Auxilia S.A. kontynuuje realizację transakcji z PHI Wierzytelności

Auxilia S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od stycznia 2016 r., działająca na rynku odszkodowawczym, przeprowadziła kolejną transakcję z PHI Wierzytelności S.A. o łącznej szacunkowej wartości w kwocie 1,00 mln zł. Oba podmioty zgodnie z podpisaną umową ramową współpracują już od ubiegłego roku.

Emitent w kwietniu br. podpisał z PHI Wierzytelności S.A. umowę cesji wierzytelności odszkodowawczych o całkowitej szacunkowej wartości sięgającej ok. 1,00 mln zł. Zawarcie tej umowy stanowi wykonanie założeń podpisanej w marcu tego roku pomiędzy spółkami umowy przedwstępnej. Aktywa stanowiące przedmiot powyższej umowy to wybrane wierzytelności przyszłe będące wynagrodzeniem Auxilia S.A. ze spraw odszkodowawczych pozyskanych w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Spółka przeprowadziła już kilka tego typu transakcji z PHI Wierzytelności S.A., co stanowi realizację postanowień umowy ramowej podpisanej pomiędzy podmiotami. Zarząd Auxilia S.A. uważa, że dokonywanie transakcji z PHI Wierzytelności wpłynie pozytywnie na wyniki finansowe Grupy Kapitałowej.

Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.
Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.

„Spółka bardzo dobrze ocenia dotychczasową współpracę z PHI Wierzytelności S.A. i zakłada jej kontynuację w dłuższej perspektywie czasowej. Zawarta w kwietniu umowa cesji wierzytelności jest już trzecią transakcją tego typu w 2019 r. Dalsze kontynuowanie współpracy w zakresie zawierania umów cesji wierzytelności niewątpliwie wpłynie pozytywnie na wynik finansowy zarówno samej Spółki, jak i Grupy Kapitałowej.” – omawia dotychczasową współpracę pomiędzy spółkami Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A. – „Auxilia S.A. szacuje, że planowane przychody z tytułu realizacji postanowień tej umowy powinny wynieść ok. 9,24 mln zł w ujęciu rocznym.” – dodaje Kamila Barszczewska.

W marcu 2019 r. Zarząd Spółki przyjął politykę dywidendową, której głównym założeniem w zakresie rekomendowania WZA wypłaty dywidendy jest realizowanie przez Auxilia S.A. wypłat stosownie do wielkości wypracowanego zysku i możliwości finansowych. Zgodnie z przyjętą polityką, jeśli Spółka osiągnie wystarczające wyniki finansowe, to Zarząd będzie corocznie przedkładał WZA propozycję podziału zysku z uwzględnieniem przeznaczenia części lub całości zysku na wypłatę dywidendy. Przy zgłoszeniu propozycji Zarząd Auxilia S.A. będzie brał pod uwagę takie czynniki, do których można zaliczyć m.in. wynik netto, ogólną sytuację finansową i płynność Grupy Kapitałowej Emitenta, istniejące i przyszłe zobowiązania, ocenę perspektyw Grupy w określonych uwarunkowaniach rynkowych i makroekonomicznych, ewentualną konieczność wydatkowania środków w związku z rozwojem Grupy, czynniki o charakterze jednorazowym, a także obowiązujące przepisy prawa.

Emitent przeprowadził także aktualizację strategii rozwoju i będzie koncentrować się na aktywności w segmentach rynku, w których zidentyfikowano istnienie wysokowartościowych należności wymagających: innowacyjnego rozwiązania prawnego lub ekonomicznego, specjalistycznej wiedzy lub zapotrzebowania na kapitał przy opracowaniu strategii, metodologii działań czy też przy wdrożeniu dochodzenia należności. Strategia Grupy Kapitałowej Auxilia S.A. zakłada dalszy rozwój dotychczas prowadzonej działalności w kilku najważniejszych obszarach, do których można zaliczyć: obszar sprzedaży, obszar oferty produktowej, obszar finansów, obszar obsługi prawnej oraz obszar procesów wewnętrznych.

W całym 2018 r. Spółka wypracowała 1.380 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym przy przychodach netto w wysokości 10.989 tys. zł wobec 8.711 tys. zł rok wcześniej. Emitent przeprowadził pod koniec 2018 r. emisję zabezpieczonych obligacji serii B, z której pozyskał 1,32 mln zł. Termin ich wykupu został wyznaczony na dzień 18.06.2020 r. Natomiast na początku stycznia 2019 r. Auxilia S.A. dokonała terminowego wykupu obligacji serii A o łącznej wartości nominalnej wynoszącej 2.773 tys. zł.

Spółka w grudniu 2018 r. podpisała z PHI Wierzytelności S.A. umowę ramową o współpracy, która określa ogólne zasady i warunki zawierania transakcji pomiędzy podmiotami w zakresie nabywania wierzytelności Spółki przez kontrahenta. Auxilia S.A. szacuje, że planowane przychody z tytułu realizacji postanowień tej umowy wyniosą ok. 9,24 mln zł w ujęciu rocznym, co powinno mieć pozytywny wpływ na jej przychody ze sprzedaży oraz wynik netto.

Podnoszenie kompetencji cyfrowych – już czas na działanie w tym zakresie

Beata Jarosz, prezes i współzałożycielka CodersTrust Polska
Beata Jarosz, prezes i współzałożycielka CodersTrust Polska

Rynek pracy na całym świecie przechodzi ogromne zmiany. Przyspieszające tempo cyfryzacji i digitalizacji, coraz większa rola sztucznej inteligencji, zastępowanie pracy ludzi przez maszyny – to wszystko powoduje, że pracownicy, ale również całe firmy, powinny dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Widzę tutaj dużą rolę pracodawców, którzy jako organizacje mają większe możliwości, aby zapewnić swoim kadrom umiejętności niezbędne na dzisiejszym rynku pracy. Takie umiejętności można zyskać dzięki szytym na miarę programom reskillingu i upskillingu, wykorzystującym na przykład naukę programowania, dzięki którym pracownicy podnoszą swoje kompetencje cyfrowe. Pytanie, czy firmy zdają sobie sprawę z ciążącej na nich odpowiedzialności.

Częściową odpowiedź na to pytanie przynosi świeżo opublikowany raport firmy ManpowerGroup. Wynika z niego, że aż 90% organizacji w Polsce przewiduje podnoszenie kwalifikacji swoich pracowników w perspektywie do 2020 roku. Według autorów opracowania, wynika to z największego od 12 lat niedoboru talentów. Badane firmy są świadome, że znalezienie odpowiedniego kandydata może stanowić wyzwanie.

