Enel-Med inwestuje w kolejne przychodnie i stawia na sprzedaż komercyjną w szpitalach

0

CEO Magazyn Polska

Enel-Med liczy na dużo lepsze wyniki w tym roku. Zapowiada walkę o większe kontrakty z NFZ, przede wszystkim w dwóch obszarach – szpitalnictwie i diagnostyce obrazowej. Stawia również na sprzedaż komercyjną – także w działającym w Warszawie szpitalu, w którym jak dotąd nie udało się zwiększyć kontraktowania. Centrum planuje otwarcia nowych przychodni, m.in. w Katowicach.

– Rok 2013 był zdecydowanie lepszy niż 2012, a perspektywy na ten są jeszcze lepsze. Zrobiliśmy duży skok, jeśli chodzi o wyniki, widać to zresztą po notowaniach giełdowych. Są one coraz lepsze, a 2014 rok powinien być już dla nas całkowicie satysfakcjonujący – zapewnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Rozwadowski, prezes zarządu Centrum Medycznego Enel-Med.

Rok 2012 upłynął pod znakiem wzmożonych inwestycji, otworzono m.in. szpital w Warszawie, natomiast w 2013 roku firma skupiła się na działaniach, które miały na celu zwiększenie sprzedaży oferowanych usług. Przyniosło to wymierny skutek. W ubiegłym roku przychód wyniósł niemal 200 mln zł, co oznacza wzrost o 11 proc. względem 2012 roku.

O ponad 10 proc. wzrósł obszar przychodni, czyli sprzedaż abonamentów medycznych, usług dla klientów indywidualnych i towarzystw ubezpieczeniowych – dziś ten obszar odpowiada za blisko 60 proc. przychodów.

Około 7 proc. przychodów to są kontrakty NFZ, a pozostała część to sprzedaż komercyjna. Tutaj stomatologia ma dobrą marże, również diagnostyka obrazowa i abonamenty zaczynają już przynosić zdecydowanie lepsze efekty – mówi Adam Rozwadowski. – Jest jeszcze problem ze szpitalem, który został otwarty dwa lata temu, bo nie udało nam się zwiększyć kontraktowania ze względu na aneksowanie umów na starych warunkach.

Jak wyjaśnia prezes, dlatego właśnie Centrum stara się to uzupełnić pacjentami komercyjnymi. W ubiegłym roku wartość operacji komercyjnych w szpitalach spółki wzrosła o 28 proc.

Ten rynek jest jeszcze płytki, dlatego w tym roku właśnie poświęcamy bardzo dużo uwagi rynkowi komercyjnemu, tak, żeby również tę infrastrukturę szpitalną zająć – wyjaśnia Rozwadowski.

Podkreśla, że jednocześnie firma będzie walczyć o większe pieniądze z Narodowego Funduszu Zdrowia, szczególnie w szpitalnictwie i diagnostyce obrazowej, gdzie kontrakty mają znaczący udział w przychodach.

W najbliższych latach Centrum Medyczne chce postawić na rozwój. Zgodnie z przyjętą w ubiegłym roku strategią w latach 2014–2015 nakłady inwestycyjne mają wynieść blisko 50 milionów złotych. Na początku maja powstała ósma placówka w Warszawie, trzecia w segmencie premium, która oferuje konsultacje specjalistyczne, zabiegi i rehabilitację. Także w tym roku centrum planuje otwarcie dużej placówki na Śląsku, w Katowicach. Centrum inwestuje w specjalistyczne przychodnie, co może przełożyć się na dalszy rozwój leczenia szpitalnego – mowa tu przede wszystkim o specjalizacjach ortopedycznej, neurochirurgicznej czy okulistycznej.

Duże zainteresowanie klientów rynkiem usług medycznym sprawia, że rozwija się on dość dynamicznie. Jednak ze względu na to, że środki płynące od płatnika, czyli NFZ, są stałe, jest to rynek trudny. Mimo to zdaniem Rozwadowskiego na rynku możliwe są dalsze przejęcia i fuzje, bo wciąż jest on rozdrobniony.

Także fundusze inwestycyjne szukają możliwości na polskim rynku, bo to jedyny obszar jeszcze niespenetrowany przez obcy kapitał. Martwi mnie trochę, że nie jest polski kapitał, bo Enel-Med jest akurat firmą rodzinną, z dużą przewagą rodzimego kapitału. Trudność w pozyskaniu polskiego kapitału powoduje, że wiele funduszy inwestycyjnych z tego korzysta i przejmuje dużą część podmiotu medycznego – podsumowuje Adam Rozwadowski. 

Własne karty płatnicze uczą dzieci oszczędzania

CEO Magazyn Polska

Karty płatnicze i konta bankowe dla dzieci sprawiają, że rodzice mają większą kontrolę nad wydatkami swoich pociech. Ponadto posiadanie własnych kart uczy dzieci oszczędności i rozsądnego gospodarowania pieniędzmi. Karty odznaczają się ciekawym designem: młodsze dzieci mogą płacić za zakupy pluszową żyrafą, dla starszych są tradycyjne karty plastikowe.
 
Najczęściej kartę kupują rodzice i przekazują dziecku w użytkowanie. Dziecko może dokonywać nią płatności samodzielnie, ale rodzice zawsze mają kontrolę nad wydatkami. To oni ustalają limit płatności oraz wypłat z bankomatu. Mogą też wpłacać na powiązane z kartą konto bankowe mniejsze sumy pieniędzy, aby dziecko nie mogło wydać więcej, niż chcieliby tego rodzice.

Dziecko może pod kontrolą rodzica zrobić przelew, czyli inicjować przelew, który każdorazowo jest akceptowany przez rodzica w systemie bankowości internetowej banku. Dziecko może również ze swoich pieniędzy doładować komórkę. Wszystkie takie operacje są akceptowane zawsze przez rodzica. Rodzic może też zadecydować, czy udostępniać możliwość robienia przelewów czy doładowania komórki w serwisie dziecka – tłumaczy Michał Macierzyński, dyrektor Biura Innowacji PKO Banku Polskiego.

