2020 rok w branży IT – wzrost wynagrodzeń w widełkach ofert pracy o 18% na B2B

Podczas gdy wiele branż walczy o przetrwanie, rynek IT w czasie pandemii kwitnie, a zarobki rosną niezależnie od specjalizacji. Jak wynika z danych No Fluff Jobs polskiego portalu z ofertami pracy dla branży IT w 2020 roku, wzrosty w dolnych widełkach wynagrodzeń w 2020 roku to 13% UoP i 18% B2B. „Na rękę” na kontrakcie B2B specjaliści backendowi mogli liczyć nawet na 18 000 zł, o 1 500 zł więcej niż rok temu,  a analitycy ze specjalizacją Business Intelligence nawet na 21 500 zł.

Na początku pandemii, w drugim kwartale roku, nic nie zapowiadało tak dynamicznego wzrostu. Pracodawcy byli ostrożni i skupili się na obserwowaniu sytuacji ekonomicznej w Europie oraz na dostosowywaniu procesu rekrutacji do możliwości pracy zdalnej. Natomiast w czwartym kwartale firmy wznowiły zamrożone wcześniej projekty, a w związku z wymuszonym przyśpieszeniem cyfryzacji wielu biznesów zapotrzebowanie na usługi informatyczne bardzo wzrosło – i rekrutacje ruszyły.

Najpopularniejsze technologie

Wzrost liczby ofert można było zaobserwować we wszystkich obszarach rynku. Pracodawcy z branży IT poszukiwali zarówno specjalistów ze znajomością języków backendowych, szczególnie tych programujących w językach Python i Java, jak i specjalistów mocnych w językach frontendowych – tu pilnie poszukiwane były osoby z doświadczeniem w programowaniu w Java Script czy Angular i React.

Więcej ofert i większe zarobki

Konieczność zwiększenia wydajności narzędzi do pracy i komunikacji online wpłynęła również na zwiększenie zapotrzebowania na pracę testerów i analityków danych, szczególnie w obszarze Business Intelligence. Zarobki dla testerów sięgały 16 000 zł netto na umowach B2B, o 2000 zł więcej niż w roku 2019. Nie zmieniły się natomiast wynagrodzenia proponowane przy umowach o pracę – maksymalnie 12 000 zł netto. Z kolei seniorzy szukający pracy w obszarze Business Intelligence mogli liczyć na zarobki nawet do 21 500 zł netto na umowie B2B.

W 2020 r. we wszystkich specjalizacjach IT proponowane zarobki wzrosły w stosunku do 2019 r. Średnio w całej branży IT najniższe proponowane zarobki wzrosły w stosunku do 2019 r. o 18 proc. na kontrakcie B2B – z 11 000 zł do 13 000 zł netto –  i o 13 proc. na umowie o pracę – z 8000 zł do 9500 zł netto. Z kolei najwyższe proponowane zarobki wzrosły średnio o 12,5 proc. na kontrakcie B2B – z 16 000 zł do 18 000 zł netto – i o prawie 8 proc. na umowie o pracę – z 13 000 zł do 14 000 zł netto.

W przypadku specjalistów backendowych maksymalne proponowane płace wzrosły z 16 000 zł netto do 18 000 zł netto na kontrakcie B2B oraz z 14 000 zł netto do 15 700 zł netto na umowie o pracę. W przypadku frontendowców wzrosły z 16 000 zł netto do 17 000 zł netto na kontrakcie B2B oraz z 13 500 zł netto do 15 000 zł netto na umowie o pracę.

Polscy programiści coraz częściej wybierają pracę dla zagranicznych firm

W minionym roku pracodawcy otworzyli się na pracę zdalną. O ile na początku 2020 r. ofert z możliwością pracy całkowicie zdalnej publikowanych na No Fluff Jobs sięgał około 15 proc. wszystkich ofert, to pod koniec roku było to już 40 proc.

Świat IT przestaje mieć fizyczne granicekomentuje Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs Doświadczeni programiści z Polski coraz częściej rozglądają się za pracą w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Holandii w poszukiwaniu ciekawych projektów, świeżych doświadczeń i wyższych zarobków. Z tego samego powodu polskie firmy przyciągają programistów z innych krajów, np. z Ukrainy i Białorusi. To wyzwanie dla pracodawców, którzy często nie są gotowi do przyjęcia do zespołu osób, z którymi komunikacja odbywa się wyłącznie w języku angielskim. Będą jednak musieli je podjąć, ze względu na dysproporcję między zapotrzebowaniem na usługi informatyczne względem liczby dostępnych na rynku specjalistów. Dodatkowo, aby zatrzymać w firmie pracowników, polscy pracodawcy muszą konkurować m.in. w kwestii zarobków z zachodnioeuropejskimi lub amerykańskimi pracodawcami – w Polsce nadal brakuje 50 tys. programistów, a w Unii Europejskiej liczba ta sięga aż 600 tys.

O poziomie wzrostu zapotrzebowania na usługi IT najlepiej świadczy liczba rekrutacji. W ciągu 2020 liczba ofert na portalu No Fluff Jobs wyniosła 26 tysięcy – najwięcej od początku jego istnienia i o 60 proc. więcej niż w roku 2019.

* Uwzględnione w raporcie oferowane wysokości wynagrodzeń to stawki miesięczne brutto na umowie o pracę oraz netto na umowie B2B. Podane w badaniu wartości są medianą – co oznacza, że 50 proc. specjalistów zarabia mniej niż podana kwota, a 50 proc. więcej.

Firma nabyła roboty budowlane, by wykonać kontrakt, ale fiskus bez uzasadnienia stwierdził, że nie zrobiła tego w celach zarobkowych i odmówił jej prawa do odliczenia VAT

Spółka zawarła kontrakt na dużą budowę. W trakcie jego realizacji jeden z jej partnerów, który miał wykonać część robót, upadł. Aby dopełnić kontraktu, spółka nabywała potrzebne usługi w zastępstwie od innych podwykonawców, w tym także w celu naprawy wad i usterek. Chciała odliczyć VAT naliczony na wystawionych przez nich fakturach. W grę wchodziły setki tysięcy złotych, ale fiskus stwierdził, że te nabyte usługi nie mają nic wspólnego z kontraktem, a spółka nie nabyła ich w celach zarobkowych zgodnie z wymogami ustawy o VAT. Na tej podstawie odmówił jej prawa do odliczenia.

Zawiązanie konsorcjum celem przystąpienia do przetargu

Firma budowlana działająca w formie spółki z o.o. w czerwcu 2015 r. zawarła umowę konsorcjum, w którego skład weszło dwóch partnerów, również będących spółkami z o.o. Celem zawiązania konsorcjum było skuteczne przystąpienie do udziału w postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego na wykonanie robót budowlanych. Firma została jego liderem i koordynatorem prac wykonywanych przez pozostałych partnerów w ramach realizowanego kontraktu. Do jej kompetencji należało również przyjmowanie i dokonywanie płatności i wszelkich rozliczeń w imieniu swoim oraz partnerów z konsorcjum.

Wzajemna odpowiedzialność członków konsorcjum

Partnerzy wedle swoich specjalizacji i zakresu robót zawierali ze zleceniodawcą/zamawiającym umowy na podwykonawstwo we własnym imieniu, a wszystkie trzy spółki, będąc stronami konsorcjum, wyłączyły przyjęcie odpowiedzialności za ewentualne zobowiązania któregokolwiek z partnerów, mogące powstać na podstawie tych odrębnych umów. W przypadku jednak zaspokojenia roszczenia w zamian za któregokolwiek z partnerów, temu który je zaspokoił, przysługiwało roszczenie regresowe o jego zwrot.

