Wartość transakcji M&A w Polsce wyniosła 11 mld euro – prawie 40% rynku CEE

Na obecnym etapie względnego opanowywania pandemii COVID-19, inwestorzy są raczej pozytywnie nastawieni co do perspektyw fuzji i przejęć w Europie Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej (CEE/SEE), wynika z najnowszego badania przeprowadzonego przez Wolf Theiss i Mergermarket. Nieco ponad połowa (52%) respondentów stwierdziła, że wywołany pandemią kryzys zwiększy ich apetyt na transakcje w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Prognozy te następują po roku, w którym wartość fuzji i przejęć w regionie CEE/SEE wzrosła o 29% w porównaniu z 2019 r., osiągając 28,5 mld euro, co stanowi wyraźny kontrast w stosunku do 7% spadku globalnej wartości transakcji w tym samym okresie. Jednak spadek wolumenu transakcji o 22% rok do roku, do 406 transakcji, oznacza, że rynek CEE/SEE nie wyszedł z ubiegłego roku całkowicie bez szwanku.

Na potrzeby badania przeprowadzonego przez Wolf Theiss we współpracy z Mergermarket M&A Spotlight: CEE, zapytano 150 menedżerów wyższego szczebla, zarówno z firm korporacyjnych, jak i funduszy private equity (PE), o ich doświadczenia w obszarze transakcji M&A w regionie CEE/SEE oraz o ich oczekiwania na przyszłość.

Ponad dwie trzecie (69%) respondentów stwierdziło, że opierając się na wcześniejszych doświadczeniach prawdopodobnie zainwestuje w regionie CEE/SEE, a 65% stwierdziło, że jest skłonnych zainwestować ponownie ze względu na zadowolenie z ostatniej transakcji.

Co ciekawe, jeśli chodzi o spojrzenie na rynek M&A w odniesieniu do aktualnej sytuacji związanej z COVID-19, respondenci z funduszy private equity byli bardziej optymistyczni co do przyszłych transakcji niż respondenci z sektora korporacyjnego. Podczas gdy 43% nabywców z tego sektora stwierdziło, że ma mniejszy apetyt na transakcje, tylko 16% przedstawicieli funduszy private equity zgodziło się z tym stwierdzeniem. Jednocześnie tylko 10% respondentów z sektora korporacyjnego stwierdziło, że jest chętnych do przeprowadzania znacznie większej liczby transakcji, w porównaniu do 26% respondentów z PE, którzy odpowiedzieli tak samo.

„Silna pozycja funduszy PE wynika częściowo z ich nastawienia do podejmowania ryzyka w kontekście udziału w cyklu wzrostowym gospodarki,” powiedział Horst Ebhardt, partner w wiedeńskim biurze Wolf Theiss. „Jako kategoria aktywów, fundusze PE zgromadziły również znaczną gotówkę, którą muszą rozdysponować, a obecnie dostępnych jest ku temu wiele różnych strategii. Fundusze PE oferują szeroką gamę instrumentów finansowych, w zależności od sektora lub poziomu przewidywanej kontroli korporacyjnej. Dla przykładu, coraz częściej obserwujemy, że znaczące fundusze PE zajmują mniejszościowe pozycje w szybko rozwijających się firmach.”

Polska utrzymała swoją pozycję jako transakcyjny rynek numer jeden w regionie, a szczególnym zainteresowaniem cieszyły się branże technologii, mediów i telekomunikacji (TMT) oraz nieruchomości i budownictwa. Wartość transakcji wyniosła 11 mld euro, co stanowi prawie 40% rynku CEE. Liczby te uwzględniają drugą co do wielkości transakcję roku w regionie – przejęcie Play Communications, największej polskiej sieci komórkowej, z 15 mln abonentów, przez francuską grupę telekomunikacyjną Iliad. Wartość tej transakcji wyniosła 3,7 mld euro.

W całym regionie CEE w sektorze TMT zawarto transakcje o wartości 8,3 mld euro, co stanowi 29% udziału w rynku M&A. Podczas gdy w 2020 r. główną rolę w globalnych fuzjach i przejęciach odgrywała technologia, w regionie CEE prym wiodła telekomunikacja.

„W Polsce trwa konsolidacja większych grup telekomunikacyjnych,” powiedział Jacek Michalski, partner w warszawskim biurze Wolf Theiss. „Obecnie wyraźnie zaznacza się też trend podobny do tego, który można zaobserwować na wielu innych rynkach w Europie, gdzie operatorzy telekomunikacyjni sprzedają swoją infrastrukturę jako oddzielne aktywa – maszty telekomunikacyjne (towerco units), wspierane przez inwestorów infrastrukturalnych.”

W odniesieniu do całego rynku M&A w regionie CEE, kwestie środowiskowe, społeczne i zarządzania (environmental, social and governance – ESG) zostały podkreślone jako coraz bardziej istotny element. Prawie dwie trzecie (63%) respondentów stwierdziło, że kontrola transakcji pod kątem ESG wzrośnie w ciągu najbliższych trzech lat, a 37% uważa, że wzrost ten będzie znaczący.

„Zgodność przejmowanego biznesu ze standardami ESG stała się istotnym obszarem zainteresowania – zarówno dla nabywców strategicznych, jak i funduszy PE w całej Europie,” podsumował Florian Kusznier, partner w wiedeńskim biurze Wolf Theiss.

Deloitte: 62 proc. dyrektorów działów prawnych spodziewa się inwestycji w narzędzia cyfrowe

Niestabilna sytuacja gospodarcza wpłynęła na funkcjonowanie wszystkich obszarów w organizacjach. W ostatnich miesiącach działy prawne w firmach musiały poradzić sobie ze zwiększoną liczbą obowiązków. Jednocześnie zmalały budżety przeznaczone na te departamenty, a także zredukowano liczbę zatrudnionych tam osób. Jak wynika z raportu „Resilient leadership: Chief legal officers and COVID-19” firmy doradczej Deloitte ponad połowa dyrektorów działów prawnych uważa jednak, że COVID-19 pozytywnie wpłynął na pracę ich zespołów. Jako największą korzyść aż 72 proc. z nich wskazało organizację spotkań online.

Raport przedstawia wyniki badania przeprowadzonego latem 2020 roku, w którym wzięło udział ponad 130 dyrektorów prawnych (CLO – Chief Legal Officer) i pracowników wyższego szczebla ds. prawnych i compliance. Eksperci Deloitte przyjrzeli się, jak pandemia COVID-19 zmieniła ich codzienną pracę, a także wdrażane strategie.

Intensywny czas

Jak wynika z raportu Deloitte, organizacje odpowiadają na kryzys w ramach trzyetapowego procesu, do którego zalicza się: reakcję, powrót do normalnego funkcjonowania oraz rozwój.

W każdej z tych faz głównym wyzwaniem jest szybkie dostosowanie się do zmian. Dotyczy to również dyrektorów działów prawnych. Do ich zadań należy obecnie łagodzenie ryzyka wywołanego zakłóceniami w działalności, takiego jak spory dotyczące wykonywania umów. Dyrektorzy muszą również reagować na zapytania prawne, jakie przychodzą zarówno z wewnątrz, jak i spoza organizacji. 78 proc. badanych deklaruje, że w czasie pandemii są bardziej obciążeni pracą – mówi Zbigniew Korba, Radca prawny, Partner w Kancelarii Deloitte Legal.

