Inwestycja KGHM-u w Chile na ukończeniu. Pod koniec czerwca ruszą Zakłady Wzbogacania Rud

CEO Magazyn Polska

Pod koniec czerwca w pełni ruszy produkcja koncentratu rudy miedzi i molibdenu w chilijskim projekcie KGHM-u Sierra Gorda. Przygotowanie robót górniczych trwało dwa lata. Od dwóch miesięcy trwa już eksploatacja rudy siarczkowej, a pod koniec czerwca ruszy ostatni element projektu – Zakłady Wzbogacania Rud. KGHM wyprodukował już 50 ton katod miedzianych. Produkcja ta znacząco poprawi wyniki finansowe projektu Sierra Gorda, bo nie była brana pod uwagę w planach.

 Prace idą zgodnie z zakładanym planem. Pod koniec czerwca powinniśmy rozpocząć już techniczny odbiór, eksploatację i przerób rudy w Zakładach Wzbogacania Rud – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kędzia, wiceprezes zarządu KGHM Polska Miedź SA. – To są dwa elementy, kopalnia i Zakład Wzbogacania Rud. Budowa ZWR jest zaawansowana, gotowe jest już 93-95 proc., zostało jeszcze 5 proc. do tego, żeby uruchomić Zakład Wzbogacania Rud. To dopiero da nam ostateczny produkt handlowy, jakim jest koncentrat rudy miedzi i molibdenu.

Przygotowania do rozpoczęcia robót górniczych trwały dwa lata. Najpierw trzeba było zdjąć tzw. nadkład, czyli skały płonne, przykrywające złoża miedzi, nieużyteczne z punktu widzenia KGHM-u. Potem spółka przez 100-140 metrów eksploatowała rudę tlenkową. Początkowo nie była ona brana pod uwagę w procesie produkcji miedzi. Jak podkreśla Kędzia, ruda tlenkowa faktycznie nie nadaje się do produkcji miedzi standardową techniką flotacji, jednak dzięki technologii ługowania oraz elektrorafinacji (SX/EW), możliwa jest produkcja katod miedzianych.

Już dzisiaj mamy około 50 ton czystej katody, która została wyprodukowana metodą SX/EW, a więc to pokazuje, że ekonomika tego projektu Sierra Gorda jeszcze bardziej wzrośnie – podkreśla Kędzia.

Dwa miesiące temu od poziomu 170 metrów ruszyła także eksploatacja właściwej rudy siarczkowej. Na razie jest ona składowana w oczekiwaniu na uruchomienie ZWR-ów, co powinno nastąpić pod koniec czerwca.

Kędzia przypomina, że inwestycja w Sierra Gorda to największa, flagowa inwestycja KGHM-u. Budowy na taką skalę poza granicami kraju nie prowadzi żadna spółka. Sierra Gorda to czwarta największa kopalnia odkrywkowa na świecie. Kędzia zauważa, że inwestycja ma wymiar nie tylko finansowy, ale i symboliczny, bo pokazuje możliwości polskiej gospodarki w skali światowej.

Ciech planuje nowe inwestycje, głównie w segmencie sody. Mimo to są czynniki mogące przeszkodzić mu w rozwoju

0

CEO Magazyn Polska

Ciech zapowiada odchodzenie od niskomarżowej produkcji na rzecz bardziej przetworzonych produktów, głównie z segmentu sodowego. Chce również dalej inwestować w projekty związane z ochroną środowiska. Spółka w najbliższych pięciu latach przeznaczy na inwestycje miliard złotych. Sztandarowym przedsięwzięciem jest rozwój biznesu sodowego. Minusem jest ciągle wysoki poziom zadłużenia spółki i niepewna sytuacja na Wschodzie, gdzie chciałaby ona lokować swoją nową produkcję.

Stawiamy na wyżej przetworzone gatunki sody oraz żywice w spółce Organika-Sarzyna, w tej ostatniej tworzymy dział badawczo-rozwojowy. Powoli odchodzimy od masowej, niskomarżowej produkcji na rzecz bardziej przetworzonych produktów – komentuje Dariusz Krawczyk, prezes Ciechu, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Dodaje, że firma chce opracować lub pozyskać technologię najwyższych wysokomarżowych gatunków sody. Dział badawczo-rozwojowy jest tworzony w zakładach Organika-Sarzyna, nowe jednostki organizacyjne tego typu mają powstać również w trzech innych zakładach Grupy. Prezes zapowiada, że oprócz tego Ciech będzie dążył do zwiększania możliwości produkcyjnych w najważniejszych obszarach swojego operowania.

Mamy bardzo dużo ciekawych pomysłów. Mamy też środki finansowe, które wreszcie możemy wykorzystać do realizacji naszych planów rozwojowych – podkreśla Dariusz Krawczyk.

