Dane z sądów: Fala restrukturyzacji dopiero przed nami. Eksperci: Tarcze antykryzysowe spowolniły proces

W 2020 r. nastąpił dwucyfrowy spadek składanych wniosków o restrukturyzację.

Z danych z sądów rejonowych wynika, że w ub.r. wpłynęło do nich w sumie o 20,5% mniej wniosków o restrukturyzację niż w 2019 roku. Największe spadki zanotowano w Częstochowie –  o ponad 72%, w Opolu – o 55,5%, a także w Płocku – o ok. 55%. Jednak w niektórych miastach były widoczne wzrosty i to nawet na poziomie 300%. Taki wynik był w Gorzowie Wielkopolskim. Z kolei w Szczecinie przybyło aż 84% wniosków, a w Kielcach – 62,5%.

Według informacji pochodzących z sądów rejonowych, zajmujących się restrukturyzacjami, w ub.r. w stosunku do 2019 roku nastąpił spadek wpływu wniosków o 20,5%. Zdaniem radcy prawnego i doradcy restrukturyzacyjnego Adriana Parola, na taki wynik wpłynęło wprowadzenie uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego. W praktyce niemal wyparło ono przyspieszone postępowanie układowe, które wcześniej stanowiło najpopularniejszą tego typu procedurę.

– Przedsiębiorca może sam otworzyć uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne, które zostało wprowadzone wraz z wejściem w życiem ustawy z 19 czerwca 2021 roku, zwanej Tarczą 4.0. W tym celu musi oczywiście podpisać umowę z licencjonowanym doradcą restrukturyzacyjnym i zamieścić obwieszczenie w Monitorze Sądowym i Gospodarczym. Natomiast przez cztery miesiące ma całkowitą ochronę przed wierzycielami i w tym okresie powinien zawrzeć z nimi układ – mówi Andrzej Głowacki z DGA Kancelarii Restrukturyzacji i Upadłości.

Jak podkreśla Norbert Frosztęga, adwokat i doradca restrukturyzacyjny z Kancelarii Zimmerman Sierakowski i Partnerzy, takie postępowanie charakteryzuje się tym, że w większości toczy się poza sądem. Wniosek restrukturyzacyjny jest składany dopiero w finalnej fazie, a nie w początkowej, jak to jest w przypadku innych procedur restrukturyzacyjnych. Zdaniem eksperta, wielu przedsiębiorców jest w procedurze uproszczonej restrukturyzacji, ale jeszcze nie doszło do etapu złożenia wniosku. I właśnie ta grupa podmiotów powoduje istotne różnice w odnotowanych wynikach.

– Dodatkowo wpływ na zmniejszenie liczby wniosków w 2020 roku miały tarcze antykryzysowe, które odsunęły decyzje o restrukturyzacji sądowej na późniejszy czas. Natomiast żaden ze znanych mi sądów restrukturyzacyjnych nie zaprzestał działalności w okresie pandemii, dzięki poczuciu obowiązku sędziów i pracowników – zaznacza mec. Parol.

W wielu sądach rejonowych odnotowano dwucyfrowe spadki rok do roku. Największą różnicę zaobserwowano w Częstochowie. W ub.r. było tam o 72,2% mniej wniosków o restrukturyzację niż w 2019 roku. Na drugim miejscu znalazło się Opole z wynikiem 55,5%, a na trzecim uplasował się Płock – 55,2%.

– Gdy liczba wniosków spada w danym mieście, oznacza to, że przedsiębiorcy w większości wolą tam ogłosić upadłość jako konsumenci niż ratować swoje firmy. Podkreślić należy jednak to, iż restrukturyzacja zawsze jest korzystniejsza dla wierzycieli i obrotu gospodarczego niż upadłość. Najczęściej wiąże się ona z likwidacją masy upadłości, co jest niekorzystne dla wszystkich – wyjaśnia doradca restrukturyzacyjny Adrian Parol.

Norbert Frosztęga przypomina zarazem, że przedsiębiorcy nadal są zwolnieni z obowiązku wnioskowania o upadłość, jeśli niewypłacalność powstała w okresie obowiązywania stanu epidemii i z powodu COVID-19. Dlatego wielu z nich, nawet jeśli ma problemy płynnościowe, nie decyduje się na restrukturyzację. Według eksperta, pozostają oni w przekonaniu, że gospodarka szybko się odbije, zaś pomoc rządowa pozwoli przetrwać trudne czasy.

– Oczywiście można zrozumieć motywy, którymi kierują się przedsiębiorcy odkładający na później decyzję o restrukturyzacji. Jednak, w moim przekonaniu, takie rozwiązanie jest dość mocno ryzykowne – stwierdza prezes Głowacki.

Niemniej w niektórych sądach widoczne były wzrosty. Największy z nich, w Gorzowie Wielkopolskim, wyniósł aż 300%. W Szczecinie przybyło 84% wniosków, a w Kielcach – 62,5%. Jak zauważa Adrian Parol, wpływ na liczbę wniosków ma struktura gospodarcza danego rejonu. I tak np. wzrost w Szczecinie mógł być spowodowany brakiem turystów z Niemiec w okresie pandemii. Firmy powiązane z ich obsługą zaczęły mieć poważne problemy finansowe.

– Szczególnego podkreślenia wymaga fakt, że w grudniu 2020 roku w całej Polsce sądy otworzyły zaledwie 7 postępowań restrukturyzacyjnych. Natomiast w tym samym miesiącu w przypadku przedsiębiorców ta liczba sięgnęła aż 120. Spodziewam się, że w pierwszym półroczu br. właściciele firm będą coraz częściej do tego dochodzić. Myślę, że pojawi się lawina małych firm gastronomicznych i hoteli, które w ten sposób będą chciały się oddłużyć i przetrwać do lata – przewiduje prezes Głowacki.

Zdaniem Adriana Parola, w tym roku będzie więcej wniosków niż w 2020 roku z kilku powodów. Rośnie świadomość przedsiębiorców na temat możliwości restrukturyzacji. Ponadto uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne jest odformalizowane, szybkie i tanie dla dłużnika. Nie bez znaczenia jest też łagodniejsze podejście wierzycieli do zadłużonego podmiotu w ramach procesu prowadzonego z udziałem doradcy restrukturyzacyjnego.

