Optymizm na rynkach. Bałagan na Wall Street

Koniec pandemii jest jeszcze daleko przed nami. Mimo, że ciężko w tym momencie podać jakąś konkretną datę całkowitego odejścia od ograniczeń a ryzyko mutacji wirusa wciąż jest duże, to na rynku walutowym oraz akcyjnym ponownie zagościł optymizm. Nie widać presji na waluty emerging markets (silny PLN, HUF oraz TRY), technologiczny indeks zza oceanu w dwa dni wrócił w okolice historycznych szczytów a ropa naftowa jest najdroższa od lutego 2020 roku.

Trzeba przyznać, że perspektywy gospodarcze na całym świecie poprawiły się wraz ze wzrostem rozpoczęcia kampanii szczepień. Świat czeka teraz na szczepionkę od J&J, która będzie kolejną cegiełką do przyspieszenia całego procesu. Obserwowane ożywienie jest niestety nierównomierne. Chiny przodują, zaraz z nimi są Stany Zjednoczone, natomiast strefa euro pozostaje mocno w tyle. Taką ostatnio ocenę wydał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Rynki w tym momencie żyją pakietem stymulacyjnym w USA (1,9 bln USD), który z dużą determinacją chce wprowadzić w życie Joe Biden. W Senacie trwają prace. Strona republikańska jest gotowa do rozmów ale jakiekolwiek trudności w głosowaniu mogą wprowadzić zamęt na rynkach.

Ostatnie wydarzenia na Wall Street (ponadprzeciętne wzrosty GameStop i innych mniejszych spółek) Financial Times nazwał bałaganem. Zamieszanie wokół portalu Reddit spowodowało, że szeroki rynek spadał (ubiegły tydzień) a firmy o wątłych fundamentach ponadprzeciętnie zyskiwały. Ten tydzień pokazuje powrót do starych zasad. GameStop stracił już 60 proc. podczas gdy NASDAQ testuje ponownie ATH (all-time high). Porządek na giełdzie w USA będzie teraz kontrolował Gary Gensler, który został nominowany w poniedziałek przez prezydenta USA na szefa komisji papierów wartościowych (SEC). Wg Bloomberga zatwierdzenie jego kandydatury przez Senat jest już niemal pewne. Gensler może być jednym z bardziej agresywnych regulatorów na Wall Street od 20 lat. Wcześniej pracował w Goldamn Sachs i był szefem komisji regulującej rynek futures. Oczekuje się od niego, że będzie sprawnie prowadził sprawy przeciwko dużym korporacjom i bankom.

Na uwagę zasługuje również ropa naftowa, która podobnie jak rynek akcyjny od poniedziałku rozpoczęła kolejny rajd na północ. WTI oraz brent są najdroższe od lutego ubiegłego roku a wzrosty dodatkowo są wspierane przez wczorajszy duży spadek zapasów w USA, który podała firma API. Dziś oczy inwestorów będą skierowane na publikacje Departamentu Energii o 16:30. Tak duży optymizm jest związany z tym, że rynek oczekuje silnego odbicia popytu w 2021 roku oraz dalszych ograniczeń wydobycia strony krajów OPEC+. W lutym poznamy kolejne decyzje.

Swój rajd zakończył inny surowiec, czyli srebro. Ceny w ostatnim czasie zostały mocno wywindowane przez inwestorów z grupy WallStreetBets. Rajd nie był aż tak spektakularny jak na spółce GameStop, co pokazuje, że rynek srebra jest dużo większy i ciężko go w podobny sposób zmanipulować. Od poniedziałkowego szczytu (ok 30 USD/oz) ceny spadły już ponad 10 proc. Dodatkowo silniejszy dolar nie pomaga cenom wszystkich metali szlachetnych.

Dziś poznamy decyzję Rady Polityki Pieniężnej na temat stóp procentowych. Lutowe posiedzenie RPP nie wniesie prawdopodobnie niczego nowego. W komunikacie liczymy na powtórzenie, że bank zamierza dalej wspierać gospodarkę niskimi stopami procentowymi i poprzez program skupu aktywów, a także przypomni, że może interweniować na rynku walutowym. Nie sądzimy, aby NBP miał się w najbliższym czasie zdecydować na coś więcej, niż tylko werbalne ostrzeżenia, choć ostatnie zejście EUR/PLN pod 4,50 testuje determinację banku centralnego do kontroli kursu. Od strony sytuacji gospodarczej Rada nie ma powodu istotnie zmieniać tonu komunikatu. Pozytywne sygnały z gospodarki – lepsze wyniki grudniowej sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej oraz zaskakujący wzrost produkcji budowlano-montażowej – będą równoważone obawami o rozwój pandemii w Europie i przedłużaniem restrykcji, które negatywnie wpływają na aktywność gospodarcza w kraju i na kontynencie.

Łukasz Zembik
Kierownik Departamentu Analiz TMS

BADANIE: Blisko 70% Polaków rozumie przedsiębiorców, którzy wznawiają biznesy mimo obostrzeń

Prawie sześciu na dziesięciu badanych uważa, że kolejne przedłużenie rządowych obostrzeń jest złą decyzją. Blisko 85% rodaków twierdzi, że w czasie lockdownu nie korzystało z usług objętych zakazem. Do tego ponad połowa Polaków nie zamierza w najbliższym czasie odwiedzać miejsc, które zostaną otwarte mimo restrykcji. Jednak niemal siedem na dziesięć osób popiera przedsiębiorców działających wbrew narzuconym ograniczeniom. Co więcej, przeszło 70% jest zdania, że służby nie powinny ich za to karać. Takie wnioski płyną z ogólnopolskiego badania UCE RESEARCH i SYNO Poland.Ponad połowa Polaków nie zamierza korzystać z usług firm, które otwierają się mimo rządowych obostrzeń

Aż 55,8% badanych Polaków uważa, że rząd podjął złą decyzję w sprawie przedłużenia lockdownu do 14 lutego br. Natomiast 32% jest przeciwnego zdania, a 12,2% nie ma jeszcze wyrobionej opinii. Według Krzysztofa Zycha, głównego analityka UCE RESEARCH, rodacy są mocno zmęczeni obostrzeniami. Ekspert nie jest jednak przekonany, czy przeszło połowa ww. ankietowanych bierze pod uwagę dramatyczną sytuację przedsiębiorców. Być może większe znaczenie ma własna wygoda i utrata pewnego rodzaju swobody.

– Ci, którzy uznali decyzję za błędną, zapewne kierują się informacjami o bardzo negatywnych konsekwencjach lockdownu dla gospodarki. Z jednej strony przedsiębiorcy zaznaczają, że straty wynikające z restrykcji są duże i już wyczerpują możliwości finansowe firm. Z drugiej strony ludzie też nie są zbyt przekonani do argumentów rządu. Uważają bowiem, że otwarcie małych biznesów, np. restauracji czy siłowni, nie wpłynie znacząco na zagrożenie epidemiczne – komentuje prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów.

Natomiast, jak zaznacza Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny, Polacy coraz częściej słyszą o zwolnieniach. Zapowiada się, że ruszą one dużą falą od kwietnia. Zdaniem eksperta, ludzie zaczynają się obawiać tego scenariusza, co jest uzasadnione w obecnej sytuacji gospodarczej. A przedłużenie obostrzeń zwiększa wydatnie ryzyko znalezienia się w gronie bezrobotnych.

– Społeczeństwo w pewien sposób nauczyło się już żyć w wirusem i jego konsekwencjami. Z tego też wynika luźniejsze podejście do restrykcji, tym bardziej że od dłuższego czasu liczba zakażeń utrzymuje się na dość stabilnym poziomie. To oczywiście w pewien sposób też wpływa na myślenie o stosowanych obostrzeniach – dodaje Zych.

