Polski start-up opracował pierwszy na świecie system płatności za pomocą skanu tęczówki. Okiem będzie można zapłacić m.in. za komunikację miejską

PayEye opracowało pierwszy na świecie system płatności oparty na biometrii tęczówki oka. Wystarczy jedno spojrzenie, by zapłacić szybko, wygodnie i przede wszystkim bezpiecznie. Tęczówka ma ponad 250 indywidualnych cech i nawet u bliźniaków jednojajowych jest zupełnie różna. Technologia pobiera cyfrowo zeskanowany obraz tęczówki, który jest następnie konwertowany na specjalny kod w celu autoryzacji płatności. W systemie nie jest przechowywany skan tęczówki, a jedynie kod. Skany tęczówki mogą mieć jednak znacznie szersze zastosowania, m.in. na lotniskach.

– Już teraz nie ma problemu, że zapomnieliśmy portfela z gotówką z domu, zgubiliśmy kartę albo rozładował nam się telefon i nie mamy czym zapłacić. Możemy w tej sytuacji płacić okiem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Stefan Augustyn, rzecznik prasowy PayEye.

Biometria coraz mocniej wkracza do świata płatności. Niedawno Visa uruchomiła pilotażowy program nowej karty biometrycznej z dwoma interfejsami (z obsługą chipów i zbliżeniowo) we współpracy z Mountain America Credit Union i Bank of Cyprus. Karta przetestuje użycie rozpoznawania odcisków palców jako alternatywę dla kodu PIN lub podpisu w celu uwierzytelnienia posiadacza karty podczas transakcji. Pilotaż jest zarządzany za pośrednictwem programu Visa Ready for Biometrics. Z kolei transakcje zakończone za pomocą 3D Secure obejmują uwierzytelnianie biometryczne, takie jak rozpoznawanie głosu, skan twarzy lub skan linii papilarnych.

Polski start-up poszedł jednak o krok dalej i stworzył pierwszy na świecie system płatności oparty na biometrii tęczówki oka. Wystarczy założyć konto na stronie PayEye i udać się do jednego z punktów, w którym skanowana jest tęczówka.

– Wygląd tęczówki oka jest przekształcany na specjalny PayEye kod i już pierwszą płatność dokonujemy tym kodem. Spoglądamy w urządzenie, ono nas identyfikuje po wyglądzie naszej tęczówki oka, weryfikuje to z kodem, który został tylko indywidualnie nam przypisany, i w ten sposób dokonuje się płatność – tłumaczy Stefan Augustyn.

Samo urządzenie iPOS, za pomocą którego skanowana jest tęczówka, niewiele się różni od zwykłych terminali. Przy płatności należy jedynie spojrzeć w dwa punkty, a system zweryfikuje kupującego. PayEye działa pod nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego i ma status Małej Instytucji Płatniczej.

Płatności biometryczne są znacznie bezpieczniejsze od tych tradycyjnych, które wymagają np. podania PIN-u. Dlatego można już płacić skanem linii papilarnych czy za pomocą skanu twarzy. Jak jednak przekonuje ekspert, to właśnie biometria oparta na skanie tęczówki jest najbezpieczniejsza.

– Tęczówka ma ponad 250 indywidualnych cech. Nawet prawe oko od lewego się różni, także u bliźniaków jednojajowych te tęczówki są bardzo różne, więc tu mamy bardzo wysoki faktor bezpieczeństwa. Z tego też powodu widzimy, że to rozwiązanie może być upowszechnione w wielu miejscach przy wykorzystaniu naszej technologii – przekonuje rzecznik prasowy PayEye.

Co istotne, firma przechowuje w swoich systemach wyłącznie generowany przez skan tęczówki kod. Ten zaś nie odzwierciedla w żaden sposób wyglądu tęczówki.

– Ani zdjęciem, ani wydrukiem oka, ani jakąkolwiek inną technologią, pokazaniem filmiku nie da się przeprowadzić tej płatności. Nasze urządzenie bada też przy okazji żywotność oka i dopiero na tej podstawie podejmuje decyzję, że właśnie płatności dokonuje ta konkretna osoba i jest do tego uprawniona – wskazuje Stefan Augustyn.

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości wsparła PayEye dotacją w wysokości ponad 460 tys. zł. Na razie skanem tęczówki można płacić w 120 punktach we Wrocławiu. Firma chce jednak jeszcze w tym roku wejść do innych polskich miast, a następnie na rynki zagraniczne.

– Ostatnio dołączyło do tego grona wrocławskie MPK. Pilotażowo jedno urządzenie zostało zainstalowane w Biurze Obsługi Podróżnych przy ul. Prusa. Tam właśnie okiem, jednym spojrzeniem możemy zapłacić za bilety okresowe, doładować kartę Urbancard, którą później się posługujemy w pojazdach komunikacji miejskiej, a także, choć oczywiście tego nie rekomendujemy, można nawet zapłacić jednym spojrzeniem za mandat – mówi ekspert. – Widzimy zainteresowanie technologią praktycznie z całego świata. Jeszcze nikt na świecie takiego projektu nie zrealizował  do komercyjnych płatności, do tego, co jest absolutnie dostępne dla zwykłego Kowalskiego.

Technologia biometryczna oparta na skanie tęczówki może mieć jednak znacznie więcej zastosowań niż tylko w płatnościach. Może również zrewolucjonizować weryfikację i bezpieczeństwo.

– Jeżeli mamy dostęp do jakichś pomieszczeń i chcielibyśmy mieć stuprocentową pewność, że nikt się nie wymienił kartą, którą można przybliżyć i otworzyć drzwi, to tęczówka oka idealnie się nada. Jest to też superrozwiązanie np. do wyznaczenia jakichś stref dostępowych albo identyfikacji osób na lotnisku czy imprezach masowych – wymienia Stefan Augustyn.

Ilość wody na Marsie może być równa połowie Oceanu Atlantyckiego. Według naukowców jest uwięziona w minerałach

Co najmniej 30 proc. wody, która niegdyś istniała na Marsie, może być uwięzione w minerałach i skorupie planety. Naukowcy odkryli, że ok. 4 mld lat temu było na nim tyle wody, ile pozwoliłoby pokryć całą planetę oceanem o głębokości od 100 do 1500 metrów. To objętość połowy Oceanu Atlantyckiego. Wcześniej naukowcy sądzili, że po utracie przez Czerwoną Planetę ochronnego pola magnetycznego promieniowanie słoneczne i wiatr słoneczny pozbawiły ją znacznej części powietrza i wody. Nowych dowodów na istnienie wody na Marsie może dostarczyć łazik Perseverance.

