BioMaxima zrealizuje w grudniu na rynku indonezyjskim zamówienia na ponad milion dolarów, rozpoczyna też sprzedaż nowego testu genetycznego

BioMaxima SA otrzymała od dystrybutora zaopatrującego rynek w Indonezji kolejne zamówienie na testy genetyczne PCR do oznaczania SARS-CoV-2 o wartości 395 128 USD. Jest to już kolejne zamówienie na takie testy od tego dystrybutora, dzięki czemu wartość zrealizowanych zamówień na rynek indonezyjski w grudniu br. przekroczy milion dolarów. Oprócz tego spółka w poniedziałek wprowadziła do sprzedaży na terenie Polski i krajów UE najnowszy własny test genetyczny SARS/Flu/RSV Real Time PCR LAB-KIT, uzyskując już pierwsze sukcesy w publicznych przetargach.

Najnowsze zamówienie od dystrybutora zaopatrującego rynek indonez­­­yjski zostanie zrealizowane do końca grudnia br. Począwszy od sierpnia br. jest to już kolejne zamówienie na test PCR od tego dystrybutora w ramach stałej współpracy, a poprzednie opiewające na kwotę 628 909 USD zostało zrealizowane również w grudniu.

Jesteśmy zadowoleni z rozwijającej się sprzedaży na konkurencyjnym rynku indonezyjskim. Kolejne zamówienie w tym roku jest potwierdzeniem jakości oraz przewagi jakościowej testu genetycznego BioMaxima, który jest przystosowany do transportu i przechowywania w temperaturze pokojowej. Zresztą testy genetyczne PCR to nie jedyne dostawy do Indonezji zrealizowane w grudniu br., ponieważ wysłaliśmy do Indonezji również kolejną w tym roku partię odczynników do chemii klinicznej.  Potwierdza to popyt na zdywersyfikowany portfel naszych produktów na wysoce konkurencyjnych rynkach zagranicznych, co jest doskonałym prognostykiem na 2021 r.” – powiedział Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA.

Spółka zapowiedziała realizację w niedługim czasie kolejnych znaczących zamówień do Indonezji.

Nowy test w sprzedaży w Unii Europejskiej i pierwsze zamówienie

Wprowadzany właśnie do obrotu w Polsce i w innych krajach Unii Europejskiej najnowszy test SARS/Flu/RSV Real Time PCR LAB-KIT jest nowoczesnym narzędziem umożliwiającym szybką diagnostykę infekcji górnych dróg oddechowych, charakteryzując się bardzo wysoką czułością i specyficznością. Zaletą testu jest możliwość identyfikacji kilku patogenów w jednej probówce PCR. Jednoczesne badanie próbki pacjenta w kierunku kilku chorób zakaźnych, znacząco ogranicza zasoby konieczne do wykonania badania i pozwala szybciej uzyskać informacje niezbędne w przypadku pacjentów cierpiących na nieokreśloną infekcję dróg oddechowych. Nowy test umożliwia wykrycie patogenów SARS-CoV-2 (Wuhan), wirusów grypy (wirus grypy A – H1N1, H3N2, H5N1 i wirus grypy B), a także wirusa RSV A i B (syncytialny wirus oddechowy typu A lub B ).

Nowy test genetyczny jest częścią tworzonej przez BioMaxima SA palety nowoczesnych testów do diagnostyki molekularnej. Test umożliwia przeprowadzenie kontroli izolacji i amplifikacji kwasów nukleinowych i może być używany na praktycznie wszystkich aparatach PCR pracujących w systemie otwartym. Spółka przewiduje, że zastosowanie testu nie ograniczy się do etapu pandemii, bowiem szczególne wskazane jest wykonywanie testów łączonych u osób, u których niezbędne jest szybkie rozpoznanie i włączenie odpowiedniego leczenia z uwagi na ich ciężki stan i/lub hospitalizację, podwyższone ryzyko powikłań, jednoczesną obecność kilku infekcji, obniżoną odporność lub występowanie innych chorób przewlekłych.

Spółka wzięła już udział w pierwszym postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego na dostawę takich testów różnicujących kilka patogenów w Ginekologiczno–Położniczym Szpitalu Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu gdzie, złożyła najkorzystniejszą ofertę o wartości brutto 199.200 zł.

Rekordowe wyniki finansowe w 2021 r.

Zarząd BioMaxima SA 21 grudnia 2020 r., podał wstępną informację o rekordowych w wynikach finansowych. Spółka za miesiąc listopad osiągnęła zysk netto na poziomie 1.802 tys. zł., a zysk EBITDA wyniósł 2.415 tys. zł. Rentowność netto ukształtowała się na poziomie 22,35%. Po 11 miesiącach 2020 r. zysk netto BioMaxima SA wynosi już 7.645 tys. zł, natomiast EBITDA 11.004 tys. zł.

JPMorgan Chase kupuje cxLoyalty

JPMorgan Chase & Co. (NYSE: JPM) oraz cxLoyalty Group Holdings ogłosiły dziś podpisanie umowy na nabycie globalnych usług lojalnościowych przez JPMorgan Chase opracowanej przez cxLoyalty Group Holdings. Transakcja przewiduje nabycie wiodących platform technologii opracowanych przez cxLoyalty, funkcjonalności biura podróży oferującego pełen zakres usług, kart podarunkowych, towarów firmowych i usług bankowych.

„Inwestycja ta odzwierciedla nasze zaangażowanie w chęć zaoferowania szerokiej i szybko rozszerzającej się grupie naszych klientów wyjątkowych benefitów podróżnych. Obywatele całego świata chcą znów jeździć na wakacje i podróżować i mamy nadzieję, że wielu z nich będzie mogło spełnić to pragnienie już w niedalekiej przyszłości. Dzięki nabyciu przez nas funkcjonalności podróżnych i benefitowych opracowanych przez cxLoyalty zapewnimy milionom klientów Chase dodatkowe, niezapomniane wrażenia, z których będą mogli skorzystać kiedy tylko poczują, że są gotowi wznowić podróżowanie”, powiedziała Marianne Lake, dyrektor ds. obsługi klienta w JPMorgan Chase.

cxLoyalty to spółka o ponad 40-letnim doświadczeniu będąca liderem w zakresie funkcjonalności lojalnościowych i technologicznych. Jej doświadczenie w projektowaniu, zarządzaniu i wdrażaniu programów lojalnościowych przyczyni się do poprawy reputacji JPMorgan Chase już dziś znanej z oferowania klientom wartości dodanej. Przewiduje się, że transakcja ta dodatkowo wzmocni więzi z klientami oparte na lojalności, między innymi dzięki platformie Chase Ultimate Rewards oraz pozwoli na pozyskanie grupy klientów cxLoyalty, dzięki czemu wszyscy klienci będą mogli skorzystać z bardziej holistycznych, kompleksowych usług podróżnych. Obsługą marki cxLoyalty i relacjami z aktualną grupą klientów zajmie się dyrektor generalny Grupy Todd Siegel.

