Komu może zostać udzielona pożyczka na dowód przez internet?

Pożyczki na dowód mają w naszym społeczeństwie coraz lepszą sławę. Profesjonalne firmy pożyczkowe oferują nam szerokie pakiety i wiele możliwości. Pieniądze mogą trafić na konto nawet w kwadrans bez konieczności opuszczania domu. Podpowiadamy, kto może skorzystać z tego typu oferty.

Pożyczka na dowód przez internet

Pożyczki chwilówki na dowód online są obecnie dostępne w bardzo wielu firmach pozabankowych. Tego typu usługa jest niezwykle prosa w wykorzystaniu. Najważniejszym krokiem jest założenie konta na stronie internetowej firmy i wypełnienie właściwego wniosku. Wpisanie własnych danych trwa zaledwie kilka minut. Cały proces udzielania pożyczki jest w ogromnej większości przypadków całkowicie zautomatyzowany, dlatego nie tylko trwa krótko, ale także nie wymaga żadnego kontaktu z osobami trzecimi. 

Kto może skorzystać z pożyczki na dowód online?

Pożyczki na dowód online dostępne są dla osób, które dysponują polskim obywatelstwem oraz pełnią praw obywatelskich. Zazwyczaj wystarczy ukończyć osiemnasty rok życia, jednak niektóre firmy wymagają ukończenia dwudziestu jeden lat. Niezbędne jest także posiadanie adresu e–mail oraz własnego konta bankowego. 

Bardzo ważnym krokiem jest weryfikacja zdolności kredytowej. Pożyczki na dowód, chociaż łatwe w uzyskaniu, nie są dostępne zawsze i dla każdego. We wniosku zazwyczaj należy umieścić dane swojego pracodawcy (razem z numerem NIP) oraz wysokość zarobków. Warto także zaznaczyć, że obecnie firmy pożyczkowe sprawdzają dane na temat swoich klientów w bazach Biur Informacji Gospodarczej – w tym BIK i BIG. 

Pożyczka na dowód online jest dostępna dla osób, które potrzebują gotówki szybko i nie chcą załatwiać formalności w placówce banku. To doskonałe rozwiązanie w podbramkowych sytuacjach oraz w każdym momencie, kiedy potrzebujemy dodatkowej gotówki. W przypadku chwilówek warto zaznaczyć, że trzeba mieć pewność, że pożyczka w odpowiednim czasie będzie mogła zostać zwrócona. 

Czy pożyczka na dowód online jest bezpieczna? 

Korzystanie ze sprawdzonych firm pożyczkowych w żadnym momencie nie jest niebezpieczne. Firma weryfikuje nasze dane. Zazwyczaj odbywa się to poprzez przelanie symbolicznej kwoty z konta, na które ma trafić pożyczka. Jeżeli korzystamy z aplikacji firmy pożyczkowej, weryfikacja dokonuje się właśnie poprzez tę aplikację. Dodatkowo wszystkie połączenia są szyfrowane, o czym świadczy znaczek kłódki na pasku przy adresie URL. 

Czy warto korzystać z pożyczek online? 

Korzystanie z pożyczek online jest coraz powszechniejszą praktyką. Wynika to przede wszystkim z faktu, że firmy pozabankowe wychodzą z inicjatywą i oferują klientom coraz ciekawszą ofertę. Pieniądze można pożyczać na różny okres czasu. Dodatkowo bardzo często pierwsza pożyczka jest darmowa – oznacza to, że oddajemy dokładnie tyle, ile pożyczyliśmy. 

Wiele osób bardzo ceni sobie także całkowity zdalny proces wnioskowania o pożyczkę. Nie trzeba fatygować sie do żadnej placówki bankowej. Nie ma konieczności kontaktu z osobą trzecią, która wypytuje i weryfikuje nasze dane. Wszystko odbywa się automatycznie a pieniądze niezwykle szybko pojawiają się na koncie. 

Pożyczki na dowód online sa niezwykle proste i wygodne. Jeżeli tylko posiada się zdolność kredytową i aktualny dowód osobisty nie ma żadnego problemu w skorzystaniu z nich. Możliwość zainstalowania aplikacji, wygodny interfejs i świetny kontakt z firmą sprawiają, że coraz więcej osób korzysta z tego typu usług. Jeżeli czujesz, że potrzebujesz pieniędzy szybko jest to niewątpliwie dobre rozwiązanie. 

Więcej informacji na temat pożyczek online znajdziesz na stronie: https://www.saverium.pl/

Narciarze i snowboarderzy w galeriach handlowych: konieczna pomoc i otwarcie stoków!

IDZIEMY NA NARTY I DESKĘ DO CENTRÓW HANDLOWYCH – pod takim hasłem przedstawiciele branży zajmującej się produkcją nart i snowboardów, a także ich sprzedażą oraz wypożyczaniem, inicjują happening w wybranych centrach handlowych w całej Polsce. Komitet Narty Snowboard Outdoor, który w imieniu tej branży walczy dla niej o rządową i PFR pomoc, a także – o otwarcie stoków narciarskich, co umożliwiłoby tej branży ponowne funkcjonowanie. Happening rozpocznie się 1 lutego o godzinie 18:00.

Zamknięcie stoków dla amatorów narciarstwa i snowboardingu zostało przedłużone, co oburzyło fanów sportów zimowych na świeżym powietrzu oraz przedsiębiorców zajmujących się produkcją, sprzedażą i wypożyczaniem sprzętu, kolejny miesiąc z rzędu pozbawionych możliwości utrzymania.

– Nasze straty idą już w miliony, tym bardziej, że w pomocach sektorowych, tarczach rządowych i PFR, jesteśmy cały czas pomijani. Wielu z nas staje się bankrutami. Chcemy zwrócić na naszą sytuację uwagę rządzących, którzy utrzymali lockdown stoków narciarskich, pomimo otwarcia dużych obiektów handlowych. Wykorzystamy to, aby o sobie przypomnieć – zapowiada Arkadiusz Walus z Komitetu Narty Snowboard Outdoor, wybierając się na happening „IDZIEMY NA NARTY I DESKĘ DO CENTRÓW HANDLOWYCH”.

Narciarze, snowboarderzy i przedsiębiorcy branżowi przejadą się schodami ruchomymi w górę i w dół w wybranych, dopiero co ponownie uruchomionych, galeriach handlowych, w strojach narciarskich, goglach, kaskach, rękawiczkach i w maseczkach, a niektórzy nawet z nartami i deskami w rękach. Będą więc w reżimach sanitarnych obowiązujących jeszcze w grudniu 2020 roku, kiedy stoki i wyciągi narciarskie mogły działać. Będą robić zakupy w sklepach sportowych i brać jedzenie na wynos ze znajdujących się tam punktów gastronomicznych, aby wspomóc tamtejszych najemców, dotąd także pozbawionych możliwości pracy. Jak zapowiadają, w ten sposób chcą zrozumieć istniejący paradoks i nawołują: „Narciarze i snowboarderzy łączcie się!”.

– Skoro sytuacja epidemiczna pozwala otwierać zamknięte przestrzenie na zakupy, to chcemy otwarcia wolnej przestrzeni na uprawianie sportu i nabywanie odporności. Zdajemy sobie sprawę z panującej epidemii i respektujemy zasady sanitarne. Pokazujemy, że na stoku jesteśmy zabezpieczeni strojem, maską, goglami, rękawiczkami i kaskiem – tłumaczy Arkadiusz Walus i zaznacza: – Tym bardziej, że na całym praktycznie południu Polski mamy obecnie tzw. Strefę Zieloną!

Przypomina także zasady organizacyjne happeningu: – Nie grupujemy się! Zachowujemy dystans i daleką ostrożność. Schodami ruchomymi jedziemy pojedynczo, nie wypowiadamy się politycznie, koniecznie odwiedzamy sklep sportowy i robimy choć drobne zakupy solidarnościowe. Zdjęcia wrzucamy w komentarzach fejsbukowego Wydarzenia i na swoje profile w social mediach.

