Do 2020 r. internetowy kanał obsługi będzie standardem na polskim rynku ubezpieczeń. Dziś dominują agenci

CEO Magazyn Polska

Polska branża ubezpieczeń pozostaje w tyle w stosunku do rynków zachodnich pod względem internetowej sprzedaży i obsługi ubezpieczeń. Choć coraz więcej firm oferuje polisy komunikacyjne online, to już dalszą obsługę klienta przez internet umożliwia tylko połowa spośród największych towarzystw i ubezpieczycieli direct (oferujących ubezpieczenia przez internet lub telefon) – wynika z badania KPMG. Na polskim rynku wciąż dominującą rolę odgrywa sprzedaż przez agentów. To powinno się zmienić w kolejnych latach. Za sześć lat kanał online stanie się standardem, a agenci będą pełnić raczej funkcję doradców.

Zdaniem ekspertów z KPMG kanał online nie jest jeszcze standardem dla ubezpieczycieli działających na polskim rynku. Dotyczy to obu badanych przez firmę grup: największych dziesięciu towarzystw ubezpieczeniowych i ubezpieczycieli direct, którzy oferują polisy przez internet i telefon.

Co prawda wszyscy ubezpieczyciele direct oferują zakup i obsługę online polisy komunikacyjnej, ale na przykład nie oferują możliwości zgłoszenia szkody przez internet. Spośród 10 największych ubezpieczycieli tylko 40 proc. z nich umożliwia zakup ubezpieczenia online, a zgłoszenie szkody – 90 proc. z nich. Tych funkcji jest dużo więcej i one są umożliwiane fragmentarycznie – nie ma jeszcze wypracowanych standardów obsługi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kondratowicz, starszy menadżer w dziale usług doradczych dla branży ubezpieczeń KPMG w Polsce.

Wszystkie duże (Top 10) towarzystwa ubezpieczeniowe oraz ubezpieczyciele direct oferują pewne funkcje online – przede wszystkim są to informacje o samej firmie i jej ofercie produktowej. Ubezpieczyciele direct umożliwiają również kwotowanie i zakup ubezpieczenia komunikacyjnego na portalu online. Wśród wszystkich towarzystw umożliwiających nabycie polisy online jedynie co trzecie umożliwia odnowienie polisy przez internet.

W obu badanych grupach mniej więcej połowa ubezpieczycieli przewidziała możliwość utworzenia konta online dla klienta, przez które możliwa byłaby dalsza obsługa w ramach wykupionej polisy. Na rynkach we Francji czy Niemczech jest to zwykle jedyny sposób obsługi ubezpieczenia i każdy ubezpieczony w największych towarzystwach musi mieć konto.

Na świecie jest to standardem: kupuję ubezpieczenie i mogę wszystkie czynności związane z polisą wykonać online. Myślę, że u nas będzie to standardem za ok. sześć lat – ocenia Piotr Kondratowicz. – W Polsce jeszcze dużo do nadrobienia. Polski rynek jest niestety oparty o agentów, firmy skupiają się na wdrożeniu systemów dla agentów i może jeszcze nie do końca wierzą, że online jest ważny już teraz. Powoli będzie się to zmieniać.

Na rynku brytyjskim dwie trzecie ubezpieczeń wśród klientów prywatnych jest kupowanych online, a reszta zazwyczaj przez telefon. Udział agentów jest tam niewielki. Według eksperta KPMG w Polsce nie grozi im taka marginalizacja. Ich rola będzie się jednak zmieniać – sprzedawcy będą raczej doradcami przy wyborze i obsłudze ubezpieczenia.

Obecnie w segmencie klientów prywatnych najczęściej kupowanym online ubezpieczeniem jest polisa komunikacyjna. Udział kanału direct wynosi tam 10 proc., choć dziś jest to głównie kanał telefoniczny.

Sądzę, że w perspektywie sześciu lat kanał direct wzrośnie do 20 proc. Dodatkowo w przyszłości coraz większy udział w jego ramach będzie miała sprzedaż internetowa. Trudno powiedzieć o ile większy, ale przykłady z innych rynków pokazują, że postępuje to w miarę szybko – twierdzi Kondratowicz.

Przyspieszenie wzrostu sprzedaży internetowej w Polsce może dokonać się także dzięki ubezpieczeniom turystycznym.

– Jedna trzecia polskich turystów kupujących wycieczki zorganizowane kupuje je online i trend ten jest wzrostowy – mówi Kondratowicz. – Z kolei według danych PIU i naszych szacunków prawdopodobny udział ubezpieczeń direct w turystyce to 15-20 proc. Wszystko wskazuje na to, że w przyszłości udział kanału online w jego ramach będzie coraz wyższy – dodaje.

KPMG ocenia, że najszybciej będzie rosła sprzedaż internetowa ubezpieczeń turystycznych. Tym bardziej że coraz więcej klientów również same wycieczki kupuje online.

Według naszych szacunków prawdopodobny udział ubezpieczeń direct w turystyce wynosi 15-20 proc. Prawdopodobnie spora część z tego jest kupowana online. Przewidujemy, że ubezpieczenia turystyczne będą grupą ubezpieczeń, których sprzedaż przez internet będzie się rozwijać najszybciej. Bo skoro klient szuka wycieczek w internecie, to gdzie ma szukać ubezpieczenia – mówi Kondratowicz.