„JPMorgan Chase to właściwy partner do dalszego inwestowania w nasz wiodący biznes lojalnościowy”, powiedział Todd Siegel, dyrektor generalny cxLoyalty. „To partnerstwo pozwoli nam wzmocnić i rozszerzyć gamę oferowanych przez nas rozwiązań technologicznych, programów bonusowych i spersonalizowanych, światowej klasy usług świadczonych naszym klientom, należącym do programu Fortune 500, a także milionom ich klientów z całego świata”.

Pani Lake dodaje: „Witamy Todda i firmę i cxLoyalty w szeregach JPMorgan Chase i z niecierpliwością oczekujemy na stworzenie wartości dodanej, z której skorzystać będą mogli klienci obu firm”.

Klienci JPMorgan Chase posługujący się kartami kredytowymi nadal będą mogli korzystać z programu Ultimate Rewards, z czasem uzyskają również dostęp do rozszerzonej, bonusowej oferty podróżnej.

Stawki podatku od nieruchomości w 2021 r.

Jaki podatek od nieruchomości zapłacą w 2021 r. mieszkańcy największych miast?

W 2020 r. koszty utrzymania mieszkania rosły w tempie przeszło dwukrotnie szybszym od inflacji. Wiele wskazuje na to, że także w 2021 r. wydatki związane z utrzymaniem mieszkania będą najszybciej rosnącą pozycją w budżetach domowych wielu polskich rodzin. Już wkrótce przeszło 9 mln z nich dostanie decyzję o podwyżce podatku od nieruchomości.

Podatek od nieruchomości jest jednym ze składników kosztów utrzymania mieszkania lub domu. Według GUS, po 11 miesiącach były one o 7,4% wyższe niż w analogicznym okresie przed rokiem. Jest to jednak głównie efekt podwyżek opłaty za śmieci, która przez rok wzrosła średnio aż o 53,5%!oplaty-za-mieszkanie-a-inflacja

Co gorsza, włodarze wielu miast nie powiedzieli w tej sprawie ostatniego słowa. Ponadto w ogromnej większości z nich nie mieli skrupułów, aby podnieść stawki podatku od nieruchomości do maksymalnego poziomu, który na 2021 r. wyznaczył minister finansów. W praktyce to oznacza, że ok. 9 mln właścicieli mieszkań i domów musi się liczyć z ok. 4% podwyżką.podatek-od-nieruchomosci-max-stawka

Budynki mieszkalne będą mogły być opodatkowane stawką 0,85 zł za m kw., zaś grunty pod takimi budynkami – 0,52 zł za m kw. Dla właściciela 200-metrowego domu położonego na działce o powierzchni tysiąca metrów kwadratowych oznacza to konieczność zapłacenia gminie podatku od nieruchomości w wysokości 690 zł. Będzie on wyższy od tegorocznego o 28 zł.

Ponieważ podatek od nieruchomości jest dochodem gmin, te nie muszą podwyższać dotychczasowych stawek, ani stosować maksymalnych. Sprawdziliśmy więc, jaką politykę w tym zakresie prowadzą władze największych miast. Okazuje się, że tylko radni Lublina zdecydowali się na „zamrożenie” tegorocznych stawek, które w dodatku są niższe od maksymalnych. Władze tego miasta zdają sobie bowiem sprawę, że z powodu pandemii koronawirusa wielu mieszkańców wpadło w tarapaty finansowe. W Lublinie liczą, że wpływy z tytułu podatku od nieruchomości uda się utrzymać m.in. dzięki nowym płatnikom, którzy zasiedlą wybudowane w tym roku mieszkania i domy.

Problem w tym, że skutki gospodarcze Covid-19 dają się też mocno we znaki samorządom. Żeby zbilansować zmniejszone dochody z wydatkami przede wszystkim szukają oszczędności. Poza tym stosunkowo prostym sposobem na łatanie finansów jest podniesienie podatków. Nie dziwi wiec, że w większości miast podjęto uchwały o zastosowaniu maksymalnych stawek. Są też jednak i takie miasta, w których właściciele domów i mieszkań dostaną podwyżkę, ale stawki podatku będą wciąż niższe od wskazanych przez ministra finansów. Co ciekawe, w Zielonej Górze niemal o połowę!podatek-od-nieruchomosci-2021

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Sklepy odpuszczają promocje tzw. energetyków. Eksperci mówią, że to przez pandemię

W ciągu 11 miesięcy br. było tylko o 1,7% więcej promocji napojów energetycznych w sieciach handlowych niż w analogicznym okresie ub.r. Natomiast analiza wyników z I kwartału 2018 i 2019 roku wykazała wzrost aż o 40,3%, w niektórych formatach – nawet o 80%. Ostatnio największy przyrost odnotowano w dyskontach – o 36%. Dla porównania, w sieciach typu convenience wyniósł on 11,5%. Z kolei najbardziej widoczny spadek zaliczyły hipermarkety, tj. o 28,2%.

Porównując dane agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland, zebrane od stycznia do listopada tego i ubiegłego roku, widać, że liczba promocji tzw. energetyków w gazetkach wzrosła tylko o 1,7%. Natomiast wyniki z I kwartału 2018 i 2019 roku pokazują przyrost aż o 40,3%. W niektórych formatach wynosił on nawet 80%. Jak komentuje Karol Kamiński z Centrum Analiz Grupy AdRetail, sieci handlowe reagują na malejące zainteresowanie klientów tego typu używkami. Polacy chcą zdrowo żywić siebie i swoje rodziny. Wiedzą, że takie produkty mogą im szkodzić w długofalowej perspektywie.

– Nieznaczny wzrost promocji tzw. energetyków w 2020 roku może wynikać z tego, że sieci handlowe bacznie obserwują zmiany zachowań konsumentów spowodowane pandemią. Przeniesienie wielu aktywności do domów przełożyło się na mniejszą ilość impulsywnych zakupów, a napoje energetyczne zazwyczaj do takich się zaliczają. Wolniejsze życie prawdopodobnie zmniejszyło też zapotrzebowanie na kofeinę – mówi Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland.

Analiza wykazała również, że w tym roku liczba promocji najbardziej wzrosła w dyskontach, tj. o 36%. Na drugim miejscu uplasowały się sieci typu convenience z wynikiem 11,5%. Z kolei największy spadek zaliczyły hipermarkety – o 28,2%.

– Ten rok był bardzo trudny dla hipermarketów, ponieważ w dużej części znajdują się one w centrach handlowych, które w związku z pandemią były zamknięte. Tego typu sieci najprawdopodobniej wolały uwzględnić w swojej strategii więcej towarów generujących ruch, jak np. produkty świeże. Jednocześnie nie podnosiły ilości akcji rabatowych obejmujących napoje energetyczne – dodaje Julita Pryzmont.

Dane pochodzą z zasobów agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland. Finalnie sprawdzono blisko 14 tys. promocji opublikowanych w gazetkach wydanych od 1 stycznia do 30 listopada 2020 roku. Wyniki porównano z wartościami z analogicznego okresu ub.r. Pod uwagę wzięto dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience, cash & carry i hurtownie.

