Automatyzacja branży gastronomicznej postępuje. Roboty mogą już wkrótce zastąpić kucharzy, barmanów czy kelnerów

Na świecie pracują już niemal 3 mln robotów przemysłowych, a duża część z nich wykorzystywana jest w fabrykach i laboratoriach, w przemyśle, rolnictwie oraz medycynie. Jednak coraz częściej maszyny będą wspierać ludzi w zadaniach nieco bardziej prozaicznych. Roboty mogą już wkrótce zastąpić kucharzy, barmanów czy kelnerów, a automatyzacja branży gastronomicznej, zwłaszcza podczas pandemii koronawirusa, to tylko kwestia czasu.

– NASA już od lat wysyła w kosmos bezzałogowe misje w celu eksploracji kosmosu, a Boston Dynamics stworzył roboty kroczące. Ale autonomiczne maszyny to nie tylko agencje kosmiczne czy armia. Google, Tesla i Uber pracują nad autonomicznymi pojazdami, które zaoszczędzą nam czas na dojazdach. Automatyzacja wkracza także pod nasze strzechy. Mamy już ekspresy do kawy, które jesteśmy w stanie zaprogramować tak, aby o 8.00 rano zrobiły nam gorącą kawę, mamy Roombę, która czyści nasze podłogi, autonomiczna kosiarka do trawy kosi trawnik. Automatyzacja dotknie każdej dziedziny naszego życia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kamil Paśko, wspólnik w Poley.me.

Rynek automatyzacji i robotyki rozwija się niezwykle dynamicznie. Międzynarodowa Federacja Robotyki w swoim raporcie z września 2020 roku pt. „World Robotics Reports 2020” wskazała, że na całym świecie jest już ponad 2,7 mln robotów, a ich liczba sukcesywnie rośnie. Choć w 2019 roku sprzedaż nowych maszyn nieco spadła, to dane za rok 2020, kiedy wybuchła pandemia koronawirusa, mogą powrócić do dynamicznych wzrostów. Na masową skalę produkowane są m.in. roboty wykorzystywane do dezynfekcji pomieszczeń szpitalnych.

Jedną z branż szeroko wykorzystujących robotykę jest także gastronomia. W Japonii za sprawą firmy Bear Robotics pojawili się pierwsi robokelnerzy Servi, działający zarówno w restauracjach, jak również na prywatnych bankietach. Wyposażony w dwie tace, poruszający się w ograniczonym obszarze robotyczny kelner może działać bez przerwy do 12 godzin. Z kolei japońskie restauracje wykorzystują roboty do serwowania i przygotowania sushi. Wielu ekspertów zaznacza, że nie jest to tylko chwyt marketingowy, ale też często realny problem braku rąk do pracy na japońskim rynku.

– W wielu dziedzinach życia to nie jest przyszłość, to już jest teraźniejszość. Już teraz w Kalifornii robotyczne ramię Cafe X jest w stanie przygotować nam kawę. Na polskim rynku Costa Coffee zainwestowała ostatnio w autonomiczne punkty sprzedaży. To już się dzieje – podkreśla wspólnik w Poley.me.

Jednym z liderów rynku robogastronomii może stać się wkrótce firma Sony, która pracuje nad robotami domowymi nowej generacji. To wielofunkcyjny system wsparcia kucharza na każdym etapie tworzenia potrawy. Eksperci koncernu wykorzystują narzędzia SI do generowania nowych modeli odpowiedzialnych za analizę wszystkiego co ma znaczenie dla „budowy” potraw, ich smaku i wyglądu. System pomoże w przygotowaniu potrawy, doradzi, jakie składniki wykorzystać, w jaki sposób je pokroić, doprawić czy podać.

Z kolei stworzony przez Polaków start-up Poley.me także przeciera szlaki dla robotycznej rewolucji w gastronomii. Firma skonstruowała autonomicznego robota, który nie tylko przygotuje wybranego drinka, ale dzięki sztucznej inteligencji zaproponuje ciekawe połączenie smaków na podstawie wcześniejszych preferencji klienta. Autonomiczne roboty gastronomiczne znajdą zastosowanie w wielu miejscach.

– Maszyny mogą znaleźć zastosowanie w hotelach czy na stokach narciarskich. Wszędzie tam, gdzie duże liczby osób należy obsłużyć w krótkim czasie – wskazuje Kamil Paśko.

Według „World Robotics Reports 2020” największymi rynkami robotów na świecie są Chiny, Japonia i Stany Zjednoczone, jednak wśród 15 krajów najbardziej zaawansowanych pod względem wykorzystania maszyn znalazła się także Polska, zajmując 14. miejsce.

Nowa teoria naukowców z Uniwersytetu Harvarda dotycząca wyginięcia dinozaurów. Za katastrofę odpowiedzialna była kometa

Przez dziesięciolecia odpowiedzialnością za wyginięcie dinozaurów obarczana była asteroida z pasa między Marsem a Jowiszem, która uderzyła w Ziemię, powodując katastrofalne zniszczenia. Nowe badania przeprowadzone na Uniwersytecie Harvarda wysunęły teorię, że obiekt, który zniszczył życie na naszej planecie, pochodził z dużo bardziej odległego miejsca. Korzystając z analizy statystycznej i symulacji grawitacyjnych, naukowcy obliczyli, że znaczna część długookresowych komet pochodzących z Obłoku Oorta, lodowej kuli szczątków na krawędzi Układu Słonecznego, mogła zostać odbita z kursu przez pole grawitacyjne Jowisza. Jedna z nich mogła trafić w Ziemię.

Około 66 mln lat temu duże ciało z kosmosu uderzyło w naszą planetę. Uważa się, że obiekt miał ok. 16 km szerokości i pozostawił krater na wybrzeżu Meksyku o szerokości 93 mil i głębokości 12 mil. Uderzenie spowodowało wyginięcie większości dinozaurów, a następująca po nim zmiana klimatu, która trwała tysiące lat, doprowadziła do śmierci 3/4 życia na Ziemi.

Dotychczas uważano, że za katastrofę odpowiadała asteroida. Badania naukowców z Uniwersytetu Harvarda twierdzą jednak, że była to prawdopodobnie kometa, która nadleciała z krawędzi Układu Słonecznego, z regionu Obłoku Oorta. Korzystając z analizy statystycznej i symulacji grawitacyjnych, obliczyli, że znaczna część długookresowych komet pochodzących z tego rejonu może zostać odbita z kursu przez pole grawitacyjne Jowisza.

– Układ Słoneczny działa jak automat do gry w pinball – wskazuje Amir Siraj, student astrofizyki na Uniwersytecie Harvarda. – Najbardziej masywna planeta układu – Jowisz – wyrzuca nadchodzące komety długookresowe [obiegające Słońce w czasie dłuższym niż 200 lat – przyp. red.] na orbity, które zbliżają je do Słońca.

Gdy kometa zbliżyła się do Słońca, prawdopodobnie się rozpadła, a jej fragmenty obierały różne kierunki. Większa część komety znalazła się na kursie kolizyjnym z Ziemią.

– W przypadku komet muskających Słońce [których orbity przechodzą ekstremalnie blisko jego powierzchni – przyp. red.] część komety bliżej niego odczuwa silniejsze przyciąganie grawitacyjne niż część znajdująca się dalej, co skutkuje efektem siły pływowej w poprzek obiektu – tłumaczy Amir Siraj. – Efektem może być tak zwane rozerwanie pływowe, w którym duża kometa rozpada się na wiele mniejszych części, a w swojej drodze powrotnej w stronę Obłoku Oorta istnieje zwiększone prawdopodobieństwo, że jeden z tych fragmentów uderzy w Ziemię.