Dużą rolę reskillingu i upskillingu podkreśla również gigant branży doradztwa strategicznego – McKinsey – który szacuje, że do 2030 roku nawet 375 mln pracowników (14% globalnej siły roboczej) na całym świecie musi się przebranżowić i zdobyć nowe umiejętności, aby nie wypaść z rynku pracy. Niektóre firmy już dziś działają w tym kierunku, m.in. Starbucks, Google, GE czy Amazon, które tworzą obowiązkowe programy szkoleniowe z rozumienia podstaw języków programowania. Z kolei Francja przeznaczyła 15 miliardów euro na program mający wzmocnić kompetencje swoich obywateli.

Warto również zwrócić uwagę na jeszcze jedną statystykę z raportu ManpowerGroup. Jedna trzecia badanych firm uważa, że trudno jest szkolić pracowników w zakresie umiejętności technicznych. 36% pracodawców przyznaje, że jeszcze trudniejsze jest wyszkolenie w zakresie kompetencji miękkich, takich jak myślenie analityczne i komunikacja.

Z naszych obserwacji wynika, że firmy dotychczas inwestowały właśnie głównie w rozwój kompetencji miękkich. Ich poziom wśród pracowników – szczególnie w sektorze finansowym – jest już satysfakcjonujący. O wiele ważniejsze jest dziś szkolenie w zakresie kompetencji technicznych, rozumianych jako umiejętności cyfrowe, pozwalających na pracę przy nowych projektach, najczęściej związanych z nowoczesnych technologiami. Pozyskanie tych kompetencji wymaga wysiłku, zaangażowania i pracy własnej – bez wsparcia pracodawcy trudno będzie to osiągnąć.

Z podnoszeniem umiejętności ciągle nie jest w naszym społeczeństwie zbyt dobrze. Badanie Aktywni+. Przyszłość rynku pracy przynosi w tym kontekście kilka niepokojących statystyk. Tylko 29% pracujących Polaków ogólnikowo deklaruje, że poszerza swoje kompetencje w zakresie wykonywanej pracy. Jedynie 13% uczęszcza na kursy i szkolenia podnoszące kompetencje, które mają zwiększyć ich szanse na rynku pracy. Również 13% badanych zadeklarowało, że poszerza swoją wiedzę w zakresie nowych technologii. Pokazuje to, jak ważna jest edukacja i działania komunikacyjne w tym zakresie. Bez kompetencji w dziedzinie nowych technologii, nie będzie zawodów przyszłości, coraz częściej obecnych w firmach – specjalistów od chmur, uczenia maszynowego, analityków danych i programistów. Nie dziwi fakt, że Polska jest obecnie w ogonie krajów OECD, jeśli chodzi o kompetencje cyfrowe, a także w gronie państw o największym ryzyku zastępowania istniejących zawodów przez automatyzację i robotyzację – według wspomnianego wyżej raportu Aktywni+, w Polsce zagrożonych jest aż 40% obecnych miejsc pracy.

Spotykając się z firmami zainteresowanym włączaniem nauki programowania w programy upskillingu i reskillingu często słyszymy, że ich pracownicy doskonale rozumieją potrzeby klienta. Są kreatywni, potrafią świetnie zarządzać, budować długotrwałe relacje i rozwiązywać pojawiające się problemy. Pod tym względem nie mamy się czego wstydzić. Czego im brakuje, to umiejętność budowy systemów i narzędzi technologicznych, wspierających działalność całej organizacji. Ta luka kompetencyjna będzie się zwiększać, jeśli firmy nie podejmą stanowczych działań. Rozwój digitalizacji zwiększy nacisk na rozwój kompetencji technologicznych u praktycznie wszystkich grup pracowników. Będą oni musieli posiadać umiejętności komunikowania się z nowymi systemami, a także wiedzieć, jak je skutecznie wykorzystać.

Warto w tym miejscu podkreślić, że zarówno kompetencje techniczne, jak i miękkie, wpływają na efektywność pracy. Ich połączenie z dużym prawdopodobieństwem gwarantuje pracownikom odnalezienie się na przyszłym rynku pracy. To ważne w kontekście pojedynczego pracownika, który będzie musiał szukać sobie nowego miejsca w związku z reorganizacją i redukcją etatów. W tym miejscu warto raz jeszcze zaapelować do polskich pracodawców. Kasujesz stanowisko? Nie kasuj człowieka. Dzięki programom upskillingu i reskillingu możesz przygotować go do nowej roli, wynikającej ze zmian w firmie.

Digitalizacja, automatyzacja i robotyzacja – to trio, które wymaga dziś nieustannego podnoszenia kompetencji. Pozwolą one z odwagą wkroczyć w świat cyfrowy. Wiele osób ma już predyspozycje i zdolności, aby tego dokonać. Teraz potrzeba im konkretnej wiedzy i umiejętności technicznych – takich, jak chociażby znajomość języków programowania. Już najwyższy czas na działanie w tym zakresie.

Jak sztuczna inteligencja i głębokie uczenie zmieniają e-commerce

Przez kolejne dwa lub trzy lata tempo rozwoju sztucznej inteligencji nabierze wprost niewyobrażalnego tempa. Zdaniem Devina Weniga, dyrektora generalnego i prezesa eBay, to właśnie w handlu w pierwszej kolejności będzie nam dane obserwować najbardziej obiecujące praktyczne zastosowania sztucznej inteligencji. Już teraz zespół eBay stosuje algorytmy głębokiego uczenia maszynowego, które rozpoznają podróbki. Udostępnia także rozwiązanie dla osób z ograniczoną sprawnością, za pomocą którego można sterować kursorem na ekranie bez użycia rąk.

Żyjemy w rzeczywistości, w której samochód może sam poprowadzić nas do celu podróży, komputery mogą już diagnozować choroby i tworzyć teorie naukowe, a termostat zaczyna chłodzić dom, bo wie, że za 15 minut przekręcimy klucz w zamku. W historii rozwoju sztucznej inteligencji pojawiło się wiele szumu i mnóstwo obietnic. W ostatnich latach poczyniono znaczne postępy i sztuczna inteligencja znajduje coraz więcej praktycznych zastosowań – między innymi w e-commerce.

