Ekonomiści BRE zapowiadają bardzo trudny rok dla polskiej gospodarki

Recesja w pierwszej połowie roku i PKB w całym 2013 roku na poziomie 0,5 proc., dalszy spadek dynamiki kredytów hipotecznych oraz wolumenu kredytów korporacyjnych. Stopy procentowe na poziomie 3,25 pp oraz umocnienie złotego w końcówce roku – to główne prognozy ekonomistów BRE Banku na 2013 r.

Ekonomiści BRE Banku w swoich prognozach na rok 2013 spodziewają się ożywienia w USA oraz polepszenia sytuacji gospodarczej w strefie euro, jednak bez silnego ożywienia. Według nich, w najlepszej sytuacji będzie gospodarka niemiecka, jednak zobaczymy to dopiero w drugiej połowie roku. Kraje peryferyjne eurolandu będą znajdowały się w recesji.Ubezpieczenie ryzyka rozpadu strefy euro i kryzysu finansowego oraz widoki na kontynuację ożywienia w USA, wobec bardzo ograniczonej przestrzeni do dalszego spadku rekordowo niskich rentowności bezpiecznych obligacji, wzmagać będą rotację w doborze aktywów w stronę tych o większym ryzyku. Skutkiem powinien być wzrost rentowności obligacji niemieckich i amerykańskich. Wobec obecnego przecenienia premii za ryzyko rozpadu strefy euro, co już skutkowało umocnieniem euro, kurs EURUSD w kolejnych miesiącach w większym stopniu wiedziony będzie różnicą stóp procentowych, a więc i sekwencjami odczytów makro. W efekcie dolar powinien umocnić się do euro.

Sytuacja w gospodarce globalnej będzie miała duży wpływ na polską. – Uważamy, że konsensus prognoz wzrostu polskiego PKB na rok 2013, to jest 1,5 proc. rok do roku jest ciągle zbyt wysoki. – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku – W IV kwartale polskie PKB wzrosło według naszych szacunków zaledwie o 0,5 proc. rok do roku, co nie jest jeszcze dołem cyklu. W całym roku, dzięki ożywieniu w III i IV kwartale powinien osiągnąć poziom 0,5 proc.

Ekonomiści BRE Banku zwracają uwagę, że spadek koniunktury w Polsce to pogłębiać będzie brak spektakularnego przyspieszenia eksportu niemieckiego i stąd względnie płaska ścieżka polskiego eksportu (5-10 proc. r/r).Relatywnie mocny złoty będzie przyczyną niższej opłacalności eksportu, niższe oraz niższych marż eksporterów. Spodziewają się także dalszego wyhamowania inwestycji publicznych i mieszkaniowych oraz ograniczenia inwestycji prywatnych ze względu na pogorszenie perspektyw dla popytu.

Zwracają także uwagę, że w Polsce w kolejnych miesiącach spadać będzie zatrudnienie oraz optymizm konsumentów. Kolejne spadki zatrudnienia w ujęciu rocznym przekreślają scenariusz nawet niewielkiego odbicia dynamiki dochodu realnego gospodarstw domowych – stawia to duży znak zapytania nad finansowaniem konsumpcji i potencjalnie może nawet zatrzymać już i tak rachityczną ścieżkę dynamiki konsumpcji w 2013 roku, którą obecnie zakładamy.2013 rok przyniesie dalszy spadek dynamiki kredytów hipotecznych, oraz spadek wolumenu kredytów korporacyjnych.

Osłabienie wewnętrznych czynników wzrostu już teraz skutkuje w Polsce silną dezinflacją widoczną nie tylko w cenach producentów, ale i w cenach konsumenckich. Tu też konsensus prognoz odbieramy jako zbyt ostrożny. Uważamy, ze inflacja obniży się do poniżej 2 proc. w I kw. i do końca II kw. spadnie poniżej dolnej granicy celu NBP, t.j. 1,5 proc. Inflacja netto obniży się do poniżej proc. Recesja w I połowie 2013 i kontynuacja negatywnych zaskoczeń powinny skutkować dalszymi obniżkami stóp. Stopa REPO spadnie do około 3,25 proc.

