycznemu wykreśleniu z rejestru podatników VAT czynnych i nie może realizować prawa do odliczenia podatku.

Należy jednak pamiętać, że w przypadku zakazu prowadzenia działalności i związanego z nim braku sprzedaży oraz zakupów podatnik może zostać wykreślony z urzędu z rejestru podatników VAT czynnych, jeżeli zgodnie z art. 96 ust. 9a pkt 3 ustawy o VAT: „składał przez 6 kolejnych miesięcy lub 2 kolejne kwartały deklaracje, o których mowa w art. 99 ust. 1, 2 lub 3, w których nie wykazał sprzedaży, nabycia towarów lub usług ani importu towarów z kwotami podatku do odliczenia”. W przypadku wykreślenia z rejestru podatników VAT czynnych podatnik nie będzie miał prawa do odliczenia podatku VAT naliczonego. Powyższe oznacza, że podatnicy powinni wręcz w okresie zakazów prowadzenia działalności dokonać jakiegoś zakupu, aby nie składać przez pół roku deklaracji tzw. zerowych.

Zawieszenie prowadzonej działalności a VAT naliczony

Zakaz prowadzenia działalności gospodarczej nie jest tożsamy z jej zawieszeniem, jednak część branż, nawet jeżeli nie jest bezpośrednio objęta zakazem, to na skutek obostrzeń przedsiębiorcy, zwłaszcza niezatrudniający pracowników, mogą podjąć decyzję o zawieszeniu prowadzenia działalności. W takich sytuacjach reguły postępowania w zakresie odliczenia VAT są znane, ponieważ miały one miejsce także przed epidemią.

Należy pamiętać, że zawieszenie działalności gospodarczej na okres co najmniej 6 miesięcy może skutkować wykreśleniem podatnika z rejestru VAT podatników czynnych. W dacie zawieszenia działalności przedsiębiorcy mogą wystawić faktury sprzedażowe dokumentujące otrzymywane przez nich płatności, wynikające z wcześniej zawartych umów (interpretacja z dnia 5 maja 2019 r., sygn. akt 0114-KDIP1-3.4012.99.2019.2.MK). W takich przypadkach podatnicy zobowiązani są do złożenia deklaracji VAT i rozliczenia podatku VAT należnego.

W okresie zawieszenia działalności przedsiębiorcy przysługuje także prawo do odliczenia VAT naliczonego, uwzględniając związek poniesionych kosztów z działalnością opodatkowaną. Co do zasady, organy podatkowe potwierdzają prawo do odliczenia, o ile ponoszone wydatki zabezpieczają źródło przychodów i mają związek z działalnością, która w przyszłości będzie odwieszona (przykładowo interpretacja z dnia 24 lipca 2019 r., sygn. akt 0112-KDIL4.4012.261.2019.4.JS). W takim przypadku podatnik nie jest zobowiązany do składania deklaracji VAT, a odliczenia można dokonać w pierwszej deklaracji po odwieszeniu (ewentualnie na bieżąco jeżeli są spełnione ustawowe warunki odliczenia).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy epidemia koronawirusa zmniejszyła smog w Warszawie?

Pierwsze miesiące koronawirusowego lockdownu przyniosły nadzieję na oczyszczenie się powietrza. Zamknięci w domach kierowcy mniej poruszali się samochodami, produkowali więc mniej zanieczyszczeń i pyłów zawieszonych w powietrzu. Z tego okresu pamiętamy niesamowite zdjęcia wysoce zanieczyszczonych miast, w których powietrze było przejrzyste po raz pierwszy od kilku dekad. Nie można jednak na podstawie tego zjawiska jednoznacznie powiedzieć, że epidemia COVID wpłynęła na polepszenie się jakości powietrza. Dawniej, gdy patrzyliśmy na krzywą zanieczyszczenia powietrza, widzieliśmy poranny szczyt, w środku dnia powietrze było względnie czyste, a smog wracał wieczorem – kiedy wracaliśmy z pracy i grzaliśmy dom. Teraz ta krzywa stężeń jest bardziej płaska. Siedzimy cały czas w domu i cały czas musimy utrzymać komfortową temperaturę. Jeżeli ogrzewamy dom kopciuchem, dymu będzie więcej.