– W mojej ocenie, w 2021 roku liczba złożonych wniosków będzie kształtowała się na podobnym poziomie co w ub.r. Wiele będzie zależeć od tego, jak długo ustawodawca będzie jeszcze utrzymywał moratorium na składanie wniosków upadłościowych. Po jego uchyleniu wielu przedsiębiorców stanie bowiem w obliczu decyzji, czy ratować się restrukturyzacją. Uważam, że znaczna część zdecyduje się na walkę o uniknięcie upadłości, co z kolei jeszcze bardziej zwiększy liczbę inicjowanych postępowań restrukturyzacyjnych – prognozuje mec. Frosztęga.

Jeśli Sejm przedłuży obowiązywanie ustawy z 19 czerwca 2020 roku do końca tego roku, czyli o 6 miesięcy, to Andrzej Głowacki spodziewa się nawet 1500 otwartych postępowań restrukturyzacyjnych. To jednak może bardzo zdezorganizować funkcjonowanie gospodarki. Uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu daje ochronę przed wierzycielami przez okres co najmniej 4 miesięcy, co oznacza, że przedsiębiorca nie reguluje zobowiązań wobec kontrahentów. Może do tego stopnia pogorszyć ich sytuację, że sami będą zmuszeni skorzystać z tego rozwiązania. A to już będzie efekt domina, przed którym ostrzega ekspert z DGA.

Lata 20 nowego tysiąclecia pod znakiem Zielonego Ładu

Rok 2021 to nie tylko rozpoczęcie nowego dziesięciolecia w historii ludzkości. To także przełomowy rok dla walki ze zmianami klimatycznymi, wywołanymi działalnością człowieka. Doszliśmy do momentu, gdy zdecydowany głos społeczny przeciwko dalszym działaniom niszczącym środowisko nie gaśnie – a rośnie w siłę. Od 2018 roku trwają cykliczne Młodzieżowe Strajki Klimatyczne. Z badań UN Global Contact i pracowni badawczej Kantar wynika, że ponad 70% Polaków uważa zmiany klimatyczne za prawdziwe i postępujące. Potwierdzają, że trzeba im przeciwdziałać – a co najważniejsze, że powinni przeciwdziałać im politycy. W pechowym 2020 roku, mimo pandemii COVID, ta liczba nie spadła – a nawet zwiększyła się o kilka punktów procentowych.

– W 2021 roku należy oczekiwać dalszej tendencji wzrostowej. Co to oznacza dla polityków? Że Ministerstwo Klimatu raczej nie zostanie zamknięte, a PKN Orlen i inne firmy energetyczne w domenie skarbu państwa będą dalej wykonywały coraz większe zielone zwroty. Będziemy mieć także coraz mniej inwestycji węglowych, a proces całkowitego odejścia od węgla zostanie wreszcie domknięty – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, dyrektor generalny UN Global Compact w Polsce. – W roku 2021 przestawimy zwrotnicę: z gospodarki opartej na węglu w kierunku gospodarki odpowiedzialnej klimatycznie. Transformacja energetyczna w związku z europejskim Zielonym Ładem już się dzieje. Sektor bankowy nie będzie już finansował inwestycji wysokoemisyjnych – co wynika z porozumienia bankowego z września 2018 roku. Jego konsekwencje widać już w Polsce. Mamy nadzieję, że te działania pozwolą zmniejszyć emisję tak, żeby temperatury nie wzrosły powyżej 1,5 stopnia Celsjusza w porównaniu do początku epoki przemysłowej. Takie zalecenie wynika właśnie z Porozumień Paryskich i o to apelują wszyscy naukowcy. W przeciwnym razie możemy bardzo szybko, własnymi rękami, pogrzebać cywilizację człowieka – ostrzega Wyszkowski.

Vivid Games przeprowadzi emisje prywatną

Emisja prywatna Vivid Games zostanie skierowana do jednego z głównych obligatariuszy i członka Rady Nadzorczej Wojciecha Humińskiego, który w 2020 roku zainwestował w spółkę 1 mln złotych. Na akcje przekonwertowane zostaną posiadane przez Inwestora obligacje.

Zgodnie z uchwałą zarządu akcje zostaną wyemitowane z pozbawieniem prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy po cenie emisyjnej 1,46 zł. Po ich objęciu udział Wojciecha Humińskiego w kapitale spółki zwiększy się do niespełna 3,5%.

Pan Humiński wspiera spółkę już od dłuższego czasu. Posiada jeden z największych pakietów obligacji. Wierzy w potencjał Vivid Games i przed rokiem zainwestował w nas ok. 1 mln zł. Ponadto dołączył do Rady Nadzorczej. Konwersja jego obligacji na akcje Vivid Games jest dla nas korzystna. Pozwoli na zmniejszenie wysokości kwartalnych rat i odsetek wypłacanych Obligatariuszom w ramach układu – podkreśla prezes Vivid Games Jarosław Wojczakowski.

Z miesiąca na miesiąc sytuacja finansowa Vivid Games poprawia się, czego efektem jest m.in. szybsza niż wymaga tego harmonogram spłata rat układowych obligacji. Jeśli dynamika przychodów z ostatnich miesięcy utrzyma się, czego potwierdzeniem mogą być opublikowane wstępne wyniki za styczeń, można z optymizmem myśleć o bieżącym roku.

Spółka potwierdziła też premiery kolejnych tytułów z segmentu mid-core. Right Swipes trafi do globalnej dystrybucji już w II kwartale, a Mythical Showdown zadebiutuje na iOS i Android na przełomie II i III kwartału. Współpraca z Qubic Games zaowocuje wkrótce kilkoma kolejnymi premierami na Nintendo Switch, spośród których najbardziej wyczekiwana jest premiera Real Boxing 2 – największego hitu Vivid Games zapowiedziana przez Qubic Games na II kwartał br.

Nowy benefit w kafeterii usług pozapłacowych – wsparcie psychologiczne

Pracownicy borykający się z wyzwaniami oraz problemami natury emocjonalnej i psychicznej mogą już skorzystać ze wsparcia psychologicznego w ramach oferty dostępnej na platformie kafeteryjnej MyBenefit. Usługa wsparcia jest dostępna dla ponad pół miliona pracowników korzystających z platformy dzięki współpracy, którą nawiązała firma MyBenefit, należąca do Grupy Kapitałowej Benefit Systems oraz firma szkoleniowa Nowe Motywacje. W wyniku kooperacji podmiotów powstał największy w Polsce serwis wsparcia psychologicznego oferujący profesjonalne konsultacje ze specjalistami finansowane ze środków pracodawcy lub własnych.

