Sanepid przeprowadza nawet 1300 kontroli dziennie w otwartych placówkach gastronomicznych. Tymczasem sądy uchylają kary za łamanie obostrzeń

Sądy administracyjne rozpatrują w ostatnich tygodniach dziesiątki spraw, które dotyczą kar nakładanych przez sanepid za złamanie pandemicznych obostrzeń. Niedługo rozpraw może być jeszcze więcej, ponieważ według Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej obecnie sanepid wykonuje nawet 1300 kontroli dziennie w całym kraju. Jednak w większości przypadków są one rozstrzygane na korzyść obywateli i przedsiębiorców. Sądy uchylają kary i zwracają uwagę m.in. na brak właściwej podstawy prawnej oraz niezgodność rządowych zakazów i nakazów z Konstytucją. Przedsiębiorców, którzy zastanawiają się nad wznowieniem działalności mimo groźby kary z sanepidu, może to zachęcić do masowego łamania lockdownu.

– Dziś możemy już mówić o lawinie wyroków wojewódzkich sądów administracyjnych, które uchylają kary nakładane przez sanepid – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes adwokat Paweł Kopij z Kancelarii Kopij Zubrzycki.

Według Sławomira Grzyba, sekretarza generalnego zarządu Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej (IGGP), obecnie sanepid przeprowadza dziennie nawet 1300 kontroli ponownie otwartych lokali w ramach akcji HASHotwieraMY (za PAP). Za naruszenie zakazów i nakazów, wprowadzonych w związku z pandemią COVID-19, powiatowy inspektor sanitarny może nałożyć karę administracyjną w wysokości nawet 30 tys. zł. Od decyzji sanepidu można jednak odwołać się do wojewódzkiego inspektora sanitarnego. Jeżeli i on podtrzyma decyzję o ukaraniu wówczas można ją zaskarżyć do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Te rozpatrują w ostatnich tygodniach dziesiątki takich spraw.

Dotychczasowa praktyka pokazuje jednak, że w większości przypadków uchylają kary za łamanie obostrzeń związanych z pandemią.

– Dotychczasowe orzecznictwo wskazuje dwie główne wady decyzji wydawanych przez sanepid. Pierwszą i najważniejszą jest niekonstytucyjność podstawy prawnej dla decyzji o nałożeniu kary – podkreśla adwokat Paweł Kopij. – Jeśli chodzi o ograniczenia w wolności prowadzenia działalności gospodarczej, to najważniejszy jest art. 22 Konstytucji, według którego takie ograniczenia mogą być wprowadzane, jednak jest to dopuszczalne wyłącznie w drodze ustawy. Natomiast w stanie prawnym, który mamy dziś, te ograniczenia są wprowadzone rozporządzeniem. I to jest głównym powodem uchylania tych decyzji przez sądy. Złamane zostały podstawowe reguły, jakie wprowadza Konstytucja.

Już na początku stycznia WSA w Opolu uchylił karę 10 tys. zł nałożoną przez sanepid na fryzjera, który prowadził działalność wbrew rządowym zakazom. Sąd uzasadnił, że tak daleko idące ograniczenie praw i wolności konstytucyjnych może nastąpić jedynie w drodze ustawy i wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, a nie w drodze rozporządzenia Rady Ministrów. Ograniczenie działalności gospodarczej było więc niezgodne z Konstytucją. Dlatego opolski WSA (w nieprawomocnym wyroku) umorzył postępowanie przeciw fryzjerowi, uchylił karę i na dodatek zarządził od sanepidu zwrot kosztów procesowych.

Problemem jest nie tylko brak właściwej podstawy prawnej, lecz także procedura nakładania kar przez sanepid. Są one nakładane arbitralnie, bez możliwości obrony i zabrania stanowiska. Co więcej, karę nałożoną przez sanepid trzeba opłacić w ciągu siedmiu dni. Zaskarżenie jej nie wstrzymuje wykonania – więc tak czy inaczej jest ona ściągana z konta bankowego w ciągu tygodnia.

– Łamanie przez sanepid podstawowych zasad Kodeksu postępowania administracyjnego jest drugim, równie istotnym uchybieniem – wskazuje adwokat  z Kancelarii Kopij Zubrzycki. – Chodzi tu przede wszystkim o złamanie zasady czynnego udziału stron w postępowaniu. Wyraża się ona w tym, że strona może powoływać dowody, składać oświadczenia oraz wypowiadać się odnośnie do prowadzonych dowodów. Niezapewnienie jednej ze stron możliwości czynnego udziału w postępowaniu powoduje, że te kary są nakładane arbitralnie, w oderwaniu od okoliczności.

Wyroki uchylające decyzje sanepidu zapadają nie tylko w sprawach dotyczących przedsiębiorców, lecz także obywateli. W połowie stycznia Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że rozporządzenie o powszechnym nakazie zasłaniania nosa i ust stoi w sprzeczności z Konstytucją. W efekcie uchylił nałożoną przez sanepid grzywnę 5 tys. zł za brak maseczki. W sumie od 12 do 14 stycznia br. warszawski WSA rozpatrzył ponad 20 spraw dotyczących kar za łamanie obostrzeń. W każdej z nich orzekł na korzyść ukaranego i uchylił decyzję sanepidu, stwierdzając brak właściwej podstawy prawnej.

– Nie można postawić tezy, że sądy będą teraz automatycznie uchylać decyzje sanepidu. Polski system prawny nie opiera się na precedensach, więc nie można tutaj z góry przyjąć automatyzmu. Każda sprawa jest traktowana indywidualnie i indywidualnie oceniana przez niezawisły sąd. Natomiast skala tych naruszeń – jeśli chodzi o Konstytucję i Kodeks postępowania administracyjnego – jest duża, więc możemy z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że takie sprawy będą kończyły się pozytywnie dla skarżących – mówi Paweł Kopij.

Jak wskazuje, dotychczasowe orzeczenia sądów mogą zachęcić innych ukaranych do odwoływania się od decyzji sanepidu, więc takich spraw z pewnością będzie przybywać.

– Jeżeli taka linia orzecznicza już istnieje, to osoby prywatne bądź przedsiębiorcy na pewno skorzystają z tego trybu i będą składać skargi. Dlatego ta lawina wyroków będzie postępowała – mówi adwokat.

Od 18 stycznia wielu przedsiębiorców, w tym m.in. właściciele restauracji, hoteli czy obiektów usługowych, zdecydowało się wznowić działalność, mimo wciąż obowiązujących obostrzeń i rządowych zakazów. Według IGGP otworzyło się nawet 20 tys. lokali w skali całego kraju. Sanepid może ukarać ich karą administracyjną w wysokości do 30 tys. zł.

Polskie lotniska mierzą się z największym kryzysem w historii. Część portów czeka upadłość lub będzie musiała się przebranżowić

Pandemia i lockdowny spowodowały, że polskie lotniska mierzą się z największym kryzysem w historii. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej podaje, że w całym 2020 roku liczba wszystkich operacji lotniczych spadła o 58,7 proc. w porównaniu do 2019 roku. Większość lotnisk regionalnych musi walczyć o utrzymanie płynności finansowej, a przed nimi jeszcze co najmniej dwa trudne sezony. Na wsparcie państwa raczej nie powinny liczyć, więc niektóre porty czeka upadłość lub przynajmniej znaczące zmiany w działalności.

– Generalnie kondycja lotnisk jest zła, ponieważ właściwie nie pracują albo pracują w minimalnym zakresie. Niektóre lotniska radzą sobie w tym kryzysie lepiej, inne gorzej. Wynika to z tego, w jakiej kondycji finansowej w niego weszły. Co do zasady duże lotniska miały jakieś zapasy środków finansowych, a lotniska małe miały je minimalne lub w ogóle, co oznacza, że każde z nich musiało podjąć działania restrukturyzacyjne związane ze zwolnieniem części personelu, ze zmianą zakresu czy czasu wykonywania operacji. Tak szyjąc i łatając, żyją z dnia na dzień i z miesiąca na miesiąc – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, partner BBSG.

