Podsumowanie 2020 r. na wrocławskim rynku biurowym i prognoza na 2021

– Z danych firmy Colliers wynika, że choć w 2020 roku na wrocławski rynek biurowy trafiło mniej powierzchni niż w 2019, podaż pod koniec ubiegłego roku osiągnęła poziom 1,23 mln mkw. Tym samym Wrocław zachował 2. miejsce pod względem ilości oferowanej powierzchni biurowej wśród miast regionalnych.

Wrocław od lat cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem zarówno inwestorów, jak i najemców. To czyni go jednym z najdynamiczniej rozwijających się rynków w Polsce. Do głównych atutów miasta należą atrakcyjne położenie geograficzne, zapewniające bliskość rynków niemieckiego i czeskiego, dobrze rozwinięta infrastruktura oraz dostęp do wykwalifikowanych pracowników. Docenił je FDI Magazine, twórca światowego rankingu “Global Cities of the Future”, w którym Wrocław zajął 15. miejsce.

–  W obliczu pandemii COVID-19 wrocławski rynek nieruchomości biurowych w połowie I kw. 2020 roku spowolnił. Niepewność oraz brak procedur działania w sytuacji zagrożenia epidemiologicznego doprowadziły do zawieszenia dużej części działań operacyjnych wielu firm w różnych sektorach naszego miasta. Konsekwencją tego było przesunięcie w czasie kluczowych decyzji odnośnie wielu procesów rozpoczętych lub kontynuowanych na początku 2020 roku. Znalazło to odzwierciedlenie w niższej niż w 2019 podaży nowo oddanej powierzchni. Pandemia wpłynęła i będzie wpływać na kształtowanie się nowych trendów rynkowych w sektorze nieruchomości biurowych we Wrocławiu, jednak biorąc pod uwagę plany inwestorów i utrzymujący się wysoki poziom popytu, możemy spodziewać się, że rok 2021 może być całkiem obiecujący dla rynku biurowego – mówi Dorota Kościelniak, dyrektor regionalny Colliers we Wrocławiu.

Najważniejsze wydarzenia 2020 na wrocławskim rynku biurowym

  1. Dominacja renegocjacji

Rok pandemii upłynął pod znakiem renegocjacji umów najmu. Aż 4 tego typu transakcje z Wrocławia znalazły się na liście 11 największych transakcji 2020 r. w regionach. W III kw. 2020 Nokia przy wsparciu Colliers renegocjowała umowy najmu łącznie 29 000 mkw. w budynkach West Gate i West Link.

– To właśnie te konkretne renegocjacje w dużej mierze ukształtowały wyjątkowo wysoki wskaźnik popytu, który tylko w III kw. wyniósł we Wrocławiu prawie 44 350 mkw. Był to najlepszy kwartalny wynik spośród miast regionalnych – podkreśla Dorota Kościelniak.

Do największych transakcji zalicza się również renegocjacja prawie 12 100 mkw. w budynku Dominikański B przez jednego z najemców oraz ok. 10 700 mkw. przez DXC Technology w DH Renoma. Łącznie renegocjacje objęły w 2020 r. blisko 68 500 mkw. (ponad 53% wszystkich umów) i był to wolumen dwukrotnie większy niż w 2019 r. Najczęściej działania podejmowane przez firmy zmierzały do uzyskania dodatkowych upustów czynszowych, które mogły być wykorzystane jeszcze w 2020 roku, oraz możliwie jak najkorzystniejszych budżetów na aranżację powierzchni najmu stosownie do zmieniającej się rzeczywistości.

  1. Niesłabnący rynek nowych umów

Pomimo pandemii i związanych z nią zawirowań na rynku, a także wstrzymaniem się wielu organizacji z podejmowaniem decyzji odnośnie najmu powierzchni, we Wrocławiu odnotowano wysoki wskaźnik popytu, który w 2020 r. wyniósł prawie 128 400 mkw. To blisko 5 000 mkw. więcej niż w 2019. Największa ilość powierzchni została wynajęta w I i III kw. Nowe umowy stanowiły 21% wszystkich transakcji w 2020 r.

  1. Start budowy Quorum

W grudniu 2020 r. rozpoczęła się realizacja pierwszego etapu kompleksu Quorum przy ul. Sikorskiego, który będzie największym projektem typu mixed-use we Wrocławiu. Inwestycja docelowo będzie oferować blisko 100 tys. mkw. powierzchni biurowo-usługowej i mieszkaniowej w czterech budynkach o zróżnicowanej wysokości od 6 do 35 pięter. Najwyższa z nieruchomości będzie drugą pod względem wysokości w stolicy Dolnego Śląska. Na terenie kompleksu powstaną również ogólnodostępne tereny zielone, a także deptak.

– Podział na dzielnice biurowe, sypialniane czy te, w których lubimy spędzać czas wolny, powoli przechodzi transformację. Na atrakcyjności zyskują projekty typu mixed-use oferujące powierzchnie dostosowane do pełnienia zróżnicowanych funkcji – pracy, mieszkania, spędzania wolnego czasu czy robienia zakupów. Takie inwestycje pozwalają na tworzenie dzielnicowego mikrosystemu – stają się swoistym centrum życia dla lokalnych społeczności, które w bliskiej okolicy mogą zrealizować większość swoich potrzeb życiowych. Projekty mixed-use to przyszłość takich miast jak Wrocław – mówi Dorota Kościelniak.

  1. Nowe budynki biurowe

W ubiegłym roku oddano do użytku prawie 58 500 mkw. nowej powierzchni biurowej. Wśród zakończonych inwestycji znalazły się m.in.: pierwsza faza Centrum Południe firmy Skanska (23 700 mkw.), pierwszy z czterech planowanych budynków kompleksu West 4 Business Hub, realizowanego przez Echo Investment (14 400 mkw.), a także ostatni etapu projektu City Forum firmy Archicom –  City 2 (12 100 mkw.). Deweloperzy nie zwalniają tempa – w budowie jest kolejnych 77 400 mkw. nowej powierzchni biurowej.

  1. Biura serwisowane zyskują na znaczeniu

– Obserwujemy stale rosnącą aktywność dostawców biur serwisowanych i coworków. Mowa tu szczególnie o udziale właścicieli nowych projektów biurowych, którzy już na etapie projektowania budynku planują pojawienie się takich przestrzeni w biurowcu. Ci którzy już ten krok mają za sobą, decydują się na zwiększenie tych przestrzeni. Przykładem może być firma Cavatina, która w ubiegłym roku powiększyła swoją powierzchnię serwisowaną Quick Work w budynku Carbon Tower – mówi Mateusz Cieślik, ekspert z wrocławskiego biura Colliers.

Na ekspansję decydowali się także operatorzy – dodatkową powierzchnię dobrał np. City Space w budynku Nobilis.

W 2020 roku nie zabrakło też otwarć nowych coworków. Na Wyspie Słodowej pojawił się Concordia Design Hub.

– Pandemia wymusiła na firmach bardziej elastyczne podejście do przestrzeni pracy, coraz częściej zostawiając pracownikom wybór, skąd chcą wykonywać swoje obowiązki. Powierzchnie flex mogą dzięki temu zyskiwać na znaczeniu – prognozuje Mateusz Cieślik, ekspert z wrocławskiego biura Colliers.

Prognozy 2021 dla Wrocławia

  1. Popyt nie ulegnie zmianie

Zeszłoroczny popyt na powierzchnie biurowe, pomimo wpływu ograniczeń gospodarczych wprowadzonych w wyniku COVID, ukształtował się na bardzo wysokim poziomie, co pozwala z optymizmem patrzeć na rok 2021. Na początku pandemii Colliers przeprowadził badanie na grupie ponad 100 firm, z którego możemy wnioskować, że w obecnym roku popyt na nowoczesną powierzchnię biurową nie spadnie. Większość najemców (ponad 55%) uznało, że długofalowo po ustaniu pandemii popyt na powierzchnie biurowe utrzyma się na stabilnym poziomie. Około 19% ankietowanych wykazało w swoich odpowiedziach, że może dojść do zmniejszenia zajmowanych obecnie przestrzeni biurowych, a około 12% stwierdziło, że zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe wzrośnie  w przyszłości.

  1. Reorganizacja przestrzeni biurowej i zmiana funkcji biura

Wbrew początkowym przypuszczeniom, że praca zdalna może wyeliminować zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe, dziś możemy powiedzieć, że biura z pewnością nie znikną. Po blisko roku pracy zdalnej wiele firm, ale także wielu pracowników, przekonało się, że przestrzeń biurowa jest niezbędnym narzędziem dla zachowania optymalizacji pracy nad większością prowadzonych procesów.

