Fed dalej gołębi, dolar dalej słaby

Fed pozostał gołębi, choć nie dokonał żadnych zmian w QE, co dla niektórych było rozczarowaniem. Jednak wątpliwości co do determinacji Fed do ochrony gospodarki szybko wyparowały, a z dodatkową pomocą pozytywnych sygnałów z Kongresu USA apetyt na ryzyko przystępuje do prawdopodobnie ostatniego zrywu w tym roku.

Rezerwa Federalna pozostała na dotychczas obranym, gołębim kursie polityki, ale dla niektórych uczestników rynku było to za mało. Przede wszystkim Fed nie dokonał zmian w kompozycji programu skupu aktywów. Wprawdzie co miesiąc bilans banku będzie się powiększał z tego tytułu o 120 mld USD, niektórzy inwestorzy liczyli na odważniejsze decyzje po stronie przerzucenia ciężaru zakupów na obligacje o dłuższym okresie zapadalności, by bardziej zaniżać rynkowe stopy procentowe na długim końcu krzywej dochodowości. Mimo to Fed przyrzekł, że utrzymanie programu skupu aktywów na wielką skalę do czasu, gdy zobaczy „znaczący dalszy postęp” w zakresie zatrudnienia i inflacji. Jednocześnie mediana prognoz dotyczących stóp procentowych sugeruje, że w horyzoncie projekcji do końca 2023 r. nie dojdzie do podwyżki. Na konferencji prezes Fed Jerome Powell powiedział, że argumenty za stymulacją fiskalną są nadal „bardzo, bardzo silne”. Przekaz jest gołębi, bo trzeba go odbierać w kontekście ostatnich wydarzeń. W końcu determinacja Fed na rzecz ochrony gospodarki nie słabnie ani w obliczu oczekiwanego pakietu fiskalnego, ani w związku z rozpowszechnianiem szczepionki przeciw COVID-19.

Wstępna reakcja rynków była mieszana, ale ostatecznie wątpliwości wobec stanowiska Fed wyparowały. Akomodacyjna polityka monetarna będzie ważnym wsparciem dla poprawy perspektyw gospodarczych i apetytu na ryzykowne aktywa. Brak podwyżek stop procentowych, przyspieszenie ożywienia i wzrost oczekiwań inflacyjnych będzie mieszanką, która powinna osłabiać USD w średnim i długim terminie. Dodajmy do tego pakiet fiskalny w USA, który w wysokości od 750 mld USD do 900 mld USD może być uzgodniony w Kongresie do końca tego tygodnia. Optymistyczne przekonanie inwestorów w stosunku do rajdu ryzykownych aktywów pozostaje silne i może dać pretekst do jeszcze jednego zrywu, zanim udamy się na świąteczną przerwę. Noce wybicie EUR/USD ponad 1,22 służy za dobrego przewodnika trybu risk-on.

W czwartek mamy kontynuację komunikatów od banków centralnych. Szwajcarski Bank Narodowy nie zmieni nic w swoim przekazie, szczególnie że EUR/CHF jest na tym samym poziomie, co podczas wrześniowego posiedzenia. Frank wciąż jest „wysoce wyceniany”, a SNB powtórzy gotowość do interwencji. Norges Bank utrzyma politykę bez zmian, ale powinien być bardziej optymistyczny w ocenie perspektyw gospodarczy, kiedy pojawiła się nadzieja na dystrybucję szczepionki. Bank jednak nie wyzbędzie się ostrożnego podejścia do strategii i prawdopodobnie podtrzyma prognozę ścieżki sugerującą pierwszą podwyżkę dopiero w 2022 r. Także po Banku Anglii nie oczekujemy dalszego luzowania. W komunikacie uwaga skupi się na ocenie przez BoE ostatnich zmian w gospodarce (lockdown 2.0), postępów w pracach nad szczepionką i ryzykach brexitu.

Lepsze nastroje na rynkach ściągają EUR/PLN w kierunku grudniowych minimów na 4,42. Finalny rajd ryzyka przy ograniczonej płynności może dać szanse na zbliżenie się do 4,40, choć mając na uwadze stabilizację kursu z ostatnich dni wydaje się, że złoty nie jest pośród walut będących obecnie na szczycie listy zakupowej inwestorów zagranicznych i może być trudno o zaburzenie trendu bocznego 4,42-4,45.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy pandemia spowoduje koniec płatności gotówkowych? Raport Capgemini

Pandemia pchnęła firmy do konieczności przeprowadzenia szybkiej transformacji cyfrowej. Zmieniło się m.in. podejście do płatności bezgotówkowych – zarówno przedsiębiorców, jak i konsumentów, którzy dotychczas nierzadko byli do tego rodzaju transakcji nastawieni negatywnie. Gotówka wciąż jest najpopularniejszą metodą płatności, jednak jak wskazuje opublikowany przez firmę Capgemini World Payments Report 2020, udział płatności bezgotówkowych stale rośnie, a szczególnie znaczący wzrost mogliśmy obserwować w ostatnich miesiącach. Oczekuje się, że liczba użytkowników tzw. portfeli cyfrowych wzrośnie z 2,3 miliarda w 2019 roku do 4 miliardów w 2024 roku, a tym samym obejmie 50 proc. światowej populacji. Czy możemy spodziewać się zupełnego odejścia od płatności gotówkowych?

Raport Capgemini przewiduje, że stopa wzrostu dla globalnych transakcji bezgotówkowych w latach 2019-2023 ma wynieść 12 proc. Już w okresie 2018-2019 obserwowaliśmy duży wzrost tego rodzaju płatności – ich wykorzystanie zwiększyło się wówczas aż o 14 proc., a wzrost ten wywołany był rosnącą popularnością płatności z wykorzystaniem smartfonów, dynamicznie rozwijającym się handlem elektronicznym, wprowadzaniem portfeli cyfrowych i innowacjami w zakresie płatności mobilnych. Liderem transakcji bezgotówkowych w 2019 roku był region Azji i Pacyfiku, wyprzedzając Europę i Amerykę Północną – to w Chinach, Indiach i na rynkach Azji Południowo-Wschodniej obserwujemy największy postęp w zakresie wdrażania innowacji płatniczych (wzrost o 31,1 proc.).

– Pandemia przyspieszyła tempo innowacji w obszarze płatności i bardzo szybko przekształciła je w nową normalność, wymagając od firm z sektora finansowego, aby stały się innowatorami niemal z dnia na dzień. Obecnie bardziej niż kiedykolwiek, dostawcy usług płatniczych muszą usprawniać i dywersyfikować swoje oferty, kłaść nacisk na szybkość, wygodę i bezpieczeństwo. Już dziś widać, że banki zaczynają priorytetowo traktować transformację technologiczną, dobierając do współpracy wizjonerskich partnerów, którzy są w stanie tworzyć wizjonerskie organizacje, wpasowujące się w tę nową normalność i spełniające oczekiwania klientów – mówi Daniel Jarzęcki, BSv FPIA Consulting Director w Capgemini.
W Polsce również zauważamy dużą zmianę podejścia do płatności bezgotówkowych. Lokalni przedsiębiorcy zaczynają postrzegać wprowadzenie możliwości tego rodzaju transakcji jako zapewnienie sobie i swoim klientom bezpieczeństwa sanitarnego oraz komfortu w dokonywaniu transakcji. Na tę zmianę znaczący wpływ miała sytuacja wywołana przez pandemię, jednak badania już dziś wskazują, że dzięki temu impulsowi, w perspektywie długofalowej zmienią się przyzwyczajenia konsumentów.

Zwiększona konkurencja zmusza tradycyjnych dostawców usług płatniczych do (r)ewolucji

Klienci odchodzą od gotówki w miarę wzrostu popularności płatności cyfrowych. Nowi gracze szybko stają się coraz bardziej popularni. Raport pokazuje, że 50 proc. klientów już dziś wybiera nowo powstałe banki, które mają własny podstawowy system bankowy i bezpośrednio konkurują z instytucjami o dłuższej tradycji, czasami specjalizując się w obszarach niedostatecznie obsługiwanych przez większe organizacje. Dodatkowo, z badania Capgemini wynika, że aż 38 proc. konsumentów podczas pandemii znalazło nowego dostawcę usług płatniczych.

– Płatności alternatywne będą z pewnością w dalszym ciągu zwiększać przestrzeń do płatności bezgotówkowych, ponieważ konsumenci poszukują szybkości, wygody i lepszej obsługi klienta. Szacuje się, że liczba użytkowników tzw. portfeli cyfrowych wzrośnie z 2,3 miliarda w 2019 roku do 4 miliardów w 2024 roku, a tym samym obejmie 50 proc. światowej populacji – dodaje Daniel Jarzęcki.