Przeprowadzone przez KPMG badanie „Przegląd portali online majątkowych Towarzystw Ubezpieczeń. Ubezpieczenia w zasięgu ręki” objęło 17 towarzystw ubezpieczeniowych. Podzielono je na 2 kategorie. W pierwszej znalazło się dziesięć największych pod względem składki (Top 10) i siedem towarzystw spoza niej, specjalizujących się w aktywnym oferowaniu ubezpieczeń przez telefon lub internet (direct).

Do wejścia na GPW szykuje się trzecia chińska spółka. Chińczycy postrzegają Polskę jako bazę do nawiązywania kontaktów w regionie

CEO Magazyn Polska

Trwają rozmowy z trzecią spółką z Państwa Środka, która planuje debiut na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Chińczycy postrzegają stolicę Polski jako główny rynek Europy Środkowo-Wschodniej, który może stanowić bazę do nawiązywania kontaktów w regionie. W środę na warszawskim parkiecie zadebiutowała chińska firma JJ Auto.

Fakt, że JJ Auto to już druga chińska spółka notowana na giełdzie w Warszawie oznacza, że jest to moment historyczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Dąbrowski, prezes Domu Maklerskiego DF Capital. – Gdyby była to jedna spółka, to można by mówić o przypadku, jednak jeśli są dwie, to znaczy, że jest to już seria.

JJ Auto to druga chińska i 59. zagraniczna spółka notowana na warszawskim parkiecie. Przedsiębiorstwo jest czołowym producentem i dostawcą części samochodowych w Chinach. Dom Maklerski DF Capital prowadzi już rozmowy z trzecią chińską spółką zainteresowaną notowaniem w Warszawie. 

Wydaje mi się, że mimo różnych turbulencji makroekonomicznych związanych z OFE i konfliktem na Ukrainie Warszawa udowadnia, że jest atrakcyjnym i ciekawym miejscem do notowania kolejnych zagranicznych spółek – zauważa Dąbrowski.

Jego zdaniem GPW jest optymalnym rynkiem dla średniej wielkości spółek zagranicznych. W Nowym Jorku problemem jest wielkość giełdy, a w Londynie, podobnie jak w samych Chinach na giełdzie w Szanghaju – długa kolejka oczekujących. Do tej pory większość zagranicznych spółek notowanych na GPW pochodziła z Europy Centralnej i Wschodniej, a swoje siedziby miały w Luksemburgu czy Holandii

Myślę, że ta perspektywa może się ciekawie rozszerzyć na Chiny, gdyż są one największym eksporterem świata i drugą największa gospodarką – zauważa Jarosław Dąbrowski. – Potencjał wzrostu dla Chin i dla chińskich spółek jest niebywale większy niż dla spółek europejskich.

Z pozytywną oceną warszawskiej giełdy zgadza się Jianhui Ye, prezes JJ Auto.

Warszawa to finansowe centrum Europy Środkowo-Wschodniej – mówi Jianhui Ye. –  Tu będzie nasza baza do nawiązywania lokalnych kontaktów w Europie. Dziś wiele chińskich firm jest obecnych w Warszawie, by inwestować w przemysł motoryzacyjny w Polsce. Wierzymy w potencjał tego rynku i w to, że pojawi się wiele okazji, które będziemy mogli wykorzystać.

16 czerwca firma JJ Auto zadebiutowała także na rynku regulowanym giełdy we Frankfurcie (Deutsche Börse AG). Aktualnie spółka nie ma w planach wchodzenia na kolejne zagraniczne giełdy.

Wierzymy, że Europa jest bardzo perspektywicznym regionem. To miejsce będzie dla nas platformą, dzięki której będziemy mieć okazję poprawić i wzmocnić kondycję finansową naszej firmy – twierdzi prezes JJ Auto.

JJ Auto to producent i dostawca części do ciężarówek, samochodów dostawczych, maszyn ciężkich i pojazdów budowlanych. Zajmuje się głównie produkcją, a ponadto także handlem elementami złącznymi do samochodów ciężarowych, częściami samochodów i maszyn ciężkich. Swoje produkty sprzedaje wyłącznie w Chinach.

Pierwszą chińską spółką, która zadebiutowała na warszawskim GPW, był Peixin, producent maszyn oraz linii produkcyjnych do wytwarzania artykułów higienicznych. Debiut nastąpił 9 października 2013 r.

Od połowy lipca zacznie obowiązywać nowelizacja ustawy o sądach powszechnych. Kilkadziesiąt sądów rejonowych w przyszłym roku wznowi swoją pracę

0

CEO Magazyn Polska

Od stycznia 2015 roku wróci większość spośród zlikwidowanych dwa lata wcześniej 79 sądów rejonowych. 15 lipca tego roku wchodzi w życie nowelizacja ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych, która precyzyjnie określa kryteria umożliwiające tworzenie i likwidację sądów rejonowych. Najważniejszym kryterium będą liczba mieszkańców gminy i liczba wpływających do sądów spraw. Szacunkowo reaktywacja dotknie obligatoryjnie 41 sądów, a fakultatywnie 17.