– Większość naszych klientów potwierdza, że odpowiednie środowisko pracy wpływa pozytywnie na relacje międzyludzkie, co jest podstawą dla dalszego efektywnego rozwoju firm. 2021 rok we Wrocławiu będzie kontynuacją procesów modyfikacji przestrzeni biurowej związanej z wprowadzeniem modelu pracy hybrydowej. Wdrożenie takich rozwiązań rozważa obecnie wiele firm w rozmaitych branżach, w tym w IT, BPO czy SSC – zwraca uwagę Dorota Kościelniak.

Organizacje większą wagę będą przywiązywać do dostosowania przestrzeni pod potrzeby pracy zespołowej, spotkań czy szkoleń. Biura staną się przede wszystkim miejscem integracji pracowników, nawiązywania relacji, burzy mózgów i wymiany dobrej energii.

  1. Więcej nowych transakcji

Przewidujemy, że w 2021 udział nowych transakcji na rynku może wzrosnąć. Główną przyczyną, dla której część firm zdecyduje się na zmianę biura, będą kwestie techniczne i finansowe. Łatwiej i taniej jest bowiem zaprojektować i wykończyć nowe biuro pod klucz w nowoczesnym budynku biurowym, niż dokonać reorganizacji przestrzeni w starszych obiektach.

  1. Elastyczność najmu…

Hasłem przewodnim roku 2021 będzie także elastyczność m.in. najmu. Organizacje będą oczekiwać możliwości najmu powierzchni na krótszy okres niż w przypadku standardowych umów. Pozwoli to wielu firmom przeczekać okres niepewności i podjąć właściwą decyzję w odpowiednim czasie dla swojego biznesu. Odpowiedzią na tę potrzebę będą oferty podnajmu, których liczba w tym roku zauważalnie wzrosła, a także powierzchnie typu flex.

  1. … oraz elastyczność pracy

Większej elastyczności będą oczekiwać również pracownicy, którzy mając możliwość pracy w modelu hybrydowym, będą chcieli częściej korzystać z biur coworkingowych i serwisowych, głównie w pobliżu miejsca zamieszkania. Sądząc po rosnącej liczbie wrocławskich coworków dołączających do platformy Colliers Mobility Pass (platforma ta oferuje możliwość korzystania z różnych biur coworkingowych w ramach jednego abonamentu), operatorzy zauważają ten trend i starają się na niego odpowiedzieć już dziś, otwierając coworki poza centrami miast.

Deloitte: Doświadczenia szyte na miarę, czyli jak pandemia wpłynęła na wymagania klientów

Restart modelu pracy, spersonalizowanie cyfrowych doświadczeń oraz technologie w służbie różnorodności, równości i przeciwdziałania wykluczeniu – to trzy z dziewięciu trendów technologicznych opracowanych przez ekspertów firmy doradczej Deloitte. Dwunasty raport „Tech Trends 2021” opisuje trendy, które w najbliższych dwóch latach mogą spowodować rewolucję w przedsiębiorstwach.

– Przewodnim tematem naszego tegorocznego raportu jest odporność, której wiele inspirujących przykładów w biznesie pokazał nam ubiegły rok. Tegoroczne prognozy można natomiast opisać hasłowo „lepsze doświadczenie wewnątrz i na zewnątrz organizacji”. Liczę, że adopcja przewidywanych przez nas trendów pozwoli uodpornić biznes na nieoczekiwane zakłócenia na rynku – mówi Daniel Martyniuk, partner, lider zespołu strategii i transformacji IT w Deloitte.

Dobrodziejstwa personalizacji

Rok 2020 sprawił, że wiele interakcji z naszego świata codziennego przenieśliśmy do świata cyfrowego – od szkoły przez pracę aż po zakupy. To też spowodowało, że zatęskniliśmy za osobistym kontaktem z drugim człowiekiem. W ankietach Deloitte przeprowadzonych w pierwszych miesiącach pandemii ponad połowa uczestników stwierdziła, że chciałaby, aby ich wirtualne doświadczenia były bardziej „ludzkie”. Z raportu „Tech Trends 2021” wynika, że w ciągu najbliższych dwóch lat firmy będą musiały stawić czoła rosnącym oczekiwaniom konsumentów, dotyczącym połączenia najlepszych cech interakcji zarówno ze świata cyfrowego, jak i rzeczywistości.

 – Współczesna technologia umożliwia już markom personalizację na masową skalę. Kreowanie takiego doświadczenia, które pozwoli konsumentom płynnie przechodzić pomiędzy światem offline’owym i światem online’owym. Spodziewamy się, że w najbliższych dwóch latach wiele firm skorzysta z tego trendu i będzie nadawać bardziej osobisty charakter doświadczeniom, które kreuje ze swoimi klientami – mówi Natalia Załęcka, starszy menedżer w zespole transformacji marketingu w Deloitte.

Ekspertka przypomina, że dwie trzecie uczestników badania przeprowadzonego przez Deloitte wiosną 2020 roku stwierdziło, że próbowało już nowych doświadczeń cyfrowych, jak wirtualne koncerty czy spotkania towarzyskie. Te cyfrowe alternatywy tylko początkowo wydawały się odpowiednie. Z czasem klienci chcieli więcej.

Dziś pomiędzy konsumentem a doświadczeniem znajduje się zazwyczaj smartfon lub tablet. Z czasem urządzenie to nie będzie już potrzebne, a konsument będzie otrzymywał dane doświadczenie, kiedy, gdzie i jak będzie chciał, nawet o to nie prosząc. Przykładowo, przez lata firmy oferujące przejazdy korzystały z algorytmów uczenia maszynowego i algorytmów opartych na danych, aby przewidzieć, gdzie i kiedy konsumenci mogą potrzebować przejazdu. W rezultacie, dziś samochód ride-share jest często tuż za rogiem, zanim jeszcze potencjalny klient zdąży otworzyć aplikację. Już teraz wiele przedsiębiorstw opracowuje platformy zapewniające obsługę klienta zbliżoną do bezpośredniej, opartą na personalizacji kontaktów we wszystkich kanałach – cyfrowych i fizycznych.

Restart modelu pracy

Przed pandemią tylko 15 proc. pracowników wykonywało pracę z domu. Wraz z nadejściem COVID-19 dołączyło do nich kolejne 35 proc. zatrudnionych. Jak zauważają eksperci Deloitte, sugeruje to, że obecnie połowa aktywnej siły roboczej pracuje zdalnie.

– Firmy mogą przezwyciężyć braki i niejasności związane z cyfrowym miejscem pracy, bardziej świadomie wykorzystując jego pozytywne aspekty, w tym dane generowane przez różne narzędzia i platformy. Może to pomóc organizacjom w optymalizacji wydajności indywidualnej i zespołowej oraz dostosowaniu doświadczeń pracowników poprzez spersonalizowane rekomendacje. Dzięki temu, praca zdalna może być czymś więcej niż tylko pomniejszonym substytutem tradycyjnego biura. W miarę ewolucji miejsc pracy i siedzib firm, organizacje mogą wykorzystywać te dane do tworzenia dobrze prosperujących, wydajnych i efektywnych kosztowo biur, które będą płynnie przeplatać się z doświadczeniem pracy zdalnej – mówi Magdalena Bączyk, starszy menedżer w zespole kapitału ludzkiego w Deloitte.

Technologie i narzędzia wykorzystywane w pracy zdalnej mogą pomóc pracodawcom uzyskać wgląd w takie obszary, jak wydajność pracowników, produktywność zespołów, czy nawet firmowe morale. To z kolei umożliwi im m.in. stymulowanie pozytywnych zachowań pracowników i dostrajanie wydajności indywidualnej, zespołowej i organizacyjnej.

Różnorodność, sprawiedliwość, włączenie społeczne

Ostatnim z dziewięciu tegorocznych trendów Deloitte są technologie w służbie różnorodności, równości i przeciwdziałania wykluczeniu. Sytuacja pandemii uwypukliła znaczenie silnej i odpornej kultury organizacyjnej, w której wspieranie różnorodności, sprawiedliwości i włączenia społecznego (Diversity, Equity, Inclusion – DEI) jest ważnym, a nawet niezbędnym elementem. Liderzy biznesu rozumieli tę potrzebę już wcześniej, jednak dopiero wydarzenia ubiegłego roku sprawiły, że wiele organizacji zaczęło traktować DEI jako imperatyw biznesowy, a 96 proc. prezesów firm uznało takie działania za priorytet strategiczny (źródło: Deloitte, Insights on CEO priorities and predictions, październik 2020).

– Wraz z rozwojem nowych technologii firmy mają dostęp do coraz bardziej wyrafinowanych narzędzi, które mogą wspierać ich inicjatywy wpływające na zwiększenie różnorodności i włączenia społecznego w organizacji. Celem tych narzędzi jest sprawić, aby proces rekrutacji czy rozwoju pracowników był jak najbardziej oparty na danych, a jak najmniej podlegał możliwym, często nawet nieświadomym uprzedzeniom czy dyskryminacji – mówi Magdalena Bączyk, starszy menedżer w zespole kapitału ludzkiego w Deloitte.

