Rynek tłumaczeń wchodzi w erę AI. Przetrwają specjaliści, audytorzy i tłumacze przysięgli

Sztuczna inteligencja stała się jednym z najważniejszych czynników zmieniających rynek tłumaczeń. Nie oznacza to jednak prostego końca zawodu tłumacza. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz głębokiej przebudowy branży: część prostych zleceń zostanie przejęta przez narzędzia automatyczne, a większą wartość zyskają specjalizacje wymagające odpowiedzialności, wiedzy eksperckiej i kontroli jakości.

Z analizy opublikowanej przez Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl wynika, że globalny rynek usług językowych w 2025 roku nadal rośnie, ale jednocześnie zmienia się jego struktura. Według szerokich szacunków jego wartość może wynosić około 71–72 mld USD, natomiast węższe ujęcia, takie jak raport Slatora, wskazują na około 31,7 mld USD. Różnica wynika z odmiennego zakresu rynku: jedne opracowania wliczają tłumaczenia pisemne, ustne, lokalizację, napisy, dubbing i technologie językowe, inne obejmują tylko część tych usług. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Rynek rośnie, ale tradycyjne tłumaczenia tanieją

Największy paradoks obecnej zmiany polega na tym, że świat tłumaczy coraz więcej treści, ale niekoniecznie płaci więcej klasycznym tłumaczom. Automatyzacja sprawia, że koszt pierwszej wersji przekładu spada. Klient, który jeszcze kilka lat temu zamawiał tłumaczenie od podstaw, dziś coraz częściej przychodzi z tekstem wygenerowanym przez system AI i oczekuje jedynie weryfikacji.

W praktyce oznacza to przesunięcie wartości z samego przekładu na kontrolę jakości. Tłumacz coraz częściej staje się redaktorem, postedytorem, audytorem językowym i specjalistą od ryzyka. Jego zadaniem nie jest już tylko przełożenie zdań z jednego języka na drugi, ale ocena, czy tekst jest poprawny terminologicznie, prawnie, kulturowo i biznesowo.

Według przywoływanej analizy Europa pozostaje jednym z kluczowych rynków usług językowych, przede wszystkim ze względu na wielojęzyczność Unii Europejskiej, dużą liczbę firm międzynarodowych i rozbudowany obrót dokumentami prawnymi, urzędowymi, technicznymi oraz finansowymi. Polski rynek jest natomiast silnie rozdrobniony: działa na nim około 1,5 tys. profesjonalnych biur tłumaczeń, około 11 tys. tłumaczy przysięgłych oraz znaczna grupa freelancerów. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Które tłumaczenia są najbardziej zagrożone?

Największą presję odczuwają segmenty, w których tekst jest powtarzalny, prosty i mało ryzykowny. Dotyczy to przede wszystkim tłumaczeń ogólnych, opisów produktów, prostych dokumentów firmowych, FAQ, e-maili biznesowych czy podstawowej lokalizacji interfejsów. W takich przypadkach AI często generuje tekst wystarczająco dobry do szybkiego użytku wewnętrznego.

Wysokie ryzyko dotyczy również części tłumaczeń technicznych, zwłaszcza wtedy, gdy terminologia jest ustandaryzowana, a dokumentacja ma powtarzalną strukturę. Podobny proces widać w napisach i tłumaczeniach audiowizualnych, gdzie systemy automatyczne coraz częściej przygotowują pierwszy szkic napisów, a człowiek poprawia błędy.

Znacznie odporniejsze pozostają tłumaczenia prawne, medyczne, farmaceutyczne, kliniczne, literackie, przysięgłe oraz konferencyjne. W tych obszarach błąd może mieć konsekwencje prawne, finansowe, zdrowotne lub reputacyjne. Im wyższy koszt pomyłki, tym większa wartość człowieka w procesie tłumaczeniowym.

Postedycja staje się nowym standardem

Jednym z najważniejszych zjawisk jest rozwój postedycji tłumaczeń maszynowych, czyli MTPE. Polega ona na tym, że pierwszy przekład przygotowuje system, a następnie tłumacz sprawdza tekst, poprawia błędy i doprowadza go do jakości wymaganej przez klienta.

Problem polega na tym, że postedycja nie zawsze jest prostsza niż tłumaczenie od podstaw. Przy tekstach specjalistycznych, medycznych, prawnych lub kreatywnych sprawdzanie błędów AI bywa czasochłonne, ponieważ tekst maszynowy może wyglądać poprawnie, ale zawierać subtelne błędy znaczeniowe. Dlatego oczekiwanie dużych rabatów tylko dlatego, że użyto narzędzia AI, coraz częściej spotyka się ze sprzeciwem tłumaczy.

W analizie 123tlumacz.pl wskazano, że typowe stawki za postedycję są niższe niż za klasyczne tłumaczenia, ale różnica nie zawsze odpowiada realnemu nakładowi pracy. To jeden z głównych punktów napięcia między klientami, biurami tłumaczeń i freelancerami. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Ilu tłumaczy może wypaść z rynku?

Nie da się wiarygodnie wskazać jednej liczby osób, które stracą pracę do 2030 roku. Zawód tłumacza obejmuje wiele specjalizacji, a dane o freelancerach są niepełne. Część osób formalnie nie straci pracy, ale utraci znaczną część zleceń lub będzie zmuszona do zmiany profilu zawodowego.

Można jednak mówić o trzech scenariuszach. W wariancie ostrożnym 20–30% tłumaczy może stracić znaczną część zleceń lub wyjść z zawodu. W scenariuszu umiarkowanym problem może dotyczyć 40–55% osób pracujących głównie w segmencie tłumaczeń ogólnych. W wariancie pesymistycznym presja AI mogłaby doprowadzić do odpływu nawet 60–75% tłumaczy z najbardziej podatnych segmentów rynku.

Najbardziej narażeni są tłumacze ogólni, osoby wykonujące proste tłumaczenia techniczne oraz freelancerzy bez wyraźnej specjalizacji. Najlepsze perspektywy mają natomiast tłumacze medyczni, farmaceutyczni, prawniczy, przysięgli, literaccy, konferencyjni oraz specjaliści od rzadkich par językowych.

Kto przetrwa zmianę?

Największe szanse będą mieli tłumacze, którzy potrafią połączyć kompetencje językowe z wiedzą branżową. Sama znajomość języka przestaje być wystarczającym wyróżnikiem, ponieważ pierwszy szkic tekstu może dziś przygotować narzędzie automatyczne. Wartością staje się umiejętność rozpoznania, czy ten szkic jest bezpieczny, zgodny z terminologią i odpowiedni dla konkretnego kontekstu.

Do najbardziej przyszłościowych specjalizacji należą tłumaczenia dla life sciences, badań klinicznych, farmacji, prawa, finansów, energetyki, technologii, administracji publicznej i dokumentacji technicznej związanej z bezpieczeństwem produktu. Rosnąć będzie również znaczenie audytu tłumaczeń AI, kontroli jakości, zarządzania terminologią oraz walidacji tekstów generowanych automatycznie.

Nowe role zawodowe mogą obejmować postedytora, audytora tłumaczeń AI, konsultanta terminologicznego, specjalistę Language QA, lokalizatora kulturowego czy eksperta od wdrażania narzędzi językowych w firmach. To nadal będą zawody językowe, ale mniej oparte na mechanicznym przekładzie, a bardziej na wiedzy, ocenie i odpowiedzialności.

Biura tłumaczeń także muszą zmienić model działania

Zmiana dotyczy nie tylko freelancerów. Biura tłumaczeń, które działały głównie jako pośrednicy między klientem a tłumaczem, mogą stracić część przewagi. Klienci korporacyjni coraz częściej będą wdrażać własne systemy AI albo korzystać z platform typu Translation as a Service.

