Nowe „M” w stolicy poniżej 7 tys. za metr? Ekspert: Znalezienie graniczy z cudem

Luty 2021 r. był dla warszawskich deweloperów okresem żniw. Za to kupujący nie mają powodu do radości, bo skurczyła się oferta mieszkań. Ubyło zwłaszcza takich z ceną 8-10 tys. zł za m kw., a więc niższą od średniej, która w stolicy przekracza 10,7 tys. zł za metr.

W lutym warszawscy deweloperzy wprowadzili do sprzedaży 654 mieszkania, w tym kolejne pule w rozpoczętych wcześniej inwestycjach. Wśród wprowadzonych na rynek są zarówno mieszkania w segmencie premium, jak i popularnym. Np. luksusowe apartamenty w cenie 38 tys. zł za m kw. zaoferowała firma Ghelamco w inwestycji Flisac Apartamenty Powiśle na rogu ulic Tamka i Wybrzeże Kościuszkowskie. Są to obecnie najdroższe mieszkania na warszawskim rynku pierwotnym. Z kolei w inwestycji firmy Napollo Miasteczko Brzeziny przy ulicy Hemara na Białołęce na chętnych czekają lokale z ceną poniżej 8 tys. zł za m kw.

– Niestety, graniczy obecnie z cudem znalezienie nowobudowanych mieszkań, których cena metra kwadratowego nie przekracza 7 tys. zł – komentuje ekspert GetHome.pl Marek Wielgo.Wykres1

Co gorsza, tych tańszych lokali trafiło w lutym na warszawski rynek zdecydowanie mniej niż zostało w tym okresie sprzedanych. Podobnie było z mieszkaniami w przedziale cenowym 8-10 tys. zł za m kw. Z danych portalu RynekPierwotny.pl wynika, że to właśnie one sprzedawały się najlepiej. W całym miesiącu znalazło nabywców w sumie aż 2059 mieszkań!

Oczywiście ta liczba może nie oddawać w pełni rzeczywistości. Np. część ofert zniknęła, bo mieszkania zostały na jakiś czas zarezerwowane. Wielu kupujących nie zawrze umowy deweloperskiej nie upewniwszy się, czy dostanie kredyt – zauważa Marek Wielgo.

Z drugiej strony, część deweloperów może utrzymywać w ofercie sprzedane mieszkania. Po co? Żeby stwarzać pozory dużego wyboru.  – Gdy zadzwonimy do biura sprzedaży możemy usłyszeć, że interesujące nas mieszkanie zostało właśnie sprzedane, ale firma ma dla nas równie ciekawą propozycję w innej inwestycji – mówi ekspert GetHome.pl.

Nie zmienia to faktu, że w ostatnich miesiącach oferta nowych mieszkań w Warszawie bardzo mocno się skurczyła. Na początku 2020 r. deweloperzy oferowali ich ponad 12 tys., zaś pod koniec lutego 2021 r. – ok. 9,6 tys. Ten spadek to głównie efekt pandemii COVID-19 i związane z nią obawy przed załamaniem się popytu.

– Deweloperzy nauczyli się już tak dawkować podaż, żeby w razie kryzysu nie zostać z tysiącami pustostanów. Ponadto w takim przypadku raczej spowolnią tempo sprzedaży niż radykalnie obniżą ceny mieszkań, a w efekcie swoje marże – komentuje Marek Wielgo.Wykres2

Ekspert GetHome.pl nie wyklucza, że w kolejnych miesiącach deweloperzy wprowadzą na rynek większą pulę mieszkań, mimo iż początek roku przyniósł mało budujące dane dotyczące liczby rozpoczynanych mieszkań – GUS odnotował ich w styczniu w Warszawie tylko 1154, czyli aż o ponad jedną czwartą mniej niż w analogicznym okresie przed rokiem.

Z drugiej strony deweloperzy odnotują też najpewniej fakt, że – mimo pandemii COVID-19 – od kilku miesięcy Polacy coraz chętnie sięgają po kredyty mieszkaniowe. Biuro Informacji Kredytowej (BIK) podało, że w lutym banku udzieliły ok. 19,8 tys. kredytów mieszkaniowych, czyli minimalnie więcej niż przed rokiem. Ponadto aż o blisko jedną dziesiątą więcej było złożonych wniosków kredytowych, co prawdopodobnie zaowocuje wzrostem liczby udzielonych kredytów w marcu i kwietniu.

wykres 3Czy może to oznaczać wzrost cen? Niekoniecznie. W analizach wykorzystujących ich średnią trzeba uwzględnić zmieniającą się strukturę cenową mieszkań. Np. jeśli deweloperzy zaczną wprowadzać do sprzedaży dużo mieszkań z segmentu popularnego, a niewiele luksusowych, to ta średnia może spaść. W Warszawie średnia cena ofertowa na koniec lutego wynosiła ok. 10,7 tys. zł za m kw. Niewielkim pocieszeniem dla kupujących może być jednak fakt, że ponad połowa oferowanych lokali ma niższą cenę. Bez problemu znajdziemy takie za 7-8 tys. zł za m kw. Gdzie?

Wykres 4Trzeba ich szukać głównie na obrzeżach Warszawy, czyli w takich dzielnicach jak Białołęka, Rembertów, Ursus, Wawer i Wesoła. Dla porównania, średnia cena sprzedawanych przez deweloperów mieszkań w Śródmieściu wynosi niemal 23,5 tys. zł za m kw. Na mieszkania z ceną poniżej średniej raczej nie ma co liczyć na Woli, Ochocie czy Żoliborzu.Wykres5

Mamy też i dobrą wiadomość dla potencjalnych nabywców. Najwięcej wprowadzonych na rynek mieszkań w lutym to lokale dwu- i trzypokojowe, na które jest największy popyt. W ofercie deweloperskiej jest ich wciąż najwięcej.Wykres 6

Więcej o sytuacji na rynkach mieszkaniowych największych miast w lutym 2021 r. w raporcie: Ceny mieszkań luty 2021

ATAL z 167 mln zł zysku netto w 2020 roku

ATAL, ogólnopolski deweloper, w 2020 roku – po rekordowym wydaniu 3 002 lokali  – wypracował aż 1 167 mln zł skonsolidowanych przychodów, co stanowi 62% proc. wzrost względem roku 2019. Skonsolidowany zysk netto przypisanym akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł zaś 167 mln zł – wzrost o 48 proc. rdr. ATAL osiągnął w tym okresie 113 mln zł zysku netto. W 2020 roku marża brutto ze sprzedaży wyniosła 20,3 proc, a marża netto 14,3 proc.

Rok 2020 ze względu na nadzwyczajne okoliczności, w jakich przyszło nam funkcjonować, był szczególnie trudny i nieprzewidywalny. Na tle innych sektorów branża nieruchomości, zwłaszcza rynek mieszkaniowy, radziła sobie nadzwyczaj dobrze. Kondycja, w jakiej ATAL S.A. wszedł w okres pandemii, ułatwiła nam podejmowanie zdecydowanych i racjonalnych decyzji oraz szybkie przystosowanie mechanizmów działania do nowych warunków. To sprawiło, że pod wieloma względami 2020 rok był dla ATAL bardzo dobry.

2020 rok zamknęliśmy z bardzo satysfakcjonującymi wynikami i doskonałą kondycją finansową, co potwierdza, że firmy zarządzane z myślą o długofalowej perspektywie i wyróżniające się sprawną organizacją nawet w obliczu nadzwyczajnych okoliczności są w stanie działać bez istotnych zakłóceń. Co więcej, oparty na dywersyfikacji geograficznej model biznesowy zdecydowanie sprawdza się nawet w trudnych okolicznościach. Naturalnie wysoki popyt i dobra pozycja nieruchomości na rynku inwestycyjnym roztacza przed pierwotnym rynkiem mieszkaniowym potencjał dalszego wzrostu. To, pomimo obecnych ograniczeń w sferze zdrowia i gospodarki, pozwala nam z optymizmem spoglądać w przyszłość. – mówi Zbigniew Juroszek, prezes zarządu  ATAL S.A.  