Wcześniejsze badania wykazały, że organizacje, które dbają o kulturę włączenia społecznego mają m.in. dwukrotnie większe szanse na osiągnięcie lub przekroczenie celów finansowych i trzykrotnie większe szanse na osiągnięcie wysokiej wydajności. W badaniu Deloitte „Trendy HR” aż 93 proc. respondentów odpowiedziało, że budowanie przynależności do organizacji pozytywnie wpływa na wydajność ich firm, ale już tylko 13 proc. przyznało, że są do tego zadania dobrze przygotowane.

Zdaniem ekspertów Deloitte przedsiębiorstwa, które chcą zniwelować tę lukę, będą w coraz większym stopniu wykorzystywać technologie do wspierania swoich działań, od pozyskiwania i selekcji talentów, poprzez zarządzanie doświadczeniami pracownika, wynagradzanie, aż po utrzymanie i rozwój.

Szybkie zacieranie się granic między światem realnym a wirtualnym będzie tematem trzeciego z cyklu webinarów organizowanych przez Deloitte. Eksperci przedstawią również prognozy dotyczące przyszłości pracy oraz nowe narzędzia, których zastosowanie ma zapewnić różnorodność, równe traktowanie i zapobiegać wykluczeniu.

Webinar odbędzie się w najbliższy piątek, 19 lutego o godz. 10:00.

Brexit a rynek mieszkaniowy w Polsce

Czy skutki brexitu są już zauważalne na rynku mieszkaniowym w Polsce?

Polacy opuszczają Wielką Brytanię z powodu brexitu. Wielu za zarobione tam pieniądze kupuje mieszkania i domy.

Brytyjskie Biuro Statystyki Narodowej (ONS) nie podało jeszcze liczby Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii w końcówce 2020 r. Wygląda jednak na to, że w ubiegłym roku ponad 100 tys. naszych rodaków zdecydowało się na powrót do Polski lub przeprowadzkę do innego kraju Unii Europejskiej.Brexit a rynek mieszkaniowy w Polsce

– Polacy wyjeżdżali na Wyspy Brytyjskie głównie do pracy, m.in. po to, żeby zarobić na mieszkanie lub przynajmniej na wkład własny, którego wymagają banki od kredytobiorców. Dlatego zapytaliśmy pośredników w obrocie nieruchomościami, czy na rynku mieszkaniowym zauważalne są skutki brexitu – mówi ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

Polacy inwestują zarobione funty w nieruchomości

–  W ostatnim czasie faktycznie zaobserwowaliśmy wzrost zainteresowania kupnem nieruchomości ze strony Polaków mieszkających do tej pory w Wielkiej Brytanii – przyznaje Iwo Gurdek z krakowskiego oddziału agencji Nowodworski Estates.

Zdaniem tego pośrednika większość z nich szuka domów jednorodzinnych w podmiejskich miejscowościach albo rozważa zakup mieszkań w celach inwestycyjnych.

– Wysoki kurs funta i wciąż atrakcyjne ceny nieruchomości w porównaniu do rynku brytyjskiego sprawiają, że zakup mieszkania lub domu wydaje się najlepszą w obecnym momencie lokatą kapitału dla naszych rodaków – komentuje Iwo Gurdek.

Jednak podkreśla, że Polacy wracający z Wielkiej Brytanii nie są znaczącą grupą wśród kupujących domy i mieszkania. Podobnego zdania są inni pośrednicy.

Przedstawiając w liczbach, w Warszawie jest to 1 osoba na 30 chętna dokonać zakupu – mówi Cezary Braun z agencji Alfa Home. Według niego, na powrót do kraju zdecydowały się głownie osoby bardzo młode, będące na wczesnym stadium swojej kariery zawodowej.  –  Nie jest to potencjalna grupa społeczna gotowa na tak poważne zobowiązanie finansowe, jak zakup nieruchomości – uważa Cezary Braun.

–  Możliwe że są to dopiero początki tego ruchu – zastanawia się Paweł Koronkiewicz, właściciel gdańskiej agencji Estate Polska. Dodaje, że trafia do niej coraz więcej klientów, którzy cześć kapitału w postaci gotówki mają np. od brata, siostry czy wujka z Wielkiej Brytanii.

–  Można więc przypuszczać, że powolnymi krokami, step by step, następuje migracja kapitału należącego do Polaków tam mieszkających do Polski – mówi Paweł Koronkiewicz.

Agata Stradomska z biura nieruchomości Białe Lwy zwraca uwagę, że wielu Polaków mieszkających na wyspach o swoje mieszkania, domy czy działki w kraju pochodzenia zadbało już wcześniej – kiedy było już wiadome, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej jest nieuniknione.

–  W latach 2016 i 2017 wielu rodaków mieszkających, pracujących lub prowadzących firmy na wyspach lokowało swoje oszczędności w Polsce, aby w przypadku konieczności zmiany miejsca zamieszkania mieć gdzie wrócić – mówi Agata Stradomska.

Czy Brytyjczycy będą nadal kupować u nas mieszkania?

Marek Wielgo z GetHome.pl ocenia, że brexit może być jedną z przyczyn spadku zainteresowania Brytyjczyków zakupem mieszkań w Polsce. Czy tak jest, wykażą jednak dopiero statystyki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWiA) za 2020 r.

Do tej pory obywatele Wielkiej Brytanii byli dość aktywnymi inwestorami na naszym rynku nieruchomości. W rekordowym roku 2008 kupili mieszkania o łącznej powierzchni ok. 33,8 tys. m kw.

– Oczywiście nie po to, żeby u nas zamieszkać. Wtedy byli to głównie inwestorzy liczący na zarobek będący efektem szybko rosnących cen mieszkań. Niektórzy kupowali od deweloperów całe pakiety. Najczęściej nie trafiały one do rejestru MSWiA, bo były odsprzedawana z zyskiem jeszcze przed zakończeniem budowy – wyjaśnia ekspert GetHome.pl.

Kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 r., wymiótł w Polski wielu inwestorów spekulacyjnych. Jednak w ostatnich latach Brytyjczycy znów coraz odważniej inwestowali u nas w mieszkania. W 2019 ich łączna powierzchnia sięgała 19 tys. m kw. Gdyby przyjąć, że średnia cena metra wynosiła 9 tys. zł, to oznaczałoby, że wydali oni na mieszkania w naszym kraju łącznie ponad 170 mln zł.

brytyjczycy kupuja nieruchomości w polsce
Źródło: GetHome.pl

Jakie były najważniejsze wydarzenia na rynku biurowym w 2020 roku?

Rynek biurowy w 2020 roku był zdominowany przez kilka wydarzeń, które prawdopodobnie go na nowo zdefiniują i ukształtują. Czynnikiem, który przede wszystkim się do tych zmian przyczynił była praca zdalna nie niespotykaną dotąd skalę i to ona wywołała lawinę zdarzeń, takich jak spadek popytu na nową powierzchnię,  zmiany w strukturze podpisywanych umów, czy wzrost oferty podnajmów. Pomimo nie najlepszych nastrojów i niepewności gospodarczej oberwaliśmy też wzmożoną aktywność inwestycyjną, której celem był sektor logistyczny oraz mimo wszystko rekordowe transakcje na rynku najmu.

Praca zdalna

W ciągu kilku dni większość firm przeniosła swój biznes z biura do domów pracowników. Początkowo ułatwione łączenie życia zawodowego i prywatnego skłoniły wielu pracowników do częściowego zakwestionowania konieczności pracy z biura, a firmy – do rozważań czy obecnie wynajmowana wielkość biura faktycznie jest niezbędne czy w obecnej sytuacji nie jest jedynie generatorem kosztów. Po kilku miesiącach pracy zdalnej entuzjazm pracowników, którzy nijako nie z własnej woli zostali zmuszeni do pracy w domach zaczął słabnąć. Pojawiła się potrzeba kontaktów z ludźmi twarzą w twarz, a domowa codzienność oraz brak dostosowania domowych stanowisk do stałej pracy zdalnej zaczął być coraz bardziej uciążliwy. Po kilku miesiącach pandemii, kiedy coraz więcej zaczęto mówić o negatywnych skutkach pracy zdalnej w ujęciu społecznym, przeprowadzono szereg badań opinii publicznej, które wskazywały, że około 80% pracowników brakowało interakcji ze współpracownikami, a wielu rynkowych specjalistów odpuściło już spekulacje o „śmierci rynku biurowego”. Potrzebę posiadania biur potwierdziło też badanie Knight Frank, w którym spośród 2.000 respondentów niemal 80% respondentów wskazało, że po pandemii COVID-19 chciałoby pracować w modelu łączącym pracę zdalną z pracą z biura. Jedynie 8% ankietowanych woli pracę z domu, a 12% chciałoby pracować wyłącznie w biurze.

