Nowe prawo restrukturyzacyjne może się sprawdzić w warunkach postcovidowych

Działalność gospodarcza w dobie koronawirusa była sinusoidą dla bardzo skrajnych branż, spośród których część dynamicznie zarysowywała swoją obecność na rynku, jednak wiele sektorów notowało rekordowe spadki, często zderzając się z widmem upadłości. Pandemiczny dorobek prawny okazał się całkiem ciekawą alternatywą wobec dotychczasowych przepisów restrukturyzacyjnych, a nisze najbardziej narażone na lockdown mogły, chociaż w pewnym stopniu, skorzystać z narzędzi pomocowych. Czy istnieje jednak szansa, aby ostatnie przepisy zagościły na dłuższą metę w krajowym prawodawstwie?

Gospodarka i branże w cieniu covidu

Jeszcze w początkowych etapach rozprzestrzeniania się covidu analitycy Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) opublikowali pierwsze prognozy dotyczące rzutowania pandemii na gospodarkę. Według raportu Interim Economic Outlook dynamika rozwoju w skali globalnej miała zwolnić o 2,4 proc. w 2020 roku, a wskaźniki za 1. kwartał poprzedniego sezonu miał być wręcz ujemny. Na rok 2021 z kolei przewidywano wzrosty rzędu 3,25 proc., co byłoby możliwe dzięki branżom “odpornym” na covid.

Te z kolei swoją działalność oparły na świecie cyfrowym, dlatego też nie dziwi dynamiczny rozwój sektora e-commerce, e-grocery, czy usług związanych z pracą zdalną. Z drugiej zaś strony należy pamiętać o rynkowym przetasowaniu, spowodowanym przez obostrzenia sanitarne. Na lockdownie najbardziej ucierpiała branża eventowa, sektor kultury oraz gastronomia. Cenną perspektywę dostarcza również struktura postępowań restrukturyzacyjnych, która dzięki analizom MGW CCG pokazała niejako “ukryte” sektory, zwalniające w świetle pandemicznych trendów.

Takim przykładem jest, chociażby branża handlowa, która tylko w III kwartale 2020 roku zajęła czołowe miejsce w kategorii otwartych postępowań restrukturyzacyjnych. Raport MGW wskazuje na bardzo wyraźną zależność między rozwojem e-commerce a ograniczonym polem manewru tradycyjnych spółek handlowych, które znacząco gasły w cieniu sklepów internetowych i decydowały się na postępowania restrukturyzacyjne. W tym kontekście game-changerem miały być tzw. przepisy covidowe.

Fala przepisów a decyzje spółek

W obliczu pandemii oraz potencjalnej recesji krajowa legislatura zaczęła masowo publikować nowe przepisy regulujące działalność gospodarczą. Według wyliczeń ekspertów z Open Eyes Economy Summit tylko w II kwartale 2020 roku uchwalono 339 stron specustawy, której zapisy miały chronić m.in. biznes i miejsca pracy. Ponadto, sam dokument doczekał się 188 rozporządzeń, a więc kolejnych 420 stron przepisów. W III kwartale w krajowym prawodawstwie pojawiło się 999 stron aktów wyjaśniających. Jak dynamiczne zmiany prawne wpłynęły na działanie przedsiębiorców?

Nowy krajobraz prawny w pewien sposób wymusił na spółkach szybką adaptację do nowych przepisów. W skali mikrozarządzania spora część firm zdała sobie sprawę wręcz z pozytywnego wpływu tak nieoczywistych warunków na proces aplikowania modyfikacji w relatywnie krótkim czasie. Co więcej, branże, które decydowały się na restrukturyzację, mogły skorzystać z narzędzi, mających potencjał do dalszego rozwoju w krajowym porządku prawnym. Jednym z najciekawszych rozwiązań było “Uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu”.

Według raportu „Restrukturyzacja przedsiębiorstw w 2020 roku – Analiza i interpretacja postępowań restrukturyzacyjnych” analityków z MGW CCG, tzw. UPOZU cieszyło się znaczącym zainteresowaniem szczególnie wśród przedsiębiorców segmentu MŚP. Ponadto, procedura była dominującym rozwiązaniem w skali wszystkich postępowań, ponieważ w IV kwartale 2020 roku stanowiła aż 80 proc. struktury. W całym zaś 2020 roku otwarto 385 uproszczonych postępowań o zatwierdzenie układu, z czego aż 204, czyli prawie 53 proc. to postępowania otwarte przez osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą.

Czas na przedłużenie UPOZU?

Do głównych zalet uproszczonego postępowania o zatwierdzenie układu respondenci zaliczali m.in. niskie koszty, nieskomplikowaną procedurę oraz uzyskanie ochrony przed wierzycielami na okres 4 miesięcy bez udziału sądu. Przepis obowiązuje na mocy obecnej ustawy jedynie do dnia 30 czerwca 2021 roku. Można się zatem zastanawiać czy po tej dacie będzie jego funkcjonowanie wydłużone czy też ta forma restrukturyzacji zniknie z polskiego porządku prawnego co byłoby ogromną stratą, zważywszy na inne, często odbiegające od ideału rodzaje postępowań restrukturyzacyjnych.

Problemem istotnej części pozostałych instrumentów pomocowych (w tym tzw. tarcz antykryzysowych) był m.in. chaos prawny, wewnętrzne sprzeczności płynące z formułowanych przepisów, szum informacyjny, niedoprecyzowania, nadmierne ograniczenie grup do których adresowane były poszczególne działania oraz nierzadko sprzeczne sygnały dla samych przedsiębiorców. W tych kategoriach UPOZU sprawdza się co najmniej sprawnie i niejako zachęca do racjonalnego zarządzania własnymi szansami jako przedsiębiorstwa. Szczególnie mechanizm otwierania postępowania i zapewnienia tym samym ochrony dłużnika jest krokiem w dobrą stronę ze względu na przeciążenia sądów restrukturyzacyjnych co skutkowało bardzo długim okresem rozpatrywania wniosków w pozostałych postępowaniach restrukturyzacyjnych.

Ten tryb otwierania postępowań zachęcał również przedsiębiorców do podjęcia decyzji o wejściu na ścieżkę restrukturyzacyjną. Wśród przedsiębiorców pokutuje bowiem ciągle obawa przed rozpoczynaniem procedur w które zaangażowany jest sąd, głównie z uwagi na skojarzenia co do przewlekłości takich postępowań, ale również reakcją wierzycieli.

Szansa na ułatwienia

Dla gospodarki natomiast ważnym jest rozwój narzędzi walki z nadmiernym zadłużeniem i niewypłacalnością. Im szybciej bowiem i sprawniej będziemy w stanie reagować na pojawiające się problemy z zadłużeniem, tym mniej negatywnych skutków będziemy doświadczać. Idea świadomej walki z niewypłacalnością powinna być priorytetem krajowej kultury biznesowej, czemu już dała fundamenty struktura prawna UPOZU.