Każdemu z partnerów przysługiwało wynagrodzenie odpowiadające zakresowi wykonanych zgodnie z kontraktem robót, które odebrał zamawiający. Wypłacał je lider, który mógł również domagać się od danego partnera zwrotu kosztów, jakie poniósł, a do których ten partner był zobowiązany. Liderowi przysługiwało również prawo do przejęcia od partnera wykonawstwa robót, z którymi ten się spóźniał, wykonywał je niezgodnie z kontraktem lub wcale. Wówczas partner zobowiązany był do pokrycia kosztów wykonania tych robót przez konsorcjum, w tym przez zatrudnionych przez konsorcjum podwykonawców, oraz wszelkich innych szkód, jakich doznali pozostali partnerzy wskutek niewywiązania się przez niego ze swojej części kontraktu. Lider mógł za to doliczać narzut w wysokości 5% wartości wykonawstwa zastępczego.

 

Zawarcie kontraktu i konieczne nabycie usług celem jego wypełnienia

W lipcu 2015 r. konsorcjum zawarło z zamawiającym umowę na wykonanie robót budowlanych. W ich trakcie jeden z partnerów utracił płynność finansową i nie był w stanie terminowo regulować płatności za dostawy materiałów budowlanych. W maju 2017 r. lider zawarł z nim porozumienie, w ramach którego zobowiązał się do pokrycia tych płatności. Lider zmuszony był również zlecić osobom trzecim wykonanie zastępcze części prac budowlanych za ww. partnera, a także prace naprawcze w celu usunięcia wad i usterek w robotach budowlanych, które ten partner już wykonał.

Całkowita wartość szkody i częściowe odszkodowanie

Pełniąca funkcję lidera spółka wystosowała do ubezpieczyciela żądanie gwarancyjne wypłaty ponad 800 tys. zł w ramach odszkodowania za niewykonanie i/lub nienależyte wykonanie zleconych partnerowi prac. Ubezpieczyciel wypłacił żądaną kwotę, a spółka zaliczyła ją na poczet poniesionych przez siebie kosztów podwykonawstwa zastępczego i usunięcia wad. Podwykonawcy wystawiali na rzecz lidera faktury z odwrotnym obciążeniem VAT, przenosząc obowiązek rozliczenia VAT na lidera.

Spółka ustaliła całkowitą wartość poniesionej w związku z zaistniałą sytuacją szkody na kwotę 2 642 092,29 zł. Składały się na nią koszty nabycia wykonawstwa robót zastępczych w wysokości 2 517 088,82 zł, powiększone o narzut 5% zgodnie z ustaleniami umowy konsorcjum. Pomniejszając ją o kwotę wypłaconych w ramach gwarancji 802 892,88 zł, wystawiła notę obciążeniową na partnera w wysokości 1 822 180,00 zł.

Organ stwierdził, że spółka nie ma prawa do odliczenia VAT

Spółka wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z zapytaniem, czy ma prawo do odliczenia VAT z faktur dokumentujących nabycie przez nią opisanych wyżej zastępczych robót budowlanych od podmiotów trzecich. W lutym 2018 r. organ odmówił firmie takiego prawa. W lipcu 2018 r. partner ogłosił upadłość. Spółka jako jego wierzyciel zgłosiła swoje pozostałe do uregulowania roszczenie w wysokości 1 822 180,00 zł do syndyka, który wierzytelności tej nie uznał. Kwota ta, jak zaznaczyła spółka, nie obejmuje poniesionych przez nią wydatków na prace naprawcze wad i usterek, bo te zostały pokryte tytułem wypłaconego przez ubezpieczyciela odszkodowania.

Firma, rozliczając wykonane na rzecz zamawiającego prace, wystawiła faktury obejmujące również roboty budowlane wykonane w ramach ww. wykonawstwa zastępczego, na które wystawiła partnerowi notę obciążającą. Nie uwzględniła w nich jednak kosztów usunięcia usterek i wad, bo te zostały pokryte w ramach gwarancji przez ubezpieczyciela. Łączna kwota zafakturowania przez konsorcjum wyniosła 3 300 000,00 zł netto, a więc przekraczała koszt nabycia wykonawstwa zastępczego. Zamawiający inwestor wypłacił spółce tylko 1 300 000,00 zł, wdając się z nią w spór co do pozostałej kwoty.

Ponowny wniosek o wydanie interpretacji

W związku z zaistniałą sytuacją i zmianą stanu faktycznego, zwłaszcza w postaci odmowy uwzględnienia wierzytelności firmy przez syndyka, spółka na nowo wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej, czy jako nabywca usług zastępczych od podwykonawców, przyjmując rolę podatnika VAT, ma prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego.

Spółka stała na stanowisku, że przysługuje jej prawo do obniżenia VAT należnego o VAT naliczony od całej kwoty poniesionych przez nią kosztów nabycia zastępczych robót budowlanych, czyli 2 517 088,82 zł brutto, a więc łącznie z uzyskanym odszkodowaniem gwarancyjnym.

Warunkiem do odliczenia VAT jest związek wydatku z czynnością opodatkowaną

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej stwierdził, że spółka, ponosząc koszty zatrudnienia podwykonawców do wykonania prac w zastępstwie partnera, jak i naprawy powstałych z jego winy wad i usterek, nie czyniła tego w celach zarobkowych, lecz celem usunięcia skutków nierzetelnego wykonania świadczenia przez swojego partnera. Zdaniem organu koszt ten nie ma związku z czynnościami opodatkowanymi, a w konsekwencji spółce z tytułu ich nabycia nie przysługuje prawo do odliczenia podatku naliczonego. Jej roszczenie o zwrot tych nakładów miało charakter odszkodowawczy i nie podlega opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług. A jak wskazał organ, na mocy art. 86 ust. 1 ustawy o VAT warunkiem koniecznym możliwości odliczenia VAT przez podatnika jest istnienie związku pomiędzy wydatkiem a czynnością opodatkowaną.

Organ nie uzasadnił, z jakich przyczyn uznał, że spółka nie nabyła usług do celów zarobkowych

Dokonana przez organ interpretacja nie utrzymała się w sądzie, który uznał, że organ w sposób lakoniczny uzasadnił swoje przeciwstawne stanowisko do tego, które prezentuje spółka. Sąd stwierdził, że zaprezentowane przez Dyrektora KIS rozumowanie mogłoby być uzasadnione, gdyby spółka faktycznie uzyskała zwrot kosztów lub odszkodowanie za nabyte przez nią roboty budowlane. Zwrócił również uwagę, że organ w ogóle nie odniósł się do faktu, iż firma nie tylko zleciła podwykonawcom wykonanie robót celem usunięcia wad, ale i po to, by wywiązać się ze zobowiązań kontraktowych wobec zamawiającego. Zakupione prace odsprzedała później zamawiającemu i ujęła je na wystawionych mu fakturach. Jak podkreślił sąd, organ podatkowy nie uzasadnił, z jakich powodów uznał, że firma nie działała przy tym w celach zarobkowych. Mając to na uwadze, WSA przychylił się do skargi spółki. Jak orzekł:

„Nie odniósł się organ do podnoszonej okoliczności, że cały zakres prac wykonanych w ramach wykonawstwa zastępczego podlegał odsprzedaży na rzecz Zamawiającego, co dowodzi bezpośredniego związku nabytych usług od podwykonawców zastępczych z przychodami opodatkowanymi Skarżącej” (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie z 27 października 2020 r., sygn. akt I SA/Rz 424/20).

