Polski e-handel może wzrosnąć w tym roku nawet o 25 proc. Wejście nowych graczy na rynek może rozpocząć wyścig zbrojeń w zakresie IT

Wartość polskiego e-commerce sięga 100 mld zł, co odpowiada za ok. 10 proc. handlu detalicznego. Pandemia okazała się znaczącym katalizatorem wzrostu. Od marca do końca 2020 roku powstało ok. 11 tys. nowych e-sklepów. W zależności od rozwoju pandemii w Polsce w tym roku wzrost handlu internetowego może wynieść od 10 proc., przy pełnej dostępności galerii handlowych, do nawet 25 proc., jeśli spotka nas kolejny lockdown – szacują eksperci Unity Group. Duże znaczenie dla rynku będzie mieć wejście Amazona oraz możliwa ekspansja chińskich platform. To powinno przyspieszyć rozwój nowych narzędzi cyfrowych w sprzedaży, m.in. rozwiązań mobilnych.

– Obroty detaliczne w handlu internetowym w 2020 roku wyniosły około 100 mld zł i przekroczyły 10 proc. obrotów ogółem w handlu detalicznym. W 2021 roku spodziewamy się dalszego wzrostu tego udziału – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Rudno-Rudziński, partner zarządzający w Unity Group.

Wartość polskiego rynku e-commerce wzrosła w 2020 roku znacznie szybciej, niż prognozowano. Izba Gospodarki Elektronicznej podaje, że od marca do końca ub.r. powstało ok. 11 tys. nowych e-sklepów. Z raportu e-Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie 2020″ wynika, że o 15 pkt proc.  wzrósł odsetek kupujących w sieci. Obecnie już 72 proc. polskich internautów to e-klienci. Z danych NBP wynika zaś, że w ciągu trzech kwartałów 2020 roku przeprowadzono w internecie 104,7 mln transakcji, a wartość transakcji z użyciem kart płatniczych sięgnęła 13,9 mld zł (wzrost o 3,7 mld r/r). Także ten rok zapowiada się rekordowo, dużo jednak zależy od sytuacji pandemicznej.

 Są dwa skrajne scenariusze. Jeśli bardzo szybko wrócimy do normalności przedcovidowej, m.in. jeśli na stałe otworzą się galerie, wtedy należy spodziewać się wzrostu e-commerce rok do roku rzędu 10 proc. Natomiast jeśli obostrzenia pozostaną na obecnym poziomie lub zostaną pogłębione, co rynek potraktuje jako stan docelowy, wtedy należałoby spodziewać się wzrostów bardziej rzędu 20–25 proc. – ocenia Grzegorz Rudno-Rudziński.

Raport e-Izby pokazuje także, że pandemia zmieniła zwyczaje zakupowe konsumentów. Wzrosła wartość internetowych koszyków zakupowych. Co czwarty internauta kupuje w sieci więcej niż pięć razy w miesiącu, a co trzeci – między dwa a pięć razy. Wzrosła skłonność do robienia w sieci dużych zakupów. Nawet 78 proc. kupujących w sieci konsumentów deklaruje, że wartość ich koszyka zakupowego jest taka sama lub wyższa niż offline. Najczęściej kupujemy w internecie produkty modowe, elektronikę i produkty urodowe, zyskały też produkty spożywcze.

 Game changerem na rynku będzie nasza gotowość jako klientów do kupowania nowych towarów – zaznacza partner zarządzający w Unity Group. – Wchodzenie nowych technologii, które pozwalają nam na wirtualne przymierzanie, czy systemów rekomendacyjnych powoduje, że ta granica się przesuwa i coraz częściej sprzedają się rzeczy, które dawniej były uznawane za niestandardowe dla kanałów elektronicznych. Przykładowo na rynku chińskim już nawet domy sprzedaje się online.

Duży wpływ na polski rynek e-commerce może mieć wejście Amazona, który w ubiegłym tygodniu zaprezentował stronę w polskiej wersji językowej. Eksperci oceniają, że ten krok może ożywić krajowy rynek z korzyścią dla odbiorców, ale również dla sprzedawców. Tym bardziej że krok amerykańskiego giganta może też zachęcić do ekspansji w Polsce również innych graczy, np. z Azji.

– Dużo się mówi o tym, że Chiny razem ze swoją gospodarką mają bardzo aktywne plany dotyczące całości świata i przeszły z fazy przyjacielskiego rozwoju do form bardziej agresywnych – ocenia Grzegorz Rudno-Rudziński. – Zobaczymy, jak zareagują obecni na rynku gracze. Mogą przyjąć bardzo różne strategie, albo typowo obronne, obrony marży, skupienia się na rozwoju tam, gdzie mają już klientów i odbudowaniu zysku utraconego przez COVID, albo podejmą rękawicę i przeciwstawią się strategii, której możemy spodziewać się od Amazona, czyli typowego blitzscalingu, czyli skalowania organizacji bez patrzenia na rentowność.

Nowe marketplace’y mogą także przyspieszyć wyścig zbrojeń w zakresie rozwiązań IT. W ubiegłym roku w tym zakresie widoczne były na rynku duże zmiany. Wśród podmiotów działających w segmencie B2B jako główne powody wprowadzania nowych rozwiązań najwięcej firm wymieniało podniesienie efektywności działania firmy (51 proc.) oraz zmiany zachowań konsumentów na rynku (48 proc.). Z kolei na pandemię wskazało 26 proc. badanych (raport Unity Group „Polski rynek B2B vs. Cyfrowy Megatrend. Sytuacja branży post COVID-19”).

– W 2020 roku wiele firm przeszło do internetu, co było dla nich nowością, ale też odbiło się na marżowości obrotu. To element, który na pewno wywoła dalszy efekt zbrojeń w zakresie IT. Lepsze rozwiązania mobilne wpłyną na obniżenie kosztu pozyskania klienta i rentowność na koszyku. Na pewno obszary data science czy business intelligence mogą nam pomóc w zwiększaniu marżowości czy wartości koszyka, ale też zadowolenia klientów, o których walka w sieci będzie teraz coraz bardziej zacięta – wymienia partner zarządzający w Unity Group.

W tym roku firmy postawią także na dostosowanie rozwiązań do najbardziej aktywnych w e-sklepach pokoleń, czyli Igreków i Zetek. To właśnie preferencje młodych klientów wpłyną na sposób sprzedaży, m.in. na rozwój rozwiązań mobilnych..