Przetrwają przede wszystkim te biura, które zaoferują wartość dodaną: specjalizację, bezpieczeństwo danych, zgodność z procedurami, kontrolę jakości, audyt, obsługę dużych projektów i odpowiedzialność za proces. Szczególnie ważne będą sektory regulowane, w których klient nie może pozwolić sobie na niekontrolowane użycie publicznych narzędzi AI.

Znaczenia nabiorą także systemy TMS, bazy terminologiczne, prywatne modele tłumaczeniowe, automatyzacja zarządzania projektami i dokumentowalna ścieżka kontroli jakości. Biuro tłumaczeń przyszłości będzie bardziej firmą technologiczną i compliance’ową niż tradycyjnym punktem przekazywania plików między klientem a tłumaczem.

Tłumaczenia przysięgłe pozostają bardziej odporne

Szczególnym segmentem są tłumaczenia przysięgłe. Ich odporność na automatyzację wynika nie tylko z trudności językowych, ale przede wszystkim z przepisów prawa. Tłumaczenie poświadczone wymaga osoby posiadającej uprawnienia, podpisu, pieczęci lub odpowiedniego uwierzytelnienia elektronicznego.

AI może wspierać pracę tłumacza przysięgłego, ale nie może samodzielnie ponosić odpowiedzialności za dokument. Sądy, urzędy, uczelnie, ZUS, prokuratura czy instytucje publiczne nadal będą wymagały tłumaczeń wykonanych i poświadczonych przez osobę uprawnioną. Dlatego ten segment może zmieniać narzędzia pracy, ale nie zostanie łatwo zastąpiony przez automatyzację.

Cyfryzacja może natomiast zmienić formę uwierzytelnienia. Coraz większą rolę może odgrywać podpis kwalifikowany i elektroniczny obieg dokumentów. Nie oznacza to jednak zniesienia wymogu odpowiedzialności zawodowej tłumacza.

Lata 2025–2030 będą okresem selekcji

Najbliższe lata prawdopodobnie przyniosą podział rynku na dwa światy. Pierwszy to segment masowy, niskomarżowy, oparty na automatyzacji, szybkiej realizacji i ograniczonej ingerencji człowieka. Drugi to segment premium, w którym liczy się specjalizacja, odpowiedzialność, bezpieczeństwo danych i jakość.

W 2025 roku branża weszła w fazę przyspieszonej transformacji. W 2026 roku presja na tłumaczy ogólnych i małe biura bez specjalizacji będzie rosnąć. W kolejnych latach coraz wyraźniejszy stanie się podział między usługami prostymi, obsługiwanymi przez AI, a usługami eksperckimi, w których człowiek nadal pozostanie kluczowy.

Do 2030 roku klasyczne tłumaczenie od podstaw może stać się usługą bardziej niszową, zarezerwowaną dla tekstów wymagających wysokiej jakości, kreatywności, odpowiedzialności lub szczególnej wiedzy. Nie oznacza to końca zawodu, ale oznacza koniec dawnego modelu pracy.

Wnioski dla tłumaczy i klientów

Dla tłumaczy najważniejszy wniosek jest prosty: nie warto konkurować z AI w obszarach, w których technologia jest szybka, tania i wystarczająca. Znacznie rozsądniejszą strategią jest rozwijanie specjalizacji, znajomości branży, kompetencji technologicznych i umiejętności kontroli jakości.

Dla klientów oznacza to konieczność większej świadomości. AI może być użytecznym narzędziem, ale nie każde tłumaczenie nadaje się do automatyzacji. W dokumentach prawnych, medycznych, technicznych, finansowych czy urzędowych pozornie poprawny tekst może zawierać błąd, którego konsekwencje będą dużo droższe niż profesjonalna weryfikacja.

Rynek tłumaczeń nie znika. Znika natomiast proste przekonanie, że tłumaczenie polega wyłącznie na przełożeniu słów z jednego języka na drugi. W nadchodzących latach przewagę zyskają ci, którzy potrafią połączyć język, technologię, wiedzę ekspercką i odpowiedzialność za efekt końcowy.

Źródło: opracowano na podstawie analizy „Rynek tłumaczeń 2025–2030: kto przetrwa rewolucję AI?” opublikowanej przez Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Creotech Quantum ustalił cenę emisyjną akcji serii D na 232 zł

Creotech Quantum, notowana na GPW polska spółka rozwijająca i komercjalizująca technologie kwantowe, ustalił cenę emisyjną akcji serii D w wysokości 232 zł. Spółka emituje 350.000 akcji zwykłych na okaziciela serii D, wielkość oferty wyniesie 81,2 mln zł brutto. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na realizację strategii rozwoju spółki oraz wejście w fazę jej dynamicznego wzrostu, w szczególności poprzez umożliwienie realizacji szerszego zakresu inicjatyw strategicznych, obejmujących potencjalne projekty rozwojowe i inwestycyjne, które mogą pojawiać się w toku jej dalszej działalności. Spółkę w procesie wspiera cc group jako doradca IR i finansowy, a koordynatorem oferty jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A.

Z sukcesem zakończyliśmy proces przyspieszonej budowy księgi popytu, który potwierdził bardzo duże zainteresowanie inwestorów naszą ofertą. Osiągnięty, 4,51% poziom premii względem rynku (liczony jako stosunek osiągniętej ceny emisyjnej do średniej ceny ważonej wolumenem obrotu (tzw. VWAP) od momentu debiutu)  pokazuje, że emisja została dobrze przyjęta i odzwierciedla zaufanie do naszej długoterminowej strategii rozwoju. Pozyskane środki z emisji akcji pozwolą nam przyspieszyć realizację kluczowych projektów B+R, rozwój technologii kwantowych oraz dalszą komercjalizację systemów QKD. Jednocześnie wzmocnią nasz potencjał  ekspansji zagranicznej, realizacji potencjalnych przejęć podmiotów komplementarnych technologicznie oraz udziału w większych przetargach i projektach, które mogą istotnie przyspieszyć rozwój spółki i zwiększyć jej skalę działalności – komentuje dr Anna Kamińska, Prezes Zarządu Creotech Quantum S.A.

W dniach 11–13 maja 2026 r. Creotech Quantum S.A. przeprowadziła proces przyspieszonej budowy księgi popytu. Oferta objęcia łącznie 350.000 akcji zwykłych na okaziciela serii D skierowana była do wybranych inwestorów kwalifikowanych, nie więcej niż 149 osób fizycznych lub prawnych niebędących inwestorami kwalifikowanymi oraz inwestorów nabywających akcje o wartości co najmniej 100.000 EUR na inwestora. Cena emisyjna akcji serii D została ustalona na 232 zł.

Pozyskane środki spółka planuje przeznaczyć na dalszy rozwój działalności badawczo-rozwojowej oraz rozbudowę organizacji, kontynuując jednocześnie współfinansowanie projektów realizowanych m.in. dla Komisji Europejskiej i ESA. Creotech Quantum koncentrować się będzie przede wszystkim na rozwoju nowej generacji systemów kwantowej dystrybucji klucza (QKD), detektorów pojedynczych fotonów, odbiorników dla optycznych stacji naziemnych, a także rozwiązań z obszaru bezpieczeństwa kosmicznego i elektroniki dla procesorów kwantowych. Równolegle spółka planuje inwestycje we wzmocnienie infrastruktury bezpieczeństwa, rozwój zaplecza inżynieryjnego oraz zwiększenie zdolności integracyjnych i testowych.