Zmiana w strukturze zawieranych umów

Niepewna sytuacja gospodarcza oraz ostrożność najemców były powodem m.in. tego że na rynku w 2020 roku znacząco wzrósł poziom renegocjacji umów najmu, które stanowiły 37% (wzrost z 26% w ostatnich trzech latach) wszystkich podpisanych umów najmu. W porównaniu z rokiem poprzednim zauważalnie spadł też udział umów tzw. pre-let podpisywanych przed oddaniem budynku do użytku i wyniósł 22%. Spodziewamy się, że ten trend może się utrzymać w przeciągu najbliższych miesięcy, a spowodowany będzie on głównie poprzez krótkoterminowe przedłużenia obecnych umów przez Najemców w celu odłożenia w czasie podjęcia długoterminowych decyzji.

Spadek popytu

W ostatnich miesiącach ubiegłego roku nadal obserwowano osłabioną aktywność najemców oraz wstrzymywanie się od podejmowania długofalowych zobowiązań. Najemcy skłaniali się raczej do pozostania w obecnie zajmowanym biurze niż do wynajmowania przestrzeni w nowej lokalizacji, czy do ekspansji na dodatkową powierzchnię. W 2020 roku popyt na powierzchnię biurową wyniósł 600.000 m2, a w 2019 niemalże 900.000 m2, co oznacza spadek aż o 1/3 r/r.

Rekordowe transakcje

Mimo zmniejszonego popytu na rynku odnotowano kolejne rekordowe transakcje zarówno na rynku stołecznym jak i w miastach regionalnych. Rok 2020 otworzył się kolejnym rekordem Grupy PZU, która wynajęła niemal 47.000 m2 w biurowcu Generation Park Y w Warszawie. Grupa Allegro zdecydowała się na relokację i zwiększenie swojego biura przenosząc się do dawnej Fabryki Norblina w której zajęła ponad 16.000 m2, natomiast firma Leroy Merlin wynajęła ponad 12.000 m2 w kampusie Forest w Warszawie. Rynki regionalne to między innymi renegocjacje Nokii na blisko 30.000 m2 w West Gate i West Link we Wrocławiu oraz transakcja z IV kwartału 2020 gdzie umowę przed najmu w Nowym Rynku zawarło Allegro na ok. 26.000 m2.

Duża aktywność deweloperska

Pomimo trwającej pandemii nie odnotowano na rynku większych przestojów w realizacji budowanych projektów. Największymi projektami dostarczonymi na stołeczny rynek w ostatnich miesiącach były m.in.: kompleks The HUB (89.000 m2 – Ghelamco), Mennica Legacy Tower (48.000 m2 – Golub GetHouse), Biura przy Warzelni kompleksu Browary Warszawskie (24.000 m2 – Echo Investment) oraz dwa budynki kompleksu LIXA (28.000 m2 – Yareal Polska, a które obecnie należą do Commerz Real AG). Do największych projektów ukończonych w miastach regionalnych możemy zaliczyć Olivia Prime B w Gdańsku (25.000 m2 – Olivia Business Center), pierwszą fazę Centrum Południe we Wrocławiu (23.700 m2 – Skanska), Wave A w Gdańsku (23.600 m2 – Skanska), High 5ive IV w Krakowie (23.500 m2 – Skanska) oraz pierwszy budynek kompleksu Face2Face w Katowicach (19.600 m2 – Echo Investment). Biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynku oraz mniejszą aktywność Najemców spodziewamy się w najbliższych miesiącach ograniczenia liczby nowych projektów, które miałyby być wprowadzone na rynek w najbliższych latach.

Podnajem

W poszukiwaniu oszczędności wiele firm wraz z początkiem pandemii zdecydowało się na podnajem części swojej powierzchni. W Polsce w ramach podnajmu pod koniec 2020 roku było dostępne około 200.000 m2 powierzchni, z czego aż ponad połowa w samej tylko Warszawie. W IV kw. 2020 roku powierzchnia wynajęta w ramach podnajmu odpowiadała 6% całkowitego popytu podczas gdy średni kwartalny wynik z ostatnich dwóch lat nie przekraczał 1%.

Duża aktywność na rynku inwestycyjnym

Pomimo pandemii COVID-19 i jej ogromnego wpływu na gospodarkę światową, rok 2020 zamknął się dobrym wynikiem przekraczającym 5,3 mld EUR. Na rynku nieruchomości komercyjnych apetyt inwestorów i zagranicznych funduszy pozostaje wciąż wysoki. Pomimo spadku wolumenu transakcji o 30% w porównaniu z rekordowym 2019 rokiem, rynek inwestycyjny w Polsce jest stabilny, a wartość zamkniętych transakcji zdecydowanie przekracza średnią z ostatnich 10 lat, która oscyluje wokół 4,2 mld euro. W 2020 roku uzyskany został najlepszy historycznie wynik sektora magazynowego na rynku inwestycyjnym, który wyniósł 2,6 mld euro, co w dużej mierze było reakcją inwestorów na rozwój rynku

e-commerce. Przewidujemy, że w kolejnych kwartałach na rynku biurowym możemy spodziewać się stabilizacji czynszów bazowych z niewielką tendencją spadkową w lokalizacjach poza centralnych wraz ze wzrostem pakietu zachęt, w postaci zwiększonego okresu zwolnienia z czynszu lub powiększonych dopłat do wykończenia biura, które zwiększą presję na czynsze efektywne

Karol Grejbus, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, Knight Frank

Panika przed trzecią falą koronawirusa. Przedsiębiorcy obawiają się powrotu obostrzeń

Biznes przeraźliwie boi się trzeciej fali pandemii koronawirusa

Czechy wprowadzają stan wyjątkowy, Niemcy przedłużają lockdown do połowy marca, a Polska poluzowała obostrzenia w połowie lutego. Takie progresywne zachowanie wzbudziło entuzjazm przedsiębiorców i zbyt duży entuzjazm u konsumentów. – Widok z Zakopanego, Krupówek czy z miejscowości turystycznych w oczywisty sposób może budzić niepokój. Mam jednak wątpliwości czy powrót do obostrzeń jest dobrym pomysłem – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

„Lęk, apatia i zniechęcenie” – przedsiębiorcy obawiają się trzeciej fali koronawirusa

Wyprzedane miejsca w czynnych kinach, zarezerwowane hotele w miejscowościach nadmorskich oraz w górach, ogromne zainteresowanie sportem plenerowym oraz np. Stokami narciarskimi. Kiedy tylko było to możliwe to Polacy ruszyli na zimowy odpoczynek. 12 lutego nastąpiło bardzo progresywne odmrożenie gospodarki, które doradcy z Centrum Kiżuk & Michalska pochwalili. Nie da się jednak ukryć, że mieszkańcy przesadnie poczuli wolność i jest tak, że poluzowanie restrykcji zachęciło do spędzania czasu w plenerze.

– To, co działo się w Zakopanem czy nad morzem pokazuje, że ludzie pragną powrotu do normalności. Kiedy im na ten powrót pozwolono, to oni zaczęli z tego korzystać zapominając o rozsądku i tym, że pandemia nadal trwa. Takie działanie może skutkować powrotem do obostrzeń, które przez długie miesiące dławiły gospodarkę – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk Michalska. – Jesteśmy zdecydowanie przeciwni powrotowi do obostrzeń takich jak ograniczenia w centrach handlowych, ponowne zamknięcie hoteli czy ograniczenie funkcjonowania instytucji kultury. Te branże odetchnęły z ulgą, na taką ożywczą perspektywę czeka jeszcze gastronomia i branża fitness. Widmo kolejnych ograniczeń i trzeciej fali koronawirusa powoduje wśród przedsiębiorców lęk, apatię i zniechęcenie – dodaje Katarzyna Michalska. – Powrót do obostrzeń byłby karaniem biznesu za to, że ludzie są spragnieni rozrywki i kultury – dodaje.

Groźba powrotu do lockdownu to „kołysanie nastrojami”?

Jak wyjaśniają eksperci z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska przedsiębiorcy niebawem zamkną pierwszy kwartał roku 2021 i rozpoczną planowanie kolejnych miesięcy. Wizja powrotu obostrzeń jest czynnikiem, który może powstrzymywać przed inwestycjami: – Są branże, które tak naprawdę nie działają od marca 2020. Niebawem będą świętować rok bez możliwości pracy i zarabiania pieniędzy. To coś niewyobrażalnego. Rząd nawołuje nas do solidarności, ograniczania się i trzymania dystansu, ale można odnieść wrażenie, że najsłabszym ogniwem całej sytuacji jest po prostu entuzjazm mieszkańców. Społeczeństwo chce żyć, bawić się, kupować. Trudno winić przedsiębiorców za to, że chcą zarabiać pieniądze – mówi Filip Kiżuk. – Gospodarka powinna być otwierana w reżimie sanitarnym. Nie mam wrażenia, że przedsiębiorcy nie wywiązują się ze swoich zobowiązań, wręcz przeciwnie. Krok w tył, czyli np. zamknięcie hoteli, jeszcze mocniej rozkołysałoby nastroje – dodaje ekspert z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

– Zdajemy sobie sprawy, że pewne sformułowania mogą być używane przez lekarzy i polityków jako słowa mobilizujące nas do np. większej ostrożności, ale biznes metafory rozumie bardzo dosłownie. Świadczy o tym choćby fakt, że kina jeszcze się nie otworzyły, choć mogą. Przedsiębiorcy nie chcą już, by ktoś im mówił: „Możesz, ale pod warunkiem, że…”. Wielu przedsiębiorców prosi nas o poradę w tym zakresie – dodaje Filip Kiżuk.