Według ekonomistów BRE Banku rok 2013 nie będzie rokiem polskich obligacji. Sekwencje słabszych danych będą w najbliższym okresie prowadzić jedynie do niewielkiego spadku ich rentowności. Pomóc mogą obniżki stóp przez RPP. Według scenariusza na 2013 złoty umiarkowanie się osłabi w najbliższych miesiącach, co będzie wynikiem pogłębienia spowolnienia gospodarczego i zmniejszenia napływów na rynek obligacji. – W perspektywie końca 2013 złoty powinien jednak zyskiwać z powodu ożywienia globalnego oraz postępującego równoważenia polskiej gospodarki – mówi Marcin Mazurek, ekonomista BRE Banku.

Polska największym producentem sprzętu AGD w Europie

W 2012 roku wartość wyprodukowanych w Polsce artykułów gospodarstwa domowego wynosiła ok. 14 mld zł. 90 proc. tej produkcji stanowiło tzw. duże AGD: pralki, lodówki i kuchenki. Dziewięć na dziesięć egzemplarzy wysyłanych jest na eksport. Jednak jak wynika z raportu przygotowanego przez ekspertów Biura Analiz Sektorowych BRE Banku, branża musi walczyć z narastającą konkurencją ze strony azjatyckich rynków oraz stagnacją konsumpcji na rynku krajowym. Mimo tych wszystkich niesprzyjających czynników sektor ten znajduje się w stabilnej kondycji.

Pod względem wielkości produkcji sprzętu AGD Polska wyprzedza Włochy i Niemcy. W zależności od roku jej wartość rośnie od 5 do 10 proc. Ulokowanie wiodących producentów z tej branży akurat w naszym kraju wiąże się z korzystnym położeniem geograficznym, bliskością rynków wschodnich i stosunkowo tanią siłą roboczą.

Według danych za pierwsze dziesięć miesięcy 2012 roku pod względem wolumenowym zauważalny jest znaczny wzrost produkcji dużego AGD (o 8,6 proc. vs. analogiczny okres roku poprzedniego) oraz spadek wolumenu produkcji małego AGD (m.in. roboty kuchenne, blendery – o -17,3 proc.). „Powodem tej malejącej tendencji jest import sprzętu z Azji, znacznie tańszego niż polski, choć jakościowo gorszego. Rodzimi producenci nie mają szans wygrać cenowo z tamtejszymi przedsiębiorcami, choćby ze względu na dużo wyższe koszty pracy. Na szczęście z Dalekiego Wschodu, ze względu na gabaryty, nie opłaca się importować lodówek, pralek czy kuchenek, stąd niezagrożona pozycja Polski na tym rynku” – tłumaczy Mateusz Zieliński z Biura Analiz Sektorowych BRE Banku.

W pierwszej połowie 2012 roku wartość polskiego eksportu AGD wyniosła ok. 6,5 mld zł, co oznacza wzrost o 17,3 proc. w porównaniu z tym samym okresem w 2011 roku. Około 80 proc. sprzętu trafia do krajów UE, głównie Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. Przytoczone wcześniej dane potwierdzają wcześniejsze założenia, że tempo wzrostu eksportu powinno wynieść około 15 proc. Ratunkiem dla naszego eksportu jest Rosja i Ukraina, gdzie trafia coraz więcej polskich wyrobów w 2011 roku wzrost dynamiki sprzedaży wyniósł odpowiednio 26 i 11 proc..

Tylko niewielki procent wyprodukowanego towaru pozostaje w kraju. Sprzedawany u nas sprzęt jest średnio o 5-15 proc. tańszy od tego w starych krajach UE, dlatego na krajowym rynku w mijającym roku zauważalne były podwyżki cen o 5-7 proc. Ten proces rozpoczął już w 2011 roku giełdowy Zelmer. Jest on największym graczem na rynku tzw. małego AGD. Choć jego akcje w całości, w pierwszej połowie 2013 roku, ma zamiar przejąć niemiecki producent BSH Sprzęt Gospodarstwa Domowego. Co oczywiście umocni pozycję firmy Bosch/Siemens na rynku małego AGD.

Biorąc pod uwagę wszystkich producentów sprzętu AGD, zatrudniających łącznie ok. 20 tys. osób, w Polsce obecne są największe międzynarodowe podmioty: LG, BSH ,Electrolux, Indesit oraz Whirlpool. Na rynku panuje duża konkurencja, dlatego Samsung i LG w 2012 roku otworzyły nowe linie produkcyjne, a Indesit nową fabrykę. Ponadto ten ostatni na początku 2013 roku planuje uruchomić kolejny oddział.