Konto oszczędnościowe i karta płatnicza dla dzieci to praktyczna nauka oszczędzania. Nawyk planowania wydatków i odkładania pieniędzy na konkretny cel warto wyrabiać u dzieci już od najmłodszych lat. Psychologowie są zdania, że już sześcioletnie dzieci powinny otrzymywać od rodziców drobne pieniądze, aby w wieku nastoletnim były przygotowane do rozsądnego gospodarowania.

Żeby mądrze wydawać, trzeba najpierw nauczyć się korzystania również z elektronicznych środków płatności. Każdy rodzic, dając taką kartę dziecku, może nauczyć je bezpiecznego korzystania z karty, może nauczyć, jak z takiej karty rozsądnie wydawać pieniądze, jak kontrolować swoje wydatki. Jeżeli ustawimy limit, a dziecko wyda wszystkie pieniądze, to żeby zrobić następny zakup, będzie musiało poczekać do kolejnego kieszonkowego – podkreśla Michał Macierzyński.

 
Karty płatnicze typu prepaid przeznaczone są dla dzieci poniżej 13. roku życia. Mogą być one powiązane z kontem bankowym, wyposażonym w system bankowości elektronicznej. System ten jest udźwiękowiony i bardzo kolorowy, dzieci mogą dowolnie zmieniać tapety i ikony. Karty płatnicze również odznaczają się ciekawym designem.

Karty występują w wielu różnych formatach: jest to klasyczna karta  z czerwonym paskiem, którą można płacić w sklepie, internecie czy wypłacać pieniądze z bankomatu. Ale również zaoferowaliśmy karty w postaci naklejki na chociażby telefon czy też karty w postaci silikonowego breloczka lub filcowej żyrafy. Taka żyrafa wzbudza duże zainteresowanie, kiedy można nią zapłacić zbliżeniowo – mówi Michał Macierzyński w rozmowie z agencją Newseria.

Pracodawcy wciąż obawiają się zatrudniania osób w wieku 55+

CEO Magazyn Polska

Ofert pracy dla seniorów jest zdecydowanie mniej niż dla osób młodych. Pracodawcy często nie zdają sobie sprawy z tego, że mogą nie tylko pozyskać doświadczonych, rzetelnych i lojalnych pracowników, lecz także ograniczyć koszty związane z rotacją kadry. Średni czas stażu pracy w jednej firmie dla osób powyżej 55. roku życia jest trzy razy dłuższy niż w przypadku osób w wieku 25-34 lata. Seniorzy wykazują również dużo większą motywację do pracy niż ich młodsi koledzy.

Taki pracownik jest o wiele bardziej zaangażowany, ma wiedzę, doświadczenie i wiele umiejętności uniwersalnych, które nabył podczas długiego stażu pracy i którymi może się podzielić. Dla młodych osób będzie mentorem, będzie im przekazywał swoją wiedzę. Jest też osobą bardziej cierpliwą, opanowaną i łatwiej radzi sobie ze stresem niż młody pracownik, bo więcej w życiu przeżył i więcej zebrał doświadczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Majewska, marketing manager serwisu z ofertami pracy monsterpolska.pl.

Współcześni seniorzy są aktywni i otwarci na wszelkie nowości – również te technologiczne. Najczęściej mają już odchowane dzieci i nie są przytłoczeni zbyt dużą ilością obowiązków domowych, przez co rzetelnie wykonują powierzone im zadania.

Pracownicy w wieku 55+ są trzy razy bardziej lojalni w stosunku do pracodawcy niż pracownicy w grupie wiekowej 2435. Jeżeli obniżamy rotację, bo pracownicy są bardziej lojalni, to koszty związane z przysposobieniem nowego pracownika są o wiele niższe – mówi Małgorzata Majewska.

Z badań wynika jednak, że pracodawcy niechętnie zatrudniają seniorów, bo obawiają się z ich strony małej wydajności i częstych zwolnień chorobowych. Z kolei osoby po 55. roku życia, zrażone sytuacją na rynku pracy, szybko rezygnują z poszukiwania zatrudnienia. Po serii niepowodzeń dużo trudniej jest im się też zaaklimatyzować w nowej firmie.

Dużą rolę odgrywa bezpośredni menadżer, przełożony i dział HR, który będzie wprowadzał starszego pracownika do grupy. Opowie też pracownikom będącym w zespole, jaka jest rola nowego pracownika i w jakich obszarach on będzie pomagał grupie. To wszystko jest kwestią komunikacji, bo musimy sobie zdawać z tego sprawę, że zespoły różnorodne są bardziej efektywne. Są w stanie wygenerować więcej zysku dla pracodawcy, ponieważ mają szerszą perspektywę i szersze spojrzenie – tłumaczy Małgorzata Majewska

Pracodawcy, którzy zatrudniają seniorów, czerpią z tego również korzyści ekonomiczne. W ramach programu „Solidarność pokoleń” są m.in. zwalniani z opłacania składek na Fundusz Pracy za takie osoby. Mogą również ubiegać się o dofinansowanie kosztów wyposażenia i doposażenia dla nich stanowiska pracy.

Polska staje się coraz bardziej atrakcyjna dla imigrantów

CEO Magazyn Polska

W najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego silną pozycję mogą zdobyć przeciwnicy napływu pracowników, zwłaszcza z krajów tzw. nowej Unii. W dłuższej perspektywie kierunki migracji mogą się jednak zmienić i także Polska stanie się krajem atrakcyjnym dla imigrantów. Jak podkreślają ekonomiści, migracje są korzystne zarówno dla krajów, z których pochodzą emigranci, jak i dla tych, które przyjmują imigrantów, a europejska gospodarka potrzebuje większej mobilności pracowników.

 

Ludzie z Afryki i innych krajów o niskich dochodach będą przyjeżdżać do Europy w każdy możliwy sposób. Dotąd najłatwiejszą drogą był Półwysep Iberyjski. Teraz imigranci znaleźli kolejną drogę, przez Europę Wschodnią. Możemy się spodziewać, że migracje będą się odbywały różnymi szlakami, a migranci będą wybierali kraje o wyższym dochodzie na jednego mieszkańca. Takie migracje, podobnie jak w ogóle przemieszczanie się ludzi, daje zyski i krajom afrykańskim, i krajom Europy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Pedro Videla z Wydziału Ekonomii IESE Business School w Barcelonie.