Ponad jedna trzecia Polaków nie ufa ubezpieczycielom. Najgorzej jest w kwestii ochrony zdrowia i życia

Niemal połowa Polaków ufa ubezpieczycielom, ale ponad jedna trzecia jest przeciwnego zdania. W tej drugiej grupie najwięcej jest osób z wyższym i ze średnim wykształceniem, a także najlepiej zarabiających. Przeważnie są to mieszkańcy dużych miast. I trzeba dodać, że częściej brak zaufania wykazują mężczyźni niż kobiety. Rodacy o negatywnym nastawieniu do tego typu firm darzą najmniejszym zaufaniem instrumenty ochrony życia i zdrowia, nieruchomości, a także mienia. Nieco lepiej postrzegane są ubezpieczenia motoryzacyjne i turystyczne.Blisko połowa Polaków ufa firmom ubezpieczeniowym

Z ogólnopolskiego badania opinii społecznej, zrealizowanego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP, wychodzi, że 46,7% Polaków ufa ubezpieczycielom. 34,4% temu zaprzecza, a 18,9% nie potrafi tego ocenić. Jak komentuje ekonomista Marek Zuber, to dość niepokojące zjawisko, że ponad jedna trzecia rodaków nie wierzy instytucjom zaufania publicznego. Może to wnikać z tego, że są kojarzone z firmami finansowymi, takimi jak banki, które w ostatnich latach straciły na wizerunku.

– W mojej perspektywie, to są wręcz zaskakująco dobre wyniki dla towarzystw ubezpieczeniowych. Od lat powszechnie mówi się przecież o tym, że ubezpieczyciele często nadużywają swojej pozycji i zwykle próbują coś zrobić na niekorzyść klientów przy likwidacji szkód – zwraca uwagę Maciej Kamiński, prezes zarządu HELPER CPP.Polacy najbardziej nie ufają ubezpieczeniom w kwestii ochrony zdrowia i życia oraz nieruchomości

Dr hab. Monika Wieczorek-Kosmala, Prof. UE z Katedry Finansów Przedsiębiorstw i Ubezpieczeń Gospodarczych Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach zauważa, że wiele osób ma negatywne doświadczenia związane z procesem likwidacji szkód i z poczuciem otrzymania zbyt niskiego odszkodowania. Według eksperta, jednak często jest to skutkiem niezrozumienia warunków ochrony. Klienci pobieżnie czytają zapisy umów i nie znają definicji zdarzeń losowych oraz finansowych skutków ograniczeń odpowiedzialności stosowanych przez ubezpieczycieli.

– Badani, którzy deklarują zaufanie do ww. firm, do tej pory mogli tylko płacić składki za różnego rodzaju ubezpieczenia, ale jeszcze nie mieć okazji likwidować faktycznej szkody. Przez to poziom ufności może być większy. Jednak to oczywiście nie zmienia faktu, że blisko połowa Polaków ją wyraża – dodaje ekspert z HELPER CPP.

Częściej mężczyźni niż kobiety nie ufają firmom ubezpieczeniowym. Brak zaufania wykazują głównie osoby z wyższym i ze średnim wykształceniem, a także z zarobkami rzędu 5000-6999 i ponad 9000 zł netto. Najmniej ufni są ludzie zamieszkali w miastach liczących co najmniej 500 tys. mieszkańców, a także w miejscowościach mających 100-199 tys. i 200-499 tys. ludności. Najwięcej tych osób jest w woj. kujawsko-pomorskim, pomorskim i śląskim.

– Wyniki badania pokazują również, że brak ufności jest mocno związany z wykształceniem, dochodem i miejscem zamieszkania. Im wyższy jest poziom zdobytej edukacji oraz zarobków, a także im większa jest dana miejscowość, tym niższe zaufanie jest do ubezpieczyciela – podkreśla Maciej Kamiński.

Ponadto ankietowani, którzy nie ufają firmom ubezpieczeniowym, zostali zapytani o to, do jakich trzech typów ubezpieczeń mają najmniejsze zaufanie. 53% badanych w tej grupie podało instrumenty ochrony dotyczące życia i zdrowia, 27,8% – nieruchomości, a 24,6% – ogólnie mienia. Na czwartej pozycji znalazły się ubezpieczenia motoryzacyjne – 19,5%, a za nimi turystyczne – 14%. Natomiast 20,1% respondentów nie było w stanie podać konkretnych kategorii.

– Ubezpieczenia z pierwszego zakresu mogą mieć charakter inwestycyjny jako tzw. polisolokaty. Negatywny stosunek do nich wynika z kilku czynników. Można wskazać wysokie koszty rezygnacji po paru latach, a także kary w przypadku braku wpłaty w danym miesiącu. Ponadto inwestowanie w tego typu aktywa może być nieopłacalne w związku z sytuacją na giełdzie – stwierdza Marek Zuber.

Natomiast dr hab. Krzysztof Łyskawa z Katedry Ubezpieczeń Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu uważa, że poziom zaufania do instrumentu ochrony ma związek ze znajomością danego produktu. W przypadku ubezpieczeń życiowych rozmowa z reprezentantem zakładu trwa dłużej niż przy auto casco. Nie każdy Polak skorzystał z odszkodowań i świadczeń we wszystkich typach posiadanych produktów. Istotna jest zatem częstotliwość konkretnych zdarzeń, które wymagają likwidacji szkody i działania zakładu ubezpieczeń. W tym miejscu właśnie buduje się zaufanie.

– Fakt, że poza pierwszą trójką są ubezpieczenia motoryzacyjne, może nieco dziwić. W tej kategorii najczęściej dochodzi do opóźnień w likwidacji szkód i zaniżania odszkodowań z tytułu OC i AC. Ponadto należy dodać, że tego typu szkód na rynku jest najwięcej. Można zatem wnioskować, że Polacy przyzwyczaili się już do różnego rodzaju niedociągnięć. Jednak prawdziwe zagrożenie widzą tam, gdzie wchodzi w grę życie i zdrowie, a także ochrona własności – wyjaśnia prezes Kamiński.

Z badania również wynika, że pierwszym trzem typom ubezpieczeń najbardziej nie ufają Polacy w wieku 18-35 lat o dochodach 5000-8999 zł netto. Głównie mają oni średnie lub wyższe wykształcenie. Najwięcej takich osób jest w woj. kujawsko-pomorskim, warmińsko-mazurskim i lubelskim. Zamieszkują one miejscowości liczące 200-499 tys. i 5-19 tys. ludności.

Badanie zostało przeprowadzone przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP w dniach 05-07 lutego br. Ankietę zrealizowano metodą CAWI na grupie 1017 dorosłych Polaków, reprezentatywnej ze względu na płeć i wiek.

Branża piwowarska na minusie w 2020 roku. Najwięcej tracą piwa mocne, najszybciej zyskują bezalkoholowe

Branża piwowarska dotkliwie odczuła ograniczenia w działalności sklepów i lokali gastronomicznych, spadek ruchu turystycznego oraz brak imprez masowych. To wszystko wpłynęło na kilkuprocentowy spadek sprzedaży piwa w 2020 roku. Największy dotyczył najpopularniejszego segmentu alkoholowych lagerów. Za to dynamiczne wzrosty zanotował segment piw bezalkoholowych, którego wartość przekroczyła już 1 mld zł, a jego udział w kategorii piwa wzrósł do 5,7 proc. Branża spodziewa się, że ten trend będzie kontynuowany, jednak do planów na ten rok podchodzi z ostrożnością. Jednym z większych wyzwań jest niepewne otoczenie regulacyjne.

– Rok 2020 zdestabilizował branżę piwowarską pod wieloma względami. Począwszy od działalności operacyjnej browarów, które w krótkim czasie musiały się dostosować do nowych, pandemicznych realiów, zapewnić bezpieczeństwo pracy, produkcji i dostaw, po wyniki sprzedażowe, które w zeszłym roku okazały się wyraźnie niższe, zwłaszcza w sektorze gastronomicznym – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Branża dotkliwie odczuła lockdown, ograniczenia w działalności sklepów i lokali gastronomicznych, spadek ruchu turystycznego oraz brak imprez masowych. W efekcie – jak wynika z danych NielsenIQ – w 2020 roku spadek wolumenowy sprzedaży piwa w Polsce wyniósł 1,6 proc. Te dane nie obejmują jednak sektora HoReCa.

