Obawy o jastrzębi ton Janet Yellen okazały się bezpodstawne, a poparcie dla potężnych wydatków fiskalnych skutkuje wzrostami na rynku akcji i osłabieniem dolara. Kolejne godziny prawdopodobnie upłyną na odliczaniu czasu do zaprzysiężenia J. Bidena.
Nie było nic zaskakującego w przesłuchaniu nominatki na sekretarza skarbu Janet Yellen, a wcześniejsze doniesienia prasowe skutecznie rozładowały napięcie. Yellen popiera dążenie nowej administracji do ratowania gospodarki dużymi wydatkami publicznymi i choć zdaje sobie sprawę z potrzeby zrównoważonego budżetu, obecnie nie jest czas na podwyżki podatków. To wskazuje drogę, którą Demokraci będą chcieli nakłonić Republikanów do poparcia zwiększonych wydatków, ale na ten moment nie ma gwarancji, że to się powiedzie. Sprawdziły się też przecieki, że Yellen opowiada się za poddaniem kursu walutowego pod działania rynkowe niż sztuczne kreowanie poziomów. Komentarze było głównie nakierowane w stronę polityki kursowej Chin, ale inwestorzy doszukiwali się wniosków dla nastawienia administracji USA. Przy obecnych trendach implikuje to zezwolenie na deprecjację dolara, ale nie dążenie do jego osłabienia. Ogólnie osoba Yellen zdaje się zapewniać fiskalne wsparcie dla ożywienia przy silnej współpracy z Fed. To pozytywne tło dla aktywów ryzykownych.
W środę późnym popołudniem (18:00) odbędzie się ceremonia zaprzysiężenia J. Bidena. W przemówieniu można liczyć na powtórzenie głównych filarów jego polityki na czele z ogłoszonym planem pomocowym, a także odwracaniem decyzji podjętych przez D. Trumpa (wystąpienie z WHO i porozumienia paryskiego). Jest mało prawdopodobne, aby rynki reagowały na przemówienie, ale wydarzenie będzie śledzone z uwagi na potencjalne ryzyka zakłócenia zaprzysiężenia, mając na uwadze niedawne zdarzenia na Kapitolu.
Przed decyzją Banku Kanady konsensus prognoz sugeruje utrzymanie stopy overnight na 0,25 proc., jednak jeszcze kilka dni temu rynek stopy procentowej wyceniał małą szansę (2 pb) na cięcie w reakcji na zaostrzenie restrykcji w związku z szalejącym wirusem, co zagraża perspektywom odbicia gospodarczego. Rynek walutowy nie jest przygotowany na obniżkę i taka decyzja byłaby dużą niespodzianką, chociaż bardziej prawdopodobne jest utrzymanie polityki bez zmian, za to gołębi ton zostanie podkreślony na konferencji prasowej prezesa Macklema.
W nocy w Japonii bank centralny powinien utrzymać parametry polityki monetarnej. Wzrost liczby zachorowań na COVID-19 najprawdopodobniej wpłynie na obniżenie prognoz wzrostu gospodarczego, w związku z czym bank zadeklaruje utrzymanie łagodnego nastawienia w polityce pieniężnej. Ocena dotychczasowej strategii polityki monetarnej jest planowana na marzec, a zatem teraz nie powinniśmy liczyć na zmiany w forward guidance. Nie sądzimy, aby posiedzenie wywarło wpływ na JPY.
Coraz większa świadomość zmian klimatycznych sprawia, że jednym z najdynamiczniej rozwijających się trendów są rozwiązania proekologiczne. Fotowoltaika, garaże wyposażone w ładowarki samochodów elektrycznych czy zwracanie uwagi na zieleń to elementy na które coraz częściej będą gościły na osiedlach mieszkaniowych.
W najbliższych miesiącach, będziemy mieli do czynienia z lawinowo rosnącą liczbą wniosków o zakładanie fotowoltaiki, także w miastach i dużych aglomeracjach w Polsce. Rosnące koszty utrzymania nieruchomości wypływają bezpośrednio na ciągłe poszukiwanie oszczędności tam, gdzie to możliwe. Ponieważ zakładanie baterii słonecznych i instalacji prądotwórczych w coraz większym stopniu podlega refinansowaniu z dopłat EU, coraz więcej wspólnot mieszkaniowych decyduje się podjąć to wyzwanie. W wielu zarządzanych przez nas inwestycjach jesteśmy w trakcie realizacji i po wielu wymiarowych kalkulacjach, które pomagają nam poznać koszty i potencjał skali zwrotu z inwestycji. Przy przyjętych przez nas kryteriach realizacje, których jesteśmy świadkami zwrócą się w 7 do 10 lat. Jeśli weźmiemy pod uwagę dopłaty unijne – może to być nawet 5-letnia stopa zwrotu. Później instalacja będzie zarabiać sama na siebie i stanowić także dodatkowe zasilanie w budynkach oraz częściach wspólnych. Reasumując w ujęciu np. 30 lat inwestycji – to czysta korzyść dla każdego mieszkańca i realna oszczędność – zwłaszcza, że ceny prądu raczej nie będą topniały przez 3 kolejne dekady z rzędu.
W tym duchu coraz więcej mieszkańców zgłasza się do nas z prośbą o wsparcie w zakresie instalacji prywatnych ładowarek do pojazdów elektrycznych. Na początku boomu w segmencie elektromobilności wystarczało jedno lub dwa miejsca wydzielone na ładowanie pojazdów elektrycznych na terenie inwestycji. Dzisiaj takich wniosków otrzymujemy naprawdę bardzo dużo i stanowią one coraz większy odsetek pośród miejsc postojowych na terenach inwestycji, którymi zarządzamy.
Kolejnym aspektem jest nowy trend mikro retencji wody, czy specjalnych zbiorników poświęconych na zbieranie deszczówki. Tzw. szara woda może nie tylko zasilić podlewanie ogródków, trawników, klombów i innych nasadzeń, ale również służyć np. do zasilenia spłuczek w pionach WC. Mamy kilka inwestycji na terenie Warszawy, które właśnie w ten sposób wykorzystują retencję wody deszczowej. Warto tutaj wspomnieć, że wspólnoty mogą dzięki retencji również ubiegać się o niemałe dofinansowanie takich aktywności z budżetów urzędów gmin i miast. Pozwoli to zasilić budżet wspólnoty i refinansować koszty związane z budową zbiorników retencyjnych.
Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezesa firmy Admus, zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami
Wprawdzie liczba zatrudnionych w Polsce obcokrajowców nie wróciła jeszcze do stanu sprzed pandemii, ale powrót jest zauważalny. Tylko w lipcu przybyło ich 22 tysiące. To dobre wiadomości dla pracodawców, którzy nadal potrzebują dobrze przeszkolonych i przygotowanych do pracy Ukraińców. Takie wnioski płyną z właśnie opublikowanego raportu Grupy Impel „Ukraińcy na polskim rynku pracy – doświadczenia i perspektywy” przeprowadzonego wśród pracujących w naszym kraju pracowników zza wschodniej granicy.
Exodus Ukraińców. Po wybuchu epidemii polscy pracodawcy czytali czarne scenariusze. Na szczęście ostatecznie nie sprawdziły się w pełni. Wprawdzie wielu wyjechało – najwięcej osób z powodu utraty pracy i w obawie o przyszłość – ale gdy okazało się, że pandemia potrwa dłużej, zadeklarowali chęć powrotu do Polski. ZUS wyliczył, że tylko w lipcu przybyło 22 tys. pracowników zza granicy. Pod koniec sierpnia w ZUS-ie było zarejestrowanych 658,2 tys. cudzoziemców – o 30 tys. więcej niż w lipcu.
Prawie połowa chce zostać na stałe
We wstępie do raportu „Ukraińcy na polskim rynku pracy – doświadczenia i perspektywy” czytamy, że polscy pracodawcy powinni cieszyć się z takiego obrotu sprawy: „Nadal potrzebują dobrze przeszkolonego i przygotowanego do pracy personelu, również zza naszej wschodniej granicy. Wielu z nich to specjaliści, którzy chcą pozostać w Polsce na długo. (…) To fachowcy, z których wiedzy i doświadczenia warto korzystać”.