Dobrą informacją zatem jest fakt procedowania projektu ustawy, która ma wprowadzać dorobek i doświadczenie UPOZU na stałe do polskiego porządku prawnego. Obecny kształt projektu daje nadzieję, że w niedługim czasie prawo restrukturyzacyjne będzie znacząco zmodyfikowane i to w kierunku który z punktu widzenia walki z niewypłacalnością jest pożądany. Trudno jednakże przesądzić ostatecznie jaki będzie finalny kształt ustawy i kiedy wejdzie ona w życie. Większość aktywnych uczestników tego rynku ma nadzieję na jej przyjęcie w perspektywie II bądź III kwartału br.

Know-how polskich przedsiębiorców może wymiernie zyskać na doświadczeniach covidowych pod warunkiem realnego wsparcia ze strony ustawodawcy. Dorobek prawny pandemii (bo o pewnym dorobku per se już można mówić) jest w stanie zmienić zasady gry na krajowej scenie biznesowej, a potencjał rozwiązań takich jak UPOZU mógłby w znacznym stopniu ułatwić życie wszystkim działalnościom — począwszy od jednoosobowych firm, a na dużych spółkach skończywszy. Tymczasem jednak warto trzymać się terminów, ponieważ szczególnie MŚP mają coraz mniej czasu na skorzystanie ze skutecznych narzędzi restrukturyzacyjnych.

Autor: Mariusz Grajda — Partner Zarządzający i członek Zarządu MGW Corporate Consulting Group

Cambridge University Press z Future Processing zmienia sposób, w jaki się uczymy

Cambridge University Press to wydawnictwo akademickie Uniwersytetu Cambridge, jednej z czołowych na świecie instytucji badawczych i edukacyjnych. Jest najstarszym nieprzerwanie wydawnictwem na świecie. Jego misją jest jak najszersze udostępnianie wiedzy w skali całego świata. Każdego roku publikuje ponad 2,5 tys. książek, które dystrybuowane są w ponad 200 krajach. Z kolei Cambridge Journals wydaje ponad 250 recenzowanych czasopism naukowych z różnych dyscyplin. Wiele z tych wydawnictw to wiodące publikacje akademickie w swoich dziedzinach naukowych. Zasoby Cambridge University Press tworzą jeden z najcenniejszych i najbardziej wszechstronnych zbiorów naukowych, dostępnych dla odbiorców z całego świata.

Jednym z głównych celów przyświecających działalności Wydawnictwa jest pomoc naukowcom z całego świata w wykorzystywaniu ich badawczego potencjału. Aby sprostać zmieniającym się potrzebom odbiorców, Cambridge University Press inwestuje w rozwój produktów i usług cyfrowych oraz w nowe, innowacyjne rozwiązania edukacyjne i badawcze.

Wspieranie cyfrowych innowacji

W styczniu 2020 roku Cambridge University Press wybrało polską firmę Future Processing zajmującą się rozwojem oprogramowania (software development) jako swojego partnera w zakresie zwiększania możliwości uniwersyteckiego zespołu technologicznego. W ciągu roku zespół Future Processing, który dedykowany jest angielskiemu wydawnictwu, zwiększył się z 6 do 15 inżynierów. W ramach dotychczasowej współpracy pomogli oni rozszerzyć możliwości Wydawnictwa w rozwoju zaawansowanego oprogramowania i opracowywania ulepszonych produktów cyfrowych.

Współpraca rozpoczęła się od rozszerzenia możliwości Cambridge Core – platformy umożliwiającej publikowanie książek naukowych i czasopism wydawanych przez Wydawnictwo. Zespół inżynierów nadal wspiera i rozwija procesy w ramach platformy, a także pomaga w jej kodowaniu. Wspólnym celem jest zapewnienie pełnej responsywności, stabilności i intuicyjności narzędzia oraz jak największego komfortu jego użytkowników.

Kolejnym obszarem współpracy jest uruchomiona niedawno przez CUP platforma Cambridge Open Engage. To narzędzie zapewniające naukowcom przestrzeń do publikowania materiałów (open content) dotyczących badań znajdujących się na wczesnym etapie realizacji. Przy jej opracowaniu Cambridge University Press współpracowało z wyspecjalizowanym w zakresie rozwoju oprogramowania zespołem doradców Future Processing, a także konsultowało projekt z naukowcami. W efekcie otrzymano produkt rozszerzający technologię stojącą za Cambridge Core w odniesieniu do publikowania wyników badań naukowych w ich wczesnej fazie. Charakterystyczny dla platformy jest fakt, że cała jej zawartość jest otwarta. Umieszczanie materiałów i zapoznawanie się ze znajdującymi się na niej treściami jest bezpłatne zarówno dla autora, jak i czytelników.

Relacje partnerskie na lata

Nowe produkty i usługi są podstawą umiejętności sprostania przez Cambridge University Press zmieniającym się potrzebom odbiorców i adaptacji do szybko zmieniającego się cyfrowego świata. Ścisła współpraca z Future Processing pozwoliła Wydawnictwu na urzeczywistnienie nowych pomysłów. Między innymi w postaci stworzenia i ulepszania platform, które realizując misję CUP, są jednocześnie dostosowane do zmieniających się wymagań klientów. Współpraca z polską firmą związana była z możliwością korzystania ze specjalistycznej wiedzy i umiejętności inżynierów zaangażowanych w kolejne projekty dla Wydawnictwa. Future Processing pomogło Cambridge University Press także w optymalnym wykorzystaniu procesów towarzyszących tworzeniu zaawansowanego oprogramowania i ulepszonych wyszukiwarek.

– Współpraca z grupą specjalistów Future Processing była dla nas wspaniałym doświadczeniem. Świetnie zintegrowali się z naszymi zespołami i odegrali dużą rolę w terminowym dostarczeniu naszych kluczowych produktów. Czekamy na zacieśnienie relacji w 2021 roku i dalszą współpracę, która pozwoli nam przygotować dla naszych klientów nowe, jeszcze lepsze produkty – podsumowuje Carolyn Robson, Technology Director for the Press’s Academic publishing group, Cambridge University Press.

Zarówno dla polskiej spółki, jak i angielskiego Wydawnictwa, ogromne znaczenie ma budowanie długoterminowego i dobrze zintegrowanego partnerstwa. W najbliższej przyszłości Future Processing będzie zapewniać Cambridge University Press stałe wsparcie oraz dbać o utrzymanie oprogramowania dla istniejących aplikacji. Wspólnym celem obu partnerów jest stała aktualizacja platform i utrzymanie ich dostępności dla klientów. Poprzez świadczenie przez FP usług eksperckiego doradztwa, CUP będzie miał dostęp do wiedzy o trendach technologicznych, stanowiącą fundament do podejmowania decyzji dotyczących rozwoju oprogramowania.

O danych z USA i bananie

Wczoraj odczyt z USA wskazujący na wzrost liczby osób zgłaszających się po zasiłek dla bezrobotnych we wstępnej reakcji przyniósł umocnienie dolara, wzrost rentowności obligacji skarbowych i spadki kontraktu na S&P500. Podobna reakcja miała miejsce dzień wcześniej… po zaskakująco dobrych danych o sprzedaży detalicznej. Złe czy dobre dane – reakcja taka sama. O co chodzi?