Polska Agencja Żeglugi Powietrznej w raporcie podsumowującym 2020 rok podaje, że liczba wszystkich operacji lotniczych w polskiej przestrzeni publicznej spadła o 58,7 proc., do poziomu 376,9 tys. Liczba operacji na polskich lotniskach wyniosła 193,7 tys., po spadku o 56,4 proc. Największe spadki dotknęły lotniska w Warszawie (-59 proc.), Krakowie (-57 proc.), Wrocławiu (-56 proc.) oraz Modlinie (-56 proc.). Najmniejsze straty odnotowały porty w Zielonej Górze (-12 proc.), Łodzi (-38 proc.) i Olsztynie-Szymanach (-38 proc.).

Z kolei Związek Regionalnych Portów Lotniczych zebrał statystyki ruchu pasażerskiego za trzy kwartały 2020 roku w 13 funkcjonujących w Polsce lotniskach regionalnych. Wynika z nich, że od początku stycznia do końca września 2020 roku z połączeń regularnych i czarterowych skorzystało ok. 8,04 mln podróżnych, czyli o 15,3 mln pasażerów mniej (-65,6 proc.) r/r. Wiadomo, że statystyki za cały rok będą jeszcze gorsze, bo podsumowania największych portów – w Warszawie, Krakowie, Katowicach czy Gdańsku – mówią o ok. 70-proc. spadkach.

– Do poziomu ruchu z 2019 roku wrócimy w 2025, może nawet w 2026 roku. Lekki wzrost będzie notowany dopiero w 2022, a może w 2023 roku. Lotniska muszą się przygotować, że jeszcze przynajmniej dwa sezony, letni i zimowy, będą bardzo trudne, więc będą musiały zwracać się o pomoc na zewnątrz, czy to do swoich udziałowców, czy do rynków finansowych. W konsekwencji może się okazać, że niektóre z lotnisk albo upadną, albo w znaczący sposób przeformułują swoją działalność – ocenia Sebastian Gościniarek.

Część portów, aby przetrwać, będzie musiała np. znacząco ograniczyć ruch, czyli wstrzymać wszystkie operacje w danych godzinach. Mogą też zdecydować się na to, by przestać być lotniskiem użytku publicznego i nie przyjmować ruchu czarterowego czy regularnych przewoźników, ale stać się lotniskiem general aviation, czyli o charakterze ogólnym. Wszelkie tego typu zmiany oznaczają jednak duże zwolnienia i obniżki wynagrodzeń.

– Nie są to na pewno łatwe decyzje, ale myślę, że lotniska albo w tej chwili są przymuszone do tego i wykonują takie działania, albo już wkrótce nie będą miały wyjścia i będą musiały je podjąć – prognozuje ekspert ds. lotnictwa BBSG. – Lotniska w Poznaniu i Katowicach ogłosiły, że będą zwalniały pracowników, i weszły w odpowiednie procedury. Podobnie dzieje się na lotnisku w Rzeszowie, przy czym w przypadku tych lotnisk mamy do czynienia ze zwalnianiem dosyć sporej grupy zatrudnionych. W innych portach ten proces również się odbywa, może jeszcze nie na taką skalę, ale nie sądzę, żeby którekolwiek lotnisko ostało się w takim zestawie personelu, w jakim weszło w ten kryzys na początku 2020 roku.

W listopadzie lotniska dostały z budżetu państwa 142,2 mln zł w ramach rekompensaty za czas administracyjnego zamknięcia ruchu pasażerskiego od 15 marca do 30 czerwca. ZRPL podaje, że środki pokryły 30–40 proc. poniesionych w tym okresie strat. Pomoc państwa dla lotnisk regionalnych powinna być większa, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że IV kwartał przyniósł dalszy spadek ruchu pasażerskiego, nawet o 90 proc. r/r.

– Znacznie mniej będzie ruchu biznesowego, czyli tego najbardziej wartościowego do tej pory, zarówno dla przewoźników, jak i dla lotnisk. Więcej będzie ruchu prywatnego, czarterów. Struktura ruchu się zmieni i będą musiały się zmienić też podmioty występujące na rynku, czyli zarówno przewoźnicy, jak i porty lotnicze – ocenia Sebastian Gościniarek.

Jego zdaniem mimo zmian czekających rynek i okresowego spowolnienia w ruchu lotniczym decyzja o kontynuowaniu budowy Centralnego Portu Lotniczego nie podlega wątpliwości. Pandemia może jedynie opóźnić całą inwestycję, ale nie powinna jej wstrzymać.

Rząd wydłużył termin korzystania ze specustawy lotniskowej do końca 2025 roku. Ma to pozwolić na nowe inwestycje dotyczące infrastruktury lotniczej, w tym także inwestycji towarzyszących budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego.

– Obecna sytuacja rynkowa powinna skłonić decydentów do tego, żeby jeszcze raz przyjrzeć się, jak ten CPK powinien wyglądać – postuluje ekspert BBSG. – Bez wątpienia musimy mieć nowe lotnisko, które zastąpi Lotnisko Chopina, ponieważ w obecnej lokalizacji ono nie ma możliwości rozwoju i w pewnej perspektywie czasowej przestanie wystarczać. Nie może być tak, że dojdziemy do tego momentu i dopiero wtedy zaczniemy się zastanawiać, co robić. To jest dodatkowy argument. Jeśli kwestię budowy CPK wyczyścimy z wszystkich politycznych ozdobników, to okaże się, że jest konieczne wyjście z sytuacji.

Ojcowie poświęcają dzieciom więcej czasu w pandemii. Prawie co trzeci przyznaje, że poprawiło to relacje rodzinne

Ponad 60 proc. ojców w czasie pandemii spędza więcej czasu ze swoimi dziećmi. To przekłada się na poprawę wzajemnych relacji. – Jest to bardzo pozytywny skutek uboczny pandemii koronawirusa. Dzięki temu rośnie rola ojców w wychowywaniu dzieci – mówi dr Dariusz Cupiał z Tato.net. Raport o ojcostwie „Stato’20” pokazał również, że ojcowie, którzy nie mieszkają z dziećmi, odczuwają pogorszenie sytuacji – w czasie pandemii nie mają z nimi kontaktu lub jest on bardzo utrudniony. W Polsce wciąż mało popularne są inicjatywy wspierające mężczyzn w ojcostwie, a dodatkowo nie sprzyjają im regulacje prawne i praktyka sądów. Dlatego eksperci postulują szereg zmian.

– Badania prowadzone podczas drugiej fali pandemii COVID-19 wykazały bardzo wyraźnie, że spora grupa mężczyzn wygrała ojcostwo. Z tego należy się cieszyć, bo skutki tego zjawiska będą odczuwalne przez lata, także wtedy, gdy już zapomnimy o pandemii. Wspólnie spędzony czas w domu – odrabianie lekcji, pomoc w nauce, wspólne posiłki, czytanie na dobranoc, gimnastyka z tatą – spowodował, że było znacznie więcej interakcji między ojcami a dziećmi. Przysłużyły się temu praca i nauka zdalna – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Dariusz Cupiał, inicjator projektu Tato.net.

W tegorocznej edycji raportu „Stato’20” w ocenie zmian w postawach ojcowskich w ostatnim roku dominuje stabilizacja, a jeśli jest zmiana, to częściej na lepsze. Wielu badanych przyznało, że rozwinęli się jako ojcowie i lepiej postrzegają się w tej roli. Jednym z najczęściej wskazywanych uzasadnień takiej opinii jest spędzanie większej ilości czasu z dziećmi. Deklaruje to prawie 61 proc. ojców. Największa grupa badanych wskazywała, że poświęca dzieciom całą swoją uwagę przez ponad dwie godziny dziennie. Jeszcze w 2014 roku najpopularniejsze odpowiedzi dotyczyły czasu liczonego w minutach. To przekłada się na mocniejsze więzi i lepsze relacje. Ojcowie chwalili się również tym, że w czasie pandemii wzrosła ich świadomość na temat roli odgrywanej w życiu i wychowaniu dziecka, ale także dowiedzieli się dużo nowych rzeczy na temat swoich pociech.

– Podczas pierwszych analiz w ramach inicjatywy Tato.net 16 lat temu poziom satysfakcji z pełnienia roli ojca u mężczyzn był bardzo niski. Obecnie obserwujemy bardzo duży wzrost satysfakcji z faktu bycia tatą i pełnienia tej roli. Jest to obserwacja, która może wynikać z różnych działań, programów i kampanii promujących rodzinę oraz działalności różnych ruchów, inicjatyw takich jak Tato.net – zaznacza inicjator tego projektu.

