Rzecznik MŚP po raz kolejny sprzeciwia się podwyższeniu kary grzywny nakładanej na przedsiębiorców w formie mandatu za wykroczenia skarbowe

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zaopiniował rządowy projekt tzw. „ustawy o zmianie ustawy o podatku akcyzowym oraz niektórych innych ustaw”, gdzie zauważył, że po raz kolejny próbuje się nałożyć nowe obowiązki na przedsiębiorców, tym razem proponując regulację, która rozszerzy obszar uprawnień dla administracji w zakresie kwalifikacji rozmiaru czynu jako wykroczenie i decydowaniu o nałożeniu mandatu w wyższej kwocie, niż ma to miejsce w obecnie obowiązującym stanie prawnym.

Rzecznik MŚP przedstawił uwagi do opublikowanego na stronie Sejmu rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o podatku akcyzowym oraz niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 860 dalej: „Projekt”). Projekt ustawy przewidywał w art. 4 pkt 3 zmianę treści art. 48 § 2 ustawy z dnia 10 września 1999 r. – Kodeks karny skarbowy [1]) w zakresie podwyższenia wysokości górnej granicy kary grzywny do pięciokrotnej w miejsce obecnie istniejącej podwójnej wysokości minimalnego wynagrodzenia.

Pismami z dnia 21 stycznia 2021 r. Rzecznik MŚP przekazał do Kancelarii Sejmu RP, jak również do Ministerstwa Finansów, że zmieniany przepis prawa przyznaje uprawnienia organom mandatowym w przedmiocie wymierzania mandatów bez konieczności występowania do sądu, co wywołuje bezpośredni skutek na sektor mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw w zakresie nakładania nowych obowiązków administracyjnych (art. 67 pkt 1 ustawy z dnia 6 marca 2018 r. Prawo przedsiębiorców [2]).

– W naszej opinii zwróciliśmy także uwagę, że pomiędzy treścią Projektu, jego uzasadnieniem oraz dołączoną Oceną Skutków Regulacji istnieją niejasności, niedoprecyzowanie, a nawet istniejące rozbieżności, gdyż uzasadnienie zawiera nadinterpretację zmienianego przepisu, natomiast Ocena Skutków Regulacji nie dokonuje oceny zmienianej regulacji dotyczącej podwyższenia wysokości górnej granicy kary grzywny, gdyż w ogóle się do niej nie odnosi – powiedział dr. n. pr. Marek Woch, Dyrektor Generalny w Biurze Rzecznika MŚP.

Pismem z dnia 5 marca 2021 r. Rzecznik MŚP udzielając odpowiedzi Ministrowi Finansów zauważył, że problem błędnego zrozumienia art. 48 § 2 Kodeksu karnego skarbowego procedowanego w Projekcie i nieprzekonujących wyjaśnień Ministra Finansów co do zasadności projektowanej zmiany tego przepisu został dostrzeżony także przez innych, m.in. posłów biorących udział w posiedzeniach Komisji Finansów Publicznych (w dniach 11 lutego 2021 r. i 25 lutego 2021 r.).

Na etapie prac w Senacie RP nad ustawą, Rzecznik MŚP pismem z dnia 8 marca 2021 r. wystąpił do Marszałka Senatu z informacją o braku zmiany krytycznego stanowiska odnoszącego się do proponowanej zmiany treści art. 48 § 2 Kodeks karny skarbowy.

– Zmieniany przepis bardzo dotkliwie zwiększa wysokość grzywny, a to nie wszystko. Daje uprawnienia organom do wymierzania mandatów bez konieczności występowania do sądu. Finalnie oznacza to nałożenie kolejnych, dodatkowych obowiązków administracyjnych dla przedsiębiorców z sektora MŚP, których należy w tym momencie wspierać i ratować, a nie nakładać kolejne utrudnienia – powiedział Adam Abramowicz, Rzecznik MŚP.

[1] Dz.U. z 2020 r. poz. 19, 568, 695, 1106 i 2122, dalej: Kodeks karny skarbowy.
[2] t.j. Dz. U. z 2019 r. poz. 1292, dalej: Prawo przedsiębiorców.

ANALIZA: W pandemii sieci handlowe mocno oszczędzają na gazetkach. Tylko dyskonty są na plusie

Analiza ponad 16 tys. gazetek promocyjnych wykazała, że w ub.r. sieci handlowe wydały o 19,5% mniej takich publikacji niż w 2019 roku. Do tego skróciły liczbę ich stron o ok. 20% i o tyle samo zmniejszyły powierzchnię. W przypadku wszystkich parametrów największe spadki, przekraczające 80%, miały sklepy dziecięce. Dla porównania można wskazać, że cięcia w sieciach RTV-AGD i hipermarketach były przynajmniej o połowę mniejsze. Ze wszystkich analizowanych formatów wzrosty wykazały tylko dyskonty. Dodatkowo w kwestii ilości stron na plusie były też sklepy typu DiY.

Mniej gazetek

Jak pokazuje coroczne badanie „INDEKS PROMOCJI W HANDLU 2019/20” Grupy AdRetail, Hiper-Com Poland oraz UCE RESEARCH, w ub.r. sieci wydały o 19,5% mniej gazetek promocyjnych w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku.

– Kluczowym czynnikiem zmniejszenia ilości gazetek była oczywiście pandemia. Znaczenie miało też częściowe zamknięcie placówek. Do tego należy też dodać odpływ klientów do sklepów internetowych, a także ograniczanie kosztów prowadzonej działalności przez sieci handlowe – komentuje Yves Frerot z Hiper-Com Poland.

Jak podkreśla dr Maria Andrzej Faliński, członek kapituły programu AdRetail Inspirio, w ub.r. sieci poczuły się zagrożone spadkiem popytu i perspektywą wprowadzenia aż dziesięciu nowych podatków oraz opłat. Co więcej, rosnąca płaca minimalna wymusiła oszczędzanie na innych pozycjach kosztowych. Zdaniem eksperta, handel zaczął się dławić, skoro wygasił tak mocno instrumenty promocyjne.

– W przypadku papierowych wydań trend spadkowy jest widoczny już co najmniej od kilku lat. W 2019 roku względem 2018 roku publikacji ubyło o 9,4%. W ub.r. spadek był już dwa razy większy. W mojej ocenie, główną tego przyczyną jest cyfryzacja handlu. Pandemia tylko przyspieszyła ten proces, który jest już nie do zatrzymania – uważa Karol Kamiński z Centrum Analiz Grupy AdRetail.

Patrząc na poszczególne wyniki, można zauważyć, że największy spadek odnotowały sklepy z art. dla dzieci – aż o 82%. O połowę mniej wyniósł on w przypadku sieci RTV-ADG, czyli 41%. Na trzecim miejscu znalazły się hipermarkety z wynikiem 35%. Potem uplasowały się sklepy z art. z kategorii kultury i rozrywki – 26%, drogerie i apteki – 23%, cash & carry – 12%, supermarkety – 7%, a na końcu – hurtownie – 3%.

– Zamknięcie centrów handlowych w znaczącym stopniu ograniczyło dostęp do sklepów dziecięcych i elektronicznych. Ponadto klienci skoncentrowali się na zakupach koniecznych, a do nich nie zalicza się zabawek czy sprzętów RTV-AGD. Apteki z kolei w znaczącym stopniu padły ofiarą pandemii. Ludzie zaczęli bać się tam przebywać i dotykać gazetek. Skrócili swoje wizyty do minimum – mówi dr Faliński.