W przypadku sprzedaży detalicznej interpretacja wydawałaby się prosta. W obliczu skoku rentowności obligacji skarbowych dzień wcześniej silny wzrost sprzedaży detalicznej wzmacniał argumentację, że wsparte konsumpcją ożywienie gospodarcze będzie wywierać presję na wzrost cen, na co Fed będzie zmuszony odpowiedzieć odejściem od ultra-łagodnej polityki monetarnej. W rezultacie rynek długu musi wyceniać wcześniejszy start podwyżek stóp procentowych, co ma pozytywny wpływ na dolara, ale przykręcenie kurka z pieniędzmi zaszkodzi hossie na Wall Street. Ale 24 godziny później sprawy się skomplikowały, gdyż wzrost liczby bezrobotnych świadczy o wyzwaniach, jakie stoją przed gospodarką odbijającą po pandemii. Przedłużający się okres pozostawania dużej liczby Amerykanów bez pracy oznacza gorsze perspektywy gospodarcze, więc jest to negatywny sygnał dla giełdy. Pomoc fiskalna jest bardziej potrzebna, co oznacza wzrost zadłużenia USA i wyższą premię za ryzyko na obligacjach skarbowych USA (wzrost rentowności). Dolar podążał za wzrostem awersji do ryzyka na Wall Street i wyższymi rentownościami. Jedną i drugą reakcję aktywów da się wytłumaczyć, jeśli się ją potraktuje w oderwaniu od pozostałych czynników. Czy lepsze wyniki sprzedaży detalicznej nie oznaczają poprawy perspektyw zysków spółek z Wall Street? Czy słabsze dane z rynku pracy nie oznaczają, że Fed nie będzie spieszył się z normalizacją polityki, w efekcie rentowności i dolar powinny zniżkować? Albo może wzrost liczby wniosków o zasiłek skłoni Kongres do uchwalenia hojniejszego pakietu fiskalnego i paradoksalnie złe dane to dobra wiadomość?

Łatwo jest dopasowywać wytłumaczenie po fakcie, ale nie zawsze droga na skróty jest tą najlepszą, a ostatnie dni obnażają błędy takiego rozumowania. W tym miejscu zwróciłbym uwagę, że od czasu środowej publikacji danych o sprzedaży detalicznej futures na S&P500 jest niżej o 0,6 proc., rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA spadła o niecałe 2 pb, a indeks dolarowy DXY obniżył się o 0,4 proc. I nie chodzi mi tutaj o skumulowaną zmianę cen, ale skalę tych zmian. A ta jest niewielka, wręcz do zignorowania. W ciągu ostatnich 48 godzin w przypadku wszystkich trzech aktywów wystąpiło kilka ruchów cenowych przeciwnych do tego, co występowało kilka godzin wcześniej. Wniosek z tego jest taki, że aktualnie inwestorzy nie mają silnego przekonania co do kierunku. We wtorek wystraszyli się skoku rentowności i poszli w bezrefleksyjny ciąg przyczynowo-skutkowy, że wzrost rentowności musi oznaczać spadki indeksów. Dane z ostatnich dni bardziej stały się pretekstem, by wytłumaczyć zmiany cen w danym momencie niż były faktycznym katalizatorem.

Odnoszę wrażenie, że inwestorzy obecnie są jak 2-letnie dziecko, któremu chcemy podać banana. Nieważne, w jakiej postaci jadło tego banana poprzednim razem (w skórce czy bez skórki, w całości czy pokrojonego), nie mamy żadnej gwarancji, że dziś podając mu w ten sam sposób wszystko nie zakończy się histerią, bo zrobiliśmy to źle. Mamy trudny okres dla rynków, gdzie wstępna szczepionkowa euforia minęła i choć kres pandemii oraz odbicie gospodarcze jest przed nami, nie ma pewności co do jego skali, tempa i liniowości. Napływające na rynek informacje mają znaczenie lub nie, a wszystko zależy jakie aktualnie panują nastroje. Istotne jest, aby starać się wyjrzeć poza krótkoterminowe fluktuacje i nie stracić z pola widzenia końcowego celu. USA są na ścieżce ożywienia, które będzie potrzebować wsparcia fiskalnego i monetarnego jeszcze przez wiele miesięcy i kwartałów. To implikuje dalsze wzrosty indeksów i słabego dolara, niezależnie co mogłyby sugerować wzrosty rentowności. Banan w każdej postaci to wciąż ten sam banan.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kto nie płaci CIT-u, czyli o obchodzeniu podatku dochodowego

Podatek CIT, czyli podatek dochodowy nałożony na spółki i grupy kapitałowe, to jeden z najbardziej obchodzonych podatków w Polsce. Jego konstrukcja pozwala na liczne manewry, które minimalizują konieczność oddania państwu odpowiedniego procentu od przychodów. Jednym ze sposobów omijania CIT-u jest zaliczanie do kosztów uzyskania przychodu różnego rodzaju wydatków, które nie mają charakteru inwestycyjnego. Są to na przykład opłaty licencyjne, odsetki albo usługi służące do transferowania zysków za granicę. Takie praktyki prowadzą do tego, że państwo Polskie od lat traci miliardy złotych, które nie trafiają do skarbu państwa z podatku CIT. 

– To, czy dany podmiot płaci ten podatek w Polsce, jest miarą jego etyki podatkowej bądź patriotyzmu gospodarczego. W praktyce zdarzają się więc rynki, na których podmioty o bardzo porównywalnych, ogromnych obrotach wykazują bardzo różne wyniki, będące podstawą opodatkowania – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Rutkowski, radca prawny, doradca podatkowy i partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy sp. z o.o. – Dwoma sektorami, na przykładzie których świetnie widać problem unikania CIT-u, jest sektor handlowy i tytoniowy. Niektóre podmioty działające w branży handlowej płacą podatek CIT w kwotach kilkuset milionów złotych w skali roku. Inne zaś nie płacą go w ogóle. W sektorze tytoniowym dzieje się podobnie. Jeden podmiot od wielu lat płaci wysokie podatki, a cała reszta branży praktycznie nie odprowadza CIT-u – podkreśla Rutkowski.

Próg opłacalności na rynku biurowym

Jak rynek biurowy odczuwa skutki pandemii? Czy bardziej ucierpiały rynki regionalne czy Warszawa?

Ze względu na pandemię miniony rok charakteryzował się dużą dozą nieprzewidywalności. Wiązało się to z licznymi wyzwaniami ze strony najemców i wynajmujących. Sytuacja wymagała od najemców szybkich decyzji m.in. dotyczących przejścia w tryb pracy zdalnej. Wynajmujący natomiast musieli odpowiednio zadbać o bezpieczeństwo w biurowcach i zmienić strategie wynajmu. Inwestorzy z kolei zostali zmuszeni do ponownego przeanalizowania rentowności projektów i podjęcia decyzji o tempie wprowadzania na rynek nowych inwestycji. Mogliśmy obserwować zachowawczą postawę, zarówno wynajmujących, deweloperów, jak i najemców, co przełożyło się na spowolnienie na rynku biurowym.

W 2020 roku zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w miastach regionalnych było około 15 proc. niższe w porównaniu do roku 2019. Współczynnik pustostanów w regionach wzrósł średnio o 3,2 p.p., a wolumen powierzchni biurowych w budowie jest obecnie najniższy od 5 lat. W Warszawie zeszłoroczne wyniki zamknęły się 30 proc. spadkiem popytu na biura, a współczynnik pustostanów na rynku warszawskim wzrósł o 2,2 p.p.