Technologia ma pomóc firmom płatniczym w radzeniu sobie ze zwiększonym ryzykiem

Ponieważ rynek wciąż ulega ewolucji i dostępnych jest coraz więcej opcji płatności, organizacje finansowe muszą borykać się ze zwiększonym ryzykiem w swojej działalności. Dyrektorzy ds. płatności twierdzą, że firmy są narażone na zagrożenia związane m.in. z cyberbezpieczeństwem, nowymi regulacjami prawnymi, operacyjnymi czy biznesowymi. Aż 87 proc. z nich uważa, że istnieje duże prawdopodobieństwo wystąpienia luk w cyberprzestrzeni, wywołanych szybkim wprowadzaniem nowych procesów w czasie pandemii, co w konsekwencji zwiększa ryzyko cyberataków. Firmy płatnicze aktywnie korzystają zatem również z technologii wspomagających minimalizację nowych zagrożeń. Organy regulacyjne już dziś w bardzo dużym stopniu koncentrują się na niwelowaniu ryzyka w przypadku płatności bezgotówkowych, by banki i firmy technologiczne mogły skupić się na własnej działalności oraz współpracy. Aż 60 proc. dyrektorów banków uważa, że współpraca z odpowiednimi partnerami ma kluczowy wpływ na ulepszenie oferty kierowanej do konsumentów. Tylko w ten sposób możliwe będzie podniesienie jakości usług przy jednoczesnej minimalizacji niepewności wywołanej pandemią.

Metodologia badania

Tegoroczny raport World Payments zawiera informacje na temat 44 rynków płatności w różnych regionach geograficznych. Dla ogólnoświatowych makroopisowych wykresów zdefiniowano sześć regionów: Europa, Ameryka Północna, Dojrzała Azja i Pacyfik, Azja wschodząca, Ameryka Łacińska i MEA, pogrupowane według kryteriów dojrzałości geograficznej, ekonomicznej i rynku płatności bezgotówkowych. Ponad 8600 konsumentów wzięło udział w opublikowanym w raporcie badaniu Voice of the Consumer. Dodatkowa ankieta internetowa skierowana do banków, FinTechs, dostawców usług płatniczych i korporacji dostarczyła danych od 235 respondentów, a 45 wywiadów z kierownictwem przeprowadzono z bankami, firmami płatniczymi, firmami obsługującymi systemy kart, dostawcami usług technologicznych i sprzedawcami detalicznymi.

Jak Ukraińcy oceniają pracę w Polsce w 2020 roku – raport OTTO Work Force

Rok 2020 był nietypowy i trudny dla wszystkich, zarówno dla przedsiębiorstw, jak i pracowników. Mimo niesprzyjających warunków aż 78% pracowników z Ukrainy deklaruje satysfakcję z pracy w Polsce, to o 6% więcej niż 2019 roku. Dla 71% Ukraińców główną motywacją do podjęcia pracy w naszym kraju były wyższe zarobki.

Pracownicy z Ukrainy bardziej zadowoleni z pracy niż w ubiegłym roku

Według najnowszego raportu OTTO Work Force Central Europe, przeprowadzonego na grupie 520 pracowników tymczasowych z Ukrainy, aż 78% badanych deklaruje zadowolenie z pracy w Polsce. Jest to o 6 punktów procentowych więcej niż przed rokiem, kiedy to pracownicy bardziej krytycznie oceniali atrakcyjność zatrudnienia. Na podstawie cyklicznych badań, realizowanych przez OTTO już od sześciu lat, widać, że od 2017 roku trwała tendencja spadkowa poziomu satysfakcji z pracy – wtedy to wskaźnik ten osiągnął swoje maksimum (94%). W 2020 roku obserwujemy widoczny wzrost zadowolenia względem ubiegłego roku.

Zmiana w czasie poziomu zadowolenia pracowników tymczasowych z Ukrainy z pracy w Polsce.

Pracownicy z Ukrainy bardziej zadowoleni z pracy
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

“Pandemia Covid-19 sprawiła, że sytuacja na rynku pracy w 2020 roku zmieniała się bardzo dynamicznie, a wiele osób, szczególnie podczas pierwszej fali, straciło pracę. Trudna sytuacja na rynku pracy na Ukrainie sprawiła, że Ukraińcy mocniej docenili zatrudnienie w Polsce, a ich poziom zadowolenia z pracy wzrósł względem 2019 roku. Na początku pandemii wielu Ukraińców wróciło do ojczyzny z powodu utraty pracy czy troski o rodzinę, ale już kilka tygodni później aż 70% z nich deklarowało chęć powrotu do Polski. Także polscy pracodawcy czekali na obywateli Ukrainy z otwartymi ramionami, bo choć bezrobocie w Polsce nieznacznie się zwiększyło, to firmy nadal zabiegają o pracowników ze wschodu” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Ukraińcy najbardziej zadowoleni z relacji ze współpracownikami, a najmniej z braku rozwoju

Z raportu OTTO Work Force Central Europe wynika, że od 2018 roku utrzymuje się podobna tendencja w poziomie zadowolenia pracowników z Ukrainy z poszczególnych elementów pracy. Pracownicy są najbardziej zadowoleni z relacji ze współpracownikami (93%) i mamy tutaj wzrost o 6 punktów procentowych w stosunku do wyników zeszłorocznego badania. Po raz kolejny wysoko ocenione zostały także warunki pracy (82%) oraz stosunek Polaków do imigrantów (70%). W zeszłorocznym badaniu pracownicy z Ukrainy byli niezadowoleni z możliwości rozwoju zawodowego i w tym roku jest podobnie, tyle, że grupa osób niezadowolonych wzrosła z 35% do 40%.

“W tegorocznym badaniu widać zmianę w ocenie poziomu zadowolenia z wynagrodzenia. W 2019 roku z wynagrodzenia było zadowolonych tylko 51% respondentów, podczas gdy w 2020 roku grupa ta stanowi aż 65%. Wynika to prawdopodobnie z trudnej sytuacji na rynku pracy na Ukrainie, przestojów w zakładach produkcyjnych i wzrostu bezrobocia. W takiej rzeczywistości poziom wynagrodzenia rozpatrywany jest w inny sposób niż jeszcze w roku 2019, kiedy to dostępność ofert pracy była większa” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

71% pracowników z Ukrainy zachęciły do pracy w Polsce wyższe zarobki

Covid-19 mocno dotknął rynek pracy w całej Europie, także w Polsce. Ponadto wybuch epidemii sparaliżował strachem społeczeństwo i spowodował, że wiosną znaczna część pracowników z Ukrainy wróciła do ojczyzny. Wraz ze stabilizacją sytuacji gospodarczej i oswajaniem się z epidemią, obserwowaliśmy powrót Ukraińców do pracy w Polsce.

“Dla 71% badanych główną motywacją do podjęcia pracy w Polsce były wyższe zarobki. Na kolejnej pozycji znalazły się lepsza sytuacja gospodarcza w Polsce (32%) oraz brak pracy na Ukrainie (31%). Trzeba tutaj zaznaczyć, że na początku jesieni, kiedy fala powrotów była największa bezrobocie w Polsce kształtowało się na poziomie 6,1%, podczas gdy na Ukrainie wynosiło już 9,9%” – wyjaśnia Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Dlaczego, mimo pandemii Covid-19, zdecydował/a się Pan/i na pracę w Polsce?

pracowników z Ukrainy zachęciły do pracy w Polsce wyższe zarobki
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

Niemal co drugi badany twierdzi, że nie miał trudności w znalezieniu pracy

Niemal połowa pracowników z Ukrainy deklaruje, że w 2020 roku, mimo pandemii, nie miała trudności w znalezieniu pracy w Polsce. Z kolei 40% respondentów nie potrafiło jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, a tylko 14% wskazało, że w 2020 roku było trudniej znaleźć zatrudnienie w Polsce.

“Trzeba zaznaczyć, że mimo większej dostępności pracowników z Polski, wśród naszych Klientów cały czas utrzymuje się popyt na pracowników zza wschodniej granicy. W niektórych branżach jak np. produkcja trudno jest ich w pełni zastąpić pracownikami z Polski. Są także takie branże, które w tym trudnym czasie intensywnie się rozwiały, jak e-commerce, a ich zapotrzebowanie na pracowników dynamicznie wzrastało” – wyjaśnia Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Czy według Pana/i jest teraz trudniej o pracę w Polsce niż w poprzednich latach?trudniej o pracę w Polsce

trudniej o pracę w Polsce 2
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

 

Dalszy spadek sprzedaży kredytów w Polsce – raport listopad 2020 r.

W listopadzie 2020 r., w porównaniu do listopada 2019 r., banki i SKOK-i udzieliły dużo mniej dwóch rodzajów produktów kredytowych zarówno w ujęciu wartościowym, jak i liczbowym. W ujęciu liczbowym banki przyznały o (-45,2%) mniej kart kredytowych, udzieliły o (-32,1%) mniej kredytów gotówkowych. Wzrost odnotowały kredyty mieszkaniowe, których udzielono o (+7,2%) więcej niż rok temu w listopadzie, więcej było też kredytów ratalnych o (+4,6%). W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i przyznały o (-41,5%) mniej limitów kartowych niż przed rokiem. Spadła także wartość udzielonych w listopadzie 2020 r. kredytów gotówkowych o (-28,4%). Dodatnia dynamika dotyczy kredytów mieszkaniowych – wzrost o (+15,4%) oraz kredytów ratalnych o (+5,0%).
W trakcie jedenastu miesięcy 2020 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 2,514 mln kredytów gotówkowych (-30,7%) na kwotę 46,943 mld zł (-31,2%) oraz 3,236 mln kredytów ratalnych (+3,3%) na kwotę 13,93 mld zł (+3,0%), zaś kredytów mieszkaniowych 199,3 tys. (-9,5%) na kwotę 57,92 mld zł (-3,4%).