A gdyby ktokolwiek zabronił nam wejść do centrum handlowego ze sprzętem, poinformujemy go grzecznie, że mamy takie prawo, chociażby idąc do serwisu lub sklepu sportowego, aby dopasować np. buty do nart.

Happening rozpocznie się 1 lutego (poniedziałek) o 18:00. Jego uczestnicy umawiają się w social mediach w lokalnych centrach handlowych, które planują odwiedzić podczas Wydarzenia „IDZIEMY NA NARTY I DESKĘ DO CENTRÓW HANDLOWYCH”, Jak dotąd, w sieci można zauważyć, że wybierają się do następujących miejsc:

  • Bielsko-Biała, CH Sfera
  • Gdynia, Centrum Riviera
  • Gliwice, Forum
  • Kraków, Galeria Bronowice
  • Katowice, Galeria Katowicka
  • Łódź, Manufaktura
  • Poznań, Posnania
  • Ruda Śląska, Plaza
  • Rybnik, Focus
  • Warszawa, Sadyba Best Mall

Z akcją solidaryzują się m.in. Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne oraz dziesiątki portali branżowych.

Powody największych frustracji Polaków w 2020 r.

Konieczność płacenia więcej za te same towary i usługi okazała się bardziej denerwująca niż pandemia, wynika z badania dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Na pytanie co było najbardziej frustrujące w minionym roku, Polacy odpowiedzieli kolejny już raz, że najbardziej irytujące były podwyżki. Nie powinno to zaskakiwać, biorąc pod uwagę, że średnioroczna inflacja w całym 2020 r. wyniosła 3,4 proc. i była najwyższa od 8 lat.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego grudniowy wzrost cen w porównaniu z analogicznym miesiącem 2019 r. wyniósł 2,4 proc., a więc mieścił się poniżej celu inflacyjnego i po raz trzeci spadł poniżej 3 procent. W całym 2020 roku nie było już jednak tak optymistycznie – 3,4 proc. to najwyższe wskazanie średniorocznej inflacji od 2012 roku. W niektórych miesiącach podwyżki były jeszcze wyraźniejsze – najwyższą miesięczną inflację w minionym roku zanotowano w lutym – 4,7 proc.

W 2020 r. w porównaniu z 2019 r. zdecydowanie bardziej zdrożały usługi niż towary – o 6,9 proc. vs 2,1 proc. Dla przykładu opłaty za usługi finansowe poszły w górę o 28,2 proc., a za wywóz śmieci nawet o 51,9 proc. Regulując rachunki za prąd płaciliśmy o 11,7 proc. więcej, korzystając ze stomatologa czy fryzjera musieliśmy liczyć się z podwyżkami przekraczającymi 11 proc. Z pewnością takich wzrostów trudno było nie zauważyć i nie odczuć w domowych budżetach. W przypadku towarów najwyraźniej podniosły się ceny gazet (6 proc.), a najistotniejsza z punktu widzenia wielu gospodarstw żywność zanotowała 5-proc. wzrost cen, przy czym najbardziej zdrożały owoce (17,6 proc.), wędliny o 9,5 proc. i pieczywo o 8,1 proc.

W badaniu na temat największych frustracji Polaków, podwyżki cen towarów i usług wygrały już drugi raz. W podsumowaniu 2019 r. zyskały 51 proc. wskazań, a wtedy średnioroczna inflacja wynosiła 2,3 proc. W największym stopniu podrożały wówczas opłaty za wywóz śmieci (21,4 proc.), ceny warzyw (19,8 proc.) i cukru (16,9 proc.).

Dwa lata wcześniej najbardziej frustrowały Polaków niskie zarobki – wynika z badań realizowanych dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. W sytuacji gdy w sektorze przedsiębiorstw płaca wnosiła 4852 zł brutto, a płaca minimalna 2100 zł, mówiło o tym 40 proc. badanych. Od tamtej pory przeciętne zarobki w przedsiębiorstwach wzrosły do 5411 zł (12 proc.), a płaca minimalna do 2600 zł (24 proc.). Na poprawę ocen w tej kategorii mogło też mieć wpływ np. poszerzenie programów socjalnych – od 1 lipca 2019 r. program 500+ obejmuje również pierwsze dziecko, regularnie wypłacana jest tzw. trzynastka dla emerytów.

powody frustracji polaków 2020
Źródło: Badanie Maison&Partners dla BIG InfoMonitor

Po wzroście cen towarów i usług, najczęściej (36 proc.) wymienianej przyczynie frustracji Polaków, na kolejnych miejscach znalazły się problemy powiązane z koronawirusem: negatywne informacje przekazywane w mediach na temat pandemii (27 proc.) oraz obawy zdrowotne z nią związane (25 proc.). Dokuczał nam również brak kontaktu z ludźmi (25 proc.) oraz ograniczenia w dostępie do różnych usług i rozrywek (24 proc.). W takim kontekście finanse osobiste zeszły na dalszy plan. Obawy finansowe i zbyt małe zarobki zyskały odpowiednio 18 proc. i 15 proc. wskazań. O finansach respondenci w minionym roku nie myśleli tak źle, bo w przeciwieństwie do poprzednich lat w okresie pandemii nie tyle martwili się niesatysfakcjonującą wysokością zarobków, ile możliwością utraty pracy w ogóle. Wielu pracowników, aby zminimalizować prawdopodobieństwo potencjalnie grożącego im bezrobocia, z własnej woli zgodziło się na obniżenie pensji. Zwolnienia boi się, aż co ósmy badany, a w grupie 45-54 lata jest to lęk 18 proc. pytanych.

Ale nie wszyscy widzieli powody do frustracji. W ciągu minionego roku uniknęło tego typu odczuć 8 proc. badanych, najwięcej (12 proc.) w grupie seniorów.

Starsi martwią się o zdrowie, młodzi o brak towarzystwa

Odpowiedzi w badaniu podsumowującym 2020 r. mocno różnią się w zależności od wieku respondentów. Wraz z upływem lat rośnie niepokój dotyczący stanu zdrowia i konieczności zapewnienia sobie środków na wydatki związane z leczeniem i lekami. I tak wśród osób 65+ najczęściej wymienianymi problemami roku 2020 była inflacja (45 proc.) oraz obawy zdrowotne dotyczące koronawirusa (42 proc.), a na trzecim miejscu ex aequo natłok negatywnych informacji medialnych na temat pandemii i brak możliwości kontaktu z innymi ludźmi (po 32 proc.).

powody frustracji polaków 2020 wiek
Źródło: Badanie Maison&Partners dla BIG InfoMonitor

Tymczasem dla osób w wieku 18-24 lat największą frustracją zeszłego roku okazały się ograniczenia spotkań, o których mówiło 33 proc. badanych. Drugie były negatywne informacje medialne, a zły stan psychiczny (22 proc. wskazań) prawie dorównał w tym przypadku skargom na inflację, o której wspomniało 24 proc. najmłodszych pytanych. Na kolejnej pozycji znalazły się zbyt małe zarobki (18 proc.) i konieczność nauczania domowego (16 proc.). Każda grupa wiekowa bardzo wyraźnie w inny sposób została doświadczona w minionym roku, choć akurat niezadowoleniu seniorów ze wzrostu cen wtórowali wszyscy inni respondenci, wyjątkiem byli jedynie właśnie najmłodsi.

Według prognoz NBP, po wzroście o 3,4 proc. w 2020 r., w tym roku inflacja konsumencka ma wynieść 2,6 proc.

Badanie zostało zrealizowane przez Maison&Partners, metodą CAWI na panelu badawczym Ariadna w dniach 11-15 grudnia 2020 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej pod względem płci, wieku oraz wielkości miejsca zamieszkania próbie Polaków 18+. W badaniu wzięło udział N=1106 osób.