Czy firmy podejmują już działania odnośnie reorganizacji zajmowanych powierzchni biurowych?

Wiele firm planowało powrót do biura jesienią 2020 roku, co niestety okazało się możliwe. Teraz decyzje odkładane są na połowę tego roku. Myślę, że właśnie teraz jest dobry czas na weryfikację zapotrzebowania na powierzchnię w nowej formule pracy w erze postcovidowej. Wielu naszych klientów zdecydowało się na rozpoczęcie dyskusji wewnątrz organizacji na temat kształtu nowego biura i jego nowej aranżacji z podziałem na funkcje. Wsparciem dla firm w takich rozmowach są analizy z zakresu workplace solutions, które opracowujemy.

Z naszych obserwacji wynika, że praca zdalna w określonym wymiarze zagości na stałe w zdecydowanej większości firm. Najbardziej trafną prognozą na tę chwilę wydaje się opcja łącząca pracę z domu i z biura czyli tzw. hybryda. Najprawdopodobniej w wielu firmach sprawdzi się tryb z 1- 2 dniami pracy z domu w cyklu tygodniowym lub dłuższym okresie, co wywoła wzmożoną rotację pracowników w biurach.

Jakie zapytania o powierzchnie biurowe spływają teraz od firm?

Z początkiem 2021 roku mogliśmy obserwować zdecydowane ożywienie na rynku. Wiele wstrzymanych procesów zostało uruchomionych ponownie, a klienci rozpoczęli rozmowy dotyczące, zarówno przeprowadzek, jak i przedłużania obecnych kontraktów.

Widocznym zjawiskiem jest też bardzo duża liczba podnajmów, natomiast tego typu oferty wiążą się zazwyczaj z najmem powierzchni, która nie całkiem dopasowana jest do potrzeb firm. Stanowią natomiast świetne rozwiązanie w sytuacji, gdy występuje zapotrzebowanie na krótkoterminowe uelastycznienie najmu.

W jakiś sposób firmy optymalizują koszty wynajmu?

Firmy optymalizują koszty najmu na kilka sposobów. Od dawna początek roku jest idealnym momentem na weryfikację ponoszonych opłat eksploatacyjnych, czyli kosztów funkcjonowania obiektów, w których wynajmowane są powierzchnie. Większość rozliczeń prowadzonych jest w formule „open book”. Tym samym, najemcy przy wsparciu specjalistów z firm doradczych mogą zweryfikować koszty ponoszone w tym zakresie w porównaniu ze standardami rynkowymi.

Druga, najbardziej popularna w tej chwili opcja optymalizacji kosztów to podnajem niewykorzystanej powierzchni biurowej. Ilość tego typu ofert jest na rynku w ostatnim okresie bardzo duża, co nie wpłynęła jednak znacząco na rynek regularnego najmu. Ważnym aspektem jest tu cena. Podnajmy oferowane są zazwyczaj na warunkach zbliżonych do cen rynkowych, a „okazje” należą do zdecydowanej mniejszości.

Ile z podpisywanych teraz umów to podnajmy?

Muszę przyznać, że trudno pokusić się o taką statystykę. W przypadku naszych klientów podnajem stanowi kilka procent wśród podpisywanych umów. Nie zmienia to faktu, że ofert tego typu jest na rynku w ostatnim okresie ogromnie dużo. Tylko w Warszawie podnajmy obejmowały w minionym roku ponad 130 000 mkw. powierzchni biurowej.

Jeżeli chodzi o strukturę zawieranych kontraktów, w ostatnim czasie zdecydowanie zyskały na znaczeniu przedłużenia, tj. renegocjacje umów najmu. Było to blisko 40 proc. przypadków. Często podpisywane są wtedy krótsze umowy, na 2-3 lata, co pozwala firmom zyskać więcej czasu do zastanowienia się nad docelowym kierunkiem działania.

Czy zmieniły się ceny wynajmu biur? Gdzie?

Stawki wywoławcze dotyczące najmu powierzchni biurowej co do zasady pozostają na zbliżonym poziomie, jak przed pandemią. Uelastycznianie się postawy wynajmujących dostrzegamy w momencie, kiedy proces negocjacji wchodzi w fazę zaawansowaną. I tutaj tak naprawdę nie ma już reguły, każdy przypadek jest indywidualny. Zależy to także od rodzaju obiektu. Od tego, czy na przykład negocjacje dotyczą starszych obiektów, których właściciele próbują zachować to samo portfolio najemców. Czy chodzi o podnajem? Czy mówimy o deweloperze, który poszukuje finansowania dla realizowanych obiektów i idzie na ustępstwa, proponując najemcom dodatkowe zwolnienia z opłat czynszowych lub znacznie wyższy niż jeszcze kilka miesięcy temu budżet na aranżację powierzchni. Należy jednak pamiętać, że wszystko ma swój „próg opłacalności” i wyczuć odpowiedni moment w negocjacjach.

Na stawki najmu w nadchodzących miesiącach może mieć też coraz większy wpływ widoczny wyraźnie spadek nowej podaży biurowej związany z przesuwaniem przez deweloperów terminów budowy nowych projektów.

Czy firmy poszukują okazji?

Jedne z okazyjnych ofert wiążą się z podnajmami. W niektórych, atrakcyjnych obiektach, które od lat były w pełni wynajęte, pojawiła się teraz możliwość wynajęcia powierzchni. Dotyczy to na przykład warszawskich biurowców usytuowanych przy trasie pierwszej linii metra, czy obiektów położonych przy Dworcu Głównym w Krakowie i we Wrocławiu.

Ponadto, na duże ustępstwa idą deweloperzy poszukujący finansowania dla swoich projektów we wczesnej fazie realizacji. Dla właścicieli decydujące znaczenie ma wtedy pozyskanie odpowiedniej ilości umów najmu na początku budowy inwestycji, co w klarowny sposób przekłada się na zwiększone zachęty dla najemców. Po określeniu tylko zapotrzebowania na powierzchnię, bez doprecyzowania jej aranżacji firmy mogą zyskać bardzo korzystniejsze warunki najmu.

Jakie nastroje i zjawiska rynkowe można zaobserwować?

Nadal wszyscy uczestnicy rynku oczekują na rozwój sytuacji, ale teraz ze zdecydowanym poczuciem nadejścia „odwilży”, która po części już zastąpiła i ma szansę przybrać na sile w kwietniu i maju tego roku.

Branża szykuje się do nowej, post pandemicznej rzeczywistości, która będzie inna, ale nie koniecznie gorsza. Wszyscy mamy świadomość uelastycznienia się sposobu świadczenia pracy, natomiast większość organizacji jasno podkreśla, że biura będą wciąż bardzo istotnym aspektem ich funkcjonowania. Szczególnie w kontekście podniesienia efektywności pracy, biorąc pod uwagę obecne zmęczenie pracowników i narastającą chęć odbudowy relacji społecznych.

