Jedna czwarta Polaków nie ma obecnie żadnych oszczędności

Blisko połowa Polaków ma oszczędności nieprzekraczające 5 tys. zł, w tym niemal jedna czwarta nie posiada żadnych odłożonych środków – wynika z badania „Barometr oszczędności” przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów. Prawie 35% prognozuje, że za zaoszczędzone pieniądze jest w stanie utrzymać się jedynie miesiąc.

Mimo że wielu Polaków podczas pandemii częściej niż wcześniej wstrzymuje się z wydatkami, analizuje ceny przed zakupem i kupuje na raty, to ich oszczędności wciąż są na poziomie, który nie zapewnia długotrwałego bezpieczeństwa finansowego. Jednocześnie niemal połowa z nas zaczęła gromadzić pieniądze, mając w głowie możliwe problemy finansowe związane z pandemią.

Finansowa poduszka potrzebna jak nigdy

Jak wynika z badania „Barometr Oszczędności” przeprowadzonego przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, blisko jedna czwarta (24%) Polaków deklaruje, że nie posiada obecnie żadnych oszczędności. Więcej niż co dziesiąta (11,5%) osoba trzyma na czarną godzinę kwotę mniejszą niż 1 tys. zł. Od 1 tys. do 4,9 tys. zł ma 17% osób, a prawie jedna trzecia deklaruje oszczędności wyższe niż 5 tys. zł.

Większości z nas odłożone pieniądze wystarczą na utrzymanie w okresie krótszym niż pół roku w sytuacji nagłej utraty pracy. Może się więc okazać, że nie zapewnią nam bytu do czasu, gdy znajdziemy kolejne zatrudnienie. Jedna czwarta respondentów twierdzi, że po utracie pracy byłaby się w stanie utrzymać przez trzy miesiące, niemal co piąty (18%) ma zapewnione finansowanie na miesiąc, a 17% do pół roku. Najbezpieczniejszą sytuację ma tylko 13% Polaków – w wypadku nagłej utraty pracy są w stanie utrzymać się z oszczędności ponad rok.

Badania pokazują, że w Polsce mniej więcej tyle samo osób posiada oszczędności finansowe, co nie odkłada w ogóle. Niepokojące jest to, że większość tych drugich nie ma z czego odłożyć. Tymczasem posiadanie pewnej poduszki finansowej jest bardzo ważne właśnie w takich chwilach jak ta, w pandemii, w kryzysie. Na szczęście, wszystko wskazuje na to, że dzięki szczepieniom sytuacja w kraju w najbliższych kilku miesiącach powinna się nieco ustabilizować, a poprawa gospodarki wpłynie też na portfele konsumentów. W związku z tym jest szansa, że i więcej osób będzie mogło odłożyć gotówkę na czarną godzinę – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Dlaczego nie oszczędzamy?

Niemal 52% z nas nie gromadzi oszczędności w pandemii. Dla blisko 2/3 z tej grupy głównym powodem są zbyt niskie dochody. Blisko co dziesiątą osobę przed oszczędzaniem powstrzymuje konieczność pokrycia dużych aktualnych wydatków. W grupie nieoszczędzających w obliczu koronawirusa są też osoby, które po prostu nie obawiają się o swoją sytuację finansową (17%) albo nie przewidują negatywnych skutków pandemii dla swojego portfela (13%). Z kolei co dziesiąty deklaruje, że posiada już wystarczające środki na wypadek sytuacji kryzysowych. Natomiast 9% badanych  w razie problemów finansowych liczy na możliwość zwrócenia się po pomoc do rodziny czy znajomych.

W pierwszej kolejności przekładamy wyjazdy i remonty

Pandemia i związana z nią chęć oszczędzania najczęściej powstrzymała Polaków przed wyjazdem na wakacje lub zmusiła do przełożenia go na późniejszy termin – wskazał tak więcej niż co trzeci badany (34,5%). Aby zaoszczędzić, co piąty Polak zrezygnował lub przełożył na później remont mieszkania lub domu, a blisko co dziesiąty wycofał się z planów zakupu samochodu czy wyprawienia uroczystości rodzinnej, jak wesele czy komunia. Pandemia zmieniła także decyzję 4% badanych odnośnie zakupu mieszkania lub domu. To dość duży odsetek, biorąc pod uwagę, że to kosztowny wydatek i takie plany mogła mieć jednak ograniczona liczba respondentów.

Redukcja wydatków na wyjazdy w części jest pochodną ograniczeń w przemieszczaniu się czy korzystaniu z usług hotelowych, ale nie tylko. Latem jednak wielu ludzi wyjechało na wakacje. Dość zaskakujące są natomiast deklaracje o ograniczeniu wydatków na remonty. W czasie pandemii markety budowlane były oblegane, a zewsząd słyszeć można było, że pandemia i spędzanie czasu we własnych czterech ścianach zmobilizowały Polaków do ich wyremontowania. Jednak jak pokazuje nasze badanie, sporej części osób pandemia pokrzyżowała te plany – zauważa Adam Łącki i dodaje, że odłożone wydatki czy całkowita z nich rezygnacja ma negatywne konsekwencje dla poszczególnych branż. Firmy, takie jak np. biura turystyczne, muszą radzić sobie ze znacznie mniejszymi wpływami. Aby przetrwać muszą same ciąć wydatki, np. poprzez redukcję zatrudnienia, a to z kolei ma negatywne konsekwencje dla całej gospodarki.

Oszczędzają więcej, bo wydają mniej

Osobom, które oszczędzają w pandemii, najczęściej udaje się odłożyć miesięcznie od 100 do 299 zł (27% wskazań). Kolejnymi często wskazywanymi zakresami były kwoty rzędu 300-499 zł (16%) i 500-999 zł (13%). Odłożenie z pensji powyżej 1 tys. zł deklaruje 13% badanych.

Dodatkowo 42,3% Polaków twierdzi, że w czasie pandemii częściej niż wcześniej rezygnuje z wydatków, które nie są konieczne, 36,1% wstrzymuje nawet te niezbędne, a jedna trzecia korzysta z promocji i ofert specjalnych oraz porównuje oferty, by wybrać najkorzystniejszą.

Jest i druga strona medalu. Nasze badanie pokazuje, że część osób w pandemii nie wydaje pieniędzy, jeśli nie musi. Przykładowo, pracując zdalnie, mniej pieniędzy przeznacza na dojazdy, parking, służbowe ubrania czy kawę „na mieście”. Dzięki temu do przysłowiowej skarbonki wrzuca więcej. Może sobie na to pozwolić 28 proc. ankietowanych – podsumowuje prezes KRD BIG SA.

Ogólnopolskie badanie „Barometr oszczędności” zostało przeprowadzone w drugiej połowie października 2020 roku przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej metodą CAWI na reprezentatywnej grupie 1000 Polaków.

Stanowisko ZPP ws. wprowadzania nowych obciążeń dla przedsiębiorców

W 2020 roku staliśmy się świadkami bezprecedensowego kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa. Polska gospodarka po raz pierwszy od trzydziestu lat doświadczyła recesji. Potrzebujemy zatem silnego impulsu rozwojowego – tymczasem wprowadzane są jednak kolejne obciążenia dla przedsiębiorców. ZPP konsekwentnie postuluje dwunastomiesięczne moratorium na wszelkie nowe obciążenia – zarówno podatkowe, jak i regulacyjne.

Możemy z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że przedsiębiorcy stawili czoła trudnemu wyzwaniu związanemu z rozwojem epidemii. Wprowadzili, gdzie tylko to możliwe, pracę zdalną, wdrożyli podwyższony reżim sanitarny oraz zmienili swój model działalności. Niestety, przedłużający się lockdown i kolejne ograniczenia zwiększają ryzyko masowych bankructw i zwolnień, które odbiją się nie tylko na kondycji finansowej przedsiębiorstw, ale również na warunkach bytowych pracowników.

W otoczeniu makroekonomicznym nie widać jeszcze oznak szczególnego załamania, jednak niepokoić musi sytuacja konkretnych branż. Istnieje duże ryzyko, że w najbliższym czasie zagrożenie kryzysem rozleje się również na pozostałe sektory.

Ryzyko to jest poważnie zwiększone przez fakt, że rząd nie ogranicza się jedynie do zakazywania działalności gospodarczej branżom takim, jak hotelarstwo, gastronomia, czy fitness, ale wprowadza również nowe obciążenia dla przedsiębiorców borykających się ze skutkami kryzysu. Dla przykładu, zamknięcie sklepów w galeriach handlowych przez 114 dni doprowadziło do utraty przez branżę przychodów w wysokości aż 30 mld zł – nawet to nie powstrzymało wszczęcia poboru podatku od handlu detalicznego, który szczególnie obciąży rodzime przedsiębiorstwa.

