Niestabilność przepisów najniżej ocenionym przez firmy obszarem polskiego systemu podatkowego

Pomimo niewielkiej poprawy ogólna ocena polskiego systemu podatkowego wśród firm pozostaje nadal na niskim poziomie i wynosi 2,18 pkt w pięciostopniowej skali. Bez zmian względem poprzednich edycji badania najniżej ocenianymi obszarami są: stabilność przepisów podatkowych oraz wcześniejsze informowanie o planowanych zmianach w prawie podatkowym. Najwięcej trudności firmom w Polsce sprawiają zagadnienia związane z cenami transferowymi oraz zbyt duża liczba wymaganych deklaracji i informacji. Spośród rozwiązań przeciwdziałających ekonomicznym skutkom COVID-19 dostępnych w tarczach antykryzysowych najkorzystniejsze zdaniem firm było zwolnienie ze składek ZUS – wynika z badania KPMG, w którym udział wzięło 161 dyrektorów finansowych, głównych księgowych i szefów działów podatkowych, którzy wypełnili ankietę podczas XI Kongresu Podatków i Rachunkowości KPMG.

Wciąż bardzo niska ocena polskiego systemu podatkowego wystawiona przez firmy

Średnia ocena polskiego systemu podatkowego wzrosła o 0,12 pkt w porównaniu do ubiegłorocznej edycji badania i wynosi 2,18 pkt (w pięciostopniowej skali). Oznacza to, że podobnie, jak w ubiegłych latach podatnicy nie najlepiej oceniają polski system podatkowy. Jego ocena powstaje w wyniku średniej poszczególnych elementów systemu, spośród których najniżej oceniono stabilność przepisów podatkowych (1,5 pkt) oraz wcześniejsze informowanie o planowanych zmianach w prawie podatkowym (1,7 pkt) – jest to najniższy wynik tego obszaru do kilku lat. Pozostałe elementy systemu podatkowego zostały w tym roku ocenione nieco lepiej. Największy wzrost oceny, o 0,4 pkt dotyczy możliwości konstruktywnej wymiany argumentów podczas kontroli podatkowej, która została oceniona na 2,6 pkt. Warto dodać, że jest to najwyższa ocena tego obszaru od 2018 roku. Zdaniem firm, które wzięły udział w badaniu, poprawia się również nastawienie urzędników administracji podatkowej – ocena tego elementu wzrosła o 0,2 pkt w stosunku do ubiegłorocznej edycji badania KPMG.

Nie najlepsze oceny, jakie polskiemu systemowi podatkowemu wystawiają przedsiębiorcy wynikają przede wszystkim z braku stabilności przepisów oraz sposobu komunikowania o wprowadzanych zmianach. Trudno się temu dziwić, co roku podatnicy muszą poświęcać bardzo dużo czasu na przygotowanie się do nowelizacji przepisów, co wciąż skutkuje niską pozycją Polski w rankingach jakości prowadzenia biznesu. Przy czym paradoksalnie wydaje się, że w wielu przypadkach podatnicy muszą uczyć się nowych regulacji razem z urzędnikami – szybkość wprowadzania trudnych przepisów podatkowych i proceduralnych nie wpływa pozytywnie na jakość prawa. Przywykliśmy już także do informacji o wprowadzaniu zmian dokonywanych na ostatnią chwilę, a nawet przy użyciu nieformalnych kanałów komunikacji jak Twitter. To, że się przyzwyczailiśmy nie oznacza jednak, że oceniamy tego typu praktyki dobrze – takie działania na pewno nie służą budowaniu zaufania podatników – mówi Anna Sińczuk, Partner w Zespole ds. Podatku Dochodowego od Osób Prawnych w KPMG w Polsce.ocena polskiego systemu podatkowego

Ceny transferowe problematyczne dla większości podatników

Niezmiennie od kilku lat firmy biorące udział w badaniu KPMG deklarują, że kwestią podatkową, która sprawia im najwięcej trudności pozostają zagadnienia związane z cenami transferowymi. Blisko 80% ankietowanych przyznaje, że są one problematyczne lub bardzo problematyczne. Kłopoty sprawia również liczba przygotowywanych deklaracji i informacji, niezbędnych do wypełnienia obowiązków podatkowych. Blisko 70% ankietowanych uczestników XI Kongresu Podatków i Rachunkowości KPMG wskazało na istotne trudności, jakie sprawia pobór podatku u źródła od płatności za granicę. Za najmniej problematyczne firmy z kolei uznają kwestie związane z funkcjami płatnika z tytułu PIT i ZUS, które nie sprawiają problemów lub są umiarkowanie problematyczne dla 68% respondentów.

Ceny transferowe w obecnym roku ponownie przysporzą podatnikom problemów. Na pewno najwięcej trudności sprawi rozszerzenie obowiązku sporządzania dokumentacji cen transferowych do transakcji dokonywanych z niepowiązanymi kontrahentami, którzy dokonują jakichkolwiek rozliczeń z podmiotami z raju podatkowego. Towarzyszy mu nałożenie na podatników bliżej niesprecyzowanego obowiązku dochowania należytej staranności. Kuriozalnie, całość zmian organy uzasadniają działaniem dla dobra uczciwych podatników – mówi Monika Palmowska, Partner w Zespole ds. Cen Transferowych w KPMG w Polsce.

Wyzwaniem dla firm okazało się również dostosowanie do wprowadzanych zmian podatkowych. Najbardziej wymagające wg respondentów badania KPMG pod względem konieczności poświęcenia zasobów kadrowych lub finansowych okazało się dostosowanie do zastąpienia deklaracji VAT rozbudowanym Jednolitym Plikiem Kontrolnym dla celów VAT. Duże zaangażowanie było również konieczne, aby dostosować się do wymogów wprowadzających możliwość wykonania przelewu w kwocie przekraczającej 15 tys. złotych na rachunek kontrahenta, który znajduje się na tzw. białej liście VAT oraz wprowadzenie nowej matrycy VAT.

Niektórzy zagraniczni specjaliści w zakresie VAT chwalą polskie organa skarbowe za stosowanie nowoczesnych technologii w celu skutecznego ograniczenia luki w VAT. Zmniejszenie luki VAT jest faktem, warto jednak pamiętać, że wprowadzenie rozwiązań takich jak nowe JPK VAT czy biała lista VAT oznacza bardzo poważne obciążenia dla podatników, zarówno w wymiarze finansowym (konieczność wdrożenia nowych rozwiązań IT), jak i czasu poświęconego przez wewnętrzne służby finansowe czy IT. Biorąc powyższe pod uwagę, warto się zastanowić czy obciążenia przedsiębiorców w zakresie raportowania nie są nadmierne. Wydaje się, że w wielu przypadkach wymagane jest raportowanie informacji znanych już organom skarbowym z innych źródeł (np. transakcje z podmiotami powiązanymi w JPK VAT). Z drugiej strony z uznaniem należy przyjąć próby uproszczenia systemu VAT takie jak Slim VAT. Dobrze jednak, aby w przyszłości były one bardziej skuteczne niż w przypadku nowych zasad rozliczania faktur korygujących – mówi Piotr Żurowski, Partner w Zespole ds. Podatków Pośrednich w KPMG w Polsce

Zwolnienie ze składek ZUS najkorzystniejszym wg firm rozwiązaniem w ramach tarcz antykryzysowych

Spośród dostępnych w ramach tarcz antykryzysowych rozwiązań, za najbardziej korzystne firmy uznały zwolnienie ze składek ZUS. Organizacje w dużym stopniu doceniły również świadczenia oferowane w ramach Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych – dofinansowanie wynagrodzeń związanych z obniżeniem pracownikom wymiaru czasu pracy oraz dofinansowanie wynagrodzeń związanych z przestojem. Z kolei gwarancje oferowane w ramach Funduszu Gwarancji Płynnościowych były zdaniem respondentów badania najmniej korzystne z punktu widzenia potrzeb ich firm. Uczestnicy XI Kongresu Podatków i Rachunkowości KPMG zostali poproszeni również o wskazanie własnych pomysłów na zmiany w przepisach podatkowych, które związane byłyby z przeciwdziałaniem negatywnym skutkom pandemii COVID-19. Wśród sugerowanych przykładów takich zmian najczęściej pojawiały się postulaty związane z całkowitym zwolnieniem przedsiębiorców ze składek ZUS, dopłatami w wysokości 100% do wynagrodzeń pracowników w przypadku całkowitego przestoju wybranej branży oraz wydłużeniem terminów na złożenie sprawozdań finansowych lub deklaracji podatkowych.

Realizacja strategii podatkowej – nowy obowiązek sprawozdawczy dla podatników CIT

W 2021 roku na podatników CIT został nałożony nowy obowiązek sprawozdawczy – konieczność publikacji informacji o realizowanej przez firmę strategii podatkowej. Wśród uczestników XI Kongresu Podatków i Rachunkowości, którzy wzięli udział w badaniu KPMG – 12% zadeklarowało rozpoczęcie prac związanych z przygotowaniem odpowiednich dokumentów i informacji. Blisko połowa (45% wskazań) planuje dopiero rozpocząć działania dot. raportowania realizacji strategii podatkowej. Z kolei 39% respondentów przyznało, że ich firma nie ma obowiązku przygotowania tego typu informacji. Analizując tylko firmy, które zostały objęte nowym obowiązkiem, pod koniec stycznia br. 3/4 przedsiębiorstw nie rozpoczęło jeszcze prac nad przygotowaniem odpowiednich dokumentów i informacji.