Odkrycie prawdziwych intencji zakupowych

Niezależnie od platformy, którą posługuje się użytkownik, zrozumienie czego chcą klienci to klucz do dostarczenia prawdziwie osobistego, kontekstowego doświadczenia zakupowego. Oczywiście personalizacja to nic nowego – to stały element strategii każdej firmy zajmującej się handlem.  Niemniej jednak, do tej pory skupiano się głównie na grupowaniu towarów lub analizie zachowania użytkowników. Na czym to polega? Upraszczając: platforma sprzedażowa wie, że klienci kupujący mydło zazwyczaj kupują też szczoteczki do zębów, więc rekomenduje im zakup odpowiednich produktów.

Sztuczna inteligencja z pewnością przyspieszy proces odejścia od zwykłego grupowania towarów na korzyść przetwarzania zgromadzonej wiedzy o osobach, zachowaniu, trendach i kontekstach. Konsumenci będą mogli poczuć się, jakby tuż obok stał ich osobisty doradca – do tego za każdym razem będzie mądrzejszy i coraz lepiej dostosowany do ich potrzeb. Wyobraź sobie, że chcesz kupić szalik. Korzystając ze sztucznej inteligencji, platformy i narzędzia handlowe będą w stanie przewidzieć, czy interesuje cię zakup szalika za 30 czy za 300 zł. Będą wiedzieć, jaki kolor ci odpowiada, czy wolisz włókna naturalne, czy może sztuczne oraz jaką kolejną rzecz zamierzasz kupić. Wraz z dostępem online do towarów ze wszystkich stron świata, sztuczna inteligencja pomoże konsumentom odnaleźć te odpowiednie wśród wszechogarniającego chaosu – mówi Devin Wenig, dyrektor generalny i prezes eBay.

Głęboka analiza danych na potrzeby handlu

Podejście eBay do sztucznej inteligencji to efekt prowadzonych badań oraz wszechstronnej wiedzy o zachowaniu konsumentów, gromadzonej przez dziesięciolecia. Platforma używa algorytmów uczenia maszynowego do rozpoznawania przedmiotów wystawionych na sprzedaż, znajdowania podobnych produktów i szeregowania rekomendacji. Wdraża również sztuczną inteligencję w różnych obszarach – od analizy uporządkowanych danych, po tłumaczenie maszynowe, zarządzanie ryzykiem i ochronę przed oszustwami.

Niedawno przejęliśmy Expertmaker, firmę, która stworzyła zaawansowaną platformę AI umożliwiającą optymalizację i automatyzację. Obecnie pracujemy nad wdrożeniem ich technologii na naszej platformie, aby skrócić czas wysyłki i dostawy, zwiększyć zaufanie, obniżyć ceny i osiągnąć wiele innych korzyści – mówi Devin Wenig, dyrektor generalny i prezes eBay.

Sztuczna inteligencja znajduje swoje zastosowanie w projektowaniu innowacyjnych rozwiązań, które nie tylko usprawniają procesy zakupowe, ale także w ogóle umożliwiają je osobom z ograniczoną sprawnością. W ubiegłym roku grupa pracowników eBay stworzyła technologię HeadGaze, dzięki której osoby z niedowładem górnych kończyn mogą samodzielnie dokonać zakupów na platformie. Technologia wykorzystuje Apple ARKit i aparat iPhone X do śledzenia ruchu głowy, co pozwala na łatwe poruszanie się po interfejsie platformy bez używania rąk. Zespół zbudował model wirtualnego piórka, które podąża za ruchem głowy (w górę, w dół, z boku na bok), zbierając z ARKit informacje 3D o ruchu głowy i stosując mapowanie geometrii 3D, aby uzyskać lokalizację „kursora” na ekranie. Jednocześnie zespół zaprojektował i wdrożył także nowe widgety interfejsu użytkownika, które wyczuwają i reagują na interakcję „kursora”. Podobnie jak mysz przemieszcza kursor po ekranie pulpitu, projekt HeadGaze pozwala wskazać głową dowolne miejsce na ekranie i aktywować wyznaczone „przyciski”. Technologia ta została udostępniona w ramach otwartych zasobów, a w kwietniu br. została wybrana finalistą konkursu Fast Company’s World Changing Ideas Awards w kategorii AI + Data. https://vimeo.com/289180466

Głęboka analiza danych to także sposób na walkę z podróbkami zalewającymi rynek online. Dzięki wykorzystaniu techniki rozpoznawania obrazów, eBay uczy sztuczną inteligencję, w jaki sposób powinna rozpoznawać oryginalne produkty – weryfikacja komputerowa powinna być jak najbardziej zbliżona do mechaniki rozpoznawania przedmiotów przez mózg człowieka. W momencie, kiedy konsument ocenia buty czy torbę, pobiera i przetwarza różnego rodzaju informacje – od stylu po wzór na tkaninie. Klient podejmuje decyzję, który przedmiot jest oryginalny, zgodnie z najlepszą hipotezą opartą na wielu czynnikach i zdobytych spostrzeżeniach. Algorytmy eBay działają na analogicznej zasadzie stale ucząc się, by jeszcze lepiej rozpoznawać podróbki od oryginalnych produktów. https://vimeo.com/298637345

Trendy e-commerce w 2019 roku

Obecnie branża handlu online stoi u progu nowej rewolucji. W ciągu najbliższych kilku lat będziemy świadkami bezprecedensowej konwergencji, zbliżania się technologii oraz oczekiwań sprzedawców i konsumentów. Coraz większe znaczenie będą zyskiwały technologie oparte na sztucznej inteligencji, algorytmach głębokiego uczenia maszynowego i wyszukiwania wizualnego. Maszyny staną się jeszcze lepsze w dekodowaniu języka naturalnego, więc handel w coraz większym stopniu będzie opierać się na komunikacji głosowej, a w efekcie pole wyszukiwania straci na znaczeniu. Dzięki technologii i skupieniu się na potrzebach konsumenta, proces robienia zakupów stanie się bardziej intuicyjny, dostępny i po prostu łatwiejszy.