Kilka miliardów lat temu Czerwona Planeta była znacznie bardziej niebieska. Według dowodów wciąż znajdujących się na powierzchni woda na Marsie tworzyła baseny, jeziora i głębokie oceany. Jeszcze 4 mld lat temu wody było tyle, że mogłaby pokryć całą powierzchnię planety oceanem o głębokości nawet 1500 metrów. To objętość w przybliżeniu odpowiadająca połowie Oceanu Atlantyckiego. Obecnie powierzchnia Czerwonej Planety jest sucha.

Najnowsze badania naukowców z Politechniki Kalifornijskiej i Laboratorium Napędu Odrzutowego NASA wskazują jednak, że woda wciąż na Marsie istnieje. Została tylko uwięziona w minerałach i skorupie planety. Wcześniej naukowcy sądzili, że po utracie przez Czerwoną Planetę ochronnego pola magnetycznego promieniowanie słoneczne i wiatr słoneczny pozbawiły ją znacznej części powietrza i wody, która wyparowała do kosmosu.

– Ucieczka atmosferyczna nie wyjaśnia w pełni ilości wody, która według naszych danych kiedyś istniała na Marsie – podkreśla doktorantka Politechniki Kalifornijskiej Eva Scheller, która opublikowała swoje badania w prestiżowym czasopiśmie „Science”.

Naukowcy zbadali zakładaną ilość wody na Marsie w czasie we wszystkich formach (para, ciecz i lód) oraz skład chemiczny obecnej atmosfery i skorupy planety na podstawie analizy meteorytów. Wykorzystali także dane dostarczone przez łaziki i orbitery marsjańskie, zwracając przy tym szczególną uwagę na stosunek deuteru do wodoru. Zdecydowana większość atomów wodoru ma tylko jeden proton w jądrze atomowym, ok. 0,02 proc. występuje w postaci deuteru, który w jądrze ma proton i neutron. Lżejszy wodór szybciej ucieka w kosmos niż jego cięższy odpowiednik.

Porównując poziomy lżejszych atomów wodoru i cięższych atomów deuteru w próbkach marsjańskich, naukowcy mogą oszacować, ile zwykłego wodoru mogła utracić Czerwona Planeta w czasie. Ponieważ każda cząsteczka wody składa się z dwóch atomów wodoru i jednego atomu tlenu, szacunki utraty wodoru na Marsie odzwierciedlają zatem, ile wody zniknęło, gdy promieniowanie słoneczne rozbiło ją na Czerwonej Planecie na cząsteczki wodoru i tlenu.

– Cała ta woda została dość wcześnie odseparowana i potem nigdy nie wypłynęła – wskazuje Eva Scheller.

W ramach nowych badań naukowcy odkryli, że reakcje chemiczne mogły doprowadzić do tego, że 30–99 proc. wody pozostało na planecie. Reszta trafiła do kosmosu, co może wyjaśnić stosunek wodoru do deuteru obserwowany na Marsie.

– Ucieczka z atmosfery wyraźnie odegrała rolę w zmniejszeniu zasobów wody na Marsie, jednak odkrycia misji marsjańskich z ostatniej dekady wskazują na fakt, że istniał tam ogromny rezerwuar starożytnych uwodnionych minerałów, których formowanie z pewnością zmniejszyło dostępność wody z biegiem czasu – tłumaczy Bethany Ehlmann, profesor planetologii i zastępca dyrektora Instytutu Badań Kosmicznych im. Kecka.

Kiedy woda wchodzi w interakcję ze skałą, chemiczne wietrzenie tworzy gliny i minerały, które zawierają wodę jako część ich struktury. Taki proces zachodzi na Ziemi, ale i na Marsie. Ponieważ Ziemia jest aktywna tektonicznie, tworzy się nowa skorupa na granicach płyt, zwracając wodę i inne cząsteczki z powrotem do atmosfery. Mars jest w większości nieaktywny tektonicznie, więc jeśli powierzchnia wyschnie, to już na stałe.

Naukowcy czekają teraz na wyniki, które przekaże łazik Perseverance należący do NASA. Wylądował na Marsie w lutym i może pomóc doprecyzować szacunki, ile wody faktycznie zostało na Czerwonej Planecie.

– Badania, które opierały się na danych z meteorytów, teleskopów, obserwacji satelitarnych i próbek analizowanych przez łaziki na Marsie, pokazują, jak ważne jest badanie Czerwonej Planety na wiele różnych sposobów – mówi Eva Scheller.

Silny dolar

Złoty traci na swej sile. W ciągu miesiąca dolar zdrożał o prawie 20 groszy. Wzrost jego kursu wobec polskiej waluty przekroczył 4,5 proc.

Dolar jest bardzo mocny na rynku walutowym, potwierdzenie znajdujemy na parze EUR/USD, gdzie doszło do spadku poniżej poziomu 1,20.

– Mocny dolar to efekt wysokich oczekiwań inflacyjnych, a z tym związane są nadzieje inwestorów na wyższe stopy procentowe w USA, bo sposobem na zwalczanie inflacji są wyższe stopy procentowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.

Amerykański bank centralny zapewnia jednak, że nie będzie w bliskim czasie podwyżek stóp procentowych. Pod tym względem podobne są też zapewnienia prezesa NBP.

– W normalnych czasach, gdyby nie było pandemii, przy takiej inflacji mielibyśmy podwyżki stóp procentowych, a to, że takich podwyżek nie należy się spodziewać nie jest dobrą informacją dla złotego, który teraz jest dość słaby – komentuje ekspert XTB.

Niestandardowe działania NBP, polegające na skupie aktywów też mają być kontynuowane przez dłuższy czas. Nie ma to jednak tak dużego wpływu na siłę polskiej waluty, a porównaniu do skutków działań Fed i EBC.

– W tym roku złoty powinien być mocniejszy, a dolar znacznie słabszy, powinniśmy zobaczyć poziom 3,50 – 3,60 zł za dolara – dodaje M.Stajniak. – Jednak, gdyby doszło do rozwoju pandemii, wówczas za dolara zapłacimy nawet 4 zł, jednak nie traktuję, że taki scenariusz jest bazowy.

Hotelarzom kurczą się rezerwy gotówki. Co czeka rynek hotelowy?

Polacy chętniej niż wiosną ubiegłego roku wracają do hoteli w miejscowościach wypoczynkowych. Na gości nadal czekają hotele biznesowe.

Jak wynika z analiz JLL, w momencie ogłoszenia ponownego odmrożenia gospodarki zaplanowanego na 12 lutego, do hoteli zaczęło napływać dużo więcej zapytań o nowe rezerwacje niż po otwarciu obiektów hotelowych w maju. Właściciele hoteli w miejscowościach turystycznych liczą na udaną wiosnę i lato, z kolei hotele miejskie czekają na powrót klienta korporacyjnego i zagranicznych gości.

