Future Collars z finansowaniem ponad 5 mln PLN na rozwój edukacji online

Pandemia zwiększyła zapotrzebowanie na edukację online. Na obszarze EduTech skupia się również zainteresowanie inwestorów. Future Collars, nowoczesna szkoła programowania i kompetencji cyfrowych online, pozyskała 5 mln PLN od funduszy VC. Finansowanie umożliwi firmie dalszy rozwój oferty usług konsumenckich i biznesowych oraz kontynuowanie misji demokratyzacji dostępu do nauki i pracy.

W tym roku boleśnie przekonaliśmy się o tym, że funkcjonowanie gospodarki jest zależne od możliwości pracy i nauki w formule online, a dotychczasowy model edukacji został przygotowany z myślą o świecie, który przestał istnieć. Dzięki Future Collars każdy może sięgnąć po rzetelną edukację oferowaną poprzez szkolenia online ze wsparciem mentorów, którzy pomogą w zdobyciu wiedzy potrzebnej do bycia atrakcyjnym na rynku pracy.

Promowany przez nas od 2016 roku model nauki umożliwia ciągły rozwój i edukację online z niezawodnym wsparciem najlepszych specjalistów z branży IT oraz ekspertów od kompetencji cyfrowych. Wykorzystujemy potencjał nowych technologii i za ich pośrednictwem docieramy do każdego, komu zależy na szybkiej ścieżce rozwoju lub przebranżowieniu się. Skuteczność naszej metody jest wynikiem trzech elementów: możliwości zdobywania wiedzy od praktyków, swobodnej nauki zdalnej na autorskiej platformie e-learningowej i pracy nad projektami w zespołach rozproszonych. Dotychczas w kursach Future Collars wzięło udział ponad 1000 osób skomentowała Beata Jarosz, współzałożycielka Future Collars.

Przebranżowienie na życzenie

O zmianach w sposobie zdobywania wiedzy i nadchodzącym trendzie uczenia się przez całe życie (lifelong learning) mówiono już w 2018 roku podczas Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) w Davos. Eksperci przewidywali wówczas, że do 2025 roku około 375 milionów pracowników będzie zmuszonych do przebranżowienia się (reskilling). Zwracano także uwagę na trend doskonalenia swoich kwalifikacji (upskilling).

W 2021 roku, kiedy wciąż mierzymy się z druzgocącymi skutkami trwającej pandemii, coraz wyraźniej dostrzegamy, że niedobór odpowiednich umiejętności oraz przyspieszony postęp automatyzacji procesów wywołuje lawinową wręcz potrzebę upskillingu i reskillingu. Aby nadążyć za zmianami zachodzącymi w tzw. nowej normalności, zdobywanie kompetencji i ciągłe uczenie się to konieczność, zarówno z perspektywy pracowników, jak i pracodawców – dodaje Beata Jarosz.

Potwierdzają to dane opublikowane w tegorocznym raporcie WEF[1]. Okazuje się, że aż 94% liderów biznesu oczekuje, że pracownicy będą zdobywać nowe kompetencje, przy czym sami inwestują w rozwój zatrudnionych, oferując im możliwość nauki online. Równocześnie już 40% pracowników podejmuje się doszkalania za pośrednictwem internetu z własnej inicjatywy. 

To gra warta świeczki. Według analizy WEF znaczna część osób, które w przeciągu ostatnich 5 lat znalazły zatrudnienie w tzw. zawodach jutra, przeszły tam z niepowiązanych branż. Przykładowo wśród osób przechodzących do zawodów związanych z danymi i sztuczną inteligencją, aż 50% stanowią te, które wcześniej nie pracowały w branży IT –   powiedziała Joanna Pruszyńska-Witkowska, współzałożycielka Future Collars.

Zawód przyszłości potrzebny od zaraz

Future Collars zostało stworzone z myślą o potrzebach rynku pracy, który dynamicznie się zmienia.  Startup oferuje edukację w ramach tzw. zawodów przyszłości. Chodzi m.in. o takie profesje jak: Data Science, Java Developer, Frontend Developer, UX Designer, Scrum Master czy Python Developer.

W jednej z pierwszych faz rozwoju startupu (tzw. fazie seed) Future Collars pozyskał finansowanie na rozwój od funduszu inwestycyjnego venture capital (VC) Simpact oraz inwestorów prywatnych. Wówczas Spółka otrzymała 1,2 mln PLN, co pozwoliło rozszerzyć funkcjonalności platformy e-learningowej. Tym razem potencjał firmy został dostrzeżony przez KnowledgeHub, który zdecydował się zainwestować 4 mln PLN.

Pandemia koronawirusa znacząco przyspieszyła proces cyfryzacji firm, które z dnia na dzień musiały dostosować swoje procesy biznesowe do nowej rzeczywistości. Zapotrzebowanie na kompetencje cyfrowe rośnie szybciej niż przypuszczaliśmy, a wraz z nim rynek edukacji online. Liczba osób, które w ostatnim roku poszukiwały okazji do nauki online wzrosła czterokrotnie. W 2020 roku pięć razy więcej przedsiębiorstw zaoferowało szkolenia online swoim pracownikom. Te dane pokazują, że produkt Future Collars, autora innowacyjnego modelu do nauki kompetencji przyszłości, został uszyty na miarę obecnych czasów i jest skazany na sukces. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że startup tworzą dwie, doświadczone zawodowo kobiety, których nadal brakuje w świecie IT i nowych technologii. Mam nadzieję, że nasz fundusz pozwoli im znacznie rozwinąć portfolio produktów i usług oraz w szybkim tempie osiągnąć założone cele – mówi Krzysztof Pudlak, managing partner w KnowledgeHub.

[1]„The Future of Jobs Report 2020”, Światowe Forum Ekonomiczne, październik 2020 r.

Przedsiębiorcy z kredytami frankowymi też wygrywają z bankami

Do sądów gospodarczych wpływa coraz więcej spraw przedsiębiorców, którzy zaciągnęli kredyty powiązane z walutą CHF. Choć nie mogą oni powołać się na zapisy abuzywne w umowach i przepisy chroniące konsumentów, sądy znajdują podstawy do unieważnienia ich umów kredytów w oparciu o inne przesłanki.

W dniu 21 grudnia 2020 roku Sąd Okręgowy Wydział Gospodarczy wydał wyrok w sprawie XXVI GC 586/20 orzekając nieważność umowy kredytu waloryzowanego do kursu CHF zawartej pomiędzy wspólnikami spółki cywilnej a mBankiem.

Sąd gospodarczy oparł się na opiniach biegłych i ustalił, że mechanizm waloryzacji jest nietransparentny i tylko częściowo opisany w umowie, a jego zamieszczenie tam prowadzi do braku określenia świadczenia głównego w umowie. Ponadto, sąd wskazał na nierównomierne rozłożenie ryzyka walutowego i misseling z uwagi na nieadekwatność kredytu do działalności spółki i jej doświadczenia oraz fakt, że kredyt służył realizacji jedynie jej celów pobocznych.