ATAL w 2020 roku przekazał klientom 3 002 lokale mieszkaniowe i usługowe. To rekordowy wynik w historii spółki i jednocześnie wzrost o 70 proc. w stosunku do poziomu wydań wypracowanego w 2019 roku (1 769). Najwięcej lokali zostało wydanych w Warszawie (685), Łodzi (598), Krakowie (479) oraz we Wrocławiu (438).

W 2020 roku ATAL zakontraktował 2 896 lokali. To wynik zgodny z założeniami dewelopera, które uwzględniły korektę związaną z nadzwyczajną pandemiczną sytuacją. W samym tylko czwartym kwartale minionego roku nabywców znalazły 824 lokale.

W minionym roku zgodnie z harmonogramem realizowaliśmy przedsięwzięcia inwestycyjne. W 2020 roku ATAL wprowadził do sprzedaży w sumie 13 projektów z blisko 2500 lokalami – w Trójmieście Przystań Letnica etap II i III, ATAL Bosmańska oraz Śląska 12, w Krakowie kolejne etapy ATAL Aleja Pokoju (IIIB), Apartamenty Przybyszewskiego (IV) oraz ATAL Residence Zabłocie (V), w Warszawie Bartycka 49 Apartamenty, w Łodzi Nowe Miasto Polesie II i Apartamenty Drewnowska IV, we Wrocławiu Nowe Miasto Jagodno etap III oraz ATAL City Square.

ATAL w ubiegłym roku zorganizował największą w historii spółki emisję obligacji, dzięki której pozyskał łącznie 200 mln zł – z czego 50 mln zł pochodziło z zapisów złożonych na papiery w dodatkowej rundzie po tym, jak popyt na obligacje istotnie przekroczył pierwotnie zakładane 150 mln zł. Środki zostały przeznaczone na dalszą rozbudowę oferty oraz zakup nowych gruntów.

W 2020 roku ATAL pozyskał 9 nowych gruntów inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Trójmieście oraz w Katowicach. Łączny koszt zakup nowych działek to ok. 52 mln zł, w przeliczeniu na 1 mkw. PUM to niespełna 600 złotych, co potwierdza realizację racjonalnej polityki zakupu działek pod inwestycje. Tereny pozwolą na realizację 86 tys. mkw. PUM. Obecny bank ziemi w posiadaniu spółki w pełni zabezpiecza plany inwestycyjne spółki na najbliższe lata.

Jak sprzedawać lepiej i więcej? Quality Assurance w e-commerce

E-commerce to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów w Polsce. Każdego roku pojawiają się na rynku kolejne firmy oferujące swoje produkty online. Jak wyróżnić wśród tak dużej konkurencji? Jak sprzedawać lepiej i więcej? Odpowiedzią na te pytania jest jakość. Sprawdź, dlaczego warto wprowadzić Quality Assurance w e-commerce!

Quality Assurance, czyli usługa zapewnienia jakości

Jeżeli chcesz poprawić wyniki swojego sklepu internetowego, odpowiedzią na Twoje potrzeby może być kompleksowa usługa zapewnienia jakości. Dzięki niej zlokalizujesz błędy, zagrożenia, a także otrzymasz rekomendacje zmian architektury Twojej strony. Efektem działań specjalistów QA jest bezpieczny, sprawny i skuteczny produkt. Jeżeli właśnie w ten sposób definiujesz swój cel, ten artykuł podpowie Ci, jakie działania warto podjąć. Większa sprzedaż to marzenie każdego przedsiębiorcy, które wbrew pozorom można spełnić w prosty sposób. Jaki? Quality Assurance pomoże Ci poprawić wyniki Twojej firmy. Należy jednak zaznaczyć, że nie dzieje się to z dnia na dzień.

Proces zapewnienia jakości zaczyna się u podstaw. Powinien być wprowadzony już na etapie projektowania rozwiązań. Czy tak się dzieje? Najczęściej nie, ponieważ firmy sięgają po to rozwiązanie dopiero w momencie poważnego błędu, który uniemożliwia dokonywanie zakupów. Jeżeli taki przedsiębiorca zdecydowałby się wcześniej na skorzystanie z usługi Quality Assurance, istnieje duża szansa na to, że uniknąłby błędu. Usługa zapewnienia jakości to proces, na który składa się analiza działalności i procesów w firmie, zdefiniowanie celów i ryzyka, lokalizowanie błędów, opracowanie nowego modelu działania, rekomendacje, a następnie wdrożenie nowych rozwiązań.

Jaką rolę ma QA w branży e-commerce?

Specjalista ds. jakości pomoże Ci przetestować rozwiązanie, z którego korzystają Twoi klienci. W zależności od potrzeb może pojawić się konieczność wprowadzenia kilku rodzajów testów. Jeżeli prowadzisz sklep internetowy, musisz zadbać o to, aby był funkcjonalny i intuicyjny zarówno na urządzeniach stacjonarnych, jak i online. W tym celu należy wykonać zazwyczaj testy: funkcjonalne, użyteczności, wydajnościowe. Nie można zapomnieć również o zweryfikowaniu funkcjonalności na urządzeniach mobilnych. Aby to zrobić, należy przetestować oprogramowanie mobilne. Jeżeli zdecydujesz się na outsourcing specjalistów QA, zyskasz przede wszystkim indywidualne, nieszablonowe podejście, które przełoży się bezpośrednio na jakość Twojego sklepu internetowego.

Jakość jest jednym z głównych czynników, który wpływa na decyzję klienta o wyborze określonego sklepu internetowego. Jeżeli dostarczysz klientowi niesprawną stronę z widocznymi błędami, jak ma zaufać Ci później jako sprzedawcy? Specjaliści QA pomogą Ci w dostarczeniu klientowi produktu, który dokładnie spełni jego wszystkie potrzeby i oczekiwania. Szczegółowa analiza poprzedzająca wdrożenie oraz przeprowadzone testowanie pomogą Ci stworzyć lepszy produkt dopasowany do potencjalnego klienta.

Outsourcing specjalistów QA

Outsourcing specjalistów QA to jedno z najlepszych rozwiązań, które proponuje branża IT dla rozwijających się sklepów online. Dzięki temu nie musisz inwestować w budowanie dodatkowego zespołu i zaplecza IT w swojej firmie. Możesz liczyć na wsparcie firmy zewnętrznej zarówno podczas procesu QA, jak i po zakończeniu wdrożenia. Pomoc zespołu specjalistów przyda się między innymi podczas wprowadzania nowej funkcjonalności do sklepu internetowego – na przykład określonej metody płatności. Jeżeli zdecydujesz się na outsourcing testerów w Testspring, zyskasz wiedzę i doświadczenie nie tylko konkretnego specjalisty, ale również całego zespołu. Nie wynajmujesz specjalisty QA. Otrzymujesz wsparcie całej firmy.

Testspring to firma, która skupia się na konsultingu, odchodząc od modelu body leasingowego. Dzięki takiemu podejściu zyskujesz coś więcej niż wiedzę jednego specjalisty. Zespół specjalistów podpowie Ci, jak skupić się na jakości i co zrobić, by poprawić Twój produkt. Konsulting IT w Testspringu to przede wszystkim wyznaczanie celów biznesowych, a następnie ich realizacja w oparciu o zasady QA.