Zadania działów prawnych skupiają się głównie na zagadnieniach związanych z COVID-19. Dwie trzecie CLO wskazuje, że to bezpieczeństwo pracowników jest kluczowe w ich obecnej pracy i jednocześnie wpłynie na funkcjonowanie organizacji w najbliższym czasie. Zapytani o wyzwania, badani wskazali również na: kwestie regulacyjne (47 proc.), benefity pracownicze (44 proc.), wpływ na łańcuch dostaw i kontraktów (43 proc.), a także zagadnienia cyberbezpieczeństwa (42 proc.).

Pomimo rosnącej liczby obowiązków, aż 66 proc. dyrektorów prawnych wskazuje, że musiało ograniczyć koszty, a w przypadku 54 proc. organizacji konieczna była redukcja etatów.

Technologie dla prawa

Zwiększający się zakres obowiązków wymaga podjęcia przez organizacje konkretnych kroków. 62 proc. respondentów spodziewa się inwestycji w narzędzia cyfrowe wspierające procesy prawne. Firmy najczęściej decydują się na sztuczną inteligencję, przetwarzanie języka naturalnego i automatyzację procesów. Zmienia się również podejście do zarządzania cyklem życia kontraktu (z ang. CLM – contract lifecycle management). 63 proc. CLO wskazało, że ich organizacja stosuje takie rozwiązania do analizy umów, na które miała wpływ pandemia COVID-19, a 89 proc. tych firm planuje zoptymalizować i ulepszyć CLM.

74 proc. badanych zamierza z kolei zwiększyć wykorzystanie alternatywnych dostawców usług prawnych (ALSP), podczas gdy jeszcze w lutym 2020 r. 80 proc. CLO chciało to użycie zredukować lub pozostawić na takim samym poziomie.

Dzięki outsourcingowi wybranych procesów operacyjnych, działy prawne mogą skupić się na sprawach priorytetowych, a nie zajmować się tymi, które nie przynoszą wartości dodanej. Jednocześnie dostawcy usług prawnych inwestują w ludzi, procesy i technologie. Specjalizują się przy tym w zapewnianiu kosztowo efektywnej i wysokojakościowej realizacji procesów. Dyrektorzy prawni powinni nawiązywać współpracę właśnie z podmiotami, które wdrożyły już takie innowacje i mają strategię, jak to robić w przyszłości – mówi Mateusz Ordyk, Radca prawny, Partner w Kancelarii Deloitte Legal.

 

Odporność na kryzys

Jak wynika z raportu, 51 proc. badanych ma nadzieję, że ich organizacja wróci do normalności w pierwszych dwóch kwartałach 2021 roku. Co ciekawe, ponad połowa dyrektorów prawnych zadeklarowała, że COVID-19 miał pozytywny wpływ na pracę ich działów. 72 proc. CLO doceniło spotkania online, 61 proc. pracę zdalną, a 54 proc. zmniejszoną liczbę podróży służbowych.

Z powodu pandemii dyrektorzy prawni zmienili swoje strategie i wyznaczyli nowe priorytety. Dla 66 proc. z nich najważniejsze jest teraz ustalenie zasad dotyczących powrotu do biur, 52 proc. wskazuje na zgodności z przepisami. Ponad jedna trzecia CLO za priorytet uznaje kwestie związane z cyberbezpieczeństwem.

Eksperci Deloitte wskazują, że dyrektorzy prawni muszą przygotować podległe im działy na kolejne niespodziewane sytuacje. Może to być znana już społeczeństwu pandemia, ale również inne trudne sytuacje niemające dotychczas precedensu. – Zastosowanie nowych technologii, outsourcing usług czy troska o bezpieczeństwo pracowników sprawią, że działy prawne, a dzięki nim również całe organizacje, będą bardziej odporne na kryzysy – dodaje Zbigniew Korba.

Prace nad Krajowym Planem Odbudowy na finiszu. Unijne miliardy mogą popłynąć do Polski w połowie roku

Projekt Krajowego Planu Odbudowy powinien trafić do publicznych konsultacji w pierwszej połowie lutego – zapowiedziała w ubiegłym tygodniu minister Małgorzata Jarosińska-Jedynak. Na jego realizację Polska dostanie z UE ponad 57 mld euro. Unijne środki będą wypłacane w transzach, mniej więcej od połowy tego roku. Popłyną m.in. do samorządów i prywatnych oraz państwowych przedsiębiorstw. KPO ma przede wszystkim odbudować polską gospodarkę po COVID-owym kryzysie i zapewnić jej odporność na przyszłe turbulencje.

W ramach instrumentu Next Generation UE państwa członkowskie UE dostaną w sumie 750 mld euro pomocy na walkę z gospodarczymi i społecznymi skutkami kryzysu po-COVID-owego. Jego największym elementem, z budżetem 672,5 mld euro w formie bezzwrotnych dotacji i pożyczek, jest Europejski Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności. Aby uruchomić te środki, członkowie UE muszą jednak opracować Krajowe Plany Odbudowy, czyli plan inwestycji i reform w poszczególnych krajach. Jak informował w połowie stycznia wiceprzewodniczący KE Valdis Dombrovskis, 11 z nich przedłożyło już komisji gotowe KPO.

– Pieniądze przeznaczone na Krajowe Plany Odbudowy i realizację projektów w nich zawartych powinny spływać mniej więcej od połowy roku. Potrzebne są ramy prawne, szczegółowe dokumenty przygotowane przez wszystkie kraje. Chodzi przede wszystkim o tzw. środki własne, czyli nowe źródła finansowania, które są rewolucją w najbliższej perspektywie finansowej. One wymagają ratyfikacji przez poszczególne kraje członkowskie i Bruksela liczy, że te procesy będą sprawnie przebiegać w najbliższym półroczu. KE liczy też, że dwóch pozostałych aktorów – czyli Rada i Parlament Europejski – będzie bardzo aktywnych i możliwie szybko zrealizuje swoje procedury – mówi agencji Newseria Biznes dr Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Polska będzie czwartym co do wielkości beneficjentem środków z Funduszu Odbudowy. Otrzyma 23,1 mld euro w postaci bezzwrotnych grantów i 34,2 mld euro w pożyczkach. Swój Krajowy Plan Odbudowy wraz z umową partnerstwa (dokument określający, na co zostaną przeznaczone fundusze z budżetu UE na lata 2021–2027) Polska powinna przedłożyć Komisji Europejskiej do końca kwietnia, ale wedle zapowiedzi ma to nastąpić wcześniej, żeby środki z Funduszu Odbudowy zaczęły spływać jak najszybciej. Prace nad dokumentem koordynuje Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej. Wstępny projekt został już pokazany KE.

– Krajowy Plan Odbudowy jest częścią tego budżetu, który ma być inwestycją w zmiany. Na najbliższą siedmiolatkę mamy dwa budżety, które z jednej strony mają odbudować gospodarki po pandemii, a z drugiej – zmieniać świat, w którym żyjemy. KPO to są nowe pieniądze, ale nie na stare plany i projekty – podkreśla dr Marek Prawda.

Reformy i inwestycje uwzględnione w KPO mają przede wszystkim wspierać cyfrową i zieloną transformację. Chodzi o to, by europejskie gospodarki i społeczeństwa dzięki reformom stały się bardziej zrównoważone, odporne i lepiej przygotowane na nowe wyzwania. KE zastrzegła, że co najmniej 37 proc. wydatków z Funduszu Odbudowy ma być przeznaczone na projekty wspierające cele klimatyczne.