W ubiegłym roku nie było letnich festiwali muzycznych, dużych imprez sportowych czy takiej turystyki, którą pamiętamy z lat wcześniejszych. Nawet popularne grille, na które Polacy chętnie wyjeżdżają na działki, były niemożliwe w trakcie ograniczeń w przemieszczaniu się. To wszystko spowodowało, że naturalnych okazji do spożywania piwa było po prostu mniej i konsumpcja indywidualna spadła – wyjaśnia Bartłomiej Morzycki. – Po uwzględnieniu segmentu hotelarsko-gastronomicznego spadek sprzedaży piwa w 2020 roku sięgnął prawie 4 proc. (za GUS). To stanowi poważne wyzwanie dla branży.

Według danych NielsenIQ wolumenowy spadek sprzedaży piwa był najbardziej widoczny w najpopularniejszym dotąd segmencie alkoholowych lagerów. Jego sprzedaż spadła o 2,6 proc.

– W ramach tego segmentu jeszcze szybciej spadał podsegment mocnych lagerów alkoholowych [o 4,7 proc. w 2020 roku vs. 2019 roku wolumenowo – red.] i to on ciągnął sprzedaż w dół. To jest kontynuacja trendu, który obserwowaliśmy w poprzednich latach, ale rok 2020 jeszcze go pogłębił – tłumaczy Marcin Cyganiak, dyrektor komercyjny NielsenIQ.

W ubiegłym roku po raz kolejny wzrost popularności odnotował za to segment piw bezalkoholowych. Jego wartość przekroczyła symboliczny 1 mld zł, a jego udział w kategorii piwa sięgnął 5,7 proc. (w porównaniu do 4,7 proc. w 2019 roku). Piwa bez procentów umacniają swoją pozycję na rynku już od kilku lat.

To jest bardzo silny trend – podkreśla Marcin Cyganiak. – Piwa bezalkoholowe stały się już osobną kategorią, a najbardziej rosną smakowe, bezalkoholowe lagery. Tu pojawia się najwięcej różnorodności, z każdym rokiem jest na rynku coraz więcej nowych smaków.

– W 2020 roku ponownie spadła też średnia zawartość alkoholu w piwie. W ogóle coraz mniej alkoholu spożywamy pod postacią piwa. Najmocniej stracił segment piw mocnych, a jednocześnie dosyć wyraźnie, o ponad 20 proc., wzrósł segment piw bezalkoholowych. Tych dwóch trendów pandemia nie zakłóciła, od lat tracą piwa mocne, a rosną bezalkoholowe – dodaje Bartłomiej Morzycki. – Utrzymała się też premiumizacja – w zeszłym roku największe wzrosty dotyczyły piw z najwyższej półki: top i ultra premium. Widać, że Polacy w pandemii szukali w piwie nie ilości i procentów, ale jakości i smaku.

W ubiegłym roku kategoria piwa – mimo wolumenowego spadku sprzedaży – jednocześnie odnotowała wzrost wartościowy na poziomie 3 proc. Jest to efekt wzrostu cen, który został wywołany m.in. wyższą akcyzą (podwyżka o 10 proc. na początku zeszłego roku) oraz wzrostem kosztów produkcji. W bezalkoholowe piwa smakowe dodatkowo w tym roku uderzyła tzw. opłata cukrowa wprowadzona w styczniu.

– Cena piwa od dłuższego czasu jest pod presją inflacyjną i presją rosnących kosztów. Z roku na rok to jest wzrost kilkuprocentowy, o około 20 gr. W ciągu ostatnich dwóch lat średnia cena piwa wzrosła aż o 8 proc. – wyjaśnia Bartłomiej Morzycki.

W tej chwili branża piwowarska ostrożnie podchodzi do planów na przyszłość, głównie ze względu na niepewną sytuację epidemiologiczną. Każda decyzja rządu i każda wprowadzona zmiana pociąga za sobą w tej chwili koszty liczone w milionach złotych. Branża liczy na szybkie poluzowanie obostrzeń w gastronomii i turystyce, choć w ostatnich dniach mówi się raczej o początku trzeciej fali pandemii i przywróceniu części restrykcji.

Bardzo ciężko przewidzieć perspektywy dla branży piwowarskiej na 2021 rok. Jest kilka rzeczy oczywistych, których nie możemy przewidzieć, jak np. pogoda. Zastanawiamy się też, jak potoczy się pandemia, czy odbędą się wydarzenia sportowe przełożone z poprzedniego roku, jak choćby mistrzostwa Europy w piłce nożnej czy igrzyska olimpijskie. To są wydarzenia, które zawsze wpływały na dynamikę rynku piwa. Dodatkowo żyjemy w dużej niepewności legislacyjno-podatkowej. Pojawiają się nowe obciążenia, jak np. podatek cukrowy. Mówi się też o różnych innych, potencjalnych podwyżkach danin i podatków, co może mieć wręcz katastrofalny wpływ na branżę – mówi Mieszko Musiał, prezes zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Przemysł 4.0 szansą na wyjście Polski z pandemicznego kryzysu. Brakuje jednak pracowników o odpowiednich kompetencjach

 Transformacja cyfrowa przemysłu to nasz as w rękawie, ponieważ Polska ma ogromny potencjał. Jeśli odważnie zagramy tą kartą, to nasza gospodarka szybko odrobi straty po pandemii koronawirusa i możemy też stać się liderem reindustrializacji w Europie – mówi Dawid Solak z Platformy Przemysłu Przyszłości. Jak wskazuje, pandemia COVID-19 okazała się katalizatorem, który skłonił polskie firmy do przyspieszenia cyfrowej transformacji, ale nadal jedną z głównych barier dla tego procesu pozostaje brak pracowników o odpowiednich kompetencjach. Dlatego PPP prowadzi nabór ekspertów, którzy pomogą przedsiębiorcom w kształceniu kadr.

– Przemysł jako sektor gospodarki – w odróżnieniu choćby od turystyki czy gastronomii – nie został mocno dotknięty przez lockdown. Mamy rekordową nadwyżkę handlową wynoszącą 6,9 proc. PKB. Spodziewamy się więc, że w długofalowej perspektywie pandemia przyspieszy w Polsce rozwój Przemysłu 4.0 – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dawid Solak, członek zarządu Platformy Przemysłu Przyszłości.

Przemysł 4.0 lub inaczej czwarta rewolucja przemysłowa, to proces transformacji technologicznej i organizacyjnej przedsiębiorstw, który obejmuje m.in. cyfryzację produktów i usług, wprowadzanie nowych modeli biznesowych i integrację całego łańcucha wartości. Jak wynika z opublikowanego w ubiegłym roku raportu Deloitte, w Polsce ten proces przebiega na zbliżonym poziomie i w podobnym tempie co globalnie (raport „Przemysł 4.0 w Polsce”).

W badaniu Deloitte 58 proc. menedżerów wyższego szczebla (z których 1/3 reprezentowała branżę produkcyjną) wskazało, że cyfrowa transformacja to główny priorytet strategiczny w ich organizacji, a zdaniem 39 proc. ich firma ma odpowiednie umiejętności i zasoby ludzkie do przeprowadzenia tej transformacji. Większość (86 proc.) wskazała też, że wdrażanie nowych technologii ma kluczowe znaczenie dla zachowania przewagi rynkowej ich przedsiębiorstwa. Pandemia okazała się dodatkowym bodźcem, który skłonił je do przyspieszenia procesu technologicznej transformacji.

– Pandemia stała się katalizatorem w procesie modernizacji przemysłu. Widać wyraźne trendy, jak choćby przyspieszenie automatyzacji, firmy cyfryzują też sposoby pracy. W najnowszej odsłonie raportu „Smart Industry Polska” aż 70 proc. przedsiębiorstw wskazało właśnie pandemię jako przyczynę tej digitalizacji. Proces zmian w przemyśle z natury jest dość powolny, ale szok związany choćby z zaburzeniem łańcuchów dostaw, zwłaszcza w pierwszym kwartale 2020 roku, sprawił, że reindustrializacja przestała być tylko hasłem – mówi Dawid Solak.

Jak wskazuje, w czwartej rewolucji technologicznej równie ważne co nowe technologie (takie jak Big Data, wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, sztuczna inteligencja, blockchain, chmura, IoT, druk 3D czy nowe generacje robotów przemysłowych) są też kompetentne kadry. Potwierdza to badanie Deloitte, z którego wynika, że blisko połowa (43 proc.) menedżerów właśnie zasoby ludzkie i talenty uznała za główny czynnik napędzający innowacje cyfrowe w ich przedsiębiorstwach.