Z 11 analizowanych formatów przyrost zanotowały tylko dyskonty, tj. o 23%. W opinii Karola Kamińskiego, to pokazuje, jak skutecznie tego typu sieci spacyfikowały konkurencję w czasie pandemii, w tym specjalistyczne sklepy, np. dziecięce czy drogeryjne. Ekspert prognozuje, że pozostali gracze będą chcieli szybko odrobić straty i ruszyć do przodu. Ale nie podniosą w tym celu nakładów, lecz rozwiną e-gazetki.

– Dyskonty od początku pandemii przybrały rolę głównego dostawcy niezbędnych produktów. Pomogła im w tym duża ilość placówek i relatywnie łatwa dostępność tych sklepów dla konsumentów. Do tego zamknięcie części konkurencji było niezwykle sprzyjającą sytuacją sprzedażową, którą należało wykorzystać, m.in. oferując więcej promocji – tłumaczy Yves Frerot.

Stron też ubyło

Z analizy wynika, że w ub.r. sieci handlowe wydały o 20,1% mniej stron w swoich gazetkach w porównaniu z 2019 rokiem. Ekspert z Grupy AdRetail przypomina, że dwa lata temu spadek wyniósł zaledwie 3,5%. Różnica jest zatem 6-krotna. Dr Faliński twierdzi, że rok temu retailerzy zareagowali tak drastycznie na brak dostępu klientów do sklepów, obawy Polaków przed zarażeniem koronawirusem, a także przewidywany spadek dochodów. Nie chcieli inwestować przecież w puste obiekty.

– Można również założyć powiązanie ilości stron z ogólną liczbą gazetek. Te czynniki są ze sobą mocno złączone. Przy tak dużych ograniczeniach, jakie obserwowaliśmy w zeszłym roku, wzajemnie na siebie oddziałują – dodaje ekspert z Hiper-Com Poland.

Największy spadek zanotowano wśród sklepów dziecięcych – o 84%, a o połowę mniejszy – w przypadku hipermarketów – o 42%. Na trzecim miejscu znalazły się sieci RTV-AGD z wynikiem 45%. Dalej uplasowały się sklepy z art. kategorii kultury i rozrywki – 33%, drogerie i apteki – 28%, cash & carry – 9%, supermarkety – 6%, a także hurtownie – 4%.

– Sieci dobrze wyczuły intencje konsumentów, którzy w czasie pandemii ograniczyli zakupy do niezbędnych produktów, tj. żywności, art. do higieny osobistej i chemii gospodarczej. Drugie miejsce hipermarketów jest pochodną ich walki z dyskontami i szeroko pojętymi kłopotami tego formatu – zauważa Karol Kamiński.

Z kolei największy przyrost zanotowały dyskonty i DiY – po 11%. W tym wypadku 2 formaty z 11 analizowanych zwiększyły ilość stron w swoich gazetkach. Yves Frerot wyjaśnia, że sieci w tych kanałach sprzedaży mogły pozwolić sobie na dodatkowe promocje. Ekspert przypomina, że lockdown sprzyjał zwłaszcza sklepom typu DiY. Przebywający w domach konsumenci chętniej majsterkowali i nabywali potrzebne im do tego produkty. Sieci natychmiast na to odpowiedziały większą aktywnością.

– Patrząc na nieprzychylną politykę UOKiK-u wobec dyskontów, przewiduję, że zaostrzą one jeszcze swoją rywalizację. Będą też chciały zdobyć zapasy na ewentualne sankcje i utrudnienia. Ruszą do walki cenowej, jakiej dotychczas nie realizowały, bo przecież wcale nie były najtańsze. Zaczną importować szereg produktów, by uniknąć zarzutu o wykorzystywanie swojej przewagi. Ich towary będą silnie promowane, a gazetki mocno spuchną – prognozuje dr Faliński.

Znikająca powierzchnia

Ponadto analiza wykazała, że w 2020 roku sieci handlowe ogólnie zmniejszyły powierzchnię promocyjną w gazetkach o 19,8% w stosunku do roku poprzedniego. Jak stwierdza Karol Kamiński, to już raczej stały trend, powiązany przede wszystkim z ilością stron. W obu przypadkach spadki są na podobnym poziomie.

– Zmiana powierzchni ma nie tylko bezpośredni związek z ograniczeniem ilości gazetek i stron. Sieci raczej rezygnują z większych formatów typu A3, więc spadki w powyższych indeksach będą przekładały się na zawężanie powierzchni promocyjnej – zaznacza Yves Frerot.

Podobnie jak w przypadku ww. indeksów, największy spadek odnotowały sklepy dziecięce – o 82%. O połowę mniejszy miały sieci RTV-AGD – 41%. Na trzecim miejscu znalazły się hipermarkety – 35%. Dalej były sklepy z kulturą i rozrywką – 26%, drogerie i apteki – 23%, cash & carry – 14%, sieci typu convenience – 4%, supermarkety – 7%, a także hurtownie – 3%.

– Najbardziej widoczny spadek jest tam, gdzie ograniczono dostęp do fizycznych sklepów. Najlepszym tego przykładem są sieci RTV-AGD, które w znaczącym stopniu przeniosły promocje do Internetu. W ten sposób skompensowały nieskuteczność wydawania papierowych gazetek – zwraca uwagę dr Faliński.

Należy dodać, że dyskonty jako jedyne z 11 analizowanych formatów zanotowały przyrost w tej kategorii, tj. o 23%. Nie dziwi to Karola Kamińskiego, który mówi, że dyskonty tym sposobem chcą jeszcze lepiej walczyć z konkurencją. Potwierdza to też fakt, że w badanym okresie, oprócz ww. parametrów zwiększyły również liczbę samych promocji w gazetkach.

– Dalsze tendencje będą zależały od sytuacji epidemiologicznej w kraju. Po zniesieniu ograniczeń nagłe wzrosty mogą być widoczne w tych formatach, które odnotowały spadki, zarówno w związku ze zwiększeniem ilości produkcji, jak i ilości stron w gazetkach – podsumowuje Yves Frerot.

Raport został opracowany przez Centrum Analiz Grupy AdRetail, międzynarodową agencję badawczo-analityczną Hiper-Com Poland oraz UCE RESEARCH. Materiał powstał na podstawie analizy ponad 16,4 tys. gazetek handlowych z całego 2019 i 2020 roku. Łącznie monitoringiem objęto blisko 295 tys. stron i 9 mln cm2 powierzchni promocyjnej. Pod uwagę wzięto publikacje ze wszystkich dostępnych na rynku dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience, cash & carry, hurtowni, drogerii i aptek, sieci DIY, RTV-AGD, sklepów dziecięcych i z art. z kategorii kultury i rozrywki.

Bezpieczeństwo w ekosystemie druku – pięta achillesowa biznesu

Dbałość o poufność newralgicznych informacji przekazywanych w organizacji to bez dwóch zdań największy priorytet firmy. Przedsiębiorstwa z sektora MŚP są szczególnie narażone na negatywne konsekwencje nieodpowiednich zabezpieczeń druku – niestety wynika to z wielu czynników. Pandemia sprawiła, że większość naszego życia przeniosła się do online. Od czasu, gdy na świecie pojawił się COVID-19 digitalizacja gospodarki ruszyła z kopyta, a wraz z nią ze zdwojoną siłą podążają hakerzy. Z raportu firmy Fortinet wynika, że od marca ubiegłego roku ponad 60 procent przedsiębiorstw doświadczyło prób naruszenia bezpieczeństwa IT. Z kolei według ekspertów z Accenture liczba cyberataków była nawet cztery razy wyższa w czasie ubiegłorocznego lockdownu niż wcześniej.

