Pierwsza drukarka 3D dla wroga, druga dla firmy

Firmy na co dzień wdrażają technologię addytywną do swoich procesów produkcyjnych. Z druku 3D korzystają na wiele sposobów – głównie w działach R&D do pracy nad prototypami. Ale nie tylko. Coraz więcej przedsiębiorstw przy pomocy druku 3D dostosowuje swoje produkty do indywidualnych potrzeb odbiorców. To trend, który będzie się coraz szybciej rozwijał. Firmy to wiedzą i inwestują w swoje pierwsze drukarki 3D. Wiele z nich jednak, mając za sobą pierwsze trudne doświadczenia, zniechęca się do tej technologii. Przyczyną jest źle dobrany sprzęt, który nie jest w stanie spełnić oczekiwań pasujących do maszyn i urządzeń o charakterze produkcyjnym.

Pomimo iż druk 3D jest coraz popularniejszy w naszym kraju, jest również sporo przedsiębiorców, którzy nieufnie patrzą na możliwości wytwarzania addytywnego. Ta nieufność niejednokrotnie bierze się po prostu ze złych doświadczeń. Ileż jest w firmach drukarek 3D, zakupionych w czasach, gdy technologia ta była jeszcze raczej ciekawostką? Nieodpowiedni sprzęt często nie spełniał oczekiwań przedsiębiorców, którzy ostatecznie zrazili się do samej technologii. Dużym kłopotem był i nadal jest w wielu przypadkach słaby lub całkowity brak serwisu.

Zakupowe wpadki

Można przyjąć, że podobnie jak w przypadku budowy domu – pierwszy buduje się dla wroga, drugi dla przyjaciela, a trzeci dla siebie – identycznie jest z kupowaniem drukarki do firmy. Zazwyczaj ta pierwsza nie spełnia oczekiwań i budzi wiele frustracji. Dopiero druga lub kolejna staje się faktycznym wsparciem w prowadzonym biznesie.

Zakup drukarki 3D do firmy nie jest sprawą łatwą i tanią. Wiemy też, że często zdarzają się w tym temacie zakupowe wpadki – mówi Mateusz Sidorowicz z 3DGence. – Przedsiębiorcy kupują maszyny na podstawie specyfikacji, później okazuje się dopiero, że nie ma opcji uzyskania wydruku z konkretnego materiału, który producent wskazywał jako możliwy.

Największe problemy pojawiają się w momencie, kiedy ktoś kto drukarką 3D w firmie ma się zajmować, odkrywa, ile czasu zajmuje pełne wdrożenie urządzenia słabej jakości do pracy i jakie ma ograniczenia. Okazuje się bowiem, że obsługa jest skrajnie skomplikowana na przykład ze względu na brak autokalibracji, a głowica regularnie się zapycha, bo nie ma modułowego systemu, który ten problem rozwiązuje. Staje się wtedy zamiast firmowym powodem, kością niezgody – nie dość, że pieniądze zostały wyrzucone w błoto, to jeszcze nie udało się uzyskać planowanych innowacji. Często w takiej sytuacji firmy rezygnują z dalszych eksperymentów i pozostają przy standardowych metodach np. prototypowania czy kupowania części zamiennych.

Można wymienić na nową

Dla wszystkich, którzy mają złe doświadczenia w druku 3D lub chcą kupić nowy, lepszy sprzęt, pojawiła się właśnie ciekawa możliwość – każda firma, która odda starą drukarkę 3D – nieważne o jakiej wartości – będzie mogła wymienić ją na nową, otrzymując wysokie rabaty.

– Zależy nam na tym, żeby firmy się nie zniechęcały, dlatego prowadzimy akcję wymiany starych drukarek 3D. Firma oddaje nam swoją maszynę, w zamian dostaje upusty na nową – gwarantującą dobrą jakość druku z różnych materiałów oraz z działającym serwisem – mówi Mateusz Sidorowicz. – To akcja, którą prowadzimy, żeby przywrócić tym zniechęconym wiarę w technologię druku 3D i pomóc rozwijać się branży w Polsce.

Druga szansa

Czy akcja wymiany drukarek pozwoli zmienić podejście do druku 3D w polskich firmach? Tego nie wiadomo. Istotne jest, że otwarci na innowacje projektanci i inżynierowie polskich firm dostaną kolejną szansę, aby tym razem na dobrym sprzęcie do druku 3D realizować swoje pomysły, eliminując przestoje w produkcji, usprawniając prototypowanie i umożliwiając oferowanie klientom produktów dopasowanych dokładnie do ich potrzeb.

Znaczenie SEO w analizie inwestycyjnej biznesu

Dlaczego inwestorzy powinni korzystać z narzędzi SEO podczas podejmowania decyzji inwestycyjnej? Badania due diligence obejmują zwykle obszary finansowe i prawne, a dość rzadko obszar biznesowy. Niesłusznie, ponieważ spadek ruchu z SEO może kosztować nawet 200 milionów euro i być przyczyną upadku firmy.

Każdy biznes ma wiele wymiarów, a zespół inwestycyjny, niezależnie od tego ile osób liczy, nie jest w stanie zidentyfikować każdego ryzyka.  Jak zmierzyć się z zadaniem analizy biznesu internetowego pod kątem oceny jego kompetencji w zakresie pozyskiwania ruchu z wyszukiwarki?

Fundusze oraz inwestorzy branżowi mogą ocenić realne ryzyko związane z pozyskiwaniem ruchu z Internetu, ze szczególnym naciskiem na ruch z wyszukiwarki, korzystając z narzędzi takich jak Senuto czy Google Trends.

Taka analiza powinna zostać wykonana zwłaszcza w przypadku biznesów typu:

  • biznesy operujące na masowym rynku B2C (zwłaszcza oferujące produkt digitalowy)
  • e-commerce
  • market place
  • biznesy B2B opierające swoją strategię marketingową na content marketingu
  • portale z dużą ilością treści

Jakie aspekty SEO badać podczas analizy inwestycyjnej?

  • Rozmiar rynku

Na początku warto sprawdzić, jak duży jest rynek w kontekście produktu oferowanego przez dany biznes. W tym celu można sprawdzić frazy kluczowe związane z daną niszą i ich potencjał wyszukiwań (miesięczną liczbę wyszukiwania zapytań w ciągu miesiąca).

  • Podaż produktu

Niezależnie od tego, jak duży jest popyt na dany produkt, należy też odpowiedzieć sobie na inne pytanie – jak wysoka jest podaż?

Podaż danego produktu możemy określić poprzez liczbę dokumentów zaindeksowanych w Google dla danej frazy. Warto wykorzystać tę metodę na pierwszym etapie weryfikacji, natomiast w dalszym odnieść się do profesjonalnych analiz rynku opartych na danych finansowych.

  • Czy biznes urośnie?