Ukraińcy pracują tymczasowo prawie dwa razy więcej niż Polacy

Obywatele z Ukrainy nie tracą zapału do pracy tymczasowej w Polsce. Na wypełnianie powierzonych im zadań poświęcają więcej czasu niż Polacy. Średnio 577 RBH przepracował tymczasowo statystyczny Ukrainiec zatrudniony w Polsce w 2020 r. Jak wynika z danych Grupy Progres to o 277 RBH więcej niż w przypadku zatrudnionego tymczasowo Polaka, który na tę formę zatrudnienia przeznaczył 300 RBH. Mimo, że w tym roku Polacy stanowią większość na rynku pracy tymczasowej (53 proc.), a Ukraińców jest o 13 proc. mniej to i tak nasi wschodni sąsiedzi przepracowali w sumie więcej roboczogodzin niż Polacy.

Pobyt Ukraińców w naszym kraju jest dla nich bardzo intensywnym okresem – tylko w ubiegłym roku 11 191 zatrudnionych Ukraińców przepracowało w sumie 6 867 780 RBH. W analogicznym okresie 8 878 Polaków w pracy tymczasowej spędziło 2 686 856 RBH. W przeliczeniu na jedną osobę – statystyczny Ukrainiec przepracował średnio 614 RBH, a Polak – 303 RBH. Ubiegły rok został zdominowany przez Ukraińców, zarówno pod kątem liczby przepracowanych godzin, jak i liczby pracowników, którzy stanowili 52 proc. wszystkich zatrudnionych i było ich o 11 proc. więcej niż Polaków (41 proc.).

W tym roku sytuacja uległa zmianie i to Polaków jest więcej – stanowią niemal 53 proc. wszystkich zatrudnionych pracowników tymczasowych, Ukraińcy – 40 proc., pozostałe narodowości – 7 proc. Jednak – mimo przewagi liczebnej – Polacy nadal na pracę tymczasową poświęcają mniej czasu niż Ukraińcy. Nasi rodacy w tym roku przepracowali 2 553 547 RBH, każdy z nich średnio 300 RBH. W tym samym czasie Ukraińcy swoje obowiązki wykonywali przez 3 830 818 RBH, a w przeliczeniu na osobę – 577 RBH.

Cel jest jeden – zarobki

Obserwowane od kilku lat zaangażowanie Ukraińców w pracę, wynikało i nadal wynika przede wszystkim z celu, który sobie postawili. Przyjazd do Polski to dla nich przede wszystkim szansa na zarobek, dlatego swój czas poświęcają na intensywną pracę. Jest ona dla nich szczególnie ważna w dobie pandemii, gdy wiele stanowisk jest zagrożonych likwidacją.

– Duża liczba covidowych restrykcji i niewiadomych, dotyczących pracowników tymczasowych, zmieniła optykę Ukraińców przyjeżdżających do Polski w celach zarobkowych. Wcześniej, mimo że bardzo angażowali się w pracę, byli skłonni do jej zmiany w momencie, gdy obecna przestała im odpowiadać. Byli także otwarci na zmianę miejsca zamieszkania w Polsce, jeśli wraz z przeprowadzką pojawiła się szansa na lepszą pracę. Obecnie, skłonność Ukraińców do relokacji zmalała – mówi Cezary Maciołek, Wiceprezes Grupy Progres. – Obcokrajowcy ostrożniej podchodzą do ofert nowego zatrudnienia. Jeśli, ich przełożony gwarantuje im atrakcyjne wynagrodzenie i dobre warunki pracy to nie chcą szukać innych możliwości. Chcą stabilizacji, która w tych trudnych czasach jest dla nich najważniejsza – zaznacza Cezary Maciołek.

W maju nie było za różowo

Zarówno Polacy, jak i obcokrajowcy najmniej pracowali w maju. W piątym miesiącu tego roku nasi rodacy w pracy tymczasowej spędzili 106 RBH, a Ukraińcy – 162 RBH. W sumie przepracowali wtedy 518 013 RBH o 316 512 RBH mniej niż w analogicznym miesiącu 2019 r. Ten znaczący spadek wynikał z faktu, że rynek pracy zwolnił przez koronawirusa, a przedsiębiorcy z niepokojem czekali na pocovidowe powikłania dla ich biznesu. W kwietniu i maju było też wiele innych niewiadomych – pracodawcy nie wiedzieli, jak od strony praktycznej będzie wyglądało rządowe wsparcie oraz czy dostaną jakiekolwiek dofinansowanie i co w konsekwencji stanie się z ich biznesem.

Wraz z upływem czasu sytuacja powoli zaczęła się poprawiać – pracy było więcej, rosło również zapotrzebowanie na pracowników. Do października pracę tymczasową w Polsce częściej niż Ukraińcy podejmowali Polacy, jednak to nasi wschodni sąsiedzi pracowali na najwyższych obrotach. We wrześniu statystyczny Polak przepracował 113 RBH, a Ukrainiec 160 RBH. Miesiąc później liczba godzin przepracowanych tymczasowo przez naszego rodaka spadła do 101 RBH, a w przypadku statystycznego Ukraińca wzrosła do 163 RBH. Co więcej, jak wynika z danych Grupy Progres, od lipca do końca listopada br. w grupie pracowników tymczasowych ubywało Polaków, a przybywało Ukraińców. Listopad był pierwszym – od lutego 2020 r. – miesiącem roku, w którym Ukraińców było więcej niż Polaków – stanowili oni 50 proc. a nasi rodacy 39 proc. Na pracę poświęcali średnio 105 RBH (statystyczny Polak) i 156 RBH (statystyczny Ukrainiec).

– Koniec roku na ogół jest czasem, w którym zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych rośnie. Podobnie jest w 2020 r. – część firm, po wprowadzeniu nowych reguł wrzuca kolejny bieg, chce odrobić straty i zamknąć rok budżetowy na plusie. Pełną parą pracują producenci AGD i RTV oraz sektory – budowlany, meblarski, spożywczy, handlowy, odzieżowy, logistyczny, IT, e-commerce czy OZE – podkreśla Cezary Maciołek. – Nasza rodzima branża – HR, jest uzależniona od sytuacji na rynku. Obecnie mamy o wiele więcej pracy niż jeszcze kilka miesięcy temu i bardzo dużo zapytań o wsparcie przy rekrutacji pracowników tymczasowych. Dla firm HR-owych – beneficjentów działań przedsiębiorstw z innych gałęzi gospodarki – koniec roku jest również bardzo pracowity – podsumowuje ekspert.

W 2020 r. SVOD detronizuje tradycyjną telewizję już w 30 krajach. Co będzie dalej?

Wśród dostawców szeroko pojętych usług telewizyjnych, serwisy subskrypcji wideo na żądanie (SVOD) zajmują pierwsze miejsce i jak wskazuje najnowszy raport Capgemini, do końca roku prześcigną płatną telewizję w ponad 30 krajach. W Stanach Zjednoczonych i niektórych częściach Europy usługi przesyłania strumieniowego Over-the-Top (OTT) mają największy udział w użyciu wideo dla wszystkich grup wiekowych do 50 lat, a wybuch pandemii tylko pogłębił ten trend. Dane firmy Comapritech wskazują, że w Polsce pod koniec marca z usług Netflixa korzystało 880 tys. osób, a obserwując zmiany zachowań konsumentów wywołane przez pandemię, prawdopodobnie jesteśmy już na granicy miliona.