„Biegli w tych procesach potwierdzają przede wszystkim nierównowagę kontraktową i przewagę informacyjną banku oraz że umowy te zawierają w
sobie elementy instrumentu finansowego. Jestem pozytywnie zaskoczona przede wszystkim przygotowaniem merytorycznym sądów gospodarczych,
którym łatwiej przychodzi zrozumienie skomplikowanych wątków finansowych” – komentuje mec. Barbara Garlacz, która prowadzi kilkadziesiąt spraw przedsiębiorców posiadających kredyty powiązane z waluta CHF.

Czy wkrótce w Polsce ruszą Fundusze Inwestycji w Nieruchomości (REIT)?

Do tej pory inwestowanie na lukratywnym rynku nieruchomości dla większości drobnych inwestorów oznaczało ich kupowanie, które służyło np. przechowaniu wartości kapitału lub zarabianiu na wynajmie. Oczywiście, można też zarabiać będąc udziałowcem w przedsięwzięciu deweloperskim i to nawet 12,5% rocznie. Jest to niezwykle atrakcyjne na tle inwestycji w lokaty, obligacje, czy mieszkania na wynajem. Niewielu jednak wie, że jest to ułamek możliwości pomnażania kapitału, bo można też bogacić się na inne sposoby, a na świecie zapewniają to specjalistyczne fundusze inwestycyjne tzw. “REIT”. U nas jak na razie wciąż brakuje legislacji. Szacuje się, że polski kapitał stanowi tylko od 2% do 5% wolumenu inwestycji na rynku nieruchomości komercyjnych. Brak regulacji prawnych w naszym kraju od lat blokuje prawdziwy rozwój tego segmentu i jego dostępność dla każdego inwestora. 

Polscy inwestorzy, zarówno indywidualni, jak i instytucjonalni wciąż mają bardzo ograniczone możliwości inwestowania i realizowania zysków na rynku nieruchomości. Ten stan ma zmienić nowa ustawa – rząd właśnie wraca do prac nad przepisami o REIT-ach, niezwykle popularnych za granicą funduszach inwestujących w nieruchomości. Czas na Polskę, dobre prawo, czyli nowa ustawa powinna zapewnić inwestorom bezpieczeństwo w hossie i w bessie.

Pomimo pandemii firmy deweloperskie oraz budowlane notują doskonałe wyniki finansowe i właśnie padł kolejny rekord sprzedaży. Jak informuje GUS, w ubiegłym roku na rynek trafiło aż 222 tys. mieszkań, to najwięcej od czasów boomu Edwarda Gierka sprzed 40 lat i było ich o 7 proc. więcej niż w roku 2019. Dominowali tu deweloperzy, którzy w 2020 roku przekazali do eksploatacji 143,8 tys. mieszkań – wzrost o 9,4 proc. rok do roku. Natomiast liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym w 2020 roku wzrosła o 2,8% r/r do 275 938.

Nawet w tak trudnych i nieprzewidywalnych czasach w sytuacji nagłego lockdownu gospodarki, inwestycje w nieruchomości okazały się bezpieczną przystanią. Nisko oprocentowane lokaty bankowe nie chroniące przed utrata wartości i inflacją spowodowały, że pieniądze zdeponowane w bankach zaczęły szybko się kurczyć. Od początku pandemii z lokat ubyło już 64 miliardy złotych. W 2020 roku drożały zarówno nowe, jak i używane lokale, na rynku pierwotnym w największych miastach ceny te rosły w tempie 3–9 proc. (6 proc. w Warszawie) r./r. Polacy osiągnęli szczyt w wykupie nieruchomości i detalicznych obligacji skarbowych, gdzie przede wszystkim szukano bezpieczeństwa i optymalnego zysku.

Inwestowanie w nieruchomości to stabilny i dobry biznes

Według różnych szacunków z uwzględnieniem demografii i trendów rynkowych w Polsce wciąż brakuje ok 2,3 – 3 milionów mieszkań, a w najbliższej dekadzie prognozuje się dalszą dobrą koniunkturę związaną z wysokim popytem. Rosną też ceny mieszkań. Jak przeanalizował Dom Maklerski Michael Strom, biorąc pod uwagę okres 4Q 2006 – 4Q 2019, gdzie dysponujemy danymi dla wszystkich klas aktywów, najwyższą stopę zwrotu zanotowało złoto. Drugim najmocniej rosnącym aktywem była cena mieszkania powiększonego o wynajem. W analizowanym okresie takie połączenie wygenerowało stopę zwrotu w wysokości 135%.  Wynik w całym okresie jest składową wzrostu cen mieszkań o 53% oraz przychodów z najmu, które dodały kolejne 82 p.p. wyniku. W analizowanym ujęciu sam wzrost cen mieszkań pokonał inflację konsumencką o ponad 23 p.p., która urosła przez 13 lat o 30%.

Tym samym, nie powinno nas zaskakiwać, że od lat na rynku przybywa firm deweloperskich, które walczą o lukratywne zyski – jest ich już ponad 2 tysiące. Inwestując w kolejne projekty potrzebują kapitału, który pozyskują z różnych źródeł: kredytów bankowych, giełdy, obligacji, funduszy, itd. Pozyskanie kapitału generuje spore koszty, np. prócz odsetek i podatków również opłaty związane z obsługą czy emisją obligacji, doradców, domów maklerskich, itp. Pozyskanie finansowania wymaga również odpowiednich zabezpieczeń, czyli np. budowania banków ziemi. Nic więc dziwnego, że firmy deweloperskie szukają optymalizacji i “taniego pieniądza”.

Na zachodzie REIT-y zapewniają konkurencyjne i całkowite stopy zwrotu w oparciu o wysokie, stabilne dochody z dywidend i długoterminowy wzrost wartości kapitału. Ich stosunkowo niska korelacja z innymi aktywami sprawia, że są również doskonałym dywersyfikatorem, który może pomóc zmniejszyć ogólne ryzyko portfela i zwiększyć zwroty. W zamian za wypłatę większości zysku, REIT korzysta ze zwolnienia z CIT. Przez brak na naszym rynku odpowiednich regulacji dot. działania popularnych za granicą REIT-ów, czyli Spółek Rynku Wynajmu Nieruchomości, rynkową lukę w pozyskiwaniu kapitału od małych inwestorów prywatnych próbują wypełnić inne, stanowiące atrakcyjną alternatywę dla rozwiązań funduszowych, obligacyjnych oraz bezpośredniego inwestowania pieniędzy na giełdzie rozwiązania, np. typu private equity, które są dostępne dla każdego.

Jest w co inwestować, bo firmy budowlane wytwarzają bezpośrednio 7,4 proc. PKB, ale poprzez efekty pośrednie generują dodatkowe 9,3 proc. PKB. Łącznie sektor budowlany przyczynia się do powstawania 288 mld zł wartości dodanej, czyli 16,8 proc. PKB. Branża ta tworzy bezpośrednio 6 proc. liczby miejsc pracy, a pośrednio łącznie 15 proc., czyli 2 mln 90 tys. zatrudnionych.