Indeks GIP60: Polscy producenci lekiem na całe zło

Aż trzy spółki z Giełdowego Indeksu Produkcji w pierwszej 10-tce rankingu GPW za 2020r. Nic dziwnego, bo ubiegły rok dla polskich spółek produkcyjnych okazał się bardzo udany. W konsekwencji GIP60 mimo zauważalnych problemów zdołał wypracować 11,37% wzrost wartości i zamknął 2020 rok na poziomie 882,34 punktów.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za rok 2020. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

Co druga spółka Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60) zanotowała w ubiegłym roku dwucyfrową dodatnią stopę zwrotu, a jedynie co piąta straciła więcej niż 10% wartości rynkowej. Żeby dostać się na podium rocznej klasyfikacji GIP60 należało osiągnąć wzrost ceny akcji na poziomie 359%, a zwycięstwo wymagało wzrostu o co najmniej 4141%. Warto przypomnieć, że w ubiegłym roku spółce ZPUE wystarczyło do zwycięstwa 151,28%, a podium zapewniał roczny zwrot na poziomie 65%.

Mediana rocznych stóp zwrotów na poziomie 52% pozwoliła polskim producentom tworzyw sztucznych osiągnąć najlepszy wynik w ujęciu branżowym. Na uwagę zasługują szczególnie Radpol i Lentex, które w ubiegłym roku wzrosły odpowiednio o 58,36% i 51,50%. Dwucyfrowe mediany rocznych stóp zwrotu zaobserwowano w tym czasie również wśród polskich producentów mebli (34%), przemysłu lekkiego (22%), materiałów budowlanych (15%) i farmacji (12%). Gorzej poradzili sobie producenci odzieży, dla których mediana rocznych stóp zwrotu wyniosła -20%. Niewielkie spadki zaobserwowano wśród producentów z branży metalurgicznej (-3%) i spożywczej (-1%).

Mercator najlepszą spółką GPW

Podium 2020 roku, ze względu na roczny wzrost wartości rynkowej przedstawia się następująco (w nawiasie miejsce w ogólnym rankingu GPW):

  1. Mercator Medical 4141,21% (1)
  2. Biomed-Lublin 753,33% (4)
  3. Libet 358,96% (9)

Niekwestionowanym zwycięzcą rocznego rankingu Giełdowego Indeksu Produkcji została spółka Mercator, która okazała się również najlepszą spółką GPW w 2020 roku. Co istotne, całe podium GIP60 znalazło się w 2020 roku w gronie najlepszych dziesięciu spółek z GPW, które notabene zostało w zeszłym roku zdominowane przez spółki z przewagą polskiego kapitału.

Już w zeszłym roku producent rękawiczek medycznych był najlepszy pod względem liczby zdobytych podiów miesięcznych klasyfikacji GIP60 (2 razy pierwsze miejsce i 2 razy trzecie miejsce), ale ostatecznie jej wartość rynkowa spadła w 2019 roku o 7,87%. Mimo tego w ubiegłorocznym podsumowaniu wskazywaliśmy na „duży potencjał do wzrostów, który na początku 2020 roku jest podsycany ogromnym popytem na produkty spółki wywołanym epidemią koronawirusa, dzięki czemu spółka jest jedną z najszybciej rosnących na całej GPW”.

Bez wątpienia producent rękawic, materiałów opatrunkowych i odzieży jednorazowej stał się jednym z największych beneficjentów sytuacji wywołanej pandemią koronawirusa. Cena akcji spółki wzrosła w trakcie 2020 roku z początkowej 9,95 zł do 422 zł , co oznacza, że spółka wyceniana na początku roku na ok. 105 mln zł, zamknęła go wyceną rynkową sięgającą prawie 4,5 mld zł. Jednocześnie, aż sześciokrotnie Mercator znalazł się na najwyższym stopniu podium: w styczniu, lutym, kwietniu, czerwcu, lipcu i wrześniu. Takiej dominacji nie zanotowano w pięcioletniej historii badań Giełdowego Indeksu Produkcji.

Drugie miejsce przypadło spółce Biomed-Lublin Wytwórnia Surowic i Szczepionek z Lublina, której wycena rynkowa wzrosła w ubiegłym roku z 65 mln zł do niemalże pół miliarda złotych, a w trakcie roku sięgała ona nawet 1,5 mdl zł. Rajd na akcjach spółki napędzany był przez liczne informacje o badaniach nad osoczem ozdrowieńców, które miały się przełożyć na stworzenie leku przeciwko koronawirusowi.

Miejsce trzecie dla spółki Libet za wzrost wyceny rynkowej o 358,96%. Wrocławski producent kostki brukowej i płyt tarasowych to kolejna spółka, dla której 2020 rok przyniósł wiele dobrego. Po długiej restrukturyzacji, której początki sięgają nawet paru lat wstecz, wyniki spółki ustabilizowały się, co przełożyło się na uznanie w oczach inwestorów i możliwość wykorzystania szans, które pojawiły się przed producentami materiałów budowlanych.

Najłatwiej odbić się z uklepanego dna

Pierwsza połowa 2020 roku upłynęła pod znakiem problemów wynikających z postępującej pandemii COVID-19, które piętrzyły się w kolejnych obszarach naszego życia. Izolacja kolejnych obszarów geograficznych i gospodarczych doprowadziła do zapaści w sektorze usług, ale też poważnych problemów w przemyśle. Jedną z konsekwencji początkowego chaosu i niepewności było zerwanie wielu łańcuchów dostaw, co wywołało spore zamieszanie w globalnej gospodarce, ale też zainicjowało proces redefinicji powiązań na gospodarczej mapie świata. Wzrosło znaczenie gwarancji dostaw i lokalizacji fabryk, a spadło znaczenie kryterium kosztowego, które napędzało wcześniej konkurencyjne cenowo przemysły dalekowschodnich gospodarek rozwijających się.

Skutki pozytywnej ekspozycji polskich producentów na tle tracących zaufanie dostawców z Dalekiego Wschodu dało się odczuć już w drugiej połowie 2020 roku. Ostatnie miesiące ubiegłego roku to wręcz okres boomu dla polskiego przetwórstwa przemysłowego. Jak podaje GUS, w samym tylko w grudniu produkcja sprzedana przetwórstwa przemysłowego wzrosła w Polsce o 12,8% w stosunku do grudnia 2019 r. Mocna końcówka roku pozwoliła niemalże wyrównać wynik i w okresie styczeń-grudzień 2020 r. produkcja sprzedana przemysłu była tylko o 1% niższa niż w 2019 r.

Również nastroje pracowników firm produkcyjnych, monitorowane w regularnych badaniach ankietowych,  uległy znacznej poprawie w drugiej połowie roku. Wskaźniki takie jak PMI® i ISM notują z każdym kolejnym miesiącem coraz wyższe wyniki. W Polsce, w drugiej połowie ub.r. wskaźnik PMI® powrócił po 20 miesiącach nad neutralny poziom 50 pkt, tak więc długa seria negatywnych odczytów została przerwana właśnie w połowie 2020 r.

2021 rokiem wielkich wyzwań, ale i wielkich szans

W Nowy Rok weszliśmy ze starymi problemami, restrykcje  w dalszym ciągu ograniczają lub nawet uniemożliwiają funkcjonowanie licznych firm z wielu sektorów. W tym roku jednak problemy są już dobrze poznane i pojawiła się nadzieja w postaci szczepionek, które powinny pomóc przywrócić nam swobodę funkcjonowania. Dlatego tyle uwagi poświęca się obecnie procesowi szczepień, który w różnych krajach przyjmuje różne formy i tempo. Z pewnością dla inwestorów będzie to jedno z kryteriów oceny potencjału gospodarki i rynków akcji, co widać m.in. na wykresie Izraelskich indeksów giełdowych.