Przeprowadzenie takiego badania umożliwia narzędzie Google Trends, które służy do analizy popularności zapytań w Google w czasie. Za jego pomocą sprawdzisz, czy zainteresowanie danym produktem lub usługą w ujęciu czasowym rośnie czy spada.

Jeśli chcesz natomiast porównać biznes do lidera branżowego, możesz przeprowadzić taką weryfikację w Senuto.

  • Sezonowość biznesu

Aby ocenić model finansowy danego biznesu, musisz wiedzieć czy oferowany przez niego produkt podlega jakiejś sezonowości. W większości przypadków jest to oczywiste, jednak istnieją również takie, w których sytuacja jest bardziej skomplikowana. Analizę sezonowości biznesu przeprowadzisz w Senuto.

  • Badanie otoczenia

Choć zapewne potrafisz wyznaczyć swoją najbliższą konkurencję, w wyszukiwarce konkurentem jest ten, kto sąsiaduje z daną domeną w wynikach wyszukiwania. Jak pokazuje praktyka, nie zawsze jest to realna konkurencja biznesowa. Zweryfikuj, czy o użytkownika rywalizujesz z kimś więcej niż mogłoby się wydawać.

  • Liczba linków przychodzących

Podczas tej analizy sprawdź, czy:

  • domena nie zdobyła zbyt dużej liczby linków w krótkim czasie,
  • czy odnośniki nie pochodzą ze źródeł o słabej jakości,
  • czy profil linków jest naturalny.

Do przeprowadzenia tego badania możesz skorzystać z narzędzia Ahrefs.

Podsumowując, istnieje wiele sposobów na weryfikację biznesu pod kątem SEO przed inwestycją. Wydaje się, że jest to niezbędny punkt w analizie inwestycyjnej, a doświadczenie pokazuje, że często jest on pomijany.

Autor: Damian Sałkowski, Senuto

Wystartowała zbiórka crowdfundingowa PINTA Barrel Brewing

Wprost z elitarnego festiwalu piwnego Toer de Gueze w Belgii założyciele browaru PINTA ogłosili start kampanii crowdfundingowej. Od 6 maja na platformie Crowdway.pl promują zbiórkę na budowę browaru PINTA Barrel Brewing. Powstawać w nim będą rzemieślnicze piwa premium, starzone w beczkach po mocnych alkoholach. Minimalna wartość inwestycji dla crowdinwestorów to już 333 zł. Zaplanowano też pakiety branżowe.

Najpierw odtworzyli praktycznie jedyny czysto polski styl piwny – Grodziskie, a później – w 2011 roku – uwarzyli mocno nachmieloną amerykańską odmianę India Pale Ale „Atak Chmielu”. Tak zaczęła się piwna rewolucja w Polsce, która dziś oznacza ponad 2 tys. nowych piw rzemieślniczych rocznie. Za tym ruchem stoi PINTA, marka stworzona przez Ziemowita Fałata, Grzegorza Zwierzynę i Marka Semlę.

Polski atak chmielu

Dziś miłośnicy piw rzemieślniczych jednym tchem wymieniają najpopularniejsze PINTY: Atak Chmielu (American IPA), A ja pale ale (American APA) i Pierwsza Pomoc (Polski Lekki Pils). Raz na miesiąc „PINTA Miesiąca”, czyli premierowe piwo w eksperymentalnym stylu, trafia do ponad 100 pubów w kraju i zagranicą. Polski chmiel trafił już do Włoch, Japonii, Brazylii i Nowej Zelandii.

W ciągu 8 lat PINTA uwarzyła piwa w ponad 150 stylach i odmianach, które można kupić w pubach, w sklepach, sieciach handlowych, na stacjach paliw i podczas piwnych festiwali. – Do tej pory nasze piwa warzyliśmy w wynajmowanych browarach, ale już w czerwcu w Wieprzu koło Żywca uruchomimy własny rzemieślniczy zakład, do którego w 2021 roku dołączy taproom – mówi Ziemowit Fałat, współwłaściciel PINTA sp. z o.o.

PINTA Barrel Brewing

Gdy piwa z browarów rzemieślniczych trafiają już do szerokiej dystrybucji, czas na piwną rewolucję vol. 2. – Na liście 10 najlepiej ocenianych piw PINTY królują odmiany Barrel Aged. To kategoria premium, a zarazem nisza, która w Polsce dopiero się kształtuje – wyjaśnia Grzegorz Zwierzyna, prezes PINTA Barrel Brewing SA.

PINTA Barrel Brewing jest nową spółką, która do 2021 roku wybuduje na Żywiecczyźnie swój browar rzemieślniczy. W nim powstawać będą limitowane edycje piw starzonych, dzikich i kwaśnych oraz piwne eksperymenty. Piwo warzone tradycyjnymi metodami będzie dodatkowo poddawane procesom starzenia w dębowych beczkach po winie, bourbonie, rumie czy whiskey. – Ten proces wzbogaci smak i aromat mocnych piw. Skupimy się na krótkich seriach, które mogą szczególnie spodobać się koneserom piwa, a także wina – dodaje Bartłomiej Ociesa, piwowar PINTA Barrel Brewing.

W poszukiwaniu crowdinwestorów

Na wybudowanie nowego browaru PINTA Barrel Brewing chce pozyskać środki od inwestorów. Emisję akcji wspiera kampania crowdfundingowa o wartości 4,15 mln zł, promowana na platformie Crowdway.pl. Akcja wystartowała 6 maja, a potrwa do 24 czerwca. O jej szczegółach można przeczytać na: akcja.pintabarrelbrewing.pl.

W ramach zbiórki o minimalnej wartości 333 zł inwestorzy oprócz akcji spółki PINTA Barrel Brewing i prawa do dywidendy, otrzymają też pakiety benefitów. W zależności od wartości wpłaty, mogą liczyć na zaproszenie na zjazd inwestorów, PINTA Party, zestawy piw, vouchery i gadżety. – Inwestorów, którzy wybiorą najwyższy pakiet crowdfundingowy, zaprosimy na finansowany przez spółkę wyjazd na PINTA Hop Tour. Dotychczas w ramach tej wyprawy odwiedziliśmy Argentynę, RPA i Tasmanię – dodaje Ziemowit Fałat.

Pakiet biznesowy

Dla właścicieli pubów, restauracji, sklepów i hurtowni, posiadającym koncesję na sprzedaż piwa, PINTA Barrel Brewing zaplanowała też pakiet branżowy. W ramach tego pakietu spółka oferuje uwarzenie do 18 hektolitrów piwa na wyłączność dla wskazanego lokalu.