Badani ojcowie zostali zapytani m.in. o bariery lub przeszkody napotykane w budowaniu relacji z dziećmi w czasie pandemii. Prawie 50 proc. ankietowanych uznało, że takie bariery nie istnieją, a jedyne wskazania dotyczyły ograniczenia wspólnych aktywności poza domem, wyjść (13,8 proc.) oraz zamknięcia, izolacji od innych (11,1 proc.).

Jak podkreślają autorzy raportu, ze szczegółowej analizy odpowiedzi widać jednak, że w rodzinach, które przed pandemią borykały się z problemami, stała obecność wszystkich członków w domu wydobyła je na wierzch. Odrębną grupą ankietowanych byli ojcowie niemieszkający z dziećmi, którzy wskazywali na całkowity brak kontaktu lub bardzo utrudniony kontakt z dzieckiem w okresie pandemii.

Wzmocnienie roli ojców i rozwój ich kompetencji ma istotne znaczenie profilaktyczne dla zapobiegania problemom ich dzieci. Dlatego tak potrzebne jest wsparcie w ojcostwie w postaci programów czy warsztatów edukacyjnych, wymiany doświadczeń, np. w ramach lokalnych klubów ojcowskich. Takich inicjatyw prowadzonych przez organizacje pozarządowe, szkoły, samorządy czy kościoły jest coraz więcej. Włączają się w to również pracodawcy.

– To jest bardzo budujące, że biznes jest zainteresowany ideą work–life balance, a więc wspieraniem pracownika, który jest ojcem, żeby radził sobie lepiej w godzeniu obowiązków zawodowych i rodzinnych. Firmy wspierają swoich pracowników także w podnoszeniu kompetencji w tym obszarze. Przykładem jest KGHM Polska Miedź, która organizuje zajęcia, nie tylko dla rodziców, ale także dla ojców – podkreśla dr Dariusz Cupiał.

Przy wszystkich wyzwaniach ojcowie jednak wciąż rzadko korzystają z oferty programów rozwojowych dla rodziców. W ciągu ostatniego roku zrobiło to jedynie 5 proc. badanych. Takie wsparcie jest szczególnie przydatne nie tylko zaraz po urodzeniu dziecka, lecz również w kryzysowych dla niego i dla rodziny momentach, także przy rozwodach i dzieleniu opieki nad dziećmi.

– W Stanach Zjednoczonych ojcowie mają do wyboru albo płacić alimenty, albo iść do więzienia. Zanim pójdą do więzienia, mogą uczestniczyć w specjalnych kursach ojcostwa. Okazuje się, że prowadzone zajęcia powodują, że decyzja ojców o zaangażowaniu się finansowym i czasowym w opiekę nad dzieckiem się zmienia. U nas taka praca instytucji z ojcami jest wciąż pieśnią przyszłości – mówi inicjator Tato.net.

Eksperci podkreślają także konieczność zmian w prawie, które wspierałyby ojców. Jedną z rekomendacji legislacyjnych jest wpisanie wprost ojcostwa do Konstytucji RP. Artykuł 18 podkreśla, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.

– Wciąż w naszej konstytucji ojcostwo nie funkcjonuje tak jak macierzyństwo, a przecież to może mieć różne pozytywne konsekwencje, gdyby ustawa zasadnicza również dostrzegła wprost znaczenie ojca w życiu dziecka i naszego społeczeństwa – postuluje dr Dariusz Cupiał.

Nowe uregulowania powinny pojawić się również w obszarze wsparcia ojców wychowujących samotnie dzieci po śmierci ich matek.

W Polsce wciąż istnieje kryzys związany z rozpadem rodziny oraz regulacjami dotyczącymi alimentacji i opieki nad dziećmi. Przepisy prawne nie idą w parze z praktyką i wciąż pozostawiają wiele do życzenia – dodaje inicjator Tato.net.

Eksperci postulują o opracowanie rozwiązań prawnych, urealniających obliczanie alimentów przez sądy, aby rola ojca nie była sprowadzona wyłącznie do dostarczania środków finansowych. Należy również zaostrzyć przepisy i sankcje za utrudnianie ojcu kontaktów z dzieckiem oraz regularnie edukować sędziów na temat trudności w realizowaniu kontaktów z dziećmi, z jakimi borykają się ojcowie na co dzień, a także zwiększyć efektywność przepisów prawnych regulujących te kwestie.

– Na przestrzeni lat takich zmian nie widać. Takie sygnały dostajemy od ojców w kryzysie, którzy korzystają z różnych programów Tato.net, spotkań. Nie otrzymują oni odpowiedniego zrozumienia i wsparcia. Dlatego rekomendujemy, by ten obszar spotkał się z wnikliwszą uwagą instytucji, które są odpowiedzialne za legislację – podkreśla dr Dariusz Cupiał.

2021 może być rokiem wielkich odkryć kosmicznych. Rozpocznie się m.in. poszukiwanie życia na Marsie i podobnych do Ziemi egzoplanetach

Chociaż pandemia koronawirusa opóźniła niektóre plany naukowe z 2020 roku, 2021 zapowiada się jako rzadko spotykany rok nauki – zapowiada  dyrekcja Misji Naukowych NASA. Na Marsa ruszyły trzy misje, obserwacje rozpocznie nowy Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, w toku są też plany powrotu ludzi na Księżyc. Dodatkowo w ramach nowej misji ma zostać zbadana powierzchnia Merkurego, a misja Solar Orbiter wejdzie w fazę obserwacji.

– Rok 2021 będzie szalenie ciekawy w kwestii badań kosmicznych, a w szczególności Marsa. Po raz pierwszy mamy do czynienia z prawdziwym wyścigiem na Marsa. Amerykanie, Chińczycy, Zjednoczone Emiraty Arabskie, wszyscy wystrzelili sondy w kierunku Marsa, one się spotkają na orbicie marsjańskiej już niebawem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Piotr Orleański, kierownik Laboratorium Satelitarnych Aplikacji Układów FPGA w Centrum Badań Kosmicznych PAN.

Co 26 miesięcy Ziemia i Mars znajdują się wyjątkowo blisko siebie, dzięki czemu każdy statek kosmiczny opuszczający Ziemię ma do pokonania mniejszy dystans na Czerwoną Planetę. W 2020 roku na Marsa zostały wystrzelone trzy misje – chińska Tianwen-1, sonda Zjednoczonych Emiratów Arabskich i łazik Perseverance NASA.

Sonda Al-Amal („Nadzieja”) należąca do Zjednoczonych Emiratów Arabskich to pierwsza misja międzyplanetarna w świecie arabskim. Sonda pozostanie na orbicie przez marsjański rok – odpowiednik 687 dni na Ziemi, aby zebrać informacje o atmosferze Marsa. Wylądować na Czerwonej Planecie ma z kolei chińska sonda Tianwen-1 („Poszukiwanie niebiańskiej prawdy”), która zawiera orbiter, rozkładaną kamerę, lądownik i łazik, które mogą wysyłać wiadomości na Ziemię. Łazik Perseverance („Wytrwałość”) NASA będzie zaś szukać dowodów na istnienie życia, badać klimat i geologię Marsa oraz zbierać próbki, które w następnych misjach trafią na Ziemię. Pod łazikiem znajduje się helikopter Ingenuity, pierwsza tego typu maszyna, która będzie latała na obcej planecie.

– Na orbicie marsjańskiej pracują też amerykańskie i europejskie orbitery. Od 2003 roku Mars Express, orbiter Europejskiej Agencji Kosmicznej, a od 2016 roku orbiter ExoMars, na obu są obecne instrumenty, w których budowie uczestniczyło Centrum Badań Kosmicznych – mówi dr hab. Piotr Orleański. – Ten wyścig bardzo przybrał na rozmiarach.

Rok 2021 będzie przełomowy nie tylko pod względem odkryć na Marsie. Amerykański program Artemis, który ma docelowo wysłać na Księżyc pierwszą kobietę i mężczyznę w 2024 roku, jest jeszcze na początku drogi, ale już trwają przygotowania do próbnego lotu bez załogi. Z kolei NASA i jej  Volatiles Investigating Polar Exploration Rover, czyli VIPER, stworzy pierwszą mapę zasobów wodnych Księżyca.