QA, czyli odpowiedź na potrzeby Twoje i klientów

Quality Assurance to usługa, która pomoże Ci stworzyć produkt na miarę potrzeb i oczekiwań Twojego klienta. Rekomendowane usprawnienia pomogą dostosować sklep internetowy w taki sposób, by użytkownik mógł kupować szybko i łatwo. Jakość wzmocni wizerunek Twojej firmy, a specjaliści QA pomogą w realizacji celów biznesowych.

Fed wspiera gospodarkę oraz rynki finansowe

To był dobry dzień dla rynku akcji, surowców oraz walut zaliczanych do ryzykownych. Zgodnie z oczekiwaniami Fed okazał się stosunkowo obojętny na ostatni wzrost rentowności obligacji w USA. Prezes Powell generalnie wypowiadał się w sposób optymistyczny co do perspektyw gospodarczych Stanów Zjednoczonych. Instytucja nie zmieniła stóp procentowych oraz podniosła swoje prognozy PKB na ten rok o 2,3 proc. do poziomu 6,5 proc.

Tak jak oczekiwaliśmy, zmienność na rynkach pojawiła się dopiero w okolicach godz. 19:00, kiedy podano decyzję Fed odnośnie poziomu kosztu pieniądza (0-0,25 proc.). Gołębi bank centralny przyczynił się do osłabienia dolara amerykańskiego, spadku rentowności na rynku długu oraz dał paliwo do wzrostu indeksów giełdowych na całym świecie. Rezerwa Federalna podała przede wszystkim lepsze perspektywy wzrostu gospodarczego. To co było głównym ryzykiem dla rynku akcyjnego, czyli zmiana mediany na wykresie „kropkowym” wskazująca, że pierwsza podwyżka stóp możliwa byłaby w 2023 roku, nie zmaterializowało się. Co prawda siedmiu członków oczekuje podwyżki do tego czasu (na grudniowym posiedzeniu za normalizacją stóp opowiadało się 5 osób), ale nadal większość jest za utrzymaniem ultra-luźnej polityki. Prawdopodobnie Fed nie chce popełnić błędu z przeszłości. Dodatkowo zostały podniesione projekcje ścieżki inflacyjnej. Wskaźnik PCE w tym roku ma wynieść 2,5 proc., w kolejnych latach odpowiednio 2,0 proc i 2,1 proc. Fed uznał, że przejściowy wzrost inflacji nie przemawia za podwyżką stóp. Podczas konferencji prasowej prezes Rezerwy Federalnej, wyraźnie zaznaczył, że wykresu projekcji poszczególnych członków FOMC rynek nie powinien postrzegać jako prognoz Fed-u ani jako zobowiązania instytucji do podwyżki na stopach. Powell również zdementował jakiekolwiek spekulacje dotyczące oczekiwań zmniejszania skali QE.

Fed wspiera gospodarkę oraz rynki finansowe
Wykres projekcji poszczególnych członków FOMC, mediana nie uległa zmianie, źródło: Bloomberg.

Po godzinie 19:00 główna para walutowa urosła z poziomu 1,1907 do 1,1985 jednak dziś o poranku EUR/USD oddaje pola i po części redukuje wczorajsze rajd. Tym samym to właśnie poziom 1,1985/1,1990 jest w tym momencie kluczowym, technicznym oporem dla kursu pary walutowej. W przypadku rynku metali szlachetnych mieliśmy szansę zaobserwować przełamanie istotnych barier dla cen. Złoto urosło ponad 1737 USD/oz (choć dziś cena zawraca), pallad natomiast opuścił średnioterminową konsolidację i aktualnie za jedną uncję trzeba zapłacić 2582 dolary. W przypadku indeksów giełdowych kontrakt na DAX przełamał opór na poziomie 14 590 pkt i wyznaczył nowe ATH. Nowe maksima wyznaczył również Dow Jones (okolice 33050 pkt.) oraz SP500 (3982 pkt.). Rozczarowały wzrosty na technologicznym NASDAQ100, który co prawda urósł, ale notowania nie zdołały sforsować oporu na 13 320 pkt. W przypadku ropy naftowej zmienność była symboliczna. Wydarzenia w USA miały marginalny wpływ na ten rynek.

Polska giełda dziś otwiera się luką wzrostową (+0,53 proc.). Złoty na wczorajszą decyzję Fed-u zareagował umocnieniem. EUR/PLN spadł do 4,5875, jednak dziś spadki są niewałowane. Dziś z kraju poznamy dane dotyczące produkcji przemysłowej oraz cen produkcji (10:00), jednak PLN powinien będzie głównie pod wpływem globalnych nastrojów.

Łukasz Zembik
Kierownik dep. Analiz w TMS Brokers

Wodór i OZE – energetyka przyszłości

Przyszłości energetyki nie da się całkowicie przewidzieć. Wiemy, że opierać się ona będzie o zeroemisyjne i niskoemisyjne źródła energii. Jak jednak będzie wyglądała produkcja i dystrybucja prądu? Co posłuży nam za magazyn energii, produkowanej przez OZE? Eksperci zgadzają się, że najpewniej będzie to wodór. Jednak technologia jego elektrolizy jest na razie na poziomie, który nie pozwala na całkowite rozpowszechnienie tej formy gromadzenia paliwa. Możliwe jednak, że coraz bardziej dostępna technologia fotowoltaiki i turbin wiatrowych – w połączeniu z nową, lepszą technologią pozyskiwania wodoru – całkowicie zmieni wygląd sieci energetycznych.

– Odnawialne źródła energii w połączeniu z wodorem mogą posłużyć do decentralizacji energetyki. Możliwe, że skończy się era wielkich koncernów paliwowo-energetycznych. Koncerny zajmą się usługami, a produkcja energii i jej magazynowanie będzie przebiegać w sposób bardziej rozproszony. Już w tej chwili mamy coraz więcej prosumentów – produkujących energię z OZE. Tak może wyglądać nasza przyszłość – powiedziała serwisowi eNewsroom Magdalena Maj, starsza analityczka zespołu energii i klimatu w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Spółki Skarbu Państwa, które w tym momencie mają większościowe udziały w sektorze energetyki, powinny ten scenariusz wziąć po uwagę. Zastanowić się nad swoją przyszłościową rolą w świecie, w którym energetyka będzie wyglądać zupełnie inaczej. Być może dzięki rozwojowi nauki i badań naukowcy odkryją nowe sposoby rozdzielania cząsteczki wody na wodór i tlen, jeszcze mniej energochłonne – które całkowicie przewrócą obecne myślenie o rozwoju gospodarki wodorowej. Niemniej jednak wielu ekspertów uważa, że przyszłość w 100% należy do wodoru – podkreśla Maj.

Sprzedaż kredytów w Polsce (luty 2021 r.)

W lutym 2021 r., w porównaniu do lutego 2020 r., w ujęciu liczbowym banki i SKOK-i udzieliły mniej dwóch rodzajów kredytów: o 23,7% mniej limitów na kartach kredytowych oraz o 20,8% mniej kredytów gotówkowych. Banki przyznały więcej kredytów ratalnych (+2,5%) oraz kredytów mieszkaniowych (+0,4%). W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i przyznały mniejszą wartość limitów kartowych (-27,9%) oraz kredytów gotówkowych (-15,7%). Dodatnia dynamika dotyczyła w lutym br. kredytów ratalnych – wzrost o 10,9% oraz kredytów mieszkaniowych – wzrost o +6,7%.

W pierwszych dwóch miesiącach 2021 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 399,7 tys. kredytów gotówkowych (-27,4%) na kwotę 8,67 mld zł (-21,0%) oraz 543,9 tys. kredytów ratalnych (+0,1%) na kwotę 2,42 mld zł (+5,9%). Kredytów mieszkaniowych zaciągnięto 36,4 tys. (-5,6%) na kwotę 11,08 mld zł (+0,6%).

Analizując dane zawarte w Newsletterze i wyciągając na ich podstawie wnioski, BIK bierze pod uwagę dwa aspekty.

