Rusza Narodowy Spis Powszechny – jak bezpiecznie przekazać swoje dane

1 kwietnia startuje Narodowy Spis Powszechny Ludności i Mieszkań przeprowadzany przez Główny Urząd Statystyczny. Jednym ze sposobów wypełniania ankiet będzie telefoniczna rozmowa z rachmistrzem, podczas której zapyta on m.in. o  imię, nazwisko, datę urodzenia, numer PESEL oraz o dokładny adres zamieszkania. Ekspert serwisu ChronPESEL.pl radzi, jak bezpiecznie przekazać swoje dane.

Narodowy Spis Powszechny Ludności i Mieszkań odbywa się raz na 10 lat i udział w nim jest obowiązkowy. Spisać muszą się wszyscy mieszkańcy naszego kraju, w tym również cudzoziemcy oraz żyjące w Polsce osoby, które w trakcie spisu przebywać będą za granicą. Wszystko do końca września 2021 r.

Wziąć udział w spisie będzie można na kilka sposobów. Jak podaje GUS, formą obowiązkową będzie spis za pośrednictwem specjalnego formularza, który należy wypełnić na stronie https://spis.gov.pl. Jednak doświadczenia z przeprowadzonego niedawno spisu rolnego, kiedy z takiej możliwości skorzystało tylko około 20 proc. respondentów, pokazują, że nie musi to być najpopularniejsze rozwiązanie. Dlatego do osób, które nie zrobią tego same, po 15 kwietnia zadzwoni rachmistrz spisowy, który na podstawie zadanych pytań wypełni odpowiednią ankietę. Ze względu na panującą epidemię koronawirusa nie będzie wizyt rachmistrzów w domach. Możliwe za to będzie wypełnienie spisu w siedzibie  urzędu gminy. Żeby to zrobić trzeba się będzie wcześniej umówić telefonicznie. Wówczas na miejscu przygotowane zostanie specjalnie zabezpieczone stanowisko.

Zachowaj czujność i sprawdź rachmistrza

60 proc. Polaków boi się, że w czasie pandemii ich dane osobowe trafią w niepowołane ręce. Aktywni od początku epidemii koronawirusa oszuści mogą w tym wypadku próbować wyłudzić nasze dane. Jak wynika z badań przeprowadzonych pod koniec 2020 r. przez serwis ChronPESEL.pl i Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej, w czasie pandemii 18 proc. Polaków doświadczyło próby oszustwa poprzez otrzymanie podejrzanego telefonu, SMS lub wiadomości e-mail. Dodatkowo 12 proc. respondentów przyznało, że nie ma pewności, czy w czasie rozmowy nie mieli do czynienia z oszustem.

W tej sytuacji, rekomendowany przez GUS, samospis internetowy wydaje się najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Nie wszyscy jednak skorzystają z tej formy ankiety. Na co zwrócić uwagę?

Przede wszystkim warto wiedzieć, że mamy prawo zweryfikować rachmistrza, z którym będziemy rozmawiać. Każdy uczestnik spisu może sprawdzić tożsamość swojego rozmówcy. Wystarczy poprosić o jego imię, nazwisko i numer legitymacji. Możemy je sprawdzić na stronie spisu w zakładce „Sprawdź rachmistrza” lub dzwoniąc na infolinię spisową na numer 22 279 99 99. Warto to zrobić, zanim odpowiemy na pytania. Dlatego, gdy otrzymamy telefon, weźmy potrzebne do weryfikacji dane od naszego rozmówcy i umówmy się z nim na inny termin. Wcześniej sprawdźmy, czy rzeczywiście jest tym za kogo się podaje. Możemy również sami zadzwonić na infolinię i umówić się na konkretny dzień na rozmowę – mówi Bartłomiej Drozd, ekspert serwisu ChronPESEL.pl, partnera Krajowego Rejestru Długów.

Jeśli w późniejszym czasie spotkania bezpośrednie z rachmistrzami, w tym wizyty domowe, zostaną przywrócone, wówczas każdego odwiedzającego nas gościa powinniśmy wylegitymować. Oprócz odpowiedniego dokumentu, osoby odpowiedzialne za spis będą miały ze sobą również specjalne urządzenie spisowe.

Dlatego zwłaszcza w obecnej fazie pandemii zwróćmy  uwagę na to, że rachmistrz spisowy będzie się z nami kontaktował wyłącznie telefonicznie. W związku z tym wszystkie SMS-y lub e-maile zachęcające do kliknięcia w link lub wykonania połączenia powinniśmy potraktować jako próbę oszustwa. W ten sam sposób powinniśmy podejść również do wszystkich telefonów od rzekomych rachmistrzów w pierwszej połowie kwietnia. Śledźmy na bieżąco informacje na stronie spisu, żeby wiedzieć, kiedy przywrócone zostaną spotkania bezpośrednie. W przypadku wątpliwości zawsze możemy również zadzwonić na infolinię – dodaje Bartłomiej Drozd.

Pomóżmy seniorom

Jak informuje GUS, po zakończonym spisie, niezależnie od tego, czy zrobimy to sami, czy z pomocą rachmistrza, nikt więcej nie powinien się już z nami kontaktować.

W związku z tym nie reagujmy, jeśli po wypełnieniu spisu, ktoś będzie się chciał z nami umówić na uzupełnienie ankiety lub ponowne jej wypełnienie. Uczulmy na to również naszych bliskich i zadbajmy o to, by starsi członkowie naszej rodziny wiedzieli, jak postępować, a najlepiej sami pomóżmy im wypełnić formularz. Uważajmy też na wizyty domowe. Te w związku z panującą pandemią nie powinny mieć miejsca – mówi Bartłomiej Drozd.

Jak zapewnia GUS, wszystkie dane osobowe przetwarzane w ramach prac spisowych są poufne i podlegają szczególnej ochronie. Od momentu ich zebrania stają się danymi statycznymi i objęte zostają tajemnicą statystyczną, która ma charakter absolutny – jest wieczysta, obejmuje wszystkie dane osobowe i nie przewiduje żadnych wyjątków umożliwiających jej uchylenie. Za złamanie tajemnicy i udostępnienie tych informacji w celach innych niż przewidziane przez spis grozi odpowiedzialność karna.

Czego potrzebują innowacyjne firmy by odnieść sukces w post-pandemicznej rzeczywistości?

Druga edycja badania o innowacyjności w biznesie, przygotowana przez Mastercard i Harvard Business Review Analytic Services, pokazuje, na jakie obszary firmy powinny zwrócić uwagę, jeśli chcą odnieść sukces w post-pandemicznej rzeczywistości.

