W branży IT rośnie zapotrzebowanie na rozwiązania chmurowe i sztuczną inteligencję. Coraz bardziej poszukiwani są także specjaliści w tych dziedzinach

W dobie pandemii wzrosło zainteresowanie rozwiązaniami chmurowymi. Tym samym rośnie zapotrzebowanie na programistów i architektów, którzy zaprojektują rozwiązania w taki sposób, żeby korzystać z tego, co oferuje chmura. Pracodawcy szukają też specjalistów, którzy łączą kompetencje programistów i administratorów. Pożądane są przede wszystkim technologie webowe. W IT coraz częściej pojawiają się kompetencje związane ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. – Na rynku IT z pewnością pojawi się zapotrzebowanie na te technologie, które umożliwiają pracę możliwie automatyczną – ocenia Adam Kukołowicz, dyrektor technologiczny Bulldogjob.

– Nowe kompetencje, które są poszukiwane na rynku pracy w IT, wiążą się z tym, co zadziało się w ostatnim roku. Firmy po prostu zmieniły sposób, w jaki pracują, a coraz więcej osób pracuje zdalnie. W zeszłym roku tylko 8 proc. specjalistów IT pracowało zdalnie, w tegorocznym badaniu „Badanie społeczności IT 2021” deklaruje to aż 73 proc. Ten sposób się przyjął, bo aż 29 proc. ankietowanych chciałoby już pozostać w pełni zdalnie, reszta preferowałaby jakieś rozwiązanie hybrydowe, w stylu dwa–trzy dni z domu, a reszta w biurze – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Kukołowicz.

Według raportu Bulldogjob „Badanie społeczności IT 2020” (ukazującego dane za 2019 rok) praca w pełni zdalna była możliwa wyłącznie dla 13 proc. seniorów, 8 proc. midów i tylko 4,6 proc. juniorów. Sytuacja diametralnie się zmieniła podczas pandemii. Oznacza to duże zmiany nie tylko ze względu na mniejsze zapotrzebowanie na powierzchnię biurową, lecz także inne poszukiwane kompetencje.

– Trzeba zmienić sposób, w jaki pracujemy. Widać to przede wszystkim we wzroście użycia takich technologii jak technologie chmurowe różnego rodzaju. W zeszłorocznym badaniu 48 proc. ankietowanych ich używało, teraz jest to już 56 proc. To jest spora zmiana, tym samym wygląda na to, że te technologie chmurowe będą coraz bardziej potrzebne – ocenia Adam Kukołowicz.

Firma Deloitte w raporcie „TMT Predictions 2021” wskazuje, że pandemia przyspieszyła zmiany technologiczne. W 2021 roku wartość globalnego rynku rozwiązań architektury rozproszonych zasobów IT wyniesie 12 mld dol. Do 2023 roku 70 proc. przedsiębiorstw może stosować najnowocześniejsze technologie tego typu do przetwarzania danych. Wartość wydatków na rozwiązania chmurowe nieco spadła, jednak zdaniem ekspertów rynek usług w chmurze okazał się odporny na kryzys. Gdy cały świat zaczął pracować zdalnie, wzrosło zapotrzebowanie na ogólnie pojęte usługi cyfrowe. W latach 2021–2025 wzrost przychodów usług w chmurze utrzyma się na poziomie z 2019 roku i wyniesie 30 proc.

Przedsiębiorstwa będą jednak coraz częściej wdrażać technologie chmurowe dla zwiększenia oszczędności. Oznacza to zmiany na rynku pracowników.

– Żeby mądrze używać chmury, trzeba programistów i architektów, którzy zaprojektują i zaimplementują te rozwiązania w taki sposób, żeby korzystać z tego, co oferuje chmura. Trzeba też ludzi, którzy łączą kompetencje programistów i administratorów w jednej osobie, by inteligentnie wgrywać i skalować tego typu rozwiązania. To, co się faktycznie zadziało w tym roku, to wzrost zainteresowania kompetencjami chmurowymi i ten trend już się raczej nie odwróci – podkreśla ekspert.

Pożądane są przede wszystkim kompetencje związane z aplikacjami biznesowymi opartymi na technologiach webowych. Według danych Bulldogjob to Java jest głównym językiem programowania. Dalej znalazły się CHASH oraz JavaScript, PHP i C++, zaś na popularności cały czas zyskuje Python.

– Widać po wzroście zainteresowania JavaScriptem, że podążamy za tym, co robi się na Zachodzie, gdzie ten język jest bardzo mocno wykorzystywany. Co prawda na razie specjaliści JavaScriptu nie zarabiają aż tak dobrze jak ich koledzy z Javy czy C Sharpa, ale prawdopodobnie się to zmieni wraz ze wzrostem popytu – przekonuje Adam Kukołowicz.

Jak zauważa ekspert, w IT coraz wyraźniej widać wzrost zainteresowania rozwiązaniami sztucznej inteligencji.

– Wśród programistów, którzy głównie wykorzystują Pythona w swojej pracy, 6 proc. już używa bibliotek, które są powiązane ściśle z uczeniem maszynowym, takich jak TensorFlow czy PyTorch jako główne narzędzie swojej pracy. Widać, że sztuczna inteligencja zaczyna się w IT pojawiać, jednak jeszcze prawdopodobnie nie będzie to coś, co zmienia obraz całego IT – prognozuje dyrektor technologiczny Bulldogjob.

Co istotne, rośnie zapotrzebowanie na technologie umożlwiające pracę zdalną i tym samym specjalistów, którzy łączą różne kompetencje i umiejętności. O ile polska branża IT to przede wszystkim programiści (56,7 proc.), a 13 proc. osób w „Badaniu społeczności IT 2021” zadeklarowało pracę na stanowisku administratora lub DevOpsa, o tyle sytuacja stopniowo się zmienia, by dostosować się do bardziej zróżnicowanego środowiska chmurowego.

– Pracownik IT przyszłości to taka osoba, która nie jest specjalistą w jednym bardzo wąskim obszarze, tylko raczej zna szerszy kontekst, np. tego, w jaki sposób są te aplikacje wdrażane, w jaki sposób funkcjonują i dzięki temu jest w stanie dopasować swoją pracę do sposobu, w jaki tworzone są te nowoczesne aplikacje. Czyli chmurowo, w sposób dość sprytny, zwinny, lekki, bez rozwiązań znanych bardziej z przeszłości, gdzie występowały ciężkie serwery aplikacyjne – mówi Adam Kukołowicz.