Dla rynków akcji równie istotne będą kolejne pakiety stymulujące i niskie stopy procentowe, które zwykle przekładają się na zwiększony popyt na akcje. Na podstawie wypowiedzi prezesa NBP należy oczekiwać, że niskie stopy utrzymają się w najbliższym roku również w Polsce. Co powinno jeszcze bardziej zmniejszyć atrakcyjność bezpiecznych form lokowania oszczędności takich jak lokaty i obligacji, oraz zwiększyć tolerancję inwestorów na ryzyko zwiększając atrakcyjność rynków kapitałowych.

Oczywiście wyniki finansowe producentów też będą bardzo ważne dla ich wartości rynkowej, dlatego dodatkowym czynnikiem sprzyjającym wyceną polskich producentów będzie słaba złotówka, ponieważ znaczna część przychodów rodzimych wytwórców pochodzi z eksportu. W tym kontekście ważny jest również wspomniany proces reorganizacji łańcuchów dostaw.

Postępującą poprawę nastrojów pracowników firm produkcyjnych obserwujemy w kolejnych badaniach ankietowych zarówno na Zachodzie jak i na Wschodzie. Również nasi rodzimi producenci nie zdradzają oznak pesymizmu, co jedynie potwierdza dobrą sytuację w branży.

Dodając do poniższych informacji ogromne pakiety stymulujące gospodarki po obu stronach Atlantyku, należy oczekiwać dalszych wzrostów na rynkach akcji i wygląda na to, że tym razem nasza rodzima GPW stanie się jednym z jej beneficjentów, a polscy producenci powinni odegrać w tym procesie znaczącą rolę. Zatem kupujmy polskie spółki produkcyjne i pracujmy nad wzrostem znaczenia polskiego przemysłu.

Dla części firm pandemia to impuls do zmian. Cyfrowa rewolucja w tym roku przyspieszy

Rozwój usług chmurowych, narzędzi do pracy zdalnej i sprzedaży internetowej oraz działanie na rzecz większego cyberbezpieczeństwa – to zdaniem Tomasza Dreslerskiego, dyrektora sprzedaży ds. klientów kluczowych i korporacyjnych w Orange Polska, główne trendy na rynku telekomunikacyjnym i teleinformatycznym, które rozwiną się w tym roku w następstwie pandemii COVID-19. Większość firm będzie kontynuować zapoczątkowaną w zeszłym roku cyfrową transformację, a w niektórych przypadkach ona zdecydowanie przyspieszy. To sprawia, że segment B2B jest dziś dla operatorów komórkowych bardzo atrakcyjnym, choć niełatwym, obszarem rozwoju.

– Rok 2020 dla nas wszystkich – dla konsumentów i dla biznesu – był pełen wyzwań. Wyszliśmy z niego wzmocnieni o nowe doświadczenia. COVID przez wiele lat będzie przez nas zapamiętany jako zjawisko destrukcyjne, ale z drugiej strony – jako impuls do zmian. Wielu przedsiębiorców zobaczyło nowe szanse, nowe możliwości, których wcześniej nie dostrzegali albo które ignorowali – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Dreslerski.

COVID-19 mocno przyspieszył cyfryzację firm. W okresie lockdownu i powolnego odmrażania gospodarki polskie przedsiębiorstwa ekspresowo digitalizowały swoje działania. Jak wskazuje badanie Intel i Polycom, co trzecia mała i średnia firma w ubiegłym roku deklarowała wysoki poziom zaawansowania w procesach cyfryzacji biznesu, a kolejne 24 proc. było w fazie wdrażania założeń nowej strategii. Pandemia przyspieszyła np. wdrażanie chmury. 36 proc. MŚP miało już taką inwestycję za sobą, 21 proc. było w jej trakcie, a kolejne 17 proc. miało ją w planach. Zdaniem Orange Polska obszar chmury będzie jednym z najważniejszych dla klientów biznesowych również w tym roku.

– Szybka migracja do chmury jest dla wielu klientów krytyczna. Dla tych, którzy nie chcą lokować swoich zasobów za granicą, mamy coraz bardziej cenioną na rynku chmurę – Integrated Computing. Z drugiej strony jako operator mamy dostęp do wielu technologii. Dlatego oferujemy też rozwiązania chmurowe tj. Google’a, Amazona czy Microsoftu – wymienia nasz rozmówca.

Jak podkreśla, w postcovidowych realiach przedsiębiorcy jak nigdy wcześniej będą dbali o to, żeby upraszczać i optymalizować swoje procesy biznesowe, bo to pozwoli im elastycznie i szybko reagować na zmieniające się otoczenie, bez przerywania ciągłości biznesowej.

– To, że otoczenie zewnętrzne będzie się w czasach ciągle trwającego kryzysu zmieniać, jest sprawą pewną. Co najmniej trzy obszary  będą w 2021 roku zdecydowanie rozwojowe. Pierwszy jest związany z szeroko rozumianą wirtualizacją. Myślę tutaj zarówno o całkowitym, jak i o częściowym przenoszeniu procesów biznesowych i zasobów informatycznych do data centers. Te zasoby będą utrzymywane z dala od siedzib przedsiębiorstw, dostępne z każdego miejsca i skalowalne – mówi Tomasz Dreslerski.

Drugim obszarem, który w tym roku zdecydowanie przyspieszy w następstwie pandemii COVID-19, będą rozwiązania i infrastruktura umożliwiające firmom pracę zdalną z dowolnego miejsca. Z badania CBRE i Grafton Recruitment wynika, że sześciu na dziesięciu pracowników wykonuje dziś swoje obowiązki całkowicie zdalnie. Zgodnie z oczekiwaniami zatrudnionych, ale też ze względu na oszczędności, ten model pracy, również w wersji mieszanej, pozostanie obecny w wielu firmach także po ustaniu pandemii.

– Po roku 2020 duża część dużych firm potrafi już organizować pracę zdalną. Natomiast ciągle jest w Polsce wielu przedsiębiorców nieco mniejszych, którzy mogą pracować zdalnie, ale nie w takiej skali, w której chcieliby to robić. Dlatego starają się cały czas wdrażać rozwiązanie, które im na to pozwolą – wyjaśnia Tomasz Dreslerski.

Trzeci rozwojowy obszar jest związany z cyberbezpieczeństwem firm i przeciwdziałaniem zagrożeniom w internecie. Jak bardzo jest on istotny, pokazują dane centrum cyberbezpieczeństwa CERT Orange Polska i CyberTarczy, która w 2020 roku odnotowała aż dwa razy więcej incydentów phishingu niż rok wcześniej. W ciągu minionego roku podwoiła się też (do ponad 1 tys.) liczba przedsiębiorstw korzystających z całodobowego Centrum Zarządzania Operacjami Bezpieczeństwa SOC Orange. To pokazuje, że firmy nie czują się jeszcze odpowiednio zabezpieczone przez cyberzagrożeniami i szukają sprawdzonych i skutecznych rozwiązań.

Kolejnym punktem w strategii Orange jest obszar e-commerce.

– Mówimy o rozwiązaniach dla klientów, którzy posiadają już nawet swoje platformy e-commerce’owe, ale chcą zwiększać liczbę zamówień, wartość koszyka, czy poprawić wskaźniki efektywności swojego sklepu internetowego. Popyt na tego typu rozwiązania jest coraz większy – precyzuje Tomasz Dreslerski. – Nie sposób tu też nie wspomnieć o rozwiązaniach IoT i internecie rzeczy, który w 2021 również będzie dla nas bardzo istotny.

Jak podkreśla, ubiegły rok pokazał, że budowanie na rynku pozycji Orange Polska jako długoterminowego i strategicznego partnera dla firm przynosi oczekiwane rezultaty. W procesie transformacji cyfrowej przedsiębiorcy potrzebują bowiem wsparcia nie tylko technologicznego, lecz również kompetencyjnego.