Zdecydowano się również na wprowadzenie podatku cukrowego, mimo oczywiście negatywnych skutków daniny dla producentów i dystrybutorów napojów (a także surowców wykorzystywanych przy ich produkcji), konsumentów oraz znajdującej się w wyjątkowo trudnej sytuacji branży gastronomicznej.

Wymienione daniny to tylko niektóre z długiej listy nowych obciążeń dla przedsiębiorców, do której możemy zaliczyć również: wprowadzenie podatku CIT dla spółek komandytowych, wprowadzenie kaucji od sprzedanego oleju czy modyfikację „podatku od deszczu”.

Ponownie podkreślamy, że działania polskiego rządu idą w odmiennym kierunku niż te w krajach OECD. Przeprowadzona przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców analiza polityki fiskalnej w krajach OECD w trakcie pandemii koronawirusa, pokazuje, że większość krajów zmniejsza podatki i obciążenia dla biznesu. Australia obniża podatki dla wszystkich grup społecznych oraz upraszcza system podatkowy. W ślad za nią Szwecja redukuje podatki dochodowe dla wielu grup społecznych. Aby ulżyć biznesom podczas kryzysu, Niemczy i Czechy wprowadzają czasowe obniżki VAT-u, w szczególności dla branż mocno dotkniętych przez lock down. Polska nie dołączyła do tego trendu.

Omawiając sposoby niwelowania negatywnych gospodarczych konsekwencji pandemii koronawirusa nie sposób nie wspomnieć o unijnym Funduszu Odbudowy. W latach 2021-2027 Polska otrzyma fundusze o niespotykanej dotąd skali. W nowej perspektywie budżetowej Polska otrzyma 160 mld EUR z unijnych funduszy. W świetle otrzymania tak ogromnych środków, wydaje się oczywistym, że presja budżetowa na wprowadzenie nowych podatków oraz zwiększanie tych obecnie stosowanych powinna być znacznie mniejsza, a polski rząd nie powinien wprowadzać zmieniać warunków dla prowadzenia działalności gospodarczej w okresie kryzysu gospodarczego.

Mając na uwadze powyższe, apelujemy do rządu o przyjęcie dwunastomiesięcznego moratorium na wszelkie nowe obciążenia, w tym przede wszystkim te o charakterze podatkowym i parapodatkowym, takie jak np. podatek cukrowy, czy podatek od sprzedaży detalicznej. Podążając śladem innych państw OECD, należałoby również wprowadzić czasową obniżkę VAT-u dla branż najbardziej dotkniętych przez pandemię. ZPP konsekwentnie apeluje o wprowadzenie stawki 5% VAT na wszystkie usługi gastronomiczne.

Polski biznes musi mieć szansę na przetrwanie i odbudowanie się po kryzysie spowodowanym epidemią. Jeśli nowe lub zwiększone obciążenia mu to uniemożliwią, skala negatywnych skutków gospodarczych może być w tej chwili trudna do przewidzenia, a ich koszt z pewnością wyższy, niż ten spowodowany odłożeniem w czasie nowych danin.

Seniorzy na rynku nieruchomości

Seniorzy nie chcą być „uwięzieni” w swoim mieszkaniu. Cenią samodzielność, ale też aktywność i bliskość rodziny.

Wśród sprzedających i kupujących mieszkania i domy jest coraz więcej seniorów – twierdzą pośrednicy w obrocie nieruchomościami w sondzie portalu GetHome.pl. Co skłania osoby w wieku emerytalnym do podjęcia takiej decyzji oraz jakie są ich mieszkaniowe preferencje?

Najpewniej wciąż dla ogromnej większości naszych babć i dziadków przeprowadzka jest ostatnią rzeczą, którą uwzględniają w swoich życiowych planach. Ba, wielu seniorów ma duże mieszkanie lub dom wart setki tysięcy złotych, a mimo to wolą klepać biedę, niż zamienić swoje lokum na mniejsze, tańsze w utrzymaniu. Dlaczego? „Bo starych drzew się nie przesadza”, albo „chcę pozostawić mieszkanie dzieciom lub wnukom” – przypuszczalnie taką odpowiedź usłyszymy najczęściej. Jednak w wiek emerytalny wchodzą pokolenia Polaków, którym obcy jest taki sposób myślenia. W efekcie coraz więcej seniorów decyduje się na zmianę miejsca zamieszkania ze względów praktycznych i finansowych.

–  Transakcje z osobami po 60. roku życia stanowią coraz większy procent w ogólnej liczbie przeprowadzonych umów. Obecnie jest to ok. 20% – przyznaje Łukasz Olszewski, doradca ds. nieruchomości w agencji AJ Promotion.

W podobnym tonie wypowiadają się wszyscy pośrednicy, których zapytaliśmy o aktywność seniorów na rynku mieszkaniowym. Pośrednicy są też zgodni co do tego, że starsze osoby najczęściej kierują się chęcią obniżenia metrażu mieszkania lub domu.

Obniżka kosztów i bliskość rodziny

–  Nie potrzebują 70- czy 80-metrowego mieszkania, gdyż dzieci „wyfrunęły z gniazda”, a koszty są dużym obciążeniem dla emeryckiego budżetu – mówi właściciel biura Estate Polska Paweł Koronkiewicz.

To, że seniorzy często zajmują zbyt duże i kosztowne w eksploatacji domy i mieszkania potwierdzają dane GUS – 60 m kw. ma przeciętne mieszkanie samotnej osoby w wieku 60 lat i więcej, zaś przeciętna powierzchnia mieszkań zajmowanych przez małżeństwa seniorów wynosi ok. 78,5 m kw.

Specjalista ds. nieruchomości w agencji Alfa Home Karol Myśliwiec zwraca uwagę, że w wielu przypadkach decyzja o zamianie mieszkania jest spowodowana chęcią bycia bliżej dzieci lub wnuków, aby pomóc im np. w zajmowaniu się potomstwem.

Albo chęcią przeznaczenia nadwyżki ze sprzedaży większej nieruchomości na wsparcie finansowe dzieci – dodaje Łukasz Olszewski.

–  Zdarzają się też seniorzy, którzy szukają pierwszego mieszkania dla swoich dzieci lub wnuków. Nawet jeśli nie podchodzą do aktu notarialnego, to przynajmniej częściowo finansują zakup nieruchomości i uczestniczą w jej szukaniu – zauważa Tomasz Obarski z agencji Warszawski Agent Nieruchomości.

Karol Myśliwiec przyznaje, że zamiana często oznacza przeprowadzkę z miasta do miasta lub nawet z terenów wiejskich do miasta.

– Dla seniorów życie w mieście jest często wygodniejsze. Np. odpada im obowiązek odśnieżenia czy naprawy dachu w domku jednorodzinnym – mówi Karol Myśliwiec.

Z kolei Łukasz Olszewski zaobserwował, że seniorzy, którzy przez całe życie mieszkali w bloku i marzyli o domu pod miastem, częściej są skłonni wybrać właśnie taką nieruchomości z małym ogródkiem. W przeprowadzeniu transakcji seniorów często wspierają dzieci lub dalsza rodzina. Wielu radzi sobie jednak samemu.

– Rekordzistką była przeszło osiemdziesięcioletnia klientka, która samodzielnie załatwiła wszystkie formalności ze sprzedażą mieszkania, a my pomogliśmy jej przy zakupie – opowiada Karol Myśliwiec.

Niska kondygnacja w dobrej lokalizacji

Pośrednicy są zgodni, że dla seniorów kupujących nieruchomość kluczowa jest lokalizacja, a w przypadku mieszkań także ich położenie w budynku.

–  Starsze osoby chcą mieć w zasięgu ręki sklepy, punkty usługowe, przychodnię zdrowia czy przystanek komunikacji zbiorowej – podkreśla Paweł Koronkiewicz. I dodaje, że seniorzy preferują mieszkanie na parterze i pierwszym piętrze.

–  Osoby starsze niechętnie rozpatrują wyższe piętra, i to nawet wtedy, gdy w bloku jest winda. Obawiają się jej awarii i potencjalnych problemów z pokonaniem większej liczby schodów – mówi Łukasz Olszewski.

–  Odpadają stare budynki bez podjazdów dla inwalidów i ze schodami do wind – dodaje Tomasz Obarski.

Ważnym aspektem jest również wyposażenie samego mieszkania. Chodzi o to, żeby nie było w nim barier architektonicznych dla osób z niepełnosprawnościami. Nawet jeśli kupujący mieszkanie seniorzy nie mają takiego problemu, to zdają sobie sprawę, że w przyszłości może się on pojawić. Zdaniem Łukasza Olszewskiego np. w łazience preferowana jest kabina prysznicowa, najlepiej z niskim brodzikiem.

Według pośredników, osoby samotne kupują kawalerkę z oddzielną kuchnią. Z kolei małżeństwa za optymalne uznają mieszkanie, choćby niewielkie metrażowo, ale składające się z dwóch pokoi – sypialni i salonu. Paweł Koronkiewicz zwraca również uwagę, że starsze osoby chętnie kupują mieszkania, które wystarczy odświeżyć. Najczęściej odrzucają zaś oferty mieszkań, które wymagają gruntownego remontu.