Miejskie Filtry Powietrza walczą nie tylko ze smogiem, lecz także z koronawirusem. Wkrótce w Warszawie będzie pięć takich urządzeń

Opracowany przez Polaków Miejski Filtr Powietrza w ciągu doby oczyszcza kubaturę wielkości Stadionu Narodowego. Okazuje się jednak, że może być równie skuteczny w walce z SARS–CoV–2. Urządzenie jest w stanie filtrować cząsteczki o rozmiarze powyżej 1/10 µm. Koronawirus ma rozmiary od 0,06 do 0,14 µm, ale ponieważ przenosi się przede wszystkim na większych kropelkach wilgoci, Miejski Filtr Powietrza może je w dużej mierze oczyścić.

– Koronawirus i jakość powietrza to są problemy, z którymi musimy się teraz borykać, i nasze urządzenie w pewnym sensie zwalcza oba z nich – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Baranowski, prezes Oxygen City. – Miejskie Filtry Powietrza są w stanie wyeliminować znaczącą większość koronawirusa z powietrza, więc w pewnych warunkach może to być skuteczne narzędzie.

Badania pokazują, że oczyszczacze powietrza wykorzystujące światło UV są skuteczną metodą walki z koronawirusem. Nawet 99,9 proc. koronawirusów może zostać zabitych pod wpływem światła UV-C. W większości jednak oczyszczacze powietrza UV są zbyt słabe, aby zabijać wirusy. W przypadku typowego domowego urządzenia tego typu wirusy w powietrzu musiałyby przejść 36 razy przez jego filtry, zanim zostałoby zabite 99,9 proc. z nich. Jonizatory są skuteczne w oczyszczaniu powietrza, jednak niekoniecznie sprawdzą się przy SARS–CoV–2.

Z koronawirusem radzą sobie natomiast oczyszczacze powietrza z filtrem, takie jak Miejski Filtr Powietrza.

– Nasze urządzenie jest w stanie filtrować różne cząsteczki, nie tylko pyły zawieszone o rozmiarze powyżej 1/10 µm. Koronawirus ma rozmiary od 0,06 do 0,14 µm, w związku z tym modelowo połowa z nich przechodzi, połowa nie, natomiast wirus głównie przenosi się na kropelkach wilgoci, które z reguły mają większą wielkość. Dzięki temu te kropelki wilgoci są powstrzymywane przez filtry, a skoro kropelki, to też koronawirus, który się na nich przenosi  – tłumaczy Krzysztof Baranowski.

Oczyszczacze firmy Oxygen City działają na zasadach elektrostatyki. Eliminują z przestrzeni publicznej m.in szkodliwe dla zdrowia pyły zawieszone PM10 i PM2,5, kurz, alergeny, grzyby, pleśnie i wirusy.

– Może to być narzędzie wspierające eliminację tych szkodliwych czynników z powietrza. W pewnych warunkach w zamkniętych przestrzeniach będzie bardzo skuteczne, na otwartej przestrzeni ta skuteczność będzie trochę mniejsza ze względu na to, że powietrze się miesza, wymienia, natomiast na pewno nasze urządzenie ma pozytywny wpływ na jakość powietrza – przekonuje prezes Oxygen City.

Jakość powietrza ma ogromny wpływ na nasze zdrowie, zwiększa też ryzyko ostrzejszego przebiegu choroby przy ewentualnym zakażeniu koronawirusem. Profesor Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie dr hab. inż. Piotr A. Kowalski twierdzi, że nawet mały wzrost zanieczyszczeń w postaci cząsteczek stałych na długi czas przed rozpoczęciem pandemii ma wpływ na ostrzejszy przebieg choroby. Miejski Filtr Powietrza ma zaś skuteczność na poziomie ponad 90 proc., a jedno urządzenie jest w stanie oczyścić nawet 30 mln m3 powietrza w ciągu miesiąca.

Co istotne, urządzenie może działać cały rok, zwłaszcza że zanieczyszczenie powietrza w Polsce jest problemem nie tylko w okresie jesienno-zimowym. Jak podaje NIK, w największych miastach Polski transport samochodowy stanowi nawet większy problem niż emisja pyłów z ogrzewania domów. W skali kraju samochody odpowiadają za ok. 10 proc. przekroczeń dopuszczalnego poziomu zanieczyszczeń, ale w centrach dużych miast przekroczenia są wielokrotnie większe i sięgają nawet 80 proc.

– Nasze filtry mogą i wręcz powinny być używane przez cały rok, ponieważ z reguły w zimie bardziej odczuwamy, a nawet czasami widzimy tę złą jakość powietrza. Natomiast nasze pomiary wskazują, że również w lecie dotyka nas problem złej jakości powietrza, więc również wtedy jest co czyścić. Nie tylko pyły zawieszone, ale np. pyłki roślin, które mogą być problemem w okresie wiosenno-letnim – wskazuje Krzysztof Baranowski.

Miejski Filtr Powietrza oczyszcza już warszawski Wilanów. Wkrótce w Warszawie mają stanąć jeszcze cztery takie urządzenia. Także w Krakowie niebawem ma się pojawić taki filtr.

Pandemia, która zmieniła Employer Branding

Nowa rzeczywistość na nowo zdefiniowała zachowania liderów i oczekiwania pracowników.
Jakie wyzwania czekają nas wraz z „powrotem do normalności”?

Pandemia Covid-19 wywróciła system, w jakim od lat pracowały firmy. Wraz z tym, zmianie uległ sposób komunikacji, a employer branding zyskał na znaczeniu.

Łatwe dostosowanie

Przestawienie się na pracę zdalną było dla ponad 80% pracowników w Europie łatwe lub bardzo łatwe – wynika z raportu Deloitte „Voice of the European workforce”. Dla Polaków istotną rolę odegrało w tym zaufanie współpracowników i liderów. Stworzenie takiej atmosfery wymagało jednak świadomego wysiłku ze strony przełożonych, wskazali autorzy raportu.