Najważniejszą zmianą, którą przynosi nowelizacja ustawy, jest wprowadzenie obiektywnych kryteriów, które będą decydowały o możliwości utworzenia sądów rejonowych. 

Dodane zostały nowe paragrafy, które przewidują kryterium liczby mieszkańców danej gminy przesądzające o utworzeniu sądu rejonowego bądź jego likwidacji oraz kryterium liczby spraw wpływających do danego sądu. Zgodnie ze znowelizowanym artykułem 10., takim kryterium jest co najmniej 50 tys. osób zamieszkujących w danej gminie bądź kilku gminach, natomiast łączna liczba spraw cywilnych, karnych oraz rodzinnych i dotyczących nieletnich, wpływających do sądu z obszaru tych gmin, musi wynosić co najmniej 5 tysięcy – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Zwolińska-Sosnowska, radca prawny w kancelarii prawnej D. Dobkowski sp.k. stowarzyszonej z KPMG w Polsce.

Ustawa przewiduje, że oba warunki muszą być spełnione łącznie, są jednak możliwe wyjątki. Minister sprawiedliwości będzie mógł podjąć decyzję o utworzeniu sądu, nawet jeśli nie zostanie spełnione kryterium dotyczące liczby mieszkańców, ale liczba spraw przekroczy 5 tysięcy. Jeśli w ciągu trzech kolejnych lat kalendarzowych liczba spraw nie przekroczy limitu (w każdym roku), minister będzie mógł zlikwidować taki sąd rejonowy.

Choć ustawa zacznie obowiązywać 15 lipca, zmiany będą odczuwalne dopiero w styczniu 2015 roku. Minister sprawiedliwości ma sześć miesięcy od daty wejścia w życie znowelizowanej ustawy na wydanie aktów wykonawczych. Do tego czasu musi zbadać sytuację zlikwidowanych w styczniu 2013 roku sądów pod kątem wprowadzonych w ustawie kryteriów.

Przy ich ocenie należy wziąć pod uwagę rok kalendarzowy 2012. Ponadto minister sprawiedliwości ma obowiązek obligatoryjnie przywrócić te sądy, które spełniają ustawowe kryteria. Dodatkowo może przywrócić te sądy rejonowe, które nie mieszczą się w kryterium liczby mieszkańców, ale liczba spraw jest wyższa – tłumaczy Zwolińska-Sosnowska.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia szacuje, że na mapę Polski wróci obligatoryjnie 41 ze zlikwidowanych 79 roku sądów rejonowych, zaś 17 – fakultatywnie, biorąc pod uwagę liczbę wpływających spraw.

Sprawy, które wcześniej były rozpatrywane przez sądy zamiejscowe, trafią do nowo utworzonych sądów i te, zgodnie z ustawą, będą właściwe do ich rozpoznania. 

Sprawy zostaną przekazane zarządzeniem prezesa sądu. Strony postępowania nie muszą podejmować żadnych konkretnych działań w tym celu. Zgodnie z nowelizacją minister sprawiedliwości ma prawo przenieść sędziów do nowo utworzonych sądów rejonowych i ma prawo zrobić to bez ich zgody. Może to uczynić tylko za pierwszym razem, nowelizując czy zmieniając strukturę sądów rejonowych. Od takiej decyzji ministra sędzia może się odwołać do Sądu Najwyższego – wyjaśnia Katarzyna Zwolińska-Sosnowska.

Jak podkreśla ekspertka, zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego uprawnienie, które przysługuje ministrowi, musi być przez niego osobiście wykonane i nie może zostać przekazane pełnomocnictwem innym osobom.

Dotychczas obowiązujące przepisy dają uprawnienia ministrowi do tworzenia i likwidowania sądów rejonowych, ale przed podjęciem decyzji powinien kierować się ogólnymi przesłankami.

Mowa tu o ekonomii postępowania, sprawnym funkcjonowaniu sądów czy prawie każdego obywatela do rozpoznania sprawy w rozsądnym czasie. Natomiast nowelizacja ustala nowe kryteria, które będą w sposób dość obiektywny przesądzać o tym, czy minister może podjąć decyzję o utworzeniu sądu, czy też może podjąć decyzję o jego likwidacji – podsumowuje Katarzyna Zwolińska-Sosnowska.

Rośnie popularność finansowania społecznościowego. Miesięczna wartość wpłat przekroczyła 0,5 mln zł

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej projektów w Polsce jest finansowanych poprzez crowdfunding. Miesięcznie na portalach internetowych dokonywanych jest ponad 50 tysięcy wpłat na kwotę przekraczającą 0,5 mln zł. Twórcy inicjatyw oferują nie tylko udziały w zyskach, lecz także coraz częściej innego typu zachęty. Może to być pierwsza płyta z autografem lub darmowy dostęp do aplikacji przez określony czas.

Crowdfunding w Polsce na dobrą sprawę rozwija się od kilku lat. W tej chwili miesięcznie udaje się ponad 30 projektów, przynajmniej u nas, ale także na innych platformach. Polacy są zdecydowanie dużo hojniejsi niż kiedyś. W tej chwili na naszej platformie jest to ponad 40 wpłat i są to w sumie kwoty rzędu 300-400 tys. złotych miesięcznie. Biorąc pod uwagę fakt, że mamy 70-75 proc. rynku, to można sobie przeliczyć jak mniej więcej ten crowdfunding w Polsce wygląda – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Sobczak, menedżer projektu PolakPotrafi.pl.