– W 2021 rok wchodzimy w Orange z dość dużą pewnością. Mamy za sobą doświadczenia we wdrażaniu rozwiązań cyfrowych i wiemy, że one działają. Wiemy też, jak wspierać naszych klientów w bezpiecznym przejściu cyfrowej transformacji od początku do końca, jak łączyć kompetencje IT z kompetencjami telekomunikacyjnymi. Z drugiej strony, cały czas dbamy o rozwój naszych kompetencji cyfrowych. Mamy już dziś wiele produktów, które zdecydowanie pomagają klientom w tych specyficznych i trudnych czasach – mówi Tomasz Dreslerski.

Aby sprostać rynkowym wyzwaniom, operator postawił mocny akcent na doskonalenie swoich cyfrowych kompetencji – zarówno w oparciu o własne zasoby, jak i akwizycje. Stąd dołączenie w grudniu do Grupy Orange spółki Craftware, która zajmuje się wdrażaniem nowoczesnych rozwiązań CRM. Dzięki temu firma zyskała dostęp do szybko rozwijającego się segmentu rynkowego.

– W tym roku konsekwentnie skupimy się na wzmacnianiu pozycji Orange Polska jako długoterminowego, strategicznego partnera w cyfrowej transformacji firm. Postawimy na rozwój sieci 5G, dalszy rozwój ICT i oprogramowania dla klientów, a także na kolejne inicjatywy w zakresie internetu rzeczy. Wszystkie te rozwiązania są naturalnym uzupełnieniem naszej głównej oferty telekomunikacyjnej, stacjonarnej i mobilnej – podsumowuje ekspert Orange Polska.

Ministerstwo Infrastruktury będzie edukować Polaków o nowych przepisach ruchu drogowego. Zmiany wchodzące w życie od czerwca mają m.in. zwiększyć bezpieczeństwo pieszych

Co roku kilkaset osób ginie na przejściach dla pieszych, a kolejnych kilka tysięcy zostaje rannych. Przyczyną wielu wypadków jest nieustąpienie pierwszeństwa pieszemu, dlatego Ministerstwo Infrastruktury wprowadziło do przepisów pierwszeństwo osób wkraczających na pasy. Prawo wchodzące w życie od czerwca 2021 roku wprowadzi także kary dla pieszych za używanie na przejściach telefonów komórkowych, a dla kierowców – za jazdę „na zderzaku”. Ujednolicona zostanie też dopuszczalna prędkość w obszarze zabudowanym, niezależnie od pory dnia. Rząd zapowiada kampanię edukacyjną na temat nowych przepisów.

Tylko w 2019 roku, jak wynika ze statystyk Komendy Głównej Policji, doszło do ponad 3,7 tys. wypadków na przejściach dla pieszych (z udziałem pieszych i rowerzystów). Nieustąpienie pierwszeństwa pieszemu było przyczyną 2,8 tys. z nich. Zginęło w nich 250 osób, a ponad 3,6 tys. zostało rannych. Pasy są drugim – po jezdni – najczęstszym miejscem występowania wypadków.

– Wprowadzamy cztery zmiany, bardzo istotne z punktu widzenia zwiększania bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Pierwsza z nich dotyczy nadania pierwszeństwa pieszemu na przejściu. Kierowca zbliżający się do pasów, widząc pieszego wchodzącego na przejście, będzie musiał zwolnić i ustąpić pierwszeństwa tak, aby mógł on swobodnie, niezagrożenie przejść na drugą stronę jezdni – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Weber, wiceminister infrastruktury.

Rozszerzenie udzielenia pierwszeństwa pieszemu wchodzącemu na przejście nie dotyczy tramwajów.

– Tylko pieszy znajdujący się na torowisku będzie miał pierwszeństwo, natomiast pieszy wchodzący na nie już nie. To ze względu na to, że droga hamowania tramwaju jest dłuższa niż pojazdu samochodowego w sytuacji, kiedy oba jadą z jednakową prędkością – tłumaczy Rafał Weber.

W 2016 roku Polska należała do najmniej bezpiecznych krajów dla pieszych. Dane z Europejskiego Obserwatorium Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego wskazują, że w przeliczeniu na milion mieszkańców śmierć w wypadkach poniosło wówczas 22 pieszych, przy średniej europejskiej na poziomie 10 osób.  Jeszcze w 2007 roku było to ponaddwukrotnie więcej.

Druga istotna zmiana to zakaz korzystania przez pieszych ze smartfonów i innych urządzeń mobilnych podczas przechodzenia przez pasy. Jak wynika z analizy Instytutu Transportu Samochodowego  „Badania zachowania pieszych i relacji pieszy–kierowca”, przyznaje się do tego kilka procent pieszych. Eksperci podkreślają, że jest to jeden z najbardziej niebezpiecznych nawyków, bo skupienie uwagi na rozmowie czy przeglądanych treściach usypia czujność użytkownika drogi.

– Kary są już opisane w taryfikatorze mandatów, a wykroczenia – w kodeksie wykroczeń. Nie kierujemy się jednak w tych zmianach bardzo represyjną taktyką. Koncentrujemy się raczej na edukacji, zwiększaniu świadomości wszystkich użytkowników ruchu drogowego, więc nie przewidujemy większych kar dla pieszych, którzy w sposób niewłaściwy wchodzą na jezdnię – zaznacza wiceminister infrastruktury.

Nowe przepisy ujednolicają też dozwoloną prędkość w terenie zabudowanym do 50 km/h. Obecnie w nocy jest ona większa – między godz. 23 a 5 wynosi  60 km/h. Nowelizacja ustawy wprowadza też zakaz jazdy „na zderzaku”, czyli niezachowywania odpowiedniej odległości od innego pojazdu.

– Główną przyczyną wypadków w Polsce jest nadmierna prędkość. Chcemy walczyć z piratami drogowymi i ten przepis ma na celu uspokojenie jazdy na drogach szybkiego ruchu. Ma spowodować, by kierowcy zachowywali bezpieczną odległość między pojazdami, bo to w naszej ocenie właśnie zagwarantuje bezpieczeństwo w ruchu drogowym – przekonuje Rafał Weber.

Zgodnie z nowymi przepisami na drogach szybkiego ruchu bezpieczna odległość między pojazdami ma wynosić połowę wartości aktualnej prędkości. Zatem kierowca jadący 120 km/h musi jechać 60 m za poprzedzającym samochodem.

Rząd przygotował kampanię edukacyjną, która wyjaśni i przybliży kierowcom i pieszym nowe przepisy. Ma ruszyć w maju.

– Chcemy trafić do wszystkich uczestników ruchu drogowego – także do młodzieży i osób starszych – w każdy możliwy sposób. Na pewno będą to spoty emitowane w telewizjach i na portalach społecznościowych, audycje radiowe oraz materiały w prasie – mówi wiceminister infrastruktury. – Niezależnie od tego, czy jesteśmy rowerzystami, czy pieszymi, czy kierujemy pojazdem lekkim, czy ciężarowym – od każdego z nas zależy bezpieczeństwo w ruchu drogowym i do każdego z nas ta kampania będzie kierowana.

Szereg luk w ustawie o krajowym cyberbezpieczeństwie. Eksperci ostrzegają, że zaszkodzi relacjom z Chinami, odstraszy inwestorów i pozwoli cenzurować internet

Wprowadzenie w życie nowelizacji ustawy, która reguluje obszar polskiego cyberbezpieczeństwa, może mocno zaszkodzić relacjom gospodarczym z Chinami. W projekcie zachowano bowiem mechanizm, która pozwala wykluczyć chińskie firmy technologiczne z polskiego rynku – wskazuje redaktor naczelny portalu Chiny24.com Leszek Ślazyk. Jak podkreśla, odstraszy to też przyszłych inwestorów, którzy nie będą mieć pewności, czy nie zostaną nagle wykluczeni z polskiego rynku ze względu na kraj pochodzenia. Eksperci wskazują również na cały szereg innych mankamentów noweli ustawy o KSC, jak np. możliwość blokowania konkretnych adresów IP i stron internetowych na podstawie decyzji ministra.