– Z drugiej strony sprzedawcy bardzo dużą pracę wykonują po stronie tego, czego jako klienci nie widzimy, czyli przebudowując centra logistyczne, integrując wszystkie kanały sprzedażowe i pozostałe systemy tak, aby czas dostawy i jakość była dla nas coraz wyższa – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński.

Polacy coraz chętniej uczestniczą w zrzutkach internetowych. Rynek finansowania społecznościowego w tym roku podwoi swoją wartość do 2 mld zł

– Polacy najchętniej angażują się w zbiórki, które mocno wpływają na ich emocje, stąd ogromną popularnością cieszą się projekty charytatywne. W tym roku ten segment rynku urośnie do wartości 1,572 mld zł – prognozuje Tomasz Chołast, członek zarządu Zrzutka.pl. W czasie pandemii spore zainteresowanie budziły akcje organizowane na rzecz medyków, osób starszych i przedsiębiorców, np. restauratorów, którzy są na skraju bankructwa. Według prognoz Zrzutka.pl cały rynek finansowania społecznościowego wzrośnie w tym roku do ponad 2 mld zł. Serwis uruchomi pierwszą na świecie kartę wpłatniczą do takich zrzutek.

Finansowanie społecznościowe bardzo się popularyzuje na całym świecie, również w Polsce. Ludzie przyzwyczaili się do tej formy wsparcia, a płatności online stają się coraz bardziej popularne. Poza tym z powodu pandemii dużo czasu spędzamy w domach i mieliśmy okazję poznać różne formy wsparcia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Chołast.

Polacy coraz chętniej organizują i finansują zbiórki w sieci na każdy cel, od charytatywnych, poprzez biznesowe, naukowe, społeczne, a skończywszy na indywidualnych, np. na realizację wyjątkowego hobby. Według szacunków serwisu Zrzutka.pl w ubiegłym roku wartość rynku crowdfundingu przekroczyła 1 mld zł. W tym roku ta kwota może się podwoić. Stuprocentowy wzrost odnotują dwa subrynki: zbiórki charytatywne, które w tym roku urosną do wartości 1,572 mld zł, oraz rynek cyklicznych zbiórek, choć jego wartość jest dużo niższa i wyniesie 50 mln zł. Z kolei rynek finansowania społecznościowego udziałowego wzrośnie o 50 proc., do blisko 138 mln zł.

W Polsce najbardziej popularną i najszybciej rosnącą kategorią jest forma finansowania społecznościowego oparta na darowiznach, kiedy wpłacający otrzymują zwrotnie pewną nagrodę. I to jest wyjątkowe w skali świata. Dynamicznie rośnie również rynek equity crowdfunding, gdzie projekt wspiera się w zamian za udziały – wyjaśnia członek zarządu Zrzutka.pl.

Serwis Zrzutka.pl. zakończył ubiegły rok z bardzo dobrym wynikiem. Liczba wpłat na platformie wzrosła o 89 proc. w porównaniu z 2019 rokiem i wyniosła prawie 2,7 mln. Wartość transakcji była na poziomie 192 mln zł, przy dynamice 102 proc. w stosunku do 2019 roku. Średnio wpłata dokonana w serwisie wynosiła niecałe 70 zł, ale w ekstremalnych przypadkach sięgały nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

– Pozytywny wpływ na aktywność Polaków na portalach crowdfundingowych miała pandemia koronawirusa. Podczas pierwszego lockdownu Polacy bardzo mocno zaangażowali się w pomoc medykom i seniorom, a podczas drugiej kwarantanny powstało wiele projektów wspierających osoby w potrzebie, np. przedsiębiorców – dodaje Tomasz Chołast.

Jak podkreśla, nowością na rynku finansowania społecznościowego jest powstawanie platform dedykowanych konkretnym branżom, np. wrocławska platforma, która debiutowała w styczniu, osiągnęła wynik wsparcia dla jednej gry planszowej na poziomie 5 mln dol. i od początku była dostępna globalnie.

– Spodziewamy się, że platform dedykowanych konkretnym dziedzinom lub branżom będzie coraz więcej. Poza tym coraz bardziej popularne stają się formy zrzutek cyklicznych, czyli takich, w których np. radia, muzycy lub twórcy wspierani są stałą opłatą. Dlatego stworzyliśmy nowy produkt wykorzystywany w sytuacjach, kiedy darczyńcy nie dysponują gotówką. Wprowadzamy na rynek kartę wpłatniczą, poprzez którą będzie można przyjmować wpłaty bez posiadania terminala płatniczego – zapowiada członek zarządu Zrzutka.pl.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy nastąpi komercyjny debiut tej globalnej innowacji, czyli pierwszej na świecie karty wpłatniczej. Pod koniec 2020 roku wystartowały internetowe skarbonki, które z dużym sukcesem były wykorzystywane podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

W 2021 roku uruchomimy także wersję międzynarodową naszej platformy. Jej start został przesunięty na ten rok, gdyż sprawy prawno-licencyjne wydłużyły się i przekroczyły zakładane przez nas terminy. Zakładamy, że wartość transakcji na Zrzutka.pl w tym roku wzrośnie o 108 proc i przekroczy kwotę 400 mln zł, a liczba transakcji wyniesie 5 mln, przy dynamice na poziomie 85 proc. – podsumowuje Tomasz Chołast.

Polska europejskim liderem w leczeniu rdzeniowego zaniku mięśni. Ruszające wiosną badania przesiewowe noworodków są kolejnym przełomem w walce z tą chorobą

– Wdrażamy badania przesiewowe w kierunku SMA. Liczymy na to, że tylko w tym roku uda się nam przebadać 140 tys. dzieci, ale to jest pierwszy krok – mówi Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia. Badania noworodków w kierunku SMA ruszą wiosną na Mazowszu, a do końca przyszłego roku mają objąć wszystkie województwa. Polska jest trzecim krajem w Europie z tak szerokim programem przesiewowym. Przesiew jest kolejnym – po udostępnieniu leczenia w ramach programu lekowego – przełomem w walce z tą ciężką chorobą genetyczną. Od momentu jego wdrożenia noworodki błyskawicznie otrzymają nusinersen, zanim jeszcze wystąpią objawy. Badania kliniczne NURTURE z tym lekiem wykazują, że podany przedobjawowo pozwala dzieciom z SMA na rozwój podobny do ich zdrowych rówieśników.

