Duża transakcja na rynku PRS. PZFD: najem instytucjonalny nie odbiera Polakom mieszkań

Planowana finalizacja jednej z największych transakcji na polskim rynku najmu instytucjonalnego ponownie otworzyła dyskusję o roli sektora PRS w mieszkalnictwie. Polski Związek Firm Deweloperskich wskazuje, że ocena tego segmentu powinna opierać się na danych, proporcjach oraz realnych potrzebach mieszkaniowych, a nie wyłącznie na pojedynczych transakcjach.

Po zgodzie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Vantage Development może sfinalizować przejęcie 18 spółek działających na rynku najmu instytucjonalnego. Transakcja obejmuje 5322 gotowe lokale na wynajem w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi. Jej wartość, według wcześniejszych informacji rynkowych, wynosi około 2,4 mld zł.

PRS wciąż stanowi mały fragment rynku mieszkaniowego

PZFD podkreśla, że choć skala transakcji jest istotna dla młodego segmentu najmu instytucjonalnego, jej znaczenie dla całego rynku mieszkaniowego należy oceniać we właściwych proporcjach. Według danych GUS w 2025 roku w Polsce oddano do użytkowania 208,8 tys. mieszkań, z czego deweloperzy przekazali 134,1 tys. lokali.

Dla porównania cały polski sektor najmu instytucjonalnego liczy około 28 tys. mieszkań. Prognozy zakładają, że do 2029 roku może wzrosnąć do ponad 50 tys. lokali. Oznacza to, że mimo dynamicznego rozwoju PRS pozostaje niewielkim dodatkiem do rynku mieszkaniowego, a nie jego dominującym segmentem.

Według różnych szacunków w rękach indywidualnych właścicieli znajduje się obecnie ponad milion mieszkań przeznaczonych na wynajem. Na tym tle najem instytucjonalny odpowiada za około 2 proc. całego rynku najmu i około 0,2 proc. wszystkich mieszkań w kraju.

Deficyt mieszkań pozostaje głównym problemem

PZFD zwraca uwagę, że najważniejszym wyzwaniem pozostaje dostępność mieszkań. Z raportu Habitat for Humanity Poland z 2025 roku wynika, że w Polsce brakuje około 2 mln mieszkań odpowiadających realnym potrzebom społecznym, finansowym i rodzinnym osób poszukujących lokum.

Niedobór mieszkań jest szczególnie widoczny w największych miastach i ich obszarach funkcjonalnych. To tam koncentrują się miejsca pracy, uczelnie, usługi publiczne oraz infrastruktura. W tych lokalizacjach rośnie popyt zarówno na mieszkania kupowane na własność, jak i na stabilną ofertę najmu.

Jednocześnie Polska pozostaje krajem o bardzo wysokim udziale własności mieszkaniowej. Według danych Eurostatu w 2024 roku 68 proc. mieszkańców Unii Europejskiej mieszkało w lokalach własnościowych, podczas gdy w Polsce było to około 86–87 proc. Rozwój PRS nie zmienia więc dominującego modelu mieszkaniowego, ale uzupełnia ofertę tam, gdzie zakup mieszkania nie jest możliwy lub nie odpowiada aktualnym potrzebom.

– Rynek mieszkaniowy powinien odpowiadać na różne potrzeby i etapy życia. Inne potrzeby ma rodzina kupująca pierwsze mieszkanie, inne student, osoba przeprowadzająca się do innego miasta czy cudzoziemiec podejmujący pracę w Polsce. Potrzebujemy zarówno silnego rynku mieszkań na sprzedaż, jak i bezpiecznego, przejrzystego oraz profesjonalnego rynku najmu. Własność pozostaje ważną potrzebą wielu Polaków, ale stabilny najem jest niezbędnym elementem dojrzałego rynku mieszkaniowego – podkreśla Bartosz Guss, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Najem instytucjonalny jako uzupełnienie rynku

Na sytuację mieszkaniową w Polsce coraz silniej wpływają mobilność zawodowa, migracje do największych miast, umiędzynarodowienie rynku pracy i szkolnictwa wyższego oraz zmieniające się modele życia. Według danych ZUS na koniec 2025 roku w Polsce legalnie pracowało i podlegało ubezpieczeniom społecznym blisko 1,29 mln obcokrajowców. W roku akademickim 2024/2025 na polskich uczelniach studiowało 108,6 tys. cudzoziemców.

To grupy, które często potrzebują stabilnego najmu, zanim zdecydują się na zakup mieszkania albo zanim zwiążą się z konkretnym miastem na stałe. Z tej perspektywy PRS może być jednym z elementów zwiększania dostępnej oferty mieszkaniowej.

Najem instytucjonalny nie zastępuje mieszkań własnościowych, najmu prywatnego, mieszkań komunalnych, społecznych ani akademików. Może jednak dostarczać lokale projektowane od początku z myślą o wynajmie, zarządzane profesjonalnie i oferowane na przejrzystych zasadach.

Wysoki poziom wynajęcia pokazuje popyt

Według danych JLL średni poziom wynajęcia mieszkań w sektorze najmu instytucjonalnego wynosi obecnie 95–98 proc. Oznacza to wysokie zainteresowanie profesjonalnie zarządzanymi lokalami na wynajem. Nawet przy dalszym wzroście sektor ten pozostanie jednak niewielką częścią całego rynku.

Prognozowane 50 tys. lokali w PRS odpowiadałoby około 4 proc. dzisiejszego prywatnego rynku najmu oraz około 0,3 proc. całego zasobu mieszkaniowego w Polsce. Zdaniem PZFD pokazuje to, że najem instytucjonalny nie powinien być traktowany jako główna przyczyna problemów mieszkaniowych, lecz jako jeden z elementów uzupełniających ofertę.

– Inwestorzy instytucjonalni odpowiadają na ogromne zapotrzebowanie na wysokiej jakości mieszkania na wynajem, rozwijając profesjonalnie zarządzane projekty PRS, które oferują najemcom stabilne umowy najmu oraz dodatkowe udogodnienia – komentuje Patrick Pospiech z JLL.

PZFD: rozwój PRS należy oceniać w kontekście całego rynku

Polski Związek Firm Deweloperskich wskazuje, że rozwój rynku najmu instytucjonalnego powinien być oceniany w szerszym kontekście: deficytu mieszkaniowego, rosnącej mobilności zawodowej, napływu cudzoziemców oraz potrzeb osób, które nie chcą lub nie mogą kupić mieszkania. Organizacja podkreśla, że pojedyncze duże transakcje mogą wywoływać dyskusję publiczną, ale nie zmieniają struktury całego rynku.

– Warto patrzeć na liczby. Mówimy o segmencie, który jest widoczny medialnie, ale wciąż bardzo mały w skali całego rynku. Jego rozwój nie odbiera Polakom mieszkań. Przeciwnie – zwiększa liczbę dostępnych lokali na wynajem w miastach, w których popyt mieszkaniowy jest największy – podsumowuje Bartosz Guss.

Według PZFD najem instytucjonalny pozostanie niewielkim, ale potrzebnym uzupełnieniem rynku. Jego znaczenie może rosnąć szczególnie w największych miastach, gdzie presja popytowa jest najwyższa, a potrzeby mieszkaniowe są najbardziej zróżnicowane.

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej za 2025 rok. Przedsiębiorcy muszą zdążyć do 20 maja

Tylko do 20 maja przedsiębiorcy mają czas na złożenie rocznego rozliczenia składki zdrowotnej za 2025 rok. Informacje te należy wykazać w deklaracji ZUS za kwiecień i w tym samym terminie uregulować ewentualną niedopłatę. Jeśli z rozliczenia wynika nadpłata, przedsiębiorca może wystąpić o jej zwrot, a środki trafią na wskazany rachunek bankowy najpóźniej do 3 sierpnia 2026 roku.

Roczne rozliczenie muszą złożyć przedsiębiorcy opodatkowani według skali podatkowej, podatkiem liniowym oraz ryczałtem – niezależnie od tego, czy prowadzili działalność przez cały 2025 rok, czy zawiesili ją w jego trakcie. Zwolnienie z tego obowiązku obejmuje m.in. osoby rozliczające się kartą podatkową oraz wspólników spółek komandytowych.