Zdecydowana większość polskich domów jest wyposażona w podstawowy sprzęt gospodarstwa domowego, choć nie stać nas jeszcze na wymianę lodówki czy pralki tak często jak choćby naszych zachodnich sąsiadów. Według szacunków średnia długość użytkowania artykułów AGD w zależności od ich rodzaju wynosi u nas od siedmiu do czternastu lat. Lodówkę, pralkę, kuchenkę czy odkurzacz posiada ponad 95 proc. gospodarstw domowych. Ten rodzaj sprzętu AGD nie ma więc już dużego potencjału wzrostu. W polskich rodzinach zdecydowanie gorzej jest za to z kuchenkami mikrofalowymi (ma je jedynie ok. 50 proc. badanych), robotami kuchennymi (ponad 60 proc.), a przede wszystkim ze zmywarkami (ok. 15 proc.). To właśnie wśród tych produktów, a także sprzętu do zabudowy, istnieje duży potencjał wzrostu.

Gdzie Polacy kupują sprzęt AGD? Sprzedaż detaliczna prowadzona jest w Polsce przez około 5,6 tys. punktów handlowych. Należy jednak zaznaczyć, że w tej branży coraz większą wagę odgrywają sklepy internetowe. Z raportu Centre for Retail Research wynika, że wartość polskiego rynku e-Commerce miała wynieść w 2012 roku 5,6 mld euro, co oznaczałoby wzrost o 24 proc. rok do roku. „Dużą część zakupów przez Internet stanowią zakupy sprzętu elektronicznego. Należy się spodziewać, że udział ten w najbliższych latach będzie jeszcze wzrastać” – mówi Mateusz Zieliński. Znaczącą rolę odgrywają tu niezależni sprzedawcy oraz platformy handlowe jak Allegro. Dodatkowo, coraz więcej stacjonarnych sieci handlowych otwiera własne sklepy internetowe. Silną pozycję w tym segmencie mają Neonet oraz Euro-net, choć coraz bardziej muszą się liczyć z konkurencją ze strony największego detalisty Media Saturn Holding Polska (marki Media Markt i Saturn), który także zdecydował się na sprzedaż internetową. Pod względem liczby sklepów wygrywa zaś Neonet z około 500 placówkami, należy jednak zaznaczyć, że są one powierzchniowo znacznie mniejsze niż u konkurentów.

Zdaniem ekspertów z BRE Banku w związku ze spowolnieniem gospodarczym i znacznym obniżeniem się tempa wzrostu krajowej konsumpcji należy spodziewać się stagnacji na rynku detalicznej sprzedaży sprzętu AGD. Zakupy produktów zaliczanych do segmentu dużego AGD są podejmowane po dogłębnej analizie, dlatego popyt na nie ulega wahaniom koniunkturalnym. „W związku z tym, nie bez przyczyny zdecydowanie w lepszej kondycji podczas spowolnienia gospodarczego jest segment małego AGD (znacznie tańszego niż duże AGD), gdzie zakupy są często dokonywane pod wpływem emocji oraz chwili. Znaczenie ma również fakt, że podkategoria ta oznacza się dużą różnorodnością, co powoduje, że spadki w dynamice sprzedaży jednego produktu mogą zostać nadrobione wzrostami w innych obszarach” – wyjaśnia Mateusz Zieliński.

Handel hurtowy zdominowali w Polsce sami producenci. W 2011 roku wartość sprzedanych artykułów gospodarstwa domowego wyniosła 5,1 – 5,6 mld zł, z czego 4,3 mld zł przypadło na duże AGD. Na polskim rynku dużego AGD pod względem liczby sprzedanego sprzętu liderem jest giełdowa Amica tuż przed globalnymi producentami – Electroluxem oraz Boschem. Jednak biorąc pod uwagę wartość sprzedanych produktów to pierwsze miejsce przypada Electroluxowi. Sprzedaż małego AGD zdominowana jest zaś przez firmę Zelmer z 22 proc. udziałem sprzedaży oraz wicelidera (jednocześnie lidera w tym segmencie w Europie Środkowowschodniej) – firmę Philips (18 proc.). Po ewentualnym przejęciu Zelmera przez BSH grupa ta znacząco wzmocniłaby się jako lider na poziomie ok. 28 proc.