W lutym bieżącego roku firma MyBenefit nawiązała współpracę z firmą szkoleniową Nowe Motywacje, która w odpowiedzi na obecne potrzeby zatrudnionych, borykających się z coraz większą liczbą wyzwań i problemów natury emocjonalnej, wzmocnionych jeszcze pandemią, uruchomiła platformę Centrum Wsparcia Psychologicznego Online, na której każdy, kto chce skorzystać ze wsparcia specjalisty czy porady psychologicznej, może umówić ją z wybranym przez siebie praktykiem i odbyć w bezpiecznym środowisku online.

W panującej obecnie sytuacji atmosfera niepewności u wielu osób wywołuje problemy natury emocjonalnej. Próby mierzenia się z nimi bez profesjonalnego wsparcia mogą doprowadzić do poważnych konsekwencji zarówno psychologicznych jak i społecznych, a w efekcie negatywnie wpływać nie tylko na pracę, ale również na stosunki rodzinne czy najbliższe otoczenie. Dzięki uruchomionemu przez nas Centrum Wsparcia Psychologicznego Online, osoby poszukujące pomocy kontaktują się bezpośrednio ze specjalistami w różnych obszarach. Ze wsparcia korzystać mogą wszyscy, którzy czują, że potrzebują rozmowy ze specjalistą niezwiązanym z otoczeniem zawodowym czy rodzinnym. Rozmowy są prowadzone przy zachowaniu pełnej dyskrecji, online, poprzez preferowany bezpieczny komunikator, zaś czas trwania sesji to około 50 minut – mówi Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Obecnie na platformie zarejestrowanych i zweryfikowanych jest już ponad 30 specjalistów, a kolejnych 70 jest w procesie formalizowania współpracy – zatem w ciągu kilku dni trafią na platformę i będą mogli świadczyć swoje usługi.

Osoby potrzebujące wsparcia mogą skorzystać z niego w aż sześciu różnych kategoriach, dostosowanych do ich potrzeb.

Są to:

  1. ogólna konsultacja psychologiczna
  2. pomoc w zaburzeniach lękowych
  3. pomoc w depresji
  4. pomoc w zaburzeniach odżywiania
  5. mindfulness
  6. life coaching

Jak to działa?

Dzięki nawiązanej współpracy z niezbędnego wsparcia w obszarze poprawy zdrowia psychicznego mogą korzystać wszyscy użytkownicy kafeterii MyBenefit. Finansowanie porad może odbywać się ze środków przekazanych przez pracodawcę lub własnych. Koszt jednej sesji konsultacyjnej, trwającej około 50 minut, to 150 zł.

Każdy chcący skorzystać z usługi wsparcia, za pośrednictwem platformy My Benefit, pobiera bon wartościowy z wygenerowanym kodem, który pozwala mu na wejście na stronę Centrum Wsparcia Psychologicznego Online, gdzie wybiera interesujący go obszar lub specjalistę, rezerwuje termin konsultacji i po uprzednim kontakcie z wybranym praktykiem pojawia się na wizycie.

Dostęp do Centrum Wsparcia poprzez platformę kafeteryjną MyBenefit to benefit pracowniczy na obecne czasy. Czasy, w których problemy pracowników to również problemy ich pracodawców. Dotarcie do tak dużej liczby zatrudnionych, z których nawet tylko niewielki procent może borykać się z wyzwaniami i problemami dnia codziennego, i nie wiedzieć gdzie szukać pomocy, to dla nas już ogromny sukces edukacyjny. Największym bowiem wyzwaniem w obszarze mental health, z jakim mierzy się od wielu już lat polskie społeczeństwo, jest brak odpowiedniej wiedzy i stygmatyzacja osób dotkniętych problemami natury emocjonalnej czy psychicznej. Mamy nadzieję, że dzięki dotarciu do tak szerokiego grona zatrudnionych oraz zaoferowaniu im bezpiecznego i bardziej dostępnego wsparcia przełamiemy tabu i pomożemy osobom z problemami, o których w ostatnich miesiącach mówi się coraz częściej. Hasłem przewodnim Centrum Wsparcia jest: „Dbaj o siebie, my chętnie podpowiemy jak.”, bo naszym głównym celem jest podpowiadanie osobom z problemami, jak i z kim mogą je rozwiązać, nie poprzez przymus, ale dawanie możliwości i dostępu do pomocy – dodaje Grzegorz Święch.      

COVID-19 wzmocnił zainteresowanie transformacją cyfrową wśród firm produkcyjnych w Polsce

Pandemia COVID-19 spowodowała wzrost zapotrzebowania na transformację cyfrową, która jest ściśle związana z szybszą adaptacją chmury – oto wniosek płynący z badania przeprowadzonego przez PMR na zlecenie Dassault Systèmes. Badanie, zatytułowane „Gotowość polskich firm produkcyjnych na transformację cyfrową i migrację do chmury. Analiza sytuacji w obliczu pandemii COVID-19.”[1], przeprowadzono w Q3 2020 roku wśród 105 średnich i dużych firm produkcyjnych w Polsce z sektorów: Transport i mobilność, Urządzenia przemysłowe, Lotnictwo oraz Home & Lifestyle.Badanie – Transformacja cyfrowa – infografika1 Badanie – Transformacja cyfrowa – infografika2

Z badania wynika, że pomimo faktu, iż 73% przedsiębiorstw przemysłowych w Polsce odczuło negatywne skutki COVID-19, firmy te stosunkowo dobrze poradziły sobie w czasie pandemii. Jedna trzecia z nich ocenia swoją kondycję finansową w 2020 roku pozytywnie w porównaniu z rokiem poprzednim, a dla ponad połowy wyniki będą porównywalne rok do roku. Niemniej jednak więcej niż połowa badanych firm uważa, że pandemia COVID-19 negatywnie wpłynie na ich sektor w 2021 roku.

W rezultacie pandemii, 42% firm zmienia także priorytet biznesowy: firmy te chcą w większym stopniu zadbać o dotychczasowych klientów oraz podejmować działania mające na celu pozyskiwanie nowych. Na podium kluczowych potrzeb znalazły się także wzrost efektywności biznesowej oraz innowacyjność w zakresie nowych produktów i usług. Okres pandemii COVID-19 wyraźnie pokazał menedżerom IT potrzebę wdrożenia skuteczniejszych procesów produkcyjnych, ponieważ istniejące systemy w wielu przypadkach okazały się niewystarczające.