Skala, liniowy, ryczałt: jak rozliczyć składkę zdrowotną za 2025 rok

W przypadku przedsiębiorców rozliczających się według skali podatkowej miesięczna składka zdrowotna wynosi 9 proc. dochodu i jest ustalana na podstawie dochodu z miesiąca poprzedzającego miesiąc, za który jest rozliczana. Nie może być jednak niższa niż kwota odpowiadająca 9% minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w pierwszym dniu roku składkowego.

Rok składkowy dla celów ZUS trwa od 1 lutego do 31 stycznia roku następnego. Oznacza to, że składkę zdrowotną za styczeń 2026 obliczamy jeszcze według zasad ustalonych na luty 2025. Wówczas minimalne wynagrodzenie wynosiło 4 666 zł, a minimalna podstawa wymiaru składki stanowiła 75% tej kwoty, czyli 3 499,50 zł.

W przeliczeniu na konkretne wartości minimalna miesięczna składka zdrowotna na skali podatkowej w roku 2026 wynosi:

  • za styczeń 2026: 314,96 zł (75% × 4 666 zł × 9%),
  • za luty–grudzień 2026: 432,54 zł (4 806 zł × 9%).

Podobne zasady obowiązują przedsiębiorców, którzy wybrali podatek liniowy. W ich przypadku miesięczna składka zdrowotna wynosi 4,9% dochodu za poprzedni miesiąc, również liczonego narastająco, przy czym nie może być mniejsza niż wartość minimalna podana wyżej dla skali.

Inaczej składkę obliczają przedsiębiorcy rozliczający się ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych. W tym przypadku jej wysokość nie zależy od dochodu, lecz od rocznych przychodów z działalności. Podstawą wymiaru składki jest odpowiedni procent przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału poprzedniego roku.

  • Roczny przychód do 60 000 zł – 60% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku.
  • Roczny przychód od 60 000,01 do 300 000 zł – 100% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025.
  • Roczny przychód powyżej 300 000 zł – 180% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku.

Wysokość przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku to 9 228,64 zł co oznacza, że składka zdrowotna na ryczałcie w roku 2026 wynosi:

 

Roczny przychód (próg) Składka miesięczna
do 60 000 zł 498,35 zł
od 60 000,01 do 300 000 zł 830,58 zł
powyżej 300 000 zł 1495,04 zł

 

Na ryczałcie rok składkowy dla celów składki zdrowotnej pokrywa się z rokiem kalendarzowym, czyli trwa od 1 stycznia do końca grudnia tego samego roku. W tej formie opodatkowania przedsiębiorca może wybrać sposób naliczania składki zdrowotnej na podstawie przychodów bieżących lub na podstawie przychodów ubiegłorocznych, jeżeli prowadził działalność cały ubiegły rok – mówi Joanna Łuksza, kierownik Zespołu Ekspertów Księgowych w IFIRMA.PL.

Odliczenia od dochodu/przychodu składki zdrowotnej

Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że forma opodatkowania wpływa nie tylko na sposób obliczania składki zdrowotnej, ale także na możliwość jej rozliczenia podatkowego. Najmniej korzystne zasady obowiązują podatników rozliczających się według skali podatkowej. W ich przypadku zapłacone składki zdrowotne nie mogą zostać ani zaliczone do kosztów uzyskania przychodów, ani odliczone od dochodu.

–  Inaczej wygląda sytuacja przedsiębiorców na podatku liniowym. Mogą oni uwzględnić zapłacone składki zdrowotne w kosztach podatkowych albo odliczyć je od dochodu, jednak wyłącznie do limitu określonego w przepisach. Z kolei podatnicy rozliczający się ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych mogą pomniejszyć przychód o 50 proc. zapłaconych składek zdrowotnych. Oznacza to, że choć sama składka pozostaje obowiązkowym obciążeniem, w części może obniżyć podstawę opodatkowania – wyjaśnia Joanna Łuksza z FIRMA.PL.

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej za 2025 rok przedsiębiorcy składają w tym samym terminie, niezależnie od formy opodatkowania. Należy je wykazać w deklaracji ZUS DRA lub ZUS RCA za kwiecień 2026 roku, składanej do 20 maja.

Przedsiębiorcy powinni pamiętać też, że zawieszenie działalności nie zawsze zwalnia z obowiązku rocznego rozliczenia. Jeśli firma była prowadzona choćby przez część roku składkowego, a przedsiębiorca podlegał ubezpieczeniu zdrowotnemu, nadal może być zobowiązany do złożenia rozliczenia i wykazania nadpłaty albo niedopłaty – dodaje ekspertka IFIRMA

Nadpłata, niedopłata i korekta

Jeżeli z rocznego rozliczenia składki zdrowotnej wynika nadpłata, wniosek o jej zwrot, czyli RZS-R, zostanie udostępniony na profilu płatnika w eZUS/PUE-ZUS następnego dnia po złożeniu rozliczenia. Należy go wysłać najpóźniej do 1 czerwca 2026 roku. Zwrot środków powinien nastąpić najpóźniej do 3 sierpnia 2026 roku. Jeśli przedsiębiorca nie złoży wniosku, ZUS rozliczy nadpłatę na jego koncie, a w przypadku zaległości zaliczy ją w pierwszej kolejności na ich poczet.

W przypadku, gdy z rozliczenia wynika niedopłata, trzeba ją uregulować razem ze składkami za kwiecień, czyli do 20 maja 2026 roku. Po tym terminie może być traktowana jako zaległość wobec ZUS. Błędy w dokumentach można skorygować – w przypadku wniosku o zwrot nadpłaty najpóźniej w dniu jego wysłania, a w pozostałych przypadkach do 1 lipca 2026 roku.

Wzrost składki zdrowotnej od lutego 2026 r.

Od 1 lutego 2026 r. wzrosła minimalna podstawa wymiaru składki zdrowotnej dla części przedsiębiorców. Zmiana dotyczy przedsiębiorców stosujących skalę podatkową, podatek liniowy lub preferencję IP Box.

W roku składkowym obejmującym okres od 1 lutego 2026 r. do 31 stycznia 2027 r. minimalna miesięczna podstawa wymiaru składki zdrowotnej wynosi 4 806 zł. Oznacza to podwyższenie składki zdrowotnej do 432,54 zł miesięcznie. Dla porównania jeszcze za styczeń 2026 r. minimalna składka zdrowotna wynosiła 314,96 zł.

Zmianę tę odczują szczególnie przedsiębiorcy osiągający niskie dochody albo okresowo wykazujących stratę z działalności gospodarczej. W praktyce oznacza to, że nawet przedsiębiorca, który w danym miesiącu nie osiągnie realnego dochodu, nadal będzie zobowiązany do opłacenia minimalnej składki zdrowotnej w pełnej wysokości. Zmiana ma też duże znaczenie dla osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, zwłaszcza w branżach o nieregularnych przychodach – komentuje Joanna Łuksza z IFIRMA.PL.

Najważniejsze daty dla przedsiębiorców

  • 20 maja 2026 r. – złożenie rocznego rozliczenia składki zdrowotnej, opłacenie składek za kwiecień i ewentualnej niedopłaty.
  • 1 czerwca 2026 r. – termin wysłania wniosku RZS-R o zwrot nadpłaty.
  • 1 lipca 2026 r. – ostateczny termin korekty rozliczenia za 2025 rok dla przedsiębiorców, którzy nie składają wniosku o zwrot.
  • 3 sierpnia 2026 r. – najpóźniejszy termin zwrotu nadpłaty przez ZUS, o ile rozliczenie i wniosek są prawidłowe, a na koncie nie ma zaległości.