Pod hasłem artykuły gospodarstwa domowego kryje się nie tylko sprzęt elektroniczny. To także szkło gospodarcze oraz stołowe wyroby ceramiczne. Wartość sprzedaży szkła wyprodukowanego w Polsce wyniosła w 2011 roku 2,1 mld zł (wzrost o 6,9 rok do roku). Aż 80 proc. stanowiły opakowania, a resztę szkło użytkowe (np. szklanki). Polska jest szóstym co do wielkości producentem szkła w Europie. Jednak tylko co 11 opakowanie używane w naszym kraju wykonane jest z tego surowca i to mimo że cenowo jest on tańszy od papieru czy tworzywa sztucznego.

Przemysł szklarski przeszedł w ostatnich latach etap transformacji. Znaczna konkurencja cenowa sprawiła, że wiele polskich hut szkła uległo likwidacji, a lepiej prosperujące zostały przejęte przez międzynarodowych potentatów. Dzięki temu firmy zyskały dostęp do środków na modernizację linii produkcyjnych i zwiększenie efektywności. Cały przemysł szklarski obejmuje ok. 100 przedsiębiorstw, które zgodnie z prognozami w 2012 roku miały wytworzyć ponad 3 miliona ton szkła. Największymi graczami na tym rynku są: O-I, Ardagh Glass oraz Warta Glass.

Krótkoterminowe prognozy dla producentów szkła gospodarczego są pozytywne. Wysoki, sięgający ok. 40 proc. udział gazy w kosztach bezpośrednich produkcji od początku przyszłego roku będzie tańszy, co będzie skutkowało niewielkim pozytywnym wpływem na wyniki finansowe firm z branży szklarskiej. Długoterminowo sytuacja wygląda także dobrze ze względu na fakt, że zużycie opakowań szklanych na jednego mieszkańca Polski jest w zależności od szacunków w skali roku średnio od 10 do 20 kg niższe niż w krajach Europy Zachodniej, gdzie wynosi ono ok. 52 kg rocznie.

Spore zagrożenia występują na rynku wyrobów ceramicznych, których wartość produkcji w 2011 r. wynosiła 326 mln zł, co było spadkiem w porównaniu z 2010 rokiem o 5,7 proc. Spadek jest również możliwy w 2012 roku. Krajowi producenci oprócz presji kosztowej wpływającej negatywnie na marże muszą konkurować z tanimi produktami chińskimi (o gorszej jakości), które w coraz większym stopniu znajdują nabywców na rynkach europejskich. Co prawda w połowie 2012 roku UE nałożyła na chińskich producentów ceramiki cła antydumpingowe, co pomoże konkurować z Chińczykami, lecz należy pamiętać, że na razie będą one obowiązywać tylko do połowy maja 2013 roku. Wyższe koszty bezpośrednie oraz wyższe koszty pracy niż u dalekowschodnich producentów decydują o niższej konkurencyjności cenowej polskich przedsiębiorców. Branża producentów ceramicznych wyrobów stołowych i ozdobnych zdominowana jest przez małe i mikroprzedsiębiorstwa. Liderem pod względem wartości sprzedaży produkcji na tym rynku jest Lubiana, wyprzedzająca zakłady ZPS Karolina i Porcelanę Chodzież.

Raport Rynek Pracy Specjalistów w 2012 roku

Na rynku pracy bywało już lepiej. Jak wynika z raportu Pracuj.pl „Rynek Pracy Specjalistów”, w 2012 roku z kwartału na kwartał perspektywy na znalezienie pracy były coraz gorsze. Nie wszystkie grupy specjalistów miały jednak z tym problem.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego I połowę 2012 roku na rynku pracy charakteryzował stopniowy spadek bezrobocia (z 13,2% w styczniu do 12,3% w lipcu), a II połowę jego stopniowy wzrost (w listopadzie stopa bezrobocia wynosiła już 12,9%, a w grudniu, według danych MPiPS, 13,3%). Również analizując dane Pracuj.pl, dotyczące liczby ofert opublikowanych przez pracodawców w serwisie, można powiedzieć, że zdecydowanie lepsza była pierwsza połowa roku, a szczególnie I kwartał, kiedy odnotowano rekordową w historii serwisu liczbę opublikowanych propozycji zatrudnienia – ponad 91 tysięcy.

Sytuacja zaczęła się pogarszać po wakacjach, choć warto wspomnieć o wyjątkowo dobrym październiku (blisko 30 tys. ofert w serwisie). W sumie w drugiej połowie roku liczba ofert była o 10% niższa niż w pierwszej, a najgorszy był IV kwartał. Trzeba jednak pamiętać, że tradycyjnie już w tym okresie, a szczególnie w grudniu, firmy wstrzymują procesy rekrutacyjne.