Działający od trzech lat portal PolakPotrafi.pl to lider polskiego rynku crowdfundingu. Na tym portalu odbywa się trzy czwarte całego finansowania społecznościowego w naszym kraju. Inicjatywy są bardzo różne: od dużych konferencji, takich jak łódzkie coroczne spotkanie Cohabitat Gathering, które zebrało niemal 100 tys. zł, poprzez mniejsze wydarzenia, aż po inicjatywy zespołów muzycznych, a nawet sportowców. Z PolakPotrafi.pl korzystał w trakcie przygotowań do igrzysk olimpijskich w Soczi nawet Zbigniew Bródka, mistrz olimpijski w łyżwiarstwie szybkim.

Sobczak dodaje, że nie zawsze osoby wpłacające środki – średnio 70-80 zł – liczą na udziały w zyskach. Często inicjatorzy oferują inne korzyści.

Wpłacamy 40 złotych i możemy otrzymać na przykład pierwszą płytę z podpisem danego autora albo wziąć udział w jakiejś konferencji czy przedsięwzięciu – wyjaśnia Sobczak. – Za każdą wpłatę na taki projekt projektodawca oferuje pewien rodzaj odwdzięczenie się. Kiedy Zbyszek Bródka zbierał u nas pieniądze, w zamian za wsparcie na przykład kwotą 300 zł oferował udział w swoim treningu. To pokazuje, że kreatywność Polaków może być wykorzystywana także do finansowania ich przedsięwzięć.

Sobczak zauważa, że dzięki crowdfundingowi szansę na realizację ma wiele inicjatyw, które inaczej nie otrzymałyby niezbędnych środków. Dotyczy to nie tylko filmu i muzyki, lecz także sportu. Dzięki finansowaniu społecznościowemu mogą rozwijać się mniej popularne dyscypliny, jak właśnie łyżwiarstwo szybkie lub lacrosse.

Crowdfunding to także ważne narzędzie dla programistów i deweloperów IT. Mogą oni nie tylko pozyskać środki na rozwój aplikacji, lecz także wybadać rynek. To cenna wiedza w przypadku kontynuacji projektu.

Jeżeli naszym celem jest stworzenie aplikacji i przez crowdfunding za kilkadziesiąt złotych oferujemy do niej darmowy dostęp przez jakiś czas, to możemy sprawdzić, jakie jest zainteresowanie tym produktem i czy jest na niego zapotrzebowanie – wyjaśnia Sobczak.

Podkreśla, że crowdfunding to całkowicie bezpieczny sposób finansowania. Działa na zasadzie „wszystko albo nic” – jeśli pomysłodawcy nie uda się zebrać wymaganej kwoty, wszyscy dawcy otrzymują swoje wpłaty z powrotem bez żadnych opłat. Również dla osób zbierających fundusze nie ma w takim wypadku żadnych kosztów. Platformy crowdfundingowe pobierają kilkuprocentową prowizję jedynie w przypadku udanego sfinansowania projektu.

Sobczak dodaje, że wśród ok. 30 udanych projektów miesięcznie zdarzają się takie, które wielokrotnie przekraczają wymaganą kwotę. Jednym z nich była inicjatywa wrocławskich studentów – Space is More, którzy zbierali środki na wyjazd do Kalifornii na prezentację swojego projektu statku kosmicznego do wykorzystania w trakcie podróży na Marsa. Choć liczyli oni tylko na 4 tys. zł, na PolakPotrafi.pl zebrali ponad 91 tys. zł.

Operatorzy telekomunikacyjni tną koszty i oferują produkty z innych kategorii

CEO Magazyn Polska

Operatorzy telekomunikacyjni coraz częściej próbują sił w sprzedaży łączonej, czyli oferują usługi telekomunikacyjne w połączeniu z innymi, np. finansowymi. Choć daje im to szansę na poprawę wyników, to nie przyczynia się do rozwoju rynku telekomunikacyjnego. Małe firmy mogą konkurować tańszymi usługami, bo mają niższe koszty. Mają też szansę na zdobycie rynku dzięki innowacyjnym, wyspecjalizowanym usługom.

Rynek telekomunikacyjny jest bardzo konkurencyjny i trudny. Okres „łatwych pieniędzy” ma już za sobą, a postępująca liberalizacja zaostrza konkurencję – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Montoya, wiceprezes zarządu Tele-Polska Holding SA, firmy świadczącej usługi telekomunikacyjne. – Pewną bolączką tego rynku jest brak koncepcji na monetyzację nowych usług telekomunikacyjnych, a zarabianie na minutach odchodzi w przeszłość. Operatorzy coraz częściej sięgają po produkty spoza oferty telekomunikacyjnej. Często mówi się o usługach finansowych czy na przykład sprzedaży energii.

Montoya podkreśla, że usługi spoza oferty telekomunikacyjnej to dla operatorów szansa na poprawienie wyników finansowych. Mogą oni w ten sposób wykorzystać bardzo dobrą znajomość swoich klientów i zaoferować im dobrze dobrane produkty. Ale trend ten nie jest korzystny dla samego rynku telekomunikacyjnego. Montoya zauważa, że brakuje innowacyjnych modeli skuteczniejszego zarabiania na samej telekomunikacji.