Transformacja cyfrowa – potrzeba edukacji rynku

Badanie pokazuje, że zdecydowana większość firm w Polsce (73%) zna pojęcie transformacji cyfrowej. Termin ten wiąże się dla nich głównie z:

  • automatyzacją i integracją procesów produkcyjnych (80%),
  • wdrażaniem cyfrowych narzędzi wspierających procesy sprzedażowe i marketingowe (77%),
  • rozwojem usług zdalnych (71%),
  • wdrażaniem zaawansowanych narzędzi i systemów informatycznych (67%),
  • przejściem na rozwiązania chmurowe (66%),
  • nowymi technologiami zwiększającymi produktywność i efektywność pracowników (65%)

Według badania 6 na 10 firm jest obecnie w trakcie wdrażania różnych rozwiązań z obszaru transformacji cyfrowej. Natomiast zaledwie 14% badanych w ogóle nie planuje tego typu działań. Firmy te deklarują, że nie wiedzą, jakie korzyści może przynieść cyfrowa transformacja, na jakie obszary działalności przedsiębiorstwa może wpłynąć i do kogo zwrócić się w sprawie wdrożenia.

Brak wystarczającej wiedzy widać też w przypadku 14% ankietowanych firm, które deklarują, że zakończyły już proces cyfrowej transformacji. Firmy te utożsamiają ją bowiem głównie z wdrożeniem rozwiązań umożliwiających pracę zdalną. Pokazuje to, jak duża jest wciąż potrzeba edukacji rynku na temat samej istoty i kompleksowości procesu cyfrowej transformacji.

33% badanych firm planuje migrację do chmury

Badanie PMR pokazuje także, że doświadczenia firm związane z sytuacją kryzysową przyspieszą działania w kierunku szerszej adaptacji rozwiązań opartych na chmurze: co trzecia ankietowana firma potwierdziła, że planuje migrację do chmury w najbliższych 2-3 latach.

Firmy, które stosują już rozwiązania chmurowe, wśród kluczowych korzyści wdrożenia wymieniają: umożliwienie pracy zdalnej, optymalizację kosztów, zmniejszenie zapotrzebowania na wyspecjalizowany personel IT, niezależność od awarii sprzętu, dodatkową ochronę i wsparcie czy większą elastyczność.

[1] Badanie „Gotowość polskich firm produkcyjnych na transformację cyfrową i migrację do chmury. Analiza sytuacji w obliczu pandemii Covid-19.”, zostało zrealizowane przez PMR na zlecenie Dassault Systèmes w okresie wrzesień-listopad 2020r. Badanie ilościowe przeprowadzono na losowej próbie 105 średnich i dużych firm produkcyjnych w Polsce z sektorów Transport i mobilność, Urządzenia przemysłowe, Lotnictwo oraz Home & Lifestyle. Ankietowani byli menedżerowie średniego i wysokiego szczebla odpowiedzialni za obszar IT w firmach.

Cena tego samego produktu wyższa nawet o 220% – koszyk zakupowy w 2020 roku

Te same produkty w różnych sieciach mogą być nawet o ponad 200% droższe, a za ten sam koszyk artykułów zamówionych online można zapłacić więcej niż w sklepie stacjonarnym. Czy ubiegły rok faktycznie upłynął pod znakiem drożyzny na sklepowych półkach?

Bez względu na szacunki ekonomistów dotyczące inflacji konsumenckiej w 2020 r. w powszechnym odczuciu ceny wzrastały znacznie szybciej, niż wynikało to z oficjalnych statystyk. Pojawiały się opinie, że realna inflacja przybiera nawet dwucyfrowy poziom, drastycznie zmniejszając siłę nabywczą Polaków. Dlatego eksperci rankomat.pl postanowili przeanalizować, jak w rzeczywistości kształtowała się cena koszyka podstawowych produktów i czy poczucie drożyzny nie wynika z różnicy w cenach pomiędzy wybranymi sieciami handlowymi.

Ten sam koszyk produktów nawet 43% droższy w grudniu 2020 roku

Analitycy z ASM Sales Force Agency zbadali zróżnicowanie cen obejmujące 40 produktów wchodzących w skład koszyka zakupowego w wybranych sieciach handlowych. Niektóre różnice są na tyle wysokie, że mogą tłumaczyć  przekonanie o galopującym wzroście cen z perspektywy przeciętnego konsumenta.

Koszyk składający się z produktów FMCG (ang. Fast Moving Consumer Goods) zawierający artykuły spożywcze i środki czystości, został w grudniu 2020 r. wyceniony według cen maksymalnych na kwotę 306 zł. To o 82 zł więcej niż średnia wartość koszyka zakupowego, który w tym samym miesiącu wyceniony został na 224 zł. Jeszcze większa, bo aż 133 złotowa różnica, wystąpiła w porównaniu do koszyka, który skomponowany został w sklepach oferujących najniższe ceny. Przekłada się to na 43% oszczędności w stosunku do najdroższego wariantu.Maksymalna, średnia i minimalna cena koszyka zakupowego w grudniu 2020 r.

Wybrane produkty mogą być w tym samym czasie ponad dwa razy droższe

Dla zobrazowania skali zaobserwowanego zjawiska eksperci rankomat.pl stworzyli własny mini-koszyk i umieściliśmy w nim 7 produktów: margarynę, kawę mieloną, kabanosy, warzywa na patelnię, lody, szampon do włosów i pastę do zębów. Różnice w cenach mieszczą się w przedziale od 60 do 220%.G2_RANK_KoszykZakupowy_ceny min max

Osoby niezwracające uwagi na cenę mogą za margarynę zapłacić 220% więcej, za kawę 167%, a za pastę do zębów 125%. I tak mały koszyk, bo składający się tylko z 7 produktów, może być o 111% procent droższy, jeśli kupilibyśmy artykuły w maksymalnej cenie. Jest to oczywiście sytuacja czysto hipotetyczna, jednak obrazuje ona, jak mogą być odbierane ceny ogółem, jeśli konsument wybierałby sklepy o najwyższych stawkach.

Cena koszyka 40 produktów w sieciach tradycyjnych – różnice w cenie sięgające 21%

Aby przedstawić, jak zmieniała się cena koszyka złożonego z 40 produktów na przestrzeni 2020 r. eksperci rankomat.pl korzystali z „Raportów koszyka zakupowego” przygotowanych ASM Sales Force Agency. Badanie prowadzono w 5 placówkach sieci tradycyjnych, zlokalizowanych w 12 polskich miastach – Białymstoku, Bydgoszczy, Gdańsku, Jeleniej Górze, Lublinie, Łodzi, Katowicach, Krakowie, Opolu, Poznaniu, Warszawie i Szczecinie.