Analiza rocznej dynamiki wzrostu* liczby ofert pracy w podziale na poszczególne miesiące pokazuje, że sytuacja na rynku pracy w 2012 roku była relatywnie gorsza niż w 2011. Krzywa całego 2011 roku znajduje się po dodatniej stronie – co oznacza, że każdy miesiąc tego roku był pod względem liczby ogłoszeń lepszy niż analogiczny okres w roku poprzedzającym, czyli w 2010. Amplituda wzrostu waha się od 13% do nawet 60%.

Natomiast w 2012 roku dynamika wzrostu w pięciu miesiącach znalazła się poniżej zera, co oznaczało mniejszą niż rok wcześniej liczbę ofert pracy. W ubiegłym roku najlepsze dla osób szukających pracy były pierwsze trzy miesiące roku, kiedy to było od 10 do 20% ofert więcej niż rok wcześniej oraz październik (o 8% więcej ogłoszeń). Co prawda nie można jeszcze mówić o kryzysie, ale z pewnością obserwujemy spowolnienie przyrostu liczby ofert i początek stagnacji na rynku pracy. Potwierdza to też całkowita liczba opublikowanych ofert w Pracuj.pl. W 2012 roku było ich bowiem prawie tyle samo (niecałe 330 tys.) co w 2011 (wzrost zaledwie o 1,85%).

Budownictwo w dół, turystyka do góry

W porównaniu do 2011 roku popyt na pracowników spadł najbardziej w branży budowlanej (o 18%) oraz
w przemyśle lekkim (spadek o 12%). Ubiegły rok był za to lepszy od 2011 – przede wszystkim za sprawą Mistrzostw Europy w piłce nożnej – dla osób szukających pracy w branży turystycznej i gastronomii (wzrost liczby ofert o 14%). Ale wzrosty odnotowano również w sektorze edukacyjnym i szkoleniowym (także o 14%) oraz w branży IT (wzrost o prawie 10%).

Najwięcej pracodawców poszukujących ludzi do pracy pochodziło z branż: handel i sprzedaż (28% wszystkich opublikowanych ofert); bankowość, finanse i ubezpieczenia (17%); telekomunikacja i zaawansowane technologie (12%) oraz przemysł ciężki (11%).

Handlowcem albo informatykiem być

W 2012 roku najczęściej poszukiwano specjalistów do działów sprzedaży oraz działów IT. W sumie oferty dla tych dwóch specjalizacji stanowiły 65% wszystkich opublikowanych w Pracuj.pl. Poszukiwanymi pracownikami byli również: pracownicy działów obsługi klienta i call center, działów finansowych (choć sporą część wakatów stanowiły tu oferty dotyczące doradztwa dla klienta i wsparcia sprzedaży) oraz różnego rodzaju specjaliści z wykształceniem technicznym. Trzeba jednak podkreślić, że ofert dla tych ostatnich było zdecydowanie mniej niż w 2011 roku (spadek aż o 10%). Natomiast w stosunku do 2011 najbardziej, bo prawie o 26%, wzrosło zapotrzebowanie na szkoleniowców, a także na księgowych (prawie 21% wzrostu).

W minionym roku prawie co 5. opublikowana oferta pochodziła z woj. mazowieckiego, ale w porównaniu z 2011 rokiem liczba propozycji zatrudnienia od pracodawców z tego regionu spadła najbardziej, bo o 3,5%. Wpływ na to miał przede wszystkim spadek zapotrzebowania na pracowników w branży budowlanej.

Więcej ofert było za to w woj. małopolskim (wzrost o 9,6%) i woj. dolnośląskim (wzrost o 6,8%). W przypadku tych regionów większa liczba ofert pracy wynikała przede wszystkim z rozwoju centrów usług wspólnych oraz sektora badawczo-rozwojowego. Szukano tam przede wszystkim specjalistów do działów badań i rozwoju, IT, księgowych, a także do działów personalnych. W 2012 roku nie zmieniła się natomiast prawie w ogóle liczba propozycji oferowanych przez zagranicznych pracodawców.

W 2012 roku pracodawcy szukali specjalistów i kierowników (wzrost liczby propozycji względem 2011 o ok. 3%). Mniej propozycji miały za to kadry najwyższego i najniższego szczebla. W tym ostatnim spadek wyniósł ponad 8%.