Według niego takich pomysłów nie mają ani duzi operatorzy, ani małe firmy. Pomimo zmiany technologii, przejawiającej się m.in. w stopniowym zanikaniu telefonii stacjonarnej, nie ma na rynku pomysłów na zupełnie nowy kierunek rozwoju. Dużo się mówi o przyszłości kontentu, do którego można sięgnąć jedynie poprzez łącza operatorów, ale i tu brak implementacji naprawdę efektywnych modeli biznesowych. Szansa jest jednak w specjalizacji, która postępuje coraz szybciej zarówno wśród operatorów telekomunikacyjnych, jak i dostawców infrastruktury. Ten trend wiąże się także z konsolidacją na rynku, gdzie duzi przejmują ciekawe mniejsze podmioty.

Mniejsi operatorzy pozyskują kapitał, rosną, a potem łączą się z innymi, w związku z czym konsolidacja postępuje. Ostatecznie na tym rynku zostanie niewielu graczy, ale za to wyspecjalizowanych. Podstawowy podział już zresztą nastąpił. Spółki takie jak ATM, Hawe to są ewidentnie operatorzy infrastrukturalni, Netia czy my to detaliści oferujący swoje usługi klientom indywidualnym oraz biznesowi. W sumie naturalny podział na segmenty, a co za tym idzie – na kompetencje, jest wyraźny: infrastruktura, klienci detaliczni, klienci biznesowi – analizuje Montoya.

Dodaje, że proces ten daje szansę na specjalizację, dzięki której swoją pozycję mogą wzmocnić mali operatorzy. Teraz konkurują oni przede wszystkim niskimi cenami, które są możliwe dzięki niższym kosztom operacyjnym. Ale Montoya ocenia, że na rynku jest miejsce dla małych, wysoko wyspecjalizowanych spółek.

Szansa rozwoju na rynku telekomunikacyjnym jest przede wszystkim dla spółek niszowych, które potrafią albo wynaleźć nową usługę, albo ją sprzedać w inny, bardziej atrakcyjny niż dotychczas sposób. Podczas gdy duzi walczą o utrzymanie stanu posiadania, mniejsi mogą dać impuls do zmian – twierdzi Montoya.

Stadionom w Brazylii po mundialu grożą straty. Na rozgrywkach zyska przede wszystkim FIFA

0

Na trwającym piłkarskim mundialu w Brazylii zarobi przede wszystkim FIFA. Światowa organizacja piłkarska w ciągu czterech lat ma przychody przekraczające 5 mld dolarów, natomiast koszty organizacji mundialu przez Brazylię szacuje się nawet na 13 mld dolarów. Brazylijskie mistrzostwa świata są prawdopodobnie najdroższym mundialem w historii.

Na podstawie oficjalnych i nieoficjalnych informacji można oceniać, że koszty organizacji to co najmniej 7-8 mld dolarów, a prawdopodobnie nawet 11-13 mld dolarów. To dwa razy więcej niż kosztowała organizacja rozgrywek w 2010 r. w Republice Południowej Afryki.

To dla Brazylii większe niż oczekiwano obciążenie, bo zmieniła się sytuacja gospodarcza tego kraju. W momencie starań o mistrzostwa gospodarka tego kraju rosła o 6-8 proc. rocznie, ale od tego czasu znacznie spowolniła. Według danych Banku Światowego w 2012 r. wzrost PKB Brazylii wyniósł zaledwie 0,9 proc., a w ubiegłym roku – 2,5 proc.

Koszty mundialu Brazylia odczuje także po imprezie, bo kraj może mieć duże problemy z utrzymaniem niektórych stadionów.

Pytanie o koszt stadionów i ich możliwości utrzymania po mundialu jest bardzo ważne. O ile można się spodziewać, że Maracanã w Rio de Janeiro czy São Paulo, może Porto Alegre czy Belo Horizonte mogą sobie poradzić z utrzymaniem obiektów, ich rentownością, to wydaje się, że obiekty w stolicy, w Natal czy w Cuiabie i Cúritibie mogą być deficytowe – analizuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Podobny kłopot pojawia się po wszystkich tego typu rozgrywkach, także po poprzednim mundialu w RPA oraz mistrzostwach Europy w Polsce i na Ukrainie.

W roku 2013, pomimo faktu, że Rio de Janeiro to wielka metropolia, że jest tam kilka klubów piłkarskich, Vasco da Gama, Botafogo, Flamengo czy Fluminense, które w różny sposób mogą aktywnie ten stadion użytkować, łączna strata Maracany [główny stadion mundialu mieszczący niemal 80 tys. widzów – red.] jako spółki była na poziomie około 63 mln zł – podkreśla Kita.

Dodaje, że kluby w Rio de Janeiro nie muszą rozgrywać swoich spotkań na Maracanie, ale może być to arena dla części meczów, np. derbów, czy innych większych imprez sportowych. Wiele możliwości daje również strona rozrywkowa, czyli koncerty muzyczne lub konferencje. Stadiony w mniejszych miastach, gdzie nie grają duże kluby (np. w położonym w sercu Amazonii Manaus) i nie odbywają się koncerty oraz inne wydarzenia, mogą mieć jeszcze większe problemy finansowe.