Od dekady telewizja na żądanie (SVOD) czy też usługi Over-the-Top (OTT), czego najlepszymi reprezentantami są m.in. Netflix, HBO Go czy Amazon Prime, zrewolucjonizowały konsumpcję treści wideo. Badania Capgemini wskazują, że dotychczas wiodąca prym telewizja tradycyjna (publiczna, płatna, kablowa), zostanie zdetronizowana do końca 2020 r. w aż 30 krajach. Wydawać by się mogło, że głównym odbiorcą tego rodzaju platform są w zdecydowanej większości ludzie młodzi, poniżej 35 roku życia. Jednak już teraz wśród amerykańskich i europejskich użytkowników platformy OTT są głównym źródłem konsumpcji mediów w przedziałach wiekowych 26-35 oraz 36-49. W Stanach Zjednoczonych dodatkowo popularność telewizji tradycyjnej i serwisów SVOD wśród osób powyżej 50 roku życia już dziś jest niemal na równym poziomie.

Jaką przewagę ma OTT?

Z pewnością ogromną zaletą serwisów SVOD i OTT jest dostępność szerokiego przekroju i formatów treści, transmisje na żywo i na żądanie wydarzeń sportowych czy ważnych wydarzeń kulturalnych – w tym spektakli teatralnych, duża dostępność filmów i seriali (w tym także produkcji własnej i bez konieczności czekania na kolejny odcinek), czy też podcastów lub gier. Ogólnoświatowe trendy mają także swoje odzwierciedlenie na polskim rynku medialnym, gdzie odbiorcy coraz chętniej sięgają po subskrypcję dostępnych platform OTT, kosztem płatnej telewizji lub kablówki.

  • Nie bez znaczenia pozostaje także kwestia reklam – platformy OTT oferują reklamodawcom możliwość lepiej dostosowanych treści reklamowych z jeszcze lepszymi atrybucjami pomiarowymi. W tym kontekście obserwujemy wzrost liczby usług agregujących, które próbują zmniejszyć złożoność dla konsumenta przez łączenie treści od różnych posiadaczy praw lub różnych usługi przesyłania strumieniowego za pośrednictwem jednego interfejsu – komentuje Dominika Nawrocka, Brand Communication Manager w Capgemini.

Walka o subskrybentów, a także reklamodawców kwitnie, gdy lokalni gracze, których widownia w tradycyjnej telewizji spada, uruchamiają własne modele OTT. Trwająca fragmentacja usług i treści sprawia, że przekształcenie branży jest już nieuchronnym zjawiskiem. Przykładem może być brytyjska telewizja Sky, której oglądalność już w 2018 roku została przewyższona przez Netflix, co zmusiło Sky do stworzenia własnego serwisu OTT. Dziś serwis ten (a nie telewizja) jest głównym czynnikiem wpływającym na wzrost wyników Sky.

Rewolucja napędzana danymi

Najnowsze badanie firmy Capgemini ma na celu m.in. lepsze zrozumienie, w jaki sposób dane umożliwiają zróżnicowanie i przewagę konkurencyjną w strategicznych wymiarach dla firm mediowych, takich jak pozyskiwanie treści, pozyskiwanie klientów czy walka o ich lojalność. W przypadku OTT najważniejsza jest treść, a dopiero za nią idą doświadczenie użytkownika i marka. Prawie 70 proc. z ponad 40 dyrektorów mediów, z którymi przeprowadzono wywiady w ramach badania „OTT Streaming Wars: Raise or Fold”, zadeklarowało, że dane mają kluczowe znaczenie dla przetrwania. Jeśli treść jest królem, dane są teraz asem.

Treści w serwisach nie brakuje, ale problemem do rozwiązania staje się dystrybucja, polegająca na zapewnienie użytkownikom dostępu do takiego contentu, który jest dla nich interesujący, bez konieczności zarządzania zbyt dużą liczbą subskrypcji po zbyt wysokiej cenie łącznej. Z tego względu znaczący gracze na rynku SVOD i OTT inteligentnie wykorzystują dane, by wzbogacać i personalizować doświadczenia klientów. Indywidualne rekomendacje czy dostosowywanie tego, co jest wyświetlane na ekranie startowym do preferencji użytkowników, jest oparte na danych i sterowane przez algorytmy. Kluczem jest wiedza, jak je zaprogramować.

Jedno z kluczowych wyzwań, jakie pojawia się na tym etapie to: personalizacja a identyfikacja użytkownika. Aby dopasować preferencje i dostosować treści do konkretnego widza, wymagane jest posiadanie konta – indywidualnego loginu i hasła, pozwalających na identyfikację użytkownika. Tu dostawcy usług telewizji na żądanie stają przed wyborem: łatwość użytkowania i niski próg wejścia dla odbiorcy lub możliwość łączenia danych z określonym profilem odbiorcy i dostosowanie oferty do indywidualnych preferencji.

Wgląd w segmenty użytkowników umożliwia firmom wybieranie i oferowanie treści odbiorcy w znacznie bardziej ukierunkowany sposób. Dla przykładu – Netflix wykorzystuje w tym celu aż 2000 segmentów opartych o gusta użytkowników, które wspierają wybór rekomendacji i kombinacji treści pod kątem właściwego celu. Serwisy w tym celu często prowadzą testy A/B na dużą skalę – spersonalizowane usługi i pakiety są dobierane na bazie takich testów. Pozwala to na bardzo dokładne określenie preferencji użytkownika i uniknięcie oferowania takich samych treści widzom, którzy mogli polubić ten sam program, ale włączyć go przez dwie zupełnie odmienne ścieżki dotarcia. Tylko w ten sposób platformy są w stanie zaoferować bogaty i spersonalizowany UX.

Pandemia – szansa czy zagrożenie?

Podczas pierwszej fali kryzysu wywołanego pandemią i początkowego lockdownu, zdarzało się, że odbiorcy telewizji tradycyjnej decydowali się na przejście na wyższe pakiety u dostawców, z których usług korzystali.

W większej mierze zyskali na tym jednak dostawcy usług SVOD i OTT – tylko w pierwszym kwartale 2020 roku Netflix dwukrotnie zwiększył swoją globalną bazę abonentów. Comcast poinformował, że liczba godzin transmisji wzrosła o 40 proc. podczas lockdownu, w porównaniu do zaledwie 8% w przypadku linearnej telewizji.

  • Wśród czynników wspierających rozwój platform OTT lub SVOD możemy wyszczególnić m.in. zwiększającą się świadomość konsumencką w zakresie wartości treści i preferencji, wygodę, elastyczność, wykorzystanie wysoko zaawansowanej technologii (m.in. sztucznej inteligencji w zakresie proponowanych treści), czy też wybuch pandemii. O ile kryzys głęboko dotknął branżę filmową i sparaliżował pracę nad kolejnymi produkcjami, tak platformy OTT w pierwszych kwartałach 2020 notowały rekordy subskrypcji. W pierwszym kwartale tylko Netflix zyskał ponad 15,7 mln nowych subskrybentów – dodaje Dominika Nawrocka.

