Do dentysty w I półroczu wybrało się zaledwie 31 proc. Polaków. Teraz gabinety stomatologiczne notują duży napływ pacjentów

Wybuch pandemii spowodował, że wielu stomatologów zdecydowało się zamknąć gabinety w obawie przed zakażeniem. Przyjmowane były tylko naglące przypadki. W efekcie Polacy dużo rzadziej leczyli zęby. Z najnowszego badania CBOS wynika, że do dentysty w I półroczu wybrało się zaledwie 31 proc. ankietowanych. Sytuacja powoli wraca do normy. – Po początkowym spowolnieniu od lipca obserwujemy bardzo duży napływ pacjentów, bo leczenia stomatologicznego często nie można odkładać – mówi Wioletta Januszczyk z Medicover Stomatologia. Mimo pandemii Medicover Stomatologia nie rezygnuje z planu konsolidacji polskiego rynku dentystycznego. Tylko w tym roku sieć otworzyła pięć nowych centrów stomatologicznych, w tym nowoczesną, połączoną z kawiarnią placówkę w Warszawie.

– Na początku marca, kiedy pandemia dała się nam we znaki, większość gabinetów stomatologicznych zamknęła się z obawy przed zakażeniem. My pozostaliśmy otwarci. Mimo spowolnienia w okresie marzec–kwiecień obserwujemy bardzo duży napływ pacjentów od lipca aż do teraz. Jest on spowodowany tym, że wizyty stomatologicznej często po prostu nie można przełożyć. To jest coś, co musi być zrobione bez względu na to, czy na świecie panuje pandemia, czy też nie – mówi agencji Newseria Biznes Wioletta Januszczyk, dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w kwietniu przez naukowców ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego przy współpracy z Polskim Towarzystwem Stomatologicznym, 71 proc. lekarzy dentystów zdecydowało się na zawieszenie praktyki klinicznej w kulminacyjnej fazie COVID-19 i rządowego lockdownu. Resort zdrowia zalecał początkowo wstrzymanie się z wizytami poza pilnymi przypadkami. W tej chwili gabinety pozostają otwarte w pełnym reżimie sanitarnym, a planowe wizyty poprzedza wywiad epidemiologiczny.

– Stomatologia jest tą dziedziną, która ma bezpośredni kontakt z wirusem, ale bez względu na to, co dzieje się teraz czy w normalnym sezonie grypowym, jest dobrze przygotowana do bezpiecznej opieki nad pacjentem. Dodatkowe obostrzenia, które zostały wprowadzone, de facto były stosowane w stomatologii już od dawna. Oczywiście zmieniły one pewne zachowania nie tylko naszych lekarzy, ale też części administracyjnej czy samych pacjentów – mówi dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

Według czerwcowych danych GUS-u w 2019 roku w ramach NFZ-u udzielono łącznie ponad 34 mln porad stomatologicznych. Mimo tego aż kilka milionów Polaków ani razu w ciągu roku nie było u dentysty, choć 98 proc. z nich ma problemy z zębami. Statystykę pogorszyła jeszcze pandemia koronawirusa. Z sierpniowego badania CBOS wynika bowiem, że w pierwszym półroczu 2020 roku rzadziej niż w roku 2018 badani korzystali z leczenia stomatologicznego (spadek z 53 proc. do 31 proc.).

Polacy, jeśli już chodzą do dentysty, wybierają placówki prywatne, płacąc za usługi stomatologiczne we własnym zakresie lub w ramach dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego. Według badań CBOS poza systemem NFZ z usług dentysty lub protetyka skorzystało 78 proc. osób, którzy w ostatnim półroczu potrzebowali porady stomatologicznej.

– Pacjenci w Polsce nadal czują niepokój przed wizytą u stomatologa, traktują ją jako coś koniecznego i kosztownego. Naszym celem jest stawianie pacjenta w centrum uwagi. Otwierane placówki mają odpowiadać na jego potrzeby – mówi Wioletta Januszczyk.

Dla Medicover Stomatologia nie był to rok spowolnienia w procesie konsolidacji rynku stomatologicznego. Obecnie pod jedną marką skupia 44 kliniki stomatologiczne i 200 gabinetów dentystycznych w całym kraju. W tym roku powiększyła się o pięć nowych centrów stomatologicznych i 35 gabinetów dentystycznych. Najnowsza placówka, czyli nowo otwarte Centrum Stomatologii przy placu Konstytucji, to 13. klinika Medicover Stomatologia w Warszawie.

– W nowym centrum przy placu Konstytucji chcemy złamać stereotypowe myślenie o stomatologu. Zapraszamy pacjentów do pięknych wnętrz, zaaranżowanych wspólnie z projektantami, którzy otwierają kawiarnię Green Caffè Nero. To koncept kawiarniany, gdzie pacjent ma się poczuć komfortowo, może usiąść, napić się kawy, a nawet popracować i nie myśleć o tym, co się za chwilę wydarzy u stomatologa. Dodatkowo wprowadziliśmy tu autorski program diagnostyczny Complete Smile Check – wskazuje dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

– Pacjent podczas pierwszej wizyty ma wykonywaną kompleksową diagnostykę radiologiczną, dokumentację fotograficzną w postaci zdjęć zewnątrz- i wewnątrzustnych oraz skan zębów i badanie stomatologa, który będzie jego lekarzem prowadzącym. Co ważne, pacjent ma też przydzielonego opiekuna, który będzie koordynować jego plan leczenia, pomagać umawiać wizyty do poszczególnych specjalistów, opiekować się sprawami finansowymi czy wspierać go mentalnie – tłumaczy Marta Siewert-Gutowska, stomatolog i chirurg szczękowo-twarzowy z placówki Medicover Stomatologia przy placu Konstytucji.

Po pełnej diagnostyce stomatolog przygotowuje indywidualny plan leczenia, w którym jest jasno określone, ile będzie ono trwało, jakie procedury będą wykonane i jaka inwestycja jest konieczna. Co więcej, na tej podstawie można też cyfrowo „zaprojektować uśmiech”, dzięki czemu pacjent będzie mógł zobaczyć końcowy efekt leczenia. W ofercie centrum pacjenci znajdą także m.in. usługi z zakresu implantologii i protetyki, ortodoncji, stomatologii dziecięcej, periodontologii, czyli chorób dziąseł, oraz stomatologii zachowawczej.

