Tylko 17 proc. polskich firm korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Brakuje świadomości, że mogą to być dobre narzędzia do zwiększenia sprzedaży i płynności

Tylko 17 proc. polskich firm korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Brakuje świadomości, że mogą to być dobre narzędzia do zwiększenia sprzedaży i płynności 1

W ubiegłym roku polskie firmy po raz pierwszy ubezpieczyły obroty warte blisko pół biliona złotych. Łączna kwota ubezpieczonych należności wyniosła blisko 157 mld zł, czyli o 9 proc. więcej niż w 2017 roku. Mimo tych wzrostów sytuacja w tym segmencie rynku jest daleka od oczekiwań ubezpieczycieli. Kluczowe jest pozyskanie nowych klientów – przekonuje Marcin Olczak z firmy Marsh. Obecnie co piąta firma w ogóle nie ubezpiecza transakcji sprzedaży swoich wyrobów, a tylko 17 proc. korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Firmy nie są świadome, że te narzędzia mogą być wykorzystywane do zwiększania sprzedaży i wsparcia płynności finansowej.

– Pomimo dobrych wskaźników makroekonomicznych sytuacja na rynku ubezpieczeń należności handlowych nie jest najlepsza. W 2017 roku uśredniona szkodowość wynosiła 75 proc., w roku 2018 obniżyła się do 61 proc. z uwagi na wzrost składek ubezpieczeniowych o około 10 proc. i spadek wypłaconych odszkodowań o 8 proc. Natomiast jest to dość dalekie od oczekiwanych wyników przez ubezpieczycieli i zakładamy, że 2019 rok przyniesie dalsze działania mające na celu podwyższenie stawek ubezpieczeń, choć może nie tak drastyczne jak w 2018 roku – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Olczak, dyrektor Departamentu Ryzyk Kredytowych i Politycznych w firmie Marsh.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że kwota ubezpieczonych obrotów polskich firm wzrosła w 2018 roku o 10 proc., do poziomu 505 mld zł. Po raz pierwszy w historii przekroczyła ona granicę pół biliona złotych. Wzrosło zaangażowanie polskich ubezpieczycieli we wsparcie eksportu – dynamika w przypadku ochrony kredytów eksportowych sięgnęła 112 proc. Nieznacznie spadła wartość ubezpieczanych należności krajowych, ze 105 mld zł do 101,7 mld zł.

– Popyt na ubezpieczenia należności handlowych w Polsce jest umiarkowany. Owszem, pojawiają się zainteresowane tym produktem firmy, ale one są równoważone poprzez odejścia firm, które z niego rezygnują z uwagi na podwyższenie składki czy słabsze limity kredytowe. Rynek rośnie bardziej dzięki wzrostowi stawek ubezpieczeniowych – ocenia Marcin Olczak.

W 2018 roku składka przypisana brutto z tytułu ubezpieczeń krótkoterminowych należności eksportowych i krajowych wzrosła o ok. 11 proc.

– Zdarzały się polisy – w zależności od szkodowości – nawet ze wzrostem o ponad 100 proc. Zakładamy, że także w 2019 roku utrzyma się trend wzrostowy, natomiast prawdopodobnie już nie będzie on tak znaczący, z uwagi na to, że większość polis odszkodowych się odnowiła w ubiegłym roku i raczej takiej szkodowości nie będziemy osiągać – analizuje dyrektor Departamentu Ryzyk Kredytowych i Politycznych w firmie Marsh.

PIU podaje, że choć w 2018 roku spadła wartość wypłacanych odszkodowań (o 8 proc.), to część zakładów ubezpieczeń zawiązało wyższe rezerwy na przyszłe wypłaty. Pogorszenie kondycji finansowej przedsiębiorstw może skutkować wyższymi kwotami wypłacanych odszkodowań w 2019 roku.

Z danych pochodzących z Monitora Sądowego i Gospodarczego, zebranych przez KUKE, wynika, że w marcu 2019 roku sądy ogłosiły upadłość 53 przedsiębiorstw, czyli o 13 proc. więcej niż przed miesiącem. Od kwietnia 2018 do marca 2019 roku na skutek niewypłacalności działalność gospodarczą zakończyły 623 przedsiębiorstwa. Bolączką polskich firm są niesolidni kontrahenci – za upadłości w dużej mierze odpowiadają zatory płatnicze.

– Ubezpieczenie należności handlowych jest najlepszym sposobem zabezpieczenia ryzyka kredytowego. Zmienione w 2016 roku prawo restrukturyzacyjne sprzyja bardzo dłużnikom, a wierzyciele często pozostają bez wsparcia. Stąd też ubezpieczenie, które nie jest związane z majątkiem dłużnika, pozwala na lepsze zabezpieczenie ryzyka kredytowego – przekonuje Marcin Olczak.

Z badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że mniej niż połowa polskich firm korzysta z ubezpieczeń majątkowych, finansowych, inwestycyjnych czy oszczędnościowych. Najpopularniejsza jest ochrona przed kradzieżami, ryzykiem awarii czy następstw nieszczęśliwych wypadków. Ubezpieczenia finansowe są znacznie mniej popularne.

Co piąte przedsiębiorstwo w ogóle nie ubezpiecza transakcji sprzedaży swoich produktów. Połowa ubezpiecza je podczas sprzedaży krajowej, a 28 proc. zarówno w kraju, jak i za granicą, a zaledwie 4 proc. tylko podczas kontraktów eksportowych. Jedynie 17 proc. firm korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Zdaniem eksperta firmy Marsh to właśnie pozyskanie nowych klientów jest dla branży największym wyzwaniem.

– Przypływ nowych firm jest niewielki. Poza obszarem ubezpieczeń pozostaje wiele firm, które mają na tyle bezpieczny portfel, że nie widzą większego sensu w ubezpieczaniu się. Natomiast jest to podyktowane faktem, że ubezpieczenie należności handlowych jest traktowane jako jedno z narzędzi zabezpieczenia samego ryzyka. Może ono być również narzędziem zwiększania sprzedaży, a także wsparcia płynności firmy jako zabezpieczenie dla udzielonego finansowania, np. przy faktoringu – podkreśla ekspert.

Jak przypomina Marcin Olczak, branża ubezpieczeń należności handlowych jest mocno związana z sytuacją geopolityczną. W przypadku twardego brexitu obrót towarowy pomiędzy Polską a Wielką Brytanią nie będzie już mieć swobodnego charakteru, lecz będzie podlegać nadzorowi celnemu. Obecnie Wielka Brytania jest trzecim największym partnerem handlowym Polski, zaraz po Niemczech i Republice Czeskiej.

– Firmy w Polsce stają się niewypłacalne, nie płacą swoim dostawcom nie tylko dlatego, że mają problemy lokalne. Ich problemy często wynikają z problemów firm zagranicznych, zarówno tych nierzetelnych, jak i działających na rynkach o podwyższonym ryzyku (m.in. Turcja, Włochy, Wielka Brytania). Problemy globalne przekładają się na lokalne problemy firm polskich – mówi Marcin Olczak.

Przybywa zastosowań sztucznej inteligencji w medycynie. Jest ona szczególnie wykorzystywana w diagnostyce i radiologii

Przybywa zastosowań sztucznej inteligencji w medycynie. Jest ona szczególnie wykorzystywana w diagnostyce i radiologii 2

Możliwości zastosowania sztucznej inteligencji w medycynie – zwłaszcza w diagnostyce i radiologii – gwałtownie rosną. Raport PwC wskazuje, że narzędzia z tą technologią mogą w dużym stopniu wesprzeć procesy diagnostyczne i terapeutyczne, przy okazji obniżając ich koszty. Dzięki analizie danych z różnych źródeł AI może również wspierać pracę lekarzy, ułatwiając postawienie właściwej diagnozy czy wybór optymalnej ścieżki leczenia danego pacjenta. Coraz powszechniej trafia ona już do nowoczesnych urządzeń medycznych wykorzystywanych przez szpitale. 