Dom Development z mocnym początkiem 2026 roku. Przychody wzrosły do 961 mln zł

W pierwszym kwartale 2026 roku Grupa Kapitałowa Dom Development S.A. („Grupa Dom Development”) wypracowała 180 mln zł zysku netto, o 21% więcej niż rok wcześniej, przy wzroście przychodów o 30% r/r do 961 mln zł. Znaczący wzrost wyników finansowych to efekt przekazania klientom 1 273 lokali, czyli o 29% więcej niż w analogicznym okresie 2025 roku, przy utrzymaniu wysokiej efektywności operacyjnej i dyscypliny kosztowej.

Jednocześnie, w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku Grupa Dom Development sprzedała 1 161 lokali netto, co oznacza wzrost o 12% r/r. Był to już siódmy kwartał z rzędu ze sprzedażą na poziomie co najmniej 1 000 lokali, potwierdzający powtarzalność wysokich rezultatów oraz wiodącą pozycję Grupy Dom Development na rynku mieszkaniowym w Polsce.

Skumulowana sprzedaż netto do rozpoznania w przychodach przyszłych okresów, obejmująca lokale już sprzedane, ale jeszcze nieprzekazane nabywcom, na koniec marca 2026 roku wynosiła blisko 5,1 tys. lokali o łącznej wartości 4 mld zł.

– Grupa Dom Development rozpoczęła 2026 rok od bardzo dobrych wyników operacyjnych i finansowych, potwierdzając swoją wiodącą pozycję na rynku mieszkaniowym w Polsce oraz umiejętność skutecznego wykorzystania sprzyjających warunków rynkowych. Pierwszy kwartał przyniósł kontynuację stopniowego ożywienia popytu, wspieranego poprawą zdolności kredytowej klientów oraz dalszym wzrostem wynagrodzeń. Z kolei podwyższona niepewność geopolityczna związana z sytuacją na Bliskim Wschodzie skłoniła część nabywców do przyspieszenia decyzji zakupowych w obawie przed potencjalnym wzrostem inflacji. W największych ośrodkach miejskich w Polsce sprzedaż wyraźnie wzrosła, a jednocześnie oferta pozostawała wysoka, z dużym udziałem lokali gotowych. W odpowiedzi na tę sytuację deweloperzy ograniczali nowe wprowadzenia, dostosowując podaż do aktualnego tempa sprzedaży. Widzimy przy tym wyraźne zróżnicowanie regionalne: przewagę popytu nad podażą w Warszawie, względną równowagę w Trójmieście i Wrocławiu oraz podwyższoną podaż w Krakowie. Na tym tle czas wyprzedaży oferty w Grupie Dom Development pozostaje wyraźnie krótszy niż średnia na poszczególnych rynkach, co potwierdza wysoką skuteczność naszych działań sprzedażowych oraz dopasowanie oferty do oczekiwań klientów – komentuje Mikołaj Konopka, prezes zarządu Dom Development.

Kwartalna sprzedaż netto konsekwentnie powyżej 1 000 lokali

W pierwszym kwartale tego roku Grupa Dom Development sprzedała 1 161 lokali netto, czyli o 12% więcej niż rok wcześniej. Pod tym względem był to najlepszy pierwszy kalendarzowy kwartał w historii Grupy. Transakcje współfinansowane kredytem stanowiły 58% całkowitej sprzedaży, wobec 53% w pierwszym kwartale 2025 roku oraz średnio 56% w całym ubiegłym roku.

Średnia wartość lokalu mieszkalnego sprzedanego przez Grupę w pierwszych trzech miesiącach 2026 roku (obejmująca cenę mieszkania wraz z ewentualnym wykończeniem, komórką lokatorską i miejscem postojowym) wyniosła 842 tys. zł brutto i była nieco wyższa niż w analogicznym okresie 2025 roku (818 tys. zł). Zmiana ta wynika głównie z innej struktury aktualnej oferty.

– Na szerokim rynku ceny mieszkań zasadniczo ustabilizowały się, z wyjątkiem Warszawy, gdzie wzrost średnich cen wynikał głównie z wprowadzania nowych, droższych projektów. Jednocześnie obserwujemy pojawienie się impulsu wzrostu kosztów budowy na skutek wojny na Bliskim Wschodzie, co w najbliższym czasie będzie skutkować zmianą cenników na wybranych projektach – wskazuje Mikołaj Konopka.

W pierwszym kwartale Grupa Dom Development wprowadziła do sprzedaży łącznie 1 382 lokale w ośmiu projektach. Na koniec marca 2026 roku oferta Grupy obejmowała 3 538 lokali, podobnie jak przed rokiem. Przy utrzymaniu tempa sprzedaży z pierwszego kwartału oznaczałoby to możliwość jej całkowitej wyprzedaży w zaledwie trzy kwartały, znacznie szybciej niż w przypadku zdecydowanej większości konkurentów.

Rosnące przychody i zyski, bardzo dobre perspektywy na kolejne kwartały

Miniony kwartał był dla Grupy Dom Development także intensywnym okresem pod względem przekazywania mieszkań klientom. Grupa wydała klucze do 1 273 lokali, o 29% więcej niż w pierwszych trzech miesiącach 2025 roku. Przełożyło się to pozytywnie na wyniki finansowe: skonsolidowane przychody w pierwszym kwartale 2026 roku sięgnęły 961 mln zł, co oznacza wzrost o 30% r/r, a skonsolidowany zysk netto wyniósł 180 mln zł, rosnąc o 21% r/r.

– Na koniec marca 2026 roku Grupa Dom Development miała blisko 5,1 tys. lokali o łącznej wartości 4 mld zł, które zostały już sprzedane, ale jeszcze nieprzekazane klientom. Spośród nich niemal 0,5 tys. stanowiły lokale już ukończone, a budowa kolejnych 3,2 tys. zakończy się jeszcze w tym roku. Skumulowana sprzedaż oraz planowane przekazania, przypadające głównie na drugie półrocze, w połączeniu z optymalizacją kosztów budowy dzięki własnemu generalnemu wykonawstwu, tworzą solidną bazę dla wyników finansowych Grupy w całym 2026 roku. Liczymy, że pozwoli nam to poprawić rezultaty wypracowane w dotychczas rekordowym 2025 roku – zapowiada Monika Dobosz, wiceprezes zarządu, dyrektor finansowy Dom Development.

Bank ziemi z potencjałem do wybudowania ponad 20 tys. lokali

– Mocną stroną Grupy Dom Development jest również wysoki poziom dostępnego finansowania, w tym możliwe do wykorzystania linie kredytowe oraz środki pochodzące z emisji obligacji. Na przełomie lutego i marca z sukcesem przeprowadziliśmy ofertę obligacji skierowaną do inwestorów kwalifikowanych, z której pozyskaliśmy 250 mln zł przy rekordowo niskiej marży. Zapewnia nam to dużą elastyczność w zarządzaniu płynnością, pozwala sprawnie reagować na pojawiające się okazje oraz systematycznie uzupełniać nasz bank ziemi. W pierwszym kwartale sfinalizowaliśmy zakup kilku atrakcyjnych gruntów w Warszawie, Trójmieście i Wrocławiu – informuje Monika Dobosz.

Na koniec pierwszego kwartału bieżącego roku Grupa Dom Development dysponowała bankiem ziemi z potencjałem do wybudowania łącznie około 20,3 tys. lokali, co umożliwia utrzymanie sprzedaży na obecnym poziomie przez blisko 5 lat.

* * *

Wybrane skonsolidowane wyniki finansowe Grupy Dom Development

Rachunek zysków i strat (dane w mln zł) I kw. 2026 I kw. 2025 Zmiana r/r
Przychody ze sprzedaży 960,9 741,9 30%
Przychody ze sprzedaży wyrobów gotowych 943,1 712,4 32%
Przekazane lokale (szt.) 1 273 984 29%
Przychody na lokal (tys. zł) 741 724 2%
Zysk brutto ze sprzedaży 301,8 253,4 19%
Marża brutto 31,4% 34,2% (2,8) p.p.
Zysk operacyjny (EBIT) 223,3 182,0 23%
Marża EBIT 23,2% 24,5% (1,3) p.p.
Zysk brutto 222,6 184,0 21%
Marża zysku brutto 23,2% 24,8% (1,6) p.p.
Zysk netto 180,0 148,4 21%
Marża zysku netto 18,7% 20,0% (1,3) p.p.
Zysk na akcję (zł) 6,98 5,75 21%

 

Koniec ery taniej siły roboczej. Dlaczego fabryki wracają do Europy?