– Dla UE bardzo ważne będzie to, żeby projekty zaproponowane przez poszczególne państwa odnosiły się do priorytetów unijnych – mówi dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. – Powinny dotyczyć głównie modernizacji technologicznej, reform, które pomogą Europie stać się bardziej konkurencyjną. Liczyć się będzie też to, jak dalece poszczególne kraje realizują zalecenia UE wskazujące, w jakich dziedzinach należy coś istotnego zrobić. Jesteśmy w takiej fazie, że te zalecenia będą brane dużo poważniej.

W ubiegłym tygodniu szefowa MFiPR Małgorzata Jarosińska-Jedynak poinformowała, że szczegóły Krajowego Planu Odbudowy są już dopinane i w ciągu najbliższych dwóch tygodni powinien on trafić do konsultacji publicznych. Następnie musi go przyjąć rząd, a później zostanie przedłożony Komisji Europejskiej. Kolejnym krokiem będzie zatwierdzenie KPO przez wszystkie kraje UE.

– Nowością jest to, że te krajowe plany będzie zatwierdzać nie tylko Komisja Europejska, ale również gremium złożone z przedstawicieli państw członkowskich. Chodzi o to, żeby ci, którzy wyłożyli na ten cel szczególnie duże pieniądze, mogli mieć dużo do powiedzenia na temat tego, jak one będą wydawane. Spodziewamy się, że do kwietnia bieżącego roku wszystkie krajowe plany będą już przyjęte – zapewnia dr Marek Prawda.

Pieniądze przeznaczone na realizacje Krajowych Planów Odbudowy popłyną do państw członkowskich UE w okolicy połowy tego roku, ale w ramach KPO będzie można rozliczyć też koszty poniesione od lutego 2020 roku, o ile te projekty znajdą się w zaakceptowanym już planie.

Wypłaty funduszy będą się odbywać w transzach w zależności od postępów w realizowaniu założonych celów (tzw. kamienie milowe). Polska w pierwszych latach (do końca 2022 roku) ma dostać 70 proc. z zaplanowanych 57 mld euro – 18,9 mld euro dotacji oraz dodatkowe 4,1 mld euro w kolejnym roku. O tym, czy dostanie kolejną transzę w 2023 roku, będzie decydował przegląd wskaźników gospodarczych, w szczególności spadek realnego PKB w 2020 i 2021 roku.

– Polska ma do wykonania ogromną pracę, ale dzięki tym inwestycjom z KPO można wykonać bardzo istotny skok rozwojowy, chociażby poprzez dokończenie reformy cyfryzacji administracji publicznej, upowszechnienie podpisów elektronicznych i e-dokumentów, co odbiurokratyzowałoby gospodarkę, przyspieszyło działania i zwiększyło pewność obrotu – wymienia Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan. – Jeżeli zaś chodzi o zieloną transformację, tutaj mamy dużo do wykonania – zarówno w zakresie efektywności energetycznej produkcji, budynków etc., jak i w zakresie zmiany struktury energetycznej kraju na bardziej skoncentrowaną na OZE. W to powinniśmy inwestować przede wszystkim. Przy zachowaniu tzw. local content, czyli zaopatrzenia tych inwestycji opartego na rodzimych producentach, będziemy w stanie jednocześnie zwiększyć impuls rozwojowy dla całej gospodarki.

KPO ma przede wszystkim odbudować polską gospodarkę po COVID-owym kryzysie i zapewnić jej odporność na przyszłe turbulencje. Pieniądze otrzymane w ramach programu mają podnieść jej konkurencyjność, trafić do rodzimych firm i poprawić jakość życia Polaków. W ramach prac nad KPO swoje propozycje projektów do MFiPR zgłaszały samorządy i przedsiębiorcy (na dedykowaną skrzynkę spłynęło ponad 1,6 tys. zgłoszeń). Inwestycje były zgłaszane także przez marszałków województw, inne resorty i instytucje centralne, partnerów społecznych i gospodarczych. Z regionów i ministerstw zebrano w sumie 1,2 tys. projektów dotyczących m.in. energetyki, ochrony środowiska, transportu, innowacji i przedsiębiorczości, zdrowia, cyfryzacji i spójności terytorialnej. Znajdują się wśród nich zarówno plany budowy czy przebudowy infrastruktury drogowej i kolejowej, jak i projekty lokalne, jak np. budowa kanalizacji.

Resort dokonał selekcji zgłoszonych projektów na podstawie specjalnie opracowanej w tym celu tzw. matrycy KPO (narzędzie do porządkowania i oceniania zgłoszonych inwestycji pod kątem celów społeczno-gospodarczych). Wskazał również te, które – choć nie zmieściły się w KPO ze względu na ograniczony budżet – mogłyby zostać wsparte z innych źródeł, np. ze środków polityki spójności w nowej perspektywie finansowej na lata 2021–2027.

Ruszył pierwszy etap e-Urzędu Skarbowego. Podatnik złoży tam deklarację, wyśle wniosek do urzędu i zapłaci zaległy mandat

Zaczęło się 1 lutego, potrwa do września 2022 roku. Stopniowe wprowadzanie e-Urzędu Skarbowego na razie pozwala na złożenie e-PIT-u, załatwienie spraw poprzez aplikację e-mikrofirma oraz wgląd w nieopłacone mandaty. Za pomocą kilku kliknięć będzie można także złożyć wniosek lub pismo do urzędu oraz zapłacić online podatki, opłaty skarbowe czy zaległe mandaty. Wiele z tych rzeczy do tej pory trzeba było załatwić przy okienku.

Uruchomiony 1 lutego przez Ministerstwo Finansów i Krajową Administrację Skarbową e-Urząd Skarbowy (e-US) jest dostępny na stronie podatki.gov.pl.

Mamy tutaj dostęp do naszej sztandarowej usługi Twój e-PIT, która jest już zintegrowana z e-Urzędem Skarbowym. Za pomocą dwóch kliknięć można złożyć PIT i wywiązać się w ten sposób z obowiązku złożenia rocznej deklaracji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Koch, pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji. – Mamy także dostęp do e-mikrofirmy, aplikacji służącej do przygotowania plików JPK i wysłania ich do fiskusa. Korzystają z niej głównie przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą. W aplikacji jest dostęp do wszystkich wprowadzonych przez przedsiębiorcę faktur, a także historycznych plików JPK, które zostały już przekazane do fiskusa.

Ponadto w pierwszym etapie e-US będzie oferował użytkownikom dostęp do informacji o otrzymanych mandatach, np. z Policji, sanepidu, Straży Granicznej czy nadzoru budowlanego, możliwość płatności online (na początku przez osoby fizyczne w zakresie PIT, CIT, VAT, PCC, podatku od spadków i darowizn, karty podatkowej, opłaty skarbowej, pozostałych podatków i należności niepodatkowych i mandatów). W serwisie będzie też dostępna historia płatności online, możliwość złożenia w formie elektronicznej niektórych pism (np. wniosku o zaliczenie nadpłaty/zwrotu podatku na poczet innych zobowiązań) oraz dostępna będzie historia wysłanych dokumentów.

– Przygotowaliśmy kilka pism, które za pomocą kilku kliknięć mogą być przygotowane i przekazane do właściwego urzędu skarbowego – wylicza Przemysław Koch. – To m.in. wniosek o zaliczenie nadpłaty lub zwrotu podatku na poczet innych zobowiązań, pismo w sprawie zobowiązań i wyjaśnienia przeznaczenia wpłaty, zawiadomienie o popełnieniu czynu zabronionego, czyli tzw. czynny żal, pismo ogólne do urzędu skarbowego, czy zawiadomienie ZAW-NR, zawiadomienie o wykonaniu płatności na rachunek, którego nie znajdujemy na białej liście podatników VAT.