Po pierwsze, uwzględnia specyfikę produktów kredytowych: kredyty konsumpcyjne (ratalne i gotówkowe) oraz karty kredytowe są procesowane bardzo szybko od złożenia wniosku przez klienta lub oferty przez bank (zazwyczaj złożenie wniosku i udzielenie kredytu czy przyznanie limitu zamykają się w jednym miesiącu). Zatem w przypadku tych produktów, lutowa sprzedaż jest związana z wnioskami składanymi w większości przypadków w lutym 2021 r. Natomiast kredyty mieszkaniowe są procesowane dłużej, nawet do dwóch miesięcy od złożenia wniosku, w związku z tym sprzedaż kredytów mieszkaniowych w lutym 2021 r. jest efektem wniosków składanych w grudniu 2020 r. i styczniu 2021 r.

Po drugie, problemy ze spłacaniem kredytów mogą w pełni zmaterializować się w odczytach Indeksów Jakości, dopiero po trzech miesiącach od zaprzestania spłaty, co wynika z ich konstrukcji, ponieważ Indeksy obejmują jedynie opóźnienia powyżej 90 dni.

Kredyty gotówkowe i ratalne

– W lutym 2021 r. ujemne dynamiki zarówno liczby, jak i wartości udzielonych kredytów gotówkowych, dotyczyły wszystkich przedziałów wartości udzielanych kredytów. Widzimy już to zjawisko od początku pandemii. Jednak w lutym, podobnie jak w styczniu br., najwyższy spadek w ujęciu liczbowym oraz wartościowym dotyczył kredytów niskokwotowych tj. do 1 tys. zł: odpowiednio (-51,2%) oraz (-48,6%). Najniższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów gotówkowych z przedziałów wysokokwotowych: 30-50 tys. zł oraz powyżej 50 tys. zł. Tak więc im wyższa kwota kredytu gotówkowego, tym niższa dynamika spadku. Taka sytuacja może świadczyć o dużej ostrożności banków w udzielaniu niskokwotowych kredytów, służących m.in. pokryciu luki w bieżącym budżecie domowym. W przypadku kredytów gotówkowych mamy więc dalszy ciąg zapaści akcji kredytowej – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Hossa w kredytach ratalnych

W przypadku kredytów ratalnych możemy mówić nawet o mini hossie. W lutym 2021 r. w ujęciu liczbowym banki udzieliły ich o 2,5% więcej w porównaniu z lutym 2020 r., czyli ostatnim przedpandemicznym miesiącem. Jeszcze większy optymizm budzi analiza akcji kredytowej w ujęciu wartościowym – tu mamy dynamikę na poziomie (+10,9%).

– Dodatnie lutowe odczyty dotyczące liczby kredytów ratalnych to przede wszystkim efekt kredytów udzielonych z dwóch ostatnich przedziałów kwotowych, to jest 3-5 tys. zł. (+7,3%) oraz powyżej 5 tys. (+20,2%). Niskokwotowe kredyty ratalne odnotowały ujemne dynamiki. Jest to typowe zjawisko w dobie pandemii.

– Porównując sytuację w kredytach gotówkowych i ratalnych widzimy odmienne tendencje. Można wręcz mówić o dualizmie zachowania akcji kredytowej w przypadku kredytów celowych (taką samą sytuację, jak w przypadku kredytów ratalnych, obserwujemy w przypadku kredytów mieszkaniowych) i niecelowych (kredyty gotówkowe i karty kredytowe).

– Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim to, że kredyty ratalne dla udzielającego banku są dużo bezpieczniejsze od kredytów gotówkowych, co ma swoje odzwierciedlenie w poziomie szkodowości – druga po kredytach mieszkaniowych najniższa szkodowość, która w okresie pandemii jeszcze istotnie się obniżyła. Trzeba również pamiętać, że inne jest ekonomiczne przeznaczenie tych kredytów – kredyty ratalne w przeciwieństwie do gotówkowych nie służą uzupełnianiu luki w bieżącym budżecie domowym, wiążą się raczej z nabywaniem na raty dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku, prof. sprzętu RTV/AGD, elektroniki, do których pomimo pandemii był stosunkowo prosty dostęp, prof. poprzez e-commerce czy otwarte w lutym sklepy stacjonarne. Część gospodarstw domowych z wyższymi dochodami mogła również skorzystać z bardzo atrakcyjnej oferty, często przy zerowym poziomie RRSO. W normalnych warunkach mogłyby one pewnie nabyć te rzeczy za gotówkę, ale obecnie wolą kumulować środki jako swoistą poduszkę bezpieczeństwa ekonomicznego – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Średnia wartość udzielonego w lutym 2021 r. kredytu gotówkowego to 22 172 zł – wzrost o 6,4% w stosunku do lutego 2020 r. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 546 zł i jest ona wyższa niż w lutym rok temu o 8,2%.

Obserwowany przez BIK co miesiąc poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych (gotówkowych i ratalnych) w oparciu o odpowiednie Indeksy Jakości pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela kredytów ratalnych już od kilku lat utrzymuje się na bardzo niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu. Bieżący – lutowy odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów ratalnych wynosi 1,22%. Kilkukrotnie wyższą szkodowością (najwyższą wśród wszystkich grup produktowych) charakteryzują się natomiast kredyty gotówkowe. Lutowy odczyt Indeksu Jakości dla kredytów gotówkowych wynosi 4,51%.

Pomimo wcześniejszych obaw dotyczących wzrostu szkodowości kredytów gotówkowych i ratalnych z uwagi na pandemię, lutowy odczyt potwierdza pozytywne zjawisko związane z poprawą jakości wyrażoną spadkami odczytów Indeksu Jakości w okresie 12 miesięcy. Tak wyraźna poprawa Indeksu Jakości jest najprawdopodobniej efektem odroczeń spłat rat kredytowych w ramach moratoriów kredytowych udzielanych klientom przez banki i jedynie niewielkim wzrostem liczby kredytów opóźnionych pow. 90 dni po zakończeniu moratoriów.

– W porównaniu do lutego 2020 r. wartość Indeksu Jakości kredytów gotówkowych polepszyła się (spadła) o 1,43 pkt proc., najwięcej ze wszystkich produktów kredytowych. Wiąże się to bezpośrednio z faktem, że z wakacji kredytowych w największym stopniu skorzystali właśnie posiadacze kredytu gotówkowego (zawieszenie spłat zastosowano dla ponad 8% wszystkich kredytów gotówkowych). Niestety w porównaniu do odczytu ze stycznia 2021 r. mamy już pogorszenie odczytu, o 0,28 p.p. Niewątpliwie główny wpływ miało na to zakończenie przez większą część kredytobiorców wakacji kredytowych, które w dużej części amortyzowały w pierwszym okresie pandemii ewentualny brak możliwości spłaty kredytu. W mojej opinii i tak wzrost szkodowości po zakończonych moratoriach jest dużo niższy od oczekiwanego. W przypadku kredytów gotówkowych 7 miesięcy po zakończeniu moratoriów poziom szkodowości tych kredytów wynosi 3,3%. Natomiast w lutym 2021 r. poprawiła się w porównaniu do stycznia 2021 jakość kredytów ratalnych. W ich przypadku wartość Indeksu polepszyła się (spadła) o 0,06, i był to jedyny produkt kredytowy dla którego był kontynuowany pozytywny trend z poprzednich miesięcy. Również w aspekcie szkodowości mamy więc odmienną sytuację w kredytach gotówkowych i ratalnych – wyjaśnia główny analityk BIK.