Analizując dane zawarte w Newsletterze i wyciągając na ich podstawie wnioski, BIK bierze pod uwagę dwa aspekty. Po pierwsze, uwzględnia specyfikę produktów kredytowych: kredyty konsumpcyjne (ratalne i gotówkowe) oraz karty kredytowe są procesowane bardzo szybko od złożenia wniosku przez klienta lub oferty przez bank (zazwyczaj złożenie wniosku i udzielenie kredytu czy przyznanie limitu zamykają się w jednym miesiącu). Zatem w przypadku tych produktów, listopadowa sprzedaż jest związana z wnioskami składanymi w większości przypadków w listopadzie. Natomiast kredyty mieszkaniowe są procesowane dłużej, nawet do dwóch miesięcy od złożenia wniosku, w związku z tym sprzedaż kredytów mieszkaniowych w listopadzie jest efektem wniosków składanych we wrześniu i październiku. Po drugie, problemy ze spłacaniem kredytów w wyniku pandemii nie mogły się jeszcze w pełni zmaterializować w odczytach Indeksów Jakości, ponieważ Indeksy obejmują opóźnienia powyżej 90 dni. A część kredytobiorców, z powodu sytuacji wywołanej COVID – 19, skorzystała z bankowego wsparcia w zakresie odroczenia spłaty rat kredytowych (wakacje były udzielane na okres 3 i 6 miesięcy). Część odroczeń spłat już się zakończyła. Na koniec listopada wakacjami było jeszcze objętych 74,7 tys. rachunków kredytowych na kwotę 4,9 mld zł.

Kredyty gotówkowe i ratalne

– W okresie styczeń – listopad 2020 r. ujemne dynamiki zarówno liczby, jak i wartości udzielonych kredytów gotówkowych, dotyczyły wszystkich przedziałów wartości udzielanych kredytów. Widzimy już to zjawisko od początku pandemii. Najwyższy spadek w ujęciu wartościowym dotyczył kredytów wysokokwotowych tj. powyżej 50 tys. zł (-35,4%), a w ujęciu liczbowym kredytów z przedziału pomiędzy 3 a 10 tys. (-33,7%). Ponownie, niższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów gotówkowych z przedziału niskokwotowego do 1 tys. zł: liczbowo (-19,6%) oraz (-20,9%) wartościowo. Może to świadczyć o większej ostrożności banków w udzielaniu bardziej ryzykownych kredytów jakimi są kredyty wysokokwotowe. Ponadto również u potencjalnych kredytobiorców, z uwagi na wyższą niepewność obecnej sytuacji, ogranicza się popyt na te kredyty. Niskokwotowe kredyty gotówkowe mogą natomiast w jakiejś części kompensować brak dostępności do pożyczek pozabankowych wynikających z wielu czynników, w tym regulacyjnego.

porównaniu do kredytów gotówkowych o wiele lepiej, a nawet bardzo dobrze, wygląda sytuacja kredytów ratalnych. W ich przypadku w okresie styczeń – listopad 2020 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowaliśmy dodatnie dynamiki sprzedaży: odpowiednio (+3,3%) oraz (+3,0%). I jest to jedyna grupa produktowa, w przypadku której wystąpiły dodatnie dynamiki w okresie pierwszych jedenastu miesięcy 2020 r. Główną przyczyną takiej sytuacji, jest przede wszystkim to, że ten rodzaj kredytów dla udzielającego banku jest dużo bezpieczniejszy od kredytów gotówkowych, co ma swoje odzwierciedlenie w poziomie szkodowości (druga po kredytach mieszkaniowych najniższa szkodowość). Inne jest również ekonomiczne przeznaczenie tych kredytów – kredyty gotówkowe służą bardziej uzupełnieniu bieżącego budżetu domowego, zaś ratalne wiążą się z nabywaniem na raty dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku, m.in. sprzętu RTV/AGD, elektroniki, mebli, samochodów. Wzrost liczby udzielonych kredytów ratalnych należy wiązać z m.in. dużymi akcjami promocyjnymi  zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i w e-commerce – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 18 522 zł – wzrost o 5,4% w stosunku do listopada 2019 r. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 119 zł i jest ona wyższa niż w listopadzie rok temu o 0,4%.

Obserwowany przez BIK co miesiąc poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych (gotówkowych i ratalnych) w oparciu o odpowiednie Indeksy Jakości pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela kredytów ratalnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu. Bieżący – listopadowy odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów ratalnych wynosi 1,33%. Kilkukrotnie wyższą szkodowością (najwyższą wśród wszystkich grup produktowych) charakteryzują się kredyty gotówkowe. Listopadowy odczyt Indeksu Jakości dla kredytów gotówkowych wynosi 3,65%.

Pomimo wcześniejszych obaw dotyczących wzrostu szkodowości kredytów gotówkowych i ratalnych, listopadowy odczyt potwierdza pozytywne zaskoczenie związane z poprawą jakości wyrażoną spadkami odczytów Indeksu Jakości, obserwowaną już we wrześniu i październiku i kontynuowaną w listopadzie. Tak wyraźna poprawa Indeksu Jakości jest najprawdopodobniej efektem odroczeń spłat rat kredytowych w ramach wakacji kredytowych udzielanych klientom przez banki.

 W porównaniu do listopada 2019 r. wartość Indeksu Jakości kredytów gotówkowych polepszyła się (spadła) aż o 2,38 pkt proc., a w porównaniu do odczytu październikowego, o 0,08. Niewątpliwie główny pozytywny wpływ na to miała uzyskana przez część kredytobiorców pomoc z banków związana z odraczaniem spłaty rat kredytów, która w dużej części zamortyzowała ewentualny brak możliwości spłaty kredytu w wyniku spadku dochodów w pierwszych miesiącach pandemii i lockdownu. Trzeba więc ze szczególną uwagą śledzić terminowość spłat w kolejnych miesiącach (szczególnie w grudniu 2020 i styczniu 2021), tym bardziej, że kończą się wakacje kredytowe kredytobiorcom o gorszym profilu ryzyka. W listopadzie poprawiła się również jakość kredytów ratalnych. W ich przypadku wartość Indeksu w okresie 12 miesięcy polepszyła się (spadła) o 0,78, a w stosunku do października 2020 r. o 0,08  – wyjaśnia główny analityk BIK.

Kredyty mieszkaniowe

W listopadzie br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy kolejne dodatnie dynamiki wartości (+15,4%) udzielonych kredytów, przy pierwszy raz w pandemii dodatniej  dynamice liczby udzielonych kredytów (+7,2%) w porównaniu z listopadem 2019. W okresie styczeń – listopad 2020 r., już 48,1% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 350 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, w okresie styczeń – listopad 2020 r. nadal tak, jak i w poprzednich okresach, obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym dotyczą tylko kredytów powyżej 350 tys. zł, których pomiędzy styczniem a listopadem 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 7,6%, a w wartościowym o 8,6%.

– Wyniki listopadowej akcji kredytowej  w zakresie kredytów mieszkaniowych są odzwierciedleniem popytu z okresu września i października. Odbudowę popytu na kredyt mieszkaniowy sygnalizowały już zarówno wrześniowy, jak i październikowy odczyt Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe odpowiednio (+5,4%)  oraz (+8,1%). Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych jest determinowana nie tylko zachowaniem potencjalnych kredytobiorców (popytem), chcących nabyć nieruchomość za kredyt, lecz i banków udzielających kredyt (podaż). Banki po wakacjach poluzowały wymagania m.in. w zakresie wkładu własnego. Jednak w listopadzie mieliśmy soft lockdown. W oparciu o listopadowy odczyt Indeksu popytu na kredyty mieszkaniowe, wiemy już jaka była reakcja popytu (spadek Indeksu o -4,4%). Ważna będzie więc postawa banków, które w warunkach rosnącej niepewności mogą ponownie zdecydować się na zaostrzenie polityki kredytowej, co będzie skutkować kolejną ograniczoną dostępnością kredytu – prognozuje prof. Rogowski.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w listopadzie 2020 r. wyniósł 0,45%. W ostatnich 12 miesiącach (listopad 2020 r. – listopad 2019 r.) jakość portfela polepszyła się, o czym świadczy spadek Indeksu o (-0,29). W dużej mierze jest to efekt wakacji kredytowych.

– Pomimo dużych wcześniejszych obaw – szczególnie w początkach pandemii, obecnie nadal nie odnotowujemy spadku jakości portfela kredytów mieszkaniowych. A wręcz przeciwnie, jakość w listopadzie nadal się polepszała – od października dalsze polepszenie (spadek) Indeksu o 0,02. Przy czym należy pamiętać, że mówimy o opóźnieniach 90-dniowych, czyli możliwych do wystąpienia dopiero po 3-miesięcznym opóźnieniu w spłacie raty kredytu. Podobnie jak w przypadku pozostałych rodzajów kredytów, należy szczególnie obserwować „powakacyjne” zachowania kredytobiorców mieszkaniowych. Ważne będą więc odczyty z grudnia i początkowych miesięcy 2021 roku, kiedy będzie lepszy obraz sytuacji po powrocie kredytobiorców do regularnych spłat. – zaznacza główny analityk BIK.