– Europejska Agencja Kosmiczna będzie kontynuować misję Solar Orbiter, która wejdzie w fazę obserwacji, a także misję BepiColombo, czyli misję do Merkurego. Obie lecą już w kierunku swoich punktów docelowych. W 2021 roku będzie również kończona budowa JUICE, czyli satelity, który ma lecieć do księżyców Jowisza, ale też kilka innych poważnych projektów – wymienia ekspert.

Na październik zaplanowano wystrzelenie Teleskopu Kosmicznego Jamesa Webba, który – wedle założeń – ma odpowiedzieć na pytania dotyczące naszego Układu Słonecznego, może wykryć światło z pierwszej generacji galaktyk, które powstały we wczesnym Wszechświecie po Wielkim Wybuchu, i zbada atmosfery pobliskich egzoplanet pod kątem możliwych oznak życia.

– Cały świat czeka na to, żeby ten teleskop zaczął działać. On będzie dużo bardziej zaawansowany niż teleskop Hubble’a czy Herschela, nie tylko technicznie, ale przede wszystkim będzie miał większy zakres spektralny, większą czułość, większą rozdzielczość, będzie to zupełnie nowa klasa teleskopu, który w końcu będzie mógł w jakiś sposób zastąpić Hubble’a na orbicie – przekonuje dr hab. Piotr Orleański.

Jak wskazuje, już ubiegły rok pokazał, że przemysł kosmiczny przechodzi metamorfozę. Zamiast ogromnych misji, do których przygotowania trwały latami, powstają też mniejsze, w tym prywatne misje.

– Wszystkie duże konstelacje satelitarne są sponsorowane przez państwa, np. nasz europejski Copernicus to jest konstelacja budowana za pieniądze państw członkowskich Unii Europejskiej. Galileo, czyli konstelacja nawigacyjna, też jest sponsorowana, tak samo jak GLONASS, Beidou czy GPS – to są przecież misje sponsorowane przez państwa albo agencje kosmiczne. Natomiast taki SpaceX to jest przedsięwzięcie prywatne, które oczywiście weszło w tej chwili w kontakt z amerykańską agencją kosmiczną, ale nadal jest prywatne – zaznacza kierownik Laboratorium Satelitarnych Aplikacji Układów FPGA w Centrum Badań Kosmicznych PAN.

Sekwencjonowanie RNA to przyszłość genetyki. Technologia pozwoliła na opracowanie szczepionki na COVID-19 i może pomóc w wykrywaniu raka piersi czy płuc

Dzięki testom genetycznym już dziś można ocenić ryzyko obciążenia potomstwa ponad 350 dziedzicznymi chorobami. Laboratoria genetyczne są w stanie wykryć nawet najrzadziej występujące mutacje we wszystkich znanych genach człowieka. Zdaniem ekspertów przyszłość genetyki wiąże się z sekwencjonowaniem RNA, które pozwoliło opracować szczepionkę na COVID-19. Technologia ta może być jednak pomocna również we wczesnym wykrywaniu raka piersi, tarczycy czy płuc.

– Badania genetyczne rozwiną się w kierunku odkrywania i walki z chorobami, na które dzisiaj nie ma leków albo są leki, ale jest późna wykrywalność. Na pewno to będą nowotwory oraz wszelkiego rodzaju problemy z sercem. Już dzisiaj widzimy, że technologia, która pozwoliła bardzo szybko opracować szczepionkę w kierunku koronawirusa właśnie przez wyselekcjonowanie RNA, będzie też wykorzystywana do prac genetycznych dotyczących walki z nowotworami – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Strzelczyk, prezes zarządu Zdrowegeny.pl.

Badania opublikowane w styczniu przez Clinical Cancer Research wskazują, że sekwencjonowanie RNA jest idealną strategią potwierdzania nietypowych układów RET. Ich fuzje są znanymi czynnikami powodującymi kilka nowotworów, w tym raka tarczycy i płuc. Z kolei naukowcy z Uniwersytetu Medycznego w Kuangsi w Chinach dowiedli,  że długi, niekodujący RNA MALAT1 może być biomarkerem raka piersi, niezależnym od stadium guza, stopnia zaawansowania choroby i stanu węzłów chłonnych. Można go oznaczyć, wykonując test Oncotype DX. Zdaniem ekspertów coraz więcej chorób będzie można zdiagnozować dzięki testom genowym.

– Wkrótce będziemy mogli się zbadać na każdy rodzaj choroby. Już dzisiaj mamy badania, które pozwalają przetestować jednocześnie 14 nowotworów i prawdopodobieństwo zachorowania na nie. Cała nauka będzie szła w tym kierunku, by zacząć się testować i genetycznie sprawdzać, jak bardzo jesteśmy obciążeni, jak nasze organizmy są obciążone. Po to, żeby móc wyselekcjonować te choroby, na które dzisiaj Polacy najczęściej zapadają, z których sobie nie zdają sprawy, że gdzieś mogą je w sobie mieć – twierdzi ekspert.

Dostępne komercyjnie testy genetyczne pozwalają wykrywać choroby takie jak cały katalog nowotworów, w tym m.in. czerniaka, raka żołądka czy raka piersi, ale także celiakię, zakrzepicę, a nawet ryzyko wystąpienia zawału, samoistnego poronienia czy otyłości. Z kolei badanie WES umożliwia analizę wszystkich znanych, czyli około 23 tys. genów, pod kątem nawet najrzadziej występujących mutacji. Taki test jest polecany osobom, u których występują objawy kliniczne, lecz nie udaje się postawić diagnozy. Możliwe jest już ponadto wykonanie testu na nosicielstwo ponad 350 chorób dziedziczonych genetycznie.

– W tej chwili najbardziej obiecujące pod kątem technologii są technologie opierające się na sekwencjonowaniu genów chorób, które występują u człowieka. To wszystkie nowotwory, choroby kardiologiczne, genetyczne czy te dotyczące niepłodności. Wyselekcjonowuje się geny, sprawdza je dokładnie i określa się prawdopodobieństwo ich wystąpienia. W tej chwili w laboratoriach trwają intensywne prace nad tym, żeby móc te choroby leczyć szybciej i szybciej je wykrywać – mówi Jakub Strzelczyk.

Według Allied Market Research do 2027 roku światowy rynek testów genetycznych osiągnie przychody sięgające ponad 21 mld dol. Dla porównania w 2019 roku było to ponad 12,5 mld dol. Zdaniem autorów badania głównymi czynnikami napędzającymi rozwój tego rynku będzie wzrost częstotliwości występowania raka i zaburzeń genetycznych, a także rozwój technologii testowania i większa wiedza z zakresu wdrażania spersonalizowanych terapii.

Podsumowanie kluczowych zmian podatkowych wpływających na działalność branży nieruchomości w Polsce

Nowelizacja ustawy o PIT i ustawy o CIT wprowadziła wiele zmian i nowych obowiązków dotyczących spółek nieruchomościowych. Rozliczenia podatku dochodowego obciążać będzie nie sprzedającego, ale nabywcę udziałów, czyli inwestora.

Od nowego roku mamy ustawową definicję spółki nieruchomościowej. Zgodnie z tą definicją, spółki nieruchomościowe to podmioty zobowiązane do sporządzania bilansu na podstawie przepisów o rachunkowości, które spełniają następujące zasadnicze warunki:

  • na pierwszy dzień roku podatkowego/obrotowego co najmniej 50% wartości aktywów spółki pochodzi (bezpośrednio lub pośrednio) z nieruchomości położonych w Polsce oraz z praw do takich nieruchomości;
  • wartość nieruchomości takiej spółki przekracza 10 mln zł;
  • 60% przychodów spółki pochodzi z najmu, podnajmu, dzierżawy, poddzierżawy, leasingu i innych umów o podobnym charakterze lub z przeniesienia własności nieruchomości lub prawa do nieruchomości oraz z tytułu udziałów w innych spółkach nieruchomościowych (nie stosuje się do nowopowstałego podmiotu).

– Jednocześnie, w przypadku podmiotów rozpoczynających działalność wartość 10 mln zł przyjmuje się wg wartości rynkowej nieruchomości, zaś w przypadku podmiotów kontynuujących działalność, wartość tę ustala się wg wartości bilansowej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Turska-Tomczykowska, Partner Zarządzający w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Najistotniejszą zmianą jest nałożenie na spółki nieruchomościowe funkcji płatnika podatku dochodowego od sprzedaży swoich udziałów/akcji czy innych podobnych praw przez jej wspólnika. Spółka będzie pełniła funkcję płatnika jeżeli:

  • zbywającym udziały w spółce nieruchomościowej jest podmiot zagraniczny, niebędący polskim rezydentem podatkowym, oraz
  • przedmiotem transakcji zbycia są udziały dające co najmniej 5% praw głosu, co najmniej 5% prawa do udziału w zysku (przy spółkach osobowych), albo co najmniej 5% ogólnej liczby tytułów uczestnictwa lub praw o podobnym charakterze.