Nowe obliczenia naukowców zwiększają prawdopodobieństwo, że komety długookresowe uderzą w Ziemię, a nawet 20 proc. z nich może okazać się śmiertelnym zagrożeniem.

– Nasze opracowanie dostarcza dowody na wyjaśnienie wystąpienia tego zdarzenia – dodaje Avi Loeb, astronom z Uniwersytetu Harvarda. – Według naszych ustaleń, jeśli obiekt zbliżający się do Sońca zostanie rozbity, może to spowodować odpowiednią częstość zdarzeń, a także wywołać rodzaj uderzenia, który zabił dinozaury.

Teoria naukowców Uniwersytetu Harvarda wskazuje, że duże kratery, jak meksykański Chicxulub, są pokryte „węglowym chondrytem”, czyli materiałem pochodzącym z początków Układu Słonecznego. Naukowcy twierdzą, że tylko około 10 proc. asteroid w pasie między orbitą Jowisza i Marsa jest zbudowanych z węglowego chondrytu, jednak wśród komet długookresowych większość składa się właśnie z tego materiału.

Podobne składy mają także krater Vredefort w Republice Południowej Afryki czy krater Żamanszyng w Kazachstanie, największy w ciągu ostatniego miliona lat. Naukowcy twierdzą, że czas tych uderzeń potwierdza ich obliczenia.

– Powinniśmy częściej obserwować mniejsze fragmenty docierające na Ziemię z Obłoku Oorta – wskazuje Avi Loeb. – Mam nadzieję, że uda nam się przetestować tę teorię. Mając więcej danych na temat komet długookresowych, możemy uzyskać lepsze statystyki i być może zobaczyć dowody na istnienie niektórych fragmentów komet.

Bezpłatna konferencja: Cyfryzacja Spółek Kapitałowych – prawo a nowe technologie

Zapraszamy na wirtualną konferencję Wybrane aktualne zmiany w prawie gospodarczym oraz cyfryzacja spółek i innych organizacji – prawo a nowe technologie, która odbędzie się dnia 11 marca 2021 roku, w godzinach 10:00 – 12:00. Głównymi organizatorami i jednocześnie patronami merytorycznymi konferencji są Międzynarodowe Centrum Zarządzania Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego i Fundacja Na Rzecz Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Konferencja odbędzie się w formie dyskusji ekspertów biznesowych i  przedstawicieli środowiska naukowego na temat aktualnych zmian w prawie gospodarczym, w szczególności zasad udziału w formalnych zgromadzeniach z  wykorzystaniem nowych technologii, organizacji głosowań, rejestracji przebiegu spotkań, zawierania umów w formie elektronicznej, przepisów dotyczących prostej spółki akcyjnej, dematerializacji akcji, wybranych zmian opodatkowania i  cyberbezpieczeństwa.

Moderatorem dyskusji będzie doc. dr Robert Pietrusiński z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. W panelu wezmą udział Prof. dr hab. Igor Postuła z  Wydziału Zarzadzania Uniwersytetu Warszawskiego, Paweł Wachelka z  Intertrading Systems Technology, Doc. dr Piotr Sokół z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, Ludwik Sobolewski, specjalista rynku papierów wartościowych.

Konferencja kierowana jest do radców prawnych, notariuszy, założycieli start-upów, przedsiębiorców, prawników korporacyjnych, notariuszy, przedstawicieli instytucji finansowych, funduszy inwestycyjnych, pracowników biur zarządów i  rad nadzorczych zainteresowanych założeniem prostej spółki akcyjnej, jak również inwestorów instytucjonalnych w postaci banków inwestycyjnych, domów maklerskich, towarzystw i funduszy inwestycyjnych itd. oraz inwestorów indywidualnych, instytutów naukowych, dziennikarzy i innych osób zainteresowanych zmianami w przepisach.

Udział w konferencji jest bezpłatny dla wszystkich uczestników. Warunkiem udziału jest rejestracja elektroniczna na stronie www.wzuw.pl lub poprzez przesłanie zgłoszenia mailowo na adres [email protected]UWWZ (3)

Które podatki należy podwyższać, a których nie?

Rozmawiając o systemie podatkowym warto wziąć pod uwagę rozróżnienie podatków na pośrednie i bezpośrednie. Dlatego, że wpływy z nich obciążają dwie różne strony dokonujące transakcji. Podatki pośrednie, takie jak VAT i akcyza, chociaż płacone są przez przedsiębiorstwa – obciążają konsumentów. Zaś podatki bezpośrednie, takie jak CIT, płacone są przez same firmy. Jest to podatek od zysku – dlatego firmy nie powinny tym podatkiem obciążać konsumentów. Jedną z możliwości obniżenia lub uniknięcia tego podatku może być za to odpisanie od niego wydatków na inwestycje. Jest to jednak furtka, z której korzysta wielu nieuczciwych przedsiębiorców.

– Inwestując, firmy tworzą nowe miejsca pracy, rozwijają potencjał wytwórczy naszej gospodarki, a w przyszłości przysparzają państwu wpływów podatkowych. Natomiast zdarza się, że firma ani nie płaci CIT-u, ani też nie inwestuje. To jest rzecz wymagająca bliższego zbadania, gdyż przez takie dziury podatkowe ucieka nam z budżetu państwa dużo pieniędzy – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Jednak zamiast przypilnowania przedsiębiorców i zwiększenia wpływów z podatku CIT, proponuje się podwyższenie stawki podatku akcyzowego. To ruch, który zamiast do kieszeni wielkich firm, wkradnie się do kieszeni konsumentów. Plany te odnoszą się głównie do nowej kategorii produktów na rynku wyrobów tytoniowych, czyli tak zwanych wyrobów nowatorskich. Nie istnieją jednak przesłanki wskazujące na to, że taka zmiana jest niezbędna. Różnica między stawkami akcyzowymi nie jest żadną luką podatkową. To jest efekt decyzji ustawodawcy, który wynika z konkretnych, uzasadnionych przesłanek. Gdy dany wyrób akcyzowy jest bardziej szkodliwy dla zdrowia, na przykład mocniejszy alkohol czy papierosy, uzasadnione jest to, by był obłożony wyższą stawką podatku akcyzowego. Realizacja postulatu o podwyższenie akcyzy na wyroby nowatorskie spowoduje, że będą one opodatkowane 2,5 razy wyżej niż zwykłe papierosy. Absolutnie nie ma przesłanek do tego, by produkty potencjalnie mniej szkodliwe dla zdrowia były dużo wyżej opodatkowane niż te, które szkodzą nam bardziej – podkreśla Kozłowski.

19,5 pkt. wyniósł styczniowy wskaźnik koniunktury wśród tradycyjnych detalistów. Spodziewana poprawa nastrojów w lutym

Pomiar NHT, czyli Nastroju Handlu Tradycyjnego, to nowe, cykliczne badanie realizowane przez Comp Platformę Usług, operatora systemu M/platform, wspierającego zarządzanie promocjami w tradycyjnych sklepach spożywczych. Styczniowy, ogólny wskaźnik bieżących nastrojów właścicieli najmniejszych placówek handlowych wyniósł 19,5 pkt. w skali od 0 do 100. Prognoza na luty jest bardziej optymistyczna.