– Okazało się, że pracownicy mogą, bez większych problemów, świadczyć pracę zdalnie z domu. Jednocześnie tworzą oni swoistą sieć oddziałów jednoosobowych. Menadżer zarządza tą siecią, a nie jak było do tej pory zespołem osób siedzących w jednym pomieszczeniu – mówi Paweł Ziemba, wieloletni prezes zarządu Skandii i Vienna Life Vienna Insurance Group.

Empatia i zrozumienie

Nowa sytuacja pociągnęła za sobą konieczność zmian w zachowaniu kadry zarządzającej. W pracy w biurze jedną z głównych cech lidera była charyzma. W wyniku pandemii ważniejsza stała się empatia i koleżeńskie relacje. Pracownicy w swoich szefach poszukiwali wsparcia i zrozumienia, szczególnie w początkowym etapie lockdownu. Na znaczeniu zyskały też umiejętność budowy poczucia wspólnego sensu.

Nowy porządek

Pracownicy z upływem czasu przywykli do nowego modelu pracy – mija już prawie rok, odkąd funkcjonują w nowej rzeczywistości. – Z jednej strony mamy osoby, które ułożyły sobie nowy ład i działają w nim, jedni lepiej, inni gorzej. Obecna sytuacja stała się dla nich status quo. Nie czują potrzeby wracania do biur, a potencjalny powrót generuje w nich mieszane uczucia, czasem wręcz pogwałcenia wypracowanego do tej pory porządku – mówi Anna Dziedzic, wiceprezes zarządu agencji Świeża Bazylia PR.

Inni mają dosyć siedzenia w domu i z chęcią wróciliby do „normalnej” pracy w biurze.
– Szczególnie widoczne jest to m.in. w branżach przemysłowych, gdzie załoga, niezależnie od fal pandemii, realizuje plany produkcji, a tzw. część administracyjna pracuje w trybie pracy zdalnej – dodaje Anna Dziedzic. – Podczas rozmów z klientami słyszymy, że część pracowników potrzebuje wrócić do „normalności”, otrzymujemy informacje, że te osoby czują się wykluczone, będąc od prawie roku na pracy online – mówi wiceprezes agencji Świeża Bazylia PR.

Powrót do „normalności”

Wraz z rosnącą ilością osób zaszczepionych przeciw Covid-19, powroty do „normalnego trybu pracy” staną się coraz bardziej powszechne. Wielu pracodawców już dzisiaj zapowiada jednak, że da swoim pracownikom możliwość wyboru, w jaki sposób chcą pracować – w biurze czy w domu.

Część z nich chce nawet wprowadzić obowiązek częściowej pracy zdalnej.
Jak wskazuje Deloitte, opcji pracy zdalnej spodziewa się 62 proc. pracowników w Europie i 57 proc. nad Wisłą. Odsetek ten jest większy wśród osób, które do tej pory nie miały takiej możliwości.

Spojrzenie w przyszłość

Jak będzie wyglądała przyszłość employer brandingu? Zdaniem zarządzających firmami, przy rozproszeniu kadry, przedsiębiorstwa muszą nauczyć się zarządzać autonomicznymi pracownikami i zespołami. Największą zaletą postpandemicznych przedsiębiorstw stanie się umiejętność szybkiego dostosowywania się do warunków panujących w danym momencie.

– Planując działania na nowe czasy, trzeba będzie odciąć się od dotychczasowych schematów. Przed przystąpieniem do projektowania komunikacji z pracownikami, szczególnego pogłębienia będzie wymagała część analityczna. Niewątpliwie, ważną składową employer brandingu będzie opracowywanie planów odbudowy wspólnoty organizacji, która poprzez przejście na pracę zdalną, została zakłócona – przewiduje Anna Dziedzic.

Nowe znaczenie

Życie bardzo przyspieszyło, przeprowadzając pracowników i pracodawców przez pewne fazy zmian w sposób zupełnie niezaplanowany i nieoczekiwany. To, czego kiedyś się obawiano, nagle stało się normalnością. Jak twierdzą socjolodzy, staliśmy się świadkami zmian znacznie głębszych niż tylko forma świadczenia pracy. Zmienia się postrzeganie i znaczenie organizacji jako miejsca, wspólnego bytu. Zmianie ulega model zarządzania, tworzenia poczucia wspólnoty i kultury organizacyjnej.

– Firma rozumiana jako miejsce, ma nie tylko wymiar biznesowy, ale coraz większego znaczenia nabiera wymiar społeczny. Współodpowiedzialność, przyjemność wspólnej pracy, wspólnego spędzania czasu, będą nabierały nowego znaczenia – podsumowuje Paweł Ziemba.

Polska może stać się ważnym europejskim centrum produkcji farmaceutycznej

Uzależnienie Unii Europejskiej od dostaw produktów farmaceutycznych spoza kontynentu, długie łańcuchy dostaw, utrata kompetencji wytwarzania – zagroziły bezpieczeństwu Europejczyków. Dlatego konieczne jest wsparcie produkcji leków i substancji czynnych w Polsce i innych unijnych państwach. Dzięki wyszkolonej i doświadczonej kadrze, a także istniejącej infrastrukturze Polska może stać się ważnym europejskim centrum produkcji farmaceutycznej – uważa Konfederacja Lewiatan.

W przyszłym tygodniu odbędzie się posiedzenie high-level meeting Komisji Europejskiej z udziałem przedstawicieli Parlamentu Europejskiego i przemysłu farmaceutycznego państw członkowskich dotyczące powrotu produkcji substancji czynnych do Unii Europejskiej.

Pandemia pokazała, jak istotne jest posiadanie silnego europejskiego i krajowego przemysłu farmaceutycznego oraz ujawniła słabość gospodarki, która stworzyła złożony system światowych współzależności. Okazało się, że solidarność UE jest bardzo istotna, ale musi być zbudowana na silnych fundamentach – zdolnościach i kompetencjach państw UE. Dlatego konieczne jest wsparcie budowy silnych, narodowych branż farmaceutycznych, co przełoży się na zdrowotne bezpieczeństwo UE – równie ważne jak energetyczne czy militarne.

Europejski sektor farmaceutyczny wykorzystuje do produkcji leków ponad 60% surowców z Chin i Indii. 30% leków generycznych stosowanych w Europie pochodzi z Azji. Pandemia wskazała na konieczność zwiększenia strategicznej autonomii Europy.