*Roczna dynamika wzrostu liczby ofert pracy to pokazany w procentach wzrost/spadek liczby opublikowanych ogłoszeń w danym miesiącu roku do analogicznego okresu w roku poprzedzającym.

Sąd Apelacyjny podtrzymał korzystny wyrok dla MCI

Sąd Apelacyjny we Wrocławiu na rozprawie 17 stycznia wydał werdykt w sprawie z powództwa MCI przeciwko Skarbowi Państwa. Zgodnie z sentencją wyroku odczytaną przez Sąd MCI wygrał spór o odszkodowanie za utratę wartości akcji JTT w wyniku jej upadłości. Na jego rzecz zasądzono kwotę 28.821.828,28 zł plus ustawowe odsetki.

Sąd Apelacyjny ponownie zajął się sprawą JTT po uchyleniu wyroku przez Sąd Najwyższy w czerwcu 2012 roku. Na dzisiejszym posiedzeniu ogłosił wyrok w rozprawie z powództwa MCI Management S.A. przeciwko Skarbowi Państwa – Dyrektorowi Urzędu Kontroli Skarbowej we Wrocławiu w sprawie upadłości spółki JTT Computer S.A, w którym podtrzymał werdykt tego samego sądu z kwietnia 2011 r. przyznając MCI odszkodowanie w wysokości 28.821.828,28 zł. Zasądzona kwota jest niższa od poprzednio przyznanej o 83 tys. zł. W sumie po uwzględnieniu odsetek ustawowych Sąd przyznał MCI Management odszkodowanie w kwocie ok 46 mln zł.

– Sąd Apelacyjny w sposób jednoznaczny potwierdził prawo MCI Management do otrzymania odszkodowania za doprowadzenie do upadłości JTT wskutek błędnych decyzji służb skarbowych. Czujemy satysfakcję, że Sąd Apelacyjny przyznał nam rację i wieloletni spór z Urzędem Kontroli Skarbowej zakończył wyrokiem korzystnym dla MCI – skomentowała Magda Pasecka, Członek Zarządu MCI Management SA.

Wyrok jest prawomocny i jest kolejnym rozstrzygnięciem w toczącym się postepowaniu, którego historia sięga 2006 r. JTT Computer SA to niegdyś jedna z największych polskich firm komputerowych. Jej udziałowcem było m.in. MCI Management, które posiadało ponad 40% udziałów w spółce komputerowej. Wskutek bezprawnych decyzji Urzędu Kontroli Skarbowej we Wrocławiu spółka została doprowadzona do upadłości. W czerwcu 2012 r. Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego przyznającego MCI Management 28,9 mln odszkodowania wraz z odsetkami ustawowymi, co stanowiło kwotę 46,5 mln na dzień wypłaty, i przekazał sprawę Sądowi Apelacyjnemu do ponownego rozpoznania. 17 stycznia 2013 r. sprawa była ponownie przedmiotem rozprawy sądowej.

Ponad 3,4 mld zł – to kwota pomocy de minimis udzielonej w 2011 roku

W 2011 roku wartość pomocy de minimis wyniosła 3 446,6 mln zł. To o 25 proc. mniej niż w 2010 roku. Najczęściej przedsiębiorcy otrzymywali różnego rodzaju dotacje, ulgi podatkowe. Wsparcie było udzielane głównie ze źródeł zasilanych jednocześnie ze środków krajowych i zagranicznych. Spadek wartości pomocy związany jest przede wszystkim z zawarciem w 2011 roku mniejszej ilości umów związanych ze wsparciem środków funduszy unijnych.

Pomoc de minimis to wsparcie państwa udzielane przedsiębiorcom, które nie wymaga notyfikacji Komisji Europejskiej. Zgodnie bowiem z zasadą prawa rzymskiego de minimis non curat lex (prawo nie troszczy się o drobiazgi), pomoc o niewielkich rozmiarach nie powoduje naruszenia konkurencji na rynku. Jednak łączna wartość pomocy de minimis dla jednego beneficjenta nie może przekroczyć 200 tys. euro w okresie trzech lat kalendarzowych, a przypadku przedsiębiorców z sektora transportu drogowego – 100 tys. euro.