Raport został przygotowany przez Grupę Impel na podstawie badania ankietowego przeprowadzonego w okresie sierpień – wrzesień 2020. Wyniki wskazują, że 67% Ukraińców jest zadowolonych z życia w Polsce. Ten odsetek mógłby być wyższy, ponieważ 53% ankietowanych odczuwa pogorszenie zadowolenia z powodu pandemii. 41% chce zostać na stałe. – Szukają więc pracodawców, którzy im to ułatwią. Poczucie bezpieczeństwa i przynależności dają im przede wszystkim legalne formy zatrudnienia, co przekłada się na ich zadowolenie z pobytu w Polsce i skłania ich do pozostania na dłużej. Ich satysfakcja i chęć mieszkania w naszym kraju na stałe pozytywnie wpływa na rynek pracy, przynosząc gospodarce i pracodawcom wiele korzyści. Najlepiej świadczy o tym fakt, że prawie połowa decyduje się na skomplikowaną i długotrwałą procedurę uzyskania kart pobytu – uważa Edyta Olko, prezes zarządu spółki Sanpro Synergy, która konsekwentnie zatrudnia coraz więcej fachowców z Ukrainy, delegując ich później do pracy w ramach outsourcingu procesów, głównie przemysłowych.
Eksperci podkreślają, że czasy, w których Ukraińcy traktowali pobyt w Polsce tylko i wyłącznie jako pracę tymczasową lub sezonową, dawno się skończyły. – Systematycznie powiększa się grupa osób planujących zostać w naszym kraju na stałe. Chcą rozwijać tu zarówno swoje życie zawodowe, jak i prywatne, ponieważ odpowiada im standard życia w Polsce i podobieństwo kultur naszych krajów. Duże znaczenie ma również bliskość ojczyzny oraz dostępność wielu połączeń komunikacyjnych pomiędzy Polską a Ukrainą. To dobre informacje dla naszej gospodarki, szczególnie przemysłu, który potrzebuje pracowników z Ukrainy, odpowiednio przeszkolonych i przygotowanych do pracy oraz zmotywowanych jasno określoną ścieżką rozwoju oraz wynagrodzeniem uzależnionym od umiejętności i wydajności – twierdzi Małgorzata Orłowska, menedżer ds. legalizacji w Sanpro Synergy.
Badanie pokazało, że najczęściej Ukraińcy podejmują w Polsce pracę długoterminową – 54%. Co czwarty pracuje okresowo w ciągu roku, natomiast bardzo małym zainteresowaniem cieszy się samozatrudnienie (9%) i praca dorywcza (6%). Wśród dokumentów upoważniających obywateli Ukrainy do przebywania na terenie naszego kraju największą popularnością cieszy się karta pobytu (48% odpowiedzi). W mniejszym stopniu wiza (31%) i paszport biometryczny (21%).
Jak zatrzymać ich w Polsce?
Ukraińcy chwalą sobie poziom życia, zarobki i legalny pobyt, ale eksperci zapytali ich także o to, co utrudnia im życie w Polsce. Okazuje się, że największym problemem jest brak własnego mieszkania lub pokoju (33%) oraz oddalenie od rodziny (32%). Kolejnymi dwoma najczęściej wymienianymi powodami są obawa przed zamknięciem granic i brakiem możliwości jej płynnego przekroczenia (27%).
Najsilniejszym magnesem przyciągającym Ukraińców do Polski są pieniądze. U nas zarabiają więcej. Ale przecież niedaleko – chociażby w Niemczech lub Czechach – mogliby zarobić jeszcze więcej. Co zrobić, żeby zatrzymać ich w Polsce? – Oczywiście najważniejsze pozostają względy finansowe, wysokość wynagrodzenia, regularne podwyżki i wytyczona ścieżka rozwoju zawodowego. Równie ważne stają się czynniki pozapłacowe: pomoc w zorganizowaniu życia w Polsce dla cudzoziemca i jego rodziny, zachęta i pokazywanie możliwości udziału w projektach integracyjnych i międzykulturowych. Ważne jest zapewnienie bezpiecznych warunków pracy oraz możliwość skorzystania z różnego rodzaju benefitów np. w postaci prywatnej opieki medycznej. Pracodawcy powinni myśleć nie tylko o zadowoleniu pracownika z zarobków, ale również o jego poczuciu dobrobytu i satysfakcji z innych aspektów życia – odpowiada Edyta Olko.
Według oficjalnych statystyk GUS w Polsce mieszka nawet 2 mln Ukraińców. Cały raport do przeczytania i pobrania tutaj: https://raporty.sanprosynergy.pl/ukraincy
Kompleksowe opracowanie od The Fletcher School i Mastercard pokazuje, które gospodarki są najlepiej przygotowane na milowy krok w kierunku cyfrowości, wymuszony przez pandemię koronawirusa
Polska została zaliczona do gospodarek wybijających się, z dużym potencjałem wzrostu
Nasza gospodarka jest w mniejszym stopniu ucyfrowiona w porównaniu do państw Europy Środkowo-Wschodniej. Z drugiej strony szybsze niż u innych tempo cyfryzacji pozwala sądzić, że dystans ten będzie się zmniejszać
The Fletcher School na Uniwersytecie Tufts, w strategicznym partnerstwie z Mastercard, opublikowała raport pt. Indeks Cyfryzacji Gospodarki (ang. Digital Intelligence Index) – opracowanie przedstawiające globalny obraz rozwoju cyfrowych gospodarek oraz rzucające światło na kluczowe czynniki napędzające zmiany. Wynika z niego, że polska gospodarka ma duży potencjał wzrostu, na co mają wpływ rosnące zainteresowanie cyfrowymi usługami ze strony użytkowników, coraz lepsza infrastruktura (m.in. dostęp do szerokopasmowego internetu), jak również obiecująca dynamika wzrostu innowacji.
Jednym z najważniejszych trendów, który wyłonił się w czasie pandemii koronawirusa, jest gwałtowne przyspieszenie w cyfryzacji. To dzięki niej na całym świecie ludzie mogą z domu bezpiecznie pracować, uczyć się, robić zakupy czy utrzymywać relacje z bliskimi. Raport Indeks Cyfryzacji Gospodarki jest oceną rozwoju cyfrowych gospodarek 90 państw i obejmuje swoim zasięgiem 90% światowej populacji mającej dostęp do internetu. W opracowaniu brano pod uwagę 358 różnych czynników. Ich wyniki, podawane w 100-stopniowej skali, zostały uwzględnione w dwóch strategicznych częściach raportu. Pierwsza z nich, Cyfrowe Ewolucje, pokazuje aktualny stan ucyfrowienia gospodarek oraz tego, w jakim tempie cyfryzacja ta na poszczególnych rynkach postępuje. Sekcja Cyfrowe Zaufanie w bardziej wnikliwy sposób obrazuje z kolei sam cyfrowy ekosystem – z jednej strony jego poziom zaawansowania, a z drugiej nastawienie konsumentów i organizacji wobec cyfryzacji.
Cyfrowe przyspieszenie w Polsce
Z raportu The Fletcher School i Mastercard wynika, że obecnie najbardziej cyfrowe gospodarki świata to Singapur (98,8 pkt.), Stany Zjednoczone (89,8) i Hong Kong (88,1). Razem z Koreą Południową, Tajwanem, Niemcami, Estonią, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, Izraelem czy Czechami są to gospodarki przydzielone do grupy wyróżniających się (stand out), tzn. takich, które osiągnęły już wysoki poziom cyfrowego zaawansowania, a jednocześnie ciągle się rozwijają.
Polsce wskaźnik na poziomie 63,6 pkt. dał 34. miejsce na świecie (21. w Europie), na poziomie Łotwy czy Słowacji (w raporcie Digital Evolution Index z 2017 r. Polska uplasowała się na 35. miejscu). Jeśli jednak chodzi o tempo cyfryzacji globalnych gospodarek na przestrzeni ostatnich dwunastu lat (2007-2019), z wynikiem 57,3 plasujemy się na 13. miejscu na świecie, na poziomie Arabii Saudyjskiej czy Malezji. W Europie szybsze tempo cyfryzacji gospodarki zaobserwowano tylko w Rosji (58,9 pkt.). Tym samym Polska, tak jak Chiny, Indie, Indonezja czy Rosja, znalazła się w gronie gospodarek wybijających się (break out) – szybko rozwijających się, które dzięki dużej dynamice i potencjale wzrostu są bardzo atrakcyjne dla inwestorów. Globalnie zdecydowanie najszybsze tempo cyfryzacji notują Chiny (85,5 pkt.), przed Azerbejdżanem (65,3) i Indonezją (64,0).