– W przypadku domów, najbardziej poszukiwane się małe, najlepiej parterowe nieruchomości o powierzchni 80-100 m kw. na działkach do 800 m kw. Przy czym system ogrzewania musi być „bezobsługowy” – informuje Karol Myśliwiec.

Najem z opieką zamiast własności

Rosnący udział seniorów w transakcjach mieszkaniowych nie powinien dziwić także dlatego, że jesteśmy jednym z najszybciej starzejących się społeczeństwem w Unii Europejskiej. W naszym kraju już teraz żyje ponad 9,7 mln osób w wieku 60 lat i więcej.struktura-wiekowa-seniorow

Jednak według prognoz GUS w najbliższych 30 latach liczba seniorów wzrośnie do 13,7 mln. W 2050 r. stanowić oni będą ok. 40% społeczeństwa (obecnie ok. 25%). Przy czym najszybciej będzie rósł odsetek osób w wieku 80 lat lub starszych. To oznacza, że najpewniej wzrośnie popyt na mieszkania dostosowane do ich możliwości i potrzeb.

Tym bardziej, że już teraz aż jedna trzecia seniorów ankietowanych przez GUS, uskarża się na bariery architektoniczne w budynku, które utrudniają im dostęp do mieszkania. W wielu PRL-owskich blokach często nie ma windy albo jest jedna, więc kiedy się zepsuje, mieszkanie staje się dla seniora więzieniem.

Ponadto, niemal co dziesiąty senior uważa, że w swoim mieszkaniu nie ma odpowiednich warunków techniczno-sanitarnych. Chodzi m.in. o brak ciepłej i bieżącej wody, łazienki czy centralnego ogrzewania.wady-mieszkan-seniorow

Wprawdzie siła nabywcza seniorów jest niska – przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny wynosił w 2019 r. ok. 2,1 tys. zł. Z drugiej strony, jak już wspomnieliśmy, wielu z nich posiada mieszkanie lub dom, który mogą sprzedać lub wynająć. Eksperci przewidują, że także w Polsce rozwijał się więc będzie wynajem mieszkań dla seniorów w systemie „assisted living”. Chodzi o to, że seniorzy zachowują w takich mieszkaniach całkowitą samodzielność. Oferowana jest im pomoc w codziennym funkcjonowaniu oraz różnego rodzaju usługi (pranie, sprzątanie, zakupy, posiłki) oraz aktywności.

Pierwsze tego typu komercyjne kompleksy mieszkalne dla seniorów powstały m.in. we Wrocławiu i podwarszawskiej miejscowości Wiązowna. Inwestycje mieszkaniowe dedykowane seniorom realizują też niektóre towarzystwa budownictwa społecznego, m.in. w Stargardzie, Poznaniu, Szczecinie, Toruniu i Wrocławiu. Np. w 2020 r. TBS Wrocław wybudował blok z 57 takich mieszkań. Co ciekawe, na każdym piętrze znajduje się sala spotkań, żeby lokatorzy mogli nawiązywać relacje międzysąsiedzkie.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

4 trendy w pracy biurowej na 2021 rok

Cyfrowa rewolucja – tak jednym zwrotem można scharakteryzować sposób pracy, który będzie nam towarzyszył w 2021 roku. Trwająca pandemia ma ogromy wpływ na sposób wykonywania pracy biurowej inicjując nowe rozwiązania w tym obszarze. To jak będzie wyglądała praca w najbliższym czasie pokazują cztery trendy, które są odpowiedzią na pandemiczną rzeczywistość. 

Praca hybrydowa

Praca zdalna stała się rzeczywistością, – ale, na jaką skalę? To, czego możemy się z pewnością spodziewać w 2021 roku, to model pracy hybrydowej, w której pracownicy spędzają tylko część tygodnia pracy w biurze. Model pracy w systemie home office ma swoje zalety. Sama zmiana w postaci otwartości pracodawców na taką formę współpracy jest już krokiem w dobrym kierunku. Pracownikom przy pracy zdalnej brakuje jednak bezpośrednich interakcji w zespole. Wskazują na to wyniki amerykańskich badań mówiących o tym, że 41% pracowników wolałoby wrócić do swojego miejsca pracy lub biura, aby pracować, tak jak przed kryzysem.  – Praca zdalna wymaga między innymi, zdolności do ustrukturyzowania i planowania dnia. Osoby, które mają z tym kłopot, często pracują więcej w domu niż w biurze, co oczywiście prowadzi do spadku motywacji i wyczerpania, a na dłuższą metę do wypalenia pracowników – tłumaczy Przemysław Śnioszek, prezes zarządu Grow Uperion, firmy, która stworzyła grywalizacyjną platformę do podnoszenia zaangażowania pracowników. Dlatego wydaje się, że model hybrydowy łączący zalety home office oraz pracy biurowej, będzie nową kulturą pracy w postpandemicznej rzeczywistości. Pracownik, który zamiennie pracuje raz w domu, a raz w biurze, będzie wymagał wsparcia technologicznego. Firmy, które przejdą na model hybrydowy, będą musiały zapewnić pracownikom smart przestrzeń, czyli biuro, które jest interaktywne i komunikuje się z pracownikami.

Work-Tech

Model pracy hybrydowej lub zdalnej spowodował, że pracodawcy zaczęli szukać rozwiązań pomagających pracownikom odnaleźć się w nowej sytuacji. Wyzwania związane z pracą rotacyjną, zachowaniem odległości między osobami czy rezerwacją sal konferencyjnych zgodnie z reżimem sanitarnym, bez wsparcia nowoczesnych technologii, są bardzo trudne do zrealizowania. –  Od ponad czterech lat tworzymy rozwiązania wspierające pracowników w ich codziennej biurowej rzeczywistości. Poprzez Zonifero można m.in. zarezerwować tak zwane Hot-Desk, czyli przechodnie biurko lub salę konferencyjną, co stało się szczególnie istotne dla firm przystosowujących się do pracy w modelu hybrydowym. Musieliśmy wprowadzić jedynie kilka drobnych adaptacji naszej aplikacji do nowych pandemicznych warunków: np. po zwolnieniu pomieszczenia serwis sprzątający otrzymuje dziś automatyczne powiadomienie, że pomieszczenie jest już wolne i można je zdezynfekować  – wyjaśnia Jacek Ratajczak, prezes Zonifero. Jak zapewniają twórcy rozwiązania, to tylko jedna z możliwości, jakie daje aplikacja, ponieważ pełen jej potencjał można zobaczyć w połączeniu z czujnikami IoT, znajdującymi się w biurowcu.

Prop-Tech

Pandemia ma duży wpływ na rynek nieruchomości biurowych. Inwestorzy, jak i klienci szukają inteligentnych biur, które będą pomagały realizować ich potrzeby z zakresu zarządzania zasobami ludzkimi, patrząc na nie także przez pryzmat pandemii. Dziś nowoczesne biuro to nie tylko element prestiżu, ale także narzędzie do radzenia sobie z nietypową sytuacją, w jakiej się znaleźliśmy. Innowacyjne technologie potrafią wspierać pracodawcę i pracownika. – Z poziomu aplikacji mobilnej w inteligentnym biurowcu można zgłosić usterkę. Na przykład kiedy w zarezerwowanej sali konferencyjnej nie możemy nawiązać połączenia video przed ważnym spotkaniem. Jeżeli nie pojawimy się na spotkaniu w zarezerwowanej sali, system, przywróci jej dostępność dla innych pracowników oraz wyłączy zbędne urządzenia, tak aby nie marnowały energii – tłumaczy Jacek Ratajczak z Zonifero. Dziś, kiedy biura są mniej intensywnie używane lub w związku z rotacją pracowników wymagają codziennej dezynfekcji, takie smart rozwiązania pozwalają zmniejszać koszty eksploatacji budynku.

Video konferencje i narzędzia do pracy zespołowej

Bez względu na to, czy pracownik jest w domu czy w biurze, video konferencja i korzystanie z komunikatorów na stałe wpisało się w krajobraz pracy biurowej. Oprócz podstawowych kwestii, takich jak stabilność połączenia czy jakość obrazu, przedsiębiorcy bardzo szybko zorientowali się, że warto korzystać z rozwiązań zapewniających bezpieczeństwo i integracje z oprogramowaniem, którego używali przed pandemią. Ogromną popularnością zaczęły cieszyć się programy, które nie tylko pozwalają na video rozmowę czy czat, ale także na dzielenie się plikami, grupowe dyskusje lub wspólną prace nad projektem. Kolejnym niezwykle istotnym aspektem jest kwestia bezpieczeństwa. – Oprogramowanie pozwalające na bezpieczną pracę w grupie, stało się jednym z podstawowych wymagań w obecnej rzeczywistości. Kwestie bezpieczeństwa, odnoszące się do możliwości nagrywania spotkań czy dzielenia się widokiem ekranu i plikami, to dziś zagadnienia niezwykle ważne dla pracy przedsiębiorstw. Zabezpieczenie danych na komputerach pracowników pracujących zdalnie będzie jedną z ważniejszych kwestii w 2021 roku – tłumaczy Rafał Jaworski, dyrektor do spraw cyberbezpieczeństwa w ProtectHut.