– Sztuczna inteligencja to temat bardzo ważny. Skupiamy się na ścisłym połączeniu naszego pakietu usług diagnostyki obrazowej, czyli tomografii komputerowej (TK), rezonansu magnetycznego (MRI) i aparatu rentgenowskiego (RTG), ze sztuczną inteligencją. To jest technologia przyszłości. Nigdy nie zastąpi radiologów, ale radiolodzy wykorzystujący tę technologię z pewnością wyprą tych, którzy nie będą jej używać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Eberhard ten Weges, dyrektor marketingu tomografii komputerowej w Siemens Healthineers.

Nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji pracują już zarówno największe koncerny, jak i ośrodki naukowe. Bazujący na AI i uczeniu maszynowym program Google DeepMind partneruje lekarzom z kliniki radioterapii University College London Hospital w doborze optymalnego leczenia pacjentów z ciężką postacią raka szyi. W ubiegłym roku sztuczna inteligencja o nazwie BioMind podczas specjalnych zawodów zorganizowanych w Pekinie pokonała lekarzy w diagnozowaniu chorób neurologicznych, wykazując się o 20 proc. większą skutecznością. Rok temu głośno było również o naukowcach ze Stanford University, których algorytm oparty na AI w ciągu 2 miesięcy nauczył się rozpoznawać 14 chorób na podstawie zdjęć RTG, wykazując się większą skutecznością niż radiolodzy.

Ze start-upów i uniwersytetów sztuczna inteligencja coraz powszechniej trafia do nowoczesnych urządzeń medycznych wykorzystywanych już przez szpitale.

– Sztuczna inteligencja to bardzo ważny komponent w naszej pracy. Z powodzeniem wprowadziliśmy na rynek produkt, który jest wyposażony w system zintegrowanego przepływu oraz AI-Rad Companion Chest CT [asystenta do interpretacji badań TK klatki piersiowej opartego na sztucznej inteligencji – red.]. Takie rozwiązania mają na celu ułatwienie życia pacjentów oraz redukcję kosztów opieki medycznej – mówi Eberhard ten Weges.

System oceny badań radiologicznych AI-Rad Companion to jedno z rozwiązań Siemensa, które wspiera lekarzy w wyborze optymalnego leczenia na podstawie m.in. wyników badań diagnostycznych i laboratoryjnych. Dane z różnych źródeł są następne analizowane przez narzędzie bazujące na AI.

– AI-Rad Companion Chest CT posiada wcześniej zdefiniowane i wstępnie skonfigurowane opisy badania, co pozwala zaoszczędzić sporo czasu. Podczas badań w Wielkiej Brytanii zaobserwowaliśmy, że liczba badań MRI i TK zwiększyła się o 40 proc., ale liczba radiologów pozostaje taka sama – mówi Eberhard ten Weges. – Jeśli zmniejszymy o połowę czas, którym radiolog dysponuje przy diagnostyce na podstawie wykonanych obrazów, wyraźnie wzrośnie odsetek błędów, które wymagają ponownego wykonywania skanów. Mielibyśmy wówczas także do czynienia z dużą liczbą fałszywie dodatnich lub ujemnych wyników. Dlatego za pomocą naszej technologii chcemy wspierać, pomagać zaoszczędzić czas oraz stawiać jeszcze bardziej precyzyjne rozpoznania.

Kolejną innowacją koncernu jest SOMATOM Force. Maszyna wyposażona jest w podwójny system zasilania z dwiema lampami rentgenowskimi i dwoma matrycami detektorów, co daje możliwość wykonywania obrazów o najwyższej rozdzielczości przy szybkim obrocie oraz najniższej możliwej dawce promieniowania. Aparat diagnostyczny ma w środku kamerę 3D, która umieszczona jest nad pacjentem.

– Pozwala to na precyzyjne ułożenie pacjenta. Kamera rozpoznaje jego wymiary i wzrost, możemy więc z dużą dokładnością określić jego izocentrum –podkreśla Eberhard ten Weges. – Opracowaliśmy system szybkiego, zintegrowanego przepływu zawierający algorytmy sztucznej inteligencji, dzięki którym uczy się on ustawień. Dzięki tej wyuczonej wiedzy automatycznie pokazuje ustawienia, które wykorzystywaliśmy przy ostatnim skanowaniu pacjenta o podobnych parametrach, przez co badanie jest bardziej precyzyjne.

Korzyścią dla lekarza jest dużo lepsza jakość wyników badania, z kolei dla pacjenta zmniejszona do minimum dawka promieniowania i większy komfort podczas badania RTG.

– System korzysta z własnego przepływu danych, oszczędzając w ten sposób czas i pieniądze, a wiemy, jak duża wśród świadczeniodawców jest presja w tym zakresie. Zwiększamy jakość obrazu, poprawiamy komfort pacjenta, a jednocześnie zmniejszamy koszty. Wpływamy tym samym na poprawę kondycji całego sektora opieki medycznej – dodaje dyrektor marketingu tomografii komputerowej w Siemens Healthineers.

Z badań przeprowadzonych przez PwC wynika, że pacjenci są już gotowi na bardzo szerokie zastosowania sztucznej inteligencji w leczeniu i diagnostyce. 55 proc. pacjentów chce korzystać z robotów wyposażonych w AI, które mogłyby np. wykonywać badania, odpowiadać na pytania dotyczące zdrowia, stawiać diagnozę i zalecać leczenie. Z kolei 73 proc. preferowałaby wykonywanie drobnych zabiegów chirurgicznych przez roboty, a nie przez lekarzy.

Mentoring najważniejszym źródłem wiedzy dla ponad połowy start-upów. Sieć kontaktów i specjalistyczna wiedza równie istotne jak finansowanie

Mentoring najważniejszym źródłem wiedzy dla ponad połowy start-upów. Sieć kontaktów i specjalistyczna wiedza równie istotne jak finansowanie 3

Pozyskanie finansowania nie stanowi dla start-upów gwarancji sukcesu. Oprócz pieniędzy niezbędne są także sieć kontaktów oraz specjalistyczna wiedza pozyskiwana od ekspertów i mentorów. Właśnie dlatego tak korzystna jest współpraca między start-upami a dużymi koncernami, na której zyskują obie strony. Dzięki uczestnictwu w konkursie PowerUp! start-upy otrzymują szansę na edukację biznesową i rozwój. – Oferujemy rozwiązanie od A do Z. To ścieżka dojścia do pierwszej realnej rundy finansowania z inwestorami – podkreśla Jakub Miler, CEO InnoEnergy Central Europe.

– Trudno zdecydować jednoznacznie, co jest istotniejsze dla start-upów, szczególnie w tej części Europy, mentoring czy finansowanie. Start-upy często zapominają, że najprostszą drogą do finansowania jest znajdywanie klienta. A z drugiej strony trzeba być też uczciwym i fair wobec sytuacji, którą mamy u nas. Wolny rynek funkcjonuje tak naprawdę dopiero od 30 lat. – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Miler, CEO InnoEnergy Central Europe.

Raport „Polskie startupy” wylicza, że w Polsce rząd wydał do tej pory na start-upy ponad 1,5 mld zł – 890 milionów z PARP, 440 mln z KFK i 250 mln z NCBiR. Problemem jest niski poziom finansowania inwestorów prywatnych i brak wykwalifikowanych kadr. Aż 70 proc. start-upów mimo chęci nie współpracuje z żadną korporacją. Tymczasem to w małych firmach powstają rozwiązania, które odpowiadają na najpilniejsze potrzeby dużych koncernów czy całych sektorów gospodarki. Dwustronna współpraca jest korzystna dla obu stron. Start-upy zyskują odbiorcę swoich rozwiązań, wsparcie w rozwoju i fundusze, a korporacje w zamian otrzymują często rozwiązania innowacyjne na skalę światową. Takim programem jest PowerUp!