– Przy każdym nowym otwarciu zastanawiamy się, czego oczekuje nasz pacjent. Chcemy wychodzić ponad te oczekiwania. Wizyta u stomatologa nie powinna być tylko czymś kosztownym i nieprzyjemnym. Takie było nasze założenie, gdy otwieraliśmy naszą klinikę przy placu Konstytucji, zaprojektowaną w koncepcie kawiarnianym, z recepcją i schowaną częścią administracyjną, gdzie pacjenta w drzwiach wita jego dedykowany opiekun – mówi Wioletta Januszczyk.

Połączenie OZE i energii atomowej może być przyszłością polskiej energetyki. Konieczny jest jednak szybki rozwój technologii magazynowania zielonej energii

Odnawialne źródła energii, w tym zwłaszcza fotowoltaika, przeżywają w Polsce boom. To efekt m.in. różnego rodzaju państwowych dotacji, lecz także ogólnoświatowego trendu zapotrzebowania na zieloną energię. Technologie stojące za OZE nie są jednak w pełni rozwinięte, przez co na chwilę obecną nie można całego systemu energetycznego oprzeć na tych innowacyjnych rozwiązaniach. Potrzebne są nakłady inwestycyjne nie tylko w fotowoltaikę czy turbiny wiatrowe, lecz także w magazyny energii. Równocześnie, choć odbiegając od polityki energetycznej UE, która promuje OZE jako główne źródło, Polska rozwija plany energetyki jądrowej. To właśnie synergia źródeł odnawialnych i atomu może być przyszłością polskiej energetyki.

– Potencjalnie jest możliwość, aby całą polską energetykę oprzeć na odnawialnych źródłach energii, natomiast to obecnie stanowi dość duże ryzyko, dlatego że OZE są niestabilne w czasie – funkcjonują wtedy, gdy mamy wiatr czy słońce, a natężenie tych czynników środowiskowych wpływa, jak dużo energii jest produkowanej – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Robert Zajdler, ekspert ds. energetycznych w Instytucie Sobieskiego. – Często to nie jest powiązane z momentem, gdy tę energię faktycznie chcemy skonsumować, czyli w godzinach szczytu porannego czy popołudniowego. Dlatego też potrzebne jest zapewnienie pewnej stabilizacji systemu. Obecnie istniejące technologie na to nie pozwalają.

Według analityków Ember, którzy przyjrzeli się krajowym planom dla energii i klimatu, w 2030 roku Polska będzie odpowiadać za emisję 22 proc. gazów cieplarnianych w Unii, co będzie stanowiło drugi najgorszy wynik, zaraz za Niemcami. Na razie oparcie krajowego systemu energetycznego wyłącznie na OZE jest w Polsce niemożliwe, ponieważ nie pozwala na to dostępna technologia. Potrzebne są inwestycje nie tylko w źródła energii odnawialnej, lecz także w magazyny energii.

– Technologie odnawialne są na dość wczesnym etapie rozwoju. Samo wytwarzanie prądu z paneli czy wiatraków jest już dość mocno zaawansowane i w dużej mierze jest rentowne bez żadnych mechanizmów wsparcia. Natomiast to nie wystarcza, dlatego że ten prąd jest produkowany w źródłach nie do końca stabilnych, więc jest potrzeba właściwych magazynów, żeby tę stabilność zapewnić – zwraca uwagę dr hab. Robert Zajdler.

Pierwsze magazyny energii o mocy około 60 MW, zlokalizowane przy elektrowniach fotowoltaicznych, pracują już m.in. w USA, Wielkiej Brytanii czy Australii. Z raportu National Renewable Energy Laboratory wynika, że w przypadku systemu składającego się z farmy fotowoltaicznej i magazynu energii koszt tego drugiego stanowić może nawet 68 proc. całej inwestycji.

– Patrząc na strategie Unii Europejskiej, jak założenia Zielonego Ładu, strategia offshore czy wodorowa, wyraźnie widać, że UE dość mocno postawiła na energetykę odnawialną jako ten model, który zasili Europę prądem. Natomiast jasne jest z tych strategii, że jak na razie nie ma tam miejsca na energetykę atomową – zaznacza ekspert. – Różne strony wskazują na to, że to jest nie do końca właściwe podejście, natomiast pokazuje pewien kierunek rozwoju.

Według ekspertów, aby zapewnić stabilność systemu nawet opartego na OZE, potrzebne jest wsparcie ze strony energetyki opartej na tradycyjnych źródłach, takich jak węgiel kamienny, brunatny czy gaz. Ich spalanie jest jednak niekorzystne dla środowiska. Rozwiązaniem pozwalającym zapewnić stabilność i minimalizację oddziaływania na środowisko mogłoby być wsparcie ze strony energetyki jądrowej.

– To, czy docelowo wystarczy nam energetyka odnawialna, zależy od tego, jak rozwiną się te technologie. Jak na razie wszelkie badania mówią, że jest to możliwe, ale potrzebny jest dość znaczący postęp technologiczny i duże nakłady finansowe. Czy jesteśmy w stanie osiągnąć taką ilość produkcji z tych źródeł i taką ich stabilizację, jaka będzie potrzebna w okresie najbliższych 20, 30, 40 lat, tego nikt nie wie. Dlatego też szuka się pewnej alternatywy – mówi dr hab. Robert Zajdler.

Z „Raportu o stanie światowego przemysłu jądrowego 2019”, opublikowanego przez Instytut na rzecz Ekorozwoju i Heinrich Böll Stiftung, wynika, że w 31 krajach na świecie działa 417 reaktorów jądrowych. Ich łączna nominalna moc netto wynosi 370 GW. Tymczasem w Polsce energetyka jądrowa wciąż nie funkcjonuje. Rządowe plany z 2009 roku zakładały, że w 2020 roku zostanie uruchomiony pierwszy reaktor. Obecna polityka energetyczna Polski do 2040 roku zakłada uruchomienie pierwszego bloku jądrowego w 2033 roku, a kolejnych pięciu do 2043 roku.