W kolejnym etapie e-Urząd Skarbowy udostępni szersze spektrum zaświadczeń, które będzie można przekazać do urzędu, także takich, które będą pozwalać na otrzymanie odpowiedzi online, w szczególności zaświadczenia o niezaleganiu z realizacją zobowiązań podatkowych. Zostanie też zintegrowany z systemem poboru opłat drogowych e-TOLL. Pełna wersja e-US ma być dostępna pod koniec 2022 roku.

W e-US w momencie zakończenia projektu znajdą się usługi dla podatnika – osoby fizycznej, płatnika, czyli przedsiębiorstwa, które przekazuje składki za swoich pracowników, dla przedsiębiorcy, który rozlicza się z podatków z urzędem skarbowym, ale także dla urzędników, którzy wykonują czynności na styku z fiskusem – wyjaśnia pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji. – To, po pierwsze, komornicy, którzy będą tą drogą przekazywać do urzędów skarbowych wszystkie informacje niezbędne do wykonywania swoich czynności. Po drugie, stworzymy także przestrzeń dla notariuszy, żeby mogli wykonywać wszystkie swoje czynności na styku fiskus – notariusz.

Uruchomienie od 1 lutego e-US nie zmienia faktu, że standardowy kanał obsługi będzie cały czas dostępny, jednak podatnikom i płatnikom ma dać możliwość szybszego i sprawnego załatwienia urzędowych spraw.

– e-Urząd Skarbowy jest dostępny przez każde urządzenie podłączone do internetu, jest zbudowany w technologii RWD, czyli responsive web design. Dodatkowo jest zbudowany w technologii WCAG 2.0, czyli jest dostępny dla osób z niepełnosprawnościami, w szczególności osób niedowidzących – wyjaśnia Przemysław Koch. – Do uruchomienia e-Urzędu Skarbowego wystarczy aktualna wersja przeglądarki internetowej. Dostępne są takie metody uwierzytelnienia jak Profil Zaufany, e-Dowód czy uwierzytelnienie za pomocą bankowości elektronicznej.

Ministerstwo Finansów nie ma wątpliwości, że nowy projekt spotka się z zainteresowaniem podatników. Świadczyć o tym mogą wyniki usługi Twój e-PIT. W ubiegłym roku przez internet wpłynęło 18,3 mln deklaracji za 2019 rok (na blisko 21 mln).

Projekt e-Urzędu Skarbowego jest współfinansowany z funduszy europejskich (program operacyjny Polska Cyfrowa). Całkowita wartość przedsięwzięcia to niemal 102 mln zł, w tym dofinansowanie z UE to ok. 86 mln zł, a z budżetu państwa – ok. 15,6 mln zł.

KIGEiT: Poprzez nową ustawę o krajowym cyberbezpieczeństwie rząd chce zwiększyć swoją władzę. Powinien skupić się na wyzwaniach takich jak sztuczna inteligencja

W całej Unii Europejskiej trwają prace skupione wokół aspektu cyberbezpieczeństwa. Procedowana jest dyrektywa NIS 2, która zastąpi dotychczasowe regulacje, na podstawie których w Polsce wdrażany jest krajowy system cyberbezpieczeństwa. – To doskonały moment, aby rozważyć rewizję dyrektywy, a zatem również polskiej ustawy o KSC – uważa Jarosław Tworóg, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji. Jak podkreśla, dyrektywa skupia się przede wszystkim na takich aspektach jak zapewnienie kontroli nad danymi osobowymi czy sztuczną inteligencją. Tymczasem w najnowszej nowelizacji polski rząd nie odnosi się do tych wyzwań, skupiając się m.in. na możliwości wykluczenia z rynku niektórych producentów.

16 grudnia 2020 roku Komisja Europejska zaprezentowała nowy pakiet cyberbezpieczeństwa, który zawiera m.in. zrewidowaną wersję dyrektywy NIS, mającą na celu wypracowanie wysokiego, wspólnego poziomu cyberbezpieczeństwa w całej Unii Europejskiej.

 To doskonały moment, aby rozważyć rewizję dyrektywy, a zatem również polskiej ustawy o KSC, w kontekście gorącej debaty na temat strategicznej autonomii i suwerenności cyfrowej w UE. To mogłaby być okazja do popularyzacji tego pojęcia jako zdolności do zapewnienia obywatelom kontroli nad ich życiem cyfrowym, w szczególności poprzez kontrolę ich danych osobowych. Dyrektywa odnosi się również do gotowości do wzmacniania cyfrowych zdolności podmiotu w zakresie jego sieci, bezpieczeństwa cybernetycznego i kontroli zaawansowanego oprogramowania takiego jak sztuczna inteligencja – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Jarosław Tworóg, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji.

Jak wskazuje wiceprezes KIGEiT, projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa w żaden sposób nie odnosi się do najważniejszych wyzwań związanych m.in. z toczącą się obecnie w UE dyskusją nad dyrektywą NIS 2, która nakłada większe niż dotychczas wymagania w zakresie ujawniania luk w zabezpieczeniach, testowania poziomu cyberbezpieczeństwa czy efektywnego wykorzystywania szyfrowania.

NIS 2 rozszerza także wymagania określające zakres krajowych strategii cyberbezpieczeństwa m.in. o identyfikację odpowiednich aktywów i zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa w państwie członkowskim, określenie środków zapewniających gotowość, reakcję i usuwanie skutków incydentów, w tym współpracę między sektorem publicznym i prywatnym czy wykaz różnych organów i podmiotów zaangażowanych we wdrażanie krajowej strategii. Kwestie te w Polsce regulują dwie ustawy: o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa i o zarządzaniu kryzysowym. Ta pierwsza jest właśnie nowelizowana w sposób, który budzi rynkowe zastrzeżenia.

– Projekt nowelizacji ustawy o KSC ilustruje poziom niezrozumienia problemu w środowisku polityków. Cyberbezpieczeństwo ma charakter sieciowy, a nie sektorowy czy geograficzny. Zatem dekompozycja problemu na elementy sektorowe i skupienie na aspekcie krajowym, wyróżnianie mniej lub bardziej zaufanych dostawców, nie odzwierciedla istoty problemu – twierdzi dr inż. Jarosław Tworóg.

Nowelizacja zmian w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wynika z konieczności wdrożenia do polskich przepisów tzw. 5G Toolbox, które mają wzmocnić poziom cyberbezpieczeństwa w Europie w kontekście budowy sieci 5G. Pierwszy projekt nowelizacji, przygotowany we wrześniu 2020 roku, wzbudził wiele kontrowersji, nie tylko ze względu na wyjątkowo krótki czas procedowania, lecz także część zapisów. Nowelizacja umożliwiała m.in. wykluczenie części dostawców usług ze względu na kraj pochodzenia. Zgłoszono wówczas ok. 750 uwag, stąd przygotowany nowy projekt nowelizacji ustawy.

Jak jednak zauważa wiceprezes KIGEiT, choć zawiera on sporo zmian w porównaniu do wrześniowej wersji, w większości są to zmiany kosmetyczne.

– Choć ostateczny kształt projektu jest nie do przewidzenia, to można być pewnym, że rząd chce zwiększyć zakres swojej władzy m.in. poprzez uznaniowe, oparte na przesłankach politycznych, wykluczanie dostawców sprzętu i oprogramowania. W ocenie skutków regulacji zauważa się, że wykonanie obecnie obowiązującej ustawy pozostawia wiele do życzenia, a operatorzy usług kluczowych już dzisiaj mają trudności ze spełnieniem wyśrubowanych wymogów technicznych dla wewnętrznych struktur cyberbezpieczeństwa – wskazuje.