Nowy koncept coworkingowy na polskim rynku w dawnej fabryce Norblina

Grupa Capital Park podpisała umowę najmu z rent24 – jednym z wiodących, światowych operatorów przestrzeni coworkingowej i colivingowej. Firma zajmie 4.000 mkw. powierzchni we flagowym projekcie Grupy – zrewitalizowanej dawnej fabryce Norblina na warszawskiej Woli. rent24 debiutuje na polskim rynku.

Rent24 to dostawca powierzchni coworkingowej i colivingowej działający w 55 lokalizacjach na trzech kontynentach. Firma została założona w 2015 roku w Berlinie przez Roberta Bukvić’a. Oferuje pojedyncze miejsca pracy w otwartych przestrzeniach, jak również prywatne pokoje, wynajem sal konferencyjnych czy networking podczas organizowanych eventów społecznych. Posiada w swojej ofercie także elastyczne miejsca do zamieszkania w wysokiej jakości pojedynczych lub współdzielonych mieszkaniach.

„Z niecierpliwością czekamy na wprowadzenie naszego konceptu do Polski, wschodzącego giganta Unii Europejskiej. Jako wiodące centrum technologiczne i silny ekosystem inwestycyjny, Warszawa zawsze znajdowała się na szczycie naszej listy ekspansji. Elastyczność, poczucie wspólnoty i innowacyjne podejście rent24 wzbogaci polski krajobraz coworkingu” – powiedział założyciel i dyrektor generalny rent24 Robert Bukvić.

„Z uwagą obserwujemy dynamiczny rozwój coworkingu na świecie i uważamy, że taka oferta idealnie wpisuje się w wielofunkcyjny charakter zrewitalizowanej dawnej fabryki Norblina. Doskonale odpowiada ona na potrzeby nowoczesnych, rozwijających się przedsiębiorców, daje także klientom korporacyjnym możliwość elastycznego podejścia do wynajmu biur w nieustannie zmieniającym się otoczeniu biznesowym. Z ogromną radością witamy światowego gracza na rynku coworkingowym w naszym flagowym projekcie w sercu Warszawy. Jesteśmy przekonani, że rent24 doskonale uzupełni swoją ofertą funkcje, które są zaplanowane w naszym kompleksie” – mówi Marcin Juszczyk, członek zarządu w Grupie Capital Park.

W procesie negocjacji umowy najmu pośredniczyła agencja Cushman & Wakefield.

Rewitalizacja dawnej fabryki Norblina to flagowy projekt Grupy Capital Park. Zabytkowemu, dwuhektarowemu terenowi po historycznych zakładach Norblin, Bracia Buch i T. Werner na warszawskiej Woli pomiędzy ulicami Prostą, Łucką i Żelazną zostaną nadane nowe funkcje. Powstanie tam mini-dzielnica, złożona z kilkunastu budynków i wewnętrznych uliczek. W ramach projektu powstanie ponad 66 tys. mkw. powierzchni użytkowej, w tym 40 tys. mkw. powierzchni biurowej i ponad 26 tys. mkw. poświęconych funkcji handlowej, usługowej, rozrywkowej, kulturalnej i gastronomicznej. Wśród najemców znajdą się między innymi – butikowe OH KINO (3.300 mkw.), które zostanie otwarte w niedostępnym dotychczas na polskim rynku formacie. Powróci także kultowy BioBazar (2.000 mkw.) – pierwszy w Polsce targ z ekologiczną, certyfikowaną żywnością. Budynki będą wyposażone w szereg ekologicznych rozwiązań w fazie projektowej otrzymały precertyfikację BREEAM na poziomie Very Good. Dla użytkowników kompleksu został przewidziany 4-poziomowy, podziemny parking na 750 miejsc parkingowych oraz 200 dedykowanych miejsc dla rowerzystów.

Jedną z głównych atrakcji projektu, bezpośrednio nawiązującą do historii miejsca, będzie Otwarte Muzeum Dawnej Fabryki Norblina, w którym znajdą się m.in. unikatowe kolekcje platerów, a także odrestaurowane, zabytkowe maszyny fabryczne. W trakcie rewitalizacji terenu odnowionych zostanie 9 zabytkowych budynków i 2 historyczne, a także 50 maszyn
i urządzeń z dawnej fabryki. Nowy kompleks będzie miejscem otwartym, dostępnym dla wszystkich – zarówno pracowników i użytkowników, warszawiaków, jak również turystów.

Inwestorem i pomysłodawcą rewitalizacji dawnej fabryki Norblina jest Grupa Capital Park. Za projekt architektoniczny odpowiada pracownia PRC Architekci. Głównym wykonawcą jest firma Warbud SA, z którą współpracują m.in. Soletanche Polska, Maat4 i TKT Engineering. Zakończenie procesu rewitalizacji jest planowane na przełom I i II kwartału 2021 roku.

Otwarcie nowego centrum usług wspólnych Whirlpool w Łodzi

Nowe Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw kieruje wszystkimi działaniami związanymi z planowaniem produkcji i logistyką produktów dla regionu EMEA.

Firma Whirlpool oficjalnie zainaugurowała dzisiaj działalność swojego nowego Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw w Łodzi. W uroczystości wziął udział Gilles Morel, prezes Whirlpool EMEA.

Powstanie nowej struktury zostało poprzedzone szczegółową analizą operacji planowania i logistyki w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka). Głównym celem jest koncentracja na zapewnieniu standaryzacji i stabilności, w celu centralizacji procesu planowania i zarządzania popytem.

Polska jest jednym z najważniejszych krajów w regionie EMEA pod względem jakości i tempa rozwoju. Dlatego z punktu widzenia Whirlpool EMEA jest to optymalna, strategiczna lokalizacja dla Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw. Ta decyzja biznesowa potwierdza znaczenie kraju dla naszej firmy i naszego zaufania do zespołu.- Luigi La Morgia, Wiceprezes ds. Zintegrowanego łańcucha dostaw Whirlpool EMEA

Nowa struktura firmy Whirlpool znajduje się w biurowcu Nowa Fabryczna, w którym znajduje się już otwarte w 2017 roku Centrum Usług Wspólnych dla Finansów Whirlpool EMEA. Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw zatrudnia obecnie około 50 osób. Struktura, która obejmuje swym działaniem zróżnicowane kraje, stanowi grunt do budowania międzynarodowego zespołu i dalszego rozwoju w którym strategiczną rolę odgrywają specjaliści od uzupełniania zapasów oraz planiści materiałowi i rynkowi.