Kredyty mieszkaniowe

W lutym br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy dodatnie dynamiki zarówno wartości (+6,7%), jak i liczby udzielonych kredytów (+0,4%) w porównaniu z lutym 2020 r. W okresie styczeń – luty 2021 r., już ponad połowa (51,7%) wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 350 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, w dwóch pierwszych miesiącach 2021 r. nadal tak, jak i w poprzednich okresach, obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym dotyczą tylko kredytów powyżej 350 tys. zł, których w tym okresie 2021 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2020 r. w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 9,0%, a w wartościowym o 11,9%. We wszystkich niższych przedziałach kwotowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowano ujemne dynamiki akcji kredytowej.

– Wyniki lutowej akcji kredytowej w zakresie kredytów mieszkaniowych są odzwierciedleniem popytu z okresu grudnia 2020 r. oraz stycznia 2021 r. Odbudowę popytu na kredyt mieszkaniowy sygnalizowały już zarówno grudniowy odczyt Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe (+6,4%), jak i odczyt styczniowy (+18,1%). Trzeba jednak zawsze pamiętać, że sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych jest determinowana nie tylko zachowaniem potencjalnych kredytobiorców (popytem), chcących nabyć nieruchomość za kredyt, lecz i banków udzielających kredyt (podaż). Banki po pierwszym szoku wywołanym pandemią przystąpiły do luzowania wymagań, m.in. w zakresie wkładu własnego. Co ciekawe banki nie zwiększyły wymagań odnośnie do scoringu. Średni score dla kredytobiorców mieszkaniowych w ujęciu sprzedażowym (akcji kredytowej) pozostaje stabilny przez ostatnie 3 półrocza (75 pkt).

– Dla akcji kredytowej ważna będzie więc postawa banków w kolejnych miesiącach, które w warunkach rosnącej niepewności wywołanej trzecią falą pandemii, mogą ponownie zdecydować się na zaostrzenie polityki kredytowej, co znów będzie skutkować ograniczoną dostępnością kredytu. Mniej obawiam się negatywnej reakcji ze strony popytu. Lutowy odczyt BIK Indeksu – Popytu na kredyty Mieszkaniowe wyniósł (+17,1%), a w poprzednim tygodniu tj. 08-14.03 w ujęciu r/r wzrosła liczba wniosków o kredyty mieszkaniowe o (+31,8%) – prognozuje prof. Rogowski.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w lutym 2021 r. wyniósł 0,55%. W ostatnich 12 miesiącach (od lutego 2020 r. do lutego 2021 r.) jakość portfela polepszyła się, o czym świadczy spadek Indeksu o (-0,17). Pandemia nie wpłynęła więc negatywnie na jakość portfela kredytów mieszkaniowych. W dużej mierze jest to efekt wakacji kredytowych.

– Pomimo dużych wcześniejszych obaw – szczególnie w początkach pandemii, obecnie nadal nie odnotowujemy dużego spadku jakości portfela kredytów mieszkaniowych. Co prawda jakość w lutym 2021 r. pogorszyła się w porównaniu do stycznia 2021 r., wzrost Indeksu był jednak niewielki: o 0,02 p.p. Przy czym należy pamiętać, że mówimy o opóźnieniach 90-dniowych, czyli możliwych do wystąpienia dopiero po 3-miesięcznym opóźnieniu w spłacie raty kredytu. Podobnie jak w przypadku pozostałych rodzajów kredytów, należy szczególnie obserwować „powakacyjne” zachowania kredytobiorców mieszkaniowych. Po 7 miesiącach od zakończenia moratoriów (najdłuższy obecnie możliwy okres obserwacji) poziom szkodowości objętych nimi kredytów mieszkaniowych wynosi 0,7% w przypadku kredytów walutowych i 0,3% dla kredytów złotowych. Tak więc nie materializuje się na ten moment negatywny scenariusz – zaznacza główny analityk BIK.

Karty kredytowe

W lutym 2021 r. banki wydały 60,2 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 371 mln zł.

– W lutym 2021 r. widać dalszą kontynuację negatywnego trendu dynamiki rocznej obserwowanego w całym ubiegłym roku, w ujęciu liczbowym wynosi ona (-23,7%), a w wartościowym (-27,9%). Negatywne zjawisko dotyczy ponownie wszystkich przedziałów kwotowych. Należy pamiętać, że limity kartowe są jednym z najbardziej ryzykownych produktów kredytowych (wartość Indeksu Jakości w lutym wyniosła 3,26%), stąd naturalna ostrożność do ich przyznawania przez banki w okresie niepewności. Ostrożność banków wpływa bezpośrednio na dostępność tego produktu kredytowego – mówi prof. Rogowski z BIK.

Praca zdalna przyczyniła się do lawinowego wzrostu popularności freelancerów. Firmy szukają nowych kompetencji i oszczędności kosztów

Mniejsze koszty zatrudnienia to kluczowy argument, który skłania polskie firmy do korzystania z usług wolnych strzelców. Współpraca z freelancerami to także sposób na uzupełnienie zespołu o osoby posiadające kompetencje, których brakuje w firmie. – Dzięki pandemii koronawirusa firmy przekonały się, że konserwatywny model zatrudnienia oparty na pracy w biurze odszedł do lamusa. Rok 2021 ma szansę stać się rokiem freelancingu – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.com.

Trudno precyzyjnie określić, ile przedsiębiorstw korzysta z usług freelancerów, bo w zasadzie większość, jak nie wszystkie firmy na jakimś etapie rozwoju zatrudniają wolnych strzelców. Niewiele organizacji  posiada wszelkie potrzebne kompetencje, np. w zakresie tłumaczeń z języków obcych, pisania tekstów czy szukania jakichś danych. Na podstawie szacunków z rynków zagranicznych można przyjąć, że ok. 60 proc. firm korzysta od czasu do czasu z usług freelancerów, 57 proc. deklaruje, że zrobi to w najbliższym czasie – uściśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Przemysław Głośny.

Jak wynika z badań  prowadzonych przez serwis, 67 proc. przedsiębiorstw działających za granicą korzysta z usług freelancerów. Główny powód to chęć wprowadzenia nowych umiejętności lub przyspieszenia realizacji projektów (42 proc.). Jedna trzecia (35 proc.) stwierdziła, że powodem korzystania z usług wolnych strzelców były korzyści finansowe. 28 proc. respondentów zatrudnia freelancerów w odpowiedzi na pandemię, aby zaistnieć w internecie i zwiększyć sprzedaż.

Na pierwszej pozycji listy korzyści dla pracodawców w Polsce są oszczędności finansowe. Freelancerzy współpracujący z polskimi przedsiębiorcami rozliczają się zarówno poprzez umowy cywilnoprawne, jak i rachunki oraz faktury VAT. Nie generują kosztów, które ponoszą firmy zatrudniające pracowników na etacie. Jak oceniają eksperci Useme.com, współpraca z freelancerem to właśnie szansa dla przedsiębiorstw na uzupełnienie zespołu bez konieczności tworzenia nowych etatów i ponoszenia kosztów pracodawcy w niepewnym okresie pandemii.

– Zatrudnienie freelancera jest związane ze sporą dawką elastyczności. Nie trzeba poświęcać czasu na wdrażanie nowej osoby w zespole w procesy istniejące w firmie, bo ona ma już konkretne profesjonalne umiejętności. Zawsze istnieje ryzyko zatrudnienia osoby, która nie jest tak kompetentna, jak by się wydawało na początku, albo obawa o wyciek danych, które są wrażliwe dla firmy. Ale to ryzyko jest takie samo jak w przypadku zatrudnienia osoby na etacie – podkreśla prezes zarządu Useme.com, platformy pracy zdalnej dla freelancerów.

Jak przyznaje, jeszcze dwa lata temu nawet serwis Useme.com nie używał sformułowania „freelancer”, bo miało ono negatywne konotacje. Kojarzyło się z osobą, której ciężko dotrzymać terminu, i z niższą jakością pracy. Jego zdaniem freelancerzy dbają o swój wizerunek i zależy im na dobrej opinii, bo pracują dla wielu klientów i wciąż poszukują nowych. Raz utracona reputacja może procentować przez kolejne lata i skutkować utratą kolejnych klientów.