Pozytywnym objawem jest też wzmożone zainteresowanie naszym rynkiem biurowym ze strony nowych inwestorów, co w ostatnich miesiącach naprawdę wyraźnie widać.

Autor: Mateusz Strzelecki, Partner / Head of Regional Markets w Walter Herz

Słabe dane z Polski, dobre ze strefy euro

Dzisiaj o 10:00 poznaliśmy zarówno słabsze dane z kraju, jak i lepsze ze strefy euro, czyli naszego głównego partnera handlowego. W rezultacie mamy dwa silne sprzeczne bodźce dla notowań złotego.

Więcej bezrobotnych za oceanem

Drugi tydzień z rzędu widzimy wzrost liczby nowozarejestrowanych bezrobotnych w USA. Jest to o tyle dziwne, że wzrost jest istotny, a większość prognoz wskazywała na to, że liczba rejestrujących się bezrobotnych po gwałtownym wybiciu na początku pandemii będzie stopniowo spadać i wracać w okolice poziomów sprzed pandemii. Pamiętajmy, że stopa bezrobocia spadła już do 6,3%, co wskazuje na to, że proporcjonalnie do wyników sprzed pandemii liczba wniosków jest nieproporcjonalnie wyższa. Słabsze dane przekładają się również na rynek walutowy, gdzie po raz kolejny obserwujemy słabszą dyspozycję dolara względem głównych walut.

Sprzedaż w Polsce

Po wczorajszych danych o produkcji przemysłowej w Polsce przyszedł czas na sprzedaż detaliczną. Ta z kolei wypada słabiej od oczekiwań. W ciągu roku spadła ona o 6%, podczas gdy oczekiwano wyniku o jeden punkt procentowy lepszego. Gorzej wypadła też produkcja budowlano-montażowa, która w ciągu roku spadła aż o 10%. Nie są to dane, które odbiegają od tego, co dzieje się w innych państwach, ale jest to pewien wyłom w serii ostatnich odczytów, które wyprzedzały oczekiwania. Zmiana ta na razie nie przyniosła istotnych zmian w kursie EURPLN.

Lepsze dane z Europy

W tym samym czasie co dane z Polski poznaliśmy wstępne dane ze strefy euro o indeksach PMI. Indeks dla przemysłu jest na bardzo wysokim poziomie 57,7 pkt, czyli aż o 3,4 pkt powyżej oczekiwań. Słabiej z kolei wypadł indeks dla usług. Rynki jednak jako ważniejszy uważają PMI przemysłowy stąd pozytywna reakcja. To właśnie dobre dane z Europy zamortyzowały złotemu negatywny wpływ krajowych danych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
15:45 – USA – PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Coraz więcej miast zwalnia restauratorów z opłat za alkohol. W kieszeni wrocławskich przedsiębiorców zostanie ok. 2 mln zł

Gastronomia jest jedną z branż, w które najbardziej uderzył lockdown i zamrożenie działalności związane z przeciwdziałaniem COVID-19. Restauracje i inne lokale mogą sprzedawać tylko na wynos i na razie nie ma mowy o możliwym terminie ponownego otwarcia. Dlatego coraz więcej miast – na mocy nowych przepisów – zwalnia przedsiębiorców z opłaty koncesyjnej za alkohol. Uchwały w tej sprawie przyjęto wczoraj w Warszawie i Wrocławiu. Urzędnicy w stolicy Dolnego Śląska szacują, że z ulgi tej skorzysta około tysiąca podmiotów z branży gastronomicznej. Wcześniej zwolniono wrocławskich restauratorów oraz właścicieli barów i pubów z opłat za ogródki.

Uchwała zwalniająca wrocławskich restauratorów z majowej transzy tzw. korkowego została przygotowana przez Klub Radnych Forum Jacka Sutryka, prezydenta miasta, i przyjęta jednogłośnie na sesji rady miasta 18 lutego.

 Miejscy radni przegłosowali uchwałę, w myśl której przedsiębiorcy prowadzący m.in. lokale gastronomiczne, bary i puby będą zwolnieni z drugiej, majowej transzy tzw. korkowego, czyli koncesji za sprzedaż alkoholu. Co ważne, tym przedsiębiorcom, którzy z góry zapłacili za cały rok, zostanie zwrócona 1/3 tej opłaty. To realna pomoc, ponieważ z tego zwolnienia skorzysta około tysiąca wrocławskich przedsiębiorców, którzy dzięki podjętej właśnie uchwale zaoszczędzą ok. 2 mln zł – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Obłoza z Biura Prasowego Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Opłaty koncesyjne są regulowane ustawowo. Dopiero pod koniec stycznia rząd umożliwił miastom i gminom odroczenie albo całkowite zwolnienie z nich przedsiębiorców. Restauratorzy musieli jednak do 31 stycznia złożyć oświadczenia o wysokości sprzedaży alkoholu i opłacić pierwszą transzę tzw. korkowego. Na mocy uchwały przyjętych przez radnych Wrocławia z drugiej, majowej transzy będą już zwolnieni – opłata po prostu nie zostanie nałożona. W przypadku, gdy przedsiębiorcy zapłacili za cały rok z góry, będą musieli wypełnić wniosek, który jest załącznikiem do uchwały, i złożyć go w Wydziale Zdrowia i Spraw Społecznych.

Warto jednak zaznaczyć, że po przegłosowaniu uchwały  trafia ona jeszcze do oceny wojewody dolnośląskiego. Może on bowiem uchylać uchwały. Jeśli więc dokument przejdzie przez wszystkie procedury, wnioski będzie można składać najpewniej od przełomu marca i kwietnia – wskazuje Marcin Obłoza. – Z tego rozwiązania może skorzystać każdy podmiot z branży gastronomicznej, to tylko kwestia kontaktu z urzędem miejskim.

Jak wskazuje, wrocławscy restauratorzy nie będą musieli płacić drugiej transzy tzw. korkowego, nawet jeżeli rząd zniesie obowiązujące w tej chwili obostrzenia, a lokale będą mogły wznowić działalność.

 Uchwała przewiduje, że ta pomoc zostanie zapewniona, więc w każdym możliwym scenariuszu przedsiębiorcy zostaną zwolnieni z tej drugiej transzy – zapewnia przedstawiciel miejskiego urzędu.

Wrocław już na początku epidemii, jako jedno z pierwszych miast, uruchomił pakiet pomocowy, czyli cały szereg zwolnień i odroczeń różnego rodzaju płatności, z których mogą korzystać lokalni przedsiębiorcy.

– Pomoc miasta rozpoczęła się wraz z rozpoczęciem stanu epidemii, czyli w okolicach marca zeszłego roku. Wtedy Wrocław wprowadził np. zwolnienie przedsiębiorców z podatku od nieruchomości. Warunek jest jeden: trzeba złożyć deklarację lub korektę deklaracji podatkowej i co miesiąc składać proste oświadczenie o niezdolności do regulowania zobowiązań. Za cały poprzedni rok ta kwota zwolnień z podatku od nieruchomości wyniosła już około 17 mln zł – mówi Marcin Obłoza.

Na zwolnienia z podatku od nieruchomości Wrocław zarezerwował w budżecie łącznie 50 mln zł. Na styczniowej sesji rada miasta przedłużyła obowiązywanie tej formy pomocy dla przedsiębiorców do połowy 2021 roku.