– Energetyki jądrowej nie powinno się traktować jako paliwa przejściowego, dlatego że te technologie też się rozwijają. W tej chwili mamy do czynienia przede wszystkim z dużymi elektrowniami, natomiast na etapie badawczym są małe reaktory, które mogą równie dobrze stabilizować sieć w różnych obszarach, funkcjonować w mniejszej skali i być przez to tańsze, łatwiejsze do zastosowania. Być może docelowo, jeżeli kwestie związane z odpadami, zarządzaniem nimi zostaną rozwiązane, to będzie to też istotna technologia. Jak na razie, patrząc z punktu widzenia Unii Europejskiej, stawiamy na odnawialne źródła energii – wskazuje ekspert ds. energetycznych w Instytucie Sobieskiego.

Policyjne organy ścigania z rewolucyjnym systemem identyfikacji odcisków palców. Pozwoli na 100-proc. identyfikację przestępców czy osób poszukiwanych

Zautomatyzowane systemy identyfikacji daktyloskopijnej wykorzystywane do identyfikacji kryminalnej stały się głównym narzędziem pracy policji i innych organów ścigania na całym świecie. Zwiększają potencjał identyfikacji i dają niemal 100 proc. pewności. – Przyszłością biometrii w daktyloskopii będzie łączenie różnych systemów unijnych, tzw. systemów wielkoskalowych,  i stworzenie jednego multisystemu, który pozwoli na podstawie jednego zapytania przeszukać wszystkie bazy – ocenia mł. insp. Edyta Kot, kierująca Zakładem Daktyloskopii w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Policji.

– Biometria wykorzystywana jest praktycznie w każdych badaniach daktyloskopijnych. Dotyczy to głównie badań w ramach ekspertyz, które między innymi kategorycznie wskazują na sprawcę danego czynu przestępczego. Dodatkowo w daktyloskopii biometria jest szeroko wykorzystywana w systemach przetwarzających dane daktyloskopijne, głównie odciski palców. Policja dysponuje automatycznym systemem identyfikacji daktyloskopijnej, w którym gromadzone są zarówno niezidentyfikowane ślady zabezpieczane na miejscu zdarzenia, jak odbitki linii papilarnych osób, które podlegają rejestracji – tłumaczy agencji Newseria Innowacje mł. insp. Edyta Kot, biegły badań daktyloskopijnych z zakresu identyfikacji daktyloskopijnej, wizualizacji śladów i badania śladów małżowiny usznej, kierownik Zakładu Daktyloskopii, Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji.

Zautomatyzowane systemy identyfikacji daktyloskopijnej (AFIS) wykorzystywane do identyfikacji kryminalnej stały się centralnym narzędziem pracy policji i innych organów ścigania na całym świecie. To narzędzie służy do analizowania ogromnych ilości danych zgromadzonych w bazach i zapewnia potencjalne dopasowania odcisków linii papilarnych w ciągu kilku minut.

Dzięki nowej generacji oprogramowania można przetwarzać wiele skomplikowanych danych biometrycznych z dużą dokładnością. Identyfikacja biometryczna opiera się na zasadzie, że każda osoba posiada unikatowe, specyficzne, rozpoznawalne i weryfikowalne dane biometryczne. W przypadku odcisków palców, według sir Francisa Galtona (kuzyna Karola Darwina), prawdopodobieństwo znalezienia dwóch identycznych wynosi jeden na 64 mld, nawet u bliźniaków.

– Biometrię w daktyloskopii można stosować praktycznie do każdego rodzaju przestępstwa i wykorzystywać ją w celach zarówno wykrywczych, jak i identyfikacyjnych. Cele wykrywcze dają możliwość wskazania sprawcy popełnienia przestępstwa na podstawie śladu ujawnionego na miejscu zdarzenia, natomiast cele identyfikacyjne pozwalają ustalić tożsamości osoby bądź zwłok – wskazuje kierownik Zakładu Daktyloskopii, Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji.

System AFIS wykorzystuje algorytmy wyodrębniania cech przeznaczonych do identyfikacji, tzw. minucji (dla systemu są to złączenia i rozwidlenia linii papilarnych), które odróżniają jeden obraz od drugiego. Istnieją również algorytmy, które potrafią lokalizować punkty inne niż minucje, takie jak np. pory, tatuaże. Połączenie wszystkich algorytmów może okazać się jeszcze skuteczniejsze w wyszukiwaniu dopasowania. 

– Biegły wprowadza obraz linii papilarnych do systemu, następnie system przeszukuje ten obraz z obrazami, które są już w nim zgromadzone. W kolejnym etapie rolą biegłego jest weryfikacja wyniku przeszukań, czyli porównanie na ekranie obrazów śladu oraz odbitki porównawczej wytypowanej przez system i na końcu podjęcie decyzji, czy przeszukiwany ślad jest zgodny z odbitką, która już wcześniej była zarejestrowana w systemie AFIS – tłumaczy ekspertka. – Skuteczność tych badań jest praktycznie stuprocentowa.

System identyfikacji daktyloskopijnej jest wykorzystywany zarówno w przeszukaniach krajowych, jak i międzynarodowych. Polska Policja od 2015 roku prowadzi międzynarodową wymianę danych z państwami członkowskimi Unii Europejskiej w ramach decyzji Prum. W innych krajach oprócz odcisków palców gromadzone są też inne dane biometryczne. Obecnie problemem jest mnożenie systemów, które funkcjonują oddzielnie. Tylko ich scentralizowanie może pozwolić na szybką identyfikację osób czy zwłok lub wykrycie sprawcy przestępstwa.

– Przyszłość biometrii w daktyloskopii może wiązać się z łączeniem systemów i stworzeniem takiego multisystemu, który pozwoli na wysłanie jednego zapytania, przeszukanie wielu baz i w odpowiedzi zwrócenie jednego wyniku zapytania. Obecnie każdy system funkcjonuje odrębnie i aby uzyskać odpowiedź z poszczególnych systemów, trzeba wysłać tyle zapytań, ile ich jest, i oczekiwać na odpowiedzi. W przyszłości wszystkie systemy będą działały w ramach interoperacyjności – prognozuje mł. insp. Edyta Kot.

Zwolnienie pracownika za odmowę zakrywania ust i nosa w firmie

Pracodawco, zwalniasz pracowników z obowiązku zakrywania ust i nosa w firmie? Trzeba liczyć się z odpowiedzialnością!