Trzecia kategoria gospodarek została określona jako hamujące (stall out). Są to te państwa, które pod względem cyfrowości są już dojrzałe, natomiast obserwuje się u nich spowolnienie tempa rozwoju technologii cyfrowych. W większym stopniu stawiają teraz na zrównoważony rozwój i zazwyczaj inwestują w zwiększenie włączenia cyfrowego. Przykłady takich gospodarek to: Szwecja, Wielka Brytania, Holandia, Japonia czy Kanada.
Czwartą kategorią są gospodarki przykuwające uwagę (watch out), w których wciąż jest jeszcze sporo do zrobienia w kontekście infrastruktury, jednak nadzieją są dla nich młodzi ludzie, okazujący duży entuzjazm w zakresie korzystania z mediów społecznościowych czy płatności mobilnych. Przykłady takich gospodarek to: Nigeria, Uganda, Kolumbia, Peru, Pakistan czy Sri Lanka.
„Nigdy wcześniej nie było tak pilnej potrzeby zrozumienia czynników, które napędzają cyfryzację i zaufanie do niej. Wszystkie gospodarki świata, w tym polska, muszą mierzyć się z wyzwaniami wywołanymi przez pandemię i jednocześnie przygotowywać się na czas po-pandemiczny. Niezależnie od szerokości geograficznej, kluczowym elementem odbudowy gospodarek będzie sukces cyfrowy i skorzystanie z ogromnych możliwości, jakie dają nowe technologie i innowacje” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację w Mastercard Europe.
Wzrasta zainteresowanie cyfrowymi usługami
Na ogólny wynik ucyfrowienia gospodarki kraju (część Cyfrowe Ewolucje raportu) mają wpływ cztery istotne kryteria.
„Podaż cyfryzacji” pokazuje, jak bardzo rozwinięta jest infrastruktura ułatwiająca interakcje i transakcje cyfrowe. Rozumiana jest m.in. przez pryzmat powszechnego dostępu do szerokopasmowego internetu. W tym zestawieniu Polska z wynikiem 67,0 pkt. zajmuje 37. miejsce na świecie (pierwszy jest Singapur z wynikiem 100,0), jednak pod względem tempa rozwoju tego czynnika jesteśmy już na 14. miejscu (wynik 72,0, najwyższy Rwanda – 80,4).
„Popyt na cyfryzację” to z kolei obraz tego, czy konsumenci chcą i potrafią korzystać z dóbr cyfrowego ekosystemu, jak również czy mają do tego odpowiednie narzędzia. Wynik na poziomie 78,1 pkt. dał Polsce 29. miejsce na świecie (światowym liderem jest Korea Płd. z wynikiem 100,0). Jeśli chodzi jednak o rozwój tego parametru na przestrzeni ostatnich lat, to nasza pozycja jest zdecydowanie wyższa, bo 10. (wynik 55,4 pkt., najwyższy mają Chiny – 93,4). Wyniki raportu The Fletcher School i Mastercard pokazują zatem, że w Polsce popyt na korzystanie z cyfrowych produktów i usług jest na wyższym poziomie niż podaż. Jednocześnie pod względem tempa rozwoju obydwu tych czynników na przestrzeni ostatnich lat, polska gospodarka plasuje się w ścisłej europejskiej czołówce, co dobrze rokuje na przyszłość.
Otoczenie instytucjonalne to kryterium pokazujące, czy polityka prowadzona przez rządzących i stanowione prawo tworzą dobry klimat do rozwoju cyfrowych technologii i innowacji. Pod tym względem jesteśmy na 38. miejscu na świecie (wynik 60,2 pkt.), na poziomie Czech czy Gruzji. Najwyższy wynik ma Singapur (99,9). Pod względem tego, jak bardzo otoczenie instytucjonalne sprzyjające cyfrowości rozwinęło się w ostatnich dwunastu latach, jesteśmy na 44. miejscu (29,8), na poziomie Nowej Zelandii czy Niemiec. Najwyższy wynik uzyskał Azerbejdżan (49,9).
Innowacje i zmiany to wskaźnik pokazujący, w jakim stopniu innowacje stanowią siłę gospodarki cyfrowej państwa. Innowacja jest w tym przypadku rozumiana nie tylko jako dostępność nowych produktów i usług cyfrowych, ale też talentów i kapitału ludzkiego, czy jakość współpracy uniwersytetów i przemysłu w zakresie badań i rozwoju (R&D). To kryterium daje Polsce 39. miejsce (41,4 pkt.), na poziomie Bahrajnu czy Łotwy. Wyżej od nas uplasowały się m.in. inne kraje z naszego regionu: Czechy, Estonia, Litwa, Słowenia czy Słowacja. Liderem na świecie jest Singapur (90,2), przed Hong Kongiem i Stanami Zjednoczonymi. Obiecujący może być natomiast dla Polski wskaźnik szacujący wzrost poziomu innowacji w gospodarce w ostatnich dwunastu latach. Wynik 45,0 dał Polsce już 17. miejsce na świecie, na poziomie Filipin czy Singapuru. Z państw Europy wyżej od Polski uplasowały się jedynie Ukraina i Litwa. W skali globalnej innowacje w gospodarce najszybciej postępują w Chinach (58,6), Etiopii i Hong Kongu.
Polacy pozytywnie nastawieni do cyfryzacji
W drugiej części raportu, Cyfrowe Zaufanie, poddano analizie 42 gospodarki z całego świata. Pod uwagę były brane cztery czynniki obrazujące, na jakim poziomie zaawansowania jest budowa cyfrowego ekosystemu w poszczególnych państwach i w jakim stopniu jest on przyjazny oraz bezpieczny z perspektywy użytkowników.
W krajach takich jak Brazylia, Kolumbia czy Meksyk cyfrowa gospodarka ma szansę przyspieszyć dzięki zachowaniu użytkowników, którzy wykazują bardzo duże zainteresowanie mediami społecznościowymi, płatnościami w internecie czy mobilnymi. Pod względem otwartości użytkowników na tego typu cyfrowe rozwiązania Polska znalazła się na 30. miejscu (wynik 30,3 pkt.), zaś liderem są Chiny (100,0).
W gospodarkach takich jak Chiny, Indonezja czy Wietnam obserwuje się coraz bardziej przychylne nastawienie użytkowników wobec cyfrowej przyszłości. Ten wskaźnik pokazuje też m.in., czy ufamy firmom technologicznym oraz instytucjom publicznym, że bezpiecznie i etycznie zarządzają naszymi danymi. Polska w tym zestawieniu znajduje się na 13. miejscu (58,25 pkt.), pierwsza jest Holandia (78,6).
Gospodarki o bardziej dojrzałym podejściu do cyfryzacji, takie jak Szwecja, Holandia czy Dania (numer 1., wynik 73.06), mogą pochwalić się zbudowaniem zaufania do cyfrowego środowiska. Wskaźnik ten określa, na ile gwaranci zaufania, tacy jak rząd czy duże korporacje, zapewnili bezpieczny i pewny ekosystem online. Polska znalazła się na 17. miejscu (58.31), tuż za Stanami Zjednoczonymi.
Gospodarki takie jak Stany Zjednoczone (najlepszy wynik, 78.16), Hong Kong, Tajwan, Korea Południowa i Singapur zapewniają obywatelom niemalże bezproblemowe możliwości korzystania z usług cyfrowych. W tym wskaźniku brano pod uwagę trzy komponenty: infrastrukturę (np. zasięg sieci 4G w kraju), dostęp (np. jaki odsetek populacji może korzystać z internetu) oraz interakcję (jaka jest wydajność łączności szerokopasmowej i komórkowej bądź czy robienie zakupów online jest bezproblemowe). Doświadczeniom tym towarzyszy wysoki poziom zaangażowania użytkowników, co już teraz daje czołowym gospodarkom pewną przewagę nad pozostałymi. Polska znalazła się na 25. miejscu (51,25 pkt.).
Specjaliści IT, kierownicy ds. rozwoju i biznesu, analitycy biznesowi, psychologowie, radcy prawni – to pracownicy, których w minionym roku przybyło na polskim rynku pracy najwięcej. Z badań firmy Devire, która wspólnie z Kodilla.com przeanalizowała profile prawie 200 tys. specjalistów wynika, że wielu z nich przeszło tam z całkiem innych zawodów.
Analiza przeprowadzona przez Devire na prośbę Kodilla.com w drugiej połowie grudnia 2020 roku pokazała, w których branżach nastąpiły największe rotacje pracowników – jacy eksperci podjęli decyzję o zmianie firmy, specjalizacji lub przebranżowieniu się i w jakich nowych zawodach wystartowali. Z analizy dowiedzieliśmy się także, dla kogo w ubiegłym roku było najwięcej ofert pracy, które miasta pracownicy wybierali najchętniej, a w których specjalistów ubywało.