Praca u progu trzeciej dekady XXI wieku zmieniła się z dnia na dzień. Elastyczny styl pracy wsparty nowoczesnymi technologiami na stałe wpisał się w funkcjonowanie przedsiębiorstw. Szacuje się, że po pandemii około 30% pracowników nadal będzie korzystać z rozwiązań, takich jak praca hybrydowa czy home office. To właśnie technologia sprawiła, że skutki lockdown’u dla wielu firm były łagodniejsze niż się spodziewano.  Większość wprowadzonych rozwiązań technologicznych zostanie z nami już na stałe.

Brexit wywoła wielkie straty w polskich firmach – raport Euler Hermes

Brexit: polskie firmy najwyższe straty ponosić będą w drugiej połowie roku, nawet 1,6 mld złotych utraconych przychodów w ciągu 6 miesięcy.

Polscy eksporterzy tylko w drugim półroczu 2021 roku, po obecnym okresie przejściowym i wprowadzeniu kontroli granicznych, stracą w związku z Brexitem przychody o wartości 1,6 mld złotych – wynika z szacunków Euler Hermes. Najbardziej dotknięci będą oczywiście brytyjscy przedsiębiorcy – eksporterzy z Wielkiej Brytanii mogą stanąć przed rachunkiem za Brexit o wartości nawet 25 mld funtów utraconych przychodów w całym 2021 r.

  • Eksporterzy z Unii Europejskiej mogą stracić 10 mld euro w drugiej połowie 2021 r. po wprowadzeniu kontroli na granicach
  • Euler Hermes szacuje, że w Wielkiej Brytanii w I kwartale nastąpi spadek PKB o 5,5% kw/kw. W całym 2021 roku PKB wzrośnie o 2,5%; ale pełne ożywienie nie jest spodziewane do co najmniej 2023 r.
  • Utrata klientów z Wielkiej Brytanii będzie oznaczać, że polskie firmy będą musiały ich szukać gdzie indziej, aby zastąpić utracone przychody

Z analiz przeprowadzonych przez Euler Hermes, wiodącego na świecie ubezpieczyciela należności handlowych wynika, że brytyjskie firmy zorientowane na eksport stracą w tym roku od 12,0 do 25 mld GBP (około 13,5 mld EUR – 27,3 mld EUR) w wyniku mniejszego popytu na ich towary i usługi, zwiększonej biurokracji związanej z ich sprzedażą i z powodu deprecjacji funta szterlinga (-3% prognozy na 2021 rok).

W przypadku realizacji górnej granicy strat z oczekiwanego scenariusza rozwoju wydarzeń oznacza to 1,1% utraconego PKB Wlk. Brytanii, przy czym sektory, które prawdopodobnie najbardziej ucierpią, to wytwórcy produktów mineralnych i metalowych, maszyn i sprzętu elektrycznego, sprzętu transportowego, chemikaliów i tekstyliów.

Analizy Euler Hermes opierają się na obserwacji przygotowań brytyjskich firm do wejścia Wielkiej Brytanii w kolejną recesję w obliczu trzeciej krajowej blokady wywołanej przez Covid-19 i oczekiwanego spadku brytyjskiego PKB o 5,5% kw/kw w pierwszym kwartale br. Ekonomiści Euler Hermes spodziewają się, że pandemia i okres przejściowy Brexitu ograniczą wzrost PKB do + 2,5% w 2021 r., po czym nastąpi dalszy wzrost o +7% w następnym roku, co oznacza, że gospodarka Wielkiej Brytanii nie powróci do poziomu PKB sprzed kryzysu do co najmniej 2023 roku.

Zgodnie z oczekiwaniami Unia Europejska i Wielka Brytania osiągnęły w ostatniej chwili kompromis w sprawie Brexitu. Jednak umowa jest daleka od ukończenia i nałożyła ponadto okres przejściowy na stronę brytyjską z powodu braku czasu na przygotowania. W przypadku eksporterów z Wielkiej Brytanii utrzymująca się niepewność spowodowała pewne zakłócenia na granicach od początku roku, ponieważ wiele małych firm zawiesiło tymczasowo handel zagraniczny, a około jedna na pięć ciężarówek została zawrócona na skrzyżowaniach przed Kanałem, częściowo z powodu papierkowych utrudnień związanych z Brexitem” – uważa Ana Boata, szefowa działu badań makroekonomicznych w Euler Hermes.

Euler Hermes początkowo prognozował, że eksport z Unii Europejskiej do Wielkiej Brytanii może spaść w pierwszym roku obowiązywania Brexitu nawet o 18 mld EUR. Sześciomiesięczny okres przejściowy do końca czerwca może zmniejszyć te straty o połowę do mniej niż 10 mld EUR. Wciąż najbardziej dotknięte będą Niemcy (2 mld euro strat w przychodach), Holandia (1,2 mld euro), Francja (0,9 mld euro), Belgia (0,7 mld euro) i Włochy (0,6 mld euro) – nawet jeśli straty wyniosą mniej niż 0,5 % ich całkowitego eksportu.

Ana Boata dodaje: „Chociaż umowa jest bardziej korzystna niż inne umowy o wolnym handlu, ponieważ oferuje zerowe cła na towary, bariery pozataryfowe mogą ostatecznie sięgać 10% ze względu na wyjście z unii celnej. Branże, takie jak usługi finansowe, również nadal czekają na „status równoważności” z Unią Europejską, co może zająć więcej czasu niż planowane sześć miesięcy ”.

Obawy dotyczące ciągłości i zmian łańcuchów dostaw w handlu z firmami brytyjskimi będą z powodu pandemii prawdopodobnie mniej dotkliwe niż wcześniej sądzono. Mniej dotkliwe dla firm brytyjskich – a więc bardziej dla dostawców z Unii Europejskiej, w tym z Polski. Niedawne badanie dotyczące łańcucha dostaw przeprowadzone przez Euler Hermes wykazało, że brytyjskie firmy z wyprzedzeniem starały się skrócić swój łańcuch dostaw z tytułu importu, w tym ponad jedna trzecia (35%) postawiła na dostawców krajowych – to znacznie więcej niż w porównywalnie dużych gospodarkach Unii Europejskiej, takich jak Francja, Niemcy czy Włochy.

PIERWSZY ROK BREXITU – KOSZT DLA POLSKICH EKSPORTERÓW

Jak ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: Skutki Brexitu w obecnej postaci – tak jak go odbieramy to przede wszystkim widok zatorów, TIRów stojących w korkach na granicach i wymęczonych tym wszystkim kierowców, czyli straty przewoźników. Także straty dostawców produktów spożywczych, część których źle znosi przedłużający się transport. To pierwsze skutki, które z czasem może nie znikną całkowicie, ale będą łagodniejsze.

Inne straty będą miały bardziej trwały charakter. W Euler Hermes szacujemy, że administracyjne utrudnienia i zakłócenia w łańcuchach dostaw (w tym zmiana dostawców) w największym stopniu dotkną: przemysł maszynowy i elektryczny (w tym m.in. producentów części samochodowych), następnie wytwórców środków transportu i części do nich (m.in. naczep i części do nich, opon etc.), producentów różnych dóbr konsumpcyjnych (wyposażenie mieszkań, meble etc.). Zaraz za nimi, bo ze skalą strat szacowanych tylko w drugim półroczu 2021 r. na 125 mln złotych jest sektor spożywczy (w tym alkohole) oraz podobnie – sektor chemiczny.

Łączne straty polskich firm z tytułu Brexitu w drugim półroczu tego roku mogą wynieść według szacunków Euler Hermes nawet 1,6 mld złotych. Eksport na Wyspy nie będzie już więc taką lokomotywą sprzedaży (2 rynek zbytu dla polskich eksporterów), jak obecnie. Utrata klientów z Wielkiej Brytanii będzie oznaczać, że polskie firmy będą musiały ich szukać gdzie indziej, aby zastąpić utracone przychody. Wszyscy w Unii Europejskiej będą to robili – może więc warto poszukać trochę dalej? Zestawiając konkurencyjne jakość i cenę polskich produktów z naszą unikalną międzynarodową bazą aktualnych danych i globalnym zasięgiem wsparcia naszych klientów w znajdowaniu i bezpiecznym handlu na innych rynkach, można liczyć na utrzymanie, może nawet wzrost obrotów, a przy tym na większe (i bezpieczniejsze) ich geograficzne zróżnicowanie. To najlepszy czas na wdrożenie nowoczesnego wsparcia sprzedaży jakim jest usługa ubezpieczenie transakcji.