Badanie obejmuje porównanie cen analogicznych produktów szybkozbywalnych FMCG, tych samych marek i o takich samych gramaturach. W skład sieci tradycyjnej wchodzą: Auchan, Carrefour, E.Leclerc, Intermarche, Kaufland i Tesco.Średnia cena koszyka zakupowego w 2020 roku w sieciach tradycyjnych

Najdroższym sklepem w 2020 roku w analizowanej grupie był E.Leclerc, z roczną średnią ceną koszyka zakupowego na poziomie 237 zł. Do tej sieci należy także miesięczny rekord ceny – w maju za koszyk trzeba było zapłacić 260 zł. To aż o 44 zł (21%) więcej, niż za zestaw tych samych produktów kupionych w tym samym miesiącu w Auchan.

Na kolejnych miejscach pod kątem średniej rocznej ceny koszyka zakupowego znalazło się Tesco (229 zł), Intermarche (227 zł), Kaufland (224 zł), Carrefour (222 zł) i Auchan (213 zł), który poza lipcem był najtańszą siecią w badanej grupie. Co ciekawe, tylko w Intermarche (+1,39 zł) i w Tesco (+0,94 zł) cena za ten sam koszyk produktów była wyższa w grudniu w porównaniu do początku roku. W pozostałych sieciach w grudniu było taniej niż w styczniu 2020 roku.

Widoczny wzrost cen koszyka w sprzedaży online

Mając na uwadze wybuch pandemii koronawirusa oraz zalecenia dotyczące utrzymywania dystansu społecznego, warto także sprawdzić, jak zachowywały się ceny koszyka zakupowego dostępnego w kanale zdalnym. Do kategorii e-gorcery zaliczonych zostało 5 sklepów oferujących zakupy online: frisco.pl, dodomku.pl, polskikoszyk.pl, szybkikoszyk.pl i Megasam24.pl. Jako że kategoria e-grocery została potraktowana łącznie, to średnia cena koszyka w tym obszarze została od razu zestawiona ze średnią ceną w sieciach tradycyjnych.G4_RANK_KoszykZakupowy_wykres liniowy

Porównanie sprzedaży online ze stacjonarną daje jednoznaczny obraz sytuacji. Wzmożony popyt na zakupy zdalne, wywołany w dużej mierze obawą przed koronawirusem, wywindował ceny produktów oferowanych w tym kanale. W każdym miesiącu koszyk produktów zamawiany online był widocznie droższy niż ten sam zestaw kupiony w sieci tradycyjnej.

Najwyższa różnica wystąpiła w październiku – 48 zł (drożej o 21%). Widoczny skok cen w e-grocery miał także miejsce w pandemicznym marcu (wzrost o 20%) i kwietniu (wzrost o 20%). Ceny produktów oferowanych w kanale zdalnym ulegały również znacznie większym wahaniom na przestrzeni 2020 roku.

Inflacja konsumencka w lutym 2020 roku najwyższa od 9 lat

Ubiegły rok upłynął pod znakiem gołębiej polityki banków centralnych. Obniżanie stóp procentowych oraz masowy dodruk pieniądza rodziły strach przed niekontrolowanym wzrostem cen towarów i usług. W lutym 2020 r. odnotowano szczytowy odczyt inflacji konsumenckiej (CPI, ang. Consumer Price Index), który osiągnął niewidziany od 2011 r. poziom 4,7%. W kolejnych miesiącach wskaźnik zaczął opadać, aby w grudniu zatrzymać się na zaskakującym dla analityków poziomie 2,4%.Inflacja konsumencka (CPI) w Polsce w latach 2018-2020

Choć Niels Bohr mawiał, że „prognozowanie jest trudne, zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy przyszłości”, to ekonomiści zwyczajowo przygotowali swoje przewidywania dotyczące spodziewanej inflacji w 2021 roku. Zgodnie z prognozami m.in. Banku Pekao, Credit Agricole i mBanku inflacja CPI w 2021 r. utrzyma się powyżej celu inflacyjnego NBP (2,5%), jednak nie powinna przekroczyć poziomu 3%.

Pandemiczny koszyk zakupowy – czy faktycznie było drożej?

Z przeprowadzonej obserwacji wynika, że w sieciach tradycyjnych ceny za koszyk zakupowy spadały na przestrzeni 2020 r. Najwyższe ceny odnotowane zostały w sprzedaży online. Kanał e-grocery wykorzystał pandemiczną sytuację, doskonale wpisując się w oczekiwania klientów utrzymujących dystans społeczny. Na powszechne poczucie drożyzny mogły wpływać różnice w cenach tych samych produktów oferowanych przez różne sieci. Rozbieżności te w skrajnych przypadkach sięgały nawet kilkuset procent – komentuje Bartłomiej Borucki, ekspert rankomat.pl.

Chiny nadal głównym partnerem handlowym Europy. Laura Hołowacz: „Gospodarczy tygrys nadal ma ostre zęby”

Pandemia koronawirusa trwająca od marca 2020 znacząco zmieniła układ gospodarczych sił na świecie – pierwsze miesiące lockdownu przyniosły załamanie w wielu europejskich i światowych gospodarkach. Następnie – mimo trudnych warunków ekonomicznych i pandemicznych – wiele gospodarczych potęg podbudowało się, a nawet wzmocniło swoją pozycję. Według ostatnich badań to nie Stany Zjednoczone, a właśnie Chiny są już głównym partnerem handlowym dla Europy. Jak to możliwe? – Gospodarczy tygrys nadal ma ostre zęby i na pewno rozczarowani są Ci, którzy twierdzili, że pandemia koronawirusa osłabi tę potęgę. Polska nadal aktywnie prowadzi wymianę handlową z Chinami i szuka sposobów, by usprawnić szlaki handlowe między Europą, a Azją. Importerzy nadal są zainteresowani towarami z Chin, nawet jeżeli ich cena w ciągu roku wzrosła – mówi Laura Hołowacz, Prezes Grupy CSL.