Możliwość pozyskania ambitnego i kreatywnego personelu, a także potencjał miasta oceniamy bardzo wysoko. Firma pragnie przyciągnąć najlepsze talenty lokalne i międzynarodowe, które umożliwią postępujący i zrównoważony rozwój łódzkiego Centrum Usług Wspólnych w przyszłości. Stawiamy również na partnerstwo z samorządem i uczelniami – zwłaszcza w zakresie praktyk studenckich. Zawsze szukamy osób o zróżnicowanym doświadczeniu zawodowym, podejściu ukierunkowanym na rynek, silnych umiejętnościach analitycznych, duchu wygranej i orientacji na cele. – Zygmunt Łopalewski, Dyrektor ds. Komunikacji Korporacyjnej Whirlpool Company Polska

Firma ma już 20 lat ciągłości biznesowej w regionie łódzkim. Obecnie prowadzi działalność produkcyjną w nowej, bo otwartej w grudniu 2018 roku, fabryce suszarek oraz w zakładach wytwarzających kuchenki oraz komponenty plastikowe. Wraz z Centrum Usług Wspólnych dla Finansów oraz Łańcucha Dostaw zatrudnia w Łodzi około 2000 osób, dzięki czemu Spółka jest jednym z największych inwestorów zagranicznych w regionie.

Zabezpieczenie roszczeń z tytułu odpadów magazynowanych w ramach zbierania lub przetwarzania odpadów

Euler Hermes wprowadza do oferty gwarancję ubezpieczeniową stanowiącą zabezpieczenie roszczeń z tytułu odpadów magazynowanych w ramach zbierania lub przetwarzania odpadów.

W ramach nowej oferty umowy gwarancyjnej Euler Hermes zapewni, że w przypadku nieprzestrzegania przez wykonawcę przepisów dotyczących gospodarowania odpadami gwarancja obejmuje koszt wykonania zastępczego, w tym:

  • decyzji nakazującej posiadaczowi odpadów usunięcie odpadów z miejsca nieprzeznaczonego do ich składowania lub magazynowania,
  • decyzji nakazującej usunięcie odpadów i ich zagospodarowania łącznie z odpadami stanowiącymi pozostałości z akcji gaśniczej lub usunięcia negatywnych skutków w środowisku lub szkód w środowisku i ich naprawie w ramach prowadzonej działalności .

Bardzo zależało nam na wprowadzeniu właśnie tego produktu – gwarancji środowiskowych. Nie jest to tylko proste uzupełnienie portfolio gwarancji kontraktowych i wadialnych, ale też nasz wkład w budowę lepszego, zintegrowanego systemu gospodarowania odpadami – mówi Andrzej Puta, Dyrektor Biura Gwarancji Ubezpieczeniowych w Euler Hermes.

Nowy produkt Euler Hermes jest konsekwencją Ustawy z dnia 20 lipca 2018 r. o zmianie ustawy o odpadach oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. poz. 1592), która wprowadziła szereg zmian w ustawie z dnia 14 grudnia 2012 r. o odpadach, m.in. w zakresie danych, jakie należy uwzględnić we wniosku o uzyskanie zezwolenia na zbieranie lub przetwarzanie odpadów. Zmiany w przepisach weszły w życie 5 września 2018 r.

Celem zmian prawnych jest ograniczenie licznych nieprawidłowości, skutkujących m.in. serią pożarów magazynowanych odpadów. Obowiązek przedłożenia gwarancji ubezpieczeniowej zapewni fundusze na zagospodarowanie odpadów, gdy np. podmiot prowadzący taką działalność ogłosi upadłość.

Jak dodaje Andrzej Puta: Idąc krok dalej – nowe przepisy i w efekcie towarzyszące im gwarancje służyć mogą nie tylko ochronie środowiska. Promowanie w gospodarce odpadami jedynie firm dobrze zorganizowanych i zarządzanych pozwoli im zbudować skalę działalności i zasoby niezbędne do ekspansji także poza granice naszego kraju. Skoro już jako gwarant wspieramy ekspansję polskich firm realizujących ciągi technologiczne i inwestycje służące ochronie środowiska w innych krajach, to dlaczego w międzynarodowym biznesie przyszłości, jakim jest segregacja i gospodarowanie odpadami, nie miałyby uczestniczyć kolejne polskie firmy?

Euler Hermes należy do grupy ubezpieczeniowej Allianz, a jego wiarygodność potwierdzają ratingi niezależnych instytucji certyfikujących: AA przyznany przez Standard & Poor’s i AA3 przez Moody’s.

Gdańsk, Łódź i Wrocław z największym potencjałem wzrostu rynku hotelowego

W Polsce przybywać będzie hoteli butikowych, powstawać będą także hotele z ograniczoną liczbą usług, zaspokajające potrzeby osób przyjeżdżających na krótki pobyt, a dużych miastach realizowane będą kolejne inwestycje typu mixed-use – mówi Andrzej Szymczyk, Associate Director Hospitality Department w Walter Herz   

Andrzej Szymczyk, Associate Director – Hospitality Department w Walter Herz
Andrzej Szymczyk – Associate Director Hospitality Department w Walter Herz

Andrzej Szymczyk dołączył do zespołu Walter Herz w marcu tego roku. Odpowiada za wzmacnianie relacji i rozwój linii biznesowej firmy związanej z sektorem nieruchomości hotelowych w Polsce oraz nadzorowanie projektów i badań związanych z tym segmentem rynku. Specjalista może się pochwalić ponad 15 letnim doświadczeniem w pracy na rynku nieruchomości hotelowych, które zdobył w USA, na Wyspach Brytyjskich i w Polce, pracując m.in. dla największych sieci hotelowych oraz firm świadczących usługi dla tego sektora. Andrzej Szymczyk podzielił się swoimi spostrzeżeniami, dotyczącymi specyfiki i możliwości wzrostu rynku hotelowego w naszym kraju.

W których regionach jest największy potencjał dla rozwoju inwestycji hotelowych?

– Każdy region ma swoją specyfikę popytu na usługi hotelowe, zarówno pod względem turystycznym, jak i biznesowym. Wiele miast rozwija się bardzo dynamicznie, budując nową infrastrukturę. Spośród głównych aglomeracji w kraju największy potencjał rozwoju ma Gdańsk, Łódź i Wrocław. Gdańsk z terenami postoczniowymi, bliskością morza i doskonałymi połączeniami komunikacyjnymi jest atrakcyjny dla turystyki i biznesu przez cały rok.

Łódź wolno zrzuca odium brzydkiego i zapomnianego kaczątka, stając się perłą w potencjalnie najlepszej lokalizacji biznesowej w Polsce. Przecięcie najważniejszych szlaków komunikacyjnych, sąsiedztwo planowanego Centralnego Portu Komunikacyjnego i szeroki dostęp do terenów inwestycyjnych to czynniki składające się na dobry biznes hotelowy, szczególnie w kontekście kongresowo-konferencyjnym i wystawienniczym.

Wrocław, mimo sporej bazy hotelowej, wciąż ma potencjał na dalszy rozwój, który będzie zapewniał zwrot z inwestycji w obiekty noclegowe. Rozwój rynku biznesowego w mieście, nieduża odległość od rynków zagranicznych oraz atrakcyjność turystyczna stolicy Dolnego Śląska nadal będą czynnikami pomocnymi w uzyskaniu przez inwestorów satysfakcjonujących wyników.