Przez większość 2020 roku polskie hotele funkcjonowały albo na ograniczonych zasadach albo nie funkcjonowały wcale, a z końcem grudnia zostały całkowicie zamknięte na prawie siedem tygodni. Tym samym w Polsce wprowadzono najsurowsze ograniczenia działalności obiektów hotelowych w całej Europie – byliśmy jedynym krajem, w którym nie można było realizować nawet podróży służbowych.

Moment ponownego otwarcia hoteli w lutym sprawił, że w sam weekend walentynkowy w panowało w nich prawdziwe oblężenie. Dotyczyło to przede wszystkim miejscowości wypoczynkowych, ale też niektórych miast. Tygodnie po 14 lutego to powrót do stanu, który obserwowaliśmy już podczas wakacji. W hotelach miejskich bardzo trudno o gościa, natomiast hotele w miejscowościach turystycznych nie mają problemu z obłożeniem. Popyt turystyczny w Polsce ponownie okazuje się dużo bardziej odporny na pandemię, komentuje Agata Janda, Dyrektor ds. Doradztwa Hotelowego, JLL.

Wiele hoteli turystycznych sprzedaje wszystkie możliwe pokoje, czyli 50% ogólnego stanu przy obecnie obowiązujących obostrzeniach. Już teraz spływają tam również rezerwacje na Święta Wielkanocne, majówkę oraz wakacje, pojawiają się też rezerwacje na kwiecień, ponieważ goście chcą skorzystać z niższej ceny.

Zmęczenie lockdownem spowodowało, że Polacy planują wyjazdy „last minute”, do miejscowości, do których można dojechać samochodem. Jednocześnie przestaliśmy dokonywać rezerwacji podróży w oparciu o złożone kryteria wyboru. Teraz jedynym kryterium jest po prostu chęć zmiany scenerii. Chcemy być gdziekolwiek, oby to nie było nasze własne mieszkanie, dodaje Agata Janda.

Hotele miejskie czekają na gości

Hotele zlokalizowane w największych polskich aglomeracjach znajdują się w najtrudniejszej sytuacji, ponieważ opierają się głównie na gościach biznesowych, a tych od wielu miesięcy brakuje. Z szeregiem wyzwań mierzą się również te miasta, które mocno polegają na gościach międzynarodowych. Przykładem jest Kraków, najchętniej odwiedzana przez międzynarodowych turystów destynacja w Polsce.

Niestety prognozy Credit Suisse studzą nastroje wśród właścicieli hoteli miejskich – w 2021 roku możemy spodziewać się spadku liczby międzynarodowych podróżnych służbowych o około 65% w stosunku do roku 2019. Niektóre podmioty aktywne na rynku szeroko rozumianych podróży przewidują, że pandemia na trwale zredukuje popyt podróży służbowych nawet o 25-50%.

Jednak kurczący się rynek podróży służbowych nie musi oznaczać proporcjonalnych spadków dla branży hotelowej. Warto zwrócić uwagę na to, że przed pandemią wiele podróży biznesowych było realizowanych w obrębie jednego dnia, bez noclegu. To właśnie one w największym stopniu będą zastąpione przez telekonferencje. Wyjazdy, które wymagały pobytów w hotelach, czyli wyjazdy kilkudniowe, trudniej będzie zastąpić przez wideospotkania i jest wysoce prawdopodobne, że będą one wydłużać się w porównaniu do sytuacji sprzed pandemii, tak aby zminimalizować liczbę podróży, tłumaczy Agata Janda.

Paradoksalnie zatem, zmiana trendu w liczbie odbywanych podróży służbowych może wygenerować więcej rezerwacji w hotelach.

Bardzo trudna sytuacja wielu polskich hotelarzy

Aktualnie jednak, pomimo ponownego otwarcia hoteli, sytuacja wielu polskich hotelarzy jest bardzo trudna. Tylko około 25% wszystkich hoteli w Polsce to obiekty zlokalizowane w miejscowościach typowo turystycznych, czyli tam, gdzie o gości hotelowych dzisiaj najłatwiej. Reszta tego typu nieruchomości już prawie od roku funkcjonuje w rzeczywistości minimalnych przychodów i skrajnej niepewności rynkowej.

Od maja właściciele hoteli wykorzystywali rezerwy gotówki, przesuwali fundusze remontowe na bieżące operacje, korzystali z dostępnych narzędzi pomocowych z państwa i z sektora bankowego, w tym moratoriów na spłaty kredytów. Ale przy zerowym przychodzie trudno z pakietów pomocowych pokryć chociażby koszty stałe. Nawet przy zamkniętym hotelu, te tylko w około 16% są pokryte przez szeroko rozumianą pomoc państwa, wskazuje Agata Janda.

Dodatkowo, koszty restrukturyzacji zadłużenia wzrastają, a banki mało przychylnie podchodzą do udzielania kredytów dla branży. Trudną sytuację właścicieli hoteli w Polsce potęguje też fakt, że w większości są to indywidualni przedsiębiorcy, a nie instytucjonalny kapitał, który jest obecny na bardziej dojrzałych rynkach hotelowych Europy. Prywatnym właścicielom szybciej kurczą rezerwy gotówki i mocniej dotyka ich niepewność panująca na rynku.

Ten negatywny sentyment powoli zaczyna przekładać się na decyzje właścicieli odnośnie sprzedaży hoteli. Póki co, widzimy przede wszystkim zmianę na poziomie mentalnym. Przedsiębiorcy, którzy przed pandemią nie rozważali sprzedaży swoich obiektów w ogóle, zaczynają teraz tę opcję brać pod uwagę. Na razie nie ma jednak po stronie właścicieli dużej elastyczności na poziomie ceny, a właśnie elastyczności poszukują inwestorzy zainteresowani obecnie rynkiem hotelowym, tłumaczy Agata Janda.

Sektorem hotelowym interesują się inwestorzy oportunistyczni

Okresy dużej niepewności rynkowej generują wzmożone zainteresowanie kapitału oportunistycznego, który akceptuje zakupy na wyższym poziomie ryzyka, czyli po odpowiednio niższej cenie i przy wyższych stopach kapitalizacji. Celuje on zatem głównie w nieruchomości znajdujące się albo w trudnej sytuacji finansowej lub prawnej. Inną grupą funduszy są te, poszukujące obiektów z potencjałem do zmiany funkcji, zwłaszcza w ramach szeroko rozumianego sektora living, a także rebrandingu, czy modernizacji, co przełoży się na podniesienie jego wartości i pozwoli sprzedać dany produkt w wyższej cenie, tłumaczy Jakub Kleban, Dyrektor w Dziale Wycen Nieruchomości, JLL.