Wzrost zapotrzebowania na cyfrowe rozwiązania i spersonalizowaną obsługę klienta, jaki miał miejsce w minionym roku, sprawił, że firmy położyły jeszcze większy nacisk na innowacyjność. Jak wynika z drugiej edycji raportu Become Index, przygotowanego przez Mastercard i Harvard Business Review Analytic Services, 53% dyrektorów wyższego szczebla umieszcza innowacje na wysokim miejscu w swojej hierarchii priorytetów, zaś prawie połowa (42%) ankietowanych przedsiębiorstw zwiększyła swoje budżety na ten cel. Firmy opracowały także nowe metody zapewniania bezpieczeństwa pracownikom oraz wprowadziły nowe elementy oferty i obsługi klientów, aby lepiej chronić ich zdrowie i dbać o ich poczucie bezpieczeństwa.

Become Index to doroczne badanie, którego partnerem jest Mastercard, bazujące na Indeksie Innowatorów Biznesu opracowanym przez Harvard Business Review Analytic Services. Ankiety wśród największych na świecie firm oraz ich klientów są podstawą rekomendacji dla menedżerów, którzy chcą pobudzić innowacyjność w swoich organizacjach. W drugiej edycji badania przeprowadzono wywiady z ponad 1,8 tys. liderów biznesu i przeszło 10 tys. konsumentów z całego świata.

Najnowszy raport pokazuje, że pandemia zmieniła konsumentów i ich podejście do innowacji. Ankietowani Europejczycy mniej chętnie niż przed pandemią przyjmują zmiany w ulubionych aplikacjach i stronach internetowych – tylko 22% konsumentów uznało, że poprawione doświadczenie użytkownika jest lepsze niż poprzednie. Najważniejsze są dla nich kwestie bezpieczeństwa – 55% klientów szuka firm i marek oferujących bezpieczniejsze zakupy w pandemii. Co ciekawe, mimo rozkwitu sektora e‑commerce, Europejczycy tęsknią za relacjami osobistymi, także tymi doświadczanymi w trakcie robienia zakupów.

Raport z drugiej edycji badania wskazuje na cechy charakterystyczne innowacyjnych firm, które najlepiej odpowiadają na nowe warunki rynkowe. Są to:

  • Cyfrowa zwinność: nadążanie za coraz szybszą cyfryzacją i reagowanie na wymagania klientów w czasie rzeczywistym, co w szczególności dotyczy ich zdalnej obsługi;
  • Kompleksowa analiza danych: decyzje biznesowe podejmowane w oparciu o dane jako kluczowy element funkcjonowania organizacji;
  • „Pancerna” ochrona danych, w szczególności danych klientów;
  • Inwestycje strategiczne: świadome podejmowanie ryzyka i akceptowanie porażek jako części procesu;
  • Bliskie relacje z klientami: utrzymywanie bliskich kontaktów z klientami i wykorzystywanie ich opinii podczas tworzenia innowacji.

„Świat zaczyna wychodzić z długiego cienia pandemii. Innowacje, które przyspieszyły w tym trudnym okresie, stworzyły nowe możliwości, ale też wyzwania. Wiele przedsiębiorstw udowodniło, że potrafi działać szybko i sprawnie oraz stawić czoła niepewnej przyszłości. Istnieją jednak rozbieżności między priorytetami firm a potrzebami ich klientów w trakcie pandemii i po jej zakończeniu. Uważam, że świat biznesu i społeczeństwo muszą znaleźć nową definicję innowacyjności, a firmy zastanowić się, czy mogą nadal wprowadzać zmiany w tak szybkim tempie” – mówi Alex Clemente, dyrektor zarządzający Harvard Business Review Analytic Services.

Jak wynika z raportu Become Index, firmy, które chcą osiągać sukcesy również w przyszłości, powinny ocenić obecne czynniki ryzyka i wymagania klientów, skupiając się na pięciu głównych obszarach:

  • Odbudowa z myślą o człowieku. Z badania wynika, że 71% konsumentów chętniej kupuje produkty marek, które odzwierciedlają ich wartości oraz wyróżniają się dbałością o klientów i pracowników.
  • Przełamywanie barier zdalnej współpracy. Ponad jedna trzecia (38%) dyrektorów uważa, że praca zdalna może być przeszkodą dla dalszego rozwoju ich organizacji i wprowadzania innowacji. Rozproszenie zespołu nie tylko utrudnia współpracę (zwłaszcza tę nieformalną, która może się zawiązać spontanicznie podczas przypadkowych spotkań), lecz także oddala pracowników od narzędzi i zasobów niezbędnych do tworzenia innowacji.
  • Określanie priorytetów dla inwestycji w innowacje. Mimo postępów w szczepieniach i leczeniu chorych do najczęściej wymienianych barier dla innowacyjności należą niepewna przyszłość gospodarcza (63%) i potencjalna utrata przychodów (46%). Utrudnia to firmom podejmowanie decyzji, które innowacje wprowadzić, a z których zrezygnować.
  • Dbałość o bezpieczeństwo i ochronę danych. Zaufanie i „spokój ducha” to dziś najważniejsze potrzeby konsumentów, obok zdrowia i bezpieczeństwa oraz wygody. Mimo to zaledwie 37% firm niedawno zainwestowało lub zamierza wkrótce zainwestować w ochronę danych i cyberbezpieczeństwo. Podobnie mało, bo zaledwie 35%, deklaruje, że ich niedawne inwestycje w tym obszarze miały związek z pandemią.
  • Personalizacja relacji z klientami. Ponad jedna trzecia (36%) konsumentów jest gotowa udostępniać więcej danych na swój temat, jeśli oznaczałoby to szybszą i bardziej spersonalizowaną obsługę. Aby być blisko klienta i dobrze poznać jego potrzeby, warto zainwestować w predykcyjne, zasilane danymi i działające w czasie rzeczywistym narzędzia cyfrowe.

Wybuch pandemii zmienił świat, zmienił też potrzeby konsumentów. Nasz najnowszy raport pokazuje, że dziś oczekują oni realnych działań. Wiele biznesów nie nadąża za tymi zmieniającymi się oczekiwaniami i musi dołożyć więcej starań, żeby sprostać nowej normalności” – podsumowuje Michael Miebach, prezes i dyrektor generalny Mastercard.

Pełne wyniki badania Become Index są dostępne w dwóch osobnych raportach, pt. „Wartość doświadczenia: Potrzeby klientów motorem innowacji” oraz „Z perspektywy prezesa: droga innowacji od kryzysu do odbudowy”. Oba są dostępne (w wersji anglojęzycznej) na stronach BecomeIndex.com oraz HBR.org.