Jak podkreśla, nowe inwestycje będą dotyczyły zarówno zakładów w Polsce, jak i fabryk w Rumunii i Niemczech. Stały się one możliwe dzięki restrukturyzacji Grupy, której w pewnym momencie groziła nawet upadłość – spółka praktycznie utraciła zdolność do terminowej obsługi zaciągniętych kredytów. Grupa Chemiczna Ciech w ubiegłym roku osiągnęła przychody przekraczające 3,5 mld zł i zysk operacyjny w wysokości prawie 140 mln zł. Zysk netto wyniósł 40 mln zł, podczas gdy rok wcześniej Ciech zanotował 438 mln zł straty. W porównaniu do 2012 r. w tym samym okresie zadłużenie netto spółki zmalało o około 18 proc., dzięki czemu wskaźnik dług/znormalizowana EBITDA obniżył się z 3,5 do 2,7.

Teraz idziemy w kierunku pełnej integracji w obrębie trzech spółek sodowych, doskonalimy się operacyjnie, czego efektem są coraz lepsze wyniki finansowe. Również w każdym kolejnym raporcie kwartalnym możemy zaobserwować poprawiający się wynik na poziomie EBITDA , co powoduje, że stosunek EBITDA do długu netto znacząco się poprawia – podkreśla Dariusz Krawczyk.

Prezes zapowiada również dalsze projekty związane z ochroną środowiska w zakładach produkcyjnych.

Podejmujemy wiele projektów związanych z eliminacją tlenków siarki i azotu, które doprowadzą do istotnej redukcji tych opłat – mówi Dariusz Krawczyk. – W jednym z takich projektów chcemy zastosować naszą sodę w modułach eliminujących emisję szkodliwych substancji do środowiska. Jest to projekt, który się bardzo dobrze rozwinął np. w Niemczech, i bazując na doświadczeniach naszej firmy niemieckiej, będziemy się starali ten projekt rozwinąć w Polsce.

Nad Grupą nadal ciąży niejedno ryzyko. Mimo obniżenia poziomu zadłużenia nadal pozostaje ono na bardzo wysokim poziomie (obniżka o 18 procent w stosunku do roku 2012 – do poziomu około 1,2 mld PLN). Również niepokoje na Ukrainie, a co za tym idzie pojawiające się ograniczenia w handlu z Rosją nie sprzyjają planom rozwinięcia produkcji sody, której dodatkowe wolumeny mają być planowo plasowane na tamtych rynkach.

Fokus TV zaczyna nadawanie. Od dziś w naziemnej telewizji cyfrowej dostępne są 24 stacje w jakości cyfrowej

0

CEO Magazyn PolskaKanał telewizyjny Fokus TV rozpoczął dziś nadawanie na multipleksie cyfrowym MUX-1. To koniec procesu wypełniania multipleksów, na których obecne są 24 stacje. Powinny je odbierać wszystkie nowe telewizory, choć konieczne może być ich przestrojenie. Kto po 26 sierpnia 2011 r. kupił nieświadomie telewizor nieodbierający telewizji cyfrowej, może ubiegać się o zwrot kosztów.

28 kwietnia kończy się proces wypełniania multipleksów telewizji cyfrowej. Wchodzi ostatni program, który na uruchomionych dotychczas trzech multipleksach miał się pojawić, a to oznacza, że widzowie w kraju będą mieli do dyspozycji 24 programy w jakości cyfrowej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dawid Piekarz z Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Nowy kanał, Fokus TV, ma profil edukacyjno-poznawczy i zastąpi na pierwszym multipleksie TVP1 w standardowej rozdzielczości. Programy TVP będą nadawane jedynie w wysokiej rozdzielczości (HD) na multipleksie trzecim. Nie powinno to spowodować żadnych zmian dla odbiorców. Telewizory mogą przestroić się automatycznie lub po uruchomieniu funkcji „automatyczne strojenie” przez użytkownika.

Wszystkie nowe telewizory powinny bez problemów odbierać sygnał cyfrowy, w tym ten nadawany w wysokiej rozdzielczości. Starsze odbiorniki mogą wymagać dodatkowego dekodera.

Dawid Piekarz przypomina, że – zgodnie z ustawą o cyfryzacji – jeśli po 26 sierpnia 2011 r. konsumenci kupowali telewizor bez możliwości odbioru sygnału cyfrowego, sprzedawca powinien ich o tym poinformować.

Klient kupując taki telewizor, powinien złożyć pisemne oświadczenie o tym, że zdaje sobie sprawę z tego, że odbiornik tej funkcji nie ma, nie nadaje się do odbioru telewizji cyfrowej, czyli że klient kupuje go na własną odpowiedzialność. Co ciekawe, jeżeli klient nie podpisał takiego dokumentu, a telewizor mu sprzedano, to ma możliwość żądania od sprzedawcy przyjęcia zwrotu tego telewizora – podkreśla Piekarz.

Zwrotu można dokonać w każdej chwili, bo ustawa nie określa, do kiedy powinno się to zrobić. Podstawę prawną stanowi artykuł 6. Ustawy o cyfryzacji. Jeśli sprzedawca nie przyjmie naszego zwrotu, należy zwrócić się do rzecznika konsumentów. W ustawie nie ma żadnych zastrzeżeń ani terminów ograniczających obowiązywanie tego prawa.