Inną, wprowadzoną od 2021 roku zmianą jest alternatywny system opodatkowania dochodów spółek kapitałowych w formie ryczałtu – czyli tzw. estoński CIT. Głównym założeniem tej formy opodatkowania jest umożliwienie niektórym podatnikom podatku dochodowego od osób prawnych, spełniającym określone warunki, odprowadzania podatku dopiero w momencie wypłaty zysków na rzecz swoich wspólników. Tymczasem 76% ankietowanych przedstawicieli firm przyznało, że ich firmy analizowały możliwość zmiany modelu opodatkowania organizacji na estoński CIT, jednak nie spełniały wymogów ustawowych lub takie rozwiązanie nie było dla nich korzystne. Z kolei 1/5 respondentów przyznała, że ich organizacje nie przeprowadziły jeszcze analizy zmiany opodatkowania na estoński CIT.

Popularność estońskiego CITu wśród przedsiębiorców może przy obecnych warunkach znacznie odbiegać od oczekiwań Ministerstwa Finansów. Barierę wejścia do tego systemu stanowi przede wszystkim zawężenie go wyłącznie do spółek kapitałowych z udziałem osób fizycznych i nieposiadających udziałów w innych spółkach. Wyłącza to z zakresu estońskiego CIT większe grupy kapitałowe. Dziwią także utrudnienia, które stawiane są spółkom komandytowym – nowym, pełnoprawnym podatnikom CIT. Są one wyłączone z tych przywilejów, a ponadto obecne przepisy powodują, że przekształcenie takiej spółki w spółkę kapitałową w celu bezpośredniego przystąpienia do systemu estońskiego CIT jest zdarzeniem opodatkowanym – mówi Przemysław Szywacz, Partner w Zespole ds. Podatku Dochodowego od Osób Prawnych w KPMG w Polsce.

Kontrole cały czas skuteczne

Kontrola podatkowa za lata 2019-2020 była przeprowadzona w blisko co trzeciej firmie biorącej udział w badaniu KPMG. Z kolei w 18% organizacji przeprowadzona była kontrola celno-skarbowa. W trakcie kontroli podatkowych organy najczęściej (74% wskazań) weryfikowały poprawność rozliczeń podatku VAT, natomiast poprawność rozliczeń podatku CIT dotyczyła 35% kontroli podatkowych. Najczęściej kontrolowanym w trakcie kontroli celno-skarbowej obszarem były z kolei zagadnienia związane z poprawnością rozliczeń podatku dochodowego od osób prawnych – kontrola w tym zakresie dotyczyła ponad połowy kontrolowanych firm (53% wskazań). W wyniku przeprowadzanych kontroli podatkowych lub celno-skarbowych, obszar cen transferowych był zakwestionowany w 29% przypadków. 21% zakwestionowanych przez organy podatkowe zagadnień dotyczyło poprawności rozliczeń nakładów inwestycyjnych. Wśród innych często kwestionowanych tematów respondenci badania wskazywali na: zagadnienia związane z WHT, zwrot VAT, stosowanie ustawy hazardowej oraz akcyzę.

40% przeprowadzanych kontroli zakończyło się wykryciem nieprawidłowości: w co piątej firmie wszczęto postępowanie podatkowe, kolejne 20% firm dobrowolnie dokonało korekty deklaracji zgodnie z wynikiem przeprowadzonej kontroli. W wyniku wszczętej kontroli podatkowej lub celno-skarbowej większość firm (62% wskazań), nie wygrała sporu z organem podatkowym. Podatnicy, którzy taki spór wygrali – najczęściej dokonywali tego na etapie postępowania podatkowego (20% wskazań). 5% organizacji przyznało, że spór wygrali na etapie postępowania odwoławczego lub w wyniku wygranej sprawy przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym. W przypadku 8% uczestników badania, spór z organem podatkowym udało się wygrać dopiero przed Naczelnym Sądem Administracyjnym.

Statystyki wskazują, że z roku na rok liczba kontroli podatkowych oraz celno-skarbowych maleje, ale rośnie ich skuteczność. Dotyczy to także 2020 r., kiedy to liczba kontroli spadła w wyniku obiektywnych utrudnień w możliwości ich prowadzenia, ale nie przełożyło się to znacznie na proporcjonalny spadek skuteczności kontroli czy kwoty ostatecznych ustaleń. Kwota zidentyfikowanych nieprawidłowości w pierwszych 3 kwartałach 2020 r. wyniosła przeszło 7,3 mld zł. W latach 2019-2020 średnio 93% kontroli podatkowych zakończono stwierdzeniem nieprawidłowości, a w przypadku wyspecjalizowanych kontroli celno-skarbowych skuteczność ta sięgała 84%. W około 1/3 przypadków kontroli zakończonych w 2020 r. podatnicy korygowali dobrowolnie swoje rozliczenia, co wskazuje na znaczną skuteczność kontrolujących w identyfikowaniu błędów w rozliczeniach oraz typowaniu podatników do kontroli – mówi Wojciech Majkowski, Dyrektor w Zespole ds. Podatku Dochodowego od Osób Prawnych w KPMG w Polsce

Branża winiarska w rok od pierwszego lockdownu

Pandemia bardzo utrudniła funkcjonowanie branży winiarskiej, ale w ostatecznym rachunku jej nie zaszkodziła – tak można podsumować ostatnich dwanaście pandemicznych miesięcy. Jak mówią szefowie firm zrzeszonych w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, wino wychodzi z kryzysu obronną ręką.  Ale także i w tej branży są kategorie, które pandemia niemal pogrążyła.

W pandemii wybieramy wino

COVID-19 spowodował zmianę trybu życia, co niewątpliwie przełożyło się na zachowania konsumenckie. Jak pokazują badania, spożycie wina rośnie, mimo paraliżu jego dystrybucji w kanale HoReCa.

Zgodnie z danymi firmy NielsenIQ rynek win spokojnych ilościowo wzrósł niemal o 8%, a wartościowo ponad 10% w okresie rocznym 2020 vs 2019. Sprzyja temu kultura spożywania wina – pijemy je chętnie przy okazji mniejszych spotkań, we dwoje, albo sami, do posiłku czy w ramach wieczornego relaksu. Stanowią one również doskonałe uzupełnienie potraw, a czas pandemii dla wielu z nas okazał się czasem kulinarnych odkryć i eksperymentów – mówi Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group. – Chętnie gotujemy, odważniej też dobieramy wina do przygotowywanych dań. Szczególnie sprawdzają się tu wina białe, które jako mniej zobowiązujące, stanowią kompromis pomiędzy potrzebami kobiet i mężczyzn podczas spędzanych wspólnie w domu wieczorów i weekendówzauważa Jakub Nowak.

Ciekawe jest też to, co wydarzyło się na rynku win musujących. – Tu firma NielsenIQ także  odnotowała wzrosty i to bardzo znaczące – wolumen sprzedaży win z bąbelkami powiększył się o ponad 15%. To dowód na diametralną zmianę modelu konsumpcji tych napojów. Mimo ograniczeń w organizacji dużych uroczystości, spożyliśmy ich więcej – na co dzień, w domu, w trakcie niewielkich spotkań – zwraca uwagę Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa.

Wygrani i przegrani

Oprócz segmentu win spokojnych i musujących, wygranymi czasu pandemii byli też producenci grzańców. W związku z ograniczeniami w działalności stoków narciarskich czy organizacji jarmarków świątecznych, ich konsumpcja z powodzeniem przeniosła się do domów.

Obroniły się silne marki – dodaje Tomasz Leszko, Członek Zarządu, Dyrektor ds. Marketingu w firmie Henkell Freixenet Polska. – Konsumenci w niepewnych czasach potrzebują gwarancji jakości, której mogą zaufać. To właśnie zapewnia mocna marka. Dla przykładu, nasza sztandarowa marka prosecco jest trwale zakorzeniona w świadomości konsumenta, a o jej wysokiej akceptacji najlepiej świadczy dynamika na poziomie znacząco przewyższającym wzrost całej kategorii. Poza tym w trudnych czasach chętnie sięgamy po odrobinę przyjemności, która choćby w niewielkim stopniu zrekompensuje nam niedogodności związane z narzuconymi ograniczeniami – uważa Tomasz Leszko.

Ale niestety nie cała branża widzi przyszłość w jasnych barwach. Ci, którzy postawili na cydr, kolejny rok z rzędu odnotowali spadki sprzedaży. – Jedynie w minionym roku było to ponad 20%. Rynek tego produktu, tak popularnego w wielu krajach Europy, w Polsce redukuje się wręcz dramatycznie – zauważa Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW. – Koronawirus z pewnością mu nie pomógł, ale podstawą porażki tej kategorii jest niekorzystne środowisko prawne, w którym cydr próbował zaistnieć i brak zrozumienia wśród prawodawców. To wielka strata, szczególnie dla polskiego sadownictwa.