Według danych Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji w 2010 r. 214 mln imigrantów wysłało 440 mld dolarów do państw swojego pochodzenia. Ponad 3/4  tej kwoty trafiło do ich rodzin w krajach rozwijających się, przede wszystkim do Indii, Chin, Meksyku i na Filipiny. W czołówce krajów o największym udziale emigrantów w populacji są: Katar (87 proc.), Zjednoczone Emiraty Arabskie (70 proc.) i Jordania (46 proc.). Ranking zamykają Rumunia (0,6 proc.), Indie (0,4 proc.) oraz Indonezja (0,1 proc).

– To jest proces podobny do handlu, jak postęp technologiczny. W kategoriach ekonomicznych to wygląda w ten sposób, że jeśli masz więcej ludzi, to masz większe PKB, jeśli masz większe PKB, to kreujesz wyższą konsumpcję i inwestycje. Nie jest ważne, czy imigrant jest wysoko czy nisko wykwalifikowany, od strony ekonomicznej zawsze ma pozytywny wkład – uważa prof. Videla. – Ale musimy pamiętać, że są też inne aspekty migracji: kulturowe, społeczne, polityczne. Jestem profesorem ekonomii i mówię o ekonomicznej stronie, a z tej perspektywy migracje tak jak wymiana handlowa przynoszą krajom zyski. 

Część ekonomistów uważa jednak, że w dłuższej perspektywie zyski z migracji trafiają głównie do krajów przyjmujących, a nie wysyłających emigrantów. Ten rozkład kosztów i korzyści wynika wprost z tego, jakie jest średnie wykształcenie tych osób, ich wiek, stan zdrowia itp. Stąd też inne skutki ekonomiczne ma przemieszczanie się emerytów z Europy Północnej do krajów śródziemnomorskich niż np. młodych i dobrze wykształconych Polaków, Rumunów czy Węgrów na zachód Europy. W tym drugim przypadku emigracja podkopuje potencjał rozwoju gospodarki, ponieważ wraz z rozwojem technologicznym rośnie znaczenie wiedzy i umiejętności (tzw. kapitału ludzkiego) jako czynnika rozwoju. Ponadto, odpływ młodych i aktywnych zawodowo osób dodatkowo przyspiesza starzenie się społeczeństwa, co jest ogromnym wyzwaniem dla systemów zabezpieczenia społecznego, zwłaszcza państwowych emerytur oraz publicznej służby zdrowia.

Przepaść na rynku pracy jest w Polsce spowodowana szybkim starzeniem się społeczeństwa. Migracje nie stworzyły tego problemu, ale bardzo go zintensyfikowały. To, że ludzie wyjeżdżają, nie jest problemem; problemem jest to, że macie społeczeństwo, w którym spodziewana długość życia znacząco się wydłużyła, a liczba dzieci na jedną kobietę spadła. To nie jest tylko polski problem – twierdzi ekonomista z IESE Business School.

Kurcząca się liczba osób aktywnych zawodowo sprawia, że firmy są zmuszone oferować im lepsze warunki. To w połączeniu z relatywnie łagodnym przebiegiem kryzysu w Polsce (w porównaniu do państw strefy euro) oraz szybszym ożywieniem może sprawić, że coraz więcej obcokrajowców będzie chciało osiedlić się w Polsce.

Polska stała się nie tylko źródłem migracji do innych krajów Unii Europejskiej, można też zauważyć, że do Polski zaczynają napływać imigranci. Tak dostosowuje się rynek, to proces rynkowy. Gdy ludzie wyjeżdżają, to wzrastają pensje, gdy wzrastają pensje to sygnał dla innych, by tam właśnie jechali. Od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej PKB wzrosło z poziomu 30 proc. średniej unijnej do 60-70 proc. To spowoduje w końcu, że wielu imigrantów będzie się decydować na to, by zostać w Polsce – przewiduje prof. Pedro Videla.

Według prof. Videli 15 tys. euro PKB w przeliczeniu na 1 osobę jest szacunkową granicą między grupami krajów, które wysyłają i przyjmują migrantów. Dla Polski ta statystyka wyniosła w 2013 r. 8,6 tys. euro (bez uwzględnienia parytetu siły nabywczej, czyli różnic w poziomie cen). Dla porównania PKB na osobę w Hiszpanii wyniósł w tym samym roku 20,1 tys. euro, a w Portugalii – 14,3 tys. euro. Ekonomista z Katalonii zaznacza, że umowna granica 15 tys. euro ma znaczenie w dłuższym okresie, bo silne wahania koniunktury mogą przejściowo mocniej oddziaływać na migrację.

– W Hiszpanii mieliśmy gigantyczny wzrost liczby przybyszów. Teraz, gdy gospodarka jest w recesji, ludzie znów zaczęli wyjeżdżać. W ciągu ostatnich dwóch lat wynik netto dla Hiszpanii jest ujemny. Więcej ludzi wyjeżdża za granicę, niż do nas przyjeżdża. To samo dzieje się w Irlandii, Portugalii i Grecji. Jeśli więc mówimy o trendach długoterminowych, to pamiętajmy, że to również dzieje się w cyklach. Sytuacja się zmienia w krótkim okresie, ale gdy gospodarka Hiszpanii zacznie rosnąć, znów będziemy przyjmować imigrantów – prognozuje Videla.

Prawdopodobieństwo powrotu emigrantów do Hiszpanii (lub napływu nowych) jest znacznie większe niż np. powrotu Polaków z Wysp Brytyjskich i Niemiec. PKB na osobę w Hiszpanii według parytetu siły nabywczej to 96 proc. średniej UE, podczas gdy w Polsce jest to 67 proc. – wynika z danych Eurostatu. Choć w Europie wciąż są widoczne silne różnice w poziomie rozwoju, to migracja jest znacznie mniejsza, niż mogłaby być ze względu na różnice językowe i kulturowe. Mimo wzrostu zakresu regulacji UE takie kwestie jak np. polityka socjalna są regulowane na poziomie narodowym, co także może hamować przepływ pracowników.

Są dziedziny i umiejętności, w których w Polsce brakuje specjalistów. Jeśli zauważę, że profesor ekonomii w Polsce zarabia więcej niż w Hiszpanii, to zapytam moich kolegów, czy może nie warto byłoby wyjechać. Ale kwestie ekonomiczne to tylko część problemu. Są jeszcze inne czynniki, które muszą być sprzyjające, na przykład język, kwestie polityczne i socjalne. Dlatego musimy pracować nad usunięciem tych przeszkód, bo migracje oznaczają zyski i są dobre zarówno dla krajów wysyłających, jak i przyjmujących – uważa ekonomista z IESE Business School.

