Amerykańskie sankcje nie zatrzymały budowy Nord Stream 2. Większymi problemami mogą się okazać certyfikacja gazociągu i oddanie go do użytku

Po ponad rocznej przerwie spowodowanej nałożeniem amerykańskich sankcji budowa Nord Stream 2 została wznowiona i jest realizowana przez Rosjan własnym sumptem. – Na tę chwilę trwające spory i obowiązujące sankcje ze strony USA nie są wystarczające, żeby ją zatrzymać – mówi ekspert ds. rynków energetycznych Mateusz Kubiak. Jak wskazuje, większym problemem niż dokończenie układania rur na dnie Bałtyku może się okazać kwestia certyfikacji nowego gazociągu, która warunkuje oddanie go do użytku, oraz zgodność Nord Stream 2 z unijnymi regulacjami i znowelizowaną dyrektywą gazową.

– Europejskie koncerny, które są zaangażowane finansowo w Nord Stream 2, czyli pięć dużych spółek, które w formie bardzo korzystnie oprocentowanych kredytów zapewniły połowę wyjściowego finansowania dla tego projektu, teraz zdecydowały się przerwać to finansowanie. One co prawda przelały już większość środków, ale ostatnie transze zostały wstrzymane – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Kubiak, ekspert ds. rynków energetycznych w Esperis Consulting.

Na początku marca o wstrzymaniu finansowania dla Nord Stream 2 poinformował niemiecki koncern Uniper, którego wkład w inwestycję miał sięgać ok. 700 mln euro. Wcześniej o podjęciu podobnej decyzji poinformowały także OMV, Shell i Wintershall.

– Nie wydaje się jednak, żeby Nord Stream 2 miało zostać bez pieniędzy. Ten projekt jest traktowany absolutnie priorytetowo przez stronę rosyjską i to ona wypełnia wszelkie luki, jakie pojawiają się w budżecie. Opóźnienia i konieczność obejścia amerykańskich sankcji generują dodatkowe koszty, ale nie wpływają na przyszłość Nord Stream 2. Ten projekt będzie dalej realizowany na tyle, na ile będzie to tylko możliwe – podkreśla ekspert.

Po ponad rocznej przerwie, spowodowanej nałożeniem amerykańskich sankcji, budowa Nord Stream 2 została wznowiona w lutym. W tej chwili jest realizowana przez rosyjską barkę Fortuna tylko na jednej z dwóch nitek gazociągu (linia B). Do ułożenia został jeszcze odcinek o długości ok. 150 km, ale Rosjanie muszą kończyć inwestycję własnymi siłami, ponieważ – pod wpływem nacisków i sankcji ze strony USA – nie mają możliwości współpracy z zagranicznymi wykonawcami i spółkami inżynieryjnymi. To sprawia, że budowa posuwa się w wolniejszym tempie.

– To ma się jednak zmienić, bo drugi rosyjski statek Akademik Czerski przechodzi ostatnie próby morskie i wszystko wskazuje na to, że na przestrzeni kolejnych tygodni ma dołączyć do budowy Nord Stream 2 i pracować na drugiej, również niedokończonej nitce gazociągu. O ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, to pozwalałoby Rosjanom dokończyć budowę w okolicach wakacji tego roku. Oczywiście mowa o samym ułożeniu rurociągu na dnie Morza Bałtyckiego, nie uwzględniając koniecznej certyfikacji tej infrastruktury i oddania jej do użytku – mówi Mateusz Kubiak.

Duńska Agencja Energii (DEA) poinformowała niedawno, że układarka Akademik Czerski ma dołączyć do budowy Nord Stream 2 pod koniec marca (na linii A). Zgodnie z harmonogramem budowa dwóch nitek gazociągu w wyłącznej strefie ekonomicznej Danii ma potrwać do końca III kwartału br., a więc magistrala powinna być gotowa pod koniec września.

Dwunitkowy rurociąg Nord Stream 2, o łącznej przepustowości 55 mld m3 rocznie, ma transportować rosyjski gaz do Niemiec przez Morze Bałtyckie, przebiegając przez terytorialne lub wyłączne strefy ekonomiczne Finlandii, Szwecji i Danii. Rosja jest zdeterminowana, żeby zakończyć inwestycję wartą ponad 10 mld euro. Sprzeciwiają się jej z kolei Stany Zjednoczone, których sankcje międzynarodowe wstrzymały budowę na ponad rok, oraz Polska, Ukraina, Łotwa i Litwa, według których inwestycja ma charakter polityczny i zagrozi bezpieczeństwu energetycznemu całej Europy.

Co istotne, oficjalnie wciąż nie wiadomo, jak do budowy Nord Stream 2 odniesie się nowa administracja prezydenta USA Joe Bidena, choć – według przytaczanej przez media analizy brukselskiej wywiadowni gospodarczej Eurointelligence – Amerykanie mieli skapitulować w sprawie kolejnych sankcji.

Ekspert Esperis Consulting ocenia, że spory wokół kontrowersyjnego projektu raczej nie zatrzymają inwestycji, podobnie jak nie zrobiły tego dotychczasowe sankcje. Nawet jeśli Rosjanom uda się dokończyć budowę gazociągu, problematyczna wciąż pozostaje kwestia jego certyfikacji i dopuszczenia do użytku.

– Trzeba pamiętać o dwóch obszarach, w których przyszłość Nord Stream 2 pozostaje niepewna. Pierwsza to kwestia certyfikacji gazociągu i oddania go do użytku, zatwierdzenia jego zgodności z projektem technicznym. Takie usługi obecnie podpadają pod amerykańskie sankcje, więc dziś nie wiemy, czy ani jak Rosjanie mieliby spróbować sami sobie zapewnić te certyfikacje. To pozostaje pod dużym znakiem zapytania – tłumaczy Mateusz Kubiak.

Druga wątpliwa i wciąż nierozstrzygnięta kwestia to zgodność Nord Stream 2 z unijnymi regulacjami i znowelizowaną dyrektywą gazową. Zgodnie z nią część przepustowości gazociągu musi zostać udostępniona podmiotom trzecim z terenu UE, a rosyjski koncern energetyczny Gazprom nie będzie mógł m.in. sam zarządzać gazociągiem, który jednocześnie zaopatruje w surowiec.

– W świetle obowiązujących przepisów Nord Stream 2 będzie musiał spełniać wymogi dotyczące dostępu trzecich stron do przepustowości gazociągu, przejrzystego sposobu kształtowania taryf czy rozdziału własnościowego między właścicielem gazociągu i właścicielem gazu, który jest nim przesyłany – mówi Mateusz Kubiak. – Potrzeba kompromisu, który pozwoliłby wyjść z tej patowej sytuacji, ale ja jestem sceptyczny. Wydaje się, że trudno będzie o porozumienie, które satysfakcjonowałoby zarówno polityków, jak i spółki, a także przeciwników inwestycji.

Samorządy przeciwne planom centralizacji szpitali. Podważają konstytucyjność dotychczasowych propozycji

Projekt ustawy o centralizacji szpitali ma być gotowy do końca maja, ale wciąż nie wiadomo, jak ma ona wyglądać. – Ostatnio pojawił się pomysł, że rząd przejmie 51 proc. udziałów w szpitalach samorządowych – informuje wiceprezydent Warszawy Renata Kaznowska. Samorządy są przeciwne takim zmianom i mają wątpliwości co do ich konstytucyjności. W ostatnich latach zainwestowały w swoje placówki miliardy złotych, a wciąż nie wiedzą, co stanie się z ich majątkiem, czy zostaną im przyznane odszkodowania ani czy – w obliczu planowanego przejęcia szpitali przez rząd – powinny kontynuować prowadzone w nich inwestycje.