W nowelizacji wciąż znajdują się zapisy, które pozwalają wykluczyć z wdrażania 5G część dostawców na podstawie niemerytorycznych kryteriów, czyli np. kraju pochodzenia. Zgodnie z proponowanymi przepisami dostawców będzie oceniać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. Ci, którzy zostaną uznani za zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa, zostaną wykluczeni z przetargów. Przedstawiciele branży telekomunikacyjnej wielokrotnie apelowali o wprowadzenie bardziej merytorycznych kryteriów oceny, jednak nieskutecznie.

 Musi to budzić niepokój, biorąc pod uwagę, że po ostatnich konsultacjach publicznych projektodawca zapowiedział, że wprowadzi zmianę i skupi się właśnie na aspektach technicznych. Mimo kontrowersji wynikłych w trakcie poprzednich konsultacji publicznych KPRM nie przewiduje drugiej rundy konsultacji, co dowodzi prymatu intencji politycznych o nieznanych celach nad dobrze zdefiniowanym interesem gospodarczym – podkreśla dr inż. Jarosław Tworóg.

Pacjenci z dolegliwościami sercowymi często zwlekają z wezwaniem pomocy. Przez pandemię leczenie zawałów serca cofnęło się o 15 lat

Kardiolodzy alarmują, że w 2020 roku zgłaszało się do nich znacznie mniej pacjentów z dolegliwościami sercowymi. Chorzy często bagatelizują objawy z obawy przed koronawirusem oraz niewydolnością służby zdrowia. – Przez pandemię cofnęliśmy się w leczeniu zawałów serca o 15 lat, coraz częściej trafiają do nas pacjenci z groźnymi konsekwencjami tzw. przechodzonych zawałów – mówi kardiochirurg Grzegorz Suwalski. Jednocześnie podkreśla, że walka z COVID-19 pokazała nowe zastosowanie dla sztucznego płuca, urządzenia wykorzystywanego od lat w kardiochirurgii, co może w przyszłości skutkować wdrożeniem innowacji w tym zakresie.

– Choroby, z którymi borykaliśmy się przed pandemią, istnieją cały czas i mają własną dynamikę. Faktycznie jako społeczeństwo przestaliśmy się nimi tak bardzo interesować, ale to jest właśnie efekt pandemii. Zawały serca, ostre zespoły wieńcowe czy inne schorzenia sercowe nie mogą zejść na drugi plan, bo zdrowie Polaków znacznie się pogorszy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Grzegorz Suwalski, kardiochirurg, prezes zarządu Quantum Innovations.

Już wiosną, na początku pandemii, kardiolodzy alarmowali, że zgłasza się do nich 25–30 proc. mniej pacjentów z dolegliwościami sercowymi. Spadła również liczba interwencji kardiologicznych.

Jak wskazuje Polskie Towarzystwo Kardiologiczne, rocznie stwierdza się w Polsce ok. 40 tys. zawałów mięśnia sercowego i 30 tys. tzw. niestabilnej choroby wieńcowej leczonej zabiegowo w trybie pilnym. W przypadku nieleczonego ostrego zawału (z uniesieniem odcinka ST – STEMI) śmiertelność wynosi ok. 40 proc., a w przypadku zawału leczonego za pomocą pierwotnej angioplastyki wieńcowej jest ona ośmiokrotnie niższa (3,5–5 proc.).

– Najlepsze w ostrym zawale serca jest leczenie inwazyjne. Często bywa niestety odraczane, chociażby z powodu tego, że pacjenci boją się zgłosić do szpitala czy wezwać pogotowie. W związku z tym nie widzimy istotnego wzrostu zawałów, ale widzimy, że ich leczenie przez pandemię nie jest optymalne. Jest takie, jak było 15 lat temu, czyli nie jest oparte na szybkich inwazyjnych technikach – podkreśla kardiochirurg.

Lekarze apelują, żeby mimo pandemii nie lekceważyć objawów innych chorób, bo ich konsekwencje mogą być groźne dla zdrowia i życia. Nieleczony zawał serca zwykle doprowadza do poważnego uszkodzenia mięśnia sercowego, a to może prowadzić do rozwinięcia niewydolności serca, która znacząco pogarsza jakość życia.

– Konsekwencją tzw. przechodzonych zawałów jest jednostka chorobowa, której nie widzieliśmy kilkanaście lat – pacjent trafia do leczenia dopiero w momencie, kiedy jest już ciężka niewydolność serca, kiedy często dochodzi do pęknięcia serca w wyniku trwania zawału. Mamy więc nieoptymalne leczenie zawału serca przez opóźnienie wdrożenia optymalnych technik – wyjaśnia dr n. med. Grzegorz Suwalski.

Kardiochirurdzy są zaangażowani w leczenie chorych na COVID-19 od początku pandemii. U dużej części pacjentów z ciężkim przebiegiem choroby zniszczenie płuc jest tak duże, że konieczne jest wykorzystanie respiratorów.

– Wówczas z pomocą przychodzi kardiochirurgia i zewnątrzustrojowa technika natleniania krwi. Jest to tzw. procedura ECMO, czyli zewnętrzne sztuczne płuco. Krew jest pobierana od pacjenta przez kaniulę, wprowadzana do urządzenia i oddawana z powrotem już natlenowana. W kardiochirurgii to urządzenie jest wykorzystywane od lat w leczeniu innych ciężkich chorób układu krążenia, a w czasie pandemii ujawniło się nowe zastosowanie – tłumaczy prezes zarządu Quantum Innovations.

Jego zdaniem pandemia może znacząco przyczynić się do rozwoju tej metody leczenia. Doświadczenie zdobyte w tym czasie umożliwi bowiem lekarzom zebrać informacje dotyczące leczenia nowej jednostki chorobowej, jaką jest COVID-19, za pomocą ECMO.

– Ta wiedza, która teraz jest zbierana, w ciągu roku–półtora zaowocuje nowymi pomysłami urządzeń. Pokaże, gdzie są problemy, następnie zrodzą się koncepcje i ruszą projekty, które będą te koncepcje weryfikować pod kątem ich skuteczności i bezpieczeństwa. Kiedy to się dokona, to ruszą innowacje sprzętowe, być może pojawią się nowe urządzenia do oksygenacji, być może inne urządzenia, które będą wspomagały procesy decyzyjne – prognozuje dr n. med. Grzegorz Suwalski.

Nawet 50 tys. zł miesięcznie mogą zarobić inżynierzy o wąskich specjalizacjach. Pracodawcy poszukują specjalistów od projektowania i wdrożeń sztucznej inteligencji

Pandemia zmniejszyła liczbę rekrutacji, spowodowała też redukcję etatów. Jednocześnie wzrosło zapotrzebowanie na nowe kompetencje. Obecnie wśród najbardziej pożądanych specjalizacji znajdują się programista PLC, elektryk, inżynier sprzedaży, inżynier testów czy inżynier produkcji. Na rynku pracy królować będzie także sztuczna inteligencja. – Ludzie, którzy potrafią wdrożyć SI czy projektować systemy np. obsługi klienta poprzez sztuczną inteligencję, są bardzo cenieni. To ludzie, którzy zarabiają często na rynku około 4050 tys. zł – podkreśla Tomasz Szpikowski, prezes Bergman Engineering.