Wyniki Grupy Kapitałowej MCI po pierwszym kwartale 2014 roku

0

W pierwszym kwartale 2014 roku MCI Management osiągnęło 108,5 mln zł skonsolidowanego zysku netto. Wartość aktywów netto wyniosła 873 mln zł, co w przeliczeniu na jedną akcję daje 14 zł. Już po pierwszym kwartale Spółka wyprzedza założenia prognozy na rok 2014, realizując prawie połowę zakładanego rocznego wzrostu. W pierwszym kwartale 2014 roku zrealizowano również z sukcesem transakcję pre-IPO PEM uzyskując wycenę Enterprise Value na poziomie 270 mln zł. Zespół inwestycyjny kontynuuje prace nad pozyskiwaniem nowych projektów inwestycyjnych do portfela MCI. Prognoza na 2014 rok zakłada przeznaczenie co najmniej 305 mln zł na inwestycje w nowe spółki portfelowe.

  • Ogłoszona w styczniu prognoza na 2014 rok zakładała wzrost aktywów na jedną akcję z 12,2 zł na koniec 2013 roku do 16,5 zł w 2014 roku. Już po pierwszym kwartale osiągnięto połowę zakładanego wzrostu
  • Zamknięcie nowych inwestycji w pierwszym kwartale – Grupa Wirtualna Polska, Feedo, Hojo.pl, mGenerator oraz Focus Telecom
  • Zaawansowane prace nad upublicznieniem Private Equity Managers SA

– Po bardzo dobrym dla MCI Management ubiegłym roku, przyszła pora na jeszcze lepszy rok 2014. Pierwszy kwartał z pewnością zaliczamy do udanych, co potwierdzają wyniki Grupy. Dalsze plany są ambitne, chcielibyśmy sukcesywnie powiększać nasze portfolio. Kontynuujemy również prace nad wprowadzeniem na GPW spółki Private Equity Managers SA przed końcem 2014 roku  – powiedział Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management SA.

Ważne wydarzenia pierwszego kwartału 2014

  • Private Equity Managers S.A. (PEM), spółka portfelowa Grupy MCI wyspecjalizowana w zarządzaniu aktywami private equity, zgodnie z zapowiedzią zamknęła w I kwartale br. sprzedaż pierwszej transzy akcji w ramach pre-IPO skierowanej do menedżerów i partnerów Spółki oraz partnerów powiązanych biznesowo. W ramach pierwszej transzy na przełomie pierwszego i drugiego kwartału sprzedano ponad 30 proc. akcji PEM.
  • Z początkiem 2014 roku rozpoczął się proces upraszczania struktury Grupy Kapitałowej MCI. Pierwszym jego etapem było połączenie funduszy MCI.CreditVentures i MCI.BioVentures w jeden wehikuł inwestycyjny. W ramach optymalizacji struktury działalność funduszu MCI.CreditVentures została technicznie wygaszona, a jego aktywa przeniesione do funduszu MCI.BioVentures, pod nową nazwą MCI.CreditVentures. Takie uproszczenie struktury Grupy pozwoli na oszczędności dzięki niższym kosztom administracyjnym.
  • 10 lutego 2014 r. MCI Management nabył 20% Grupy Wirtualna Polska. MCI Management, poprzez subfundusz MCI.EuroVentures 1.0, zawarło z funduszem European Media Holding S.a r.l., należącym do grupy kapitałowej Innova Capital, umowę nabycia 20 proc. udziałów w Grupie o2 SA. W wyniku przejęcia powstała Grupa Wirtualna Polska – nowy lider Internetu na polskim rynku.
  • Invia, jedna ze spółek portfelowych MCI działająca na rynku e-turystyki, ogłosiła wezwanie na akcje Travelplanet.pl. Pozwoli jej to m.in. na szybsze osiągnięcie efektów synergii operacyjnych i kosztowych w Grupie i wzmocni pozycję jako lidera w segmencie e-turystyki na rynku polskim.
  • W Internet Ventures.FIZ, jednym z funduszy spółki MCI Management, dokonano inwestycji w spółki:
  1. Feedo – platforma internetowa służąca do sprzedaży artykułów dla niemowląt
  2. mGenerator – kreator stron internetowych i aplikacji
  3. Hojo.pl – marketplace profesjonalnych usług sprzątania w kanale internetowym
  4. Focus Telecom Polska – innowacyjna spółka technologiczna oferująca usługi do komunikacji biznesowej dostępne w modelu cloud computing.
  • Przeprowadzenie nowych transz inwestycyjnych we Frisco i Indeks.

Wyniki finansowe

Aktywa pod zarządzaniem wyniosły w pierwszym kwartale 2014 r. ponad 1,3 mld zł w stosunku do 838 mln zł w pierwszym kwartale 2013 r. Aktywa netto wyniosły 873 mln zł, względem 582,1 mln zł na koniec pierwszego kwartału 2013. Aktywa netto na jedną akcję wzrosły do 14 zł.

Na wypracowane wyniki finansowe funduszu wpływ miały działania związane z wydzieleniem i sprzedażą akcji spółki Private Equity Managers SA (PEM). W wyniku transakcji pre-IPO na przełomie marca i kwietnia 2014 r. sprzedano w ramach pierwszej transzy znaczący pakiet akcji PEM do obecnych inwestorów MCI i kadry zarządzającej, co daje około 30% wszystkich akcji PEM. Przed przystąpieniem do pre-IPO, PEM wypłacił dywidendę za rok 2013 do Grupy MCI o wartości 72,5 mln zł. Obecnie MCI finalizuje prace nad prospektem PEM SA, który zostanie złożony w KNF w Q2 2014 roku.

Plany na kolejne kwartały 2014 r.