Milion samochodów elektrycznych w Polsce na razie nie do zrealizowania

Rozwój elektromobilności jest nieunikniony. Silniki elektryczne będą podstawą napędu samochodów osobowych i ciężarowych. Pierwsze elektryczne ciężarówki są już dostępne, chociaż nie można jeszcze mówić o produkcji masowej. Auta osobowe tego rodzaju powstają seryjnie, a oferowana gama modelowa jest coraz szersza. Dotychczas nie przeprowadzono jednak badań, które udowodniłyby, że elektromobilność jest czystszym rozwiązaniem w stosunku do tradycyjnej motoryzacji. Z drugiej strony brak jednoznacznych stwierdzeń, że jest na odwrót. Na elektromobilność i jej zalety należy więc patrzeć w szerszym kontekście. W przypadku polskiego rynku ślad węglowy, jeśli chodzi o produkcję samej energii, jest dość duży. Elektrownie pracują w oparciu o ten surowiec, więc zanieczyszczenia i tak są produkowane. Obecnie mówi się raczej o przeniesieniu ich punktu – z centrów miast na zewnątrz, gdzie ulokowane są elektrownie. Wiele zależy także od sposobów produkcji samochodów. Firmy w swojej działalności starają się uwzględniać kwestię ekologii. Przykładem jest niemiecki zakład BMW. Niemal w całości zasila go czysta energia, pochodząca z odnawialnych źródeł. W taki właśnie sposób ślad węglowy powinien być ograniczany – zarówno na etapie produkcji, jak i wykorzystania auta.

– Na rynku polskim postęp elektromobilności nie będzie jednak aż tak silny, jak zapowiadają politycy. Milion samochodów elektrycznych zarejestrowanych do 2025 roku, to póki co nierealne do spełnienia marzenie – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Drzewiecki, prezes IBRM Samar  Według jego prognoz w 2023 roku odnotowanych zostanie ok. 5-6 tysięcy tego typu pojazdów. Wpływ na to mają dwa czynniki – infrastruktura i oferta. Sami producenci nie są jeszcze w stanie dostarczyć zapowiadanej liczby samochodów, a Polska – przynajmniej na razie – nie jest rynkiem priorytetowym. Taka sytuacja nie zmieni się – dopóki nie ma rozwiązań, które w jakikolwiek sposób zachęcałyby firmy do produkowania tych aut, a kierowców – do ich kupowania. Obecna ustawa o eletromobilności wymusza na instytucjach państwowych nabywanie takich pojazdów, ale nie wpływa na zainteresowanie klientów indywidualnych. Samochody elektryczne nadal pozostają drogie, nawet biorąc pod uwagę dopłaty. Nadal są one atrakcyjniejsze dla firm niż osób prywatnych, które najczęściej – ze względów finansowych – szukają ofert na rynku samochodów używanych – ocenił Drzewiecki.

Chcesz zarządzać zmianą – zapomnij o zarządzaniu

prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS
prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS

Badający innowacje i rozwój Clayton Christensen sformułował tezę, którą można sprowadzić do przewrotnej myśli: „żeby zarządzać zmianą, należy zapomnieć o zarządzaniu”. To proces, który wymaga usunięcia się w cień, pokory, nieustannej refleksji i otaczania się ludźmi lepszymi od nas, co dla wielu osób jest bardzo trudne – komentuje prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS.

Zarządzanie zmianą to ciągłe wyzwanie dlatego, że jest pasmem nieustannych porażek. Od menedżerów wymaga pokory i uznania większej wiedzy i doświadczenia innych. Umiejętne wprowadzenie zmian jest szczególnie trudne w przypadku rynków technologicznych. Na takie problemy natrafiła firma Kodak. Wszystko zaczęło się wraz ze wzrostem popularności aparatów cyfrowych. Czy Kodak nie potrafił odpowiedzieć na ten trend? Nie, ponieważ nie zmienił modelu biznesowego opartego na kliszach fotograficznych. Czy Kodak nie znał technologii fotografii cyfrowej? Oczywiście, że znał. Co więcej – sam ją wymyślił. Dlaczego więc upadł? Firma stała się ofiarą swojego historycznego sukcesu. Główne źródło przychodów stanowiła marża ze sprzedaży klisz fotograficznych. I choć rynek zaczął się kurczyć, organizacja nie była w stanie podjąć decyzji o zbudowaniu świeżego modelu dla nowego rynku fotografii cyfrowej.

Nie musisz się ze mną zgadzać

Jeżeli zarządzanie zmianą wymaga od nas porzucenia idei zarządzania – w jaki sposób poradzić sobie z tym problemem? Należy oprzeć się na zaufaniu i uznaniu w drugiej osobie (w tym także w pracowniku) partnera. Ważne, żeby na pewien czas zrezygnować ze sztywnego liczenia kosztów. Na taki komfort mogą sobie jednak pozwolić tylko dojrzałe organizacje z wyraźnie określonymi długookresowymi celami. Dojrzałość firm będzie się także wyrażała w ich wewnętrznej różnorodności, podmiotowym traktowaniu pracowników i zaakceptowaniu faktu, że znajdą się wśród nich osoby nie w pełni zgadzające się z zarządem.

Nie słuchaj specjalistów, licz się ze stratą

Dlaczego zarządzanie zmianą jest tak trudną sztuką? Ponieważ wymaga od menedżerów odrzucenia wszystkiego, co wiedzieli dotychczas na temat kierowania organizacją – szczególnie w procesach prowadzących do przekształceń w obszarach biznesowych. Zrozumienie, że nie warto otaczać się gronem specjalistów danego zagadnienia, którzy już na wstępie mogą zawęzić horyzont potencjalnych zmian, wymaga dużej pokory. Podobnie w kwestii badań marketingowych, które nie dadzą rzetelnych wyników, ponieważ w przypadku nowo powstałych rynków brakuje ku temu danych. Nie można też liczyć na opinie klientów, których jeszcze nie ma. Z pewnością należy się natomiast przygotować na straty – takie przedsięwzięcia są na początku mało rentowne. Tu właśnie przydaje się długoterminowa strategia i odporność dojrzałych organizacji.

Z zarządzaniem jak z dzieckiem

Skoro zarządzanie zmianą i wdrażanie innowacyjnych modeli biznesowych jest tak ryzykowne i nieopłacalne, dlaczego w ogóle podejmować takie wyzwanie? To sytuacja analogiczna do posiadania dziecka. Z punktu widzenia czystego rachunku ekonomicznego, jego wychowywanie jest inicjatywą nieopłacalną. Ludzie jednak inwestują w swoje (i nie tylko swoje) potomstwo. Dlaczego? Każdy zapewne odpowiada na to pytanie indywidualnie. Jeżeli jednak mamy trwać jako gatunek ludzki, musimy tak postępować. To inwestycja opłacalna w długim okresie, która warunkuje nasze ogólne trwanie.

prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo, Uniwersytet SWPS

Te same obawy, ale inne czasy

Po wstępnym wstrząsie w poniedziałek, w kolejnych godzinach rynek walutowy uspokoił się, a inwestorzy czekają na więcej szczegółów, w którą stronę pójdą negocjacje handlowe USA-Chiny. Waszyngton gra twardo i od piątku zamierza podnieść cła na chińskie towary. Ale dalsze rozmowy nie zostały zerwane i to daje nadzieje na załagodzenie napięć.