Rząd wraca do pracy nad ustawą o REIT-ach

Możliwości lokowania w tego typu fundusze, dostępne dla szerokiego grona inwestorów, ograniczają się do posiadania akcji deweloperów giełdowych oraz obligacji notowanych na Catalyst. Z tego powodu wiele osób decyduje się na samodzielne inwestowanie w nieruchomości, głównie poprzez zakup mieszkań, lokali w formule condo i aparthotelowej oraz mniejszych lokali komercyjnych. Wciąż  nie mamy na polskim rynku papierów wartościowych produktu inwestycyjnego o charakterze rentierskim. Tymczasem w posiadaniu zagranicznych REIT-ów (szczególnie w segmencie komercyjnym) znajduje się wiele topowych polskich nieruchomości. Według różnych szacunków w tym segmencie, w Polsce zainwestowano ok. 64 mld euro. Niestety, udział rodzimego kapitału był mniejszy niż 5 procent.

W zgodnej opinii Stowarzyszenia REIT Polska i Polskiej Izby Nieruchomości Komercyjnych (PINK) aktualny stan może zmienić się wyłącznie poprzez wprowadzenie systemowych i sprawdzonych rozwiązań, z wielką korzyścią dla polskich inwestorów indywidualnych i polskiej gospodarki. Wiceminister rozwoju, pracy i technologii Anna Kornecka, w kierowanym przez Wiceprezesa Rady Ministrów Jarosława Gowina resorcie, zapowiedziała powrót razem z Ministrem finansów do ustawy o firmach inwestujących w nieruchomości. Informacja o przygotowaniach do uchwalenia ustawy o polskich REIT-ach pojawiła się dzień po apelu Ministra finansów, który chciałby, aby Polacy zaczęli obracać swoimi oszczędnościami trzymanymi w “skarpecie”.

Pamiętajmy, że wartość aktywów finansowych netto gospodarstw domowych (aktywa pomniejszone o zobowiązania) wynosiła na koniec 2019 roku, aż 1.398.874 mln złotych. Bieżące depozyty rozliczeniowe to największy składnik aktywów finansowych gospodarstw domowych. W tej pozycji zgromadziliśmy w podanym okresie blisko 604 mld zł. Również demografia zmienia aktywa Polaków i za 20 lat majątek przeciętnej rodziny wzrośnie do ponad 860 tys. zł.

Inwestorzy indywidualny chcą zarabiać na rynku nieruchomości

Rynek nie znosi próżni, a biznes poszukuje rozwiązań zastępczych. W ostatnich latach powstały na przykład serwisy i platformy crowdfunding’owe dedykowane dla projektów o charakterze udziałowym. Specjalizujące się w projektach inwestycyjnych, w które użytkownicy serwisu mogą lokować swój wolny kapitał poprzez nabywanie udziałów w spółkach celowych, realizujących inwestycje deweloperskie, inwestycje w grunty oraz inwestycje w zakup lokali mieszkalnych pod wynajem. Minimalna kwota kapitału do zainwestowania wynosi tylko 1.000 zł.

Na rynku znajdziemy nawet firmy, które oferują przy progu wejścia od 200.000 zł ponad 12% zysku rocznie, oferując udziały w spółce deweloperskiej realizującej budowę domów i mieszkań w Warszawie. Ciężko jednak je transparentnie zweryfikować, bo nie stoi za nimi żaden znany brand, z drugiej strony mają w swoim portfolio zrealizowane i rozliczone projekty oraz dobre opinie klientów. Jak widać, ta forma inwestowania cieszy się coraz większą popularnością.

Natomiast nową jakość z pełną transparentnością na rynku daje produkt “Equity”, za którym stoi twórca sukcesów Murapolu i HRE Investments – Michał Sapota wraz ze swoim zespołem fachowców i ekspertów. W ostatnim czasie przygotowali specjalną ofertę dla inwestorów zainteresowanych ulokowaniem kapitału w nieruchomościach. Mogą oni nabyć udziały w projekcie “Warszawska Sky” i zarobić 6,88% rocznie. W zależności od projektu istnieje możliwość zainwestowania nawet kilkunastu tysięcy złotych.

Mechanizm zainwestowania jest całkiem prosty: inwestor przyjmie ofertę objęcia udziałów, opłaca zadeklarowany udział i potwierdza ten fakt u notariusza. W tym samym momencie HRE Investments podpisuje umowę na odkup udziałów po – z góry określonej cenie, która to uwzględnia oczekiwany przez inwestora zysk. Inwestor otrzymuje kwartalnie swój zysk tytułem zaliczki na poczet ceny za objęte udziały. Deweloper to udziałowiec większościowy, posiadający docelowo ok. 60% udziałów w spółce celowej wnoszącej grunt i podmiot odpowiedzialny za organizację całego procesu realizacji i sprzedaży inwestycji, mający odpowiednie zasoby, doświadczenie i know-how.

Deweloper, który pozyska finansowanie z tańszego źródła może uzyskać lepsze wyniki sprzedażowe dla swoich projektów i dysponuje większym marginesem, np. na nakłady reklamowe czy promocje cenowe. Dlatego wszystkie dostępne formy pozyskiwania kapitału lub skrócenia cyklu operacyjnego (prefabrykacja) budzą wielkie zainteresowanie branży. Natomiast inwestorzy mogą liczyć na udziały w wysokich zyskach z tych inwestycji, konkurencyjnych do innych ofert dla lokowanego kapitału. REIT-y mogłyby więc korzystnie wpłynąć na rozwój projektów deweloperskich i całość branży budowlanej. Można mnożyć przykłady ofert inwestycyjnych na naszym rynku świadczące o dużych zasobach wolnych środków finansowych, które jednak w niewielkim stopniu zagospodarowują popyt inwestorski w tym sektorze.

Real Estate Investment Trust (REIT) podbiły światowe rynki

REIT-ty, na które czekamy w Polsce to typ funduszy inwestycyjnych, często notowanych na giełdzie papierów wartościowych, pozwalających indywidualnym (drobnym) inwestorom na zbiorowe lokowanie środków w nieruchomości. Te niezwykle popularne, np. w USA podmioty finansowe, które występują w charakterze spółek albo funduszy notowanych na GPW, dzięki którym mniejsi (drobni) inwestorzy mogą lokować swoje środki w nieruchomości.

Są one również dostępne dla pozostałych inwestorów, w tym dla inwestorów instytucjonalnych. Celem działania tego przedsiębiorstwa jest nabycie praw własności do różnych typów nieruchomości przynoszących dochód, m.in. nieruchomości komercyjnych – powierzchni biurowych, hoteli, powierzchni handlowych (przede wszystkim wielkich centrów handlowych), magazynów, a także nieruchomości mieszkaniowych przeznaczonych na wynajem, a następnie zarządzanie nimi i czerpanie z tego zysków. Głównym źródłem dochodów podmiotów REIT pozostają czynsze, a nie wzrost wartości nieruchomości, gdyż transakcje sprzedaży i kupna posiadanych aktywów wykonywane są jedynie w celu dopasowania składu portfela nieruchomości do bieżącej sytuacji rynkowej. Dochód REIT pochodzi zatem przede wszystkim z nieruchomości, innych aktywów bądź innych przedsięwzięć biznesowych powiązanych z nieruchomościami.