Kolejnym elementem Wrocławskiego Pakietu Pomocowego dla przedsiębiorców są też m.in. ulgi w czynszach za lokale użytkowe należące do zasobu miasta.

 Mówimy o lokalach, które są w zasobie Zarządu Zasobu Komunalnego i Wrocławskich Mieszkań. W tym przypadku można ubiegać się o obniżenie czynszu nawet do 80 proc. Każda sprawa jest traktowana indywidualnie i z naszych informacji wynika, że zainteresowanie jest bardzo duże – mówi przedstawiciel Biura Prasowego Urzędu Miejskiego Wrocławia. – To też kontynuacja pomocy z zeszłego roku, kiedy miasto zaproponowało czynsz za złotówkę i przedsiębiorcy, którzy mają swoje lokale w zasobie miejskim, mogli się o nią ubiegać. W ubiegłym roku z tytułu czynszu za złotówkę miasto udzieliło firmom pomocy na kwotę ponad 4 mln zł.

Jedną z wcześniejszych form pomocy udzielonych branży gastronomicznej we Wrocławiu było też zwolnienie restauratorów oraz właścicieli barów i pubów z opłat za ogródki gastronomiczne. W sumie z różnorakiej pomocy finansowej przewidzianej we Wrocławskim Pakiecie Pomocowym do tej pory skorzystało ok. 2 tys. tamtejszych firm, a łączna kwota udzielonego wsparcia przekroczyła 20 mln zł.

Farmaceuci pomogą służbie zdrowia poradzić sobie z długiem zdrowotnym po pandemii. To może być przełomowy rok dla ich działalności

Odsetek osób po 65. roku życia wśród czynnych zawodowo lekarzy wynosi ok. 20 proc. – Jesteśmy pod tym względem na niechlubnym trzecim miejscu w Europie – mówi Jarosław Frąckowiak z PEX PharmaSequence. Pod względem liczby lekarzy i pielęgniarek też nie wypadamy najlepiej, a statystyki z roku na rok są coraz bardziej niepokojące. Receptą na niedobór lekarzy w opiece zdrowotnej może być większe wykorzystanie potencjału farmaceutów. Będzie to możliwe dzięki nowej ustawie o zawodzie farmaceuty, która wejdzie w życie w kwietniu br. Jak ocenia ekspert, rozwój opieki farmaceutycznej pomoże polskiej służbie zdrowia radzić sobie z takimi problemami jak dług zdrowotny, który narasta podczas pandemii, czy starzejące się społeczeństwo.

Ten rok może okazać się przełomowy dla farmaceutów i rangi tego zawodu. Nie tylko ze względu na to, że przyjęto ustawę o zawodzie farmaceuty, o której mówiło się od 30 lat, czyli od czasu, kiedy branża została sprywatyzowana, ale przede wszystkim dlatego, że zaczęto dostrzegać rolę tej grupy zawodowej w systemie ochrony zdrowia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Frąckowiak, prezes PEX PharmaSequence.

Wpłynęła na to przede wszystkim pandemia i ograniczony dostęp do placówek medycznych. Naczelna Izba Aptekarska wskazuje, że tylko w pierwszych tygodniach zachorowań do aptek trafiło ponad 20 mln pacjentów. Wykorzystanie potencjału tej grupy będzie mieć także szczególne znaczenie w radzeniu sobie z długiem zdrowotnym, który zostanie z nami po pandemii.

Dług zdrowotny to wszystko to, co jest związane z brakiem diagnostyki i słabym dostępem do służby zdrowia w roku pandemicznym. Teraz trzeba będzie to jakoś naprawić. Mamy 10, czasem 20 czy 25 proc. mniej pacjentów zdiagnozowanych. Oni nie zostali cudownie wyleczeni, tylko wrócą do lekarzy w relatywnie gorszym stanie. A jeszcze „po drodze” nam się starzeje społeczeństwo, bo demografia nie jest korzystna – mówi ekspert.

Na to nakłada się jeszcze niedobór lekarzy. Według raportu przygotowanego przez firmę IQVIA „Opieka farmaceutyczna w Polsce” z marca 2020 roku liczba lekarzy specjalistów jest ok. 24 proc. niższa od średniej wyliczonej na podstawie danych z wybranych europejskich krajów, a w przypadku lekarzy POZ różnica ta wynosi ok. 42 proc. Dodatkowym problemem jest to, że około jednej piątej praktykujących lekarzy to osoby powyżej 65. roku życia (dane z rejestru Naczelnej Izby Lekarskiej). Część ich obowiązków będą mogli przejąć farmaceuci w ramach opieki farmaceutycznej, która zostanie uruchomiona dzięki nowej ustawie.

Na jej mocy farmaceuci będą mogli m.in. prowadzić konsultacje farmaceutyczne i robić przeglądy lekowe wraz z oceną farmakoterapii. Naczelna Izba Aptekarska szacuje, że dziś 6–13 proc. hospitalizacji to skutek nieprawidłowego zażywania leków, czego skutkiem mogą być interakcje czy powikłania polekowe zagrażające zdrowiu, a nawet życiu pacjentów. To o tyle groźne, że jedna trzecia pacjentów w wieku 65+ przyjmuje dziennie co najmniej pięć leków, będąc pod opieką pięciu różnych specjalistów.

Jeżeli ruszy opieka farmaceutyczna, jeżeli będzie można odciążyć służbę zdrowia, medyków, lekarzy, to ta grupa może być bardzo przydatna, ale na to potrzebne są pieniądze, większa liczba świadczeń i ich finansowanie – mówi prezes PAX PharmaSequence.

Ponadto farmaceuci będą mogli opracowywać indywidualne plany opieki farmaceutycznej, wykonywać proste badania diagnostyczne czy wystawiać recepty w ramach kontynuacji zlecenia lekarskiego (przepisy w zakresie ostatniego punktu wejdą w życie w 2022 roku).

Ustawa o zawodzie farmaceuty utwierdza wagę i rolę tego zawodu. Otwiera drogę do tego, żeby w sposób odpowiedzialny i sensowny wprowadzić opiekę farmaceutyczną jako element systemu ochrony zdrowia – mówi Jarosław Frąckowiak. – Są to bardzo różne usługi, które mogą być świadczone w aptekach, np. przegląd lekowy, który jest już często wykonywany przez farmaceutów. Zapobiega on efektowi polipragmazji, czyli przyjmowaniu tej samej substancji czynnej, ale pod postacią różnych nazw handlowych.

Jak pokazuje raport firmy IQVIA, korzyści z opieki farmaceutycznej to większa dostępność usług dla pacjenta i przybliżenie miejsca oferowania usług do miejsca zamieszkania, optymalizacja nakładu pracy lekarzy dzięki zwiększeniu liczby podmiotów oferujących daną usługę, poprawa profilaktyki oraz zwiększenie compliance pacjentów, czyli stopnia stosowania się do wytycznych terapii. Naczelna Izba Aptekarska zwraca też uwagę na wielomilionowe oszczędności dla całego systemu opieki zdrowotnej.