HUB4Fintech S.A. połączy się z MINUTOR Energia Sp. z o.o.

Hub4Fintech S.A. (poprzednio CWA S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, podpisała z Minutor Energia Sp. z o.o. Plan Połączenia spółek. Po fuzji Emitent zmieni nazwę na Minutor Energia S.A. i będzie prowadził działalność przede wszystkim w branży odnawialnych źródeł energii.

Hub4Fintech S.A. podpisała w dniu 31.03.2021 r. z Minutor Energia Sp. z o.o. Plan Połączenia. Uzgodniono w nim, że planowane połączenie nastąpi poprzez przeniesienie całego majątku Minutor Energia Sp. z o.o. na Hub4Fintech S.A. w zamian za nowo emitowane Akcje Emisji Połączeniowej. Wartość obu podmiotów została ustalona przez niezależnego biegłego rewidenta i zgodnie z otrzymanymi wycenami została oszacowana na kwotę 33.735.000,00 zł dla Minutor Energia Sp. z o.o. oraz na kwotę 5.265.000,00 zł dla Hub4Fintech S.A. W wyniku połączenia spółek Emitent dokona podwyższenia kapitału zakładowego o kwotę 8.650.000,00 zł w drodze emisji 86.500.000 sztuk akcji zwykłych na okaziciela serii C po cenie emisyjnej wynoszącej 0,39 zł za 1 akcję. Zarząd Hub4Fintech S.A. jest przekonany, że połączenie spółek pozwoli wykorzystać uzupełniające się kompetencje oraz status spółki publicznej do rozwoju nowej działalności w branży OZE.

„Jestem niezwykle zadowolony, że udało nam się podpisać Plan Połączenia spółek. Fuzja z Minutor Energia otworzy nowy rozdział w naszej historii i umożliwi nam rozwój w bardzo perspektywicznej branży odnawialnych źródeł energii. Bardzo podoba nam się filozofia prowadzenia biznesu przez Minutor Energia, a także ich ambitne plany ekspansji rynkowej i wiążemy ogromne nadzieje z połączeniem naszych potencjałów. Rynek NewConnect to obecnie jedno z najlepszych miejsc do rozwijania działalności w segmencie OZE, dlatego nasza fuzja powinna przynieść korzyści Akcjonariuszom.” – ocenia Tomasz Wielgo, Prezes Zarządu Spółki Hub4Fintech S.A.

„Stanie się spółką publiczną to ogromne wyzwanie i duża odpowiedzialność, ale jesteśmy dynamicznie rosnącą organizacją, więc ten kierunek był dla nas od początku głównym celem. Cieszymy się, że proces odwrotnego połączenia możemy przeprowadzać właśnie z Hub4Fintech. Rynek OZE będzie z pewnością dynamicznie rósł w naszym kraju w kolejnych latach i chcemy wykorzystać ten dobry trend oraz osiągnąć w tej branży jak najlepszą pozycję rynkową. Mamy nadzieję, że połączenie zostanie zakończone w najbliższych miesiącach i będziemy mogli pokazać rynkowi nową strategię rozwoju oraz komunikować pozytywne zdarzenia.” – zakończył Zbisław Lasek, Prezes Zarządu Spółki MINUTOR Energia Sp. z o.o.

Jeden dzień zwrotu to za mało

Apetyt na ryzyko poprawiał się w środę na zamknięcie kwartału, ale nie ma co się dać zwieść, że złe nastroje zostały rozwiane na dobre. Ogłoszony lockdown we Francji i kanadyjskiej prowincji Ontario przypomina o ryzykach dla globalnego ożywienia. Nowy plan Bidena nie spotyka się z energiczną reakcją.

Szczegóły nowego planu fiskalnego Bidena w większości potwierdziły wcześniejsze doniesienia prasowe. W ciągu ośmiu lat kwota 2,3 bln USD ma zostać wydana na budowę dróg i mostów, wzmocnienie sektora wytwórczego i inne inwestycje. Uwaga (i krytyka) skupia się wokół finansowania wydatków, które ma odbyć się poprzez podwyżkę podatków przez kolejne 15 lat. Dodatkowe 1 bln USD szykowany też jest na edukację i ochronę zdrowia. Rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA pozostają powyżej 1,70 proc., argumentując za siłą USD. Poza tym inne informacje ostatnich 24 godzin nie były nadzwyczaj optymistyczne, biorąc pod uwagę zarządzony we Francji jednomiesięczny lockdown i podobne restrykcje w kanadyjskiej prowincji Ontario. Stąd wczorajsze zastopowanie awersji do ryzyka i odbicie walut ryzykownych względem dolara nie powinno być odbierane jako punkt zwrotny. Jesteśmy w niewygodnym dla analizy zachowania cen czasie, kiedy zamknięcie kwartału nakłada się na przygotowania na świąteczny długi weekend. Niech nikogo nie zwiedzie jeden dzień realizacji zysków z pozycji, którego w kolejnych dniach mogą ponownie zarabiać.

Szczególnie, że wyjątkowość USA dalej może być solidnym argumentem zachęcającym do kupna dolara. Wspomniane wyżej rentowności to jedno, ale też napływające dane dowodzą, jak godne uznania tempo szczepień przeciw COVID-19 ułatwia otwieranie gospodarki. Dziś raport o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych ma pokazać podtrzymanie spadkowego trendu sugerującego wznowienie procesu zatrudnienia, co prawdopodobnie znajdzie też potwierdzenie w jutrzejszym raporcie NFP. Wczoraj dobrym zwiastunem był raport ADP, który wskazał na wzrost miejsc pracy w sektorze prywatnym o 517 tys. Podobnie optymistycznie powinien wybrzmieć indeks ISM dla przemysłu, kiedy popyt na dobra przemysłowe pozostaje silny i większym problemem sektora hamującym produkcję są trudności z dostawami komponentów.
W strefie euro finalny odczyt PMI dla przemysłu prawdopodobnie potwierdzi silne tempo aktywności, ale to za mało, by zneutralizować obawy o rozwój trzeciej fali zachorowań. Z taką kotwicą będzie trudno o prędkie odbicie EUR/USD i kurs może przeczekać święta blisko 1,17.