– Pierwotny kształt tej ustawy miał być ukłonem w stronę administracji Donalda Trumpa, skierowanym przeciwko chińskim producentom sprzętu telekomunikacyjnego. Ten ukłon wydaje się jednak nie przynosić żadnych korzyści stronie polskiej. Świadczy też o nikłej orientacji w powiązaniach między globalnymi liderami infrastruktury telekomunikacyjnej, zwłaszcza 5G. Dla przykładu szwedzka firma Ericsson, która jest postrzegana jako alternatywa dla Huaweia, produkuje gros swoich rozwiązań w Chinach, w ramach swojej spółki joint venture Panda Electronics. Trudno będzie więc obronić przed dowolnym trybunałem decyzję o wykluczeniu chińskiego dostawcy na korzyść europejskiego, który i tak produkuje w Chinach i na bazie chińskich komponentów – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Ślazyk, politolog i redaktor naczelny portalu Chiny24.com.

W połowie stycznia pojawiła się nowa propozycja zmian w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Do pierwszej ponad setka różnych podmiotów – ekspertów, firm i instytucji branżowych – zgłosiła w sumie 750 różnych uwag. Kontrowersje wzbudziły m.in. zapisy, które pozwalają wykluczyć z polskiego rynku niektórych dostawców infrastruktury i oprogramowania na podstawie otwartych, nietechnicznych kryteriów (np. czy dana firma pochodzi z kraju, w którym są przestrzegane prawa człowieka). Zapis był wymierzony przede wszystkim w chińskich dostawców technologii, w tym m.in. koncern technologiczny Huawei, oskarżany przez administrację Donalda Trumpa o udostępnianie informacji i współpracę z chińskim rządem.

W tle jest jednak wątek polityczny, czyli napięte relacje i wojna handlowa pomiędzy Chinami a USA, które już w połowie roku zaczęły realizować program Clean Network, mający wyeliminować chińskich producentów z rynku teleinformatycznego i budowy 5G. Z kolei we wrześniu ub.r. Polska podpisała ze Stanami deklarację o współpracy w zakresie bezpieczeństwa przy wdrażaniu tej technologii. Eksperci podnoszą jednak, że wpisanie się w amerykańską kampanię wymierzoną w firmy technologiczne z Chin może mocno zaszkodzić relacjom gospodarczym i wartej około 136 mld zł rocznie wymianie handlowej z Państwem Środka.

– Gdyby zapisy tej ustawy dotknęły dostawców z Chin, mamy też kolejne pole sporu z Unią Europejską, która w ostatnich dniach minionego roku doprowadziła do podpisania umowy inwestycyjnej z Chinami – zauważa Leszek Ślazyk.

Jak podkreśla, projektowane przez rząd zmiany w ustawie o KSC, wymierzone przede wszystkim w chińskich dostawców sprzętu i oprogramowania, stoją też w sprzeczności z międzynarodowym i unijnym prawem dotyczącym m.in. wolnego handlu czy swobody prowadzenia działalności gospodarczej dla wszystkich przedsiębiorstw, niezależnie od ich kraju pochodzenia.

– Zapisy w tej ustawie mogą sprawić, że Polska będzie stawać przed różnego rodzaju instytucjami międzynarodowymi, oskarżona o naruszenie wielu norm prawa międzynarodowego. Sprawna kancelaria będzie mogła zająć się wyłącznie kierowaniem do trybunałów czy sądów spraw przeciwko Polsce – mówi redaktor naczelny portalu Chiny24.

Politolog zwraca uwagę, że wdrożenie noweli ustawy o KSC w obecnym kształcie – z mechanizmem zaprojektowanym w celu wykluczenia konkretnych dostawców – może nie tylko zaszkodzić relacjom gospodarczym między Polską i Chinami. Odstraszy też potencjalnych inwestorów, którzy nie będą mieć pewności, czy nie zostaną nagle wykluczeni z polskiego rynku ze względu np. na kraj pochodzenia.

– Na dodatek w nowym projekcie ustawodawca usunął możliwość wnoszenia protestów, co jest kuriozalne. Dostawcy eliminowani za pomocą takich przepisów będą mogli dochodzić swoich praw w instytucjach europejskich, co może implikować znacznie więcej problemów, niż zakładają autorzy projektu tej ustawy – mówi Leszek Ślazyk.

Firmy, które na podstawie kryteriów zawartych w ustawie o KSC zostaną uznane za tzw. dostawców wysokiego ryzyka, zostaną odcięte od kontraktów i de facto wykluczone z polskiego rynku. Nowy projekt nie przewiduje właściwych narzędzi prawnych, które dawałyby im realną możliwość odwołania od tej decyzji czy nawet uzyskania jej uzasadnienia.

 Mechanizmy certyfikowania dostawców, brak konieczności uzasadnienia decyzji, niemożność wglądu ocenianego do dokumentów – to oczywiste ścieżki do nadużyć. Takie praktyki psują nasz wizerunek, nie tylko w oczach strony chińskiej – podkreśla ekspert. – Przy takim poziomie prowadzenia polityki nie możemy liczyć na poważne traktowanie w przestrzeni międzynarodowej.

Jak wskazuje, nowe przepisy uderzą też w komercyjnych operatorów telekomunikacyjnych, którzy działają na polskim rynku. Ci będą bowiem zmuszeni w ciągu pięciu–siedmiu lat wycofać ze swojej infrastruktury cały sprzęt i oprogramowanie pochodzące od tzw. dostawców wysokiego ryzyka. Kosztów tej wymiany nie poniesie państwo, ale sami operatorzy, co będzie się wiązać z wielomiliardowymi nakładami i możliwym wzrostem cen usług dla klientów. Spółka Play Communications (właściciel sieci Play) oszacowała, że przymusowa rezygnacja ze sprzętu Huaweia będzie dla niej oznaczać koszt ok. 900 mln zł w ciągu siedmiu lat.

– Czy w takiej sytuacji operatorzy będą jeszcze skłonni inwestować w nowe rozwiązania, czy skoncentrują się na przebudowie zasadniczej części infrastruktury? A może w ogóle wycofają się z polskiego rynku? Kto miałby bowiem sfinansować te zmiany? Klienci mają raczej ograniczoną skłonność do akceptowania znacznego wzrostu cen usług – mówi Leszek Ślazyk.

Konieczność wycofania i rezygnacja ze sprzętu Huaweia, który jest w tej chwili jednym z głównych dostawców infrastruktury dla sieci 5G, będzie też oznaczać możliwe opóźnienia we wdrażaniu tej technologii w Polsce. W połowie ubiegłego roku brytyjska firma analityczna Assembly Research oszacowała, że może to opóźnić budowę 5G w naszym kraju nawet o trzy lata, pociągając za sobą straty dla gospodarki w wysokości 4,8 mld euro.

 W najbliższych kilku latach będziemy coraz częściej słyszeć o w pełni zrobotyzowanych i zautomatyzowanych fabrykach, pojazdach autonomicznych, o rozwiązaniach łączących sztuczną inteligencję, internet rzeczy, technologie Big Data, blockchain czy cloud computing. Państwa, które nie będą posiadać sprawnej, powszechnej sieci 5G, zwyczajnie znikną z map inwestorów. Tutaj znajduje się źródło potencjalnych turbulencji i strat – podkreśla politolog.

W projekcie nowelizacji ustawy o KSC znalazły się też zapisy dające możliwość odłączenia konkretnych serwisów online na podstawie decyzji ministra ds. informatyzacji (w tej chwili te kompetencje należą do premiera). Będzie on mógł wydać operatorom telekomunikacyjnym nakaz blokowania konkretnych adresów IP i stron internetowych, co otwiera furtkę do cenzurowania internetu. Mimo tak daleko idących zmian rząd nie poddał ich publicznym konsultacjom i nie planuje takiego kroku.