  • Według informacji Eurostatu Chiny są obecnie głównym partnerem handlowym Unii Europejskiej. W 2019 były nimi Stany Zjednoczone
  • Gospodarka chińska charakteryzuje się niezwykłą elastycznością i nawet miesięczne zamknięcie nie spowodowało spadku jej efektywności
  • Szlaki towarowe między Europą, a Chinami działają mimo pandemii. Branża TSL przyznaje jednak, że cena przeładunków wzrosła, co może przekładać się na cenę towaru. W czasach dynamicznej konkurencji na rynku e-commerce te zmiany nie są jednak ogromne
  • Według Prezes Laury Hołowacz gospodarka chińska będzie rosnąć, ale niektórzy importerzy coraz częściej szukają zaopatrzenia bliżej. Wielkie marki zmuszone będą więc do dywersyfikacji źródeł dystrybucji

Statystyki Eurostatu pokazują jasno i wyraźnie – Chiny nie osłabły na pandemii koronawirusa. Mimo pandemii w 2020 roku handel między UE a Chinami wzrósł, podczas gdy z resztą świata – w porównaniu do 2019 r. – wyraźnie zmalał.  W 2020 r. eksport towarów z UE do Chin tymczasem wzrósł o 2,2 proc., a import o 5,6 proc. Eksport do USA z kolei spadł o 8,2 procent licząc rok do roku.  W rezultacie, Stany Zjednoczone nie są już głównym partnerem handlowym Unii Europejskim. Chiny pozostają liderem i jak mówi Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz w 2021 roku mogą jeszcze wzmocnić swoją pozycję.

– Był taki moment, gdy wydawałoby się, że „kolebka koronawirusa”, czyli Chiny będą mocno tracić na pandemii koronawirusa. Oczywiście to nie jest tak, że pandemia przyniosła tam same zyski, strat było sporo, szczególnie odczuwalne były zrywane połączenia towarowe w pierwszej połowie 2020 roku. Gospodarka chińska udowodniła jednak, że ma niesamowitą elastyczność i możliwość powrotu do ścieżki dynamicznego rozwoju mimo trwającej pandemii. Cały świat odcięty na kilka tygodni od importu towarów z Chin szukał rozmaitych sposobów na to jak umożliwić przepływ handlowy i kiedy tylko tamtejsza gospodarka ruszyła, to ruszyła także logistyka i wymiana handlowa – mówi Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz. – Nowoczesne technologie, cena produktów, jakość, kumulacja marek i produktów, które były pożądane w czasie pandemii, bardzo dynamiczny rozwój branży e-commerce i handlu internetowego. To wszystko złożyło się na wzmocnienie pozycji Chin. Spodziewam się, że rok 2021 będzie dla tej gospodarki jeszcze lepszy. Grupa CSL regularnie prowadzi obsługę ładunków pomiędzy Europą, a Chinami. Owszem, jest to bardziej skomplikowane i droższe niż przed pandemią, ale zainteresowanie klientów nie spadło – wyjaśnia Prezes Grupy CSL.

Wzrosty i dobra sytuacja gospodarcza Chin to jedna strona gospodarczego medalu. Prezes Grupy CSL zwraca również uwagę, że pojawiają się symptomy, które długoterminowo mogą osłabić wymianę handlową między kontynentami: – Importerzy często szukają dostawców w Europie. To kwestia redukcji kosztów i skrócenia łańcucha towarowego. Moim zdaniem postępować będzie także dywersyfikacja siedzib i centrów dystrybucyjnych znanych i globalnych producentów. Myślę, że pandemia nauczyła ich, że zamykanie się na jednym kontynencie jest ryzykowne, bo gdy on zostanie zablokowany to przestaje działać cała sieć dystrybucji. Widzimy już pierwsze zwiastuny tego, że wiele centrów dystrybucyjnych będzie stawiać np. na Europę – dodaje Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz.

Fundusz Acion Partners nowym akcjonariuszem Starward Industries

Starward Industries, krakowskie studio deweloperskie, pracujące obecnie nad grą wideo zatytułowaną “The Invincible”, będącą adaptacją powieści Stanisława Lema, pomyślnie zakończyło emisję prywatną skierowaną do zagranicznego inwestora instytucjonalnego. Fundusz zarządzany przez Acion Partners objął całą nową emisję o wartości 2,7 mln zł. Strony podpisały już umowę objęcia akcji, a wpłata została zaksięgowana na koncie Starward Industries. 

Acion Partners Limited – to zagraniczna instytucja inwestycyjna wspierana przez KKR – globalną firmę inwestycyjną i pioniera private equity. W realizacji płatności uczestniczył Goldman Sachs, jeden z największych banków inwestycyjnych na świecie.

Przeprowadzone poszerzenie akcjonariatu zapewni spółce zwiększoną stabilność finansową, co umożliwi dalszy rozwój studia. Jesteśmy dumni, że udało się nam zdobyć zaufanie tak prestiżowego partnera – podkreśla Kamil Klinowski – przewodniczący rady nadzorczej Starward Industries.

W ocenie zarządu międzynarodowy fundusz pozytywnie wpłynie na postrzeganie spółki przez obecnych oraz przyszłych akcjonariuszy, dodatkowo uzupełniając obecną strukturę akcjonariatu o doświadczonego inwestora instytucjonalnego.

Po zgłoszeniu zainteresowania przez Acion Partners inwestycją w naszą spółkę, podjęliśmy decyzję, że chcemy nawiązać długoterminową relację biznesową i umożliwić funduszowi wejście do akcjonariatu Starward Industries – komentuje Dawid Sękowski – członek zarządu Starward Industries.

Cena emisyjna 27 995 akcji serii I została ustalona na poziomie 97 złotych. Oferowane akcje nie były wcześniej przedmiotem obrotu na giełdzie, a spółka na potrzeby aktualnej oferty wykorzystała posiadaną już zgodę Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy na emisję w ramach kapitału docelowego.

Zarząd rozważa szerokie spektrum wykorzystania pozyskanych środków. Bierzemy pod uwagę zwiększenie budżetu marketingowego gry, zwiększenie budżetu developerskiego gry, przeprowadzenie prac koncepcyjnych dotyczących kolejnej gry jeszcze przed premierą The Invincible oraz pozyskanie praw autorskich lub licencji do nowych utworów do adaptacji. Finalne decyzje pozostają przed nami – komentuje Marek Markuszewski, prezes zarządu Starward Industries.

Przypomnijmy, że Starward Industries pracuje nad swoim pierwszą autorską grą „The Invincible”. We wrześniu 2020 roku Spółka przeprowadziła publiczne ogłoszenie oraz prezentację projektu, która spotkała się z jednoznacznie pozytywną reakcją mediów oraz społeczności graczy. Kampania gry została nagrodzona przez European Agency Awards 2020 w kategorii Best New Business Campaign.

We wschodniej Ukrainie pomocy humanitarnej potrzebuje 3,5 mln osób. Koronawirus dołożył nowych problemów

W związku z trwającym od siedmiu lat konfliktem zbrojnym we wschodniej Ukrainie pomocy humanitarnej potrzebuje w tej chwili ok. 3,5 mln z 5,2 mln osób, które zamieszkują ten region. Są to głównie osoby starsze, przykute do łóżka, dzieci i rodziny wielodzietne. Pandemia COVID-19 sprawiła, że sytuacja w regionie stała się jeszcze trudniejsza. Tymczasem niesienie pomocy humanitarnej bywa bardzo utrudnione, np. ze względu na trwający ostrzał.