– W naszej sytuacji zarówno mentoring, jak i wsparcie finansowe wydają się kluczowe do tego, żeby pomagać start-upom rozwijać się w odpowiedni sposób. To, co warte jest podkreślenia, że PowerUp! tak de facto jest tylko bardzo wąski element naszej oferty dotyczący start-upów na bardzo wczesnej fazie rozwoju – ocenia Jakub Miler.

Celem konkursu jest wyłonienie najlepszych start-upów i umożliwienie im współpracy z największymi graczami na rynku. W tegorocznej, piątej już edycji PowerUp!, do wygrania jest 50 tys. euro i  kompleksowe wsparcie w globalnym rozwoju biznesu. Konkurs organizowany przez InnoEnergy to największe tego typu wydarzenie dla start-upów z 24 krajów Europy Środkowo-Wschodniej, pracujących nad rozwiązaniami dla przemysłu z takich obszarów, jak m.in. energia, mobilność czy technologie smart.

– To, co wyróżnia PowerUp! spośród innych konkursów, to że to jest rozwiązanie od A do Z. Z jednej strony znajdujemy takich młodych utalentowanych ludzi, którzy mają swój pomysł na siebie, pomagamy im kompletować odpowiedni zespół, a także finansujemy pierwszy rozwój produktu – przekonuje Jakub Miler.

Po raz pierwszy w historii PowerUp! przyznana zostanie nagroda specjalna Clean Air Challenge Award. Swoją kandydaturę do niej mogły zgłosić wszystkie start-upy, których technologie przyczyniają się do ograniczenie zanieczyszczenia powietrza. Wyróżnienie zostanie wręczone podczas Wielkiego Finału, który odbędzie się 21 maja w Krakowie na konferencji Impact’19.

– Warte podkreślenia jest to, że PowerUp! to nie jest tylko konkurs dla firm energetycznych. Staramy się wynajdywać również rozwiązania, które można zastosować przemysłowo w sektorach takich jak cleantech, mobility czy cleanair – zaznacza prezes InnoEnergy Central Europe.

Zwycięstwo w konkursie otwiera start-upom drzwi do zaistnienia na rynku i rozpoczęcia lub rozwoju sprzedaży swoich rozwiązań. Uczestnicy mogą liczyć nie tylko na pomoc finansową, lecz przede wszystkim na wsparcie ekspertów. Każdy finał poprzedzają dwudniowe bootcampy – seria szkoleń i warsztatów prowadzonych przez uznanych europejskich mentorów biznesowych.

– Każdy uczestnik tych finałów krajowych ma dostęp do dobrze zorganizowanego, przygotowanego programu coachingu i mentoringu biznesowego. Wszyscy uczestnicy finałów krajowych otrzymują w ten sposób dostęp do wysokiej jakości wiedzy, dostają mnóstwo wskazówek dotyczących tego, jak zbudować biznes, jak ustrukturyzować rozmowy z inwestorami, z klientami. I najważniejsze, kierujemy ich w stronę koncepcji budowania sprzedaży, natomiast nie zachęcamy do rozbudowywania technologii, ponieważ to jest ślepa uliczka – mówi Sebastian Siuchta, Business Creation Officer InnoEnergy Central Europe.

Najbardziej obiecujące przedsiębiorstwa mogą liczyć na zaproszenie do programu akceleracyjnego Highway by InnoEnergy. Pomaga on start-upom odnaleźć się na rynku, dostosować produkt lub usługę do jego realiów, a nawet dotrzeć do pierwszych klientów.

– Highway uzupełniony jest programem Boostway. Skierowany jest do skylabów, czyli tych start-upów, które potrafiły zacząć sprzedawać, osiągnęły regularne przychody, potrafią udowodnić swoją wartość opiniami od klientów. W przeciwieństwie do Highwaya, w którym finansowanie zapewniamy firmom w zamian za equity, Boostway jest takim equity free programem. Koncepcja Boostwaya polega na modelu success fee, pomagamy firmom w ekspansji na terenie Europy, Stanów Zjednoczonych czy innych kluczowych rynków w zamian za część przychodów – tłumaczy Sebastian Siuchta.

Jak podkreślają eksperci, w programach wsparcie finansowe – choć istotne – nie jest jedynym, potrzebnym do osiągnięcia sukcesu. To, co równie istotne dla start-upów, to dostęp do wiedzy i pomoc ekspertów np. w wypromowaniu produktu. Z tym zaś bardzo często jest problem.

– Start-upy, aby osiągnąć sukces, przede wszystkim potrzebują zrozumienia tego, co chcą osiągnąć, w jakim kierunku płyną, ale też determinacji do tego, żeby to osiągnąć i przede wszystkim konsekwencji w działaniu, żeby starczyło im zapału do tego, żeby realizować i rozwiązywać problemy swoich klientów –wymienia Greg Albrecht, doradca i inwestor.

Z raportu „Polskie startupy 2018” wynika, że liczba start-upów systematycznie rośnie. O ile w latach 2016–2017 szczególnie niepokoił niski odsetek start-upów debiutujących na rynku ze swoimi pomysłami, to w 2018 roku start-upów formułujących założenia i budujących zespół od podstaw jest już 18 proc. Młodsi i mniej zarabiający chcą uczyć się marketingu i zarządzania, ci dojrzalsi wolą angażować czas w mentoring i spotkania branżowe. Dla 58 proc. badanych indywidualny mentoring to najważniejsze źródło wiedzy.

– Najczęstsze przyczyny niepowodzeń start-upów to po pierwsze, pomysł i produkt, który nie rozwiązuje żadnego rzeczywistego problemu, w związku z tym nikt nie chce go kupować. Po drugie, brak determinacji i konsekwencji w realizowaniu swojego projektu, start-upowcy nie uczą się na bieżąco i nie wyciągają wniosków. Kolejnym powodem niepowodzenia start-upów jest timing. Być może w danym miejscu i w czasie już kto inny rozwiązuje dany problem albo odwrotnie, jeszcze nie nastała chwila, aby właśnie taki produkt wprowadzić na rynek – wskazuje Greg Albrecht.

Osoby niewidome i słabowidzące nie muszą być wykluczone z życia kulturalnego. Dzięki technologii audiodeskrypcji mogą „oglądać” filmy

Osoby niewidome i słabowidzące nie muszą być wykluczone z życia kulturalnego. Dzięki technologii audiodeskrypcji mogą „oglądać” filmy 4

W Polsce żyje ponad 1,8 mln osób z dysfunkcją wzroku oraz 800 tys. osób z niepełnosprawnością słuchu. Ich udział w życiu kulturalnym do tej pory był ograniczony, ale dzięki technologii audiodeskrypcji mogą one w pełni uczestniczyć w różnego rodzaju wydarzeniach i pokazach. Przekazywanie przez słuchawki werbalnego opisu treści wizualnych jest metodą, dzięki której osoby słabowidzące czy seniorzy z zaburzeniami widzenia mogą zrozumieć film. W ramach tegorocznej 16. edycji Millennium Docs Against Gravity, którego partnerem jest Bank Millennium, cztery filmy będą wyemitowane z funkcją audiodeskrypcji i napisami dla osób niesłyszących.