Kryzys zmusił firmy do kontrolowania skuteczności akcji marketingowych. Ostrożniej planują budżety wydatkowane na ten cel

CEO Magazyn Polska

Kryzys gospodarczy, który kilka lat temu odbił się na wysokości firmowych budżetów marketingowych, miał także swoje dobre strony – m.in. przekonał klientów do inwestowania w rozwiązania przynoszące konkretne, mierzalne efekty. Tym samym zmusił agencje reklamowe do stosowania często prostszych, ale skuteczniejszych środków przekazu.

Kryzys nauczył klientów i agencje, aby patrzeć na komunikację w sposób bardzo efektywny. Zaczęliśmy zwracać uwagę na to, czy reklama jest skuteczna, a co za tym idzie, czy przekłada się na konkretne, wymierne korzyści, często na sprzedaż – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Maj, wiceprezes OS3 Group.

Jego zdaniem takie podejście wychowało również nowe pokolenie agencji na polskim rynku, które oprócz strony wizualnej zaczęły zwracać uwagę na efektywność proponowanych rozwiązań.

Jednocześnie Maj zwraca uwagę na bieżące problemy, z którymi mierzy się branża marketingowa.

Mamy do czynienia z trendem specjalizacji, powstają m.in. agencje social mediowe czy agencje odpowiedzialne za projekty mobile. To dobrze i źle. Dobrze, bo faktycznie firmy wyspecjalizowane w pewnym zakresie dostarczają klientom rozwiązania na najwyższym poziomie. Złe jest natomiast psucie rynku przez podmioty jedno- lub dwuosobowe, bez doświadczenia, oferujące dumpingowe ceny i nieefektywne rozwiązania marketingowe – zauważa Marcin Maj.

Wiceprezes OS3 Group docenia nowe, młode inicjatywy rynkowe, z jasno sprecyzowanym pomysłem na działanie i strategią. W jego opinii takie podmioty podnoszą konkurencyjność polskiej branży marketingowej i jakość oferowanych rozwiązań. 

Dzisiejszy konsument jest bardzo znudzony, wyczulony na reklamę, szczególnie tę w mediach tradycyjnych – w telewizji, radiu i prasie. Liczy się myślenie o tym, jak efektywnie dotrzeć do grupy docelowej, do naszego odbiorcy, skonstruować komunikat tak, żeby był on zabawny, zauważalny, adekwatny do komunikacji – podkreśla Marcin Maj.

Zdaniem Maja, mamy aktualnie do czynienia z trendem upraszczania komunikacji, co może przypominać powrót do wczesnych lat 90., kiedy reklama bardzo często składała się z jednego zdjęcia, ale musiała być jednocześnie efektywna i wizualnie atrakcyjna. Drugim aspektem, na który zwraca uwagę Maj, jest rosnący w siłę format wideo i jego wpływ na reklamę.

Komunikacja dzisiaj wygląda zupełnie inaczej niż 5-10 lat temu i będzie zupełnie inna za kolejne pięć lat. Chcąc nie chcąc, musimy być kameleonami, dostosowywać się do zmieniającego otoczenie. Ci, którzy zrobią to najlepiej, najbardziej efektywnie, przetrwają – prognozuje Maj.

Polacy chętnie sięgają po suplementy diety. Rośnie ich sprzedaż i ceny

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej i coraz chętniej kupują suplementy diety. Wybierane są przede wszystkim te produkty, które mogą uzupełnić codzienną dietę o niezbędne witaminy i minerały – stanowią połowę sprzedaży w tym segmencie. Konsumenci chętnie sięgają też po specyfiki mające służyć zdrowiu i urodzie. Wartość rynku suplementów diety z roku na rok systematycznie rośnie. W ubiegłym roku na takie produkty Polacy wydali ponad 3 miliardy złotych. 

Suplementy diety stanowią drugą pozycję w sprzedaży odręcznej, zaraz po lekach bez recepty. Cała sprzedaż odręczna szacowana jest na poziomie około 12 mld, w tym leki bez recepty stanowią około 6 mld zł, suplementy diety prawie 3 mld zł, pozostała wartość sprzedaży to wyroby medyczne i kosmetyki apteczne.

Rynek suplementów diety w ubiegłym roku wzrósł o 7 proc. w porównaniu do 2012 roku.

– W przypadku rynku suplementów diety jest wyraźny wzrost dynamiki wartościowej – zauważa Ewa Jankowska, prezes Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty PASMI. – W ostatnich trzech latach istotnie wzrosły ceny suplementów diety na rynku.

Dziś jedno opakowanie suplementu diety kosztuje statystycznie 16 zł, czyli o 4 zł więcej od leku dostępnego bez recepty. Jeszcze trzy lata temu sytuacja była odwrotna. To leki były znacznie droższe.

Wśród produktów, po które sięgamy najchętniej, są specyfiki witaminowo-mineralne. Stanowią one ponad połowę wartości rynku sprzedaży.

W ubiegłym roku statystyczny Polak zjadł 133 tabletki produktów witaminowo-mineralnych – mówi agencji informacyjnej Newseria prezes PASMI.

Na drugim miejscu, zarówno jeśli chodzi o spożycie, jak i o sam zakup, są suplementy, które wpływają na urodę: tzw. sektor beauty, czyli produkty do skóry, włosów i paznokci. Polacy chętnie sięgają po produkty wspomagające prawidłowe funkcjonowanie układów pokarmowego, moczowego, kostno-mięśniowego czy odpornościowego.