Organu nie obchodzi brak rekompensaty zapłaconego przez spółkę podatku

Opisana sprawa stanowi jaskrawy przykład absurdu. Absurdalnego postępowania, jakiego wobec przedsiębiorcy dopuścił się organ podatkowy, który powinien w istocie stać na straży bezpieczeństwa obrotu gospodarczego i pewności prawa. Trudno bowiem odnaleźć racjonalną przyczynę, jakiej nie potrafił też wskazać sam organ, dla której firma nabywałaby usługi, po czym poniosła ich koszty w innym celu niż realizacja ciążących na niej zobowiązań wynikających z kontraktu, prowadząca do zachowania źródła przychodu. Ale chyba jeszcze bardziej absurdalne w tej sprawie jest naruszanie przez organ kosztem przedsiębiorcy tak fundamentalnej, podstawowej reguły neutralności podatku VAT.

„Zasadny jest zarzut Skarżącej, co do braku stanowiska organu w odniesieniu do realizacji zasady neutralności VAT w sytuacji, gdy z wniosku wynika, że nie doszło i nie dojdzie do faktycznego zrekompensowania kosztów zapłaconego przez Skarżącą podatku” (sygn. akt I SA/Rz 424/20).

Autor: Kinga Hanna StachowiakWspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego.

PPP i energetyka – szansa na obopólne korzyści dla partnerów

Według oficjalnej bazy przedsięwzięć związanych z programem Partnerstwo Publiczno-Prywatne (PPP) prowadzonej przez Ministerstwo Funduszy I Polityki Regionalnej, na 132 zamierzeń inwestycyjnych, tylko 1 związany jest z energetyką. W przypadku podpisanych umów w ramach PPP jest nieco lepiej, bo mamy 3 projekty energetyczne na 151 zawartych umów. Teoretycznie PPP powinno być dla wielu gmin naturalnym wyborem w projektach energetycznych z uwagi na bardzo duże obciążenia finansowe za nimi stojące, w praktyce jednak po obu stronach istnieje wiele obaw i barier, co skutkuje znikomym zainteresowaniem podmiotów publicznych tym sposobem realizacji inwestycji.

W związku z  polityką klimatyczno-energetyczną w UE, która zakłada ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, wiele instalacji ciepłowniczych w Polsce będzie zmuszona w krótkim czasie odejść od węgla i przestawić się na odnawialne źródła energii. Wiąże się to z dużymi obciążeniami finansowymi, które będą rozłożone też na kolejne lata. Zdaniem ekspertów, w sytuacji gdy podmioty odpowiedzialne za inwestycje w ciepłownictwie, np. lokalny MPEC, nie będzie dysponował środkami na ich realizację – PPP może być chętniej wykorzystywany niż dziś.

„Głównym źródłem finansowania inwestycji w energetyce od kilku lat są dotacje oparte o środki unijne, których lwia część znajdują się w gestii Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW), oraz środki Wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Często też, takie inwestycje realizuje się w oparciu o kredyty komercyjne, które mają wpływ na zadłużenie gmin czy podmiotów celowych. PPP ma tą zaletę, że środki inwestowane przez partnera prywatnego, co do zasady nie są ujmowane jako zadłużenie. Niestety praktyka banków często wymusza na partnerze publicznym deklaracje w zakresie spłaty zobowiązania zaciągniętego na potrzeby realizacji przedsięwzięcia, a taka klauzula już musi być ujęta jako zadłużenie podmiotu publicznego, niwelując jedną z zalet PPP” – tłumaczy Małgorzata Dobrzyńska-Dąbska, z kancelarii DABSKA.LEGAL.

Samorządy mogą też przychylnie patrzeć na program PPP, w przypadku podwyższenia efektywności energetycznej, gdzie wynagrodzenia partnera prywatnego jest powiązane z realnymi oszczędnościami. Przykładowo, w Ząbkach zmodernizowano w 2018 r. oświetlenie uliczne. Koszty modernizacji pokrył podmiot prywatny, który miasto wyłoniło w postępowaniu konkurencyjnym i z którym zawarło umowę na 8 lat, a koszt inwestycji i koszty utrzymania instalacji (tj. ok. 5,5 mln) są spłacane z oszczędności uzyskanych ma kosztach energii w okresie obowiązywania umowy.

Z kolei w miejscowości Ruciane Nida wyłoniono już partnera prywatnego, który otrzymał koncesję na modernizację systemu grzewczego kotłowni. Co istotne, tamtejsze Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej (PEC) pozostało stroną umów z użytkownikami końcowymi, a wartość sprzedanej energii cieplnej jest rozliczana pomiędzy PEC i partnerem prywatnym.

„PPP jako alternatywny sposób przeprowadzenia inwestycji, mógłby być wykorzystywany częściej, ale na przeszkodzie stają obawy samorządowców np. dotyczące utraty kontroli nad majątkiem. Dodatkowo realizacje inwestycji z wykorzystaniem dotacji i finansowania pomostowego, samorządy i spółki celowe realizują z powodzeniem od kilku lat, więc jest to z reguły pierwszy wybór dotyczący finansowania. Praktyków, którzy ze strony samorządów i spółek celowych zetknęli się z PPP jest zdecydowanie mniej, jednak ten sposób finansowania inwestycji może być rozważany w momencie, gdy z różnych względów środki dotacyjne są dla podmiotu publicznego nieosiągalne” – dodaje ekspert.

Największym projektem realizowanym w ramach PPP w Polsce jest budowa instalacji termicznego przekształcania odpadów wraz z odzyskiem energii do zapewnienia dostaw ciepła do miejskiej sieci ciepłowniczej w Olsztynie, o wartości 850 mln zł. Projekt zaliczono co prawda do kategorii gospodarowania odpadami, jednak pokazuje ścieżkę jaką mogą iść inne  podmioty publiczne. Inwestycję realizuje MPEC Olsztyn, a jako partner prywatny występuje spółka Dobra Energia dla Olsztyna Sp. z o.o. powołana przez Meridiam Eastern Europe Investments oraz Urbaser Sau. W projekcie wykorzystano też dotację z NFOŚiG, w wysokości 172 mln zł. Partner prywatny będzie spalarnią zarządzać przez 25 lat, a inwestycja ma przyczynić się do zmniejszenia zużycia węgla do produkcji energii cieplnej z 98% do 36%. Prace budowlane, które już ruszyły, mają się zakończyć za około 2,5 roku.

„Wynagrodzeniem partnera prywatnego przy inwestycjach energetycznych mogą być opłaty za dostarczone ciepło oraz przekształcone termicznie odpady komunalne oraz opłaty za energię elektryczną uzyskane z rynku. Partner prywatny zapewnia też wkład finansowy w projekt. Choć taka duża inwestycja  oznacza wiele ryzyk zarówno u partnera prywatnego jak i po stronie publicznej, to korzyści w postaci realizacji celów klimatycznych i uniknięcie skokowego wzrostu zadłużenia mają istotne znaczenie dla spółek komunalnych, które będą z uwagą obserwować rozwój tego projekty” – podsumowuje  Dobrzyńska-Dąbska.

Software house czy zespół wewnętrzny? Aplikacje dla firm

Prowadzisz firmę? Potrzebujesz kogoś do stworzenia aplikacji? W tym momencie masz przed sobą bardzo ważną decyzję. Jako przedsiębiorca możesz po prostu zatrudnić programistów na etat. Masz już przecież dział marketingu, kadry czy księgowość. Czy warto to zrobić?

Czym jest software house?

Skoro tu jesteś, pewnie chcesz natychmiast dostać rozwiązanie Twojego dylematu. A skoro masz dylemat, to na pewno zdajesz sobie sprawę z istnienia firm typu software house i dobrze wiesz, czym się zajmują. Ale może trafić tu ktoś, kto pierwszy raz słyszy tę nazwę. Dlatego dla porządku trzeba wspomnieć, że software house to nic innego, jak przedsiębiorstwo programistyczne. Kiedy potrzebujesz aplikacji, zawsze trzeba wziąć pod uwagę podjęcie z nim współpracy.