Na razie jednak rynek nie wygenerował znaczących transakcji hotelowych, które byłyby pokłosiem pandemii, chociaż JLL obserwuje coraz więcej zakulisowych rozmów w sprawie potencjalnych sprzedaży. Warto jednak podkreślić, że na początku lutego tego roku została sfinalizowana sprzedaż Hotelu Regent (były Hyatt) przy ulicy Belwederskiej w Warszawie. Syndyk przejął masę upadłości już w 2018 roku, ale dopiero w kwietniu ubiegłego roku zostały przedstawione warunki przetargu i aukcji. Hotel został kupiony przez PHN Property Management, spółkę zależną PHN i PHH za kwotę 130,5 mln PLN.

Pandemia przyspiesza zmiany

Pojawienie się COVID-19 wzmocniło globalne trendy hotelowe – począwszy od zmian dotyczących aranżacji części wspólnych i pokoju, a kończąc na coraz bardziej rozbudowanych rozwiązaniach technologicznych. Wiele grup hotelowych zgłasza chęć rozbudowywania marek hotelowych o pokoje z aneksami kuchennymi, bo od kilku lat takie właśnie pokoje coraz chętniej wybierają goście, a pandemia tylko przyśpieszyła ten trend. Grupa Accor z kolei wprowadza cyfrowy klucz do otwierania pokoi, czy uruchamiania windy, który będzie dostępny w formie aplikacji na telefon.

Mocnym impulsem do zmian było też wejście na giełdę Airbnb. Sukces spółki, której kapitalizacja obecnie przekracza kapitalizację Marriotta, Hiltona i Hyatta razem wziętych, pokazuje, że podróżni szukają lokalnych i autentycznych doświadczeń i w oparciu o to kryterium dokonują rezerwacji pokoi, wskazuje Agata Janda.

Hotele będą dostosowane do nowych wymagań podróżujących, ponieważ na skutek pandemii granica pomiędzy podróżowaniem, pracą i życiem zaczęła się zacierać. Hotele powoli będą stawać się „one stop shop”, czyli miejscem gdzie wszystkie te elementy będzie można ze sobą połączyć.

Już teraz globalnie obserwujemy, że sale konferencyjne i lobby hotelowe są konwertowane i adaptowane pod przestrzenie coworkingowe, które szturmem wchodzą też do biur, a nawet centrów handlowych. Podobnych zmian z czasem możemy spodziewać się również w polskich hotelach. Wcześniej wspomniana elastyczność i umiejętność dostosowywania się do zmieniających się nastrojów konsumentów to warunek odbicia się rynków hotelowych na całym świecie, podsumowuje Agata Janda.

Pandemia przyspieszyła transformację cyfrową w ponad połowie polskich firm

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez EY Polska, transformacja cyfrowa przyspieszyła w czasie pandemii w ponad połowie firm, a 27% badanych przedsiębiorstw przyznaje wręcz, że zostało zmotywowanych do działania w tym obszarze wyłącznie przez pandemię. W 8% firm transformacja cyfrowa na skutek pandemii spowolniła, a w 1% firm proces z tego powodu się zatrzymał. W około jednej trzeciej badanych firm (32%) pandemia nie miała żadnego wpływu na transformację cyfrową.

– Firmy, które w ostatnim roku szybko zareagowały na sytuację związaną pandemią i przeprowadziły transformację, nie tylko zdobyły nowych klientów i zwiększyły przychody, ale znacząco poszerzyły skalę działalności, zyskując przewagę konkurencyjną. Przedsiębiorstwa zostały zmuszone do natychmiastowego działania za sprawą lockdownów i przeniesienia w dużej mierze pracy z biur do domów. Okazało się, że narzędzia i rozwiązania, których implementacja rozplanowana była na lata, musiały zostać zastosowane niemalże z dnia na dzień. Oczywiście ci, którym się to udało i którzy mogli sobie na to pozwolić dziś mogą mówić o sukcesie. Ci, którzy z różnych powodów nie weszli na ścieżkę transformacyjną w ostatnich kilkunastu miesiącach będą jednak musieli nadrobić stracony czas i dystans dzielący ich do bardziej ucyfrowionej konkurencji. Dziś już bowiem wiemy, że powrotu do dawnej normalności raczej nie będzie – mówi Michał Kopyt, Partner w Dziale Doradztwa Biznesowego, Lider Doradztwa Technologicznego w EY.

Niezależnie od zaawansowania procesów transformacji cyfrowej, znakomita większość ankietowanych (aż 91%) dostrzega potencjał z nią związany. Upatrują w niej przede wszystkim szans na zwiększenie efektywności (77%), traktują ją jako odpowiedź na potrzeby klientów (61%) i sposób na redukcję kosztów (60%). Dla 53% transformacja cyfrowa to z kolei możliwość rozwoju. Jeden na pięciu ankietowanych uznaje, że to szansa na nadrobienie zaległości.

Rys.1. Czym, z punktu widzenia firm, jest transformacja cyfrowatransformacja cyfrowa

Co ciekawe, dla 27% badanych transformacja cyfrowa to przede wszystkim jednak inwestycja w technologię, nieznacznie mniejszy odsetek (25%) deklaruje, że to proces przemian w firmie, wykraczający poza rozwiązania technologiczne. W sumie ponad połowa badanych (55%) twierdzi, że transformacja cyfrowa jest częścią strategii, ale 36% wprowadza ją w odpowiedzi na bieżące problemy. W 5% firm narzucana jest przez czynniki niezależne od firmy, a 4% wprowadza ją, gdy na rynku pojawią się ciekawe rozwiązania.

– Blisko 80% badanych firm nadaje transformacji cyfrowej wysoki lub średni priorytet, ale wyniki naszego badania pokazują jak w soczewce, że podejście do transformacji cyfrowej w polskich firmach jest spolaryzowane i w każdym przedsiębiorstwie może oznaczać zupełnie co innego. Duża grupa firm uważa, że to jedynie inwestycja w technologię, ale są też tacy, którzy deklarują, że jest ona dla nich całościowym i wielopłaszczyznowym etapem zmian w firmie. Niezależnie od tego, w której są grupie, niemal wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że generuje ona dla firmy potencjał, choć zdają sobie sprawę z tego, że do jej przeprowadzenia konieczna będzie zmiana dotychczasowego sposobu myślenia – dodaje Michał Kopyt.

Zapytani o to, jakie rozwiązania w związku z transformacją cyfrową wdrożono, respondenci najczęściej wskazywali na zakup sprzętu lub infrastruktury, co potwierdza tylko, że polskie spółki rozumieją digitalizację głównie jako automatyzację, a bardziej zaawansowane rozwiązania związane z procesem transformacji cyfrowej nie są zbyt popularne. Wdrożenie bazy danych, narzędzi z zakresu cyberbezpieczeństwa czy przeniesienie procesów do chmury to kolejne najczęściej podejmowane inicjatywy. Zdecydowanie najmniejszą popularnością cieszą się narzędzia analityczne dla Big Data i systemy przewidujące, a także rozwiązania z zakresu marketing automation.