Analitycy Canalys spodziewają się, że w 2021 r. firmy przeznaczą na wydatki cybersecurity nawet 10 procent więcej niż w ubiegłym roku. Zapewnienie odpowiedniego poziomu ochrony przed atakami hakerskimi i innymi naruszeniami w obszarze bezpieczeństwa to obecnie nie lada wyzwanie. Należy pamiętać, że trzeba mu stawić czoła całościowo – dbając przy tym o wszystkie ogniwa tworzące sieć organizacji, w tym drukarki, skanery i kopiarki. Muszą być one tak samo chronione, jak inne urządzenia IT. Jeśli zostaną przeoczone, istnieje duże ryzyko, że to właśnie one będą dla hakerów „łatwą furtką” dostępu do firmowych danych.

Z naszego raportu na temat cyfrowej transformacji wynika, że prawie 9 na 10 małych i średnich firm doświadczyło incydentu cyberbezpieczeństwa związanego z urządzeniem drukującym. Takie sytuacje najczęściej wynikały z zaniedbań i związane były z zostawieniem poufnych dokumentów bez nadzoru przy drukarce, nieodebraniem wydruków lub przechwyceniem wydrukowanych materiałów innych pracowników. Większość przedsiębiorstw powoli zaczyna wprowadzać działania, których celem jest zapewnienie odpowiedniego bezpieczeństwa procesom związanym z drukiem. Ograniczanie dostępu do niektórych urządzeń drukujących, wprowadzanie kart identyfikacyjnych czy nadawanie pracownikom kodów PIN to krok w bardzo dobrym kierunku. Jednak działania te nie rozwiążą sedna problemu.

Z zebranych przez nas danych wynika, że u podstaw bezpieczeństwa druku w przedsiębiorstwach z sektora MŚP leży między innymi brak osoby odpowiedzialnej za jego ochronę. W małych i średnich organizacjach zazwyczaj jeden, a w najlepszym wypadku kilku pracowników zajmuje się wszystkimi zagadnieniami związanymi z IT. Sytuacja „rozmytej” odpowiedzialności sprawia, że w praktyce rzadko kto zajmuje się czymś całościowo – od początku do końca, a to z kolei zwiększa podatność firm na zagrożenia ze strony hakerów.

Kolejny problem wpływający na bezpieczeństwo druku w małych i średnich firmach to kwestia braku odpowiedniej edukacji wszystkich pracowników. Często nie mają oni dostatecznej świadomości ryzyka związanego z brakiem odpowiedniego poziomu ochrony danych. Oczywiście, to w kompetencji specjalistów IT leży zapewnienie odpowiedniej ochrony urządzeniom, jednak wszyscy pracownicy odpowiadają za kontrolę przepływu danych. Warto pamiętać, że nawet najlepsze zabezpieczenia nie wygrają z brakiem rozwagi.

Specyfika sektora MŚP sprawia, że w takich firmach bardzo często nie ma możliwości wyznaczenia jednej osoby, która byłaby odpowiedzialna za bezpieczeństwo druku czy zorganizowania dedykowanego szkolenia na ten temat. Właśnie dlatego tak ważne w obecnych czasach – gdy hakerzy jedynie czekają na nasz błąd – staje się korzystanie z możliwości, jakie oferuje w tym obszarze rynek. Odpowiedni partner technologiczny nie tylko doradzi, wesprze, wyszkoli i będzie służył pomocą, ale również zapewni przy tym odpowiedni poziom ochrony urządzeniom oraz przetwarzanym danym.

Paweł Wośko, Pre Sales & Technical Service Manager w Brother

Pandemia – analiza wpływu na liczbę zwolnień lekarskich i „przekrętów”

4 marca 2021 roku minęło dokładnie 365 dni od zdiagnozowania w Polsce tzw. „pacjenta zero”. Ubiegły rok był bez wątpienia wyjątkowy pod wieloma względami, a globalna pandemia odcisnęła piętno m.in. na polskich przedsiębiorcach, którzy oprócz stawania w obliczu kolejnych lockdownów, nieustannie borykali się również z problemem zarządzania absencjami chorobowymi. Widać to doskonale w statystykach. Jak wylicza ZUS, tylko od 1 do 20 października 2020 roku wystawiono 1,8 mln zaświadczeń lekarskich – około 23,5 % więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Istotną część zwolnień chorobowych w ubiegłym roku stanowiły zwolnienia fikcyjne.

Kontrola pracowników przynosi efekty

O analizę wpływu pandemii na liczbę zwolnień lekarskich i „przekrętów” pokusiło się Conperio, największa w Polsce firma doradcza zajmująca się problematyką absencji chorobowej, obejmująca swoimi działaniami cały kraj. Z prowadzonych analiz i obserwacji wynika, że pandemia miała zaskakujący wpływ na profil oraz liczbę absencji chorobowych wśród pracowników w Polsce. Znaczący wzrost naruszeń zwolnień chorobowych został zaobserwowany wśród pracodawców, którzy przestali kontrolować pracowników w trakcie pandemii. Natomiast u tych, którzy kontynuowali kontrole, poziom absencji pozostał na poziomie sprzed marca 2020 roku.

– W firmach o rozluźnionej polityce adresowania zwolnień zauważyliśmy duży, kilkuprocentowy wzrost absencji – co ciekawe, znaczną część z nich nie stanowiły zwolnienia związane z COVID-19 ani z objawami tej choroby. W zakładach, które konsekwentnie realizowały zaimplementowane przez nas działania w zakresie kontrolowania absencji chorobowej, sytuacja przypominała tą sprzed roku. Wzrosty wskaźnika absencji były niskie lub niezauważalne – w okolicach 0,2–0,3% w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku – mówi Mikołaj Zając, prezes Conperio.

Optymizmem nie napawają dane opublikowane przez ZUS, z których nie wynika, by kontrole wątpliwych zwolnień się nasiliły, a wręcz przeciwnie – ich liczba spadła. Jak podaje państwowa jednostka w I półroczu 2020 roku przeprowadzonych zostało 143,2 tys. kontroli osób posiadających zaświadczenie o czasowej niezdolności do pracy (przy 42,9 tys. kontroli przeprowadzonych w II kwartale roku). W konsekwencji urzędnicy wydali 10,2 tys. decyzji wstrzymujących dalszą wypłatę zasiłków chorobowych. Jest to zaledwie kropla w morzu potrzeb.

Biznes na „L4”

Nietypowy w 2020 roku był również wzrost liczby naruszeń zwolnień chorobowych. Pracowników przebywających na ”L4” kontrolerzy z reguły zastawali na remontach, pracach wokół domostw lub po prostu urlopach. COVID-19 spowodował także wzrost naruszeń zwolnień lekarskich na tle zarobkowym – w trakcie pobytu podwładnych na „L4” jak grzyby po deszczu zaczęły rosnąć prywatne gabinety kosmetyczne, kwitł drobny handel oraz inne prace polegające na wykorzystaniu posiadanych przez zatrudnionego uprawnień lub umiejętności.