 Z ostatniego posiedzenia Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego dowiedzieliśmy się, że być może rząd przejmie 51 proc. udziałów w naszych szpitalach. Innymi słowy infrastruktura ma zostać u nas, w samorządach, my będziemy za nią odpowiadać, łożyć na nią pieniądze, ale nie będziemy mieli żadnego wpływu na to, jak szpital będzie wyglądał, jak będzie kształtowany zarząd. To jest nieprawdopodobne. Wszystko to na razie odbywa się na zasadzie badania, sprawdzania, testowania i przygotowywania podwalin pod ustawę, która będzie konsultowana w przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes Renata Kaznowska, wiceprezydent m.st. Warszawy, odpowiedzialna m.in. za obszar miejskiej polityki zdrowotnej.

Minister zdrowia Adam Niedzielski powołał 23 grudnia ub.r. zespół roboczy, który ma wypracować rozwiązania legislacyjne dotyczące planowanej restrukturyzacji szpitali. Ma ona objąć m.in. przekształcenia właścicielskie, konsolidację sektora szpitalnictwa i przeprofilowanie szpitali, a także utworzenie podmiotu odpowiedzialnego za centralny nadzór nad placówkami. Na tej podstawie powstanie projekt ustawy, który ma być gotowy do końca maja tego roku.

– Ten zespół ma przygotować bardzo wiele założeń. To nie tylko centralizacja, ale i wypracowanie modelu czegoś, co my nazywamy po prostu nacjonalizacją szpitali. Dla samorządów to nie jest reforma, ale absolutna rewolucja, o bardzo poważnych skutkach – mówi Renata Kaznowska.

Z dotychczasowych informacji wynika, że Ministerstwo Zdrowia rozważa kilka wariantów centralizacji, w tym m.in. przekazanie całości szpitali pod nadzór MZ i model mieszany, w którym szpitale powiatowe przeszłyby pod nadzór marszałków województw. Te plany w oficjalnym stanowisku skrytykowała już m.in. Polska Federacja Szpitali, która zwróciła uwagę, że dyskusja o restrukturyzacji szpitalnictwa toczy się w samym środku pandemii, przy rosnącej liczbie zakażeń, zgonów i hospitalizacji.

Wiceprezydent Warszawy zauważa też, że nieco ponad dwa miesiące, które zostały na przygotowanie projektu ustawy o restrukturyzacji szpitali, to bardzo krótki czas, zważywszy na skalę zmian szykowanych przez rząd. Tym bardziej że zespół roboczy nie wypracował jeszcze żadnych konkretów.

– Uczestniczę we wszystkich spotkaniach organizowanych w ramach konsultacji z ministrem Sławomirem Gadomskim, odpowiedzialnym za przygotowanie podwalin pod nową ustawę. Na tych spotkaniach pojawiają się wciąż nowe pomysły, propozycje, a jednocześnie nie dostajemy odpowiedzi na konkretne, merytoryczne pytania, które zadajemy. Warszawa ma 10 szpitali, z których pięć działa w formule SPZOZ [samodzielny publiczny zakład opieki zdrowotnej – red.], a pięć to spółki prawa handlowego. Czy te szpitale przechodzą na własność rządu? Jeżeli tak, to co z ich majątkiem? Jeżeli rząd przejmuje nasze szpitale, to co ze środkami, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat w nie zainwestowaliśmy? Nasze szpitale są wyremontowane, mają znakomitą aparaturę i chcemy wiedzieć, co się stanie z tym majątkiem – podkreśla wiceprezydent stolicy.

Warszawa zarządza 10 szpitalami, które mają sprzęt i aparaturę o wartości 380 mln zł. Ponad 70 proc. tej kwoty zostało sfinansowane z budżetu stolicy, a w ostatnich kilku latach wydatki majątkowe na ten cel sięgnęły 1,6 mld zł (m.in. rozbudowy, modernizacje, doposażenie w sprzęt i aparaturę medyczną oraz budowa Szpitala Południowego). Miejskie placówki zostały też w większości wyremontowane i doinwestowane, mają wysoki standard oddziałów, a w najbliższych latach zaplanowano kolejne 426,5 mln zł na dokapitalizowanie i kontynuację inwestycji w miejskich szpitalach (np. 173 mln zł na rozbudowę i wyposażenie Szpitala Bielańskiego i 190 mln zł na modernizację SOR w Szpitalu Czerniakowskim i na Solcu). Miasto nie wie, czy w obliczu planowanego przejęcia szpitali przez rząd powinno kontynuować te inwestycje. W kropce są też inne samorządy.

– Warszawa właśnie oddała do użytkowania Szpital Południowy za 400 mln zł. Co z tymi pieniędzmi? Czy rząd nam je zwróci? W tej chwili wylewamy też trzeci poziom bardzo dużego bloku w Szpitalu Bielańskim za prawie 200 mln zł. Nie wiemy, jak to będzie rozliczone i czy mamy dzisiaj zaprzestać tej inwestycji i wyprowadzić wykonawcę z budowy? Na żadne z tych pytań w zasadzie nie dostaliśmy odpowiedzi, a na kolejnych spotkaniach pojawiają się wciąż nowe pomysły – podkreśla Renata Kaznowska.

Samorządy podkreślają, że należące do nich placówki są lepiej zarządzane, a ich zadłużenie jest minimalne w stosunku do rządowych. Podczas konferencji prasowej w połowie stycznia członek zarządu województwa mazowieckiego (nadzoruje 26 placówek medycznych na Mazowszu, w które zainwestowano dotąd ponad 2,9 mld zł) Elżbieta Lanc podkreśliła, że – w obliczu niedofinansowania przez NFZ – placówki już dawno znalazłyby się w zapaści, gdyby nie wsparcie finansowe samorządów. Jak oceniała, centralizacja szpitali to powrót do PRL i zarządzania wszystkim bezpośrednio z Warszawy. Podobnego zdania jest Związek Powiatów Polskich, który wskazuje, że zadłużenie szpitali powiatowych to tylko ok. 20 proc. całkowitego zadłużenia szpitali w Polsce, szacowanego w III kwartale ub.r. na 15,2 mld zł. Z kolei cała infrastruktura i sprzęt zakupione przez nie w ciągu ostatnich 20 lat zostały sfinansowane z funduszy europejskich albo samorządowych, a więc de facto pieniędzy mieszkańców. Związek wyraził zdecydowany sprzeciw dla projektowanych zmian i ocenił, że przypominają one powrót do czasów socjalizmu. Samorządy mają też wątpliwości co do konstytucyjności pomysłów rządu.

– Cały czas słyszymy i jesteśmy uspokajani, że to są przymiarki, próby, że trwają konsultacje i one mają tylko częściowo formalny charakter, ponieważ te właściwe odbędą się już przy okazji konsultowania ustawy. W ramach Związku Miast Polskich i Unii Metropolii Polskich rozważamy kwestie konstytucyjności tych propozycji Ministerstwa Zdrowia. Wszystko zależy od tego, jaką formułę prawną finalnie będzie mieć ta centralizacja. Natomiast dzisiaj skłaniamy się ku tezie, że mamy do czynienia z działaniami o charakterze niekonstytucyjnym – mówi wiceprezydent Warszawy.