Za nami już odczyt PMI dla polskiego przemysłu i kolejny wzrost (do 54,3 z 53,4) powinien cieszyć, nawet jeśli wynik jest nieco niższy od oczekiwań (55,5). Polski przemysł korzysta na wzmocnieniu popytu w Europie, jednak przeszkodą dla rozwoju produkcji są zatory w łańcuchu dostaw. Wpływa to też na najszybszy od początku wprowadzenia badań w 1998 r. wzrost kosztów i cen wyrobów gotowych. W skrócie, dane dowodzą, że sytuacja gospodarcza nie odbiega od tendencji globalnych, a przynajmniej nie uzasadnia skali deprecjacji złotego. Powody słabości waluty leżą gdzie indziej (trzecia fala, wyrok ws. franków), ale są to czynniki przejściowe. Zatem i słabość złotego będzie przejściowa, nawet jeśli kwiecień zapowiada się na burzliwy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

70 proc. Polaków woli kupować jaja z wolnego wybiegu. Na preferencje konsumentów odpowiadają największe firmy z sektora spożywczego, w tym Lubella

Ponad 70 proc. konsumentów w Polsce zwraca uwagę na warunki hodowli kur przy wyborze jajek w sklepie – wynika z badań przeprowadzonych dla Stowarzyszenia Otwarte Klatki. Dotyczy to także żywności, do której przygotowania wykorzystywane są jajka, np. makaronów. Co istotne, w ciągu ostatnich lat świadomość w tej kwestii wśród polskich konsumentów radykalnie wzrosła. Coraz więcej producentów żywności rezygnuje więc ze stosowania jaj pochodzących z chowu klatkowego. Wśród nich jest także Lubella – największy w Polsce producent makaronów. 

Nasza decyzja o rezygnacji przez Lubellę z wykorzystania jaj z chowu klatkowego podyktowana jest potrzebami Polaków poszukujących żywności wytworzonej z naturalnych składników, najwyższej jakości, która nawiązuje do tradycyjnych smaków z dzieciństwa. Ta zmiana to również element naszych działań w zakresie społecznej odpowiedzialności biznesu – mówi Dorota Liszka, manager ds. komunikacji korporacyjnej.

Według przytaczanych przez Stowarzyszenie Otwarte Klatki badań CBOS w 2018 roku sposób chowu kur był najważniejszym kryterium podczas kupowania jaj dla 35 proc. Polaków. To aż trzykrotny wzrost względem 2006 roku. W tym samym czasie o ponad połowę spadło też znaczenie ceny jako głównego kryterium zakupowego (z 27 proc. w 2006 do 11 proc. w 2018 roku).

Ubiegłoroczne badanie Biostatu dla stowarzyszenia pokazuje z kolei, że warunki hodowli kur są istotnym czynnikiem przy wyborze rodzaju jajek już dla blisko 71 proc. polskich konsumentów. Niemal tyle samo deklaruje, że jest gotowych zapłacić nawet więcej za jajka lub produkty zawierające jajka, które pochodzą z ferm zapewniających kurom lepsze warunki niż hodowla klatkowa.

– Wolny wybieg to – obok chowu ściółkowego i ekologicznego – jedna z alternatyw wobec chowu klatkowego. Każda z nich jest lepsza dla dobrostanu kur niosek. W chowie na wolnym wybiegu, z którego pochodzą jaja tzw. jedynki, kury mają w ciągu dnia dostęp do pokrytego roślinnością wybiegu, mogą przebywać na świeżym powietrzu i swobodnie się poruszać. Mają też możliwość realizacji swoich naturalnych, gatunkowych zachowań jak grzebanie w ziemi, grzędowanie i aktywne poszukiwanie pożywienia – tłumaczy Maria Madej ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki.

Oczekiwania i większa świadomość konsumentów powoli zmieniają cały polski rynek. Co prawda wciąż dominuje na nim chów klatkowy kur niosek, ale struktura systemu utrzymania kur stopniowo się zmienia.

Na ten moment ponad 140 firm działających w Polsce – w tym przedsiębiorstwa z branży spożywczej – wydało oficjalne zobowiązanie do wycofania jaj z chowu klatkowego z łańcucha produkcji lub swojej oferty najpóźniej do 2025 roku, kierując się właśnie oczekiwaniami konsumentów i troską o dobrostan zwierząt – mówi Maria Madej. – Rezygnacja z jaj klatkowych stała się niezbędnym elementem polityki CSR. Każde odpowiedzialne społecznie przedsiębiorstwo, chcąc pozostać konkurencyjne na rynku, powinno uwzględniać w swojej strategii kwestię dobrostanu zwierząt.

W gronie firm, które już zrezygnowały z jaj pochodzących z chowu klatkowego, są zarówno małe, lokalne, jak i bardzo duże polskie firmy. Dołączyła do nich także Lubella, czyli największy w Polsce producent makaronów. Marka zdecydowała się wprowadzić zmianę w recepturze, wybierając do produkcji swoich makaronów cztero- i pięciojajecznych jajka pochodzące od kur z wolnego wybiegu.

– Lubella już dwa lata temu zobowiązała się, że do 2025 roku całkowicie zrezygnuje z jaj z chowu klatkowego, ale udało nam się wyprzedzić tę deklarację. W efekcie już teraz w makaronie cztero- i pięciojajecznym wykorzystujemy jaja z wolnego wybiegu, natomiast w pozostałych produktach – z chowu ściółkowego – uściśla Dorota Liszka.

Lubella obecnie zakończyła proces wycofywania jajek pochodzenia klatkowego. Już teraz w produktach firmy znajdują się wyłącznie jajka z chowu bezklatkowego. Ten ważny krok marki popiera Stowarzyszenie Otwarte Klatki, które od 2016 roku prowadzi kampanię Jak One To Znoszą?, w ramach której podkreśla, że troska o dobrostan zwierząt jest niezbędnym elementem odpowiedzialności społecznej biznesu. Wprowadzone przez Lubellę zmiany pozytywnie wpłyną na kształtowanie świadomości konsumenckiej i promocję dobrych praktyk w biznesie, co jest wspólnym celem marki i Stowarzyszenia Otwarte Klatki.

Nord Stream 2 na ukończeniu mimo sankcji. Polska bez realnego, bezpośredniego wpływu na postępy projektu

Wciąż nie wiadomo, czy administracja Joe Bidena zdecyduje się rozszerzyć sankcje wobec projektu Nord Stream 2. Nieoficjalnie mówi się, że taka decyzja może zapaść w połowie maja. W tej chwili budowę gazociągu kontynuuje rosyjska barka Fortuna, a niedługo ma do niej dołączyć także Akademik Czerski, który ułoży na dnie morza brakujący odcinek w wyłącznej strefie ekonomicznej Danii. Gazprom informował już, że stopień gotowości projektu przekracza 90 proc. – Strona polska de facto nie ma dzisiaj możliwości oddziaływania na przyszłość Nord Stream 2 – mówi ekspert ds. rynków energetycznych Mateusz Kubiak. Jak podkreśla, jego ukończenie będzie mieć daleko idące konsekwencje gospodarcze, ale i polityczne dla całego regionu.