0

Przez lata globalny biznes produkował tam, gdzie jest najtaniej, najszybciej i najbardziej efektywnie – jednak ten model właśnie się kończy. „Reindustrialization of Europe and the US – 2026”, firmy po obu stronach Atlantyku coraz wyraźniej odchodzą od logiki opartej na wydajności kosztowej i zmierzają w kierunku reindustrializacji, w której najważniejsze stają się biznesowa odporność, bezpieczeństwo dostaw i większa kontrola nad kluczowymi zasobami.

Z danych Capgemini wynika, że 73% europejskich i amerykańskich organizacji ma już strategię reindustrializacji albo właśnie ją rozwija. Dla porównania: w 2025 r. było to 66%, a w 2024 r. 59%. W ciągu zaledwie dwóch lat proces ten przeszedł więc drogę od trendu do jednego z głównych tematów na agendach zarządów. Globalna pandemia, konflikty zbrojne, geopolityczna niestabilność, napięcia handlowe i wynikające z tego zakłócenia logistyczne uświadomiły firmom, że najtańszy łańcuch dostaw bywa też najbardziej kruchy.

Najlepiej pokazują to powody, dla których przedsiębiorstwa przenoszą produkcję bliżej rynków macierzystych lub do państw politycznie bardziej przewidywalnych. Z badania Capgemini wynika, że firmy dążą do większej suwerenności i kontroli nad kluczowymi surowcami, komponentami, technologiami i zdolnościami produkcyjnymi, aby ograniczyć zależność od zagranicznych dostawców i ryzyko koncentracji geograficznej. Innymi słowy, są dziś skłonne ponieść wyższe koszty w zamian za większą stabilność i bezpieczeństwo operacyjne.

Jeszcze mocniej wybrzmiewa wpływ geopolityki: aż 85% organizacji przyznaje, że obecne napięcia międzynarodowe skłaniają je do rozważania krajowej produkcji albo sourcingu w państwach sojuszniczych. Biznes przestał traktować geopolitykę jako tło i w rezultacie weszła ona w sam środek kalkulacji inwestycyjnej.

Trzeba zaznaczyć, że firmy nie podejmują decyzji o reindustrializacji wyłącznie pod wpływem strachu. Coraz częściej widzą w niej inwestycję w trwałą przewagę konkurencyjną. 64% respondentów w naszym badaniu deklaruje, że będzie kontynuować działania reindustrializacyjne nawet wtedy, gdy krótkoterminowe koszty wzrosną, a 78% spodziewa się, że w dłuższym okresie większa skala lokalnej lub regionalnej produkcji obniży jednostkowe koszty. Odporność staje się zatem elementem biznesowego rachunku – komentuje Dr Krzysztof Bar- Supply Chain and Procurement Transformation Manager w Capgemini Polska

W tle tej zmiany pozostaje rosnące znaczenie nie tylko suwerenności politycznej – ale też przemysłowej, surowcowej, energetycznej i technologicznej. Z raportu Capgemini wynika, że 72% firm dąży do większej suwerenności lub kontroli nad kluczowymi surowcami, komponentami, technologiami i zdolnościami produkcyjnymi. 62% podkreśla znaczenie suwerenności energetycznej, a 66% – suwerennych zdolności technologicznych. Oznacza to, że w świecie permanentnych kryzysów stawką staje się kontrola nad energią, komponentami, danymi, infrastrukturą i technologią.

Po obu stronach Atlantyku reindustrializacja przybiera inną formę

W USA dominuje tzw. reshoring, czyli powrót produkcji do kraju. Niemal połowa (48%) amerykańskich organizacji zainwestowało już w to rozwiązanie, podczas gdy rok wcześniej było to 30%. To efekt ceł, zachęt federalnych i stanowych oraz coraz silniejszej presji na budowę krajowych mocy produkcyjnych.

Europa idzie inną drogą i częściej wybiera tzw. friendshoring, czyli lokowanie produkcji w krajach sojuszniczych. Taką strategię realizuje 64% organizacji europejskich. W tym regionie przemysł działa jednak w znacznie trudniejszych warunkach kosztowych niż w Ameryce. Ceny energii w UE pozostają średnio dwa razy wyższe niż w USA, a 55% firm europejskich uważa, że regulacje środowiskowe utrudniają reshoring lub nearshoring. W USA takiego zdania jest tylko 26%.

Ambicje a kapitał

Raport Capgemini pokazuje też ciekawy paradoks. Okazuje się bowiem, że choć firmy pokładają w reindustrializacji coraz większe nadzieje na zbudowanie odporności biznesowej, to coraz ostrożniej znajdują na nią kapitał. Łączna wartość inwestycji planowanych na najbliższe trzy lata przez badane organizacje spadła do 2,5 biliona dolarów, wobec 4,7 biliona dolarów deklarowanych rok wcześniej.

Powodem są przede wszystkim niepewność geopolityczna, niestabilność regulacyjna, słabszy klimat inwestycyjny i wyższe koszty energii, szczególnie w Europie. Innymi słowy – ambicje pozostały, ale apetyt na wielkie wydatki osłabł.

Biznes coraz częściej szuka modeli mniej kapitałochłonnych, w tym lepszego wykorzystania istniejących zakładów, współdzielenia aktywów i partnerstw produkcyjnych zamiast kosztownej budowy wszystkiego od zera. Wyjątki są nieliczne, ale znaczące: duże pieniądze nadal płyną do sektorów uznawanych za strategiczne, takich jak półprzewodniki, farmacja, obronność i centra danych. To właśnie tam firmy i państwa wciąż są gotowe płacić za odporność więcej niż za krótkoterminową efektywność.

Inteligentna produkcja jest kluczowa

Powrót produkcji bliżej rynku nie byłby dziś możliwy na większą skalę bez technologii. 87% organizacji zapytanych przez Capgemini deklaruje inwestycje w AI i automatyzację po to, by zrównoważyć wyższe koszty reindustrializacji.

Innymi słowy: jeśli Zachód chce produkować bliżej siebie, musi produkować znacznie inteligentniej. Technologia ma ograniczać koszty pracy, skracać czas wdrożeń, poprawiać jakość i zwiększać elastyczność fabryk. Dlatego reindustrializacja coraz częściej oznacza budowę nowego modelu przemysłu opartego na automatyzacji, robotyce, cyfrowych bliźniakach i danych. Nic zatem dziwnego, że 82% organizacji spodziewa się wzrostu innowacyjności dzięki reindustrializacji.

Główną barierą dla nowej fali uprzemysłowienia są kompetencje

Nowy model produkcji wymaga pracowników o znacznie wyższych kompetencjach niż tradycyjny przemysł. 83% organizacji przyznaje, że niedobór wykwalifikowanej kadry technicznej utrudnia reindustrializację. Problem polega na tym, że biznes wciąż nie jest na to gotowy: tylko 34% firm deklaruje gotowość do włączenia rozwoju kompetencji, szkoleń i cyfrowej biegłości pracowników w model produkcyjny.

W USA skala wyzwania jest szczególnie widoczna – raport przywołuje ponad 400 tysięcy nieobsadzonych miejsc pracy w przemyśle. To oznacza, że bez ludzi umiejących pracować z automatyką, robotyką, AI i danymi nawet najlepiej zaprojektowana reindustrializacja może utknąć na etapie strategii.

Reindustrializacja nie oznacza cofnięcia globalizacji, lecz jej przebudowę. Firmy nie przenoszą dziś po prostu wszystkiego z powrotem do kraju, ale układają produkcję na nowo, bliżej rynku, w krajach sojuszniczych, w bardziej odpornych i politycznie bezpiecznych łańcuchach dostaw. Globalne ekosystemy produkcji raczej się rekonfigurują niż są rysowane od zera. Dlatego wygrywać będą nie ci, którzy najszybciej zamkną offshore, ale ci, którzy najlepiej połączą odporność, technologię, elastyczność kosztową i nowe kompetencje pracowników.