Nową kategorią, która się pojawiła, to kategoria wspomagania wzroku, zmęczonych oczu, wspomagania ostrości widzenia – wymienia Jankowska. – Niezmienną popularnością cieszą się suplementy, które poprawiają sprawność seksualną. To są kategorie, które istotnie wzrosły w ostatnich trzech latach.

Polacy najczęściej kupują suplementy w aptekach i sklepach. Spora część sprzedaży odbywa się też przez internet. Nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań, bowiem suplementy tak jak każdy inny rodzaj żywności mogą być oferowane w sieci.

Oczywiście zdecydowanie lepiej jest, jeśli pacjent, konsument kupuje suplementy diety w sprawdzonych aptekach internetowych, bo wtedy ma gwarancję, z jakiego źródła pochodzą te produkty i jest zdecydowanie mniej narażony na zafałszowanie tych produktów – zaznacza Ewa Jankowska.

Według szacunków roczny obrót suplementami diety w internecie sięga kwoty 200 mln złotych.

Suplementy to jedna z kategorii żywności. Są to produkty, które mają uzupełnić naszą codzienną dietę w elementy, których ta nie ma albo ma, ale w śladowych ilościach. Chodzi m.in. o niedobory witamin i minerałów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania ludzkiego organizmu. Suplementy, inaczej niż leki, których zadaniem – jako substancji czynnych – jest leczyć chorobę, wspomagają i wzbogacają naszą codzienną dietę.

Rok 2013 najlepszym rokiem w historii SKOK-u Wołomin. W tym wzrost może być mniejszy z powodu dostosowywanie się do wymogów nadzorcy

0

Mimo spowolnienia, zmian legislacyjnych oraz spadku zaufania do sektora SKOK-ów Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa w Wołominie zanotowała najlepszy rok w swojej historii. Strategia do roku 2015 zakłada dalszy zrównoważony wzrost poprzez zwiększenie działalności depozytowej i kredytowej, poprawę efektywności i doskonalenie zarządzania ryzykiem. W tym roku Kasa będzie się koncentrowała także na dostosowaniu działalności do wymogów KNF.

– 2013 rok był rokiem dynamicznym, rokiem intensywnej pracy, mającej na celu dostosowanie do nowych warunków prawnych, które nas spotkały. Natomiast jeżeli chodzi o wyniki finansowe, jest to najlepszy rok w historii naszej kasy. Aktywa wzrosły o 46 proc. w stosunku do końca poprzedniego roku i zbliżają się na koniec 2013 roku do 3 mld złotych. Mamy 79 tys. pełnoprawnych członków, czyli zdeklarowanych stałych klientów, kwota pożyczek to jest ponad 2,2 mld złotych, a wynik finansowy 83 mln złotych netto – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Gazda, prezes SKOK Wołomin.

Wyniki wyglądają dobrze na tle konkurencyjnych kas, ponieważ w 40 z 52 działających SKOK-ów wszczęto programy naprawcze, a w trzech działa zarząd komisaryczny. Trudna sytuacja sektora sprawia, że KNF szuka sposobu na restrukturyzację kas, które mają problemy. Zmiany regulacyjne oraz niepewność związana z działaniami regulatora wobec kas niekorzystnie wpływały na otoczenie, w którym działał SKOK w Wołominie – napisano w Raporcie Rocznym 2013.

Pod względem wielkości aktywów SKOK w Wołominie jest drugą największą kasą w kraju. Posiada obecnie 102 oddziały na terenie 10 województw. Strategia SKOK-u w Wołominie na lata 2013–2015 zakłada rozwój poprzez doskonalenie zarządzania ryzykiem, zmiany struktury organizacyjnej, dalszy rozwój bazy depozytowej i działalności kredytowej oraz wzrost efektywności funkcjonowania.

– Celem na ten rok jest utrzymanie tempa rozwoju oraz dalsze prace dostosowujące nas do nowego nadzorcy. Zaplanowaliśmy 3,2 mld sumy bilansowej, 92 tys. członków, a wynik  na poziomie 60 mln złotych. Ponadto w planie na ten rok jest sześć nowych placówek, z czego dwie już zostały uruchomione – mówi Gazda.

Od 27 października 2012 r. Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe są nadzorowane przez Komisję Nadzoru Finansowego. To efekt rosnącej skali działalności SKOK-ów, które oferują podobne produkty do banków. Przede wszystkim gromadzą depozyty i obciążają je ryzykiem, udzielając kredytów, co jest tradycyjną działalnością bankową. Nowe regulacje i zalecenia KNF to dodatkowe koszty dla sektora kas. Przykładowo nadzór może żądać zmiany lub rozwiązania umów z firmami zewnętrznymi, jakie zawarły SKOK-i.

– Założyliśmy w tym roku mniejszy wzrost i mniejszy rozwój niż w latach poprzednich, ponieważ musimy dostosować nasze procedury, chociażby systemy monitoringu do zaleceń, do oczekiwań nowego nadzorcy – uważa prezes SKOK Wołomin.