Nowy prezydent USA cofnie część kontrowersyjnych decyzji Donalda Trumpa. Spodziewane ocieplenie w stosunkach USA i UE

Joe Biden będzie zdecydowanie bardziej proeuropejskim prezydentem niż Donald Trump, co jest dobrą wiadomością dla UE. Eksperci spodziewają się, że za nowej administracji dojdzie do ocieplenia stosunków transatlantyckich, a Stany wrócą m.in. do Światowej Organizacji Zdrowia, porozumienia paryskiego i wspierania NATO. Joe Biden, który ma zostać dziś zaprzysiężony w Waszyngtonie, zapowiedział już zresztą cofnięcie części kontrowersyjnych decyzji Donalda Trumpa. Objęcie władzy przez nową administrację nie powinno jednak oznaczać większych zmian w stosunkach polsko-amerykańskich, bo kluczowe interesy geostrategiczne między obydwoma krajami pozostają niezmienne.

– Wydaje się, że nowa administracja Joe Bidena radykalnie zmieni stosunek do amerykańskich sojuszów, szczególnie do Unii Europejskiej, i wróci na ścieżkę, gdzie to właśnie USA były wiodącym krajem na świecie w zakresie rozszerzania wolności gospodarczej, praworządności, praw człowieka, walki ze zmianą klimatu. To wszystko zostało cofnięte za czasów Trumpa i teraz powinno wrócić do normy. Podejrzewam, że wielu europejskich przywódców odetchnęło z ulgą, kiedy dowiedzieli się, że wygrał Joe Biden, ponieważ to będzie powrót do normalności, będzie można normalnie prowadzić rozmowy z amerykańskim prezydentem, tak jak to było za czasów Baracka Obamy – mówi agencji Newseria Biznes Roman Rewald, amerykański adwokat, prezes Centrum Mediacji Konfederacji Lewiatan.

Według amerykańskich mediów i oficjalnych zapowiedzi Bidena w pierwszych dniach sprawowania władzy zamierza on skupić się na walce z koronawirusem, ale wśród priorytetów będzie też cofnięcie części kontrowersyjnych decyzji jego poprzednika, Donalda Trumpa. Nowy prezydent zapowiedział już m.in. powrót Stanów Zjednoczonych do Światowej Organizacji Zdrowia i porozumienia paryskiego. W zeszłym tygodniu Patricia Espinosa, sekretarz wykonawcza ONZ ds. zmian klimatu, wyraziła nadzieję, że USA szybko odbudują przywództwo i wrócą do pozycji lidera w tym obszarze.

 Nastąpi powrót do sojuszów międzynarodowych, ponowne przystąpienie USA do układu paryskiego, wsparcie NATO i wsparcie Unii Europejskiej, które do tej pory było bardzo źle widziane w Waszyngtonie. Wydaje się też, że Stany Zjednoczone na nowo pójdą w kierunku rozszerzania wolności i swobód obywatelskich, jak i praworządności w świecie. Na to wszystko szykuje się również Departament Stanu, który zostanie prowadzony przez znakomitego fachowca w tym zakresie, ale trzeba będzie m.in. odbudować dyplomację amerykańską, która została poważnie zdziesiątkowana podczas administracji Trumpa – mówi Roman Rewald.

Ocieplenia transatlantyckich stosunków spodziewa się też dr Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, który określa Bidena jako najbardziej proeuropejskiego prezydenta, jakiego Unia może sobie życzyć.

 Oczywiście nie ma powrotu do utraconego raju i stosunki transatlantyckie w takiej postaci, jaką znamy z przeszłości, nie będą takie same. UE jest dzisiaj bardziej aktywna i samodzielna na scenie międzynarodowej. I o tym z Joe Bidenem pewnie będzie rozmawiało się znacznie lepiej niż z ustępującym prezydentem. Ale to nie zwolni Unii z nowych obowiązków, które wynikają z faktu, że świat się zmienił. Chiny są inne, mocniejsze, niż były jeszcze jakiś czas temu, mają większe aspiracje gospodarcze i polityczne. W jakiejś mierze to samo można też powiedzieć o Rosji. To będzie czas pracy nad nową postacią stosunków transatlantyckich – mówi.

Jak wskazuje, stosunek do polityki Chin i światowych relacji handlowych może okazać się testem dla amerykańsko-europejskich relacji. Po doświadczeniu pandemii COVID-19 UE będzie chciała odgrywać większą rolę przy narzucaniu zasad polityki handlowej na świecie. Jednak szef Przedstawicielstwa KE w Polsce ocenia, że w nowej administracji amerykańskiej Unia z pewnością będzie miała obliczalnego i życzliwego partnera.

– Mówi się, że ten styl polityki, który się wiązał z prezydentem Donaldem Trumpem, czyli pogarda dla faktów, zarządzanie polityką jak spółką akcyjną, prawo silniejszego, to było nieszczęście. Ale wszyscy wiemy, że to istniało już przed prezydentem Trumpem i będzie też po nim. Czyli Trump odchodzi, ale trumpizm zostanie. Nie zgadzam się jednak z tymi, którzy uważają, że odejście Trumpa niewiele zmieni. Otóż jest ogromna różnica, czy ten styl uprawiania polityki jest oficjalną polityką państwa, czy też nie – podkreśla dr Marek Prawda.

Zdaniem Romana Rewalda zmiana prezydentury w USA nie pociągnie za sobą natomiast większych zmian w stosunkach polsko-amerykańskich. Kluczowe interesy geostrategiczne i obronne między obydwoma krajami pozostają niezmienne, niezależnie od tego, kto rządzi Polską i USA. Dlatego Stany najprawdopodobniej wciąż będą utrzymywać dobre relacje i ścisłą współpracę z Polską.

– Interesy narodu amerykańskiego i polskiego są bardzo zbliżone. Polska i USA są powiązane wieloma sojuszami, są uczestnikami tych samych umów międzynarodowych – mówi prezes Centrum Mediacji Konfederacji Lewiatan. – Dlatego sojusz polsko-amerykański jest naturalny i będzie trwał dalej. Żadne rządy, najbardziej nawet radykalne, nie są w stanie naruszyć tego oczywistego faktu, że Polska i Stany Zjednoczone mają wspólne interesy.

Ceremonia zaprzysiężenia nowego, 46. prezydenta USA Joe Bidena i jego zastępczyni, wiceprezydent Kamali Harris ma się odbyć w środę, 20 stycznia. W związku z planowaną uroczystością i atakiem na Kapitol, do którego doszło dwa tygodnie temu, w Waszyngtonie wciąż obowiązują zaostrzone środki bezpieczeństwa, stacjonuje tam kilkanaście tysięcy żołnierzy Gwardii Narodowej z kilkudziesięciu stanów. Tym bardziej że przed zbrojnymi protestami w dniu zaprzysiężenia ostrzegało już FBI.

Polskie koncerny łączą siły na rynku farm wiatrowych. Dzięki nowej ustawie inwestycje na Bałtyku dynamicznie przyspieszą

– Ten rok będzie szalenie ważny dla budowy farm wiatrowych na Bałtyku, będziemy intensyfikować przygotowywania do budowy – zapowiada prezes zarządu PGE Wojciech Dąbrowski. W ciągu kilku dni Grupa powinna zakończyć negocjacje z duńską firmą Ørsted, czyli potencjalnym partnerem biznesowym przy projektach farm Baltica 2 oraz 3. Obie inwestycje są już mocno zaawansowane w przygotowaniach. Grupa chce, żeby w wartym 20 mld zł projekcie inwestycyjnym w jak największym stopniu uczestniczyły polskie firmy. Wspólnie z Eneą i Tauronem zawarła porozumienie o współpracy przy rozwijaniu kolejnych projektów wiatrowych na morzu. Przyspieszenie w obszarze morskiej energetyki wiatrowej będzie możliwe dzięki przyjętej ustawie.

– Ustawa dotycząca offshore kilka dni temu przeszła przez Senat, co przyjęliśmy z wielką radością – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej. – Czekamy jeszcze na rozporządzenia ważne dla tej ustawy, ale mamy nadzieję, że będą zgodne z oczekiwaniami branży i zostaną przyjęte jak najszybciej, żebyśmy mogli pewnie rozpocząć inwestycje.

Długo wyczekiwana przez branżę ustawa offshore’owa ma zapewnić stabilne ramy prawne dla budowy polskich farm wiatrowych na Bałtyku. Określa m.in. system wsparcia i ułatwienia administracyjne dla takich projektów oraz zasady przyłączania wytwórców do sieci elektroenergetycznej. Rząd liczy, że nowe przepisy będą stanowić impuls dla dynamicznego rozwoju sektora morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Ustawa czeka teraz na podpis prezydenta i ma wejść w życie od 1 lutego.