Karty kredytowe

W listopadzie 2020 r. banki wydały 55,8 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 322 mln zł.

– W listopadzie 2020 r. widać kontynuację negatywnego trendu dynamiki rocznej obserwowanego już od początku roku, po 11 miesiącach br. w ujęciu liczbowym wynosi ona (-39,6%), a w wartościowym (-38,9%). Negatywne zjawisko dotyczy ponownie wszystkich przedziałów kwotowych. Należy pamiętać, że limity kartowe są jednym z najbardziej ryzykownych produktów kredytowych (wartość Indeksu Jakości w listopadzie wyniosła 2,74%), stąd naturalna ostrożność do ich przyznawania przez banki w okresie niepewności. Ostrożność banków wpływa bezpośrednio na dostępność tego produktu kredytowego. Ponadto coraz popularniejsze stają się mobilne formy płatności – mówi prof. Rogowski z BIK.

Podsumowanie 2020 roku na rynku mieszkaniowym

Pomimo, że obecny rok jeszcze się nie skończył, już teraz warto podsumować to, co działo się na rynku mieszkaniowym w 2020 roku. Z pewnością był to czas, który można zaliczyć do niezwykle dynamicznych i mało stabilnych, z uwagi m.in. na wybuch pandemii. Jak wyglądała sytuacja firm deweloperskich na przestrzeni czterech kwartałów? Czy 2021 rok przyniesie w końcu moment pęknięcia tzw. „bańki mieszkaniowej”?

  1. Rynek mieszkaniowy a pierwsza fala pandemii

Pierwszy kwartał br. był w porównaniu do kolejnych miesięcy zdecydowanie najspokojniejszym i najbardziej stabilnym okresem w roku. Styczeń i luty 2020 był to czas, w którym deweloperzy korzystali z dobrej koniunktury, będącej efektem działań niezrealizowanych na przełomie lat 2019/2020. Analizując statystyki dotyczące cen, ilości ofert oraz liczby sprzedanych mieszkań w tym kwartale (która wzrosła o 11%) można pokusić się o stwierdzenie, że wybuch pandemii koronawirusa odgrywał w tych miesiącach drugorzędną, mało znaczącą rolę[1].

Spadek popytu i mniejszą skłonność do podejmowania decyzji inwestycyjnych deweloperzy mogli zauważyć dopiero w Q2 br. Ujemna zmiana w stosunku do kwartału poprzedniego wyniosła aż 47%, z kolei kwartalna liczba nowych mieszkań wprowadzonych do oferty zmniejszyła się o 5%.  Dostrzegalna nierównowaga pomiędzy popytem a podażą tłumaczy 6 procentowy wzrost liczby mieszkań, które pozostały w ofercie deweloperów na koniec Q2 2020 r. Analizując i podsumowując pierwsze półrocze warto więc zwrócić uwagę na dwie widoczne fazy – rekordowe wyniki sprzedaży w styczniu i lutym oraz jej załamanie spowodowane pandemią w kolejnym kwartale[2].

  1. Drugie starcie z koronawirusem

Trzeci i czwarty kwartał 2020 roku upłynął pod znakiem powolnej stabilizacji rynku oraz starań deweloperów do powrotu do sytuacji sprzed pandemii. Jak wskazują analitycy portalu RynekPierwotny.pl w swoim raporcie na temat rynku mieszkaniowego w Warszawie, czas od lipca do sierpnia 2020 roku był momentem uspokojenia się nominalnych cen metrażu na stołecznym rynku mieszkaniowym. W tym czasie deweloperzy odnotowali również wysoki wzrost sprzedaży sięgający 40% w porównaniu do Q2, co z pewnością mogło dać im nadzieję na przyszłość. Dalszym problemem może okazać się jednak roczny spadek liczby sprzedanych mieszkań, zestawiając ze sobą Q3 2019 i 2020 roku. W tym przypadku częściową kompensację strat pokryje zapewne ogólny wzrost cen metrażu, który miał miejsce jeszcze na przełomie ubiegłego roku[3].

– Podsumowując mijający, pandemiczny rok należy jasno powiedzieć, że był to trudny czas, pełen ryzyka i niepewności, nie tylko dla deweloperów, ale dla wszystkich branż. Najbardziej wymagającym okresem z perspektywy firmy był z pewnością Q2 2020 roku, który zmusił nas do wprowadzenia kilku zmian w przedsiębiorstwie i przemodelowania wcześniejszego sposobu działania. Kwartał III br. z kolei przyniósł firmie Profbud powolną stabilizację i poczucie względnego spokoju, natomiast w Q4 odnotowaliśmy znaczny wzrost zainteresowania inwestycjami. Największą popularnością cieszą się nieustannie nasza nowa inwestycja na Ursynowie, Osiedle  Zakątek Cybisa, a także IV etap popularnego Osiedla Stella na warszawskim Bemowie. Podczas pandemii wprowadziliśmy do wszystkich biur sprzedaży dodatkowe środki ostrożności. Istnieje również możliwość rozmów online z naszymi doradcami Klienta, a nawet opcja zakupu mieszkania i podpisania umowy rezerwacyjnej bez wychodzenia z domu. Wszystko to z pewnością wpłynęło na niesłabnące zainteresowanie naszą ofertą. Z optymizmem patrzymy w przyszłość i mamy nadzieję, że czas pandemii, której negatywne skutki odczuli wszyscy przedsiębiorcy niebawem odejdzie w zapomnienie – mówi Anna Skotnicka-Ryś, Dyrektor Działu Handlowego firmy Profbud.

  1. Dzisiaj firmy deweloperskie mają się dobrze

Wbrew przypuszczeniom wielu, pandemia koronawirusa nie przyniosła diametralnej obniżki cen mieszkaniowych, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Wyniki badania ankietowego przeprowadzonego w październiku br. przez Centrum Monitoringu Sytuacji Gospodarczej wskazują na całkiem stabilną sytuację branży budowlanej w czasie pandemii. Jak wynika z raportu, spadek przychodu oraz zatrudnienia w Q3, porównując go do Q2 br. wynosi w tym segmencie 25%. Pozostałe 50% ankietowanych deklaruje utrzymanie stabilnej sytuacji, a 25% wskazuje wręcz na wzrost i poprawienie się sytuacji ekonomicznej przedsiębiorstwa, w porównaniu do sytuacji, która miała miejsce w lipcu-wrześniu 2020 r.[4]

Podobna sytuacja tyczy się relacji popytu i podaży w 6 największych miastach Polski. Analizując wyniki badań JLL, wskaźnik sprzedanych mieszkań w Q3 był wyższy niż wskaźnik mieszkań wprowadzonych do sprzedaży w Q1. Dodatkowo, średnie ceny mieszkań w ofertach największych Polskich miast stale rosną. Przykładowo, w Q3 2020 roku w Warszawie średnia cena brutto wynosiła 10,9 tys. zł/kmw. W Krakowie i Wrocławiu z kolei nie wiele mniej bo odpowiednio 10,1 oraz 9,9 tys. zł/mkw. Na dzień dzisiejszy najtaniej wydaje się być w Łodzi, gdzie średnia cena za mkw to 6,6 tys. zł[5].

  1. Ceny mieszkań w 2021 roku – jakie niesie prognozy?

Nadchodzący rok niesie ze sobą trzy oczywiste i możliwe scenariusze, jeśli chodzi o ceny nieruchomości w Polsce: ich wzrost, spadek lub pozostanie na tym samym poziomie kosztowym. Najprawdopodobniej rynek mieszkaniowy będzie dążył do zachowania równowagi wynoszącej +-5% dynamiki zmiany cen. Jedynie kolejne gwałtowne i nieoczekiwane zjawisko mogłoby spowodować ich spadek o więcej niż 10%[6]. Nic więc nie wskazuje na to, aby nowy rok przyniósł moment pęknięcia tzw. „bańki mieszkaniowej”, na co czeka z pewnością wielu potencjalnych klientów. Co więcej, restrykcyjne przepisy budowlane dotyczące efektywności energetycznej nowych budynków, wchodzące w życie od 1 stycznia 2021 r. mogą wpłynąć na wzrost cen mieszkań w najbliższym czasie. Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe kwestie odkładanie decyzji zakupowej i oczekiwanie na moment załamania się rynku nieruchomości w Polsce może być ryzykowny, a z perspektywy czasu mało opłacalny.

[1] RynekPierwotny.pl, Rynek mieszkaniowy w Warszawie – I kw. 2020 r.

[2] RynekPierwotny.pl, Rynek mieszkaniowy w Warszawie – II kw. 2020 r.

[3] RynekPierwotny.pl, Rynek mieszkaniowy w Warszawie – III kw. 2020 r.