– Przewidujemy, że wzrośnie zapotrzebowanie na osoby, które pracują na stanowiskach inżynieryjnych i są kreatywne, potrafią budować modele, w których klienci płacą pieniądze miesięcznie w abonamencie. Takie, które potrafią bardzo szybko pisać kody i potrafią to robić w sposób efektywny i tani. Będą poszukiwani ludzie, którzy mają pomysły na to, jak można pewne procesy przyspieszyć, którzy są w stanie wymyślić nowy software usprawniający pracę dotychczasowych systemów, czy ci, którzy potrafią sterować procesami z poziomu np. jednego pulpitu  czy jednego telefonu – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Szpikowski, prezes Bergman Engineering.

Choć pandemia znacznie zmniejszyła liczbę prowadzonych rekrutacji i znacząco wpłynęła na redukcję etatów, pokazała też, że rośnie zapotrzebowanie na nowe kompetencje i specjalizacje. Poszukiwani są m.in. inżynierowie, którzy łączą kwalifikacje techniczne z kompetencjami miękkimi. Prężnie działają też firmy specjalizujące się w nowoczesnych technologiach i cyberbezpieczeństwie. Dane Bergman Engineering wskazują, że wśród najbardziej pożądanych specjalizacji znajdują się obecnie programiści PLC, elektrycy, inżynierzy sprzedaży, inżynierzy testów i inżynierzy produkcji.

– W tej chwili widzimy też bardzo duże zapotrzebowanie i na rynku mamy bardzo niewiele kompetencji przy okazji projektów związanych ze sztuczną inteligencją. Ludzie, którzy potrafią wdrożyć SI czy projektować systemy np. obsługi klienta poprzez SI, a także umiejący działać na Big Data, zagregować dane i sprzedawać te informacje na zewnątrz, są bardzo cenieni. To ludzie, którzy często zarabiają na rynku około 4050 tys. zł – podkreśla prezes Bergman Engineering.

Coraz więcej firm poszukuje też specjalistów z zakresu elektromobilności. W ciągu dwóch lat zapotrzebowanie na takich pracowników wzrosło o ponad 200 proc. Taki trend będzie się utrzymywać. Poszukiwani są także eksperci związani z transportem autonomicznym. Na brak propozycji pracy nie mogą narzekać także osoby związane z internetem rzeczy. Według szacunków IDC w 2025 roku do IoT będzie podłączonych już 55,9 mld urządzeń.

– Cały świat robi się w tej chwili jedną wielką siecią i ci inżynierowie, którzy potrafią pisać software i wyciągać dane, to będzie skarb na dłuższą metę – przekonuje prezes Bergman Engineering.

Jak podkreśla, rynek inżynieryjny stał się rynkiem bardzo niszowym, nie ma inżyniera od wszystkiego, jest natomiast inżynier o bardzo wąskiej specjalizacji. Pracodawcy szukają jednak nie tylko kompetencji technicznych, lecz także tych miękkich. Blisko 90 proc. pracodawców poszukuje specjalistów umiejących krytycznie myśleć, a dla ponad 70 proc. z nich ważna jest umiejętność łączenia świata tradycyjnego z cyfrowym i łatwa adaptacja do zmieniających się warunków pracy.

– Wyzwania stojące przed inżynierami, a zarazem ich szansa na rynku pracy, to specjalizacja, otwarcie się na nowości, języki obce, jak również śledzenie nowych technologii, które mogą pozwolić na szybkie dostosowanie się i pójście za tym, co akurat jest w tej chwili na rynku potrzebne. To także zdolność przystosowania się do tego, w jaki sposób zmienia się rynek – mówi  Tomasz Szpikowski.

Mimo pandemii i kryzysu gospodarczego specjaliści mogą liczyć na wzrost zarobków o 5–10 proc., a ci najlepsi, z większymi kompetencjami cyfrowymi, na znacznie więcej.

– Cały czas będzie trwała walka o talenty, które będą wyżej opłacane. Aby złowić najlepszych ludzi, firmy muszą zapłacić więcej. Per saldo najlepsi mogą zarabiać 20–30 proc. więcej niż do tej pory, dlatego że weszli w nowe technologie. Ci, którzy nie mają tych kwalifikacji, nie dostaną podwyżki, bo będą zweryfikowani przez rynek. Mimo że tempo pracy i inteligencja tych kodów nie jest taka wysoka, to średnio biorąc wszystkich inżynierów, informatyków na rynku, te podwyżki powinny być większe o około 5 do 10 proc. – wylicza prezes Bergman Engineering.

Czeka nas wysyp nowych technologii fotowoltaicznych. Innowacyjne rozwiązania pozwalają pozyskiwać energię za pomocą szyb czy farb

Energia słoneczna jest potężną alternatywą dla paliw kopalnych. Światło słoneczne padające na Ziemię dostarcza około 15 tys. razy więcej energii niż jej całkowite zużycie na świecie. Technologie pozyskiwania jak największej ilości energii słonecznej szybko się rozwijają. Dzięki panelom fotowoltaicznym można już nie tylko wytwarzać energię elektryczną, lecz także ogrzać dom czy wodę. Pojawiają się kolejne innowacyjne rozwiązania, jak szkło fotowoltaiczne, prototypy termoradiacyjnych urządzeń fotowoltaicznych czy odwróconych paneli słonecznych, które mogą wytwarzać energię elektryczną w nocy.

– Panele fotowoltaiczne możemy wykorzystać nie tylko do generacji energii elektrycznej, lecz także do generowania ciepła czy ocieplenia domu poprzez transmisję energii do folii grzewczych, zainstalowanych w murach czy podłogach, które się nagrzewają poprzez energię elektryczną  i ogrzewają dzięki temu dom – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Emmanuel Lickel-Skiba, współzałożyciel portalu dobryprad.pl. – Mamy już przykłady takiej technologii wdrożonej w Polsce. Mamy też instalację fotowoltaiczną, która generuje energię elektryczną wykorzystaną do zasilania pompy ciepła.

Jak podaje Instytut Energetyki Odnawialnej, na koniec 2020 roku łączna moc zainstalowanych w Polsce elektrowni fotowoltaicznych przekroczyła 3,5 GW. Coraz więcej osób decyduje się na panele słoneczne, które pozwalają nie tylko wyprodukować prąd, ale też ogrzać dom czy podgrzać wodę. Folia grzewcza na podczerwień to rewolucja w ogrzewaniu domów. Zasilana prądem emituje bezpieczne dla zdrowia promieniowanie podczerwone. Istnieją też systemy, które łączą panele fotowoltaiczne z pompami ciepła i rozwiązaniem inteligentnego domu. Technologia pomp ciepła stanowi efektywną ekonomicznie alternatywę dla kotłów na paliwa kopalne.

– Inwestycja w samą fotowoltaikę bez rozwiązań grzewczych opłaca się w ciągu od czterech do siedmiu–ośmiu lat, czasami nawet dłużej. Jeżeli sięgamy dodatkowo po inwestycje w rozwiązania grzewcze, to wtedy ten koszt może się pomnożyć razy dwa, czyli musielibyśmy liczyć na okres zwrotu inwestycji co najmniej osiem lat – wylicza Emmanuel Lickel-Skiba.

Rozwiązań jest jednak wiele. Zamiast tradycyjnych paneli można zamontować fotowoltaiczne dachówki. Na rynku dostępne są też farby, które pochłaniają światło słoneczne i parę wodną z otoczenia. Zgromadzona w ten sposób woda może zostać podzielona na wodór i tlen, a odnawialnym źródłem energii jest wodór, traktowany jako paliwo. Istnieją też farby słoneczne na bazie perowskitu.