W następnym kwartale 2014 roku kadra zarządzająca MCI i PEM skupi się przede wszystkim na pozyskiwaniu nowych projektów inwestycyjnych oraz na kontynuacji prac nad przygotowaniem spółki Private Equity Managers SA do wejścia na GPW. Utrzymane zostają założenia dotyczące nowych inwestycji o wartości co najmniej 305 mln zł oraz wartości aktywów netto na akcję na poziomie 16,50 zł. Spółka będzie również dążyć do wyjścia z inwestycji na poziomie 100 mln zł w 2014 r. MCI pracuje także nad poprawą komunikacji z inwestorami i rynkiem oraz będzie dążyło do zmniejszenia dyskonta pomiędzy wartością aktywów netto na jedną akcję a wyceną akcji na GPW.

PZU wdrożyło bezpośrednią likwidację szkód z OC. Zmiany obejmą całą branżę ubezpieczeniową

0

CEO Magazyn Polska

Polska Izba Ubezpieczeń zdecydowała o wdrożeniu modelu bezpośredniej likwidacji szkód. Dzięki temu poszkodowani nie muszą dochodzić swoich roszczeń u ubezpieczyciela sprawcy wypadku. Formalnościami oraz wypłatą pieniędzy lub pokryciem kosztów naprawy zajmie się firma, u której klient wykupił polisę OC. PZU, które jako pierwsze miesiąc temu wprowadziło powszechną usługę bezpośrednich likwidacji szkód, dołączy do wspólnej platformy rozliczeń pod egidą PIU.

Bezpośrednia likwidacja szkód to jest coś, nad czym PZU pracowało od bardzo długiego czasu. Zaproponowaliśmy PIU stworzenie projektu kilka lat temu i tenże projekt rozpoczął się więcej niż rok temu. Niedawno zostały zakończone prace i rekomendacja całego zespołu była taka, że może już we wrześniu 2015 roku rozpoczniemy mały pilotaż. Powiedziałem wtedy, że nie po to robiliśmy ten projekt, żeby robić analizy do kolejnych analiz, i jeżeli nie wejdziemy w to razem, jako sektor, PZU rezerwuje sobie prawo wejścia i wprowadzenia tego typu rozwiązania dla klientów PZU. I to zrobiliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Klesyk, prezes PZU.

Ubezpieczyciel wprowadził usługę powszechnej i bezpłatnej bezpośredniej likwidacji szkód 4 kwietnia br. Blisko miesiąc później – 6 maja – taką samą usługę zaoferowało UNIQA TU. Bezpośrednią likwidację szkód bez charakteru powszechności (ze względu na pobierane dodatkowe opłaty oraz limit wysokości szkody) zaoferowały wcześniej InterRisk i TUiR Warta. Po decyzji PZU reszta branży deklarowała, że poczeka z wprowadzeniem usługi do czasu zakończenia prac w ramach Polskiej Izby Ubezpieczeń. PZU, które stworzyło własny system rozliczeń, chce jednak dołączyć do wspólnej platformy pod egidą PIU.

Jeżeli powstanie wspólna platforma rozliczeń, my zrezygnujemy z naszego modelu i natychmiast do niej dołączymy. Co więcej zadeklarowałem także to, że będziemy bardzo mocno uczestniczyć w procesie tworzenia tejże platformy i dzielenia się naszymi doświadczeniami – mówi Klesyk.

Walne Zgromadzenie członków Polskiej Izby Ubezpieczeń przegłosowało wprowadzenie bezpośredniej likwidacji szkód w modelu ryczałtowym. Za tym rozwiązaniem głosowało 41 członków, przeciw było 7, a 14 wstrzymało się od głosu. 

Dla mnie najważniejszą rzeczą jest to, że sektor mówi w miarę jednym głosem, przynajmniej na te tematy, na których wszystkim zależy. To po pierwsze bezpośrednia likwidacja szkód, po drugie pewnego rodzaju regulacje związane z dystrybucją, po trzecie rola regulatora, czyli KNF-u w procesie stanowienia prawa i wydawania rekomendacji, po czwarte wszelkiego rodzaju sprawy związane z regulacjami wprowadzanymi na poziomie europejskim, a więc Solvency II  wymienia prezes PZU.

Bezpośrednia likwidacja szkód leży w interesie branży, ponieważ może pomóc zakończyć wojnę cenową, jaka ma miejsce na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych. W 2013 r. wynik techniczny z ubezpieczeń OC pozostał ujemny i wyniósł – 266 mln zł. To poprawa w porównaniu z 2012 r., gdy segment przyniósł stratę w wysokości 467 mln zł, ale według prezesa PIU Jana Grzegorza Prądzyńskiego, rynek wciąż pozostaje w nierównowadze. Może się to zmienić dzięki usłudze bezpośredniej likwidacji szkód, która powinna spowodować, że klient nie będzie kierował się przy wyborze ubezpieczyciela jedynie ceną, a renomą firmy, co zagwarantuje mu bezproblemową likwidację szkód powstałych z winy innego kierowcy. Tym samym większa liczba klientów może sięgnąć po nieco droższe, ale i lepsze jakościowo oferty, co podniesie średnią cenę na rynku. 

Andrzej Klesyk zwraca także uwagę, że problemem dla PZU są regulacje, które faworyzują spółki zależne od zagranicznych grup kapitałowych. 

Dla mnie bardzo ważne jest, żeby każdy podmiot, który działa w Polsce, miał równe prawa i równe obowiązki. Nie może być tak, że forma prowadzenia działalności, a więc oddział czy spółka zależna od matki w innym dużym kraju oraz PZU nie mają podobnych, a właściwie identycznych praw w walce na rynku. Nie mówię o uprzywilejowanej pozycji, ale identycznych prawach, na przykład dotyczących kosztu kapitału czy sposobu liczenia przypisów  wskazuje Klesyk.

Rząd musi dalej ograniczać wydatki. Resort finansów przyjrzy się jakości wydawanych środków

CEO Magazyn Polska

Polska w przyszłym roku zredukuje deficyt w finansach publicznych poniżej 3 proc. PKB – zapowiedział minister finansów Mateusz Szczurek. Według ekspertów unijnej Rady ECOFIN, będzie to wymagało dalszych podwyżek podatków lub cięć w wydatkach publicznych. Minister deklaruje, że będzie ograniczać skalę tych zabiegów dzięki poprawie efektywności w gospodarowaniu środkami, jakie są do dyspozycji w poszczególnych resortach. Zaczyna od zmian w swoim.