 Decyzja o włączeniu badań przesiewowych pod kątem SMA do grona już 29 dotychczas obowiązujących badań przesiewowych w zakresie chorób występujących u dzieci to jest kwestia przynajmniej ostatniego roku, jeżeli nie dłużej. Jako jedni z pierwszych w Europie wprowadziliśmy terapię lekiem Spinraza, który niweluje możliwe następstwa rozwoju choroby i powstrzymuje jej bieg. To był pierwszy krok. Drugim krokiem było właśnie badanie przesiewowe pod kątem SMA, które można leczyć pod warunkiem wczesnego zdiagnozowania. Przed wystąpieniem pierwszych objawów mamy dużo większe szanse na wyleczenie. Dlatego tak ważna jest konsekwencja w walce z tą chorobą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Rdzeniowy zanik mięśni to ciężka i rzadka choroba o podłożu genetycznym, która m.in. uniemożliwia samodzielne poruszanie się i powoduje osłabienie mięśni odpowiadających za oddychanie czy przełykanie, prowadząc do ciężkiej niepełnosprawności i przedwczesnej śmierci. W Polsce jest łącznie około tysiąca pacjentów z SMA w różnym wieku. W ponad 90 proc. przypadków objawy tej choroby pojawiają się już w okresie niemowlęcym. Każdego roku w Polsce rodzi się ok. 40–50 dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni, w tym ok. 30–40 z najcięższą postacią.

– Mamy już potwierdzoną informację z Ministerstwa Zdrowia, że program badań przesiewowych zostanie sfinansowany – mówi Dorota Raczek, prezes Fundacji SMA. – Dzięki temu będziemy ratować rocznie ok. 50 niemowląt, które urodzą się z rdzeniowym zanikiem mięśni. Leczenie tej choroby przedobjawowo, czyli jeszcze zanim niemowlęta wykażą jakiekolwiek objawy SMA, jest najbardziej skuteczne, więc stwarza dużą szansę, że te dzieci będą rozwijać się prawidłowo.

Nieleczony rdzeniowy zanik mięśni jest najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia. Jednak dzieci, u których został wcześnie zdiagnozowany, mogą zostać szybko włączone do leczenia i rozwijać się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy.

– W tej chwili badania genetyczne są podstawową metodą diagnostyki rdzeniowego zaniku mięśni. Są absolutnie kluczowe dla postawienia diagnozy. Takie badanie wykonuje się z DNA wyizolowanego z krwi obwodowej, czyli od dziecka pobiera się krew, z której następnie izoluje się materiał do badań genetycznych i poddaje go dalszym procedurom. Dzięki temu tuż po urodzeniu wiemy, czy dana osoba może rozwinąć objawy rdzeniowego zaniku mięśni, czy nie – wyjaśnia dr n. med. Maria Jędrzejowska z Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej im. M. Mossakowskiego PAN. – Liczymy na to, że badania przesiewowe ruszą już wiosną, być może od marca, kwietnia.

Jak informuje rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia, najprawdopodobniej już w tym roku w kierunku SMA zostanie przebadanych około 140 tys. noworodków.

 To tak naprawdę pierwszy krok, bo w przyszłym roku liczymy już na przebadanie ok. 200 tys. dzieci – mówi Wojciech Andrusiewicz. – W najbliższych dniach podpisujemy umowę z Instytutem Matki i Dziecka w Warszawie, pod którego kierunkiem będą w Polsce prowadzone badania przesiewowe w kierunku SMA. Z racji tego, że ta placówka zlokalizowana jest na Mazowszu, zaczynamy właśnie od tego województwa. Potem chcemy przynajmniej co jeden–dwa miesiące włączać kolejne, tak aby docelowo badaniami przesiewowymi objąć już cały kraj.

Co istotne, jeszcze kilka lat temu nie istniała żadna metoda przyczynowego leczenia SMA. Po postawieniu diagnozy lekarze mogli zalecać chorym wyłącznie leczenie objawowe i rehabilitację. Zmieniło się to pięć lat temu wraz z pojawieniem się nusinersenu – pierwszej skutecznej terapii w leczeniu rdzeniowego zaniku mięśni. W 2019 roku została ona objęta refundacją również w Polsce w ramach programu lekowego. Resort zdrowia zdecydował, że leczeniem zostaną objęci wszyscy chorzy bez względu na wiek czy stopień zaawansowania choroby. Tempo wdrażania tej terapii jest tak szybkie, że Polska staje się europejskim liderem w leczeniu SMA – jest jedynym krajem, który włączył do leczenia nusinersenem tak dużą liczbę chorych w tak krótkim czasie. Obecnie trwają prace nad opracowywaniem danych płynących z rzeczywistych doświadczeń klinicznych (RWE) polskich ekspertów po dwuletnim okresie leczenia chorych.

Pierwsze wyniki analiz statystycznych wskazują, że w programie mamy nie tylko zahamowanie postępu choroby, czyli spełnienie tego kryterium minimum, ale również poprawę. Średnio ta poprawa wynosi około 4 punktów dla dzieci ocenianych w skali dostosowanej dla niemowląt i młodszych dzieci. Te 4 punkty są przy pierwszej ocenie skuteczności, a każda kolejna ocena przynosi większą poprawę. Pacjenci mogą więc mieć nadzieję na coraz większą poprawę w miarę postępu leczenia – mówi prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak, kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

– Najnowsze wyniki badania NURTURE potwierdzają wcześniejsze obserwacje, z których wynika, że terapię lekiem nusinersen należy rozpoczynać, zanim u pacjentów pojawią się pierwsze objawy choroby. Dzięki temu dzieci otrzymują szansę na rozwinięcie zdrowego fenotypu. Na zależność tę wskazuje biorąca udział w badaniu grupa 25 dzieci, które zostały zdiagnozowane i poddane leczeniu w pierwszych sześciu tygodniach życia, zanim wystąpiły u nich objawy. Po trwającej pięć lat nieprzerwanej terapii 100 proc. z nich pozostaje przy życiu. Leczone dzieci czują się bardzo dobrze, wszystkie oddychają samodzielnie i siedzą bez pomocy, a 88 proc. z nich także samodzielnie chodzi – wyjaśnia cytowana w komunikacie prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologii Dziecięcej, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

W tej chwili program lekowy „Leczenie rdzeniowego zaniku mięśni” jest realizowany w 29 ośrodkach w Polsce (w 13 dedykowanych osobom dorosłych i 16 pediatrycznych). W ramach programu leczonych jest w tej chwili 687 pacjentów, a kolejnych 58 jest do niego zakwalifikowanych. Oznacza to, że w Polsce leczeniem objętych jest ponad 70 proc. wszystkich chorych na SMA.