– Badanie przeprowadziliśmy na grupie 2 876 265 pracowników zarejestrowanych w portalu Linkedin. Wśród nich wyselekcjonowaliśmy 193 896 osób, które zadeklarowały zmianę pracy w przeciągu ostatniego roku. Na podstawie analizy przebiegu ich kariery zawodowej, oszacowaliśmy nie tylko najbardziej i najmniej atrakcyjne dla pracowników sektory pracy, ale dodatkowo przygotowaliśmy prognozę oceniającą kondycję, w której mogą znaleźć się poszczególne gałęzie gospodarki w 2021 roku – mówi Paulina Kubera, ekspertka ds. rynku pracy oraz rekrutacji IT w Devire.
Najwięcej pracy w 2020 roku było w IT
Jak podkreśla Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com, wśród branż, które oferowały najwięcej pracy w 2020 roku dominował sektor związany z nowymi technologiami.
– Potwierdziły się wcześniejsze prognozy, że branża IT nie tylko pozostanie stabilna, ale wręcz będzie nadal mocno się rozwijać. W 2020 roku takim impulsem stało się wzmożone zapotrzebowanie na oprogramowanie, związane z masowym przechodzeniem biznesu do strefy online – mówi ekspertka Kodilla.com.
Gdy spojrzymy na stanowiska skupione wokół IT i zsumujemy dane zauważymy, że rzeczywiście to tu działo się najwięcej. Dla przykładu pracownicy specjalizujący się w nowoczesnych technologiach i usługach informatycznych otrzymali takich propozycji aż 9,8 tys. (czyli o 2,4% więcej niż jeszcze w roku 2019). Poza tym na pracę mogli liczyć eksperci od oprogramowania komputerowego, dla których pojawiło się 2,1 tys. ofert, co stanowiło wzrost o 2,6% w porównaniu z rokiem ubiegłym.
Wzrost liczby specjalistów w ciągu 1 roku:
Kodilla.com na bazie danych Devire
Ciekawie wypada też zestawienie, z którego dowiadujemy się, dokąd z poszczególnych branż migrowali specjaliści wybranych sektorów:
Spośród prawie 200 tys. osób, które zdecydowały się w 2020 roku na zmianę firmy bądź branży, największą uwagę kandydatów przyciągały stanowiska związane z IT.
– Z danych, które udostępniło nam Devire, widać, że jako programistów front-end zatrudniono 6960 osób (8% wzrost w ciągu ostatniego roku), a jako starszych inżynierów ds. oprogramowania 9480 osób. Pracę znaleźli też tacy specjaliści, jak kolejno: Full Stack Engineer – 4285 osób (4% wzrost), inżynier ds. oprogramowania – 26 024 osób (4% wzrost) i analityk – 5883 osób (3% wzrost) – wymienia Magdalena Rogóż.
Ale wzrosty zanotowano także w innych sektorach. W przypadku kierowników ds. rozwoju i biznesu przybyło 5092 nowych specjalistów (7% wzrost), grono analityków biznesowych powiększyło się o 4322 specjalistów (6% wzrost). Działo się także w całkiem innych obszarach, np. 5639 osób zostało psychologami (4% wzrost), a 8513 osób radcami prawnymi (wzrost 3%). Nie widać również spadków w branży HR (4457 osób i 3% wzrost), co oznacza, że rekrutacje na rynku pracy cały czas trwają.
Gdy spojrzymy na powyższe dane z punktu widzenia lokalizacji miejsca pracy, można zauważyć tendencję wskazującą, które miasta przyciągają najwięcej pracowników, a gdzie ich zaczyna ubywać. Oto najczęściej pojawiające się migracje między Warszawą a innym dużym miastem. Jak widać, więcej warszawiaków wybrało Kraków niż na odwrót. W dalszej kolejności są: Wrocław (865 pozyskanych specjalistów), Gdańsk (747), Poznań (715) i Łódź (679).
Kodilla.com na bazie danych Devire
Kodilla.com na bazie danych Devire
Prognoza: Co się wydarzy na rynku pracy w 2021 roku?
Dobrym punktem odniesienia do snucia prognoz na 2021 rok są poziomy wynagrodzeń.
– W najnowszym raporcie Devire “Przegląd Wynagrodzeń 2021” piszemy, że z pewnością nie zmaleje zapotrzebowanie na takich ekspertów, jak: Cloud Engineer, Cloud Architect, Cloud Security Engineer czy Cloud Network Engineer. Obserwujemy też wyraźnie zwiększony popyt na doświadczonych kandydatów z obszaru DevOps ze znajomością rozwiązań cloudowych, których oczekiwania finansowe wzrosły w ciągu roku z około 22 000 zł do średnio 25 000-27 000 zł netto na umowie B2B, Przewidujemy, że ta tendencja utrzyma się w 2021 roku, a inżynierowie DevOps będą mogli liczyć na wynagrodzenia wyższe o 10-15% – tłumaczy Paulina Kubera z Devire.
Wśród trendów, które mogliśmy obserwować jeszcze w 2020 roku i które na pewno się utrzymają w 2021 roku, widać wzrost znaczenia pracowników z branży e-commerce, którzy dziś mogą znaleźć zatrudnienie niemal w każdej branży. Tacy specjaliści mogą liczyć na zarobki od 5 do nawet 30 tys. złotych brutto miesięcznie.
Poza tym w 2021 roku pracodawcy będą poszukiwać przede wszystkim ekspertów z obszarów CRM, marketing automation, programmaticu czy analityki danych digitalowych i CRM-owych. Tylko w ostatnich miesiącach aż 90% kandydatów z branży przyznaje, że dostało zaproszenie do udziału w tego typu rekrutacji.
Rok 2020 przyniósł wiele zmian – również w poziomie oferowanych wynagrodzeń. Część pracodawców była zmuszona uszczuplać swoje struktury, część wysyłała pracowników na przymusowe urlopy, zmniejszano wynagrodzenia lub wstrzymywano premie i bonusy. Pierwszą falę zwolnień obserwowaliśmy głównie w: transporcie, branży turystycznej, horeca, w usługach, szkoleniach, eventach. Przez wprowadzenie ograniczeń w handlu ucierpiała gastronomia, rozrywka i handel inny niż spożywczy. Dla wielu branż pandemia stała się jednak katalizatorem zmian i mówi się, że to najbardziej skuteczny digital transformation manager, który zmobilizował do szybszego unowocześnienia biznesów, rozwoju kanału sprzedaży online i przeniesienia jeszcze większej części budżetów do internetu.
– Pracownicy udowodnili też, że potrafią pełnić swoje obowiązki zdalnie. Udało się to nawet w branżach, w których praca na home office była jeszcze do niedawna wyjątkowym przywilejem. W innych, takich jak IT, gdzie praca zdalna była tylko pewną opcją, stało się to już niemal normą – podsumowuje Magdalena Rogóż z Kodilla.com.
Blisko połowa Polaków ma oszczędności nieprzekraczające 5 tys. zł, w tym niemal jedna czwarta nie posiada żadnych odłożonych środków – wynika z badania „Barometr oszczędności” przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów. Prawie 35% prognozuje, że za zaoszczędzone pieniądze jest w stanie utrzymać się jedynie miesiąc.
Mimo że wielu Polaków podczas pandemii częściej niż wcześniej wstrzymuje się z wydatkami, analizuje ceny przed zakupem i kupuje na raty, to ich oszczędności wciąż są na poziomie, który nie zapewnia długotrwałego bezpieczeństwa finansowego. Jednocześnie niemal połowa z nas zaczęła gromadzić pieniądze, mając w głowie możliwe problemy finansowe związane z pandemią.
Finansowa poduszka potrzebna jak nigdy
Jak wynika z badania „Barometr Oszczędności” przeprowadzonego przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, blisko jedna czwarta (24%) Polaków deklaruje, że nie posiada obecnie żadnych oszczędności. Więcej niż co dziesiąta (11,5%) osoba trzyma na czarną godzinę kwotę mniejszą niż 1 tys. zł. Od 1 tys. do 4,9 tys. zł ma 17% osób, a prawie jedna trzecia deklaruje oszczędności wyższe niż 5 tys. zł.