Jakie są wady i zalety zatrudnienia programistów we własnej firmie?

Zacznijmy od wad. Skąd wiesz, że specjalista od programowania jest naprawdę dobry? Zapewne oceniasz to na podstawie jego portfolio. Tylko jak możesz mieć pewność, że technologie, z którymi jest obeznany, sprawdzą się w przypadku Twojej aplikacji? W branży IT panuje silna specjalizacja. Nie ma osób, które znają się na wszystkim.

Możesz oczywiście zatrudnić kogoś do skompletowania własnej ekipy, czyli zdecydować się na dodatkowe koszty. Tak, ekipy, bo dobre oprogramowanie zawsze tworzy wielu ludzi. Powiedz jednak – jak planujesz utrzymać dobry zespół przy sobie? Dobra pensja nie wystarczy. Dla prawdziwych informatycznych zapaleńców liczy się rozwój. Możesz zapewnić im wyzwania w dłuższym przedziale czasowym?

Tu dochodzimy do zalet. A właściwie do jednej zalety. Zatrudniając pracowników na stałe być może będziesz odczuwać większy spokój, jeśli chodzi o zachowanie tajemnicy zawodowej. Korzyść dość wątpliwa i czysto subiektywna, bo przecież z software house także podpisujesz umowę. I możesz zadbać, by doskonale chroniła ona Twoje interesy.

Co da Ci współpraca z software house?

Firma programistyczna dobierze rozwiązania technologiczne do Twojego projektu. Zapyta o Twoje cele biznesowe i zrobi wszystko, by dostarczyć Ci solidnie przemyślane pod tym kątem oprogramowanie. Do prac nad projektem zostanie powołany zespół specjalistów, którzy perfekcyjnie wpisują się w jego specyfikę.

UX i UI designer zadba o wygodną obsługę aplikacji. Jeśli tworzysz program dla swoich klientów, aplikacja będzie prowadzić ich prosto do zakupu. Masz w planach oprogramowanie dla pracowników? Specjalista zaprojektuje funkcjonalności w taki sposób, by mogli wykonywać swoje obowiązki lepiej i szybciej.

Jeśli tylko tego potrzebujesz, Twój program będzie dostosowany na potrzeby każdego systemu. Będzie można z niego korzystać zarówno na urządzeniach mobilnych, jak i stacjonarnych. Będzie to oczywiście wymagać współpracy programistów o różnych specjalnościach. Software house nie będzie mieć z tym żadnego problemu.

O wolność od błędów zadbają profesjonalni testerzy. O jasny podział prac na mniejsze części – projekt menadżer. W tym miejscu warto zaznaczyć, że efektem każdego etapu będzie samodzielnie działający fragment oprogramowania. Możesz zgłosić do niego swoje uwagi, co daje Ci pełną kontrolę nad całością.

Wybór zawsze należy do Ciebie.

Gdy zaczynasz pracować z software house, szybko odkrywasz, jak wiele czasu przy tym oszczędzasz. Przestajesz się denerwować, a zaczynasz skupiać się na przekazaniu wszystkich uwag dotyczących projektu w sposób jak najbardziej precyzyjny. W efekcie powstaje program, który napełnia Cię nie irytacją, a dumą.

Rekordowa skala niewypłacalności firm w Polsce w 2020 r. – raport Euler Hermes

Po najgorszym roku w historii niewypłacalności polskich firm przyjdzie kolejny – w 2021 firmy nie dostaną kolejnej tak dużej „szczepionki” z budżetu.

W 2020 r. w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano informacje o 1293 niewypłacalnościach polskich firm, tj. o 32% więcej niż przed rokiem i najwięcej w obecnej dekadzie. Niestety, przedsiębiorcom dłużej przyjdzie działać w warunkach dużego ryzyka finansowego – zagrożenia niewypłacalnością odbiorców. Z prognoz Euler Hermes wynika, iż w 2021 nastąpi kolejny znaczny wzrost liczby niewypłacalności w Polsce o +17%, ale także na rynkach eksportowych (+25%)

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego. Wiążą się z brakiem środków na pokrycie zobowiązań u dostawcy, powodując efekt domina – ich kłopoty z płynnością.

  • Sytuacja na rynku daleka jest od przesilenia – w IV kwartale 2020 r. była najwyższa liczba niewypłacalności w historii, było ich o 20% więcej niż w poprzednim, III kwartale 2020 r.
  • Coraz więcej firm nie czeka na realną pustkę w kasie, podejmując decyzję o restrukturyzacji i ochronie przed wierzycielami z wyprzedzeniem, na podstawie sygnałów rynkowych czy wyłącznie kierowani niekorzystnymi perspektywami.
  • Ryzyko nie jest rozłożone równomiernie – nie tylko branżowo, ale i geograficznie. Najbardziej dotknięte wzrostem liczby niewypłacalności są województwa ze znacznym udziałem usług transportowych i turystycznych z północno-zachodniej Polski a także z woj. świętokrzyskiego – z blisko lub ponad 100% wzrostem liczby niewypłacalności r/r
  • Największy wzrost skali problemów zakończony niewypłacalnością zanotowały firmy działające w sektorach transportu (+70% r/r) oraz usług (+69% r/r)
  • Załamanie łańcuchów dostaw, nieprzewidywalne wahania popytu (m.in. na produkty inwestycyjne czy w motoryzacji) oznaczały duże problemy wielu producentów – liczba ich niewypłacalności wzrosła r/r o 27%
  • Nie ma bezpiecznych branż – przykładem sektor spożywczy, w którym niewypłacalnych było 109 producentów i przetwórców (czyli ponad 1/3 wszystkich niewypłacalności firm produkcyjnych – 319)
  • Budownictwo – IV kwartał czasem odwrócenia trendów: obecnie to rynek zamawiającego, a nie wykonawcy, ponowny wyścig o zlecenia kosztem marży i przyszłości, co widać już w niewypłacalnościach – 44 w IV kw. 2020 vs. tylko 25 w IV kw. 2019 (czyli +76% r/r kwartalnie)
  • Handel – wydaje się, iż hurt rozdaje karty (pw. żywności i towarów konsumenckich), ale na horyzoncie problemy detalu, w którym liczba niewypłacalności wzrosła o 35% r/r

Jak ocenia skutki oraz perspektywy przedsiębiorców Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka:

– Tak złe rezultaty można tłumaczyć na wiele sposobów, wskazując m.in. zaszłości w gromadzeniu rezerw kapitałowych etc., ale najbliższe prawdy jest to najprostsze wytłumaczenie – pandemia i związane z nią ograniczenia oraz utrudnienia, co widać m.in. po niechlubnym rekordzie upadłości w usługach oraz w transporcie (nie tylko towarowym – ten powoli odżywa, ale także w tym pasażerskim). Nigdy w historii nie było tak dużych wzrostów liczby niewypłacalności, rzędu 70% r/r jak w tych sektorach – co pokazuje jak rozległe jest to zjawisko!Rekordowa skala niewypłacalności firm w Polsce

Ponadto, to tylko wierzchołek góry lodowej. Zapewne większość firm mniejszych, rodzinnych znika bez żadnego sygnału o ich problemach, często nie wyrejestrowując działalności (lub robiąc to z dużym opóźnieniem) w związku z paraliżem urzędów. Ten mało eksponowany w statystykach i na co dzień problem (mało kto pisze bowiem o problemach rzeszy drobnych firm, uwagę przyciągają tylko znane marki, np. z branży odzieżowej) rodzi duże ryzyko dla dostawców – zaskakiwanych z dnia na dzień brakiem kontaktu, nie mówiąc o płatnościach za swoje produkty i usługi. Ponadto wielu przedsiębiorców z wyprzedzeniem, często tylko w obawie o swoje perspektywy rozpoczyna postepowanie naprawcze. To oczywiście jak najbardziej słuszne i korzystne dla nich, zwiększające szanse powodzenia restrukturyzacji, ale niestety przenoszące problem jak wirus – na większą liczbę kolejnych firm, swoich dostawców, którzy nie otrzymują swoich należności.