Czy w Warszawie jest jeszcze miejsce na nowe hotele? Jakich obiektów brakuje?

– Uważam, że w Warszawie jest wciąż miejsce na nowe hotele, ale muszą to być przemyślane inwestycje. Wnikliwa, gruntowna analiza rynkowa i studium wykonalności wskazują najlepszy rodzaj obiektu i model jego funkcjonowania w danej lokalizacji i otoczeniu rynkowym. W jednej lokalizacji będzie brakowało hoteli ekonomicznych, które zapewniają podstawowe usługi. Kilka kilometrów dalej może być miejsce na ciekawy hotel lifestylowy, który przyciągnie określoną grupę podróżujących. W Warszawie wciąż brakuje luksusowego hotelu z prawdziwego zdarzenia i w każdym aspekcie jego funkcjonowania. Ceny nieruchomości w mieście są jednak często nieadekwatne do nakładów, jakie trzeba przeznaczyć na tego typu hotel, co sprawia że opłacalność takiej inwestycji może być niższa od oczekiwanej przez inwestorów.

Czy tempo rozwoju rynku hotelowego w naszym kraju jest adekwatne do potrzeb?

– Rynek hotelowy w Polsce rozwija się w sposób nierównomierny, często bez głębszej analizy lokalnych potrzeb. Baza noclegowa w takich miejscach, jak Warszawa, czy Kołobrzeg rośnie szybko i sprawnie, choć z pewnością podział na lokalizacje i kategorie hoteli mógłby być lepszy. W innych lokalizacjach miejskich, jak na przykład dawne miasta wojewódzkie widać powstające nowe inwestycje, ale wciąż jest miejsce na kolejne, które zaspokoją zarówno potrzeby rynku, jak i inwestorów. Problem stanowi najczęściej dostępność gruntów w dobrych lokalizacjach i cenie na tyle rozsądnej, by projekty hotelowe miały sensowną stopę zwrotu z inwestycji.

Jakie są zasadnicze różnice w sposobie działania rynków hotelowych w Wielkiej Brytanii czy USA i rynku hotelowego w Polsce?

– Polski rynek hotelowy jest relatywnie młodym rynkiem, ponieważ jego prawdziwe początki przypadają na lata 90. ubiegłego wieku. W porównaniu do rynku brytyjskiego, czy amerykańskiego wciąż uczymy się rzemiosła hotelowego, zarówno od strony inwestycyjnej, jak i operacyjnej. Widoczną różnicą jest to, że w krajach zachodnich normą jest korzystanie z usług doradczych, ponieważ branża jest na tyle specyficzna, że nie można nauczyć się jej z przysłowiowej książki. Znajomość i zrozumienie procesów zachodzących na rynku hotelowym jest gwarancją sukcesu przedsięwzięć w tym segmencie i ta wiedza potrzebna jest od początku realizacji inwestycji.

W Wielkiej Brytanii, czy USA duży nacisk kładzie się również na pracowników i rozwój zespołu, który traktowany jest jak inwestycja, a nie koszt. W Polsce niestety wciąż jest wiele przypadków, gdzie pracownik jest złem koniecznym, ponieważ właścicielowi wydaje się, że zbyt wiele kosztuje.

Co jest przysłowiową piętą achillesową naszego hotelarstwa? Jakie aspekty związane z funkcjonowaniem hoteli w Polsce należałoby poprawić?

– Niewiedza inwestorów, brak zrozumienia specyfiki branży i niechęć do zasięgania opinii osób z doświadczeniem na różnych rynkach hotelowych. Niewiedza przejawia się w tworzeniu koncepcji i prowadzeniu inwestycji w sposób oderwany od rzeczywistych potrzeb rynkowych. Skutkuje to często brakiem rentowności projektów, co prowadzi do frustracji, bo inwestycja nie przynosi spodziewanych wyników.

Obiekty hotelowe z kilkunastoma, czy kilkudziesięcioma pokojami mają szansę odnieść sukces jedynie w niektórych lokalizacjach i to pod warunkiem doskonałego przygotowania całego projektu biznesowego. Zarówno koszt inwestycji, jak i stałe koszty operacyjne sprawiają bowiem, że ważnym aspektem koncepcji jest wielkość hotelu. Duże hotele konferencyjne mogą osiągać ponadprzeciętne wyniki finansowe dzięki ekonomii skali, ale jest to także uwarunkowane wieloma różnymi czynnikami. Dlatego tak ważne jest zaufanie dobrym doradcom, którzy spojrzą na inwestycję od strony praktycznej, dostarczając niezbędnej wiedzy, by odpowiednio przygotować inwestycję pod każdym względem.

Jakie czynniki powinny być szczególnie wnikliwie rozpatrywane w trakcie przygotowań do realizacji projektów hotelowych?

– Lokalizacja, lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja. Od niej zależy wszystko: popyt na usługi hotelowe, możliwość zapewnienia określonej liczby odpowiednio wyszkolonych pracowników, dostęp do niezbędnych rozwiązań technologicznych, różnorodna i ciekawa oferta hotelu, itp. Stworzenie hotelu z 500 pokojami pośrodku niczego, sprzedawanego w systemie condo z gwarantowaną stopą zwrotu, kiedy wsparciem inwestycji są tylko dobre chęci nie może przynieść dobrych rezultatów. Projekt musi być naprawdę drobiazgowo przemyślany.

Czym różni się proces doradztwa inwestycyjnego w segmencie hotelowym i biurowym?

– Segment biurowy wydaje się być mniej skomplikowany od hotelowego, jeśli chodzi o liczbę potencjalnie oferowanych produktów i usług, z których płynie strumień przychodów. Hotel nie jest budynkiem, w którym powierzchnia wynajęta jest kilku dużym firmom na kilka lat. „Najemców”, czyli gości hotelowych może być nawet kilka lub kilkaset tysięcy rocznie. Każdy zjawia się w innym terminie, z innymi potrzebami i trzeba mu zaoferować inne warunki. To sprawia, że organizacja związana z prowadzeniem takiego przedsiębiorstwa jest kompletnie różna niż w przypadku rynku biurowego. Zarządzanie w segmencie hotelowym wymaga zrozumienia większej ilości procesów zachodzących na terenie obiektu.

Jakie trendy daje się zauważyć na polskim rynku hotelowym? Co jest jeszcze przed nami, jeśli chodzi o tendencje światowe?