– Nie wystarczy zakup najnowszej linii produkcyjnej czy wdrożenie cobotów w fabryce, jeśli pracownikom zabraknie kompetencji do wykorzystania potencjału, jakie dają najnowsze rozwiązania technologiczne – podkreśla członek zarządu Platformy Przemysłu Przyszłości. – W badaniach najczęściej wskazywane są dwie bariery związane z transformacją. Pierwsza to brak właściwiej kultury organizacyjnej przedsiębiorstwa, a druga to właśnie brak odpowiednich kompetencji. Firmy często nie dysponują kadrami z wiedzą na temat niezbędnych technologii i procesów. Platforma Przemysłu Przyszłości powstała po to, żeby te bariery obalić.

Działająca od blisko dwóch lat organizacja (podległa obecnie Ministerstwu Rozwoju, Pracy i Technologii) pełni rolę centrum wiedzy i skupia się właśnie na kształceniu wśród polskich kadr takich kompetencji, które są niezbędne w procesie cyfrowej transformacji. Dlatego PPP organizuje m.in. warsztaty, szkolenia, konferencje i promuje nowatorskie rozwiązania m.in. z obszaru automatyzacji, zaawansowanej analizy danych czy komunikacji ludzi z maszynami.

– Przywiązujemy ogromną wagę do tego, żeby przedsiębiorcy mogli na własne oczy zobaczyć, jakie korzyści daje transformacja. Dlatego jesteśmy stałym partnerem wydarzeń organizowanych przez regionalne huby innowacji cyfrowych. Najnowszą z takich inicjatyw jest np. dzień otwarty showroomu Fabryki Przyszłości hub4industry, który odbywa się w formacie online – mówi Dawid Solak.

Działania PPP są wspierane przez zespół ekspertów, którego zadaniami są m.in. prowadzenie szkoleń i webinariów, bezpośrednie doradztwo przedsiębiorcom czy tworzenie ekspertyz i specjalistycznych analiz. Eksperci merytoryczni PPP tworzą ponad 30-osobową grupę doświadczonych praktyków i specjalistów w poszczególnych zagadnieniach związanych z cyfrową transformacją oraz Przemysłem 4.0.

– Eksperci są naszym merytorycznym zapleczem i to od nich w ogromnym stopniu zależy, czy wiedza dotycząca transformacji przemysłowej trafi do polskich przedsiębiorstw – wskazuje członek zarządu Platformy Przemysłu Przyszłości.

Obecnie platforma zamierza powiększyć swój zespół ekspercki o nowych specjalistów z dziedzin powiązanych m.in. z Europejskim Zielonym Ładem, nowymi modelami biznesowymi, budowaniem kultury innowacji oraz kształtowaniem kompetencji pracowników. Nabór dla kandydatów ruszył w tym tygodniu, a chętni powinni się specjalizować w jednym z tych obszarów. Pod uwagę brane będą doświadczenie, aktywność zawodowa i dorobek naukowy, ale także m.in. umiejętności autoprezentacji i prowadzenia szkoleń.

– Osoby zainteresowane mogą zgłaszać się poprzez serwis PrzemyslPrzyszlosci.gov.pl, gdzie mogą znaleźć szczegółowe informacje o naborze, zapoznać się z wymaganiami oraz warunkami współpracy i wypełnić formularz zgłoszeniowy – mówi Dawid Solak. – W ubiegłym roku współpracowaliśmy z przeszło 50 partnerami, wśród których były także samorządy i przedsiębiorstwa. Nowa tura naboru trwa aż w 13 dziedzinach. Nasi eksperci mogą liczyć na honoraria, a współpraca na pewno się opłaci obu stronom.

Udział kobiet w polityce i biznesie rośnie, ale nieznacznie. Problemem brak odpowiedniej polityki rodzinnej oraz nadal duża luka płacowa

Kobiety pełnią funkcję szefów państw lub rządów tylko w około 20 krajach. Przy dotychczasowym tempie parytet na najwyższych szczeblach władzy nie zostanie osiągnięty przez kolejne 130 lat – wynika z wyliczeń organizacji UN Women. Chociaż są pozytywne, znaczące zmiany, jak mianowanie kobiety na stanowiska wiceprezydenta i ministra finansów USA, nadal jednak w wielu krajach pozycja pań na scenie politycznej słabnie. Również na najwyższych szczeblach w biznesie kobiety są słabo reprezentowane, a problemem pozostaje wyraźna różnica w ich wynagrodzeniach w stosunku do zarobków mężczyzn. – W Polsce sytuacji pań nie sprzyja polityka rodzinna, która nie ułatwia godzenia ról zawodowych i prywatnych – ocenia Małgorzata Druciarek z Instytutu Spraw Publicznych.

– Z perspektywy 193 państw na całym świecie kobiety stanowią obecnie ok. 1/4 wszystkich osób we władzy ustawodawczej. To dwa razy więcej niż 25 lat temu. Ta tendencja cały czas rośnie, niemniej dynamika wzrostu w ostatnich latach jest bardzo niewielka – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Druciarek, kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w Instytucie Spraw Publicznych. – To wiąże się z tym, że w wielu krajach pozycja kobiet na scenie politycznej i w przestrzeni publicznej jest coraz słabsza, a prawa kobiet są odbierane, czego Polska może być przykładem.

W ubiegłym roku organizacja UE Woman podała, że kobiety pełnią funkcję szefów państw lub rządów w ok. 20 krajach, a ok. 120 krajów nigdy nie miało kobiety przywódczyni. Przy tym tempie parytet na najwyższych szczeblach władzy nie zostanie osiągnięty przez kolejne 130 lat. Tylko nieco lepsza jest sytuacja na szczeblu ministerialnym – w 2019 roku tylko co piąty minister na świecie był kobietą. Przy rocznym wzroście o 0,52 pkt proc. parytet płci na stanowiskach ministerialnych nie zostanie osiągnięty przed 2077 rokiem.

Z drugiej strony są też widoczne oznaki poprawy sytuacji. W Estonii kobiety piastują zarówno stanowisko prezydenta, jak i premiera. W Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy kobiety zostały wybrane na wiceprezydenta oraz ministra finansów.

– Wybór Kamali Harris z całą pewnością jest przede wszystkim bardzo ważną decyzją polityczną, symboliczną dla wielu kobiet i dziewczynek, a także dla przyszłych pokoleń. Jeśli nie widzimy kobiet pełniących pewne funkcje publiczne, to po pierwsze, do tych funkcji nie aspirujemy, ale też nie wyobrażamy sobie kobiet na tym miejscu. Sama Kamala powiedziała, że ona jest pierwsza, ale na pewno nie ostatnia. Z tego punktu widzenia to bardzo ważna decyzja dla wszystkich kobiet na całym świecie – ocenia Małgorzata Druciarek.

Zgodnie z danymi Unii Międzyparlamentarnej z lipca 2019 roku, przytaczanymi w opracowaniu „Kobiety w polityce. Statystyki międzynarodowe” przez Kancelarię Senatu, pod względem udziału kobiet w sejmowych ławach Polska znalazła się na 54. miejscu (z nieco ponad 29-proc. udziałem). W Senacie ten odsetek był jeszcze niższy.

– Z jednej strony byliśmy jednym z pierwszych krajów na świecie, w których kobiety wywalczyły prawa wyborcze. Z drugiej strony obecnie nie plasujemy się na dobrym miejscu, jeżeli mielibyśmy się porównywać np. z innymi krajami europejskimi. Oscylujemy wokół 30 proc. udziału kobiet w Sejmie, zdecydowanie gorzej jest w Senacie, bo 16 proc. Nie wspomnę już o rządzie, w którym tylko jedna kobieta jest obecna – wylicza kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w ISP.

Na obecność kobiet w polityce może wpłynąć Strajk Kobiet. W protestach przeciwko zaostrzeniu przepisów antyaborcyjnych brały udział setki tysięcy pań. Według badań opinii wśród Polaków, które przeprowadził Ogólnopolski Strajk Kobiet, 85 proc. protestujących osób wierzy w ich skuteczność. Może to doprowadzić do stworzenia mocnej siły politycznej.

– Strajk Kobiet z całą pewnością jest przestrzenią, w której kobiety mogą sobie uświadomić fakt, że polityka dotyka ich życia osobistego i prywatnego, mogą się zobaczyć i policzyć. Natomiast to, czy wyrośnie z tego prawdziwa siła polityczna, która ma szansę przetrwać, na pewno wymaga ogromnej pracy i czasu – ocenia Małgorzata Druciarek. – Na pewno pandemia może być takim czynnikiem zmian, bo wiele kobiet uświadomiło sobie, że większość prac opiekuńczych i odpowiedzialności za bliskich spoczywa na nich. To być może jest taki czas, kiedy kobiety uświadomią sobie swoją rolę i być może coś z tym zrobią i przełożą to na siłę polityczną.