[4] CMSG, Sytuacja ekonomiczna przedsiębiorstw w czasach koronawirusa. Badanie ankietowe, październik 2020 r. (tura 09-23.10.2020)

[5] JLL, Rynek mieszkaniowy rzeczywistość vs. oczekiwania, Konferencja OBIDO 2020

[6] https://enerad.pl/aktualnosci/ceny-mieszkan-2021/

Pandemia zmieniła nawyki żywieniowe Polaków. Co nas mówią nasze talerze?

Skutki Covid-19 odczuwalne są nawet w najbardziej osobistych sferach naszego życia. Zawartość talerzy Polaków podczas pandemii może posłużyć nam za soczewkę, przez którą łatwo dostrzec, w jakiej kondycji fizycznej oraz psychicznej jesteśmy. Producenci żywności widzą najlepiej, po jakie artykuły spożywcze sięgamy podczas kryzysu.

Z początkiem pandemii bardzo szybko w internecie zaczęto promować dwie szkoły radzenia sobie z kryzysem – aktywną i pasywną. Pierwsza z nich nawoływała do wykorzystania dodatkowego czasu wolnego, znalezienia nowego hobby, nauki kolejnego języka. Zalecano też rewolucję żywieniową, przejście na dietę i codzienne ćwiczenia fizyczne w domowym zaciszu. W kontrze stało absolutne przyzwolenie na stres, który w obecnej sytuacji był w pełni zasadny, a sposób radzenia sobie z nim powinien być naturalny i nienarzucony. „Mamy światową pandemię, ludzie umierają, pozwól sobie na złe samopoczucie” – nawoływały popularne konta w social mediach i coachingowe strony. Jak w rzeczywistości znosimy drastyczne zmiany wywołane koronawirusem i co o tym mówi nasz sposób odżywiania się?

Choć z początku wielu Polaków wybrało ścieżkę zdrowego menu, regularnego gotowania i uprawiania np. jogi, dość szybko straciliśmy entuzjazm. Boom na organiczną żywność, restrykcyjne diety i pracę nad własnym ciałem wywołany był potrzebą odzyskania kontroli w sytuacji zupełnie niezależnej od nas. Z czasem dopadła jednak bezsilność. Nieregularny tryb życia, zmiana godzin snu zdecydowanie zmieniły tryb naszych posiłków na mniej harmonijny i wymykający się spod kontroli. Niektórzy potraktowali przekąski jako ucieczkę przed rutyną i nudą, dla innych comfort food był jedynym sposobem na odciągnięcie uwagi od stresu i lęku. Niezależnie od obranej strategii, w obu tych grupach jedzenie stanowi ważny element radzenia sobie z nową, trudną sytuacją. Druga fala Covid-19 przypadła na miesiące, kiedy zamknięci przed mrozem w domach mniej się ruszamy i nie doświadczamy promieni słońca. Szczególnie w okresie zimowym tak ważne jest, aby wzmacniać swoją odporność i zapobiegać depresji prawidłowym żywieniem.

Stany lękowe i stres związany z pandemią w kontekście żywienia to zamknięte koło. Nasze samopoczucie pogarsza się, więc nie mamy ochoty gotować, a wszelka mobilizacja do zmian spada. Niezdrowa dieta owocuje niedoborem witamin, osłabieniem odporności, a tym samym zatrzymuje nas w łóżku zamiast dawać energię do działań. Zastanawialiśmy się, jak zachęcić ludzi do sięgania po pełnowartościowe posiłki, bez wymagania od nich wielkiego wysiłku. Ekologiczne zboża, składniki pełne błonnika i witamin, produkty łatwe do przygotowania w domu – z nich też można stworzyć komfortowy posiłek, który zamiast szkodzić, wesprze nasze ciało w tym nadzwyczajnym okresie” – tłumaczy Kamil Rabenda, prezes firmy Soligrano.

Substytuując przypadkowe przekąski zdrowymi alternatywami, nie zmuszamy się do natychmiastowej zmiany nawyków żywieniowych, ale sprawiamy, że stają się one dla nas lepsze. Dodatkowy czas na poszukiwanie produktów ekologicznych, więcej przestrzeni w życiu codziennym na przemyślane zakupy online, brak posiłków w biegu, to nieliczne korzyści płynące z obecnej zmiany trybu życia. Niestety nie dla każdego przebywanie w domu równoznaczne jest ze zdwojoną ilością czasu wolnego. Edukacja domowa, praca zdalna bez konieczności wstania z kanapy, większa niż zwykle obecność domowników, brak szkolnych stołówek i lunchów na mieście – to zdecydowanie czynniki, które w wielu z nas wywołały frustrację i niechęć do czasochłonnego gotowania. Oprócz zamówienia pizzy z okolicznej restauracji, możemy w alternatywie przygotować wartościowy posiłek z tanich półproduktów, których przyrządzenie zajmie nie więcej niż 10 minut. To znacząco krócej, niż czas oczekiwania na posiłek dostarczony z fast foodu.

„Staramy się odpowiedzieć na potrzeby osób, które w obecnej sytuacji chcą zadbać o zdrowie swoje oraz swoich bliskich, bez konieczności spędzania niezliczonych godzin w kuchni. Z naszych produktów korzystają osoby na przeróżnych dietach, w tym wielu wegetarian oraz wegan. Proste do wykonania burgery na bazie strączków, suche mieszanki pełne liofilizowanych warzyw do sporządzenia kaszotto, półprodukt do przygotowania racuchów – to kompromisy, jakie proponujemy konsumentom w dobie pandemii. Najważniejsze, że każdy z tych produktów wspiera nasz układ odpornościowy, ma przejrzysty skład i jest prosty w obsłudze. Nie oszukujmy się, potrzeba nam teraz wszystkim wsparcia, jak nigdy dotąd. Producenci żywności powinni mieć w nim swój udział, pomagając Polakom w zachowaniu zdrowych nawyków. – mówi Kamil Rabenda, prezes firmy Soligrano.

Badania poznańskiego Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego wykazały, że prawie 30% Polaków doświadczyło podczas pandemii przyrostu masy ciała. Nadprogramowe kilogramy związane są ściśle z jakością spożywanego przez nas w tym czasie jedzenia, niedoborem warzyw, owoców oraz roślin strączkowych w codziennej diecie. Wzrosło również spożycie alkoholu, a ponad 45% palaczy doświadczyło wzrostu częstotliwości palenia podczas kwarantanny. Szczególnie narażone na konsekwencje nieprawidłowej diety są osoby, które jeszcze przed pandemią cierpiały na zaburzenia odżywiania, a obecna sytuacja uwypukla tylko ich złe nawyki. Co ciekawe, badania dowodzą, że na przyzwyczajenie do nowych rytuałów żywieniowych potrzeba tylko 30 dni. Początkiem nowej drogi mogą być odpowiednie zakupy i małe kroki wykonane w kierunku wielkich zmian. Warto wygospodarować czas na zapoznanie się z aktualna ofertą lokalnych, polskich producentów żywności, aby skutki pandemii nie okazały się katastrofalne dla naszego ciała i ducha. Ekologiczne i zdrowe rozwiązania zaoszczędzą nam przykrych konsekwencji nieodpowiedniej diety i długofalowego obniżenia nastroju.

Stwardnienie guzowate prowadzi do zaburzeń w rozwoju dzieci. W Polsce wciąż jest utrudniony dostęp do leczenia po osiągnięciu pełnoletności

Stwardnienie guzowate to rzadka choroba, która polega na tym, że na skórze, w mózgu i sercu chorego pojawiają się najczęściej łagodne, ale licznie występujące guzy. Jednym z pierwszych objawów jest wczesna padaczka, która pojawia się u dzieci już w kilka miesięcy po urodzeniu, prowadząc do zaburzeń w rozwoju i sprawności intelektualnej. Rozpoznanie stwardnienia guzowatego wciąż stanowi w Polsce wyzwanie. Lekarze apelują, żeby zwracać na tę chorobę baczną uwagę, ponieważ wczesna diagnoza umożliwia szybkie rozpoczęcie leczenia, a to jest kluczowe dla jakości życia chorych.

– Stwardnienie guzowate to choroba genetyczna, na którą w Polsce choruje około 7 tys. osób. Traktowana jest jako choroba rzadka i może być dziedziczona od rodziców [przypadki rodzinne stanowią ok. 1/3 wszystkich zachorowań – red.], ale może też pojawić się po raz pierwszy u danego dziecka – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Wojciech Młynarski, kierownik Kliniki Pediatrii, Onkologii i Hematologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Stwardnienie guzowate (TSC) to choroba wielonarządowa polegająca na tworzeniu się zazwyczaj łagodnych, ale licznych guzów m.in. na skórze, w mózgu, w sercu, płucach, nerkach i na wątrobie. Zdarza się jednak, że takie zmiany mają charakter złośliwy.

– Stwardnienie guzowate to choroba przewlekła. Bez leczenia pojawiają się nowe zmiany, a istniejące rosną. Jednocześnie nie mamy w tej chwili skutecznego leczenia przyczynowego, możemy natomiast coraz skuteczniej leczyć zmiany guzowate w różnych narządach. Mamy także możliwości zapobiegania padaczce i jej powikłaniom – mówi prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak, kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii w Centrum Zdrowia Dziecka.