W ostatnim czasie obowiązek zakrywania ust i nosa w zakładach pracy przeszedł szybką transformację. Aktualnie obowiązujące rozporządzenie w tej sprawie utrzymuje nakaz, ale pozwala pracodawcy zwolnić pracowników z zasłaniania ust i nosa nawet, jeśli w pomieszczeniu przebywa więcej niż 1 osoba. Powstaje jednak pytanie, czy taka decyzja nie wpłynie na ewentualną odpowiedzialność pracodawcy, jeżeli dojdzie do zakażenia pracownika w zakładzie pracy.

Na początku grudnia ustawodawca zmienił zasady zakrywania ust i nosa w zakładach pracy. Początkowo, zgodnie z § 25 ust. 1 pkt 2 lit. c) rozporządzenia z dnia 26 listopada 2020 r. nakaz zakrywania ust i nosa w zakładach pracy, jeżeli w pomieszczeniu przebywała więcej niż 1 osoba, miał niemal bezwzględny charakter. Zmieniło to rozporządzenie z 1 grudnia 2020 r. , które nadal utrzymuje ten nakaz, ale pozwala pracodawcy postanowić inaczej, to znaczy zwolnić pracowników z tego obowiązku, nawet jeśli w pomieszczeniu przebywa więcej niż 1 osoba.

O ile w pewnych wypadkach pozostawienie swobody decyzyjnej pracodawcy w tej sprawie zasługuje na aprobatę, o tyle wydaje się, że w aktualnym brzmieniu § 25 ust. 1 pkt 2 lit. c) rozporządzenia ta swoboda jest zbyt szeroka. Pamiętać trzeba, że w zasadzie od początku wprowadzenia nakazu zakrywania ust i nosa w zakładach pracy, dotyczył on osób wykonujących bezpośrednią obsługę interesantów lub klientów w czasie jej wykonywania. Ostatnie takie rozwiązanie przewidywało rozporządzenie z 9 października 2020 r. .
W aktualnym stanie prawnym kwestię wprowadzenia nakazu zakrywania ust i nosa w przypadku pracowników prowadzących bezpośrednią obsługę interesantów lub klientów pozostawiono pracodawcy. Pozornie, wydawać by się mogło, że to rozwiązanie dobre. Z drugiej jednak strony, stwarza ono sposobność do rozluźnienia reguł bezpieczeństwa w zakładzie pracy, a za to bezpieczeństwo odpowiada pracodawca.

Odpowiedzialność pracodawcy za bezpieczeństwo w miejscu pracy

Zgodnie z art. 207 Kodeksu pracy pracodawca ponosi odpowiedzialność za stan bezpieczeństwa i higieny pracy w zakładzie pracy. W praktyce oznacza to, że pracodawca ma stworzyć w zakładzie pracy takie warunki pracy, które są wolne od zagrożeń dla życia i zdrowia pracowników. W wielu wypadkach przepisy precyzują, w jaki sposób pracodawca ma zapewnić bezpieczne warunki pracy. W przypadku epidemii koronawirusa nie ma wielu takich norm. Jedną z nich była ta, która nakazywała zakrywać usta i nos w bezpośrednim kontakcie z osobami spoza zakładu pracy. W wyniku jednak zmiany przepisów doszło do sytuacji, w której takiej normy nie ma. Pracodawca może teraz zwolnić pracowników z tego obowiązku. Powstaje jednak pytanie, czy taka decyzja nie wpłynie na ewentualną odpowiedzialność pracodawcy, jeżeli dojdzie do zakażenia pracownika w zakładzie pracy.

Ktoś może powiedzieć, że udowodnienie, iż do zakażenia doszło w pracy może być niemożliwe. To prawda. Jeśli jednak pracownik pracuje w warunkach wymagających bezpośredniego kontaktu z wieloma osobami, ryzyko zakażenia rośnie i pracownik może uprawdopodobnić, że do zakażenia doszło w skutek niezachowania przez pracodawcę bezpiecznych warunków.

W tej sytuacji, pracodawcy powinni być zainteresowani utrzymaniem nakazu zakrywania ust i nosa w przypadku tych pracowników, którzy prowadzą bezpośrednią obsługę interesantów. Taka decyzja będzie zgoda z obowiązującym aktualnie § 25 ust. 1 pkt 2 lit. c) rozporządzenia, gdyż w takim wypadku w pomieszczeniu będzie więcej niż 1 osoba.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci, ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener i szkoleniowiec.

Interwencja NBP i obawy dotyczące pandemii osłabiły złotego

Spokojny handel na polskim złotym obserwowany przez większą część ubiegłego tygodnia zburzył w piątek Narodowy Bank Polski. Dziś złoty doświadcza podwyższonej zmienności, która może zostać z nami również w kolejnych dniach.

Obecnie wkraczamy w tradycyjnie spokojny dla uczestników rynku okres świąteczny. W tym roku w jego trakcie może nam jednak towarzyszyć niezwykła zmienność. Pandemiczne restrykcje po obu stronach Atlantyku stają się coraz ostrzejsze. Negocjacje brexitowe są kontynuowane po tym, jak minął kolejny deadline na osiągnięcie porozumienia. Coraz krótszy czas na zawarcie umowy wywołuje pewną nerwowość na początku tygodnia, podobnie jak informacje dotyczące nowego, bardziej zaraźliwego szczepu koronawirusa, wykrytego m.in. w Anglii.

Z drugiej strony, w ostatnim czasie pojawiły się też pozytywne informacje z punktu widzenia rynkowego ryzyka. W weekend osiągnięto porozumienie ws. pakietu fiskalnego w USA. Z kolei dziś po południu pojawiła się informacja o tym, że Europejska Agencja Leków pozytywnie zaopiniowała nową szczepionkę na koronawirusa opracowaną przez Pfizer/BioNTech. Jej wprowadzenie na europejski rynek ostatecznie potwierdzić ma decyzja Komisji Europejskiej, która ma nadejść jeszcze dziś.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem, do którego doszło pod sam jego koniec. Miało ono bezpośredni związek z działaniami Narodowego Banku Polskiego, który po raz pierwszy od wielu lat zdecydował się na interwencję na rynku walutowym. W ostatnich miesiącach decydenci banku centralnego wielokrotnie odnosili się do kursu walutowego, którego „brak wyraźnego i trwalszego dostosowania” uznawali za czynnik mogący ograniczać tempo ożywienia gospodarki.