W raporcie rocznym za 2013 wskazano, że SKOK w Wołominie dotychczas pilnował wzrostu kosztów, zwłaszcza związanych z wynagrodzeniami. Zdaniem zarządu, wraz z efektywnym budowaniem relacji ze swoimi klientami, pomogło to utrzymać dobre wyniki w okresie spowolnienia.

– Kasa zawsze miała restrykcyjną politykę kosztową, co przy wejściu gospodarki w gorszą koniunkturę okazało się przewagą. Kasa zawsze była nastawiona na klienta, na członka, bo członek to jest nasz współwłaściciel. Staramy się być dla niego doradcą, dlatego jeżeli nie mamy w jakimś segmencie dobrych produktów, to mówimy o tym, i proponujemy poszukanie czegoś na rynku. Oferujemy tylko to, w czym jesteśmy najlepsi – deklaruje Mariusz Gazda.

Spada sprzedaż ubezpieczeń na życie w bankach. Instytucje finansowe szykują się do Rekomendacji U

CEO Magazyn PolskaW ubiegłym roku spadła sprzedaż ubezpieczeń na życie w bankach, a udział tego kanału sprzedaży w dystrybucji polis życiowych spadł o niemal 7 pkt proc. Część ekspertów ocenia, że może mieć to związek z wchodzącą w życie w listopadzie Rekomendacją U, która ma rozdzielić podwójną rolę, jaką pełnią banki – ubezpieczającego i pośrednika finansowego.

W sektorze ubezpieczeń na życie od lat był zauważalny wzrost przypisu składki z kanału dystrybucji bancassurance. W 2012 roku było to 53,5 procent przypisu składki. Rok później, w 2013 roku, przypis w segmencie życiowym spadł do nieco ponad 46 procent. To istotny spadek. Być może banki zrezygnowały z jakiejś grupy produktów mniej atrakcyjnych zarówno dla nich, jak i dla klientów. Być może jest to jednak próba przygotowywania się do nowego sposobu dystrybucji ubezpieczeń wynikających z Rekomendacji U – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Czublun, partner w Kancelarii Radców Prawnych Czublun Trębacki.

Spadek w sprzedaży ubezpieczeń na życie nie wpłynął jednak negatywnie na inne ubezpieczenia oferowane przez banki. Wręcz przeciwnie. Jak wynika z badań Polskiej Izby Ubezpieczeń, w segmencie ubezpieczeń majątkowych banki zanotowały wzrost udziałów o dwa punkty procentowe do 9,2 procent rynku. To najwyższy wskaźnik w całym przedstawionym przez PIU okresie, czyli od 2009 roku.

Jest to ciekawy trend, zobaczymy, czy się utrzyma i na ile banki, które do tej pory były głównie dystrybutorami produktów życiowych, poradzą sobie z rolą dystrybutora produktów majątkowych, takich jak OC, autocasco komunikacyjne czy produkty mieszkaniowe. Zobaczymy, czy kolejne lata pokażą wzrost sprzedaży tego typu ubezpieczeń w kanale bankowym – mówi Czublun.

Przedstawiona przez Komisję Nadzoru Finansowego Rekomendacja U, która wejdzie w życie w listopadzie, ma zlikwidować podwójną rolę pełnioną przez banki – ubezpieczyciela i sprzedawcy ubezpieczeń. Instytucje, które nie dostosują się do przepisów związanych z działalnością ubezpieczeniową, będą musiały z niej zrezygnować. Zdaniem eksperta, Rekomendacja U może spowodować u części banków znaczące ograniczenie przychodów z tego tytułu.

Rekomendacja, zwłaszcza gdyby była ona uchwalona w tej postaci, zawiera bardzo wiele niekorzystnych rozwiązań. Nawet nie tyle z punktu widzenia banku, ile z optymalnego modelu oferowania produktu bankowego, możliwości zarabiania przez bank na tego typu produktach – zaznacza Czublun.

Wymogi Komisji Nadzoru Finansowego dotyczą m.in. zamiany polis grupowych na indywidualne. Po wejściu w życie rekomendacji banki będą musiały z tego powodu co miesiąc wystawiać 3 miliony polis. Dlatego też istnieje duże ryzyko, że część banków znacznie ograniczy swoje przychody z tytułu sprzedaży ubezpieczeń, choć w niektórych bankach stanowią one znaczący udział w całości przychodów.

Świat nie znosi próżni. Dlatego wydaje mi się, że braki w budżetach banków wynikające stąd, że nie ma składki ubezpieczeniowej, będą zrekompensowane. Być może wyższymi opłatami za inne usługi, być może innymi produktami. Ale jestem przekonany, że rynek sobie poradzi i znajdzie wyjście z sytuacji, bez względu na finalną treść Rekomendacji U – podsumowuje Czublun.

Na nowych zasadach obliczania ulgi na dzieci skorzystają przede wszystkim rodziny wielodzietne

0

CEO Magazyn Polska

Na rozliczenie się z fiskusem zostało zaledwie kilka dni. Podatnicy wychowujący dzieci, którzy nie złożyli jeszcze rozliczenia rocznego, powinni dokładniej przyjrzeć się uldze prorodzinnej. Od tego roku ulga jest obliczana na nowych zasadach. Na zmianach zyskają rodzice i opiekunowie, którzy wychowują troje dzieci lub więcej.