Rys.2. Rozwiązania wdrożone w ramach transformacji cyfrowej i planowane w ciągu najbliższych 12-18 miesięcyRozwiązania wdrożone w ramach transformacji cyfrowej

W kolejnych miesiącach firmy nadal chcą skupiać się przede wszystkim na zakupie sprzętu, mniej będą się natomiast koncentrować na wdrażaniu bazy danych. Część firm – 17% nie zamierza w najbliższym roku bądź półtora wdrażać żadnego nowego rozwiązania w ramach transformacji cyfrowej.

– Myślenie o zakupie sprzętu i infrastruktury jako podstawowym działaniu w procesie transformacji cyfrowej dotyczy zarówno działań dotychczasowych, obecnych, jak i przyszłych. I nie jest to postawa nieuzasadniona. Najczęściej bowiem cały proces wymaga zakupu konkretnych narzędzi, urządzeń i rozwiązań. Nie można jednak na tym poprzestać, bo będzie to jedynie oznaczało unowocześnienie zasobów a nie całościową transformację przedsiębiorstwa. Pojedyncze procesy – nawet jeśli będą wykorzystywały zaawansowane technologie i rozwiązania, będą nieefektywne, jeśli zmiany nie dotkną wszystkich aspektów działalności firmy. Może się to okazać pułapką, bo transformacja cyfrowa to ciągły proces udoskonalania przedsiębiorstwa a nie jedynie punktowe i jednorazowe działania – mówi Michał Kopyt.

Jeśli już firmy decydują się na przeprowadzenie cyfrowej transformacji, najbardziej dynamiczną przemianę przechodzą działy księgowości, sprzedaży i obsługi klienta – obszary charakteryzujące się najniższym poziomem automatyzacji, z drugiej – generującej rozwój biznesu. Zaskakujące w tym zestawieniu jest postrzeganie procesów administracyjnych jako najmniej istotnych z punktu widzenia kolejności obszarów, w których wdrażane są rozwiązania transformacji cyfrowej.

Rys.3. Działy lub procesy w firmie priorytetowe pod względem wdrażania transformacji cyfrowejprocesy w firmie priorytetowe pod względem wdrażania transformacji cyfrowej

Tylko 13% respondentów nie zidentyfikowało żadnych barier przy wprowadzaniu rozwiązań w zakresie transformacji cyfrowej. Ponad jedna trzecia respondentów wskazała, że jedną z głównych są zbyt wysokie jej koszty. Ponad jedna czwarta firm musi stawić czoła obawom pracowników przed zmianą, jedna na cztery firmy mierzy się z brakiem kompetencji lub zasobów. Wciąż dla wielu firm problemem w tej kwestii pozostaje brak odpowiedniej strategii, kultury organizacyjnej nastawionej na wdrażanie innowacji, brak lidera gotowego do przeprowadzenia zmian (14%) a nawet obawy zarządu przed zmianą.

Rys.4. Bariery transformacji cyfrowej

Bariery transformacji cyfrowej– Pandemia która z jednej strony była siłą napędową transformacji może ją hamować ze względu na barierę kosztową. W sytuacji niepewności co do możliwości i perspektyw dalszej działalności, przedsiębiorcy obawiają się podejmowania decyzji pociągających za sobą koszty. Wciąż też, jak wynika z badania ogromne znaczenie przy wdrażaniu tego typu procesów odgrywa czynnik ludzki – i to zarówno dotyczący braku odpowiednich kwalifikacji, czy niechęci pracowników do zmian, jak również samych zarządzających firmami, którzy również nie zawsze są do zmian przekonani – mówi Michał Kopyt.

O badaniu
Badanie „Transformacja cyfrowa firm 2020” zostało zrealizowane metodą CATI i CAWI, pod koniec października 2020 r. przez CubeResearch, na próbie 989 respondentów. Połowa objętych badaniem respondentów zajmuje pozycję kierownika bądź szefa działu najczęściej: IT, Finansów, HR i sprzedaży. 24% pełni stanowisko członka zarządu, bądź dyrektora, a jedna piąta jest właścicielem bądź współwłaścicielem badanej firmy. Tylko 6% respondentów pracuje na niższym stanowisku.

W badaniu wzięli udział przedstawiciele różnych branż. Zgodnie z założeniami czterem z nich przyjrzeliśmy się ze szczególną uwagą. Są to: produkcja, finanse, retail oraz logistyka.

Większość badanych firm posiada przeszło 10-letnie doświadczenia na rynku. Jedynie nieco mniej niż jedna piąta prowadzi działalność krócej niż dekadę, podczas gdy 15% jest na rynku od mniej niż 5 lat.

Również pod względem przychodów, badane firmy są dość różnorodne. Najwięcej, bo 36% z nich generuje rocznie od 50 do 150 mln PLN zysku. Przychody około jednej czwartej firm wynoszą od 150 do 300 mln PLN, a ponad jednej piątej do 50 mln PLN. Najmniejsza grupa firm, ale aż 18% generuje roczne przychody przekraczające 300 mln PLN.

Uczestnicy sondażu zostali również zapytani o procent budżetu jaki przeznaczają rocznie na transformację cyfrową. Ponad połowa respondentów zadeklarowała, że ich firma przeznacza na ten cel do 3% przychodu, a około jednej czwartej, iż 4–5% z zysku. Mniej, bo poniżej jednej dziesiątej ankietowanych, przekazuje 6 – 10% przychodu, a powyżej 10% przychodu 8% badanych.

Korekta na rynku kryptowalut. Euro znów powyżej 4,60

Amerykańska waluta pokazała wczoraj niespodziewanie siłę i to wbrew danym makroekonomicznym, które wskazywały na nadchodzące problemy w gospodarce Stanów Zjednoczonych.

Euro znów powyżej 4,60

Inwestorzy nie patrzą ostatnio przychylnie na polską walutę. Dzisiaj poznaliśmy dane na temat przeciętnych wynagrodzeń i zatrudnienia. To, że w ciągu roku pandemicznego zatrudnienie zmalało, nikogo nie dziwi. Wynik -1,7% jest jednak znacznie lepszy od pierwotnych oczekiwań analityków. Co ciekawe, pomimo przejścia z rynku pracy pracownika na rynek pracy pracodawcy w wielu branżach płace w dalszym ciągu rosną. W ciągu roku był to wzrost o 4,5% średnio. Wiadomo, że średnia ma swoje wady, ale pokazuje pewną korzystną tendencję. Pomimo tych danych jesteśmy jednak świadkami odwrotu od złotego.