Wprowadzone zmiany będą miały duży praktyczny wpływ na rozliczenia stron transakcji sprzedaży udziałów w spółkach nieruchomościowych.

– Przede wszystkim wskutek nowelizacji, prawny ciężar właściwego rozliczenia podatku dochodowego obciążać będzie nie podmiot realizujący dochód (tj. sprzedającego), ale nabywcę udziałów (inwestora) – wyjaśnia Anna Turska-Tomczykowska. – Przejmując spółkę nieruchomościową to inwestor będzie zmagał się z ewentualnymi nieprawidłowościami w zakresie wykonania przez nią obowiązków płatnika przy transakcji.

W przypadku nieposiadania przez spółkę nieruchomościową informacji o kwocie transakcji spółka nieruchomościowa ma obowiązek przyjąć, że transakcja została dokonana po cenie rynkowej. Brak jest jednak przepisów nakazujących podatnikowi przekazanie płatnikowi informacji o możliwych do rozpoznania przez niego kosztach uzyskania przychodów na zbyciu Udziałów. W efekcie, nabywca udziałów w toku due diligence podatkowego spółki nieruchomościowej będzie musiał dokonać analizy podatkowej historii objęcia/nabycia udziałów przez sprzedawcę i samodzielnie zweryfikować poziom możliwych do rozpoznania kosztów podatkowych. Zakres badania podatkowego ulegnie zatem istotnemu rozszerzeniu i to na kwestie podatkowe nie dotyczące bezpośrednio nabywanej spółki.

Nowe przepisy mogą doprowadzić w praktyce do bardzo restrykcyjnego podejścia przy ustalaniu podatku CIT i PIT na sprzedaży udziałów, poprzez przykładowo wyłączenie z rachunku kosztów podatkowych kwot co do których powstaną jakiekolwiek, nawet najmniejsze wątpliwości. W skrajnych przypadkach, może dochodzić do zatrzymania części ceny sprzedaży udziałów i zwolnienia jej dopiero po upływie okresu przedawnienia zobowiązania podatkowego.

– Strony transakcji nieruchomościowej powinny zacząć regulować w dokumentacji transakcyjnej sposób korekty ceny związanej z rozliczeniami podatku dochodowego sprzedawcy z tytułu transakcji lub rozważyć wprowadzenie stosownych klauzul w zakresie tzw. specific indemnity, na okoliczności nieprawidłowego rozliczenia podatku dochodowego sprzedawcy przez spółkę nieruchomościową jako płatnika – dodaje A.Turska-Tomczykowska, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Duży wzrost PKB i odbicie koniunktury – prognozy na drugą połowę 2021

Prognozy ekonomiczne na 2021 rok są dosyć pozytywne. Według obliczeń ING Banku Śląskiego Polska odrobi w nadchodzącym roku spadek PKB, któremu winna była pandemia koronawirusa. Na polepszenie się sytuacji gospodarczej będziemy jednak musieli poczekać do drugiej połowy roku. Pierwszy i drugi kwartał najpewniej miną nam pod znakiem trzeciej fali zachorowań, utrzymania obostrzeń i powszechnych szczepień. Jednak gdy zaszczepiona zostanie przynajmniej połowa społeczeństwa, a statystyki zakażeń uspokoją się – możemy liczyć na przyrost PKB aż o 4,5% wobec poprzedniego roku. Głównym motorem odbicia gospodarczego będzie eksport i konsumpcja, a szczególnie efekt popytu odroczonego – który już w drugim kwartale 2020 roku okazał się być bardzo mocny. Polska może cieszyć się również dużym wzrostem eksportu – w roku 2021 będzie on tylko nieznacznie mniejszy niż w roku poprzednim. Istotnym elementem poprawy koniunktury będą inwestycje publiczne, a także środki unijne.

– Prognozy na pierwszy kwartał są dosyć ostrożne. Sezonowość zwykłej grypy sugeruje, że kolejna fala pandemii może mieć miejsce właśnie w pierwszych dwóch miesiącach. Rządy wprowadzają więc twarde lock-downy i reagują na nową mutację wirusa – co jest szczególnie widoczne w Wielkiej Brytanii. Jesteśmy więc ostrożni z krótkoterminowymi  prognozami. Jednak od drugiego kwartału gospodarka międzynarodowa i polska powinny radzić sobie dużo lepiej – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Mamy nadzieję, że akcja szczepień przyniesie stopniowe znoszenie ograniczeń epidemicznych i odczuwalne odbicie koniunktury – prawdopodobnie już w drugim kwartale 2021 roku. Obawiamy się trochę o inwestycje prywatne. One wciąż pozostaną słabe, ze względu na dużą niepewność. Struktura PKB będzie więc bardzo mocno skupiona na eksporcie i konsumpcji, a także na inwestycjach publicznych. Efektem ubocznym takiej struktury wzrostu gospodarczego będzie utrzymanie podwyższonej inflacji, która średnio wyniesie ponad 3% w roku 2021. Jednak PKB wzrośnie o 4,5% – wobec spadku o 2,8% w roku 2020. W związku z tym Polska już w tym roku odrobi całość strat spowodowanych przez pandemię – prognozuje Benecki.

Apetyt na ryzyko nie przyniósł umocnienia złotego

Aktywa ryzykowne na całym świecie w znacznej mierze kontynuowały wzrost, z kolei dolar przez większość tygodnia tracił. Pozytywny sentyment do ryzyka nie przyniósł jednak umocnienia złotego.

Zdaje się, że katalizatorem dla zmian na rynku było senackie przesłuchanie Janet Yellen. Była szefowa amerykańskiej Rezerwy Federalnej, która ma objąć stanowisko sekretarza skarbu Stanów Zjednoczonych orędowała za prowadzeniem znacznie bardziej agresywnej, luźnej polityki fiskalnej skupionej na wydatkach. Potwierdziła tym samym nasz pogląd, że środowisko polityczne w USA przesunęło się w stronę nawet większych deficytów fiskalnych na tak długo, jak długo nie dojdzie do żadnego wypadku.

Obecnie jednak wskaźniki wyprzedzające zdają się wskazywać, że ostre lockdowny w Europie obniżają aktywność w tutejszej gospodarce. Odmienna jest sytuacja w USA, gdzie występuje większa swoboda w zakresie restrykcji. Oczekujemy, że posiedzenie Rezerwy Federalnej w tym tygodniu przyniesie potwierdzenie ultragołębiego podejścia banku centralnego do polityki pieniężnej. Czwartkowe dane o wzroście gospodarczym USA w ostatnim kwartale ubiegłego roku powinny potwierdzić z kolei, że gospodarka w Stanach w ostatnim czasie radzi sobie lepiej niż większość europejskich.

PLN

Złoty zakończył miniony tydzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z euro, ponownie radząc sobie gorzej niż inne kluczowe waluty regionu. A to wszystko pomimo względnie dobrego sentymentu do ryzyka i pozytywnych wieści z Polski.

W kontekście tych ostatnich warto wspomnieć o coraz niższej liczbie notowanych przypadków koronawirusa. Warto podkreślić, że spadek ten nie idzie w parze ze wzrostem odsetka testów pozytywnych, jest wręcz odwrotnie. Niestety liczba notowanych zgonów związanych z COVID-19 nadal pozostaje bardzo wysoka, w okolicy 300 dziennie.

Zeszłotygodniowe dane makro za grudzień w ujęciu ogólnym zaskoczyły na plus. Szczególnie cieszy wzrost dynamiki płac w przedsiębiorstwach, która wróciła do poziomu sprzed pandemii, i odbicie produkcji budowlano-montażowej. Na początku tego tygodnia z kolei solidnie zaskoczyły dane o produkcji przemysłowej.

W najbliższych dniach skupimy się przede wszystkim na informacjach z zewnątrz, które będą wpływały na szeroki sentyment, niemniej jednak dużą wagę przywiązujemy też do postępów kraju w walce z pandemią.