Pozostałe środki mają wesprzeć rozwój działalności komercyjnej, wdrożenia i sprzedaż produktów, w tym pierwszego systemu QKD, zwiększenie zdolności produkcyjnych, wzmocnienie kompetencji w obszarze sprzedaży i marketingu, w tym aktywny udział w kluczowych wydarzeniach branżowych oraz ekspansję zagraniczną.

Spółka nie wyklucza również możliwości przejęć lub częściowych przejęć podmiotów komplementarnych technologicznie lub biznesowo, które mogłyby przyczynić się do przyspieszenia rozwoju działalności, poszerzenia kompetencji oraz wzmocnienia pozycji rynkowej Creotech Quantum. Pozyskane z emisji środki zwiększają możliwości spółki w tym zakresie oraz umożliwiają udział w większych przetargach wymagających zapewnienia płynności finansowej.

Kurs dolara czeka na sygnał z Fed. Warsh zaczyna kadencję w trudnym momencie

Najnowsze publikacje ze Stanów Zjednoczonych o dynamice cen producentów i zmianach zapasów paliw znacząco odbiegły od rynkowych oczekiwań. Nowa rzeczywistość okaże się wymagającym testem dla nowego szefa FED. W trakcie szczytu w Pekinie eurodolar oscyluje przy 1,17 USD, za to złoty się umacnia.

Krajobraz coraz gorszy

Wczorajsze publikacje ze Stanów Zjednoczonych powinny choć trochę zwrócić uwagę prezydenta największej gospodarki globu, który aktualnie znajduje się w Pekinie. Po skoku inflacji konsumenckiej w USA otrzymaliśmy jeszcze wyższą zwyżkę cen producentów. Inflacja PPI zgodnie z oczekiwaniami miała wzrosnąć z 4,3% r/r do 4,9% r/r. Odczyt znalazł się na poziomie 6% r/r i nie jest jedyną wartością, która powinna dawać do myślenia. PPI bazowe (bez cen energii i żywności) to 5,2% r/r, a konsensus mówił o zmianie z 4% r/r do 4,3% r/r. Tłumaczenia tych zaskakujących wzrostów nie da się przypudrować zestawieniem miesięcznym, gdyż tam również odnotowano niemałe zwyżki. Ceny producentów porównywane do poziomów z marca wzrosły o 1,4%, mimo że oczekiwano 0,5%. Czy to koniec złych wieści? No nie. Późniejszym popołudniem poznaliśmy tygodniowe zmiany zapasów paliw. Mimo oczekiwanego ograniczenia dynamiki spadku rezerw ropy z -2,31 mln baryłek do -1,6 mln baryłek oraz utrzymania -2,5 mln baryłek benzyny najnowszy raport wyraźnie zaskoczył na minus, wskazując odpowiednio -4,3 mln baryłek i prawie -4,1 mln baryłek.

Test Warsha

Trzeba przyznać, że moment przejęcia stanowiska przez nowego szefa FED nie jest najszczęśliwszy. Ceny konsumentów i producentów wyglądają na wymykające się spod kontroli. Trzycyfrowe notowania ropy nie napawają optymizmem, a rezerwy paliw spadają, mimo zwiększania wydobycia przez USA. Do tego gołębie oczekiwania prezydenta, który  wobec poprzednika nie wahał się ani rzucać oszczerstw, ani grozić pozwem, ani wszcząć federalnego dochodzenia w sprawie kosztów remontu siedziby FED. Choć Kevin Warsch podczas przesłuchań zastrzegał, że będzie stać na straży niezależności Rezerwy Federalnej, to prawdziwy test przyjdzie podczas pierwszych posiedzeń FOMC. Dziś wiemy, że Senat USA zagłosował za jego nominacją stosunkiem głosów 54 do 45. Czy Kevin okaże się mniej stanowczy niż jego poprzednik? Moim zdaniem to pytanie zadają sobie dziś rynki, co, oprócz wyczekiwania na rezultaty spotkań w Pekinie, ogranicza umocnienie dolara, który powinien zyskiwać chociażby na skutek wczorajszych danych inflacyjnych. Od wczoraj kurs EUR/USD nie może trwale pokonać wsparcia 1,17 USD, pozostając powyżej tego poziomu w czwartkowe południe.

Powrót PLN

Dziś złoty kontynuuje odrabianie strat z początku tygodnia. Kurs EUR/PLN wraca poniżej 4,24 PLN, USD/PLN to 3,62 PLN, GBP/PLN oscyluje przy 4,89 PLN, a CHF/PLN to 4,63 PLN. Umocnienia krajowej waluty nie zakłócają delikatne spadki PKB. Zgodnie z wstępnymi danymi w I kwartale 2026 roku krajowa gospodarka rozwijała się w tempie 3,4% r/r (poprzednio 3,7% r/r) i 0,5% k/k (poprzednio 1% k/k). Zniżki, choć zauważalne, to i tak pozostawiają dynamikę wzrostu na przyzwoitych poziomach, zwłaszcza jeżeli porównamy je do innych państw unijnych. Dodatkowo krajowa waluta wspierana jest jastrzębią narracją płynącą z RPP, której kolejny członek wskazał na większe prawdopodobieństwo podwyżki, niż obniżki kosztu pieniądza do końca roku. To m. in. dzięki temu PLN pozostaje dziś silny nawet do funta, za którym stoją dobre dane. Na Wyspach, mimo prognozowanego spadku, odnotowano wzrost PKB za marzec z 1% r/r do 1,2% r/r. Dodatkowo przetwórstwo przemysłowe wróciło na dodatnie poziomy. Nienajgorsze dane nie pomagają jednak brytyjskiej walucie, której w tym tygodniu wyraźnie ciąży polityka. Rozczarowujący wynik laburzystów w wyborach samorządowych stawia pod znakiem zapytania stabilność rządu premiera Starmera.

AI i chmura stają się fundamentem nowoczesnej ochrony zdrowia

Rynek sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia rośnie w tempie, które jeszcze kilka lat temu było trudne do wyobrażenia. Według MarketsandMarkets jego wartość wzrośnie z 21,6 mld USD w 2025 r. do 110,6 mld USD w 2030 r., co oznacza średnioroczny wzrost na poziomie 38,6%. Długoterminowe prognozy są jeszcze bardziej ambitne – Fortune Business Insights wskazuje, że do 2034 r. rynek AI w medycynie może zbliżyć się do poziomu 1 bln USD.

AI zmienia sposób diagnozowania i leczenia

Dynamiczny rozwój obejmuje zarówno diagnostykę obrazową, analizę danych pacjentów, jak i systemy wspomagania decyzji klinicznych. AI coraz wyraźniej przestaje być technologicznym dodatkiem, a zaczyna pełnić rolę jednego z kluczowych filarów systemów ochrony zdrowia.

Wpływ sztucznej inteligencji na praktykę medyczną jest już mierzalny. Badania publikowane m.in. w BMJ Quality & Safety oraz analizach Harvard School of Public Health wskazują, że systemy wspierające decyzje kliniczne mogą ograniczyć liczbę błędów medycznych o ok. 27%. Jednocześnie, jak wynika z analiz McKinsey & Company, czas diagnozy skraca się średnio o 20-22%, co ma bezpośrednie przełożenie na skuteczność leczenia.

W wybranych obszarach, takich jak analiza obrazów medycznych, algorytmy osiągają skuteczność na poziomie ok. 94%, przewyższając średnią skuteczność lekarzy wynoszącą ok. 88% – wynika z publikacji w Nature Medicine oraz Lancet Digital Health. W praktyce AI nie zastępuje specjalistów, ale staje się narzędziem zwiększającym precyzję i szybkość podejmowania decyzji.