Zaburzenia snu jednym z głównych problemów medycznych. Pandemia dodatkowo wzmogła te problemy

Od początku pandemii COVID-19 70 proc. ludzi doświadczyło minimum jednego nowego problemu związanego ze snem, przy czym 60 proc. wprost wskazuje, że jest ona główną przyczyną uniemożliwiającą im wysypianie się – wynika z ogólnoświatowego badania firmy Philips. COVID-19 wpłynął także na sen Polaków, z których ponad połowa ma problemy z zasypianiem i częstym budzeniem się w nocy – co z kolei pokazuje badanie przeprowadzane dla Human Power. Eksperci podkreślają, że problemów ze snem nie należy bagatelizować, bo mogą one prowadzić do poważniejszych schorzeń. W dobie koronawirusa i utrudnionego dostępu do lekarzy pomocne dla pacjentów okazują się nowe technologie i telemedycyna.

Wpływ koronawirusa na poziom stresu i problemy ze snem pokazuje raport Philipsa „W poszukiwaniu rozwiązań: jak COVID-19 wpłynął na jakość snu”, który powstał z okazji przypadającego na 19 marca Światowego Dnia Snu.

– Z ogólnoświatowego badania, które przeprowadziliśmy w 13 krajach, wynika, że 70 proc. osób ma, wywołane przez stres, problemy ze snem. Pandemia dodatkowo spotęgowała ten stres, a to on powoduje, że śpimy znacznie gorzej, nie wysypiamy się albo nie możemy zasnąć. Stresujemy się z powodów finansowych, zdrowotnych i związanych z pracą. Bardzo często, kiedy nie możemy zasnąć, korzystając z telefonu, czytamy wiadomości, które w czasie pandemii też dotyczą raczej stresujących tematów. Korzystanie z telefonu w łóżku potęguje problemy ze snem i pogarsza jego jakość – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Grzybowski, prezes Philips Polska.

Po blisko roku trwania pandemii COVID-19 stres jest dominującą emocją towarzyszącą Polakom. Sondaż przeprowadzony pod koniec ubiegłego roku dla Human Power na grupie blisko 1,4 tys. Polaków pokazał, że 68 proc. odczuwa większy stres, a prawie 40 proc. czuje się psychicznie gorzej niż na początku pandemii. Blisko połowa Polaków podkreśla, że ma problemy z jakością snu – z zasypianiem i częstym budzeniem się w nocy. Niepokojące jest to, że aż 74 proc. Polaków sięga po alkohol albo środki uspokajające, żeby poradzić sobie z tymi problemami.

– Zaburzenia snu to w ostatnim czasie bardzo często spotykany problem. Mamy dwie główne grupy pacjentów cierpiących na to zaburzenie. Do pierwszej należą osoby, które z racji izolacji i specyficznych warunków, zmian rytmu okołodobowego czy też zaburzeń depresyjnych związanych z pandemią cierpią na bezsenność, brak snu i częste wybudzenia, co znacząco przekłada się na jakość ich funkcjonowania. Druga grupa to pacjenci, którzy chorowali na koronawirusa i tutaj często mamy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym, czyli z nadmierną sennością – mówi dr n. med. Paweł Nastałek z Kliniki Pulmonologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. – Zaburzenia snu i czuwania zdecydowanie w tej chwili zyskały na znaczeniu i są jednym z wiodących problemów medycznych.

Jak podkreśla, jeszcze przed pandemią COVID-19 problemy ze snem były dość powszechnym problemem. Wynika to m.in. z szybkiego stylu życia i braku właściwej higieny snu. W coraz większym stopniu winna jest też elektronika, czyli np. korzystanie w łóżku z tabletu bądź telefonu komórkowego.

– O zaburzeniach snu możemy mówić wtedy, kiedy nie śpimy komfortowo, wybudzamy się w nocy i to ma przełożenie na nasze funkcjonowanie w ciągu dnia. Jeśli czujemy się senni i zmęczeni, to znaczy, że faktycznie może dziać się coś złego. Oczywiście nieprzespana noc czy gorszy sen przez jeden–dwa dni raczej nie odbiją się znacząco na naszym zdrowiu i nie jest to jeszcze powód do tego, żeby zgłaszać się do lekarza. Natomiast jeżeli trwa to bardziej długofalowo i odbija się na komforcie naszego funkcjonowania, wtedy warto poszukać pomocy – mówi dr n. med. Paweł Nastałek.

Jak wynika z badań firmy Philips, część osób borykających się z problemami ze snem próbowała pomóc sobie np. za pomocą kojącej muzyki, czytania czy medytacji. Co trzecia szukała w internecie informacji o metodach leczenia poprawiających jakość snu. Ponad połowa wyraziła też chęć zwrócenia się po pomoc do lekarza specjalizującego się w zaburzeniach snu za pośrednictwem usług telemedycznych – online lub telefonicznie.

– Jesteśmy zdecydowanie bardziej skłonni korzystać z nowych technologii, żeby poprawić naszą jakość snu. Pandemia przyspieszyła proces odchodzenia od tradycyjnych wizyt u lekarzy, znacznie częściej diagnozujemy i leczymy się w domu. W przeprowadzonym przez Philips badaniu respondenci deklarowali również, że aktywnie szukają informacji na temat swoich problemów ze snem i tego, jak sobie z nimi radzić, gdzie mogą się udać po poradę i kto może im pomóc – mówi Michał Grzybowski.

Konsekwencji długotrwałych zaburzeń snu nie należy bagatelizować. Poza rozdrażnieniem, zmęczeniem i problemami z koncentracją mogą one prowadzić do ogólnego spadku odporności organizmu i poważniejszych schorzeń. Widać to m.in. na przykładzie bezdechu sennego, który jest jednym z najpoważniejszych zaburzeń związanych ze snem, a nieleczony może wywoływać np. nadciśnienie czy zaburzenia rytmu serca.

– Bezdech senny jest niebezpieczny, ponieważ pogłębia choroby współistniejące takie jak cukrzyca czy choroby układu krążenia, ale prowadzi też m.in. do senności i spadku koncentracji. Pacjenci skarżą się na zmęczenie, niewyspanie, niedotlenienie. Część wypadków samochodowych jest związana z zasypianiem za kierownicą, a to może być właśnie objaw nieleczonego, obturacyjnego bezdechu sennego – wyjaśnia prezes Philips Polska.

Szacuje się, że na bezdech senny choruje nawet kilkanaście procent społeczeństwa, często nawet o tym nie wiedząc. Do głównych czynników ryzyka należą nadwaga i otyłość oraz nadciśnienie tętnicze, a do lekarza pierwszego kontaktu powinny się zgłosić zwłaszcza te osoby z grupy ryzyka, które czują się permanentnie senne albo mają problem z chrapaniem w nocy. Sygnałem ostrzegawczym mogą być też częste i długie drzemki w ciągu dnia.

– Ze wspomnianego wcześniej raportu Philipsa wynika, że prawie 1/3 osób podejrzewa obturacyjny bezdech senny u siebie bądź u bliskiej osoby ze swojej rodziny. Dlatego ważna jest świadomość tego problemu i kontakt z lekarzem. Obecnie nie trzeba już udawać się do szpitala, żeby przeprowadzać diagnostykę, można to zrobić w domu – podkreśla Michał Grzybowski.