Słabsze dane nie przeszkodziły dolarowi

Wczorajsze dane z USA nie spełniły oczekiwań analityków. Gorzej wypadła zarówno sprzedaż detaliczna, jak i produkcja przemysłowa. Nie może zatem dziwić dość ściśle powiązane z produkcją przemysłową wykorzystanie mocy produkcyjnych, które również idzie w dół. Spadki w skali roku wynoszą dla sprzedaży i produkcji odpowiednio 3% i 2,2%, ale sygnalizują, że gospodarka może się ustabilizować na trochę niższym poziomie konsumpcji. Co ciekawe, wczoraj pomimo tych danych dolar znów zyskiwał na wartości względem euro, oddalając się od psychologicznej bariery 1,20 dolara za 1 euro.

Korekta na rynku kryptowalut

Ostatnie tygodnie pokazują wyjątkowo dużą nawet jak na rynek kryptowalut zmienność. Bitcoin, który w weekend przebijał 60 000 dolarów w ciągu raptem kilkunastu godzin, został przeceniony o 10%. Jest to prawdopodobnie efekt realizacji zysków przez któregoś z dużych inwestorów. Patrząc jednak, w jaki sposób zachowuje się ten rynek i ile dużych instytucji finansowych dotychczas bardzo negatywnie nastawionych do tematu kryptowalut otwiera działy przeznaczone do obsługi tego rynku, można się spodziewać jeszcze wielu takich ruchów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polska sieć autostrad nadal ma problemy z gęstością. Budujemy, ale drogo i powoli

W latach 2015-2020 GDDiK oddała do użytku jedynie 156 km autostrad, z czego ani jednego kilometra w latach 2015, 2017 i 2018. Koszt budowy wzrósł natomiast między 2019 i 2020 rokiem aż o 34,3 %.

W swoim podsumowaniu roku 2020 Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad informuje, że wykonano więcej założeń, niż przewidywał pierwotny plan. Planowano udostępnienie do ruchu 12 zadań o łącznej długości 116,8 km, a mimo trudności związanych z pandemią udało się zrealizować niemal 140 km inwestycji drogowych. Jednak wynik ten, jak i sieć autostrad w Polsce niekoniecznie napawa optymizmem, dlatego eksperci rankomat.pl przeanalizowali dane dotyczące budowy autostrad i porównali je z resztą Europy.

156 km autostrad oddanych w latach 2015-2020

Obecnie kierowcy zgodnie z danymi Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad na terenie naszego kraju mają do dyspozycji 4269 km dróg szybkiego ruchu, w tym 1 712 km autostrad. Co ciekawe w latach 2015-2020 zbudowano jedynie 156 km autostrad. Według danych przedstawionych w artykułach udostępnianych przez GDDKiA w latach 2015, 2017, 2018 nie oddano to użytku ani jednego kilometra autostrad. Natomiast w ubiegłym roku 2020 zostało oddane jedynie 14,6 km autostrad. Natomiast w roku 2021 GDDKiA planuje udostępnić kierowcom 39,6 km autostrad (z czego 15,9 to kapitalny remont odcinka oddanego do użytku w 1989). Warto jednak pamiętać, że sieć autostradowa w Polsce znajduje się na finiszu, a z planowanej długości 2100 km do użytku oddanych zostało 1712 km.Kilometry-autostrad-oddanych-do-uzytku-w-latach-2015-2020

Długość autostrad w wybranych krajach Europy – Polska wciąż poza czołówką

Niska liczba oddanych do użytku autostrad może być związana z faktem, że planowana ich sieć znajduje się w naszym kraju na ukończeniu. Musimy jednak pamiętać, że biorąc pod uwagę terytorium i liczbę ludności, to nasz kraj wciąż nie znajduje się w europejskiej czołówce. Nawet w niewielkiej Holandii sieć autostrad jest dłuższa o ponad 1000 km. Należy jednak wziąć pod uwagę, że autostrady w krajach zachodnich, budowane były w latach mniejszej dbałości o środowisko naturalne i związanych z tym niższych kosztów.Długość-autostrad-w-wybranych-krajach-Europy-2020

Gęstość sieci autostradowej pozostawia wiele do życzenia

W Polsce na 1km2 powierzchni naszego kraju przypada jedynie 0,005 km autostrady, zaś w podobnych obszarowo Włoszech ten wskaźnik jest dwukrotnie wyższy i wynosi 0,010km/km2. Duże zagęszczenie sieci autostradowej, nie jest jednak domeną tylko krajów spoza dawnego bloku wschodniego, bardziej rozbudowaną niż Polska sieć autostrad posiadają również Czesi (0,016km/km2) oraz Węgrzy (0,014km/km2). Polsce wciąż daleko do Francji (0,018km/km2) czy Niemiec (0,036km/km2). Natomiast taka gęstość sieci autostrad jak u Holendrów (0,066km/km2) czy Luksemburczyków (0,057km/km2) wydaje się być poza naszym zasięgiem.Gęstość-autostrad-w-europie

Właściwie utrzymana i odpowiednio gęsta sieć autostrad ma wpływ nie tylko na szybkość i płynność ruchu samochodowego, ale także na poprawę bezpieczeństwa kierowców i pasażerów. Jest to również istotna informacja brana pod uwagę przez towarzystwa ubezpieczeniowe, podczas oceny ryzyka ubezpieczenia samochodu. Dobra jakość dróg przekłada się bowiem na mniejsze ryzyko potencjalnego wypadku i konieczność wypłaty odszkodowania przez ubezpieczyciela – komentuje Bartosz Benduch, ekspert ds. ubezpieczeń komunikacyjnych rankomat.pl.

Rośnie średni koszt budowy kilometra autostrady

Uwagę zwracają również duże wahania w kosztach budowy autostrad w ostatnich latach, przy uwzględnieniu wszystkich kosztów. Średni koszt budowy kilometra autostrady przestawiony przez GDDKiA na rok 2020 wyniósł 47,8 mln zł i stanowił 134,3% uśrednionych kosztów budowy dla roku 2019, zaś w roku 2018 koszt budowy kilometra autostrady wyniósł 42,4 mln. Oczywiście w wyliczeniach należy uwzględnić, że na ostateczną cenę kilometra autostrady ma wpływ szereg czynników, a w kolejnych latach buduje się drogi w różnym terenie (teren zurbanizowany wymaga większych nakładów na odszkodowania), o nieporównywalnym stopniu trudności i z różną liczbą węzłów komunikacyjnych.sredni-koszt-budowy-kilometra-autostrady

Koszt budowy kilometra drogi ekspresowej o 12 mln zł wyższy niż kilometra autostrady

Warto mieć również na uwadze, że w komunikacie GDDKiA określa się średnie ceny budowy kilometra autostrady i drogi ekspresowej jako „porównywalne”. Natomiast całkowity koszt realizacji kilometra drogi ekspresowej w 2020 roku był o 12 mln zł wyższy niż kilometra autostrady. Koszt średni dla kilometra drogi ekspresowej w 2018 roku wynosił 47,3 mln zł i w  2019 roku wzrósł do 59,9 mln zł, a w 2020 roku spadł średnio o 100 tys. złotych i wyniósł 59,8 mln.