Od 30 lat Bank Millennium jest mecenasem kultury, więc mieliśmy szansę obserwować różne wydarzenia kulturalne. Wiemy, że nie wszystkie społeczności mają równy dostęp do kultury, zwłaszcza osoby z niepełnosprawnościami, a jest to całkiem spora część naszego społeczeństwa, te osoby nie zawsze mogą uczestniczyć w wydarzeniach tego typu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Jarzębska, dyrektor Departamentu Public Relations Banku Millennium.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce żyje ponad 1,8 mln osób z dysfunkcją wzroku. Problemy z prawidłowym widzeniem mają też osoby starsze – obecnie już co piąty Polak ma co najmniej 60 lat, w 2050 roku ich odsetek sięgnie 40 proc. Osoby z niepełnosprawnościami, dysleksjami, niedowidzące często są wykluczane z życia kulturalnego. Przeciwdziałać temu może audiodeskrypcja, czyli przekazywanie przez słuchawki opisu treści wizualnych. Dzięki temu osoby z niepełnosprawnością wzroku czy słuchu, seniorzy, osoby z dysleksją i niepełnosprawnością intelektualną mogą zrozumieć film.

Audiodeskrypcja jest wykorzystywana coraz częściej. Tylko w 2018 roku Fundacja Audiodeskrypcja udostępniła i opisała blisko 250 dzieł sztuki, m.in. dzieła Edwarda Muncha, Claude Moneta, Gustawa Klimta, Vincenta van Gogha czy Edgara Degasa. Zostały też opisane obiekty architektoniczne, m.in. Wieża Eiffla w Paryżu, Casa Mila w Barcelonie i Budynek Secesji w Wiedniu.

Podczas zbliżającej się 16. edycji Festiwalu Filmów Dokumentalnych Millennium Docs Against Gravity chcielibyśmy cztery filmy w Warszawie i we Wrocławiu wyemitować w technologii audiodeskrypcji – zapowiada Iwona Jarzębska. – Każda z osób, która będzie chciała skorzystać z takiego rozwiązania, może ściągnąć aplikację AudioMovie, zeskanować QR kod z biletu, włączyć słuchawki i słuchać lektora, który opisuje słowami to, co dzieje się na ekranie. Wszystkie osoby z niepełnosprawnością wzroku będą mogły razem ze swoimi przyjaciółmi i rodziną cieszyć się filmem dokumentalnym i będą mogły w pełni uczestniczyć w tym święcie kina.

W rozpoczynającym się w maju festiwalu audiodeskrypcja obejmie filmy „Hi, AI” („Mój przyjaciel, robot”), „Piano to Zanskar” („Stroiciel Himalajów”) oraz sudański „Talking about trees” („Pogawędki o drzewach to zbrodnia”) .

– Kolejnym z filmów, moim faworytem, jest film „My generation”. Jest to historia tworzącej się popkultury w latach 60. w Londynie opowiadana przez Michaela Caine’a. Mamy nadzieję, że to będzie hit festiwalu i on będzie również mógł być obejrzany przez osoby z niepełnosprawnościami – wskazuje Iwona Jarzębska.

Jak podkreśla ekspertka, audiodeskrypcja doskonale wpisuje się w działania Banku Millennium, który na bieżąco niweluje bariery dla osób z niepełnosprawnościami. Obecnie już wszystkie bankomaty i 90 proc. oddziałów jest dostosowana do wymagań niepełnosprawnych klientów.

– Dbamy o to, żeby strona internetowa banku była z łatwością czytana i treści były dostępne dla osób z niepełnosprawnością wzroku. W 2018 roku bank otrzymał nagrodę od organizacji pozarządowej Widzialni za najlepszą stronę internetową przystosowaną właśnie do potrzeb ludzi z niepełnosprawnością –mówi Iwona Jarzębska.

Strona banku jest już dostosowana do czytania przez czytniki ekranu, dostępna z poziomu klawiatury (do nawigacji nie trzeba używać myszki) i zawiera funkcję powiększania tekstu. Klienci korzystający z infolinii banku mogą skorzystać z funkcji komend głosowych zamiast z klawiszy numerycznych telefonu. Osoby z problemami ze wzrokiem mogą też samodzielnie podpisać umowę z bankiem w obecności dwóch pracowników placówki lub świadka, osoby zaufanej klientowi.

– Usługi bankowe przenoszą się ze świata realnego do cyfrowego. Widzimy coraz większe zainteresowanie klientów naszą bankowością internetową, a w szczególności mobilną. Dlatego chcemy, żeby nikt z tych usług nie był wyłączony. Projektując nasze rozwiązania w świecie cyfrowym, dbamy również o specjalne potrzeby ludzi z niepełnosprawnością – podkreśla Iwona Jarzębska.

Zmiany klimatu z dużym wpływem na zdrowie i życie. Do Polski docierają nieznane dotąd w naszym regionie choroby

Zmiany klimatu z dużym wpływem na zdrowie i życie. Do Polski docierają nieznane dotąd w naszym regionie choroby 5

Nasilające się na skutek zmian klimatycznych ekstremalne zjawiska pogodowe, jak wichury, trąby powietrzne, fale upałów czy pożary, zwiększają zagrożenia dla zdrowia i życia ludzi. Wzrost globalnej temperatury przynosi także ryzyko zachorowania na choroby, które dotąd spotykane były w cieplejszych regionach świata. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że już teraz zmiany klimatu odpowiadają bezpośrednio za ponad 140 tys. zgonów rocznie, a do 2030 roku liczba ta ma wzrosnąć do 250 tys. Dlatego klimatolodzy przestrzegają przed zaniechaniem działań na rzecz ochrony klimatu.

– Jeżeli nie zmienimy drastycznie naszych przyzwyczajeń, np. do ogrzewania węglem, jeżeli nie uświadomimy sobie dziś pewnych problemów i nie zaczniemy ich zmieniać, to za 20–30 lat obudzimy się w zupełnie innym świecie, nieprzyjaznym dla pokolenia naszych dzieci, wnuków i prawnuków – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Krzysztof Błażejczyk, klimatolog z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk.

Z raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) wynika, że obecnie średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie gwałtownie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C w 2040 roku. To grozi nieodwracalnymi zmianami. IPCC oblicza, że globalna emisja dwutlenku węgla do 2030 roku musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku, aby nie przekroczyć progu bezpieczeństwa. Do 2050 roku powinniśmy całkowicie zrezygnować ze spalania węgla. W przeciwnym wypadku skutki mogą być trudne do wyobrażenia, również dla zdrowia ludzi.

– Mamy grupę chorób klimatozależnych. To są zarówno przeziębienia, udary cieplne, słoneczne, jak i choroby odkleszczowe czy przenoszone przez inne owady – wymienia prof. Krzysztof Błażejczyk.

Jak wskazuje raport Koalicji Klimatycznej i HEAL „Wpływ zmian klimatu na zdrowie”, zmieniające się warunki klimatyczne przyczyniają się do wzrostu populacji much, komarów, kleszczy, wszy i gryzoni, a także do poszerzenia terytorium ich występowania. Choroby wektorowe (wywoływane przez patogeny przenoszone np. przez owady) dziś stanowią ponad 17 proc. wszystkich schorzeń zakaźnych, przyczyniając się do ponad 700 tys. zgonów rocznie. W Polsce jednym z największych zagrożeń jest kleszcz pospolity, który wywołuje m.in. boreliozę. Od 2005 do 2014 roku liczba zachorowań wzrosła ponad trzykrotnie, do blisko 14 tys. rocznie.

– To także choroby kardiologiczne – zwiększająca się liczba dni gorących, a także wilgotnych, powoduje zaburzenia, zwłaszcza u osób z problemami kardiologicznymi – podkreśla prof. Krzysztof Błażejczyk.