– Ułatwiony dostęp do zwolnień chorobowych i niepewność co do przyszłości w pewnym sensie zachęciły pracowników do realizacji pomysłów na własną działalność. Jest to oczywiście forma względnie bezpieczna dla pracownika – podczas pobytu na zwolnieniu otrzymuje on bowiem 80% swojego wynagrodzenia i ma opłacone wszystkie składki. Należy pamiętać, że jeżeli pracodawca ma podejrzenia, co do prawidłowości zwolnienia lekarskiego, ma prawo skontrolować pracownika – informuje Mikołaj Zając.

To od właściciela firmy zależą dalsze kroki podjęte w stosunku do pracownika, którego kontrolerzy nie zastaną pod adresem podanym w druku zwolnienia chorobowego lub który przyłapany zostanie na wykonywaniu innych czynności, niezgodnych ze zwolnieniem.

Cienie teleporad

Nie da się ukryć, że bardzo duża część zwolnień wystawionych poprzez rozmowę telefoniczną nie miała związku z żadną chorobą. Warto jednocześnie zauważyć, iż lekarze zostali postawieni w dość trudnej sytuacji – przekonywująco przedstawione w trakcie teleporad objawy oraz brak możliwości przebadania pacjenta uniemożliwiają skuteczne zweryfikowanie, czy faktycznie jest on chory. W związku z tym lekarze przyjęli raczej bezpieczną linię postępowania – lepiej wystawić zwolnienie, niż ryzykować dalszym zaostrzeniem objawów. Dane nie pozostawiają jednak złudzeń. W marcu 2020 roku na L4 poszły ponad trzy miliony Polaków. Tymczasem miesiąc wcześniej zwolnienie lekarskie z ZUS pobrało 1 700 000 osób.

Pogłębiające się problemy przedsiębiorstw

Pewna część zwolnień chorobowych w ubiegłym roku stanowiła niepisaną umowę między pracodawcą a pracownikami. Zmniejszona liczba zleceń i pogarszająca się sytuacja produkcyjna zachęcały pracowników do brania zwolnień chorobowych i odbierania gwarantowanego świadczenia z ZUS. Okazało się to jednak pozorną oszczędnością, która w dłuższym horyzoncie czasowym poskutkowała tym, iż w niektórych przedsiębiorstwach wskaźnik absencji wywindowany został na poziom kilkunastu procent. W momencie, kiedy sytuacja produkcyjna tych firm uległa poprawie, pozostał problem braku osób do pracy. Fałszywe zwolnienia lekarskie powodują także m.in. poważne utrudnienia po stronie organizacji pracy w przyszłości, związane m.in. z ustalaniem grafików urlopowych wśród pracowników. Dotykają też osoby rzetelnie podchodzące do obowiązków wynikających z umowy o pracę. Pracownicy ci są bowiem narażeni na pracę cięższą, dłuższą i pod wpływem wzmożonego stresu, co jest spowodowane przedłużającą się nieobecnością ich kolegów.

Badanie: 82% firm w czasie pandemii zwiększyło wydatki na zdrowie pracowników

Już 41% decydentów w firmach w Polsce uważa, że w przyszłości promocja aktywności fizycznej będzie kluczowym działaniem wspierającym zdrowie pracowników. Największą korzyścią z oferowania prozdrowotnych benefitów jest według zarządzających wzrost satysfakcji pracowników (56%). Zauważalny staje się również pozytywny wpływ tego typu świadczeń na efektywność organizacji (40%).

Z powodu pandemii ostatni rok  dla wielu firm był wyjątkowo trudnym sprawdzianem z dbałości o dobrostan pracowników, w tym wzięcia odpowiedzialności za ich zdrowie, kondycję fizyczną i psychiczną oraz zapewnienie odpowiednich warunków  pracy. Jak wynika z najnowszego raportu w ramach projektu  „Kapitał Zdrowia”, już co czwarty pracownik w kraju uważa, że świadczenia wspierające aktywność fizyczną pracowników będą dla niego kluczowe w przyszłości.

Benefity profilaktyczne – must have każdego pracodawcy

Na pierwszy plan wysuwa się profilaktyka – najwięcej, bo aż 44% pracowników deklaruje, że świadczenia pozapłacowe wspierające profilaktykę zdrowotną, do której zalicza się również regularnie uprawiana aktywność fizyczna, będą miały dla nich największe znaczenie w najbliższym czasie. Na drugim miejscu (43%) znalazły się benefity wspierające psychikę pracowników. Potrzeby mieszkańców Polski związane z kondycją psychiczną potwierdzają również najnowsze dane ZUS. W 2020 roku lekarze wystawili rekordowe ponad pół miliona zwolnień lekarskich z powodu ciężkiej reakcji na stres i zaburzeń adaptacyjnych, zaś epizody depresyjne były przyczyną ponad 5 mln dni absencji chorobowej wśród Polaków. Co więcej, ponad 7 mln osób w Polsce przy­znało niedawno, że obecne warunki pracy negatywnie wpływają na ich dobrostan psychiczny – co czwarta wskazała na zbyt dużą presję czasu lub nadmierne obciążenie ilością pracy.[1] Kolejne ponad 10 mln pracowników zwraca uwagę na ergonomię samego miejsca pracy, wskazując, że niewłaściwa pozycja ciała niekorzyst­nie wpływa na ich zdrowie fizyczne.[2]

Aktywność fizyczna wspiera zdrowie psychofizyczne oraz niweluje skutki home office

Z najnowszego badania MultiSport Index 2020 wynika, że regularnie podejmowany ruch zmniejsza negatywne skutki pracy zdalnej wśród ćwiczących pracowników aż 42 proc. wskazuje, że nie odczuwa żadnych negatywnych konsekwencji home office. W przypadku osób nieaktywnych fizycznie, taką deklarację składa jedynie 29 proc. (-13 p.p.).

–– Systematycznie i świadomie podejmowana aktywność fizyczna poprawia nie tylko kondycję i wytrzymałość organizmu, ale wzmacnia również odporność fizyczną i psychiczną. Regularne treningi mają także realny wpływ na jakość wykonywanych obowiązków służbowych – 79 proc. ćwiczących Polaków wskazuje, że sport poprawia ich samopoczucie i efektywność w pracy[3]. Wsparcie zdrowia pracowników oraz zwrot z tej inwestycji okazują się być łatwo mierzalne w przedsiębiorstwach. Z tego powodu w czasie pandemii coraz więcej przedstawicieli kadry zarządzającej zdecydowało się zwiększyć się firmowe wydatki na inwestycje w zdrowie pracowników – taką praktykę zadeklarowało w badaniu „Kapitał Zdrowie” już 82% z nich –– mówi dr Adam Waszkowski, Dyrektor ds. Analiz w Benefit Systems, ekspert Projektu Kapitał Zdrowia.

CEO widzą potencjał w promowaniu aktywności

Już 41% decydentów w polskich firmach uważa, że w przyszłości promocja aktywności fizycznej będzie kluczowym działaniem wspierającym zdrowie pracowników, podobnie jak budowanie ich odporności fizycznej (39%) oraz psychicznej (42%). Według osób zarządzających przedsiębiorstwami, to właśnie wzrost satysfakcji pracowników (56%) stanowi obecnie największą korzyść wynikającą z oferowania benefitów w ich przedsiębiorstwach. Kolejne miejsca zajmują korzyści wizerunkowe (44%), wzrost efektywności całej organizacji (40%) oraz poszczególnych zespołów (36%). Co dziesiąty decydent zapewniający benefity prozdrowotne, w tym wspierające aktywność fizyczną, np. karty sportowe, zauważa długofalową poprawę zdrowia pracowników (9%).