Opracowano elastyczne opony z tytanu niewymagające napełniania powietrzem. Mają także pamięć kształtu i się nie zużywają

Start-up The SMART Tire Company we współpracy z naukowcami NASA opracowuje opony ze stopu innowacyjnego materiału z pamięcią kształtu. Opona rowerowa nie wymaga napełniania powietrzem. Ma być miękka jak guma, ale jednocześnie zachowuje odporność i trwałość charakterystyczną dla tytanu. Dzięki temu, że praktycznie się nie zużywa, może też być przyjazna dla środowiska. Kosmiczna technologia, pierwotnie wykorzystana w łazikach marsjańskich, może zrewolucjonizować transport. Dzięki niej będzie można znacznie obniżyć masę rowerów. Docelowo opona ma znaleźć zastosowanie również w rowerach i skuterach elektrycznych.

– METL to bardzo fajnie wyglądające kosmiczne opony, które się nie przebijają – podkreśla Earl Cole, dyrektor generalny The SMART Tire Company.

Amerykański start-up wraz z agencją kosmiczną NASA opracował zupełnie nowy typ opon. Opona METL ma być wykonana z materiału o nazwie NiTinol+. To metalowy stop z tytanu i niklu, który może być poddawany odkształceniom na poziomie nawet do 10 proc. bez ryzyka trwałych odkształceń. W przypadku innych materiałów o podobnej charakterystyce, takich jak kompozyty czy stal sprężynowa, maksymalne odkształcenia mogą sięgać zaledwie 0,3–0,5 proc. W efekcie opona stworzona przez amerykański start-up i agencję kosmiczną NASA łączy w sobie elastyczność gumy i odporność tytanu.

– Stopy z pamięcią kształtu są niezwykle obiecujące dla całego przemysłu opon naziemnych. A to tylko wierzchołek góry lodowej – wskazuje dr Santo Padula, inżynier materiałoznawstwa w NASA.

Pierwotnie tego typu opony stosowane były w łazikach marsjańskich. Oznacza to, że są w stanie pracować w ekstremalnych warunkach, zarówno termicznych, jak i związanych z ukształtowaniem terenu. Podstawowym przeznaczeniem opony METL mają być rowery poruszające się zarówno po szosach asfaltowych, jak i żwirze czy szutrze. Docelowo mają też trafiać do skuterów elektrycznych. Co ważne, opony te praktycznie się nie zużywają, co oznacza, że w trakcie eksploatacji pojazdu nie zajdzie potrzeba ich wymiany.

– Unikatowe połączenie zaawansowanych materiałów z przyjazną dla środowiska konstrukcją nowej generacji tworzy rewolucyjny produkt – twierdzi Earl Cole, założyciel The SMART Tire Company.

Start-up na razie nie podaje informacji na temat dostępności ani ceny opon METL. Wiadomo natomiast, że opracowano już prototypy urządzeń, co może wskazywać na dość szybki debiut rynkowy.

Według Reports and Data światowy rynek opon rowerowych do 2026 roku osiągnie wartość 8,6 mld dol.

Sztuczna inteligencja pomoże opracować szczepionki na nowe mutacje koronawirusa. Przy przygotowywaniu obecnych naukowcy radzili sobie bez jej pomocy

Sztuczna inteligencja najprawdopodobniej nie była do tej pory wykorzystana do opracowania szczepionek przeciw SARS-CoV-2. Dopiero niedawno naukowcy opracowali pierwszy algorytm, który umożliwia wskazanie kandydatów na substancje aktywne dla szczepionek na nowe mutacje koronawirusa. Zamiast kilku miesięcy SI potrafi to zrobić nawet w ciągu kilku sekund. Dzięki niej możliwe jest znacznie szybsze wprowadzenie do badań klinicznych nowych leków. W Japonii do tej fazy badań trafił już lek opracowany dzięki wsparciu SI w zaledwie rok.

– Sztuczna inteligencja może zdecydowanie pomóc szybciej opracowywać leki. Są już pierwsze próby i zapewne będzie to kontynuowane. Algorytmy sztucznej inteligencji powodują znacząco szybsze przeszukiwanie przestrzeni możliwych rozwiązań – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Jacek Błażewicz, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, dyrektor Instytutu Informatyki Politechniki Poznańskiej.

Standardowo opracowanie i wdrożenie nowego leku trwa około 15 lat. W pierwszym, trwającym około pięciu lat etapie naukowcy typują i badają pod kątem przydatności wszystkie substancje chemiczne, które mogą posłużyć jako składnik aktywny. Następnie przeprowadzana jest analiza chemiczna, biologiczna, a wreszcie lek trafia do badań na zwierzętach, badań przedklinicznych i klinicznych. Zwieńczeniem procesu jest decyzja o dopuszczeniu nowego leku do użytku. Sztuczna inteligencja może się okazać pomocna zwłaszcza w pierwszym etapie tego procesu.

– Naukowcom udało się już ten pierwszy etap z wykorzystaniem sztucznej inteligencji skrócić pięciokrotnie, czyli z pięciu lat do roku. Czyli cały proces zamiast 15 lat zajmie być może 10 lat. Proces opracowania leku standardowo kosztuje ok. 3–4 mld dol. Czy dzięki sztucznej inteligencji ten koszt się zmniejszy? Pewnie nie. Prawdopodobnie ci naukowcy zażądają więcej, bo muszą mieć lepsze algorytmy i sprzęt, ponieważ nie na każdym komputerze uruchomimy taki algorytm – wskazuje ekspert.

Lek wynaleziony przez sztuczną inteligencję ma znaleźć zastosowanie w leczeniu zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych. Preparat został stworzony przez brytyjski start-up Exscientia i japońską firmę farmaceutyczną Sumitomo Dainippon Pharma. Cząsteczka, nazwana DSP-1181, została stworzona przy użyciu algorytmów, które przesiewają potencjalne związki chemiczne, porównując je z ogromną bazą danych parametrów leczniczych. Lek trafił w Japonii do badań klinicznych. Firma już pracuje nad potencjalnymi lekami do leczenia raka i chorób układu krążenia i ma nadzieję, że do końca roku będzie gotowa kolejna cząsteczka skierowana do badań klinicznych.

Tak spektakularne skrócenie procesu wstępnej selekcji substancji czynnych może być niezwykle pomocne w walce z koronawirusem. Naukowcy, wykorzystując superkomputer IBM Summit i posiłkując się symulacją bioinformatyczną, w mniej niż dwa dni wytypowali substancje chemiczne, które mogą pomóc zwalczyć chorobę wywołaną tym patogenem. Okazuje się jednak, że uczenie maszynowe najprawdopodobniej nie miało wpływu na nadzwyczajne skrócenie ścieżki wdrożenia szczepionek przeciw COVID-19.

– To był bardzo krótki okres, obejmujący ponad pół roku. Nie dałoby się tak szybko napisać algorytmów i ich uruchomić. Dało się stworzyć te szczepionki tak szybko, bo były już próby przy poprzednim ataku SARS na społeczeństwo. Koncerny podjęły się budowy szczepionki, ale nie udało im się jej wtedy sprzedać, bo SARS nie był aż tak złośliwy. Teraz pojawił się COVID, a to jest ten sam typ wirusa, czyli koronawirus – tłumaczy prof. dr hab. inż. Jacek Błażewicz.