Wskaźnik NHT+1, określający nastroje spodziewane w kolejnym miesiącu, wyniósł 36,1 pkt dla tej samej grupy badanych (w badaniu wzięła udział reprezentatywna liczba osób korzystających z M/platform, głownie właścicieli i kierowników sklepów). Wynik nie znajduje się jeszcze po stronie optymistycznej, ale sugeruje tendencję wzrostową.

M/platform wspiera małe, lokalne sklepy tradycyjne. Skutecznie łączymy detalistów z producentami, aby ułatwić im wyjście z atrakcyjną ofertą do klientów z sąsiedztwa. Badanie Nastroju Handlu Tradycyjnego pozwoli nam jeszcze lepiej zrozumieć potrzeby użytkowników M/platform, ale również ułatwi diagnozę rynkowych nastrojów, które szczególnie w czasach pandemii są nieustannie wystawiane na próbę – komentuje Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platformy Usług S.A., operatora M/platform.

Ubiegły rok upłynął pod znakiem pandemii i wiele wskazuje na to, że w perspektywie najbliższych miesięcy nadal będzie ona odgrywać ważną rolę we wszystkich obszarach życia społeczno-gospodarczego. Przez ostatni rok handel detaliczny odczuł kryzys, lecz był zasadniczo bardziej niż inne branże odporny na większość zawirowań związanych z restrykcjami. Oprócz pandemii, na styczniowe nastroje uczestników badania mogły mieć jednak wpływ również nowe, dodatkowe obciążenia dla przedsiębiorców, np. wzrost minimalnego wynagrodzenia brutto i idący za tym wzrost stawek ZUS, wzrost opłat za energię elektryczną czy też nowo wprowadzony podatek cukrowy i „opłata małpkowa”.

Mimo licznych wyzwań, prognoza na luty – wzrost wskaźnika Nastroju Handlu Tradycyjnego o 16,6 pkt – wydaje się wskazywać na rosnący optymizm.

Metodologia: Wskaźniki mogą przyjmować wartość od 0 do 100. Wynik powyżej 50 świadczy o nastrojach optymistycznych, a poniżej o przewadze opinii negatywnych. Oba wskaźniki będą publikowane na początku każdego miesiąca.

Podwyżka akcyzy na piwo nie jest planowana. Ministerstwo Finansów odpowiada Rzecznikowi MŚP

Rzecznik MŚP zaniepokojony licznymi informacjami medialnymi, mówiącymi o planowanej podwyżce akcyzy na napoje alkoholowe, w szczególności piwo zapytał Ministerstwo Finansów czy trwają obecnie pracę nad takimi rozwiązaniami. Resort finansów poinformował, że obecnie nie są prowadzone żadne prace legislacyjne w zakresie zmiany stawek podatku akcyzowego.

Branża piwna to ważna część rodzimego przemysłu spożywczego. Polska jest trzecim co do wielkości producentem piwa w Europie. Poza największymi producentami na rynku funkcjonuje także wiele mniejszych browarów, zaliczanych do sektora małych i średnich przedsiębiorstw, dlatego Rzecznik MŚP z zadowoleniem przyjął odpowiedź Ministerstwa Finansów.

Adam Abramowicz – rzecznik MŚP
Adam Abramowicz – rzecznik MŚP
– Małe, rodzinne browary to rzadko wspominane ofiary lockdownu. Często ich głównymi klientami są restauracje, które dziś są zamknięte. Nie uwzględniają ich jednak tarcze antykryzysowe. Dołożenie im jeszcze kolejnego problemu w postaci podwyżki akcyzy mogłoby być dla wielu z nich nie do udźwignięcia. Dobrze, więc że plotki o zmianach w akcyzie okazały się jedynie dziennikarską kaczką – komentuje Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.

Rzecznik MŚP konsekwentnie opowiada się za nienakładaniem w czasie kryzysu nowych podatków i danin na przedsiębiorców, zwłaszcza na branże szczególnie dotkniętych konsekwencjami zamknięcia gospodarki.

Ponad 40% menedżerów sektora motoryzacyjnego spodziewa się powrotu do sytuacji sprzed pandemii w ciągu 2 lat

Wskaźnik nastrojów wśród przedstawicieli firm motoryzacyjnych obecnych na polskim rynku uległ poprawie mimo niezwykle trudnej sytuacji spowodowanej pandemią COVID-19. Jak wynika z najnowszej edycji badania KPMG i PZPM, wskaźnik nastrojów menedżerów wynosi 50 punktów i jest wyższy o 30 punktów w porównaniu z wynikami poprzedniej edycji badania, przeprowadzonego w połowie ubiegłego roku. Sytuacja firm motoryzacyjnych w Polsce jest nadal bardzo trudna – 83% z nich odnotowało spadek przychodów w związku z pandemią. Pomimo tego, iż ostatni rok dla branży był niezwykle trudny, 65% przedstawicieli branży prognozuje powrót do sytuacji sprzed pandemii w ciągu 1-2 lat. Długotrwałymi skutkami pandemii zdaniem przedstawicieli firm motoryzacyjnych będzie przede wszystkim wzrost znaczenia wirtualnych salonów i wirtualnej sprzedaży oraz ograniczenie zatrudnienia.

Wyniki najnowszego badania KPMG i PZPM pt. „Barometr nastrojów menedżerów firm motoryzacyjnych” wskazują na większy optymizm w branży, niż w połowie ubiegłego roku. Oznaczają jednocześnie, że pozytywne oceny bieżącej sytuacji zaledwie zrównują się z negatywnymi. Wskaźnik nastrojów menedżerów odnośnie przyszłości sektora wynosi 60 punktów, co przekłada się na wzrost o 16 punktów w porównaniu z wynikami badania przeprowadzonego na przełomie maja i czerwca 2020 roku. Nastroje dystrybutorów względem perspektyw dla branży poprawiły się od tego czasu o 25 punktów, osiągając wartość 67 punktów, a w grupie producentów motoryzacyjnych (pojazdów, zabudów lub części zamiennych) wskaźnik wzrósł o 9 punktów do poziomu 57 punktów.

Dystrybutorzy motoryzacyjni obecni w Polsce przejawiają nieco większy pesymizm niż producenci w kwestii oceny obecnej sytuacji w branży motoryzacyjnej. Blisko 40% firm zajmujących się dystrybucją negatywnie ocenia obecną sytuację branży, ale co 3. dystrybutor sytuację w branży ocenia dobrze.

ocena sytuacji branży motoryzacyjnejMenedżerowie firm motoryzacyjnych spodziewają się poprawy przyszłej sytuacji branży

Przedstawiciele branży motoryzacyjnej mają spore nadzieje na poprawę koniunktury w sektorze. Połowa ankietowanych dystrybutorów oraz tylko 4 na 10 producentów przewiduje poprawę sytuacji w branży w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Częściowo może wynikać to z faktu, iż nastroje w tych grupach z uwagi na negatywne skutki pandemii były w połowie ubiegłego roku wyjątkowo pesymistyczne. Warto zaznaczyć, że 1/3 zarówno dystrybutorów, jak i producentów uważa, że sytuacja sektora motoryzacyjnego przez najbliższy rok nie ulegnie zmianie. Z drugiej strony 26% przedstawicieli producentów (spadek o 19 p.p.) oraz 17% przedstawicieli dystrybutorów (w tym przypadku znacznie większy spadek tj. o 32 p.p.) uważa, że sytuacja w branży motoryzacyjnej ulegnie pogorszeniu lub zdecydowanemu pogorszeniu.