Chmura fundamentem rozwoju technologicznego sektora opieki zdrowotnej

Rozwój sztucznej inteligencji w medycynie jest ściśle powiązany z transformacją infrastrukturalną sektora. Rynek chmury w ochronie zdrowia ma wzrosnąć z 54,7 mld USD w 2025 r. do 93,4 mld USD w 2030 r. – wynika z danych MarketsandMarkets i Grand View Research – a w dłuższej perspektywie osiągnąć ok. 275 mld USD w 2034 r., według prognoz Precedence Research.

To właśnie środowiska chmurowe umożliwiają skalowanie mocy obliczeniowej, integrację danych oraz wdrażanie zaawansowanych modeli AI. Według Gartnera już ponad 70% nowych rozwiązań digital health powstaje w modelu cloud-first.

Bez odpowiedniej infrastruktury i mocy obliczeniowej nie ma mowy o skalowaniu AI w medycynie. Kluczowe jest nie tylko przetwarzanie danych, ale też ich bezpieczeństwo i zgodność z regulacjami, które w sektorze zdrowia są szczególnie restrykcyjne – mówi Piotr Czernichowski, Business Development Manager w Polcom. – Zmiana ta dotyczy nie tylko technologii, ale całej architektury systemów zdrowotnych – od elektronicznej dokumentacji medycznej, przez telemedycynę, po platformy analityczne i systemy wspierające decyzje kliniczne – dodaje.

Dane jako kluczowy zasób system ochrony zdrowia

Rosnące inwestycje i szybkie tempo adopcji technologii sprawiają, że sektor ochrony zdrowia staje się jednym z głównych beneficjentów rozwoju AI. Jednocześnie rośnie znaczenie danych – ich jakości, dostępności i bezpieczeństwa – jako kluczowego zasobu w procesie leczenia.

W sektorze ochrony zdrowia kontrola nad informacjami staje się kluczowym wyzwaniem. Mówimy o danych o szczególnie wysokim poziomie wrażliwości, dlatego organizacje coraz częściej poszukują rozwiązań, które zapewniają ich przetwarzanie w bezpiecznym, w pełni kontrolowanym środowisku. W odpowiedzi na te potrzeby coraz większą rolę odgrywa właśnie chmura obliczeniowa — oferująca nie tylko wysoki poziom bezpieczeństwa i zgodności regulacyjnej, ale także skalowalność oraz elastyczność niezbędną do rozwoju nowoczesnych usług medycznych. Inwestycja w chmurę i AI w ochronie zdrowia jest często postrzegana przez pryzmat kosztu wdrożenia. Tymczasem właściwe pytanie brzmi: ile kosztuje brak tej infrastruktury? Przestój systemu, utrata danych, niespełnienie wymogów regulacyjnych – to realne ryzyka finansowe, które wielokrotnie przewyższają koszt nowoczesnego, bezpiecznego środowiska. Organizacje, które patrzą na chmurę wyłącznie jako na wydatek IT, pomijają jej strategiczną rolę w utrzymaniu ciągłości działania i zgodności z przepisami – podkreśla ekspert Polcom.

Wraz z tym przesunięciem pojawiają się nowe wyzwania związane z integracją systemów, interoperacyjnością oraz zgodnością z regulacjami dotyczącymi danych medycznych. W najbliższych latach można spodziewać się dalszego przyspieszenia tego trendu. AI będzie coraz głębiej integrowana z codzienną praktyką kliniczną, a decyzje dotyczące inwestycji w technologie i infrastrukturę staną się jednym z kluczowych czynników kształtujących jakość i dostępność opieki zdrowotnej. W efekcie to tempo adaptacji AI – a także zdolność do bezpiecznego zarządzania danymi – może przesądzić o tym, które systemy ochrony zdrowia będą w stanie skutecznie odpowiadać na rosnące potrzeby pacjentów i ograniczenia kosztowe.

Reklasyfikacja marihuany w USA rozgrzała rynek. Akcje konopnych spółek najpierw rosły, potem spadały

W USA doszło do długo oczekiwanej zmiany w polityce wobec marihuany. Administracja Donalda Trumpa ogłosiła wykreślenie marihuany z najbardziej restrykcyjnej kategorii federalnych substancji kontrolowanych. To ważna decyzja dla branży i inwestorów. Nie oznacza jednak, że Stany Zjednoczone zalegalizowały marihuanę rekreacyjną na poziomie federalnym. Do tego droga pozostaje długa i politycznie trudna. Po reklasyfikacji, zgodnie z zasadą „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”, akcje firm z branży najpierw silnie wzrosły, a potem mocno spadły. Ostateczny bilans pozostaje jednak pozytywny, ponieważ cała branża w ostatnim miesiącu zachowywała się lepiej niż amerykański indeks S&P500.

Reklasyfikacja, do której doszło pod koniec kwietnia, polegała na przeniesieniu produktów zatwierdzonych przez FDA oraz marihuany medycznej z kategorii I do kategorii III. W USA substancje kontrolowane są podzielone na pięć grup, od Schedule I, czyli najbardziej restrykcyjnej, do Schedule V, czyli najłagodniejszej. O klasyfikacji decyduje DEA, biorąc pod uwagę m.in. ryzyko nadużywania danej substancji oraz jej możliwe zastosowanie medyczne. W praktyce zmiana oznacza uznanie, że marihuana może mieć zastosowanie w leczeniu. Nie jest już traktowana tak samo jak substancje z Schedule I, które uznaje się za pozbawione wartości medycznej i obarczone wysokim ryzykiem nadużyć. Przeniesienie do Schedule III oznacza łagodniejsze podejście regulacyjne, łatwiejsze prowadzenie badań klinicznych oraz możliwość korzystniejszego rozliczania podatków przez firmy działające w legalnym segmencie medycznym.

Szczególnie ważne jest to, że po przeniesieniu marihuany medycznej z Schedule I do Schedule III firmy z legalnego segmentu medycznego mogą zyskać możliwość normalnego zaliczania wielu wydatków do kosztów uzyskania przychodu. Wcześniej było to niemożliwe i mocno obciążało ich rentowność.

Nie jest to jednak zielone światło dla pełnej legalizacji. Rekreacyjna marihuana pozostaje nielegalna na poziomie federalnym. USA funkcjonują dziś w systemie prawnej mozaiki. Marihuana rekreacyjna jest legalna w 24 stanach, a marihuana medyczna w 42 stanach. To pokazuje skalę zmian społecznych i gospodarczych, ale jednocześnie podkreśla główny problem branży. Prawo stanowe i federalne nadal nie mówią jednym głosem, a czasem pozostają ze sobą sprzeczne.

Najważniejszą kwestią dla branży pozostaje jednak federalna legalizacja, która nadal wydaje się odległa i nieprzesądzona. Co prawda administracja Trumpa sygnalizuje bardziej otwarte podejście do polityki narkotykowej, jednak warto pamiętać, że na federalną legalizację nie zdecydowała się także poprzednia administracja prezydenta Bidena, na co rynek wcześniej bardzo liczył. Federalna legalizacja marihuany rekreacyjnej wymaga szerokiego porozumienia politycznego, ponieważ decyzję musi podjąć Kongres. Polymarket wycenia szanse dalszej zmiany statusu marihuany do końca roku na 25 proc.