Oprócz innowacyjnych materiałów pojawiają się również kreatywne metody pozyskiwania maksymalnej energii słonecznej. Na przykład szwajcarski start-up Insolight używa zintegrowanych soczewek jako wzmacniaczy optycznych w szkle ochronnym paneli, aby skoncentrować wiązki światła. Pojawiają się też prototypy termoradiacyjnych urządzeń fotowoltaicznych lub odwróconych paneli słonecznych, które mogą wytwarzać energię elektryczną w nocy. Innym innowacyjnym rozwiązaniem są przezroczyste okna słoneczne. Naukowcy w „Nature Energy” dowodzą, że przezroczyste materiały słoneczne mogą zbierać tyle energii, co większe jednostki słoneczne na dachach. Cienki, podobny do plastiku materiał może być stosowany na budynkach, szybach samochodowych czy telefonach komórkowych.

– Mamy już różne rozwiązania, które są wdrożone przez różne firmy za granicą, w Stanach Zjednoczonych, w Unii Europejskiej, też m.in. w Polsce. To np. szkło fotowoltaiczne, które pozwala generować energię elektryczną na podstawie instalacji okiennej. To produkty, które są obecnie testowane, myślę, że w ciągu następnych pięciu lat już zaczniemy je stosować na rynku – wskazuje współzałożyciel portalu dobryprad.pl.

Menedżerowie optymistycznie oceniają przyszłość gospodarki

Luty rozpoczynamy dobrymi danymi z przemysłu. PMI polskiego sektora przetwórstwa w styczniu wyniósł 51,9 pkt (51,7 pkt w grudniu 2020 r.). Oznacza to siódmy z rzędu miesiąc, kiedy wśród menedżerów logistyki optymiści przeważają nad pesymistami – co więcej przyrasta tych pierwszych.

Można odnieść wrażenie, że w dzisiejszych danych znalazły ujście: odporność polskiego eksportu i duże zapotrzebowanie krajowe na niektóre dobra (np. AGD) oraz nadzieje wzbudzone przez program szczepień.

Wskaźniki składowe PMI dostarczają jednak bardziej złożonego obrazu sytuacji w przetwórstwie. Wprawdzie notuje ono rosnącą liczbę nowych zamówień (w tempie znanym z długookresowych trendów), jednak systematycznie większy wkład mają zamówienia zza granicy (w styczniu najwyższe od 3 lat). Nie podąża za nimi produkcja (trzeci miesiąc spadków). IHS Markit zwraca uwagę na rolę kwarantann w ograniczaniu mocy produkcyjnych. Nie widzimy tego jednak w danych dla całej gospodarki. Niezależnie, deficyty kadr dają się we znaki – wzrost popytu uzasadniałby tzw. chomikowanie pracy (niezwalnianie, aby uniknąć kosztów rekrutacji przy szybkim odbiciu popytu) oraz rosnące zatrudnienie. Konsekwencją braków pracowników jest wzrost zaległości (błędnie postrzegany w PMI jako korzystny). Czas dostaw rośnie do poziomów znanych z marca i kwietnia.

Obserwujemy kumulujące się zapasy materiałów. Ich przyczyny są wielorakie: fizyczny brak dóbr a także ryzyko niedostępności oraz produkcja poniżej planowanej (za brakiem pracowników idą niewykorzystane surowce). Niedostępność materiałów to bardzo problematyczne zjawisko nie tylko z powodów technologicznych. Rzadkie dobra są cenione wyżej, stąd inflacja kosztów, która w styczniu osiągnęła poziomy nienotowane od niemal dekady.Zmniejszanie marż producentów nie jest dłużej możliwe, co doprowadza do przenoszenia części kosztów na klientów.

Optymizm na najbliższe 12 miesięcy wciąż wysoki (minimalny spadek w stosunku do grudnia). Nic dziwnego, polska gospodarka – nawet funkcjonująca w trybie pandemicznym – notuje popyt po stronie firm i producentów, a skuteczność szczepionek może tylko poprawić nastroje. Można jednak sobie wyobrazić również bardziej pesymistyczny scenariusz, w którym kolejne mutacje wirusa ponownie blokują światową gospodarkę.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Partycypacja społeczna w planowaniu przestrzennym, a reforma planistyczna

O potrzebie reformy planowania przestrzennego słyszymy od lat, nic więc dziwnego, że kolejna próba zmiany przestarzałego prawa także jest szeroko komentowana. Obowiązująca dziś ustawa z dnia 27 marca 2003 roku zmieniana była 60 razy, a w większości były to nowelizacje ustaw. Do konsultacji społecznych trafił właśnie dokument: „Reforma systemu planowania i zagospodarowania przestrzennego”,  zawierający wstępne założenia nowej ustawy planistycznej, które zapowiadają, że  mają zniknąć studia i pojawić się dwa rodzaje nowych planów. Na znaczeniu mają stracić obecne WZ, czyli warunki zabudowy. Natomiast tzw. “plan ogólny” ma być uchwalany obowiązkowo dla obszaru w granicach gminy. Podczas opracowywania dokumentów planistycznych, bardzo ważne jest zaangażowanie społeczne mieszkańców. Wynika to z podstawowych zasad przyjętych w planowaniu ładu przestrzennego i zrównoważonego rozwoju. Eliminacja konfliktów na tym polu może znacząco skrócić długość cyklu operacyjnego inwestorów oraz wpłynąć na lepszą dostępność gruntów, a co za tym idzie – zyskać mogłyby wszystkie strony. Obecny brak miejscowych planów jest czynnikiem blokującym rozwój inwestycji, a potęgowanym skomplikowanymi i niejasnymi procedurami. 

W przestrzeni dyskusji, jak dotąd brakuje również szerszego poruszenia aspektu zmian zasad partycypacji społecznej, które w istocie są niezwykle ważnym elementem. Jak potwierdzają badania, Polacy w zdecydowanej większości chcą uczestniczyć w tych procesach, ale do tej pory tego nie robią.

Nie przedstawiono jeszcze szczegółów proponowanych rozwiązań i przepisów przejściowych, a w kontekście zapowiadanych od dłuższego czasu zmian w systemie planowania przestrzennego władze wielu gmin stoją przed dużym dylematem, czy przystępować do opracowywania nowego studium, co jest czasochłonnym i kosztownym zadaniem, czy poczekać na zakończenie reformy.

Czy reforma planistyczna będzie korzystna dla mieszkańców?

Planowanie i gospodarka przestrzenna w obecnym kształcie są przedmiotem powszechnej krytyki. Uchwalona prawie dwie dekady temu ustawa nie spełnia swoich funkcji i nie przystaje do globalnych trendów, jak np. wzrost znaczenia eko budownictwa i zrównoważonego rozwoju, popularyzacja CSR-ów, wzrost świadomości, współdzielenie i zaangażowanie decyzyjne lokalnych społeczności. Aktualnie idea zrównoważonego rozwoju staje się podstawą planowania przestrzennego, a konsultacje społeczne są niezbędne do podejmowania trafnych decyzji oraz mogą zapobiegać lokalnym konfliktom.

Chociaż obecna ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym gwarantowała obywatelom udział w procesie planowania, większość osób nie korzystała z tego przywileju, a tym samym nie mogła wpływać na zagospodarowanie swojego otoczenia. W rezultacie, wyzwaniem dla procedur planistycznych opisanych w nowym projekcie ustawy o planowaniu przestrzennym staje się zagwarantowanie realnych możliwości partycypacji społecznej.