Prognozowana sytuacja gospodarcza Polski w ciągu najbliższego roku nie będzie najlepsza w opinii przedstawicieli branży motoryzacyjnej. 28% dystrybutorów motoryzacyjnych spodziewa się dalszego pogorszenia sytuacji ekonomicznej, z czego 17% uważa, że polska gospodarka ulegnie zdecydowanemu pogorszeniu. Podobne opinie można zauważyć w grupie producentów – 43% z nich spodziewa się dalszego pogorszenia sytuacji ekonomicznej.

Chyba po raz pierwszy ze wspólnego badania nastrojów menedżerów firm motoryzacyjnych przeprowadzanego przez KPMG w Polsce i PZPM, nie wyłania się czytelny i zdecydowany obraz oceny aktualnej sytuacji. W opinii respondentów nie jest ona bardzo zła, ale brak jest również ocen bardzo dobrych. Wydaje się, że te ostrożne opinie odzwierciedlają obecny stan gospodarki, która z jednej strony w znacznej części sektorów odnotowuje spadki, ale z drugiej strony widać optymizm, jeśli chodzi o przyszłość. Menedżerowie biorący udział w badaniu zakładają, że sytuacja wróci do normy w ciągu kilkunastu lub kilkudziesięciu miesięcy, jednakże ta norma w branży motoryzacyjnej jeszcze przez co najmniej kilka lat nie będzie oznaczała powrotu do stanu sprzed pandemii. Z całą pewnością zmienią się przyzwyczajenia naszych klientów, bo zmieni się cała branża, która na naszych oczach przechodzi transformację z napędów tylko spalinowych na motoryzację, w której to inne napędy będą miały większą rolę – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Wyzwania dla branży motoryzacyjnej

Przed branżą motoryzacyjną stoi wiele wyzwań. Zdaniem 73% producentów największym z nich w ciągu następnych 6 miesięcy będzie sytuacja polityczno-gospodarcza w Polsce. Problematycznymi kwestiami są również koszty pracy (67%) oraz nowe regulacje prawne (60% wskazań). Na podobne wyzwania wskazują dystrybutorzy motoryzacyjni – dla 67% ankietowanych wyzwaniem jest sytuacja polityczno gospodarcza. Połowa przedstawicieli tej grupy wskazuje także na zmienność kursów walutowych oraz nowe regulacje prawne.

Wszystkie badane firmy motoryzacyjne odnotowały spadek sprzedaży i zakłócenia w łańcuchu dostaw

Wszystkie firmy biorące udział w badaniu KPMG i PZPM przyznały, że wybuch pandemii COVID-19 i jej gospodarcze następstwa skutkowały spadkiem sprzedaży (83%). 71% firm musiało zmierzyć się z problemami związanymi z zakłóceniem łańcucha dostaw, a 40% firm motoryzacyjnych zredukowało etaty i tyle samo obniżyło wynagrodzenia swoich pracowników. Warto podkreślić, że co 6. firma wystąpiła z wnioskiem o pomoc oferowaną w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. Zdaniem 1/4 respondentów rozwiązania w nich zawarte są wystarczające. Dla blisko połowy firm pomoc oferowana w ramach tarczy jest raczej lub zdecydowanie niewystarczająca, a 27% firm motoryzacyjnych nie ma zdania na ten temat.

Mimo, że kryzys związany z COVID-19 ma duży wpływ na branżę, to 44% firm motoryzacyjnych prognozuje, że dojście do sytuacji sprzed pandemii zajmie im 2 lata. Do jeszcze większych optymistów należy co 5. respondent badania, który uważa, że sytuacja wróci do normalności w ciągu 1 roku. Z kolei 8% badanych nie spodziewa się w ogóle powrotu do sytuacji sprzed pandemii.

covid przemysł motoryzacyjnyWzrost znaczenia wirtualnych salonów sprzedaży wśród przedstawicieli firm motoryzacyjnych

Jak wynika z badania KPMG i PZPM długotrwałymi skutkami pandemii zdaniem przedstawicieli firm motoryzacyjnych będzie przede wszystkim wzrost znaczenia wirtualnych salonów i wirtualnych sprzedaży.

Pomimo trudnej sytuacji związanej z pandemią menedżerowie firm motoryzacyjnych działających w Polsce elastycznie dostosowują się do nowej rzeczywistości. Pandemia wymusiła dynamiczny rozwój wirtualnych salonów samochodowych umożliwiających zakup bez konieczności fizycznej obecności w salonie. Jednocześnie zmienia się także podejście klientów to tego typu rozwiązań. Nie dziwi zatem fakt, że aż 2/3 producentów i dystrybutorów spodziewa się dalszego wzrostu znaczenia wirtualnych salonów umożliwiających sprzedaż samochodów online – mówi Mirosław Michna, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Lider zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Niestety rozwój wirtualnych salonów to tylko jeden z efektów wpływu pandemii COVID-19 na branżę motoryzacyjną. Z badania wynika również, że w dłuższej perspektywie 58% producentów i dystrybutorów zamierza ograniczyć zatrudnienie, a 50% zostanie zmuszonych do zamrożenia inwestycji w rozwój firmy.

Bez paniki, czyli Polska pośrodku stawki niepokoju wywołanego pandemią

Obawy Polaków związane z pandemią zmniejszają się regularnie od trzech miesięcy. Opracowany przez firmę doradczą Deloitte indeks niepokoju wynosi 0 proc., tyle samo co we Francji. Wyniki najnowszej edycji badania Global State of the Consumer Tracker pokazują, że poczucie bezpieczeństwa w sklepach, hotelach, podczas lotów, a także podczas udziału w wydarzeniach masowych i usługach wymagających bezpośredniego kontaktu jest najwyższe od początku badania, czyli od maja 2020 roku.

Najnowsze badanie nastrojów i obaw polskich konsumentów związanych z pandemią koronawirusa zostało przeprowadzone po raz 15., Polska natomiast bierze w nim udział 12. raz z rzędu.

Ankiety wypełnili respondenci z w sumie 18 krajów. Oprócz Polski byli to mieszkańcy Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile oraz RPA.

Badanie zostało przeprowadzone na przełomie stycznia i lutego.

Trzeci najmniej zaniepokojony kraj w Europie

Sukcesywnie spada nad Wisłą poziom lęku wywołanego pandemią. Od listopada, kiedy opracowany przez Deloitte indeks niepokoju był na alarmująco wysokim poziomie 34 proc., spadł on o 34 p.p. i obecnie wynosi zero. W ciągu miesiąca natomiast różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły, zmniejszyła się o kolejne 2 p.p.

Razem z Francją, gdzie indeks niepokoju również wyniósł 0 proc., jesteśmy dokładnie pośrodku skali. Wśród krajów europejskich wyprzedzają nas Niemcy, gdzie też niezmiennie od początku badania poziom niepokoju jest najniższy na świecie i wynosi -32 proc. Druga za Niemcami jest Holandia, choć od naszych zachodnich sąsiadów wiele ją dzieli, bo indeks niepokoju jest tam już zdecydowanie wyższy i wynosi -18 proc. – mówi Michał Tokarski, Partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

O 3 p.p. wzrósł indeks niepokoju w Indiach, w których poziom obaw związanych z pandemią jest globalnie największy (31 proc.). W Europie indeks niepokoju jest najwyższy w Wielkiej Brytanii i wynosi obecnie 6 proc., choć w ciągu miesiąca spadł z 10 proc.