– Od pewnego czasu już nie boimy się używać tego terminu i firmy też przestają się bać korzystać z usług freelancerów. Przekonały się, że wolni strzelcy oferują bardzo często wyższą jakość usług i szereg kompetencji, których brakuje etatowym pracownikom firmy – wyjaśnia Przemysław Głośny. – Firmy przyzwyczaiły się, że większość pracowników pracuje zdalnie, bo w dobie koronawirusa jest to standard. Przekonały się, że nie jest to zagrożeniem dla ich procesów biznesowych. 

Badania prowadzone przez Useme.com pokazały, że 2/3 przedsiębiorstw współpracuje z wolnymi strzelcami właśnie ze względu na chęć wprowadzenia do firmy nowych kompetencji. Freelancerzy, aby zachować konkurencyjność na rynku, szybciej reagują na nowe trendy i zmieniające się oczekiwania rynku. Są spore szanse na to, że to, czego etatowy pracownik jeszcze nie wie, wolny strzelec ma już całkiem dobrze opanowane. Kolejną zaletą może być czas pracy freelancerów, bo ich dnia pracy nie regulują zapisy w umowie. Może więc na przykład pracować wieczorami.

W Polsce rynek pracy dla freelancerów wciąż raczkuje. Na rynkach europejskich odsetek wszystkich osób zatrudnionych na zasadzie freelancingu to ok. 10–15 proc. I traktujemy to bardzo szeroko. Do tej grupy zaliczają się także np. hydraulicy, a nie tylko osoby wykonujące usługi dla biznesu. W Polsce udział procentowy freelancerów wśród zatrudnionych wynosi ok. 3–5 proc. To oznacza, że jesteśmy dopiero na początku drogi – zauważa prezes Useme.com.

Uzdrowiska walczą o finansowanie rehabilitacji ozdrowieńców. To mogłoby podreperować finanse sanatoriów

Przez sześć i pół z 12 miesięcy funkcjonowania w covidowej rzeczywistości branża sanatoryjno-uzdrowiskowa nie mogła działać. Po licznych apelach do premiera i ministra zdrowia mogła wreszcie ruszyć 11 marca. Jednak już parę dni później ogłoszono objęcie bardziej restrykcyjnymi obostrzeniami terenu całej Polski, co może powstrzymać kuracjuszy przed wyjazdami. Unia Uzdrowisk Polskich proponuje, by w sanatoriach prowadzono rehabilitację osób, które przechorowały COVID-19. Potrzebne są jednak przepisy, które umożliwią refundację pobytu przez NFZ czy ZUS.

Wprowadzenie rehabilitacji pocovidowej byłoby jednym z kluczowych tematów, które pozwoliłyby na odbudowanie się uzdrowisk i wykorzystanie ich potencjału – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wacław Furmanek, wiceprezes zarządu Unii Uzdrowisk Polskich, prezes zarządu Uzdrowiska Wysowa. – Uzdrowiska mają stosowną kadrę, bazę zabiegową, czyli wyposażenie, są też w miejscach, które sprzyjają takiej rehabilitacji. Przykładowo nasze uzdrowisko Wysowa-Zdrój to miejsce, które leży na uboczu, z dala od zgiełku dużych miast, otoczone górami, lasami i ma czyste powietrze, co jest bardzo ważne w tym przypadku.

Od początku pandemii w Polsce zachorowało już niemal 2 mln osób, a jest to statystyka, która nie uwzględnia przechodzących COVID-19 bezobjawowo. Z tej liczby zmarło niespełna 50 tys. osób. Nawet ozdrowieńcy lekko lub bezobjawowo przechodzący infekcję mogą się zmagać ze skutkami choroby, nie wspominając o hospitalizowanych czy leżących pod respiratorem, którzy po leczeniu muszą na nowo odbudować mięśnie. Wyleczonym dokuczają problemy z koncentracją, pamięcią, oddychaniem czy przewlekłe zmęczenie. Pobyt w sanatorium mógłby pomóc zwalczyć te objawy, jednak na razie możliwe są jedynie pobyty komercyjne, a to wydatek rzędu 2–3 tys. zł.

– Głównie chodziłoby o rehabilitację pulmonologiczną, narządu ruchu czy też kardiologiczną. My prowadzimy je od szeregu lat. Tutaj płatnikiem mógłby być NFZ czy ZUS. Aktualnie taka rehabilitacja pocovidowa prowadzona jest w Głuchołazach, natomiast cieszę się, że są zapewnienia co do tego, że to jest pilotaż, który ma być rozszerzony – mówi Wacław Furmanek. – Ważną rzeczą jest, żeby tę rehabilitację wdrożyć stosunkowo szybko po przebytej chorobie, więc nie może to być tylko w jednym miejscu, przez co kolejka byłaby na miesiące lub lata. Chodzi o to, żeby to było zdecentralizowane, ośrodki rozproszone, żeby pacjenci mieli łatwy dostęp do rehabilitacji i leczenia. Nasze doświadczenie i potencjał są gwarantami skuteczności tego leczenia.

Refundacja rehabilitacji ozdrowieńców umożliwiłaby powrót do pełnej sprawności osobom wyleczonym, co zwiększyłoby wydajność ich pracy, ale także pozwoliłaby na napływ pacjentów, z którego skorzystałyby sanatoria i lokalne społeczności. W Polsce działa ponad 40 miejscowości uzdrowiskowych, a dla wielu z nich kuracjusze są najważniejszym źródłem dochodu. Nie chodzi tylko o samo sanatorium, ale też całą infrastrukturę, z której przyjezdni korzystali: restauracje i małą gastronomię, punkty usługowe czy kulturę i rekreację. Według Unii Uzdrowisk Polskich gminy straciły od 70 proc. do 90 proc. wpływów z tytułu samej opłaty uzdrowiskowej.

– Temat rehabilitacji pocovidowej przewija się właściwie od grudnia ubiegłego roku. Jako Unia Uzdrowisk Polskich bierzemy udział w tych pracach jako organ, cieszymy się, że jest zrozumienie dla potrzeby wprowadzenia takiej rehabilitacji dla pacjentów, ale jest to też szansa na zagospodarowanie potencjału, który mają uzdrowiska – podkreśla prezes UUP. – Ministerstwo Zdrowia potrzebuje kilku tygodni na sformalizowanie tego. Natomiast od sformalizowania do wdrożenia jeszcze trochę zejdzie. Myślę więc, że jeszcze chwilę musimy poczekać, ale to nie jest kwestia moim zdaniem trzech miesięcy, ale może miesiąca czy dwóch. W każdym razie to nie są kwartały czy lata.

Branża wiązała wielkie nadzieje z uruchomieniem finansowanego przez UE Funduszu Odbudowy. W Krajowym Planie Odbudowy zaprezentowanym przez rząd do konsultacji, które zakończą się na początku kwietnia, padła propozycja programu modernizacji pt. „Polskie uzdrowiska ku przyszłości”.

– Konieczne jest zwiększenie potencjału medycznego w zakresie niwelowania skutków i powikłań po przebytej chorobie COVID-19 w świetle prognozowanego wzrostu zapotrzebowania na usługi medyczne z zakresu rehabilitacji. Uzdrowiska mogą też pełnić funkcję długofalowego zabezpieczenia miejsc pobytu dla osób, które z różnych powodów należy odizolować w związku z powstałą sytuacją kryzysową. Nastąpi to m.in. poprzez rozwój oferty usług lecznictwa stacjonarnego oraz rehabilitacji pacjentów po przebytej chorobie COVID-19. Zadania realizowane w ramach projektu mają prowadzić do poprawy jakości i dostępności do usług zdrowotnych i bazować na walorach naturalnych, które warunkują posiadanie statusu uzdrowiska lub obszaru ochrony uzdrowiskowej – napisano w projekcie KPO.