To delikatna sytuacja dla rynków, gdyż z obecnego położenia sprawy w łatwym sposób mogą przybrać pozytywny lub negatywny obrót. Chińska delegacja z wicepremierem Liu He na czele wciąż potwierdza przybycie do Waszyngtonu, by w czwartek i piątek kontynuować rozmowy. Obie strony zdają sobie sprawę, że przy braku porozumienia nikt nic nie zyska. Ale też sytuacja gospodarcza jest lepsza niż pół roku temu, więc zarówno USA i Chiny czują się na tyle silne, by starać się ugrać więcej dla siebie. Dla rynków oznacza to okres podwyższonej niepewności, ale bez wpadania w tryb paniki. Szybka reakcja Ludowego Banku Chin w poniedziałek w postaci obniżki stopy rezerw obowiązkowych dla małych banków pokazuje, że implikacje dla globalnej gospodarki i rynków będą tym razem inne. Chińska gospodarka ma już aktywne wsparcie fiskalne i monetarne i jest gotowa na potencjalny wzrost napięć z tytułu sporu handlowego. Z globalnej perspektywy przerwany został łańcuch strachu, który uwidaczniał się w ubiegłym roku: spór handlowy z USA uderzy mocno w chińskie ożywienie, co w fali wtórnej osłabiłoby perspektywy globalnego wzrostu, przynosząc recesyjny klimat na rynki finansowe. Teraz wiemy, że władze w Pekinie już zaadresowały rozterki chińskich firm, więc spirala strachu nie nakręca się. To pozwala zachować spokój wśród inwestorów na rynkach finansowych i umożliwia podtrzymać nadzieje, że ostatecznie dojdzie od porozumienia.

Bank Rezerwy Australii zdecydował o pozostawieniu głównej stopy procentowej na 1,50 proc. Taka była też nasza prognoza, choć większość rynkowa spodziewała się cięcia o 25 pb, stąd dzisiejszy skok AUD jest uzasadniony. Bank przyznał, że inflacja w pierwszym kwartale rozczarowała i w związku z tym zrewidował w dół prognozy CPI dla 2019 i 2020 r. Podtrzymał jednak prognozy PKB i podkreślił istotność rynku pracy, co stało za pozostawianiem dziś parametrów polityki bez zmian. W komunikacie stwierdzono, że w kolejnych miesiącach bank będzie się uważnie przyglądał rozwojowi sytuacji na rynku pracy. To sugeruje, że RBA będzie cierpliwy do czasu, aż nie zobaczy pogorszenia się sytuacji, ale w więcej niż jednym raporcie. W ten sposób można wykluczyć ryzyko obniżki w czerwcu, ale kolejne posiedzenia będą „żywe”, jeśli dane zaczną rozczarowywać. Rynek nie zrezygnuje z oczekiwań, że tak w istocie będzie, i podtrzymuje dyskonto co najmniej jednej obniżki do końca roku. W efekcie potencjał do dalszej aprecjacji AUD pozostaje ograniczony, a przy rosnących napięciach wokół sporu handlowego USA-Chiny zwyżki AUD mogą kusić do odnowienia sprzedaży.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przybywa dowodów na mniejszą szkodliwość e-papierosów. Polscy i rosyjscy naukowcy będą prowadzić nad nimi wspólne badania

Przybywa dowodów na mniejszą szkodliwość e-papierosów. Polscy i rosyjscy naukowcy będą prowadzić nad nimi wspólne badania 1

Nie ma żadnych wątpliwości, że nowatorskie wyroby tytoniowe będą miały zdecydowanie mniejszy wpływ na powstanie chorób nowotworowych – ocenia prof. Andrzej Sobczak ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, ekspert w dziedzinie toksykologii, którego zespół od 10 lat prowadzi badania nad szkodliwością e-papierosów. Polscy naukowcy nawiązali właśnie współpracę z badaczami z Rosyjskiej Akademii Nauk, którzy doszli do zbliżonych wniosków. Na świecie przybywa badań potwierdzających koncepcję zmniejszonego ryzyka, zgodnie z którą konsumpcja e-papierosów i podgrzewaczy tytoniu – nawet jeśli nie są one całkowicie nieszkodliwe – nadal powoduje mniej szkód niż tradycyjne papierosy.

Bez wątpienia można powiedzieć, że e-papierosy są mniej szkodliwe niż konwencjonalne. Wiedza na ich temat jeszcze nie jest wystarczająca, ale już na tyle duża, że można wyciągać wnioski, które – moim zdaniem – potwierdzą się w przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Andrzej Sobczak, kierownik Zakładu Chemii Ogólnej i Nieorganicznej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Według danych Ministerstwa Zdrowia papierosy pali prawie 1/4 dorosłych Polaków, co daje 8–9 mln osób. Z powodu chorób wywołanych dymem tytoniowym umiera co roku ok. 60 tys. osób. Wbrew obiegowej opinii ich bezpośrednią przyczyną nie jest nikotyna, ale substancje smoliste i toksyczne metale zawarte dymie tytoniowym, takie jak ołów czy kadm.

– Substancje smoliste będące wynikiem spalania stanowią główną przyczynę negatywnego oddziaływania dymu tytoniowego na zdrowie. Nikotyna też ma swoje negatywne strony, jest to związek toksyczny, uzależniający, jednak nie powoduje powstawania chorób nowotworowych – mówi prof. Andrzej Sobczak.

W tradycyjnych papierosach tytoń jest spalany, a powstały w wyniku tej reakcji dym zawiera 6–7 tys. związków chemicznych, substancji smolistych i toksycznych pierwiastków. W e-papierosach reakcja spalania w ogóle nie zachodzi – roztwór gliceryny lub propylenu glikolowego, który zawiera nikotynę i związki aromatyzujące, jest podgrzewany do temperatury 200–250°C. Dzięki temu ilość szkodliwych związków wdychanych przez e-palaczy jest kilkudziesięciokrotnie mniejsza.

W dymie tytoniowym znajduje się kilkadziesiąt związków o działaniu rakotwórczym, w tym dziewięć związków zaliczanych do grupy pierwszej w klasyfikacji Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem. Tymczasem w aerozolu z elektronicznych papierosów znajdujemy tylko jeden taki związek, mianowicie formaldehyd. Już samo to porównanie świadczy o tym, że ryzyko rozwoju chorób nowotworowych jest zdecydowanie mniejsze niż w przypadku papierosów konwencjonalnych – mówi prof. Andrzej Sobczak.