Reindustrializacja nie jest dziś zatem sentymentalnym powrotem do starego przemysłu, tylko próbą zbudowania przemysłu, który przetrwa świat permanentnej niestabilności.

AI zmienia rynek pracy w IT, ale nie w sposób, którego się spodziewano

Jeszcze niedawno dyskusja o wpływie sztucznej inteligencji na rynek pracy w IT była zdominowana przez proste scenariusze zastąpienia człowieka przez technologię. Dziś coraz wyraźniej widać, że rzeczywistość jest bardziej złożona, a zmiany zachodzą równolegle w kilku kierunkach. Z jednej strony rośnie zapotrzebowanie na specjalistów rozwijających i wdrażających rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, z drugiej – automatyzacji ulega coraz większa część pracy wykonywanej dotychczas przez zespoły IT. Nie prowadzi to jednak do zmniejszenia liczby miejsc pracy, lecz do ich redefinicji.

W praktyce oznacza to przesunięcie ciężaru z wykonywania powtarzalnych zadań na kompetencje związane z projektowaniem, integracją i nadzorem nad systemami. Narzędzia oparte na modelach językowych czy automatycznym generowaniu kodu coraz częściej wspierają programistów w codziennej pracy, skracając czas realizacji projektów i zmieniając strukturę zespołów. W efekcie rośnie znaczenie ról łączących kompetencje techniczne z rozumieniem biznesu, a także umiejętności pracy z systemami, które nie są już wyłącznie narzędziem, ale współuczestnikiem procesu tworzenia oprogramowania.

Jednocześnie coraz wyraźniej zarysowuje się napięcie widoczne szczególnie na poziomie wejścia do zawodu. Firmy ograniczają liczbę prostych zadań, które wcześniej stanowiły naturalną ścieżkę rozwoju dla juniorów, ponieważ część z nich przejmują rozwiązania automatyzujące. Nie oznacza to jednak zamknięcia rynku dla mniej doświadczonych specjalistów, lecz zmianę oczekiwań wobec nich. Znajomość podstaw programowania przestaje być wystarczająca, a większego znaczenia nabierają umiejętności analityczne, zdolność pracy z danymi oraz rozumienie kontekstu, w jakim wykorzystywane są technologie – mówi Marek Wróbel, partner zarządzający w Optiveum.

Równolegle obserwowany jest wzrost zapotrzebowania na specjalistów w obszarach takich jak uczenie maszynowe, inżynieria danych czy bezpieczeństwo systemów, co prowadzi do coraz większej polaryzacji rynku. Doświadczeni eksperci zyskują na znaczeniu, ponieważ to oni odpowiadają za projektowanie architektury rozwiązań i podejmowanie decyzji, których nie można w pełni zautomatyzować. W efekcie organizacje coraz częściej koncentrują się nie tylko na pozyskiwaniu talentów, ale także na ich rozwijaniu i utrzymaniu, traktując kompetencje jako zasób strategiczny.

Zmienia się również sposób podejścia do samego procesu rekrutacji. Weryfikacja umiejętności technicznych przestaje opierać się wyłącznie na deklaracjach kandydatów, a coraz większą rolę odgrywa praktyczne sprawdzanie kompetencji oraz dopasowania do konkretnych projektów. W środowisku, w którym technologie ewoluują szybciej niż formalne ścieżki edukacji, zdolność oceny realnych umiejętności staje się kluczowa zarówno dla pracodawców, jak i kandydatów – dodaje Marek Wróbel.

Wpływ sztucznej inteligencji na rynek pracy w IT nie polega na prostym zastępowaniu ludzi, lecz na głębokiej transformacji charakteru pracy. Zmieniają się role, kompetencje i modele współpracy, a granica między człowiekiem a technologią staje się coraz bardziej płynna. W tym kontekście kluczowe znaczenie ma zdolność adaptacji, zarówno po stronie specjalistów, jak i organizacji, które muszą nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości, gdzie zmiana nie jest już etapem, lecz stałym elementem działania.


Sztuczna inteligencja nie eliminuje miejsc pracy w IT, lecz redefiniuje role specjalistów, przesuwając ciężar z powtarzalnego kodowania na projektowanie, integrację i nadzór nad systemami. W efekcie dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na ekspertów od uczenia maszynowego (ML) oraz inżynierii danych, którzy potrafią tworzyć inteligentne algorytmy osadzone w kontekście potrzeb rynkowych. Ta ewolucja kadrowa w branży technologicznej bezpośrednio napędza intensywny rozwój procesów AI i ML u wiodących dostawców oprogramowania dla przedsiębiorstw, takich jak Comarch.

Jawność cen transakcyjnych z RCN już urealnia negocjacje

Jawność cen transakcyjnych w Rejestrze Cen Nieruchomości (RCN) urealnia negocjacje, zwiększa przejrzystość rynku i powoli ogranicza skrajnie zawyżone ceny – wynika z badania Nieruchomosci-online.pl przeprowadzonego wśród 1500 pośredników. Większość ocen jest pozytywna, ale część agentów studzi oczekiwania: „suche” ceny łatwo źle odczytać, nie wszyscy kupujący i sprzedający umieją z nich korzystać, a różnice w standardzie mieszkań sprawiają, że dane wymagają ostrożnej interpretacji.

„Jak oceniasz ujawnienie cen transakcyjnych z Rejestru Cen Nieruchomości (RCN) oraz jego wpływ na zachowania kupujących i sprzedających?” Takie pytanie zadał grupie 1500 agentów z całej Polski portal ogłoszeniowy Nieruchomosci-online.pl. To pierwsze tak szerokie badanie nastrojów wśród biur nieruchomości przeprowadzone po upublicznieniu danych transakcyjnych.

Z analizy uzyskanych odpowiedzi wynika, że uwolnienie cen transakcyjnych było na wielu lokalnych rynkach niczym włączenie światła w rozmowach o cenie. Najczęściej powtarza się jeden wątek: dane z realnych transakcji zaczęły części sprowadzać dyskusję z poziomu „wydaje mi się” na poziom „sprawdźmy”. Kupujący zyskują poczucie, że łatwiej im ocenić, czy nie przepłacają, przez co wchodzą do negocjacji pewniej, z konkretnym argumentem. Sprzedający natomiast – widząc, za ile podobne mieszkania faktycznie się sprzedają – częściej są skłonni do rozmowy. W efekcie, w opinii wielu pośredników, różnica między cenami ofertowymi a transakcyjnymi może stopniowo się zmniejszać – mówi Rafał Bieńkowski, PR manager w Nieruchomosci-online.pl.

Jednocześnie część agentów studzi oczekiwania. Nie wszyscy korzystają jeszcze z RCN, a dla części kupujących i sprzedających dane nie są w pełni czytelne. Dlatego wpływ narzędzia na rynek może narastać powoli, stopniowo – dodaje Rafał Bieńkowski.

„To ucina spekulacje i emocjonalne podejście do wyceny”

W wielu wypowiedziach przedstawicieli biur ujawnienie cen transakcyjnych jest opisywane jako krok, który pomaga obu stronom transakcji szybciej urealnić oczekiwania.

Dostępność cen transakcyjnych z RCN stała się kluczowym czynnikiem zmieniającym zasady gry. Skończyła się era licytowania pod marzenia, nie ma już mowy o kupowaniu kota w worku. Sprzedający musieli zejść na ziemię, wzrosła elastyczność w negocjacjach – mówi Anna Bylewska z biura Bylewscy Nieruchomości w Poznaniu.

Ujawnienie cen transakcyjnych zwiększyło transparentność rynku. Dla kupujących to ważne narzędzie porównawcze, które pomaga ocenić, czy dana oferta jest rynkowa. Dla sprzedających może to być natomiast moment weryfikacji oczekiwań. W dłuższej perspektywie dostęp do danych transakcyjnych powinien stabilizować rynek i ograniczać skrajnie zawyżone ceny ofertowe – komentuje Agata Stradomska z agencji Białe Lwy w Warszawie.