Badanie pokazuje, że 84,8% osób nie skorzystało w trakcie lockdownu z zakazanych form działalności. Mowa tu o np. wizytach w barze, restauracji, hotelu, klubie fitness czy na siłowni bądź na stoku narciarskim. Tylko 13,3% przyznało się do tego, a 1,9% nie pamiętało. Według mec. Parola, te wyniki świadczą nie tyle o tym, że Polacy boją się wirusa. Widać przede wszystkim brak realnych możliwości korzystania z obiektów użyteczności publicznej. Dopiero teraz zaczynają być otwierane lokale gastronomiczne czy kluby fitness. Wszystko to wynika z braku odpowiedniej pomocy ze strony państwa.

– Taka postawa może być spowodowana strachem przez ewentualnymi karami. Natomiast wśród osób, które przyznały się do tego, że korzystały z zabronionych usług, częściej mamy mężczyzn niż kobiety. Z kolei patrząc na wielkość miast, widać, że najbardziej aktywni pod tym względem byli badani z miejscowości liczących od 20 tys. do 49 tys. mieszkańców, od 200 tys. do 499 tys. zamieszkałych osób oraz od 100 tys. do 199 tys. – wskazuje analityk z UCE RESEARCH.

Z raportu wynika też, że 52,3% Polaków nie zamierza w najbliższym czasie korzystać z miejsc, które zostały otwarte mimo lockdownu. Z kolei 35,6% twierdzi, że zrobi to, a 12,1% nie ma wyrobionej opinii w tej kwestii. Jak zaznacza prof. Gomułka, większość osób nie zdecyduje się na ten krok, ponieważ wcześniej nie korzystały one z tego typu ofert. Dla nich nie jest problemem rezygnacja z takiej wizyty, choć przedsiębiorcy zapewniają o swojej determinacji w zakresie zachowania rygorów zdrowotnych.

– Część badanych nie będzie korzystała z tego typu usług z powodu obaw przed zakażeniem. Ale moim zdaniem, decydujące znaczenie ma sytuacja ekonomiczna. Polacy zdecydowanie boją się o swoją przyszłość. Do tego dochodzi wzrost cen i towarzysząca temu inflacja, która jest mocno zauważalna dla zwykłego Kowalskiego. Ludzie nie mają pieniędzy i widoków na szybką poprawę sytuacji – podkreśla Adrian Parol.

Natomiast Andrzej Głowacki, prezes DGA, jest przekonany, że stopniowo, w reżimie sanitarnym, Polacy zaczną odwiedzać bary, kluby fitness itd. I bez wątpienia prym będą wieść młodzi ludzie. Z kolei osoby po 60. roku życia zapewne zdecydują się na to dopiero po zaszczepieniu się.

– Konsekwencją otwierania tych biznesów będzie to, że służby będą wyjątkowo notorycznie je kontrolowały i konsekwentnie nakładły mandaty, żeby pokazać społeczeństwu, że należy przestrzegać obostrzeń. Co jakiś czas będziemy też słyszeć o wyjątkowo dynamicznych akcjach. One będą miały skłonić ludzi do tego, żeby jednak nie korzystali z tego typu usług – przewiduje Krzysztof Zych.

Zdaniem 67,5% respondentów, przedsiębiorcy mają rację, że mimo zakazu otwierają swoje firmy. Z kolei 18,8% jest przeciwnego zdania, a 13,7% nie ma wyrobionego stanowiska w tej sprawie. Jak przekonuje prezes Głowacki, los mikrofirm i małych przedsiębiorstw jest tragiczny. Świadomi tego są także Polacy, którzy mają zapewnione stałe miesięczne wypłaty. Wynik badania jest wyrazem solidarności.

– Widać duże wsparcie dla przedsiębiorców, ale dobre słowo nie przełoży się na ich dochody. Skoro ponad połowa Polaków nie zamierza ich odwiedzać w tym czasie, to dalej będą stać w miejscu. Do tego służby będą nakładać na nich kary, a to z kolei wiąże się z dalszą walką o swoje prawa w sądach – podkreśla ekspert z UCE RESEARCH.

Polacy nie są za karaniem przedsiębiorców. Aż 70,7% ankietowanych uważa, że policja, sanepid itp. instytucje nie powinny bezwzględnie nakładać mandatów na osoby, które mimo zakazu wznowią swoją działalność. Przeciwnego zdania jest 18% badanych, a 11,3% nie ma wyrobionej opinii. Według Andrzeja Głowackiego, każdy Polak jest świadomy zagrożenia zakażeniem COVID-19, zatem karanie przedsiębiorców za otwarcie obiektów nie jest zbyt uzasadnione.

– To sygnał dla służb do rewizji swojego podejścia wobec przedsiębiorców odmrażających w desperacji swoje biznesy. Państwo w dobrze pojętym własnym interesie powinno raczej udzielić wsparcia przedsiębiorcom. Stosowanie kar i restrykcji może osiągnąć zupełnie odwrotne skutki i to zupełnie nieprzewidywalne oraz długotrwałe dla sporej części gospodarki – podsumowuje mec. Parol.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 29-31.01.2021 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej na reprezentatywnej próbie 1009 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Konsolidacja w Grupie Seris Konsalnet

  • Seris Konsalnet Cleaning powstał w wyniku połączenia Seris Klinet i Seris AS PAK. Jest częścią polskiej Grupy Kapitałowej Seris Konsalnet, oferującej usługi ochrony fizycznej, monitoringu i usługi czystości, wchodzącej jednocześnie w skład międzynarodowej Grupy Seris.
  • Konsolidacja pozwoli na zdynamizowanie rozwoju usług utrzymania czystości w Grupie Seris Konsalnet obok kluczowych usług ochrony i monitoringu.
  • Seris Konsalnet Cleaning wprowadza na polski rynek najnowocześniejsze technologie sprzątania, tworząc innowacyjny model działania – Cleaning 4.0.
  • Obserwowany jest wzrost znaczenia usług utrzymania czystości w obliczu pandemii COVID-19, przy jednoczesnej zwiększonej dbałości o efektywność kosztową i ochronę środowiska.
  • Seris Konsalnet Cleaning łącząc obszary ogłasza wprowadzenie trzech innowacyjnych linii usługowych: Q BOT, Q EYE i Q EKO.

Grupa Kapitałowa Seris Konsalnet Holding S.A. ogłasza zakończenie procesu konsolidacji spółek świadczących kompleksowe usługi sprzątające w obszarze B2B w Polsce: Seris Klinet i Seris AS PAK. W wyniku tej strategicznej operacji powstała spółka Seris Konsalnet Cleaning sp. z o.o., którą kieruje dotychczasowy zarząd Seris Klinet, Andrzej Chodacz i Tomasz Lichota. Powodem połączenia spółek jest dynamiczny wzrost zapotrzebowania na nowoczesne usługi sprzątania i dezynfekcji, które w okresie pandemii nabierają jeszcze większego znaczenia.

Od wielu lat posiadamy w Grupie Seris Konsalnet spółkę świadczącą usługi utrzymania czystości – mówi Tomasz Wojak, Prezes Zarządu Seris Konsalnet Holding S.A. – W dyskusjach na temat przyszłości jesteśmy zgodni w zarządzie firmy, że rynek usług, które wykonujemy zmienia się i będzie się zmieniał dynamicznie w najbliższych latach, z powodu nie tylko rozwoju technologii, ale też rosnących kosztów pracy oraz zmieniających się oczekiwań Klientów. Zbudowaliśmy więc silny, profesjonalny zespół, z którym stworzyliśmy strategię na kolejne lata. Sądzimy, że tak jak zmienia się sposób sprzedaży towarów, tak samo ewoluować będzie biznes usługowy. Mając ambicje bycia liderem w usługach, które świadczymy, podejmujemy szybkie decyzje i działania inwestując w rozwój, a nasza strategia zakłada postępującą digitalizację procesów sprzedaży i obsługi Klienta. Uważamy również, że dalszy rozwój w oparciu o technologie przyjazne środowisku i człowiekowi to obowiązkowy element strategii każdej nowoczesnej firmy i w oparciu o takie wartości zamierzamy działać w kolejnych latach – dodaje Tomasz Wojak.