TSC jest chorobą trudną do zdiagnozowania. Ponieważ występuje dość rzadko, lekarze mają problem z jej rozpoznaniem, chociaż do postawienia diagnozy wystarczy badanie genetyczne lub radiologiczne głowy.

– Kwestia dostępności do badań genetycznych pozostaje nierozwiązana. Pewne rozwiązania tego problemu mają być objęte Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich, jednak ciągle jeszcze nie został on przyjęty. Wykonywanie badań genetycznych dla wielu pacjentów wiąże się więc z koniecznością zrobienia tego prywatnie. Nie wszystkie szpitale są w stanie zlecić i zapłacić za to badanie, te koszty nie są w żaden sposób refundowane przez NFZ – mówi prof. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak.

– Ta choroba jest niespecyficzna, bo na różnych etapach życia pacjenta pojawiają się różne objawy. Niektóre z nich mogą od razu sugerować stwardnienie guzowate, ale część pojawia się też przy innych schorzeniach. Dlatego dzieci często mają późno postawione rozpoznanie, bo objawy są bardzo niecharakterystyczne. To mogą być zmiany odbarwieniowe na skórze, wyglądające jak np. plamka kawy z mlekiem. One mogą wynikać po prostu z fizjologii, ale jeśli jest ich więcej i występują u rodziców, to już może sugerować TSC – mówi prof. Wojciech Młynarski.

Zmiany skórne, takie jak bezbarwne znamiona, płaskie włókniaki w okolicy czołowej albo liczne, plamiste odbarwienia o średnicy 1–3 mm zwykle w okolicy przedramion i podudzi oraz guzy w mózgu, sercu i nerkach, należą do najczęstszych objawów TSC. Te dwa symptomy występują u 90–95 proc. pacjentów. Szacunkowo u 70–90 proc. dzieci chorych na stwardnienie guzowate istnieje też prawdopodobieństwo wystąpienia padaczki. Do jej napadów może dojść już w kilku pierwszych miesiącach życia dziecka.

– U najmłodszych dzieci, zwłaszcza niemowląt, to właśnie padaczka jest największym problemem. Ona rozwija się w pierwszych dwóch latach życia i zazwyczaj wiąże się z cięższym przebiegiem – wskazuje kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii w Centrum Zdrowia Dziecka..

Wystąpienie padaczki w przebiegu TSC wpływa negatywnie na rozwój psychoruchowy dziecka i jego późniejszą sprawność intelektualną. Średnio połowa pacjentów ma zaburzenia neuropsychiatryczne w postaci upośledzenia umysłowego czy autyzmu. Lekarze mogą próbować im zapobiegać, ale kluczem do tego jest wczesne rozpoznanie TSC i szybkie wdrożenie leczenia. Obok padaczki pierwszymi objawami stwardnienia guzowatego są zwykle mnogie guzy serca oraz zmiany w mózgu, które mogą zostać wykryte w badaniu echokardiograficznym i rezonansie magnetycznym już na etapie życia płodowego dziecka. Pozwala to na ustalenie rozpoznania TSC jeszcze przed padaczką.

– W części przypadków już w ciąży, zanim dziecko się urodzi, podczas USG można wykryć guz w sercu dziecka. W takim przypadku bardzo prawdopodobne jest, że urodzi się ono ze stwardnieniem guzowatym – mówi kierownik Kliniki Pediatrii, Onkologii i Hematologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Mnogie guzy serca są powiązane z TSC w ponad 90 proc. przypadków. Mają łagodny charakter, ale mogą powodować m.in. zaburzenia rytmu serca. Z kolei guzki korowe i podkorowe w mózgu, które również występują średnio u 9 na 10 chorych, zwykle mają charakter mnogich, łagodnych zmian dysplastycznych, które jednak mogą być ogniskami padaczkowymi. Równie często występują guzki podwyściółkowe, z których jednak mogą rozwijać się guzy powodujące zaburzenia krążenia płynu mózgowo-rdzeniowego i wodogłowie.

– W przebiegu TSC pojawiają się inne choroby, również nowotworowe, takie jak guzy ośrodkowego układu nerwowego, tzw. guzy SEGA, czyli gwiaździaki podwyściółkowe. Pojawiają się inne zmiany w ośrodkowym układzie nerwowym, u części pacjentów może wystąpić opóźnienie psychoruchowe – wymienia prof. Wojciech Młynarski.

Sposób leczenia TSC – farmakologiczny albo chirurgiczny – jest dobierany w zależności od objawów i umiejscowienia guzów. Nie ma możliwości całkowitego wyleczenia stwardnienia guzowatego, ale terapia objawowa i ukierunkowana molekularnie może zahamować chorobę i jej symptomy, doprowadzając np. do zmniejszenia niektórych guzów. Skuteczne leczenie jest więc kluczowe dla jakości życia pacjentów, ale aby było ono możliwe, potrzebne jest jak najszybsze zdiagnozowanie TSC.

– Późne rozpoznanie to jeden z kluczowych problemów. Potrzebna jest większa świadomość środowisk medycznych, głównie pediatrycznych i neurologicznych, dotycząca tej choroby. Im wcześniej zaczniemy stawiać diagnozę, tym wcześniej możemy skutecznie leczyć – mówi medyk. – Apelujemy do neurologów, nefrologów i onkologów: należy brać pod uwagę, że dany pacjent może mieć stwardnienie guzowate, bo część z nich można leczyć niemalże przyczynowo. Wcześniejsze włączenie leczenia spowoduje, że ci pacjenci nie będą mieli takiej progresji choroby.

Jak podkreśla kierownik Kliniki Pediatrii, Onkologii, Hematologii i Diabetologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, oprócz trudności w diagnostyce w Polsce problemem w terapii TSC jest również brak ośrodków, które kompleksowo i wielospecjalistycznie zaopiekowałyby się takimi pacjentami. Ponieważ stwardnienie guzowate zajmuje różne narządy, chory powinien być pod opieką zespołu współpracujących ze sobą specjalistów: m.in. neurologa, onkologa, dermatologa i psychiatry. Ze względu na brak ośrodków wyzwaniem dla pacjentów w niektórych regionach, np. Łodzi czy Warszawie, jest kontynuacja terapii po uzyskaniu pełnoletności.

– Powinny istnieć takie centra, które zajmują się chorobami rzadkimi, oraz ośrodki specjalizujące się właśnie w stwardnieniu guzowatym. Najlepiej byłoby, gdyby zapewniały one chorym dostęp do wszystkich specjalistów w jednym miejscu – mówi prof. Wojciech Młynarski.

Lekarze podkreślają, że szczególnie utrudniony dostęp do leczenia mają pacjenci, u których zdiagnozowane są guzy w częściach ciała innych niż mózg, np. sercu, płucach czy wątrobie.

Trwają prace nad strategią wodorową dla Polski. Rozwój tego rynku będzie wymagał innowacji i nowych inwestycji

Ministerstwo Klimatu i Środowiska pracuje nad krajową strategią wodorową, która ma zostać opublikowana na początku przyszłego roku. Polska już w tej chwili jest liczącym się producentem, ale wodoru szarego, produkowanego z paliw kopalnych. Przyszłość rynku to wodór zielony, niskoemisyjny, produkowany z odnawialnych źródeł. – To na tym bardzo konkurencyjnym rynku Polska będzie musiała odnaleźć swoją niszę – mówi dr hab. inż. Jakub Kupecki z Instytutu Energetyki. Niskoemisyjny wodór nie tylko zastąpi ten produkowany z paliw kopalnych, ale też pobudzi rozwój zupełnie nowych rynków. Będzie jednak wymagał szeregu nowych inwestycji.

 Prace nad strategią wodorową trwają. Ten dokument jest niezbędny, bo wskaże kierunki i wyznaczy ramy działań niezbędnych, żeby osiągnąć konkretne cele związane ze standardami emisyjności, a docelowo też z neutralnością klimatyczną. Będzie punktem odniesienia dla tych, którzy już realizują pewne działania, aby potwierdzić słuszność tych koncepcji. Mowa tu o strategiach dużych koncernów, ale też mniejszych firm. Natomiast dla tych, którzy jeszcze mają wątpliwości, ta strategia będzie formą drogowskazu – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Jakub Kupecki, profesor Instytutu Energetyki, kierownik Centrum Technologii Wodorowych.

Nad strategią wodorową, która ma zostać opublikowana w I kwartale 2021 roku, pracował zespół przy Ministerstwie Klimatu, a następnie Ministerstwie Klimatu i Środowiska. Dokument jest obecnie w fazie uzgodnień międzyresortowych. Rząd liczy, że rozwój rynku wodoru w Polsce zapewni bodziec do rozwoju gospodarczego, ale też przyczyni się do transformacji energetycznej i ograniczenia krajowej emisji gazów cieplarnianych. Rządowy plan zakłada m.in. współpracę z państwowymi spółkami, które będą inwestować w wodór, i wykorzystanie mechanizmów finansowych przewidzianych w Europejskim Zielonym Ładzie.