Pośrednicy podkreślają też, że ujawnienie cen transakcyjnych zmienia sposób prowadzenia rozmów z klientami – dane ułatwiają uzasadnianie wyceny i przesuwają negocjacje z poziomu opinii na poziom argumentów.

Dostęp do danych z RCN to dla nas, pośredników, ogromne ułatwienie. To ucina spekulacje i emocjonalne podejście do wyceny. Gdy pokazuję sprzedającemu twarde dane z sąsiedztwa, dyskusja o cenie przestaje być walką o „widzimisię”, a staje się merytoryczną analizą wartości rynkowej. (…) Sprzedający stają się coraz bardziej pragmatyczni. Odeszli od wystawiania nieruchomości za kwoty z sufitu, bo widzą, że zbyt wysoka cena ofertowa tylko mrozi sprzedaż – opowiada Ewa Tonia z MUVON Nieruchomości.

Agentowi łatwiej jest wyjaśnić różnice między ceną ofertową a transakcyjną, a także pokazać, dlaczego konkretna nieruchomość jest wyceniana w określony sposób – mówi Hanna Kamińska z Metrohouse w Kołobrzegu.

Zarówno właściciele, jak i pośrednicy mogą bardziej realistycznie ustalać ceny ofertowe mieszkań, opierając się na faktycznych transakcjach, a nie tylko na cenach ogłoszeniowych. W dłuższej perspektywie może to przyczynić się do stabilizacji rynku oraz skrócenia czasu sprzedaży nieruchomości, ponieważ ceny będą bliższe realnym oczekiwaniom kupujących – mówi Agnieszka Markowska z biura Biernaccy Nieruchomości w Warszawie.

W opinii agentów, jawność cen transakcyjnych wpływa też na relację między rynkiem pierwotnym i wtórnym.

Ujawnienie cen transakcyjnych w pierwszej kolejności wymusiło urynkowienie cen przez deweloperów. Zmienił się margines zawyżonych cen, co jednocześnie wpłynęło na rynek wtórny, który jest porównywany do pierwotnego jako możliwość nabywania nieruchomości o podobnych parametrach – mówi Robert Klimek z Joy Properties w Warszawie.

Problemem ogromne zróżnicowanie standardów mieszkań

Część agentów biorących udział w badaniu przeprowadzonym przez Nieruchomosci-online.pl podkreśla, że samo ujawnienie cen transakcyjnych to krok w dobrą stronę, ale rynek musi dopiero nauczyć się z tych danych korzystać. Agenci między innymi wyrażają obawy, że niektórzy uczestnicy rynku mogą używać danych zbyt dosłownie. Bez rozumienia, jak wiele czynników buduje cenę, np. standard, piętro, stan prawny, ekspozycja, układ czy niedawny remont.

Na rynku pierwotnym to rewolucja, która ukróci nieuczciwe praktyki niektórych deweloperów. Na rynku wtórnym sprawa jest bardziej złożona. Pochopne wyciąganie wniosków na podstawie suchych danych może przynieść więcej szkody niż pożytku ze względu na ogromne zróżnicowanie standardu mieszkań – komentuje Jacek Kasprzak z agencji Kasprzak Nieruchomości we Wrocławiu.

W jednym bloku różnica cen mieszkań może wynosić do 40 proc. wartości, a sprzedający nie rozumieją mechanizmów wpływających na wartości. Będą podpierali się informacją, za ile sprzedał sąsiad, a nie ile ich mieszkanie realnie jest warte – twierdzi Iwona Pisarek z biura Pisarek Nieruchomości w Warszawie.

RCN jest pomocny dla specjalistów, klienci nie mają wiedzy, jak z niego korzystać. Czasami utrudnia to negocjacje, bo klient rzadko uwzględnia inne czynniki wpływające na zmianę ceny, jak np. wartość pieniądza w czasie, koszty materiałów budowlanych czy koszty pracy – dodaje Dawid Basiak z Metrohouse.

Kolejny wątek dotyczy tego, jak daleko wstecz takie dane powinny być traktowane jako realny punkt odniesienia. Niektórzy agenci zwracają uwagę, że przy szybko zmieniających się warunkach rynkowych starsze transakcje mogą bardziej zaciemniać obraz niż pomagać.

Myślę, że 2-3 lata wstecz taka informacja o cenie jest ważna, ale starsze dane są niepotrzebne – uważa Anna Brljacic z biura Topowi Agenci w Warszawie.

Padają też opinie, że rynek działa po staremu, a na niektórych lokalnych rynkach poziom świadomości istnienia samego rejestru jest niski.

Poza ogromnym zainteresowaniem w pierwszych dniach od uwolnienia cen, niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o sprzedających. Nadal w większości przypadków trzymają się cen życzeniowych, a nie realnych na danym rynku – mówi Małgorzata Arkuszyńska z RE/MAX Polska, która także wzięła udział w badaniu Nieruchomosci-online.pl.

––––

Nastrojometr rynku nieruchomości to cokwartalne badanie nastrojów rynkowych w ocenie pośredników. Zostało przeprowadzone przez Nieruchomosci-online.pl i Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu w marcu na grupie 1505 agentów.

Polska gospodarka poniżej prognoz. PKB w I kwartale z negatywnym zaskoczeniem

Najnowszy wstępny odczyt PKB w Polsce zaskoczył negatywnie. Wstępny odczyt wzrostu PKB na koniec 1 kwartału wyniósł w ujęciu kwartalnym 0,5% (poprzedni odczyt wynosił 1,1%, a rynek spodziewał się 0,6%), a w ujęciu rocznym i wyrównany sezonowo 3,4% (poprzedni wyniósł 4,1%, a rynek spodziewał się 3,7%).

Wolniej rosnące PKB będzie z pewnością czynnikiem, który może wesprzeć retorykę RPP spod znaku „wait and see”, ponieważ rozważane podwyżki stóp procentowych miałyby dalszy negatywny wpływ na rozwój gospodarczy w Polsce.

Trump chwali Xi, Xi ostrzega w sprawie Tajwanu. Szczyt w Pekinie bez prostych odpowiedzi

Spotkanie Donalda Trumpa i Xi Jinpinga w Pekinie rozpoczęło się w pojednawczym tonie, ale już pierwsze wypowiedzi pokazały, że relacje USA–Chiny pozostają skomplikowane. Xi Jinping podkreślił, że oba państwa powinny być „partnerami, nie rywalami”, wskazując na potrzebę stabilnej współpracy między dwiema największymi gospodarkami świata. Jednocześnie jasno zaznaczył, że Tajwan pozostaje najpoważniejszym punktem zapalnym w relacjach dwustronnych. Ostrzeżenie, że niewłaściwe zarządzanie tą kwestią może doprowadzić do „zderzenia” lub nawet „starć”, przypomina rynkom, że za dyplomatyczną oprawą wizyty nadal kryje się wysokie ryzyko geopolityczne.

Trump przyjął bardziej koncyliacyjny ton, nazywając Xi „wielkim przywódcą” i sugerując, że relacje USA–Chiny mogą być „lepsze niż kiedykolwiek wcześniej”. Z punktu widzenia rynków istotna była także obecność w amerykańskiej delegacji szefów największych spółek technologicznych, w tym Jensena Huanga z Nvidii, Elona Muska z Tesli oraz Tima Cooka z Apple. Pokazuje to, że jednym z głównych tematów rozmów są nie tylko cła i handel, ale również dostęp do chińskiego rynku, eksport zaawansowanych technologii, półprzewodniki oraz stabilność globalnych łańcuchów dostaw.