W 2013 roku w sposób dość radykalny zmieniło się uprawnienie do odliczenia ulgi prorodzinnej z tytułu wychowywania dzieci. Przy ocenie, czy podatnik jest uprawniony do korzystania z ulgi i w jakiej wysokości, znaczenie mają zasadniczo trzy wskaźniki. Po pierwsze, czy podatnik pozostaje w związku małżeńskim, po drugie liczba wychowanych dzieci, po trzecie wysokość dochodów – wskazuje Rafał Sidorowicz, doradca podatkowy w spółce Michalik Dłuska Dziedzic i Partnerzy.

Zadowoleni nie będą z pewnością rodzice wychowujący jedno dziecko, którzy przy wysokich zarobkach nie będą mogli liczyć już na ulgę. Uprawnienie będzie przysługiwało tylko w sytuacji, jeśli dochody nie przekroczą 112 tys. zł w przypadku małżeństw i 56 tys. zł w przypadku jednej osoby. Inne przepisy stosowane są dla tych, którzy spełniają warunki do uznania ich za osoby samotnie wychowujące dziecko.

Mowa tu o pozostających w stanie wolnym czy też będących wdową lub wdowcem, przy założeniu, że te osoby rzeczywiście samotnie wychowują małoletnie dziecko. W takim wypadku limit dochodów również wynosi 112 tys. złotych – wyjaśnia Sidorowicz.

Zmiany w żaden sposób nie dotkną rodziców z dwójką dzieci. Nie ma limitu dochodów, po przekroczeniu którego ulga na dzieci nie będzie przysługiwać, nie zmienia się też kwota odpisu. Zmianę w przepisach odczują natomiast wychowujący troje lub więcej dzieci. Będzie to zmiana zdecydowanie dla nich korzystna. Nie ma bowiem kryterium dochodowego, a ponadto wyższa będzie ulga.

W przypadku wychowania trojga dzieci: z tytułu wychowania dwojga pierwszych dzieci ulga wynosi tyle samo, co w roku ubiegłym, natomiast za trzecie dziecko ta ulga jest wyższa o 50 procent. Natomiast w przypadku wychowywania czworga lub większej liczby dzieci, za czwarte i kolejne dziecko ta ulga wynosi 100 procent więcej niż ulga przysługująca w latach ubiegłych – mówi Sidorowicz.

Oznacza to, że rodzice co najmniej trójki dzieci zwiększą odliczaną kwotę za trzecie dziecko o 556,02 zł, natomiast za czwarte i każde kolejne – o 1112,04 zł.

Przy składaniu zeznania nie można zapomnieć o dołączeniu załącznika PIT/O, gdzie należy wskazać dane identyfikacyjne dziecka (wystarczający będzie numer PESEL) oraz podać, czy inny upoważniony podatnik, głównie małżonek, dokonuje rozliczenia ulgi na dzieci. Jeśli władza rodzicielska przysługuje obojgu rodzicom, powinni oni ustalić, które z nich i w jakim zakresie skorzysta z ulgi.

– Ważna jest kwestia dokumentacyjna. Składając zeznania podatkowe, nie musimy dołączać żadnych dokumentów potwierdzających uprawnienia do ulgi. Natomiast w przypadku, kiedy zażąda tego organ podatkowy, możemy być zobowiązani do dostarczenia, po pierwsze, odpisu aktu urodzenia dziecka, po drugie dokumentów szczególnych, na przykład kiedy wychowujemy dziecko przysposobione – zaznacza Rafał Sidorowicz.

Jeszcze inaczej wygląda sytuacja, kiedy z ulgi prorodzinnej chce się skorzystać w stosunku do pełnoletniego dziecka, które nie ukończyło 25 lat. Dziecko takie musi wówczas być na utrzymaniu rodziców, kontynuować naukę oraz nie uzyskiwać w całym roku przychodów wyższych niż kwota wolna od podatku (obecnie 3089 zł). Także wówczas należy jednak pamiętać o zachowaniu odpowiednich dokumentów.

– W przypadku, kiedy korzystamy z odliczenia w zakresie wychowania pełnoletniego dziecka, organ podatkowy może zażądać dodatkowo przedstawienia zaświadczenia dokumentującego kontynuację nauki dziecka w szkole wyższej lub innej placówce edukacyjnej po ukończeniu 18. roku życia – przypomina Sidorowicz.

Polskie firmy nie chronią swoich wynalazków poza granicami kraju

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy zgłosiły w ubiegłym roku blisko 55 razy mniej międzynarodowych wniosków patentowych niż niemieckie. Dystans w innowacyjności między Polską a najbardziej rozwiniętymi krajami pozostaje ogromny. Równocześnie zagraniczne firmy umacniają swoją pozycję konkurencyjną na polskim rynku, ponieważ rośnie liczba obowiązujących nad Wisłą patentów udzielanych przez Europejski Urząd Patentowy. Ich udział w całkowitej liczbie patentów udzielonych w Polsce w 2013 roku sięgnął 72 proc.