EUR

W strefie euro narastają krótkoterminowe trudności gospodarcze, będące konsekwencją zarządzonych ostatnio ostrych lockdownów. Zbiorczy indeks PMI za styczeń pokazał spadek w relacji do poprzedniego miesiąca, oddalając się od granicy, której przekroczenie sugeruje ekspansję gospodarki. Obecnie istnieją autentyczne obawy, że gospodarka wspólnego bloku walutowego może zmierzać w kierunku recesji o podwójnym dnie.

Powolny proces szczepień daje kolejny powód do niepokoju, tym bardziej będziemy podchodzić do tych danych z dużą uwagą. W najbliższym czasie siła euro będzie powstrzymywana przez rozbieżność sytuacji gospodarczej w bloku walutowym i poza nim, jednak wspierana przez otwarcie inflacjonistyczne podejście decydentów fiskalnych i monetarnych w USA. Sądzimy, że ostatnie przedziały, w jakich poruszała się para EUR/USD, zostaną zachowane, jednak w dłuższym terminie powinniśmy obserwować aprecjację euro.

USD

Spodziewamy się, że w środę FOMC będzie trzymał się bardzo gołębiej retoryki z poprzedniego spotkania. Przewodniczący Powell prawdopodobnie ponownie zasugeruje, że Fed będzie tolerował wyższą inflację, jeśli i kiedy taka się pojawi. Tym razem nie poznamy jednak nowych projekcji decydentów dotyczących stóp procentowych i perspektyw gospodarki USA. Dlatego też nie spodziewamy się, że w kontekście posiedzenia na rynku wystąpią silniejsze ruchy.

W tym tygodniu uwaga rynku powinna skupić się na dwóch kluczowych odczytach: danych o PKB USA w IV kwartale ubiegłego roku i grudniowych danych o inflacji PCE. Oczekuje się, że pierwszy z odczytów pokaże niewielki wzrost. Sądzimy, że drugi może zaskoczyć in plus, co może krótkoterminowo zaszkodzić dolarowi.

GBP

Połączenie trwającego lockdownu i brexitowego zamieszania doprowadziło do pogorszenia sytuacji gospodarczej w Wielkiej Brytanii, co pokazały ostatnie dane makroekonomiczne. Wśród nich chyba najbardziej niepokojącymi były wyraźnie niższe od zeszłomiesięcznych wstępne styczniowe dane PMI. Inwestorzy jednak nadal odnajdują pewne pocieszenie w szybkim tempie szczepień w Wielkiej Brytanii. Szterling w zeszłym tygodniu pozostał dość stabilny w parze z euro i umocnił się w parze z dolarem amerykańskim. Na Wyspach podano już ponad 6,5 miliona dawek szczepionek przeciwko COVID-19, co oznacza, że do tej pory szczepionkę otrzymała mniej więcej co dziesiąta osoba.

Skupiające się na okresie do końca listopada dane z brytyjskiego rynku pracy, które poznamy w tym tygodniu, powinny mieć ograniczony wpływ na rynek. Ostatnie wydarzenia sprawiają bowiem, że tracą one na aktualności. Niemniej biorąc pod uwagę, że Wielka Brytania jest liderem w zakresie szczepień, funt brytyjski powinien zachowywać się podobnie jak aktywa ryzykowne, reagując na zmiany sentymentu do ryzyka.

CHF

Frank szwajcarski w ostatnich dniach radził sobie lepiej niż inne waluty safe haven, kończąc zeszły tydzień w parze z euro blisko poziomu, na którym go rozpoczął. Frank pozostaje niezwykle stabilny, lecz dane o pozycjach spekulacyjnych sugerują, że w ostatnich tygodniach nie był tak mocno faworyzowany przez inwestorów jak wcześniej. Wygląda na to, że presja aprecjacyjna na franka zmniejszyła się. Jednak niewielkie wzrosty wartości depozytów na żądanie w SNB w ostatnich dwóch tygodniach oraz to, że waluta radzi sobie lepiej od innych uznawanych za bezpieczne, sugeruje, że presja nie zniknęła w pełni.

W zeszłym tygodniu nadal napływały pozytywne wieści z frontu walki z pandemią. Liczby nowych zakażeń i zgonów z tytułu COVID-19 spadają, jednocześnie widać postęp w kontekście szczepień. Do tej pory około 2% populacji kraju otrzymało pierwszą dawkę szczepionki. Tym samym wskaźnik wyszczepienia wzrósł powyżej średniej unijnej.

Poza wieściami dotyczącymi pandemii w tym tygodniu przyjrzymy się również danym o nastrojach ze Szwajcarii, zwłaszcza odczytowi indeksu wskaźników wyprzedzających KOF, który poznamy w piątek.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Polacy coraz mniej martwią się o zdrowie, coraz więcej o pieniądze

Opracowany przez Deloitte indeks niepokoju spadł w ciągu miesiąca o 5 p.p., a więc najwięcej wśród badanych krajów europejskich i wynosi obecnie 2 proc. Mimo to pogarszają się nastroje polskich konsumentów. Chociaż mniej się boimy o zdrowie własne i bliskich, wyniki najnowszej edycji badania firmy doradczej Deloitte Global State of the Consumer Tracker pokazują, że coraz bardziej niepokoją nas kwestie finansowe. Prawie dwie trzecie Polaków obawia się o utrzymanie ciągłości spłaty zadłużenia kredytowego, a 68 proc. z niepokojem patrzy na stan swoich oszczędności.

Na przełomie grudnia i stycznia po raz 11 firma doradcza Deloitte zbadała nastroje i obawy polskich konsumentów związane z pandemią koronawirusa. Na świecie badanie „Global State of the Consumer Tracker” zostało przeprowadzone po raz 14. Poza Polską, na pytania Deloitte odpowiedziało po tysiąc osób z 17 krajów – byli to mieszkańcy Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile oraz RPA.

Największy w Europie spadek poziomu obaw

Z drugiego na szóste miejsce na świecie spadła Polska w zestawieniu dotyczącym poziomu obaw wywołanych pandemią. Indeks niepokoju, czyli różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły, wyniósł na początku roku 2 proc., a więc o 5 p.p. mniej niż miesiąc temu. Poziom obaw Polskich konsumentów spada więc sukcesywnie od początku listopada, kiedy osiągając swój szczyt, wyniósł aż 34 proc.

Co ciekawe, zdecydowanie ubyło osób w najstarszej z badanych grup wiekowych – a więc 55+ – które deklarują, że zwiększył się ich poziom niepokoju (-3 p.p.). Obecnie jest ich tyle samo co wśród konsumentów w wieku 18-34 lata (40 proc.). Wciąż najbardziej zaniepokojoną grupą wiekową są osoby w wieku pomiędzy 35 a 54 lata (46 proc.).

Polska odnotowała najwyższy spadek indeksu niepokoju spośród krajów europejskich. To prawdziwy rollercoaster nastrojów. Z pewnością wpływ na uspokojenie miało rozpoczęcie szczepień wśród lekarzy i personelu medycznego oraz uruchomienie zapisów na szczepienia dla pozostałych grup, a także spadek liczby zachorowań. Na świecie największą zmianę, jeśli chodzi o poprawę nastrojów, widać w Chinach, gdzie opracowany przez nas indeks niepokoju spadł od początku grudnia aż o 10 p.p. – mówi Michał Tokarski, Partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

Z pewnością w najnowszej edycji badania uwagę zwraca bardzo duży wzrost poziomu obaw w Irlandii, bo aż o 15 p.p. Obecnie wynosi on 12 proc., tym samym globalnie kraj ten znalazł się na trzecim miejscu z najwyższym indeksem niepokoju za RPA (17 proc.) i Indiami (28 proc.). Również wysoki wzrost odnotowała Wielka Brytania – +14 p.p. Niezmiennie najlepsze na świecie nastroje są wśród naszych zachodnich sąsiadów, choć w ciągu miesiąca indeks niepokoju Niemców nieco drgnął z -33 proc. na -30 proc.

Spadła przedświąteczna gorączka

Eksperci Deloitte odnotowali nad Wisłą bardzo wysoki odsetek osób, które niepokoją się o zdrowie swoich bliskich. Odpowiedziało tak aż 80 proc. zapytanych, tyle samo co w Chile, Indiach i Meksyku. To też najwyższy wynik w Europie. Od ostatniego badania konsumenci w Polsce wyprzedzili pod tym względem Hiszpanów (78 proc.). Najbardziej na świecie zaniepokojeni o zdrowie rodziny są Chińczycy (86 proc.).