W czasie pandemii tracą apteki. Spada szczególnie sprzedaż leków na receptę

Izolacja spowodowała spadek infekcji i ograniczenie wizyt lekarskich, a to przełożyło się na zahamowanie sprzedaży leków na receptę. Wprawdzie wzrosty odnotowała kategoria produktów do dezynfekcji oraz wzmacniających odporność, ale mimo to ilościowo sprzedaż na całym rynku spadła o ponad 3 proc. – wynika z danych PEX PharmaSequence. Wprawdzie obrót statystycznej apteki wzrósł, ale przyczynił się do tego spadek liczby aptek na rynku, co jest spowodowane zmienionymi kilka lat temu regulacjami. Wraz z falą szczepień i ustępowaniem pandemii aptekarze liczą na powrót pacjentów, zwłaszcza tych kupujących leki refundowane.

Rynek apteczny w zeszłym roku prawie nie urósł. Według naszych danych wzrost wartościowy to jest 1,4 proc., ale ilościowo sprzedaż spadła o ponad 3 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Frąckowiak, prezes PEX PharmaSequence. – Ten spadek nie jest niczym dziwnym, ale jego wysokość już zaczyna niepokoić, szczególnie jeżeli popatrzymy, co się przestało sprzedawać. To przede wszystkim leki na receptę, szczególnie refundowane i niepełnopłatne. Wynika to z utrudnionego dostępu do służby zdrowia, z obostrzeń, jakie zostały wprowadzone, bo paradoksalnie przestaliśmy chorować na infekcje, nie było alergii.

Według danych PEX PharmaSequence wartość całego rynku aptecznego w 2020 roku wyniosła 37,7 mld zł. Najwięcej pieniędzy konsumenci przeznaczyli na leki bez recepty czy suplementy diety – 16,6 mld zł. Było to o 4,0 proc. więcej niż w 2019 roku. Sprzedaż ta była jednak nierówna – eksplodowała w marcu, potem jednak wyhamowała na skutek izolacji, ograniczenia wizyt lekarskich, a także mniejszej niż zwykle liczby infekcji. Nieznacznie wzrosła wartość realizowanych recept pełnopłatnych – o 1,7 proc., do 8,45 mld zł, natomiast spadły obroty lekami refundowanymi. Ich wartość wyniosła niespełna 12,4 mld zł i była niższa od zrealizowanej w 2019 roku o 2,1 proc.

Kategorią topową w początkowym okresie pandemii były środki ochrony osobistej oraz do dezynfekcji, ale ta sprzedaż natychmiast została przechwycona przez rynek masowy. Trudno powiedzieć, że na tym ktoś zarobił, rzeczywiście ceny tych produktów na początku były wysokie, ale bardzo szybko zaczęły spadać, jak tylko się zwiększyła podaż – mówi Jarosław Frąckowiak.

Wysokie było również zapotrzebowanie na leki i suplementy wspierające odporność, szczególnie podczas drugiej fali pandemii.

– Z kolei produkty przeciwbólowe, przeciwprzeziębieniowe, ponieważ nie mieliśmy jesienią epidemii grypy, nie sprzedawały się tak dobrze jak w zeszłych latach – mówi prezes PEX PharmaSequence.

Statystyczna apteka miała w 2020 roku obroty wyższe o 5,8 proc. niż w 2019 roku i aż o 19,4 proc. niż w 2018 roku. Średnio wyniosły one niemal 2,8 mln zł. Liczba pacjentów spadła jednak o 5,6 proc., do 44,1 tys.

– Obrót średniej statystycznej apteki rośnie, czyli wydawać by się mogło, że jest dobrze. Było to jednak spowodowane głównie spadkiem liczby aptek. Prawie 460 aptek i punktów aptecznych netto z rynku ubyło, mamy ich teraz około 13 tys., a był taki okres, że działało ich ok. 15 tys. Wydaje się, że ten trend spadkowy nie zostanie zahamowany – ocenia Jarosław Frąckowiak.

Spadek ten nie jest jednak efektem pandemii. Wprawdzie w ostatnich miesiącach koszty związane z utrzymaniem apteki wzrosły, ale mimo to marże także udało się podnieść.

Spadająca liczba aptek to jest wieloletni, długotrwały efekt pogarszania się ich kondycji ekonomicznej, efekt regulacji „apteka dla aptekarza”. Uniemożliwia ona zakładanie aptek przez osoby, które nie są farmaceutami, i ogranicza do czterech liczbę posiadanych aptek. Pandemia mogła tylko przyspieszyć upadek niektórych aptek ze względu na to, że nie poradziły sobie z rosnącymi kosztami prowadzenia lub nie były w stanie podołać szybszym spłatom np. kredytów kupieckich czy terminom płatności oferowanym przez hurtownie, które same też musiały zmagać się ze skutkami pandemii ­– wyjaśnia ekspert.

Farmaceuci liczą jednak na powrót pacjentów po tym, jak świat upora się z koronawirusem, m.in. za pomocą szczepień. Otwarcie gospodarek i zniesienie obostrzeń może zwiększyć dostęp do wizyt, badań i usług medycznych, a więc przyczyni się do większej liczby diagnoz. Konkretne prognozy na 2021 rok uzależnione są od tego, ile czasu zabierze farmakologiczne opanowanie pandemii i przełamanie psychicznych barier konsumentów.

Odroczony dług zdrowotny trzeba będzie spłacić. Będziemy musieli zacząć leczyć tych pacjentów, którzy nie zostali zdiagnozowani, przerwali terapię, nie podążali za nią tak, jak powinni. Zatem popyt, który będzie stymulował podaż, powinien być bardzo duży – przewiduje prezes PEX PharmaSequence. – Przypuszczamy, że rynek może urosnąć znacznie więcej niż w ubiegłym roku, nawet o około 7 proc. wartościowo, i odbić się mocno od tych ujemnych wyników dotyczących liczby sprzedanych produktów.

Nowe technologie pozwolą utrzymać reżim sanitarny w galeriach handlowych. Modułowa stacja do mierzenia temperatury po pandemii sprawdzi się np. jako terminal płatniczy

1 lutego galerie handlowe mogą ponownie być otwarte, co oznacza możliwość otwarcia wszystkich sklepów, ale też konieczność utrzymania handlu w reżimie sanitarnym. Pomagają w tym najnowsze technologie. Polski start-up opracował urządzenie, które może łączyć w sobie niezbędne funkcje w realiach pandemii, takie jak badanie temperatury czy dezynfekcja rąk. Można je też rozbudować o inne moduły, jak np. bezdotykowa płatność, dzięki czemu sprzęt będzie można wykorzystać także po ustaniu pandemii. Tymczasem opracowanie szczepionek przeciwko koronawirusowi zahamowało nieco rozwój innowacji wymierzonych w pandemię.

– Szczepionka ograniczyła trochę entuzjazm do tworzenia kolejnych rozwiązań antycovidowych. Wszyscy liczymy na to, że niebawem wrócimy do normalnego życia. Dlatego staraliśmy się nasze produkty tak projektować, aby po jednym czy półtora roku wykorzystywania ich jako produkt antycovidowy mogły zastąpić pewne procesy, które tak czy inaczej są potrzebne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Badowski, CEO w Nanovo.

Start-up Nanovo opracował stację Nanovo Care Station, która pomaga firmom stosować się do obowiązujących w danym momencie obostrzeń sanitarnych. Urządzenie może mierzyć temperaturę ciała odwiedzających galerie handlowe czy konkretne sklepy, a także bezdotykowo dezynfekować ręce. Może też być wykorzystywane do kontrolowania liczby klientów przebywających w placówce, a także, dzięki integracji modułów IoT oraz geolokalizacji, do sprawdzania przepływu osób w obiekcie.