– Na dodatek ryzyko nie ogranicza się tylko do wymienionych branż, tych najbardziej ewidentnie dotkniętych lockdownem, ale jest widoczne m.in. w motoryzacji i szerzej, w całym sektorze produkującym na potrzeby inwestycji i je obsługujący. Kryzys zawsze mocniej dotyka słabszych, a im większy kryzys – tym większy jego skutek. Obecny kryzys to pierwsza recesja w Polsce od 30 lat, więc efekt jest duży i współmierny do okoliczności. – wyjaśnia Tomasz Starus i wskazuje: – Rządowa kroplówka pozwoliła przetrwać pierwszy szok, ale nie wyposaży firm w kapitał na ponowny rozruch, bo ten będą musiały zdobyć same. Ponieważ jak zawsze pożyczkodawcy najchętniej pożyczają firmom w bezpiecznej sytuacji (co wcale nie dziwi), tym które w gruncie rzeczy mogą się bez tego obejść, to cała rzesza pozostałych firm operować będzie chciała przede wszystkim kapitałem w postaci towarów i usług od dostawców. W związku z tym przed większością polskich firm, przed zarządzającymi nimi najtrudniejszy rok i test z zarządzania i przedsiębiorczości w historii – niestety bez możliwości poprawek, drugiego podejścia do egzaminu. Strat w obecnej sytuacji generalnie nie da się odrobić, ratując się m.in. eksportem – na rynkach zagranicznych sytuacja nie jest bowiem lepsza.

Badanie KRD/NFG – Nawet 100 faktur mniej wystawiają miesięcznie firmy z sektora MŚP

Ponad 1/3 firm wystawia miesięcznie mniej faktur niż przed pandemią. To oznacza mniejsze wpływy w firmowym budżecie, ale też mniejszy obrót w gospodarce. Główne przyczyny zmniejszonej liczby faktur w obiegu to przede wszystkim: słabszy popyt na produkty i usługi, ograniczenia w działalności kontrahentów i problemy finansowe klientów – wynika z badania Krajowego Rejestru Długów i firmy faktoringowej NFG „Płynność finansowa MŚP w pandemii”.

Gospodarka jest systemem naczyń połączonych. W związku z tym również firmy, które nie zostały zmuszone do zamknięcia lub ograniczenia swojej działalności w pandemii, pośrednio też odczuły jej negatywny wpływ. Przykładowo, zamknięte stoki narciarskie to nie tylko problem właścicieli wyciągów i hoteli, ale także firm produkujących, handlujących i wypożyczających sprzęt do sportów zimowych. Zamknięte hotele i restauracje, to automatycznie zmniejszone zamówienia dla branży FMCG, w tym głównie hurtowni spożywczych i chemicznych itd.

Mniej faktur to mniej pieniędzy na koncie

Pod tym względem pandemia poczyniła luki w obrocie gospodarczym. Według badania „Płynność finansowa MŚP w pandemii”, przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej i firmy faktoringowej NFG, 34,4% przedsiębiorstw wystawia obecnie mniej faktur niż przed pandemią. Na drugim biegunie są firmy, które w pandemii wystawiają miesięcznie więcej faktur niż wcześniej – 26,8%. Z kolei 38,8% przedsiębiorców nie potrafi określić, czy i jak zmieniła się liczba wystawianych przez nich faktur w miesiącu.

Zjawisko utraty kontraktów lub zleceń najbardziej widoczne jest w firmach małych i tych działających w branży budowlanej. Więcej faktur obecnie wystawiają firmy średnie i te działające w branży produkcyjnej.

To właśnie w przemyśle mamy relatywnie najlepszą koniunkturę w pandemii. Indeks PMI w grudniu wzrósł do 51,7 pkt. z 50,8 pkt w listopadzie. Firmy produkcyjne, zwłaszcza te kooperujące z zagranicą, notują wręcz zwyżki zamówień. Gorzej natomiast radzą sobie branże: budowlana, handlowa i usługowa. W tej pierwszej aż 42 proc. firm uskarża się na spadek liczby wystawianych faktur. Tymczasem pamiętajmy, że mniejsza liczba faktur to także mniejsze wpływy do budżetów firm. Z naszych danych wynika, że w pandemii, z obawy przed utratą płynności finansowej, więcej firm budowlanych sięgało po faktoring – mówi Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

W poszukiwaniu utraconych faktur

Wśród głównych przyczyn, dla których przedsiębiorcy wystawiają mniej faktur, są przede wszystkim: słabszy popyt na ich produkty i usługi (55,2%), ograniczenia w działalności kontrahentów na skutek obostrzeń (53,5%) i problemy finansowe klientów (44,8%). Przedsiębiorcy wskazują, że sami też działają w ograniczonym zakresie na skutek obostrzeń (35,5%) lub ich kontrahenci/klienci zamknęli działalność (18%).

Wiele firm uskarża się również na brak środków finansowych, trudności z uzyskaniem od dostawców surowców niezbędnych do produkcji bądź świadczenia usług, brak rąk do pracy czy niewystarczającą ilość towaru – to wszystko też wpływa na ograniczenia w wystawianiu faktur.Badanie KRD NFG – Nawet 100 faktur mniej wystawiają miesięcznie firmy z sektora MŚP

Mniej szans na finansowanie

Nawet 100 faktur mniej wystawiają miesięcznie firmy z sektora MŚP, w porównaniu do sytuacji sprzed pandemii. Taką odpowiedź wskazało 13,4% firm (głównie średnich i produkcyjnych). Nieco ponad 1/4 przedsiębiorców wystawia do 10 faktur mniej (głównie mikroprzedsiębiorców z branży budowlanej). Z kolei małe firmy, głównie z branży handlowej, straciły do 30 faktur w miesiącu.

W tym miejscu warto podkreślić, że faktura fakturze nierówna. Bo dla jednej firmy utrata stu kontraktów będzie oznaczać 10-procentową lukę w budżecie, a dla innej utrata już jednej, dwóch faktur może być gwoździem do trumny, gdyż byli to po prostu strategiczni klienci. Taka sytuacja często ma miejsce w mikrofirmach, gdzie jedna niezapłacona faktura może realnie zagrozić płynności finansowej przedsiębiorstwa – zwraca uwagę Dariusz Szkaradek.

Mało tego – faktura stanowi dla przedsiębiorcy zabezpieczenie w momencie, gdy zechce on pozyskać finansowanie np. w formie faktoringu. Następuje wówczas cesja wierzytelności na zewnętrzną firmę – w tym wypadku faktora, i przedsiębiorca otrzymuje pieniądze z faktury, którą właśnie wystawił. Jeśli faktury nie wystawił – traci szansę na finansowanie, a jak wiadomo faktoring jest jednym najtańszych, najbezpieczniejszych i najskuteczniejszych instrumentów ochrony płynności finansowej.

Badanie „Płynność finansowa MŚP w pandemii” na zlecenie Krajowego Rejestru Długów i firmy faktoringowej NFG przeprowadzone przez IMAS International w IV kwartale 2020 r. metodą CAWI na grupie 500 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw.

2021 rokiem magazynów, ale i wyzwań dla logistyki e-commerce

Miniony rok był prawdopodobnie najlepszym dla rozwoju sektora magazynowego, a całkowita podaż powierzchni magazynowych – według różnych szacunków – przekroczyła już 20 milionów metrów kwadratowych. To dobry czas dla deweloperów, ale i duże wyzwanie dla branży TSL.