W kontekście tej interwencji obecnie mamy więcej pytań niż odpowiedzi. Jest to nietypowy krok, zwłaszcza biorąc pod uwagę dobrą sytuację krajowego eksportu. W kontekście działań NBP kluczowe będą kolejne dni i tygodnie – z uwagą będziemy obserwować, czy piątkowy ruch był jednorazowy, czy pójdą za nim podobne kroki w przyszłości. Na początku obecnego tygodnia nadal obserwujemy słabość złotego, kurs EUR/PLN przed południem osiągnął najniższy poziom od ok. półtora miesiąca. Nie wiążemy tego jednak z działaniami NBP, osłabienia na podobną skalę doświadczają bowiem pozostałe kluczowe waluty regionu. Znaleźliśmy się w ciekawym punkcie, sądzimy jednak, że dla oczekiwanego przez nas umocnienia złotego większe ryzyko niż działania banku centralnego stanowi pandemia.

EUR

Euro wspierały lepsze grudniowe odczyty PMI dla strefy euro. Wygląda na to, że firmy lepiej dostosowują się do kolejnej rundy lockdownów i restrykcji, niż miało to miejsce za pierwszym razem. Indeks zbiorczy znalazł się w okolicy poziomu 50, sugerując względną stabilizację sytuacji gospodarczej w grudniu. Dane o inflacji w listopadzie nie przyniosły zaskoczenia, pokazując tę samą dynamikę, co wstępne odczyty. Inflacja bazowa pozostała na rekordowo niskim poziomie, nie osiągnęła jednak nowych minimów.

Pozostajemy optymistycznie nastawieni do perspektyw euro w relacji do głównych walut w dłuższym horyzoncie czasowym, jednak sądzimy, że waluta stała się podatna na częściowe osłabienie w perspektywie najbliższych tygodni.

USD

Komunikat prezesa Powella dotyczący postawy Rezerwy Federalnej i jej oceny różnorakich ryzyk dla perspektyw gospodarczych został odczytany przez rynki jako bardzo gołębi. Inwestorzy w znacznej mierze zignorowali bardziej jastrzębie sygnały zawarte w słynnym „dot plocie” który dotyczy faktycznych przewidywań stóp procentowych. Pakiet fiskalny o wartości ok. 900 miliardów dolarów, w kontekście którego po miesiącach negocjacji osiągnięto w weekend porozumienie, był w znacznej mierze zbieżny z oczekiwaniami rynku.

Tymczasem odczyty gospodarcze o wysokiej częstotliwości, takie jak cotygodniowe dane o liczbie nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA, nadal wskazują, że poprawa sytuacji gospodarczej straciła impet. Jednocześnie pandemiczne statystyki opisujące trzecią falę w USA nie pokazują znaczącej poprawy. O ile skala ostatniego osłabienia dolara mogła być zbyt duża i gwałtowna jak na taki horyzont czasowy, pozostajemy jednak negatywnie nastawieni do perspektyw amerykańskiej waluty w średnim okresie.

 

GBP

Umiarkowana tygodniowa zmiana kursu funta w relacji do głównych walut przykrywa poważną zmienność widoczną w ciągu tygodnia. Wywołały ją zmieniające się nagłówki i oczekiwania dotyczące porozumienia w sprawie Brexitu. Nowy, bardziej zaraźliwy szczep COVID-19, niedawno wykryty w Wielkiej Brytanii i brak porozumienia z UE doprowadziły do wyprzedaży brytyjskiej waluty z lokalnych maksimów, na jakich znalazła się w połowie tygodnia. O ile nadal większość obserwatorów oczekuje zawarcia skromnego porozumienia, o tyle nowe restrykcje, w tym te dotyczące podróżowania między Wielką Brytanią a innymi europejskimi krajami, bezpośrednio uderzają w funta.

Spodziewamy się, że w tym tygodniu uda się zawrzeć skromne porozumienie między Unią Europejską a Wielką Brytanią. Uważamy jednak, że jest to w znacznej mierze zawarte w cenach. W związku z tym sądzimy, że większy wpływ na funta pod koniec roku będą miały medialne nagłówki dotyczące pandemii.

CHF

Frank szwajcarski w ubiegłym tygodniu osłabił się w relacji do euro i większości walut G10. Liczba nowych przypadków zakażeń i zgonów z tytułu COVID-19 pozostaje wysoka. Aby ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa, Szwajcaria ogłosiła zamknięcie restauracji, barów, obiektów sportowych i innych obiektów. Obowiązywać będzie ono od najbliższego wtorku.

W ubiegłym tygodniu uwaga rynku skupiła się przede wszystkim na posiedzeniu Narodowego Banku Szwajcarii (SNB), który zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Tak jak we wrześniu, SNB w komunikacie po posiedzeniu po raz kolejny nazwał franka „wysoko wycenianym”. Mimo, że Departament Skarbu USA niedawno określił Szwajcarię mianem manipulatora walutowego, szwajcarski bank centralny potwierdził, że „pozostaje skłonny do silniejszej interwencji na rynku walutowym”.

Warunkowa prognoza inflacji na lata 2020 i 2021 została zrewidowana nieznacznie w dół. SNB wspomniał też, że spodziewa się spadku PKB o zaledwie ok. 3% w 2020 roku wobec oczekiwanego we wrześniu spadku rzędu ok. 5%. W roku 2021 wzrost ma powrócić i wynieść 2,5–3%. Uważamy, że SNB nie będzie dokonywać znaczących modyfikacji polityki pieniężnej w najbliższej przyszłości. Jesteśmy przekonani, że podwyżki stóp procentowych są bardzo, bardzo odległe.