– Instytucje Unii Europejskiej dostrzegają potrzebę wzmocnienia europejskiej suwerenności w zakresie wytwarzania substancji czynnych, jak i leków gotowych w oparciu o już istniejący przemysł farmaceutyczny, ale i o nowe inicjatywy gospodarcze. Polska, która posiada długoletnią tradycję w produkcji farmaceutycznej i dostęp do wyspecjalizowanej kadry może odegrać w tym znaczącą rolę. Konieczne jest wdrożenie instrumentów wsparcia krajowych producentów leków. Proponujemy utworzenie międzyresortowego zespołu z udziałem przedstawicieli krajowego przemysłu farmaceutycznego dotyczącego bezpieczeństwa lekowego Polski, który wypracowałby spójną strategię działania na poziomie krajowym, jak i unijnym – mówi Kacper Olejniczak, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Przemysł farmaceutyczny w liczbach:

  • 60% surowców do produkcji leków w Europie trafia z Chin i Indii
  • 30% leków generycznych wykorzystywanych w Europie pochodzi z Azji
  • 1% PKB Polski wytwarza przemysł farmaceutyczny
  • 100 tys. miejsc pracy w Polsce generuje przemysł farmaceutyczny
  • 50% refundowanych dziennych terapii dostarczają krajowi producenci

Zdaniem Konfederacji Lewiatan konieczne jest wdrożenie stabilnej polityki ekonomicznej, przemysłowej i regulacyjnej. Inwestycje w wytwarzanie substancji czynnych, pomocniczych i leków w Europie wymagają wsparcia rządów i UE. Przy ich lokowaniu należy zachować geograficzne zrównoważenie i zapewnić nieprzerwane łańcuchy dostaw w przypadkach nadzwyczajnych, np. pandemii. Konieczne jest zapewnienie elastycznego procesu rejestracyjnego wykorzystującego digitalizację oraz skrócenie procedury rejestracji dla europejskich producentów. Ważne jest również preferowanie w zakresie polityki refundacyjnej produktów wytwarzanych w UE oraz odejście od kryterium najniższej ceny, które daje przewagę wytwórcom azjatyckim.

Krajowy przemysł farmaceutyczny powinien stanowić filar bezpieczeństwa lekowego Polski. Branża odgrywa bowiem ważną rolę w systemie opieki zdrowotnej, zapewniając pacjentom bezpieczne, skuteczne i dostępne cenowo produkty lecznicze. Obecnie krajowi producenci dostarczają około 50 proc. wszystkich refundowanych dziennych terapii, na które NFZ wydaje zaledwie 28 proc. budżetu refundacyjnego. Na listach jest około 1500 leków krajowych producentów, a około 140 z nich nie ma w ogóle odpowiedników. Wśród nich są leki ratujące życie.

– Wzmocnienie branży farmaceutycznej w Polsce jest też niezwykle istotne ze względu na wzrost zapotrzebowania na leki. Zważywszy, że jedna czwarta Polaków to osoby po 60. roku życia, a w połowie XXI wieku aż 40% mieszkańców naszego kraju będzie seniorami, konsumpcja leków zwiększy się, zwłaszcza tych będących terapią chorób cywilizacyjnych. Gwarancją ich dostaw w racjonalnych cenach jest krajowy przemysł farmaceutyczny – dodaje Kacper Olejniczak.

Kolejne miesiące mogą przynieść pogorszenie na rynku pracy

W styczniu 2021 roku w sektorze przedsiębiorstw zatrudnionych było 6314,1 tys. osób, przed rokiem 6368,4. W ciągu roku liczba pracujących zmniejszyła się o 54,3 tys. osób. Przeciętne wynagrodzenie w styczniu wyniosło 5536,8 zł, czyli było niższe niż w grudniu ubiegłego roku – podał GUS.

Liczba pracujących nie osiągnęła poziomu sprzed pandemii. Dane te obejmują wyłącznie przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 9 osób, a więc nie dotyczą mikrofirm i samozatrudnionych.

Z jednej strony można mówić o przyspieszeniu procesów automatyzacji w wyniku pandemii, co ogranicza zapotrzebowanie na zatrudnienie pracowników, z drugiej strony – wydaje się, że mamy początek procesu dostosowywania zatrudnienia do potrzeb firm. Wiele przedsiębiorstw, mimo procesów adaptacyjnych, nie utrzymało sprzedaży produktów czy usług na poziomie sprzed pandemii. Dane GUS dotyczące szacunku PKB za 2020 rok wskazują na spadek spożycia w sektorze prywatnym o 3%, na co niewątpliwie miały wpływ wprowadzone obostrzenia i zmiany nawyków konsumenckich oraz na spadek inwestycji (-8,4%).

Warto również zauważyć zwiększoną liczbę planowanych zwolnień grupowych, które prawdopodobnie zostaną zrealizowane w najbliższych miesiącach. W ramach zwolnień grupowych w 2020 r. pracodawcy zgłosili zamiar zwolnienia ponad dwukrotnie większej niż w 2019 r. liczby pracowników – 957 zakładów zadeklarowało zwolnienie 73,1 tys. pracowników, w tym 6,2 tys. osób z sektora publicznego.

Dotychczas jednym z czynników, skutecznie ograniczającym zwolnienia, były tarcza antykryzysowa i finansowa PFR, które w okresie uzyskiwania wsparcia wykluczały zwolnienia pracowników. Obecne rozwiązania mają charakter sektorowy, a ponadto wielu przedsiębiorców – szczególnie z branż, które nie mogą prowadzić działalności – twierdzi, że bez wyraźnych perspektyw zmiany sytuacji, dalsze utrzymywanie dotychczasowego stanu zatrudnienia jest niewskazane.

Mimo względnie stabilnej stopy bezrobocia (wynoszącej w styczniu 2021 roku 6,5%) kolejne miesiące mogą przynieść zmianę obrazu polskiego rynku pracy. Niestety, nie została wykorzystana sytuacja, w której przeprowadzenie reformy rynku pracy było możliwe. Obecnie rząd stara się zapobiegać ad hoc pojawiającym się problemom i nie ma spójnej wizji tego, jak łagodzić wpływ kryzysów na rynek pracy.