Jak dodaje z kolei Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group, konkurencja piw smakowych, które mają dużo bardziej uprzywilejowaną pozycję na rynku – możliwość reklamy i niską stawkę akcyzy –  powoduje, że cydry przegrywają tę nierówną walkę. – Dodając do tego bierną postawę lidera rynkowego i brak działań pobudzających kategorię, cydr ma słabe perspektywy – mówi Jakub Nowak.

Biznes w czasie zarazy

Ostatni rok był wyzwaniem dla wielu branż, również winiarskiej. I to na różnych poziomach funkcjonowania. Istotną kwestią było chociażby zabezpieczenie logistyczne. – W okresie bezprecedensowego dotychczas lockdownu w pierwszej połowie 2020 roku, przerwane zostały łańcuchy dostaw – nie wszystkie firmy były na to przygotowane. Nasza firma, dzięki poczynionym wcześniej inwestycjom w najnowocześniejsze linie produkcyjne do rozlewu wina oraz technologie do jego przechowywania, zapewniło klientom ciągłość i bezpieczeństwo dostaw – mówi Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group.

Dywersyfikacja – to z kolei podkreśla Artur Boruta, Dyrektor Zarządzający krakowskiego Domu Wina.  – Ostatnie miesiące pokazały, że skupienie się na jednym kanale sprzedaży, np. HoReCa, mogłoby skończyć się tragicznie. Każdy zapewne zdawał sobie sprawę, jak ważne jest mieć kontakt z klientem ostatecznym, ale po pandemicznym roku widać jak na dłoni, że obronną ręką wyjdą z tej sytuacji ci, którzy mają solidne bazy danych stałych klientów. Handlowcy, którzy działają z takimi właśnie podmiotami sprzedają dużo więcej niż przed pandemią. Handlowcy, którzy opierali swoje działania na pracy z hotelami i restauracjami – nerwowo czekają na koniec obostrzeń.  Największą widoczną zmianą w działaniu firm naszej branży jest błyskawiczna konieczność przestrojenia się na on-line’owy sposób kontaktu z klientami. Rok temu nikt nie pokusiłby się o zrobienie degustacji win na odległość lub przeprowadzenie szkolenia personelu sklepów specjalistycznych bez osobistej wizyty. Dziś stało się to na porządku dziennym – opowiada Artur Boruta.

Przyszłość pod znakiem zapytania

Końca epidemii nie widać, wielu ma jednak nadzieję, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy sytuacja w kraju i na świecie będzie się normalizować. Czy ceny wina wzrosną? Najprawdopodobniej tak.

– Wzrastać będą ceny wszystkich świadczeń potrzebnych do importu i dystrybucji wina –  od minimalnej płacy począwszy, przez koszty utrzymania lokali, magazynów, obsługi logistyki, aż po te związane z transportem skończywszy. Ale największe oddziaływanie na cenę będą miały kursy walut, które obecnie idą cały czas w górę – zauważa Artur Boruta z Domu Wina.

Szczególnym zagadnieniem jest kwestia nieusankcjonowania w Polsce sklepów internetowych z winem. Tymczasem pandemia spowodowała, że klienci coraz chętniej decydują się na zakupy bez wychodzenia z domu.

Szacunki wskazują, że w 2020 r. ta forma sprzedaży odnotowała kilkudziesięcioprocentowy wzrost obrotów i  rozwój będzie z pewnością kontynuowany, a  e-commerce będzie miał coraz większy udział w handlu. W Polsce sprzedaż napojów alkoholowych przez Internet nie jest uznana za legalną. Fakt ten nie przystaje do otaczającej rzeczywistości – jesteśmy wyjątkiem w Unii Europejskiej. A przecież można to zorganizować w sposób odpowiedzialny i bezpieczny – podsumowuje Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW.

Nowoczesna instalacja w Bełchatowie przekształci odpady komunalne w energię i ciepło dla mieszkańców. Będzie gotowa w 2024 roku

Za trzy lata będzie gotowa nowoczesna instalacja termicznego przetwarzania z odzyskiem energii, którą spółka PGE Energia Ciepła wybuduje w sąsiedztwie bełchatowskiej elektrowni. Instalacja będzie przetwarzać rocznie 180 tys. odpadów komunalnych. Odzyskana z nich energia trafi do sieci elektroenergetycznej, natomiast ciepło popłynie do domów i mieszkań przyłączonych do sieci ciepłowniczej Bełchatowa. Instalacja ITPOE, a także planowane dalsze inwestycje PGE – w tym m.in. farmy wiatrowe i fotowoltaiczne oraz akumulatory energii – przyczynią się też do ochrony środowiska i poprawy jakości powietrza w regionie.

– Instalacja termicznego przetwarzania z odzyskiem energii pozwala wyeliminować inne, przestarzałe źródła ciepła. Jest to po prostu elektrociepłownia opalana odpadami. Natomiast emisja spalin z takiej instalacji jest znacznie mniejsza niż w przypadku spalania węgla czy biomasy. Dlatego jest to inwestycja proekologiczna, która poprawia jakość powietrza w regionie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. inż. Grzegorz Wielgosiński, profesor Politechniki Łódzkiej, dziekan Wydziału Inżynierii Procesowej i Ochrony Środowiska.

Nowa inwestycja jest częścią transformacji energetycznej kompleksu górniczo-energetycznego Bełchatów. Obiekt będzie spełniać bardzo rygorystyczne, europejskie normy środowiskowe (BAT) i zostanie wyposażony m.in. w system monitoringu emisji zanieczyszczeń. Automatyczny system zabezpieczeń poinformuje też o każdym, nawet najmniejszym przekroczeniu norm emisji.

– Grupa Kapitałowa PGE ma w planach szereg różnych przedsięwzięć dla regionu bełchatowskiego. Poza budową instalacji termicznego przetwarzania z odzyskiem energii w tym regionie planowane są też farmy wiatrowe o mocy ok. 100 MW, farmy fotowoltaiczne o mocy 600 MW, akumulatory energii – czyli dość nowatorskie rozwiązanie – o mocy 300 MW. W ubiegłym tygodniu został też podpisany list intencyjny, zmierzający do utworzenia w Bełchatowie Centrum Rozwoju Kompetencji, które będzie kształcić kadry dla nowej energetyki i pomagać w przebranżowieniu pracowników tutejszych zakładów – wymienia Przemysław Kołodziejak, prezes zarządu PGE Energia Ciepła.

Instalacje termicznego przetwarzania z odzyskiem energii działają już od kilku lat m.in. w Bydgoszczy, Koninie, Białymstoku, Krakowie, Poznaniu i Szczecinie. Podobną inwestycję prawie trzy lata temu spółka PGE Energia Ciepła wybudowała też w Rzeszowie. Instalacja utylizuje rocznie ok. 100 tys. ton odpadów komunalnych, przekształcając je w ciepło i energię elektryczną, z której następnie korzystają samorząd i mieszkańcy. PGE Energia Ciepła z Grupy PGE przygotowuje się do budowy w instalacji w Rzeszowie II linii technologicznej, której roczna wydajność będzie wynosić 80 tys. ton. Projekt zostanie zakończony w 2023 roku. Rzeszowska instalacja spełnia wyśrubowane normy ekologiczne UE m.in. w zakresie emisji CO2, które są dziesięciokrotnie niższe niż dla jednostek spalających węgiel kamienny.

Podobna  instalacja powstanie też w sąsiedztwie bełchatowskiej elektrowni. Zgodnie z harmonogramem wybór generalnego wykonawcy inwestycji ma się odbyć w przyszłym roku, a ITPOE w Bełchatowie ma być gotowa w 2024 roku. Instalacja będzie przetwarzać rocznie 180 tys. odpadów komunalnych, a odzyskana z nich energia trafi do Krajowego Systemu Elektroenergetycznego. Z kolei ciepło popłynie do domów i mieszkań przyłączonych do sieci ciepłowniczej Bełchatowa.

– Instalacja w Bełchatowie będzie uzupełnieniem funkcjonującego w regionie systemu gospodarki odpadami. Będzie utylizować te odpady, które nie mogą zostać przetworzone w żaden inny sposób – zabrudzone i nienadające się do recyklingu, ale do ich wyprodukowania została już zużyta energia, którą w pewnym stopniu można odzyskać – mówi Przemysław Kołodziejak.

Do ITPOE w Bełchatowie będą trafiać odpady pochodzące z instalacji mechaniczno-biologicznego przetwarzania, a więc pozbawione frakcji biologicznej. To gwarantuje, że nie będą emitowane uciążliwe zapachy. Nie będą też przetwarzane odpady niebezpieczne.

Co istotne, dzięki budowie nowoczesnej instalacji w okolicach Bełchatowa nie będą powstawać nowe składowiska odpadów. Inwestycja przyczyni się też do poprawy jakości powietrza w regionie, ponieważ w trakcie eksploatacji ograniczy do minimum emisję tlenków siarki, azotu i pyłów.