Większości z nas odłożone pieniądze wystarczą na utrzymanie w okresie krótszym niż pół roku w sytuacji nagłej utraty pracy. Może się więc okazać, że nie zapewnią nam bytu do czasu, gdy znajdziemy kolejne zatrudnienie. Jedna czwarta respondentów twierdzi, że po utracie pracy byłaby się w stanie utrzymać przez trzy miesiące, niemal co piąty (18%) ma zapewnione finansowanie na miesiąc, a 17% do pół roku. Najbezpieczniejszą sytuację ma tylko 13% Polaków – w wypadku nagłej utraty pracy są w stanie utrzymać się z oszczędności ponad rok.
– Badania pokazują, że w Polsce mniej więcej tyle samo osób posiada oszczędności finansowe, co nie odkłada w ogóle. Niepokojące jest to, że większość tych drugich nie ma z czego odłożyć. Tymczasem posiadanie pewnej poduszki finansowej jest bardzo ważne właśnie w takich chwilach jak ta, w pandemii, w kryzysie. Na szczęście, wszystko wskazuje na to, że dzięki szczepieniom sytuacja w kraju w najbliższych kilku miesiącach powinna się nieco ustabilizować, a poprawa gospodarki wpłynie też na portfele konsumentów. W związku z tym jest szansa, że i więcej osób będzie mogło odłożyć gotówkę na czarną godzinę – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.
Dlaczego nie oszczędzamy?
Niemal 52% z nas nie gromadzi oszczędności w pandemii. Dla blisko 2/3 z tej grupy głównym powodem są zbyt niskie dochody. Blisko co dziesiątą osobę przed oszczędzaniem powstrzymuje konieczność pokrycia dużych aktualnych wydatków. W grupie nieoszczędzających w obliczu koronawirusa są też osoby, które po prostu nie obawiają się o swoją sytuację finansową (17%) albo nie przewidują negatywnych skutków pandemii dla swojego portfela (13%). Z kolei co dziesiąty deklaruje, że posiada już wystarczające środki na wypadek sytuacji kryzysowych. Natomiast 9% badanych w razie problemów finansowych liczy na możliwość zwrócenia się po pomoc do rodziny czy znajomych.
W pierwszej kolejności przekładamy wyjazdy i remonty
Pandemia i związana z nią chęć oszczędzania najczęściej powstrzymała Polaków przed wyjazdem na wakacje lub zmusiła do przełożenia go na późniejszy termin – wskazał tak więcej niż co trzeci badany (34,5%). Aby zaoszczędzić, co piąty Polak zrezygnował lub przełożył na później remont mieszkania lub domu, a blisko co dziesiąty wycofał się z planów zakupu samochodu czy wyprawienia uroczystości rodzinnej, jak wesele czy komunia. Pandemia zmieniła także decyzję 4% badanych odnośnie zakupu mieszkania lub domu. To dość duży odsetek, biorąc pod uwagę, że to kosztowny wydatek i takie plany mogła mieć jednak ograniczona liczba respondentów.
– Redukcja wydatków na wyjazdy w części jest pochodną ograniczeń w przemieszczaniu się czy korzystaniu z usług hotelowych, ale nie tylko. Latem jednak wielu ludzi wyjechało na wakacje. Dość zaskakujące są natomiast deklaracje o ograniczeniu wydatków na remonty. W czasie pandemii markety budowlane były oblegane, a zewsząd słyszeć można było, że pandemia i spędzanie czasu we własnych czterech ścianach zmobilizowały Polaków do ich wyremontowania. Jednak jak pokazuje nasze badanie, sporej części osób pandemia pokrzyżowała te plany – zauważa Adam Łącki i dodaje, że odłożone wydatki czy całkowita z nich rezygnacja ma negatywne konsekwencje dla poszczególnych branż. Firmy, takie jak np. biura turystyczne, muszą radzić sobie ze znacznie mniejszymi wpływami. Aby przetrwać muszą same ciąć wydatki, np. poprzez redukcję zatrudnienia, a to z kolei ma negatywne konsekwencje dla całej gospodarki.
Oszczędzają więcej, bo wydają mniej
Osobom, które oszczędzają w pandemii, najczęściej udaje się odłożyć miesięcznie od 100 do 299 zł (27% wskazań). Kolejnymi często wskazywanymi zakresami były kwoty rzędu 300-499 zł (16%) i 500-999 zł (13%). Odłożenie z pensji powyżej 1 tys. zł deklaruje 13% badanych.
Dodatkowo 42,3% Polaków twierdzi, że w czasie pandemii częściej niż wcześniej rezygnuje z wydatków, które nie są konieczne, 36,1% wstrzymuje nawet te niezbędne, a jedna trzecia korzysta z promocji i ofert specjalnych oraz porównuje oferty, by wybrać najkorzystniejszą.
– Jest i druga strona medalu. Nasze badanie pokazuje, że część osób w pandemii nie wydaje pieniędzy, jeśli nie musi. Przykładowo, pracując zdalnie, mniej pieniędzy przeznacza na dojazdy, parking, służbowe ubrania czy kawę „na mieście”. Dzięki temu do przysłowiowej skarbonki wrzuca więcej. Może sobie na to pozwolić 28 proc. ankietowanych – podsumowuje prezes KRD BIG SA.
Ogólnopolskie badanie „Barometr oszczędności” zostało przeprowadzone w drugiej połowie października 2020 roku przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej metodą CAWI na reprezentatywnej grupie 1000 Polaków.
W 2020 roku staliśmy się świadkami bezprecedensowego kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa. Polska gospodarka po raz pierwszy od trzydziestu lat doświadczyła recesji. Potrzebujemy zatem silnego impulsu rozwojowego – tymczasem wprowadzane są jednak kolejne obciążenia dla przedsiębiorców. ZPP konsekwentnie postuluje dwunastomiesięczne moratorium na wszelkie nowe obciążenia – zarówno podatkowe, jak i regulacyjne.
Możemy z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że przedsiębiorcy stawili czoła trudnemu wyzwaniu związanemu z rozwojem epidemii. Wprowadzili, gdzie tylko to możliwe, pracę zdalną, wdrożyli podwyższony reżim sanitarny oraz zmienili swój model działalności. Niestety, przedłużający się lockdown i kolejne ograniczenia zwiększają ryzyko masowych bankructw i zwolnień, które odbiją się nie tylko na kondycji finansowej przedsiębiorstw, ale również na warunkach bytowych pracowników.
W otoczeniu makroekonomicznym nie widać jeszcze oznak szczególnego załamania, jednak niepokoić musi sytuacja konkretnych branż. Istnieje duże ryzyko, że w najbliższym czasie zagrożenie kryzysem rozleje się również na pozostałe sektory.
Ryzyko to jest poważnie zwiększone przez fakt, że rząd nie ogranicza się jedynie do zakazywania działalności gospodarczej branżom takim, jak hotelarstwo, gastronomia, czy fitness, ale wprowadza również nowe obciążenia dla przedsiębiorców borykających się ze skutkami kryzysu. Dla przykładu, zamknięcie sklepów w galeriach handlowych przez 114 dni doprowadziło do utraty przez branżę przychodów w wysokości aż 30 mld zł – nawet to nie powstrzymało wszczęcia poboru podatku od handlu detalicznego, który szczególnie obciąży rodzime przedsiębiorstwa.
Zdecydowano się również na wprowadzenie podatku cukrowego, mimo oczywiście negatywnych skutków daniny dla producentów i dystrybutorów napojów (a także surowców wykorzystywanych przy ich produkcji), konsumentów oraz znajdującej się w wyjątkowo trudnej sytuacji branży gastronomicznej.
Wymienione daniny to tylko niektóre z długiej listy nowych obciążeń dla przedsiębiorców, do której możemy zaliczyć również: wprowadzenie podatku CIT dla spółek komandytowych, wprowadzenie kaucji od sprzedanego oleju czy modyfikację „podatku od deszczu”.
Ponownie podkreślamy, że działania polskiego rządu idą w odmiennym kierunku niż te w krajach OECD. Przeprowadzona przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców analiza polityki fiskalnej w krajach OECD w trakcie pandemii koronawirusa, pokazuje, że większość krajów zmniejsza podatki i obciążenia dla biznesu. Australia obniża podatki dla wszystkich grup społecznych oraz upraszcza system podatkowy. W ślad za nią Szwecja redukuje podatki dochodowe dla wielu grup społecznych. Aby ulżyć biznesom podczas kryzysu, Niemczy i Czechy wprowadzają czasowe obniżki VAT-u, w szczególności dla branż mocno dotkniętych przez lock down. Polska nie dołączyła do tego trendu.