Częstsze i większe upały znacznie zwiększają liczbę zgonów. Pokazują to dane przytaczane przez Koalicję Klimatyczną i HEAL. Przykładowo w ciągu 4 miesięcy 2003 roku w 12 krajach w Europie Środkowej i Zachodniej fale upałów przyczyniły się do śmierci około 70 tys. osób. W samej tylko Francji latem 2015 roku zmarło z tego powodu ponad 3 tys. osób.

Coraz wyższa temperatura przyczynia się także do częstszego występowania chorób alergicznych. W ostatnim dziesięcioleciu podwoiła się liczba chorych na alergiczny nieżyt nosa i astmę oskrzelową.

– Negatywnych oddziaływań na nasze zdrowie jest więcej niż tych pozytywnych. Wprawdzie jak jest cieplej, to mniej chorujemy, rzadziej się przeziębiamy, jednak ten bilans w dalszym ciągu jest niekorzystny. Zagrożenia związane z ciepłą częścią roku i wysokimi temperaturami obejmuje coraz większą grupę ludzi, w dodatku takich, którzy są najbardziej wrażliwi, czyli ludzi starszych, ale także małe dzieci – mówi klimatolog z PAN.

Raport „Wpływ zmian klimatu na zdrowie” podkreśla, że według Światowej Organizacji Zdrowia dziś zmiana klimatu bezpośrednio powoduje ponad 140 tys. zgonów rocznie, przede wszystkim w Afryce i Południowo-Wschodniej Azji. Do 2030 roku może być 250 tys. zgonów powodowanych malarią, stresem cieplnym, biegunką i niedożywieniem

– Musimy się nad tymi konsekwencjami zastanowić, żeby wcześniej się nimi zająć. W atmosferze nie da się postawić płotów, murów, ścian, które zatrzymają powietrze z południa czy gorących fragmentów części naszego globu. To jest wielki kocioł, gdzie masy powietrza się mieszają, a to mieszanie jest coraz bardziej intensywne. Możemy się jedynie do tego odpowiednio przygotować i w miarę wcześnie wziąć za rzeczy, dołożyć swoją cegiełkę do tego, żeby ten klimat chronić – ocenia prof. Krzysztof Błażejczyk.

Ekspert rynku pojazdów elektrycznych: Polskie auto będzie bardzo trudno zbudować. Kiedy się pojawi w sprzedaży, będzie już bardzo dużo zachodnich samochodów

Ekspert rynku pojazdów elektrycznych: Polskie auto będzie bardzo trudno zbudować. Kiedy się pojawi w sprzedaży, będzie już bardzo dużo zachodnich samochodów 6

Na przełomie 2022 i 2023 roku ma ruszyć produkcja polskich samochodów elektrycznych – zapowiada spółka ElectroMobility Poland odpowiedzialna za realizację tego projektu. Zdaniem ekspertów w dziedzinie elektromobilności będzie to bardzo ambitny, a zarazem trudny do zrealizowania plan. Jedynymi szansami na sukces takiego auta mogą się okazać względy związane z patriotyzmem ekonomicznym, niska cena i zamówienia rządowe oraz płynące z samorządów.

– Na tę chwilę wiemy, że istnieje spółka powołana do tego, żeby taki samochód zbudować. Jej prezes ogłosił ostatnio, że wybrał integratora projektu, czyli firmę, która doprowadzi do tego, że ten samochód będzie mógł powstać. Powiedział też, że będzie to kilka modeli oraz że wydajność i produkcja z tej fabryki w Polsce to będzie około 100 tys. egzemplarzy rocznie. Prototyp ma powstać za 2 lata, a chwilę później już ma być masowa produkcja. To niesamowicie ambitny plan – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Bolesta, wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Powstanie całkowicie polskiego samochodu elektrycznego postrzegane jest jako jedna z głównych szans na realizację rządowego Planu Rozwoju Elektromobilności. Zakłada on, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć milion aut elektrycznych. Żeby jednak to się udało, auta elektryczne muszą stać się przystępne cenowo, a polski model musi się wstrzelić w najpopularniejsze gusta konsumenckie w kraju.

– Uważam, że to auto będzie bardzo trudno zbudować, dlatego że harmonogram ElectroMobility Poland jest tak skonstruowany, że ten polski samochód pojawi się, kiedy na rynku będzie już bardzo dużo zachodnich samochodów elektrycznych, które już cieszą się uznaniem i będzie bardzo trudno przebić się z czymś zupełnie nowym, nieznanym i bez zbudowanej sieci serwisowej – mówi Krzysztof Bolesta.

Projekt polskiego samochodu elektrycznego jeszcze nie doczekał się jednak nawet prototypu, a w tym samym czasie coraz więcej producentów wypuszcza lub zapowiada premiery swoich modeli elektrycznych. Są to zarówno auta klasy premium, takie jak SUV-y Audi E-Tron czy Jaguar I-Pace, jak i bardziej przystępne cenowo. W marcu Tesla zaprezentowała swój model Y, będący kompaktowym SUV-em łączącym w sobie wysoką jakość i rozsądną cenę. Koszt najtańszej wersji to w przeliczeniu około 146 tys. zł. To wciąż sporo, jak na możliwości finansowe przeciętnej polskiej rodziny, ale za około dwa lata ma się pojawić jeszcze tańsza wersja tego modelu.

Tymczasem z badań Kantar TNS wynika, że statystyczny Polak za miejskie auto elektryczne gotów jest zapłacić około 60 tys. zł i zadowoli go zasięg na poziomie co najmniej 150 km. Ważnym aspektem jest to, by było ono produkowane w Polsce i mogło pomieścić 4 osoby. Jak na razie w polskiej sieci dealerskiej nie ma auta cechującego się takimi parametrami. Renault Twizy kosztuje od 33,9 tys. zł, ale to model dwuosobowy. Technicznie założenia te spełniałby dopiero model ZOE, ale jego koszt to minimum 133,9 tys. zł.

– Jedynym elementem konkurencji, który działa na korzyść ElectroMobility Poland jest to, że ten samochód będzie polski. Jeżeli do tego będzie dostępny po przystępnej cenie, to można zakładać, że te cele, które mają do wypełnienia samorządy czy administracja centralna odnośnie do zakupu aut elektrycznych, będą wypełniać właśnie poprzez zakup tego polskiego auta – mówi wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Najpóźniej do 2020 roku co dziesiąty samochód użytkowany przez polskie gminy i powiaty z ludnością powyżej 50 tys. ma być pojazdem elektrycznym. Projekt budowy fabryki aut elektrycznych w Polsce, przy założeniu produkcji na poziomie 100 tys. sztuk rocznie, to koszt 2 mld zł.

Nowoczesne systemy pomogą w zarządzaniu siecią ciepłowniczą i obniżą rachunki za ogrzewanie. Pomogą w tym m.in. modele matematyczne opracowane przez naukowców

Nowoczesne systemy pomogą w zarządzaniu siecią ciepłowniczą i obniżą rachunki za ogrzewanie. Pomogą w tym m.in. modele matematyczne opracowane przez naukowców 7

Branża energetyczna sięga po inteligentne technologie, aby usprawnić przestarzałe systemy ciepłownicze i precyzyjniej rozliczać klientów ze zużytej energii. Powstają matematyczne modele termiczne, które pozwolą zautomatyzować proces zarządzania podstacją cieplną oraz systemy gamifikacyjne, które nauczą klientów, jak prawidłowo ogrzewać mieszkania. Do walki włączają się także lokalne samorządy, które przeprowadzają audyt cieplny budynków oraz architekci, którzy projektują budynki spełniające wyśrubowane standardy cieplne.