– Instalacje tego rodzaju mają specjalny system oczyszczania spalin. Trzeba pamiętać, że odpady trafiające do takiej instalacji nie są jednorodne i w związku z tym pojawiają się różnego rodzaju związki chemiczne, które będą termicznie przetwarzane, ale system oczyszczania spalin jest przygotowany na takie substancje​. Według Szwedów, produkujących aż 60 proc. ciepła z odpadówelektrociepłownie opalane odpadami komunalnymi mają najczystsze kominy, a więc są bezpieczne zarówno dla środowiska, jak i ludzi mieszkających w pobliżu – wyjaśnia Grzegorz Pelczar, dyrektor projektu budowy ITPOE Bełchatów w PGE Energia Ciepła.

Prezes zarządu PGE Energia Ciepła podkreśla, że nowo powstająca ITPOE będzie oparta na nowoczesnych i sprawdzonych w Europie technologiach. Podobne instalacje z powodzeniem działają już bowiem m.in. w Paryżu, Londynie, Wiedniu i Sztokholmie.

– Technologia, która ma zostać zastosowana w Bełchatowie, funkcjonuje w ponad 400 lokalizacjach w całej Europie. Można powiedzieć, że dzisiaj jest jedyną tego typu pewną i sprawdzoną technologią. Wszystkie funkcjonujące polskie instalacje termicznego przetwarzania oparte są właśnie na niej – dodaje dr hab. inż. Grzegorz Wielgosiński.

Home office okazuje się bardziej męczący niż tradycyjny model pracy. Syndrom wypalenia zawodowego będzie przybierać na sile

Zespół naukowców z Uniwersytetu Stanforda wykazał, że praca zdalna i komunikacja online są bardziej męczące niż ich tradycyjna forma. Brak bezpośredniego kontaktu, możliwości zobaczenia mimiki i mowy ciała współpracowników oraz ciągłe obserwowanie swojego wyglądu i zachowania na ekranie wpływają na powstanie nowego zjawiska nazwanego „zoom fatigue”. To syndrom przemęczenia pracą online i wypalenia związanego z nadużywaniem wirtualnych platform komunikacyjnych. – Jeśli pandemia będzie się przedłużała, to ten wpływ będzie coraz bardziej negatywny – podkreśla dr Dagmara Kawoń-Noga, pedagog, wykładowca i metodyk Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Od marca ubiegłego roku w trybie całkowicie zdalnym pracuje aż 6 na 10 Polaków. Pracownicy nie są jednak do końca zadowoleni z tego modelu, skarżąc się m.in. na zacieranie granicy między życiem prywatnym i zawodowym oraz brak bezpośredniego kontaktu z innymi pracownikami. Prawie 20 proc. przyznało, że ich relacje z kolegami z firmy pogorszyły się w związku z pracą zdalną – wynika z badania CBRE i Grafton Recruitment. Eksperci wskazują, że o ile jeszcze przed pandemią wiele osób marzyło o home office, o tyle teraz, po roku pracy zdalnej, większość osób tęskni za możliwością powrotu do biura. Tylko 25 proc. pracowników chce wykonywać swoje obowiązki całkowicie zdalnie po zakończeniu pandemii COVID-19.

– Kiedy zaczęła się pandemia, widzieliśmy wiele korzyści w tym, że będziemy pracować w komfortowych, domowych warunkach, nie będziemy musieli codziennie jeździć do firmy. Wydawało nam się, że będziemy oszczędzać czas i pieniądze. Ale z czasem okazało się, że praca i edukacja zdalna bardzo negatywnie wpływają na nasze samopoczucie. Powodują silny stres, lęk i przemęczenie tym, że codziennie musimy się włączać i logować do obowiązków w przestrzeni wirtualnej. Badania pokazują, że osoby, które przez pandemię zostały przymuszone do pracy zdalnej, częściej odczuwają silne przemęczenie takim modelem i niesie to za sobą negatywne skutki w przestrzeni społecznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Dagmara Kawoń-Noga.

Z badania „Efektywność pracy zdalnej”, przygotowanego dla Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów, wynika też, że home office wydłuża czas pracy. Aż 45 proc. pracowników poświęca na pracę zdalną więcej czasu niż w siedzibie firmy. Jednocześnie co drugi przyznaje, że brakuje mu bezpośredniego kontaktu ze współpracownikami, wspólnych rozmów, spotkań na korytarzu czy w firmowej stołówce, a 39 proc. czuje wyraźną potrzebę regularnych spotkań.

Te na przestrzeni ostatniego roku przeniosły się głównie na platformy komunikacyjne typu Zoom czy Microsoft Teams. Z danych tego ostatniego wynika, że cyfrowa intensywność dni roboczych od zeszłego roku znacznie wzrosła, podobnie jak średnia liczba czatów i spotkań online. Od lutego 2020 roku czas poświęcany na cotygodniowe spotkania przez użytkowników aplikacji Teams wzrósł ponad dwukrotnie – o 148 proc. Z kolei opracowany przez Microsoft „Work Trend Index”, oparty na wnioskach z ponad 30 projektów badawczych, potwierdza, że spotkania online okazują się być dużo bardziej męczące niż bezpośrednia współpraca.

– Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda zauważyli, że poważne obniżenie naszej formy wynika przede wszystkim z tego, że całą przestrzeń edukacyjną i zawodową opieramy na telekonferencji. Takie spotkania są pozbawione naturalnego kontaktu społecznego, w trakcie telekonferencji nie jesteśmy w stanie obserwować bezpośrednio mowy ciała, mimiki, gestykulacji osób, z którymi pracujemy. Brak tego komunikatu powoduje, że mocno się męczymy, bo mowa ciała jest bardzo ważnym kanałem komunikacyjnym. Informuje nas o tym, jakie są autentyczne intencje i postawy osób, z którymi współpracujemy – podkreśla ekspertka WSB w Opolu.

Badanie „Nonverbal Overload: A Theoretical Argument for the Causes of Zoom Fatigue”, przeprowadzone przez zespół naukowców z Uniwersytetu Stanforda, wykazało, że brak możliwości obserwowania mimiki, gestykulacji i mowy ciała osób współuczestniczących w komunikacji oraz ciągłe utrzymywanie kontaktu wzrokowego czy obserwowanie swojego wyglądu i zachowania na ekranie wpływają na powstanie nowego zjawiska, nazwanego „zoom fatigue”. To syndrom przemęczenia pracą online i wypalenia związanego z nadużywaniem wirtualnych platform komunikacyjnych, który powoduje m.in. stres, wycofanie i zaburzone poczucie bezpieczeństwa.

– W czasie telekonferencji widzimy również siebie, co z psychologicznego punktu widzenia jest bardzo niekorzystne, ponieważ jesteśmy wtedy bardziej krytyczni. Sprawdzamy, jak wyglądamy, jak jesteśmy uczesani i ubrani. Przez to, że skupiamy się na sobie, nie jesteśmy w stanie w odpowiedni sposób skupić się na merytorycznej warstwie przekazu, który budujemy albo odbieramy – mówi dr Dagmara Kawoń-Noga.

Jak wskazuje, przemęczenie zdalną pracą to tylko część problemu, bo rok temu do online’u przeniosły się nie tylko służbowe spotkania, lecz także pozostałe aspekty prywatnego życia. W efekcie przed ekranami i w internecie spędzamy zdecydowanie więcej czasu niż jeszcze przed pandemią, co tylko potęguje syndrom „zoom fatigue”.

– Jeśli pandemia będzie się przedłużała i będziemy zmuszeni do tego, żeby w dalszym ciągu funkcjonować w przestrzeni wirtualnej, to ten wpływ będzie coraz bardziej negatywny. Już teraz eksperci alarmują, że coraz więcej ludzi, bez względu na wiek, potrzebuje wsparcia psychologicznego bądź psychiatrycznego. U osób, które pracują i funkcjonują w ten sposób, pojawiają się stany lękowe i depresyjne, więc należy spodziewać się nasilenia tego typu objawów i zwiększenia liczby ludzi, którzy będą je odczuwać – przestrzega ekspertka opolskiej WSB.

Jak podkreśla, profilaktyka tkwi w odpowiednim organizowaniu interakcji online oraz budowaniu nowej kultury komunikacji.

– Z badań HRK wynika, że dla 43 proc. badanych szczera, dwustronna komunikacja powinna być podstawą wszelkiej działalności społecznej, dlatego że dzięki temu możemy w bezpiecznych, przyjaznych warunkach wymieniać informacje i w ten sposób niwelować stres i strach przed komunikowaniem się – wyjaśnia dr Dagmara Kawoń-Noga. – Innym sposobem jest współpraca z branżą IT, która nie tylko buduje i tworzy platformy dedykowane do pracy w trybie online, ale również może je modyfikować w taki sposób, by zmniejszać ilość stresorów.