– Nanovo Care Station to urządzenie, które wymyśliliśmy już w drugim tygodniu pierwszego etapu pandemii, podczas pierwszego lockdownu. Urządzenie składa się z ekranu, który ma funkcje dotykowe, edukacyjne i informacyjne, a do tego z modułu dezynfekcji rąk oraz modułu pomiaru temperatury ciała – wymienia Piotr Badowski. – W momencie, kiedy się okazuje, że klient ma rzeczywiście podwyższoną temperaturę, informacja nie jest pokazywana na ekranie, tylko zapalają się światełka. Urządzenie można tak skonfigurować, by po zapaleniu się czerwonej lampki, sygnalizującej gorączkę, przekazywało informację natychmiast do recepcji.

Jak dodaje, po pojawieniu się informacji o opracowaniu szczepionki przeciw wirusowi SARS-CoV-2 zainteresowanie innowacjami spadło. Dlatego urządzenie zostało tak opracowane, by po ustaniu pandemii sprzęt można było w dalszym ciągu eksploatować, tylko w inny sposób.

– Zainteresowanie ze strony naszych potencjalnych klientów było bardzo duże. Dzisiaj ciągle toczą się rozmowy na temat wprowadzenia ich do dużych sieci. Naturalnie wraz z pojawieniem się informacji o szczepionce zainteresowanie jest trochę mniejsze, natomiast sama modułowość naszego urządzenia pomaga nam w tym, żeby rozmawiać w dalszym ciągu o takiej inwestycji – przekonuje CEO w Nanovo.

Z raportu Technavio wynika, że w wyniku pandemii koronawirusa rozwój rynku terminali samoobsługowych w handlu przyspieszy do średniorocznego tempa wzrostu na poziomie 17 proc. (z wcześniejszych 14 proc.). Już dziś z tego typu rozwiązań korzysta coraz więcej sieci handlowych, takich jak Lidl, Biedronka, Auchan oraz Rossmann, a także restauracje typu fast-food – m.in. McDonald’s. Bez udziału obsługi można również dokonać płatności za paliwo. Jako pierwszy w Polsce taką możliwość dla klientów posiadających aplikację mobilną wprowadził Orlen. Niedawno płatności samoobsługowe wprowadziły również stacje Circle K.

Dzięki modułowej budowie Nanovo Care Station urządzenie może być wielofunkcyjne i sprawdzi się w różnego rodzaju zadaniach.

– Po ustaniu pandemii można będzie zamienić je na urządzenie funkcjonalne typu self-checkout, dzięki któremu możemy zapłacić za produkt w sposób zautomatyzowany, bez udziału pracownika. Te moduły są bardzo łatwo wymienne. Zamiast modułu do dezynfekcji rąk można wstawić terminal płatniczy. Niektórzy z naszych klientów myślą o tym, aby używać tych urządzeń jako tzw. kolejkomaty, dzięki którym można przyjść na umówione spotkanie do punktu usługowego, zamówić sobie godzinę wizyty i załatwić w międzyczasie coś innego w danej galerii – wskazuje Piotr Badowski.

Z raportu Global Market Insights wynika, że rynek systemów typu self-checkout do 2026 roku przekroczy wartość 6 mld dol. Z badań zleconych przez Mastercard wynika, że z płatności samoobsługowych chętnie korzysta 51 proc. respondentów.

W czasie pandemii zaledwie 40 proc. miejsc parkingowych w biurowcach jest zajętych. Platforma polskiej firmy pozwala lepiej nimi zarządzać i sporo zaoszczędzić

Jeszcze przed pandemią w budynkach biurowych wykorzystywanych było tylko ok. 60 proc. miejsc parkingowych. W czasie lockdownu i częstszej pracy zdalnej ten odsetek spadł do ok. 40 proc. Polska firma opracowała platformę, która zmniejsza skalę marnotrawstwa tych miejsc. Przy zarządzaniu np. 60 miejscami w ramach platformy miesięczne oszczędności mogą sięgnąć 3,6 tys. euro. Pracownicy zyskują zaś dodatkowy benefit w postaci miejsca parkingowego.

– Parkey to platforma dla firm wynajmujących przestrzeń parkingową w budynkach biurowych. Ideą platformy jest umożliwienie pracownikom współdzielenia miejsc parkingowych pomiędzy sobą w celu jak najlepszego wykorzystania przestrzeni parkingowej, którą posiadają – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Postupalski, współzałożyciel Parkey.

The International Parking & Mobility Institute (IPMI) podaje, że dla 44 proc. kierowców poszukiwanie miejsca parkingowego jest jednym z bardziej stresujących doświadczeń. Innowacyjne rozwiązania próbują rozwiązać ten problem. Przykładowo zautomatyzowany system parkingowy wykorzystuje roboty do podnoszenia samochodów i efektywniejszego parkowania ich na tradycyjnym parkingu. System został zainstalowany na lotnisku Lyon-Saint Exupéry i pozwala wydajniej zarządzać miejscami parkingowymi i wykorzystywać każdą przestrzeń. Podobnie działa system wind parkingowych, który umożliwia parkowanie samochodów jeden na drugim.

Takich rozwiązań nie da się jednak stosować na parkingach w biurowcach. Jednocześnie szacuje się, że na 100 pracowników biurowych średnio przypada zaledwie 10–15 miejsc parkingowych. W efektywnym ich zarządzaniu pomaga polska platforma Parkey.

– Pierwszym krokiem jest zdefiniowanie mapy parkingu i to wykonuje office manager w ramach firmy i on też konfiguruje, czy miejsca są współdzielone, czy są zajęte przez menadżerów albo osoby z samochodami służbowymi. Wszyscy pracownicy dostają aplikację mobilną, gdzie mapa parkingu też jest zdefiniowana, i za każdym razem, kiedy istnieje potrzeba zaparkowania, sprawdzają, czy jest wolne miejsce i czy można je zarezerwować na dany dzień. Dodatkowo pracownicy, którzy mają na stałe miejsce parkingowe, mogą je zwolnić – tłumaczy Paweł Postupalski.

Potrzebę wprowadzenia podobnego rozwiązania pokazała pandemia, kiedy w czasie lockdownu praca przeniosła się do domów. Miejsca parkingowe stały puste, tymczasem firmy nimi zarządzające wciąż ponosiły duże koszty.

– Nawet przed COVID-em, czyli w 2019 roku, tylko 60 proc. miejsc było wykorzystywanych. W chwili obecnej, kiedy dużo osób pracuje z domu albo w trybie hybrydowym, obłożenie parkingu jest jeszcze niższe, nawet do 40 proc. To oznacza, że ponad połowa miejsc zwykle jest wolna. Kluczową korzyścią dla firmy jest redukcja marnotrawstwa tych miejsc, za które i tak musi płacić, a w zamian pracownicy dostają bardzo fajny benefit w postaci miejsca parkingowego – przekonuje ekspert.

Z analizy Parkey wynika, że zarządzanie miejscami parkingowymi za pomocą platformy może przynieść spore oszczędności. W przypadku 20 miejsc ok. 1,2 tys. euro, przy 150 – nawet 9 tys. euro.

–  Teraz w czasie pandemii firmy zaczęły wprowadzać hybrydowy model pracy, gdzie każdy z pracowników spędza dwa–trzy dni w biurze i dwa do trzech dni pracuje z domu, więc liczba osób dojeżdżających do pracy się zmniejszyła, czego efektem jest jeszcze większa liczba niewykorzystanych miejsc parkingowych każdego dnia. Tym dojeżdżającym do pracy umożliwiamy bezpieczniejszy i szybki dojazd autem i gwarantujemy, że będą mogli w wygodny sposób zaparkować w biurze – podkreśla Paweł Postupalski.