Niewątpliwie popularność platform OTT będzie rosła. Konieczne jest wykorzystywanie zintegrowanych usług i nowych technologii, które zapewnią dostawcom jeszcze lepszą przepustowość, większy komfort użytkowania, czy też możliwości przyswajania treści lub ich selekcji. Wraz ze wzrostem wykorzystywania takich usług rośnie także potrzeba agregacji, co stanowi nowe wyzwanie dla dostawców OTT.

Tylko niewielki odsetek alergików poddaje się odczulaniu. Może to zmienić refundacja doustnej immunoterapii, możliwej do samodzielnego stosowania w domu

Na alergie i choroby o podłożu alergicznym cierpi około 12 mln Polaków. Tylko niewielki odsetek poddaje się jednak odczulaniu, czyli swoistej immunoterapii alergenowej, która jest tu jedyną przyczynową metodą leczenia. Lekarze podkreślają, że im wcześniej zostanie rozpoczęte leczenie, tym większa szansa na zapobieżenie rozwojowi cięższych chorób o podłożu alergicznym, jak np. astma. Najwygodniejsze dla pacjentów jest odczulanie doustne w formie kropli lub tabletek podawanych pod język, które można stosować samodzielnie w domu, jednak ta metoda leczenia nie jest objęta w Polsce refundacją. Alergolodzy wskazują, że sfinansowanie jej przez NFZ skłoniłoby do odczulania większą liczbę alergików.

 Alergiczny nieżyt nosa jest najczęstszą alergiczną chorobą w naszej populacji i cierpi na niego około 1/3 społeczeństwa. Jest to głównie choroba ludzi młodych i dzieci w wieku szkolnym – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Marek Kulus, prezydent Polskiego Towarzystwa Alergologicznego, kierownik Kliniki Pneumonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. – Osoby chore na alergiczny nieżyt nosa, jeżeli nie jest on właściwie leczony, mają skłonność do rozwijania astmy.

Choroby alergiczne są określane mianem epidemii XXI wieku. Według WHO zajmują już trzecią pozycję na liście najczęstszych chorób przewlekłych. Skłonność do nich jest dziedziczna, ale do lawinowego wzrostu zachorowań przyczyniają się też czynniki środowiskowe i cywilizacyjne, takie jak dym papierosowy, środki chemiczne czy smog. Jednak do rozwoju alergii  doprowadza najczęściej długotrwała ekspozycja na duże stężenia silnych alergenów, jakimi są np. roztocza kurzu domowego czy sierść zwierząt domowych (pies, kot). Według danych NFZ w Polsce na alergie cierpi w sumie około 12 mln osób, z których 8 mln dotkniętych jest alergicznym nieżytem nosa, a ponad 4 mln walczy z astmą o podłożu alergicznym.

Objawami alergii są przede wszystkim uporczywy katar i niedrożność nosa, świąd, łzawienie i pieczenie oczu, zaczerwienienie spojówek, kichanie, świszczący oddech, duszności i kaszel.

– Alergiczny nieżyt nosa wiąże się przede wszystkim z objawami obejmującymi wyciek z nosa. To jest wodnisty, cieknący katar, który czasami jest trudny do zatrzymania. Dochodzi też do obrzęku błony śluzowej, więc nos staje się niedrożny i stąd często bierze się oddychanie przez usta. Pojawia się też świąd oczu, ponieważ z nosem powiązane są spojówki. W nocy, kiedy ta wydzielina spływa, często dołącza kaszel – wyjaśnia prof. Marek Kulus.

Niektóre  z objawów mogą mylnie  przypominać symptomy towarzyszące COVID-19.

 Alergia pyłkowa manifestuje się przede wszystkim napadowym kichaniem, wodnistą wydzieliną z nosa, objawami spojówkowymi. Niekiedy może towarzyszyć jej kaszel, ale przebiega bezgorączkowo. W przypadku COVID-19, przynajmniej u dzieci, dominują objawy w postaci gorączki. Pozostałe symptomy mogą być różne, bo tak naprawdę my dopiero uczymy się tej choroby – mówi dr hab. n. med. Ewa Cichocka-Jarosz, alergolog z Kliniki Chorób Dzieci Katedry Pediatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego, Collegium Medicum w Krakowie.

Co istotne, nierozpoznana albo niewłaściwie leczona alergia nie tylko przeszkadza i utrudnia życie chorym, ale może też prowadzić do rozwoju ciężkich schorzeń – takich jak astma oskrzelowa czy POChP (przewlekła obturacyjna choroba płuc), które mogą skończyć się nawet śmiercią.

Alergię zwykle leczy się farmakologicznie, a alergolodzy mają do wyboru szeroki wachlarz farmaceutyków. Jednak te łagodzą tylko objawy alergii i nie zwalczają jej przyczyny.

– Zaczynamy od leczenia farmakologicznego, ale to jest leczenie objawowe, które tylko łagodzi objawy choroby. Stosujemy leki przeciwhistaminowe, donosowe glikokortykosteroidy. To leczenie jest dość efektywne, ale nie sięga podłoża problemu, dlatego że alergiczny nieżyt nosa to jest zapalenie alergiczne. Jedyną metodą przyczynową, która może przestroić nasz układ odpornościowy i zapobiec występowaniu objawów alergicznego nieżytu nosa, jest immunoterapia – mówi prezydent Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.

Immunoterapia alergenowa, popularnie nazywana odczulaniem, jest w tej chwili jedyną metodą leczenia alergii, która zwalcza jej przyczynę. Polega na podawaniu pacjentowi niewielkich dawek alergenów, na które z czasem organizm uzyskuje tolerancję. To metoda stosowana od lat i bezpieczna, można ją stosować nawet u dzieci po ukończeniu piątego roku życia.

– Im wcześniej podana, tym lepiej, dlatego że jest to jedna z metod przerwania marszu alergicznego, dzięki czemu choroby alergiczne nie będą po sobie następować – mówi prof. Marek Kulus.

– Odpowiedź na pytanie, kiedy rozpoczynać immunoterapię, jest uzależniona od tego, o jakim alergenie mówimy. W przypadku alergenów sezonowych, czyli pyłku traw czy pyłku brzozy, najlepiej rozpoczynać nawet cztery miesiące przed pyleniem lub bezpośrednio po okresie zakończenia pylenia. Natomiast w przypadku alergenów roztoczy, które są całoroczne, możemy w zasadzie rozpoczynać immunoterapię w dowolnym okresie roku, aczkolwiek staramy się, żeby to nie było np. w sezonie grzewczym, kiedy ekspozycja na roztocze może być większa – dodaje dr Ewa Cichocka-Jarosz.

Immunoterapia zwykle trwa od trzech do pięciu lat. Jednak lekarze podkreślają, że w porównaniu z leczeniem farmakologicznym – które tylko łagodzi objawy i trzeba je stosować przez całe życie – jest to czas relatywnie krótki.

– Bardzo istotne jest kontynuowanie terapii. To nie jest takie leczenie, które można sobie samemu odstawić i później ponownie rozpocząć. To  pewna umowa pomiędzy pacjentem a lekarzem, że rozpoczynamy poważne działania, które są długofalowe i które powinniśmy kontynuować odpowiednio długo. Pacjenci powinni być odpowiednio zmotywowani do takiej decyzji. Jeżeli widzimy, że nie są jeszcze zdecydowani, wtedy nasze działania powinny być ukierunkowane na to, aby udowodnić im, że jest to najlepsza metoda – mówi prof. Marek Kulus.