 Nie oznacza to jednak, że pozostałych 300 pacjentów nie otrzymuje żadnego leczenia. Mamy również w Polsce grupę pacjentów objętych badaniami klinicznymi innych, nowych leków, w związku z czym znakomita większość pacjentów w Polsce jest w tej chwili objęta dostępem do terapii – mówi prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak.

Fundacja SMA wskazuje, że nusinersen zapoczątkował przełom w leczeniu pacjentów cierpiących na tę chorobę. Kolejnym przełomom jest wprowadzenie badań przesiewowych, które stanowią uzupełnienie właściwej ścieżki leczenia dającej szanse na pokonanie SMA.

Kryzys zaczął wpływać na ceny nieruchomości. Wciąż jednak wiele przemawia za coraz wyższymi stawkami

Według danych Narodowego Banku Polskiego w IV kwartale ub.r. średnie ceny 1 mkw. mieszkania w siedmiu największych miastach zmniejszyły się o 0,81 proc., do 8325 zł, a na pięciu z tych rynków były niższe niż w poprzednim kwartale. Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się w I kwartale 2017 roku. I choć rynkowi komentatorzy poczuli się zaskoczeni, zdaniem ekonomisty Ignacego Morawskiego jest za wcześnie na ogłaszanie rynku kupującego. Większość oczekuje jednak dalszego wzrostu cen, ale na rynku pojawia się szereg zagrożeń z tym związanych.

IV kwartał roku 2020 to był okres bardzo intensywnych restrykcji przeciwepidemicznych, kiedy generalnie liczba transakcji mogła być mniejsza, więc ja bym nie wysuwał daleko idących wniosków – mówi agencji Newseria Biznes Ignacy Morawski, dyrektor SpotData, główny ekonomista „Pulsu Biznesu”. – Natomiast rzeczywiście fakt, że ceny lekko się obniżyły, jest intrygujący. Kiedy wybuchła epidemia, to powszechne prognozy mówiły o spadkach bądź stabilizacji ceny nieruchomości po wielu latach wzrostu. Tymczasem one przez wiosnę, lato i jesień rosły i to była pewna niespodzianka. Ale w końcu późną jesienią i zimą ceny lekko się obniżyły. Wydaje mi się więc, że była to opóźniona reakcja na kryzys gospodarczy.

Jeśli się uważnie przyjrzeć zmianom cen, to na ich spadek miała wpływ Warszawa, gdzie są one najwyższe, a w IV kwartale zmniejszyły się o 2,2 proc. Dla pozostałych sześciu miast z tej grupy – Gdańska, Gdyni, Krakowa, Wrocławia, Łodzi i Poznania – średnia wzrosła, co prawda niewiele, bo o 19 zł. W tej grupie za wzrost odpowiada głównie stolica Dolnego Śląska, w której nastąpiła wyjątkowo wysoka zwyżka – o 9,2 proc. W Krakowie ceny podniosły się o 18 złotych, czyli 0,22 proc., w Gdańsku spadły, ale ruch był jeszcze mniejszy i wyniósł zaledwie -0,09 proc., w Poznaniu spadły o 0,9 proc., w Gdyni o 1,1 proc., a w Łodzi o 1,6 proc. Zmiany były więc w większości niewielkie i trudno ocenić, w którą stronę podążą w kolejnych miesiącach. Ponadto w 10 kolejnych miastach, tylko nieco mniejszych (Białystok, Bydgoszcz, Katowice, Kielce, Lublin, Olsztyn, Opole, Rzeszów, Szczecin i Zielona Góra), ceny wzrastały.

 Ceny mieszkań jest niezmiernie trudno przewidywać. Generalne oczekiwanie na rynku jest takie, że będą rosły dalej. Po pierwsze z tego względu, że mamy szybki wzrost gospodarczy i relatywnie wysoki wzrost płac. Po drugie ze względu na fakt, że mamy bardzo niskie stopy procentowe, szczególnie realne, i wiele osób kupuje mieszkania jako formę lokaty kapitału – tłumaczy Ignacy Morawski. – Jednocześnie w ostatnim czasie zaczęto coraz więcej mówić o podwyżkach stóp procentowych. Wątpię, czy do nich dojdzie już w przyszłym roku, ale może to nastąpić szybciej, niż wydawało się jeszcze kilka miesięcy temu. Co więcej, epidemia trwa dłużej, niż się spodziewaliśmy, i to też w jakiś sposób może ograniczać sentyment na rynku nieruchomości.

W sumie ekspert zauważa jednak przewagę czynników wzrostowych. W ujęciu rocznym ceny transakcyjne mieszkań na rynkach wtórnych wzrosły we wszystkich miastach, przy czym w Warszawie o 2,7 proc., w pozostałych sześciu największych miastach – o 5,4 proc., a w 10 kolejnych poszły w górę aż o 10,1 proc. Z kolei indeks hedoniczny cen (uwzględniający różnice w parametrach mieszkań, takich jak ich wielkość, liczba pokoi, otwarta lub wydzielona kuchnia, stan, okolica, balkon, położenie według stron świata itp.) wskazuje na spadek cen rok do roku tylko w Opolu, zaś na najmocniejszy wzrost w Poznaniu, Katowicach i Lublinie.

Ceny ofertowe i transakcyjne zawsze się różnią, dlatego że inne jest oczekiwanie sprzedającego, a inne kupującego. Jeżeli cena transakcyjna jest dużo niższa od ceny ofertowej, to znaczy, że rynek zaczyna się odwracać na niekorzyść sprzedających. Ale na razie z danych za jeden kwartał nie wysnuwałbym takich wniosków – ocenia dyrektor SpotData.

Jak podkreśla, zagrożeniem dla rynku może być sytuacja, kiedy popyt na nieruchomości rośnie tylko dlatego, że wszyscy oczekują dalszych podwyżek cen.