– W Polsce prawdopodobnie będzie przybywać hoteli butikowych, które pomimo mniejszej liczby pokoi będą generowały odpowiednie zwroty inwestycyjne z uwagi na profil gości. Będą również powstawać hotele z ograniczoną liczbą usług, zaspokajające potrzeby osób, które potrzebują jedynie krótkiego pobytu. W dużych miastach realizowane będą kolejne inwestycje typu mixed-use, łączące funkcje biurowe, hotelowe i handlowo-usługowe. Jest to pewien sposób dywersyfikacji inwestycji i ryzyka z nią związanego, umożliwiający elastyczne podejście do prowadzenia biznesu, pozwalające na przykład na zmianę liczby pokojów w zależności od przyszłych potrzeb.

Brytyjczycy szukają lekarzy rodzinnych w Europie. Brexit nie wpłynie na ich zatrudnienie

Brytyjczycy szukają lekarzy rodzinnych w Europie. Brexit nie wpłynie na ich zatrudnienie 1

Polska firma Paragona szuka obecnie kilkuset lekarzy rodzinnych z całej Europy, w tym z Polski, do pracy w placówkach brytyjskiego National Health Service (NHS). Ci, którzy zdecydują się na relokację, mogą liczyć na pomoc w załatwieniu wszystkich formalności związanych z rozpoczęciem życia w nowym miejscu. Przechodzą także intensywne bezpłatne szkolenia. Na mocy umów zawartych przez Paragonę z NHS, przebieg brexitu nie wpłynie na sytuację lekarzy, którzy podejmą pracę dla brytyjskiej służby zdrowia.

Polska firma specjalizująca się w rekrutacji dla sektora medycznego m.in. w Wielkiej Brytanii, Skandynawii i Francji wygrała niedawno przetarg na realizację 5-letniego kontraktu dla brytyjskiego NHS. Dotyczy on pozyskania do pracy na Wyspach kilku tysięcy lekarzy rodzinnych. To największy obecnie projekt rekrutacyjny realizowany dla brytyjskiej służby zdrowia, a tym samym największy projekt międzynarodowy w Europie.

– Możliwości rozwoju kariery zawodowej dla lekarzy rodzinnych w Wielkiej Brytanii są ogromne. Medycyna rodzinna w UK jest najbardziej rozwiniętą formą tej specjalizacji, co oznacza, że lekarze, którzy tam praktykują, mają maksymalnie szerokie kompetencje. Lekarz rodzinny na Wyspach jest częściowo ginekologiem (prowadzi ciąże), położnikiem czy chirurgiem (mała chirurgia), co jest szansą na ciekawą pracę oraz rozwój zawodowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kinga Łozińska, prezes zarządu Paragona Polska. – Lekarze z naszego projektu będą pracować w prywatnych praktykach, które wykonują usługi na rzecz NHS i z czasem, jeżeli będą chcieli, mogą zostać partnerami, czyli współwłaścicielami tych praktyk – dodaje Kinga Łozińska.

Rok temu Paragona zrealizowała już projekt pilotażowy, który polegał na rekrutacji 25 lekarzy rodzinnych do placówek NHS w Lincolnshire. Obecnie firma poszukuje kolejnych 100 lekarzy, którzy podejmą pracę w przychodniach zlokalizowanych w rejonie Central Midlands.

– Pracą w Wielkiej Brytanii są zainteresowani lekarze z całej Europy. Rekrutujemy głównie mieszkańców krajów członkowskich UE, których uprawnienia do zawodu są uznawane przez dyrektywy unijne. Jest to Rumunia, Bułgaria, Hiszpania, Grecja, Chorwacja, Litwa, Włochy, ostatnio także Czechy i oczywiście Polska – mówi Kinga Łozińska.

Pierwszy etap szkoleń przygotowujących do wyjazdu odbywa się w kampusie pod Warszawą, gdzie przyszli lekarze NHS doskonalą język, poznają procedury i zasady funkcjonowania brytyjskiego systemu ochrony zdrowia. Kolejny etap odbywa się już na miejscu, w Wielkiej Brytanii. Każdy specjalista przechodzi dodatkowe szkolenie pod okiem mentora, które ma pomóc mu w podjęciu całkowicie samodzielnej pracy w nowym kraju.

– Program, który realizujemy wspólnie z NHS, jest bardzo opiekuńczy – mówi Kinga Łozińska. – W trakcie kursu zapewniamy zakwaterowanie, wyżywienie, aktywności sportowe, a nawet przyznajemy stypendia dla rodzin, ponieważ lekarz nie pracuje zawodowo i poświęca czas tylko na naukę.

Rekrutacja specjalistów medycyny rodzinnej do pracy w Wielkiej Brytanii jest o tyle łatwiejsza, że duża część lekarzy z Europy zna już język angielski przynajmniej w podstawowym stopniu. Oferta skierowana jest do osób, które znają angielski, ale nie muszą być na poziomie biegłym.

– Lekarz, który chce podjąć pracę w UK, powinien zdać egzamin językowy IELTS na poziomie 7,5 oraz egzamin zawodowy dla obcokrajowców lub powracających do systemu I&R. Zrekrutowani przez nas lekarze zdają tylko nasz wewnętrzny egzamin językowy, uznawany przez NHS za wystarczający do podjęcia pracy. Po wyjeździe do UK lekarz zaczyna pracę oraz szkolenie, które przygotowuje do egzaminu zawodowego. To najlepsza ścieżka, jaka istnieje – mówi Kinga Łozińska.

Jak podkreśla, NHS to bardzo atrakcyjny pracodawca, zatrudniający ponad 1,7 mln pracowników, dlatego prawa pracownicze są tam mocno chronione. Jest to organizacja o ogromnym budżecie na szkolenia, rozwój i badania medyczne.

Szefowa Paragony podkreśla, że brexit nie będzie mieć wpływu na sytuację lekarzy, którzy podejmą pracę dla brytyjskiego NHS.

– Mamy pisemne zapewnienie działu rekrutacji międzynarodowej NHS, że wszyscy lekarze, którzy przejdą przez nasz proces rekrutacji i szkoleń, będą bezpieczni. Będą mogli pracować w strukturach NHS bez względu na to, jaką formę przybierze brexit – zapewnia Kinga Łozińska. – Sytuacja pełzającego brexitu na Wyspach oczywiście budzi zaniepokojenie wśród tych, którzy planują wyjazd i podjęcie tam pracy. Myślę, że Wielka Brytania jako kraj tradycyjnie wielokulturowy i wielonarodowy poradzi sobie z tym problemem. Niemniej nasz projekt ma szczególnie silne zabezpieczenia. 

Aktualnie prowadzona rekrutacja to kolejny projekt realizowany przez Paragonę dla National Health Service. Firma już wcześniej pomogła NHS uzupełnić niedobory kadrowe – kilka lat temu w ramach projektu rządowego przeszkoliła i zrekrutowała 300 lekarzy dentystów.

Lekarze rodzinni zainteresowani wyjazdem do pracy w placówkach NHS w Wielkiej Brytanii mogą znaleźć informacje o ofercie i wziąć udział w rekrutacji na stronie internetowej paragona.com.