– Ruch samochodowy przyczynia się do emisji tlenków azotu i ozonu, a także pyłów zawieszonych. W marcu 2020 roku w ciągu 3 tygodni jakość powietrza w Warszawie poprawiła się o połowę. Widać więc, że ograniczenie ruchu samochodów potrafi w bardzo krótkim czasie mocno poprawić jakość powietrza. To jest dobry sygnał dla aktywistów, którzy walczą o to, żeby samochody nie wjeżdżały do miast – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Siergiej z Warszawskiego Alarmu Smogowego. – Natomiast jeżeli mówimy o smogu zimowym – wywołanym przez palenie w kopciuchach, kotłach i kominkach – możemy się spodziewać wzrostu zanieczyszczeń. Jeżeli siedzimy w domu i nie wychodzimy do pracy, będziemy więcej grzać. Nie mamy jeszcze pełnych pomiarów i trudno jednoznacznie osądzić, jak epidemia wpłynęła na jakość powietrza. Intuicja mówi mi jednak, że podczas COVID-u mamy do czynienia z większym smogiem. Z drugiej jednak strony siedząc w domu jesteśmy mniej narażeni na dym, który jest na zewnątrz. Stężenia pyłów zawieszonych w domach są zawsze niższe, niż na dworze. Dlatego ten obraz jest bardziej złożony. Nie można prosto powiedzieć, że COVID poprawił albo pogorszył sytuację smogową – podsumowuje Siergiej.

Przedłużające się restrykcje mogą nasilać objawy depresji wśród Polaków. Jedną z grup najbardziej narażonych są rodzice dzieci w wieku do 18 lat

W pierwszych miesiącach pandemii najwyższy poziom objawów depresji i lęku przejawiały osoby w wieku 18–24 lata, z kolei w grudniu 2020 roku depresja najczęściej dotyczyła osób w wieku 35–44 lata – wynika z badań prowadzonych przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego. Na dalsze nasilanie depresji najbardziej narażone są osoby do 45. roku życia, doświadczające trudności zawodowych oraz konfliktów rodzinnych, ale także rodzice, coraz bardziej zmęczeni łączeniem pracy zdalnej i opieki nad dziećmi. – Szczególnie ważne jest objęcie wsparciem psychologicznym dzieci, młodzieży i całych rodzin – mówi dr hab. Małgorzata Gambin z UW, koordynatorka badań.

Nasilenie objawów depresji i lęku jest wyższe w trakcie pandemii, ale w szczególności w pewnych momentach, szczególnie w okresach wzmożonych restrykcji, większych ograniczeń, ale też w czasie zwiększonej liczby zakażeń – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Małgorzata Gambin, koordynatorka grupy badawczej „Psychologiczne aspekty pandemii” z Uniwersytetu Warszawskiego. – Zaobserwowaliśmy, że w wakacje ubiegłego roku poziom objawów depresji w społeczeństwie obniżył się, więc możemy mieć nadzieję, że latem spora część społeczeństwa zaadaptuje się do tej sytuacji i kolejnych zmian. 

Raport z badania „Depresja, lęk i pandemia” przeprowadzonego na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego w 2020 roku pokazał, że osoby badane przejawiały najwyższe nasilenie objawów depresji i lęku uogólnionego w maju i grudniu ubiegłego roku, natomiast najniższe – w lipcu 2020 roku. W grudniu w grupie ryzyka klinicznego nasilenia depresji znajdowało się 29 proc. kobiet i 24 proc. mężczyzn.

Poziom samopoczucia zmieniał się dynamicznie także w poszczególnych grupach wiekowych. Na początku pandemii, wiosną, najwyższym poziomem niepokoju i przygnębienia zareagowały młode osoby, w wieku 18–24 lata. Później, w grudniu osoby w wieku 35–44 lata przejawiały najwyższy poziom objawów depresji i lęku. W szczególności dotyczyło to rodziców, którzy byli już zmęczeni przedłużającym się czasem łączenia pracy zdalnej z opieką nad dziećmi – mówi ekspertka Wydziału Psychologii UW.

Badanie wykazało, że rodzice są jedną z grup badanych, które wykazywały większą podatność na nasilenie depresyjności. W grudniu 2020 roku rodzice dzieci w wieku do 18 lat zmagali się z wyższym poziomem takich objawów niż osoby, które nie miały dzieci w tym wieku. Z badania UW wynika, że podwyższony poziom objawów depresji i lęku uogólnionego przejawiały także osoby przebywające na kwarantannie lub w izolacji domowej, które utraciły ciągłość wynagrodzenia lub podejrzewały, że przeszły zakażenie COVID-19, ale nie robiły testu.