– Pomimo rosnącej tendencji do zgłaszania patentów do krajowego Urzędu Patentowego, Polacy stosunkowo rzadko zgłaszają swoje wynalazki poza granicami kraju, nie chroniąc swoich rozwiązań poza Polską. Uzyskiwanie monopolu jedynie na terytorium kraju nie daje należytego zabezpieczenia, jeżeli chcemy prowadzić biznes poza granicami. W zeszłym roku w Polsce było 330 zgłoszeń międzynarodowych w trybie PCT, a dla Niemiec to jest 16 tys. zgłoszeń. To pokazuje dystans dzielący nas od technologicznie zaawansowanych krajów – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Czernicki z firmy doradczej Crido Taxand.

W 2013 roku walidowano w Polsce 7236 patentów europejskich, podczas gdy Urząd Patentowy RP (UPRP) udzielił w tym samym czasie 2 804 patenty. To oznacza, że europejskie firmy coraz większą uwagę poświęcają utrzymaniu swojej przewagi technologicznej na polskim rynku. Obok ochrony patentowej na poziomie europejskim, w globalnej gospodarce kluczowe są zgłoszenia patentowe w trybie PCT. Umożliwiają one uzyskanie ochrony patentowej w 148 państwach (łącznie z USA, Japonią i Chinami). Z Polski pochodzi znikoma część zgłoszeń PCT – 0,16 proc. globalnej liczby.

Z raportu firmy Crido Taxand, przygotowanego z okazji Światowego Dnia Ochrony Własności Intelektualnej, wynika, że za małą liczbę wniosków PCT odpowiada polski sektor przedsiębiorstw. W Polsce blisko połowa zgłoszeń pochodzi z instytucji akademickich i naukowych. Firmy odpowiadają za jedynie 34 proc. wniosków o patent w trybie międzynarodowym, podczas gdy na świecie ich udział we wnioskach PCT wynosi 84 proc.

– Polskie przedsiębiorstwa nie dokonują bardzo często zgłoszeń patentowych. Wydaje im się, że wynalazek to powinno być nie wiadomo jakie odkrycie, charakteryzujące się wyjątkową unikalnością czy nowością; ponadto kultura patentowa w Polsce wśród przedsiębiorstw jest stosunkowo niska, widać, że wśród instytucji naukowych i akademickich jest zasadniczo wyższa –  tłumaczy Czernicki.

W wysokorozwiniętych państwach te relacje są odwrotne – na liście podmiotów najczęściej składających wnioski o ochronę patentową dominują transnarodowe korporacje. W 2012 r. na czele listy pod względem zgłoszeń PCT znalazły się ZTE Corporation (3906 zgłoszeń wynalazków), a najwięcej zgłoszeń do Europejskiego Urzędu Patentowego w 2012 r. pochodziło od Samsunga (2289). Tymczasem w Polsce do grona liderów należą państwowe uczelnie wyższe: Politechnika Wrocławska (193 zgłoszenia), AGH (121) i Politechnika Poznańska (111). 

Polska wypada słabo nie tylko w stosunku do państw Europy Zachodniej, lecz także w porównaniu do sąsiadów o podobnym poziomie rozwoju. W przeliczeniu na 1 mln mieszkańców w zeszłym roku zanotowano w Polsce 8,68 zgłoszeń międzynarodowych PCT, podczas gdy w Czechach było to 19, a na Węgrzech – 16. Z raportu Crido Taxand wynika, że Polska ledwo wyprzedziła Rosję, Słowację i Bułgarię (wszystkie osiągnęły ok. 8 zgłoszeń na 1 mln mieszkańców). Na drugim biegunie znajdują się takie kraje, jak Luksemburg i Szwajcaria. W pierwszym z tych krajów na 1 mln mieszkańców (gdyby było ich tylu) przypadłyby 652 wnioski patentowe; w ośmiomilionowej Szwajcarii – 543 wnioski na 1 mln obywateli. Czyli więcej niż cała licząca 38 mln mieszkańców Polska (330 wnioski).

Obok niskiej kultury patentowej przyczyną niskiej liczby patentów mogą być cechy strukturalne polskich firm. Rdzeń polskiej gospodarki stanowią małe i średnie przedsiębiorstwa (MSP), których duża część ma niski potencjał innowacyjny, zwłaszcza w porównaniu do zagranicznych koncernów. Prawdopodobne jest jednak i to, że nawet innowacyjne MSP rezygnują z ochrony swoich wynalazków ze względu na zbyt wysokie koszty.

– Zgłoszenie i przeprowadzenie całej procedury w Polsce to są wydatki rzędu kilku tysięcy złotych maksymalnie. Samo zgłoszenie wniosku patentowego w formie papierowej to jest 550 zł. Porównanie tych samych opłat w Europie, przed Europejskim Urzędem Patentowym bądź w procedurze międzynarodowej, to są kwoty sięgające kilkunastu tysięcy złotych. Niewątpliwie bariera finansowa jest jedną z tych, które powodują, że wynalazki nie są zgłaszane za granicą – uważa Łukasz Czernicki.

Ochrona patentowa jedynie na terenie Polski często nie jest jednak dobrym wyborem. Takie rozwiązanie oznacza, że firma ujawnia swój wynalazek konkurencji, która będzie mogła za darmo skorzystać z niego na zagranicznych rynkach.