– Budowa farm wiatrowych na Bałtyku to najważniejszy projekt inwestycyjny w PGE Polskiej Grupie Energetycznej. To projekt, który pozwoli nam przeprowadzić skutecznie transformację naszej firmy – podkreśla Wojciech Dąbrowski.

Zgodnie z rządowymi planami prąd z pierwszych polskich farm na Bałtyku ma popłynąć już w 2026 roku. Harmonogram zakłada, że do 2030 roku Polska ma mieć na Bałtyku początkowo 3,8 GW mocy, a następnie ok. 10 GW do 2040 roku. Stowarzyszenie WindEurope, które promuje energetykę wiatrową, mówi o potencjale osiągnięcia 28 GW do 2050 roku i nazywa polskie plany w tym zakresie ambitnymi. Jeżeli uda się je zrealizować, Polska stanie się największym rynkiem offshore na Bałtyku.

– Dla porównania elektrownia Bełchatów, największa w Europie na węgiel brunatny, ma moc zainstalowaną 5 GW. Mówimy więc o wybudowaniu na morzu do 2040 roku mocy ponad dwukrotnie wyższej aniżeli ma dziś elektrownia w Bełchatowie – mówi prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Farmy offshore to inwestycja strategiczna dla krajowego bezpieczeństwa energetycznego, polityki klimatycznej i gospodarki. Wart ok. 130 mld zł program ich budowy – który w dużym stopniu będą realizować polskie firmy – ma stać się jej kołem zamachowym na najbliższe lata. Według rządu bez włączenia ich do miksu energetycznego Polska nie da rady wypełnić celów klimatycznych stawianych przez UE. Ten obszar priorytetowo traktują także spółki Skarbu Państwa działające w obszarze energetyki. Trzy największe – PGE, Enea i Tauron – podpisały właśnie list intencyjny w sprawie współpracy przy przyszłych projektach morskich farm wiatrowych.

– Chcemy wspólnie powołać spółkę celową, która będzie realizowała nowe inwestycje w obszarze offshore. Będziemy aplikowali o prawo wznoszenia sztucznych wysp w kolejnej turze ogłaszanej przez polski rząd. Mówimy o potencjale około 6 GW – wyjaśnia Wojciech Dąbrowski.

Wszystkie trzy spółki stawiają w swoich strategiach na zieloną transformację. „Zielony Zwrot” Tauronu zakłada zwiększenie do ponad 65 proc. udziału OZE w miksie do 2030 roku przy równoczesnym ograniczeniu emisji CO2 o połowę. Enea – podobnie jak Grupa PGE – chce zaś aktywnie uczestniczyć w rozwoju morskiej energetyki wiatrowej i budowie farm na Bałtyku. Porozumienie zawarte między spółkami pomoże im zwiększyć możliwości finansowania takich projektów i sprostać konkurencji ze strony podmiotów zagranicznych.

– Zdajemy sobie sprawę, że w tym obszarze jest duża konkurencja i duże zainteresowanie firm zagranicznych, ale to firmy polskie powinny być wiodące w tych przedsięwzięciach. Nasze porozumienie ma na celu właśnie zintensyfikowanie prac, wykorzystanie własnych kompetencji i zdolności finansowych, bo inwestycje tego typu są bardzo kapitałochłonne. Zawarliśmy porozumienie, żeby zwiększyć możliwości finansowania, a także z innej, prostej przyczyny – żeby ze sobą nawzajem nie konkurować, ale współpracować – deklaruje prezes zarządu PGE.

Inwestycja w morskie farmy na Bałtyku tylko w pierwszej fazie będzie warta ok. 20 mld zł. Grupa chce, żeby z tych pieniędzy w jak największym stopniu skorzystały polskie firmy, które mogą być dostawcami i podwykonawcami w ramach łańcucha dostaw.

– Naszym zadaniem jest to, żeby na tym wielkim placu budowy było jak najwięcej polskich wykonawców. Dlatego prowadzimy szeroką akcję informacyjną, żeby polskie firmy były przygotowane i wiedziały, w jakim zakresie będziemy prowadzić poszczególne etapy naszych inwestycji tak, aby mogły z tego skorzystać – mówi Wojciech Dąbrowski.

PGE jest najbardziej zaawansowana w pracach nad budową farm wiatrowych na Bałtyku. W tej chwili Grupa – w ramach swojej spółki celowej PGE Baltica – przygotowuje się do trzech takich inwestycji, które będą oddawane sukcesywnie w nadchodzących latach. Moc morskich farm wiatrowych należących do PGE ma wynieść 2,5 GW w 2030 roku i już 6,5 GW w 2040 roku. W tym czasie – według rządowego harmonogramu – w polskiej strefie na Bałtyku łącznie mają już działać farmy o mocy 8–11 GW.

– Prowadzimy w tej chwili bardzo intensywne przygotowania do naszych inwestycji w obszarze offshore. Planujemy trzy takie inwestycje, to jest Baltica 1, Baltica 2 oraz Baltica 3, o łącznej mocy 3,5 GW. Najbardziej zaawansowane są Baltica 2 i 3 – tutaj mamy decyzje środowiskowe, warunki przyłączenia, umowę przyłączeniową z Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi i dzisiaj pracujemy nad wyprowadzeniem mocy z tych farm – mówi prezes zarządu PGE.

Baltica 2 oraz Baltica 3, o łącznej mocy do 2,5 GW, mają zostać oddane do użytku przed 2030 rokiem, a wyprodukowana przez nie zielona energia będzie w stanie zasilić nawet 4 mln gospodarstw domowych. W tej chwili PGE jest w trakcie procedury wyboru partnera branżowego dla obu tych projektów.

– Te inwestycje są już na zaawansowanym etapie przygotowania – deklaruje Wojciech Dąbrowski. – Prowadzimy w tej chwili rozmowy z naszym potencjalnym partnerem biznesowym i mam nadzieję, że w ciągu kilku dni zostaną zakończone. Pozyskanie partnera do tej inwestycji jest szalenie ważne, bo w Polsce nie mamy doświadczeń w budowie morskich farm wiatrowych. 

PGE zaprosiła duńską firmę Ørsted – globalnego lidera branży offshore – do wyłącznych negocjacji w grudniu 2019 roku. Przedmiotem negocjowanej umowy ma być sprzedaż 50 proc. udziałów w farmach wiatrowych Baltica 2 oraz Baltica 3, a współpraca między podmiotami będzie obejmować wspólne przygotowanie, realizację i eksploatację inwestycji.

– W tym roku będziemy intensyfikowali prace w przygotowywaniu tej inwestycji – zapowiada prezes zarządu PGE. – Przeprowadzimy postępowania, aby wyłonić wykonawcę, który zbada dno morskie pod względem potencjalnych niewybuchów, bo geologię dna mamy już zbadaną. To są konkretne etapy, które mają już na celu przygotowanie placu budowy i dna morskiego pod budowę nowych wiatraków.

Ostatni z przygotowywanych obecnie projektów PGE – farma wiatrowa Baltica 1 o mocy ok. 900 MW – ma powstać jako trzecia, po 2030 roku. Ta także ma już pozwolenia lokalizacyjne, a w czerwcu ub.r. PSE wydały dla niej techniczne warunki przyłączenia do sieci przesyłowej. Po uruchomieniu Baltica 1 Grupa PGE będzie posiadać łącznie prawie 3,5 GW mocy zainstalowanej na Morzu Bałtyckim, co pozwoli na zasilenie ok. 5,4 mln gospodarstw domowych i zaspokojenie ok. 8 proc. krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną.

Ministerstwo Sprawiedliwości proponuje podwyżkę akcyzy na podgrzewacze tytoniu. Jej wprowadzenie da ponad 1 mld zł rocznie do budżetu

Z jednej paczki papierosów trafia do budżetu państwa ponad 9 zł podatku akcyzowego. W przypadku podgrzewaczy do tytoniu jest to natomiast niecałe 2 zł, przy porównywalnej cenie obu produktów wynoszącej około 14 zł za 20 sztuk – wyliczyli eksperci z Instytutu Studiów Podatkowych. Resort sprawiedliwości chce zrewidować tę stawkę i zaproponował autopoprawkę do projektu nowelizacji ustawy o podatku akcyzowym, którą Sejm zajmie się  20 stycznia. Jak szacuje ISP, urealnienie akcyzy na nowatorskie wyroby tytoniowe do poziomu około 50–60 proc. opodatkowania tradycyjnych papierosów mogłoby już w tym roku zapewnić około 1 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa.

Z badań CBOS wynika, że obecnie wyroby tytoniowe pali jedna czwarta dorosłych Polaków (26 proc.), czyli około 8 mln osób. Mają oni do wyboru różne kategorie wyrobów dostępnych na rynku, m.in. tradycyjne papierosy i tytoń do żucia, papierosy elektroniczne oraz podgrzewacze tytoniu, czyli popularne papierosy do podgrzewania, zaliczane do tzw. nowatorskich wyrobów tytoniowych.