Kalendarz ekonomiczny dla Szwajcarii w tym tygodniu jest praktycznie pusty. W środę opublikowany zostanie kwartalny biuletyn SNB, który dopełni ostatnie posiedzenie decyzyjne. Niemniej jego publikacja nie powinna mieć wpływu na kurs. Dla franka w tym tygodniu kluczowe znaczenie będą miały prawdopodobnie wydarzenia zewnętrzne i związane z nimi ewentualne zmiany sentymentu do ryzyka.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Sprzedaż detaliczna spadła o 5,3% r/r i m/m. Nadchodzący lockdown pogłębi spadki w styczniu 2021

Sprzedaż detaliczna w listopadzie br. spadła o 5,3% r/r i m/m – podał GUS. Jest to drugi miesiąc spadków z rzędu – jednoznaczny sygnał skutków pogarszającej się sytuacji epidemicznej oraz nałożonych obostrzeń.

Wszystkie analizowane kategorie odnotowały spadki roczne i miesięczne. Największymi przegranymi w listopadzie są produkty, które nie zaspokajają podstawowych potrzeb, lub w przypadku których model biznesowy silnie promuje zakupy fizyczne. Złożenie tych czynników uzasadnia niebagatelne spadki sprzedaży odzieży i obuwia (-21,9% r/r, -13,1% m/m). W tym kontekście warto przypomnieć, że nowa tarcza branżowa w pierwszej odsłonie wspierała wyłącznie sprzedawców tych pierwszych. Niezależnie od tego, nadchodzący lockdown z pewnością dobije tę branżę: nie poprzedzone ogłoszeniem zamknięcie sklepów w okresie poświątecznym właściwie przekreśla szansę na sprzedaż kolekcji zimowej, co może być szczególnie problematyczne, jeśli firmy zaopatrzyły się w towar.

W praktyce spadki dotknęły również żywność (-2,9% r/r, -5,8% m/m). Tu już wkrótce powinniśmy spodziewać się rozjazdu między opisem sprzedaży w cenach stałych i bieżących – przede wszystkim za sprawą opłaty cukrowej, obejmującej produkty słodzone i energetyzowane. Spadki w kategorii kosmetyki i farmaceutyki (-4,8% r/r, -5,5% m/m) to najpewniej skutek zjawisk: trwalszych zmian w preferencjach (popyt na kosmetyki kolorowe pozostaje bliski zeru), zapasów dóbr pierwszej potrzeby oraz bardzo ograniczonej możliwości dokonywania zakupów impulsowych (reżim sanitarny).

Po wakacyjnym odbiciu i nie najgorszym październiku wygasa potrzeba mobilności, odzwierciedlona w zakupach pojazdów i części (-9,6% r/r, -0,7% m/m) oraz paliw (-14,7% r/r, -10% m/m w cenach stałych). Prawdopodobnie powoli wygasa również efekt dostosowywania związany z adaptacją przestrzeni do pełnienia nowych funkcji – chociaż tu niespodziewany dla sklepów meblarskich lockdown z pewnością zrobił swoje.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

W 2020 r. rynek powierzchni biurowych pomyślnie przeszedł test na zaufanie

Wprowadzenie hybrydowego modelu pracy, upowszechnienie nowoczesnych rozwiązań technologicznych w zakresie cyfryzacji i digitalizacji procesów biznesowych, a także wzrost świadomości w zakresie idei well-being to główne trendy, które kształtowały rynek powierzchni biurowych w Polsce w 2020 roku. Pośrednim skutkiem pandemii Covid-19 okazały się wzrost w całkowitym popycie renegocjacji umów najmu, a także rosnący współczynnik powierzchni dostępnej w ramach podnajmu. Firma AXI IMMO przedstawia wstępną analizę najpopularniejszych trendów na polskim rynku biurowym w ostatnich 12 miesiącach.

Począwszy od kwietnia br. wszystkie firmy musiały niemal równocześnie wziąć udział w globalnym teście pracy zdalnej. I choć na zachodzie model ten jest już dobrze znany i wprowadzany od kilku lat to dla wielu polskich przedsiębiorstw oznaczał wejście w nową erę. Działy kadr na nowo musiały przeanalizować strategię rozwoju firm, w której pierwszy raz w historii stosunek pracy polegał głównie na zaufaniu, a weryfikacja zadań przez menedżerów wyższego szczebla odbywała się wyłącznie podczas spotkań on-line. Nowy model był ważnym testem, który część organizacji zdała, dla części okazało się, że bez biura motywacja i jakość pracy spada.

W kontekście rozwoju rynku powierzchni biurowych dopiero kolejne lata zweryfikują czy wspominając o pandemii Covid-19 będziemy mogli mówić o niej jako o pewnego rodzaju kamieniu milowym, który na trwale zmienił sposób postrzegania biura jako miejsca do pracy. Na dziś wyciąganie daleko idących wniosków wydaje się złudne, ponieważ liczba/fala zmian następuje w bardzo krótkim interwale czasowym. To co dziś określamy jako trend może okazać próbą dostosowania się do ewoluującego rynku, który za 6 miesięcy zostanie zweryfikowany i zapomniany. Niemniej pamiętajmy, że do czasu pandemii, polski rynek powierzchni biurowych w ostatnich 5 latach rozwijał się bardzo dynamicznie, dlatego potraktujmy obecną sytuację jako kolejny etap dojrzałości – mówi Martin Lipiński, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, AXI IMMO.

Nowa sytuacja rynkowa spowodowała, że część najemców rozpoczęła wstępne analizy dotyczące wielkości dotychczas zajmowanej powierzchni biurowej. Efekt ten bardzo dobrze odzwierciedlają wyniki popytu w 2020 r. W świetle danych na koniec III kw. br. zarówno w Warszawie (47,6%), jak i głównych rynkach regionalnych (52%) to renegocjacje były jedną z najczęściej wybieranych opcji wśród najemców. Firmy zazwyczaj przyjmowały dwie strategie, pierwszą, w której zachowywały obecny metraż negocjując z wynajmującymi dodatkowe zwolnienia z płatności czynszu i drugą, w której wystawiały część posiadanej powierzchni w ramach podnajmu. Według szacunków AXI IMMO zarówno w stolicy, jak i na rynkach regionalnych podnajem stanowi ok. 2% całkowitych zasobów danego rynku.

Pomimo zawirowań na rynku powierzchni biurowych obecna sytuacja predysponuje zwłaszcza mniejsze firmy, które dotychczas wynajmowały porównywalnej wielkości biura w prywatnych lokalach lub domach do skorzystania z opcji podnajmu. To bezpieczne rozwiązanie, które pozwoli przetestować jak nasze przedsiębiorstwo mogłaby funkcjonować w towarzystwie innych prestiżowych najemców i czy ten model odpowiada pracownikom – dodaje Martin Lipiński.