Branża targowa postuluje do rządu o wsparcie na poziomie 400–500 mln euro. Pieniądze miałyby trafić głównie do małych i średnich firm na ich uczestnictwo w takich imprezach

W ciągu roku po wybuchu pandemii koronawirusa firmy z branży eventowej odnotowały średnio spadek rocznych przychodów o 73 proc. W efekcie redukcja zatrudnienia wyniosła ponad 60 proc., mimo że zdecydowana większość firm skorzystała z tarcz antykryzysowych – wynika z badania Rady Przemysłu Spotkań i Wydarzeń. – Branża targowa jest kluczowym sektorem dla odbudowy gospodarki po pandemii. Trudno sobie wyobrazić powrót na ścieżkę rozwoju bez takich wydarzeń jak targi czy kongresy – mówi Beata Kozyra, prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego, i podkreśla, że wsparcie dla branży powinno uwzględniać m.in. dofinansowanie udziału małych i średnich firm w targach.

Wiele branż zostało dotkliwie poszkodowanych podczas pandemii, ale nie da się ukryć, że branża targowa również do takich należy. W lutym minął rok, odkąd nie odbywają się targi, z krótką przerwą na odmrożenie w czasie wakacji letnich. Jednak sezon wakacyjny zawsze był martwy dla targów i kongresów, zatem praktycznie od 13 miesięcy nie funkcjonujemy. Firmy branży targowej nie osiągają przychodów. Dotyczy to 5 tys. przedsiębiorstw, które w sumie szacują straty na ponad miliard złotych – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Beata Kozyra.

Jak wynika z danych branżowych oraz GUS, przed pandemią ponad 3 mln osób rocznie brało udział w targach, ok. 16 mln spotykało się w celach biznesowych. Dodatkowo co roku odbywało się prawie 70 tys. różnych wydarzeń artystycznych i rozrywkowych, w których uczestniczyło 16 mln widzów. Branże te odpowiadały za ok. 15 proc. PKB i milion miejsc pracy. To pokazuje, jak ważne są one dla krajowej gospodarki.

Z ankiety przeprowadzonej wśród firm z tych branż wynika, że wszystkie odnotowały spadek przychodów w okresie marzec 2020 – luty 2021 roku. Średnio wyniósł on 73 proc. Dwie trzecie firm przyznaje, że straciły między 75 a 100 proc. obrotów. W związku z tym redukcja zatrudnienia sięgnęła 63 proc., przy czym spadek zatrudnienia osób na umowę o pracę sięgnął 26 proc., a zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych lub B2B  – 72 proc. Prawie 40 proc. firm przemysłu spotkań i wydarzeń, do którego należy również branża targowa, rozważa w tym roku zamknięcie lub zawieszenie działalności. Wiele firm zdecydowało się na zmianę profilu działalności.

Dotyczy to szczególnie firm projektujących i budujących stoiska targowe, bo ich kompetencje pozwalają na to, żeby wejść na rynek np. projektowania i produkcji mebli lub domów drewnianych. Aczkolwiek wejście na te rynki w dobie pandemii jest bardzo trudne i nawet jeśli te firmy próbują się przebranżowić, to upłynie sporo czasu, zanim zaczną czerpać zyski z tych nowych rynków – przewiduje prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

Na koniec lutego br. liczba zakontraktowanych projektów stanowiła zaledwie 6 proc. łącznej liczby projektów zrealizowanych w 2019 roku, a co trzecia firma nie miała w planach żadnej realizacji. Dlatego branża targowa liczy na dalszą pomoc rządu, ale nie tylko bezpośrednie wsparcie działalności, ale przede wszystkim pieniądze na dofinansowanie udziału w targach głównie dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Trudno jest dzisiaj oszacować potrzebną kwotę, ale myślę, że 400–500 mln euro to jest suma, która pozwoliłaby zaspokoić potrzeby przede wszystkim małych i średnich przedsiębiorstw w kwestii uczestnictwa w targach czy kongresach, szczególnie międzynarodowych – uściśla Beata Kozyra.

Jak zaznacza, powinna to być pomoc dedykowana dla branży targowej. Firmy liczyły, że takie wsparcie zostanie uwzględnione w Krajowym Planie Odbudowy. Nie wiadomo jednak, czy taka pula się w nim pojawi. W KPO zaplanowano bowiem środki, które mają być skierowane m.in. do branży turystycznej, kulturalnej oraz segmentu HoReCa.

Nie znamy odpowiedzi na pytanie, czy w branży turystycznej jest również ujęta branża targowa. Trudno nam pokusić się o jakiekolwiek założenia. Jeśli nawet branża targowa jest tam ujęta, to kwota w wysokości 300 mln euro na wszystkie wspomniane branże jest zdecydowanie za mała i w żaden sposób nie wystarczy nawet na małe projekty wspierające firmy. Poza tym pomoc z KPO jest odłożona w czasie, bo zapewne wnioskowanie po jakiekolwiek fundusze będzie możliwe dopiero pod koniec tego roku albo w przyszłym roku – dodaje prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

Według ankiety przeprowadzonej wśród członków izby znaczna część z nich skorzystała z rządowej pomocy w ramach tarczy antykryzysowej. Dopłaty do wynagrodzenia pracowników otrzymało 81 proc. firm, z abolicji lub odroczenia składek ZUS skorzystało 70 proc. zrzeszonych firm, a z bezzwrotnych pożyczek dla mikrofirm 32 proc. Dotacje z PFR otrzymało 81 proc. członków PIPT.

 Doraźna pomoc rządu na pewno powinna być kontynuowana dla całego sektora targowego i powinna być przedłużona, ponieważ już dzisiaj wiemy, że z dużym prawdopodobieństwem nie wrócimy do pracy wcześniej niż jesienią, co oznacza dziewięć miesięcy roku bez dochodów – zauważa Beata Kozyra.

Jak podkreśla, problemem jest również to, że nie wszystkie firmy zostały uwzględnione w dostępie do środków pomocowych.

20 proc. firm nie dostało praktycznie niczego, ponieważ chociaż ich kody PKD zostały przyjęte np. w tarczy PFR, ale nie ma tam pomocy dla jednoosobowych działalności gospodarczych – wyjaśnia prezes PIPT. – Pomoc dla nich jest dostępna w tarczy 8.0, natomiast nie ma tam uwzględnionych PKD, o które cały czas walczymy – 73.11.Z [działalność agencji reklamowych – red.]. Zresztą pomoc w postaci abolicji składek ZUS czy dofinansowania części do wynagrodzeń jest – umówmy się – minimalna w momencie, kiedy firmy mają inne duże koszty comiesięcznej działalności.

Poza tym również dużym firmom trudniej jest pozyskać dofinansowanie w ramach tarczy finansowej PFR.

Do tego są potrzebne oddzielne umowy i dużo bardziej restrykcyjne warunki. Wśród naszych firm członkowskich mamy duże firmy i wiemy, że one do tej pory nie dostały jeszcze dofinansowania subwencji z tarczy, o co cały czas walczą – podkreśla Beata Kozyra i nie ukrywa, że izba rozważa złożenie pozwów o odszkodowania od państwa. – Czekamy jednak na odpowiednie przepisy i działania rządu. Obserwujemy je i oceniamy. Jeśli uznamy, że pozwy sądowe mogą odnieść skutek, będziemy się nad tym zastanawiać. Obecnie rozmawiamy z rządem, negocjujemy i liczymy na wsparcie.

Jak wyjaśnia, na wsparcie dla krajowych branż targowych zdecydowały się m.in. rządy w Niemczech (ok. 600 mln euro), Francji i Hiszpanii. Dzięki pomocy państwa firmy z innych krajów będą dobrze przygotowane do wznowienia działalności po odmrożeniu gospodarki i mogą przejąć organizację kluczowych imprez targowych w Europie, również w Polsce.

Niejasny wybór dostawcy fregat dla Marynarki Wojennej. Posłowie wzywają MON do zapewnienia transparentnego przetargu

W połowie marca MON uruchomił procedurę pozyskania dla Marynarki Wojennej trzech fregat w ramach programu Miecznik. Pojawiły się już wątpliwości co do konkurencyjnego charakteru tego zakupu. Według medialnych doniesień PGZ Stocznia Wojenna miała zaproponować MON tylko jedną ofertę na te okręty, opracowaną wspólnie z brytyjskim koncernem Babcock.  Posłowie zwracają uwagę na niejasną procedurę wyboru partnera do budowy fregat i apelują do MON o zapewnienie jej transparentności. – Miecznik będzie kosztował ponad 2 mld zł – mówi poseł Paweł Poncyljusz z sejmowej Komisji Obrony Narodowej. – Przetarg powinien więc mieć jasny i otwarty charakter.

Marynarka Wojenna jest w tej chwili najbardziej zaniedbanym i niedoinwestowanym rodzajem Sił Zbrojnych RP. Jednostki będące na jej wyposażeniu mają po kilkadziesiąt lat i są wycofywane z użytku. Dlatego zakupy nowych okrętów to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. W połowie marca szef MON Mariusz Błaszczak oficjalnie uruchomił procedurę zakupu trzech fregat w ramach programu Miecznik. Ich budowa wymagać będzie współpracy z wybranym zagranicznym dostawcą technologii, gdyż polskie stocznie nie mają odpowiednich kompetencji, by samodzielnie podjąć się budowy tak skomplikowanych okrętów jak fregaty.