Choć w ubiegłym roku przez wszystkie przypadki odmieniano słowa „pandemia” i „lockdown”, to w nie mniejszym stopniu 2020 rok przyniósł ogromne przyspieszenie tempa rozwoju e-commerce. To właśnie e-handel zdominował dyskurs w branży TSL. Lockdown wymusił na nas pozostanie w domach i zmianę wielu nawyków. Tak, jak z konieczności przeszliśmy na pracę zdalną i opanowaliśmy narzędzia niezbędne do edukacji online, tak błyskawicznie przekonaliśmy się do zakupów przez internet. To oczywiście nie nowość, ale tak dynamicznego wzrostu popytu branża dotychczas nie odnotowała. Tam zaś, gdzie popyt, tam pojawia się konieczność walki o klienta i przyciągnięcia jego uwagi. W obliczu rozwoju e-commerce staliśmy się bardziej wymagający. Zaczęliśmy oczekiwać błyskawicznych dostaw, informacji o dostępności produktów, ale i przestaliśmy mieć opory związane z zamawianiem produktów i odsyłaniem ich dużych partii. Rynek błyskawicznie na to zareagował. Wiele firm nie miało możliwości dotarcia do klienta przez inne kanały, więc musiało odpowiedzieć na potrzeby konsumentów, jak i dotrzymywać kroku czujnej konkurencji.

Nowe magazyny, czyli impuls

Z danych firmy doradczej Axi Immo wynika, że już w trzecim kwartale 2020 roku udało się przekroczyć granicę 20 milionów metrów kwadratowych powierzchni magazynowych w Polsce, a po stronie popytu odnotowano jeden z najlepszych wyników w historii. Tylko w okresie od lipca do września wynajęto 1,22 mln metrów kwadratowych dostępnych w Polsce powierzchni magazynowych[1]. Wniosek jest prosty – to był kapitalny rok dla magazynów. Spora w tym zasługa zarówno wspomnianego sektora e-commerce, ale także całej branży FMCG, której pandemia w ogóle nie osłabiła i która w ogóle nie odczuła skutków lockdownu. To, co zwraca naszą uwagę, to rozwój SBU, czyli niewielkich podmiejskich inwestycji magazynowych. Dla e-commerce i firm kurierskich, ale i FMCG takie magazyny to dobra wiadomość, bo oznaczają skrócenie łańcuchów dostaw, szybszy i sprawniejszy transport – a w warunkach wysokiej konkurencyjności jest to szczególnie pożądane.

Wyzwania – automatyzacja i logistyka ostatniej mili

Nowe powierzchnie magazynowe to wielka szansa dla TSL, ale nie można zapominać o wyzwaniach i zobowiązaniach branży. Istotnym aspektem skrócenia łańcuchów dostaw jest nie tyle zmniejszenie fizycznego dystansu pomiędzy kolejnymi jego ogniwami, ale usprawnienie wzajemnego przepływu informacji pomiędzy nimi. Ogromna w tym rola nowych technologii, zwłaszcza sztucznej inteligencji, która może wspierać automatyzację magazynu, a tym samym – zwiększyć efektywność procesów, oszczędzić więcej miejsca czy zmniejszyć koszty transportu bliskiego i energii elektrycznej. Doskonałym tego przykładem jest nierozwiązana jeszcze kwestia logistyki ostatniego kilometra. Nowe magazyny w dodatkowych lokalizacjach „bliżej” klienta mogą skrócić dystans i czas dostawy, ale tylko w sytuacji, gdy są wspierane przez analitykę big data i staranne planowanie logistyczne już na etapie wprowadzania produktów „na magazyn”.

Podsumowując – rozwój sektora magazynowego powinien nieść za sobą nie tylko ilość, ale i jakość. Potrzebujemy więcej magazynów, ale takich, które są inteligentne i nowoczesne. To poważne wyzwanie dla branży TSL, zwłaszcza logistyków, którzy powinni dostrzec potencjał nowych technologii i SI.

Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics

[1] AXI IMMO Raport – Polski rynek magazynowy III kw. 2020 r. – AXI IMMO

„Silna turystyka to zachodniopomorska racja stanu” – Północna Izba Gospodarcza nie zgadza się na różnicowanie przedsiębiorców i brak wsparcia dla Pomorza Zachodniego

Turystyka jest mocno dotknięta gospodarczymi konsekwencjami pandemii koronawirusa. Pas nadmorski w sezonie zimowym zapełniał się turystami z Niemiec oraz zwolennikami weekendowego wypoczynku. Obecnie największe kurorty są opustoszałe, a przedsiębiorców martwi brak rezerwacji nawet na miesiące wiosenne.  Niemiecki lockdown również nie ułatwia sytuacji. Wszyscy zgodnie twierdzą, że ludzie obawiają się planować wypoczynku wielkanocnego czy majówkowego, bo nie wiadomo czy pandemia do tego czasu odpuści. Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie ponawia apel o wsparcie celowe dla zachodniopomorskiej turystyki. Przy okazji demaskujemy pewną manipulację, którą Rząd tłumaczył, dlaczego gminy górskie zimą powinny otrzymać wsparcie, a nadmorskie już nie. – Turystyka zachodniopomorska to nie jest już tylko słońce, morze i plaża, a tętniący życiem cały rok organizm. Nie możemy mówić, że latem modne jest morze, a zimą góry i tak sezonowo rozdzielane będzie wsparcie. Przecież latem turystów w górach również nie brakuje. Jesteśmy przeciwni różnicowaniu przedsiębiorców. Silna turystyka to zachodniopomorska racja stanu – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Zestawiono cztery województwa przeciwko dwóm i nie doliczono turystów z zagranicy. Pomorze Zachodniopomorskie poszkodowane w wyliczeniach ministerialnych

Jako Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie bardzo aktywnie włączamy się walkę o branżę turystyczną. Przygotowaliśmy co najmniej kilkanaście apeli i pism o wsparcie do przedstawicieli rządu i organów rządowych. Opracowaliśmy wspólnie projekt Tarczy Antykryzysowej dedykowanej branży turystycznej i okołoturystycznej, zawierający cały szereg rozwiązań prawnych, administracyjnych i finansowych.

– W odpowiedzi uzyskanej z Departamentu Turystyki Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, ku naszemu zdumieniu, otrzymaliśmy informację, iż „Wsparcie przewidziane uchwałą oparto o analizę ruchu turystycznego za I kwartał z lat 2018-2020. Na jej podstawie można stwierdzić, że w okresie zimowym krajowy ruch turystyczny koncertuje się w województwach, na terenie których znajdują się gminy górskie (województwa Dolnośląskie, Małopolskie, Podkarpackie i Śląskie). Średnie dane z I kwartału w ostatnich 3 latach pozwalają oszacować wielkość krajowego ruchu turystycznego na terenie tych czterech województw w sumie na poziomie około 3,8 mln, co stanowi około 40% ruchu na terenie całego kraju w tym okresie każdego roku. W tym samym okresie na terenie dwóch województw nadmorskich, tj. Pomorskiego i Zachodniopomorskiego, odnotowywano około 1,4 mln krajowych podróży turystycznych, co stanowiło około 15% ruchu krajowego mieszkańców Polski.” – mówi dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny. Statystyki wyraźnie pokazują, że dysproporcje między turystyką górską i morską wynoszą 36% (województwa Dolnośląskie, Małopolskie, Podkarpackie i Śląskie) do 20% ruchu turystycznego w regionach nadmorskich.