Drugą istotną daną, jaką publikuje GUS, jest wysokość przeciętnego wynagrodzenia. W styczniu 2021 roku wyniosło ono – 5536,80 zł, czyli mniej niż w grudniu roku poprzedniego. Spadek przeciętnego wynagrodzenia na przełomie roku nie jest zjawiskiem wyjątkowym i nie powinien niepokoić – grudniowy wzrost tego wskaźnika jest efektem wypłaty na koniec roku różnego typu premii i świadczeń, które podnoszą wartość przeciętnej płacy. Widać wyraźnie, że zmniejsza się dynamika wzrostu wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób – pomiędzy styczniem 2020 a styczniem 2021 rok pensje wzrosły przeciętnie o 4,8%, podczas gdy rok wcześniej było to 7,1%.

Dla rynku pracy może oznaczać to zmniejszenie rotacji pracowniczych, szczególnie tych dla których podstawowym motywatorem było uzyskanie wyższego wynagrodzenia oraz ograniczenie lub zaniechanie podwyżek w tych firmach, gdzie konieczne było ograniczenie zatrudnienia lub które mają problemy z utrzymaniem dotychczasowej pozycji na rynku.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Pandemia a kultura organizacyjna firmy

30% europejskich pracowników odczuwa presję związaną z oczekiwaniem dużo większej dostępności podczas pracy on-line, a 42% przyznaje, że kultura organizacyjna ich firmy ucierpiała przez pandemię. Takie wnioski płyną z najnowszego raportu zrealizowanego na zlecenie Ricoh. Wśród pozostałych zagrożeń bardzo często wymieniany jest również niski standard infrastruktury technologicznej. Braki w tym obszarze są szczególnie odczuwalne w warunkach pracy zdalnej. Rodzą ogromną frustrację, utrudniają współpracę, a w długofalowej perspektywie zagrażają produktywności i morale pracowników.

Raport Pandemia a kultura organizacyjna

W sytuacji, gdy współpraca w firmie nie opiera się na dobrej komunikacji i zdrowych relacjach, pandemia bardzo często pogłębiła problemy z brakiem zaangażowania i motywacją. 31% badanych wskazuje te czynniki i brak dostępu do nowoczesnych technologii jako główne przyczyny spadku zaangażowania podczas pracy zdalnej.  31% stwierdziło, że podczas home office, w wykonywaniu służbowych zadań przeszkadzają im inne obowiązki np. te związane z opieką nad dziećmi. Z drugiej strony, dla pracowników nadal ogromne znaczenie ma również społeczny wymiar pracy. Aż 65% badanych przyznaje, że brakuje im wspólnej obecności w biurze i kontaktów twarzą w twarz.

Z perspektywy pracowników ważne jest również to, czy w firmie po pandemii nadal będzie obowiązywał elastyczny, hybrydowy model pracy.  67% z badanych zakłada, że tak. Wiele firm rozpoczęło już przygotowania do bezpiecznego powrotu do biura. 77% wskazało, że ich pracodawca podjął już takie kroki. Ponad połowa (55%) uważa, że ten proces powinien być ściśle konsultowany z pracownikami.

“2020 był dla wszystkich rokiem ogromnych zmian. Jednocześnie, na własnej skórze przekonaliśmy się, jak wiele musimy usprawnić w naszym środowisku pracy. Powinniśmy tę sytuację wykorzystać jako szansę na optymalizację procesów i wprowadzenie nowych rozwiązań technologicznych. Dzięki temu możemy zadbać o komfort pracy i utrzymanie zaangażowania. Zakładając, że zmiany, które zaszły w stylu pracy będą trwałe, wsparcie technologii będzie miało kluczowe znaczenie dla efektywnej współpracy z trybie hybrydowym. Bardzo ważne jest również zapewnienie poczucia bezpieczeństwa i opracowanie kompleksowej strategii powrotu do biura” – powiedziała Nicola Downing, COO, Ricoh Europe.

Pełną wersję raportu można pobrać ze strony: https://www.ricoh.pl/wiadomosci-wydarzenia/ricoh-insights/praca-zdalna-jak-zadbac-o-motywacje/

O badaniu

Badanie przeprowadzono na próbie 632 europejskich pracowników firm zatrudniających od 250 do 999 osób.

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Czy podniesie ceny mieszkań?

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Jak wpłynie na rynek mieszkaniowy?

Projekt nowej ustawy deweloperskiej, meritum której ma stanowić powołanie instytucji Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, po blisko trzech latach został przyjęty przez Radę Ministrów. Portal RynekPierwotny.pl sprawdza więc jak nowe przepisy autorstwa UOKiK wpłyną na pierwotny segment mieszkaniówki, i czy faktycznie wywindują ceny nowych mieszkań.

Pomysł nowelizacji ustawy deweloperskiej autorstwa prezesa UOKiK pojawił się już w 2018 roku. Pierwotnie zakładał zupełną likwidację deweloperskich rachunków powierniczych bez zabezpieczenia, jednak po fali uzasadnionej krytyki został szybko zastąpiony nowym, przewidującym utworzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego (DFG). I tego typu rozstrzygnięcie doczekało się właśnie rządowej akceptacji. Pytanie, czy tego typu inicjatywa znajduje wystarczające uzasadnienie w dziewięcioletniej historii misji ustawy z dnia 16 września 2011 r. o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego.

Skąd wziął się pomysł na Deweloperski Fundusz Gwarancyjny?

Najprawdopodobniej zasadniczą inspiracją Prezesa UOKiK do utworzenia DFG był przypadek upadłości dewelopera Dolcan Plus i powiązanego z nim SK Banku. Był to modelowy przykład niedoskonałości ustawy deweloperskiej w ochronie nabywców nowych mieszkań, zwłaszcza w sytuacji upadku banku finansującego inwestycję deweloperską. Stąd zapewne pomysł radykalnych rozwiązań dopracowujących procedury bezpieczeństwa pierwotnego rynku mieszkaniowego.