Nieco lepiej niż w polityce, przynajmniej teoretycznie, wygląda sytuacja kobiet w biznesie. Z ubiegłorocznego badania przeprowadzonego przez Grant Thornton („Polski biznes otwarty na kobiety”) wynika, że 38 proc. wyższej kadry kierowniczej w polskich firmach stanowią panie. Pod tym względem Polska zajmuje trzecie miejsce w światowej czołówce i jest powyżej średniej zarówno europejskiej, jak i światowej (ok. 30 proc.). Tylko w 9 proc. krajowych firm na najwyższych stanowiskach nie zasiada żadna kobieta.

Gorzej sytuacja wygląda, jeśli uwzględniamy tylko stanowiska prezesów i dyrektorów zarządzających. Tutaj kobiety stanowią 19 proc. (w 2019 roku było to 16 proc.).

– Z całą pewnością nie jest dobrze, jeśli chodzi o lukę płacową. W mediach dużo się mówi o tym, że Polska jest liderem, jeśli chodzi o niski poziom luki płacowej, ale nie wspomina się o tym, że luka nie liczy mikro- i małych przedsiębiorstw, które w naszym kraju mają ogromne znaczenie i w których jest zatrudnionych około 40 proc. pracowników. Jeżeli weźmiemy je pod uwagę, to luka w Polsce oscyluje między 20 a 30  proc., a to jest bardzo dużo – mówi kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w ISP.

Według danych Eurostatu za 2017 rok różnica w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn w UE wynosiła 16 proc. na korzyść panów. Najwyższa była w Estonii, Czechach, Niemczech (powyżej 20 proc.), a najniższa w Rumunii (3,5 proc.), Luksemburgu i we Włoszech (po 5 proc.), w Belgii (6 proc.) oraz w Polsce (7,2 proc.).

Jak wynika z ubiegłorocznej edycji Indeksu Równości Płci (Gender Equality Index), UE ma w tym zakresie sporo do nadrobienia. Ogólny wskaźnik wyniósł 67,9 punktów (na 100), a od 2017 roku wzrósł jedynie o 0,5 pkt (od 2010 o 4,1 pkt). W takim tempie – jeden punkt w dwa lata – osiągnięcie równości płci zajmie Unii ponad 60 lat.

Jak ocenia ekspertka ISP, w Polsce problemem jest polityka rodzinna, która nie ułatwia łączenia ról zawodowych i prywatnych.

– Z takim samym, choć może nawet większym kłopotem mierzą się polityczki. Posłanki w Polsce nie są uprawnione do urlopów macierzyńskich ani rodzicielskich. Państwo, ale też przedsiębiorstwa nie umożliwiają kobietom sprawnego łączenia ról matki i pracownicy. Wydaje się, że to jest podstawowa bariera dla wszystkich kobiet aktywnych zawodowo – przekonuje Małgorzata Druciarek.

Narodowy Program Zdrowia wymaga uzupełnienia o zagrożenia środowiskowe. Tylko w wyniku zanieczyszczenia powietrza co roku przedwcześnie umiera 50 tys. osób

Wpływ zmian klimatu i zanieczyszczeń powietrza na zdrowie ludzi powinien zostać uwzględniony w Narodowym Programie Zdrowia na lata 2021–2025. To główny postulat HEAL Polska, organizacji analizującej wpływ środowiska na zdrowie publiczne, i Koalicji Klimatycznej sformułowany w ramach konsultacji społecznych. – Badania dowiodły, że mieszkańcy terenów zdegradowanych środowiskowo mają wyższe ryzyko zachorowania na COVID-19 i śmierci w wyniku tej choroby – mówi Weronika Michalak z HEAL Polska.

Projekt rozporządzenia w sprawie Narodowego Programu Zdrowia na lata 2021–2025 został opublikowany w grudniu 2020 roku, a w styczniu tego roku swoje uwagi do projektu składali partnerzy społeczni. Celem strategicznym NPZ jest wydłużenie życia Polaków spędzonego w zdrowiu oraz zmniejszenie nierówności, które ujawniają się w kwestiach zdrowotnych. Z kolei cele operacyjne obejmują: profilaktykę nadwagi i otyłości, profilaktykę uzależnień, promocję zdrowia psychicznego, zdrowie środowiskowe i choroby zakaźne oraz zdrowe i aktywne starzenie się.

Narodowy Program Zdrowia to bardzo istotny dokument, który wyznacza strategię i cele na następne lata w zakresie zdrowia publicznego dla Polek i Polaków. Powinien on zawierać wszystkie najbardziej istotne obszary, które łączą się ze zdrowiem publicznym. Jako organizacje pozarządowe, które skomentowały projekt Narodowego Programu Zdrowia na lata 2021–2025, cieszymy się, że dokument powstał, natomiast brakuje odpowiedniego uwzględnienia czynników środowiskowych, głównie wpływu zanieczyszczeń powietrza i zmian klimatu na zdrowie ludzi – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Weronika Michalak, dyrektorka polskiego oddziału Health and Environment Alliance (HEAL).

Jak podkreśla, w dokumencie za mało uwagi poświęcono takim kwestiom jak edukacja, profilaktyka czy adaptacja do istniejących już zagrożeń. Czynniki środowiskowe zostały zredukowane w NPZ do środowiska pracy, a nie zagrożeń płynących ze środowiska naturalnego.

Jeszcze przed pandemią koronawirusa Światowa Organizacja Zdrowia podkreślała, że zmiana klimatu jest najpoważniejszym zagrożeniem dla zdrowia publicznego ludzi na całym świecie, ponieważ ma liczne i wszędzie odczuwalne konsekwencje – zaznacza dyrektorka HEAL Polska.

Degradacja środowiska naturalnego w coraz większym stopniu wpływa na zdrowie ludzi na całym świecie, w tym również mieszkańców Polski. Każdego roku prawie 50 tys. osób umiera przedwcześnie tylko z powodu zanieczyszczeń powietrza. Na świecie ofiar może być nawet 7 mln rocznie.

– Zanieczyszczenie powietrza to nie jest konsekwencja zmian klimatu, ale się z nimi wiąże, bo łączy się ze spalaniem paliw kopalnych. Jednak w dobie COVID-19 ma to istotne znaczenie. Coraz większa liczba naukowców dostrzega korelację pomiędzy zanieczyszczeniem powietrza a zachorowalnością i zgonami na COVID-19. Ludzie mieszkający na obszarach zdegradowanych środowiskowo mają wyższe ryzyko zachorowania na COVID-19 i śmierci wskutek tej choroby. Jeszcze pół roku temu były to hipotezy, ale obecnie są już potwierdzone badaniami – podkreśla Weronika Michalak.

Śmiertelność wywołaną zmianami klimatu trudno jednak oszacować. Wliczają się w to również ofiary upałów czy katastrof naturalnych. Kolejny problem to tropikalne choroby zakaźne, które docierają do Europy, takie jak denga czy gorączka Zachodniego Nilu.

– Zmiana klimatu to jest też zaburzenie bezpieczeństwa żywnościowego, np. na skutek susz – mówi ekspertka. – Dlatego uwzględnienie czynników środowiskowych w celach operacyjnych NPZ jest istotne. Z kolei choroby zakaźne – jako coraz większe zagrożenie – powinny zostać ujęte jako osobny cel operacyjny w całym programie. To są zbyt ważne zagadnienia, żeby się znajdowały wspólnie w jednym celu operacyjnym.

HEAL Polska apeluje do Ministerstwa Zdrowia o szczególną troskę wobec osób starszych, które są narażone na konsekwencje kryzysu klimatycznego związanego m.in. z falami upałów.

Wydawałoby się, że wszyscy wiemy, z czym się mogą wiązać fale upałów i jak się przed nimi chronić, bo lata w Polsce już bywały upalne. Natomiast gdy spojrzymy na statystyki ostatnich lat, te fale są coraz dłuższe, coraz bardziej dotkliwe, a bywają takie, z powodu których kilkadziesiąt tysięcy osób w skali całej Europy umiera, tylko z powodu wysokich temperatur i konsekwencji sercowo-naczyniowych – uściśla Weronika Michalak.

Możliwe konsekwencje kryzysu klimatycznego wymagają nowego podejścia do profilaktyki. Powinna się ona opierać na działaniach edukacyjnych i adaptacyjnych także w służbie zdrowia, aby ta była przygotowana na hospitalizację i pomoc medyczną osobom, które mogą ponosić różne skutki zmian klimatu.

Naszym zdaniem dokument wymaga jeszcze dopracowania. Coraz więcej przedstawicieli sektora zdrowia, chociażby w niedawno uruchomionej kampanii „Lekarze dla klimatu”, mówi o konsekwencjach kryzysu klimatycznego i o tym, co się jeszcze może zdarzyć za kilka czy kilkadziesiąt lat, jeżeli nie podejmiemy wystarczających działań w walce ze zmianą klimatu. Mamy nadzieję, że Ministerstwo Zdrowia weźmie te głosy pod uwagę – podkreśla dyrektorka polskiego oddziału Health and Environment Alliance.