– Usługi utrzymania czystości rozwijamy w większości segmentów rynku, od przemysłu poprzez powierzchnie komercyjne aż po instytucje publiczne – mówi Andrzej Chodacz, Prezes Zarządu Seris Konsalnet Cleaning. – W tym celu wdrażamy kluczowe w naszej ocenie przewagi technologiczne: automatyzację i informatyzację usług przy jednoczesnym zwiększaniu kompetencji pracowników. Chcemy być liderem na polskim rynku, tworząc zupełnie nowy wymiar usług, nowy model działania – Cleaning 4.0. To połączenie nowoczesnych, wysokich technologii, monitoringu, mapowania pomieszczeń, programowania robotów sprzątających, szkolenia ekip nadzorujących oraz monitorowanie wykonanej pracy. Dzięki temu mamy możliwość przedstawienia klientowi raportu z wykonania naszej pracy, a nawet monitorować ją w czasie rzeczywistym online. Wszystko to w celu podniesienia wydajności, konkurencyjności i wygody klienta w trudnym dla nas wszystkich okresie COVID-19 i po jego zakończeniu – podkreśla Andrzej Chodacz.

Cleaning 4.0 – co to jest

Koncepcja Cleaning 4.0 jest zbudowana na czterech głównych filarach: robotyzacji, automatyzacji, digitalizacji oraz zaawansowanej ochronie środowiska, które stają się liniami produktowymi, tworząc zintegrowany model działania, choć mogą być stosowane także pojedynczo. Ich wspólnym mianownikiem staje się zaangażowanie technologii, Internetu
w budowanie usług o możliwie wysokiej jakości, dlatego wszystkie mają wspólny symbol Q.

Nowe usługi i wdrożenie filozofii Cleaning 4.0 mają na celu osiągnięcie przez Seris Konsalnet Cleaning pozycji lidera nowoczesnych technologii w branży sprzątającej, ugruntowanie pozycji rynkowej marki Seris Konsalnet oraz dostarczenie klientom usług w jakości nieosiągalnej dotychczas na polskim rynku. Jednocześnie wpisują się w dynamikę zmiennego otoczenia biznesowego i wyzwań, z jakimi – zwłaszcza w okresie pandemii – muszą mierzyć się klienci i partnerzy biznesowi Seris Konsalnet Cleaning. W obliczu COVID-19 obserwowany jest intensywny wzrost znaczenia i zapotrzebowania na usługi czystości przy jednoczesnym nacisku na ich aspekty ekologiczne oraz zapewnienie zgodności z rygorami sanitarnymi.

Dynamiczny wzrost zapotrzebowania na nowoczesne usługi utrzymania czystości jest widoczny zwłaszcza w branży przemysłowej, logistycznej oraz retail. Pojawiły się nowe potrzeby – m.in. dezynfekowania dużych powierzchni i obiektów, w których pracują i przebywają ludzie, takich jak: galerie handlowe, supermarkety, zakłady produkcyjne czy magazyny. Wpisuje się w to również wzmożona konieczność ochrony pracowników oraz podwyższone standardy bezpieczeństwa i higieny pracy – m.in. w zakresie zapobiegania rozprzestrzenianiu się wirusa SARS-CoV-2 i konieczności monitorowania stref, w których przebywają zespoły pracowników.

Wejście w życie nowej ustawy o cyberbezpieczeństwie może kosztować polską gospodarkę nawet 40 mld zł. Ucierpi nie tylko branża telekomunikacyjna, lecz także konsumenci

Najnowsze raporty wskazują, że wykluczenie Huaweia z budowy sieci 5G w Polsce może kosztować całą polską gospodarkę 40 mld zł w ciągu najbliższych pięciu lat. Tylko branża telekomunikacyjna może stracić w tym czasie 15 mld zł. Nowelizowana właśnie ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa może wykluczyć technologicznego giganta z polskiego rynku ze względu na jego chińskie pochodzenie. – W dyskusjach wprost mówi się, że nowe regulacje mogą być wymierzone w dostawców z Chin. Jednak tego typu regulacje mają to do siebie, że nigdy nie wiadomo, kiedy, jak i wobec kogo zostaną użyte. To powoduje ogromną niepewność na rynku, na którym inwestycje są liczone w miliardach złotych – mówi adwokat dr Michał Kuliński.

Branżowe instytucje i eksperci, prawnicy i wszystkie podmioty działające na rynku telekomunikacyjnym od pół roku uważnie śledzą plany nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Wpłynie ona bowiem na kształt całego polskiego rynku telekomunikacyjnego, jak i wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz wybór dostawców infrastruktury dla tej technologii. Do pierwszej wersji noweli – zaproponowanej przez ówczesne Ministerstwo Cyfryzacji we wrześniu ub.r. – ponad setka różnych podmiotów zgłosiła w sumie ok. 750 uwag. Z kolei w połowie stycznia pojawiła się druga propozycja zmian w tym akcie prawnym, która wywołała nie mniejsze kontrowersje niż poprzednia.

– Nowy projekt nowelizacji ustawy o cyberbezpieczeństwie z 21 stycznia br., choć w kilku szczegółach uwzględnia  uwagi zgłaszane do wcześniejszej wersji projektu, nadal jednak przewiduje wprowadzenie kluczowych rozwiązań, którym zarzucano niezgodność z prawem europejskim, regulacjami międzynarodowymi, a także z polskim porządkiem prawnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Michał Kuliński, adwokat z Kancelarii Radców Prawnych i Adwokatów Battara Bartoszek Kuliński BBK. – W dyskusjach wprost mówi się, że regulacje mogą być wymierzone w dostawców z Chin, ale tego typu regulacje mają to do siebie, że nigdy nie wiadomo, kiedy, jak i wobec kogo zostaną użyte. To powoduje ogromną niepewność na rynku, na którym inwestycje są liczone w miliardach złotych.

Aktualny projekt zmian w ustawie o KSC może wykluczyć z polskiego rynku chińskich dostawców, tymczasem koncern technologiczny Huawei jest w tej chwili jednym z głównych dostawców infrastruktury dla sieci 5G. Jak wynika z grudniowego raportu Oxford Economics, producent już w tej chwili ma dość istotny wkład do krajowej gospodarki. W 2019 roku firma wygenerowała 750 mln zł wpływów do budżetu, zatrudniała w Polsce niemal 10 tys. pracowników, a jej bezpośredni wkład do polskiego PKB wyniósł ponad 407 mln zł.

Najnowszy raport „Prawne i ekonomiczne skutki ograniczenia konkurencji wśród dostawców sprzętu sieciowego 5G w Polsce”, przygotowany przez firmę Audytel i kancelarię Dentons na zlecenie Huaweia, wskazuje, że wykluczenie tego producenta z polskiego rynku może powodować łączne straty dla całej polskiej gospodarki w wysokości nawet ponad 40 mld zł. Dlatego branża telekomunikacyjna postuluje o zmianę zapisów ustawy.

– Jest propozycja, by ocenę dostawców sprzętu i technologii, pozwalającą wykluczyć ich z rynku, oprzeć na kryteriach technicznych związanych z certyfikacją urządzeń, tak jak to zrobiło kilka krajów europejskich. Operatorzy wskazują też, by usunięcie sprzętu dostawcy uznanego za niebezpiecznego wydłużyć do okresu zbliżonego do amortyzacji takiego sprzętu. Obecny projekt jako zasadę przewiduje siedem lat, ale okres ten może być skrócony do pięciu lat. Operatorzy wskazują, że 10 lat to powinno być minimum. Inaczej Polska naraża się na procesy o ogromne odszkodowania – mówi adwokat.

Bezpośrednim skutkiem potencjalnie arbitralnej decyzji o wykluczeniu danego dostawcy z rynku może być wymuszona wymiana sprzętu sieciowego wykorzystywanego w sieciach telekomunikacyjnych. Analitycy Audytelu wskazują, że w przypadku wykluczenia Huawei straty operatorów w wyniku większego zużycia energii, zwiększonych kosztów utrzymania i kosztów potencjalnych sporów prawnych mogą sięgnąć 14,9 mld zł. Gdyby zaś wykluczono dwóch chińskich dostawców, w tym Huaweia, sam koszt wymiany urządzeń sieciowych przekroczyłby 6,8 mld zł w pespektywie 10 lat.