– Ewentualny sukces Nord Stream 2 będzie oznaczał, że Ukraina straci swoje znaczenie tranzytowe. Można domniemywać, że przez to z biegiem lat zainteresowanie sprawą ukraińską na zachodzie Europy będzie malało. Ponadto budowa Nord Stream 2 wpływa na relacje transatlantyckie oraz wewnątrz samej Unii Europejskiej. To jest sprawa głęboko dzieląca sojuszników i taką pozostanie. Z kolei jeżeli dojdzie do fiaska tego projektu, może to doprowadzić do dodatkowych zatargów pomiędzy sojusznikami po obu stronach Atlantyku. Zresztą sporów między państwami możemy się spodziewać, nawet jeśli projekt odniesie sukces – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Kubiak, ekspert ds. rynków energetycznych w Esperis Consulting.

Dwunitkowy gazociąg Nord Stream 2, o przepustowości 55 mld m3 rocznie, ma transportować rosyjski gaz do Niemiec po dnie Morza Bałtyckiego z pominięciem Ukrainy. Będzie przebiegać przez wody terytorialne lub wyłączne strefy ekonomiczne Finlandii, Szwecji i Danii. Wart 10 mld euro projekt infrastrukturalny na ponad rok wstrzymały amerykańskie sankcje, ponieważ USA – podobnie jak m.in. Polska, Ukraina, Łotwa i Litwa – są przeciwne inwestycji, wskazując na jej polityczny charakter. Może ona bowiem zwiększyć zależność od rosyjskiego gazu, a przy okazji zwiększyć wpływ Kremla w Europie i naruszyć jej bezpieczeństwo energetyczne.

– W przypadku oddania do użytku Nord Stream 2 zmianie ulegnie cała architektura przepływów gazu w regionie. Przesył przez Ukrainę i Słowację zostanie ograniczony, a w zamian rosyjski gaz będzie płynął na zachód od Polski i niejako oplatał Europę Środkowo-Wschodnią. Skutkiem będzie też zacementowanie roli Rosjan jako dominującego dostawcy gazu w regionie. Zyskają oni dodatkową elastyczność i będą mogli w większym stopniu oddziaływać na regionalny rynek – wymienia ekspert Esperis Consulting.

Rosja jest zdeterminowana, żeby przy poparciu Niemiec i Austrii dokończyć budowę gazociągu, którą w lutym tego roku, po ponad rocznej przerwie, wznowiła własnymi siłami. Ze względu na sankcje i naciski amerykańskiej administracji Rosjanie nie mają bowiem możliwości współpracy z zagranicznymi wykonawcami i spółkami inżynieryjnymi.

W tej chwili rosyjska barka Fortuna kontynuuje prace na jednej z dwóch nitek gazociągu (linia B). Do ułożenia pozostaje jeszcze odcinek w wyłącznej strefie ekonomicznej Danii. Do prac na linii A ma wkrótce dołączyć rosyjska układarka Akademik Czerski. Zgodnie z harmonogramem budowa obu nitek gazociągu ma potrwać do końca III kwartału br., więc magistrala powinna być gotowa pod koniec września. Gazprom informował już, że stopień gotowości projektu przekracza 90 proc.

Sekretarz stanu USA Antony Blinken poinformował w wywiadzie dla CNN, że prezydent Joe Biden uważa projekt Nord Stream 2 za „zły pomysł”, który podkopuje europejskie bezpieczeństwo energetyczne i narusza interesy Ukrainy czy Polski. Blinken przekazał tę informację również szefowi niemieckiego MSZ Heiko Maasowi, ostrzegając przy tym, że zaangażowanie w budowę gazociągu jest zagrożone amerykańskimi sankcjami. Wciąż jednak nie wiadomo, czy nowa administracja zdecyduje się je rozszerzyć.

Jak dotąd spory wokół Nord Stream 2 nie zdołały na dobre zatrzymać budowy gazociągu, ale nawet jeśli Rosji uda się go ukończyć, problematyczna pozostaje kwestia jego certyfikacji, zatwierdzenia zgodności z projektem technicznym i oddania do użytku. W tej chwili takie usługi podpadają pod amerykańskie sankcje. Kolejny problem stanowi też zgodność z regulacjami UE i znowelizowaną dyrektywą gazową, zgodnie z którą część przepustowości nowego gazociągu będzie musiała zostać udostępniona podmiotom trzecim z terenu UE, a rosyjski koncern energetyczny Gazprom nie będzie mógł m.in. sam zarządzać gazociągiem, który jednocześnie zaopatruje w surowiec.

– Na razie nie wiemy, w jakim trybie gazociąg Nord Stream 2 miałby zostać uruchomiony, ze względu na wątpliwości dotyczące unijnych regulacji. Nie wiemy też, ile tego gazu będzie przesyłane i przez kogo – mówi Mateusz Kubiak.

W październiku ubiegłego roku UOKiK nałożył ponad 29 mld zł kary na rosyjski koncern energetyczny Gazprom oraz ponad 234 mln zł na pięć pozostałych spółek uczestniczących w projekcie Nord Stream 2 (francuski Engie Energy, niemiecki Uniper, austriacki OMV, holendersko-brytyjski Shell oraz niemiecki Wintershall) i nakazał rozwiązać umowy zawarte na finansowanie budowy gazociągu. Rosjanie zaskarżyli tę decyzję, ale – jak ocenia ekspert – toczące się postępowanie też nie będzie miało większego wpływu na postępującą realizację tego projektu.

– Ta decyzja w żaden sposób nie przełożyła się na jakiekolwiek wiążące decyzje inwestorów w odniesieniu do samego projektu. Decyzja UOKiK została zaskarżona przez Rosjan i inne spółki europejskie, które współfinansują gazociąg, a sprawa zapewne będzie toczyła się latami przed poszczególnymi instancjami. Mimo to nie wpływa ona na fizycznie postępującą budowę – mówi ekspert.

Jak ocenia, na dziś Polska de facto nie ma większych możliwości oddziaływania na postępy tego projektu.

– Głównym obszarem, w którym Polska mogłaby w jakiś sposób oddziaływać na tę inwestycję, byłoby dołączenie do rozmów pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Niemcami, o których się teraz spekuluje. W świetle zapewnień amerykańskiej administracji – jako istotny sojusznik Stanów Zjednoczonych – my także powinniśmy uczestniczyć w tych konsultacjach. Natomiast to są rozmowy prowadzone zakulisowo, nie wiemy, do jakiego stopnia i czy w ogóle Polska jest przy nich obecna. Ale to nasz jedyny, pośredni sposób oddziaływania na projekt Nord Stream 2 – ocenia Mateusz Kubiak.