– W takim wypadku otrzymamy monopol w Polsce, ale z drugiej strony przed całym światem otwieramy naszą wizję techniczną, nasz know-how, pokazujemy całemu światu nasz pomysł, każdy może z tego korzystać poza granicami Polski bez naszego zezwolenia. Czyli to jest de facto dzielenie się wiedzą za darmo. Czasami lepiej nie chronić jakichś wynalazków, a jeżeli już chronić to na całym świecie – radzi Czernicki.

Dlatego trudno uznać za korzystne statystyki, według których w latach 2007–2013 liczba krajowych zgłoszeń do Urzędu Patentowego RP wzrosła z 2392 do 4237. Zwłaszcza że w tym samym okresie liczba zgłoszeń PCT ze strony polskich podmiotów zwiększyła się zaledwie o 223.

NIK o oznakowaniu dróg

Oznakowanie niezgodne z przyjętą organizacją ruchu, zniszczone znaki drogowe, nieczytelne pasy na jezdni, nagromadzenie znaków utrudniające ich odczytanie, braki w oznakowaniu, reklamy zasłaniające znaki, wreszcie w wielu przypadkach brak przyjętej organizacji ruchu – to wszystko ujawnili na polskich drogach kontrolerzy NIK i działający na zlecenie Izby inspektorzy z Urzędów Wojewódzkich.

Łączna długość wszystkich dróg publicznych w Polsce wynosi ponad 400 tys. km – z tego 55 proc. to drogi gminne (ponad 237 tys. km), 33 proc. powiatowe (prawie 130 tys. km), 7 proc. drogi wojewódzkie (28,5 tys. km), a pozostałe 5 proc. to drogi krajowe, w tym autostrady i ekspresówki (prawie 19 tys. km). NIK przeprowadziła kontrolę jakości oznakowania i organizacji ruchu na wszystkich drogach z wyjątkiem krajowych.

Nieprawidłowości związane z organizacją ruchu

Znaki są źle ustawione, bo dla wielu dróg – szczególnie gminnych i powiatowych – nie zostały opracowane projekty organizacji ruchu lub zostały one zaprojektowane wadliwie. A to właśnie na ich podstawie wprowadza się oznakowanie pionowe i poziome, sygnalizację świetlną i dźwiękową oraz urządzenia bezpieczeństwa ruchu (np. barierki czy progi zwalniające).

Wiele dróg w Polsce nie posiada zatwierdzonej organizacji ruchu drogowego. Dotyczy to najczęściej dróg w gorszym stanie technicznym, czyli gminnych i powiatowych. Wybudowano je bowiem przed 19 sierpnia 1999 roku. Od tego dnia zarządcy dróg mieli obowiązek sporządzać projekty organizacji ruchu tylko dla nowych dróg lub tych fragmentów dróg, które zostały wyremontowane. W pozostałych przypadkach, czyli w stosunku do dróg wybudowanych przed 19 sierpnia 1999 r., zależało to od ich dobrej woli.

Tymczasem to właśnie zatwierdzona organizacja ruchu jest podstawą wprowadzenia znaków pionowych i poziomych, sygnalizacji świetlnej i dźwiękowej oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu. Dlatego NIK postuluje, by dla poszczególnych kategorii dróg samorządowych wyznaczyć ostateczne terminy na wprowadzenie stałych organizacji ruchu.

Samorządy w różnym stopniu wdrożyły na swoim terenie organizację ruchu. Przykładowo żadna ze skontrolowanych dróg na terenie powiatu zgierskiego nie miała opracowanego projektu organizacji ruchu. Podobnie było w gminie Gietrzwałd, gdzie zdarzało się, że znaki ustawiano na polecenie wójta, bez przestrzegania wymogów w tym zakresie. Z kolei na terenie powiatu białostockiego przyjętej organizacji ruchu nie posiadało ponad 40 proc. dróg, a na terenie powiatu jędrzejowskiego blisko 30 proc. dróg gminnych. Przeważająca część dróg wojewódzkich miała zatwierdzoną organizację ruchu.

W większości skontrolowanych dróg organizację ruchu zatwierdzano na podstawie niekompletnych projektów. Nie zawierały one planów orientacyjnych i sytuacyjnych lub sporządzono je w niewłaściwej skali. Stwierdzono także przypadki przedkładania do zatwierdzenia projektów, do których nie zostały dołączone wszystkie wymagane opinie (przede wszystkim policji).

Główną przyczyną tych nieprawidłowości było słabe przygotowanie merytoryczne pracowników odpowiedzialnych za projekty organizacji ruchu. W obecnym stanie prawnym praktycznie każdy może sporządzić taki projekt, bo przepisy nie określają kwalifikacji projektanta.

Organy zarządzające ruchem – starostowie i marszałkowie województw – nie przeprowadzali obligatoryjnych kontroli dróg lub robili to nierzetelnie. Dotyczy to zarówno kontroli technicznych, które przeprowadza się w ciągu
14 dni od wprowadzenia stałej organizacji ruchu na drodze, jak i kontroli znaków, sygnalizacji oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu drogowego. Te ostatnie kontrole należy przeprowadzać na wszystkich drogach raz na pół roku.