Spożycie mięsa spada z roku na rok, a pandemia tylko przyspieszyła ten trend. Branża mięsna i nabiałowa ruszają z produkcją roślinnych alternatyw

Roślinne zastępniki produktów odzwierzęcych przestały być niszą, weszły już do mainstreamu i coraz częściej trafiają do koszyków zakupowych. Część konsumentów całkowicie odchodzi od produktów i składników odzwierzęcych, ale znacznie większa grupa ogranicza ich spożycie lub ma taki zamiar. Na ten trend reagują również producenci, o czym może świadczyć coraz szersza półka produktów zastępujących mięso czy nabiał w sklepach ogólnospożywczych. Stale trwają także prace nad kolejnymi alternatywami. Wprawdzie laboratoryjnie wytwarzane mięso zakrawa jeszcze na science fiction, zwłaszcza w wymiarze masowym, technologicznie jednak jest już możliwe.

Trend roślinny ewoluował. Na początku mówiliśmy przede wszystkim o produktach, które były pozycjonowane konkretnie jako wegetariańskie czy wegańskie, teraz ta komunikacja jest niejako rozmiękczona, mówimy bardziej o produktach roślinnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Honorata Jarocka, senior food and drink analyst w firmie badawczej Mintel. – To pokazuje, że marki starają się wyjść do konsumenta masowego. Już nie ograniczają się do grupy konsumentów, którzy w stu procentach podążają za dietą wegetariańską czy wegańską  wychodzą bardziej do fleksikonsumentów, którzy w sposób świadomy ograniczają ilość produktów odzwierzęcych w swojej diecie i otwierają się na wszystko, co nowe. To, co napędza ten trend, to w dużej mierze atrybuty prozdrowotne.

Według przewidywań firmy Mintel rynek ten będzie dalej rósł, ponieważ coraz więcej osób zmienia dietę na lżejszą i bardziej urozmaiconą. Z drugiej strony konsumenci są także bardziej świadomi wpływu hodowli zwierząt gospodarskich na środowisko, gdyż pochłania ona wielokrotnie więcej energii i wody niż uprawa roślin. Z trzeciej wreszcie szukają oni także nowych doznań smakowych i chętnie wypróbowują np. pasty warzywne czy bezmięsne wędliny lub burgery.

Do tych ogólnych trendów dokłada się efekt pandemii – jeszcze większa dbałość o zdrowie swoje i rodziny oraz więcej czasu na przygotowywanie posiłków. Co piąty konsument zadeklarował, że w wyniku pandemii bardziej zainteresował się dietą wegańską.

– Nadal niewielki odsetek konsumentów deklaruje, że są stuprocentowymi wegetarianami czy weganami, ale pozytywne jest to, że coraz więcej osób deklaruje, że włącza do swojej diety alternatywy dla produktów mięsnych czy nabiałowych. Pandemia trochę przyspieszyła zainteresowanie dietą roślinną – zauważa Honorata Jarocka. – Ale produkty roślinne też są tańsze, jeśli mówimy o bazowych, nieskomplikowanych recepturach. Są dostępne, lokalne, półka roślinna jest całkiem spora, oferuje wiele wariantów, czy to są zamienniki dla sera, jogurtów, czy produktów mięsnych.

Z danych GUS wynika, że w 2019 roku spożycie mięsa średnio na mieszkańca spadło o 2,3 proc. wobec 2018 roku i wyniosło 61 kg, w tym mięsa surowego 34,4 kg (spadek o 3,1 proc.). Na niezmienionym poziomie utrzymała się konsumpcja drobiu (18,4 kg), co oznacza, że na popularności straciła wieprzowina. Wyraźnie więcej mięsa zjadali członkowie rolniczych gospodarstw domowych (nie tylko zresztą mięsa – także warzyw, mleka czy pieczywa). W 2019 roku na osobę przypadało w nich 70 kg produktów mięsnych, w tym 41,6 kg mięsa surowego (w tym 20,3 kg drobiowego).

Masowi producenci mięsa i wędlin, widząc ten trend, wprowadzili do swojego portfolio produkty roślinne, takie np. jak Rośl-inne kabanosy Tarczyńskiego, linia Z Gruntu Dobre Sokołowa, w skład której wchodzą wegańskie pasty i smalczyki, warzywne pasztety czy burgery. W trend ten włączają się także producenci nabiału – np. OSM Łowicz oferuje wegańskie jogurty, smarowidła, plastry, bloki i wiórki czy desery. Decyzja o rozpoczęciu produkcji wyrobów wegańskich zapadła już także w SM Mlekpol. Jak wynika z danych przytaczanych przez RoślinnieJemy, 40 proc. spożywczych gigantów ma osobny dział zajmujący się wyłącznie opracowywaniem i wprowadzaniem w pełni roślinnej żywności.

Myślę, że produkty roślinne nie mogą zagrozić tradycyjnej półce. Jest miejsce na produkty ze standardowej oferty nabiałowej czy mięsnej, ale również na warianty z półki roślinnej ­­– przewiduje analityczka Mintela. – To też przekłada się na sposób ekspozycji tych produktów w sklepach. Do tej pory były one pozycjonowane w odseparowanej części sklepu, teraz są położone obok siebie. To także pokazuje, że te segmenty nie konkurują ze sobą, ale się uzupełniają: każdy może jednego dnia wybrać alternatywę dla mięsa, drugiego dnia produkty standardowe.

Jej zdaniem produkty roślinne będą zyskiwały coraz prostszy skład, a producenci będą sięgać po coraz nowsze surowce bazowe do ich produkcji – kiedyś jedyną alternatywą dla mięsa było białko sojowe, obecnie sięga się po groch, słonecznik, buraki czy – to nowość – bób (marka Bobowina). W przypadku nabiału jest to ryż, kokos czy owies.

Inną drogą do ograniczenia tradycyjnej produkcji mięsa przy zachowaniu smaku jest mięso hodowane laboratoryjnie.

Jest to koncept na ten moment jeszcze drogi, bardzo niszowy, ale to też pokazuje, że ta kategoria się zmienia w odpowiedzi na potrzeby konsumentów – mówi Honorata Jarocka. – Część konsumentów deklaruje, że niekoniecznie tęsknią za tradycyjnym smakiem mięsa, ale są też tacy, którzy oczekują bliskości smaku czy tekstury. Wydaje mi się, że możemy się spodziewać bardzo wielu nowości roślinnych, które nie tylko zapewnią odskocznię od tego, co znane, ale także zaoferują nowe, ekscytujące doświadczenia smakowe.

Polska może stać się liderem w produkcji i wykorzystaniu wodoru w regionie. Rządowa strategia wymaga jednak więcej konkretów

Dobiegają końca konsultacje publiczne strategii wodorowej przedstawionej w styczniu przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Dokument wskazuje sześć celów, związanych m.in. z produkcją i wykorzystaniem wodoru w różnych dziedzinach gospodarki, np. transporcie, do realizacji przed 2030 rokiem. Zakłada także przygotowanie ram prawnych dla całego sektora. Ekspert firmy Esperis ocenia, że to projekt pod wieloma względami ambitny, zwłaszcza na tle państw regionu, ale brakuje w nim precyzji i konkretów. Dlatego będzie wymagać doprecyzowania na etapie kolejnych prac, które – przy determinacji rządu i biznesu – mogą się zakończyć w tym roku.