Wyższy poziom objawów depresji przejawiały także osoby, które doświadczały dużych trudności rodzinnych, a nawet konfliktów, szczególnie w czasie zamknięcia w domu, kiedy nieuniknione było przebywanie przez długi czas z bliskimi – dodaje Małgorzata Gambin.

Jej zdaniem problem może się nasilać podczas kolejnych lockdownów, szczególnie wśród grup bardzo narażonych na depresję, czyli osób doświadczających trudności w pracy, kłopotów finansowych i rodzinnych.

Wymienionym grupom osób z wyższym nasileniem objawów depresji i lęku powinno się poświęcić uwagę i wsparcie – w szczególności ważne jest wspieranie rodzin z dziećmi w czasie epidemii, gdyż objawy depresji u rodzica utrzymujące się przez dłuższy czas mają negatywne skutki dla funkcjonowania emocjonalnego dzieci i całej rodziny – podkreślili autorzy badania.

Osobną grupą narażoną na negatywne psychologiczne skutki pandemii są przedstawiciele zawodów medycznych. Wśród przebadanych przez naukowców z Wydziału Psychologii UW osób z ochrony zdrowia 24 proc. znajdowało się w grupie ryzyka klinicznego nasilenia objawów depresji, a 34 proc. znajdowało się w grupie ryzyka klinicznego nasilenia zespołu lęku uogólnionego. W tej grupie zawodowej pielęgniarze i pielęgniarki przejawiali najwyższy poziom zarówno obaw, poczucia zagrożenia, jak i depresyjności i lęku uogólnionego. Był on istotnie wyższy niż w przypadku lekarzy.

Jak podkreśla ekspertka, z badań prowadzonych na Uniwersytecie Warszawskim pod kierunkiem dr. hab. Pawła Holasa wynika, że skuteczną metodą na radzenie sobie ze stresem są treningi uważności (MBCT), szczególnie dla osób, które doświadczają bardzo dużego nasilenia problemów emocjonalnych.

Może to być strategia radzenia sobie ze stresem dla każdego. Badania pokazują skuteczny wpływ tych treningów na budowanie większej świadomości własnych uczuć, emocji, nabranie pewnego dystansu do przeżywanych trudności emocjonalnych, większej akceptacji przeżywanych emocji – wymienia Małgorzata Gambin.

Z badania „Trening uważności online w pandemii” wynika, że internetowy trening uważności może skutecznie poprawiać dobrostan psychiczny osób dotkniętych negatywnymi emocjonalnymi konsekwencjami pandemii COVID-19. Okazało się, że MBCT obniża poziom depresji, problemów lękowych i zaburzenia adaptacyjnego związanego z pandemią, a jego korzystne efekty mogą być związane z nabyciem większego dystansu do własnych przeżyć.

Dodatkowo badania dr. Juliana Zubka pokazują, że pozytywny wpływ na nasze samopoczucie ma aktywność fizyczna, dbanie o uregulowany rytm dnia, regularność snu i planowanie różnych aktywności w ciągu dnia, jak również realizowanie hobby. Bardzo ważne jest, żeby osobom, które doświadczają bardzo wysokiego nasilenia problemów emocjonalnych, w tym dzieciom, nastolatkom i całym rodzinom, zapewnione było wsparcie psychologiczne – podsumowuje ekspertka Wydziału Psychologii UW.

Z raportu badawczego „Rytmy dnia” wiadomo, że ćwiczenia fizyczne i hobby miały pozytywne przełożenie na samopoczucie podczas pandemii, a nauka i praca zawodowa, zwykle związane z siedzeniem przy komputerze, obniżały nastrój. Niekorzystne było także poświęcanie zbyt wiele czasu na elektroniczną rozrywkę i kulturę. Korzystne było natomiast posiadanie uregulowanych rytmów dziennych i tygodniowych, które pozwalają przez dłuższy czas skupić się na jednego rodzaju aktywności. Życie rodzinne miało pozytywny wpływ na nastrój badanych, ale tylko w sytuacjach, gdy do kontaktu dochodziło bezpośrednio, a nie za pośrednictwem mediów elektronicznych.