Dopiero w lutym 2021 roku powstały pierwsze algorytmy sztucznej inteligencji, które pozwolą wynaleźć szczepionkę na COVID-19 w ciągu sekund. Zespół z Uniwersytetu Południowej Kalifornii stworzył silnik bazujący na SI, który pozwoli drastycznie przyspieszyć wskazywanie kandydatów na substancje aktywne dla szczepionek na pojawiające się nowe mutacje koronawirusa.

Według analityków z Mordor Intelligence wartość rynku sztucznej inteligencji w medycynie była wyceniana w 2020 roku na 4,5 mld dol. Do 2026 roku ma to być prawie 35 mld dol.

Wiceprezes Google Dan Decasper nowym szefem warszawskiego centrum inżynieryjnego Google Cloud

  • Nowym szefem warszawskiego centrum inżynieryjnego Google Cloud został Dan Decasper, który objął również stanowisko wiceprezesa Google. Jednocześnie do zespołu zarządzającego pracą biura dołączyli Joanna Obstój, jako dyrektorka ds. inżynierii UI oraz Marcin Mierzejewski, jako dyrektor ds. inżynierii w dziale Cloud Networking. 
  • Warszawskie biuro jest największym centrum rozwoju technologii chmurowych Google w Europie i odpowiada za rozwój narzędzi, z których korzystają globalni klienci usług Google Cloud (jak Spotify, Snapchat czy Twitter) oraz które umożliwiają działanie produktów własnych Google (w tym Wyszukiwarki, YouTube, poczty Gmail i Zdjęć Google).
  • W ramach trwających inwestycji Google w Polsce firma zapowiada dynamiczny wzrost zatrudnienia w centrum inżynierskim w Warszawie. W poniedziałek ogłosiła też utworzenie zespołu ds. wdrażania technologii w biurze we Wrocławiu. To część przygotowań firmy do otwarcia polskiego regionu Google Cloud, czyli lokalnej infrastruktury obliczeniowej – będzie to jedyna tego typu inwestycja, którą firma uruchomi w tym roku w Europie. 

Dan Decasper ma ponad 20-letnie doświadczenie w sektorze IT. Przez ostatnią dekadę był wiceprezesem amerykańskiej giełdowej spółki technologicznej Pure Storage, która opracowuje sprzęt i oprogramowanie do przechowywania danych all-flash. W tym czasie był odpowiedzialny m.in. za założenie i rozwój centrum R&D firmy w Pradze. Wcześniej Decasper był współzałożycielem Cirtas Systems – startupu będącego pionierem w dziedzinie cloud gateway, a także kierował zespołami inżynierskimi w Citrix Systems. Ukończył studia magisterskie i posiada tytuł doktora nauk informatycznych Swiss Federal Institute of Technology (ETH) w Zurychu. Jest właścicielem 18 patentów.

Zdecydowałem się dołączyć do Google, bo jestem niezwykle podekscytowany możliwością pracy z tak świetnym zespołem w Warszawie, z którym wspólnie będziemy rozwijać największe centrum inżynierskie Google Cloud w Europie. Rozbudowa warszawskiego biura to dla nas priorytet, bo już teraz powstaje tu wiele z naszych najważniejszych produktów i technologii, z których korzystają najwięksi światowi klienci Google Cloud – powiedział wiceprezes Google Dan Decasper.

Do zespołu zarządzającego centrum technologii chmurowych Google w Warszawie dołącza także Joanna Obstój, która obejmie stanowisko dyrektorki ds. inżynierii. Będzie liderką działu tworzącego interfejs użytkownika (UI) wiodących produktów Google Cloud takich jak Google Kubernetes Engine i platforma Anthos. Ma wieloletnie doświadczenie w sektorze finansowym – przez ostatnie 14 lat pracowała w Goldman Sachs, gdzie kierowała zespołami Global Markets Engineering w Warszawie oraz była założycielką programu Warsaw Women’s Network. Ukończyła informatykę na Politechnice Śląskiej.

Bardzo się cieszę, że dołączam do zespołu inżynierskiego Google Cloud w Warszawie w momencie, w którym Polska coraz bardziej stawia na technologie chmurowe, a nadchodzące otwarcie nowego regionu Google Cloud zaoferuje polskim firmom szansę na przyspieszony rozwój ze wsparciem naszych najlepszych technologii i ekspertów – skomentowała Joanna Obstój. – Decydując się na dołączenie do Google ważne było dla mnie też, że zespół warszawskiego biura rozbudowuje się w oparciu o unikalne kompetencje, różnorodność i inkluzywność. To ogromna szansa dla inżynierów i inżynierek na pracę z najlepszymi, w najbardziej dynamicznie rozwijającym się segmencie IT i jednocześnie tworzenie najlepszego zespołu ekspertów w tej dziedzinie w Europie – dodała Obstój.

Jednocześnie dyrektorem w warszawskim biurze inżynieryjnym Google został także Marcin Mierzejewski, odpowiedzialny za obszar Cloud Networking. Marcin Mierzejewski będzie zarządzał zespołem zajmującym się budową globalnych usług i technologii sieciowych Google Cloud Platform, skoncentrowanych na skalowaniu, bezpieczeństwie i kompleksowym monitorowaniu sieci. Poprzednio był dyrektorem oraz szefem krakowskiego biura inżynieryjnego amerykańskiej firmy OpenX. Doświadczenie zawodowe zdobywał też w Fujitsu i Motoroli. Jest absolwentem automatyki i robotyki na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Warszawskie centrum inżynieryjne rozwijające technologie Google Cloud to część flagowej inwestycji firmy w Polsce. Kilkusetosobowy zespół inżynierski w Warszawie pracuje nad usługami i produktami, z których korzystają nie tylko polscy partnerzy firmy, ale też globalni klienci usług chmurowych Google, tacy jak Spotify, Snapchat czy Twitter. Technologie te wspierają też działania własnych produktów Google (np. Wyszukiwarka, YouTube, Gmail, Zdjęcia Google itp.). Już dziś Warszawa jest największym centrum inżynieryjnym Google Cloud w Europie. To też jedno z najlepszych miejsc pracy dla inżynierów i inżynierek, którzy chcą pracować przy niezwykle dynamicznie rosnącym sektorze chmury obliczeniowej – według BCG rynek cloud computingu w Polsce będzie rósł aż o 15-20% rocznie, a do dalszego wzrostu z pewnością przyczyni się także otwarcie regionu Google Cloud, który firma zapowiedziała na kwiecień.

Cyfryzacja w hiper tempie

Czas zerwać z przeszłością, stare nie wróci. Zrozumiał to biznes, który w 2021 będzie cyfryzować się na potęgę, wynika z raportu TEKsystems. Firmy zainwestują w zbieranie i przetwarzanie informacji oraz w analitykę. Cel, wygrać z kryzysem i konkurencją.

Amerykańska firma specjalizująca się w rozwiązaniach IT dla biznesu, TEKsystems, w marcu opublikowała raport State of Digital Transformation 2021. W badaniu udział wzięli przedstawiciele kadry managerskiej wyższego szczebla z 400 organizacji rozproszonych po całym świecie, po to, by dokładnie zrozumieć czym tak naprawdę będzie digitalizacja w 2021.