Tak zmieniamy strukturę Ministerstwa Finansów, aby osoby w nim zatrudnione najlepiej wykorzystywały swoje kompetencje i umiejętności do służenia podatnikom i stabilności finansów publicznych. Taką zmianą jest na przykład integracja procesów pomocowych w izbach i urzędach skarbowych, co pozwoli na to, aby więcej pracowników administracji skarbowej bezpośrednio kontaktowało się i pomagało podatnikom, a mniej zajmowało się sprawami administracyjnymi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mateusz Szczurek, minister finansów.

Jak podkreśla, zmiany w resorcie to jeden z elementów poprawy efektywności wydatków publicznych. Po kilku latach, kiedy reformowanie finansów publicznych koncentrowało się na cięciu wydatków, teraz może skupić się na jakości wydatkowanych środków.

Kiedy poprawia się koniunktura i stabilizuje się sytuacja budżetowa, to zmniejsza się deficyt finansów publicznych i znacznie większą uwagę trzeba poświęcić jakości wydawanych pieniędzy. Temu właśnie mają służyć zmiany w Ministerstwie Finansów i w funkcjonowaniu sektora finansów publicznych, aby przy tej samej kwocie wydatków w ramach różnych ministerstw, także Ministerstwa Finansów, jak najlepiej służyć społeczeństwu – wyjaśnia minister finansów.

W kwestii poprawy efektywności wydatków publicznych Rada ECOFIN zaleca Polsce ograniczenie cięć w inwestycjach infrastrukturalnych, które korzystnie oddziałują na wzrost PKB oraz dokonanie dokładnego przeglądu wydatków socjalnych. W aktualizacji Programu konwergencji z 2014 r. MF wskazuje, że podjęto już działania zmierzające do wzrostu efektywności wydatków publicznych, m.in. dzięki reformie urzędów pracy oraz ograniczeniu kosztów i poprawie wykorzystania środków publicznych w sektorze ochrony zdrowia.

Bardzo istotne jest stworzenie właściwego mechanizmu, który pozwoli na poprawę jakości wydawanych pieniędzy. To może mieć miejsce w ramach procesu budżetowego, ale także jako nieustający proces. Nie jest dobrze robić te reformy wszędzie jednocześnie. Lepiej skoncentrować się na kilku działach, w których współdziałanie jest bardzo ważne. Z ministrami odpowiedzialnymi za te działy będziemy pracować nad polepszeniem jakości finansów publicznych – zapowiada minister finansów w rozmowie podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Prace nad systemowym przeglądem efektywności wydatków publicznych ruszyły w 2013 r. Ministerstwo Finansów we współpracy z Bankiem Światowym ma opracować odpowiednie rozwiązania instytucjonalne. Obok poprawy efektywności wydatków, według ECOFIN, potrzebna jest także poprawa skuteczności ściągania podatków, w tym ograniczenie kosztów ich poboru. W tegorocznej aktualizacji Programu konwergencji rząd wskazuje, że niskie dochody podatkowe w ubiegłych latach były częściowo spowodowane także przez „problemy z przestrzeganiem przepisów podatkowych”.

Reforma finansów publicznych jest procesem ciągłym i Polska realizuje ją od bardzo wielu lat. Różnie są w niej rozkładane akcenty. W czasach kryzysu i spadku dochodów więcej uwagi poświęcaliśmy obniżeniu poziomu wydatków i od 2010 roku miało to miejsce na bardzo dużą skalę – ocenia minister finansów.

W latach 2010–2013 działania rządu doprowadziły do obniżenia relacji wydatków publicznych względem PKB o 2,8 pkt proc. – wynika z tegorocznej aktualizacji Programu konwergencji. W tym samym okresie dochody sektora publicznego zwiększyły się zaledwie o 0,4 pkt proc. PKB, mimo licznych działań, jak m.in. podwyżki stawki VAT, podwyżki składki rentowej, zamrożenia progów podatkowych i kwoty wolnej od podatku w PIT czy też wprowadzenia podatku od kopalin. Według Programu konwergencji powodem był słaby popyt krajowy, niekorzystna dla finansów publicznych struktura wzrostu PKB (coraz większa rola eksportu netto) oraz niska inflacja.

Proces redukcji deficytu sektora publicznego został zatrzymany w 2013 r., kiedy zwiększył się on do 4,3 proc. PKB. Choć to znacząco mniej w porównaniu z 2010 r., kiedy braki w kasie państwa sięgały 7,9 proc. PKB, to Polska wciąż pozostaje w unijnej procedurze nadmiernego deficytu, która obowiązuje państwa mające wyższą nierównowagę w finansach niż 3 proc. PKB. Minister finansów przy okazji publikacji Programu konwergencji poinformował, że Polska spełni wymagania UE odnośnie deficytu w przyszłym roku. Dzięki poprawiającej się sytuacji budżetowej, rząd chce stopniowo przesuwać ciężar z dyscypliny fiskalnej na rzecz dbania o efektywność i celowość wydatków.

Elektroniczny pobór opłat dla aut osobowych to nawet 15 mld zł oszczędności. System mógłby zacząć działać na początku 2016 r.

CEO Magazyn Polska

Nawet do 15 miliardów złotych oszczędności do 2025 roku przyniosłoby zastąpienie systemu manualnego poboru opłat na autostradach systemem elektronicznym – wynika z raportu Audytela i Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych. Zyskaliby przede wszystkim kierowcy m.in. w wyniku likwidacji punktów poboru opłat i tworzących się przy nich korków. Jeśli zapadną odpowiednie decyzje, system może być gotowy w niecałe dwa lata.

261 kilometrów autostrad zarządzanych przez GDDKiA objętych jest systemem manualnego poboru opłat, który staje się coraz większą zmorą kierowców, ponieważ na bramkach nie tylko w okresie wakacyjnym, nie tylko przed Wielkanocą, lecz praktycznie dwa razy dziennie – przynajmniej na A4 – powstają korki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Cywiński, dyrektor generalny Kapsch Telematic Services. – Dla kierowcy najprostszym rozwiązaniem byłoby, gdyby mógł uiścić opłatę, nie odczuwając tego w inny sposób poza kieszenią, czyli bez stania na bramkach.