REIT-y pozwalają każdemu inwestować w portfele aktywów w postaci nieruchomości w taki sam sposób, w jaki inwestuje się w inne branże – poprzez zakup pojedynczych akcji firmy lub poprzez fundusz inwestycyjny lub fundusz ETF (exchange-traded fund). Akcjonariusze REIT uzyskują udział w dochodzie uzyskanym z inwestycji w nieruchomości – bez konieczności wychodzenia z domu i kupowania, zarządzania lub finansowania nieruchomości. Około 145 milionów Amerykanów inwestuje w akcje REIT poprzez rodzaj emerytalnego planu oszczędnościowego “401(k)”, który w USA jest odpowiednikiem polskiego Pracowniczego Planu Kapitałowego lub inne fundusze inwestycyjne. W sumie wszystkie typy REIT-ów posiadają łącznie ponad 3,5 bln USD aktywów brutto w całych Stanach Zjednoczonych, a notowane na giełdzie REIT posiadają aktywa o wartości około 2,5 bln USD, reprezentujące ponad 500 000 nieruchomości. Amerykańskie fundusze REIT zostały ustanowione przez Kongres w 1960 roku, aby zapewnić wszystkim inwestorom, zwłaszcza drobnym, dostęp do nieruchomości przynoszących dochód. Od tego czasu amerykańskie podejście do funduszy REIT służy jako model dla około 40 krajów na całym świecie, w których funkcjonują. Z sukcesem  dostępne są chociażby na rynku Bułgarskim i Węgierskim.

Obecnie w samej Wielkiej Brytanii istnieje ich 56 o łącznej kapitalizacji rynkowej 89,5 mld USD, a w Europie (bez Wielkiej Brytanii) jest 151 REIT-ów o kapitalizacji 420 mld USD. Pierwszy z nich powstał w 1995 roku w Belgii. Od lat 90-tych w REITy inwestuje także Oljefondet – Norweski Państwowy Fundusz Emerytalny. Zyskują również na popularności wśród inwestorów z innych krajów Europy Zachodniej, szczególnie Wielkiej Brytanii, Holandii i Francji. Natomiast na największym rynku nieruchomości w Europie, czyli w Niemczech, gdzie około połowa zlokalizowanych nieruchomości ma charakter mieszkaniowy, fundusze specjalne i REIT zajmują większość udziałów w całości inwestycji mieszkaniowych.

REIT inwestuje w szeroką gamę nieruchomości, w tym biura, budynki mieszkalne, magazyny, centra handlowe, placówki medyczne, centra danych, wieże komórkowe, infrastrukturę i hotele. Większość REIT skupia się na określonym typie nieruchomości, ale niektóre posiadają w swoich portfelach wiele typów i inwestują również na rynkach zagranicznych.  Aktywa REIT notowane na giełdach zaliczane są do jednego z 13 sektorów nieruchomości, np. mieszkaniowych, hotelowych (resorty), komercyjnych (biura, galerie handlowe, logistyka), zdrowotnych, przemysłowych czy centrów danych (chmura). Potencjał wzrostu wiąże się z ryzykiem, które różni się w zależności od rodzaju REIT. Największy REIT w 2020 roku to American Tower inwestujący w nieruchomości sektora telekomunikacji, według kapitalizacji rynkowej obecnie wart 102,3 mld USD.

Powracająca historia, czyli REIT-y po polsku

Polski Związek Firm Deweloperskich dostrzegał konieczność wprowadzenia do polskiego systemu prawnego regulacji i w wydanym ponad cztery lata temu stanowisku przekonywał, iż zagraniczna popularność podobnych rozwiązań dowodzi o zasadności wdrożenia ich w naszym kraju. Pierwszy pamiętny projekt ustawy dot. Spółek Rynku Wynajmu Nieruchomości (SRWN) autorstwa Ministerstwa Finansów  z 2016 roku został wycofany, a kolejny “ustawy o polskich REIT-ach”, które miały nazywać się już Firmami Inwestującymi w Najem Nieruchomości (FINN) został przesłany do Sejmu, jednak utknął na etapie pierwszego czytania. Dokument zakładał, że mogłyby być nimi firmy notowane na giełdzie z przynajmniej 50 mln zł kapitału. W efekcie cały czas brakuje formuły prawnej dla REIT-ów, a otwarte fundusze inwestycyjne nie mogą inwestować bezpośrednio w nieruchomości, czy w aktywa nienotowane na rynkach regulowanych. Czas pokaże, czy obecna kolejna próba wdrożenia oczekiwanych legislacji zakończy się sukcesem.

Autor / fot.: Adam Białas – niezależny ekspert rynku, dziennikarz biznesowy,  menedżer agencji marketingu i komunikacji Core PR, która specjalizuje się m. in. w sektorach finansowym i nieruchomości.

Rzecznik MŚP pyta Ministra Zdrowia o przesłanki wydłużenia zakazu działalności solariów

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz w stanowisku z dn. 25 stycznia 2021 r. skierowanym do Ministra Zdrowia dr Adama Niedzielskiego zwrócił się z zapytaniem o powody wydłużenia okresu zakazu działalności solariów, saun i salonów masażu. Adam Abramowicz poprosił również o wyjaśnienie, na jakiej podstawie Główny Inspektor Sanitarny zdecydował o nieaktualności opinii Krajowego Konsultanta ds. epidemiologii, mówiącej iż ryzyko zakażenia klientów solariów wirusem SARSCov-2 jest niewielkie.

W piśmie Adam Abramowicz podkreślił, że branża solariów kilkukrotnie zwracała się do Ministerstwa Zdrowia i Głównego Inspektora Sanitarnego z prośbą o przedstawienie analiz, potwierdzających negatywny wpływ działalności solariów na rozprzestrzenianie się epidemii COVID-19. Pisma te pozostały bez odzewu, co zdaniem zainteresowanych, może świadczyć o braku racjonalnej przesłanki dla zakazu działalności takich obiektów.

Rzecznik MŚP podkreśla także, iż na prośbę Głównego Inspektora Sanitarnego 2 września 2020 r. została sporządzona opinia autorstwa dr hab. Iwony Paradowskiej-Stankiewicz, mówiąca że „ryzyko zakażenia klientów solariów wirusem SARSCoV-2 jest niewielkie pod warunkiem bezwzględnego przestrzegania przez personel solariów zasad sanitarno-higienicznych oraz zasad obowiązujących podczas epidemii SARS-CoV-2.”. Opinia ta została upubliczniona dopiero po ponad 3 miesiącach, jednak Pan Krzysztof Saczka, pełniący obowiązki Głównego Inspektora Sanitarnego uznał ją za nieaktualną. Ta decyzja miała być powodem ponownego zamknięcia branży.