2021 to rok hiperdigitalizacji

Okazuje się, że budżety opracowane z myślą o cyfrowej transformacji zostaną spożytkowane głównie na: rozwiązania chmurowe (50% ankietowanych), zbiory danych i ich analitykę (45%) oraz technologie mobilnego internetu (44%).

Co ciekawe, wyniki raportu jasno pokazują, że firmy, które już od dawna cyfryzują swoje struktury (tzw. cyfrowi liderzy), są na tyle zadowoleni z efektu tych inwestycji, że przeznaczą jeszcze więcej środków na digitalizację. Aż 55% cyfrowych liderów zapowiada, że zwiększy budżety na cyfrowe innowacje w 2021.

Takie inwestycje mają przełożyć się na bardzo konkretne efekty. Czego spodziewają się przedsiębiorcy? Najwięcej, bo aż 4 na 10 firm (40%) liczy, że zdobędzie kompetencje, pozwalające na analizowanie danych i budowę własnego business intelligence. Niewiele mniej, bo aż 36% respondentów sądzi, że ich firmy będą dzięki temu w stanie korzystać z dobrodziejstw analityki predyktywnej. – Wykorzystując big data i algorytmy sztucznej inteligencji, firmy są w stanie np. “przewidzieć” ścieżkę zakupową klienta, rozpoznać jego preferencje i na tej podstawie komunikować się z nim poprzez kampanie online – mówi Piotr Prajsnar, CEO firmy Cloud Technologies, specjalizującej się w monetyzacji danych. Ekspert dodaje, że: – To zaledwie jeden z przykładów. Na podstawie danych behawioralnych firmy mogą tworzyć nowe produkty, zmodyfikować układ i wygląd własnej witryny czy modyfikować strategię działania.

Tylko rok czy cała dekada?

Twórcy raportu State of Digital Transformation 2021 zwracają uwagę, że wykorzystanie Big Data, analityki, cloud computingu i mediów społecznościowych nie jest już wyłącznie domeną przedsiębiorstw, które stanowią creme della creme świata biznesu. Poniekąd jest to naturalna kolej rzeczy, a trochę efekt pandemii. Bo nawet najbardziej tradycyjne sektory gospodarki zaczęły korzystać z możliwości oferowanych przez cyfryzację nie tylko po to, by zapobiec wewnętrznym skutkom kryzysu, ale także po to, by budować przewagę konkurencyjną. – Badanie przeprowadzone przez The Boston Consulting Group wykazało, że przedsiębiorstwa, które przodują w wykorzystywaniu big data, generują o 12% większe przychody niż te, które z nich nie korzystają – odnotowuje Prajsnar.

Cyfryzacja zmienia także sposób, w jaki firmy konkurują ze sobą. Z jednej strony znacznie obniżyła ona koszty wejścia na rynek w wielu sektorach, ale tym samym zwiększyła konkurencję.

Ucyfrowiony biznes jest owocem dojrzałej gospodarki – mówi prezes Cloud Technologies i dodaje: – Wpływ technologii cyfrowej można zaobserwować w coraz większej liczbie sektorów, w tym w handlu, produkcji, rolnictwie, energetyce czy ochronie zdrowia. Chociaż prawdą jest, że technologia cyfrowa nie ma wpływu na podstawową istotę tych branż, przyjęcie nowych technologii stało się niezbędne w czasie pandemii do sprawnego ich funkcjonowania w trakcie lockdownu, zwiększania ich wydajności i konkurencyjności.

Krótko mówiąc, nowe technologie cyfrowe radykalnie przekształcają środowisko, w którym działają przedsiębiorstwa, wpływając również na różne etapy ich produkcji oraz na ich wzajemne relacje i konkurencję. Biorąc pod uwagę to wyzwanie, nie ma innego wyjścia: firmy muszą opracować strategię transformacji cyfrowej, aby zapewnić sobie przetrwanie i przyszły rozwój.

MLP Group osiągnęło w 2020 r. ponad 170 mln zł zysku netto

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki finansowe za 2020 r. W tym okresie Grupa osiągnęła zysk netto w wysokości 170,4 mln zł (+32% r./r.). Wartość kapitałów własnych (aktywów netto) wzrosła w minionym roku o 29% do poziomu 1,21 mld zł, a wartość nieruchomości inwestycyjnych brutto zwiększyła się także o 29% do 2,33 mld zł.

MLP Group w minionym roku prowadziło dynamiczny rozwój na wszystkich obsługiwanych rynkach. Strategicznym celem Grupy pozostawała ekspansja w Polsce oraz na rynku niemieckim, a także rozwój w Austrii oraz Rumunii.  Coraz większą popularnością cieszyły się obiekty typu City Logistics (niewielkie moduły oferujące nowoczesną powierzchnię magazynową wraz z reprezentacyjnym biurem o wysokim standardzie wykończenia) oraz obiekty typu big-box.

– Miniony rok był dla nas udany pomimo trwającej pandemii koronawirusa. Motorem napędowym była realizacja projektów uruchomionych jeszcze przed pandemią. Cały rynek rozwijał się w podobnym tempie jak w poprzednim roku. W efekcie również nasze wyniki finansowe okazały się bardzo dobre. Coraz większy wpływ ma nasza działalność prowadzona na rynku europejskim, a w szczególności na rynku niemieckim. W minionym roku aktywnie kupowaliśmy też grunty pod kolejne projekty. Poszerzyliśmy w ten sposób naszą ofertę o rynek austriacki, gdzie rozpoczęliśmy realizację nowego parku logistycznego w Wiedniu. Uruchomiliśmy też kolejne projekty w Niemczech. W Polsce także aktywnie inwestowaliśmy rozpoczynając nowe przedsięwzięcia we Wrocławiu, Łodzi i Wielkopolsce oraz realizując kolejne etapy rozbudowy aktualnie posiadanych parków logistycznych” – powiedział Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

Grupa Kapitałowa MLP Group utrzymuje dobrą kondycję finansową. W minionym roku zwiększyła o 29% wartość aktywów netto (NAV) do poziomu 1,21 mld zł. Wartość nieruchomości inwestycyjnych wzrosła również o 29% do 2,33 mld zł. W minionym roku Grupa wypracowała 170,4 mln zł zysku netto, czyli o 32% więcej niż w poprzednim roku. Z kolei skonsolidowane przychody wyniosły 190,7 mln zł i były o 36% wyższe niż rok wcześniej. Uwzględniając jedynie przychody uzyskane z czynszów z najmu, które są głównym źródłem przychodów z działalności podstawowej, w 2020 roku Grupa osiągnęła 23,9% wzrost w odniesieniu do analogicznego okresu poprzedniego roku.

MLP Group w 2020 r. realizowało oraz miało w przygotowaniu projekty o łącznej powierzchni ponad 241 tys. m2. W efekcie na koniec minionego roku Grupa dysponowała ponad 715 tys. m2 gotowej powierzchni magazynowej. Uwzględniając również projekty w trakcie budowy i w przygotowaniu oferowała łącznie blisko 860 tys. m2 nowoczesnych powierzchni. Grupa utrzymywała jednocześnie bank ziemi w ramach którego docelowa powierzchnia do zabudowy sięga blisko 1,29 mln m2. Dodatkowo Grupa posiada szereg umów rezerwacyjnych na zakup nowych gruntów pod planowane parki logistyczne w Polsce (m.in. Stryków, Pruszków, Poznań), w Niemczech (m.in. Gelsenkirchen, Kolonia, Frankfurt nad Menem, Lipsk) i w Austrii.