Sieć autostradowa w Polsce jest stale rozbudowywana, ale wciąż daleko nam do europejskich liderów. Średni koszt budowy kilometra autostrady rośnie, rosną również wymagania środowiskowe. Należy jednak zaznaczyć, że inwestycje autostradowe w naszym kraju znajdują się na finiszu, a z zakładanej długości 2100 km do użytku oddanych zostało 1712 km. Pytanie, czy to wystarczająca liczba kilometrów autostrad?

Odwiedzalność centrów handlowych w drugim tygodniu marca

  • Średnia odwiedzalność centrów handlowych od poniedziałku do soboty w drugim tygodniu marca ukształtowała się na poziomie o 24 proc. niższym (76 proc.) od wyniku z analogicznego okresu w 2019 roku, kiedy handel nie był ograniczony lockdownem. Taki poziom odwiedzalności utrzymuje się w okresach otwarcia centrów handlowych pomiędzy kolejnymi lockdownami.
  • Kumulacja popytu klientów i wzrosty odwiedzalności w obiektach handlowych następują w wyniku decyzji rządu o zamknięciach i otwarciach obiektów handlowych, co przyczynia się do gwałtownego zainteresowania zakupami i niepotrzebnej wzmożonej aktywności klientów w krótkim czasie.
  • Dane przedstawione przez Polską Radę Centrów Handlowych pokazują, że ruch w centrach handlowych przed wprowadzeniem obostrzeń w kolejnych województwach był ustabilizowany i utrzymywał się na poziomie umożliwiającym zachowanie wszelkich parametrów bezpieczeństwa zarówno przez klientów, jak i pracowników.
  • Obiekty handlowe funkcjonują z zachowaniem najwyższych standardów sanitarnych, są dostosowane do krajowych zaleceń Głównego Inspektoratu Sanitarnego i Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii oraz wytycznych międzynarodowych np. WHO.

Upłynął rok od potwierdzenia pierwszego w Polsce przypadku zakażenia koronawirusem. W analogicznym okresie ubiegłego roku ogłoszono stan pandemii i niewiele później wprowadzono w Polsce pierwszy lockdown ograniczający m.in. funkcjonowanie centrów handlowych. Dlatego też przygotowane przez Polską Radę Centrów Handlowych dane dotyczące odwiedzalności galerii handlowych w okresie od 8 do 14 marca bieżącego roku zestawiane są z liczbą wizyt klientów z analogicznego tygodnia w 2019 roku, kiedy obiekty handlowe działały bez zakłóceń.

Średnia odwiedzalność centrów handlowych od poniedziałku do soboty w drugim tygodniu marca ukształtowała się na poziomie 76 proc., czyli o 24 proc. niższym od wyniku z analogicznego okresu w 2019 roku.

Jak pokazują dane z ostatnich tygodni ustabilizowany ruch w galeriach handlowych pozwala na kontrolowanie liczby przebywających w nich osób, zapewnienie koniecznego dystansu oraz przestrzeganie obowiązujących zasad bezpieczeństwa sanitarnego.

Wyniki z poszczególnych dni drugiego tygodnia marca br. osiągały od 69 proc. do 85 proc. odwiedzalności odnotowanej w analogicznym okresie 2019 roku. Najmniejszy ruch zaobserwowano w największych galeriach o powierzchni powyżej 60 tys. mkw. GLA – w dni handlowe utrzymywał się on na poziomie 70 proc. odwiedzalności z 2019 roku. Wyraźnie niższy średni tygodniowy footfall odnotowano w regionach Północnym – niecałe 62 proc. i Wschodnim – 65 proc. wyników z analogicznego okresu sprzed rozpoczęcia pandemii.

ZPP: Po dwóch miesiącach widzimy, że podatek cukrowy uderza w konsumentów i firmy, generując niewielkie wpływy finansowe

Robiąc zakupy na początku nowego roku, część konsumentów mogła być zaskoczona. Ceny ich ulubionych napojów okazały się nawet o kilkadziesiąt procent wyższe, niż jeszcze w grudniu. To rezultat wejścia w życie podatku cukrowego, który – wbrew swojej nazwie – obejmuje nie tylko napoje słodzone cukrem, lecz również te zawierające niskokaloryczne substancje słodzące, a także kofeinę i taurynę. Po pierwszych dwóch miesiącach obowiązywania podatku widzimy jak na dłoni, że tracą konsumenci i firmy z branży napojowej, zaś budżet państwa zyskuje znacznie mniej, niż przewidywali projektodawcy. Każe to zadać poważne pytania o rzetelność przygotowanych w toku procesu legislacyjnego analiz skutków wprowadzanej regulacji.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców konsekwentnie opowiadał się przeciwko wprowadzaniu podatku cukrowego. W toku procesu legislacyjnego wskazywaliśmy, że wszelkiego rodzaju podatki sektorowe jedynie komplikują system i doprowadzają do zaburzeń na rynku. Co więcej, w przypadku tego konkretnego obciążenia, projektodawca powoływał się również na argumenty odnoszące się do polityki zdrowotnej, które wydawały nam się całkowicie nieprzekonujące. Nie wierzymy, by opodatkowanie określonej kategorii produktów miało stanowić adekwatną odpowiedź na wyzwania związane z rosnącym problemem otyłości w społeczeństwie. Zwłaszcza, że podatkiem cukrowym objęte są również niskokaloryczne substancje słodzące, co naturalnie zmniejsza skłonność producentów do reformulacji (zmiany składów w celu obniżenia kaloryczności produktów) i poddaje w wątpliwość „prozdrowotny” cel nowego obciążenia.

Marzec 2020 roku przyniósł epidemię koronawirusa w Polsce i daleko idące zmiany w życiu gospodarczym. Część firm została dotknięta głębokimi restrykcjami związanymi z ograniczeniami w prowadzeniu działalności, w niektórych branżach pojawiło się zagrożenie przerwania łańcuchów dostaw, inni mierzyli się z organicznym spadkiem popytu wywołanym zagrożeniem epidemicznym. Dzisiaj wiemy, że rok 2020 był pierwszym od kilkudziesięciu lat rokiem recesji w polskiej gospodarce. Przedsiębiorcy do tej pory mierzą się z reperkusjami trwającej epidemii, a niektórzy z nich (również istotny z punktu widzenia branży napojowej sektor horeca) w dalszym ciągu funkcjonują w szczątkowym zakresie. Przez cały rok 2020 i pierwsze miesiące roku 2021 podkreślaliśmy konsekwentnie – epidemia jest najgorszym czasem na wprowadzanie nowych podatków, firmy i tak mierzą się z wieloma trudnościami i rząd nie powinien dokładać im obciążeń. Niestety, mimo naszych apeli zdecydowano się uchwalić szereg nowych podatków, w tym podatek cukrowy – posługując się zresztą budzącą poważne wątpliwości formułą nowelizowania jeszcze nieuchwalonego aktu prawnego.