Z analiz Audytelu wynika, że wzrosnąć mogą także ceny sprzętu innych dostawców, zwłaszcza zaawansowanych technologii do budowy sieci 5G. Wzrost może sięgać nawet 23 proc. Analitycy wskazują także na możliwe opóźnienia we wdrażaniu sieci nowej generacji w Polsce – o co najmniej 14 miesięcy przy wykluczeniu chińskich dostawców aż do nawet trzech lat, gdyby pojawiły się ryzyka techniczne, strategiczne i logistyczne. Wówczas straty finansowe dotkną nie tylko operatorów, lecz także konsumentów i całą gospodarkę.

 Wejście w życie nowelizacji w obecnym kształcie spowoduje ogromną niepewność na rynku, na którym inwestycje są liczone w miliardach złotych. Wdrożenie niektórych z tych rozwiązań spowoduje niemal pewne procesy o ogromne odszkodowania skierowane przeciwko Polsce – mówi ekspert kancelarii Battara Bartoszek Kuliński BBK. – Pojawiły się też dodatkowe zapisy, wcześniej niekonsultowane publicznie, które również wzbudzają zastrzeżenia. Dotyczy to m.in. nowo dodanych zmian w ustawie Prawo telekomunikacyjne. Przewidują one bardzo szybką ścieżkę powołania operatora hurtowego, który w drodze administracyjnej, poza przetargiem, mógłby dostać częstotliwości do dalszej odsprzedaży. Nowy, zapewne państwowy operator może otrzymać właściwie dowolne częstotliwości. Taki podmiot ma być wyznaczany przez premiera. To otwarcie drogi do całkowitego przemodelowania rynku.

Zmiany proponowane w ustawie o KSC zawierają m.in. pomysł państwowego operatora telekomunikacyjnego, który będzie działał jako spółka Skarbu Państwa i dostarczał instytucjom publicznym (np. KPRM, Kancelarii Sejmu, Prezydenta RP, Wojsku Polskiemu czy Policji) usługi telekomunikacyjne na potrzeby realizacji celów związanych z obronnością, bezpieczeństwem i porządkiem publicznym. Państwowy operator będzie działać w ramach częstotliwości zapewnionych mu przez UKE i korzystać z infrastruktury operatorów komercyjnych. Ci będą zobowiązani odpłatnie udostępnić mu swoje zasoby.

– Jeśli operatorzy nie zawrą z tym podmiotem umowy w ciągu 30 dni, to warunki dostępu do ich infrastruktury ustali rząd. Te warunki mogą nie być rynkowe, operatorzy mogą również nie mieć technicznych możliwości podłączenia tego podmiotu, a wówczas UKE może wymuszać rozbudowę. Jak zwykle kluczowe znaczenie ma to, jak dane przepisy będą stosowane w praktyce, ale ewidentnie otwiera to furtkę do wywierania przez władzę dużego wpływu na rynek telekomunikacyjny. Trudno to pogodzić z wymogami Europejskiego kodeksu łączności elektronicznej, który powinien być wdrożony w Polsce – zauważa dr Michał Kuliński.

Ubezpieczenie pomoże na podatkowy ból głowy?

  • Zmiany prawne i podatkowe, np. rejestr umów o dzieło czy kary za błędy w JPK_VAT niepokoją przedsiębiorców, którzy coraz bardziej obawiają się kar. Polska jest w ogonie rankingu przyjazności systemu podatkowego OECD.
  • Coraz więcej firm i księgowych sięga po polisy skarbowe, zwłaszcza że chronią też przed nieprawidłowościami w rozliczaniu tarcz antykryzysowych. Ceny zaczynają się od kilkuset złotych.
  • Ubezpieczenie skarbowe warto uzupełnić polisą OC zarządu, żeby zapewnić sobie całościową ochronę przed skutkami błędów.

System podatkowy nieustannie się zmienia, co przyprawia przedsiębiorców o ból głowy. W rankingu przyjazności i konkurencyjności systemu podatkowego przeprowadzanym przez Tax Foundation wśród 36 badanych krajów OECD Polska niezmiennie od wielu lat plasuje się w jego ogonie. W 2020 r. zajęła 34. miejsce, wyprzedzając jedynie Chile i Włochy. Do tego cały czas firmy muszą mierzyć się z ograniczeniami spowodowanymi pandemią. Zamieszanie potęgują też po części tarcze antykryzysowe, które oprócz wsparcia nakładają na biznes także dodatkowe obowiązki.

Kolejne projekty zmian prawnych, które obecnie są dyskutowane, także nie napawają podatników optymizmem. Warto tu wymienić projekt ustawy odbierającej możliwość odmowy przyjęcia mandatu czy ustawy wprowadzającej tzw. prekluzję dowodową w postępowaniach skarbowych, przez którą podatnicy utracą możliwość przedstawiania nowych faktów po zakończeniu kontroli skarbowej. Przedsiębiorcy szukają zatem dodatkowej pomocy i sposobów na zabezpieczenie się przed ewentualnymi karami. Jednym z rozwiązań zyskującym obecnie na popularności są polisy skarbowe chroniące właśnie przed konsekwencjami finansowymi błędów w rozliczeniach z Urzędem Skarbowym – mówi Łukasz Górny, radca prawny, Dyrektor Departamentu Rozwoju EIB SA.

Organy skarbowe dysponują coraz bardziej zaawansowanymi narzędziami kontroli podatników i nie wahają się z nich szeroko korzystać. To obecnie przede wszystkim spędza sen z powiek przedsiębiorcom:

·        Od 1 października podatnikom grożą kary w wysokości 500 złotych za każdy, pojedynczy błąd w wypełnianiu nowego pliku JPK_VAT.

·        Od 1 stycznia obowiązuje wprowadzony tarczą antykryzysową obowiązek zgłaszania do ZUS umów o dzieło. Na podstawie tworzonego rejestru kontrolerzy będą badać, czy zamiast nieoskładkowanych umów o dzieło nie powinny być zawierane oskładkowane umowy zlecenia lub wręcz umowy o pracę.

·        11 stycznia ruszyły kontrole celno-skarbowe, które nie ominą też przedsiębiorców, którzy zawiesili działalność w czasie pandemii

 

Kogo chroni polisa skarbowa?

Ubezpieczenie to chroni osoby wykonujące czynności księgowe lub płacowe w organizacji oraz wykonujące czynności zarządcze, lub nadzorcze w tym obszarze. Ubezpieczeniem można objąć konkretne osoby, wskazane z imienia i nazwiska, lub opisaną zajmowanymi stanowiskami bezimienną grupę osób, np. pracowników działu księgowości. Umowę ubezpieczenia może zawrzeć również osoba prowadząca działalność gospodarczą.

Jakie wsparcie zapewnia ubezpieczenie skarbowe?

Standardowo ochrona w ramach polisy składa się z dwóch sekcji: OC wobec pracodawcy za błędy lub zaniechania w wykonywaniu obowiązków z zakresu rachunkowości oraz z klauzuli karno-skarbowej. W przypadku osób prowadzących działalność gospodarczą sekcja OC wobec pracodawcy jest wyłączona, za to zgodnie z warunkami klauzuli karno-skarbowej taka osoba może liczyć na pokrycie wszelkich kosztów obrony w postępowaniu karnym lub karno-skarbowym, a także na refundację grzywien karno-skarbowych nałożonych na taką osobę.

Warto podkreślić, że klauzula nie zawiera wyłączenia winy umyślnej osoby ubezpieczonej. Bez tego ochrona mogłaby być bezcelowa, bo zdecydowana większość spraw karno-skarbowych kończy się niestety orzeczeniem winy umyślnej. Co więcej, w ubiegłym roku wprowadzono na rynek dodatkową klauzulę – pomocy antycovidowej – przygotowaną z myślą o wszystkich przedsiębiorcach korzystających z jednej z kilkunastu dostępnych form pomocy publicznej – wskazuje Łukasz Górny z EIB SA.