Firmy coraz silniej odczuwają rosnące ceny energii. Inwestycje w energooszczędne rozwiązania stają się koniecznością

Firmy coraz silniej odczuwają rosnące ceny energii. Inwestycje w energooszczędne rozwiązania stają się koniecznością 2

Prognozy dotyczące podwyżek cen energii spędzają sen z powiek przedsiębiorcom. W kontekście ostatnich zawirowań na rynku energii szczególnego znaczenia nabierają inwestycje firm, które zmierzają do poprawy efektywności energetycznej. Ta może się okazać dobrym sposobem na zapowiadane podwyżki. Na taki krok zdecydował się już VELUX. Grupa zainwestuje łącznie ok. 14 mln zł w wymianę oświetlenia na LED-owe w swoich fabrykach w Gnieźnie i Namysłowie. Inwestycja, która ma się zwrócić najpóźniej po 5 latach, obniży roczne rachunki za energię o około 8 proc.

– Wymiana oświetlenia ma dwa podłoża. Pierwsze to ekonomia. Przy wzrastających cenach energii elektrycznej w Polsce ta inwestycja offsetuje nam zwiększone koszty pracy. Drugi ważny powód to poprawa warunków pracy i komfortu pracowników. Chcemy zastosować takie oprawy, które dostarczają oświetlenie o barwie bardzo zbliżonej do światła dziennego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Purol, dyrektor fabryk VELUX w Gnieźnie. 

Zgodnie z ustawą ceny energii w tym roku zostają ustalone na poziomie taryf i cenników obowiązujących 30 czerwca ubiegłego roku. Podmioty, które kupią energię drożej niż ustalona cena sprzedaży, mają dostać zwrot utraconego przychodu z Funduszu Wypłaty Różnicy Ceny. Powstrzymanie podwyżek cen prądu w 2019 roku ma kosztować łącznie 9 mld zł. Pomogą w tym trzy mechanizmy uwzględnione w nowelizacji ustawy: obniżenie podatku akcyzowego na energię elektryczną z 20 zł/MWh do 5 zł/MW, obniżenie opłaty przejściowej dla wszystkich odbiorców energii elektrycznej o 95 proc. oraz bezpośredni zwrot utraconego przychodu spółek obrotu.

Tymczasem do Urzędu Regulacji Energetyki docierają sygnały od odbiorców końcowych (innych niż gospodarstwa domowe) o poważnych problemach związanych z brakiem ofert sprzedaży energii elektrycznej i brakiem możliwości zawarcia umów na sprzedaż tej energii. Jak podaje URE, to bezprecedensowa sytuacja, która może się wiązać z koniecznością uruchomienia sprzedaży rezerwowej po cenach wyższych niż w standardowych umowach.

W kontekście zawirowań na rynku energii nabierają znaczenia inwestycje firm, które zmierzają do poprawy efektywności energetycznej. Na taki krok zdecydował się już VELUX. Grupa zainwestuje łącznie ok. 14 mln zł w wymianę oświetlenia na LED-owe w swoich fabrykach w Gnieźnie i Namysłowie, które są jednymi z największych w Polsce w sektorze stolarki budowlanej. Statystycznie prawie każde okno dachowe wyprodukowane pod marką VELUX ma w sobie jakiś element, który powstał właśnie w Gnieźnie, więc inwestycja zapewni grupie efekt skali i przyniesie spore oszczędności.

– Tylko w Gnieźnie mamy kilkanaście hal produkcyjnych, mówimy więc w sumie o kilkudziesięciu tysiącach opraw oświetleniowych do wymiany – mówi Robert Purol. – Program jest rozłożony na cały rok, jesteśmy mniej więcej w jego połowie. Cała inwestycja wyniesie łącznie około 7 mln zł. Natomiast postanowiliśmy wziąć udział w programie efektywnego oszczędzania energii rozpisanym na lata 2014–2020 roku, przystąpiliśmy do grantu i uzyskaliśmy na ten cel pomoc w postaci nieoprocentowanego kredytu.

Firmy, które chcą zainwestować w poprawę efektywności energetycznej, mogą skorzystać z funduszy unijnych w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014–2020. VELUX pozyskał z niego nieoprocentowany kredyt pokrywający 50 proc. kosztów inwestycji. Co więcej, 15 proc. tego kredytu (w kwocie około 1,2 mln zł) może zostać umorzone, jeżeli grupa pozytywnie przejdzie końcową weryfikację.

Kompleksowa wymiana oświetlenia na LED-owe w fabrykach VELUX ma zakończyć się jeszcze w tym roku. Modernizacja obejmie m.in. wymianę oświetlenia na stanowiskach roboczych, w halach produkcyjnych, magazynach, biurach i korytarzach, oświetlenie terenu i opracowanie zintegrowanego systemu sterowania oświetleniem. Grupa oszacowała, że po zakończeniu tej inwestycji roczne rachunki za energię elektryczną spadną o około 8 proc.

– Wstępne obliczenia wskazują, że okres zwrotu z tej inwestycji wyniesie 4–5 lat, natomiast pierwsze pomiary zużycia po zainstalowaniu nowych opraw wskazują, że może on być nawet krótszy – mówi Robert Purol.

System sterowania dostosowuje oświetlenie LED do natężenia światła dziennego, które dociera do hal fabrycznych. To zmniejsza konieczność wytężania wzroku i ułatwia wykonywanie bardziej precyzyjnych czynności, co z kolei poprawia wygodę pracowników.

– Zainteresowaliśmy się też fotowoltaiką. Obecnie w fabryce VELUX w Namysłowie projekt ten jest w fazie analizy i myślę, że ma szanse być zrealizowany – mówi Robert Purol.

Poza innymi zaletami modernizacja oświetlenia wpisuje się też w strategię klimatyczną VELUX, która zakłada obniżenie własnej emisji o 50 proc. do 2020 roku. W fabrykach będzie funkcjonował system nadzoru nad oświetleniem, który co miesiąc będzie wykonywał odpowiednie testy. Firma ubiega się także o białe certyfikaty, czyli świadectwa efektywności energetycznej wydawane za oszczędność energii.

– VELUX określił sobie cel, jakim jest redukcja dwutlenku węgla o 50 proc. do końca tej dekady, i chcemy się w niego wpisać. Tylko dzięki tej jednej inwestycji redukujemy zużycie energii o 8 proc. Natomiast te cyfry wyglądają jeszcze lepiej, jeżeli weźmiemy pod uwagę samo oświetlenie, bo jego wymiana zredukuje zużycie energii na ten konkretny cel o połowę – mówi dyrektor fabryk VELUX w Gnieźnie.