Po pierwszych dwóch pełnych miesiącach obowiązywania podatku cukrowego jesteśmy w stanie zidentyfikować pierwsze jego skutki. Najbardziej oczywistym z nich jest wzrost cen, czyli zwiększenie obciążeń konsumentów, w tym trudnym dla wielu gospodarstw domowych czasie. Skala podwyżek zaskoczyła znaczną część klientów sklepów, jednak w znacznej mierze odpowiada ona konstrukcji podatku. Składa się on bowiem z kilku składników, obciąża szereg substancji (nie tylko cukier) i sumuje się do maksymalnej kwoty 1,20 zł w przeliczeniu na litr napoju.

Rosnące ceny doprowadziły w oczywisty sposób do spadku wartości sprzedaży napojów o nawet kilkanaście procent. Takie proste obniżenie popytu na napoje słodzone cukrem i słodzikami w żaden sposób nie przekłada się na wiarygodne wskaźniki związane z walką z problemem otyłości, czy poprawą zdrowia Polaków. W tej chwili straty producentów oznaczają namacalnie jedynie zmniejszone inwestycje i realną groźbę redukcji zatrudnienia, zwłaszcza w warunkach utrzymującej się pandemii. Dodatkowo, nie wiadomo czy nie nastąpiło zjawisko substytucji produktów lepszej jakości, produktami tańszymi, lecz również gorszymi jakościowo.

Co więcej, z uwagi na brak precyzji i wieloznaczność przepisów, pojawiło się wiele wątpliwości dotyczących szczegółowych aspektów objęcia napojów nowym podatkiem. Firmy poniosły wobec tego dodatkowe koszty związane ze zlecaniem analiz prawnych. Najgorszą okolicznością jest jednak fakt, że instytucje publiczne „przerzucają się” odpowiedzialnością za udzielenie jakkolwiek wiążących wyjaśnień (formalnie podatek cukrowy, mimo swojego fiskalnego charakteru i konstrukcji, jest „opłatą cukrową”, z której wpływy zasilają w znacznej części Narodowy Fundusz Zdrowia).

Drenaż kieszeni konsumentów i realne problemy przedsiębiorców branży napojowej i ich pracowników nie przyniosły jednak istotnych wpływów. Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, w styczniu wpływy z tytułu podatku cukrowego sięgnęły 76 mln zł. Przyjmując utrzymanie tej dynamiki wpływów przez pozostałe miesiące, wpływy w ciągu całego 2021 roku ledwo przekroczą 900 mln zł. Jest to kwota znacznie niższa, niż pierwotnie zakładane przez projektodawcę 2 mld zł, które miały zasilić NFZ (a w rzeczywistości prawdopodobnie budżet państwa, z którego do Funduszu trafiałyby odpowiednio niższe subwencje). Realne wpływy niższe o ponad 50% od zakładanych każą zadać pytania o rzetelność i prawidłowość prognoz towarzyszących projektowi ustawy ws. podatku cukrowego. Skoro skutki makroekonomiczne w postaci zasilenia sektora finansów publicznych zostały w tak dużym stopniu przeszacowane, powstają oczywiste wątpliwości dot. rzetelności analiz sugerujących jakikolwiek „prozdrowotny” wpływ podatku.

Reasumując, ZPP w dalszym ciągu opowiada się przeciwko podatkom sektorowym i wprowadzaniu nowych obciążeń w czasie epidemii, konsekwentnie będąc również przeciwko podatkowi cukrowemu. Po pierwszych dwóch miesiącach widzimy, że podatek uderza w konsumentów i firmy, przynosząc marginalne (zwłaszcza w skali wydatków związanych z przeciwdziałaniem COVID-19) wpływy. Podtrzymujemy nasz apel o wprowadzenie co najmniej dwunastomiesięcznego moratorium na wszelkie nowe obciążenia.

Coraz więcej powierzchni biurowej do podnajmu. W lutym na rynek trafiło 30,609 mkw.

Analitycy REDD, największej bazy danych o rynku biurowym w Polsce informują, że w ciągu pierwszych dwóch tygodni marca w Polsce na rynku nieruchomości biurowych przybyło prawie 8 tys. mkw. powierzchni dostępnej do podnajmu, a tylko w lutym było to ponad 30 tys. mkw.

Dane REDD pokazują, że w ciągu pierwszych dwóch tygodni marca na rynku nieruchomości biurowych przybyło w całej Polsce 7,892 mkw. powierzchni dostępnej do podnajmu. Zakładając obecne tempo wzrostu podaży, do końca marca możemy oczekiwać przyrostu powierzchni biurowych dostępnych do podnajmu o ok. 15 tys. mkw.  – wylicza Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Dla porównania w lutym 2021 przyrost podaży powierzchni dostępnej do podnajęcia wyniósł 30,609 mkw.  REDD1

–  Analizując rynki regionalne pod względem wolnych powierzchni biurowych dostępnych do podnajmu możemy stwierdzić, że obecnie w Warszawie znajduje się 122,631 mkw. powierzchni. W Krakowie na podnajemców czeka 35,918 mkw.,  a we Wrocławiu obecnie istnieje możliwość podnajęcia ok. 35,112 mkw. powierzchni biurowej – wylicza Piotr Smagała z REDD. REDD2

Czynsz za 1 mkw. powierzchni do podnajmu średnio 12,80 EUR

Według danych REDD średnia stawka czynszu dla nowoczesnych powierzchni biurowych do podnajmu na głównych rynkach Polski wynosi 12,80 EUR/mkw.

Warszawa niezmiennie utrzymuje pozycję lidera polskiego rynku pod względem wysokości czynszu za nowoczesne lokale biurowe znajdujące się w podnajmie. Średnio w stolicy za 1 mkw. powierzchni biurowej podnajemcy powinni zapłacić 14,94 EUR.

Na drugim miejscu plasuje się Gdynia, cena za metr podnajętej powierzchni biurowej ukształtowała się tam na poziomie 13,96 EUR. Z kolei w Krakowie 1 mkw. w podnajmie wyceniany jest na 13,52 EUR. REDD3

Najemca związany terminową umową najmu nie może rozwiązać jej bez konsekwencji, przed upływem wskazanego w umowie terminu. To problem szczególnie obecnie kiedy wiele firm musi albo szukać oszczędności, albo nie potrzebuje już tak dużej przestrzeni. W takiej sytuacji firma może zdecydować się na podnajem swojej powierzchni, po wyrażeniu zgody przez wynajmującego – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.