Na świecie przybywa dowodów potwierdzających koncepcję zmniejszonego ryzyka, zgodnie z którą konsumpcja e-papierosów i wyrobów zawierających podgrzewany tytoń – nawet jeśli nie są one całkowicie nieszkodliwe – nadal powoduje mniej szkód niż tradycyjne papierosy. W ocenie części naukowców nowatorskie produkty nikotynowe mogą być potencjalnie rozważane jako nikotynowa terapia zastępcza u osób palących, które nie mogą lub nie chcą rzucić palenia.

– Niewątpliwie w tym momencie nie ma już absolutnie żadnych wątpliwości, że takie wyroby tytoniowe będą miały zdecydowanie mniejszy wpływ na powstanie chorób nowotworowych. Papierosy konwencjonalne to de facto pierwsza przyczyna powstawania nowotworów. Wiadomo również, że po przejściu całkowicie na elektroniczne papierosy zdecydowanie spada ryzyko zachorowania, co można wywnioskować chociażby z pomiaru biomarkerów substancji rakotwórczych – mówi prof. Andrzej Sobczak.

W Polsce badania nad zamiennikami papierosów od 10 lat prowadzi zespół naukowców ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, który – nie opowiadając się za żadną formą palenia wyrobów tytoniowych – sprawdził zawartość kadmu i ołowiu w dymie z tradycyjnych i elektronicznych papierosów oraz poziom ekspozycji palaczy na szkodliwe substancje. Wyniki opublikowane na łamach wydawanego przez Oxford University Press „Nicotine & Tobacco Research” pokazują, że całkowite przestawienie się z papierosów konwencjonalnych na elektroniczne prowadzi do poprawy stanu zdrowia palaczy.

Badania nad potencjalnym chemicznym i biomedycznym wpływem e-papierosów prowadzą też naukowcy z Rosyjskiej Akademii Nauk (IBCP RAS). Na początku marca rosyjscy badacze spotkali się z zespołem prof. Andrzeja Sobczaka z ŚUM, aby omówić wyniki badań i nawiązać współpracę w zakresie badania profilu ryzyka nowych produktów nikotynowych oraz stworzenia wiarygodnych modeli oceny wpływu takich produktów na zdrowie człowieka.

Aerozol z e-papierosa zawiera mniej substancji toksycznych w porównaniu do dymu papierosowego. Ogólnie rzecz biorąc, aerozole pochodzące z urządzeń elektronicznych różnią się dość znacznie od dymu papierosowego, mają również inne właściwości od aerozoli produkowanych przez ten sam typ urządzeń wcześniejszych generacji. Obecnie staramy się ustalić potencjalny wpływ aerozolu z e-papierosów na zdrowie użytkowników – mówi prof. Alexei Trofimov z Emanuel Institute of Biochemical Physics, Russian Academy of Science.

Jak podkreśla, badania naukowców z Rosyjskiej Akademii Nauk dotyczące szkodliwości e-papierosów pokrywają się z wiodącym nurtem badań w tej dziedzinie, choć temat nadal pozostaje przedmiotem sporów środowiska naukowego.

To dość nowa dziedzina badań i wiele jej aspektów wymaga gruntownego zbadania. Dym papierosowy nie był przedmiotem badań przez setki lat, przez co ludzie nie zdawali sobie sprawy z zagrożeń, jakie ze sobą niósł z racji swoich właściwości chemicznych i oddziaływania na zdrowie. Myślę, że przed naukowcami całe dekady badań nad właściwościami i działaniem e-papierosów i wytwarzanych przez nie aerozoli – mówi Alexei Trofimov.

Innowacje w sprzęcie medycznym poprawią diagnostykę i terapię. Urządzenia takie jak angiograf zyskują całkiem nowe funkcje

Innowacje w sprzęcie medycznym poprawią diagnostykę i terapię. Urządzenia takie jak angiograf zyskują całkiem nowe funkcje 2

Presja kosztowa ma obecnie ogromne znaczenie na rynku medycznym. Brakuje też kadr, ta branża musi borykać się z wieloma problemami – mówi Philip Stenner z Siemens Healthineers. Jak podkreśla, innowacyjne rozwiązania mogą załagodzić te problemy. Szybki rozwój technologii i sprzętu medycznego pozwala dokładniej diagnozować pacjentów, usprawnia proces leczenia i pracę lekarzy oraz optymalizuje koszty i zapewnia oszczędności. W ostatnich latach mówi się o rewolucyjnym wpływie sztucznej inteligencji, druku 3D czy robotów chirurgicznych, ale urządzenia wyposażone w najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne już coraz powszechniej trafiają pod strzechy polskich szpitali.

W polskiej służbie zdrowia przybywa pieniędzy, ale i wyzwań. Rok temu parlament przyjął ustawę, zgodnie z którą nakłady na służbę zdrowia nie spadną poniżej 4,67 proc., a do 2024 roku mają zrównać się ze średnią krajów OECD i wzrosnąć do 6 proc. krajowego PKB. Jednak z drugiej strony społeczeństwo się starzeje, GUS szacuje, że w 2050 roku osób w wieku 65+ będzie już 13,7 mln, co będzie stanowić 40 proc. ogółu ludności. To oznacza więcej chorób przewlekłych i większe nakłady na opiekę długoterminową.

– Presja kosztowa ma obecnie ogromne znaczenie na rynku medycznym. Brakuje też kadr, więc branża boryka się z wieloma problemami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Philip Stenner, Dyrektor Marketingu Międzynarodowego Radiologii Interwencyjnej w Siemens Healthineers.

Służba zdrowia cierpi też na brak lekarzy i pielęgniarek – według statystyk OECD w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada średnio 2,3 lekarza. To jeden z najgorszych wyników wśród państw europejskich, na dodatek wielu z nich jest już w wielu przedemerytalnym.

Eksperci są zgodni, że lekiem na bolączki służby zdrowia jest cyfryzacja i nowe technologie. Wśród innowacji, które zmienią rynek medyczny, wymienia się m.in. roboty chirurgiczne, egzoszkielety i druk 3D czy wirtualną rzeczywistość. Ich rozwój i upowszechnienie to dopiero perspektywa nadchodzących lat, ale nowinki technologiczne, np. sprzęt wykorzystujący algorytmy uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji – już w tej chwili powszechnie trafiają do szpitali. Przyrost mocy obliczeniowej komputerów i miniaturyzacja spowodowały szybki rozwój sprzętu medycznego – urządzenia takie jak rentgen czy tomograf komputerowy zostały wyposażone w całkiem nowe funkcje.