Nastroje wśród producentów żywności coraz lepsze. Mniejszy popyt gastronomii rekompensują zakupy konsumenckie i eksport

Po okresie największego pesymizmu, jaki towarzyszył branży spożywczej latem ubiegłego roku, nastroje stopniowo się poprawiają, choć do powrotu do sytuacji sprzed pandemii jeszcze daleka droga. To wnioski z badania firmy analitycznej Food Research Institute. Luty był pierwszym miesiącem w czasie pandemii, w którym widać wzrost Indeksu FRI. – Lokomotywą napędzającą rozwój polskich producentów żywności w czasie pandemii jest eksport. Przetwórcy nadążają za światowymi trendami i stają się ważnym europejskim graczem w segmencie żywności bio i eko – mówi Dariusz Chołost, general manager Food Research Institute.

Indeks FRI jest publikowany przez Food Research Institute od pięciu kwartałów. Odzwierciedla nastroje menedżerów z branży spożywczej. Przed wybuchem pandemii w styczniu 2020 roku był na poziomie 67,4 pkt, w lipcu spadł do 50,8 pkt, a w lutym br. odbił się do 56,2 pkt.

Nastroje w branży spożywczej dotyczące przyszłości są bardzo dobre. Przetwórcy przyjęli model kryzysowy i umiejętnie dopasowali się do sytuacji w branży. Myślę, że mimo wszystkich zawirowań związanych z ograniczeniem handlu i zmianą zachowań konsumenckich odnaleźli się bardzo dobrze – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Chołost.

Jak podaje Food Research Institute, 29 proc. zapytanych menedżerów przewiduje, że za trzy miesiące sytuacja ich firmy poprawi się w stosunku do obecnej. 51 proc. uważa, że pozostanie ona bez zmian, a 20 proc. ocenia, że się pogorszy. Prognozy sytuacji za sześć miesięcy są podobne, choć respondentów spodziewających się pogorszenia sytuacji jest nieco więcej (22 proc.).

Do osiągnięcia poziomu sprzed pandemii jeszcze jednak długa droga. Jeśli oczekiwania menedżerów firm spożywczych się sprawdzą, to Indeks FRI za maj sięgnie 59,5 pkt, co oznaczałoby wzrost o 3,3 pkt w stosunku do lutego br. Dobre oczekiwania co do wartości majowego wskaźnika umacnia też fakt, że przetwórstwo rolno-spożywcze, pomijając pojedyncze kategorie, dobrze poradziło sobie w okresie pandemii.

– Lokomotywą branży spożywczej jest eksport. Oczywiście przykre jest to, że polskie firmy dalej nie sprzedają wyrobów pod własną marką, lecz produkty do przetworzenia, ale to w obecnej sytuacji jest już względne. Najważniejsze, że eksport ratuje kondycje firm, chociaż widzimy pewne spadki, np. o 10 proc. w segmencie drobiu, w którym jesteśmy liderem europejskim – dodaje ekspert.

Spadek sprzedaży zagranicznej w tym segmencie jest związany z ograniczeniem zamówień z kanału gastronomicznego, ale drób jest wciąż chętnie kupowany przez gospodarstwa domowe. Podobnie jest w innych segmentach rynku, bo konsumenci nie zmniejszyli zakupów żywnościowych w czasie pandemii.

Zmieniają się preferencje konsumentów. Patrzymy już na zakupy bardziej odpowiedzialnie, chcemy, by produkty spożywcze, które kupujemy, były zdrowe. Konsumenci szukają nowych produktów i stają się coraz bardziej świadomi – zaznacza general manager Food Research Institute. – Polscy producenci żywności nadążają za tymi trendami, a w segmencie produkcji żywności bio czy eko stają się powoli potęgą. Europejski Zielony Ład będzie wymuszał zmiany związane z formą produkcji, a więc będzie to wymagało odejścia od produktów masowych w kierunku ekologicznych. To jest jedyne rozwiązanie dla przetwórców.

W ubiegłym roku – jak wynika z danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa – sprzedaż artykułów rolno-spożywczych za granicę osiągnęła nienotowany dotąd poziom 34 mld euro, o ponad 2 mld euro wyższy niż rok wcześniej (wzrost o 7 proc.). Na dobre wyniki eksporterów przełożył się również korzystny kurs złotego do euro i dolara amerykańskiego, co sprzyjało konkurencyjności cenowej polskich produktów na rynku międzynarodowym. Głównym odbiorcą polskich produktów pozostają kraje UE, które wygenerowały 27,2 mld euro, a w szczególności Niemcy (8,5 mld euro i wzrost o 10 proc. r/r). Udział artykułów rolno-spożywczych w strukturze eksportu ogółem wzrósł w ubiegłym roku do 14,3 proc.