– Podgrzewacze tytoniu są substytutem dla konsumentów, którzy korzystają z wyrobów tytoniowych, zwłaszcza tradycyjnych papierosów. Nie są niczym innym niż papierosami, tylko do podgrzewania, a nie palenia. To jest ten sam rynek, gdzie potrzeby konsumenta są zaspokajane za pomocą papierosów albo właśnie wyrobów nowatorskich, czyli podgrzewaczy.. I dlatego one powinny być opodatkowane w analogiczny sposób, aby nikogo nie dyskryminować lub bezzasadnie faworyzować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

Jak podkreślają eksperci ISP, udział akcyzy w paczce papierosów i tytoniu do palenia wynosi 63 proc., w płynach do papierosów elektronicznych to ok. 45 proc., a w wyrobach nowatorskich jedynie 14 proc. Te ostatnie zostały objęte podatkiem akcyzowym w 2018 roku, ale przez pierwsze dwa lata stawka była zerowa. Producenci podgrzewaczy tytoniu są zobowiązani płacić daninę dopiero od października ub.r. Jak wyliczają eksperci Instytutu Studiów Podatkowych, jej wysokość stanowi aktualnie ok. 1/5 opodatkowania klasycznych papierosów. Tym samym według ISP stawka akcyzy na wyroby nowatorskie w Polsce jest też jedną z najniższych w Unii Europejskiej, bo w większości krajów wysokość opodatkowania waha się w przedziale 30–60 proc.

– Wprowadzając nowe zasady opodatkowania wyrobów nowatorskich, zastosowano bezzasadną preferencję podatkową, wykorzystując pewien zabieg. Mianowicie uzależniono ów podatek od kilogramów tytoniu oraz ceny detalicznej. Natomiast podatek od tradycyjnych papierosów jest uzależniony od ceny detalicznej oraz liczby sztuk. Czyli przez pewną żonglerkę ukryto przed opinią publiczną przywilej – mówi prof. Witold Modzelewski.

Jak wskazuje, obecnie z jednej paczki papierosów trafia do budżetu państwa ponad 9 zł podatku akcyzowego, natomiast w przypadku wyrobów nowatorskich – 1,8 zł, przy porównywalnej cenie obu produktów wynoszącej ok. 14 zł za 20 sztuk. To zaś oznacza, że budżet państwa może tracić nawet 7 zł na każdej sprzedanej paczce, a jest to szczególnie ważne w trudnej sytuacji pandemicznej, gdy budżet potrzebuje wpływów z podatków.

18 stycznia Fundacja „Wygrajmy Zdrowie”, która zajmuje się wspieraniem działań systemowych w ochronie zdrowia, zaapelowała o urealnienie stawek na wyroby nowatorskie, co mogłoby zapewnić dodatkowe środki na służbę zdrowia.

Dzięki preferencjom na akcyzie rynek tzw. podgrzewanych papierosów rośnie niezwykle dynamicznie – w porównaniu do ubiegłego roku urósł o 2,5 pkt proc. i wynosi obecnie blisko 5 proc. całego rynku wyrobów tytoniowych, a do końca roku będzie to około 7 proc. Rynek urósł w pandemii, kiedy przez dużą część roku zamknięte były tzw. wyspy w galeriach handlowych, a to tam głównie sprzedawały się podgrzewane papierosy. Dziś w Warszawie już co 10. papieros jest podgrzewany – obecnie ich udział w stołecznym rynku wynosi blisko 12 proc., co oznacza wzrost względem zeszłego roku o ponad 4,1 pkt proc.

– Takie przywileje nie są więc w żaden sposób uzasadnione. Dyskryminuje się dostawców papierosów, a zarazem faworyzuje substytut, który jest w fazie dynamicznego wzrostu sprzedaży. Dlatego należy zbliżyć, urealnić to opodatkowanie i zlikwidować przywilej podatkowy, który dano producentom podgrzewaczy – mówi prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Nie ma żadnej podstawy, aby taka sama używka jak klasyczny papieros była preferowana. W końcu jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji fiskalnej i wszyscy, zwłaszcza producenci używek, powinni ponosić ciężar proporcjonalnie, podobnie jak ich konkurenci.

Stanowisko dotyczące uprzywilejowania wyrobów nowatorskich zostało też zaprezentowane przez przedstawicieli reprezentujących większość branży tytoniowej podczas listopadowej debaty Business Centre Club pt. „Znaczenie branży tytoniowej dla gospodarki i budżetu państwa”.

Eksperci z Instytutu Studiów Podatkowych już od pewnego czasu proponują rewizję stawek akcyzy na wyroby nowatorskie, żeby przywrócić równowagę rynkową i zwiększyć wpływy do budżetu państwa. Nie chodzi o zrównanie opodatkowania, ale jego podniesienie do poziomu ok. 50–60 proc. opodatkowania tradycyjnych papierosów. Ten ruch mógłby już w tym roku zapewnić ok. 1 mld zł dodatkowych wpływów do kasy państwowej.

Urealnienie stawek akcyzy dla wszystkich wyrobów tytoniowych postuluje też Ministerstwo Sprawiedliwości. W piśmie do resortu finansów proponuje autopoprawkę do projektu nowelizacji ustawy o podatku akcyzowym, nad którą Sejm będzie obradować 20 stycznia. Autopoprawka ma doprecyzować przepisy w zakresie ustalania stawek na wyroby nowatorskie i wyeliminować nieprawidłowości w obszarze opodatkowania akcyzą. Resort proponuje zmianę sposobu obliczania akcyzy.

– Techniczny sposób ustalania akcyzy na wyroby nowatorskie powinien być podobny jak w przypadku klasycznych papierosów, czyli uzależniony od liczby sztuk plus procent od ceny detalicznej każdej paczki. Gdybyśmy przyjęli tę zasadę – analogiczną dla klasycznych papierosów – i osiągnęli taką proporcję, że 60 proc. akcyzy od wyrobów nowatorskich wynosiłoby 60 proc. akcyzy od papierosów, to wtedy miliard złotych wróciłby do budżetu – mówi prof. Witold Modzelewski.

Obecnie sposób kalkulacji akcyzy na wyroby nowatorskie wygląda inaczej. Na jej wartość składa się 155,79 zł za każdy kilogram wyrobu oraz 32,05 proc. średniej ceny sprzedaży tytoniu do palenia w Polsce (około 160 zł w 2021 roku). Łącznie to ponad 316 zł. Ministerstwo Sprawiedliwości zaproponowało natomiast zmianę tej stawki, jak i całego mechanizmu wyliczania. Akcyza miałaby wynosić 239,3 zł za każde 1 tys. sztuk sprzedanych wyrobów nowatorskich.

– Minister sprawiedliwości proponuje stawkę wyłącznie kwotową, bez elementu procentowego od ceny detalicznej – mówi prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – To jest mniej więcej podobna relacja, która ograniczy ten przywilej o połowę.

Według raportu opracowanego przez Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych w Polsce wyroby tytoniowe sprzedaje się w ponad 100 tys. punktów detalicznych, a każdego roku ta kategoria odpowiada za około 25 mld zł przychodów budżetowych z tytułu podatków („Wpływ produkcji wyrobów tytoniowych na polską gospodarkę”).

Ważą się losy tegorocznych podwyżek dla nauczycieli w budżecie państwa. Senat za, sejmowa komisja przeciw

0

Ważą się losy tegorocznych podwyżek dla nauczycieli w budżecie państwa. Senat za, sejmowa komisja przeciw 1

Wśród ponad 100 poprawek Senatu do ustawy budżetowej na 2021 rok znalazła się m.in. ta o przeznaczeniu 2,5 mld zł na podwyżki dla nauczycieli. Sejmowa Komisja Finansów Publicznych odrzuciła jednak – jak i większość pozostałych – tę poprawkę. Prezes ZNP Sławomir Broniarz deklaruje jednak, że na razie branża nauczycielska nie planuje protestów.

Związek Nauczycielstwa Polskiego w trakcie prac nad budżetem występował do posłów z wnioskiem o to, żeby zwiększyć nakłady na edukację o kwotę, która pozwoli na uruchomienie przynajmniej 10-proc. podwyżki dla nauczycieli. To jest nasz postulat, który stanowi pewną logiczną całość w połączeniu z postulatami, które wybrzmiewały w czasie strajku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Większość parlamentarna tego nie podzieliła, a więc poszliśmy do Senatu. Senat przyjął naszą propozycję.

Ustawa budżetowa na 2021 rok zakłada dochody na poziomie 404,4 mld zł oraz wydatki rzędu 486,7 mld zł, co oznacza maksymalny deficyt w wysokości 82,3 mld zł. Senatorowie zgłosili do niej 109 poprawek, w tym m.in. zakładającą 2,5 mld zł na podwyżki dla nauczycieli oraz 300 mln zł środków na zakup pomocy dydaktycznych i sprzętu do nauczania zdalnego dla uczniów. Obie te poprawki zostały jednak we wtorek 19 stycznia negatywnie zaopiniowane przez sejmową Komisję Finansów Publicznych.