Jak wskazuje portal RynekPierwotny.pl faktem jest, że przypadki upadłości deweloperów, czy też innych dramatycznych sytuacji stanowiących zagrożenie dla środków wpłacanych na poczet zakupów mieszkań deweloperskich, w ostatnich czasach są coraz rzadziej występującą osobliwością. Nie zostały jednak całkowicie wyeliminowane przez zapisy ustawy deweloperskiej, która od początku swojej misji nie gwarantowała stuprocentowego bezpieczeństwa. W tej sytuacji inicjatywa prezesa UOKiK wydaje się być w pełni uzasadniona, a potrzeba optymalizacji ochrony nabywców mieszkań jak najbardziej oczywista. Problem jednak w tym, że pierwotne założenia projektu noweli prezentowały się zdecydowanie niekorzystnie dla pierwotnego segmentu mieszkaniówki.

Zakładały one mianowicie maksymalne pułapy stawki wpłat na DFG w wysokości 5 proc. i 1 proc. wartości lokum, odpowiednio dla rachunków powierniczych otwartych i zamkniętych, co potencjalnie byłoby zabójcze dla rynkowych perspektyw. Dlatego też podczas konsultacji społecznych na początku 2019 roku branża deweloperska postulowała obniżenie jej poziomu maksymalnego do 2 proc. Natomiast kolejna wersja noweli, sprzed roku, przewidywała maksymalny poziom wysokości składki w wysokości 3 proc., co również wydawało się wartością dość problematyczną. Ostatecznie rząd przyjął projekt z wysokością maksimum 2 proc. dla rachunków powierniczych otwartych i 0,2 proc. dla zamkniętych, co wydaje się w pełni korespondować z sygnalizowanymi oczekiwaniami deweloperów.

DFG a ceny mieszkań

Taki poziom nie sprawia już wrażenia zbyt wyśrubowanego, a instytucja DFG nie powinna wpływać w odczuwalny sposób na ceny nowych mieszkań. Tym bardziej, że w normalnych warunkach rynkowych wpłaty nie powinny przekraczać symbolicznego poziomu 1 proc. Przy średniej deweloperskiej marży brutto na poziomie 25 proc., jaką w ostatnich czasach komunikują deweloperzy, nie jest to ciężar nie do udźwignięcia nawet przy założeniu wzięcia go przez przedsiębiorców na własne barki. Co więcej, istnieje realna szansa na to, że ich ewentualne korzyści powołania do życia DFG przerosną oczekiwane koszty wpłat.
W zamian bowiem klienci deweloperskich biur sprzedaży zyskają już praktycznie stuprocentowe bezpieczeństwo środków wpłacanych na rachunki powiernicze, które – co do czego nie ma wątpliwości – dotychczas nie były w chronione w sposób absolutny. A to samo w sobie stanowi wartość dodaną, którą trudno przecenić. Z całą pewnością w istotnym stopniu zwiększy się zaufanie do mieszkaniowego rynku pierwotnego, przyciągając do niego tych klientów, którzy wciąż w obawie o kupno „dziury w ziemi” od dewelopera, wybierali rynek wtórny.

Rynek mądrzejszy od Fed?

Bardzo dobre dane o styczniowej sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej z USA utwierdzają w przekonaniu tę grupę uczestników rynku, która spodziewa się wcześniejszej normalizacji polityki Fed. Idą za tym wyższe rentowności obligacji skarbowych i silniejszy dolar. Tymczasem Fed dalej deklaruje, że minie jeszcze „trochę czasu” zanim zostaną spełnione warunki dla redukcji programu skupu aktywów.

Kto wie lepiej? Wszystko opiera się na założeniach wynikających z interpretacji danych, a te wczoraj ucieszyły obóz zwolenników szybszej normalizacji polityki pieniężnej. Skok sprzedaży detalicznej był największy od siedmiu miesięcy (5,3 proc. m/m), przynosząc zaskakujące odbicie po dwóch miesiącach spadków. Spory w tym udział zatwierdzenia w grudniu wypłaty czeków dla Amerykanów, z których środki bez wątpienia poszły na konsumpcję. Ale wyższy od oczekiwań wzrost produkcji przemysłowej, w połączeniu z wysokimi odczytami indeksów PMI/ISM, pokazuje, że ożywienie ma szerzy zasięg. Uczestnicy rynku interpretują lepsze dane jako zapowiedź wyższej inflacji, która zmusi Fed do poddania się presji i redukcji ekspansji monetarnej. W efekcie dolar powinien być mocniejszy.

Co w przyszłości zrobi Fed jest kluczowa niewiadomą. Warto jednak przeanalizować argumenty, które Fed stawia za utrzymaniem akomodacyjnej polityki jeszcze przez wiele kwartałów, jak można było wywnioskować z opublikowanych wczoraj minutek po styczniowym posiedzeniu FOMC. Po pierwsze Fed spodziewa się wzrostu inflacji, jednak będzie to wynikiem czynników tymczasowych, podczas gdy Fed chce zobaczyć trwałe nasilenie trendów inflacyjnych w dłuższym horyzoncie. Przy pandemicznych zawirowaniach, zakłóceniach podaży i wywołanych pomocą fiskalną skokach konsumpcji takiego trendu może się nie udać zaobserwować w tym roku. Po drugie Fed troszczy się o rynek pracy, tymczasem 10 mln Amerykanów wciąż nie odzyskało zatrudnienia w porównaniu ze stanem sprzed pandemii. Po trzecie Fed uczy się na swoich błędach i z pewnością chciałby uniknąć powtórki z 2013 r., kiedy przedwczesne rozpoczęcie dyskusji o redukcji skupu aktywów doprowadziło do gwałtownego skoku rentowności obligacji i wzrostu zmienności dla rynku walutowym. Fed chce dowodów, że gospodarka jest w stanie sobie poradzić bez monetarnej pomocy i dlatego temat ograniczania QE wydaje się zamknięty na ten rok, a pierwsza podwyżka stóp procentowych jest wątpliwa przed 2023 r.