Reakcja rynku na reklasyfikację była bardzo gwałtowna. Akcje części spółek po ogłoszeniu decyzji mocno rosły, ale później równie szybko oddały znaczną część wzrostów. To klasyczny przykład rynkowej zasady „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”. Inwestorzy wcześniej częściowo oczekiwali tej decyzji, a po jej publikacji zaczęli analizować nie tylko potencjalne korzyści, lecz także to, czego decyzja wciąż nie rozwiązuje. Jednak dla całej branży efekt pozostaje umiarkowanie pozytywny. Skupiający globalne spółki z tego sektora fundusz ETF Amplify Alternative Harvest ETF (MJ) wzrósł w ciągu ostatniego miesiąca o 11 proc. Choć w okresie ogłoszenia decyzji również obserwowaliśmy najpierw silny wzrost, a później mocne odreagowanie w dół. Akcje związane z konopiami radziły sobie zatem lepiej niż szeroki rynek, ponieważ S&P500 wzrósł w tym czasie o ponad 8 proc. Nie można jednak tych wyników rozpatrywać w oderwaniu od wcześniejszych kilku lat spadków. W ciągu ostatnich trzech lat MJ stracił łącznie 33 proc.

Rynek konopny w USA cały czas rośnie i ma osiągnąć wartość około 47 mld dolarów w 2026 roku. Dzieli się przede wszystkim na dwie grupy firm. Pierwszą są amerykańskie MSO, czyli multi state operators, działające w co najmniej kilku amerykańskich stanach. Do tej grupy należą m.in. Trulieve, Curaleaf, Verano czy Cresco Labs. Drugą grupą są kanadyjskie LP, czyli licensed producers, takie jak Tilray, Canopy Growth, Cronos czy Aurora Cannabis. Są one łatwiejsze do kupienia przez inwestorów, ponieważ częściej notowane są na NASDAQ lub NYSE, ale ich dostęp do rynku amerykańskiego pozostaje ograniczony.

Spółki z branży zmagają się z dużą zmiennością kursów. Im bliżej firma znajduje się samej uprawy i sprzedaży marihuany, tym zwykle większa jest zmienność jej akcji. Dodatkowo wiele spółek konopnych ma małą kapitalizację, co wzmacnia ruchy kursów zarówno w górę, jak i w dół. Branża nadal zmaga się także z ograniczonym dostępem do bankowości, problemami z przechowywaniem aktywów, trudnościami z wejściem na duże giełdy, ograniczoną płynnością części akcji oraz zależnością od przepisów stanowych i federalnych. Dlatego inwestorzy powinni patrzeć nie tylko na polityczne decyzje, ale przede wszystkim na fundamenty.

Reklasyfikacja marihuany medycznej to ważny krok, który może poprawić rentowność części firm oraz ułatwić dalszy rozwój i badania. Najważniejsza perspektywa dla branży to jednak federalna legalizacja, która może pchnąć niszowy biznes do inwestycyjnego mainstreamu. Jednak ta perspektywa pozostaje nadal odległa i niepewna. A branża nadal nie jest rynkiem dla osób o słabych nerwach. Może nagradzać cierpliwych inwestorów, ale wymaga długiego horyzontu, odporności na zmienność i uważnego śledzenia decyzji regulatorów.

Organizacja human-centric w erze AI – jak LM PAY S.A. łączy automatyzację z zaufaniem

W fintechach wyzwaniem nie jest już samo wdrażanie sztucznej inteligencji, ale określenie granicy między automatyzacją a odpowiedzialnością za decyzję. Kluczowe staje się dziś budowanie organizacji, w której technologia zwiększa skalę działania, ale człowiek nadal odpowiada za jakość decyzji, relacje i zaufanie klientów.

W fintechu oznacza to przejście od myślenia o automatyzacji jako celu samym w sobie do modelu, który coraz częściej określany jest jako współpraca człowieka i sztucznej inteligencji w ramach odpowiedzialnego, human-centric biznesu.

Szczególnie widoczne jest to w sektorach, w których decyzje finansowe bezpośrednio wpływają na jakość życia, zdrowie i komfort klientów – takich jak finansowanie usług medycznych, estetycznych czy ubezpieczeniowych.

AI nie zastępuje ludzi – zmienia ich rolę

Współczesny fintech nie powinien funkcjonować w logice pełnej automatyzacji. Rośnie bowiem świadomość, że istnieje wyraźna granica między efektywnością operacyjną a odpowiedzialnością decyzyjną.

Sztuczna inteligencja doskonale radzi sobie z wieloma procesami operacyjnymi, szczególnie tam, gdzie kluczowe są szybkość, powtarzalność i analiza dużych zbiorów danych. Istnieją jednak obszary, w których decyzja nadal wymaga odpowiedzialności człowieka doświadczenia:

  • sytuacje niestandardowe wymagające indywidualnej interpretacji i doświadczenia,
  • decyzje kredytowe o podwyższonym poziomie ryzyka,
  • obsługa klienta w momentach kryzysowych.

Jak podkreśla Jakub Czarzasty, CEO LM PAY S.A.:

„W naszej branży technologia ma olbrzymie znaczenie wtedy, gdy wspiera odpowiedzialne decyzje i realnie poprawia jakość doświadczenia klienta. AI przyspiesza procesy, ale nie zastępuje odpowiedzialności za ich skutki”.

LM PAY jako przykład firmy human-centric

LM PAY S.A. działa w obszarze finansowania usług medycznych i estetycznych, gdzie kluczowym elementem modelu biznesowego jest zaufanie pacjenta i partnera (gabinetu, kliniki).

Właśnie w tym kontekście powstały i funkcjonują rozwiązania takie jak MediRaty i MediPay, które stanowią praktyczne wdrożenie embedded finance w sektorze ochrony zdrowia i usług medycznych.

W tym modelu technologia nie zastępuje relacji – lecz ją wspiera. Kluczowe momenty procesu nadal wymagają zaufania, odpowiedzialności i ludzkiej decyzji.

W praktyce oznacza to wyraźny podział ról:

  • AI przejmuje powtarzalne, operacyjne i analityczne zadania,
  • człowiek odpowiada za decyzje, relacje i wyjątki od reguł.

W finansowaniu usług medycznych ma to szczególne znaczenie – proces może być cyfrowy i szybki, ale finalne zaufanie buduje się w interakcji pomiędzy klientem, placówką i instytucją finansową.

Olga Gójska, Dyrektor Sprzedaży LM PAY S.A. dodaje:

„Nasze rozwiązania finansowe mają zwiększać dostępność usług i upraszczać procesy, jednocześnie zapewniając przewidywalność i stabilność zarówno dla pacjentów, jak i partnerów medycznych”.

Podejście human-centric jako przewaga konkurencyjna

W branży fintech coraz częściej obserwujemy, że:

  • szybkość działania staje się standardem,
  • UX jest warunkiem wejścia na rynek,
  • dostęp do technologii jest powszechny.

W takim środowisku przewaga konkurencyjna przesuwa się w stronę:

  • zaufania,
  • jakości relacji,
  • odpowiedzialności,
  • zdolności łączenia technologii z człowiekiem.

W szczególności w finansowaniu usług medycznych brak elementu ludzkiego w procesie może oznaczać utratę poczucia bezpieczeństwa po stronie pacjenta i partnera.

Fintech przyszłości: infrastruktura zaufania

Ewolucja fintechu prowadzi do zmiany jego definicji. Nie jest to już wyłącznie sektor technologii finansowej, ale coraz częściej infrastruktura zaufania pomiędzy klientem, usługodawcą i instytucją finansową.

Najczęściej dzieje się to w trzech przypadkach:

  • AI odpowiada za skalę i efektywność,
  • człowiek odpowiada za sens, odpowiedzialność i relacje,
  • produkt finansowy staje się elementem szerszego ekosystemu usług.