Jednak na mundialu na pewno zarobi FIFA. Kita podkreśla, że światową federację piłkarską można zdecydowanie uznać za finansowego zwycięzcę rozgrywek. FIFA tylko w 2013 r. miała przychody na poziomie 1,4 mld dolarów, a zysk wyniósł 72 mln dolarów.

To właściwie stawia FIFA w gronie największych organizacji światowych i praktycznie nadaje jej status koncernu o charakterze sportowym. A w czteroleciu, które jest zwieńczone mundialem, przychody FIFA już w tej chwili oscylują w okolicach 5 mld dolarów, więc to są wielkie pieniądze. Oczywiście znacząca część jest rozdystrybuowana, ponieważ samym federacjom za uczestnictwo w mundialu FIFA przyznaje kwoty na poziomie od 8 mln dolarów za udział w fazie grupowej do 35 mln dolarów za zwycięstwo w turnieju. Druga drużyna w finale otrzymuje 25 mln dolarów – wyjaśnia Kita.

Polski rynek kawy warty już ponad 5 mld zł. Najszybciej rośnie sprzedaż kawy premium

CEO Magazyn Polska

Rynek kawy w Polsce systematycznie się rozwija. Statystyczny Polak wypija w ciągu roku napar z 3 kg ziaren kawy, jak jednak zaznaczają eksperci, rynek ma duży potencjał rozwojowy. Szybciej niż spożycie rośnie wartość kupowanej kawy, a to oznacza, że konsumenci coraz częściej sięgają po kawę premium. Dynamicznie rośnie też oferta ekspresów ciśnieniowych i kapsułkowych.

Trendy konsumenckie i sprzedażowe pokazują, że rynek będzie rozwijał się w kierunku kawy premium. O ile spożycie kawy ilościowo jest na stabilnym poziomie, o tyle wartość rynku rośnie z roku na rok właśnie ze względu na zwiększanie się segmentu kawy premium i kawy jakościowej – mówi agencji Newseria Joanna Turczyk, marketing manager w Nespresso.

Dane Euromonitoru wskazują, że wartość rynku kawy w Polsce w ubiegłym roku przekroczyła 5 mld zł. Prognozy na najbliższe lata przewidują stały wzrost o ponad 1 proc. rocznie i w 2016 roku wartość ma osiągnąć blisko 5,5 mld zł.

W Polsce 90 proc. dorosłej populacji deklaruje, że pije kawę, więc rynek konsumentów jest bardzo duży. Nie pijemy jeszcze jej dużo w porównaniu z innymi krajami, bo jest to około 3 kg rocznie, ale jeśli patrzymy na kraj jako całość, to pod względem konsumpcji jesteśmy na 11. miejscu na świecie – podkreśla Turczyk.

W przeliczeniu na ilość naparu przeciętny Polak wypija w ciągu roku 95 litrów kawy. W czołówce spożycia od lat utrzymują się Brazylia, Stany Zjednoczone oraz Niemcy, gdzie na mieszkańca przypada około 10 kg ziaren. Wysoko są również kraje skandynawskie, gdzie pity napar jest znacznie mocniejszy niż w pozostałych krajach i choć jego spożycie jest niższe, to w przeliczeniu na ziarna kawy Skandynawowie są liderami (ok. 15 kg na mieszkańca).

Jak podkreśla Turczyk, wyższa sprzedaż kawy premium wynika też z faktu, że Polacy coraz częściej zwracają uwagę na jakość jedzenia, są otwarci na nowe trendy.

Nowe restauracje, nowy sposób jedzenia, slow food, wszelkiego rodzaju trendy kulinarne i w ogóle moda na gotowanie w Polsce jak najbardziej służą temu, żeby zwracać uwagę na jakościowe jedzenie, w tym kawę – podsumowuje Joanna Turczyk. 

Zdaniem Joanny Turczyk rynek w Polsce jest rozwojowy, wchodzą nowi producenci kawy i ekspresów do kawy. Rośnie sprzedaż ekspresów ciśnieniowych, zarówno automatycznych, jak i kapsułkowych.

W tej chwili najszybciej rozwijającym segmentem rynku kawowego jest właśnie segment kawy porcjowanej, w kapsułkach, dlatego że to jest nowy system, wygodny, ułatwiający przygotowanie w domu kawy wysokiej jakości. Urządzenia są też dużo mniejsze niż do tej pory tradycyjne ekspresy do kawy, o różnych wzorach i kolorach – ocenia Joanna Turczyk z Nespresso.

Bardzo istotny dla rynku pozostaje segment business to business, czyli branża hotelarsko-gastronomiczna i biurowa.