Co daje klauzula pomocy antycovidowej w polisie skarbowej?

Rozszerzenie to obejmuje odpowiedzialność za błędy w przygotowaniu wniosków, monitorowaniu wykorzystania czy rozliczeniu uzyskanej pomocy publicznej, a także rozszerza klauzulę karno-skarbową o wszczęcie postępowania karnego skarbowego oraz karnego z art. 233 kodeksu karnego (kk) (złożenie oświadczenia niezgodnego z prawdą) i art. 297 kk (wyłudzenie pomocy publicznej). Na mocy tej klauzuli nie można jednak pokryć roszczeń z tytułu błędnego przygotowania wniosku, skutkującego nieprzyznaniem pomocy publicznej w ogóle lub w niepełnej wysokości.

Obecnie ceny za ubezpieczenie indywidualne zaczynają się od kilkuset złotych za rok ochrony. Przy polisach grupowych i wyższych sumach, rzędu 5 mln złotych, składki oscylują zazwyczaj między trzydziestoma a pięćdziesięcioma tysiącami złotych. Otwartym pytaniem jest to, jak długo takie stawki się utrzymają, wobec rosnącego ryzyka kar – dodaje Łukasz Górny z EIB SA.

Warto też posiadać polisę D&O

Obok ubezpieczenia skarbowego warto też mieć wykupione ubezpieczenie OC zarządu, które swoim zakresem obejmuje m.in. odpowiedzialność za zobowiązania publicznoprawne z art. 116 lub 116a Ordynacji Podatkowej. Połączenie tych dwu ubezpieczeń – skarbowego i D&O – z uwagi na ich komplementarny charakter zapewnia całościową ochronę przed błędami. Przedsiębiorcy zainteresowani jeszcze większym zminimalizowaniem ryzyka błędu powinni zwrócić uwagę także na ubezpieczenia podatkowe i doradcze, które w uproszczeniu można porównać do atrakcyjnego cenowo abonamentu na usługi renomowanej kancelarii podatkowej.

Źródło: EIB SA.

Czy umowy o dzieło przeniosły się do szarej strefy? W I 2021 r. zarejestrowano o blisko 1/3 mniej r/r.

Obowiązująca od stycznia tego roku konieczność zgłaszania i rejestrowania umów o dzieło w ZUS-ie doprowadziła do tego, że w pierwszym tygodniu b.r. zgłoszono zaledwie 15% takich umów, w porównaniu z analogicznym okresem w 2020 r. W całym styczniu 2021 r. spadek był na poziomie blisko 30% r/r. Czy w praktyce umowy o dzieło zastępowane są tzw. rozliczaniem się „pod stołem”?

Od 1 stycznia tego roku weszły w życie nowe przepisy obligujące Zakład Ubezpieczeń Społecznych do prowadzenia ewidencji umów o dzieło. Jednocześnie powyższe regulacje nakładają na firmy i osoby fizyczne nowe rygorystyczne obowiązki. W ciągu zaledwie siedmiu dni od zawarcia umowy o dzieło, należy ją zgłosić na specjalnym formularzu RUD do ZUS-u. W przypadku braku zgłoszenia lub spóźnienia, można spodziewać się kary sięgającej kwoty 5 000,00 złotych.

Utrudnienia dla małych i średnich firm

Obowiązek rejestrowania wszystkich umów o dzieło, poza trzema sporadycznie występującymi wyjątkami, mają zarówno pracodawcy, jak i sami wykonawcy. Także w przypadku, jeżeli jest się osobą fizyczną i nie jest się zarejestrowanym w ZUS-ie jako płatnik składek, należy zarejestrować umowę o dzieło. Dodatkowo, sporo problemów dla firm generuje brak jasnej i w sposób klarowny wyjaśnionej różnicy pomiędzy umową o dzieło i oskładkowaną umową zlecenia. Przepisy, w tej materii, są tak mało precyzyjne, że w niektórych wypadkach definiuje je dopiero istniejące orzecznictwo sądowe. Powszechnie znane są też przypadki kwestionowania umów o dzieło i naliczenia wstecz składek ZUS z tego tytułu. To wszystko powoduje zarówno dodatkowe koszty, wprowadza niepotrzebne elementy ryzyka biznesowego, jak i konsumuje czas przedsiębiorców.

W efekcie, właściciele małych i średnich firm, którzy najczęściej korzystają z umów o dzieło, znaleźli się w kłopocie. Z jednej strony, nie zawsze bowiem stać ich na stworzenie dodatkowe miejsca pracy – etatu, zwłaszcza w dobie pandemii i lockdowndów. Z drugiej, nie zawsze mają aż tyle zadań dla freelancerów. Jednorazowa pomoc marketingowa, techniczna czy copywriterska rozliczane na umowę o dzieło to dla nich szansa na uzyskanie potrzebnych narzędzi – takich jak strona www, reklamy, treści dla odbiorców – bez dodatkowych kosztów.

– Rejestracja umów o dzieło w ZUS-ie, zgodnie z nowymi przepisami, ani nie należy do łatwych, ani szybkich procesów. Na dowód powyższej tezy, można przytoczyć liczby. – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.com. – W całym zeszłym roku było podpisanych i zrealizowanych w Polsce ponad 0,5 miliona umów o dzieło. Zatem średnia tygodniowa to blisko 10 tysięcy. W pierwszych ośmiu dniach 2021 r., kiedy już obowiązywały nowe przepisy, do ewidencji ZUS-u zostało zgłoszonych zaledwie 1,6 tysiąca, tj. 15% umów, w porównaniu do takiego samego okresu roku 2020. Nieco lepiej wypadł cały styczeń b.r., gdyż w ZUS-ie zarejestrowano 30 tysięcy umów, jednak w dalszym ciągu jest to tylko 71% umów zgłoszonych w 2020 r.– podsumowuje Głośny z Useme.com.

Szara strefa czy alternatywa?

Choć nowe przepisy nie zmieniają niczego w samych umowach o dzieło, to wymóg zgłaszania każdej takiej umowy do ZUS-u spowodował drastyczny spadek zarejestrowanych umów. Czy to oznacza, że przedsiębiorcy zrezygnowali ze stosowania takiej formy rozliczania czy może przeszli do szarej strefy?

Nie można wykluczyć żadnej z powyższych odpowiedzi. Jednak od początku roku, odnotowano duży wzrost zainteresowania alternatywną formą rozliczenia. Dotyczy to zarówno zleceniodawców, jak i wykonawców, szczególnie z sektora usług elektronicznych dla biznesu, takich jak, programowanie, projektowanie grafiki, tworzenie treści czy tłumaczenia.

Dla przedsiębiorców legalną możliwością rozliczenia umów o dzieło jest przejście na rozliczenie B2B w oparciu o rachunki lub faktury VAT. Jednak freelancerzy, tj. wykonawcy, nie zawsze chętnie zakładają własne firmy, bo dla nich tego typu prace stanowią najczęściej formę dorobienia po godzinach do etatu, a prowadzenie firmy jest po prostu zbyt drogie. Ponadto Polacy, obserwując kłopoty wielu firm w okresie pandemii, nie są skłonni tak chętnie jak kiedyś zakładać działalności gospodarcze.

– Kiedy w grę wchodzi realna obawa o błędne zaklasyfikowanie umowy i związane z tym konsekwencje, bezpieczniej jest rozliczać się na podstawie faktur. Również tych wystawianych przez profesjonalne portale pracy zdalnej w imieniu freelancerów, którzy nie mają własnej firmy, ale wykonują usługi dla biznesu – tłumaczy Przemysław Głośny, prezes Useme.com, największej w Europie Centralnej i Wschodniej platformy dla legalnego rozliczania prac zdalnych. – Dlatego właśnie w Useme stosujemy rozwiązania, które zabezpieczają obydwie strony. Zleceniodawca, przyjmując fakturę, nie ponosi odpowiedzialności przed ZUS. Serwis, z kolei ma określone wymagania, na podstawie których przyjmuje prace do legalnego rozliczenia umowy o dzieło. Pozwala to uniknąć pomyłki przy błędnym zaklasyfikowaniu umowy i związanych z tym konsekwencji. – dodaje Głośny z Useme.com.