Tylko nieznacznie, bo o 1 p.p. spadła liczba Polaków, którzy są zaniepokojeni własną kondycją fizyczną. Zadeklarowało to 62 proc. zapytanych, a więc znacznie mniej niż w Hiszpanii, gdzie liczba takich odpowiedzi była największa w Europie (77 proc.). Także w tym wypadku najbardziej na świecie niepokoją się Chińczycy (89 proc.), a ich liczba wzrosła od ostatniego badania aż o 5 p.p.

Nie możemy mówić co prawda o szybkim tempie tych zmian, ale fakt, że obawy Polaków o własne zdrowie topnieją, widać na przykładzie zakupów w sklepach stacjonarnych. W grudniu znacznie, bo aż o 10 pp. wzrosła liczba konsumentów, którzy czują się bezpiecznie podczas robienia takich sprawunków. Mogło być to spowodowane faktem, że grudzień to czas zakupów produktów spożywczych na świąteczny stół, a tych Polacy nie lubią kupować w Internecie. Teraz, kiedy święta za nami widać nieznaczny spadek liczby osób, które czują się bezpiecznie w sklepach stacjonarnych – z 49 na 48 proc. – mówi Krzysztof Wilk, Partner Associate w dziale Doradztwa Podatkowego, lider praktyki Life Sciences & Health Care, Deloitte.

Po wzrostach poczucia bezpieczeństwa podczas typowych aktywności konsumenckich, jakie zauważalne były w wynikach ankiet przeprowadzonych miesiąc temu, w najnowszej edycji badania ten trend wyraźnie zwolnił. O 2 p.p. wzrosła liczba osób, które deklarują, że czują się komfortowo podczas podróży samolotem (28 proc.) i gdyby miały wziąć udział w meczu czy koncercie (22 proc.). Na niezmienionym poziomie (36 proc.) utrzymuje się liczba polskich konsumentów, którzy nie mają obaw przed zatrzymaniem się w hotelu, choć w poprzednim badaniu ich liczba wzrosła aż o 8 p.p.

Co ciekawe minimalnie (-1p.p.) spadło poczucie bezpieczeństwa Polaków w przypadku wizyt w barach czy restauracjach (35 proc.). O 3 p.p. natomiast ubyło od ostatniej fali badania konsumentów, którzy czują się komfortowo, korzystając z indywidulanych usług, czyli np. podczas wizyty u dentysty czy fryzjera (39 proc.).

Widmo utraty pracy nadal straszy

Najnowsza fala badania jest drugą z kolei, która pokazuje malejące obawy Polaków przed powrotem do biur. W ciągu miesiąca liczba osób, dla których jest to powód do obaw spadła o 5 p.p., a od początku listopada to spadek o w sumie 10 p.p., do 25 proc. Coraz mniej niepokoi nas podróżowanie komunikacją miejską, którą wielu z nas wykorzystuje na dotarcie do biur. Od początku grudnia liczba osób, które planują ograniczyć korzystanie z miejskiego transportu spadła z 54 proc. do 47 proc.

Niestety, uspokojenie nastrojów nie dotyczy poczucia bezpieczeństwa związanego z pracą. Od listopada, kiedy utraty zatrudnienia obawiało się rekordowe 54 proc. naszych ankietowanych, ich liczba spadła zaledwie o 1 p.p., do 53 proc. To drugi wynik w Europie za Hiszpanią, gdzie takie obawy ma aż 57 proc. mieszkańców – mówi John Guziak, Partner, lider ds. Kapitału Ludzkiego w Deloitte Polska.

Najnowsza fala badania pokazuje, że Polacy mniej martwią się o zdrowie, a więcej o stabilność swojej sytuacji finansowej. Jeszcze dwa miesiące temu troska o zdrowie bliskich i własne były odpowiednio na pierwszym i drugim miejscu wśród powodów niepokoju polskich konsumentów. W styczniu nadal zdrowie wiedzie prym, ale tuż za nim znajdują się stan oszczędności i obawa o możliwość spłaty kredytów. Troska o własne zdrowie jest dopiero na czwartym miejscu.

Od ostatniego badania aż o 4 pp. wzrosła liczba Polaków, dla których powodem do zmartwień jest spłata zadłużenia kredytowego. O 2 p.p. przybyło natomiast wśród naszych ankietowanych osób, które z niepokojem patrzą na stan swoich oszczędności. Może to być także pokłosiem niedawnych wydatków związanych ze świętami. Większość z nas nadwyrężyła swoje portfele, a do tego dochodzi przedłużający się lockdown i utrzymująca się niepewność co do najbliższej przyszłości – mówi Przemysław Szczygielski, Partner, lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.

Tylko o 1 p.p. spadła w ciągu miesiąca liczba Polaków, którzy obawiają się o uregulowanie nadchodzących płatności (29 proc.), a o 2 p.p. ubyło konsumentów, którzy odkładają na przyszłość robienie większych zakupów (37 proc.).

Nerwowy początek roku

Aż 46 proc. z nas przyznaje, że kupuje więcej niż jest w stanie zużyć na bieżąco. To najwyższy wynik dla Polski w historii badania i najwyższy w Europie. Za nami są Brytyjczycy. Aż 41 proc. z nich kupuje na zapas, podczas gdy we Francji i Hiszpanii robi tak niespełna jedna czwarta konsumentów. Na świecie najwięcej osób, które kupują na zapas jest w Indiach – 64 proc. Brytyjczycy i Niemcy najczęściej w Europie przyznają się do polowania na okazje (po 48 proc.). Globalnie najwięcej konsumentów, którzy, jeśli trafią na atrakcyjną cenę, są gotowi kupić rzecz, która nie jest im niezbędna, niezmiennie jest w Chinach – 64 proc. Nad Wisłą na okazje poluje 46 proc. zapytanych (-2 p.p.).

– Najnowsze wyniki badania pokazują minimalny odwrót od tzw. trendu convenience. Od października stopniowo przybywało osób gotowych płacić więcej za wygodę, jak na przykład dostarczenie zakupów do domu. Od grudnia takich osób ubyło o 2 p.p. – dodaje Michał Tokarski. Znacznie, bo aż o 9 p.p. ubyło konsumentów, którzy decydują się płacić więcej za wygodę, by chronić swoje zdrowie. Ten powód wciąż jest najważniejszy, jednak od listopada osób, które go podają ubyło aż o 16 p.p. Na drugim miejscu jest oszczędność czasu, którą wskazała połowa ankietowanych.

Jak zmienią się ceny mieszkań w 2021 r.? Deweloperzy odpowiadają

Czy zapowiadane dalsze obniżki stóp procentowych i coraz wyższa inflacja może mieć wpływ na ceny mieszkań? Co będzie miało największe znaczenie dla zmiany stawek cenowych na rynku mieszkaniowym? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develii

Potencjalne, kolejne obniżki stóp procentowych bez wątpienia będą wspierać popyt. Niższe stopy procentowe to niższy koszt kredytu, jak również większa zdolność nabywcza klientów. Dodatkowo widzimy sporą aktywność klientów inwestycyjnych chcących ochronić swój kapitał przed rosnącą inflacją. Obecnie średnie oprocentowanie lokat jest znacznie niższe niż 1 proc. przy inflacji, która w ostatnich miesiącach kształtowała się na poziomie około 3 proc. Z uwagi na brak alternatywy, zakup mieszkania wydaje się być najlepszym rozwiązaniem.

Jednocześnie od kilku kwartałów liczba inwestycji wprowadzanych na rynek systematycznie spada. Wynika to m.in. z mniejszej liczby wydawanych pozwoleń na budowę i z ograniczonej ilości gruntów.

W minionym roku ceny mieszkań ustabilizowały się. Patrząc jednak na dane sprzedażowe za IV kw. 2020 roku i problemy z nową ofertą nie można wykluczyć wzrostu cen mieszkań w tym roku. W dużym stopniu będzie to zależeć od rozwoju pandemii.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

W mojej opinii, znaleźliśmy się obecnie w sytuacji, gdy wchodzimy w stały cykl charakteryzujący stabilne kraje europejskie, który skutkuje wzrostem cen mieszkań na poziomie 3-4 proc. rocznie. Takiej sytuacji spodziewam się przez kilka najbliższych lat. Choć zmiany w otoczeniu rynkowym mogą oczywiście wpływać na ceny mieszkań.