Drogerie Polskie chcą stać się wiodącą siecią franczyzową na rynku kosmetycznym w Polsce. Do końca 2015 roku liczba placówek sieci ma wzrosnąć do 500

CEO Magazyn Polska

Rynek kosmetyczny w Polsce rozwija się coraz szybciej. W ubiegłym roku zanotował 2-proc. wzrost i był wart 20 mld zł. Eksperci firmy badawczej PMR Research szacują, że jego wartość do końca 2016 roku wzrośnie do ponad 23 mld zł. Duża część sprzedaży odbywa się poprzez drogerie, rynek konsoliduje się, a sieci franczyzowe rozwijają się w szybkim tempie. Liczba sklepów w ramach systemów franczyzowych i partnerskich rośnie o kilkaset w ciągu roku, obecnie jest ich ponad 1,8 tys. Jednym z liderów tego segmentu rynku jest sieć Drogerie Polskie, która do końca przyszłego roku chce mieć 500 sklepów.

Działamy na rynku od czterech lat i dynamicznie się rozwijamy. W ubiegłym roku mieliśmy ponad 20-proc. wzrost, liczba sklepów zrzeszonych w sieci franczyzowej rośnie z roku na rok. Naszym celem jest zbudowanie do końca 2015 roku sieci liczącej co najmniej 500 sklepów, które będą w jednolitej standaryzacji – mówi agencji Newseria Biznes Teresa Jonas, prezes zarządu Drogerie Polskie i firmy Błysk.

Drogerie Polskie powstały jako sieć, która ma integrować nie tylko rynek drogeryjny w Polsce, lecz także jako zaplecze detaliczne dla centrum dystrybucyjnego Błysk, które na rynku działa od ponad 20 lat. Zdaniem Teresy Jonas rola dystrybutorów chemii gospodarczej, kosmetyków i artykułów higienicznych na rynku maleje, stąd potrzeba utworzenia kanału sprzedaży detalicznej.

Drogerie Polskie chcą być liderem na tradycyjnym rynku drogeryjnym. Wzmacnianiu pozycji ma służyć projekt „Drogeryjne rewolucje”, który dostosowuje sklepy do standardów nowoczesnego rynku.

Dostosowujemy nasze działania poprzez spójny system komputerowy, innowacyjny program lojalnościowy, który mamy jako pierwsi na rynku tradycyjnym, poprzez radio Drogerie Polskie czy cykl szkoleń. Wiele działań w różnych obszarach, które zmierzają do jednego – do zbudowania na rynku tradycyjnym sieci o nowoczesnych standardach. Bo tylko taka jest gwarancją pozostania na rynku i przetrwania przede wszystkim – przekonuje Jonas.

Sieć stawia na różnego rodzaju działania promocyjne – upusty oraz program lojalnościowy oparty na drukowaniu zindywidualizowanych kuponów rabatowych dla klientów. Daje on konsumentom nie tylko zniżki, lecz także możliwość uczestnictwa w różnego rodzaju wydarzeniach. W programie chętnie uczestniczą również producenci, ponieważ zdaniem Jonas program daje kontrolę nad budżetem na wszystkich etapach: od detalu do ostatecznego konsumenta.

Jak podkreśla prezes sieci Drogerie Polskie, firma uważnie obserwuje to, co robią konkurenci.

Nie ukrywam, że naszym celem jest to, żeby nasza sieć franczyzowa była wiodącą siecią na rynku tradycyjnym w Polsce. Jako sieć franczyzowa dajemy małym sklepom gotowy pakiet. Jesteśmy dzisiaj w stanie zbudować sklep od podstaw: od zaprojektowania wnętrza, poprzez odpowiednie meble, zbudowanie asortymentu, aż po zorganizowanie eventu na otwarcie sklepu – mówi Jonas.

Na rynku telewizorów klienci mogą przebierać w ofertach. Niektóre sklepy nie wytrzymują konkurencji

CEO Magazyn Polska

Rynek telewizorów w Polsce jest bardzo konkurencyjny – dla klientów to szeroki wybór i atrakcyjne ceny, ale dla firm to ostra walka o klientów. Te najsłabsze wypadają z rynku. Zmieniają się też zwyczaje zakupowe Polaków. Klienci coraz częściej łączą zakupy tradycyjne z internetowymi, czyli w sieci szukają informacji i wybierają model, a w sklepie tradycyjnym kupują, lub odwrotnie – w sklepie poznają produkty i porównują je, a sprzęt zamawiają przez internet. 

Według danych firmy PMR rocznie kupujemy ok. 2,4 mln telewizorów wartych mniej więcej 23 mld złotych. Już w ubiegłym roku pięciu największych sprzedawców, do których należy RTV Euro AGD, miało ponad 60-procentowy udział w rynku. Z badań TNS Polska wynika, że najczęściej wybieramy modele 40-calowe i odbiorniki w cenach od 1500 do 3000 złotych. W ubiegłym roku rynek przestał rosnąć – po zwiększonych zakupach związanych z cyfryzacją telewizji.

Rynek jest dość stabilny. Mamy duży wybór marek i modeli w szerokim zakresie wielkości ekranów. Ze względu na duże nasycenie rynku obserwujemy firmy, które z niego wypadają, bo nie są w stanie sprostać konkurencji – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Siedlecki, dyrektor marketingu w RTV Euro AGD.