– Chcielibyśmy, żeby Sejm przyjął tę poprawkę Senatu dlatego, że to nie jest tylko i wyłącznie wątek ekonomiczny związany z wysokością naszych uposażeń, które – dla nikogo nie jest tajemnicą – są bardzo niskie. To jest także odpowiedź na pytanie, czy zdajemy sobie sprawę z tego, że średnia wieku nauczycieli to jest grubo ponad 45 lat – mówi Sławomir Broniarz. – Młodzi ludzie nie przychodzą do tego zawodu nie dlatego, że nie chcą, tylko dlatego, że są bardzo małe zarobki. Nawet jeżeli czują wewnętrzną chęć, lubią ten zawód i czują, że to byłoby ich miejsce pracy, to coraz więcej z nich patrzy na rachunek ekonomiczny. Mówią: kocham szkołę, ale jeszcze bardziej mi zależy na budżecie domowym i swojej rodzinie. To powoduje, że zaczyna brakować młodych nauczycieli.

Uchwalona pod koniec grudnia ustawa budżetowa na 2021 rok zakłada utrzymanie kwoty bazowej na wynagrodzenie nauczycieli w wysokości 3537,80 zł. To oznacza, że minimalne wynagrodzenie brutto wyniesie w przypadku nauczyciela stażysty 2949 zł, w przypadku nauczyciela kontraktowego 3034 zł, nauczyciela mianowanego – 3445 zł, a dyplomowanego – 4046 zł. Związek Nauczycielstwa Polskiego postulował zwiększenie kwoty bazowej o 10 proc. Jednak na razie nie planuje protestów, nawet jeśli Sejm odrzuci senackie poprawki.

– W takiej sytuacji pozostaje nam w dalszym ciągu upominanie się o to, żeby przynajmniej można było zwiększać dodatki leżące po stronie samorządu. Mówię o dodatkach motywacyjnych czy funkcyjnych – mówi prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Natomiast budżet państwa jest największym rezerwuarem środków na wzrost wynagrodzeń nauczycieli. Rozumiem, że w tym pytaniu wybrzmiewa także kwestia ewentualnych działań protestacyjnych. W tym momencie nie jest to planowane. Na tym etapie działalności nie sądzę, żebyśmy byli w stanie tego rodzaju masową akcję strajkową czy protestacyjną zorganizować.

Jak podkreślił minister Przemysław Czarnek na ubiegłotygodniowej sesji Q&A z prezydentem Andrzejem Dudą, podwyżki to ważna kwestia z punktu widzenia etosu pracy nauczyciela i podnoszenia atrakcyjności tego zawodu.

Będziemy proponować rozwiązania, które spowodują dalszy wzrost wynagrodzeń. Dalszy, bo warto pamiętać, że w okresie od początku 2018 roku do grudnia 2020 roku wynagrodzenia nauczycieli wzrosły o 20,5 proc. To jest bardzo dużo. Takich podwyżek dla nauczycieli nie było przez szereg lat rządów naszych poprzedników, co nie oznacza, że my twierdzimy, że one są wystarczające – powiedział minister edukacji i nauki.

Polska ma szansę stać się światowym liderem w tworzeniu technologii medycznych. Obecnie przodujemy w wykorzystaniu w nich sztucznej inteligencji

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji pozwalają znacznie skrócić czas potrzebny na postawienie diagnozy, ale nie doprowadzą do spadku znaczenia roli lekarzy. Już dziś inteligentne technologie medyczne pomagają prowadzić pacjentów z chorobami przewlekłymi, rehabilitować osoby po udarze czy analizować wyniki badań. Branża medtech wciąż jednak boryka się z oporem wdrożeniowym po stronie służby zdrowia. Tymczasem Polska postrzegana jest jako bardzo dobry rynek dla medycznych wdrożeń sztucznej inteligencji.

– W wyniku pandemii okazało się, że wiele rzeczy można załatwić i monitorować zdalnie, wiele podstawowych pomiarów można wykonać w domu, bez konieczności wizyty w poradni. Zmieniła nam się mentalność, nareszcie otworzyliśmy się na te technologie. One zawsze były, ale w tym momencie dostały totalnego kopa. Kiedy popyt zaczyna się zgrywać z podażą, to nagle się okazuje, że rynek zaczyna rosnąć. To widać chociażby po inwestycjach w tym momencie, inwestorzy oszaleli na punkcie zdrowia cyfrowego, każdy widzi w tym przyszłość – mówi agencji Newseria Innowacje Michał Ryś, współzałożyciel ABAStroke.

Rozwiązania z zakresu medtech pomagają m.in. w prowadzeniu terapii u osób z niektórymi chorobami przewlekłymi, związanymi np. z kardiologią. Amerykański start-up CoraVie Medical pracuje obecnie nad wszczepialnym urządzeniem, które pomoże monitorować nadciśnienie. Ma być ono miniaturowym ciśnieniomierzem, wyposażonym w czujniki i funkcję komunikacji bezprzewodowej, co pozwoli na bieżąco wysyłać dane pomiarowe do lekarza prowadzącego. Urządzenie o długości mniejszej niż średnica polskiej monety o nominale 10 gr przeznaczone będzie do implantacji wzdłuż tętnicy ramiennej. Jeszcze w tym roku mają się rozpocząć badania przedkliniczne.

– Zdrowie cyfrowe opiera się obecnie na dwóch typach technologii. Pierwsza to sprzęt typu bransoletki, smartwatche czy urządzenia do noszenia monitorujące nasze ciało. One połączone są zwykle z aplikacją mobilną. To pierwsza fala zdrowia cyfrowego, która najszybciej opanowuje rynki światowe, w tym Polskę. Nową częścią są rozwiązania oparte wyłącznie na oprogramowaniu, które nie potrzebują badać pulsu za pomocą czujników, gdyż jest to zawsze jakieś utrudnienie dla dostępności. My bazujemy na sygnałach z mózgu, czyli monitorujemy na podstawie zmian aktywności, które nie wymagają fizycznego pomiaru. Ta druga fala, oparta tylko na softwarze, teraz zaczyna rosnąć – przekonuje Michał Ryś.

Jedną z takich technologii jest opracowana przez Polaków inteligentna aplikacja mobilna, która pomaga objąć pacjentów po udarze indywidualną terapią, na którą w normalnych warunkach nie mogliby liczyć. Pomaga ona pacjentom dochodzić do sprawności w obrębie funkcji poznawczych. Aplikacja ABAStroke opiera się na metodzie analizy zachowania, stosowanej u osób z zaburzeniami ze spektrum autyzmu. Sztuczna inteligencja analizuje obecny stan pacjenta i specjalnie dla niego dobiera program ćwiczeń oraz weryfikuje postęp w nauce.

– Zbieranie danych to bardzo istotna kwestia, a z tym wiąże się rozwój sztucznej inteligencji, która mając do dyspozycji znacznie więcej szczegółowych danych, niż ktokolwiek byłby w stanie zebrać ręcznie, manualnie, też jest w stanie dostosować produkt w bardzo dobry sposób. To także wszystkie produkty, które pomagają w zarządzaniu całym systemem medycznym, który funkcjonuje np. w klinice czy szpitalu – wskazuje Dawid Maj, współzałożyciel ABAStroke. – To nie jest tak, że my zastępujemy lekarza, natomiast otwieramy pewne nowe możliwości dla pacjenta, które wcześniej były dla niego niedostępne.

Rosnące znaczenie technologii cyfrowych w służbie zdrowia dostrzega amerykańska Agencja Żywności i Leków. FDA opublikowała na początku stycznia plan działania mający na celu ustanowienie podejścia regulacyjnego do szybko rozwijającej się dziedziny sztucznej inteligencji i oprogramowania opartego na uczeniu maszynowym jako urządzenia medycznego (SaMD).

W Polsce panują bardzo dobre warunki do rozwijania dziedziny sztucznej inteligencji w medycynie.

– Polska jest traktowana jako absolutnie najlepsze miejsce do rozwoju technologii medycznych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Mamy dobrych ludzi, którzy są w stanie to robić – przekonuje Michał Ryś. – Mamy tutaj ludzi, którzy potrafią stworzyć właściwie dowolną technologię medyczną, gdy tylko jest takie zapotrzebowanie. Jeśli chodzi o zdrowie cyfrowe, to gdy tylko pojawia się problem, jesteśmy w stanie bardzo szybko znaleźć na niego rozwiązanie.

Według Allied Market Research rynek sztucznej inteligencji na rynku medycznym osiągnie do 2025 roku wartość ponad 18 mld dol. Dla porównania w 2017 roku było to zaledwie 719 mln dol.