Proste zasady udzielania pomocy de minimis powodują, że najczęściej korzystają z niej mniejsze podmioty. W 2011 roku z tej formy wsparcia skorzystało 130 tys. przedsiębiorców, a 77 proc. wartości pomocy de minimis trafiło do mikroprzedsiębiorstw, co wiąże się głównie z prostymi zasadami jej udzielania i brakiem powiązania z konkretnymi projektami. Jedynie ok. 5 proc. pomocy de minimis trafiło w 2011 roku do dużych przedsiębiorców.

W 2011 roku największej pomocy de minimis udzielił Prezes Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (1 167,3 mln zł). To ponad 30 proc. całej wartości pomocy de minimis. Kwota ta została głównie przeznaczona na działania w ramach programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Na drugim miejscu znalazły się jednostki samorządowe (1 151 mln zł) – większość pieniędzy rozdysponowali starostowie powiatów głównie w ramach dotacji i refundacji związanych z zatrudnieniem i instytucjami rynku pracy. Gminy często stosowały zwolnienia podatkowe i umarzały zaległości podatkowe lub rozkładały je na raty. W 2011 roku pomocy de minimis o dużej wartości udzielili także beneficjenci Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki (306,9 mln zł) głównie na szkolenia i usługi doradcze.

Od kilku lat utrzymuje się stała tendencja, zgodnie z którą najwięcej pomocy de minimis udziela się w kilku tych samych województwach. W 2011 roku pomocy de minimis o największej wartości udzielono przedsiębiorcom z województwa wielkopolskiego (472,1 mln zł), mazowieckiego (462,2 mln zł), małopolskiego (323,9 mln zł). Najmniej otrzymali natomiast przedsiębiorcy z województwa podlaskiego (117,1 mln zł), lubuskiego (82,5 mln zł) oraz opolskiego (76,3 mln zł).

Rośnie zadłużenie branży budowlanej

W porównaniu do ubiegłego roku liczba firm z tego sektora notowanych w Krajowym Rejestrze Długów wzrosła o 23%. Ich zadłużenie to już prawie 400 milionów złotych. Na liście dłużników znajduje się 9 648 firm budowlanych z całej Polski. Rekordzista ma prawie 6 milionów złotych długu. Wśród zadłużonych firm budowlanych dominują te z Mazowsza (15,5%), Śląska (13,81%), Dolnego Śląska (9,36%) i Wielkopolski (8,92%). Ponad 56% procent długów firm budowlanych to zobowiązania wobec innych przedsiębiorstw z tego samego sektora.

Jak wynika z najnowszego badania „Portfel Należności Polskich Przedsiębiorstw” zrealizowanego przez Krajowy Rejestr Długów i Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych problem zatorów płatniczych narasta w całej gospodarce, ale w budownictwie jest najbardziej dotkliwy. O ile w całej gospodarce 24,9% przedsiębiorstw wskazuje, że ma coraz większe kłopoty z otrzymaniem na czas należności, to w budownictwie problem ten dotyka 30,2% firm i jest to najwyższy wskaźnik spośród wszystkich branż. Podobnie sytuacja wygląda jeśli chodzi o odsetek niezapłaconych w terminie faktur. W skali całej gospodarki jest ich 26,6%, a w budownictwie 29,9% i to też najgorszy wynik, jeśli chodzi o branże. Trudno się w takiej sytuacji dziwić, że także w tym sektorze jest najwięcej pesymistów, którzy z obawą patrzą w przyszłość.

71,5% przedsiębiorców z tej branży twierdzi, że zaległe zobowiązania są ogromną barierą, która bardzo mocno wpływa na działalność biznesową. To również wskaźnik mocno odbiegający od średniej dla całej gospodarki, gdzie wynosi on 63%. Trudno się zatem dziwić, że 47,2% firm budowlanych musi tylko z powodu zatorów płatniczych ograniczać inwestycje, 40,7% nie jest w stanie regulować swoich należności, a 21,4% redukuje zatrudnienie.