Pomimo pandemii rynek magazynowy w Polsce odnotował w 2020 roku rekordowy wynik, co po raz kolejny potwierdziło jego siłę. Według danych rynkowych w minionym roku całkowita podaż nowoczesnych powierzchni magazynowych w Polsce osiągnęła poziom 20,7 mln m2. W tym czasie na rynek dostarczone zostało łącznie 2 mln m2 nowej powierzchni magazynowej. Na koniec tego okresu w trakcie budowy pozostawało około 1,9 mln m2.

– Na bieżący rok patrzymy z umiarkowanym optymizmem. Rynek magazynowy będzie rósł raczej w tempie jednocyfrowym. Będzie to solidny wzrost, ale daleki od huraoptymizmu. Wszystko będzie zależne od sytuacji ekonomicznej na świecie oraz od tego jak szybko globalna ekonomia wróci na ścieżkę wzrostową. Oczekujemy, że głównymi czynnikami wpływającymi na rozwój rynku powierzchni magazynowych będzie sektor e-commerce oraz popyt generowany przez klientów przenoszących produkcję z krajów azjatyckich do Europy. Dodatkowym istotnym czynnikiem wpływającym na popyt jest zwiększanie przez najemców zapasów z obawy na przerwanie łańcuchów dostaw, co w konsekwencji powoduje większe zapotrzebowanie na powierzchnię magazynową. Koncentrujemy się również na wdrażaniu ekologicznych rozwiązań w naszych parkach logistycznych i inwestycjach w odnawialne źródła energii. Jednym z naszych priorytetowych celów jest montaż paneli fotowoltaicznych na wszystkich posiadanych i budowanych obiektach. Chcemy, aby MLP Group stało się firmą zrównoważoną energetycznie pod względem emisji CO2  do 2023 roku – dodał Radosław T. Krochta.

Zgodnie ze strategią „build & hold” MLP Group po zakończeniu budowy parków logistycznych utrzymuje je w swoim portfelu i samodzielnie nimi zarządza. Wszystkie projekty realizowane przez Grupę wyróżnia również bardzo atrakcyjna lokalizacja parków logistycznych, stosowanie rozwiązania typu built-to-suit oraz wsparcie najemcy w trakcie trwania umowy najmu.

Silna Polska to Polska walecznych przedsiębiorców, którzy mają prawo liczyć na adekwatną pomoc ze strony rządu

Spełnił się czarny sen przedsiębiorców – od 20 marca wracamy do obostrzeń „czerwonej strefy”, co oznacza zamknięte hotele, ograniczoną działalność galerii handlowych czy ograniczenie funkcjonowania instytucji kultury oraz sportowych. Dzieci klas I-III wracają na naukę zdalną, a zamknięta od października gastronomia i branża fitness zamknięta pozostaje. Minister Zdrowia Adam Niedzielski przekonuje, że to ostatni dzwonek, by ratować Polaków przed zwyżkami trzeciej fali koronawirusa. Lockdown ma potrwać od 20 marca do 9 kwietnia.

– Tydzień temu mówiliśmy o „pełzającym lockdownie” i okazało się, że kreślone przez ekspertów scenariusze, że niebawem restrykcjami objęta będzie cała Polska się spełniły – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Nie kwestionujemy powagi  pandemii i związanej z nią konieczności obostrzeń w celu jej zahamowania, ale nie mamy również wątpliwości, że sytuacja przedsiębiorców pogarsza się z każdym tygodniem. Chcemy podkreślić, że nam nie chodzi o krytykę działań rządu ale jesteśmy przede wszystkim głosem zrozpaczonych przedsiębiorców, którzy  będąc dotąd płatnikami do budżetu, teraz stoją w obliczu  osobistych tragedii .Bez  realnego wsparcia rządu opartego nie na kryterium kodu PKD ale na kryterium  procentowego spadku obrotów,   przedsiębiorcy  nie wrócą  do swoich działalności.

„Obecnie obserwujemy prawdziwy rollercoaster: zamykamy, otwieramy, ograniczamy, luzujemy. Przedsiębiorcy czują, że panuje gigantyczny chaos”

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie stoi na stanowisku, że w obecnej sytuacji lockdown jest rozwiązaniem, którego efektem będzie pogorszenie się sytuacji wielu branż. W najpoważniejszej sytuacji jest gastronomia, hotelarstwo, turystyka, handel, usługi oraz transport. Trzy tygodniowy lockdown obejmujący Święta Wielkanocne to potężny cios dla branż i sektorów gospodarki, które od miesięcy są dławione przez kolejne ograniczenia. Z naszych obserwacji wynika, że sytuacja robi się bardzo poważna, a jej efektem może być nawet kolejna fala bankructw i upadłości.

– Zdajemy sobie sprawę, że sytuacja epidemiczna jest bardzo trudna w całej Europie i musimy kolejny raz stawić czoła koronawirusowi. Jestem jednak przekonana i takie docierają do mnie sygnały od przedsiębiorców zrzeszonych w Izbie, że lockdown jako „recepta na koronawirusa” się po prostu nie sprawdza. W ostatnich miesiącach nie odbywały się spędy, gastronomia działa w sposób ograniczony, a hotele działały w reżimie sanitarnym. Mimo to trzecia fala przyszła. Może więc emisja wirusa nie jest zależna od tego czy gospodarka jest zamykana? – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Obecnie obserwujemy prawdziwy rollercoaster: zamykamy, otwieramy, ograniczamy, luzujemy. Przedsiębiorcy czują, że panuje gigantyczny chaos, który odciska piętno na ich działalności. Hotele miesiąc temu się otwierały, teraz się zamykają. Czy ktoś myśli o tym, jakie to gigantyczne straty? Jestem przekonana, że można wypracować rozwiązania kompromisowe – mówi dalej Hanna Mojsiuk.

„Oczekujemy pakietu rozwiązań wspierających poszkodowane branże”

Północna Izba Gospodarcza pyta także o wsparcie dla zamykanych branż: – Trzecia fala, trzeci lockdown i ani słowa o trzeciej fali wsparcia dla przedsiębiorców, którym zabiera się możliwość ratowania swoich firm i funkcjonowania. Oczekujemy jako przedsiębiorcy, że Rząd w trybie pilnym przedstawi program wsparcia branż objętych lockdownem. Wypowiadamy się w imieniu pracodawców i pracowników, którzy kolejny raz stają w obliczu dramatycznej sytuacji ograniczającej ich działalność. Oczekujemy pakietu rozwiązań wspierających poszkodowane branże i kolejny raz apelujemy: wsparcie powinno być kwalifikowane przez spadek przychodów, a nie kody PKD – mówi Prezes Hanna Mojsiuk.

– Z dużym niepokojem patrzymy na sytuację zachodniopomorskich kurortów. Hotele czynne są od miesiąca, a już się zamykają. Dla hotelarzy Wielkanoc mogłaby być szansą na częściowe odrobienie strat ze świąt i ferii zimowych. Widzimy znów, że nie jest to możliwe. Majówka coraz bliżej, a nadzieje, że koronawirusa uda się szybko pokonać coraz mniejsze – dodaje dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Eksperci Izby: Lockdown nie jest lekarstwem na koronawirusa

W opinii ekspertów współpracujących z Północną Izbą Gospodarczą w Szczecinie obecna sytuacja będzie miała poważne konsekwencje dla wielu branż oraz dla całej gospodarki.