W ubiegłym tygodniu wiceminister infrastruktury Grzegorz Witkowski poinformował, że przy budowie Nord Stream 2 współpracują dwa statki, które są własnością niemieckiego armatora, ale pływają pod polską banderą i zostały zarejestrowane w Izbie Morskiej w Gdańsku. Obie jednostki zostały już zakwalifikowane jako łamiące sankcje i wszczęto wobec nich procedurę wyrejestrowania ich spod polskiej bandery. Jak poinformował wiceminister, w przypadku pojawienia się na polskich wodach jednostki zostaną zatrzymane w celu przeprowadzenia inspekcji.

Kolejne instytucje obniżają prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski. Pomimo dużej niepewności nie grozi nam jednak spadek PKB

Zamknięcie gospodarki wiosną 2020 roku przełożyło się na pierwszy od 30 lat spadek produktu krajowego brutto wobec poprzedniego roku. Na obecny rok instytucje krajowe i międzynarodowe przewidują wyraźne odbicie, jednak wraz z kolejnymi tygodniami lockdownu rewidują one swoje prognozy w dół. Zdaniem dra Bohdana Wyżnikiewicza nawet w czarnym scenariuszu nie grozi nam jednak kolejny rok recesji, a PKB powinien być lekko wyższy niż w 2019 roku. Wsparciem dla gospodarki będą przemysł i eksport oraz fakt, że przedsiębiorcy nauczyli się już funkcjonować w warunkach obostrzeń.

Prognozy gospodarcze na rok 2021 są raczej dobre. Nikt nie prognozuje spadku PKB w stosunku do roku 2020, kiedy mieliśmy niecałe 3 proc. obniżenia wartości PKB, czyli nastąpi odbicie. Konsensus prognoz wynosi w granicach 3–4 proc. wzrostu PKB, aczkolwiek kolejny lockdown i niepewność w związku z jego konsekwencjami spowoduje prawdopodobnie obniżanie przez ośrodki prognostyczne prognoz na ten rok. Myślę, że ten optymizm będzie trochę mniejszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Bohdan Wyżnikiewicz, prezes Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych.

Ostatni dzień marca i I kwartału 2021 roku okazał się dniem obniżania kolejnych prognoz gospodarczych dla Polski. Najpierw Bank Światowy ściął ją z 3,5 proc. do 3,3 proc., potem agencja ratingowa Standard & Poor’s zmniejszyła swoje przewidywania z 3,8 proc. do 3,4 proc. Nawet analitycy PKO BP – choć generalnie prognozują poziomy dużo wyższe niż międzynarodowe instytucje – również obniżyły oczekiwania z 5,1 proc. do 4,7 proc. Pierwszy kwartał br. ma być według największego polskiego banku ostatnim – i czwartym z rzędu – na minusie w ujęciu rocznym. Tu też jednak nastąpiła obniżka z -0,5 proc. do -1,5 proc. Z drugiej strony zarówno Bank Światowy, jak i agencja S&P podwyższyły prognozy na 2022 rok, odpowiednio z 3,4 proc. do 4,2 proc. oraz z 4,2 proc. do 4,4 proc.

Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że o ile w roku 2020 lockdown był nowością i kraj trwał w bezruchu, o tyle dzięki tym doświadczeniom przedsiębiorcy nauczyli się działać w warunkach ograniczeń. To szczególnie jest widoczne w przypadku przemysłu, który co prawda eksportuje trochę mniej, ale nie dramatycznie mniej – podkreśla dr Bohdan Wyżnikiewicz. – To dostosowanie się do warunków pandemicznych pomoże polskiej gospodarce stosunkowo dobrze zachować się w roku 2021, chociaż jest jeszcze za wcześnie, żeby prognozy były łatwo sprawdzalne. W dalszym ciągu mamy duże wątpliwości i niepewność, ale myślę, że rok będzie lepszy niż poprzedni, ale tylko niewiele uda nam się przekroczyć poziom rozwoju gospodarczego czy produkcji z roku 2019.

W 2019 roku wartość polskiego PKB wzrosła o 4,5 proc. względem 2018 roku i wyniosła niespełna 2,3 bln zł. W 2020 roku według wstępnych szacunków GUS-u kwota ta zmniejszyła się o 2,8 proc. Najgorszy był II kwartał, gdy gospodarka skurczyła się o 8 proc. rok do roku. Wiele krajów, zwłaszcza południa Europy, miało jednak znacznie większe spadki – Hiszpania o ponad 20 proc., Francja i Włochy – o niemal 20 proc

– Za granicą również są lockdowny, nawet bardziej dotkliwe niż w Polsce, u naszych zachodnich sąsiadów, w Danii, Holandii czy Wielkiej Brytanii, z którą już mniej handlujemy, ale w dalszym ciągu to jest dla nas partner handlowy – mówi prezes Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych. – Tutaj mogą skorzystać nasi eksporterzy, tak jak w ubiegłym roku to miało miejsce, i uzupełniać braki na tamtejszych rynkach. Ta szansa wynika z tych lockdownów i z tego, że nasze produkty cieszą się dobrą renomą i nie są specjalnie drogie.

Nastroje w przemyśle, mierzone nastawieniem menedżerów odpowiedzialnych za zakupy w firmach producenckich, z miesiąca na miesiąc się dotychczas poprawiały. W lutym PMI wzrósł ze styczniowego poziomu 51,9 do 53,4, a to trzeci wzrost z rzędu oraz najbardziej znacząca poprawa w polskim sektorze wytwórczym od czerwca 2018 roku. Obecny trend zwyżkowy utrzymuje się w sektorze od ośmiu miesięcy. Nasilenie popytu sprawiło, że poziom nowych zamówień podniósł się w najszybszym tempie od lipca i jest to druga najwyższa wartość od dwóch i pół roku. Wzmożony napływ nowych zleceń opierał się na eksporcie, który wzrósł w największym stopniu od września 2017 roku – komentuje Markit Economics. 1 kwietnia poznamy dane za marzec – prognoza przewiduje kolejny wzrost, tym razem do poziomu 55,6.

Jeżeli lockdown zostanie przesunięty na kolejne miesiące, to myślę, że wtedy będzie potrzebna bardziej zdecydowana pomoc ze strony państwa i również trzeba liczyć na to, że będziemy mieli na ten cel odpowiednie fundusze z Unii Europejskiej w programie odbudowy – przewiduje dr Bohdan Wyżnikiewicz. – Będziemy musieli bardzo uważnie obserwować doniesienia z gospodarki. Myślę, że nigdy to nie było takie znaczące. Przy tej niepewności jednak należy wyrazić opinię, że nie zanotujemy spadku produktu krajowego brutto w porównaniu z rokiem ubiegłym. Przy czarnym scenariuszu mniej więcej utrzymamy się na zbliżonym poziomie, bo gospodarka się dostosowuje do tych trudnych warunków.