– Konflikt na Ukrainie pozostawił za sobą ogromne zniszczenia, jeżeli chodzi o infrastrukturę: dworce, mosty, szpitale czy szkoły, ale również traumę w osobach, które nadal mieszkają na terenie wschodniej Ukrainy. W tym momencie mówi się o ok. 3,5 mln ludzi, którzy potrzebują wsparcia humanitarnego. W większości są to osoby, które mieszkają niedaleko linii frontu albo w odległości 10–15 km od tej linii rozdzielającej tereny kontrolowane od niekontrolowanych przez rząd w Kijowie. Ten konflikt to dla nich ogromna tragedia, ale też cios w rozwój gospodarczy i społeczny kraju – mówi agencji Newseria Biznes Helena Krajewska z Polskiej Akcji Humanitarnej.

W szczególnie trudnej sytuacji są ludzie starsi i dzieci, które potrzebują nie tylko pomocy materialnej, ale też m.in. wsparcia psychologicznego.

– Pomoc jest częściowo kierowana do osób starszych, leżących i przykutych do łóżka, które mają problemy z poruszaniem się. Są to m.in. artykuły higieniczne, chodziki, wózki inwalidzkie, ale również pomoc bardziej psychospołeczna, skierowana zarówno do osób starszych, jak i dzieci, związana z traumą i stresem życia w cieniu wojny. Jest też pomoc prawna i finansowa, zwłaszcza dla osób, które utraciły sprawność, np. w wyniku wybuchu miny lądowej albo niewybuchu, który odpalił o wiele później. Niestety są to częste przypadki. Jest to także tzw. pomoc paczkowa, czyli paczki z żywnością dla osób, które po prostu nie mają środków na to, aby zakupić czy wyprodukować żywność – wylicza Helena Krajewska.

PAH jest obecna we wschodniej Ukrainie od początku tego konfliktu, czyli od 2014 roku, a od 2015 roku prowadzi stałą misję. Jej działania początkowo były skupione na szybkim załagodzeniu kryzysu i dostarczeniu m.in. opieki medycznej, paczek żywnościowych i higienicznych, koców, śpiworów i innych rzeczy niezbędnych do przetrwania w strefie zbrojnego konfliktu.

 W tej chwili niesiemy pomoc od podstawowej, czyli paczek z żywnością i artykułami higienicznymi, po skomplikowane programy wsparcia np. pracowników socjalnych, żeby mieli oni więcej możliwości i mogli świadczyć wyższy poziom usług psychosocjalnych dla osób we wschodniej Ukrainie. Działamy po jednej i drugiej stronie linii kontaktowej i często jest to pomoc bardzo wymagająca, w trudnych warunkach. Do niektórych miejscowości czasem bardzo trudno się dostać z uwagi na trwający ostrzał – mówi przedstawicielka Polskiej Akcji Humanitarnej.

Pandemia COVID-19 dołożyła mieszkańcom tego regionu nowych problemów. Normalne życie utrudniają im m.in. restrykcje epidemiczne.

 Przykładowo osoby mieszkające po drugiej stronie linii kontaktowej straciły możliwość przekroczenia tej linii i odebrania  zasiłku, renty czy emerytury. To stworzyło dodatkowe problemy, bo te osoby muszą teraz dokonywać bardzo trudnych wyborów: czy zakupić artykuły higieniczne, które uchronią je przed koronawirusem, a mówimy przecież o grupach najbardziej narażonych, czy zakupić żywność bądź inny produkt, który jest niezbędny w gospodarstwie domowym. Razem z firmami i darczyńcami indywidualnymi, którzy nas wspierają, staramy się, żeby jak najmniej osób musiało podejmować tak trudne życiowe wybory – mówi Helena Krajewska.

Problem w tym, że konfliktem tym – trwającym już siedem lat – mało kto się interesuje i mało się o nim mówi. Organizacja CARE zamieściła go na czwartym miejscu w rankingu 10 najbardziej przemilczanych kryzysów humanitarnych na świecie w 2020 roku. Jak wskazuje PAH, na temat wydania PlayStation 5 pojawiło się ponad 475 razy więcej wzmianek medialnych niż na temat kryzysu humanitarnego w Ukrainie.

Jest to konflikt, który my nazywamy zamrożonym, którym mało osób się interesuje, mimo że trwa on tuż za naszymi granicami. Wręcz powinno się o nim mówić jak najwięcej, bo dotyka on naszych sąsiadów. Na szczęście obserwujemy, że wielu Polaków, wiele organizacji i mediów z Polski zainteresowało się tym tematem i chce mówić o Ukrainie, zwłaszcza teraz, w siódmą rocznicę wybuchu konfliktu. Wiele firm również zwraca się do nas z zapytaniem, jak mogą pomóc i co mogą zrobić – mówi przedstawicielka PAH.

Powrót do handlu w niedziele tylko częściowo pomógłby odrobić straty po lockdownie. Zarządcy centrów handlowych liczą na interwencje ze strony państwa

Na około 32 mld zł są szacowane straty galerii handlowych po trzykrotnym lockdownie. Ich właściciele odnotują przychody o ok. 5 mld zł niższe, czyli ponad 45 proc. rocznych przychodów. Obiekty handlowe wciąż nie odbudowały wskaźników odwiedzalności do poziomów sprzed pandemii. Dlatego branża apeluje do rządu o przywrócenie handlu w niedziele, co pozwoliłoby jej odrobić choć część strat po lockdownie. Bez tego kroku i innych inicjatyw ze strony rządzących branża będzie musiała zrewidować swoje plany inwestycyjne i zredukować część spośród 400 tys. etatów.

– Straty w branży handlowej są w zasadzie nie do odrobienia, ale jest kilka rozwiązań, które pomogłyby nam szybciej odzyskać pozytywne wyniki finansowe. Jednym z nich jest zniesienie zakazu handlu w niedzielę. Dzięki temu zyskujemy dodatkowy dzień na sprzedaż, ale i pewne bezpieczeństwo, bo ruch w centrach handlowych rozłoży się z sześciu na siedem dni. Na pewno taka decyzja władz państwowych, żeby przez okres pandemii handel w niedziele mógł się odbywać, byłaby bardzo korzystna. Ale nadal nie będzie tak, że dzięki temu szybko odrobimy wszystkie straty – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Sajnóg, dyrektor marketingu Centrum Handlowego Blue City w Warszawie.