[1] Raport Kapitał Zdrowia (na podstawie danych GUS)

[2] Tamże

[3] Raport MultiSport Index 2020

Przeszłość a przyszłość, czyli co z frankiem w 2021 roku?

Najbliższe miesiące mogą się okazać wyjątkowo ciekawym okresem dla kondycji franka. Szwajcarska waluta przez globalnych inwestorów często uznawana jest za “bezpieczną przystań” lokowania kapitału, jednak z rodzimej perspektywy — stanowi przyczynek do dyskusji o niesławnych kredytach sprzed 17 lat. Stąd też tak duże zainteresowanie ruchami banku z Berna, które dla forexowych graczy może wieszczyć atrakcyjną okazję inwestorską, jednak dla innych — mocne uderzenie w domowy budżet.

Nieco historii

Rozpatrując problem franka w przyszłości, należy przez chwilę spojrzeć na przeszłość waluty, która jak się okazuje — nie jest wyłącznie domeną Szwajcarii. Identycznym nominałem posługują się również mieszkańcy Liechtensteinu, a więc jednej z najbardziej stabilnych gospodarek kontynentu. Także ten fakt daje do myślenia, mówiąc o wyjątkowej randze franka w skali międzynarodowej, choć historycznie wagę waluty napędzały inne państwa regionu. Istotną cezurą był rok 1850, kiedy to frank szwajcarski odpowiadał wartości 1,5 franka francuskiego (nomen omen to niejako Paryż zadecydował o ujednoliceniu helweckiego rynku monetarnego). W 1865 roku z kolei doszło do kolejnej reformy, już za sprawą Łacińskiej Unii Monetarnej.

Rządy Francji, Belgii, Włoch i właśnie Szwajcarii zdecydowały o stałej stawce krajowych walut, które miałyby odpowiadać wartości 1:1. Tak więc urzędowo frank szwajcarski miał bliźniaczą wartość względem, chociażby franka belgijskiego, a taki stan rzeczy utrzymywał się zarówno chwilę po I wojnie, jak i po roku 1927, czyli oficjalnym zakończeniu działalności Łacińskiej Unii Monetarnej. Co więcej, silna pozycja Berna nie osłabła aż do 1936 roku, kiedy doszło do odczuwalnej dewaluacji, jednak niecałą dekadę później kraj dołączył do tzw. systemu z Bretton Woods, który niejako uzależnił rolę wartości od dolara i złota (od 1949: 1 USD = 4,375 CHF, 1 CHF = 0,203125 g złota). Wszystko to jednak — do czasu.

Czarny frank nad Wisłą

Względnie stabilna sytuacja franka przeżywała swoje wzloty i upadki, a z polskiej perspektywy najciekawszym okresem był początek lat 2000. Pomimo dostępności kredytu we frankach od roku 1996, prawdziwy wysyp wniosków datuje się na lata 2004-2008. W okolicach naszego wejścia do struktur Unii Europejskiej równolegle frank zaczął notować spadki, które w pierwszym okresie masowego kredytowania się Polaków osiągnął poziom 3 zł. Wtedy też według wyliczeń Komisji Nadzoru Finansowego, wartość tego typu zobowiązań osiągnęła pułap 6,1 mld zł. Cztery lat później z kolei frank notował wartość na poziomie 2 zł, a więc nie zdziwił 10-krotny skok względem 2004 roku w kategorii kredytów (56 mld zł). Co było dalej?

Słowem: ściana. Dokładnie między rokiem 2007 a 2016 kurs franka szwajcarskiego wzrósł z 2,16 zł do 4,12 zł, czyli o 90,5 proc. Po relatywnie długim okresie spadków doszło do umacniania się franka, który punkt zapalny osiągnął dokładnie 15 stycznia 2015 roku (tzw. czarny czwartek). Wtedy też Szwajcarski Bank Narodowy przesądził o porzuceniu polityki obrony minimalnego kursu wymiany euro na franka, co oznaczało luki cenowe, minusowy bilans w portfelach inwestorów oraz… wyższe kredyty polskich frankowiczów o niemal połowę (rano frank kosztował 3,53 zł; w drugiej połowie dnia — nawet 5,20 zł). Był to początek wieloletniej kampanii franka, który regularnie notował kolejne awanse. Są jednak powody, aby uważać właśnie rok 2021 za czas przełomowy (lub na przełom zakrawający).

Przyszłość franka na naszych oczach

Dobrą passę franka może przerwać właśnie rok 2021. Przyjęło się, że barierą psychologiczną są 4 zł. W drugiej połowie stycznia br. rynek usłyszał o stawce 4,20 zł (19 stycznia dokładnie 4,2017 zł). Luty z kolei był nieco bardziej wyrozumiały, ponieważ na wykresach pojawiły się stawki rzędu 4,1242 zł (stan na 23 lutego). To dobre wiadomości dla frankowiczów, którzy pamiętają końcówkę ubiegłego sezonu. Pułap powyżej 4 zł utrzymuje się od połowy lutego 2020 roku i nic nie wskazywało na tendencję spadkową. Doszła również kwestia kryzysu pandemicznego, co wyraźnie odbiło się szczególnie na osobach fizycznych. Jeśli chodzi o frankowiczów, ucierpieli najbardziej kredytobiorcy z roku 2008, kiedy to frank kosztował mniej niż 2 zł.

Część ekonomistów uważa, że frank będzie notował kolejne spadki w okresie wiosennym, gdy m.in. polska gospodarka może doczekać się lepszej koniunktury. Szansę widać również pod koniec roku, gdy według wyliczeń Komisji Europejskiej, krajowy rynek będzie krok przed innymi państwami członkowskimi. Pamiętajmy jednak, że Narodowy Bank Szwajcarski w pewnym momencie nie pozwoli sobie na dalsze osłabianie własnej waluty, a więc należy podejść do sprawy racjonalnie — istnieje szansa, że frank spadnie poniżej 4 zł, jednak okresowo, a dopiero kolejny rok jest w stanie przynieść większe niespodzianki.

Wniosek? Najbliższe miesiące mogą być ciekawym wstępem do kolejnego rozdziału historii o franku szwajcarskim, jednak nie należy nastawiać się na rewolucję — ewentualnie na jej wstęp, choć i to nie jest przesądzone. Warto uważnie obserwować sytuację helweckiej waluty i porównywać dane historyczne. Jeśli polska gospodarka faktycznie wypłynie na kryzysie pandemicznym, mamy szansę na wyraźnie umocnienie.

Autor: Bartosz Tomczyk — przewodniczący Rady Nadzorczej polskiego fintechu Provema.

Upadłość konsumencka – co będzie z mieszkaniem?

Coraz więcej osób interesuje się awaryjnym rozwiązaniem, jakim jest upadłość konsumencka. Wyjaśniamy w jaki sposób dotyczy ona nieruchomości mieszkaniowych.