Najbardziej w ciągu miesiąca poziom obaw wzrósł w Stanach Zjednoczonych – aż o 12 p.p. – i w Hiszpanii – o 8 p.p. Zauważalny jest spory spadek lęku w Irlandii – aż o 8 p.p. Indeks niepokoju w przypadku tego kraju wynosi obecnie 4 proc. – W styczniu obserwowaliśmy duże wzrosty poziomu obaw w niektórych krajach europejskich – przede wszystkim w Irlandii i w Wielkiej Brytanii. Najnowsze wyniki pokazują wyraźne uspokojenie nastrojów – dodaje Michał Tokarski.

Eksperci zwracają uwagę, że sporo zmniejszyła się liczba respondentów w wieku 35-54 lata (-8 p.p.), którzy deklarują, że ich poziom niepokoju zwiększył się w ciągu tygodnia (38 proc.). Jeszcze miesiąc temu byli najbardziej zaniepokojoną grupą wiekową. Jednocześnie w najmłodszej grupie badanych (18-34 lata) znacznie, bo o 5 p.p. przybyło tych, którzy czują się bardziej zaniepokojeni niż tydzień temu (45 proc.). Tylko w niewielkim stopniu (-1 p.p.) zmniejszyła się liczba osób w grupie wiekowej 55+, u których poziom lęku zwiększył się w ciągu tygodnia (39 proc.).

Odwilż w niepokojach

To, co charakterystyczne dla wyników badania przeprowadzonego na przełomie stycznia i lutego to duży wzrost poczucia bezpieczeństwa we wszystkich konsumenckich aktywnościach. Aż o 9 p.p. przybyło w ciągu miesiąca Polaków, którzy bezpiecznie czują się, korzystając z indywidualnych usług, czyli np. podczas wizyty u dentysty czy fryzjera, a o 8 p.p. tych, którzy nie mają obaw przed wizytą w barze czy restauracji, mówi Krzysztof Wilk, partner associate w dziale Doradztwa Podatkowego, lider praktyki Life Sciences & Health Care, Deloitte.

Przed udziałem w wydarzeniu, które gromadzi większą liczbę ludzi nie ma natomiast obaw ponad jedna czwarta polskich respondentów (+5 p.p.). Po nieznacznym spadku na początku roku, w tym miesiącu znacznie przybyło (+8 p.p.) także konsumentów, którzy czują się bezpiecznie podczas zakupów w sklepach stacjonarnych (56 proc.).

Mniejsze są też obawy związane z podróżowaniem. Niespełna jedna trzecia badanych czuje się bezpiecznie podczas podróży samolotem (+2 p.p.). Z otwarciem przez rząd hoteli zbiegł się spory wzrost konsumentów (6 p.p.), którzy zapewniają, że czują się w nich bezpiecznie. Odpowiada tak dzisiaj 42 proc. Polaków zapytanych przez Deloitte. W sumie, wśród polskich konsumentów poczucie bezpieczeństwa w sklepach, hotelach, podczas lotów, a także podczas udziału w wydarzeniach masowych i korzystania z usług wymagających bezpośredniego kontaktu jest najwyższe od początku badania, czyli od maja 2020 roku.

Od początku roku o 3 p.p. ubyło konsumentów, którzy niepokoją się o zdrowie swoich bliskich. Mimo to, 77 proc. to najwyższy wynik w Europie. Za nami są Hiszpanie (75 proc.). Na świecie najwyższy poziom obaw o zdrowie bliskich jest odczuwalny w Chile i Chinach – po 81 proc., choć w tych ostatnich w ciągu miesiąca osób, które mają związane z tym obawy ubyło o 5 p.p.

Nieznacznie, bo tylko o 1 p.p., spadła w ciągu miesiąca liczba Polaków, którzy niepokoją się o powrót do biur (24 proc.). Od listopada natomiast – czyli czasu, gdy poziom związanych z tym obaw był najwyższy – to spadek aż o 11 p.p. W Europie to powód do niepokoju aż dla 39 proc. Brytyjczyków i 38 proc. Irlandczyków. Symbolicznie także (-1 p.p.) od początku roku zmniejszyła się liczba konsumentów, którzy planują ograniczyć korzystanie z miejskiego transportu. Dziś takie obawy ma niespełna połowa z zapytanych Polaków.

Stan własnego zdrowia najbardziej na świecie niepokoi mieszkańców Państwa Środka – przyznaje się do tego 84 proc. Chińczyków (-5 p.p.), a także 79 proc. mieszkańców Meksyku i 78 proc. mieszkańców Chile. W Europie najwięcej osób zaniepokojonych własną kondycją jest w Hiszpanii (74 proc.) i w Polsce. Przyznaje się do tego 61 proc. konsumentów nad Wisłą.

Spokojniejsi o finanse

Przez parę ostatnich edycji badania obserwowaliśmy utrzymujący się, wysoki poziom obaw o utratę pracy. Lutowe ankiety wskazują na poprawę nastrojów na rynku pracy i pokazują, że od początku roku liczba osób, które boją się o swoje zatrudnienie spadła o 3 p.p. i dziś takie obawy ma połowa z nas, tyle samo ile w październiku ubiegłego roku. Niemniej to nadal wysoki wynik. W Europie więcej osób zaniepokojonych o swoją pracę jest tylko w Hiszpanii – 54 proc., – mówi John Guziak, partner, lider ds. kapitału ludzkiego w Deloitte Polska.

Od stycznia wśród polskich konsumentów znacznie ubyło tych, którym sen z powiek spędza spłata kredytów (60 proc.) i stan oszczędności (63 proc. ). W obu przypadkach to mniej niż miesiąc temu aż o 5 p.p.

Nie zmieniła się w ciągu miesiąca liczba konsumentów, którzy odkładają na przyszłość większe zakupy. Nadal robi to 37 proc. z nas, ale to i tak mniej niż w listopadzie, kiedy taką ostrożność deklarowało 40 proc. naszych respondentów. Co ciekawe, nieznacznie przybyło od ostatniej fali badania Polaków, którzy obawiają się o uregulowanie nadchodzących płatności. Odpowiedziało tak 32 proc. zapytanych, tylko o 1 p.p. mniej niż w maju, kiedy ich liczba była największa w historii badania, mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.

Większe wydatki na wygodę

Po nieznacznym spadku w ubiegłym miesiącu aż o 6 p.p. przybyło wśród polskich konsumentów chętnych, by płacić za wygodę, jak na przykład dostarczenie zakupów do domu (trend convenience). Dziś pozwala sobie na to 37 proc. zapytanych nad Wisłą. To najwyższy wynik w historii badania. Co ciekawe nadal to ochrona zdrowia jest główną przyczyną, dla której się na to decydujemy, jednak połowa zapytanych kieruje się przy tym po prostu oszczędnością czasu. Prawie połowa z nas poluje też na okazje, czyli jest gotowa kupić rzecz, która nie jest im niezbędna o ile trafi na atrakcyjną cenę.