Bartosz Kuźniar, prezes zarządu Lokum Deweloper S.A.

Niskie stopy procentowe przekładają się na realne ujemne oprocentowanie lokat oraz niskie koszty kredytowania zakupu nieruchomości, wspierając popyt. Zakup mieszkania to bezpieczna lokata kapitału, stabilna forma inwestowania oszczędności, co w dobie rosnącej inflacji jest rozsądnym zabezpieczeniem przed spadkiem wartości posiadanych środków. Jednocześnie, z uwagi na coraz mniejszy zasób dostępnych gruntów pod zabudowę mieszkaniową, stale podnoszone wymagania techniczne oraz wydatki na energię i wynagrodzenia koszty realizacji mieszkań wciąż rosną, co naturalnie wymusza podwyżkę ich cen.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Obniżki stóp procentowych mogą wpłynąć na wzrost popytu na mieszkania kupowane w celach inwestycyjnych, gównie z myślą o wynajmie. Stały, stabilny zysk i wzrost wartości lokali skłaniają do zakupu na przykład mikroapartamentów, które są idealne do pracy albo do zamieszkania dla młodej osoby. Z transakcji inwestor może odzyskać 23 proc. VAT. Wśród kupujących mieszkania w tym celu jest coraz większa grupa klientów „gotówkowych”. Wzrost inflacji prawdopodobnie wpłynie na wzrost popytu. Można zatem spodziewać się, że ceny mieszkań będą stopniowo rosły. Na wzrost cen w perspektywie najbliższych miesięcy, mogą mieć także wpływ ograniczenia podażowe. Z uwagi na spadek liczby pozwoleń na budowę wydanych w 2020 roku i coraz bardziej ograniczoną dostępność gruntów, pula mieszkań w ofercie deweloperów maleje. Niemniej, rynek oceniam jako ustabilizowany.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Tak, te czynniki będą miały wpływ. Ceny prawdopodobnie będą nadal rosnąć, ale w mniejszym tempie niż miało to miejsce we wcześniejszych latach. Prognozujemy, że ceny w 2021 roku wzrosną o około 5 proc. Z danych rynkowych wynika, że w roku 2020, mimo trudnego dla wszystkich okresu pandemii, ceny wzrosły w większości miast o kilka procent. Ewentualne obniżenie stóp procentowych powinno utrzymać tę tendencję. Mieszkania będą droższe, ale kredyty hipoteczne tańsze, więc popyt utrzyma się na wysokim poziomie.

Należy pamiętać, że stopy procentowe i tak mają już historycznie niskie wartości, więc trzymanie kapitału na lokatach bankowych jest de facto stratą. Jeśli dołożymy do tego inflację, nie powinien dziwić rekordowy odpływ pieniędzy z banków. Te pieniądze będą musiały zostać gdzieś ulokowane, a naturalnym wyborem są nieruchomości.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Rynek trójmiejski, na którym skupia się Dekpol Deweloper charakteryzuje się systematycznym wzrostem cen mieszkań. Atrakcyjna lokalizacja, rozwinięta komunikacja, a także wspaniałe walory turystyczne naszego regionu, zapewniają duże zainteresowanie ze strony klientów. W efekcie zakładamy, że ceny lokali będą utrzymywać się na podobnym poziomie, a w najlepszych lokalizacjach Trójmiasta nadal będą rosły.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Nie sadzę by zmiany stóp procentowych, nawet jeśli ostatecznie ulegną dalszemu obniżeniu, znacząco wpłynęły na ceny mieszkań czy kredytów. Możliwości dalszego obniżania kosztu pieniądza nie są już bardzo duże i sądzę że ewentualne zmiany będą niewielkie i spodziewamy się raczej długofalowej stabilizacji w tym zakresie.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu Nickel Development

Niskie stopy procentowe to silny bodziec, wspierający popyt na mieszkania. Dlatego sprzedaż mieszkań nie spada. Nie ma też powodów by prognozować, że w najbliższym czasie zmienią się ceny ofertowe. Sytuacja na rynkach zachodnich pokazuje nam, że choć wzrosty cen nieruchomości są mniejsze niż w 2019 roku to jednak nadal mówimy o tendencji wznoszącej. W Polsce nie odnotowaliśmy ani spadku cen gruntów, ani usług budowlanych, dlatego spadek cen nieruchomości w bieżącym roku jest mało prawdopodobny.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Sądzę, że ceny mieszkań w 2021 roku nie będą spadać. W niektórych lokalizacjach nawet wzrosną. Spodziewamy się raczej ustabilizowania cen, ale nie ich spadku. Klienci szukają coraz lepszych projektów, z balkonami i tarasami w dobrych lokalizacjach. Oczekują dobrze zaprojektowanych mieszkań, by w razie potrzeby korzystać z nich także w ramach pracy zdalnej. Doceniają też wsparcie w obszarze procedur kredytowych, przyspieszenia i ułatwienia możliwości otrzymania kredytu. Dlatego mamy specjalne umowy z bankami, aby zrealizować te oczekiwania.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu Aria Development

Niskie stopy procentowe wspierają popyt na mieszkania, gdyż polepszają zdolność kredytową klientów, którzy korzystają z kredytów hipotecznych. Zwiększają również atrakcyjność inwestycji w mieszkania na wynajem w porównaniu z lokatami bankowymi. Ponadto, stopy procentowe niższe od inflacji zachęcają osoby obawiające się utraty wartości ich oszczędności do relokacji środków na rynek nieruchomości i zakupu mieszkań. Jednakże referencyjna stopa procentowa jest obecnie na bardzo niskim poziomie i niewielka jej obniżka nie będzie miała tak dużego wpływu na rynek, jak zmiany ubiegłoroczne. Liczymy, że klienci, którzy chętnie korzystają z kredytów hipotecznych, będą w dalszym ciągu zainteresowani naszymi projektami.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Ceny mieszkań są wypadkową podaży i popytu. Wszystko wskazuje na to, że podaż nowych mieszkań w 2021 roku znacząco się nie zmieni. Szacujemy natomiast, że nieco wzrośnie poziom zainteresowania.

Oprocentowanie lokat bankowych i poziom inflacji w 2020 roku sprawiły, że trzymanie środków w banku oznaczało utratę ich wartości. Polacy wycofali z lokat blisko 80 mld zł i naturalnie te środki w jakimś stopniu trafiły na rynek pierwotny. Niski poziom oprocentowania kredytów był z kolei zachętą do skorzystania z tego źródła finansowania. Według szacunków, w kwietniu i maju ubiegłego roku ilość udzielanych kredytów hipotecznych spadła odpowiednio o 20 i 28 proc. r/r. natomiast we wrześniu i kolejnych miesiącach pojawiło się już znaczące ożywienie i powrót do ilości umów kredytowych zawieranych w analogicznym okresie 2019 roku.

Przewidywania na 2021 wskazują na utrzymujący się poziom inflacji w granicach 2,6-3 proc., więc utrzymanie obecnego poziomu oprocentowania lub ewentualne dalsze obniżki stóp procentowych przyniosą dalszy wzrost zainteresowania ochroną wartości kapitału poprzez inwestowanie m. in. w nieruchomości.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Przewidujemy, że ceny mieszkań mogą mieć nadal tendencję wzrostową, ponieważ istnieje zależność, że im tańsze są kredyty tym droższe mieszkania i odwrotnie. Poza tym, wzrost inflacji spowoduje, że klienci jeszcze chętniej będą inwestować środki w zakup mieszkań. Nieruchomości są jedną z najbezpieczniejszych form lokowania kapitału i skuteczną ochroną przed utrata wartości pieniądza.

Sylwester Śniadecki, prezes Śniadecki Development i Śniadecki Investment Group

Naszym zdaniem trudno jest jednoznacznie określić, jak ceny będą kształtowały się w związku z dalszymi obniżkami stóp procentowych. Przewidujemy, że pozostaną na obecnym poziomie lub odnotują nieznaczny wzrost w drugiej połowie bieżącego roku. Wszystko zależy jednak od tego, jak rynek będzie reagował na konsekwencje stagnacji gospodarczej trwającej od marca 2020.

Autor: dompress.pl