Nagłe pogorszenie koniunktury gospodarczej prawdopodobnie skutkowało wzrostem liczby osób, które interesuje upadłość konsumencka. Pełen wpływ tej sytuacji na statystyki będzie widoczny za pewien czas. Aktualnie dostępne dane statystyczne wskazują natomiast, że liczba upadłości konsumenckich wyraźnie wzrosła w drugiej połowie minionego roku. Tylko w grudniu 2020 r. upadłość konsumencką ogłosiło niewiele mniej osób niż przez cały 2015 rok. Można oczekiwać, że w bieżącym roku padnie kolejny rekord dotyczący liczby nowych upadłości konsumenckich. Dlatego postanowiliśmy wyjaśnić, w jaki sposób upadłość konsumencka wiąże się z nieruchomościami mieszkaniowymi (lokalami i domami). Wiedza na ten temat może przydać się nie tylko osobom, które na skutek koronawirusa wpadły w finansowe kłopoty.

Nasz artykuł w dużym skrócie:

  • Wzrost liczby upadłości konsumenckich w 2020 r. wiązał się m.in. ze zmianą przepisów korzystną dla dłużników.
  • Nieruchomość mieszkaniowa lub gruntowa podlega likwidacji (sprzedaży) w celu pokrycia długów osoby objętej upadłością konsumencką.
  • Po sprzedaży domu lub lokalu mieszkalnego, dłużnik otrzyma kwotę pozwalającą mu na wynajęcie lokum w tej samej okolicy przez 1 rok – 2 lata.

Poniżej przedstawiamy więcej informacji o tym, dlaczego upadłość konsumencka jest coraz częstsza. Wyjaśniamy również, jakie zasady dotyczą nieruchomości w czasie trwania tej procedury.

Zmiany prawne z 2020 roku ułatwiły sytuację dłużników

Najpierw warto przytoczyć dane Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej (COIG), które dobrze pokazują, jak popularna ostatnio stała się upadłość konsumencka. Według COIG, liczba konsumentów, którzy ogłosili upadłość z roku na rok rosła następująco:

  • 2015 r. – 2112
  • 2016 r. – 4434
  • 2017 r. – 5535
  • 2018 r. – 6570
  • 2019 r. – 7944
  • 2020 r. – 13 084

Warto pamiętać, że zmiany obowiązujących przepisów wywarły spory wpływ na powyższe wyniki. Ze względu na restrykcyjne regulacje, przed 2015 rokiem upadłość konsumencka była zupełną rzadkością. Pierwsza zmiana liberalizująca zasady upadłości konsumenckiej miała miejsce na początku 2015 r. „Jednym z jej celów było umożliwienie ogłoszenia upadłości przez osoby posiadające tylko jednego wierzyciela i usunięcie kłopotliwych barier finansowych (m.in. dzięki możliwości tymczasowego sfinansowania kosztów postępowania przez Skarb Państwa)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

W 2020 r. ustawodawca wprowadził kolejne zmiany prawne, które są bardziej kontrowersyjne. Nowe przepisy (obowiązujące od 24 marca 2020 r.) skutkują tym, że upadłość konsumencką może ogłosić również osoba, która doprowadziła do swojego bankructwa umyślnie lub na skutek rażącego niedbalstwa. „Taki dłużnik będzie jednak musiał dłużej regulować zobowiązania w ramach ewentualnego planu spłaty (przez 3 lata – 7 lat zamiast do 3 lat)” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nieruchomość odgrywa kluczową rolę podczas upadłości

Jeżeli natomiast chodzi o znaczenie nieruchomości podczas złożonej procedury, jaką jest upadłość konsumencka, to warto nadmienić, że już we wniosku upadłościowym dłużnik musi podać wykaz majątku (również nieruchomego) wraz z szacunkową wyceną. Po wydaniu przez sąd postanowienia o ogłoszeniu upadłości, syndyk będzie decydował co do sposobu likwidacji masy upadłościowej, w której skład zwykle wchodzą także nieruchomości. W zawiadomieniu dotyczącym sposobu likwidacji nieruchomości, syndyk informuje wierzycieli oraz sąd m.in. o minimalnej cenie sprzedaży domu, lokalu lub gruntu. „Na czynności syndyka można złożyć skargę na przykład wtedy, gdy wskazana przez niego minimalna cena sprzedaży nieruchomości wydaje się zbyt mała” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Po sprzedaży nieruchomości oraz innych składników majątku dłużnika, syndyk zwykle przedstawia sądowi projekt planu spłaty wierzycieli zakładającego częściowe umorzenie długów. Ustalenie planu spłaty będzie niemożliwe, jeśli dłużnik jest w ogóle niezdolny do regulowania zobowiązań (np. na skutek ciężkiej choroby). W takiej sytuacji może dojść nawet do całkowitego oddłużenia. Co do zasady, plan spłaty będzie niemożliwy także wtedy, gdy zadłużenie jest efektem celowego działania albo dłużnik skorzystał z upadłości konsumenckiej w ciągu ostatnich 10 lat. W tych dwóch ostatnich przypadkach, sąd kierując się względami humanitarnymi lub względami słuszności może jednak podjąć decyzję o:

  • ustaleniu planu spłaty wierzycieli przewidującego częściowe oddłużenie
  • umorzeniu zobowiązań upadłego dłużnika bez ustalenia planu spłaty wierzycieli
  • warunkowym umorzeniu długów bez ustalenia planu spłaty wierzycieli

Obecne przepisy przewidują także możliwość osiągnięcia porozumienia między dłużnikiem nieprowadzącym działalności gospodarczej oraz jego wierzycielami na drodze układu” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Dłużnik na pewno nie pozostanie bez dachu nad głową …

W ramach podsumowania, warto wspomnieć o ważnej kwestii, która wiąże się z potrzebami mieszkaniowymi dłużnika. Wiele osób, które interesuje upadłość konsumencka jako sposób wyjścia z kłopotów, niestety może obawiać się, że po sprzedaży nieruchomości przez syndyka stracą dach nad głową. Trzeba zatem nadmienić, że przepisy ustawy z dnia 28 lutego 2003 r. prawo upadłościowe (Dz.U. 2003 nr 60 poz. 535) przewidują wypłatę na rzecz dłużnika kwoty odpowiadającej przeciętnemu kosztowi wynajmu lokalu mieszkalnego w tej samej lub sąsiedniej miejscowości przez okres od 12 do 24 miesięcy. „Na taką wypłatę dokonywaną ze środków uzyskanych po sprzedaży domu lub lokalu mieszkalnego mogą liczyć dłużnicy, którzy w inny sposób nie dadzą rady zaspokoić potrzeb mieszkaniowych swoich i osób pozostających na ich utrzymaniu” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Poprawa nastrojów w handlu. Wskaźnik koniunktury wśród tradycyjnych detalistów wzrósł w lutym o 13,1 pkt.

Nastroje Handlu Tradycyjnego, cykliczne badanie realizowane przez Comp Platformę Usług, operatora systemu M/platform, wykazało wyraźną poprawę nastrojów wśród właścicieli i kierowników sklepów tradycyjnych. Wskaźnik NHT za luty br. wyniósł 33,0 pkt. i był wyższy od styczniowego aż o 13,1 pkt., nadal jednak pozostając po stronie negatywnej (poniżej 50 pkt.).

Wskaźnik NHT+1, obrazujący przewidywania na marzec br., wyniósł 51,6 pkt., co oznacza kolejny wzrost – w relacji do lutego o 15,1 pkt. W tym przypadku oceny pozytywne przeważają nad negatywnymi. Badanie zostało przeprowadzone na reprezentatywnej próbie 2000 sklepów detalicznych.