Cywiński w rozmowie podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach podkreślił, że wprowadzenie elektronicznego poboru opłat na autostradach dla samochodów osobowych nie stanowi problemu. Kapsch zarządza już systemem viaTOLL dla samochodów ciężarowych. Dlatego duże inwestycje nie są niezbędne. Cywiński dodaje, że system dla kierowców aut osobowych byłby prostszy w obsłudze, a elektroniczne urządzenia można by doładowywać na wiele sposobów.

Obecnie kierowcy osobówek mogą płacić za przejazd autostradami zarządzanymi przez GDDKiA za pomocą urządzenia viaAUTO, będącego częścią systemu viaTOLL. Jest on jednak mało popularny i nie obejmuje autostrad koncesyjnych.

Dzięki wprowadzeniu w pełni elektronicznego systemu oszczędności dla użytkowników i Skarbu Państwa mogą sięgnąć nawet 15 mld zł. Kapsch deklaruje gotowość rozpoczęcia wdrażania w każdej chwili przy wykorzystaniu istniejącej infrastruktury i niewielkich nakładach. Spółka ma do 2018 r. umowę na zarządzanie systemem viaTOLL. Jeśli Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju podejmie odpowiednie decyzje, elektroniczny pobór opłat dla aut osobowych mógłby ruszyć przed upływem tego terminu.

Szacujemy, że gdybyśmy dostali to zadanie, bylibyśmy w stanie w I kwartale 2016 roku na autostradach, które będą gotowe, ten system wdrożyć. W związku z tym jest to dość krótka perspektywa czasowa – zapowiada Cywiński. – Przedstawiliśmy pewną koncepcję na spotkaniu w ministerstwie, które odbyło się pod koniec marca w dużym gronie ekspertów.

Dzięki wdrożeniu systemu elektronicznego z autostrad zniknęłyby punkty poboru opłat, które spowalniają ruch i są uciążliwe dla kierowców. Nie wiadomo jednak, czy będzie to możliwe tylko na autostradach zarządzanych przez GDDKiA, czy także na koncesyjnych fragmentach A1, A2 i A4.

Problemem pewnie będzie to, w jakim stopniu do tego rozwiązania dołączą się koncesjonariusze. Wobec tego kolejnym bardzo ważnym zadaniem jest unifikacja systemu poboru opłat i zdjęcie bramek w całej sieci autostrad, a nie tylko na autostradach zarządzanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad – ocenia Cywiński.

Pekao SA: w tym roku przyspieszy rynek kredytów i depozytów

0

CEO Magazyn Polska

Bank Pekao SA liczy na przyspieszenie na rynku kredytów i depozytów, zwłaszcza w sektorze korporacyjnym. Większe zyski z tej działalności muszą pokryć mniejszą prowizję z płatności kartami oraz ok. 40 mln zł dodatkowych kosztów związanych z opłatami na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Od początku roku Pekao SA zdobył 100 tys. nowych klientów, a teraz celuje w sektor rolniczy.

Ten rok będzie rokiem poprawy w gospodarce i przyspieszenia dynamiki wolumenów kredytowych i depozytowych w stosunku do zeszłego roku. Szczególnie będziemy to widzieli  zresztą już widzimy w sektorze korporacyjnym, gdzie to przyspieszenie jest istotne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Choryło, dyrektor wykonawczy Departamentu Relacji Inwestorskich i Strategicznych Analiz Rynkowych Pekao SA.

Choryło podkreśla, że w 2014 r. bank będzie musiał zmierzyć się z szeregiem przeszkód. Od 1 lipca ustawowo do maksymalnie 0,5 proc. zmaleją opłaty interchange pobierane za płatności kartą, co wpłynie na niższe prowizje banków. Utworzenie funduszu stabilizacyjnego w ramach Bankowego Funduszu Gwarancyjnego to również wyższe koszty dla banków. Pekao SA przeznaczy na ten fundusz ok. 40 mln zł w skali całego roku.

W 2014 r. bank mniej zarobi także na emisji obligacji. Choryło liczy jednak, że dzięki lepszej koniunkturze w gospodarce pozytywne czynniki przeważą. Szczególne nadzieje wiąże z rynkiem kredytów hipotecznych i konsumenckich, na którym Pekao SA od dwóch lat notuje wzrosty udziału w rynku.

Mam nadzieję, że uda nam się utrzymać to również w tym roku. Oczywiście dużo zależy od tego, jak będzie wyglądała sytuacja na rynku, na ile, szczególnie od strony cenowej, będzie atrakcyjne przyspieszenie działalności. Ogółem oczekujemy wzrostu kredytów mniej więcej w granicach 5-6 proc. w całym sektorze. Nasza ambicja jest taka, żeby urosnąć co najmniej tyle, ale chcielibyśmy rosnąć szybciej – zapowiada Choryło.

Pekao SA liczy jednak nie tylko na rozwój rynku, lecz także na nowych klientów. Od ponad roku trwa już akcja „Klientomania”. Tylko w ciągu pierwszego kwartału 2014 r. bank zdobył w jej ramach 100 tys. nowych klientów, a od początku 2013 r. to już ponad 0,5 mln osób. Nowa kampania „Agromania” jest skierowana do rynku rolniczego, na którym do tej pory Pekao SA było obecne w niewielkim stopniu.

Z punktu widzenia tempa rozwoju i szczególnie eksportu rolnictwa wyraźnie widać, że jest to jedna z istotnych lokomotyw polskiej gospodarki. Ponieważ do tej pory byliśmy tam stosunkowo mało obecni, chcielibyśmy to zmienić. Docelowo chcielibyśmy, żeby nasz udział w tym rynku był bliski naszemu naturalnemu, a więc około 10-proc. – zapowiada Choryło.

Polskie maszyny górnicze zdobywają zagraniczne rynki

0

CEO Magazyn Polska

Spadające wydobycie i obniżająca się rentowność kopalń na Śląsku są jednymi z głównych przyczyn wzrostu eksportu polskich maszyn górniczych. W 2013 r. Kompania Węglowa zanotowała 1 mld zł straty, a Kopex – spadek sprzedaży maszyn górniczych o połowę. Z tego względu spółka planuje zrównoważyć swoje źródła przychodów, m.in. poprzez dalszą ekspansję zagraniczną oraz budowę kopalni w Polsce.