– Kto by nie był wykonawcą tego programu po polskiej stronie, będzie musiał posiłkować się partnerami zagranicznymi. Dostawca technologii nie jest jednak wyłaniany na zasadzie przetargu na poziomie ministerstwa czy Polskiej Grupy Zbrojeniowej, tylko w dość mętnym systemie dobierania partnerów na zasadzie widzimisię czy prywatnych kontaktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes poseł Paweł Poncyljusz, członek sejmowej Komisji Obrony Narodowej.

Według zapowiedzi MON wiodącą rolę w programie Miecznik ma odgrywać polski przemysł stoczniowy we współpracy z partnerem zagranicznym. Tymczasem wokół ogłoszonej procedury zakupu fregat już pojawiło się wiele niejasności, związanych przede wszystkim z bardzo szybkim zawarciem umowy na okręty zaplanowanym przez szefa MON do połowy tego roku, czyli w ciągu trzech miesięcy. Tak szybki zakup rodzi wątpliwości, gdyż daje zbyt mało czasu, by móc przeprowadzić konkurencyjny przetarg otwarty dla wielu ofert. Tym bardziej że według  doniesień portalu Onet z 16 marca MON rozważa tylko jedną propozycję, złożoną wspólnie przez PGZ Stocznię Wojenną i brytyjski koncern Babcock International.

– Podstawowym zarzutem, jaki dziś stawiamy Ministerstwu Obrony Narodowej, jest nietransparentny wybór partnera, o ile ten partner jest. Skoro minister Błaszczak podpisuje decyzję o uruchomieniu po raz kolejny programu Miecznik – i to praktycznie z dnia na dzień – to oznaczałoby, że jakiś partner został wybrany. Nie wiemy jednak, w jakim trybie, czy dokonano wcześniej jakichkolwiek analiz albo porównania ofert, aby z jednej strony zoptymalizować cenę, a z drugiej – zagwarantować polskim przedsiębiorstwom odpowiedni transfer technologii – wymienia Paweł Poncyljusz.

Według medialnych doniesień wybór brytyjskiej firmy miał już zostać podjęty i to bez zachowania jakiejkolwiek procedury i transparentności – na podstawie wewnętrznych, gabinetowych ustaleń. Do wyboru oferty stworzonej z koncernem Babcock miał w szczególności zachęcać MON wiceprezes stoczni wojennej Cezary Cierzan, były komandos morskiej jednostki Formoza, za którego karierą w przemyśle stoczniowym stoi, według źródeł Onetu, wiceszef MON Sebastian Chwałek. Jak informuje portal, w prezentacji dla ministra Błaszczaka miały zostać zatuszowane rzeczywiste koszty projektu, który miałby być realizowany przez należącą do PGZ Stocznię Wojenną we współpracy z brytyjskim partnerem.

– MON w trakcie posiedzenia sejmowej komisji nie chciało odnieść się do tych informacji – mówi poseł. – Doniesienia Onetu dotyczące tego, że wiceprezes Stoczni Wojennej rzekomo składał jakąś konkretną ofertę do ministra Błaszczaka, są o tyle złe, że pokazują absolutny brak transparentności w wyborze oferty i omijanie postępowań przetargowych. Zakupy sprzętu wojskowego powinny być prowadzone w oparciu o prawo zamówień publicznych.

To właśnie transparentność i konkurencyjność wyboru dostawcy fregat, ale też każdego innego uzbrojenia dla polskiej armii jest gwarancją braku nieprawidłowości, ale też i uzyskania najlepszej ceny oraz warunków współpracy dla polskiego przemysłu.

– Jestem zwolennikiem, aby przy zamawianiu jakiegokolwiek nowoczesnego sprzętu obowiązywała jak największa transparentność. To znaczy, żeby można było porównywać konkretne oferty, nie zamykać się na różnego rodzaju rozwiązania, porównywać parametry danego sprzętu i dopiero na tej podstawie wybierać partnerów czy też technologie, z których Polska będzie chciała skorzystać – zauważa Paweł Poncyljusz. – Ważna jest też kwestia transferu technologii do polskich podmiotów, tak aby „local content” nie opierał się jedynie na spawaniu kadłuba i na pracach związanych z ostatecznym montażem.

Jak wskazuje poseł sejmowej Komisji Obrony Narodowej, kontrowersje budzi także m.in. to, że początkowo w programie Miecznik była mowa o korwetach, które teraz zostały zamienione na większe fregaty. W ubiegłotygodniowym wywiadzie dla TVP Info Mariusz Błaszczak uzasadniał, że jest to zgodne ze strategiczną koncepcją bezpieczeństwa morskiego RP wypracowaną przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, a budowa fregat – jako wielozadaniowych jednostek o większej sile rażenia – będzie służyła odstraszaniu potencjalnych agresorów.

– Dla nas, jako Komisji Obrony Narodowej i posłów zajmujących się obronnością, ważniejsze jest to, aby MON pokazał, w jaki sposób doszedł do pewnych ustaleń, dlaczego taka technologia, dlaczego taki partner. Dotychczasowe doświadczenia pokazują bowiem, że kiedy MON zbyt wcześnie wyłania partnera, to potem cena rośnie drastycznie, nieadekwatnie do innych ofert na rynku – mówi poseł.

Polacy odkryli prawdziwe pochodzenie dinozaurów. Dwunożność nabyły w toku ewolucji, zupełnie jak ludzie

Dinozaury powstały bezpośrednio z czworonożnych zwierząt, nie zaś – jak wcześniej sądzono – z dwunożnych. Polscy naukowcy ustalili, że przednie kończyny odnalezionego w Krasiejowie pod Opolem nowego pradinozaura – Silesaurus opolensis – były w pełni wyprostowane i miały zmniejszone mięśnie związane z wysuwaniem, cofaniem i zginaniem. W ten sposób opracowali całkowicie innowacyjną hipotezę powstania dinozaurów. – W związku z dwunożnością kończyna przednia została zwolniona z funkcji lokomotorycznych i mogła zostać wykorzystana do nowych celów – tłumaczy dr Mateusz Tałanda z Instytutu Biologii Ewolucyjnej Uniwersytetu Warszawskiego.

– Pierwsze dinozaury były zwierzętami dwunożnymi i, co ciekawe, osiągnęły tę dwunożność w bardzo podobny sposób co ludzie. Ich główka kości udowej zakrzywia się do środka, wchodząc w panewkę biodrową zupełnie jak u ludzi. To oczywiście przystosowanie do tego, by skuteczniej dźwigać ciężar ciała na swoich kończynach, by tracić mniej energii. Jeżeli te kończyny są podciągnięte pod tułów, zwierzę może skuteczniej chodzić – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Mateusz Tałanda z Instytutu Biologii Ewolucyjnej Uniwersytetu Warszawskiego.

Naukowcy niemal z każdym rokiem dowiadują się czegoś nowego na temat dinozaurów. W 2020 roku opublikowano wyniki badań, z których wynika, że niektóre kluczowe cechy dinozaurów, takie jak stałocieplność i izolujące okrycia ciała, wyewoluowały na wczesnym etapie ich historii. Z kolei w badaniu Cretaceous Research paleontolodzy opisali nowy gatunek hadrozaura, znaleziony w Maroku. Ajnabia żył pod koniec kredy, w czasie gdy Afrykę oddzielono od innych kontynentów głębokimi kanałami wodnymi. Pływanie byłoby jedynym sposobem, w jaki dinozaur mógł dotrzeć do prehistorycznej Afryki z Europy lub Azji. W „Nature” opublikowano zaś artykuł, z którego wynika, że jaja części dinozaurów (rotoceratops i mussaurus) bardziej przypominały skórzaste jaja żółwi. Odkrycie może tłumaczyć, dlaczego jaja były tak trudne do znalezienia dla wielu gatunków dinozaurów – bardziej miękkie jaja rozkładały się łatwiej niż te o twardej skorupce.

Polacy zmienili natomiast spojrzenie na wczesne etapy ewolucji dinozaurów – odkryli, że wbrew wcześniejszym hipotezom zwierzęta wywodziły się z czworonożnych przodków, a dwunożność nabyły w trakcie ewolucji.

– Nasze badania pokazały, że bezpośredni przodkowie dinozaurów byli jednak wciąż zwierzętami czworonożnymi i dwunożność pojawiła się razem z ich pojawieniem się, czyli jest to cecha wyłącznie dinozaurów. Najpierw kończyny podciągnęły się pod tułów, następnie kończyny tylne stały się główną, prawie wyłączną siłą napędową zwierzęcia i dopiero później kończyny przednie, które były bardzo długie lub cienkie, oderwały się od ziemi. Przodkowie dinozaurów chodzili trochę na zasadzie nordic walking – tłumaczy Mateusz Tałanda.

Polacy twierdzą, że silezaur miał rozbudowane prostowniki i zginacze kolan. Kończyna tylna pełniła funkcję napędową, zaś kończyny przednie stanowiły podporę. To w wyniku ewolucji przednie kończyny mogły być wykorzystane do innych zadań niż do poruszania się.