Z kolei w przypadku ewentualnej relokacji, najemcy bardziej przychylnie rozważali skorzystanie na czas pandemii z elastycznych ofert najmu na powierzchniach coworkingowych lub biurach serwisowanych mając na uwadze łatwiejsze opcje wyjścia. Niemniej czas pandemii nie wykluczył możliwości podpisywania dużych umów najmu, rekordową transakcją 2020 r. jest przednajem 46 600 mkw. przez PZU w budynku Generation Park Y, z kolei na rynkach regionalnych firma Nokia Siemens Network renegocjowała blisko 30 000 mkw. w ramach dwóch biurowców West Gate i West Link we Wrocławiu.

Trendem, o którym na razie wyłącznie się wspomina w kontekście większych najemców są tzw. biura satelickie. Koncepcja ta pozwala na pracę różnych zespołu czy departamentów w różnych częściach miasta w oparciu o wynajęcie mniejszych powierzchni biurowych na elastycznych zasadach w lokalizacjach z lepszym dojazdem. Spodziewamy się, że pierwsze rozwiązania i case studies w tym modelu przyjdą z jeszcze bardziej dojrzałych rynków jak Londyn czy Paryż – dodaje Martin Lipiński.

Sytuacja wywołana przez pandemię Covid-19 wpłynęła nie tylko na sposób myślenia o biurze, ale także wywołała dyskusję na temat bezpieczeństwa i higieny pracy. Wynajmujący chcąc zapewnić najwyższe standardy sanitarne wprowadzali najnowsze rozwiązania technologiczne w tym bezdotykowych wind, automatycznych systemów parkingowych, skanerów temperatury czy automatycznie otwieranych drzwi. Niemal standardem w wielu organizacjach stały się aplikacje umożliwiające zarezerwowanie biurka w systemie hot-desk czy sali konferencyjnej, a także zamówienie posiłku z kantyny.

Podczas pandemii postanowiono także odejść od popularnej w ostatnich latach koncepcji optymalizacji powierzchni, na rzecz zwiększania liczby mkw. na jednego pracownika. Sytuację tę widzimy już dziś przy próbach aranżacji czy przeprojektowania pięter. Obecnie biuro oprócz ładnego wystroju i wygodnego wyposażenia ma również dbać o nasze zdrowie. Rosnąca świadomość w zakresie well-beingu i dbanie o komfort pracowników wpisuje się w nową kategorię certyfikacji „WELL Building Standard” uzyskiwanej przez deweloperów dla powstających projektów biurowych.

W kontekście podaży w ostatnich 12 miesiącach mogliśmy obserwować rywalizację pomiędzy stolicą, a głównymi rynkami regionalnymi w zakresie całkowitych zasobów powierzchni biurowych. Z dużą dozą prawdopodobieństwa należy przypuszczać, że na koniec 2020 roku zasoby te osiągną wielkość blisko 12 mln mkw., a po oddaniu kluczowych inwestycji w 2021 roku przekroczą tę barierę. Najbardziej dominującym rynkiem i liderem pozostanie Warszawa, która przekroczy barierę 6 mln, natomiast wśród rynków regionalnych to Kraków (ok. 1,5 mln mkw.) z Wrocławiem (ok. 1,3 mln mkw.) będą wieźć prym. Nowa podaż znacząco wpłynie na wzrost powierzchni dostępnej od ręki, która na zakończenie III kw. zbliżała się do graniczy 11% całkowitych zasobów, a po Nowym Roku może jeszcze wzrosnąć. Sytuacja wymusi na właścicielach nieruchomości presję na obniżenie stawek czynszowych.

Kurs euro powyżej 4,50 zł

Gwałtowny spadek wartości złotego łączony jest obecnie z interwencją NBP. Niezależnie od przyczyny jesteśmy świadkami już niemal 10 groszowej przeceny w ciągu zaledwie doby notowań.

NBP interweniowało na rynku?

W piątek byliśmy świadkami gwałtownego osłabienia się złotego. Do dzisiejszego poranka złotówka straciła około 8 groszy względem euro. W tym samym czasie nie mieliśmy żadnych istotnych danych makroekonomicznych, które mogłyby uzasadniać ten ruch. Zgodnie z komunikatem PAP doszło do interwencji Narodowego Banku Polskiego na rynku. Bank sprzedawał złotówki, kupując waluty obce. Teoretycznie słabszy złoty sprzyja polskiemu eksportowi, ale z drugiej stronie słabsza waluta to wyższy koszt obsługi zadłużenia w walutach obcych. Na moment pisania tego artykułu euro kosztuje już 4,52 zł.

Porozumienie w USA

Doszło do porozumienia pomiędzy dwoma głównymi partiami w sprawie pakietu pomocowego. Warta 900 mld USD pomoc ma zagwarantować m.in. wypłaty dla obywateli, dopłaty do małych przedsiębiorstw oraz zwiększenie zasiłków dla bezrobotnych. Porozumienie uchodzi za znacznie większy sukces Republikanów niż Demokratów, aczkolwiek sam fakt porozumienia został bardzo dobrze przyjęty na rynku. W rezultacie dolar zaczął wyraźnie odrabiać ostatnie straty. Amerykańska waluta kosztuje dzisiaj 3,73 zł, to 11 groszy powyżej tego gdzie była w piątkowy poranek.

Sprzedaż detaliczna mniej zła

Po listopadowym zamknięciu galerii handlowych analitycy spodziewali się znacznego spadku sprzedaży detalicznej. Opublikowane dane wcale nie były aż takie słabe, aczkolwiek w ciągu roku widać i tak przeszło 5% spadek. Złoty pomimo lepszego odczytu nie szedł w górę po tych danych, gdyż od piątku jest pod bardzo istotną presją.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jak start-upy mogą zmienić świąteczne zakupy?

Kolejki, wydatki, ciągły maraton — tak w skrócie można streścić atmosferę przedświątecznych przygotowań. Grudniowy harmonogram komplikuje także nadal szalejący COVID. Zasady gry mogą jednak zmienić uważne start-upy.