Omawiając sposoby niwelowania negatywnych gospodarczych konsekwencji pandemii koronawirusa nie sposób nie wspomnieć o unijnym Funduszu Odbudowy. W latach 2021-2027 Polska otrzyma fundusze o niespotykanej dotąd skali. W nowej perspektywie budżetowej Polska otrzyma 160 mld EUR z unijnych funduszy. W świetle otrzymania tak ogromnych środków, wydaje się oczywistym, że presja budżetowa na wprowadzenie nowych podatków oraz zwiększanie tych obecnie stosowanych powinna być znacznie mniejsza, a polski rząd nie powinien wprowadzać zmieniać warunków dla prowadzenia działalności gospodarczej w okresie kryzysu gospodarczego.
Mając na uwadze powyższe, apelujemy do rządu o przyjęcie dwunastomiesięcznego moratorium na wszelkie nowe obciążenia, w tym przede wszystkim te o charakterze podatkowym i parapodatkowym, takie jak np. podatek cukrowy, czy podatek od sprzedaży detalicznej. Podążając śladem innych państw OECD, należałoby również wprowadzić czasową obniżkę VAT-u dla branż najbardziej dotkniętych przez pandemię. ZPP konsekwentnie apeluje o wprowadzenie stawki 5% VAT na wszystkie usługi gastronomiczne.
Polski biznes musi mieć szansę na przetrwanie i odbudowanie się po kryzysie spowodowanym epidemią. Jeśli nowe lub zwiększone obciążenia mu to uniemożliwią, skala negatywnych skutków gospodarczych może być w tej chwili trudna do przewidzenia, a ich koszt z pewnością wyższy, niż ten spowodowany odłożeniem w czasie nowych danin.
Seniorzy nie chcą być „uwięzieni” w swoim mieszkaniu. Cenią samodzielność, ale też aktywność i bliskość rodziny.
Wśród sprzedających i kupujących mieszkania i domy jest coraz więcej seniorów – twierdzą pośrednicy w obrocie nieruchomościami w sondzie portalu GetHome.pl. Co skłania osoby w wieku emerytalnym do podjęcia takiej decyzji oraz jakie są ich mieszkaniowe preferencje?
Najpewniej wciąż dla ogromnej większości naszych babć i dziadków przeprowadzka jest ostatnią rzeczą, którą uwzględniają w swoich życiowych planach. Ba, wielu seniorów ma duże mieszkanie lub dom wart setki tysięcy złotych, a mimo to wolą klepać biedę, niż zamienić swoje lokum na mniejsze, tańsze w utrzymaniu. Dlaczego? „Bo starych drzew się nie przesadza”, albo „chcę pozostawić mieszkanie dzieciom lub wnukom” – przypuszczalnie taką odpowiedź usłyszymy najczęściej. Jednak w wiek emerytalny wchodzą pokolenia Polaków, którym obcy jest taki sposób myślenia. W efekcie coraz więcej seniorów decyduje się na zmianę miejsca zamieszkania ze względów praktycznych i finansowych.
– Transakcje z osobami po 60. roku życia stanowią coraz większy procent w ogólnej liczbie przeprowadzonych umów. Obecnie jest to ok. 20% – przyznaje Łukasz Olszewski, doradca ds. nieruchomości w agencji AJ Promotion.
W podobnym tonie wypowiadają się wszyscy pośrednicy, których zapytaliśmy o aktywność seniorów na rynku mieszkaniowym. Pośrednicy są też zgodni co do tego, że starsze osoby najczęściej kierują się chęcią obniżenia metrażu mieszkania lub domu.
Obniżka kosztów i bliskość rodziny
– Nie potrzebują 70- czy 80-metrowego mieszkania, gdyż dzieci „wyfrunęły z gniazda”, a koszty są dużym obciążeniem dla emeryckiego budżetu – mówi właściciel biura Estate Polska Paweł Koronkiewicz.
To, że seniorzy często zajmują zbyt duże i kosztowne w eksploatacji domy i mieszkania potwierdzają dane GUS – 60 m kw. ma przeciętne mieszkanie samotnej osoby w wieku 60 lat i więcej, zaś przeciętna powierzchnia mieszkań zajmowanych przez małżeństwa seniorów wynosi ok. 78,5 m kw.
Specjalista ds. nieruchomości w agencji Alfa Home Karol Myśliwiec zwraca uwagę, że w wielu przypadkach decyzja o zamianie mieszkania jest spowodowana chęcią bycia bliżej dzieci lub wnuków, aby pomóc im np. w zajmowaniu się potomstwem.
– Albo chęcią przeznaczenia nadwyżki ze sprzedaży większej nieruchomości na wsparcie finansowe dzieci – dodaje Łukasz Olszewski.
– Zdarzają się też seniorzy, którzy szukają pierwszego mieszkania dla swoich dzieci lub wnuków. Nawet jeśli nie podchodzą do aktu notarialnego, to przynajmniej częściowo finansują zakup nieruchomości i uczestniczą w jej szukaniu – zauważa Tomasz Obarski z agencji Warszawski Agent Nieruchomości.
Karol Myśliwiec przyznaje, że zamiana często oznacza przeprowadzkę z miasta do miasta lub nawet z terenów wiejskich do miasta.
– Dla seniorów życie w mieście jest często wygodniejsze. Np. odpada im obowiązek odśnieżenia czy naprawy dachu w domku jednorodzinnym – mówi Karol Myśliwiec.
Z kolei Łukasz Olszewski zaobserwował, że seniorzy, którzy przez całe życie mieszkali w bloku i marzyli o domu pod miastem, częściej są skłonni wybrać właśnie taką nieruchomości z małym ogródkiem. W przeprowadzeniu transakcji seniorów często wspierają dzieci lub dalsza rodzina. Wielu radzi sobie jednak samemu.
– Rekordzistką była przeszło osiemdziesięcioletnia klientka, która samodzielnie załatwiła wszystkie formalności ze sprzedażą mieszkania, a my pomogliśmy jej przy zakupie – opowiada Karol Myśliwiec.
Niska kondygnacja w dobrej lokalizacji
Pośrednicy są zgodni, że dla seniorów kupujących nieruchomość kluczowa jest lokalizacja, a w przypadku mieszkań także ich położenie w budynku.
– Starsze osoby chcą mieć w zasięgu ręki sklepy, punkty usługowe, przychodnię zdrowia czy przystanek komunikacji zbiorowej – podkreśla Paweł Koronkiewicz. I dodaje, że seniorzy preferują mieszkanie na parterze i pierwszym piętrze.
– Osoby starsze niechętnie rozpatrują wyższe piętra, i to nawet wtedy, gdy w bloku jest winda. Obawiają się jej awarii i potencjalnych problemów z pokonaniem większej liczby schodów – mówi Łukasz Olszewski.
– Odpadają stare budynki bez podjazdów dla inwalidów i ze schodami do wind – dodaje Tomasz Obarski.
Ważnym aspektem jest również wyposażenie samego mieszkania. Chodzi o to, żeby nie było w nim barier architektonicznych dla osób z niepełnosprawnościami. Nawet jeśli kupujący mieszkanie seniorzy nie mają takiego problemu, to zdają sobie sprawę, że w przyszłości może się on pojawić. Zdaniem Łukasza Olszewskiego np. w łazience preferowana jest kabina prysznicowa, najlepiej z niskim brodzikiem.
Według pośredników, osoby samotne kupują kawalerkę z oddzielną kuchnią. Z kolei małżeństwa za optymalne uznają mieszkanie, choćby niewielkie metrażowo, ale składające się z dwóch pokoi – sypialni i salonu. Paweł Koronkiewicz zwraca również uwagę, że starsze osoby chętnie kupują mieszkania, które wystarczy odświeżyć. Najczęściej odrzucają zaś oferty mieszkań, które wymagają gruntownego remontu.
– W przypadku domów, najbardziej poszukiwane się małe, najlepiej parterowe nieruchomości o powierzchni 80-100 m kw. na działkach do 800 m kw. Przy czym system ogrzewania musi być „bezobsługowy” – informuje Karol Myśliwiec.
Najem z opieką zamiast własności
Rosnący udział seniorów w transakcjach mieszkaniowych nie powinien dziwić także dlatego, że jesteśmy jednym z najszybciej starzejących się społeczeństwem w Unii Europejskiej. W naszym kraju już teraz żyje ponad 9,7 mln osób w wieku 60 lat i więcej.