Ale rynek chce być mądrzejszy od Fed i z wyprzedzeniem dyskontuje zaostrzenie polityki pieniężnej. Ale jeśli wyższe rentowności fałszywie zwiastują zwrot w polityce Fed, będzie to oznaczać, że potencjał wzrostowy dla rynkowych stóp procentowych szybko się wyczerpie, a jednocześnie będzie zjadany wyższą inflację. Atrakcyjność odsetkowa USD pozostanie niska. W międzyczasie dolara broni lepsza postawa gospodarki USA w porównaniu np. ze strefą euro. Ale jeśli rynki dyskontują przyszłość, musza też brać pod uwagę, że prędzej czy później wyjście covidowej zapaści czeka wszystkich i w długim terminie nie powinien to być czynnik różnicujący. W efekcie z EUR/USD nie znika filozofia podkupywania dołków po korektach, jak to ma miejsce dziś rano.

Złoty jest silniejszy w czwartek, a umocnienie odbywa się w akompaniamencie podobnych ruchów na forincie węgierskim i koronie czeskiej. Katalizatorem jest poranna przecena dolara na głównych rynkach przy brak zmienności na rentownościach obligacji skarbowych USA. W tle mamy komentarze z RPP. Jerzy Żyżyński uważa, że nie ma powodów do martwienia się poziomem inflacji. Z kolei Jerzy Kropiwnicki uważa, że presja inflacyjna może zmusić Radę do rozważenia podwyżki stóp procentowych w drugiej połowie roku. Te dwie wypowiedzi najlepiej opisują podział opinii w Radzie, gdzie decydujący głos będzie należał do gołębio nastawionego prezesa Glapińskiego. Brak zmian w poziomie stóp procentowych w tym roku pozostaje bazowym scenariuszem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Brak mikroprocesorów wstrzymuje produkcję samochodów

Najwięksi producenci samochodów na świecie zostali dotknięci pandemią nie tylko przez załamanie popytu na nowe samochody (wio-sną 2020 r.), ale obecnie również przez trud-ności ze sprostaniem zwiększonym zamówie-niom. Przyczyną są opóźnienia w dostawach półprzewodników i układów scalonych, bez których systemy elektroniczne współczesnych samochodów nie mogą powstać.

Przyczyn zatrzymań fabryk Forda, Volkswagena, opóźnień w produkcji General Motors, Hondy, Toyoty i innych gigantów można szukać w dwóch obszarach. Po pierwsze w ubiegłym roku wystąpiły bardzo duże wahania popy-tu na samochody, związane z rozwojem pandemii. W drugim kwartale 2020 r. produkcja nowych samochodów spadła o 32 proc., co przełożyło się na ograniczenie zamówień na podzespoły, w tym półprzewodniki. Pierwsze oznaki ożywienia na rynku motoryzacyjnym obserwowano w III kwartale, a w IV kwartale zamówienia wyraźnie odbiły. W międzyczasie jednak fabryki półprzewodników przestawiły moce produkcyjne na podzespoły do elektroniki konsumenckiej – po-pyt na komputery, smartfony, telewizory czy konsole do gier w ubiegłym roku znacznie wzrósł, nie wspominając o procesorach wykorzystywanych w telekomunikacji (chociażby stacje bazowe nowo powstających sieci 5G). Branża samochodowa to ok. 12 proc. wartości zamówień półprzewodników, a firmy te nie są traktowane równie priorytetowo jak znacznie większe segmenty telekomunikacji (ok. 33 proc.) komputerów osobistych (ok. 28 proc. zamówień) czy elektroniki konsumenckiej (ok. 13 proc.) [1].

Drugą przyczyną jest sposób organizacji produkcji samochodów, która odbywa się w modelu just-in-time. Oznacza to, że po-szczególne komponenty dostarczane są na linię produkcyjną w momencie, gdy są tam niezbędne, bez budowania zapasów po-szczególnych części. Opisane wyżej wahania popytu spowodowały, że czas dostawy urządzeń opartych na półprzewodnikach do fabryk samochodów wydłużył się z ok. 12-15 tygodni do 26 lub więcej. W rezultacie, jak szacują eks-perci, pewne ograniczenia w produkcji mogą być odczuwalne nie tylko w pierwszym kwartale bieżącego roku, ale utrzymywać się nawet do jesieni. Opóźnienia w produkcji mogą do-tknąć nawet 1-1,5 mln aut w tym roku, co tylko częściowo zostanie nadrobione w drugim półroczu.

Na powyższe czynniki wpływa też globalizacja, rozciągnięcie łańcuchów produkcji i polityka. Największe firmy motoryzacyjne kupują systemy elektroniczne od wyspecjalizowanych producentów, a ci w dużej części zamawiają produkcję półprzewodników i mikroprocesorów w fabrykach w Azji. To właśnie tam, na wczesnych etapach produkcji, wystąpiło przeciążenie linii produkcyjnych.

Problemy branży motoryzacyjnej przyczyniły się też do interwencji na poziomie politycznym. Rząd Tajwanu, jednego z najważniejszych producentów półprzewodników, otrzymuje dyplomatycznymi kanałami z Europy, Japonii czy USA prośby o wsparcie. Przez swoją pozycję na tym rynku Tajpej od pewnego czasu staje się coraz bardziej istotnym punktem na geopolitycznej mapie świata. Uwidoczniło się to po nałożeniu przez amerykański rząd ograniczeń w eksporcie zaawansowanych technologii do Chin, gdy do powszechnej świadomości przebiło się znaczenie tajwańskich producentów dla nowoczesnych smartfonów i technologii telekomunikacyjnych. Obecna sytuacja w branży motoryzacyjnej pokazuje zależność kolejne-go wielkiego sektora gospodarki od techno-logicznych innowacji na tej wyspie.

Sytuacja na rynku motoryzacyjnym znajduje też odbicie w globalnych statystykach handlu półprzewodnikami. Europa jest największym rynkiem półprzewodników dla sektora motoryzacyjnego (udział 29 proc.), jak również to sektor motoryzacyjny jest największym w Europie odbiorcą półprzewodników (37 proc. rynku, przed zastosowaniami przemysłowymi, komputerami czy telekomunikacją) [2]. Wyniki przeprowadzonej przez nas analizy wskazują, że w ubiegłym roku, podczas gdy światowy rynek handlu półprzewodnika-mi zyskiwał na wartości, podobnie jak wartość eksportu głównych producentów, import do Unii Europejskiej zwolnił.