Immunoterapia może być podawana pacjentowi w dwóch formach: zastrzyków albo doustnie, jako tabletki lub krople stosowane podjęzykowo. Ta druga forma jest najwygodniejsza dla pacjentów, ponieważ można ją stosować samodzielnie w domu, dzięki czemu oszczędza się czas i eliminuje konieczność częstych wizyt w gabinecie alergologa. W Polsce immunoterapia w kroplach lub tabletkach pod język nie jest jednak refundowana przez NFZ i wiąże się z większymi kosztami dla pacjentów. Według alergologów objęcie refundacją tej metody może skłonić większą liczbę pacjentów do jej wdrożenia, bo w tej chwili odczulaniu poddaje się niewielki odsetek alergików.

– Nie ma refundacji żadnej szczepionki podjęzykowej do immunoterapii alergenowej. W momencie, kiedy odczulanie jest przewidziane na co najmniej trzy lata, zwłaszcza w przypadku, kiedy musimy odczulać przez cały rok, ich koszt dla pacjenta jest bardzo wysoki. Niewątpliwie odsetek pacjentów leczonych tą metodą wzrósłby w momencie, kiedy ta odpłatność byłaby korzystniejsza, bo po prostu wielu pacjentów na tę formę leczenia nie stać – mówi alergolog z Kliniki Chorób Dzieci Katedry Pediatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego, Collegium Medicum w Krakowie.

 


Materiał powstał w ramach kampanii edukacyjnej. Więcej informacji na stronie Facebooka: Zerwij z alergią wybierz zdrowie.

Zerwij z alergią, wybierz zdrowie.

Od 2021 roku nowe, bardziej rygorystyczne wymogi energooszczędności w budynkach. Rząd wprowadza przejściowe ułatwienia dla inwestorów i deweloperów

Z początkiem 2021 roku wchodzą w życie nowe wymogi energooszczędności dla budynków. Zaostrzone zostaną m.in. wymogi izolacyjności cieplnej materiałów budowlanych. Do tej pory przepisy zakładały, że nie będą musiały ich spełniać budynki, na których budowę wydano pozwolenie przed końcem 2020 roku. Według nowego rozporządzenia ze względu na pandemię i związane z nią opóźnienia w działalności urzędów decydujący będzie nie moment wydania pozwolenia, ale termin złożenia wniosku o takie pozwolenie. Dzięki temu inwestorzy i deweloperzy, którzy wciąż czekają na decyzję urzędów, nie będą musieli zmieniać projektów domu. 

– Możliwość budowania w standardzie odpowiadającym starym przepisom została uelastyczniona rozporządzeniem ministra rozwoju, pracy i technologii. Zgodnie z nim osoby, które jeszcze w tym roku złożą wniosek o pozwolenia na budowę, będą mogły skorzystać zarówno z materiałów o lepszych, jak i słabszych parametrach. Natomiast ci, którzy będą się ubiegać o pozwolenie na budowę w przyszłym roku, będą musieli zastosować wyłącznie materiały o lepszych parametrach – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

Dotychczasowym kryterium tego, jakie warunki techniczne obowiązują inwestora, był termin uzyskania decyzji o pozwoleniu na budowę albo uprawomocnienie wniosku prowadzenia robót na zgłoszenie. Tylko zgoda wydana w tym roku powodowała, że budynek mógł być budowany lub modernizowany wedle starych przepisów. Zgodnie z rozporządzeniem przyjętym przez Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii decydujący będzie nie termin otrzymania pozwolenia, ale termin złożenia wniosku.

 Możliwość budowania w standardzie odpowiadającym starym przepisom pewnie spowoduje, że do urzędów wpłynie trochę więcej wniosków o pozwolenie na budowę, bo część inwestorów będzie chciała zachować taką możliwość. Natomiast nie powinno to spowodować dużych kolejek – ocenia Jacek Siwiński.

Przepisy przejściowe mają przede wszystkim uchronić przed koniecznością przeprojektowywania budynków deweloperów oraz inwestorów indywidualnych, którzy już złożyli wnioski, ale wciąż czekają na decyzję administracyjną. Ministerstwo wyjaśnia, że zmiana ta jest podyktowana sytuacją epidemiologiczną w kraju, która może przekładać się na wydłużone działanie organów państwowych. W ten sposób chce niwelować możliwe problemy z terminowym rozpatrywaniem wniosków o pozwolenie na budowę czy wniosków o zatwierdzenie projektu budowlanego i innych tego typu dokumentów potrzebnych do rozpoczęcia inwestycji.

– Wchodzące w życie od 2021 roku nowe warunki techniczne mają na celu zmniejszenie zużycia energii w budynkach. Przepisy zakładają m.in. wyższe wymagania dla ścian, dachów, okien czy drzwi – wyjaśnia prezes VELUX Polska.

Zgodnie z nowymi przepisami od przyszłego roku dachy i ściany będą wymagały grubszej warstwy termoizolacyjnej, a drzwi i okna będą musiały spełnić bardziej restrykcyjne parametry energooszczędności. W przypadku tych ostatnich obecnie współczynnik przenikania ciepła (Uw) wynosi 1,1 W/m2K dla okien pionowych i 1,3 W/m2K dla dachowych. Z kolei od stycznia ten współczynnik zostanie obniżony do 0,9 W/m2K dla okien pionowych oraz 1,1 W/m2K dla okien połaciowych.

– Wymogi dotyczące współczynników przenikalności cieplnej okien zostaną obniżone o około 15 proc., przy czym im niższy współczynnik przenikalności, tym okno jest bardziej energooszczędne – mówi Jacek Siwiński. – W przypadku VELUX już teraz 7 na 10 sprzedawanych okien spełnia warunki, które zaczną obowiązywać w przyszłym roku. Dla wielu inwestorów nie będzie to więc duża zmiana.

Wejście w życie od stycznia nowych warunków technicznych (WT2021) dotyczących zaostrzonych wymagań względem materiałów budowlanych to wynik ogólnoeuropejskiej strategii poprawy efektywności energetycznej budynków. Zmiany wymogów były wprowadzane etapami, na przestrzeni ostatnich kilku lat (w 2014 i 2017 roku), dzięki czemu branża zyskała czas na przygotowanie.

Już w 2017 roku wprowadziliśmy do podstawowej oferty okna spełniające nowe warunki. Dlatego dziś jesteśmy w pełni przygotowani. Nie znaczy to jednak, że nasza oferta się nie zmienia. Widzimy, że świadomość i oczekiwania klientów w zakresie energooszczędności idą do przodu dużo szybciej niż przepisy – mówi prezes VELUX Polska.

Jak podkreśla, na nowe przepisy powinny zwrócić uwagę osoby, które projektują i planują budowę domu bądź jego gruntowny remont. Wymogi WT 2021 będą musieli spełnić również ci, którzy np. chcą skorzystać z dotacji w ramach programu Czyste Powietrze na modernizację już istniejącego budynku.