Inne Święta? Konsumenci liczą straty

Analitycy z Federacji Konsumentów oraz stołecznej Szkoły Głównej Handlowej są zgodni — tegoroczne Boże Narodzenie będzie nieco inne niż Święta rok temu. Po pierwsze, uszczuplił się budżet na same przygotowania (z 610 zł w roku 2019 do 522 zł w roku 2020). Raport “Nastroje i plany polskich konsumentów w dobie koronawirusa” obejmuje również kwestię środków na prezenty — w tym roku Polacy wydadzą średnio 507 zł. Dla porównania ubiegłoroczne Święta minęły pod znakiem 583 zł przeznaczonych wyłącznie na upominki.

Powyższe deklaracje mają najpewniej związek z kryzysem wywołanym przez pandemię, począwszy od marcowego lockdownu, a skończywszy na zimowych obostrzeniach. Aż 52% Polaków deklaruje pogorszenie sytuacji finansowej w roku 2020. Kto według statystyk najbardziej ucierpiał przed Świętami? Według analityków z SGH i Federacji Konsumentów, najwięcej straciły osoby na niepełnych etatach, rodziny z dziećmi oraz kobiety. Czy w takiej sytuacji start-upy są w stanie zawalczyć o potencjalnych inwestorów, a docelowo — klienta?

Po prezenty do internetu. Wygrają uważni obserwatorzy

Według zespołu Gemius i Izby Gospodarki Elektronicznej, lockdown znacznie przyspieszył zmianę preferencji zakupowych. Jak wynika z raportu “E-commerce w Polsce 2020”, aż 73% użytkowników korzysta z możliwości zakupów w sieci (jest to skok o 11 pkt proc. względem roku 2019). Jeśli startupowcy chcą nieco śmielej wkroczyć na rynek w obliczu COVID-u i Świąt, powinni zwrócić uwagę na 3 szczególne grupy: kobiety, osoby w średnim wieku oraz mieszkańców wsi.

Statystyki mówią same za siebie — panie stanowią 51%  klientów e-commerce i co ważne — zaczynają przygotowania do Bożego Narodzenia o wiele wcześniej niż mężczyźni. Te czynniki są znaczące przede wszystkim dla start-upów zajmujących się dystrybucją bonów podarunkowych, planowaniem zniżek lojalnościowych oraz konkretnymi segmentami produktów. Przykładowo, najwięcej kobiet życzy sobie na Święta perfumy i kosmetyki. Ta kategoria według specjalistów z Deloitte cieszy się największym zaufaniem klientów w sklepach stacjonarnych, a nie w wirtualnych marketplace’ach. Jak połączyć sprzedaż online z fizycznym doświadczeniem zakupów? Może młodzi przedsiębiorcy powinni pomyśleć o perfumeryjnych showroomach?

Małomiasteczkowi szansą start-upów. Dobra luksusowe wciąż poza siecią

Grupą, która ma spory potencjał w kontekście korzystania z nowoczesnych rozwiązań młodych biznesów, są osoby mieszkające w najmniejszych ośrodkach. Statystycznie, 25% konsumentów ze wsi i niewielkich miasteczek deklaruje regularne zakupy online. Często problemem jest jednak dostawa, a konkretnie długi czas oczekiwania. I ten problem mogą rozwiązać krajowe start-upy, które zwrócą uwagę na klientów spoza dużych aglomeracji.

Ciekawą grupą docelową wydają się także osoby w wieku od 35. do 49. roku życia. To oni stanowią 32% klientów e-commerce w roku 2020. Często tacy konsumenci stawiają na dobra luksusowe oraz produkty do domu. W tym wariancie również prym wiodą sklepy stacjonarne, aniżeli e-commerce, jednak liczby mówią same za siebie — ta grupa regularnie kupuje inne produkty online. Jak ich przekonać do transakcji internetowych również w przypadku droższych towarów? Rozwiązaniem mogłyby być specjalistyczne platformy z opiniami ekspertów, a także system rekomendacyjny.

Potencjał e-commerce, a także uważne obserwowanie przyzwyczajeń grup docelowych, mogą być wdzięcznym zastrzykiem energii dla młodych startupowców. Klienci zwłaszcza w okresie przedświątecznym mają sporo dylematów, na które rozwiązania mogą zaserwować innowacyjni przedsiębiorcy. Czy szanse debiutantów ukróci COVID? Niekoniecznie. Właśnie na kryzysie mogą “wypłynąć” pomysłowi nowicjusze.

Autor: Łukasz Blichewicz — współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Bank Pekao zorganizował emisję obligacji dla Warszawy na kwotę 400 mln zł

Bank Pekao S.A. był organizatorem, koordynatorem oraz prowadzącym księgę popytu  przy emisji 8- i 10-letnich obligacji na łączną kwotę 400 mln zł dla miasta stołecznego Warszawa.

Miasto wyemituje obligacje z 8-letnim okresem zapadalności z marżą na poziomie 70 punktów bazowych ponad 6-miesięczny WIBOR (200 mln zł) oraz obligacje 10-letnie z marżą 90 punktów bazowych ponad 6-miesięczny WIBOR (200 mln zł).

Jest mi bardzo miło, że wzięliśmy udział w kolejnej, dużej emisji obligacji, tym razem samorządowych i byliśmy jej jedynym organizatorem, wybranym w konkurencyjnym procesie. Warto zaznaczyć, że emisja spotkała się z dużym odzewem ze strony inwestorów i uzyskaliśmy dla miasta atrakcyjne warunki finansowania – mówi  Tomasz Styczyński, wiceprezes zarządu Banku Pekao S.A., nadzorujący Pion Bankowości Korporacyjnej, Rynków i Bankowości Inwestycyjnej.

Emisja obligacji Warszawy cieszyła się dużym zainteresowaniem. Książka popytu została pokryta pięciokrotnie dla obydwu serii obligacji. Łączny popyt przekroczył 2 mld zł, a zapisy złożyło ponad 70 podmiotów: TFI, banki, OFE oraz ubezpieczyciele, a także inwestorzy zagraniczni.

Warszawa za pośrednictwem i we współpracy z Biurem Maklerskim Pekao i bankiem wykupiła przedterminowo obligacje miejskie o wartości 147,8 mln zł.