– Co warte odnotowania, to fakt, że spadła liczba Polaków, którzy przyznają, że kupują więcej niż są w stanie zużyć na bieżąco. Jeszcze miesiąc temu odpowiedziało tak 46 proc. rodzimych konsumentów co dało najwyższy wynik dla Polski w historii badania i najwyższy w Europie. Co prawda wynik z tego miesiąca – 41 proc. – nadal jest najwyższy w Europie, ale odpowiedziało tak tyle samo Brytyjczyków, Holendrów i tylko nieco mniej Włochów – dodaje Michał Tokarski. Na świecie najwięcej konsumentów na zapas kupuje w Indiach – 65 proc.

W tym sezonie piłkarskim straty mogą sięgnąć nawet 2 mld euro

Pandemia dotknęła futbolowych gigantów, powodując duży spadek przychodów pierwszej dwudziestki. Z drugiej strony podkreśliła wartość rozgrywek sportowych, które w trudnym czasie dostarczają kibicom pozytywnych wrażeń. Bezpieczny powrót kibiców na stadiony jest dziś jednym z priorytetów klubów piłkarskich na świecie.

Na skutek pandemii przychody dwudziestki największych futbolowych potęg w sezonie 2019/2020 wyniosły 8,2 mld euro, o 12 proc. mniej niż rok wcześniej. Spadek ten dotyczył przede wszystkim zmniejszonych wpływów od nadawców telewizyjnych i – ze względu na brak kibiców na stadionach – przychodów z dnia meczu. Na czele klubów piłkarskich o największych przychodach na świecie po raz drugi w historii stanęła FC Barcelona. Przychody hiszpańskiego giganta wyniosły prawie 715,1 mln euro. To jedynie 200 tys. euro mniej niż kolejnego w kolejce Realu Madryt. Podium uzupełnia Bayern Monachium. To najważniejsze wnioski z 24. edycji raportu „Football Money League”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Zgodnie z szacunkami ekspertów Deloitte na skutek pandemii w obecnym sezonie 2020/21 spadki przychodów mogą sięgnąć nawet 2 mld euro. Zakłócenie sezonu piłkarskiego 2019/20 i odmienne podejście różnych lig, nadawców i partnerów handlowych spowodowało, że przychody klubów z sezonu 2019/20 rozłożone są na dwa lata finansowe kończące się w 2020 i 2021 roku. Większość analiz Deloitte w tegorocznej Football Money League koncentruje się na roku finansowym zakończonym w roku 2020. W rezultacie doprowadziło to do odroczenia i trwałej utraty jednego z elementów składowych przychodów (z dnia meczowego, ale także wpływów od nadawców). – Ligi na całym świecie w różny sposób starały sobie radzić z pandemią. W niektórych przypadkach rozgrywki zostały przełożone, w niektórych zakończone, a jeszcze innych – całkowicie anulowane – mówi Dan Jones, partner w Sports Business Group w Deloitte w Wielkiej Brytanii. – Nie ma wątpliwości, że to jeden z najtrudniejszych momentów, jaki kiedykolwiek przeżywała branża piłkarska. Brak kibiców, odkładanie i odwoływanie meczów, rabaty dla nadawców oraz potrzeba zadowolenia partnerów komercyjnych, wszystko to znacząco wpłynęło na wynik Football Money League 2021. W rezultacie porównywanie wyników poszczególnych klubów jest trudniejsze niż zwykle – dodaje.

W sezonie 2019/2020 dwadzieścia najlepiej zarabiających klubów piłkarskich na świecie wygenerowało 8,2 mld euro łącznych przychodów, o 12 proc. mniej niż w poprzednim sezonie, kiedy wynik ten wynosił 9,3 mld euro. Spadek o 1,1 mld euro wynika przede wszystkim z redukcji przychodów z tytułu transmisji (o 937 mln euro, czyli 23 proc.) oraz spadku przychodów z dnia meczowego o 257 mln euro (17 proc.). Spadków nie był w stanie zrekompensować wzrost przychodów komercyjnych o 105 mln euro (o 3 proc.), osiągnięty dzięki wejściu w życie kilku dużych porozumień handlowych. – Chociaż żaden klub piłkarski nie był odporny na wyzwania związane z COVID-19, to kluby Football Money League odczuły to w najmocniejszy sposób. W tegorocznej edycji średni poziom przychodów przypadający na klub wynosił 409 mln euro, o 55 mln mniej niż rok wcześniej – mówi Dan Jones. – Bezpieczny powrót kibiców na stadiony jest jednym z priorytetów światowej piłki nożnej. Mecze są podstawą modelu biznesowego klubu i pomagają napędzać inne działania generujące przychody. Nieobecność fanów na stadionach będzie w pełni odzwierciedlona w przyszłorocznej edycji Football Money League. Ostateczna wielkość wpływu finansowego pandemii na piłkę nożną będzie zależała w niemałym stopniu od momentu i skali powrotu kibiców – dodaje ekspert.

Hiszpańskie kluby znowu bezkonkurencyjne

Pomimo znacząco odmiennych warunków w różnych ligach w sezonie 2019/20, skład Football Money League pozostał niemal taki sam jak w poprzednich latach. Skład pierwszej dziesiątki pozostaje niezmieniony, a 18 z 20 klubów było obecnych w zeszłorocznej edycji.

FC Barcelona (1. miejsce – 715,1 miliona euro) i Real Madryt (2. miejsce – 714,9 miliona euro) utrzymały się na szczycie, a różnica między nimi wynosi zaledwie 0,2 miliona euro i jest najmniejsza w historii zestawienia. „Duma Katalonii” zanotowała drugi największy spadek przychodów w wartościach bezwzględnych ze wszystkich klubów Football Money League, po rekordowym roku 2018/19, kiedy stała się pierwszym klubem, który przekroczył barierę przychodów 800 mln euro (840,8 mln euro).

Spadek przychodów Realu Madryt był mniejszy. Klub osiągnął 28,1 mln euro (8 proc. wzrostu) przychodów komercyjnych po poszerzeniu kluczowych partnerstw.

Bayern Monachium (634,1 mln euro) awansował na trzecie miejsce pierwszy raz od sezonu 2013/14. Klub odnotował najmniejszy spadek przychodów (4 proc.) w pierwszej dziesiątce zestawienia, korzystając z możliwości ujęcia wszystkich przychodów z transmisji krajowych w roku finansowym kończącym się w 2020 r. w związku z wcześniejszym zakończeniem sezonu Bundesligi.

Przychody Manchesteru United w wysokości 580,4 mln euro (spadek o 19 proc.) spowodowały, że klub spadł na czwarte miejsce, co jest największym spadkiem rok do roku w tegorocznej Money League. Było to w dużej mierze spowodowane tym, że „Czerwone Diabły” nie rywalizowały w Lidze Mistrzów UEFA w sezonie 2019/20, a także brakiem przychodów z dnia meczowego oraz rabatów z powodu przesuniętych transmisji. Z drugiej strony Liverpool wszedł do pierwszej piątki po raz pierwszy od 2001/02 z przychodami w wysokości 558,6 mln euro. Sukces klubu na boisku w ciągu ostatnich kilku lat napędza sukces finansowy, a korzyści związane z jego triumfem w Premier League rozłożone są na lata finansowe kończące się w 2020 i 2021 roku. Manchester City (6. miejsce – 549,2 mln euro), Paris Saint-Germain (7. – 540,6 mln euro), Chelsea (8. miejsce – 469,7 mln euro), Tottenham Hotspur (9. – 445,7 mln euro) i Juventus (10. miejsce – 397,9 mln euro) uzupełniają pierwszą dziesiątkę.