Potencjalny wpływ wizyty Trumpa na rynki może być znaczący, ale będzie zależał od tego, czy za pozytywną retoryką pójdą konkretne ustalenia. Informacje o możliwym mechanizmie, w ramach którego USA i Chiny wskazałyby towary o wartości około 30 mld dolarów po każdej stronie do częściowego złagodzenia ceł, mogą wspierać apetyt na ryzyko. Taki scenariusz byłby korzystny dla spółek przemysłowych, eksporterów, firm technologicznych oraz podmiotów silnie zależnych od handlu z Chinami. Szczególnie wrażliwe mogą być akcje producentów półprzewodników, firm motoryzacyjnych i dużych koncernów konsumenckich, dla których Chiny pozostają ważnym rynkiem sprzedaży lub kluczowym elementem łańcucha dostaw.

Jednocześnie przestrzeń do silnego rajdu ryzykownych aktywów ograniczają najnowsze dane o inflacji producenckiej w USA. Opublikowany wczoraj raport BLS pokazał, że indeks cen producentów wzrósł w kwietniu aż o 1,4% miesiąc do miesiąca, po wzroście o 0,7% w marcu i 0,6% w lutym. Był to największy miesięczny wzrost od marca 2022 r. W ujęciu rocznym PPI wzrósł o 6,0%, co było najmocniejszym odczytem od grudnia 2022 r. Struktura danych również nie była komfortowa dla rynku. Prawie 60% kwietniowego wzrostu PPI wynikało z cen usług, które zwiększyły się o 1,2%, natomiast ceny towarów wzrosły o 2,0%. Szczególnie silnie podrożała energia, a ceny benzyny wzrosły o 15,6%. Miara bazowa, czyli PPI z wyłączeniem żywności, energii i usług handlowych, wzrosła o 0,6% miesiąc do miesiąca oraz o 4,4% rok do roku.

Oznacza to, że wizyta Trumpa w Chinach odbywa się w trudniejszym otoczeniu makroekonomicznym. Wyższa inflacja producencka zwiększa ryzyko przenoszenia kosztów na konsumentów, pogarsza perspektywy marż przedsiębiorstw i ogranicza pole do szybkiego łagodzenia polityki pieniężnej przez Fed. W takim środowisku nawet pozytywne informacje z Pekinu mogą być równoważone przez wzrost rentowności obligacji i umocnienie dolara, ponieważ rynek będzie musiał brać pod uwagę scenariusz dłuższego utrzymywania wysokich stóp procentowych lub nawet bardziej jastrzębiego nastawienia Fed.

Najbardziej pozytywny scenariusz dla rynków zakładałby złagodzenie części ceł, deklarację większego otwarcia chińskiego rynku oraz ograniczenie napięć technologicznych. W takim przypadku można byłoby oczekiwać kontynuacji rajdu na Wall Street, szczególnie w sektorze technologicznym, półprzewodnikowym i przemysłowym. Skorzystać mogłyby także rynki azjatyckie oraz waluty gospodarek silnie powiązanych z chińskim cyklem koniunkturalnym. Jednak mocny odczyt PPI z USA sprawia, że reakcja rynku może być bardziej selektywna niż euforyczna, ponieważ inwestorzy będą jednocześnie dyskontować ryzyko uporczywej inflacji. Negatywny scenariusz wiązałby się natomiast z brakiem postępów w rozmowach handlowych lub zaostrzeniem retoryki wokół Tajwanu. W takim przypadku mogłoby dojść do klasycznej reakcji risk-off: spadku indeksów akcyjnych, wzrostu popytu na dolara i obligacje skarbowe USA.

Wizyta Trumpa w Pekinie może więc krótkoterminowo poprawiać nastroje, ale jej wpływ na rynki będzie zależał od konkretnych decyzji w sprawie ceł, technologii i dostępu do rynku. Sam pojednawczy ton obu przywódców nie wystarczy, aby trwale obniżyć premię za ryzyko, zwłaszcza że temat Tajwanu pozostaje strategiczną czerwoną linią dla Pekinu. Dodatkowo mocne dane o inflacji producenckiej z USA ograniczają potencjał pozytywnej reakcji, ponieważ utrzymują presję na Fed i wzmacniają obawy, że globalne rynki będą musiały funkcjonować jednocześnie w warunkach napięć geopolitycznych, wysokich kosztów finansowania i podwyższonej inflacji.

UODO zgłasza uwagi do projektu przepisów o kontroli operacyjnej. Chodzi o informowanie osób po zakończeniu inwigilacji

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski zgłosił uwagi do projektu ustawy dotyczącej wzmocnienia nadzoru sądowego nad kontrolą operacyjną. Projekt jest procedowany w Sejmie i przewiduje zmiany w zasadach stosowania kontroli operacyjnej przez służby. Zdaniem UODO część proponowanych rozwiązań idzie w dobrym kierunku, ale nie odpowiada w pełni na problemy wskazane wcześniej przez Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Główna uwaga Prezesa UODO dotyczy braku obowiązku informowania osoby, wobec której prowadzono niejawną kontrolę operacyjną, o fakcie jej zastosowania po zakończeniu działań. Chodzi o sytuacje, w których kontrola nie doprowadziła do zebrania dowodów potwierdzających popełnienie przestępstwa. Według organu nadzorczego brak takiego rozwiązania oznacza, że projekt nie zapewnia pełnego wykonania wyroku ETPCz w sprawie Pietrzak, Bychawska-Siniarska i inni przeciwko Polsce.

Projekt nie trafił do UODO na etapie rządowym

Urząd wskazał również, że projekt nie został przedstawiony Prezesowi UODO do zaopiniowania na rządowym etapie prac legislacyjnych. Zdaniem organu powinno to nastąpić zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych przetwarzanych w związku z zapobieganiem i zwalczaniem przestępczości.

Uwagi Prezesa UODO zostały przekazane Zastępcy Szefa Kancelarii Sejmu Dariuszowi Salamończykowi. Organ podkreślił, że popiera działania mające na celu wzmocnienie nadzoru nad stosowaniem kontroli operacyjnej i zwiększenie ochrony praw osób, których takie działania dotyczą. Jednocześnie uznał, że projektowane przepisy są niewystarczające.

Jakie zmiany przewiduje projekt

Projekt zakłada m.in. obowiązek uzasadniania przez sąd postanowień dotyczących zarządzenia kontroli operacyjnej, odmowy zgody na jej zastosowanie oraz przedłużenia takiej kontroli. To rozwiązanie zostało ocenione przez UODO pozytywnie, ponieważ może zwiększyć przejrzystość sądowej kontroli nad działaniami służb.

Kolejna zmiana dotyczy obowiązku informowania sądu o zniszczeniu materiałów zebranych w toku kontroli operacyjnej. Chodzi o materiały, których nie można wykorzystać w postępowaniu karnym, a także takie, które nie zawierają dowodów pozwalających na wszczęcie postępowania lub mających znaczenie dla trwającej sprawy.

Projekt przewiduje także obowiązek przekazania sądowi informacji o wynikach kontroli operacyjnej po jej zakończeniu. Na żądanie sądu służby miałyby również informować o przebiegu kontroli w trakcie jej prowadzenia. Dodatkowo sąd mógłby w każdym czasie wydać uzasadnione postanowienie o przerwaniu kontroli operacyjnej.

UODO pozytywnie ocenia także propozycję pozbawienia Inspektora Nadzoru Wewnętrznego kompetencji do stosowania kontroli operacyjnej. Chodzi o organ, przy pomocy którego minister właściwy do spraw wewnętrznych sprawuje nadzór nad Policją, Strażą Graniczną, Służbą Ochrony Państwa oraz Państwową Strażą Pożarną.

Brak informacji dla osoby objętej kontrolą

Najważniejszy zarzut UODO dotyczy jednak tego, czego w projekcie nie ma. Zdaniem Prezesa UODO przepisy powinny przewidywać mechanizm informowania osoby, której dane były niejawnie przetwarzane w ramach kontroli operacyjnej, o fakcie takiej kontroli po jej zakończeniu. Dotyczyłoby to zwłaszcza sytuacji, gdy działania służb nie potwierdziły podejrzeń i nie doprowadziły do zebrania dowodów przestępstwa.

UODO wskazuje, że problem ten był już sygnalizowany w wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 30 lipca 2014 roku. Mimo upływu lat kwestia ta nadal nie została kompleksowo uregulowana w polskim prawie. Według organu brak takiej informacji ogranicza możliwość dochodzenia praw przez osoby, które mogły zostać objęte niejawną inwigilacją.