Niebezpiecznie robi się wtedy, kiedy ceny rosną nie dlatego, że klienci są w lepszej sytuacji finansowej i mogą sobie pozwolić na kupno droższego mieszkania, ale kiedy klienci kupują mieszkania tylko dlatego, że one mają być jeszcze droższe. Rok temu były głosy, że pojawia się takie ryzyko. Wydaje mi się, że teraz, po lekkiej stabilizacji cen w IV kwartale, takich głosów jest mniej. Ale jeżeli stopy procentowe będą bardzo niskie przez bardzo długi czas, to taka sytuacja może powrócić – mówi ekonomista. – To jest coś, co instytucje publiczne takie jak Narodowy Bank Polski, Ministerstwo Finansów, Komisja Nadzoru Finansowego powinny stale monitorować i monitorują.

Gigantyczny Teleskop Magellana otworzy nową erę kosmicznych odkryć. Tworzone właśnie do niego lustra to cud współczesnej nauki [DEPESZA]

Gigantyczny Teleskop Magellana wykona dziesięciokrotnie wyraźniejsze fotografie Wszechświata niż Kosmiczny Teleskop Hubblea. Zintegruje siedem zwierciadeł głównych o szerokości 8,4 m w pojedynczą powierzchnię zbierającą światło o średnicy 24,5 m – trzykrotnie szerszej niż jakikolwiek obecnie działający teleskop optyczny. Obecnie na Uniwersytecie Arizony produkowane jest już szóste lustro. GMT zrewolucjonizuje nasze obecne rozumienie Wszechświata. – Teleskop zajrzy dalej w głąb Wszechświata i uchwyci więcej szczegółów niż jakikolwiek wcześniejszy teleskop optyczny – podkreśla Daniel Stolte z Uniwersytetu Arizony.

Naziemny Gigantyczny Teleskop Magellana (GMT) zapewni dziesięciokrotnie wyraźniejsze zdjęcia Wszechświata niż słynny Kosmiczny Teleskop Hubble’a. GMT będzie również wykorzystywać siedem największych obecnie segmentów luster.

– Najważniejszą częścią teleskopu jest jego zwierciadło zbierające światło – wskazuje James Fanson, kierownik projektu Gigantycznego Teleskopu Magellana. – Im większe lustro, tym głębiej możemy zajrzeć i tym więcej szczegółów Wszechświata możemy zaobserwować.

Światło z krawędzi Wszechświata najpierw odbije się od siedmiu zwierciadeł głównych, następnie ponownie od siedmiu mniejszych zwierciadeł wtórnych, a na koniec przejdzie przez środkowe zwierciadło główne do zaawansowanych kamer. Tam zmierzone zostanie światło, aby określić, jak daleko znajdują się obiekty i z czego są zrobione. Pierwsze lustro zostało ukończone w 2005 roku, obecnie trwają prace nad już szóstym segmentem. Budowa Gigantycznego Teleskopu Magellana postępuje, tym samym jesteśmy bliżej nowych odkryć w kosmosie. Siła widzenia teleskopu jest 10 razy większa niż słynnego Kosmicznego Teleskopu Hubble’a i cztery razy większa niż Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba.

– Unikatowa konstrukcja zwierciadła głównego Gigantycznego Teleskopu Magellana składa się z siedmiu największych zwierciadeł na świecie. Odlanie szóstego lustra to duży krok w kierunku ukończenia całej inwestycji. Po uruchomieniu Gigantyczny Teleskop Magellana będzie generował obrazy 10 razy wyraźniejsze niż Kosmiczny Teleskop Hubble’a. Odkrycia, których dokonają te lustra, zmienią nasze rozumienie Wszechświata – przekonuje James Fanson.

Lustra główne zbudowane przez laboratorium UA Mirror Lab są cudem nowoczesnej inżynierii i produkcji szkła. Każdy segment jest zakrzywiony do bardzo precyzyjnego kształtu i wypolerowany do długości fali światła – około jednej milionowej cala. Chociaż lustra GMT będą reprezentować znacznie większy układ niż jakikolwiek teleskop, całkowita waga szkła jest znacznie mniejsza, niż można by się spodziewać. Osiąga się to za pomocą formy o strukturze plastra miodu, w której gotowe szkło jest w większości wydrążone.

Siedem pojedynczych segmentów zwierciadeł, ułożonych w układ przypominający kwiatki, połączy się, tworząc powierzchnię zwierciadła głównego o średnicy 25 m. Ze względu na duży rozmiar i głęboką krzywiznę zwierciadła głównego wymagało to wprowadzenia innowacyjnych rozwiązań do polerowania i pomiaru powierzchni.

Odlewanie spinowe to pierwszy etap czteroletniego procesu tworzenia każdego lustra. Pozostałe etapy są przeprowadzane w innych częściach laboratorium lustrzanego, dzięki czemu można wyprodukować do czterech segmentów luster w tym samym czasie.

– Odlewanie spinowe jest niezaprzeczalnie najbardziej spektakularną częścią procesu produkcyjnego –  wskazuje Buddy Martin, naukowiec z laboratorium Richard F. Caris Mirror Lab na Uniwersytecie Arizony. – To proces polerowania i ciągłego mierzenia zamienia ten niesamowity kawałek szkła w lustro.

Lustro będzie polerowane przez dwa lata, zanim osiągnie optyczną dokładność powierzchni mniejszą niż jedna tysięczna szerokości ludzkiego włosa lub pięć razy mniejszą niż pojedyncza cząstka koronawirusa.

– Do czasu zakończenia polerowania uzyskamy dokładność lustra powyżej 25 nm. Tak gładka musi być powierzchnia, aby uzyskać możliwie najostrzejsze obrazy z teleskopu – podkreśla Buddy Martin.

Pod koniec lat 20. XXI wieku gigantyczne lustra zostaną przetransportowane na chilijską pustynię Atakama do Obserwatorium Las Campanas, znajdującego się ponad 2500 m nad poziomem morza. To jedno z najlepszych miejsc astronomicznych na planecie, z czystym niebem, niskim zanieczyszczeniem i stabilnym przepływem powietrza, dzięki czemu obrazy są wyjątkowo ostre. Dodatkowo położenie na południowej półkuli daje dostęp do centrum Drogi Mlecznej. Nowy teleskop zwiększy szanse na znalezienie śladów życia w kosmosie.