W tegorocznej edycji zadebiutowały dwa kluby FC Zenit (15. miejsce – 236,5 mln euro) oraz Eintracht Frankfurt (20. – 174 mln euro.) Z kolei AS Roma i West Ham United wypadły z zestawienia.

Tylko dwa kluby z pierwszej dwudziestki Football Money League: FC Zenit i Everton (17. miejsce – 212 mln euro) odnotowały wzrost przychodów w porównaniu z rokiem poprzednim. – Pandemia COVID-19 dała klubom impuls do przemyślenia strategii i modeli biznesowych. W szczególności ważna stała się digitalizacja, ponieważ interakcja cyfrowa stała się dominującym sposobem, dzięki któremu kluby mogą kontaktować się ze swoimi pracownikami i fanami. Najbardziej innowacyjne kluby będą najlepiej przygotowane do dostarczania większej wartości swoim kluczowym interesariuszom i zostaną nagrodzone najszybszym i najsilniejszym ożywieniem – mówi Tim Bridge, dyrektor w Sports Business Group w Deloitte w Wielkiej Brytanii.

Niepewna przyszłość

Przychody klubów Money League z dnia meczowego od marca 2020 r. są bliskie zeru. I ta sytuacja prawdopodobnie się nie zmieni także w tym sezonie. Rabaty na transmisje telewizyjne lig z „wielkiej piątki” i UEFA mogą wynosić prawie 1,2 miliarda euro, z czego znaczna część przypada na kluby, które znalazły się w Football Money League. – Nadal mocno wierzymy w wartość piłki nożnej na najwyższym poziomie dla kibiców, nadawców i innych partnerów handlowych. Jesteśmy przekonani o odporności branży i oczekujemy, że w przyszłych latach nastąpi mocne odbicie. Wydarzenia minionego roku podważyły ​​zdolność klubów do napędzania organicznego wzrostu przychodów. Wszelkie ich krótkoterminowe cele będą prawdopodobnie osiągalne dopiero w perspektywie średnioterminowej, gdy kibice powrócą na stadiony, a wpływ pandemii na światową gospodarkę będzie mniejszy niż obecnie – mówi Dan Jones. Jego zdaniem wpływ COVID-19 na finanse piłkarskie będzie odczuwalny przez lata, co może sprawić, że inwestorzy będą powątpiewać w sens inwestowania w sport. Z drugiej strony globalna pandemia podkreśla podstawą wartość rozgrywek sportowych, które w trudnym czasie dostarczają kibicom pozytywnych wrażeń, a sponsorom i partnerom handlowym pozwalają zaprezentować się w pozytywnym kontekście.

Deloitte Football Money League – przychody w sezonie 2019/2020

Pozycja w rankingu (pozycja ubiegłoroczna  

Nazwa klubu

Przychody w sezonie 2019/2020 (mln euro) (przychody w sezonie 2018/2019)
1 (2) FC Barcelona 715,1 (840,8)
2 (1) Real Madryt 714,9 (757,3)
3 (4) Bayern Monachium 634,1 (660,1)
4 (3) Manchester United 580,4 (711,5)
5 (7) Liverpool 558,6 (604,7)
6 (6) Manchester City 549,2 (610,6)
7 (5) Paris Saint-Germain 540,6 (635,9)
8 (9) Chelsea 469,7 (513,1)
9 (8) Tottenham Hotspur 445,7 (521,1)
10 (10) Juventus 397,9 (459,7)
11 (11) Arsenal 388 (445,2)
12 (12) Borussia Dortmund 365,7 (371,7)
13 (13) Atlético de Madrid 331,8 (367,6)
14 (14) Inter Mediolan 291,5 (364,6)
15 (28) FC Zenit 236,5 (180,4)
16 (15)  Schalke 04 222,8 (324,8)
17 (19) Everton 212 (210,5)
18 (17)  Olympique Lion 180,7 (220,9)
19 (20) Napoli 176,3 (207,4)
20 (27) Eintracht Frankfurt 174 (182,2)

Źródło: Deloitte Football Money League

Cena metra kwadratowego kawalerki wzrosła w 2020 roku nawet o 1000 zł

W ciągu ostatniego roku cena za 1 mkw. mieszkania wzrosła nawet o 999 zł (Gdańsk). Ani pierwsza ani druga fala koronawirusa nie zatrzymała więc rosnących cen mieszkań, a przynajmniej w 15 dużych miastach Polski. Spadki były tylko symboliczne, rzędu 85 zł w Katowicach.

Na podstawie cyklicznych raportów Expander i Rentier.io eksperci rankomat.pl przeanalizowali ceny mieszkań w dwóch okresach. Koniec roku 2019, a więc jeszcze sprzed ogłoszonej przez WHO pandemii koronawirusa i koniec roku 2020, czyli okres obowiązujących obostrzeń sanitarnych, w tym zamrożenia gospodarki.

W analizie wykorzystano użyte w raporcie 3 metraże mieszkań – małe (poniżej 35 mkw.), średnie (od 35 do 60 mkw.) i duże (powyżej 60 mkw.). Podane kwoty to mediany cen ofertowych, a więc stawki dominujące w IV kw. 2019 i IV kw. 2020 r. Analiza obejmuje 15 dużych miast, głównie wojewódzkich, ale także Gdynię, Częstochowę i Sosnowiec.

Kawalerki w rok podrożały od 124 do 999 zł za 1m2

Małe mieszkania, czyli te poniżej 35 mkw., podrożały w każdym z miast uwzględnionych w raporcie. Najwięcej tam, gdzie ceny kawalerek były już i tak bardzo wysokie, czyli w Gdańsku – wzrost aż o 999 zł do 10 999 zł/mkw., Warszawie – wzrost o 950 zł do 12 575 zł/mkw. i Krakowie – wzrost o 927 zł do 10 950 zł/mkw.

We Wrocławiu wzrost o 467 zł spowodował, że do magicznego progu 10 000 zł brakuje niewiele (obecnie to 9700 zł). Na kolejnych miejscach pod względem cen kawalerek znalazły się Gdynia (9 302 zł) ze wzrostem rocznym o 852 zł i Poznań (8 704 zł) droższy o 461 zł.

Najmniejszy wzrost na przestrzeni 12 miesięcy zanotowano w Białymstoku – “zaledwie” o 124 zł (do 7 113 zł)  i obu miastach województwa kujawsko-pomorskiego – w Toruniu o 146 zł (do 7 246 zł), a w Bydgoszczy o 358 zł (do 7 058 zł).

W pozostałych miastach małe mieszkania kosztują 8000 zł i mniej. Najdroższy jest Lublin (równo 8 000 zł) ze wzrostem na poziomie 821 zł. Następnie Szczecin i Katowice z podobną stawką (7 675 zł i 7 655 zł), ale innym tempem wzrostu (524 zł i 365 zł rocznie).

Stawki poniżej 7000 zł notują kawalerki w Łodzi – ze wzrostem o 740 zł (6 909 zł). Wyraźnie tańsze są Częstochowa (5 672 zł) i Sosnowiec (5 000 zł), ale i tam małe mieszkania podrożały w rok całkiem sporo, bo o 684 zł i 808 zł – wynika z raportu Expander i Rentier.io.