– Jako ciepłownictwo mamy problem z tym, żeby dobrze rozliczać mieszkańców, szczególnie mieszkańców bloków. W Polsce przyjęło się rozliczanie za metr kwadratowy powierzchni mieszkania. A to nie do końca się sprawdza, szczególnie dla mieszkań umieszczonych na brzegach budynków, w wielkiej płycie, gdzie trzeba dostarczyć dużo energii cieplnej. Prowadzi się dużo dyskusji na temat tego, w jaki sposób to ciepło jest przekazywane między ścianami, jakie parametry trzeba brać pod uwagę, a co wystarczy pominąć albo zaznaczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adrian Bukowski z firmy Fortum.

Obecne systemy pomiarowe pozostawiają wiele do życzenia w kwestii dokładności pomiarów. Te prowadzone są w oparciu o informację na temat temperatury zewnętrznej, nie monitorując takich parametrów jak siła wiatru, opady czy poziom nasłonecznienia. Równie nieprecyzyjne są systemy pomiaru zużycia energii cieplnej w poszczególnych lokalach, gdyż nie uwzględniają np. ciepła wytwarzanego przez urządzenia elektryczne obecne w ogrzewanym lokalu.

Firma Fortum, chcąc rozwiązać ten problem, wdraża w życie matematyczny model termiczny budynku. Rozwiązanie zaprezentowane podczas konferencji European Study Group with Industry (ESGI) zakłada wykorzystanie inteligentnego systemu kontroli podstacji cieplnej, który w czasie rzeczywistym analizowałby komfort termiczny właścicieli mieszkań i uwzględniał ich indywidualne potrzeby. Najistotniejszym elementem systemu byłoby narzędzie do inteligentnego rozdzielania kosztów ogrzewania w oparciu o realną dystrybucję ciepła w danym budynku.

W trakcie ESGI przedstawiciele Fortum zaproponowali także wdrożenie modelu grywalizacyjnego rozliczania energii, zachęcającego użytkowników do zoptymalizowania procesu zarządzania zużyciem energii cieplnej w ramach indywidualnego gospodarstwa domowego.

– Rozmawiamy o projekcie gamifikacji, czyli takiego zaangażowania użytkowników mieszkań w zrozumieniu, kto im dostarcza ciepło, jak mogą optymalnie używać tego ciepła, co mogą zrobić, żeby zaoszczędzić. Mamy już przygotowaną infrastrukturę i aplikację mobilną, w której możemy zaimplementować gamifikację, czyli system zachęt, pewnego rodzaju rywalizacji, ale też współpracy w ramach różnych grup, w ramach budynku, w ramach wspólnoty mieszkaniowej. Zostanie to zaimplementowane w tym roku, natomiast projekt dystrybucji ciepła to zadanie na 2–3 lata – przewiduje ekspert.

Wysokie koszty ogrzewania wynikają nie tylko z niewłaściwego korzystania z systemów grzewczych, lecz także z niskiej efektywności cieplnej wielu starszych budynków. Pracownicy Wydziału ds. Jakości Powietrza Urzędu Miasta Krakowa walczą z tym problemem za pośrednictwem cyklicznego programu bezpłatnych badań kamerą termowizyjną. Mieszkańcy domów jednorodzinnych mogą przeprowadzić audyt, który wskaże miejsca największych strat cieplnych budynku. Badania pozwolą uszczelnić instalację termiczną i pośrednio zapobiec zużyciu zbyt dużej ilości energii.

W międzyczasie inwestorzy przygotowują się do wdrożenia nowych norm energooszczędności budynków, które wejdą w życie w 2021 roku. Firma Saint-Gobain wypracowała wytyczne technologiczne Multi Comfort, które mają pomóc architektom w projektowaniu budynków zbilansowanych energetycznie, zapewniające zarówno prawidłowe wygłuszenie akustyczne, jak i termiczne mieszkań, domów jednorodzinnych oraz obiektów użyteczności publicznej. Wdrożenie rygorystycznych norm energetycznych ma się przekładać na znaczącą redukcję kosztów utrzymania budynków.

Wykorzystanie systemów inteligentnych pozwoli zoptymalizować proces zarządzania energią cieplną. W pilotażowym projekcie TOGETHER, finansowanym z programu Interreg CENTRAL EUROPE i zrealizowanym w gminach Besko, Raciechowice oraz Żyraków, 9 budynków użyteczności publicznej wyposażono w systemy pomiaru i rejestracji zużycia energii elektrycznej oraz cieplnej. W kolejnej fazie projektu w budynkach zainstalowane zostaną systemy automatycznego zarządzania zużyciem energii. Pozwolą one na bieżąco aktualizować m.in. plany cieplne i wypracowywać takie rozwiązania, które zapewnią największy komfort termiczny mieszkańcom przy zachowaniu jak najniższego wskaźnika zużycia energii cieplnej.

Nad modernizacją sieci ciepłowniczej przy wykorzystaniu technologii inteligentnych pracuje także warszawska firma Veolia. W ramach Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej do 79 kluczowych obiektów wprowadzono systemy monitorujące m.in. ciśnienie i temperaturę instalacji grzewczych. Informacje pomiarowe zebrane w Centralnym Repozytorium Danych pomagają w automatycznym prognozowaniu funkcjonowania sieci. System w czasie rzeczywistym analizuje zapotrzebowanie mieszkańców i tak programuje działanie sieci, aby zagwarantować jak najwyższy komfort termiczny przy jak najmniejszych stratach energetycznych.

– Walczymy o lepsze wykorzystanie energii, w tym przypadku energii cieplnej przy ogrzewaniu mieszkań. Wiąże to się z tym, że oczywiście jak dostarczamy energię do mieszkań, to nie odbywa się to bez strat, więc rozumienie, gdzie te straty następują oraz jak energia rozchodzi się po budynku, jest dosyć istotne. Osobnym zagadnieniem z tym związanym jest kwestia, jak ludzie z tego ogrzewania korzystają, czyli jak bardzo np. rozkręcają kaloryfery, jak bardzo przegrzewają swoje mieszkania. Na tego typu projekty, gdzie matematyka jest wykorzystywana do rozwiązywania tego typu zagadnień, zapotrzebowanie jest duże i stale rośnie – zauważa dr Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego PAN.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sieci ciepłowniczych w 2018 roku przekroczyła 170 mld dol. Do 2023 roku wzrośnie do 203 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 3,5 proc.

Poznaj kompleksowe narzędzie SEO i samodzielnie optymalizuj swoją stronę

Jeżeli właśnie zaczynasz swoją przygodę z pozycjonowaniem i optymalizacją, warto byś na początek poznał kilka cennych wskazówek, które pomogą Ci wdrożyć się w ten świat. Choć na początku może się to wydawać skomplikowane, w rzeczywistości wcale takie nie jest. A przecież praktyka czyni mistrza, zatem zapraszamy do lektury!

pozycjonuszSEO, czyli optymalizacja stron internetowych pod wyszukiwarkę, obejmuje całą gamę systematycznych i długofalowych działań, mających na celu osiąganie przez witrynę najwyższych pozycji  w wynikach wyszukiwania. Są to ściśle określone wytyczne, które możesz wykonać z pomocą odpowiednich narzędzi SEO, takich jak chociażby https://sitemeans.com/.