Useme w pierwszym miesiącu 2021 roku odnotowało duży wzrost zainteresowania swoimi usługami, zarówno w obszarze zapytań, jak i zdecydowanie wyższej liczby rozliczonych umów w tym okresie. Z danych historycznych wynika, że zwyczajowo styczeń nie zaliczał się do miesięcy wzrostowych, tylko zdecydowanie spokojnych okresów. Powyższe dane ilustrują fakt, że umowy o dzieło są potrzebne, ale zleceniodawcy obawiając się komplikacji związanych z ich rejestrowaniem lub błędnym zakwalifikowaniem charakteru prac, szukają alternatywnego sposobu na bezpieczne i legalne rozliczenie. Bez konieczności ucieczki do szarej strefy.

Omikron Capital inwestuje w spółkę Dagat ECO

Omikron Capital, podmiot działający na rynku private equity, inwestuje w spółkę Dagat ECO – poznańskie przedsiębiorstwo z branży precyzyjnej obróbki metali. Jest to już trzecia firma, która trafiła do portfela Omikron Capital.

Dagat ECO to rodzinna firma zajmująca się obróbką metali od ponad 20 lat. Specjalizuje się w zakresie obróbki rur i profili metalowych. Przedsiębiorstwo posiada uniwersalny park maszynowy i wysoko wykwalifikowaną kadrę, a szerokie zastosowanie oferowanych usług pozwala zdobywać partnerów biznesowych z wielu branż, między innymi samochodowej, medycznej, HVAC, kolejowej czy petrochemicznej.

Dagat ECO to stabilna firma z dużym potencjałem wzrostu i unikatowym know-how. Dzięki swoim zasobom może z powodzeniem rywalizować i zdobywać nowe rynki zbytu i dalej się rozwijać. Ostatni rok spółka zakończyła z dobrym wynikiem, a w latach 2016-2019 zwiększyła sprzedaż o ponad 60 proc. – mówi Tomasz Firczyk, Partner Zarządzający i założyciel Omikron Capital. – Liczymy na dalsze wzrosty i większą ekspansję na rynki zagraniczne, między innymi w Niemczech, Francji i krajach Beneluksu. Wierzymy, że nam się to uda, ponieważ już teraz  produkty firmy trafiają m.in. do USA, Brazylii czy Turcji – dodaje.

– Cieszę się, że pomimo trudności wywołanych pandemią Covid-19 udało się sprawnie przeprowadzić całą transakcję. Bardzo optymistycznie patrzę na przyszłość firmy, która przy wsparciu i doświadczeniu zespołu Omikron Capital może dalej rozwijać skrzydła – mówi Piotr Gulczewski, dotychczasowy właściciel i prezes zarządu Dagat ECO.

Firma zatrudnia ponad 230 osób. W 2019 roku osiągnęła sprzedaż na poziomie blisko 44 mln zł i zakończyła go z wynikiem 4,4 mln zł EBITDA. Spółka jest największym dostawcą systemów poręczowych do pojazdów komunikacji miejskiej w Europie Środkowo-Wschodniej. Cieszy się uznaniem na rynku o wysokiej barierze wejścia, między innymi dzięki swojej elastyczności i najwyższej jakości. Nowi właściciele planują dalszą ekspansję dzięki odpowiedniemu wsparciu.

Na początku wzmocnimy firmę w obszarze zarządczym oraz dziale sprzedaży. Chcemy w sposób ciągły profesjonalizować organizację, aby budować jej potencjał. Planujemy również inwestycje w większą automatyzację i robotyzację zakładu produkcyjnego, które pomogą spółce zwiększyć skalę działania. Zależy nam na dalszej ekspansji na rynki zagraniczne oraz w branżach o wysokiej perspektywie wzrostu, między innymi kolejowej, medycznej i chemicznej – mówi Jakub Mazurek, Dyrektor Inwestycyjny Omikron Capital. – Firma obecnie posiada już długotrwałe relacje z klientami typu blue chip, a jakość jej usług potwierdzają liczne międzynarodowe certyfikaty – dodaje.

Omikron Capital nabył 100 proc. udziałów spółki. Inwestorzy liczą na dwu, a nawet trzykrotny wzrost wartości firmy w ciągu najbliższych 5-7 lat. Poza wsparciem i inwestycjami, pomóc ma także duży i ciągle rozwijający się rynek obróbki metali na świecie.

Kolejna inwestycja Omikron Capital

W połowie zeszłego roku Omikron Capital przejął 100 proc. udziałów spółki ZAP-Mechanika z Ostrowa Wielkopolskiego, która również specjalizuje się w precyzyjnej obróbce metali. Podobnie jak Dagat ECO, spółka była firmą rodzinną nabytą bezpośrednio od właścicieli.

Omikron Capital, jako podmiot działający na rynku private equity, skupia się na inwestycjach między innymi w firmy rodzinne, w których założyciele chcą wycofać się z prowadzenia biznesu lub szukają wspólnika, który pomoże im dynamicznie rozwinąć przedsiębiorstwo.

Inwestorzy koncentrują się przede wszystkim na dobrze prosperujących firmach przemysłowych i usługowych, z odpowiednim potencjałem wzrostu. Omikron Capital wyróżnia się kompleksowym podejściem do przejmowanych spółek, które po zakupie są aktywnie wspierane wiedzą ekspercką i doświadczeniem, zdobytym przez inwestorów przy prawie 30 transakcjach.

Rekordowa zbiórka w eSkarbonce i wyjątkowy sukces akcji na Twitterze – Mastercard zagrał z WOŚP

– Niedzielny, 29. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zakończył się rekordowym wynikiem ponad 17 mln zł dorzuconych do eSkarbonki przez darczyńców oraz kwotą 358 365 zł zebraną w trakcie akcji #MastercardGrazWOSP na Twitterze, którą firma przekaże na konto Fundacji. W tym roku cyfrowe narzędzia dostarczone przez Mastercard, umożliwiające prowadzenie zbiórki na odległość, cieszyły się niezwykłą popularnością, z sukcesem łącząc darczyńców z kwestującymi.

W tym roku po raz czwarty Mastercard umożliwił wpłaty na rzecz Fundacji za pośrednictwem eSkarbonek, czyli „wirtualnych puszek”. Wolontariusze WOŚP, przedstawiciele przedsiębiorstw z segmentu MŚP oraz osoby indywidualne mogli wygenerować i udostępniać znajomym unikalny link do własnej eSkarbonki, za pomocą którego darczyńcy wpłacali darowizny z wykorzystaniem bezgotówkowych płatności online. Podczas tegorocznego Finału WOŚP ta metoda wsparcia okazała się bardziej potrzebna niż kiedykolwiek, umożliwiając darczyńcom przyłączenie się do zbiórki szybko i bez wychodzenia z domu. O potrzebie i popularności tego narzędzia najlepiej świadczy zebrana do eSkarbonki kwota – 17 840 237 zł. To ponad 29 razy więcej niż w roku ubiegłym. W kulminacyjnym momencie w niedzielę do eSkarbonki trafiało sześć wpłat na sekundę, zasilając ją kwotą 6 907 zł w ciągu każdej minuty. Średnia wpłata była 5% wyższa niż w czasie 28. Finału i wynosiła 55,85 zł. eSkarbonki, napędzane przez Mastercard, uruchomione zostały na początku grudnia i działały do poniedziałkowego wieczoru, 1 lutego. W tym czasie swoje wirtualne puszki założyło 21 922 osób i firm, które chciały wesprzeć inicjatywę WOŚP. Wśród nich znalazło się wiele osobistości ze świata polityki, publicystyki i kultury. Rekordowa eSkarbonka, należąca do 17-letniego wolontariusza Łukasza Berezaka ze Szczecina zamknęła się z kwotą 225 225 zł – to więcej niż wyniosła suma wszystkich wpłat do eSkarbonki podczas 26. Finału WOŚP w 2018 roku. Imponująca jest również najwyższa jednorazowa wpłata, wynosząca 27 000 zł. Łącznie stronę eSkarbonki odwiedziło 740 000 osób.