Branża nie jest jednak zadowolona z zaproponowanych kwot dofinansowania, które miały być czterokrotnie wyższe.

Pomoc w ramach środków odbudowy to kolejny temat, który jest w fazie uzgodnień. Na pewno jest konieczne, żeby uzdrowiska znalazły się w takich programach i mogły aktywnie skorzystać z tych środków, bo ich potrzebują – argumentuje Wacław Furmanek. – My zamiast pomocy wolelibyśmy mieć możliwość prowadzenia naszej działalności. Każdy szuka takiej możliwości, żeby móc utrzymać miejsca pracy. Powiedzmy sobie szczerze, zespoły specjalistów niejednokrotnie były budowane przez lata, a jeżeli nie ma pracy, to ciężko tę działalność utrzymać.

Kraków pracuje nad kolejnym wsparciem dla przedsiębiorców. Niektóre branże mimo kryzysu zwiększają zatrudnienie

Prawie 70 mln zł w ubiegłym roku trafiło z budżetu Krakowa na wsparcie przedsiębiorców. W ramach programu Pauza mogą oni liczyć m.in. na obniżki czynszów w wynajmowanych od miasta lokalach. Na decyzję rady miasta o zawieszeniu opłat za koncesje wciąż czekają. Kraków tworzy także serwisy mapowe, które łączą lokalnych przedsiębiorców i konsumentów. Od 15 marca działa internetowa mapa firm, których działalność związana jest z produktami i usługami wielkanocnymi. Lokalny biznes, również ten nastawiony na turystów, nadal potrzebuje wsparcia z uwagi na utratę dochodów w czasie pandemii. Tym bardziej że od 20 marca Małopolskie – podobnie jak pozostałe województwa – ponownie zostanie objęte lockdownem.

– Z uwagi na trudną sytuację przedsiębiorców – szczególnie tych z branży gastronomicznej, turystycznej oraz związanych z handlem obwoźnym – miasto udostępniło szeroki wachlarz wsparcia, obejmujący m.in. zniżki w czynszu najmu lokali wykorzystywanych na prowadzenie działalności gospodarczej. Zarząd Budynków Komunalnych przygotował specjalne zasady udzielania tej pomocy – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Wysocka, dyrektor Wydziału ds. Przedsiębiorczości i Innowacji Urzędu Miasta Krakowa.

W przypadku zakazu działalności przedsiębiorcy mogą korzystać z ograniczenia kosztów związanych z najmem do poziomu kosztów eksploatacyjnych. Ci przedsiębiorcy, którzy mogą prowadzić działalność, ale borykają się ze spadkiem obrotów lub przychodów (o nie mniej niż 25 proc. w porównaniu z sytuacją sprzed roku lub dwóch lat), mogą otrzymać zniżkę w czynszu na poziomie 50 albo 75 proc. kosztów związanych z najmem. Do grudnia ub.r. do miasta wpłynęło prawie 2,5 tys. wniosków o pomoc od najemców lokali użytkowych, a łączna wartość udzielonej w tym czasie pomocy w ramach tego instrumentu wyniosła prawie 8,8 mln zł.

Obniżki czynszów to jeden z punktów programu wsparcia dla lokalnych przedsiębiorców Pauza. Objęto nim przede wszystkim branżę gastronomiczną, dorożkarstwo, handel obwoźny, działalność artystyczną i reklamową. Miasto zaproponowało m.in. zmiany umów lub obniżki czynszu dzierżawnego w odniesieniu do dzierżawców targowisk miejskich czy obniżenie stawek opłat za ogródki gastronomiczne.

Jeżeli chodzi o koncesje, to jest w tym momencie procedowana uchwała w Radzie Miasta Krakowa, zobaczymy, jakie będą dalsze kroki – mówi Katarzyna Wysocka. – Wsparcie, które zostało udzielone przedsiębiorcom w okresie od marca do grudnia 2020 roku, jest szacowane na poziomie około 70 mln zł. Dotyczy ono różnych podmiotów, w tym także przedsiębiorców. Jeżeli chodzi o dalsze wsparcie, to stawiamy na działania o charakterze reaktywacyjnym.

Temu mają służyć serwisy mapowe, takie jak Jestem Aktywny, który zbiera informacje o lokalnych producentach, usługodawcach, rzemieślnikach działających mimo pandemii. Powstała także mapa krakowskiej gastronomii o działających w okolicy lokalach.

– Każdy może tam sprawdzić, które firmy działają w okresie pandemii, i skorzystać z oferty. Uruchomiliśmy także mapę dla przedsiębiorców oferujących usługi związane właśnie z nadchodzącymi świętami Wielkiej Nocy – informuje dyrektor w Urzędzie Miasta Krakowa.

Jak zaznacza Katarzyna Wysocka, pandemia koronawirusa nie przekreśla realizacji miejskich inwestycji, które są bardzo istotnym elementem kształtowania gospodarki. To przy ich realizacji pracę mogą znaleźć lokalne firmy.

– Nie zawiesiliśmy inwestycji miejskich, które są w toku, a ponadto realizujemy nowe. Budżet miasta i wieloletnia prognoza finansowa obejmują kilkaset zadań inwestycyjnych, głównie na poziomie zadań programowych, czyli takich, które zmierzają do polepszenia jakości życia mieszkańców – podkreśla dyrektor Wydziału ds. Przedsiębiorczości i Innowacji w UMK.

Wśród najważniejszych inwestycji zaplanowanych na 2021 rok są: linia tramwajowa na Górkę Narodową, przebudowa al. 29 Listopada, Centrum Muzyki na Grzegórzkach, prace koncepcyjne związane z budową metra oraz wydatki na szpitale miejskie i zieleń.

Pracujemy nad krakowskim programem wspierania biznesu i innowacji. Prace są realizowane wspólnie przez Centrum Wspierania Inwestorów i Innowacyjnej Gospodarki, Centrum Wspierania Przedsiębiorczości, Punkt Obsługi Przedsiębiorcy, a także nowo powstały Referat ds. Współpracy z Krakowskim Ośrodkiem Naukowo-Akademickim. Chcemy właśnie w tym złotym trójkącie – nauka, biznes, samorząd – stworzyć warunki, zachęty, programy wsparcia, programy reaktywacji, które pozwolą zwalczyć negatywne skutki pandemii – mówi Katarzyna Wysocka.

Jak podkreśla, pandemia nie wpłynęła na mniejsze zainteresowanie inwestorów Krakowem. Widać to chociażby po rozwoju sektora nowoczesnych usług dla biznesu.

– Wiele firm z Europy Zachodniej, ale także z Azji bądź z kierunków bliższych, czyli Białorusi czy Ukrainy, decyduje się na to, żeby właśnie w Krakowie ulokować swoje przedsięwzięcia. W zeszłym roku sektor nowoczesnych usług dla biznesu pod względem zatrudnienia urósł o 10 proc. To pokazuje, że branża trzyma się mocno. Dopasowała się bardzo dobrze do nowych wymagań związanych z pandemią, a Kraków utrzymał pozycję jednego z głównych polskich miast w tym sektorze – zaznacza dyrektor Wydziału ds. Przedsiębiorczości i Innowacji w UMK.