Human-centric fintech nie oznacza spowolnienia cyfryzacji. Oznacza jej dojrzalszą formę – taką, w której technologia i człowiek nie konkurują ze sobą, ale współtworzą wartość.

Jak pokazuje podejście LM PAY S.A. oraz rozwój rozwiązań takich jak MediRaty (www.mediraty.pl) i MediPay, przyszłość finansowania usług medycznych nie należy do systemów, które zastępują ludzi, ale do tych, które: eliminują tarcie operacyjne i pozwalają ludziom skupić się na tym, co najważniejsze – relacjach i zaufaniu.

Dane z USA zmieniają nastroje. Podwyżki stóp znów stają się realnym scenariuszem

Amerykanie – podobnie jak Chińczycy – pokazali w tym tygodniu dane o inflacji wyraźnie powyżej oczekiwań. Poziomy za oceanem są jednak dużo wyższe, co powoduje, że wraca temat podwyżek stóp procentowych. W tle kapitał ucieka z rynku obligacji.

Inflacja producencka jest problemem

O ile we wtorek byliśmy świadkami odbicia w górę inflacji konsumenckiej, o tyle wczoraj oglądaliśmy wystrzał producenckiej w USA. Ceny wytwórców miały rosnąć o 4,9% w skali roku, a wskaźnik finalnie wyniósł 6%. Pokazuje to, że USA mają fundamentalne problemy w tej sprawie. Przy tak wysokiej presji na producentów należy oczekiwać, że będzie ona prędzej czy później przekładana na użytkownika końcowego. Im wyższa inflacja, tym silniejszy dolar, bo rynki oczekują, że skoro już teraz konsumencka rośnie o 3,8%, to nie ma co czekać na obniżki stóp procentowych. Znacznie bardziej prawdopodobne są podwyżki. Mocniejsza amerykańska waluta pozwoli trochę zamortyzować tę sytuację, bo dobra importowane będą tańsze. Jest to jednak marne pocieszenie dla lokalnych producentów, którzy będą zarabiać mniej, a jednocześnie płacić więcej za życie.

Inflacja w Europie

W ostatnich dniach poznaliśmy wskaźniki dla Francji, Niemiec i Czech. Okazuje się, że w przeciwieństwie do Chin czy Stanów Zjednoczonych, tutaj analitycy się nie pomylili. Inflacja w Niemczech, zgodnie z oczekiwaniami, wyniosła 2,9%. Z kolei Francja pokazała 2,2%, a Czesi 2,5%. Pokazuje to, że Europa znosi obecny kryzys lepiej niż rynek amerykański – przynajmniej pod względem wzrostu cen, który na Starym Kontynencie jest mniej dotkliwy niż za Atlantykiem. Przy obecnym poziomie cen nie ma jeszcze ryzyka podwyżek stóp procentowych w strefie euro. Trzeba jednak pamiętać, że są one na wyraźnie niższym pułapie niż w USA. W rezultacie poziom cen, który będzie wymuszał wzrosty stóp jest niższy, niż za oceanem.

Brak zaufania do złotego

Wczoraj znów oglądaliśmy polskie 10-letnie obligacje z rentownością 5,8%. Powodem jest oczywiście wzrost awersji do ryzyka wśród inwestorów. Dla obywateli nie jest to w sumie najgorsza informacja. Pokazuje to bowiem, że inwestycja w obligacje, będące alternatywą dla lokat bankowych, może przynieść wyższe stopy zwrotu. Z drugiej strony jest jednak sytuacja budżetu państwa. Jako kraj zadłużamy się, emitując obligacje. Jeżeli rynek nie chce kupować ich taniej niż ta wartość, to taki będziemy mieć koszt zadłużania się. W rezultacie obecne zmiany będą problemem dla polskich finansów publicznych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,

14:30 – USA – sprzedaż detaliczna.

The Gentlemen pod lupą badaczy. Wyciek ujawnił kulisy działania jednej z największych grup ransomware

Świat cyberbezpieczeństwa wstrzymał oddech po bezprecedensowym włamaniu do systemów wewnętrznych grupy The Gentlemen, która w 2026 roku wyrosła na drugą najaktywniejszą organizację ransomware na świecie z ponad 400 ofiarami na koncie. Dzięki naruszeniu bazy danych hostingu 4VPS, badacze Check Point Research uzyskali rzadki wgląd w działania operacyjne grupy.

The Gentlemen mimo swojej niszczycielskiej skali, jest zarządzana przez zaledwie dziewięciu operatorów skupionych wokół administratora o pseudonimie zeta88. Ten doświadczony cyberprzestępca, wywodzący się z programu Qilin, stworzył nową potęgę w zaledwie trzy dni, wykorzystując do budowy panelu administracyjnego zaawansowane chińskie modele sztucznej inteligencji, takie jak DeepSeek i Qwen.

Sukces grupy opiera się na agresywnym modelu biznesowym oferującym partnerom aż 90% zysków, co pozwoliło na błyskawiczne przejęcie najbardziej doświadczonych hakerów z konkurencyjnych programów. Ujawnione logi z czatów i negocjacji pokazują bezwzględną skuteczność grupy, która nie tylko automatyzuje ataki, ale w której sam administrator osobiście nadzoruje proces szyfrowania danych u ofiar. Strategia The Gentlemen opiera się na brutalnej eksploatacji niezałatanych urządzeń sieciowych i luk w VPN-ach, takich jak CVE-2024-55591, co pozwala im na błyskawiczne przejęcie kontroli nad domeną i jednoczesne uderzenie we wszystkie punkty końcowe.

Uzyskanie tak szerokiego wglądu w aktywną operację ransomware zdarza się rzadko. To nie są anonimowe postacie działające w cieniu, lecz profesjonaliści posiadający konkretne stanowiska, oczekiwania co do wyników i model przychodowy. Administrator zbudował ich platformę ataku w trzy dni przy użyciu sztucznej inteligencji. Jedno włamanie stało się kluczem do kolejnej ofiary. Mamy do czynienia z przestępczością zorganizowaną o mentalności startupu i specjaliści bezpieczeństwa muszą zacząć ją tak traktować – mówi Eli Smadja, menedżer grupy w Check Point Research.

Szczególnie alarmujący dla liderów biznesu jest przypadek brytyjskiej firmy konsultingowej, której dane posłużyły grupie jako „pomost” do ataku na tureckiego klienta. W ramach wyrafinowanego szantażu hakerzy publicznie oskarżyli Brytyjczyków o bycie ich nieświadomym brokerem dostępu, próbując tym samym skłócić partnerów biznesowych i wymusić drogę sądową między ofiarami. Wg Check Point Research, ten profesjonalny model „biznesowy” pokazuje, że współczesne ransomware to nie tylko złośliwy kod, ale przede wszystkim doskonale zorganizowana i skalowalna machina do zarabiania pieniędzy, wykorzystująca najnowsze zdobycze technologii AI do destabilizacji globalnego rynku.

Duża transakcja na rynku PRS. PZFD: najem instytucjonalny nie odbiera Polakom mieszkań

Planowana finalizacja jednej z największych transakcji na polskim rynku najmu instytucjonalnego ponownie otworzyła dyskusję o roli sektora PRS w mieszkalnictwie. Polski Związek Firm Deweloperskich wskazuje, że ocena tego segmentu powinna opierać się na danych, proporcjach oraz realnych potrzebach mieszkaniowych, a nie wyłącznie na pojedynczych transakcjach.

Po zgodzie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Vantage Development może sfinalizować przejęcie 18 spółek działających na rynku najmu instytucjonalnego. Transakcja obejmuje 5322 gotowe lokale na wynajem w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi. Jej wartość, według wcześniejszych informacji rynkowych, wynosi około 2,4 mld zł.