Już po raz ósmy na Twitterze w dniu Finału WOŚP najpopularniejszym hashtagiem w Polsce był #MastercardGrazWOSP. Za pierwszy tweet lub retweet jednego użytkownika opublikowany w dniu Finału z tym hashtagiem, Mastercard zadeklarował przekazanie 5 złotych na konto Orkiestry. Użytkownicy Twittera napisali 71 673 unikalnych tweetów, zbierając tym samym 358 365 zł dla Orkiestry w zaledwie 24 godziny. Mastercard zasilił więc tegoroczną zbiórkę kwotą ponad 165 000 zł większą niż w roku ubiegłym. Łącznie, od początku inicjatywy w2014 r., dzięki zaangażowaniu użytkowników Twittera w akcję „Mastercard gra z WOŚP” Mastercard przekazał Orkiestrze ponad 1 600 000 zł.

Swoje zaangażowanie w działania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Mastercard potwierdził nie tylko dostarczając cyfrowe narzędzia do zbiórki. 60 pracowników z warszawskiego oddziału firmy założyło własne eSkarbonki, a w czasie niedzielnego Finału wielu z nich wyruszyło również kwestować na ulicach miasta. Łącznie, konto zbiórki zasilili kwotą ponad 106 000 zł.

„Na etapie przygotowań nikt nie potrafił przewidzieć, czy w warunkach pandemicznych Finał WOŚP powtórzy sukces poprzednich edycji. Okazuje się jednak, że Orkiestra potrafi zagrać nawet w trudnym i nieprzewidywalnym otoczeniu. Cieszymy się, że Mastercard dołożył do tej edycji swoją cegiełkę: wiedzę i doświadczenie w obszarze płatności. eSkarbonka napędzana przez Mastercard zapełniła się imponującą kwotą. „Pomagamy pomagać” i obiecujemy, że dalej będziemy to robić. Do końca świata i o jeden dzień dłużej” – powiedział Jerzy Hołub, dyrektor marketingu w polskim oddziale Mastercard Europe.

Wszystkie środki zebrane przy wsparciu Mastercard trafią na konto Orkiestry i przeznaczone zostaną na zakup sprzętu na dziecięce oddziały laryngologii, otolaryngologii oraz diagnostyki głowy.

Pandemia znacznie zwiększyła zainteresowanie rozwiązaniami chmurowymi. Ponad 60 proc. firm zamierza w nie zainwestować w ciągu dwóch najbliższych lat

61 proc. firm na świecie planuje w kolejnych dwóch latach zainwestować w rozwiązania chmurowe – wynika z badania EY Digital Investment Index 2020. To jedna z trzech najpopularniejszych technologii wdrażanych w przedsiębiorstwach, a czas pandemii jeszcze przyspieszył jej implementację. IDC ocenia, że globalny rynek chmury będzie w 2024 roku wart 1 bln dol. Chmura umożliwia firmom optymalizację kosztów, zapewnia bezpieczeństwo i pozwala skalować biznes, dostosowując go do otoczenia rynkowego. – Dzięki niej serwery nigdy nie spowodują w firmie przestoju, który może kosztować nawet 60 tys. zł za godzinę – mówi ekspert Orange Polska Konrad Gawda. Coraz popularniejsze stają się także rozwiązania chmurowe oferowane jako usługi, postępować będzie też automatyzacja.

– W rozwiązaniach chmurowych w kolejnych latach spodziewam się postępującej automatyzacji, czyli dostarczania często powtarzających się elementów aplikacji jako gotowych do wykorzystania usług. Innym trendem jest szersza dystrybucja geograficzna, czyli sprawianie, że fizyczne lokalizacje serwerów, centrów danych będą coraz bliżej użytkowników, chociażby po to, żeby ograniczyć opóźnienia. Do tego bardzo przydatne będą 5G i współpraca technologii chmurowych z telekomunikacyjnymi – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Gawda, ekspert ds. usług chmurowych w Orange Polska.

Pandemia w znaczący sposób zwiększyła zainteresowanie rozwiązaniami chmurowymi, które nie będzie słabnąć nawet po jej ustaniu. Według październikowego raportu IDC globalne wydatki na ten cel za cztery lata osiągną poziom 1 bln dol. Średnioroczny wzrost eksperci szacują na blisko 16 proc. Najsilniejszy wzrost prognozowany jest w obszarze usług chmurowych, m.in. w kategorii infrastructure as a service (IaaS)

– Chmura typu IaaS to miejsce, gdzie firmy mogą uruchamiać swoje aplikacje zarówno na potrzeby własne, jak np. CRM czy zarządzanie zasobami, jak i na potrzeby zewnętrzne, udostępniane klientowi, takie jak sklep internetowy czy system rezerwacji – mówi ekspert Orange Polska. – Podstawową cegiełką, z której budujemy rozwiązania w chmurach typu IaaS, są maszyny wirtualne. Jest to po prostu część zasobów dużych, fizycznych serwerów wydzielona i działająca jako osobny, wirtualny komputer. Na takim komputerze można zainstalować aplikacje bez większych modyfikacji – tak samo jak na PC czy serwerze stojącym na zapleczu firmy.

W ostatnich dwóch latach na wdrożenie rozwiązań chmurowych zdecydowała się ponad połowa globalnych firm badanych w ramach EY Digital Investment Index 2020. Taki plan na kolejne dwa lata deklaruje 61 proc. przedsiębiorstw. Chmura – obok internetu rzeczy i sztucznej inteligencji – jest przez biznes najchętniej wdrażaną technologią. Wydatki na ten cel będą rosły ze względu na szereg korzyści, takich jak optymalizacja kosztowa i elastyczność, wspierające sprawność biznesową i operacyjną.

– W chmurze jest miejsce, żeby aplikacje rosły. Większość współczesnych serwerowni jest albo niedoszacowana, albo przeszacowana, bo rozwój biznesu trzeba przewidzieć już w momencie zakupu sprzętu. W chmurze nie ma tego problemu. Można wykorzystać skalowanie, czyli dodawanie i odejmowanie zasobów w zależności od tego, jak aktualnie kształtuje się ruch na naszej stronie. Zawsze możemy dołożyć zasoby w sposób ręczny albo automatyczny – wyjaśnia Konrad Gawda.

Ekspert Orange wskazuje, że dzięki chmurze firmy mogą łatwo i tanio tworzyć np. środowiska testowe – chociażby po to, żeby przetestować nową wersję swojego sklepu internetowego, co pozwala na częste wprowadzanie zmian i szybkie dopasowywanie się do rynku. Chmura pozwala też przedsiębiorstwom uruchamiać na krótki czas ogromne zasoby, żeby szybko wykonywać złożone obliczenia (np. obliczanie tras dostaw, generowanie tysięcy faktur albo symulacje procesów fizycznych w biurach projektowych). Chmura chroni też firmy przed skutkami cyberataków typu ransomware czy przestojami, które mogą słono kosztować.

– Dzięki chmurze serwery nigdy nie spowodują przestoju w firmie, a wiem, że to potrafi słono kosztować. Według szacunków dla przykładowych polskich firm to są koszty rzędu 60 tys. zł za godzinę przestoju – wskazuje Konrad Gawda. – Mało kto myśli też o tym, jak ważna jest kopia zapasowa, dopóki nie uświadomi sobie, że średnia wartość okupu ransomware płaconego przez firmy w zamian za odzyskanie danych wyniosła w zeszłym roku około 100 tys. dol., a liczba takich skutecznych wymuszeń wzrosła o 1/3 w stosunku do poprzedniego roku. W przypadku Integrated Computing Standard automatyczne kopie zapasowe można uruchomić dosłownie dwoma kliknięciami.