– Lockdown okaże się szczególnie bolesny dla tych branż, które już wcześniej zostały przez pandemię poważnie okaleczone. Tym razem do strat wywołanych brakiem aktywności od wielu miesięcy trzeba doliczyć ekstraordynaryjne koszty – straty związane z niedawnym uruchomieniem działalności, np. w hotelach, czy  ośrodkach sportowych, basenach itp., które po krótkim okresie funkcjonowania, znowu zmuszone są zawiesić działalność. Spora część firm z branż najsilniej dotkniętych skutkami kryzysu pandemicznego nie przetrwa kolejnych zakłóceń i lockdownów. Przed nami jeszcze wiele perturbacji gospodarczych, w tym również fale bankructw i upadłości. Cóż, takie są konsekwencje kryzysu w ekonomii – komentuje prof. Aneta Zelek, rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu.

– Ostatnie miesiące pokazują, że lockdown nie jest lekarstwem na koronawirusa, a rządzący za wszelką cenę chcą nas nim wyleczyć. Wiadomość o lockdownie doprowadziła wielu przedsiębiorców wręcz do reakcji histerycznych. Proszę sobie wyobrazić, że prowadzicie Państwo hotel, który otworzył się na miesiąc i znowu musi się zamknąć. Przedsiębiorcy doprowadzani są do desperacji i niestety coraz trudniej patrzeć im w przyszłość z optymizmem. Miejmy nadzieję, że po Wielkanocy nastąpi gospodarcza odwilż – mówi doradca gospodarczy Katarzyna Michalska.

Abolicja czynszowa wymaga nowelizacji

Zapisy dotyczące zwolnienia najemców z opłat za wynajem powierzchni w centrach handlowych przestają mieć rację bytu, zwłaszcza w świetle zapowiedzianego na 20 marca czwartego już ogólnopolskiego lockdownu. Przedstawiciele sektora ponownie apelują o symetryczne rozłożenie zobowiązań finansowych, tak jak miało to miejsce np. w Czechach i Niemczech.

Najemcy centrów handlowych, którzy skorzystali z abolicji czynszowej podczas każdego z trzech ogólnopolskich lockdownów, w efekcie wydłużyli umowy najmu o ponad 20 miesięcy. To, co początkowo miało służyć interesom firm mających swoje sklepy w galeriach handlowych, długofalowo może działać na ich niekorzyść. W niezwykle trudnej sytuacji od początku trwania pandemii są natomiast właściciele centrów, którzy do tej pory nie zostali objęci żadnym programem pomocowym ze strony państwa.

Umowy najmu bez daty ważności

Abolicja czynszowa jest bezprecedensowy narzędziem, którego trudno szukać na innych rynkach handlowych w Europie. Wprowadzenie zwolnień z opłat, bo mówimy nie tylko o czynszu, ale również o kosztach dodatkowych, w tym opłacie eksploatacyjnej, spotkało się początkowo z pozytywną reakcją najemców. Uzyskanie pomocy od właścicieli zostało uproszczone do minimum i często otwierało drogę do dalszych negocjacji, tłumaczy Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Właściciele zostali jednak w ten sposób zupełnie pozbawieni przychodów, a należy podkreślić, że w ciągu trzech dotychczasowych, ogólnopolskich lockdownów ich działalność nie była całkowicie zawieszona, a umowy z podwykonawcami pozostawały w mocy. Koszty utrzymania danego obiektu spadały więc nieznacznie.

Warto też pamiętać, że abolicja nie jest jedynym zapisem tarczy kryzysowej, a skorzystanie z tej opcji oznacza automatyczne przedłużenie umowy najmu o sześć miesięcy plus długość trwania danego lockdownu. W efekcie, umowy najmu firm, korzystających do tej pory ze wsparcia państwa, zostały przedłużone do tej pory o przeszło 20 miesięcy. I tu trzeba zadać sobie pytanie, w jaki sposób te wydłużone w czasie kontrakty będą się miały do realiów rynkowych i faktycznych potrzeb najemców i wynajmujących po wygaśnięciu pandemii, dodaje Anna Wysocka.

Właściciele centrów handlowych z burtą

Bardzo wielu uczestników rynku, i to nie tylko handlowego, ale również finansowego, uważa, że wprowadzenie abolicji czynszowej było zbyt daleko posuniętą ingerencją w relację najemca-właściciel. To narzędzie było i jest jednostronne, i zupełnie nie bierze pod uwagę coraz trudniejszej sytuacji właścicieli centrów.

Jest to o tyle rozczarowujące, że w innych europejskich krajach, na przykład w Czechach, czy w Niemczech, zobowiązania finansowe były w miarę symetrycznie rozłożone pomiędzy najemców, właścicieli i rząd tłumaczy Anna Wysocka.

To dowodzi, że firmy posiadające w swoich portfelach centra handlowe w Polsce, powinny być objęte konkretną pomocą ze strony państwa, między innymi nacelowaną w spłatę należności kredytowych.

Niektóre banki, czy instytucje finansujące oferowały wsparcie w postaci odroczenia terminów płatności podczas pierwszego lockdownu, jednak i one nie funkcjonują w próżni, zatem nie mogą na dłuższą metę zapewniać właścicielom systemowych rozwiązań wspierających ich podczas pandemii. To rola instytucji państwowych, podkreśla Anna Wysocka.

Zapisy dotyczące abolicji nie przystają do realiów rynkowych

Jako że abolicja jest narzędziem, które nadal funkcjonuje i jest wykorzystywane podczas każdego kolejnego lockdownu, właściciele centrów handlowych mogą spodziewać się następnych przerw w otrzymywaniu należności w świetle zamknięcia centrów handlowych w województwie warmińsko-mazurskim, pomorskim, mazowieckim i lubuskim oraz w momencie zamrożenia działalności centrów handlowych w całym kraju, które zapowiedziano na 20 marca.

I tu pojawia się pytanie, jaka była intencja ustawodawcy, jeśli chodzi o długość trwania obecnych zapisów i czy faktycznie będą one długofalowo opłacać się najemcom. Abolicja czynszowa wraz z rozwojem pandemii wydaje się nie być logicznie uzasadniona i wymaga nowelizacji dostosowanej do obecnej i przyszłej sytuacji, mówi Anna Wysocka.

Natomiast konieczność zapewnienia wsparcia finansowego dla właścicieli galerii leży również w interesie inwestorów, którzy muszą mieć możliwość obsłużenia kredytów, ale też firm ochroniarskich, sprzątających, etc., które już teraz spotykają się z presją na obniżenie cen swoich usług. Bez stałego przychodu są natomiast na przykład firmy eventowe, ogromne straty notują też firmy marketingowe.

W miarę przedłużania się pandemii możemy spodziewać się więc bankructw ze strony zarówno właścicieli galerii handlowych, jak i firm z sektorów współpracujących z centrami, sieć powiązań jest ogromna i nie ogranicza się jedynie do wynajmujących i najemców, a to oznacza znacząco również niższe wpływu do budżetu państwa. Koszt obowiązującej od blisko roku abolicji czynszowej będzie gigantyczny, podsumowuje Anna Wysocka.