– Teleskop zajrzy dalej w głąb Wszechświata i uchwyci więcej szczegółów niż jakikolwiek wcześniejszy teleskop optyczny – podkreśla Daniel Stolte z zespołu komunikacji Uniwersytetu Arizony.

W ciągu najbliższych lat Polska będzie potrzebować 200 tys. specjalistów od sztucznej inteligencji. Mimo postępującej automatyzacji pracy na rynku nie zabraknie

Branża sztucznej inteligencji rośnie w szybkim tempie, a korzyści z automatyzacji wielu procesów i podnoszenia kompetencji cyfrowych będą odczuwalne dla całej gospodarki. – Zapotrzebowanie na specjalistów z branży SI w Polsce w ciągu pięciu lat szacuje się na ok. 200 tys. osób. A warto przypomnieć, że cały sektor ICT w Polsce zatrudnia 500 tys. osób – mówi Justyna Orłowska, dyrektor programu GovTech Polska. Rząd przyjął „Politykę rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce” i chce zwiększyć wartość polskich technologii oraz budować w Polsce świadome społeczeństwo, które skorzysta na rewolucji technologicznej.

– Wdrażanie sztucznej inteligencji przyniesie szereg korzyści. Oczywiście jest to też wyzwanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Justyna Orłowska, dyrektor programu GovTech Polska z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. – Prognozuje się, że do 2025 roku wartość branży sztucznej inteligencji na świecie wyniesie 200 mld dol., podczas gdy ledwie trzy lata temu było to 16 mld dol. Ten wzrost jest więc bardzo dynamiczny.

Sztuczna inteligencja jest obszarem, który dotyka niemal każdego elementu funkcjonowania państwa i gospodarki. Jak podaje KPRM w „Polityce rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce”, do 2030 roku SI pozwoli zautomatyzować ok. 49 proc. czasu pracy w Polsce, generując jednocześnie lepiej płatne miejsca pracy w kluczowych sektorach.

– Sztuczna inteligencja przyczyni się do tego, że połowa naszego czasu pracy zostanie zautomatyzowana, ale od razu uspokajam, że według Gartnera na 100 miejsc pracy, które zostaną zautomatyzowane, powstanie 130 nowych. Pracy więc nie zabraknie – przekonuje Justyna Orłowska. – W ciągu najbliższych pięciu lat zapotrzebowanie na specjalistów od sztucznej inteligencji w Polsce szacuje się na 200 tys. osób. Podczas gdy cały cyfrowy sektor, tzw. ICT, w Polsce to 500 tys. pracowników.

Punktem wyjścia do realizacji polityki rozwoju SI ma być określenie zachowań, zasad i regulacji, które warunkują powstanie dobrego i bezpiecznego ekosystemu. Wraz z biznesem, ekspertami i organizacjami społecznymi opracowano już ponad 200 konkretnych działań odnoszących się do najróżniejszych aspektów rozwoju sztucznej inteligencji – od zmian regulacyjnych po wsparcie finansowe. Będą one regularnie uzupełniane i aktualizowane w wyniku dalszych rozmów z partnerami biznesowymi i społecznymi.

Rządowy dokument określa działania i cele dla Polski w zakresie SI w perspektywie krótkoterminowej (do 2023 roku), średnioterminowej (do 2027 roku) i długoterminowej (po 2027 roku). Zostały one podzielone na sześć obszarów: społeczeństwo, innowacyjne firmy, nauka, edukacja, współpraca międzynarodowa oraz sektor publiczny.

– Mamy różne obszary, które wyszczególniliśmy w dokumencie, i zapraszamy uczestników już istniejących programów, projektów do współpracy, aby ukierunkować działania i uzyskać efekt synergii. To jest nasze kluczowe, pierwsze zadanie. Okazuje się, że ani biznes, ani administracja, ani środowisko naukowe nie obawiają się tego, co przyniesie sztuczna inteligencja, i zgłaszają się do nas ze swoimi projektami. Mamy już specjalnie powołany zespół, który będzie koordynował i wspierał realizację tej polityki – wskazuje dyrektor programu GovTech Polska.

Co roku każde z ministerstw będzie przedstawiać szczegółowe plany działań wdrażania SI w swoim obszarze. Będą one regularnie poddawane ocenie ekspertów, powstaną również specjalne zespoły doradzające instytucjom publicznym, które określą, jak najskuteczniej wdrażać tę technologię. W najbliższym czasie planowana jest seria otwartych spotkań strony rządowej z przedstawicielami biznesu, ekspertami i społeczeństwem, aby wspólnie pracować nad szczegółami rozwiązań w zakresie SI.

RPP nie pomaga złotemu

Początek dnia przynosi spadki rentowności obligacji skarbowych i poprawę nastrojów względem spółek technologicznych, choć to drugie wymagało ingerencji chińskich władz. Zmienność pozostaje podwyższona z nakierowaniem na kapitulację z niektórych pozycji.

Ostatnie spadki EUR/USD były silne i choć dzisiejsze notowania zaczynają się od odbicia, kupujący nie powinni odwoływać stanu alarmowego. Skok rentowności obligacji skarbowych USA był potężnym ciosem dla EUR/USD, gdyż korespondujący wzrost oprocentowania obligacji w strefie euro (w szczególności niemieckich Bundów) był dwukrotnie mniejszy, stąd premia na korzyść USD była silniejsza. Jednak ważnym elementem wyprzedaży EUR/USD był kontrast w stanowisku Fed i EBC do zmian na rynku długu. W ubiegłym tygodniu prezes Fed Powell zawiódł inwestorów, nie uznając ostatniego wzrostu oprocentowania jako niebezpiecznego dla gospodarki. Z kolei komentarze od członków EBC wskazywały na większe zaniepokojenie wzrostem rentowności i ich szkodliwością dla obudowy ożywienia. Gołębie wypowiedzi pośrednio stały za zahamowanie wzrostu stóp rynkowych w Eurolandzie, gdyż rynek zaczął spekulować, do czego zdolny jest posunąć się bank centralny w celu kontroli krzywej dochodowości. Perspektywa posiedzenia EBC w najbliższy czwartek podsycała gołębie nastawienie wobec EUR i nasilała kapitulację z długich pozycji w EUR/USD. Od prezes Lagarde możemy usłyszeć wyrazy niezadowolenia z niepożądanego zacieśniania warunków kredytowych i podkreślenie gotowości do odzyskania kontroli. Rynek może to odebrać jako zapowiedź zwiększenia miesięcznego tempa skupu obligacji w ramach PEPP. Część tych oczekiwań jest już w cenach, więc same słowa Lagarde raczej nie pogrążą bardziej EUR, ale bez zmiany nastawienia wobec dolara (i stabilizacji obligacji w USA), nie łatwo będzie o szybkie odbicie EUR/USD. Możliwe, że rynek powstrzyma się od wyraźnych zmian kierunku, przechodząc w stan wyczekiwania na kolejne ważne wydarzenie – posiedzenie FOMC 16-17 marca.