– Zupełnie przebudowaliśmy system angiograficzny oraz od nowa zaprojektowaliśmy obrazowanie 2D i 3D, dzięki któremu możemy uzyskać obrazy w jakości tomografii komputerowej – mówi Philip Stenner. – System ARTIS icono został zbudowany praktycznie od zera. Stworzyliśmy kompletnie nową maszynę wyposażoną w specjalne silniki, które pozwalają na osiąganie bardzo precyzyjnych ruchów. W ten sposób dostajemy zupełnie nowe narzędzie do obrazowania mózgu. Nazwaliśmy je Sine Spin ze względu na sinusoidalne ruchy nałożone na zwykłą trajektorię ruchu w obrazowaniu 3D. Dodaliśmy też funkcję o nazwie Twin Spin, która pozwala na łatwe przełączenia pomiędzy obrazowaniem 2D i 3D oraz znacznie przyspiesza wykonywanie badania.

Urządzenie zaprojektowano z myślą m.in. o neuroradiologii zabiegowej i interwencjach neurochirurgicznych, gdzie ważne jest dokładne i wyraźne odwzorowanie nawet najmniejszego naczynia.

– Innym zastosowaniem obrazowania 3D w zabiegach endowaskularnych jest upewnienie się, czy dana interwencja przebiegła pomyślnie. W tym celu wykonuje się śródzabiegowe badanie tomografii komputerowej poprzez obrót ramienia angiografu. Dużym plusem jest to, że nie jest konieczne przenoszenie pacjenta do pracowni tomograficznej po operacji – mówi Philip Stenner.

System może mieć zastosowanie nie tylko w obrazowaniu mózgu, ale i np. w kardiologii pediatrycznej, w przypadku leczenia pacjentów z wrodzonymi chorobami serca.

– Mogą z niego równocześnie korzystać lekarze różnych specjalizacji z pożytkiem dla pacjenta. To wciąż system dla specjalistów: radiologów, specjalistów radiologii zabiegowej, kardiologów, ale jego obsługa jest dość intuicyjna. Dążymy do maksymalizacji jego wykorzystania, co w konsekwencji przyczyni się do osiągnięcia lepszych wyników końcowych. To oznacza też wiele korzyści dla pacjentów. Dzięki lepszej jakości obrazów wykonywanie zabiegów jest dużo bezpieczniejsze – mówi Philip Stenner.

Neuroradiologia jest obszarem, w którym szczególnie liczy się dokładne rozpoznanie i czas, w jakim zostanie podjęta interwencja. Ten powinien być jak najkrótszy – w czym szczególnie pomagają nowe technologie.

– Szybkość jest bardzo ważna z dwóch powodów. Po pierwsze, z technicznego punktu widzenia, im szybsza rotacja w obrazowaniu 3D, tym mniej artefaktów ruchowych na obrazach. Udało nam się skrócić czas akwizycji z 20 sekund do 8, co stanowi duży przełom w jakości obrazu – mówi Philip Stenner.

Jak podkreśla Philip Stenner, szybki rozwój sprzętu medycznego przyczynia się do poprawy diagnostyki, zwłaszcza nieinwazyjnej. Innowacje medyczne znacząco przekładają się też na jakość i efektywność – w tym również kosztową – opieki zdrowotnej.

Organizacja pierwszej komunii kosztuje rodziców średnio 1,1 tys. zł. Najwięcej pochłoną wydatki na przyjęcie i prezenty

Organizacja pierwszej komunii kosztuje rodziców średnio 1,1 tys. zł. Najwięcej pochłoną wydatki na przyjęcie i prezenty 3

Pierwsza komunia dziecka to dla rodziców i najbliższych spore wydatki. Organizacja przyjęcia i zakup prezentów mogą znacząco nadwyrężyć domowy budżet. Średnio na ten cel Polacy wydadzą około 1150 zł, nieznacznie więcej niż przed rokiem – wynika z Barometru Providenta. Dużo pieniędzy pochłoną prezenty. Rowery, zegarki czy medaliki tracą na popularności. W ramach prezentu komunijnego najczęściej wręczamy gotówkę i sprzęt elektroniczny.

– Badanie wskazuje, że zwykle na organizację przyjęcia, prezenty i wszystko, co jest z tym związane, wydamy średnio około 1 150 zł. Jest to kwota zaledwie o 45 zł wyższa niż w ubiegłym roku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska.

Jak wynika z badania Barometr Providenta, rodzinom z dziećmi przystępującymi do pierwszej komunii organizacja uroczystości może znacząco nadwyrężyć domowy budżet. Przyjęcie dla bliskich coraz częściej odbywa się poza domem, np. w restauracji czy hotelu, co generuje dodatkowe koszty.

– W tym roku będziemy stawiać przede wszystkim na wygodę, więc zwykle przyjęcia komunijne, które organizujemy sami, jak i te, w których bierzemy udział, odbywają się w restauracjach, lokalach, poza domem, gdzie w zasadzie nie interesuje nas cała organizacja i wszystko mamy zapewnione. 30 proc. badanych wskazuje właśnie na miejsca poza domem – mówi Karolina Łuczak.

Dużym kosztem, oprócz organizacji przyjęcia, są także prezenty dla dziecka. Jeszcze kilka lat temu obowiązkową pozycją na liście prezentów były książki, rowery i medaliki. Teraz decyduje się na nie niewielki odsetek gości – w 2018 roku łańcuszki i zegarki kupiło ok. 11 proc. osób, książki – zaledwie 2 proc.

– Najbardziej popularnym prezentem jest gotówka. Prawie 60 proc. respondentów mówi, że podaruje dzieciom właśnie pieniądze. Tuż za nimi w zestawieniu są sprzęty technologiczne – laptopy i smartfony. Około 40 proc. respondentów wskazuje właśnie na te dobra. Mniejszą popularnością z roku na rok cieszą się rowery. W tym roku 27 proc. badanych wskazuje, że podaruje właśnie rower, przy czym w ubiegłym roku było to prawie 40 proc. – wskazuje przedstawicielka Providenta.

Większość rodzin do organizacji pierwszej komunii przygotowuje się z dużym wyprzedzeniem czasowym i finansuje to z oszczędności (60 proc.) lub bieżących dochodów (44 proc.).

– Jedynie 3 proc. będzie się wspierało pomocą znajomych, przyjaciół, pomocą finansową, a 4 proc. będzie się ubiegać o pożyczkę w banku bądź w firmie pożyczkowej – zaznacza Karolina Łuczak.