Szeroka oferta sklepów to dla konsumentów nie tylko większy wybór, lecz także bardziej atrakcyjne ceny. Część klientów woli szukać okazji w dużych sieciach handlowych, pozostali – kupują lokalnie. Z poszukiwaniem najlepszej ceny wiąże się też nowy trend na rynku, czyli łączenie zakupów tradycyjnych z internetowymi. Jedna grupa klientów poświęca dużo czasu na zbadanie rynku i zasięgnięcie informacji w internecie, by ostatecznie dokonać zakupu w sklepie. Z drugiej strony są konsumenci, którzy w sklepach zapoznają się z produktami, a telewizor zamawiają przez internet.

To zjawisko jest szczególnie widoczne w takiej sieci, jak nasza, z dużym pokryciem sklepów i największym sklepem internetowym w Polsce. Widzimy bardzo duży odsetek klientów, którzy kupują na naszej stronie internetowej, ale odbierają produkty w sklepach – komentuje dyrektor marketingu RTV Euro AGD.

Popularność tego typu zakupów powoduje, że firma cały czas rozwija sieć sprzedaży i otwiera nowe placówki.

W tej chwili szczególnie skupiamy się na mniejszych miastach, około 40 tys. mieszkańców, i mniejszych, w których powstają nowe galerie handlowe – tłumaczy Tomasz Siedlecki.

Strategia spółki zakłada otwieranie sklepów w nowoczesnych galeriach handlowych, więc sieć sprzedaży rośnie wraz z rozwojem powierzchni handlowych.

Powodzenie w inwestycjach nie zawsze idzie w parze z poczuciem szczęścia

CEO Magazyn Polska

Inwestycje na giełdzie mogą przynieść duże zyski, ale niekoniecznie musi iść za tym szczęście inwestora. Poziom szczęścia z powodu zysku z inwestycji rośnie w szybkim tempie tylko na początkowym etapie bogacenia się. Potem napływ gotówki może jednak powodować negatywne skutki, które blokują odczuwanie satysfakcji z pomnażania kapitału.

W maju 2014 r. liczba rachunków maklerskich należących do inwestorów indywidualnych wzrosła w Polsce do ponad 1,51 mln. Do podejmowania ryzyka na rynku akcji zachęcają udane giełdowe debiuty oraz niskie oprocentowanie depozytów w bankach. Inwestorzy szukają na giełdzie możliwości zabezpieczenia swoich oszczędności, a także osiągnięcia ponadprzeciętnych zysków.

– Najbardziej oczywistym powodem jest zarabianie pieniędzy. To jest motyw, który przyciąga na giełdę największą liczbę osób – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Tomasz Zaleśkiewicz, dziekan wrocławskiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Psychologia pokazuje jednak, że te motywy są bardziej zróżnicowane. Niektórzy szukają na giełdzie ryzyka, nowych doświadczeń, a niektórzy chcą sprawdzić swoje kompetencje. Krótko mówiąc, w grę wchodzą nie tylko pieniądze, lecz także rozmaite motywy psychologiczne. 

Według ekspertów rosnąca liczba rachunków maklerskich w Polsce w ciągu ostatnich miesięcy to głównie efekt upublicznienia PKP Cargo i przyznania akcji jej pracownikom. To między innymi udane debiuty spółek na GPW, jak grudniowe IPO Energi, są istotnym czynnikiem przyciągającym nowych inwestorów, a także najniższe w historii stopy procentowe w kraju, które nie dają satysfakcjonujących zysków z lokat bankowych. 

Badania psychologów pokazują, że istnieje pozytywny związek między rosnącymi zasobami finansowymi a poczuciem szczęścia ich właściciela, choć nie jest on taki oczywisty, jakby się to wydawało. Według prof. Zaleśkiewicza analizy te wskazują, że początkowo, kiedy inwestor zaczyna zarabiać coraz więcej pieniędzy, poczucie zadowolenia rośnie dość szybko. Prof. Zaleśkiewicz podkreśla, że niektóre wnioski z badań i eksperymentów psychologicznych są dosyć zaskakujące.

 Później jednak, kiedy jesteśmy już dosyć bogaci, poziom szczęścia już tak szybko nie rośnie. To nie jest zależność liniowa – dodaje prof. Tomasz Zaleśkiewicz. – Okazuje się, że pieniądze bardzo nasilają koncentrację ludzi na własnej osobie, zaczynają ludzi izolować od świata społecznego, wzrasta w nas poczucie władzy i siły. Niekoniecznie musi to powodować, że będziemy usatysfakcjonowani z tego, że zarabiamy coraz więcej pieniędzy.

W jego opinii kontakty społeczne są nam również bardzo potrzebne do tego, żeby ludzie czuli się szczęśliwi. Efekty psychologiczne, które wywołują pieniądze, mogą więc w pewien sposób blokować odczuwanie satysfakcji z zarabiania pieniędzy. 

To oznacza, że inwestor powinien traktować zarabiane pieniądze w odpowiedzialny sposób. Nie powinien budować sobie zbyt dużych oczekiwań, powinien starać się unikać takiego myślenia symbolicznego o pieniądzach, o tym, że, jeżeli będziemy mieć więcej pieniędzy, to osiągniemy większą władzę czy większy prestiż społeczny. Ogólnie wnioski z naszych badań pokazują, że takie myślenie o pieniądzach powoduje, że znowu jesteśmy mniej zadowoleni z tego, że te pieniądze na giełdzie zarabiamy – wyjaśnia prof. Tomasz Zaleśkiewicz.