Poza dobrym ociepleniem wszystkie remontowane i nowo budowane domy będą musiały też charakteryzować się niższym o 1/4 zapotrzebowaniem na energię pierwotną, zużywaną na potrzeby wentylacji, klimatyzacji, ogrzewania czy przygotowywania ciepłej wody. W ten sposób UE dąży do redukcji zużycia energii i emisji CO2 w budownictwie.

 Na budynki nie można tylko patrzeć przez pryzmat samych zużytych materiałów. Praktyka pokazuje wiele przykładów, w których nawet przy użyciu dobrych materiałów budynek niestety jest mało wydajny energetycznie. Dlatego przepisy zakładają również spadek zużycia tzw. energii pierwotnej, a więc energii ze źródeł nieodnawialnych, która musi być zużyta na potrzeby wentylacji, klimatyzacji, ogrzewania oraz przygotowywania ciepłej wody. Jest to bardzo ważny aspekt, dlatego że budynki odpowiadają za 40 proc. zużycia energii w całej gospodarce – podkreśla Jacek Siwiński.

Sprzedaż certyfikowanych maseczek nie spadnie nawet po ustaniu pandemii. Grupa Ciech uruchamia ich produkcję w Bydgoszczy

0

Około 10 mln certyfikowanych masek filtrujących klasy FFP2 będzie rocznie produkować Grupa Ciech w swoim bydgoskim zakładzie, gdzie na co dzień powstają pianki poliuretanowe do przemysłu meblarskiego. Maseczki „made in Poland” znajdą swoje miejsce na rynku nawet po ustaniu pandemii koronawirusa, m.in. jako ochrona przed smogiem i zanieczyszczeniami powietrza oraz środki ochrony osobistej na budowach, w szpitalach czy laboratoriach. Grupa zamierza w przyszłym roku wprowadzić do sprzedaży maski z najwyższą klasą filtracji FFP3.

– Zdecydowaliśmy się rozpocząć produkcję maseczek, ponieważ już wiosną, kiedy wybuchła pandemia i wprowadzono pierwszy lockdown, zorientowaliśmy się, że pozyskanie wysokiej jakości, certyfikowanych środków ochrony osobistej jest bardzo trudne. Stąd decyzja, że rozpoczynamy produkcję maseczek, które będą miały certyfikaty, odpowiednio wysoką jakość oraz będą produkowane w krajowych zakładach – mówi agencji Newseria Biznes Dawid Jakubowicz, prezes zarządu Ciech SA.

Grupa wystartowała właśnie z produkcją profesjonalnych maseczek filtrujących klasy FFP2, których skuteczność filtracyjna sięga 94 proc. Sprzęt ochronny spełnia unijną normę EN 149:2001, ma atest Państwowego Zakładu Higieny, a proces certyfikacji maseczek został przeprowadzony przez uprawniony do tego celu Centralny Instytut Ochrony Pracy.

– Bardzo ważnym procesem była certyfikacja maseczek, którą poprzedziliśmy setkami, jeśli nie tysiącami testów – podkreśla Michał Budzyński, prezes spółki Ciech Pianki.

Maski filtrujące będą powstawać na uruchomionej w ciągu pół roku linii produkcyjnej w zakładzie w Bydgoszczy. Na co dzień spółka Ciech Pianki wytwarza tam pianki poliuretanowe do przemysłu meblarskiego, które pozostaną podstawowym obszarem jej działalności. Nowa instalacja pozwoli wyprodukować ok. 50 tys. maseczek dziennie, w różnych konfiguracjach i o różnym stopniu filtracji.

– Nowa maszyna pozwala na produkcję ok. 10 mln maseczek rocznie – zapowiada Michał Budzyński. – W pierwszej fazie skupimy się na działaniach związanych ze społeczną odpowiedzialnością biznesu. Z początkiem przyszłego roku chcemy rozpocząć również działania komercyjne skierowane przede wszystkim na polski rynek.

– Produkcja maseczek wpisuje się w naszą strategię społecznej odpowiedzialności biznesu. Naszym celem od samego początku była nie tylko ich sprzedaż, ale też przekazywanie ich pracownikom, lokalnym społecznościom i organizacjom pożytku publicznego. Dlatego podjęliśmy decyzję, aby przekazać ćwierć miliona maseczek w standardzie FFP2 na akcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – mówi Dawid Jakubowicz.

Maski wytwarzane przez Ciech są wykonane z kilku warstw materiału, pakowane w opakowania zbiorcze po 25–50 sztuk i niedługo trafią do sprzedaży, głównie na rodzimy rynek. Na nowy produkt Grupa Ciech patrzy jednak perspektywicznie. Prezes spółki zapowiada, że produkcja będzie kontynuowana również po ustaniu pandemii. Tym bardziej że zapotrzebowanie na maseczki będzie się utrzymywać. Jak wynika z nowego raportu Koalicji Bezpieczni w Pracy, 55 proc. pracowników uważa, że jednym z długofalowych skutków pandemii w firmach będzie zwiększenie dostępności środków dezynfekujących i ochronnych, takich jak maseczki.

– Maseczki stanowią bardzo dobrą ochronę przed zanieczyszczonym powietrzem i skutecznie chronią drogi oddechowe np. podczas pracy w warunkach dużego zapylenia. Dlatego wszystko wskazuje na to, że zostaną z nami na dłużej – mówi Dawid Jakubowicz.

Maski mogą być też wykorzystywane np. jako zabezpieczenie przeciwpyłowe na budowach czy w kopalniach, jako środki ochrony indywidualnej w fabrykach i szpitalach, podczas prac laboratoryjnych czy w farmaceutyce. Sprawdzą się też jako ochrona przed smogiem i zanieczyszczeniami powietrza, dlatego producent liczy, że znajdą swoje miejsce na rynku nawet po ustaniu pandemii koronawirusa.

Jak dotąd Grupa Ciech już kilkukrotnie modyfikowała swoją produkcję, dostosowując ją do nowych realiów. Wiosną, zaraz po wybuchu pandemii, Ciech Sarzyna, czyli największy polski producent środków ochrony roślin, produkował płyn dezynfekujący na potrzeby pracowników firmy, ich rodzin i całej lokalnej społeczności. Z kolei Ciech Vitrosilicon, czyli największy dostawca krzemianów sodu w Europie, drukował na swoich drukarkach 3D przyłbice ochronne dla pracowników służby zdrowia.

– Po wybuchu pandemii celem była głównie ochrona naszych pracowników i lokalnych społeczności, ale też zapewnienie wysokiej jakości produktów naszym klientom, ponieważ Ciech jest ważnym graczem w łańcuchu dostaw. Działamy w sektorze spożywczym, farmaceutycznym i chemicznym, dlatego utrzymanie łańcuchów dostaw dla naszych klientów było priorytetem – mówi  prezes zarządu Ciech SA.

Co istotne, spółka zamierza rozwijać nową gałąź działalności. W tej chwili prowadzi testy związane z uzyskaniem najwyższej klasy filtracji FFP3, które mają zakończyć się wprowadzeniem na rynek nowego produktu.