– Trzeba przyznać, że projekt strategii, który opisuje plany rządu w kontekście gospodarki wodorowej, jest dosyć obszerny. Idziemy od kształcenia kadr, poprzez kwestie regulacyjne i wykorzystanie wodoru w różnych gałęziach gospodarki. Jest też trochę o finansowaniu oraz transporcie, magazynowaniu i produkcji wodoru. Tak więc ta strategia próbuje całościowo podejść do zagadnienia gospodarki wodorowej, ale są w niej też elementy niedopowiedziane, wspomniane tylko lakonicznie i dobrze by było, żeby zostały wyjaśnione szerzej na etapie kolejnych prac i konsultacji – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Antas, partner zarządzający Esperis.

W połowie stycznia Ministerstwo Klimatu i Środowiska przekazało projekt „Polskiej Strategii Wodorowej do roku 2030 z perspektywą do 2040” do 30-dniowych publicznych konsultacji. Dokument wymienia w sumie 40 działań koniecznych do realizacji sześciu celów, które mają zostać osiągnięte w tej dekadzie. Są to: wdrożenie technologii wodorowych w energetyce i wykorzystanie wodoru jako paliwa alternatywnego w transporcie, wsparcie dekarbonizacji przemysłu, wdrożenie produkcji wodoru w nowych instalacjach, sprawna i bezpieczna dystrybucja wodoru oraz stworzenie stabilnego otoczenia regulacyjnego dla rynku wodorowego. Rząd liczy, że rozwój rynku wodoru zapewni bodziec do rozwoju gospodarczego, inwestycji i tworzenia nowych miejsc pracy, a przy tym przyczyni się też do transformacji energetycznej i ograniczenia krajowych emisji.

– Cele zawarte w tej strategii to m.in. zastosowanie wodoru w transporcie publicznym i 2 tys. autobusów wodorowych na koniec tej dekady. To dużo, biorąc pod uwagę fakt, że na razie nie mamy w Polsce infrastruktury do przesyłu wodoru, stacji ani odpowiednich przepisów. Inne cele są już trochę mniej precyzyjne. Jest idea, żeby rozwijać polskie instalacje do produkcji wodoru – małe elektrolizery o mocy 1 MW. Rząd zgłasza też potrzebę zazielenienia produkcji wodoru w polskim przemyśle. Ponadto ambitnie chcemy wprowadzić wodór w transporcie ciężkim, kolejowym, lotniczym, morskim, chociaż tutaj nie ma jeszcze dokładnych wytycznych – wymienia Łukasz Antas. – W rządowej strategii wodorowej jest sporo ambitnych elementów, ale brakuje precyzji.

Jednym z celów wyznaczonych przez rząd jest zainstalowanie do 2030 roku 2 GW mocy w elektrolizerach, które będą produkować blisko 200 tys. ton zielonego wodoru rocznie.

Te 2 GW to dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w Polsce właściwie nie ma takich urządzeń ani fabryk, które mogłyby to wyprodukować – mówi ekspert Esperis.

Co istotne, wodór – aby przyczynił się do dekarbonizacji polskiej gospodarki – musi być zielony, czyli produkowany przy wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii. Polska natomiast jest w tej chwili drugim po Niemczech największym producentem szarego wodoru, produkowanego z paliw kopalnych i CO2. W 2030 roku będzie on nadal stanowić większość, ale zielony wodór będzie stopniowo zyskiwać na znaczeniu. Polska – z 2 GW – miałaby odpowiadać w 2030 roku za 5 proc. mocy produkcji zielonego wodoru zainstalowanych w UE zgodnie z założeniem strategii unijnej.

Na Zachodzie plany są dużo większe, np. Niemcy planują 5 GW do końca tej dekady, Holendrzy 3–4 GW, Francuzi nawet więcej, 6,5 GW – mówi Łukasz Antas.

Jak podkreśla, podobnie wygląda kwestia zaplanowanych nakładów na wdrożenie strategii wodorowej. Niemcy chcą na rozwój rynku przeznaczyć 9 mld euro, Francja – 7 mld euro, a według wyliczeń rządu Polska w tej dekadzie powinna zainwestować ok. 15 mld zł. Chociaż – jak zastrzeżono w strategii – podana kwota uwzględnia jedynie nieliczne koszty inwestycyjne.

– W strategii w ogóle nie odniesiono się do kwestii obniżenia emisyjności polskiej gospodarki. Strategie innych krajów zawsze przedstawiają korzyści w postaci redukcji określonej liczby tysięcy ton CO2, to jest istotne z perspektywy wymogów unijnych i trendu ekonomicznego, który się wiąże z wprowadzeniem technologii niskoemisyjnych i zeroemisyjnych. W przypadku Polski ta liczba w ogóle nie padła, w związku z tym nie wiadomo, jaka będzie korzyść. Bo to jest wymierna korzyść – dzięki temu przemysł nie będzie płacił chociażby za emisję CO2, co teraz wpływa chociażby na cenę polskiego prądu – mówi ekspert Esperis.

Jak ocenia, jedną z ciekawszych – choć lakonicznych – koncepcji zawartych w rządowej strategii jest utworzenie pięciu dolin wodorowych na wzór klastrów przemysłowych, gdzie firmy będą mogły współpracować w ramach jednego łańcucha wartości i tworzyć nowe technologie wodorowe.

– Nie wiadomo jednak, jakie są wymogi wobec takich dolin. Jeżeli samorządy chciałyby je tworzyć na terenie Polski z firmami, to nie wiedzą, co muszą spełnić, jakie pieniądze za tym pójdą. Polskie firmy technologiczne z kolei nie mają przedstawionego schematu, jak od pomysłu mogą dojść do konkretnych finansowań. Wyobrażam sobie, że oprócz pieniędzy NCBiR-u można już przemyśleć całą ścieżkę akceleracji, w którą zaangażują się też spółki Skarbu Państwa należące do największych producentów wodoru i mające często akceleratory dla małych firm czy start-upów – podkreśla Łukasz Antas.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Esperis („Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”), w tej chwili globalny rynek wodoru jest dopiero w początkowej fazie rozwoju. Światowa produkcja sięga ok. 74 mln ton rocznie, a przodują w niej Stany Zjednoczone (ok. 10 mln ton) i Unia Europejska (w tym Polska – ok. 1 mln ton, a największym producentem jest Grupa Azoty). Niskoemisyjny, zielony wodór odpowiada w tej chwili raptem za ok. 5 proc. europejskiej produkcji, ponieważ jego wytwarzanie wciąż pozostaje droższe.

Na początku lipca ubiegłego roku także Komisja Europejska przedstawiła strategię wodorową, która ma być impulsem dla rozwoju tego rynku w UE. Komisja przewidziała w niej wsparcie instytucjonalne i finansowe. Równolegle zainicjowała też Europejski Sojusz na rzecz Czystego Wodoru (The European Clean Hydrogen Alliance), który ma pomóc w realizacji nowej strategii i zapewnić wsparcie finansowe dla rozwoju technologii wodorowych.