UODO zwraca uwagę na proporcjonalność kontroli operacyjnej

Prezes UODO podniósł również kwestię zakresu przestępstw, przy których możliwe jest wystąpienie do sądu o zarządzenie kontroli operacyjnej. Zdaniem organu wymaga rozważenia, czy katalog tych przestępstw nie jest zbyt szeroki.

Kontrola operacyjna należy do najbardziej ingerujących w prywatność środków stosowanych przez państwo. Z tego powodu, jak wskazuje UODO, jej stosowanie powinno być ograniczone do najpoważniejszych przypadków i zgodne z zasadą proporcjonalności wynikającą z Konstytucji RP.

Wyrok ETPCz w sprawie przeciwko Polsce

W swojej opinii Prezes UODO odwołał się do wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 28 maja 2024 roku w sprawie Pietrzak, Bychawska-Siniarska i inni przeciwko Polsce. Sprawa dotyczyła polskich regulacji związanych z kontrolą operacyjną, zatrzymywaniem danych telekomunikacyjnych oraz niejawnym nadzorem prowadzonym na podstawie ustawy o działaniach antyterrorystycznych.

ETPCz uznał, że Polska naruszyła art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, który chroni prawo do poszanowania życia prywatnego, rodzinnego i korespondencji. Trybunał wskazał, że polskie prawo nie zapewnia wystarczających zabezpieczeń przed nadmierną ingerencją w prywatność jednostek.

W ocenie ETPCz problemem był także brak odpowiednich gwarancji dotyczących komunikacji objętej tajemnicą adwokacką. Trybunał uznał również, że istniejący mechanizm kontroli sądowej nie równoważył dostatecznie ryzyka nadużyć. Wskazał przy tym na potrzebę uzupełnienia procedury wydawania zgody na kontrolę operacyjną o mechanizmy kontroli po zakończeniu działań.

Projekt nie wykonuje w pełni wyroku Trybunału

Według Prezesa UODO obecny projekt, choć zawiera potrzebne rozwiązania dotyczące nadzoru sądowego, nie usuwa wszystkich problemów wskazanych przez ETPCz. Kluczowy brak dotyczy właśnie obowiązku poinformowania osoby objętej kontrolą operacyjną po zakończeniu działań, gdy nie zagrażałoby to celom postępowania.

UODO zwraca uwagę, że bez takiego mechanizmu osoby potencjalnie objęte niejawną inwigilacją nie mają realnej możliwości skorzystania ze skutecznego środka odwoławczego. Z tego względu projekt w zasadniczej części nie zapewnia wykonania wyroku ETPCz w sprawie Pietrzak, Bychawska-Siniarska i inni przeciwko Polsce.

Popyt netto na magazyny wzrósł aż o 75% rok do roku, osiągając najwyższy poziom dla pierwszego kwartału od 2022 r.

0

Pierwszy kwartał 2026 r. przyniósł pozytywne zaskoczenie na rynku powierzchni przemysłowo‑logistycznych w Polsce. Wysoka aktywność najemców przełożyła się na wyraźną absorpcję dostępnych zasobów i spadek stopy pustostanów, co stanowi odejście od obserwowanego w poprzednich latach sezonowego wzrostu wakatów na początku roku.

Jak wynika z raportu firmy Colliers „Market Insights, Rynek magazynowy Q1 2026” całkowite zasoby rynku osiągnęły poziom blisko 37 mln mkw., a w samym I kwartale do użytku oddano około 650 tys. mkw. nowej powierzchni. Choć wolumen nowej podaży pozostaje relatywnie wysoki, rynek jasno pokazuje, że jest w stanie ją efektywnie wchłonąć. W całym 2026 r. deweloperzy planują dostarczyć od 1,5 do 2,0 mln mkw., jednak – jak wskazują eksperci Colliers – tempo realizacji projektów pozostaje ściśle powiązane z realnym popytem.

Silnym impulsem dla rynku była aktywność najemców. Popyt brutto w I kw. 2026 r. wyniósł około 1,6 mln mkw., co oznacza wzrost o ponad 40% r/r. Jeszcze bardziej wymowny jest skok popytu netto, który wzrósł o około 75% r/r i osiągnął najwyższy poziom dla pierwszego kwartału od 2022 r. Co istotne, aż 54% całkowitej aktywności stanowiły nowe umowy i ekspansje, a nie – jak w ostatnich kwartałach – renegocjacje.

– Pierwszy kwartał 2026 r. pokazał wyraźny powrót realnego popytu ze strony najemców. Wysoka absorpcja pozwoliła rynkowi skutecznie „wchłonąć” relatywnie dużą część istniejącej podaży, co przełożyło się na spadek pustostanów – zjawisko rzadko obserwowane na początku roku – komentuje Antoni Szwech, starszy analityk w Colliers.

Równolegle rynek przechodzi przez fazę stabilizacji czynszów. Stawki utrzymują się na zbliżonym poziomie rok do roku, a obserwowane korekty mają charakter lokalny i wynikają głównie z równowagi pomiędzy jakością projektów, poziomem dostępności oraz presją kosztową po stronie deweloperów.

Polski rynek powierzchni przemysłowo‑logistycznych wszedł w fazę dojrzałości, w której o jego atrakcyjności decydują stabilne fundamenty i przewidywalność. Dla najemców oznacza to dziś większą pewność planowania – zarówno pod względem kosztów, jak i dostępności nowoczesnych powierzchni w kluczowych lokalizacjach. Jednocześnie rosnące zainteresowanie ze strony międzynarodowych platform handlowych rozwijających operacje w Polsce potwierdza rolę naszego kraju jako bezpiecznego i konkurencyjnego hubu dla europejskich łańcuchów dostaw – mówi Maciej Chmielewski, Senior Partner, dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych w Colliers.

Na koniec marca 2026 r. powierzchnia w budowie wynosiła niemal 1,5 mln mkw., co oznacza wzrost o 6% r/r, przy jednoczesnym spadku o 18% kw./kw. – typowym dla pierwszych miesięcy roku, kiedy na rynek trafia duży wolumen ukończonych projektów. Mimo przesunięć harmonogramów spowodowanych warunkami pogodowymi, wolumen nowo rozpoczętych budów wzrósł r/r o około 15%, osiągając 350 tys. mkw.

Deweloperzy pozostają jednak selektywni. Udział powierzchni spekulacyjnej w budowie od wielu miesięcy utrzymuje się poniżej 40%, a jednocześnie rośnie udział projektów zabezpieczonych umowami najmu, który obecnie wynosi około 63% – najwyżej od II kw. 2021 r.

– Selektywność deweloperów jest sygnałem dojrzałości rynku. Projekty coraz częściej odpowiadają na konkretne potrzeby najemców, co ogranicza ryzyko nadpodaży i sprzyja stabilizacji pustostanów – dodaje Antoni Szwech.

Po dłuższym okresie stabilizacji stopy pustostanów na poziomie 7–8%, rynek odnotował trend spadkowy tego wskaźnika. Na koniec I kw. 2026 r. wyniósł on 7,2%, czyli zmalał o 0,2 p.p. kw./kw. oraz aż 1,3 p.p. r./r. To szczególnie istotne w kontekście faktu, że od 2023 r. pierwszy kwartał roku zwyczajowo przynosił wzrost wakatów – w 2026 r. schemat ten został przełamany dzięki wysokiej absorpcji istniejących zasobów.

Na tle kraju szczególnie wyróżniło się województwo dolnośląskie. Choć stopa pustostanów w regionie wciąż pozostaje nieco powyżej średniej krajowej i wynosi niemal 8%, w ujęciu kwartalnym spadła aż o 2,8 p.p. Region odnotował również najwyższy w Polsce popyt netto – blisko 230 tys. mkw., stanowiący około 90% popytu brutto. Przy obecnym poziomie zapytań można oczekiwać, że trend absorpcji utrzyma się także w kolejnych miesiącach.