W kontekście ostatnich doniesień rynkowych, aktualne badanie należy ocenić pozytywnie. Według danych GUS konsumpcja prywatna w czwartym kwartale spadła o 3,2%, a inwestycje o 10,9%, natomiast w styczniu stopa bezrobocia wzrosła do 6,6%, a sprzedaż detaliczna w cenach bieżących spadła o 6%. Pomimo tego, w lutym odnotowaliśmy kilkunastoprocentowy wzrost wskaźników NHT oraz NHT+1. Przedstawiciele handlu tradycyjnego mniej krytycznie ocenili luty i z większym optymizmem patrzą w przyszłość, co miejmy nadzieję, jest zapowiedzią lepszej koniunktury w tym sektorze – powiedział Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platformy Usług.

Wzrost koniunktury w handlu w pierwszych dwóch miesiącach roku o 13,4 pkt. potwierdza badanie IRG SGH (Instytut Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej). Wynika z niego również, że przewidywania firm handlowych na pierwsze półrocze 2021 roku są optymistyczne. Trend wzrostowy jest także widoczny w opublikowanym przez Główny Urząd Statystyczny ogólnym klimacie koniunktury w handlu detalicznym, który w lutym był o 3,9% wyższy niż w styczniu.

Metodologia NHT: Wskaźniki mogą przyjmować wartość od 0 do 100. Wynik powyżej 50 świadczy o nastrojach optymistycznych, a poniżej o przewadze opinii negatywnych. Oba wskaźniki będą publikowane na początku każdego miesiąca.

Jak operatorzy logistyczni i przewoźnicy radzą sobie po brexicie?

Brexit wywołał wiele turbulencji w wymianie towarowej między Unią Europejską a UK oraz Irlandią. Nie wszyscy przewoźnicy oraz nadawcy i odbiorcy towarów byli świadomi formalności celnych, nie posiadali wiedzy, jak odprawiać towary i z jakimi kosztami się to wiąże. Nowe obowiązki mocno obciążyły przewoźników i wpłynęły na jakość pracy kierowców oraz osób odpowiedzialnych za prace administracyjne. Skalę wyzwań i nowych obowiązków jakie spotkały branżę TSL po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej przybliża Robert GWIZDEK, Kierownik Transportów Drobnicowych, GEFCO Polska.

Branża transportowa reaguje na trudności

Po brexicie czasy rozładunku i załadunku uległy wyraźnemu wydłużeniu, a prognozy mówią o przyroście liczby odpraw o 400 milionów w 2021 roku. Proporcjonalnie do tego wzrostu przybędzie pracy i zwiększy się popyt na pracowników kwalifikowanych w obszarze celno-podatkowym. Sytuacji dodatkowo nie sprzyja pandemia i pilnowanie wymogu przedstawienia negatywnego wyniku testu na Covid-19, wykonanego 72 godziny przed przekroczeniem granicy po stronie Wielkiej Brytanii.

„Obecnie eksport towarów z Unii Europejskiej do Wielkiej Brytanii przebiega sprawniej niż w przeciwnym kierunku. W transportach FTL czas tranzytu jest podobny, ale warto założyć co najmniej dzień rezerwy. Z kolei w przypadku transportów drobnicowych do Wielkiej Brytanii doliczamy co najmniej dwa dni robocze. Z powodu konsolidacji towarów na jednym aucie od wielu dostawców, musimy mieć pewność, że wszystkie deklaracje po stronie brytyjskiej zostały złożone i pojazd nie zostanie zatrzymany w porcie” – mówi Robert Gwizdek z GEFCO Polska.

Eksport z Unii Europejskiej wydaje się łatwiejszy do kontroli. Dzięki deklaracjom pre lodge towar jest odprawiony przed wjazdem do Wielkiej Brytanii. Z kolei w przypadku eksportu do UE, nadawca musi wystawić deklarację eksportową i otworzyć dokument tranzytowy T. W Wielkiej Brytanii działa mało punktów dokonujących walidacji dokumentu T, stąd trzeba liczyć się z opóźnieniami. Rezerwy czasowe w transportach wynoszą od jednego do dwóch dni przy FTL i trzech do czterech dni przy drobnicy.

Metody optymalizacji przepływu towarów UE-UK

Robert Gwizdek podkreśla, że GEFCO w ramach eksportu do UK zdecydowało się wdrożyć system dodatkowej awizacji. Następnie firma wykorzystuje narzędzie, które konsoliduje informacje i jest współdzielone przez zespoły GEFCO w Belgii i Wielkiej Brytanii. „Załadunek i transport z ostatniego HUBu na terytorium Unii Europejskiej rozpoczynamy dopiero wtedy, gdy zespół z Wielkiej Brytanii przekaże dyspozycję w systemie. W ten sposób w GEFCO ograniczamy ryzyko przewozu niepowołanych przesyłek, które mogą wstrzymać cały ładunek, w tym również wiele towarów innych klientów” – wyjaśnia.

Z polskiego punktu widzenia, po brexicie wysyłający towary musi związać się z agencją celną, ponieważ dotychczasowe dostawy wewnątrzwspólnotowe są traktowane jako eksport. Po drugie musi przejrzeć warunki Incoterms z kontrahentami w Wielkiej Brytanii, a przy eksporcie dochodzi kwestia DDP i EXW, co wpływa na obowiązki odpraw. Eksporter musi również posiadać numer identyfikacyjny w systemie celnym krajów UE (EORI number) oraz zwrócić dużą uwagę na przejrzystość faktury na potrzeby celne.

Skutki Brexitu dla branży TSL

Specjalista GEFCO nie ma wątpliwości, że po dwóch miesiącach trudno ocenić wszystkie skutki brexitu jakie dotkną polskie firmy z branży TSL. Wzrosła ilość pracy administracyjnej, a pojazdy powyżej 7,5t muszą przejść rejestrację (KAP) jeszcze przed przybyciem do portu Dover, w przeciwnym razie nie przekroczą granicy Wielkiej Brytanii. Dodatkowo przewoźnicy mogą podjeżdżać tylko w wyznaczone miejsca w Wielkiej Brytanii w celu walidacji dokumentu tranzytowego „T”, co wydłuża czas pracy kierowcy oraz zwiększa eksploatację pojazdu.

Brexit wymaga od przewoźników i importerów stałego śledzenia przepisów. Zgodnie z ostatnimi decyzjami strony brytyjskiej, do końca 2021 przedłużono możliwość zgłaszania importu w UK w procedurze EIDR, która umożliwia złożenie pełnej deklaracji importowej w ciągu 6 miesięcy od przekroczenia granicy UE/UK. Z kolei od 2022 roku, czyli później od pierwotnych zapowiedzi, przy eksporcie z UE do UK będzie wymagane świadectwo fitosanitarne dla roślin i produktów pochodzenia roślinnego oraz zaawizowanie ich importu po stronie UK. Również od 1 stycznia 2022 roku w UK pojawi się obowiązek składania deklaracji bezpieczeństwa (ENS) przy imporcie towarów z Unii Europejskiej.

„Nowe formalności wydłużyły czas tranzytu, ograniczyły liczbę kursów międzynarodowych w ciągu miesiąca i zwiększyły koszty. Najbliższe miesiące pokażą, czy będziemy mieli do czynienia z rynkiem przewoźnika czy klienta. Wzrost stawek dla wielu klientów okaże się ciężki do zaakceptowania z punktu widzenia rentowności ich biznesu. Jeżeli transporty towarów staną się mało opłacalne, część firm rozważy zmianę rynku i swoją uwagę skoncentruje na rynkach państw Unii Europejskiej” – dodaje ekspert GEFCO Polska.