Integrated Computing to usługa dostarczana przez Integrated Solutions należący do Grupy Orange Polska. Składa się ona z dwóch rozwiązań chmury w wersji Managed, czyli zarządzanej, nastawionej na elastyczność i dopasowanie do potrzeb klienta np. z dedykowanymi lub współdzielonymi serwerami, a także usługi Standard. To rozwiązanie gotowe do użycia, którym zarządza się poprzez panel www. W wygodny sposób pozwala tworzyć środowiska z maszyn wirtualnych, dysków czy połączeń sieciowych. Dostępne API pozwala też automatyzować te czynności. Część elementów usługi – jak np. tworzenie kopii zapasowych – też jest w pełni zautomatyzowana.

– Właśnie uruchomiliśmy nowy element tej usługi, czyli serwer bazy danych Oracle. To firma znana jako czołowy dostawca baz danych typu Enterprise. Jest też znana z dość rygorystycznych warunków licencyjnych, które sprawiają, że użycie jej baz danych na chmurach typu IaaS może być po prostu nieopłacalnie drogie. Dlatego w Integrated Computing Standard stworzyliśmy osobne środowisko techniczne dopasowane do tych warunków licencyjnych. Dzięki temu możemy teraz zaoferować klientom użytkującym bazę danych Oracle dedykowaną dla niej platformę jako usługę. Klient – obok innych zasobów chmurowych – dostaje maszynę wirtualną z zainstalowaną bazą danych, którą sam może skonfigurować i zarządzać. A przede wszystkim – połączyć ze swoimi pozostałymi aplikacjami w chmurze – wyjaśnia ekspert ds. usług chmurowych w Orange Polska.

Usługę Integrated Computing Standard firma może rozliczać w dwóch modelach: abonamentowym, w którym firma z góry deklaruje, ile zasobów będzie wykorzystywać, a także w modelu pay-as-you-go. Tu firma płaci od godziny uruchomionych zasobów. Nie trzeba więc z góry niczego przewidywać, za to można dopasowywać liczbę wirtualnych procesorów i gigabajtów pamięci do aktualnych potrzeb.

– Nasi specjaliści z Integrated Solutions mają duże doświadczenie w prowadzeniu migracji do chmury i oferują przy tym pomoc. Takie wsparcie obejmuje m.in. preaudyt, czyli wstępne sprawdzenie możliwości, optymalizację, przygotowanie planu, testową migrację z weryfikacją oraz wsparcie w pierwszych dniach. Bardziej doświadczeni użytkownicy mogą przeprowadzić taką migrację samodzielnie, korzystając z mechanizmu Disaster Recovery, czyli z zapasowego wirtualnego centrum danych – mówi Konrad Gawda.

Janusz Kowalski (MAP): 2033 rok na budowę pierwszego bloku atomowego to termin nierealny. Rezygnując z własnego węgla, Polska może się uzależnić od importu gazu

Rada Ministrów przyjęła wczoraj uchwałę w sprawie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, która zakłada, że źródła węglowe będą stopniowo wycofywane i zastępowane przez OZE i energetykę jądrową, a paliwem przejściowym w procesie transformacji będzie gaz ziemny. Wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski ocenia jednak, że uruchomienie pierwszego bloku jądrowego w 2033 roku to termin nierealny, a bez tej podstawy rezygnacja z węgla zwiększy ryzyko, że Polska uzależni się od dostaw gazu ziemnego, głównie z Rosji.

2 lutego Rada Ministrów przyjęła uchwałę w sprawie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”. Dokument, którego autorem jest resort klimatu i środowiska, ma być kompasem dla firm, samorządów i obywateli w zakresie transformacji polskiej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym. Wyznaczy też ramy wszelkich działań – m.in. legislacyjnych i inwestycyjnych – w sektorze energetycznym w perspektywie nadchodzących dwóch dekad.

Polska polityka energetyczna w istocie powinna być racjonalną i sprawiedliwą mapą drogową przeprowadzenia w Polsce transformacji energetycznej rozumianej jako proces, który spowoduje, że ceny energii elektrycznej i ciepła będą w Polsce akceptowane i że będziemy mogli zapewnić bezpieczeństwo energetyczne Polski. Niestety w tej sprawie mamy odmienne zdanie od naszych przyjaciół z Prawa i Sprawiedliwości i Porozumienia Jarosława Gowina, bo Solidarna Polska dostrzega ogromne niebezpieczeństwa przyjętej na szczeblu całej Unii Europejskiej, a więc również zaakceptowanej przez Polskę, tzw. unijnej polityki Zielonego Ładu – mówi agencji Newseria Biznes Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych.

Nowa polityka energetyczna została przyjęta po 12 latach od uchwalenia poprzedniej. Zakłada ona m.in. optymalne, możliwie długie wykorzystanie własnych, krajowych surowców energetycznych oraz dywersyfikację dostaw i rozbudowę infrastruktury sieciowej gazu ziemnego, ropy naftowej i paliw ciekłych. Udział węgla w miksie energetycznym ma jednak sukcesywnie spadać, osiągając nie więcej niż 56 proc. w 2030 roku, a przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2 może spaść nawet do poziomu 37,5 proc. Z kolei w 2040 roku ten udział ma już wynosić 28 proc. (albo 11 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2).

Rząd zakłada, że stopniowe odchodzenie od węgla będzie równoważone m.in. istotnym wzrostem mocy zainstalowanych w OZE oraz energią płynącą z farm wiatrowych na Bałtyku. Moc zainstalowana w offshore ma osiągnąć ok. 5,9 GW w 2030 roku i do ok. 11 GW 10 lat później. Rządowe plany potwierdzają też, że w 2033 roku ma zostać uruchomiony pierwszy blok elektrowni jądrowej o mocy ok. 1–1,6 GW. Zdaniem wiceministra aktywów państwowych taki scenariusz jest jednak mało realny.

– Przez 10 lat budowaliśmy gazoport. Nawet przy pełnej determinacji państwa będzie to najwcześniej w latach 2038–2040 – podkreśla Janusz Kowalski. – Przez te 20 lat unijne regulacje systemu handlu emisjami ETS spowodują, że uzależnimy się od gazu, którego w Polsce nie mamy.

Jak podkreśla, polskie wydobycie gazu ziemnego to ok. 4 mld m3, tymczasem już dzisiaj krajowe zapotrzebowanie jest pięciokrotnie większe. Dlatego przestawienie gospodarki na gaz – w oczekiwaniu na uruchomienie innych stałych źródeł – spowoduje, że Polska będzie musiała importować coraz więcej tego surowca, a to z kolei zagrozi krajowemu bezpieczeństwu energetycznemu.

– Nie mamy żadnej wątpliwości, że jedyną odpowiedzią na zwiększenie zapotrzebowania Polski na błękitny surowiec, jakim jest gaz ziemny, będzie konieczność kupienia go z Nord Stream 1 i Nord Stream 2, czemu się absolutnie sprzeciwiamy. Nie po to dzisiaj prowadzimy dywersyfikację dostaw gazu ziemnego, żebyśmy za dwa–trzy lata musieli go kupować z kierunku zachodniego czy południowego, przez Czechy czy Słowację. To jest realne niebezpieczeństwo, które jest konsekwencją wyboru zamiany węgla na gaz ziemny, którego w Polsce po prostu nie ma – mówi wiceminister aktywów państwowych.

Podkreśla, że odnawialne źródła energii mogą być jedynie uzupełnieniem miksu energetycznego opartego na stałych źródłach.

– Tymi źródłami są źródła węglowe, gazowe albo atomowe. Skoro atom może być wprowadzony najwcześniej za kilkanaście lat, to nagła, bardzo szokowa transformacja energetyczna i wyłączanie polskiego górnictwa, polskiej elektroenergetyki węglowej pewnikiem spowoduje skokowe uzależnienie się od rosyjskiego gazu. To jest sprzeczne z zasadami prowadzenia polityki dobrej dla bezpieczeństwa energetycznego Polski – ocenia przedstawiciel Solidarnej Polski.