Organizacja masowych szczepień dużym wyzwaniem dla pracodawców. Pilnie potrzebne jest rozszerzenie listy zawodów kwalifikujących do szczepienia

Organizacja szczepień w zakładach pracy może znacząco przyspieszyć cały proces, ale będzie to duże wyzwanie dla pracodawców. – Nie uda się go zrealizować bez dodatkowych zasobów ludzkich, czyli szerszych uprawnień dla grup medycznych do kwalifikacji i wykonywania szczepień – mówi Monika Tomaszewska, ekspert ds. zdrowia Pracodawców RP. Według zasad proponowanych przez rząd kwalifikację do szczepień, oprócz lekarza, ratownika medycznego czy pielęgniarki, mógłby przeprowadzać diagnosta laboratoryjny, farmaceuta, fizjoterapeuta oraz student ostatniego roku medycyny.

Do końca II kwartału, zgodnie z planem rządu, zaszczepionych zostanie 20 mln osób, a do końca sierpnia – wszyscy chętni. Przyspieszenie procesu szczepień będzie możliwe dzięki rozszerzeniu miejsc, gdzie będzie można zgłosić się po szczepionkę. Narodowy Program Szczepień przewiduje uruchomienie punktów szczepień przeciwko COVID-19 w zakładach pracy, w których będzie co najmniej 500 osób chętnych na szczepienie.

Dla części pracodawców będzie to zadanie mniej kłopotliwe, bo posiadają już gabinety lekarsko-zabiegowe, więc dostosowanie ich do potrzeb realizacji szczepień będzie zdecydowanie mniejszym wyzwaniem. Co innego w przypadku zakładów pracy, które takich gabinetów nie posiadają – mówi agencji Newseria Biznes Monika Tomaszewska.

Zorganizowanie punktu szczepień w firmie to przede wszystkim koszty oraz spore wyzwanie logistyczne dla pracodawców. Będą oni zobowiązani m.in. zorganizować miejsce do przechowywania szczepionek, ponieważ wymagają one właściwych temperatur i ich stałego monitorowania.

– Druga istotna kwestia to system zamawiania szczepionek, co też będzie po stronie pracodawcy. Nie mówię o tak przyziemnych rzeczach jak dostęp do aplikacji Centrum e-Zdrowia, ale już same szkolenia i przygotowanie do składania zamówień będą dużym wyzwaniem. Bez wsparcia podmiotu leczniczego pracodawcom będzie bardzo trudno uruchomić punkt szczepień – ocenia ekspertka Pracodawców RP.

Do tego potrzebnych jest jednak szereg zmian w prawie, chociażby dotyczących tego, kto może kwalifikować do szczepienia i kto je może wykonać.

– Nie ma innej możliwości, żeby zrealizować tak masowe szczepienia bez dodatkowych zasobów ludzkich, czyli dodatkowych uprawnień dla innych grup medycznych – podkreśla Monika Tomaszewska.

Według zapowiedzi rządu w najbliższym czasie zmienią się zasady kwalifikacji do szczepień. Będzie mógł je prowadzić lekarz, stomatolog, felczer, pielęgniarka, położna, ratownik medyczny, diagnosta laboratoryjny, farmaceuta, fizjoterapeuta i student ostatniego roku studiów medycznych. Minister Michał Dworczyk zapowiedział także, że w II kwartale rząd wprowadzi możliwość szczepienia przez pojedynczych ratowników medycznych czy pielęgniarki – do tej pory szczepić mogły wyłącznie podmioty prowadzące działalność leczniczą.

Rozwiązania wprowadzane w Polsce mają bazować na tym, co jest w Stanach Zjednoczonych. Kwalifikacja do szczepienia odbywa się poprzez wypełnienie ankiety i jeśli pacjent nie ma przeciwwskazań, to jest kwalifikowany automatycznie. Trudno nam dziś zrozumieć ten mechanizm, bo w przypadku szczepień populacyjnych konieczne jest badanie kwalifikacyjne w Gabinet.gov.pl. Kolejna wątpliwość pojawia się w przypadku odpowiedzi na „tak” w badaniu, np. na pytanie o alergie. Istnieje prawdopodobieństwo, że jeśli padną takie odpowiedzi, będzie potrzebna kwalifikacja lekarza. To wymaga wyjaśnienia. Zakładam, że zostanie to doprecyzowane w przepisach – dodaje ekspertka.

Pomimo rozszerzenia kwalifikacji zorganizowanie zespołu szczepień i kadry do niego może być poważnym wyzwaniem w obecnej sytuacji epidemiologicznej.

Nie wszyscy medycy są jeszcze zaszczepieni. Z drugiej strony duża grupa osób pracuje w szpitalach covidowych poza stałym miejscem pracy, a model opieki ambulatoryjnej, POZ-y czy gabinety prywatne są też bardzo dociążone wizytami pacjentów – mówi  Monika Tomaszewska.

Pracodawcy RP wystosowali list otwarty do Michała Dworczyka i ministra zdrowia Adama Niedzielskiego z apelem o organizację szczepień w dwóch wariantach: u świadczeniodawców w ramach uzgodnionych z pracodawcą grafików (podobnie jak w modelu szczepień nauczycieli) oraz  na terenie danych zakładów pracy. Proponują także, aby przedsiębiorcy mogli ujmować w koszty nakłady poniesione na zorganizowanie punktu lub akcji szczepień.

Trwają prace nad stworzeniem jednego, obowiązującego na całym świecie paszportu szczepionkowego. Pomóc może m.in. technologia blockchain

Nadchodzi era paszportów szczepionkowych. Wszystko wskazuje na to, że by móc swobodnie podróżować i odwiedzać miejsca rozrywki, konieczne będzie przedstawienie zaświadczenia o zaszczepieniu przeciwko SARS-CoV-2. Grupa firm z sektora opieki zdrowotnej łączy siły, aby stworzyć cyfrowe karty identyfikacyjne szczepionek, które weryfikują status szczepień przeciwko koronawirusowi. Tak zwane szczepionkowe paszporty można przechowywać na smartfonach i innych urządzeniach cyfrowych. Pierwsze pilotaże z takimi aplikacjami już trwają – korzystają z nich pasażerowie Air France i mieszkańcy Nowego Jorku. Własne rozwiązania opracowują też agencja lotnicza IATA, Chiny czy Islandia.