Wskazówki dotyczące optymalizacji

  1. Zadbaj o słowa kluczowe – dobór odpowiednich fraz jest bardzo ważny w pozycjonowaniu witryny. Jeśli już wiesz, jakie słowa sprawdzają się najlepiej w Twojej branży, przeplataj je w tekstach na stronie internetowej. Pamiętaj jednak, że piszesz dla użytkowników, nie dla botów, dlatego nie przesadzaj z ich nasyceniem, by nie wyglądało to nienaturalnie.
  2. Stosuj nagłówki – zarówno w artykułach na blogu, jak również w tekstach na stronie internetowej warto oddzielać treść nagłówkami. To, co jest tytułem oznaczaj jako H1, podtytuły – H2 itd.
  3. Unikalne treści – musisz wiedzieć, że Google bardzo sprawnie odczytuje, czy treści są skopiowane z innych źródeł i jeśli na takie napotyka, automatycznie obniża pozycję strony, ponieważ teksty nie są oryginalne. Jeśli prowadzisz sklep internetowy, staraj się nie kopiować opisów produktów ze stron producentów, lecz zainwestuj w unikalne teksty. To znacząco podniesie pozycję Twojej strony.
  4. Pisz dużo i szczegółowo – wyszukiwarka bardzo lubi strony bogate w treści, dlatego staraj się unikać krótkich tekstów, które w rzeczywistości nie podniosą Twojej pozycji. Obszerne teksty zostaną docenione zarówno przez użytkowników, jak również roboty Google.
  5. Unikaj ścian tekstu – jeśli piszesz długie treści, przeplataj je różnorodnymi grafikami, które również mają znaczenie w kontekście optymalizacji strony. Dodawaj do nich opisy alternatywne (atrybuty ALT), które są odczytywane przez wyszukiwarkę.

Zostań mistrzem SEO

Kompleksowe narzędzie SEO może uczynić Twoje pierwsze kroki w optymalizacji stron dużo prostszymi. Zrobi za Ciebie dużą część pracy i pomoże zrozumieć zasady, jakimi rządzi się pozycjonowanie. Dzięki takiej aplikacji będziesz w stanie monitorować pozycję swojej strony w Google, poznać konkurencję, wykonać audyt witryny i wiele więcej.

Monitoring pozycji na urządzeniach stacjonarnych i mobilnych

Narzędzia, takie jak Sitemeans bez przerwy monitorują pozycję strony w wyszukiwarce i każdego dnia zdają raporty z tego, jak przedstawiają się na różne frazy kluczowe. A ponieważ Google rozróżnia inne algorytmy dla urządzeń stacjonarnych i mobilnych, aplikacja pokazuje wyniki dla tych dwóch kategorii.

Widoczność strony w Google na różne słowa kluczowe

Chcesz wiedzieć na jakie słowa kluczowe Twoja strona wyświetla się w wynikach wyszukiwania? Dodaj je do Sitemeans. Dzięki połączeniu narzędzia z Google Search Console zyskasz codzienną dawkę informacji na temat nawet 25 000 fraz kluczowych!

Szczegółowy audyt SEO

Dzięki tej funkcjonalności uzyskasz informacje na temat wszystkich adresów URL Twojej strony. Zostaną one sprawdzone pod kątem 40 różnych wskaźników. Dowiesz się również, czy strony mają prawidłowe meta tagi, które z nich przekierowują na inne podstrony, poznasz szybkość ładowania poszczególnych stron, dowiesz się, które nie posiadają odpowiednich nagłówków i wiele więcej.

Poznaj swoją konkurencję

Sprawdzaj, na jakich pozycjach plasuje się Twoja konkurencja w wynikach wyszukiwania na monitorowane frazy. Otrzymasz nie tylko informacje o pozycjach, ale również liczbie fraz w TOP 1, TOP 3 oraz TOP 10. Dowiesz się również, czy w konkurencyjnych domenach występują reklamy AdWords.

Prywatne akademiki inwestycyjnym hitem w Europie Środkowej i Wschodniej?

Wspólny raport firmy doradczej Colliers International i międzynarodowej firmy prawniczej CMS pokazuje, że Europa Środkowa i Wschodnia może stanąć w obliczu znacznego niedoboru mieszkań studenckich w ciągu najbliższych 10 lat. Raport zatytułowany „Student housing in CEE – the next big thing” analizuje rozwój sektora prywatnych akademików w głównych krajach regionu (CEE-6)[1] i prezentuje opinie inwestorów[2] oraz możliwości rozwoju dotyczące tego segmentu rynku.

Małe budżety studenckie, niska jakość przestrzeni oferowanych na wynajem oraz państwowych akademików, a także ograniczone budżety uczelni zahamowały rozwój tego segmentu nieruchomości w Europie Środkowej i Wschodniej. Jednak zmiana demograficzna oraz napływ studentów zagranicznych, powoduje zmianę oczekiwań w zakresie dostępności akademików i cen ich najmu w kierunku standardów międzynarodowych. Czy jednak region jest przygotowany, by sprostać potencjalnemu popytowi na akademiki prywatne?

Apetyt inwestorów na prywatne akademiki rośnie

Ponad 32% ankietowanych inwestorów już jest aktywnych w sektorze prywatnych akademików w Europie Środkowej i Wschodniej lub zamierza w nim działać. Polska została uznana za najbardziej popularny rynek zarówno pod względem dotychczasowej, jak i dopiero rozważanej działalności inwestycyjnej (50% respondentów), a za Polską znalazły się Czechy (28%) i Węgry (14%). Jak wynika z raportu, podaż miejsc w domach studenckich w wielu regionach jest znacznie niższa od prognozowanego popytu.

Zgodnie z raportem większość miast Europy Środkowej i Wschodniej do 2028 roku będzie odczuwać znaczny niedobór zakwaterowania dla studentów. Wykorzystując model popyt-podaż[3], odzwierciedlający wyliczone założenie dotyczące liczby studentów zagranicznych w danym mieście[4]  w stosunku do podaży łóżek, ujawniono, że Warszawa będzie mieć największe braki w zakresie zakwaterowania w 2028 r. (niedobór 8399 łóżek), następnie Budapeszt (3679), Kraków (1227), Praga (1795) i Bratysława (298). Bukareszt był jedynym miastem z nadwyżką miejsc dla studentów. W tym scenariuszu, przy założeniu, że na lokal z sypialnią przypada jedno łóżko, zakładana wartość zasobów mieszkaniowych wynosi 1,22 mld euro.

Mark Robinson, specjalista ds. badań w regionie CEE
Mark Robinson, specjalista ds. badań w regionie CEE

—  Aktywność i wydatki studentów nieszczególnie idą w parze z cyklem koniunkturalnym. W związku z tym popyt ze strony użytkownika końcowego nie jest skorelowany z popytem w sektorach silniej związanych ze wzrostem PKB, np. biurowym lub magazynowym. Tę właściwość powinni rozważyć inwestorzy już teraz, ponieważ szacunki dotyczące wzrostu PKB w strefie euro (i innych krajach na świecie) są korygowane w dół — komentuje Mark Robinson, ekspert Colliers International ds. badań rynku w regionie CEE.

Możliwości dla deweloperów w krótkiej i średniej perspektywie czasowej

Ponad 87% ankietowanych inwestorów uważa, że istnieje znaczny niedobór prywatnych akademików („PBSA” – Purpose Built Student Accommodation) w Europie Środkowej i Wschodniej. Zdecydowana większość inwestorów (74%) pytana o to, czy wolą budować, czy kupować produkty PBSA w naszym regionie, uznała, że jest gotowa budować samodzielnie, a nie polegać na kupnie gotowego produktu.

Trend ten jest już widoczny w regionie, gdzie powstaje 8 prywatnych akademików, w tym: projekt LivinnX firmy Golub GetHouse – nowoczesny akademik z 290 lokalami w Krakowie; Student Depot firmy Griffin Real Estate – sieć prywatnych akademików w Poznaniu, Łodzi, Lublinie i Wrocławiu. Ten ostatni inwestor zasygnalizował również zamiar inwestowania w kolejne projekty w Krakowie i Wrocławiu do 2021 roku, co zwiększy liczbę miejsc noclegowych do 2700.