Dane ABSL wskazują, że zatrudnienie w nowoczesnych usługach dla biznesu jest w Krakowie najwyższe w Polsce i wynosi ponad 77,7 tys. osób (dane z 2020 roku). Firmy z tego sektora odpowiadały za 90 tys. mkw. wynajętej powierzchni biurowej w I połowie ubiegłego roku. Kraków – podobnie jak po poprzednim kryzysie z 2008 roku – może być największym beneficjentem trendu polegającego na napływie centrów usług wspólnych do regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

W Polsce działa 11 robotów chirurgicznych. W szpitalach potrzeba ich prawie cztery razy więcej

– W tej chwili w Polsce mamy już około tuzina robotów chirurgicznych. Co prawda powinniśmy mieć średnio jedno takie urządzenie na milion pacjentów, żeby zbliżyć się do krajów takich jak Niemcy czy Włochy, ale postęp jest niesamowity – mówi dr hab. Zbigniew Nawrat, pomysłodawca i konstruktor pierwszego w Europie robota do operacji serca Robin Heart. Operacje wykonywane przy pomocy robotów chirurgicznych są krótsze i bezpieczniejsze, wymagają mniej personelu, a pacjent traci mniej krwi i jest w mniejszym stopniu narażony na powikłania. W Polsce barierą wciąż pozostaje brak finansowania ze środków NFZ dla procedur wykonywanych przy wsparciu robotów.

Według prognoz firm PMR i Upper Finance rynek robotyki chirurgicznej w Polsce jest wart ok. 166 mln zł i w ciągu pięciu lat wzrośnie do prawie 570 mln zł, co oznacza średnioroczny wzrost o 28 proc. Wartość ta obejmuje zarówno zakup i serwis robotów, narzędzia, jednorazowe materiały potrzebne do wykonania procedur, jak i wartość samych świadczeń medycznych wykonywanych przy wsparciu robotyki – wynika z raportu „Rynek robotyki chirurgicznej w Polsce 2029. Prognozy rozwoju na lata 2020–2025”.

– W robotyce medycznej wypadamy coraz lepiej i – szczerze mówiąc – najdziwniejsze jest to, że w ogóle bez pomocy państwa i rządu. Od kilkunastu lat trwają starania, żeby NFZ płacił za operacje wykonywane robotami chirurgicznymi, które na świecie są już standardem. Takich operacji na świecie wykonuje się już ponad 1 mln rocznie, z czego połowa to zabiegi ginekologiczne, operacje prostaty etc., przywracające ludzi do aktywności życiowej i zawodowej, z lepszym skutkiem i większą efektywnością – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat, profesor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii oraz pomysłodawca i konstruktor pierwszego w Europie robota do operacji na sercu Robin Heart, a także prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia na rzecz Robotyki Medycznej.

Najbardziej rozpowszechnionym robotem chirurgicznym jest da Vinci – robot amerykańskiej produkcji, wykorzystywany przede wszystkim w urologii i ginekologii, choć lista jego zastosowań jest dłuższa (może być wykorzystywany w ok. 170 typach zabiegów). W ubiegłym roku na całym świecie było zainstalowanych 5,7 tys. takich urządzeń, które przeprowadziły ponad 7,2 mln operacji. Najwięcej jest ich w Stanach Zjednoczonych, gdzie jeden robot da Vinci przypadał na prawie 100 tys. pacjentów. W Europie jeden przypada na 749 tys. osób, natomiast w Polsce – na 3,4 mln. W porównaniu do raportu PMR i Upper Finance z połowy 2019 roku to i tak ogromny postęp – rok wcześniej było to bowiem 6,4 mln Polaków.

– W tej chwili w całej Polsce mamy już około tuzina robotów. Co prawda powinniśmy mieć średnio jedno takie urządzenie na ok. 1 mln pacjentów, żeby zbliżyć się do krajów takich jak Niemcy czy Włochy, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych, bo tam jest ich bardzo wiele ze względów komercyjnych. To są roboty kupione przez prywatne firmy i działają dzięki ludziom, którzy sami płacą za swoje operacje. Natomiast w Polsce postęp też jest niesamowity. Gratuluję szpitalom, które dojrzały szansę, kupiły takie roboty i wychodzą na tym zyskownie – mówi profesor Instytutu Protez Serca FRK.

Pierwsze takie urządzenie pojawiło się na polskim rynku dekadę temu, w 2019 roku było ich już osiem, a przy ich pomocy przeprowadzono rekordową liczę 900 operacji. Do czerwca 2020 roku jeszcze trzy szpitale zakupiły roboty da Vinci, a liczba operacji – mimo początkowego spowolnienia z powodu pandemii – w całym roku wzrosła (szacunki mówiły o prawie 1,5 tys.). W tym roku liczba przeprowadzonych operacji może wzrosnąć już do 3,1 tys., a w 2022 roku – do 5,4 tys. Eksperci Upper Finance, PMR i Synektik – wyłącznego dystrybutora systemów da Vinci w Polsce – oceniają, że w kraju o wielkości Polski powinno być ok. 40–50 robotów.

– Dziś jesteśmy już tak dobrzy jak Czesi. W ubiegłym roku po raz pierwszy wykonaliśmy w Polsce tyle samo operacji co oni. Mamy mniej więcej tyle samo robotów chirurgicznych, ale wciąż niestety jednej firmy – mówi dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat.

Eksperci podkreślają, że największe szanse na dogonienie popularności da Vinci w ciągu najbliższych pięciu lat ma system Medtronic, który ma być gotowy w tym roku. Również Polacy mogą się pochwalić osiągnięciami w rozwoju robotyki medycznej. Ponad 20 lat temu podjęto w Polsce działania na rzecz stworzenia robota kardiochirurgicznego o nazwie Robin Heart. Jedną z jego wersji, stworzoną w Instytucie Protez Serca w Zabrzu, jest Robin Heart mc2 – trójramienny robot zastępujący przy stole operacyjnym trzy osoby, w tym dwóch chirurgów. Do tej pory nie udało się jednak wdrożyć do produkcji żadnego z nich.

– Na cały projekt Robin Hearta, który trwa 20 lat, nie dostaliśmy nawet połowy tego, ile dzisiaj kosztuje jeden robot komercyjny. Proszę zobaczyć, jaką straciliśmy szansę, żeby w ogóle zaistnieć na tym rynku. Nowa dziedzina nauki i techniki powstała w Polsce za mniejszy koszt niż jedno urządzenie – mówi ekspert.

Dynamika rynku robotyki chirurgicznej byłaby jeszcze większa, gdyby wprowadzono program finansowania tych procedur przez NFZ. Mimo zapowiedzi zmian ze strony Ministerstwa Zdrowia i pozytywnej oceny Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wydanej już prawie cztery lata temu nie ma w Polsce możliwości refundacji takich zabiegów. Dlatego szpitale, które chcą otrzymać zwrot części kosztów, muszą wykonywać je w formule prywatnej albo starać się o specjalne granty. Eksperci spodziewają się jednak, że jest to decyzja nieunikniona ze względu na korzyści, jakie przynosi robotyka w medycynie. Prognoza Upper Finance i PMR zakłada, że publiczne finansowanie wejdzie w życie od 2023 roku. Ocenia także, że średnia cena za zabieg w latach 2020–2022 spadnie z 45 do 40 tys. zł, a do 2025 roku do 36 tys. zł.

– Kilka kolejnych firm zaczyna produkować swoje roboty dla chirurgii. Są już roboty do rehabilitacji, diagnostyki, roboty dla neurochirurgii i onkologii. One właściwie są już niezbędne. W niektórych obszarach roboty są już tak „zadomowione”, że nie wyobrażamy sobie, żeby mógł je zastąpić człowiek czy jakaś inna metoda – mówi profesor Instytutu Protez Serca FRK.

Operacje wykonywane z pomocą robotów chirurgicznych są krótsze, zapewniają większe bezpieczeństwo, a pacjent traci mniej krwi i jest w mniejszym stopniu narażony na powikłania. Takie zabiegi wymagają też mniej personelu, więc w przyszłości roboty mogą się okazać rozwiązaniem problemu, jakim jest niedobór kadr medycznych i malejąca liczba chirurgów.