PRS wciąż stanowi mały fragment rynku mieszkaniowego

PZFD podkreśla, że choć skala transakcji jest istotna dla młodego segmentu najmu instytucjonalnego, jej znaczenie dla całego rynku mieszkaniowego należy oceniać we właściwych proporcjach. Według danych GUS w 2025 roku w Polsce oddano do użytkowania 208,8 tys. mieszkań, z czego deweloperzy przekazali 134,1 tys. lokali.

Dla porównania cały polski sektor najmu instytucjonalnego liczy około 28 tys. mieszkań. Prognozy zakładają, że do 2029 roku może wzrosnąć do ponad 50 tys. lokali. Oznacza to, że mimo dynamicznego rozwoju PRS pozostaje niewielkim dodatkiem do rynku mieszkaniowego, a nie jego dominującym segmentem.

Według różnych szacunków w rękach indywidualnych właścicieli znajduje się obecnie ponad milion mieszkań przeznaczonych na wynajem. Na tym tle najem instytucjonalny odpowiada za około 2 proc. całego rynku najmu i około 0,2 proc. wszystkich mieszkań w kraju.

Deficyt mieszkań pozostaje głównym problemem

PZFD zwraca uwagę, że najważniejszym wyzwaniem pozostaje dostępność mieszkań. Z raportu Habitat for Humanity Poland z 2025 roku wynika, że w Polsce brakuje około 2 mln mieszkań odpowiadających realnym potrzebom społecznym, finansowym i rodzinnym osób poszukujących lokum.

Niedobór mieszkań jest szczególnie widoczny w największych miastach i ich obszarach funkcjonalnych. To tam koncentrują się miejsca pracy, uczelnie, usługi publiczne oraz infrastruktura. W tych lokalizacjach rośnie popyt zarówno na mieszkania kupowane na własność, jak i na stabilną ofertę najmu.

Jednocześnie Polska pozostaje krajem o bardzo wysokim udziale własności mieszkaniowej. Według danych Eurostatu w 2024 roku 68 proc. mieszkańców Unii Europejskiej mieszkało w lokalach własnościowych, podczas gdy w Polsce było to około 86–87 proc. Rozwój PRS nie zmienia więc dominującego modelu mieszkaniowego, ale uzupełnia ofertę tam, gdzie zakup mieszkania nie jest możliwy lub nie odpowiada aktualnym potrzebom.

– Rynek mieszkaniowy powinien odpowiadać na różne potrzeby i etapy życia. Inne potrzeby ma rodzina kupująca pierwsze mieszkanie, inne student, osoba przeprowadzająca się do innego miasta czy cudzoziemiec podejmujący pracę w Polsce. Potrzebujemy zarówno silnego rynku mieszkań na sprzedaż, jak i bezpiecznego, przejrzystego oraz profesjonalnego rynku najmu. Własność pozostaje ważną potrzebą wielu Polaków, ale stabilny najem jest niezbędnym elementem dojrzałego rynku mieszkaniowego – podkreśla Bartosz Guss, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Najem instytucjonalny jako uzupełnienie rynku

Na sytuację mieszkaniową w Polsce coraz silniej wpływają mobilność zawodowa, migracje do największych miast, umiędzynarodowienie rynku pracy i szkolnictwa wyższego oraz zmieniające się modele życia. Według danych ZUS na koniec 2025 roku w Polsce legalnie pracowało i podlegało ubezpieczeniom społecznym blisko 1,29 mln obcokrajowców. W roku akademickim 2024/2025 na polskich uczelniach studiowało 108,6 tys. cudzoziemców.

To grupy, które często potrzebują stabilnego najmu, zanim zdecydują się na zakup mieszkania albo zanim zwiążą się z konkretnym miastem na stałe. Z tej perspektywy PRS może być jednym z elementów zwiększania dostępnej oferty mieszkaniowej.

Najem instytucjonalny nie zastępuje mieszkań własnościowych, najmu prywatnego, mieszkań komunalnych, społecznych ani akademików. Może jednak dostarczać lokale projektowane od początku z myślą o wynajmie, zarządzane profesjonalnie i oferowane na przejrzystych zasadach.

Wysoki poziom wynajęcia pokazuje popyt

Według danych JLL średni poziom wynajęcia mieszkań w sektorze najmu instytucjonalnego wynosi obecnie 95–98 proc. Oznacza to wysokie zainteresowanie profesjonalnie zarządzanymi lokalami na wynajem. Nawet przy dalszym wzroście sektor ten pozostanie jednak niewielką częścią całego rynku.

Prognozowane 50 tys. lokali w PRS odpowiadałoby około 4 proc. dzisiejszego prywatnego rynku najmu oraz około 0,3 proc. całego zasobu mieszkaniowego w Polsce. Zdaniem PZFD pokazuje to, że najem instytucjonalny nie powinien być traktowany jako główna przyczyna problemów mieszkaniowych, lecz jako jeden z elementów uzupełniających ofertę.

– Inwestorzy instytucjonalni odpowiadają na ogromne zapotrzebowanie na wysokiej jakości mieszkania na wynajem, rozwijając profesjonalnie zarządzane projekty PRS, które oferują najemcom stabilne umowy najmu oraz dodatkowe udogodnienia – komentuje Patrick Pospiech z JLL.

PZFD: rozwój PRS należy oceniać w kontekście całego rynku

Polski Związek Firm Deweloperskich wskazuje, że rozwój rynku najmu instytucjonalnego powinien być oceniany w szerszym kontekście: deficytu mieszkaniowego, rosnącej mobilności zawodowej, napływu cudzoziemców oraz potrzeb osób, które nie chcą lub nie mogą kupić mieszkania. Organizacja podkreśla, że pojedyncze duże transakcje mogą wywoływać dyskusję publiczną, ale nie zmieniają struktury całego rynku.

– Warto patrzeć na liczby. Mówimy o segmencie, który jest widoczny medialnie, ale wciąż bardzo mały w skali całego rynku. Jego rozwój nie odbiera Polakom mieszkań. Przeciwnie – zwiększa liczbę dostępnych lokali na wynajem w miastach, w których popyt mieszkaniowy jest największy – podsumowuje Bartosz Guss.

Według PZFD najem instytucjonalny pozostanie niewielkim, ale potrzebnym uzupełnieniem rynku. Jego znaczenie może rosnąć szczególnie w największych miastach, gdzie presja popytowa jest najwyższa, a potrzeby mieszkaniowe są najbardziej zróżnicowane.

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej za 2025 rok. Przedsiębiorcy muszą zdążyć do 20 maja

Tylko do 20 maja przedsiębiorcy mają czas na złożenie rocznego rozliczenia składki zdrowotnej za 2025 rok. Informacje te należy wykazać w deklaracji ZUS za kwiecień i w tym samym terminie uregulować ewentualną niedopłatę. Jeśli z rozliczenia wynika nadpłata, przedsiębiorca może wystąpić o jej zwrot, a środki trafią na wskazany rachunek bankowy najpóźniej do 3 sierpnia 2026 roku.

Roczne rozliczenie muszą złożyć przedsiębiorcy opodatkowani według skali podatkowej, podatkiem liniowym oraz ryczałtem – niezależnie od tego, czy prowadzili działalność przez cały 2025 rok, czy zawiesili ją w jego trakcie. Zwolnienie z tego obowiązku obejmuje m.in. osoby rozliczające się kartą podatkową oraz wspólników spółek komandytowych.