Jakie pespektywy dla branży TSL po brexicie?

Przyszłość według specjalisty GEFCO jest trudna do przewidzenia, ale na pewno przyniesie wzrost stawek eksportowych i importowych. Po brexicie przewoźnicy ponoszą większe koszty spowodowane koniecznością angażowania dodatkowych podjazdów i kompletowaniem dokumentów, co pochłania więcej czasu, niż wcześniej. Chcąc uniknąć ryzyka błędów formalnych, mogą decydować się na mniejszą konsolidację ładunków na jednym aucie. Być może nadawcy zwiększą wielkość pojedynczej dostawy, ponieważ formalności są takie same.

Bez względu na to, czy transport obejmuje jedną paletę czy całe auto, koszt odprawy i czynności celnych często jest taki sam. Rosną koszty transportu, a to może zachęcić odbiorców do szukania alternatywnych dostawców poza Wielką Brytanią. Warto również pamiętać o wpływie brexitu na handel z Irlandią. Ekspert GEFCO uważa, że w przyszłości możemy być świadkiem rozwoju połączeń promowych między Francją a Irlandią. W tym przypadku czas dostawy jest dłuższy o dobę, ale można ominąć procedury celne.

W 2021 roku leasing aut osobowych wzrośnie o 17 proc., ciężarówek o 17 proc., a maszyn o 12 proc. r/r

2021 rok będzie okresem szybkiej odbudowy branży leasingowej w Polsce. Główny ekonomista EFL Marcin Nieplowicz prognozuje wzrost na poziomie ok. 15 proc. rok do roku oparty na trzech filarach: samochodach osobowych, pojazdach ciężkich oraz maszynach. W pandemicznym 2020 roku rynek leasingu w Polsce zrealizował wariant łagodnego wyhamowania rozwoju i pokazał wysoką odporność na społeczno-gospodarcze zawirowania. Ubiegłoroczny spadek finansowania na poziomie 10 proc. jest trzy razy niższy niż w 2009 roku, kiedy Wielki Kryzys Finansowy doprowadził do skurczenia się branży o ponad 30 proc.

– W miarę jak będą postępować szczepienia, rząd będzie stopniowo znosić kolejne obostrzenia administracyjne. Przełoży się to na wyraźny wzrost aktywności gospodarczej, szczególnie w II połowie tego roku. W I kwartale 2021 dynamika PKB będzie jeszcze nieznacznie ujemna, ale od II kwartału powinniśmy już obserwować wyraźne ożywienie. Szacujemy, że wzrost gospodarczy w całym 2021 roku wyniesie ok. 4,2 proc., co pozwoli rynkowi leasingu urosnąć o ok. 15 proc. r/r – prognozuje ekonomista EFL.

Leasing odporny na koronawirusa

Po niemal 6 proc. spadku r/r odnotowanym w 2019 roku, ubiegły rok branża leasingowa w Polsce zakończyła na 10 proc. minusie – wynika z najnowszych danych Związku Polskiego Leasingu. – To była przede wszystkim pochodna pierwszej od 28 lat recesji gospodarczej w Polsce oraz bardzo negatywnego przełożenia pandemii Covid-19 i restrykcji administracyjnych na decyzje inwestycyjne polskich przedsiębiorców. Zamknięcie gospodarki w II kwartale 2020 spowodowało spadek rynku leasingu aż o 34 proc. r/r. Tu jednak z pomocą ruszył rząd – mówi Marcin Nieplowicz, główny ekonomista EFL.

Szczególnie ważna była Tarcza Finansowa 1.0, dzięki której mikro, małe i średnie firmy otrzymały subwencje w kwocie 61 mld zł. To miało bezpośrednie przełożenie na rynek leasingu. Przedsiębiorcy wrócili do wstrzymywanych inwestycji, w rezultacie czego rynek leasingu już w III kwartale ubiegłego roku wzrósł o 3,7 proc. r/r. Druga fala pandemii oraz powrót do restrykcji administracyjnych nie zahamowały rozwoju rynku leasingu w ostatnim kwartale 2020, czego wyrazem była 4,8 proc. dynamika r/r. (dane ZPL). – Świadczy to o relatywnie dużej odporności polskiego rynku leasingu na trudne otoczenie ekonomiczne i jest bardzo dobrym prognostykiem na ten rok. Pamiętajmy, że ubiegłoroczne wyniki branży są nieporównywalnie lepsze niż te odnotowane w 2009 roku, kiedy Wielki Kryzys Finansowy doprowadził do spadku całego rynku leasingu o ponad 30 procent – podkreśla ekonomista EFL.

Trzy filary

Dynamika w 2021 roku będzie oparta na trzech filarach. Pierwszym z nich są pojazdy lekkie. Wraz z przewidywanym stopniowym polepszaniem sytuacji epidemicznej od II kwartału 2021, powinniśmy obserwować wyraźną poprawę nastrojów konsumenckich. Według EFL konsumpcja prywatna wzrośnie w tym roku o ok. 5 proc. r/r, co przełoży się na ok. 17 proc. wzrost finansowania pojazdów lekkich przez firmy leasingowe.

Drugim motorem będzie finansowanie pojazdów ciężkich. Sektor ten ucierpiał najbardziej w 2020 roku. Największa po II wojnie światowej recesja w strefie euro przełożyła się na załamanie wymiany handlowej, głęboki spadek przewozów, a w konsekwencji na bardzo istotne ograniczenie inwestycji przez firmy transportu drogowego. Wartość sfinansowanych pojazdów ciężkich przez firmy leasingowej obniżyła się w ubiegłym roku aż o 27 proc. r/r. EFL oczekuje, że w bieżącym roku sytuacja poprawi się i dynamika leasingu pojazdów ciężkich wyniesie ok. 17 proc. r/r. Kluczowe będzie wyraźne ożywienie strefy euro.

Trzecim ważnym obszarem rozwoju firm leasingowych będzie finansowanie maszyn, gdzie EFL prognozuje dynamikę na poziomie ok. 12 procent r/r. Finansowanie maszyn w leasingu jest mocno skorelowane z wynikami sektora przemysłowego. Utrzymanie ekspansji polskich firm w eksporcie, jak i wyraźne odbicie popytu konsumpcyjnego od II kwartału 2021, będą czynnikami, które pozwolą zwiększyć w tym roku produkcję przemysłową o ok. 8-10 proc. r/r. Należy jednak pamiętać, że w polskich firmach wciąż utrzymuje się dosyć niskie wykorzystanie parków maszynowych, co będzie ograniczało inwestycje w maszyny w perspektywie kilku najbliższych miesięcy. Na wyraźnym plusie powinny być w tym roku przede wszystkim maszyny finansowane pożyczką. To dlatego, że najbliższe trzy lata będą stały pod znakiem intensywnego wykorzystania funduszy unijnych dla rozwoju rolnictwa, co istotnie zwiększy wolumen maszyn rolniczych sfinansowanych pożyczką inwestycyjną przez firmy leasingowe.

Jeżeli interesuje Cię leasing na nową firmę lub już od jakiegoś czasu prowadzisz działalność, kliknij w link, a dowiesz się więcej.