– Powyższa metodologia zawiera jednak istotne wady, które wpływają na ogólny błąd we wskazanych wyliczeniach. A mianowicie zestawiono cztery województwa naprzeciwko dwóm województwom. Po drugie nie uwzględniono turystów zagranicznych, a przecież turyści z Niemiec czy Skandynawii tłumnie odwiedzają nasze kurorty bez względu na porę roku. Naszym zdaniem dokonano manipulacji, która miała uzasadnić nierównomierne wsparcie przedsiębiorców działających w branży turystycznej – dodaje dr Piotr Wolny.

Prezes Hanna Mojsiuk apeluje: „Panie Premierze, zapraszamy nad morze!”

Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk wzięła udział w posiedzeniu komisji  gospodarki, infrastruktury i ochrony środowiska zachodniopomorskiego sejmiku. – Skala strat o których informowali samorządowcy i przedsiębiorcy obecny podczas komisji była ogromna i nie mogła pozostawić nas obojętnymi. To czas na działanie i aktywny lobbing w obronie turystyki.  W związku z powyższym apelujemy wspólnie z samorządowcami, parlamentarzystami i przedsiębiorcami o uruchomienie podobnego programu wsparcia w proporcjonalnym udziale finansowym do prawdziwych danych o ruchu turystycznym. Przedsiębiorcy znad morza to nie tylko hotelarze, ale i gastronomia, rybacy, osoby zajmujące się sprzedażą pamiątek. Małe firmy, które nie mają biznesowych alternatyw, a są regularnymi płatnikami do budżetu. Zdarzają się sytuacje, że po prostu nie mają za co nakarmić swoich rodzin – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej.

– Apelujemy do Premiera RP o uwzględnienie pasa nadmorskiego w uruchamianym dla Południa Polski specjalnym programie pomocowym dla samorządów, które utraciły dochody związane z zamrożeniem turystyki, mamy pełną świadomość jak takie wsparcie mogłoby pomóc lokalnym gminom i przedsiębiorcom przetrwać ten trudny czas – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk. – Będziemy głośno upominać się o zachodniopomorską turystykę. Panie Premierze, prosimy żeby przyjechać nad morze, przejść się pustymi alejami spacerowymi, porozmawiać z przedsiębiorcami. Turystyka to nie tylko góry. Wsparcie powinno dotrzeć do wszystkich, którzy są gospodarczymi ofiarami koronawiursa – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk.

Nowe szczyty na rynkach amerykańskich w tle inauguracji nowego prezydenta

Z pewnością najczęściej komentowanym wydarzeniem zarówno dla giełdy, jak i polityki w minionym tygodniu było zaprzysiężenie nowego prezydenta USA, Joe Bidena, które odbyło się w środę 20 stycznia. Tydzień rozpoczął się spokojnie, ponieważ w poniedziałek Amerykanie obchodzili Dzień M. Lutera Kinga i giełdy w USA były zamknięte. Od wtorku jednak rozpoczęły się wzrosty na amerykańskim rynku i we środę indeksy: Nasdaq, S&P 500 oraz Dow Jones poprawiły historyczne rekordy ustanowione kilka tygodni wcześniej. Pozytywne nastroje inwestorów przełożyły się na znaczne wzrosty spółek technologicznych – Netflix po publikacji wyników za Q4 zyskał aż 17%. Zyskiwały także metale szlachetne, cena złota wzrastała, jednak już w piątek została ona poddana korekcie, w wyniku czego tydzień zakończył się umiarkowanym wzrostem +1,49%. Tradycyjnie srebro podążało za złotem, jednak z większą zmiennością i ostatecznie srebro skończyło tydzień wzrostem +2,92%.

W czwartek odbyło się posiedzenie Rady Prezesów EBC. Nie dokonano zmian parametrów polityki pieniężnej w strefie euro, co było zgodne z oczekiwaniami rynku. Oznacza to, że główna stopa procentowa pozostaje na poziomie 0,00%, natomiast depozytowa na poziomie -0,5%. EBC potwierdził również kontynuację programu QE oraz zapowiedział, że jeśli zajdzie taka potrzeba, działania stymulacyjne zostaną rozszerzone.
Zarówno giełdy krajów zachodnioeuropejskich, jak i Polska GPW zakończyły tydzień ze stratą. Głównym powodem gorszych nastrojów inwestorów był brak widocznej poprawy w walce z pandemią, a także wprowadzanie kolejnych lockdownów w części krajów, np. Francji oraz przedłużanie tych, które już trwają. W minionym tygodniu WIG stracił niemal 1%, a WIG20 spadł o 1,66%, co obniżyło jeszcze jego wynik od początku roku, który wynosi -1,6%.

W piątek GUS opublikował dane z polskiego rynku pracy, które okazały się dosyć pozytywne, ponieważ przeciętne zatrudnienie spadło jedynie o 1% r/r, a przeciętne wynagrodzenie wzrosło o 6,6% w ujęciu rocznym.

W bieżącym tygodniu najważniejszymi wydarzeniami mającymi wpływ na rynki będą: posiedzenie FED, rozpoczęcie Światowego Forum Ekonomicznego, które zwykle miało miejsce w Davos, a w tym roku odbędzie się online oraz aktualizacja prognoz globalnego PKB przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Rezerwa Federalna zbierze się we wtorek na pierwszym posiedzeniu w tym roku, a decyzja w sprawie dalszej polityki monetarnej zapadnie w środę. Również w tym tygodniu możemy spodziewać się publikacji danych dotyczących PKB Polski za 2020. Bez wątpienia będzie to najniższy wskaźnik od ponad 20 lat.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Amnesty International: Bogate kraje kupiły już ponad 80 proc. dostaw szczepionek. Biedne zaszczepią w tym roku tylko 1 na 10 osób

Ponad 80 proc. dostaw szczepionek Pfizera-BioNTechu i Moderny planowanych na 2021 rok zostało już sprzedanych do bogatych krajów. Te zakontraktowały już wystarczającą liczbę dawek, aby do końca roku zaszczepić całą swoją populację prawie trzykrotnie. Tymczasem biedniejsze nie będą w stanie zaszczepić nawet lekarzy czy osób z grup ryzyka. Blisko 70 krajów o niższych i średnich dochodach w tym roku zaszczepi tylko 1 na 10 swoich obywateli – wynika z danych Amnesty International. Organizacja podkreśla, że – zgodnie z międzynarodowym prawem dotyczącym praw człowieka – na bogatszych państwach spoczywa odpowiedzialność za pomoc tym, które dysponują mniejszymi zasobami, a bez solidarności nie uda się zakończyć globalnej pandemii COVID-19. Według WHO będzie to możliwe dopiero po wyszczepieniu około 70 proc. całej światowej populacji. 

W krajach Europy masowe szczepienia przeciw COVID-19 ruszyły 27 grudnia. W sobotę Wielka Brytania poinformowała, że tylko w ciągu jednej doby zaszczepiono prawie pół miliona obywateli (do tej pory co najmniej jedną dawkę szczepionki przyjęło w sumie ponad 5,8 mln Brytyjczyków). Wśród krajów, które przodują w szczepieniach, jest też Izrael, który do tej pory zaszczepił ok. 25 proc. swojej populacji, a w ubiegłym tygodniu rozpoczął podawanie szczepionki młodzieży w wieku 16–18 lat.

W Polsce z kolei wykonano do tej pory ponad 707,5 tys. szczepień (niecałe 2 proc. populacji), a według rządowych zapowiedzi do końca marca mają one objąć ok. 3,1 mln Polaków. W sobotę pełnomocnik rządu Michał Dworczyk poinformował, że 3,1 mln szczepionek, które mają dotrzeć do Polski z końcem marca, zostały już w pełni rozdysponowane i w tej chwili nie ma już wolnych dawek. Dynamika szczepień w naszym kraju jest niewystarczająca, ale jak uzasadnia rząd ma to związek m.in. z tymczasowym ograniczeniem dostaw szczepionki Pfizera-BioNTechu do państw UE. Firma zapowiedziała, że czasowo ograniczy dostawy do krajów europejskich po to, żeby móc zwiększyć moce produkcyjne i nadrobić je w II kwartale.