Skala, liniowy, ryczałt: jak rozliczyć składkę zdrowotną za 2025 rok

W przypadku przedsiębiorców rozliczających się według skali podatkowej miesięczna składka zdrowotna wynosi 9 proc. dochodu i jest ustalana na podstawie dochodu z miesiąca poprzedzającego miesiąc, za który jest rozliczana. Nie może być jednak niższa niż kwota odpowiadająca 9% minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w pierwszym dniu roku składkowego.

Rok składkowy dla celów ZUS trwa od 1 lutego do 31 stycznia roku następnego. Oznacza to, że składkę zdrowotną za styczeń 2026 obliczamy jeszcze według zasad ustalonych na luty 2025. Wówczas minimalne wynagrodzenie wynosiło 4 666 zł, a minimalna podstawa wymiaru składki stanowiła 75% tej kwoty, czyli 3 499,50 zł.

W przeliczeniu na konkretne wartości minimalna miesięczna składka zdrowotna na skali podatkowej w roku 2026 wynosi:

  • za styczeń 2026: 314,96 zł (75% × 4 666 zł × 9%),
  • za luty–grudzień 2026: 432,54 zł (4 806 zł × 9%).

Podobne zasady obowiązują przedsiębiorców, którzy wybrali podatek liniowy. W ich przypadku miesięczna składka zdrowotna wynosi 4,9% dochodu za poprzedni miesiąc, również liczonego narastająco, przy czym nie może być mniejsza niż wartość minimalna podana wyżej dla skali.

Inaczej składkę obliczają przedsiębiorcy rozliczający się ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych. W tym przypadku jej wysokość nie zależy od dochodu, lecz od rocznych przychodów z działalności. Podstawą wymiaru składki jest odpowiedni procent przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału poprzedniego roku.

  • Roczny przychód do 60 000 zł – 60% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku.
  • Roczny przychód od 60 000,01 do 300 000 zł – 100% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025.
  • Roczny przychód powyżej 300 000 zł – 180% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku.

Wysokość przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku to 9 228,64 zł co oznacza, że składka zdrowotna na ryczałcie w roku 2026 wynosi:

 

Roczny przychód (próg) Składka miesięczna
do 60 000 zł 498,35 zł
od 60 000,01 do 300 000 zł 830,58 zł
powyżej 300 000 zł 1495,04 zł

 

Na ryczałcie rok składkowy dla celów składki zdrowotnej pokrywa się z rokiem kalendarzowym, czyli trwa od 1 stycznia do końca grudnia tego samego roku. W tej formie opodatkowania przedsiębiorca może wybrać sposób naliczania składki zdrowotnej na podstawie przychodów bieżących lub na podstawie przychodów ubiegłorocznych, jeżeli prowadził działalność cały ubiegły rok – mówi Joanna Łuksza, kierownik Zespołu Ekspertów Księgowych w IFIRMA.PL.

Odliczenia od dochodu/przychodu składki zdrowotnej

Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że forma opodatkowania wpływa nie tylko na sposób obliczania składki zdrowotnej, ale także na możliwość jej rozliczenia podatkowego. Najmniej korzystne zasady obowiązują podatników rozliczających się według skali podatkowej. W ich przypadku zapłacone składki zdrowotne nie mogą zostać ani zaliczone do kosztów uzyskania przychodów, ani odliczone od dochodu.

–  Inaczej wygląda sytuacja przedsiębiorców na podatku liniowym. Mogą oni uwzględnić zapłacone składki zdrowotne w kosztach podatkowych albo odliczyć je od dochodu, jednak wyłącznie do limitu określonego w przepisach. Z kolei podatnicy rozliczający się ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych mogą pomniejszyć przychód o 50 proc. zapłaconych składek zdrowotnych. Oznacza to, że choć sama składka pozostaje obowiązkowym obciążeniem, w części może obniżyć podstawę opodatkowania – wyjaśnia Joanna Łuksza z FIRMA.PL.

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej za 2025 rok przedsiębiorcy składają w tym samym terminie, niezależnie od formy opodatkowania. Należy je wykazać w deklaracji ZUS DRA lub ZUS RCA za kwiecień 2026 roku, składanej do 20 maja.

Przedsiębiorcy powinni pamiętać też, że zawieszenie działalności nie zawsze zwalnia z obowiązku rocznego rozliczenia. Jeśli firma była prowadzona choćby przez część roku składkowego, a przedsiębiorca podlegał ubezpieczeniu zdrowotnemu, nadal może być zobowiązany do złożenia rozliczenia i wykazania nadpłaty albo niedopłaty – dodaje ekspertka IFIRMA

Nadpłata, niedopłata i korekta

Jeżeli z rocznego rozliczenia składki zdrowotnej wynika nadpłata, wniosek o jej zwrot, czyli RZS-R, zostanie udostępniony na profilu płatnika w eZUS/PUE-ZUS następnego dnia po złożeniu rozliczenia. Należy go wysłać najpóźniej do 1 czerwca 2026 roku. Zwrot środków powinien nastąpić najpóźniej do 3 sierpnia 2026 roku. Jeśli przedsiębiorca nie złoży wniosku, ZUS rozliczy nadpłatę na jego koncie, a w przypadku zaległości zaliczy ją w pierwszej kolejności na ich poczet.

W przypadku, gdy z rozliczenia wynika niedopłata, trzeba ją uregulować razem ze składkami za kwiecień, czyli do 20 maja 2026 roku. Po tym terminie może być traktowana jako zaległość wobec ZUS. Błędy w dokumentach można skorygować – w przypadku wniosku o zwrot nadpłaty najpóźniej w dniu jego wysłania, a w pozostałych przypadkach do 1 lipca 2026 roku.

Wzrost składki zdrowotnej od lutego 2026 r.

Od 1 lutego 2026 r. wzrosła minimalna podstawa wymiaru składki zdrowotnej dla części przedsiębiorców. Zmiana dotyczy przedsiębiorców stosujących skalę podatkową, podatek liniowy lub preferencję IP Box.

W roku składkowym obejmującym okres od 1 lutego 2026 r. do 31 stycznia 2027 r. minimalna miesięczna podstawa wymiaru składki zdrowotnej wynosi 4 806 zł. Oznacza to podwyższenie składki zdrowotnej do 432,54 zł miesięcznie. Dla porównania jeszcze za styczeń 2026 r. minimalna składka zdrowotna wynosiła 314,96 zł.

Zmianę tę odczują szczególnie przedsiębiorcy osiągający niskie dochody albo okresowo wykazujących stratę z działalności gospodarczej. W praktyce oznacza to, że nawet przedsiębiorca, który w danym miesiącu nie osiągnie realnego dochodu, nadal będzie zobowiązany do opłacenia minimalnej składki zdrowotnej w pełnej wysokości. Zmiana ma też duże znaczenie dla osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, zwłaszcza w branżach o nieregularnych przychodach – komentuje Joanna Łuksza z IFIRMA.PL.

Najważniejsze daty dla przedsiębiorców

  • 20 maja 2026 r. – złożenie rocznego rozliczenia składki zdrowotnej, opłacenie składek za kwiecień i ewentualnej niedopłaty.
  • 1 czerwca 2026 r. – termin wysłania wniosku RZS-R o zwrot nadpłaty.
  • 1 lipca 2026 r. – ostateczny termin korekty rozliczenia za 2025 rok dla przedsiębiorców, którzy nie składają wniosku o zwrot.
  • 3 sierpnia 2026 r. – najpóźniejszy termin zwrotu nadpłaty przez ZUS, o ile rozliczenie i wniosek są prawidłowe, a na koncie nie ma zaległości.