Publiczny Jednolity System Antyplagiatowy z licznymi wadami. Eksperci alarmują, że może on rozszczelnić kontrolę antyplagiatową na uczelniach

Publiczny Jednolity System Antyplagiatowy z licznymi wadami. Eksperci alarmują, że może on rozszczelnić kontrolę antyplagiatową na uczelniach 3

Od roku akademickiego 2018/2019 uczelnie mają obowiązek sprawdzania prac dyplomowych z użyciem publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Ten, jako stosunkowo nowy system, podlega ciągłym zmianom, co przekłada się na brak jednolitego standardu oceny prac dyplomowych. Na dodatek do weryfikacji prac dyplomowych używa ograniczonych, zamkniętych zasobów. Dlatego w praktyce uczelnie wciąż korzystają z systemu Antyplagiat firmy Plagiat.pl.

Plagiatowanie prac dyplomowych, licencjackich, magisterskich, czyli naruszanie przez studentów zasad poszanowania autorstwa, wymaga kontroli antyplagiatowych. Program, który oferuje minister zgodnie z ustawą, nie załatwia sprawy, bo potrzebne są jeszcze działania konsultantów wspierających posługiwanie się tym oprogramowaniem. Nie mówiąc już o konieczności jego rozwoju, bo te rozwiązania trzeba uaktualniać, trzeba poszerzać bazę – mówi agencji Newseria Biznes prof. Jerzy Woźnicki, prezes Fundacji Rektorów Polskich.

Na mocy ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce od roku akademickiego 2018/2019 uczelnie mają obowiązek sprawdzania prac dyplomowych z użyciem publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Jest udostępniany bezpłatnie wszystkim uczelniom w Polsce, służy do sprawdzania prac dyplomowych pod kątem plagiatu i ma wspierać pracę promotorów. System wykrywa m.in. klony prac dyplomowych, zapożyczenia fragmentów i próby ich ukrycia, takie jak manipulacje czcionką czy mikrospacje. Do badania antyplagiatowego stosuje też metodę stylometryczną, która pozwala określić, czy praca została napisana samodzielnie.

 Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że JSA miał z założenia oferować jednolity standard oceny prac dyplomowych. W praktyce administratorzy systemu mają całą gamę parametrów, dzięki którym mogą modyfikować sposób wyliczenia wyników, a wykładowcy w interfejsie mają możliwość przeliczenia wyników w ramach ich oceny. Trudno więc mówić o jednolitym standardzie  mówi Anna Słowińska, kierownik ds. kluczowych klientów Plagiat.pl.

Uruchomienie JSA wymagało wielu przygotowań na uczelniach. Te musiały m.in. przeszkolić wszystkich swoich pracowników w zakresie korzystania z nowego systemu i przede wszystkim zasilić go danymi, zmodyfikować funkcjonujące od lat systemy zarządzania pracami dyplomowymi oraz regulaminy i procedury antyplagiatowe.

Uczelnie są zobowiązane do korzystania z Jednolitego Systemu Antyplagiatowego, a jednocześnie większość z nich nadal korzysta z dotychczas stosowanego systemu Antyplagiat firmy Plagiat.pl, który część z nich wykorzystuje również do sprawdzenia prac zaliczeniowych, a także publikacji naukowych i prac doktorskich – mówi Anna Słowińska.

Jak podkreśla Jednolity System Antyplagiatowy oraz system Antyplagiat mają różne bazy porównawcze. JSA korzysta z ograniczonych zamkniętych zasobów, porównuje prace w oparciu o ORPPD, bazę aktów prawnych oraz zasoby Neksta, wyszukiwarki polskiego internetu. Z kolei system Antyplagiat wykorzystuje zasoby światowego internetu, bazę aktów prawnych Wolters Kluwer, Międzyuczelniany Program Wymiany Baz oraz bazy innych podmiotów, takich jak m.in. Paperity.org czy xArchive – łącznie ponad 3,5 mln tekstów i treści naukowych.

Studenci mogą bardzo szybko się zorientować, że – aby przechytrzyć Jednolity System Antyplagiatowy – wystarczy korzystać z treści w starych publikacjach, których nie wykorzystano w pracach z ostatnich 10 lat, znajdujących się w ORPPD bądź w nowych publikacjach. Dotyczy to również nowych stron internetowych, których Nekst nie zdążył jeszcze zaindeksować – mówi Anna Słowińska.

Jak ocenia, problemem jest również to, że JSA jako nowy system cały czas podlega zmianom.

Prace bronione w nadchodzącej sesji letniej będą weryfikowane w oparciu o inne funkcjonalności niż te, które były dostępne w ostatniej sesji zimowej. Zostaną przeanalizowane w odmienny sposób – mówi Anna Słowińska.

Co istotne, Jednolity System Antyplagiatowy ogranicza się głównie do weryfikacji prac dyplomowych z tzw. Ogólnopolskim Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych (ORPPD) oraz z polskojęzycznymi stronami internetowymi.

Wystarczy, żeby studenci zaczęli chętniej pisać prace w językach obcych, dla których w chwili obecnej Jednolity System Antyplagiatowy nie ma dostatecznych baz porównawczych. Z doświadczenia wiemy, że studenci wykazują dużą kreatywność w próbach oszukania systemu, więc trzeba się liczyć z tymi ograniczeniami – mówi Anna Słowińska.

Ekspertka zwraca uwagę na to, że system do weryfikacji prac dyplomowych nie jest jedynym narzędziem w walce z problemem plagiatowania na uczelniach wyższych. Równie ważna jest edukacja, a także szkolenia dla wykładowców i studentów.

– Praca dyplomowa jest pewnym elementem spinającym edukację. Nauczanie prawidłowego korzystania ze źródeł odbywa się na jej wcześniejszym etapie, jeszcze przed rozpoczęciem nauki na wyższej uczelni. Warto korzystać z systemu antyplagiatowego do weryfikacji prac zaliczeniowych, żeby studenci mogli nauczyć się prawidłowo korzystać ze źródeł, prawidłowo oznaczać przypisy. Jest to narzędzie wspierające wykładowców. Z drugiej strony warto, żeby w przestrzeni publicznej znalazło się miejsce do rozmowy na temat problemu plagiatowania i próby jego zminimalizowania w naszym szkolnictwie – mówi Anna Słowińska.

Plagiatowanie prac wiąże się z bardzo dużym ryzykiem. Jeżeli oszustwo zostanie wykryte nawet po latach, grozi to utratą dyplomu.

– Następują kulturowe zmiany w środowisku akademickim, ludzie coraz lepiej uświadamiają sobie negatywne skutki plagiatowania, a wyczulenie na ten problem jest bardzo duże. Można zostać napiętnowanym na resztę życia. Co więcej, nawet po latach można stracić dyplom. To jest dramat, kiedy np. pełni się funkcję w jakiejś instytucji, gdzie w rozwoju zawodowym wymagane jest wyższe wykształcenie – mówi prof. Jerzy Woźnicki.