Ekspertka radzi, by przy oprawie uroczystości zachować umiar. Zwłaszcza że maj to miesiąc sporych wydatków, choćby ze względu na majówkę, Dzień Matki czy przygotowania do Dnia Dziecka.

– Powoli zaczynamy też myśleć o wakacjach, więc wpłacamy pierwsze zaliczki związane z finansowaniem wakacji. Warto zaplanować te wydatki wcześniej, rozłożyć je sobie w czasie i zaciągać pożyczki tylko wtedy, kiedy musimy i kiedy jesteśmy pewni, że je spłacimy – radzi Karolina Łuczak.

Volvo Trucks przyspiesza rozwój proekologicznych ciężarówek. W pełni elektryczne pojazdy trafią do sprzedaży w przyszłym roku

Volvo Trucks przyspiesza rozwój proekologicznych ciężarówek. W pełni elektryczne pojazdy trafią do sprzedaży w przyszłym roku 4

Na transport drogowy przypada prawie 5 proc. ogólnej emisji gazów cieplarnianych na terytorium Unii Europejskiej. W lutym UE zadecydowała o uregulowaniu emisji dwutlenku węgla przez samochody ciężarowe, ale Volvo Trucks chce przyspieszyć rozwój w tym obszarze. Producent wprowadził na rynek pierwsze modele wyposażone w napęd elektryczny, które trafią do sprzedaży w 2020 roku, oraz rozwija segment pojazdów napędzanych gazem LNG i CNG. Po udanym dla firmy ubiegłym roku ten również zapowiada się dobrze, choć czynniki ryzyka pozostają brexit i europejski pakiet mobilności.

Volvo Trucks bardzo angażuje się w to, żeby produkty były coraz bardziej ekonomiczne i ekologiczne. Startujemy ze Step D [nową normą – red.] naszych tradycyjnych silników diesla. Są to silniki, które w znaczny sposób obniżą zużycie paliwa, a tym samym przyczynią się do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla. Kolejnym udoskonaleniem na bazie silnika Step D będzie Turbo Compound, który doprowadzi do kolejnej obniżki zużycia paliwa o kilka procent, a tym samym również redukcji dwutlenku węgla – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Kulis, dyrektor zarządzająca Volvo Group Trucks Poland.

W lutym br. Unia Europejska zadecydowała o uregulowaniu emisji dwutlenku węgla przez samochody ciężarowe. Nowe regulacje mają zastosowanie do pojazdów wyprodukowanych i zarejestrowanych w tym roku lub później. Zakładają, że średnia emisja ma zostać ograniczona o 15 proc., począwszy od 2025 roku, oraz o 30 proc. od roku 2030 (w porównaniu do tegorocznego poziomu).

Volvo Trucks chce przyspieszyć rozwój w tym obszarze i inwestuje w kolejne rozwiązania przyjazne dla klimatu. Od początku lat 90. marka zmniejszyła o 1/5 zużycie paliwa w nowo produkowanych przez siebie samochodach ciężarowych. Kilka miesięcy temu producent dostarczył klientom pierwsze modele pojazdów wyposażonych w napęd elektryczny. Już w lutym pierwsze w pełni elektryczne samochody ciężarowe z pilotażowej partii – śmieciarka oraz pojazd dystrybucyjny – zostały dostarczone dwóm firmom w Szwecji. W tym roku rozpocznie się ich produkcja seryjna.

– Pojazdy elektryczne nie są jeszcze dostępne w Polsce, będziemy je oferować od 2020 roku. Jesteśmy na dobrej drodze do osiągnięcia celu, jakim jest 15-proc. redukcja dwutlenku węgla – mówi Małgorzata Kulis.

Obok elektryków Volvo Trucks wprowadza też pojazdy napędzane gazem LNG i CNG. Volvo FH LNG zasilane gazem ziemnym emituje o około 20 proc. mniej dwutlenku węgla w porównaniu z pojazdem napędzanym konwencjonalnym silnikiem wysokoprężnym. W przypadku zastosowania do tego celu biogazu emisja w ujęciu od zbiornika do koła może być mniejsza nawet o 100 proc.

Pojazdy LNG i CNG już zjeżdżają z linii produkcyjnej i trafiają do końcowych klientów. W Polsce sprzedaliśmy pierwsze 23 sztuki. Zwiększanie sprzedaży tych pojazdów jest mocno powiązane z infrastrukturą. W krótkim czasie powinno powstać więcej stacji, bo większość klientów zainteresowanych pojazdami LNG i CNG deklaruje również chęć otwarcia własnej stacji tego typu. Myślę też, że przepisy i zachęty podatkowe doprowadzą do prężnego rozwoju tej branży – mówi Małgorzata Kulis.

Dyrektor zarządzająca Volvo Group Trucks Poland ocenia też, że w nadchodzących latach rynek transportowy czekają duże zmiany w związku z wprowadzeniem samochodów autonomicznych.

Samochody autonomiczne tak naprawdę są już gotowe. Są testowane w Australii i Szwecji, natomiast tutaj chodzi nie tyle o rozwój produktu, ile legislacji, a na to potrzeba jeszcze kilku lat – mówi Małgorzata Kulis. – Zmiana rynku nastąpi również na skutek połączeń connectivity i elektryfikacji jako takiej. Zmienią się odległości, na jakich będą przewożone ładunki oraz sposoby dostarczania tych ładunków, powstaną smart cities. Wszystko to sprawi, że rynek przewozu towarów się zmieni. Natomiast pojazdy autonomiczne odegrają w tym tylko część roli, bo tutaj dokona się cała rewolucja.

Jak podkreśla Małgorzata Kulis, ubiegły rok był bardzo udany dla firmy. Volvo Trucks Poland sprzedała 4 439 pojazdów ciężarowych o wadze pow. 16 ton, co zapewniło firmie 4. miejsce na rynku. Koncern odnotował prawie 30-proc. wzrost sprzedaży w segmencie podwozi.

Rok 2019 pozostaje pod znakiem zapytania. Pierwszy kwartał wskazuje, że wszystko toczy się bardzo dobrze i cały czas mamy wzrost. Drugi również wygląda na stabilny, nasz karnet zamówień jest wypełniony. Na rynku jest jednak dużo większa niepewność, m.in. przez pakiet mobilności, brexit, warunki geopolityczne czy stosunki między Stanami, Chinami i Rosją. Wszystkie te elementy w sposób mniej lub bardziej bezpośredni dotykają branży transportowej – mówi Małgorzata Kulis.