Proszę o informację, na jakiej podstawie Główny Inspektor Sanitarny zajął takie stanowisko oraz o przesłanie wszystkich analiz zamówionych bądź sporządzonych przez Ministerstwo Zdrowia oraz jednostki jemu podległe, które świadczyłyby o nieaktualności  opinii firmowanej przez Krajowego Konsultanta ds. epidemiologii. Dodatkowo proszę o informację, dlaczego opinia ta nie była udostępniona przedstawicielom branży przez ponad
3 miesiące od jej sporządzenia, mimo kilkukrotnie kierowanych próśb do Ministerstwa i Głównego Inspektora Sanitarnego. Liczę na odpowiedź w ciągu 7 dni
– pisze w liście Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Tarcza dla mikroprzedsiębiorcy – jak, ile i na co wydać subwencje z Tarczy Finansowej 2.0?

Przedsiębiorcy z 45 branży mogą do 28 lutego ubiegać się o subwencje z Tarczy Finansowej 2.0 Polskiego Funduszu Rozwoju. Osoby fizyczne prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą mogą otrzymać nawet 324 tys. zł., a firmy z sektora MŚP – 3,5 mln zł. 

Tarcza dla mikroprzedsiębiorcy

Mikroprzedsiębiorca, który chce otrzymać wsparcie, musi spełnić łącznie trzy kryteria:

  • Pierwsze z nich dotyczy prowadzenia działalności w jednej ze wskazanych branży według stanu na 31.12.2019, 01.11.2020 oraz w dniu złożenia wniosku. Obecnie ubiegać się o wsparcie mogą przedsiębiorcy z jednej spośród 45 branży wskazanych na podstawie kodów Polskiej Klasyfikacji Działalności (PKD). – W przeciwieństwie do przepisów o Tarczy Branżowej, nie musi być to przeważające PKD. Przedsiębiorca powinien według stanu na każdy z wyżej wymienionych dni prowadzić działalność, do której przypisany byłby przynajmniej jeden określony kod – tłumaczy Mateusz Boguszewski, główny księgowy w firmie inFakt.
  • Drugie kryterium dotyczy spadku obrotów o co najmniej 30%. Przedsiębiorca może wybrać, które dwa okresy chce w tym celu porównać. Może to być kwiecień – grudzień 2020 r. do kwietnia – grudnia 2019 r. lub październik – grudzień 2020 r. do października – grudnia 2019 r.
  • Trzeci warunek to brak zaległości w opłacaniu podatków i składek ZUS na 31 grudnia 2019 r. lub 31 grudnia 2020 r. lub na dzień składania wniosku.

Całkowite umorzenie subwencji będzie możliwe, jeżeli  mikroprzedsiębiorca spełni jeszcze dwa warunki. Pierwszym z nich jest nieprzerwane prowadzenie działalności gospodarczej w okresie od dnia złożenia wniosku o subwencję do 31 grudnia 2021 r. Drugim – utrzymanie średniego zatrudnienia w 2021 r. w porównaniu do 2020 r.

Ile może otrzymać mikroprzedsiębiorca?

Wysokość subwencji przyznanej mikrofirmie zależy od spadku jej obrotów oraz od liczby pracowników: spadek obrotów o co najmniej 30% to 18 tys. zł na pracownika, a o co najmniej 60% – 36 tys. zł na pracownika. Maksymalna do uzyskania kwota subwencji dla mikroprzedsiębiorców wynosi więc 324 tys. złotych.

Co istotne, definicja pracownika na potrzeby wyliczania subwencji różni się od definicji pracownika, która wykazuje, czy mamy do czynienia z mikroprzedsiębiorstwem – tłumaczy ekspert inFakt. – Na potrzeby ustalenia statusu, czyli dla prawa do otrzymania subwencji liczą się tylko osoby na umowie o pracę, a do wyliczenia wysokości subwencji – każda osoba, za którą przedsiębiorca odprowadza składki za ubezpieczenia społeczne.

Środki z subwencji mogą zostać wykorzystane na konkretne cele, takie jak: pokrycie kosztów wynagrodzeń pracowników, koszty zakupu towarów i materiałów oraz usług obcych, bieżące koszty obsługi finansowania zewnętrznego, koszty najmu (lub umów o podobnym charakterze) nieruchomości użytkowanej do celów prowadzenia działalności, koszty wszelkich należności publicznoprawnych, koszty zakupy sprzętu i innych środków trwałych niezbędnych do prowadzenia działalności gospodarczej.

Subwencja dla małych i średnich firm

Aby otrzymać subwencję, firmy z sektora MŚP muszą wykazać spadek przychodów o przynajmniej 30% w jednym z dwóch wybranych okresów: listopad – grudzień 2020 r. w porównaniu do tego samego okresu z 2019 r. lub styczeń – marzec 2021 r. w porównaniu do tego okresu w 2019 r. W takim przypadku należy podać przewidywany spadek według swojej najlepszej wiedzy.

Firmy z sektora MŚP  mogą otrzymać subwencję w wysokości 70% straty brutto wykazanej za okres od listopada 2020 do marca 2021. W przypadku okresu styczeń – marzec 2021 należy oszacować możliwą stratę. Maksymalna kwota wsparcia to 3,5 mln zł, jednak nie więcej niż 72 tys. zł na pracownika. Może być ono przeznaczone na finansowanie 70% kosztów stałych.

Także małe i średnie firmy mogą ubiegać się o całkowite umorzenie subwencji pod dwoma warunkami:

  • Pierwszym z nich, podobnie jak w przypadku JDG, jest nieprzerwane prowadzenie działalności gospodarczej w okresie od dnia złożenia wniosku do 31 grudnia 2021 r.
  • Drugi warunek to rozliczenie nadwyżki udzielonej subwencji w terminie po 31 grudnia 2021 r., ale nie później niż do 31 stycznia 2022 r. – Jako nadwyżka rozumiana jest różnica między otrzymaną kwotą subwencji, a faktycznie poniesionymi kosztami stałymi w sytuacji, gdy rzeczywiste koszty stałe okazały się niższe – tłumaczy Mateusz Boguszewski. Beneficjent powinien wykazać rzeczywiste koszty stałe na podstawie sprawozdań finansowych lub dokumentów księgowych za okres od 1 listopada 2020 r. do 31 marca 2021 r.

W przypadku MŚP utrzymanie poziomu zatrudnienia nie należy do warunków umorzenia subwencji.

Na co nie można wydawać środków?

Przedsiębiorców obowiązuje zakaz dokonywania jakichkolwiek płatności na rzecz swoich pracowników poza wynagrodzeniem zasadniczym, a więc np. premii. Beneficjent subwencji nie może też wydać środków na rzecz właścicieli lub podmiotów, z którymi ma powiązania, nie może również przedpłacać kredytów, leasingów i innych podobnych instrumentów.

Zakaz dotyczy także nabycia (przejęcia) w sposób bezpośredni lub pośredni, w części lub całości, innego podmiotu lub dokonywania transakcji, których celem jest takie nabycie lub przejęcie.

Zmiany liczby deweloperów w krajowych metropoliach

Krajowe media rzadko podają informacje o liczbie firm deweloperskich działających w poszczególnych miastach. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl prześledzili zmiany takiej liczby od 2010 roku.