Kontynuacja umacniania się dolara wysyłała negatywne wibracje na rynki wschodzące, co skutkowało wzrostem EUR/PLN powyżej 4,60. Złotemu nie pomaga też stałe przypominanie przez członków Rady Polityki Pieniężnej, że o podwyżkach stóp procentowych za tej kadencji Rady można zapomnieć. W piątek podkreślał to prezes NBP Adam Glapiński, a wczoraj wtórowali mu Eryk Łon i Eugeniusz Gatnar. Osobiście nie sądzę, aby którykolwiek z uczestników rynku poważnie zakładał scenariusz podwyżek, nawet jeśli w ostatnich dniach na rynku stopy procentowej doszło zmian sugerujących dyskontowanie zacieśniania polityki (stawki FRA sugerowały wzrost 3-mies. Wiboru ponad 1 proc. w przyszłym roku z 0,21 proc. obecnie). Jednak przy huśtawce rentowności USA, inne rynki stały się przewrażliwione na spekulacje o przyszłości polityki monetarnej. Mimo to złoty nie powinien znaleźć się pod presją z powodu gołębich komentarzy z RPP, gdyż wcześniej nie dyskontował wyższych szans na podwyżkę. Nie można zabrać czegoś, czego się wcześniej nie dało. Ale nieugiętość RPP oznacza też, że w najbliższym czasie złoty będzie w ograniczonym stopniu reagował na jastrzębie sygnały płynące z danych, np. wyższe odczyty inflacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dolar gwałtownie w górę

Po raz kolejny mamy sytuację, gdzie dobre dane z jednej strony oceanu zbiegają się w czasie ze złymi danymi z drugiej strony. W wyniku takiego zestawienia jesteśmy świadkami gwałtownego umocnienia się dolara względem euro.

Dobre dane z amerykańskiego rynku pracy

W piątek poznaliśmy dobre dane zza oceanu. Bezrobocie spadło do 6,2% wbrew oczekiwaniom pozostania na niezmienionym poziomie. Głównym powodem zmiany była niespodziewanie duża liczba utworzonych nowych miejsc pracy. W sektorze prywatnym było to imponujące 465 tysięcy. Dla porównania to ponad 5 razy tyle, co miesiąc wcześniej. Warto jednak zwrócić uwagę, że spada średnia długość tygodnia pracy, co sugeruje, że więcej osób przechodzi na niepełne etaty. Z drugiej strony zgodnie z oczekiwaniami w górę idzie płaca godzinowa. Dobre dane spowodowały kolejny impuls umacniający dolara względem euro. W rezultacie euro taniało, umacniając zejście poniżej poziomu dolara i dwudziestu centów.

Odbicie w Chinach

W niedzielę poznaliśmy dane na temat handlu zagranicznego w Państwie Środka. Oczekiwania były imponujące. Import miał wzrosnąć o 15%, a eksport o 37,5%. Jak pokazały odczyty, oczekiwania wcale nie były przesadzone. W rezultacie wzrosty wyniosły odpowiednio 22,2% i 60,6%. Wiadomo, jest to odbicie po słabszych danych z pandemii, ale największy spadek wyniósł w przypadku eksportu raptem 17% i to był jedyny dwucyfrowy odczyt spadkowy. W wyniku tych danych mamy rekordową nadwyżkę handlową w Chinach.

Kolejne słabe dane z Niemiec

Po słabszych zamówieniach w niemieckim przemyśle dzisiaj poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej. Znając poprzedni odczyt, oczekiwania wyraźnie spadły, ale rynek dalej nie był gotowy na 2,5% spadku w ujęciu miesięcznym. Słabsze dane dołożyły się do obecnego trendu transferu środków za ocean. Nie może zatem dziwić, że od rana euro traci względem dolara i za jedno euro należy płacić już mniej niż dolara i dziewiętnaście centów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Więcej pytań niż odpowiedzi

Na starcie nowego tygodnia rentowności obligacji skarbowych pozostają wysoko, akcje spółek technologicznych są pod presją, a dolar notuje skromne wzrosty. Raport z rynku pracy USA dostarczył więcej pytań niż odpowiedzi, a reakcja na niego wprowadziła jeszcze większe zamieszanie.

W lutym wzrost zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w USA był dużo silniejszy od oczekiwań (379 tys., prog. 200 tys.) z pozytywną rewizją odczytu styczniowego (do 166 tys. z 49 tys.). Dane świadczą o dużo lepszej sytuacji na rynku pracy i dobrze rokują dla tempa ożywienia gospodarczego. To wspaniała wiadomość dla rynku akcji i innych ryzykownych aktywów… lub nie, jeśli przyjmiemy, że szybszy wzrost to wyższa inflacja, którą będzie musiał ujarzmić Fed poprzez zacieśnianie polityki pieniężnej. Inwestorzy nie potrafili się w piątek zdecydować, która interpretacja jest bardziej słuszna, biorąc pod uwagę, że odczyt NFP przyniósł szybki skok rentowności, spadek futures na S&P500 i rajd USD, ale ruchy zostały później odwrócone. W tym momencie drugorzędne jest, która interpretacja jest właściwa. W ostatnich dniach inwestorzy byli gotowi przebierać w informacjach wedle własnego uznania, nie raz z dnia na dzień przecząc samym sobie. To oznaka rynku, który zdaje sobie sprawę, że zapędził się za daleko, ale nie bardzo widać drogę do uporządkowanego odwrotu. Za prostsze wyjście uznaje się dalszą sprzedaż obligacji i ucieczkę od ryzyka w USD (pominę tutaj rynek akcji, gdzie zamęt wskoczył na wyższy poziom). Ale jeśli wszyscy już wskoczyli do pociągu „rentowności i USD w górę”, to nie ma już komu dalej pchać wagonów. Co się stanie, gdy pasażerowie zorientują się, że pociąg przestał jechać?