– Produkowane przez nas maseczki FFP2 nie są naszym ostatnim słowem – mówi prezes spółki Ciech Pianki. – Jesteśmy na etapie testów produkcyjnych maseczek w standardzie FFP3. W przyszłym roku zamierzamy przeprowadzić proces certyfikacji i liczymy, że dość szybko uda nam się wprowadzić na rynek maseczki FFP3, które znajdą zastosowanie m.in. w laboratoriach i w szpitalach.

Zaawansowane algorytmy stosowane przez zespoły naukowców mogą niebawem trafić do smartfonów. Będą pomagać w walce z pandemią

Pandemia koronawirusa przyczyniła się do rozwoju technologii z zakresu robotyki zautomatyzowanej oraz uczenia maszynowego. Inteligentne technologie wspomagają medyków i naukowców w walce z COVID-19 na każdym polu, począwszy od procesów matematycznego modelowania rozprzestrzeniania się choroby, poprzez analizę pacjentów, na dezynfekcji przestrzeni publicznych i opracowywaniu leków skończywszy. – Duża część algorytmów, które dzisiaj są stosowane wyłącznie w celach naukowych, przejdzie do urządzeń, z których korzystamy na co dzień, takich jak smartfony – przewiduje dr hab. inż. Tomasz Trzciński z Politechniki Warszawskiej.

– Naukowcy badają możliwości wykorzystania sztucznej inteligencji i robotyki w wielu różnych dziedzinach, począwszy od modelowania przebiegu samej pandemii, metody modelowania różnego rodzaju leków czy sposobów na walkę z koronawirusem. W tym m.in. modelowania procesu drug discovery, czyli odkrywania nowych połączeń między różnymi substancjami w celu zwalczania wirusa – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. inż. Tomasz Trzciński, adiunkt z Instytutu Informatyki Politechniki Warszawskiej.

Dobrym przykładem zrobotyzowanego systemu oceny ryzyka zakażenia koronawirusem jest maszyna ARIS-K2. Ten robot medyczny na bieżąco monitoruje temperaturę pacjentów przemieszczających się po korytarzach placówek służby zdrowia, oczyszcza pomieszczenia z patogenów za pośrednictwem emitera promieni UV i pełni rolę podręcznej stacji dezynfekującej. Dzięki tak szeroko zakrojonemu arsenałowi środków zapobiegawczych jest w stanie zminimalizować ryzyko transmisji wirusa i błyskawicznie zidentyfikować potencjalnych nosicieli.

– Klasycznym sposobem na zapobieganie rozprzestrzeniania się wirusa jest pomiar temperatury, ale są też sposoby oparte na analizie obrazu i sztucznych sieciach neuronowych, które analizują termowizyjnie. Z perspektywy tego, czym zajmujemy się w Instytucie Informatyki, metody głębokiego uczenia są również stosowane np. do analizy oddechów czy dźwięków – wskazuje ekspert.

Równie przydatny w dobie pandemii okazał się robot CoDaBot autorstwa inżynierów z BoKa Automatisierung. To mobilne laboratorium wyposażono w algorytmy wyspecjalizowane w sortowaniu próbek do testów na koronawirusa. Maszyna swoją wydajnością przewyższa ludzkich laborantów, gdyż w ciągu godziny jest w stanie przeanalizować ok. 500 próbek materiału badawczego. Nie naraża przy tym personelu na bezpośredni kontakt z próbkami, ograniczając tym samym ryzyko transmisji koronawirusa na zespół medyczny.

– Pandemia przyspieszyła rozwój algorytmów i badań związanych z wykorzystaniem uczenia maszynowego w tym trudnym dla nas okresie. Ale tak jak wcześniej te algorytmy zostały w naturalny sposób zaaplikowane do działań militarnych czy do normalnego funkcjonowania szpitali, tak teraz dodatkowe finansowanie, które zostało przekierowane w stronę rozwoju badań i nauki do celów zwalczania wirusa, znacząco ułatwiło rozwój tych algorytmów, dostęp do danych czy też unaoczniło wagę tego problemu, w związku z czym tempo rozwoju znacząco wzrosło – przekonuje dr hab. inż. Tomasz Trzciński.

O ogromnym potencjale sztucznej inteligencji w procesie opracowywania nowych leków najlepiej świadczy ostatni sukces zespołu DeepMind – opracowanie algorytmu AlphaFold, wyspecjalizowanego w przewidywaniu przestrzennej struktury białek na podstawie ich sekwencji aminokwasowej. Zrewidowana odsłona oprogramowania zaprezentowana podczas tegorocznego konkursu Critical Assessment of Structure Prediction może pochwalić się dokładnością procesów predykcyjnych na poziomie 90 proc., a wdrożenie jej do powszechnego użytku pozwoli przyspieszyć prace nad opracowywaniem nowych, innowacyjnych leków.

W walce z COVID-19 przydatne okazały się z kolei algorytmy predykcyjne, które pozwalają przewidywać rozwój pandemii zarówno w skali lokalnej, jak i globalnej.

– Grupa MOCOS [MOdelling COronavirus Spread – przyp. red.] wraz z grupą badawczą prof. Przemysława Biecka z Wydziału MiNI Politechniki Warszawskiej przygotowują aktualizowane praktycznie w trybie codziennym prognozy, w jaki sposób pandemia się rozwija. Wykorzystują w tym celu właśnie modelowanie oparte na danych oraz metodę uczenia maszynowego, czyli szeroko pojmowanej sztucznej inteligencji – wskazuje adiunkt na Politechnice Warszawskiej.

O tym, jak skuteczne są rozwiązania tego typu, najlepiej świadczy przypadek firmy technologicznej BlueDot. To jej algorytm jako pierwszy zaalarmował naukowców o ryzyku wybuchu pandemii, jeszcze zanim WHO ostrzegła przed COVID-19 cały świat. Sztuczna inteligencja wychwyciła z zasobów Big Data, zawierających wpisy z serwisów społecznościowych, dane o rezerwacjach lotniczych czy raporty z lokalnych ośrodków pomocy medycznej o mikrotrendach. Na ich podstawie rozpoznała ognisko zachorowań jako ostrą chorobę płuc, która finalnie przerodziła się w pandemię COVID-19.

Zaawansowane inteligentne algorytmy predykcyjne ma na swoim koncie także wrocławska firma DataWalk. Jej algorytm przystosowano do analizy zasobów Big Data w poszukiwaniu zależności zachodzących pomiędzy pozornie nieskorelowanymi informacjami. Analiza ta wykorzystywana jest do symulowania powiązań pomiędzy badaną grupą, aby ustalić, kto mógł mieć kontakt z zarażoną osobą.

– Duża część algorytmów, które dzisiaj są stosowane wyłącznie w celach naukowych, przejdzie do urządzeń, z których korzystamy na co dzień. Telefony komórkowe nosimy ze sobą praktycznie cały czas, rozszerzenie ich funkcjonalności o dodatkowe sensory, które badają tempo oddechu czy temperaturę ciała, jeszcze bardziej się spopularyzuje. Nie będą to tylko gadżety sportowców, będą to po prostu narzędzia w walce z codziennymi zarazkami czy wirusami – przewiduje dr hab. inż. Tomasz Trzciński.