— Sektor prywatnych akademików otwiera ogromne możliwości zarówno dla graczy, którzy zdecydowali się na budowę własnych projektów, jak i dla inwestorów, którzy są gotowi wspierać finansowo deweloperów. Dla kapitału instytucjonalnego oznacza to nieco większe ryzyko, ponieważ projekty tego typu dopiero wchodzą w fazę rozwoju, ale korzyści znacznie je przewyższają. Chodzi nie tylko o bezpośrednie zyski z inwestycji, ale także możliwość budowania portfela w całym kraju. Kluczowe jest, jak zwykle w takich projektach, znalezienie właściwych partnerów, choć na stosunkowo dojrzałych rynkach inwestorzy są gotowi na przedsięwzięcia tupu joint venture. Dla wielu graczy inwestycja w PBSA jest również naturalnym zabezpieczeniem dla inwestycji w pozostałe klasy aktywów, które są bardziej podatne na cykle rynkowe — mówi Dorota Wysokińska-Kuzdra, partner, dyrektor działu Corporate Finance CEE w Colliers International.

Potencjał dla sektora

Studenci ankietowani w 2017 roku[5] wyrażali potrzebę rozwoju zasobów mieszkaniowych w całym regionie, przy czym największe niezadowolenie z obecnej sytuacji dotyczyło Rumunii, w tym m.in.  kosztów, lokalizacji, standardu domów studenckich i konieczności dojazdów. Opinie studentów na temat polskiego rynku również wskazują na konieczność rozwoju tego segmentu rynku. Ze względu na rosnący odsetek studentów zagranicznych w całym regionie o średnio 3,6% rocznie, należy skupić się na odnawianiu zasobów mieszkaniowych dla tej grupy najemców, aby przyciągać zarówno studentów zagranicznych, jak i krajowych. Ma to szczególne znaczenie wobec  malejącej w ostatnich latach liczby studentów w Polsce oraz ich mniejszej siły nabywczej. Ponad 20% studentów ankietowanych[6] w 2017 roku w krajach CEE-6, z wyjątkiem Czech, doświadczało problemów finansowych.

— W segmencie prywatnych akademików mamy jedynie 20 takich obiektów na sześciu rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Kolejne osiem jest obecnie w realizacji, w tym m.in. Warszawie, Krakowie oraz Bukareszcie, co wskazuje na rosnącą popularność tego typu przedsięwzięć inwestycyjnych. I choć obecnie tempo powstawania nowych akademików prywatnych jest niższe niż potrzeby, należy spodziewać się rosnącego zainteresowania inwestorów tym segmentem rynku nieruchomości — podkreśla Wojciech Koczara, partner zarządzający zespołem nieruchomościowym kancelarii CMS w Polsce oraz w Europie Środkowo – Wschodniej.

— Jak pokazują wyniki naszego raportu, rynek akademików prywatnych nie podlega cyklom koniunkturalnym, co jest istotnym czynnikiem dla inwestorów podejmujących decyzje inwestycje.  Z zyskami (investment yields) na poziomie 6% w głównych ośrodkach akademickich w Europie oraz 7% w regionalnych ośrodkach, niską podażą przy wysokim popycie na pokoje w nowoczesnych akademikach, potencjał wzrostu w tym segmencie rynku nieruchomościowego jest ogromny. Oczywiście pozostaje pytanie o możliwości finansowe potencjalnych najemców — dodaje Lidia Dziurzyńska-Leipert, partner w kancelarii CMS w zespole nieruchomości i budownictwa, z ramienia CMS kierująca zespołem doradzającym przy realizacji projektów domów studenckich.

[1] Europa Środkowa i Wschodnia – w tym raporcie koncentrujemy się na krajach CEE-6: Bułgarii, Czechach, Węgrzech, Polsce, Rumunii i Słowacji.

2 Na początku marca 2019 roku przeprowadziliśmy internetowe badanie ankietowe wśród 68 klientów-respondentów. Dwie trzecie respondentów znajdowało się w samym regionie Europy Środkowej i Wschodniej, a większość pozostałych w Europie Zachodniej.

[3] Na podstawie aktualnych danych o liczbie studentów i projekcji dotyczących studentów zagranicznych przy stopie wzrostu bazującej na danych Eurostatu z lat 2013–2016.

[4] Przy popycie ze strony studentów międzynarodowych na poziomie 20%.

[5] Badanie EuroStudent VI (2017).

[6] Badanie EuroStudent VI (2017).

Trendy migracyjne w I kwartale 2019 r.

W I kwartale 2019 r. liczba cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce wzrosła o 11 tys. osób. Najliczniej zwiększyła się grupa obywateli Ukrainy – o prawie 7,6 tys. osób. Zdecydowana większość obcokrajowców posiada zezwolenia na pobyt czasowy związany z pracą. W dalszym ciągu notowany jest natomiast spadek liczby wniosków o udzielenie ochrony międzynarodowej.

Legalizacja pobytu

Cudzoziemcy chcący osiedlić się i zalegalizować swój pobyt w Polsce składają w urzędach wojewódzkich wnioski o zezwolenia na pobyt. Osoby spełniające warunki wydania zezwolenia otrzymują dokumenty potwierdzające ich prawo pobytu w kraju. Na początku kwietnia tego roku ważne zezwolenia na pobyt posiadało 383 tys. cudzoziemców. Według stanu na 1 stycznia 2019 r. i 2018 r. było to odpowiednio 372 tys. i 325 tys. osób.

W I kwartale tego roku największy wzrost liczby zezwoleń na pobyt dotyczył przede wszystkim obywateli: Ukrainy – o 7,6 tys. do 186,5 tys. osób, Białorusi – o 1,3 tys. do 21,5 tys. os., Gruzji – o 0,5 tys. do 3,4 tys. os., Indii – o 0,3 tys. do 9,1 tys. os. oraz Nepalu – o 0,2 tys. do 1,8 tys. os. Najwięcej przybyło zezwoleń na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – o 7,8 tys. oraz stały – o 2,3 tys.

Zdecydowanie najczęstszym celem pobytu cudzoziemców w Polsce jest chęć podjęcia pracy – w tym roku dotyczyło to prawie 72 proc. spraw. Ponadto, 10 proc. wnioskodawców chciało pozostać w Polsce z powodów rodzinnych, a 7 proc. w związku z podjęciem lub kontynuacją studiów.Najbardziej popularnymi regionami wśród cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt są województwa: mazowieckie – 114 tys. osób, małopolskie – 38 tys. os., dolnośląskie – 31 tys. os. oraz wielkopolskie – 30 tys. os.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo np. na podstawie wiz.

Ochrona międzynarodowa

W I kwartale br. wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej złożyło 960 cudzoziemców, w tym 580 po raz pierwszy. Oznacza to spadek o ok. 8 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. Najczęściej o ochronę w Polsce ubiegali się obywatele Rosji – 570 osób, Ukrainy – 130 os. i Tadżykistanu – 36 os.

Cudzoziemcowi udziela się ochrony międzynarodowej jeśli w jego kraju pochodzenia grozi mu prześladowanie lub rzeczywiste ryzyko utraty życia czy zdrowia. Każdy wniosek jest rozpatrywany indywidualnie przez Urząd do Spraw Cudzoziemców, który szczegółowo analizuje poszczególne sprawy w celu sprawdzenia czy danej osobie należy udzielić ochrony.

W tym roku decyzje o przyznaniu ochrony międzynarodowej otrzymało 96 cudzoziemców. Byli to głównie obywatele Rosji (39 os.), Ukrainy (9 os.) i Tadżykistanu (9 os.). Decyzje negatywne otrzymało 515 osób, a 355 postępowań umorzono. Sprawy są umarzane w sytuacji gdy cudzoziemiec opuścił Polskę, nie czekając na wydanie decyzji (najczęściej udając się do państw Europy Zachodniej).