Piątkowa reakcja na raport z rynku pracy ukazała, że w tym niezdecydowaniu zmienność będzie towarzyszyć handlowi na każdym kroku z możliwymi wahaniami w obu kierunkach. Zagrożenie dla zbudowanych w ostatnim czasie pozycji jest umocnienie się przekonania, że rentowności zawędrowały za wysoko (a zatem i umocnienie USD jest przesadne). Z drugiej strony tydzień przynosi odczyt CPI z USA (środa), gdzie analiza będzie skupiona na określeniu, ile jest prawdy w opinii Fed, że wzrost inflacji opiera się na zjawiskach przejściowych, a na ile zawiązuje się trwalszy trend. Tego samego dnia odbędzie się aukcja sprzedaży 10-letnich obligacji USA i słaby popyt podsyci spekulacje, że rynek czeka na dalszy spadek cen (wzrost rentowności). Fed wchodzi w okres zakazu wystąpień publicznych przed posiedzeniem FOMC 16-17 marca, więc nie ma co liczyć na próby okiełznania rynku długu.

W tym tygodniu nie ma zaplanowanych żadnych istotnych danych z polskiej gospodarki, więc złoty pozostanie zdany na sygnały z rynków zewnętrznych, choć wizja podwyższonej zmienności nigdy nie jest czymś, co przynosi szybkie umocnienie PLN. W piątek wideokonferencja prezes NBP Glapińskiego nie wywołała reakcji złotego, choć padło kilka interesujących wypowiedzi. Prezes stwierdził, że prawdopodobieństwo podwyżki w obecnej kadencji RPP wynosi 0 proc., a „rynek nie ma racji” wyceniając wzrost stóp. Zdaniem Glapińskiego przyspieszenie inflacji wynika z czynników niebędących w gestii polityki pieniężnej, toteż nie powinno mieć wpływu na kształt polityki. Dodał natomiast, że istnieje natomiast scenariusz obniżki, gdyby pandemia nadal doskwierała gospodarce. NBP pozostaje gołębi, a prezes chciał ostudzić rynkowe oczekiwania dotyczące podwyżki powstałe po rewizji w górę projekcji inflacji NBP. To, że polski rynek stopy procentowej dołącza się do karuzeli obecnej na rynkach bazowych, jednak w żaden sposób nie wspiera to złotego, jest dowodem na zagubienie inwestorów w gąszczu sprzecznych sygnałów. W przedziale 4,55-4,60 za eurozłoty jest relatywnie tani i choć słabość waluty nie jest do utrzymania w dłuższym horyzoncie, to wpierw warunkiem koniecznym jest uspokojenie nastrojów na rynkach zewnętrznych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sytuacja na rynku paliw – czy jest szansa na niższe ceny?

Na coraz większej liczbie stacji benzynowych w całym kraju ceny paliw przekraczają już 5 zł za litr. Tak wysokie ceny nie były widziane od dawna. Jaka jest tego przyczyna? Pytanie jest tym bardziej uzasadnione, że cały czas obowiązują obostrzenia i duża część zatrudnionych swoje obowiązki zawodowe wykonuje w domu, bez konieczności przemieszczania się.

Autor komentarza: Zbigniew Łapiński, dyrektor ds. zaopatrzenia logistyki i klientów kluczowych, członek zarządu Anwim S.A.

Od listopada ubiegłego roku, kiedy cena ropy naftowej za baryłkę kształtowała się na poziomie 40 dolarów, ropa podrożała o ponad 60 proc. Tak duży wzrost spowodowany jest przede wszystkim poprawą nastrojów graczy rynkowych, która jest związana z nadzieją na skuteczną walkę z pandemią COVID-19 (przede wszystkim wprowadzeniem na szeroką skalę szczepień na całym świecie). Inwestorzy, a także konsumenci liczą na ożywienie gospodarcze i powrót do normalnego funkcjonowania. To z kolei przyciąga na rynki surowcowe kapitał, również spekulacyjny. To jeszcze bardziej podbija cenę, a słaby złoty dodatkowo potęguje całe zjawisko. Poza tym, odpowiedzią największych producentów ropy zrzeszonych w organizacji OPEC na spadek konsumpcji w roku 2020 było ograniczenie wydobycia ropy o 10 mln baryłek. W poprzednim tygodniu najwięksi eksporterzy ropy na świecie uzgodnili utrzymanie aktualnych limitów wydobycia. Wzrost cen ropy naftowej przełożył się na hurtowe ceny paliw, a w konsekwencji na cenę detaliczną, która dzisiaj jest najwyższa od blisko roku – podobnie z resztą jak cena ropy.

Analizując ceny kontraktów terminowych na ropę naftową z realizacją w kolejnych miesiącach, należy zauważyć, że rynek wycenia przyszłość tego surowca taniej niż obecnie. Przykładowo, kontrakty na ropę naftową z dostawą za rok wyceniane są ok. 5 dolarów niżej.

Uważam, że obecne ceny ropy naftowej, które oscylują wokół 65-70 dolarów za baryłkę oraz ceny paliw gotowych, osiągnęły maksymalny poziom w perspektywie najbliższych kilku miesięcy. W najbliższych tygodniach moim zdaniem będziemy obserwować stabilizację cen, ewentualnie ich obniżkę. Nie spodziewam się, aby trzecia fala pandemii w naszym kraju miała większy wpływ na ceny paliw.

Przy okazji rozważań na temat cen paliw warto zastanowić się, co realnie wpływa na kwotę, jaką płacimy przy kasie na stacji. W przypadku benzyny i oleju napędowego ponad połowę ceny stanowią podatki i opłaty narzucone przez administrację państwową. Mam tu na myśli VAT, akcyzę, opłatę paliwową oraz opłatę emisyjną. Bez tych opłat kierowcy płaciliby ok. 2,30-2,50 zł za litr. Marża detaliczna, z której pokrywa się koszty stałe stacji oraz stanowi zysk dla właściciela, to zaledwie ok. 2 proc. ceny, jaką płacimy na stacji.