 Strategia nie ma być encyklopedią wiedzy o technologiach wodorowych, jest to na ogół dokument dość skondensowany. Ona nie powinna wskazywać konkretnych rozwiązań technologicznych. To jest dokument z założenia wyznaczający kierunki. Do roku 2030 czy 2040 na pewno trzeba spodziewać się dużych zmian w uwarunkowaniach rynkowych, dlatego ten dokument będzie musiał odnieść się do tego, co będzie działo się na rynku za kilka czy kilkanaście lat – mówi kierownik Centrum Technologii Wodorowych.

Jak podkreśla, powstanie strategii wodorowej dla Polski będzie impulsem dla rozwoju nowych inwestycji, m.in. w energetyce, ale także w sektorze transportu, w chemii i petrochemii.

– Przedsiębiorstwa muszą zacząć dostosowywać się do nowych standardów i muszą być otwarte na nowe technologie. Wszyscy mamy świadomość, że niekoniecznie będą to technologie najbardziej opłacalne ze stricte ekonomicznego punktu widzenia, ale docelowo, w długofalowym horyzoncie będą oferowały znacznie więcej. I tak na to należy patrzeć. Dziś musimy zainwestować trochę więcej niż w klasyczne technologie, ale dzięki temu w horyzoncie dekady czy dwóch unikniemy jeszcze większych inwestycji, od których wówczas nie będzie już odwrotu – mówi Jakub Kupecki.

Polska już w tej chwili – z produkcją na poziomie ok. 1 mln ton rocznie (globalnie ok. 74 mln ton) – jest liczącym się graczem na rynku tzw. szarego wodoru, produkowanego z paliw kopalnych. Stosuje się go głównie jako surowiec w chemicznych procesach produkcji (np. amoniaku) i procesach rafineryjnych (największym producentem jest Grupa Azoty). Przyszłość rynku to jednak tzw. wodór zielony, niskoemisyjny, produkowany z odnawialnych źródeł. W tej chwili stanowi on raptem 5 proc. całkowitej globalnej produkcji tego surowca – wytwarzanie zielonego wodoru wciąż jest droższe od innych form. Rozwój tego segmentu rynku jest na razie w początkowej fazie rozwoju, ale chcąc pobudzić innowacje i ograniczyć emisje, Polska również będzie musiała się na nim odnaleźć.

 Potencjał wykorzystania wodoru w Polsce jest bardzo duży. Zielony wodór, który się pojawi, będzie w dużym stopniu zastępował ten klasycznie wytwarzany w procesie reformingu parowego metanu. Będzie to też wodór dla nowych rynków, m.in. mobilności, wysokosprawnych układów kogeneracyjnych i poligeneracyjnych, które perspektywicznie też będą zasilane tym paliwem. Te rynki dopiero w tej chwili są kreowane – mówi profesor Instytutu Energetyki. – Na pewno będzie to cała część związana z infrastrukturą dla hydrogen mobility, czyli mobilności wodorowej, ale również wszystko wokół tego, tzn. sektor usług, gdzie będą się pojawiały nowe rozwiązania w obszarze IT, nowe materiały, nowe rurociągi do przetłaczania mieszanin wodoru z gazem ziemnym. Wiele sektorów przemysłu będzie musiało inwestować, żeby utrzymać swoją pozycję na rynku.

Polska będzie musiała wprowadzić przyjazne regulacje i zapewnić środki finansowe na inwestycje, żeby zaistnieć na globalnym rynku wodoru. Co istotne, będzie musiała też znaleźć na nim swoją niszę. Trudno będzie jej konkurować z największymi producentami, krajami czy regionami, jak Katar czy Bliski Wschód. Według prognoz Esperis („Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”) do 2050 roku to azjatycki rynek będzie największym producentem na świecie, a Chiny, Japonia, Singapur i Korea Południowa będą łącznie odpowiadać za ok. 2/3 globalnego zapotrzebowania i nawet do 75 proc. zużycia wodoru. Aby rozwijać się na tym rynku, Polska będzie musiała sprostać rosnącej globalnej konkurencji i znaleźć swoją specjalizację.

– Widzimy duży potencjał w niszach technologicznych związanych z technologią elektrolizy, ale także z układami wykorzystania zielonego wodoru. Na pewno nie będziemy konkurowali ze światowymi koncernami, które już dzisiaj oferują wiele rozwiązań, bo tego typu wyścig będzie praktycznie od razu skazany na klęskę. Niemniej jednak w tych obszarach high-tech polski potencjał jest bardzo duży, jesteśmy już do tego przygotowani, realizujemy przedsięwzięcia w tym obszarze i ten kierunek wydaje się słuszny – mówi Jakub Kupecki.

Rynek wodoru jako perspektywiczny postrzega też Komisja Europejska, która na początku lipca br. opublikowała swoją strategię wodorową. Dokument ma stanowić impuls do rozwoju tego rynku w Europie, której szacunkowe zapotrzebowanie na wodór w 2030 roku sięgnie 16,5 mln ton. Unijna strategia wodorowa przewiduje wsparcie finansowe i instytucjonalne. Równolegle KE zainicjowała Europejski Sojusz na rzecz Czystego Wodoru (The European Clean Hydrogen Alliance), który ma pomóc w realizacji strategii i do 2030 roku zapewnić inwestycje na poziomie 430 mld euro. Unijny plan zakłada, że w latach 2030–2050 technologie produkcji zielonego wodoru powinny osiągnąć dojrzałość i być wdrażane na dużą skalę we wszystkich sektorach trudnych do dekarbonizacji.

Innowacje rewolucjonizują medycynę. Bez cyfrowych rozwiązań służba zdrowia nie poradziłaby sobie w czasie pandemii

Cyfrowe rozwiązania i innowacje medyczne wspierające walkę z koronawirusem, w realiach przeciążonej służby zdrowia, niemal z dnia na dzień weszły do powszechnego zastosowania. Przykładem są choćby e-recepty czy telemedycyna, bez których działanie systemu ochrony zdrowia w czasie pandemii byłoby mocno utrudnione. Eksperci na świecie są zgodni, że digitalizacja i innowacje wspierające walkę z pandemią przyczynią się do transformacji całego systemu, a ten rok wyznaczył jej kierunek.

 Poziom innowacyjności polskiego systemu opieki zdrowotnej jest coraz lepszy. Widzimy niezwykły przyrost w zakresie informatyzacji tego systemu. Ostatnie lata pokazały, jak ważne staje się e-zdrowie w tej opiece. Zresztą pandemia COVID-19 również tego dowodzi. Dzięki temu, co zostało zrobione w ostatnich dwóch latach, dzisiaj możemy korzystać z teleporad, e-zwolnień czy e-recept. Tylko w najczarniejszych snach możemy sobie wyobrażać, co by było, gdyby te rozwiązania nie zostały wprowadzone – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

Jak podaje rządowe Centrum e-Zdrowia, Internetowe Konto Pacjenta, które pozwala zarządzać swoimi sprawami medycznymi online, aktywowało już w sumie 3,5 mln Polaków. Tylko w tym roku liczba nowych użytkowników wzrosła o 2,65 mln. Od stycznia do początku lipca lekarze wystawili w sumie 207 mln e-recept, a skorzystało z nich 20,5 mln pacjentów. Jeszcze w lutym, przed pandemią ich udział w ogóle wystawianych recept sięgał 88 proc., podczas gdy w maju wzrósł do 95 proc.

Dzięki rządowej aplikacji gabinet.gov.pl lekarze POZ mogą zlecać pacjentom także testy na obecność koronawirusa, a od 8 stycznia 2021 roku w Polsce obowiązkowe staną się również elektroniczne skierowania. Już w tej chwili popularność tego dobrowolnego rozwiązania jest duża: do końca października br. 33 tys. lekarzy wystawiło ponad 3 mln e-skierowań, a w każdym tygodniu do systemu podłącza się ok. 140 nowych podmiotów.

W planach jest dalsza digitalizacja: pod koniec lipca Centrum e-Zdrowia pozyskało 120 mln zł dofinansowania na rozwój kolejnych, nowych e-usług dostępnych na Internetowym Koncie Pacjenta, takich jak zamawianie e-recept, centralną e-rejestrację oraz e-wizyty.

– Okoliczności, w których aktualnie znalazł się cały świat, są trudne, ale warto także zauważyć, że to właśnie one pozwalają przyśpieszyć pożądane zmiany w zakresie opieki zdrowotnej. Przyczyniają się do jej szybszej cyfryzacji – mówi Kees Wesdorp, szef Dywizji Diagnostyki w firmie Philips.