Od 1 lutego (po trzecim, pięciotygodniowym lockdownie) nastąpiło pełne otwarcie sklepów w centrach handlowych (z wyjątkiem rozrywki, fitnessu i gastronomii, która nadal może funkcjonować tylko na wynos lub w dostawie). PRCH Daily Footfall Index w trzecim tygodniu lutego pokazuje, że średnia odwiedzalność centrów handlowych oscyluje na poziomie ok. 77 proc. ubiegłorocznej.

Przywrócenie handlu w niedziele mogłoby pozytywnie wpłynąć na obroty najemców i galerii. Zwłaszcza że według statystyk klienci preferują zakupy właśnie w weekendy. Dodatkowo, zgodnie z przeprowadzonym w październiku ubiegłego roku badaniem PRCH, 59 proc. Polaków jest za zniesieniem handlu w niedzielę. Pozytywnie oceniało go 27 proc. respondentów. W porównaniu do takiego samego badania ze stycznia ubiegłego roku poparcie dla tego ograniczenia spadło o 7 pkt proc.

W sprawie niedziel handlowych branża mówi w zasadzie jednym głosem i organizacje branżowe, które zrzeszają zarówno najemców, jak i wynajmujących, starają się przekonać rząd, że taka zmiana byłaby bardzo korzystna. Wszyscy zgadzamy się co do tego, że bardzo by nam to pomogło. W branży jest jednomyślność i mamy nadzieję, że przekonamy ustawodawcę i rząd, żeby takie zmiany wprowadził – mówi Krzysztof Sajnóg.

PRCH oszacowała łączne straty z tytułu trzykrotnego ograniczenia działalności obiektów handlowych na kwotę ok. 32 mld zł. Tylko ubiegłoroczny, wiosenny lockdown skutkował spadkiem przychodów o ponad 17,5 mld zł. Zamknięcie galerii po raz drugi w listopadzie ub.r. spowodowało ok. 8 mld zł utraconych obrotów. Kolejne ograniczenia w handlu od 27 grudnia ub.r. przełożyły się natomiast na dziurę w obrotach branży sięgającą ok. 6 mld zł. To przychody utracone przez sklepy i usługodawców (najemców) działających w galeriach, ale mocno ucierpiały też budżety wynajmujących. Zostali oni też wyłączeni z tarcz antykryzysowych i jednocześnie obciążeni kosztami abolicji czynszowej. Jak podkreśla PRCH, abolicja wynikająca kosztowała wynajmujących ponad 3 mld zł.

– Centra handlowe i firmy, które nimi zarządzają, w zasadzie jako jedyne są pozbawione pomocy państwa. W świetle dotychczasowych rozporządzeń najemcy nie płacą centrom handlowym czynszu ani żadnych opłat za okres lockdownu, kiedy sklepy pozostają zamknięte. Z drugiej strony my musimy mieć otwarte centra handlowe i do tego jeszcze utrzymywać je w reżimie sanitarnym – wyjaśnia dyrektor marketingu warszawskiego Blue City. – W przypadku kolejnego lockdownu bardzo pomogłoby zagwarantowanie, żeby pieniądze choć z części czynszów jednak wpływały do centrów handlowych. Przynajmniej tyle, żebyśmy mogli się utrzymywać, płacić koszty. Takie rozwiązania były już wprowadzane w Europie.

Mimo utraty 45 proc. ubiegłorocznych przychodów właściciele i zarządy centrów handlowych nadal muszą ponosić koszty stałe m.in. z tytułu utrzymania nieruchomości, zarządzania nimi czy obsługi długu bankowego. Brak płynności powoduje, że w coraz większym stopniu nie są oni w stanie wywiązywać się ze swoich zobowiązań kredytowych.

– W tym momencie jesteśmy w najtrudniejszej sytuacji na tle całego rynku, bo mamy koszty, a przychody są wielokrotnie niższe, niż przewidywaliśmy. Działalność branży handlowej jest w wielu przypadkach kredytowana przez banki. Gdyby np. państwo zdecydowało się wpłynąć na instytucje finansowe i w jakiś sposób pomóc nam w rozliczeniach rat kredytowych, to na pewno zapewniłoby nam oddech – mówi Krzysztof Sajnóg.

Jak podkreśla, ten rok ujawnił wiele sprzeczności w interesach najemców i wynajmujących. Porozumienie między obiema stronami było jednak niezbędne dla przetrwania najgorszego okresu.

– W Blue City bardzo szybko porozumieliśmy się ze wszystkimi naszymi najemcami, bo uważamy, że trzeba było im pomóc. Wszystkie sklepy otworzyły się po kolejnych lockdownach, co jest również zasługą naszej szybkiej reakcji. W przypadku Blue City relacje z najemcami są dobre. Bardzo indywidualnie patrzymy na to, co się dzieje z ich finansami, w jaki sposób kształtują się ich obroty. Każda z tych bilateralnych rozmów jest inna, każda jest trudna i zajmuje mnóstwo czasu, ale nie można inaczej – mówi dyrektor marketingu w Blue City.

Jeżeli centra handlowe i ich najemcy nie odrobią choć części strat spowodowanych lockdownem, w efekcie mogą zacząć weryfikować swoje plany rozwojowe i szczegółowo analizować rentowność poszczególnych punktów. To z kolei może spowodować ograniczanie inwestycji i redukcję etatów, która uderzy w rynek pracy.

– Na pewno części inwestycji, które planowaliśmy przeprowadzić, nie będziemy mogli zrealizować w tym ani w przyszłym roku. Skupiamy się raczej na rzeczach związanych z bezpieczeństwem i takich, których nie można odłożyć, np. remoncie toalet. Natomiast część przyszłościowych inwestycji przesunie się co najmniej o rok lub dwa. Myślę, że inwestycje w nowe formaty rozrywkowe też na razie się zatrzymają. Jeżeli nie będziemy musieli czegoś robić natychmiast, będziemy niestety to odkładać – mówi Krzysztof Sajnóg.

Jak wynika z danych firmy doradczej PwC, centra handlowe zatrudniają w Polsce bezpośrednio ok. 400 tys. pracowników. Udział handlu w krajowym PKB wynosi 15,5 proc., natomiast centra handlowe odpowiadają za około 30 proc. polskiego handlu detalicznego (PRCH). Wartość samego podatku VAT generowanego przez obroty w centrach handlowych wynosi ok. 21 mld zł.