Według ekspertów polski węgiel może być opłacalny, o czym świadczą wyniki prywatnych kopalń i rosnące zainteresowanie inwestorów.

– Coraz więcej podmiotów zainteresowanych jest wejściem w inwestycje w węgiel kamienny. Myślę, że to jest dobry kierunek dla polskiego węgla jest to jedna z nielicznych dróg poprawy efektywności polskiego górnictwa, a zatem możliwości powrotu polskiego węgla – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Józef Wolski, prezes zarządu Kopex SA.

Spółka planuje rozpocząć w połowie roku budowę kopalni węgla kamiennego w Przeciszowie koło Oświęcimia. Inwestycja ma być ukończona w ciągu czterech lat, a jej koszt jest szacowany na 1,5 mld zł. To jedno z działań, jakie podejmuje zarząd, by zmniejszyć silne uzależnienie od dostaw maszyn i urządzeń dla polskiego górnictwa. Spadek cen węgla najsilniej uderzył w Kompanię Węglową, która jest największym w kraju odbiorcą maszyn i urządzeń górniczych. Wraz z wysokimi kosztami wydobycia i niską wydajnością pracy w KW dało to efekt w postaci blisko miliardowej straty netto w 2013 r.

– Spadek nakładów kopalni na inwestycje bezpośrednio rzutuje na zmniejszenie zamówień w naszej grupie. Było to szczególnie widoczne w roku 2013, ale jest widoczne również w tym. W naszej podstawowej działalności, a więc produkcji maszyn i urządzeń dla górnictwa podziemnego, w ubiegłym roku nastąpił spadek dochodów ze sprzedaży o około 50 proc. Natomiast spadek marż był zdecydowanie wyższy niż spadek przychodów – mówi Wolski.

Pewną szansą dla producentów maszyn górniczych jest zapowiedziany proces restrukturyzacji Kompanii Węglowej. Niedawno mianowany prezes Mirosław Taras zapowiedział optymalizację wydobycia na poziomie spółki, m.in. nowe inwestycje w opłacalne pola w kopalniach Ziemowit i Piast oraz stopniowe wygaszanie wydobycia w nierentownych kopalniach. Środki finansowe na zakup nowych maszyn górniczych spółka może potencjalnie pozyskać ze sprzedaży kopalni Knurów-Szczygłowice Jastrzębskiej Spółce Węglowej. 

Wiadomo jednak, że Kompania Węglowa ma ogromne problemy z płynnością finansową, więc to ona właśnie będzie priorytetem dla zarządu w najbliższych miesiącach. Według prognoz analityków, w 2014 r. ceny węgla mogą w dalszym ciągu spadać, stąd nowe zamówienia na maszyny ze strony polskich kopalń prawdopodobnie pozostaną niewielkie. Ponadto, samo wdrożenie planu restrukturyzacji w KW może napotkać duży opór ze strony związków zawodowych czy rządu, dlatego Kopex i inne firmy z branży wolą zabezpieczać się poprzez eksport.

– Dla nas alternatywą jest zdecydowanie pójście w kierunku eksportu. Nasze maszyny i urządzenia są bardzo dobrej jakości, mają bardzo dobre parametry wydajnościowe, więc umiemy te rynki zdobyć. Tym bardziej że Kopex już od lat 60.-70. funkcjonuje na rynkach zagranicznych. Stąd w roku 2014 będziemy umieli zastąpić brak sprzedaży na rynku krajowym sprzedażą na rynkach zagranicznych, a szczególnie na rynku argentyńskim i chińskim – ocenia prezes zarządu Kopex SA w rozmowie podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.  

Wydobycie węgla w Polsce może być jednak opłacalne, czego przykładem jest LW Bogdanka SA, która w 2013 r. zanotowała 329,4 mln zł zysku netto. Według analityków, w tym roku spółka ma mieć 360 mln zł zysku netto. W rezultacie do 2015 r. planuje ona podwoić swój potencjał produkcyjny w stosunku do 2011 r. Dobre warunki geologiczne w Lubelskim Zagłębiu Węglowym sprawiają, że również inwestor z Australii chce rozpocząć tutaj budowę kopalni. Główny Geolog Kraju Sławomir Brodziński powiedział w rozmowie z IAR, że „polskie górnictwo ma przyszłość, ale muszą to być nowe, płytsze i tańsze złoża”. Również prezes Kopeksu przewiduje, że polskie kopalnie pozostaną głównym klientem spółki.

– Rynek polski zawsze będzie naszym rynkiem podstawowym, niezależnie od tego, czy będziemy sprzedawać na rynek polski 40 proc. naszej produkcji czy 60 proc. – twierdzi Wolski.

Potwierdza to portfel zamówień Kopeksu, którego wartość na koniec 2013 r. wyniosła 1,74 mld zł, z czego około 1 mld zł to zamówienia ze strony polskich podmiotów. Ma to pozwolić na wypracowanie zysku netto w tym roku w wysokości 73,9 mln zł, a w przyszłym – 79,5 mln zł. Istotna w tym zakresie była decyzja NWZ Grupy Kopex, które zezwoliło zarządowi na wyemitowanie maksymalnie 10,5 mln akcji do 14 marca 2017 r. Ma to umożliwić dalszą ekspansję zagraniczną spółki, m.in. poprzez stworzenie baz i centrów remontowo-naprawczych w Rosji, Chinach i Argentynie. Emisja akcji ma także sfinansować planowaną budowę kopalni Przeciszów oraz prace badawczo-rozwojowe, które pozwolą zwiększać konkurencyjność produktów spółki.

– Od dłuższego czasu już prezentujemy nasze nowe produkty, np. kompleks automatyczny, który został zastosowany po raz pierwszy w kopalni Pniówek, jest to jeden z nielicznych kompleksów automatycznych funkcjonujących na świecie. Mogę również powiedzieć o naszych kombajnach wysokowydajnych, które z powodzeniem sprzedaliśmy na rynek chiński. Naszym hitem na najbliższe lata jest głowica urabiająco-ładująca ,,Mikrus”. Jest ona jedyną alternatywą dla eksploatacji pokładów cienkich o skomplikowanych warunkach na gruncie geologicznym, przy węglach trudnych, pociętych uskokami, węglach pofałdowanych i przy ścianach pofałdowanych, jak również przy węglach z przerostami – podkreśla Józef Wolski.