– To, dlaczego dinozaury były takie duże, od lat fascynowało naukowców. Powstało wiele dyskusji na ten temat. Jednym z powodów była właśnie efektywna lokomocja. One były w stanie skutecznie dźwigać ciężar swojego ciała, natomiast bez tych adaptacji nie byłoby to możliwe, nie każde zwierzę osiągnęło tak duże rozmiary jak dinozaury, są one pod tym względem wyjątkowe. Nasze badania pokazują m.in., dlaczego tak się stało – mówi ekspert.

Polacy chcą uczynić z polskiego pradinozaura – Silesaurus opolensis – modelowy organizm w badaniach nad dinozaurami. Dotychczas tę rolę pełnił amerykański Tyrannosaurus rex, czyli tyranozaur. Silezaur ma jednak szansę wnieść znacznie więcej do rozważań nad ewolucją wczesnych dinozaurów. Wiele aspektów anatomii czy fizjologii Silesaurus zostało poznanych dzięki wcześniejszym pracom polskich naukowców. W trakcie opracowywania są kolejne.

– Znaleziska z terenów Polski są świetnie zachowane. Te kości są zachowane w trójwymiarowy sposób, one nie są zmiażdżone przez osad i bardzo dobrze widać na tych kościach przyczepy poszczególnych mięśni. Mogliśmy bardzo wiarygodnie zrekonstruować umięśnienie tego zwierzęcia, czyli coś, co wcześniejsi badacze ze Stanów Zjednoczonych czy z Wielkiej Brytanii robili metodą ekstrapolacji – wskazuje dr Mateusz Tałanda.

Nowy, niezwykle czuły rezonans magnetyczny pozwoli lepiej badać strukturę białek. Pomoże opracować m.in. lek na alzheimera

Ultraczuły rezonans magnetyczny o częstotliwości 1,2 GHz będzie mógł być wykorzystywany do badania struktury białek. Dzięki wysokiej precyzji pomiaru pomoże opracować lek na alzheimera, a także przyczyni się do opracowania nowych, bezpiecznych antybiotyków o działaniu skupionym wyłącznie na szkodliwych bakteriach. Pomoże także prowadzić badania translacyjne dotyczące starzenia się i chorób neurodegeneracyjnych związanych z wiekiem.

– Nowy 1,2-gigahercowy system spektroskopii magnetycznego rezonansu jądrowego będzie ważnym elementem Centrum Biologii Strukturalnej Jülicha (JuStruct – przyp. red.). Przyczyni się do badań translacyjnych dotyczących starzenia się i chorób neurodegeneracyjnych związanych z wiekiem – podkreśla prof. Dieter Willbold, dyrektor Instytutu Biofizyki Uniwersytetu Heinricha Heinego (HHU) w Düsseldorfie oraz dyrektor IBI-7 w centrum naukowo-badawczym Forschungszentrum Jülich (FZJ).

Badanie z wykorzystaniem rezonansu magnetycznego jest bezinwazyjne i pozwala na uzyskiwanie obrazów wnętrza obiektów, takich jak jamy ciała czy narządy. Choć metoda ta jest znana od dziesięcioleci, to aparaty do przeprowadzania badań są coraz doskonalsze i dają coraz lepsze możliwości diagnostyczne, zwłaszcza w obrębie badania tkanek ludzkiego ciała. Dotychczas stosowane rezonansy zapewniały częstotliwość od poniżej 100 MHz do maksymalnie 850 MHz. Rezonans o częstotliwości 1,2 GHz umożliwia badanie struktury białek, które nie są ani zdolne do krystalizacji, ani rozpuszczalne. Może być to kluczowym elementem w procesie opracowywania nowych leków na dotychczas nieuleczalne choroby.

– Nasze badania już przyczyniły się do opracowania kandydata na lek na chorobę Alzheimera, który właśnie wchodzi do II fazy badania klinicznego – zapowiada prof. Dieter Willbold.

Badania z wykorzystaniem NMR mogą posłużyć również do stworzenia nowych klas antybiotyków o niewykorzystanych dotychczas mechanizmach działania. Naukowcy z uniwersytetu w holenderskim Utrechcie wspólnie z naukowcami z Instytutu Biochemii i Biofizyki Polskiej Akademii Nauk przeprowadzili w tej technologii badania nad antybiotykami skupiającymi swoje działanie na lipidzie, zwanym bakteryjną piętą achillesową. Takie antybiotyki zabijałyby patogeny oporne na wiele leków w stężeniach nanomolekularnych, bez powodowania oporności na środki przeciwdrobnoustrojowe.

– Ultrawysokie pole NMR przyspieszy również nasze projekty opracowywania nowych klas antybiotyków, które prowadzimy we współpracy z firmą biofarmaceutyczną AiCuris, zajmującą się antyinfekcją – dodaje prof. Andrew Dingley, lider grupy w IBI-7.

Badania nad nowymi, bezpiecznymi antybiotykami są szczególnie istotne, ponieważ rośnie zjawisko oporności patogenów na środki przeciwdrobnoustrojowe, czyli AMR. Z badania przeprowadzonego na zlecenie premiera Wielkiej Brytanii wynika, że do 2050 roku w wyniku AMR umrze 10 mln osób.

Branża cyfrowa z krajów Trójmorza apeluje do Komisji Europejskiej o reformę opłaty reprograficznej

Branża cyfrowa krajów Trójmorza – CEE Digital Coalition – wezwała Komisję Europejską do dialogu w sprawie obecnego kształtu opłaty reprograficznej w krajach Unii oraz podjęcia prac nad reformą tego archaicznego systemu. Apel ma związek z otwarciem dyskusji o przyszłości opłaty reprograficznej w Polsce i zapowiedziami rozszerzenia jej m.in. o smartfony, tablety i telewizory smart.

Pod wspólnym stanowiskiem podpisało się 10 organizacji branży cyfrowej z 9 państw należących do grupy państw Trójmorza: Bułgarii, Czech, Węgier, Łotwy, Litwy, Rumunii, Słowacji, Słowenii oraz Polski. Organizacje wzywają Komisję Europejską, by przedyskutować temat dzisiejszego kształtu i przyszłości systemu opłaty reprograficznej w Unii Europejskiej. Powód? Obecny system nie jest spójny dla całej Unii Europejskiej, co kłóci się z ideą Jednolitego Rynku Cyfrowego oraz nie odpowiada na dzisiejsze wymagania technologii i społeczeństwa.

Pretekstem do podjęcia tematu przez CEE Digital Coalition jest zapowiedź rozszerzenia opłaty reprograficznej w Polsce, m.in. na tablety, smartfony i telewizory smart. – Organizacje branżowe z krajów Trójmorza zgadzają się, że system oparty na opłacie reprograficznej jest przestarzały i nieefektywny. Samo poszerzanie listy o kolejne sprzęty do niczego nie doprowadzi. Potrzebna jest gruntowna reforma tego systemu, by z jednej strony spełnić oczekiwania twórców, a z drugiej przedsiębiorców oraz konsumentów – tłumaczy prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik, który podpisał się pod stanowiskiem.

Nowy system powinien być wspólny dla całej UE

Jak podkreślono w stanowisku, Koalicja Cyfrowa podziela wspólny cel umacniania Jednolitego Rynku Cyfrowego w naszym regionie i w całej Unii Europejskiej oraz zabiega o tworzenie jednolitego środowiska regulacyjnego przystosowanego do realiów współczesnej Europy. Zdaniem branży obecny system wynagradzania pracy społeczności twórców oparty o opłatę reprograficzną jest przestarzały i niedostosowany do dzisiejszych warunków. Zgadzamy się, że praca artystów zasługuje na system godnego i sprawiedliwego finansowania. Powinien on jednak mieć na względzie wszystkie podlegające mu podmioty. Będąc zobowiązanymi do uwzględniania opłaty reprograficznej w cenach urządzeń zgodnie z krajowymi przepisami i przekazywania środków organizacjom zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, producenci i dystrybutorzy urządzeń elektronicznych są kluczowym elementem obowiązującego mechanizmu. System ten nie odpowiada jednak dzisiejszym warunkom technologicznym i zachowaniom społecznym” – zauważono w stanowisku.

Archaiczność opłaty reprograficznej

CEE Digital Coalition przypomina, że opłata reprograficzna to twór z lat 60. XX wieku. Od tego czasu nastąpił ogromny postęp technologiczny, co też przełożyło się na zmianę sposobu obcowania z wytworami pracy artystów, np. poprzez streaming. „Nowe modele odbioru zastąpiły nawyk kopiowania wytworów kultury. W tym samym czasie mechanizm opłaty reprograficznej nie ewoluował, stając się przestarzałym. Nowe metody prowadzenia biznesu i modele usługowe wyprzedziły nieaktualne ramy opłaty reprograficznej, odbiegającej od dzisiejszych realiów konsumowania i doświadczania dzieł kultury. Wraz z zanikaniem uzasadnionych podstaw dla opłaty, system nie jest w stanie nadążyć za technologią, rozwojem urządzeń i aktualnymi sposobami kontaktu z kulturą, a ponadto nie spełnia celu, w jakim powstał” – argumentują organizacje z branży cyfrowej.  Dlatego – jej zdaniem –  wymagana jest reforma tego przestarzałego mechanizmu, aby zapewnić możliwość rekompensaty i finansowania ciężkiej pracy środowisk artystycznych, jednocześnie odpowiadając na aktualne warunki technologiczne i szanując istotną rolę naszej branży w  omawianym systemie.