Już wkrótce, żeby przyjść np. na koncert, trzeba będzie okazać nie tylko bilet gotowy do zeskanowania, lecz także dowód przyjęcia szczepionki. Grupa firm z sektora opieki zdrowotnej łączy siły, aby stworzyć cyfrowe karty identyfikacyjne, które weryfikują status szczepień na COVID-19. Vaccination Credential Initiative planuje stworzyć dostępny i bezpieczny sposób jego udowodnienia. Karty zdrowia będą zaszyfrowanymi danymi dotyczącymi szczepionek, które można przechowywać w dowolnym portfelu cyfrowym.

– W miarę gdy zwiększa się liczba zaszczepionych osób, niektórzy mogą wymagać posiadania dowodu, że są zaszczepieni. Sektor prywatny i koalicje non-profit już zaczynają nad tym pracować. Naszą rolą jest dopilnowanie, aby wszelkie rozwiązania w tej dziedzinie były proste, bezpłatne, otwarte, dostępne dla ludzi zarówno w wersji cyfrowej, jak i papierowej, i od początku zaprojektowane tak, aby chronić prywatność ludzi – podkreśla Jeffrey Zients, doradca prezydenta USA, koordynator ds. reagowania na koronawirusa w Białym Domu.

W przyszłości karty, które można przechowywać na smartfonach i innych urządzeniach cyfrowych, mogą być wymagane, aby uzyskać dostęp do restauracji, barów, szkół i samolotów. To krok, który może być konieczny, aby jak najszybciej ponownie otworzyć światową gospodarkę.

– Celem Vaccination Credential Initiative jest zapewnienie osobom fizycznym cyfrowego dostępu do ich danych o szczepieniach, tak aby mogły używać narzędzi takich jak CommonPass do bezpiecznych podróży czy powrotu do pracy, szkoły i życia, przy jednoczesnej ochronie prywatności danych – tłumaczy Paul Meyer, dyrektor generalny The Commons Project Foundation.

Obecnie już co najmniej 17 grup pracuje nad własnymi wersjami paszportów szczepionkowych. Nie tylko koalicja Vaccination Credential Initiative (VCI), lecz także Światowa Organizacja Zdrowia i Międzynarodowe Stowarzyszenie Transportu Lotniczego przygotowują własne aplikacje. Stan Nowy Jork zaczął już korzystać z przepustki cyfrowej opracowanej przez IBM. Może pokazywać status szczepień lub wyniki testu COVID-19, a część miejsc publicznych, jak Madison Square Garden, już zapowiedziała, że wykorzystają takie szczepionkowe paszporty jako przepustkę.

Nad swoim pomysłem pracują też Chiny. Potwierdzenia szczepienia elektroniczną aplikacją wprowadziła już Islandia, a w Izraelu obowiązuje karta Green Pass. Obecnie trwa pilotaż, w ramach którego pasażerowie linii Air France mogą skorzystać z aplikacji na smartfony potwierdzającej szczepienie lub nabycie odporności przeciw koronawirusowi. Unia Europejska zapowiedziała z kolei, że swój paszport szczepionkowy chce wprowadzić jeszcze w czerwcu tego roku.

Jeśli jednak system paszportów potwierdzających szczepienia lub nabycie odporności ma się sprawdzić, konieczne jest stworzenie jednego systemu integrującego różne rozwiązania. Tylko to pomoże zapewnić bezpieczeństwo danych.

– Standardy opracowywane przez Vaccination Credential Initiative, w połączeniu z dostępnością niedrogich, szybkich testów na smartfony, które FDA zaczyna autoryzować do użytku domowego, umożliwią twórcom aplikacji tworzenie rozwiązań do weryfikacji stanu zdrowia z zachowaniem prywatności, które można bezproblemowo zintegrować w istniejących systemach biletowych – wskazuje Ken Mayer, założyciel i dyrektor generalny Safe Health.

Programy poświadczające będą musiały mieć solidną ochronę prywatności i być odporne na włamania i fałszerstwa. Zwłaszcza że w dark necie już teraz można kupić nie tylko dawki szczepionek, ale też sfałszowane negatywne wyniki testów na koronawirusa czy właśnie podrobione paszporty szczepionek. Pomóc mogłoby wprowadzenie znaku wodnego do paszportu, nadanie unikalnego kodu QR lub wykorzystanie technologii blockchain.

– Safe Health pracuje obecnie z firmą Hedera nad opracowaniem rozwiązania zapewniającego bezpieczeństwo dla tłumu z wykorzystaniem technologii blockchain. Wykorzystujemy przy tym standardy VCI, które mają pomóc ponownie otworzyć koncerty i wydarzenia sportowe – zapowiada Ken Mayer.

Pandemia przeorała polską służbę zdrowia. FPP proponuje dofinansowanie z wyższych składek, a nie parapodatków

Pandemia koronawirusa przetestowała wszystkie instytucje, działające w państwach na całym świecie. Jedną z nich – która wszędzie przyjęła mocne uderzenie i często pod tym uderzeniem się załamała – jest służba zdrowia. Polski NFZ nie jest wyjątkiem. Tak, jak w wielu krajach na całym świecie, pandemia zweryfikowała moce przerobowe, mechanizmy i systemy, działające w naszej opiece zdrowotnej. Pokazała, że są one niewydolne – a przepustowość i możliwości szpitali oraz innych placówek zdrowotnych nie są w stanie sprostać sytuacji pandemicznej. Bardzo możliwe jest również, że środki przeznaczone na polską służbę zdrowia nie wystarczą, by podnieść ją na nogi po zakończeniu pandemii. Federacja Przedsiębiorców Polskich zaapelowała w tej sprawie do polskiego sejmu.

– Mamy świadomość tego, że obecne zasoby polskiej służby zdrowia są niewystarczające. Nie pokryją wszystkich wydatków – zarówno tych, jakie do tej pory zostały wygenerowane, jak również przyszłych. Dlatego dwa tygodnie temu wystąpiliśmy do partii politycznych z apelem o podniesienie składki zdrowotnej o 0,25 punktu procentowego w ciągu 4 lat – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Takie rozwiązanie nie obciąży pracodawców i przedsiębiorców w sposób bardzo gwałtowny, a systemowo pozwoli rozwiązać problemy służby zdrowia. Uważamy, że jest to jedyny kierunek, jaki w obecnej sytuacji można przyjąć. Wówczas system będzie czytelny. Nie będzie podnoszenia podatków cukrowych, reklamowych, czy innych, które miałyby wspierać służbę zdrowia. Lepiej jest to oprzeć o bardzo jasne i czytelne przesłanki – jaką jest podniesienie składki zdrowotnej o 0,25 punktu procentowego – apeluje Kowalski.