W ciągu roku 1 mkw. kawalerki w wymienionych miastach podrożał średnio o 8,3 proc. Paradoksalnie największy skok zanotował ostatni w zestawieniu Sosnowiec (+19,2 proc.), a najmniejszy Białystok (+1,7%).mieszkania covid 35

Średnie mieszkania tańsze, ale tylko o 25 i 85 zł

Mieszkania ze średnim metrażem (35-60 mkw.) również drożały przez rok, ale skala wzrostu było nieco mniejsza w porównaniu z kawalerkami. Najwięcej podrożały w Krakowie, Warszawie i Lublinie. Najmniej w Gdańsku, a w Białymstoku i Katowicach spadły.

Średnie mieszkania drożały gwałtownie w Krakowie – do 9 089 zł (wzrost o 943 zł), a w Warszawie do 10 835 zł (więcej o 835 zł), czyli tam, gdzie wartość lokali mieszkalnych z przedziału 35-60 mkw. była i tak najwyższa. Wystrzeliły też ceny w Lublinie (aż o 840 zł rocznie), ale tam stawka na koniec roku 2020 była jeszcze umiarkowana – 7 083 zł/mkw.

Najmniej podrożał Gdańsk (o 252 zł), gdzie mimo to ceny średnich mieszkań stanowiły drugi wynik w kraju – 9 251 zł za 1 mkw. W tańszych miastach wzrosty były większe, jak we Wrocławiu (o 407 zł do 8 270 zł), Gdyni (o 316 zł do 7 966 zł) i Poznaniu (o 508 zł do 7 770 zł).

W przedziale 6000-7000 zł za 1 mkw. znalazło się aż 6 miast. Na koniec 2020 r. najdroższy był Szczecin ze stawką 6 975 zł (wzrost o 697 zł), Toruń ze stawką 6 772 zł (wzrost o 383 zł), Bydgoszcz ze stawką 6 250 zł (wzrost o 280 zł) i Łódź ze stawką 6 081 zł (wzrost o 521 zł).

Poniżej 5000 zł za 1 mkw. znalazły się zgodnie z przewidywaniami Częstochowa (4 975 zł) i Sosnowiec (4 654 zł). Mniej przewidująca była za to rozbieżność w rocznych wzrostach cen – od 295 zł w Częstochowie i do 613 zł w Sosnowcu.

Wśród mieszkań o powierzchni 35-60 mkw. były też spadki, ale zaledwie o 25 zł w Białymstoku i 85 zł w Katowicach. Mimo tych „jaskółek” cenowych stawki w obu miastach nadal przekraczają 6000 zł na koniec roku 2020 – w Białymstoku to 6 225 zł, a w Katowicach 6 360 zł.

W klasyfikacji procentowej średnie mieszkania (+6,8 proc.) drożały trochę wolniej od małych mieszkań (+8,3 proc.). Jeśli spojrzeć na konkretne miejscowości, liderem wzrostów znów okazał się Sosnowiec (+15,1 proc.). Co ciekawe, zupełnie odmienny wynik zanotowały sąsiednie Katowice (-1,3 proc.).mieszkania covid 35-60

Duże mieszkania droższe w Lublinie, tańsze nad morzem

Duże mieszkanie w polskich warunkach to takie o powierzchni powyżej 60 mkw. Najwięcej drożały przez rok w Lublinie, Krakowie i Wrocławiu. Najmniej w Sosnowcu, Katowicach i Białymstoku. W Gdyni i Gdańsku okazały się nawet nieznacznie tańsze – wynika z porównania kwartalnych raportów Expander i Rentier.io.

Nadal najdroższa jest Warszawa ze stawką 10 404 (podwyżka o 602 zł). Za nią uplasowały się Gdańsk z wynikiem 9 167 zł (spadek o 33 zł) i doganiający stolicę Trójmiasta Kraków ze stawką już 8 900 zł (wzrost aż o 849 zł).

8 121 zł trzeba było zapłacić na koniec roku 2020 za 1 mkw. dużego mieszkania w Gdyni (mniej o 51 zł),7 729 we Wrocławiu (więcej o 688 zł) i 7 071 w Poznaniu (więcej o 419 zł).

Reszta miast z zestawienia to stawki poniżej 7 000 zł za metr. Najwięcej w Lublinie, bo 6 764 zł, gdzie mieszkania powyżej 60 mkw. podrożały aż o 869 zł. Tym samym Lublin przegonił Katowice, gdzie trzeba zapłacić już 6 600 zł (więcej o 303 zł), Szczecin ze stawką 6 265 (więcej o 647 zł) i Toruń ze stawką 6 120 zł (więcej o 320 zł).

Poniżej progu 6000 zł znalazły się Bydgoszcz – 5 938 zł (wzrost o 400 zł), Łódź – 5 726 zł (wzrost o 326 zł), Białystok – 5 713 zł (wzrost o 316 zł) i Częstochowa – 5 082 zł (wzrost o 506 zł). Stawkę zamyka Sosnowiec z wynikiem 4 271 zł, o 272 zł więcej w porównaniu z końcem roku 2019.

Duże mieszkania w 15 miastach drożały rocznie średnio o 7%, czyli mniej niż kawalerki i minimalnie więcej od średnich lokali mieszkaniowych. Tym razem najwyższy procentowy wzrost odnotował Lublin (+14,7 proc.), a najmniejszy Gdynia (-0,6 proc.).mieszkania covid 60

Czy rosnące ceny mieszkań wpłyną na koszt ubezpieczenia?

W oparciu o powyższe ceny eksperci rankomat.pl przeanalizowali, czy i jak wyższa stawka za metr kwadratowy mieszkania wpłynie na wysokość składki za polisę mieszkaniową.

W przykładowej kalkulacji wzięto pod uwagę nieruchomości z 3 miast, w których zanotowano największe roczne wzrosty cen za 1 mkw.: Gdańsk (o 999 zł) dla małych mieszkań, Kraków (o 943 zł) dla średnich  lokali i Lublin (o 869 zł) w przypadku dużych mieszkań powyżej 60 mkw.

Do każdego z miast przepisano średnie ceny ofertowe według stawek przed pandemią i w jej trakcie. Zakres ochrony obejmuje dodatkowo wyposażenie i kradzież.

– Polisa mieszkaniowa po podwyżkach cen mieszkań o prawie 1000 zł/mkw. rośnie minimalnie. Najtańsza między 5-9 zł, najdroższa o 3-26 zł na rocznej składce. Chociaż różnica jest prawie niezauważalna, to jednak przy wciąż drożejących mieszkaniach za ubezpieczenie na pewno nie zapłacimy mniej – wyjaśnia Michał Ratajczak, ekspert ubezpieczeń nieruchomości w rankomat.pl.

Koszt ubezpieczenia mieszkania przed pandemią i w trakcie pandemii
GDAŃSK 30 m2 2019 r. 2020 r.
cena mieszkania 300 000 zł 330 000 zł
cena rocznej polisy 218 zł – 416 zł 223 zł – 419 zł
KRAKÓW 50 m2 2019 r. 2020 r.
cena mieszkania 407 000 zł 455 000 zł
cena rocznej polisy 227 zł – 413 zł 235 zł – 429 zł
LUBLIN 80 m2 2019 r. 2020 r.
cena mieszkania 470 000 zł 540 000 zł
cena rocznej polisy 240 zł – 420 zł 249 zł – 440 zł

Tabela 1. Oprac. własne na podstawie kalkulacji rankomat.pl z dnia 05.02.2021 r.