Obecny system niekorzystny dla artystów, przedsiębiorców i konsumentów

Kolejnym argumentem za potrzebą reformy jest fakt, że dzisiejszy system nie radzi sobie z nadejściem nowych rozwiązań, które powstają szybciej, niż możliwe jest dostosowanie ram prawnych do dostępnych na rynku produktów i usług. Co więcej, aktualny niejednolity system jest nieefektywny w skali Europy, ponieważ rozbieżności w jego działaniu występują nawet na poziomie blisko współpracujących państw naszego regionu. Stoi on tym samym w sprzeczności z ideą integracji. Dlatego zdaniem sygnatariuszy listu należy jak najszybciej gruntownie przebudować system finansowania pracy artystów opartego na opłacie reprograficznej.Dalsze odwlekanie tego procesu wraz z nieuchronnym rozwojem nowych urządzeń, modeli biznesowych i sposobów obcowania z tworami artystów na całym świecie, wzmoży jedynie opisane trudności w całej Europie. Zachęcamy Komisję Europejską, by odpowiedziała na wezwanie do opracowania nowego, uniwersalnego i sprawiedliwego modelu, gwarantującego dobrobyt artystów oraz branży cyfrowej i nowoczesnych technologii w regionie Europy Środkowo-Wschodniej oraz w całej Unii Europejskiej”.

Organizacje branży cyfrowej z krajów Europy Środkowo-Wschodnije wzywają też Komisję Europejską, by ta dołączyła do dialogu i zaakceptowała zaproszenie na spotkanie z przedstawicielami  branży cyfrowej Europy Środkowo-Wschodniej, aby przedyskutować temat dzisiejszego kształtu i przyszłości systemu opłaty reprograficznej w Unii Europejskiej.

CEE Digital Coalition to koalicja organizacji branży cyfrowej i nowoczesnych technologii z krajów należących do Inicjatywy Trójmorza. Powstała we wrześniu 2020 r. z inicjatywy Związku Cyfrowa Polska, a jej celem jest pełnienie roli branżowego think tanku dla rządów państw z Europy Środkowo-Wschodniej.

Podsumowanie roku 2020 w handlu tradycyjnym

Rok 2020 z pewnością nie był taki, jakiego wszyscy oczekiwaliśmy, kiedy świętowaliśmy jego rozpoczęcie. Mówiło się już od pewnego czasu o nadchodzącym kryzysie, ale zapewne niewielu spodziewało się aż takiego trzęsienia ziemi, jakiego byliśmy świadkami. Był to rok naznaczony przez pandemię, która wywarła wpływ na wiele aspektów naszego życia. Branża FMCG, podobnie jak wiele innych, przeszła prawdziwą próbę polegającą między innymi na konieczności implementacji błyskawicznych zmian w zależności od wprowadzanych obostrzeń i zmieniających się zachowań konsumentów. Na podstawie danych pochodzących z M/platform, cyfrowej platformy usługowej, wspierającej tradycyjne punkty handlowe, mogliśmy obserwować, jakiej natury zmiany widoczne były w handlu tradycyjnym w Polsce.

Jakie zmiany zaszły w naszych zwyczajach zakupowych?

Placówki handlu tradycyjnego, zwłaszcza w pierwszej fazie pandemii, cieszyły się w 2020 roku dużą popularnością. Z uwagi na zalecany dystans społeczny oraz względy sanitarne, jako konsumenci wybieraliśmy często sklepy o mniejszej powierzchni, a także te zlokalizowane bliżej naszego miejsca zamieszkania. Znaczący wzrost odwiedzin sklepów tradycyjnych nastąpił oczywiście w tygodniu 11-tym 2020 roku, a zatem w okresie kiedy Główny Inspektorat Sanitarny zarekomendował odwołanie zamkniętych imprez masowych powyżej 1000 osób, profilaktycznie (początkowo na dwa tygodnie) zamknięte zostały placówki oświatowe, a następnie zamknięto granice Polski dla ruchu lotniczego oraz kolejowego. W kolejnych zaś kilku tygodniach kupowaliśmy znacznie więcej, ale częstotliwość naszych wizyt w tradycyjnych sklepach wyraźnie spadła, a liczba generowanych w tego typu placówkach paragonów zmniejszyła się nawet o blisko 30% w stosunku do średniej ze stycznia i lutego.

Wraz ze stopniowym znoszeniem obostrzeń, sytuacja nie tylko zaczęła wracać do normy, ale przez dużą część roku nasze wizyty w „osiedlowych” sklepach stały się nawet częstsze niż wcześniej i dopiero od 42-giego tygodnia można było zaobserwować ponownie spadek ich częstotliwości. Jednak rzadsze zakupy w sklepach tradycyjnych wcale nie oznaczały automatycznie obniżenia wartości sprzedaży kategorii FMCG, bowiem istotne zmiany zachodziły także w naszym koszyku zakupowym.

Jak zmieniała się wartość koszyka zakupowego?

Przed pandemią, wartość przeciętnego koszyka zakupowego Polaków w sklepach handlu tradycyjnego nie przekraczała 20 złotych, a w okresie gorączki zakupów świąteczno-noworocznych wzrastała o ponad 20%. Podobnie jak w wielu innych obszarach, także i w przypadku koszyka zakupowego, COVID-19 zmodyfikował jednak nasze zwyczaje.

Pierwsza, bardzo zauważalna zmiana dotycząca zresztą nie tylko handlu tradycyjnego zaszła w 11-tym tygodniu 2020 roku, kiedy to wprowadzane i planowane obostrzenia sprawiły, że Polacy ruszyli masowo na zakupy, przygotowując się na bardzo niepewną i niespodziewanej natury przyszłość. W 11-tym tygodniu 2020 roku wartość średniego koszyka w sklepie tradycyjnym osiągnęła poziom znany wcześniej jedynie z okresu zakupów świąteczno-noworocznych, ale jeszcze większe wzrosty nastąpiły dopiero później. Niepewność towarzysząca Polakom, zbliżająca się Wielkanoc i nasze przyzwyczajenie do zwyczajowych większych zakupów świątecznych, a w tym wypadku także i zakupów na zapas sprawiły, iż wartość koszyka zakupowego w tradycyjnych sklepach biła rekordy. Pozostawaliśmy w domach, znacznie rzadziej bywaliśmy w sklepach, ale podczas pobytu w placówce handlowej zdecydowanie kupowaliśmy więcej. Począwszy od tygodnia 13-tego, rozpoczęliśmy uzupełnianie zapasów i przygotowania do Wielkanocy. W tygodniu 15-tym 2020 (tydzień z niedzielą wielkanocną), wartość koszyka w sklepie tradycyjnym była wyższa o ponad 60% od średniej wartości koszyka z okresu styczeń-luty.

Drugą istotną zmianę zaobserwować można było w kolejnych wielu tygodniach 2020 roku, kiedy w pewien sposób przywykliśmy do nowej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Wraz ze znoszeniem obostrzeń, nasze wizyty w sklepach tradycyjnych stały się ponownie częstsze, ale co istotne średnia wartość przeciętnego koszyka zakupowego była już wyraźnie wyższa i taka pozostała. W okresie od czerwca do września 2020 roku, średnia wartość koszyka była wyższa o kilka do kilkunastu nawet procent w stosunku do tygodni sprzed pandemii.

 

W ostatnim kwartale roku, kiedy nadszedł okres sprzyjający przeziębieniom, ponownie odwiedzaliśmy tradycyjne sklepy  rzadziej za to wartość koszyka zakupowego osiągnęła poziom o 20% wyższy niż średnia z okresu styczeń-luty. W końcówce roku odnotowane zostały standardowe wzrosty wartości koszyka zakupowego w okresie świąteczno-noworocznym, przy czym w 2020 roku wydaliśmy podczas pojedynczych zakupów o 22% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.

Jaka przyszłość czeka sklepy tradycyjne?

Pandemia udowodniła, iż polscy konsumenci nadal doceniają sklepy w swoim bliskim sąsiedztwie i chętnie robią w nich zakupy. Udowodniła także, że podobnie jak dzieje się to w przypadku innych formatów sklepów, także i tradycyjne sklepy potrzebują dostepu do nowoczesnych technologii, które pomogą im rozwijać biznes. Narzędzia wspierające detalistów w procesie zamówień i planowania promocji, sprawna komunikacja z kupującymi, informacje o najnowszych promocjach w punktach detalicznych, usługa „zamów i odbierz” czy dostawy do domu – to rzeczywistość znana polskim konsumentom. To jednocześnie rzeczywistość, w jakiej mogą pracować także właściciele tradycyjnych sklepów, dzięki dostępnym na polskim rynku rozwiązaniom. A małe, tradycyjne placówki mają to do siebie, że potrafią przystosować się do nowych warunków szybko i umiejętnie wykorzystać przewagi, jakie oferuje im technologia, bowiem doskonale znają swoich konsumentów i ich potrzeby.

Ewa Rybołowicz, Dyrektor ds. analiz rynkowych COMP Centrum Innowacji