– Nawet w Polsce, czyli w kraju członkowskim jednego z najbogatszych bloków gospodarczych na świecie, szczepienia na COVID-19 będą opóźnione ze względu na trudności z wyprodukowaniem odpowiedniej liczby dawek szczepionki. To pokazuje, że kraje najbiedniejsze zapewne będą musiały czekać jeszcze wiele miesięcy, jeśli nie lat, aby móc zaszczepić swoich obywateli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Wojciech Wilk, prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Jak wskazuje, według realistycznych prognoz część krajów afrykańskich będzie mogła przeprowadzić szczepienia na masową skalę dopiero w 2023 roku. To oznacza, że jeszcze przez co najmniej kolejne dwa lata będą dotknięte medycznymi, społecznymi i gospodarczymi skutkami obecnej pandemii.

– Jednocześnie one cały czas będą zagrożeniem epidemiologicznym dla innych krajów, dlatego że wirus mutuje. Mówimy nie tylko o mutacji wirusa w Wielkiej Brytanii, ale też o nowych szczepach – prawdopodobnie bardziej zaraźliwych – które pojawiły się w Republice Południowej Afryki, ostatnio w Brazylii. Dlatego wyszczepienie jak największej liczby ludzi na świecie jest konieczne do tego, żeby zapewnić bezpieczeństwo epidemiologiczne – podkreśla dr Wojciech Wilk.

Według Światowej Organizacji Zdrowia osiągnięcie zbiorowej odporności będzie możliwe dopiero po wyszczepieniu około 70 proc. całej światowej populacji. Jeżeli część państw pozostanie bez dostępu do szczepień, nie uda się zakończyć globalnej pandemii, bo wirus cały czas będzie się rozprzestrzeniać.

– Nie wystarczy, że zaszczepimy ludność Europy, a o wszystkich poza Europą możemy zapomnieć, bo to jest choroba zakaźna. W latach 70. udało się wyeliminować ospę, bo szczepienia objęły cały świat. Podobnie teraz, żeby wyeliminować COVID-19, szczepienia też muszą objąć cały świat – podkreśla prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Jak podaje Amnesty International, bogate kraje zakontraktowały już wystarczającą liczbę dawek, aby zaszczepić całą swoją populację prawie trzykrotnie do końca 2021 roku. Przoduje Kanada, która wykupiła taką liczbę dawek, która pozwoliłaby zaszczepić każdego obywatela pięć razy. Z kolei UE zakontraktowała dotąd w sumie blisko 2,4 mld dawek, z czego do Polski w ramach wspólnego mechanizmu zakupowego ma trafić 60 mln.

Według danych międzynarodowej organizacji Oxfam bogate kraje reprezentujące zaledwie ok. 13 proc. światowej populacji kupiły do tej pory 53 proc. wszystkich przyszłych, najbardziej obiecujących szczepionek. Z kolei od listopada ponad 80 proc. dostaw szczepionek Pfizera-BioNTechu i Moderny planowanych na 2021 rok zostało już sprzedanych do bogatych krajów.

Tymczasem 67 państw (w tym m.in. Kenia, Birma, Nigeria, Pakistan i Ukraina) o niższych i średnich dochodach pozostaje daleko w tyle. Według Amnesty International w całym przyszłym roku będą one w stanie zaszczepić na COVID-19 tylko 1 na 10 swoich obywateli, o ile przemysł farmaceutyczny i rządy innych państw nie zapewnią im właściwej pomocy.

– Tutaj wyzwania są trzy. Po pierwsze, kwestie wyprodukowania odpowiedniej liczby dawek szczepionki. Po drugie, możliwości zakupu tych szczepionek przez najbiedniejsze kraje świata. One nie są drogie, np. szczepionka Pfizera kosztuje ok. 40 dol., czyli ok. 160 zł za dwie dawki. Ale w przypadku stumilionowej Etiopii przekłada się to już na dość duże koszty. Pamiętajmy, że PKB krajów afrykańskich, czyli wielkość całej ich gospodarki, jest porównywalna do PKB jednego polskiego województwa. Zatem z naszego polskiego punktu widzenia te stosunkowo nieduże koszty związane z zakupem szczepionek dla krajów afrykańskich są niesamowicie wysokie – mówi dr Wojciech Wilk.

Jak podkreśla, trzecim wyzwaniem jest nie tylko sam zakup szczepionek, ale również koszty związane z ich transportem i dystrybucją.

– Ogromne nakłady muszą być wyłożone na proces szczepienia, nie tylko personel medyczny, który musi podać te szczepionki całej populacji, lecz także m.in. na proces transportu. Szczepionka Pfizera musi być przechowywana w -70 stopniach Celsjusza. W przypadku większości krajów afrykańskich jest praktycznie niemożliwe, żeby dostarczyć ją do terenów położonych w głębi lądu – mówi .

Prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej wskazuje, że wiele krajów afrykańskich na skutek przedłużającej się pandemii i lockdownu może wejść w fazę głębokiego kryzysu gospodarczego, co pociągnie za sobą kolejne wojny domowe i kryzysy humanitarne na całym kontynencie.

– Jeżeli zapaść w ruchu turystycznym i handlu międzynarodowym będzie trwała jeszcze rok, to wiele z tych krajów wejdzie w fazę naprawdę głębokiego kryzysu, który może skutkować powstaniem nowych zarzewi wojen domowych. Na przykład w Libanie widzimy, jak kryzys gospodarczy bardzo szybko przekształca się w kryzys polityczny, a na to nakłada się jeszcze pandemia COVID-19 i kryzys uchodźców syryjskich – zaznacza.

Amnesty International wskazuje, że zgodnie z międzynarodowym prawem dotyczącym praw człowieka wszystkie kraje mają obowiązek współpracować w odpowiedzi na pandemię, a na bogatszych państwach spoczywa szczególna odpowiedzialność za pomoc tym, które dysponują mniejszymi zasobami. Tymczasem w tej chwili część rządów skupia się wyłącznie na zapewnieniu szczepionek własnym obywatelom, gromadząc liczbę dawek pozwalającą na zaszczepienie ich po kilka razy, podczas gdy biedne państwa nie będą w stanie zaszczepić nawet lekarzy czy osób z grup ryzyka. Co istotne, ich obywatele są też w większym stopniu narażeni na zakażenie COVID-19, m.in. z powodu niedoboru wody pitnej, żywności i ograniczonego dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej.

– Zaszczepienie ludności najbiedniejszych krajów na świecie jest moralnym obowiązkiem, przede wszystkim władz tych krajów, ale i wszystkich tych, którzy z tych szczepionek skorzystali i są w stanie pomóc finansowo czy z punktu widzenia humanitarnego. Ten proces będzie trwać, ale w naszym własnym interesie jest to, aby szczepionka jak najszybciej dotarła do ludzi najbardziej potrzebujących – szczególnie do uchodźców mieszkających w przepełnionych obozach, gdzie panują bardzo ciężkie warunki życia i inne choroby, nie tylko COVID-19. Na przykład na granicy tureckiej – czyli tysiąc kilometrów od granicy UE – są obozy, gdzie na 1 mkw. przypada ponad 3 tys. osób. Łatwo sobie wyobrazić, jak ogromny będzie koszt ludzki i jak wiele osób może pochłonąć pandemia w obozach dla uchodźców, zanim tam dotrze szczepionka – mówi dr Wojciech Wilk.