Cyfrowe rozwiązania i innowacje medyczne wspierają walkę z koronawirusem i w realiach przeciążonej służby zdrowia niemal z dnia na dzień weszły do powszechnego zastosowania. Przykładami są chociażby telemedycyna, telemetria i zdalny monitoring, który za pomocą inteligentnych, przenośnych urządzeń pozwala kontrolować stan pacjentów zarażonych COVID-19 nawet w ich domach, bez angażowania personelu medycznego.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Deloitte wśród kadry kierowniczej placówek ochrony zdrowia i szpitali jeszcze przed pandemią, telemedycyna i zdalna ochrona zdrowia to najistotniejszy kierunek rozwoju branży medycznej. Połowa kadry zarządzającej uważała, że do 2040 roku przynajmniej 25 proc. zabiegów ambulatoryjnych, profilaktyki, opieki długofalowej i usług wellbeing będzie już świadczona zdalnie (raport Deloitte „The future of virtual health”). Ponadto, jak pokazują dane płynące z raportu „Future Health Index 2020”, nowe technologie mają nie tylko wpływ na usprawnienie opieki medycznej nad pacjentem, ale przekładają się także na zwiększenie satysfakcji z wykonywanej pracy wśród przedstawicieli personelu medycznego, którzy wyraźnie podkreślają, że mogą one znacząco polepszyć ich doświadczenia zawodowe. 76 proc. ankietowanych zgadza się, że cyfrowe technologie mogą zmniejszyć obciążenie wywołane ilością obowiązków służbowych, a 60 proc. spodziewa się, że przyczynią się do zmniejszenia u nich poziomu stresu związanego z pracą.

Wśród technologii, które będą mieć kluczowe przełożenie na branżę medyczną, ekspert Philipsa wymienia m.in. rozwiązania usprawniające przepływ pracy między personelem medycznym i te bazujące na sztucznej inteligencji.

– Oferowane przez nas rozwiązania wspierające opiekę nad  chorymi wymagającymi hospitalizacji  pozwalają zdalnie przygotowywać pacjentów do wizyty w szpitalu, dzięki czemu pojawiają się we wskazanym czasie bezpośrednio u lekarza prowadzącego, co redukuje konieczność czekania w często przepełnionych poczekalniach, a tym samym narażenia na zakażenie. Ma to szerokie zastosowanie zwłaszcza w przypadku zabiegów planowych. Przykładem może być choćby opracowane przez nas tzw. Radiology Operations Command Center, pozwalające doświadczonym radiologom kontaktować się zdalnie z personelem znajdującym się w położonej w innym miejscu pracowni diagnostycznej, instruując go, pomagając mu usprawnić procedury, poprawić wydajność pracy oddziału i lepiej wykorzystywać różnego rodzaju sprzęt i zasoby, a także zwiększyć liczbę obsługiwanych pacjentów – wymienia Kees Wesdorp.

Jak podkreśla, Philips zamierza w kolejnych latach skupić się m.in. na rozwijaniu i wprowadzaniu innowacji w segmencie inteligentnych systemów diagnostycznych.

– Precyzyjna diagnostyka to nie tylko wykonanie badania, interpretacja wyników i stwierdzenie choroby, ale przede wszystkim narzędzie służące do analizy pełnego obrazu stanu zdrowia pacjenta, które wykorzystując modelowanie predyktywne, pomaga lekarzowi wybrać najlepszy kierunek opieki dla tego konkretnego pacjenta – wskazuje.

Także same urządzenia medyczne są istotnym obszarem innowacji. Przykładowo w rezonansie magnetycznym skrócenie czasu badania mogłoby pozwolić na zwiększenie dostępności badania dla  większej liczby pacjentów. Rozwiązanie Compressed Sense Philips pozwala skrócić czas tego badania o 50 proc. bez uszczerbku dla jakości obrazu. Ma to ogromny wpływ na liczbę pacjentów przyjmowanych przez pracownie rezonansu magnetycznego.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania Deloitte – przeprowadzonego na potrzeby raportu „Winning in the future of medtech” – zdaniem 80 proc. ekspertów z rynku medycznego znaczący wkład w rozwój medycyny przyszłości wniesie sztuczna inteligencja (SI). Dalej znalazły się też robotyka (53 proc.) i nanotechnologia (47 proc.). Eksperci podkreślają jednak, że wdrażanie innowacji w systemach ochrony zdrowia wymaga zaangażowania i współpracy nie tylko po stronie firm technologicznych, lecz także środowiska akademickiego, naukowców i państwa.

– Wsparcie państwa w zakresie innowacyjności jest potrzebne na każdym etapie – zarówno finansowania, jak i wdrażania nowych technologii. Wszystkie kraje, które uważają się za innowacyjne, wspierają swoich naukowców na różnych etapach zaawansowania ich projektów. Przykładowo Izrael czy Stany Zjednoczone, które są postrzegane jako kraje najbardziej innowacyjne, przeznaczają rokrocznie olbrzymie pieniądze na inwestycje w badania i rozwój – mówi prezes Agencji Badań Medycznych.

Jak podkreśla, mówiąc o innowacjach w medycynie, nie można pominąć kwestii prac nad nowymi cząsteczkami i lekami.

Polacy coraz częściej kupują online dekoracje do domu i produkty remontowe. Ten trend będzie rósł w siłę

Produkty z segmentu remontu, wykończenia i wyposażenia domu są coraz chętniej kupowane przez internet. W okresie pierwszego lockdownu sklepy z taką ofertą notowały nawet kilkukrotnie wyższą sprzedaż. – Trend ten nie odwróci się nawet po ustaniu pandemii – ocenia Paweł Stefaniak z sieci Bricomarché. Tym bardziej że pojawia się coraz więcej opcji dostawy – nawet wielkogabarytowych produktów.

– W ostatnich latach zakupy online cieszą się coraz większym zainteresowaniem klientów. Pandemia COVID-19 jest kolejnym czynnikiem, który znacznie przyczynił się właśnie do zwiększenia popularności e-commerce’u, i dotyczy to również produktów dla domu i ogrodu, niezbędnych podczas remontu czy wykończenia wnętrz. W tym roku zanotowaliśmy bardzo duży wzrost sprzedaży online, szczególnie w marcu i w kwietniu. Wprowadzenie obostrzeń przekierowało klientów na ten kanał zakupowy – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Stefaniak, dyrektor handlowy Bricomarché.

Z raportu Gemius z wiosny br. wynika, że 24 proc. internautów kupuje online materiały budowlane i wykończeniowe. Nieco częściej deklarują to mężczyźni niż kobiety (27 proc. vs. 22 proc.). Z kolei meble i artykuły do wystroju wnętrz w internecie kupuje 39 proc. kobiet i 31 proc. mężczyzn. Ten segment jest też najczęściej wymieniany w odpowiedzi na pytanie o kategorię produktów, które internauci będą kupować online w przyszłości.

Wnioski te potwierdza także badanie sieci Bricomarché „Zwyczaje remontowe Polaków”. 70 proc. ankietowanych poszukuje tego typu produktów w internecie. Wielu klientów uważa sieć za główne źródło informacji o dostępnych produktach i cenach. Co trzeci ponownie ogląda je i kupuje w sklepach stacjonarnych. Prawie 17 proc. cały proces zakupu realizuje online.

– Liczba transakcji w tym kanale dystrybucji w czasie pandemii się potroiła. Późniejsze zniesienie częściowych obostrzeń w dużej mierze spowodowało powrót klienta do tradycyjnej formy zakupów, bo sklepy stacjonarne są niezmiennie głównym miejscem zakupów – podkreśla dyrektor handlowy Bricomarché. – Sprzedaż online jest bardzo dobrze rozwijającym się kanałem dystrybucji. Co prawda nie stanowi w tej chwili aż takiego dużego udziału w sprzedaży produktów dom i ogród, ale w perspektywie kilku lat nabierze dużo większego znaczenia.

Z badania „Zwyczaje remontowe Polaków” wynika, że na materiały budowlane i dekoracyjne Polacy wydają średnio miesięcznie ponad 465 zł. Nieco ponad 20 proc. badanych przeznacza na tego typu produkty powyżej 500 zł miesięcznie. Blisko połowa wszystkich wydatków przeznaczana jest na zakupy online. Zdaniem eksperta Bricomarché ten udział będzie stopniowo rosnąć.

Na kanał online decydują się zwłaszcza badani pomiędzy 35. a 59. rokiem życia. To głównie osoby, które są bardzo aktywne zawodowo, dla których zakup przez internet to duża oszczędność czasu – mówi Paweł Stefaniak.

Jak podkreśla, przy wyborze konkretnego sklepu online duże znaczenie dla klientów mają koszty i opcje dostawy. Najczęściej wybierane są specjalne boksy (ten sposób wskazało 69 proc. ankietowanych) oraz usługi firm kurierskich (67 proc). Pierwsze rozwiązanie wybierają głównie osoby młode, natomiast drugie klienci należący do starszych segmentów wiekowych.

Udostępniliśmy usługę dostaw za pośrednictwem firmy kurierskiej, co było swoistym uzupełnieniem wcześniejszej oferty odbioru zakupionego towaru w usłudze click & collect w sklepach lub Bricomatach – wyjaśnia dyrektor handlowy sieci.

Specjalne boksy są coraz popularniejszą opcją odbioru ze względu na to, że są dostępne przez całą dobę. 80 proc. badanych uważa, że taka możliwość to atrakcyjne rozwiązanie. Sieć udostępnia dziś 24 Bricomaty, a do końca przyszłego roku mają one stanąć przy każdym supermarkecie.

Można w nich odebrać także towary o dużych gabarytach, takie jak płyta OSB czy drzwi, co jest unikatowe w tego typu rozwiązaniach – mówi Paweł Stefaniak. – Towar można odebrać w dowolnym dniu czy godzinie, również w dni wolne od handlu oraz poza godzinami otwarcia sklepów.