Jednak według prognoz GUS w najbliższych 30 latach liczba seniorów wzrośnie do 13,7 mln. W 2050 r. stanowić oni będą ok. 40% społeczeństwa (obecnie ok. 25%). Przy czym najszybciej będzie rósł odsetek osób w wieku 80 lat lub starszych. To oznacza, że najpewniej wzrośnie popyt na mieszkania dostosowane do ich możliwości i potrzeb.
Tym bardziej, że już teraz aż jedna trzecia seniorów ankietowanych przez GUS, uskarża się na bariery architektoniczne w budynku, które utrudniają im dostęp do mieszkania. W wielu PRL-owskich blokach często nie ma windy albo jest jedna, więc kiedy się zepsuje, mieszkanie staje się dla seniora więzieniem.
Ponadto, niemal co dziesiąty senior uważa, że w swoim mieszkaniu nie ma odpowiednich warunków techniczno-sanitarnych. Chodzi m.in. o brak ciepłej i bieżącej wody, łazienki czy centralnego ogrzewania.
Wprawdzie siła nabywcza seniorów jest niska – przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny wynosił w 2019 r. ok. 2,1 tys. zł. Z drugiej strony, jak już wspomnieliśmy, wielu z nich posiada mieszkanie lub dom, który mogą sprzedać lub wynająć. Eksperci przewidują, że także w Polsce rozwijał się więc będzie wynajem mieszkań dla seniorów w systemie „assisted living”. Chodzi o to, że seniorzy zachowują w takich mieszkaniach całkowitą samodzielność. Oferowana jest im pomoc w codziennym funkcjonowaniu oraz różnego rodzaju usługi (pranie, sprzątanie, zakupy, posiłki) oraz aktywności.
Pierwsze tego typu komercyjne kompleksy mieszkalne dla seniorów powstały m.in. we Wrocławiu i podwarszawskiej miejscowości Wiązowna. Inwestycje mieszkaniowe dedykowane seniorom realizują też niektóre towarzystwa budownictwa społecznego, m.in. w Stargardzie, Poznaniu, Szczecinie, Toruniu i Wrocławiu. Np. w 2020 r. TBS Wrocław wybudował blok z 57 takich mieszkań. Co ciekawe, na każdym piętrze znajduje się sala spotkań, żeby lokatorzy mogli nawiązywać relacje międzysąsiedzkie.
Cyfrowa rewolucja – tak jednym zwrotem można scharakteryzować sposób pracy, który będzie nam towarzyszył w 2021 roku. Trwająca pandemia ma ogromy wpływ na sposób wykonywania pracy biurowej inicjując nowe rozwiązania w tym obszarze. To jak będzie wyglądała praca w najbliższym czasie pokazują cztery trendy, które są odpowiedzią na pandemiczną rzeczywistość.
Praca hybrydowa
Praca zdalna stała się rzeczywistością, – ale, na jaką skalę? To, czego możemy się z pewnością spodziewać w 2021 roku, to model pracy hybrydowej, w której pracownicy spędzają tylko część tygodnia pracy w biurze. Model pracy w systemie home office ma swoje zalety. Sama zmiana w postaci otwartości pracodawców na taką formę współpracy jest już krokiem w dobrym kierunku. Pracownikom przy pracy zdalnej brakuje jednak bezpośrednich interakcji w zespole. Wskazują na to wyniki amerykańskich badań mówiących o tym, że 41% pracowników wolałoby wrócić do swojego miejsca pracy lub biura, aby pracować, tak jak przed kryzysem. – Praca zdalna wymaga między innymi, zdolności do ustrukturyzowania i planowania dnia. Osoby, które mają z tym kłopot, często pracują więcej w domu niż w biurze, co oczywiście prowadzi do spadku motywacji i wyczerpania, a na dłuższą metę do wypalenia pracowników – tłumaczy Przemysław Śnioszek, prezes zarządu Grow Uperion, firmy, która stworzyła grywalizacyjną platformę do podnoszenia zaangażowania pracowników. Dlatego wydaje się, że model hybrydowy łączący zalety home office oraz pracy biurowej, będzie nową kulturą pracy w postpandemicznej rzeczywistości. Pracownik, który zamiennie pracuje raz w domu, a raz w biurze, będzie wymagał wsparcia technologicznego. Firmy, które przejdą na model hybrydowy, będą musiały zapewnić pracownikom smart przestrzeń, czyli biuro, które jest interaktywne i komunikuje się z pracownikami.
Work-Tech
Model pracy hybrydowej lub zdalnej spowodował, że pracodawcy zaczęli szukać rozwiązań pomagających pracownikom odnaleźć się w nowej sytuacji. Wyzwania związane z pracą rotacyjną, zachowaniem odległości między osobami czy rezerwacją sal konferencyjnych zgodnie z reżimem sanitarnym, bez wsparcia nowoczesnych technologii, są bardzo trudne do zrealizowania. – Od ponad czterech lat tworzymy rozwiązania wspierające pracowników w ich codziennej biurowej rzeczywistości. Poprzez Zonifero można m.in. zarezerwować tak zwane Hot-Desk, czyli przechodnie biurko lub salę konferencyjną, co stało się szczególnie istotne dla firm przystosowujących się do pracy w modelu hybrydowym. Musieliśmy wprowadzić jedynie kilka drobnych adaptacji naszej aplikacji do nowych pandemicznych warunków: np. po zwolnieniu pomieszczenia serwis sprzątający otrzymuje dziś automatyczne powiadomienie, że pomieszczenie jest już wolne i można je zdezynfekować – wyjaśnia Jacek Ratajczak, prezes Zonifero. Jak zapewniają twórcy rozwiązania, to tylko jedna z możliwości, jakie daje aplikacja, ponieważ pełen jej potencjał można zobaczyć w połączeniu z czujnikami IoT, znajdującymi się w biurowcu.
Prop-Tech
Pandemia ma duży wpływ na rynek nieruchomości biurowych. Inwestorzy, jak i klienci szukają inteligentnych biur, które będą pomagały realizować ich potrzeby z zakresu zarządzania zasobami ludzkimi, patrząc na nie także przez pryzmat pandemii. Dziś nowoczesne biuro to nie tylko element prestiżu, ale także narzędzie do radzenia sobie z nietypową sytuacją, w jakiej się znaleźliśmy. Innowacyjne technologie potrafią wspierać pracodawcę i pracownika. – Z poziomu aplikacji mobilnej w inteligentnym biurowcu można zgłosić usterkę. Na przykład kiedy w zarezerwowanej sali konferencyjnej nie możemy nawiązać połączenia video przed ważnym spotkaniem. Jeżeli nie pojawimy się na spotkaniu w zarezerwowanej sali, system, przywróci jej dostępność dla innych pracowników oraz wyłączy zbędne urządzenia, tak aby nie marnowały energii – tłumaczy Jacek Ratajczak z Zonifero. Dziś, kiedy biura są mniej intensywnie używane lub w związku z rotacją pracowników wymagają codziennej dezynfekcji, takie smart rozwiązania pozwalają zmniejszać koszty eksploatacji budynku.
Video konferencje i narzędzia do pracy zespołowej
Bez względu na to, czy pracownik jest w domu czy w biurze, video konferencja i korzystanie z komunikatorów na stałe wpisało się w krajobraz pracy biurowej. Oprócz podstawowych kwestii, takich jak stabilność połączenia czy jakość obrazu, przedsiębiorcy bardzo szybko zorientowali się, że warto korzystać z rozwiązań zapewniających bezpieczeństwo i integracje z oprogramowaniem, którego używali przed pandemią. Ogromną popularnością zaczęły cieszyć się programy, które nie tylko pozwalają na video rozmowę czy czat, ale także na dzielenie się plikami, grupowe dyskusje lub wspólną prace nad projektem. Kolejnym niezwykle istotnym aspektem jest kwestia bezpieczeństwa. – Oprogramowanie pozwalające na bezpieczną pracę w grupie, stało się jednym z podstawowych wymagań w obecnej rzeczywistości. Kwestie bezpieczeństwa, odnoszące się do możliwości nagrywania spotkań czy dzielenia się widokiem ekranu i plikami, to dziś zagadnienia niezwykle ważne dla pracy przedsiębiorstw. Zabezpieczenie danych na komputerach pracowników pracujących zdalnie będzie jedną z ważniejszych kwestii w 2021 roku – tłumaczy Rafał Jaworski, dyrektor do spraw cyberbezpieczeństwa w ProtectHut.