Jak potwierdziły badania, obywatele chcą aktywnie uczestniczyć w tych procesach. Prawie 90% badanych interesuje się planowanymi inwestycjami i przekształceniem gruntów w miejscowości lub gminie, gdzie zamieszkuje, zaś ponad 80% deklaruje potrzebę udziału przy podejmowaniu decyzji dotyczących zagospodarowania terenu swojego miasta czy gminy.

Nic powinno to zaskakiwać, bowiem plan zagospodarowania przestrzennego to dokument, który decyduje o wyglądzie naszego otoczenia. Na jego podstawie urzędnicy wydają pozwolenia na budowę. Na przykład plan zagospodarowania reguluje, że na danym terenie wybudować możemy tylko domy jednorodzinne, natomiast jeśli w planie widnieją tereny rekreacyjne, to w tym miejscu nie zostaną zbudowane zakłady produkcyjne, itd.

W przypadku planowania przestrzennego obowiązujące przepisy prawa umożliwiają udział społeczeństwa w procesie sporządzania poszczególnych dokumentów planistycznych, między innymi poprzez nałożenie na organy sporządzające te dokumenty obowiązku poddania ich konsultacjom społecznym. Natomiast, jak okazuje się w praktyce, mieszkańcy nie uczestniczą w tych ważnych procesach i to w zdecydowanej większości – aż 95% obywateli nie składała uwag czy wniosków do dokumentów planistycznych. Jednocześnie wskazuje się na niedostateczne informowanie społeczeństwa o planowanych zmianach dotyczących zagospodarowania terenu. Jaki będzie zatem  nowy sposób, przedmiot i zakres  udziału społeczeństwa w kształtowaniu otaczającej go przestrzeni? Tego na razie nie wiemy.

“Wuzetki”, czyli system planowania przestrzennego do góry nogami

Aktualnie “wuzetki”, które miały być wydawane tylko w wyjątkowych przypadkach, stały się normą, a plany miejscowe, które miały stanowić normę, należą do wyjątków. Według danych PZFD, najwyższy stopień pokrycia planami zagospodarowania ma  obecnie Kraków  i wynosi  65,4% , a najgorzej kształtuje się on w Rzeszowie, bo na poziomie 16,9%. Warszawa to  39,4%, a Łódź tylko 24,5%. Partycypacja społeczna w planowaniu przestrzennym oznacza proces, w którym zarówno władze, jak i mieszkańcy współdziałają w przygotowaniu planów, realizowaniu określonej polityki, a także podejmowaniu decyzji gwarantujących zachowanie zasady zrównoważonego rozwoju i ładu przestrzennego. Budowa domów i mieszkań powinna odbywać się przede wszystkim w oparciu o miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. Niestety, zamiast tego masowo wydawane są „wuzetki”, czyli decyzje o warunkach zabudowy – na ich podstawie buduje się dziś ok. 50 proc. całości inwestycji mieszkaniowych w Polsce. W ubiegłym roku – jak podaje GUS – liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym wzrosła o 2,8% r/r i wyniosła aż 275 938. „Wuzetka” powoduje liczne problemy, np. obowiązuje bezterminowo i bez uwzględnienia przyszłych możliwych zmian w otoczeniu. Co więcej, WZ nie muszą być zgodnie ze studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego, co powoduje gigantyczny bałagan urbanistyczny. Często są też postrzegane jako korupcjogenne, co rzutuje na negatywną percepcję społeczną dla całego procesu – wielokrotnie mówiono o wydawaniu korzystnych dla inwestorów „wuzetek” czy blokowaniu przez nich uchwalenia planu miejscowego niezgodnego z ich strategiami.

Planowanie przestrzenne to coś, dzięki czemu kreowane jest nasze otoczenie. Właśnie w oparciu o ustawę o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym powinny powstawać miejskie plany zagospodarowania przestrzennego. Po reformie, na terenach, dla których nie uchwalono planu zabudowy, mają obowiązywać określone w nowej ustawie standardy urbanistyczne.

Ministerialny dokument jak dotąd nic nie mówi o tym, jak długo po wejściu w życie nowej ustawy planistycznej będą obowiązywały wydane wcześniej warunki zabudowy. Projekt, który trafił dwa lata temu do konsultacji mówił, że gminy miałyby 3 lata na sporządzenie planów ogólnych, a istniejące miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego zachowałyby swoją ważność. W nowym projekcie nie ma o tym ani słowa. Dla decyzji o warunkach zabudowy (WZ) planowane było wprowadzenie terminu ważności. Trudno więc odnieść się do projektu bez poznania się z kluczowymi założeniami, które mogą być przyczyną gigantycznego bałaganu, czy wręcz chaosu.

Reforma, a rosnąca rola udziału społecznego

Coraz częściej mieszkańcy doceniają korzyści płynące z CSR-ów i wspierają projekty spełniające kryteria zrównoważonego rozwoju. Niezwykle istotne jest poszukiwanie modelu działania opartego na faktycznym dialogu i realnej partycypacji społecznej. Udział obywateli w procesie planowania przestrzennego jest bardzo ważny, ponieważ już na etapie tworzenia projektów planów zagospodarowania umożliwia rozwiązywanie problemów i spraw spornych, z korzyścią dla wszystkich stron.

Prawidłowa społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR) to swoisty, społeczno-biznesowy ekosystem, korzystny dla mieszkańców, zawierający zrównoważony rozwój urbanistyczny, łączący wszystkie płaszczyzny: społeczną, środowiskową i ekonomiczną, szczególnie na etapach ich implementacji, kiedy wiele decyzji i rozwiązań jest uznaniowych lub intuicyjnych.

Odpowiedzialny społecznie rozwój sektora nieruchomości można zdefiniować jako działania podejmowane w celu zmniejszenia negatywnego wpływu budynków i konstrukcji na zdrowie ludzi i środowisko naturalne, przy jednoczesnym dążeniu do efektywnego wykorzystania energii, wody i innych zasobów. To również ochrona zdrowia mieszkańców i poprawa produktywności pracowników, a także zmniejszenie ilości odpadów, zanieczyszczeń i degradacji środowiska. Trzeba kłaść nacisk na ogólny wpływ inwestycji na otoczenie, a nie tylko na sam proces budowy. Istotne są też zmiany klimatyczne, które tworzą nowe wyzwania. Przestrzeń miejska musi być wentylowana, mieć możliwości wchłaniania wody opadowej, korzystać z zielonej energii, komunikacji elektrycznej czy budować ogrody na dachach i elewacjach. Natomiast pod pojęciem zrównoważonego rozwoju należy także rozumieć rozwój społeczno-gospodarczy, w którym następuje proces integrowania działań politycznych, gospodarczych i społecznych z zachowaniem równowagi przyrodniczej w celu gwarancji możliwości zaspokajania podstawowych potrzeb poszczególnych społeczności lub obywateli. Dlatego też włączenie lokalnych społeczności w proces miejscowego planowania przestrzennego jest tak bardzo istotne i kluczowe dla przyszłości.

Reforma planowania przestrzennego ma już kilkunastoletnią historię. Wszystkie rządy rozpoczynały pracę nad projektem ustawy w tej sprawie, ale żadnemu jak dotąd nie udało się ich zakończyć. Czy tym razem będzie inaczej? Prace nad nowymi przepisami trwają i trudno przewidzieć datę ich wejścia w życie.

Autor/fot.: Adam Białas, ekspert rynku, dziennikarz biznesowy, współzałożyciel  stowarzyszenia wspierającego zrównoważony rozwój przestrzeni miejskiej i korzyści płynących z CSR-ów – „Nowoczesna Warszawa 2030”, menedżer agencji komunikacji i marketingu.