Liczba firm deweloperskich, które działają w poszczególnych miastach to ciekawa oraz rzadko eksponowana kwestia. Wydaje się oczywiste, że najwięcej takich przedsiębiorstw funkcjonuje na terenie Warszawy i tam prowadzi swoje inwestycje. Analiza portalu RynekPierwotny.pl potwierdza jednak, że liczba deweloperów działających na obszarze jakiegoś miasta niekoniecznie ma związek z jego wielkością. Warto zatem sprawdzić, jak wygląda ranking największych polskich miast pod względem liczby deweloperów, którzy prowadzą inwestycje na ich terenie.

Koniunktura zachęcała nowe firmy do wejścia na rynek …

Informacje na temat liczby firm deweloperskich z poszczególnych miast podaje Narodowy Bank Polski w swoim corocznym raporcie dotyczącym sytuacji na lokalnych rynkach mieszkaniowych. Analitycy portalu RynekPierwotny.pl postanowili wykorzystać wspomniane statystyki NBP do sprawdzenia, w którym z największych miast liczba deweloperów mocno wzrosła pomiędzy 2014 r. oraz 2019 r. Wyniki analizy obejmującej miasta wojewódzkie oraz Gdynię są następujące:

  • Białystok – 10 firm deweloperskich w 2014 r./17 firm deweloperskich w 2019 r.
  • Bydgoszcz – 29/33
  • Gdańsk – 65/42
  • Gdynia – 27/27
  • Katowice – 40/51
  • Kielce – 43/43
  • Kraków – 135/176
  • Lublin – 30/50
  • Łódź – 68/110
  • Olsztyn – 20/22
  • Opole – 10/20
  • Poznań – 48/91
  • Rzeszów – 147/284 – dane za 2018 r.
  • Szczecin – 67/85
  • Warszawa – 264/261
  • Wrocław – 115/130
  • Zielona Góra – 11/14

Powyższe dane sugerują, że w wielu miastach dobra koniunktura na rynku deweloperskim skutkowała wzrostem liczby firm budujących nowe domy i lokale. Przykładem są takie ośrodki miejskie, jak chociażby Kraków, Łódź, Poznań i Rzeszów. Ostatnie ze wspomnianych miast wyróżnia się ciekawą specyfiką rynku pierwotnego, na którym działa wiele mniejszych przedsiębiorstw.

Boom nie zawsze musi jednak skutkować wzrostem liczby aktywnych deweloperów, o czym dobrze świadczy przykład Gdańska. W tym mieście miał miejsce spadek liczby działających firm deweloperskich. Mógł być on spowodowany m.in. wzmożoną konkurencją. Wzrost popytu na niektórych rynkach czasem sprawia, że wchodzą na nie duzi gracze wcześniej inwestujący w innych częściach Polski.Zmiany liczby deweloperów w krajowych metropoliach

Od 2010 r. liczba inwestorów mocno wzrosła np. w Łodzi

Największe ośrodki miejskie z pewnością zasługują na pogłębioną analizę dotyczącą liczby aktywnych firm deweloperskich. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl przygotowali powyższą tabelę. Przedstawia ona zmiany liczby deweloperów prowadzących działalność na terenie sześciu największych ośrodków miejskich od 2010 roku do 2019 roku. Podobnie jak poprzednio, odpowiednie informacje pochodzą z raportów NBP.

Długookresowa analiza bazująca na danych, które zebrały oddziały Narodowego Banku Polskiego wskazuje, że duży wzrost liczby aktywnych firm deweloperskich był widoczny w Łodzi. Ponad dwukrotna zmiana liczby deweloperów dobrze koresponduje z ożywieniem inwestycyjnym, które miało miejsce w trzecim największym mieście naszego kraju.

Dużym wzrostem liczby działających w nich firm deweloperskich wyróżniały się także dwa inne wiodące ośrodki miejskie. Mowa o Wrocławiu oraz Poznaniu. Jeżeli natomiast chodzi o stolicę, to w perspektywie 9 lat odnotowano tylko przejściowy wzrost liczby aktywnych deweloperów mieszkaniowych. Warszawski rynek z pewnością jest bardzo konkurencyjny, co utrudnia kolejnym inwestorom mieszkaniowym rozpoczęcie działalności na nim.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dobry poranek dla dolara

Inwestorzy nie przywiązywali szczególnej wagi do dobrych danych z indeksów koniunktury USA w piątek. Dzisiejsze słabsze dane z Niemiec pozwoliły jednak przypomnieć sobie o nich i wziąć je pod uwagę, dzięki czemu dzisiaj od rana euro traci względem dolara.

Dobre dane z USA

W piątek poznaliśmy dane z indeksów PMI nie tylko dla Europy, ale również dla USA. Te zza oceanu okazały się zresztą dużo korzystniejsze od oczekiwań dla amerykańskiej gospodarki. Indeks dla przemysłu wynosi 59,1 pkt wobec oczekiwanych 56,5 pkt, a dla usług 57,5 pkt wobec oczekiwanych 53,6 pkt. Są to rezultaty pokazujące wyraźną przewagę optymistów w badaniu. Dane te nie miały jednak większego wpływu na rynek. Na koniec tygodnia w porównaniu do jego początku dolar okazał się o cent słabszy względem euro. W piątek zmienność była wyjątkowo niska, tak jakby inwestorzy nie chcieli otwierać pozycji przed weekendem.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Dzisiaj o 10:00 poznaliśmy lepsze od oczekiwań dane z Polski. Produkcja przemysłowa rośnie o 11,2% wobec oczekiwanego 8,7%. Warto przypomnieć, że to wzrost roczny. Zatem pandemia na przemysł okazuje się nie mieć zbyt silnego wpływu. Złotówka zareagowała podwyższoną zmiennością, ale należy pamiętać, że dane nałożyły się z odczytem od naszego zachodniego sąsiada, co tłumaczy nagłe skoki w górę i w dół tuż po publikacji. Co ciekawe, od dobrych danych z kraju inwestorzy większą uwagę zwrócili na potencjalne problemy naszego głównego partnera handlowego i złoty traci na wartości.

Słabsze dane z Niemiec

O tej samej porze co dane z Polski pojawił się indeks instytutu IFO w Niemczech. Wypadł on słabiej od oczekiwań, co spowodowało, że inwestorzy zaczęli przenosić swoje środki za ocean. Słabsze dane z Europy przypomniały o dobrych odczytach piątkowych w USA i od rana dolar zyskuje względem euro. Biorąc pod uwagę to jak dobre były odczyty z Europy w ostatnich miesiącach można się spodziewać, że kolejne dane nie sprostają nadmiernie rozbudzonym oczekiwaniom.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Epidemia przyspieszyła cyfryzację, a z nią rozwój OZE

trzy na cztery firmy z branży technologicznej, medialnej, finansowej i telekomunikacyjnej przyspieszyło cyfryzację wskutek epidemii koronawirusa[1]. W wyniku kryzysu transformacja, która zajęłaby dwa lata, trwała dwa miesiące. Ale zmiany spowodowane pandemią mogą wykraczać także poza sferę cyfrową i rozwój systemów telekomunikacyjnych czy centrów przetwarzania danych. Cyfryzacja stanowi też szansę na zwiększone pozyskiwanie energii z zielonych źródeł i dekarbonizację. Dane i ekologia wydają się nie mieć wiele wspólnego, jednak odpowiednie wykorzystanie informacji może neutralizować negatywne dla środowiska naturalnego efekty rozwoju gospodarczego.