Praca u progu trzeciej dekady XXI wieku zmieniła się z dnia na dzień. Elastyczny styl pracy wsparty nowoczesnymi technologiami na stałe wpisał się w funkcjonowanie przedsiębiorstw. Szacuje się, że po pandemii około 30% pracowników nadal będzie korzystać z rozwiązań, takich jak praca hybrydowa czy home office. To właśnie technologia sprawiła, że skutki lockdown’u dla wielu firm były łagodniejsze niż się spodziewano. Większość wprowadzonych rozwiązań technologicznych zostanie z nami już na stałe.
Brexit: polskie firmy najwyższe straty ponosić będą w drugiej połowie roku, nawet 1,6 mld złotych utraconych przychodów w ciągu 6 miesięcy.
Polscy eksporterzy tylko w drugim półroczu 2021 roku, po obecnym okresie przejściowym i wprowadzeniu kontroli granicznych, stracą w związku z Brexitem przychody o wartości 1,6 mld złotych – wynika z szacunków Euler Hermes. Najbardziej dotknięci będą oczywiście brytyjscy przedsiębiorcy – eksporterzy z Wielkiej Brytanii mogą stanąć przed rachunkiem za Brexit o wartości nawet 25 mld funtów utraconych przychodów w całym 2021 r.
Eksporterzy z Unii Europejskiej mogą stracić 10 mld euro w drugiej połowie 2021 r. po wprowadzeniu kontroli na granicach
Euler Hermes szacuje, że w Wielkiej Brytanii w I kwartale nastąpi spadek PKB o 5,5% kw/kw. W całym 2021 roku PKB wzrośnie o 2,5%; ale pełne ożywienie nie jest spodziewane do co najmniej 2023 r.
Utrata klientów z Wielkiej Brytanii będzie oznaczać, że polskie firmy będą musiały ich szukać gdzie indziej, aby zastąpić utracone przychody
Z analiz przeprowadzonych przez Euler Hermes, wiodącego na świecie ubezpieczyciela należności handlowych wynika, że brytyjskie firmy zorientowane na eksport stracą w tym roku od 12,0 do 25 mld GBP (około 13,5 mld EUR – 27,3 mld EUR) w wyniku mniejszego popytu na ich towary i usługi, zwiększonej biurokracji związanej z ich sprzedażą i z powodu deprecjacji funta szterlinga (-3% prognozy na 2021 rok).
W przypadku realizacji górnej granicy strat z oczekiwanego scenariusza rozwoju wydarzeń oznacza to 1,1% utraconego PKB Wlk. Brytanii, przy czym sektory, które prawdopodobnie najbardziej ucierpią, to wytwórcy produktów mineralnych i metalowych, maszyn i sprzętu elektrycznego, sprzętu transportowego, chemikaliów i tekstyliów.
Analizy Euler Hermes opierają się na obserwacji przygotowań brytyjskich firm do wejścia Wielkiej Brytanii w kolejną recesję w obliczu trzeciej krajowej blokady wywołanej przez Covid-19 i oczekiwanego spadku brytyjskiego PKB o 5,5% kw/kw w pierwszym kwartale br. Ekonomiści Euler Hermes spodziewają się, że pandemia i okres przejściowy Brexitu ograniczą wzrost PKB do + 2,5% w 2021 r., po czym nastąpi dalszy wzrost o +7% w następnym roku, co oznacza, że gospodarka Wielkiej Brytanii nie powróci do poziomu PKB sprzed kryzysu do co najmniej 2023 roku.
„Zgodnie z oczekiwaniami Unia Europejska i Wielka Brytania osiągnęły w ostatniej chwili kompromis w sprawie Brexitu. Jednak umowa jest daleka od ukończenia i nałożyła ponadto okres przejściowy na stronę brytyjską z powodu braku czasu na przygotowania. W przypadku eksporterów z Wielkiej Brytanii utrzymująca się niepewność spowodowała pewne zakłócenia na granicach od początku roku, ponieważ wiele małych firm zawiesiło tymczasowo handel zagraniczny, a około jedna na pięć ciężarówek została zawrócona na skrzyżowaniach przed Kanałem, częściowo z powodu papierkowych utrudnień związanych z Brexitem” – uważa Ana Boata, szefowa działu badań makroekonomicznych w Euler Hermes.
Euler Hermes początkowo prognozował, że eksport z Unii Europejskiej do Wielkiej Brytanii może spaść w pierwszym roku obowiązywania Brexitu nawet o 18 mld EUR. Sześciomiesięczny okres przejściowy do końca czerwca może zmniejszyć te straty o połowę do mniej niż 10 mld EUR. Wciąż najbardziej dotknięte będą Niemcy (2 mld euro strat w przychodach), Holandia (1,2 mld euro), Francja (0,9 mld euro), Belgia (0,7 mld euro) i Włochy (0,6 mld euro) – nawet jeśli straty wyniosą mniej niż 0,5 % ich całkowitego eksportu.
Ana Boata dodaje: „Chociaż umowa jest bardziej korzystna niż inne umowy o wolnym handlu, ponieważ oferuje zerowe cła na towary, bariery pozataryfowe mogą ostatecznie sięgać 10% ze względu na wyjście z unii celnej. Branże, takie jak usługi finansowe, również nadal czekają na „status równoważności” z Unią Europejską, co może zająć więcej czasu niż planowane sześć miesięcy ”.
Obawy dotyczące ciągłości i zmian łańcuchów dostaw w handlu z firmami brytyjskimi będą z powodu pandemii prawdopodobnie mniej dotkliwe niż wcześniej sądzono. Mniej dotkliwe dla firm brytyjskich – a więc bardziej dla dostawców z Unii Europejskiej, w tym z Polski. Niedawne badanie dotyczące łańcucha dostaw przeprowadzone przez Euler Hermes wykazało, że brytyjskie firmy z wyprzedzeniem starały się skrócić swój łańcuch dostaw z tytułu importu, w tym ponad jedna trzecia (35%) postawiła na dostawców krajowych – to znacznie więcej niż w porównywalnie dużych gospodarkach Unii Europejskiej, takich jak Francja, Niemcy czy Włochy.
PIERWSZY ROK BREXITU – KOSZT DLA POLSKICH EKSPORTERÓW
Jak ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: Skutki Brexitu w obecnej postaci – tak jak go odbieramy to przede wszystkim widok zatorów, TIRów stojących w korkach na granicach i wymęczonych tym wszystkim kierowców, czyli straty przewoźników. Także straty dostawców produktów spożywczych, część których źle znosi przedłużający się transport. To pierwsze skutki, które z czasem może nie znikną całkowicie, ale będą łagodniejsze.
Inne straty będą miały bardziej trwały charakter. W Euler Hermes szacujemy, że administracyjne utrudnienia i zakłócenia w łańcuchach dostaw (w tym zmiana dostawców) w największym stopniu dotkną: przemysł maszynowy i elektryczny (w tym m.in. producentów części samochodowych), następnie wytwórców środków transportu i części do nich (m.in. naczep i części do nich, opon etc.), producentów różnych dóbr konsumpcyjnych (wyposażenie mieszkań, meble etc.). Zaraz za nimi, bo ze skalą strat szacowanych tylko w drugim półroczu 2021 r. na 125 mln złotych jest sektor spożywczy (w tym alkohole) oraz podobnie – sektor chemiczny.
Łączne straty polskich firm z tytułu Brexitu w drugim półroczu tego roku mogą wynieść według szacunków Euler Hermes nawet 1,6 mld złotych. Eksport na Wyspy nie będzie już więc taką lokomotywą sprzedaży (2 rynek zbytu dla polskich eksporterów), jak obecnie. Utrata klientów z Wielkiej Brytanii będzie oznaczać, że polskie firmy będą musiały ich szukać gdzie indziej, aby zastąpić utracone przychody. Wszyscy w Unii Europejskiej będą to robili – może więc warto poszukać trochę dalej? Zestawiając konkurencyjne jakość i cenę polskich produktów z naszą unikalną międzynarodową bazą aktualnych danych i globalnym zasięgiem wsparcia naszych klientów w znajdowaniu i bezpiecznym handlu na innych rynkach, można liczyć na utrzymanie, może nawet wzrost obrotów, a przy tym na większe (i bezpieczniejsze) ich geograficzne zróżnicowanie. To najlepszy czas na wdrożenie nowoczesnego wsparcia sprzedaży jakim jest usługa ubezpieczenie transakcji.