Handel półprzewodnikami koncentruje się głównie w Azji Wschodniej i Południowo–Wschodniej. W 2019 r. wartość światowego importu półprzewodników [3] przekroczyła 1 bln USD [4]. Największym importerem pół-przewodników i drugim pod względem wielkości ich eksporterem były Chiny (w 2019 r. odpowiadały za 33 proc. światowego importu i 16 proc. eksportu). Warto zwrócić uwagę na pozycję Tajwanu (12 proc. światowego eksportu) i Korei Południowej (10 proc.), gdyż są to kraje o najbardziej zaawansowanych technologicznie możliwościach produkcyjnych oraz notują znaczną nadwyżkę handlową. Z kolei duże znaczenie Hongkongu i Singapuru, zarówno w eksporcie, jak i w im-porcie, wynikało z ich zaangażowania w reeksport i reimport półprzewodników.

Unia Europejska również jest istotnym graczem na rynku półprzewodników, z udziałem 7,7 proc. w eksporcie i 7,4 proc. w imporcie. Polska miała niewielki udział w światowym handlu półprzewodnikami (za-ledwie 0,3 proc. w imporcie i jeszcze mniej w eksporcie).Światowy handel półprzewodnikami

Wstępne dane handlowe wskazują, że w dru-giej połowie 2020 r. doszło do ożywienia w światowym handlu półprzewodnikami. Wyraźnie przyspieszył eksport Chin oraz Ko-rei Południowej. W całym 2020 r. był wyższy niż rok wcześniej o odpowiednio 14,7 proc. i 4,1 proc. Zakłóceń związanych z pandemią nie odczuł eksport półprzewodników z Tajwanu, którego wartość w 2020 r. zwiększyła się o ponad 21 proc. (r/r). Rosnący eksport wskazuje na zwiększający się popyt na półprzewodniki, co widać na przykładzie Chin. Kraj ten szybko poradził sobie z pandemią COVID-19, a produkcja elektroniki i samochodów w Państwie Środka szybko wróciła na ścieżkę wzrostu. W całym 2020 r. chiński import półprzewodników wzrósł o 13,5 proc.

Odmiennie na tym tle wyglądała Unia Europejska, będąca importerem netto półprzewodników. Import tych wyrobów wyraźnie zmalał w kwietniu 2020 r. (r/r) i w kolejnych miesiącach był niższy, nawet o ponad 10 proc. niż rok wcześniej. W okresie styczeń-listopad 2020 r. odnotował zaś blisko 7-procentowy spadek.

Powyższa analiza danych handlowych jest spójna z rolą, jaką w Europie odgrywa sektor motoryzacyjny, pod względem zużycia pół-przewodników. Wzrosty produkcji oraz handlu w Azji są zgodne z większym popytem na elektronikę, komputery i sprzęt telekomunikacyjny, a ograniczenie importu do Europy zgadza się z opisanymi w pierwszej części tekstu problemami branży motoryzacyjnej.

Co ciekawe sytuacja w Polsce kształtuje się inaczej. Polska, podobnie jak cała UE, notuje deficyt w handlu półprzewodnikami. W 2020 r. jego wartość wyniosła 3,9 mld USD (o 0,8 mld USD więcej niż w 2019 r.). Jednak-że w przeciwieństwie do UE, wartość dostaw półprzewodników do Polski w 2020 r. wzrosła aż o 23 proc. Zwiększył się przywóz od najważniejszych dostawców – m.in. Holandii, Chin, Tajwanu, Malezji i Singapuru. W ubiegłym roku polscy producenci urządzeń elektrycznych, w tym np. sprzętu AGD notowali bardzo dobre wyniki sprzedaży, odpowiadając na zwiększony popyt ze strony pozostających przymusowo w domach Europejczyków.

Zmiany w handlu półprzewodnikami

[1] 2020 State of the US semiconductor industry, Semiconductor Industry Association.
[2] https://www.eusemiconductors.eu/esia [dostęp: 16.02.2021].
[3] Łącznie CN8541 i CN 8542. Pozycja CN8541 obejmuje diody, tranzystory i podobne elementy półprzewodnikowe; światłoczułe elementy półprzewodnikowe, włączając fotoogniwa; diody elektroluminescencyjne (LED); oprawione kryształy piezoelektryczne, a pozycja CN8542 – elektroniczne układy scalone.
[4] WITS-Comtrade, https://wits.worldbank.org/ [dostęp: 16.02.2020].

Źródło: Polski Instytut Ekonomiczny

Tygodniowy raport z odwiedzalności (8-14 lutego) centrów handlowych

Zgodnie z wcześniejszymi prognozami Polskiej Rady Centrów Handlowych średnia odwiedzalność obiektów handlowych w drugim tygodniu lutego 2021 roku była niższa o około 10 punktów procentowych niż w pierwszych dniach po pełnym otwarciu galerii i w dni handlowe wyniosła 76 proc. ubiegłorocznej.

Odwiedzalność w centrach handlowych w drugim tygodniu lutego była średnio o 7-10 p.p. niższa niż w pierwszym tygodniu handlu po zakończeniu lockdownu, kiedy obserwowaliśmy efekt odroczonych zakupów wraz z realizowaniem potrzeb wynikających z sytuacji pogodowej i osiągnęła wartości w zależności od dnia średnio o 25-30 proc. niższe w porównaniu do ubiegłego roku.

Zebrane dane pokazują różnice w odwiedzalności bardzo dużych i średnich obiektów. Nieruchomości największe o powierzchni przekraczającej 60 tys. mkw. GLA odnotowały odwiedzalność o ok. 30-40 proc. niższą niż w roku ubiegłym. Większą popularnością cieszyły się centra o średniej wielkości (20-60 tys. mkw. GLA), które zanotowały odwiedzalność na poziomie ok. 80 proc w stosunku do 2020 roku.

Polska Rada Centrów Handlowych przypomina, aby podczas wizyt w centrach handlowych zachowywać się odpowiedzialnie. Stosujmy się do zasady DDM – dystans, dezynfekcja, maseczka. Codziennie pracownicy obiektów handlowych wkładają wiele wysiłku w zapewnienie w klientom najwyższego poziomu bezpieczeństwa sanitarnego. My również zachowajmy się roztropnie, bądźmy uprzejmi i cierpliwi, słuchajmy komunikatów głosowych i reagujmy na polecenia obsługi. Dbajmy o siebie nawzajem.