Cyfrowa era wymaga energii

Jeszcze przed wybuchem epidemii 60% światowej populacji było online. Cyfrowe dane są częścią codzienności, dlatego możliwe było niemal z dnia na dzień przeniesienie pracy, nauki, wizyt lekarskich czy zakupów do sieci. Poskutkowało to gwałtownym wzrostem ilości przetwarzanych informacji: w 2020 roku było to nawet 59 zettabajtów, czyli bilionów gigabajtów[2]. W związku z tym zwiększa się zapotrzebowanie na energię. Między innymi z tego powodu centra danych odpowiadają już za zużycie w procesie cyfryzacji nawet 20% światowej energii[3].

Digitalizacja sprzyja środowisku?

Według założeń Unii Europejskiej do 2030 roku emisje gazów cieplarnianych powinny zostać zredukowane o 55%, a centra danych być neutralne klimatycznie. Wideokonferencje będą więc „zielone” i przyjazne dla klimatu, gdy systemy przetwarzające informacje zostaną zasilone energią z odnawialnych źródeł. W ograniczaniu emisji może jednak pomóc także sama cyfryzacja.

W nadchodzących latach cyfrowe rozwiązania umożliwią inteligentną komunikację pomiędzy systemami pomiarowymi w budynkach czy magazynami energii i siecią elektryczną. Na coraz szerszą skalę stosowane będą banki energii, zarówno w infrastrukturze centrów danych, jak i w akumulatorach pojazdów elektrycznych – wskazuje Mariusz Hudyga, Product Manager w firmie Eaton.

Praca zdalna w dużym stopniu zastąpiła dojazdy do biura i podróże, ograniczyła więc zużycie paliwa. Zakupy w sklepach internetowych umożliwiają bardziej efektywne planowanie tras dostaw niż w przypadku korzystania z tradycyjnych kanałów sprzedaży. Redukują też wydatki na energię związane z nadprodukcją czy niepotrzebnym magazynowaniem produktów. E-bankowość ogranicza potrzebę zasilania i utrzymywania nieruchomości należących do instytucji finansowych. Dzięki wysokiej wydajności nowoczesnej elektroniki digitalizacja zapewnia także większą energooszczędność, a co za tym idzie – redukcję emisji CO2.

Dom zasilany z samochodu

Cyfrowe systemy umożliwiają wytwarzanie, przesyłanie i magazynowanie na szeroką skalę energii ze źródeł odnawialnych. OZE są bardzo wydajne i tańsze w przeliczeniu na wat niż energia uzyskiwana z paliw kopalnych, jednak równocześnie mniej stabilne – nie zawsze odpowiednio mocno wieje wiatr czy świeci słońce. W równoważeniu produkcji i zarządzaniu obciążeniem całej sieci pomoże digitalizacja.

Cyfrowe technologie zapewnią stabilne dostawy energii elektrycznej z wiatru, wody czy słońca. Sztuczna inteligencja będzie w czasie rzeczywistym analizowała informacje o produkcji i popycie na energię, pomoże więc w planowaniu i zachowywaniu równowagi sieci. Nadwyżka energii z OZE będzie np. przechowywana w akumulatorach samochodów podłączonych do sieci i wykorzystywana w momencie większego zapotrzebowania w domu, które zasygnalizują czujniki – podkreśla Mariusz Hudyga.

[1] https://bakermckenzie.turtl.co/story/cloud-survey-report-2020/page/4/3

[2] https://www.statista.com/statistics/871513/worldwide-data-created/

[3] https://www.ey.com/en_ch/decarbonization/how-digitization-acts-as-a-driver-of-decarbonization

Gartner: chwilowe spadki i dalszy wzrost wydatków na chmurę

Szacuje się, że w 2020 r. globalna wartość rynku chmury publicznej wyniosła 257,5 mld dolarów, a dwa lata później wyniesie już 362,2 mld dolarów. Oznacza to, że do 2024 r. wydatki na chmurę będą stanowić już 14,2% całego globalnego rynku IT – prognozuje Gartner. To między innymi efekt pandemii i związanej z COVID-19 przyśpieszonej cyfryzacji.

Dostawcy usług chmurowych mogą zacierać ręce – na horyzoncie nie widać w tej chwili żadnych zagrożeń, które mogłyby wstrzymać popyt na cloud computing. Analitycy Gartnera prognozują, że rosnące zainteresowanie chmurowymi usługami utrzyma się co najmniej do 2024 r. Warto podkreślić, że bardzo pozytywny wpływ na rynek chmury będzie miała szybka popularyzacja globalnej chmury publicznej.  Eksperci przestrzegają jednak przed pochopną migracją do modelu cloud.

Na rynku utrwaliło się przekonanie, że chmura jest bezwzględnie rozwiązaniem optymalnym kosztowo. Nic bardziej mylnego. Zawsze warto zastanowić się i przeanalizować różne ścieżki infrastrukturalne. Dobrze to obrazuje jeden z ostatnich projektów Beyond.pl. Wspólnie z naszym klientem chmurowym, który planował znaczący przyrost mocy obliczeniowej, przeanalizowaliśmy kilka scenariuszy infrastrukturalnych. Okazało się, że rozwiązanie hybrydowe składające się z kolokacji, IaaS i chmury było najbardziej optymalne finansowo. Model mieszany pozwoli klientowi wygenerować oszczędność na poziomie 50% względem rozwiązania opartego wyłącznie na chmurze w okresie kolejnych 5 lat – zwraca uwagę Wojciech Stramski, CEO Beyond.pl.

PaaS na szczycie

Według Gartnera wartość globalnego rynku chmury obliczeniowej wzrośnie z obecnej wartości 257,5 mld dolarów do 362,2 mld dolarów w 2022 r. Oznacza to, że udział usług chmurowych w rynku IT wzrośnie z 9,1% do 14,2%.

Zdaniem analityków, największym segmentem rynku pozostanie Software as a Service (SaaS). Co jednak ciekawe, Gartner szacuje, że sprzedaż SaaS spadła – ze 102 mld dolarów w 2019 r. do 101,4 mld dolarów w 2020 roku. Jednak już w 2021 r. wartość sprzedaży usług SaaS wzrośnie do kwoty 117,7 mld USD. Rok później będzie to już nawet 138,2 mld dolarów.

Gartner przewiduje jednak, że to na rozwiązania Platform-as-a-Service (PaaS) popyt będzie rósł najszybciej – w tempie 26,6% rdr. Sprzedaż wzrośnie z 43,8 mld dolarów w 2020 r. do 68,9 mld dolarów w 2022 r. Wzrost inwestycji w PaaS będzie wynikał z potrzeby udostępnienia pracownikom narzędzi do pracy zdalnej. To oznacza zapotrzebowanie na wydajną i skalowalną infrastrukturę, której wymagają zmodernizowane i natywne aplikacje chmurowe.

Etap stabilizacji

Bardzo duże wzrosty Gartner prognozuje w obszarze IaaS i DaaS. Wartość sprzedaży infrastruktury jako usługi wzrośnie z obecnych 51,4 mld dolarów w 2020 r. do 82,2 mld dolarów w 2022 r. Z kolei sprzedaż usług DaaS zwiększy się ponad dwukrotnie – z 1,2 mld dolarów w roku ubiegłym do 2,5 mld dolarów w 2024 r.

W trakcie pierwszej fali pandemii większość organizacji musiała podejmować działania ad hoc, na bieżąco dostosowując się do rozwoju sytuacji. Jednym z obserwowanych efektów był wzrost zainteresowania firm w Polsce usługami cloud. I to nie tylko SaaS (oprogramowanie dostępne jako usługa), lecz np. Desktop as a Service, czyli stacjami roboczymi w chmurze – zwraca uwagę Arkadiusz Sikora z VMware.

Jego zdaniem duża część tych firm dopracowuje obecnie systemy, które wiosną budowane były na szybko, a dziś wymagają optymalizacji. To z kolei oznacza dalszy wzrost sprzedaży rozwiązań chmurowych. – Jednym z priorytetów jest poprawa doświadczeń pracowników funkcjonujących zdalnie oraz zwiększenie stabilności i responsywności wdrożonych rozwiązań. Firmy dążą też do ułatwienia komunikacji i uproszczenia dostępu do firmowych zasobów oraz poszukują nowoczesnych rozwiązań w obszarze bezpieczeństwa, pozwalających odpowiednio zabezpieczyć zarówno posiadane w chmurze zasoby, jak i użytkowników, którzy z nich korzystają. To sprawia, że zwracają się w kierunku usług chmurowych – dodaje Arkadiusz Sikora.

Rzeczywiście, z danych Gartnera wynika, że wartość sprzedaży usług do zarządzania chmurą i bezpieczeństwem wzrośnie z kwoty 14,8 mld dolarów w 2020 r. do 19,9 mld dolarów w 2022 r.

Najwolniej będzie rosła sprzedaż rozwiązań BPaaS czyli Cloud Business Process Services – z 44,7 mld dolarów w 2020 r. do 50,3 mld dolarów w 2022 r. Według Gartnera, obok SaaS, to drugi obszar rozwiązań chmurowych, który w tym roku odnotuje niewielki spadek – z 45,2 w 2019 r. do 44,7 mld dolarów.

Liczba upadłości i restrukturyzacji rośnie na początku roku

2020 rok przyniósł znaczący wzrost liczby upadłości i restrukturyzacji polskich przedsiębiorstw. Według obserwacji ekspertów PMR Restrukturyzacje w styczniu br. dynamika zgłaszanych niewypłacalności jeszcze przyspieszyła, a problemy związane z utratą płynności finansowej dotykają kolejnych sektorów gospodarki.

Pandemia i utrudnienia działalności gospodarczej zbierają żniwo wśród polskich przedsiębiorstw. Według najnowszych danych firmy Coface, w ubiegłym roku w Polsce zarejestrowaliśmy 1243 upadłości i restrukturyzacji firm, czyli o 22% więcej niż przed rokiem. Największy wzrost liczby postępowań odnotowały sektor usługowy (54% rok do roku), handel detaliczny (39%) i transport (36%). – Prawdziwe problemy firm widać jednak dopiero w skali mikro. Dla przykładu, branże gastronomiczna i hotelarska, kwalifikowane jako usługi, odnotowały aż 186% skok w tym zakresie. Olbrzymie problemy dotknęły także sektor rozrywkowy oraz autobusowe przewozy dalekobieżne. W przypadku utrzymania obecnej sytuacji lista branż dotkniętych przez pandemię będzie się systematycznie wydłużać – wskazuje Małgorzata Anisimowicz, prezes zarządu PMR Restrukturyzacje i kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny.

Pandemia zbiera żniwa na początku roku

Rosnącej liczby problemów z niewypłacalnością nie udało się uniknąć pomimo aktywnej walki przedsiębiorców o utrzymanie własnych biznesów. – Wiele firm niemal od samego początku pandemii zaczęło ograniczać niektóre obszary działalności oraz likwidowało poszczególne składniki majątkowe. Właściciele nierzadko sprzedawali nawet prywatne aktywa. Wszystko po to, aby poprawić płynność finansową. Przedsiębiorcy korzystali także z minimalnej pomocy państwa, jednak w praktyce nie pozwoliła ona nawet na pokrycie kosztów stałych prowadzonych działalności – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz. Ekspert dodaje jednocześnie, że w pierwszych miesiącach bieżącego roku skala problemu będzie narastać.

Uważnie przyglądamy się sytuacji polskich firm i zauważamy, że z każdym kolejnym tygodniem przedsiębiorcy składają coraz więcej wniosków o upadłość lub restrukturyzację. Przedłużające się obostrzenia i zamrożenie gospodarki sprawiają, że wiele osób prowadzących biznesy traci nadzieję na utrzymanie firmy „przy życiu” i rezygnuje z dalszej walki. Tymczasem w wielu przypadkach nawet z bardzo trudnej sytuacji można wyjść na prostą. Kluczowym problemem okazuje się brak fachowego doradztwa. Firmy nie zdają sobie sprawy, że mogą skorzystać z gotowych i łatwo dostępnych rozwiązań. Przykładem jest uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne, które umożliwia szybkie zawarcie układu z wierzycielami, praktycznie bez udziału sądu. To realna alternatywa, która pozwala utrzymać firmę na rynku i daje szansę na przywrócenie jej pełnej konkurencyjności – tłumaczy Małgorzata Anisimowicz.

Problemy jednych szybko uderzą w pozostałych

Eksperci PMR Restrukturyzacje zauważają, że utrzymanie obecnej sytuacji i nasilenie problemów branży handlowej, turystycznej czy transportowej już wkrótce przełoży się na kondycję pozostałych biznesów. Sektory gospodarki, które dziś mierzą się z największymi problemami płynnościowymi, dają zatrudnienie kilku milionom Polaków. To jednocześnie konsumenci, którzy w obliczu braku stałych dochodów lub nawet niepewności utrzymania miejsca pracy będą coraz bardziej ograniczać wydatki.  – Mamy tutaj do czynienia z pewnego rodzaju kołem zębatym. Kłopoty jednej gałęzi gospodarki prędzej czy później napędzą kolejne. Doskonale obrazuje to przykład branży hotelarskiej. Problemy finansowe hotelu bezpośrednio uderzają w działalność m.in. pralni, dostawców żywności, usługi kosmetyczne czy firmy eventowe. Podobne analogie możemy znaleźć niemal w każdej gałęzi gospodarki, dlatego tak ważna jest mądra i skuteczna walka o ratowanie polskich przedsiębiorców – podkreśla Małgorzata Anisimowicz.