– Sytuacja tej branży jest trudna. Dynamika produkcji budowlano-montażowej kolejny kwartał z rzędu bardzo znacząco spadła i jest o blisko 5% niższa niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Niestety jest to zarówno związane z bardzo słabą sytuacją na rynku mieszkaniowym – ogromną nadpodażą nowych mieszkań, a także z coraz gorszą sytuacją w inwestycjach infrastrukturalnych, gdyż impuls związany z budową infrastruktury na Euro 2012 powoli wygasa. Trzeba też pamiętać, że znacząca grupa przedsiębiorstw poniosła straty na projektach infrastrukturalnych, co przekłada się na spadek zaufania do branży budowlanej w całości, a także zmniejsza zdolność firm z tej branży do podejmowania nowych projektów inwestycyjnych – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Dynamiczny rozwój Polski do 2030 roku, a potem stopniowe wyhamowanie

Do 2030 roku PKB Polski z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej wzrośnie z 813 mld USD do 1415 mld USD. Później nasza gospodarka będzie rozwijać się znacznie wolniej i w 2050 roku wypadnie z pierwszej dwudziestki najsilniejszych rynków globu. Aby temu zapobiec musi zwiększyć się poziom krajowych oszczędności i inwestycji – są to główne wnioski z raportu przygotowanego przez firmę doradczą PwC „World in 2050”.

Raport PwC publikowany od 2006 roku po raz pierwszy objął Polskę, która jako wiodący kraj Unii Europejskiej w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, znalazła się na liście 20 najsilniejszych gospodarek świata, zajmując osiemnastą pozycję. W 2011 roku polskie PKB z uwzględnieniem siły nabywczej przewyższa produkt krajowy brutto Argentyny oraz Arabii Saudyjskiej. Liderami zestawienia są odpowiednio w kolejności USA, Chiny oraz Japonia.

Według analiz PwC nasz kraj będzie nadal się rozwijać i w 2030 roku polskie PKB z uwzględnieniem siły nabywczej osiągnie poziom dzisiejszego produktu krajowego brutto takich znaczących gospodarek, jak Korea Południowa, czy Kanada. Po 2030 roku rozwój niestety wyhamuje. Według prognoz w 2050 roku, w porównaniu do roku 2030, Polska, podobnie jak Australia, znajdzie się poza czołową dwudziestką najsilniejszych gospodarek świata, a w zestawieniu pojawią się nowe kraje takie jak Wietnam czy Nigeria.

Do 2050 roku PKB Polski będzie rosło średnio w tempie około 2,5 proc. rocznie. Aby zobrazować zmiany w poziomie produktu krajowego brutto w poszczególnych okresach, analitycy PwC zestawili ze sobą dane oraz prognozy dla Polski i Niemiec. „Na początku procesu reform z 1990 roku polskie PKB na głowę mieszkańca według rynkowych kursów wymiany stanowiło jedynie 8 proc. niemieckiego, a uwzględniając parytet siły nabywczej – 32 proc. Bieżące wskaźniki porównujące Polskę i Niemcy wynoszą odpowiednio 30 proc. i 54 proc.” – komentuje Mateusz Walewski, Starszy Ekonomista w PwC.

Dotychczas polska gospodarka rozwijała się znacznie szybciej niż niemiecka, co było efektem kumulacji kilku czynników. „Polska to nadal stosunkowo biedny kraj, który ciągle się modernizuje. Poziom zatrudnionych w rolnictwie sięga 12 proc. i należy do najwyższych w Unii Europejskiej. Dzięki obecności w UE nasz kraj jest jednak postrzegany jako atrakcyjny rynek dla inwestorów zagranicznych. Polska to też europejska czołówka pod względem współczynnika skolaryzacji. To daje nadzieję dla potencjalnych inwestorów na pozyskanie wykwalifikowanej, obeznanej we współczesnych technologiach kadry. Dodatkowo, co najmniej do 2020 roku, Polska będzie jednym z największych odbiorców funduszy UE, co pozwoli na rozwój infrastruktury i unowocześnienie gospodarki” – analizuje Mateusz Walewski.

Ten stan też, jak prognozują analitycy PwC, ma szansę trwać do 2030 roku. Później różnice w tempie rozwoju zaczną się wyrównywać, co oznacza, że Polska praktycznie przestanie gonić swego zachodniego sąsiada.

Podstawowym czynnikiem zahamowania tempa wzrostu dla naszego kraju jest demografia. W wieku produkcyjnym (pomiędzy 15-64) w 2035 roku będzie nas aż o 14 proc. mniej. Polska ma jeden z najniższych wskaźników dzietności w UE (1,3), co więcej nie jest tak atrakcyjnym miejscem dla emigrantów jak np. sąsiednie Niemcy.

Inną barierą na drodze szybkiego rozwoju w kolejnych dekadach jest niska skłonność do oszczędzania. Znaczna część inwestycji w Polsce w ostatnich latach była finansowana przez napływ kapitału zagranicznego. Średni deficyt obrotów bieżących w polskiej gospodarce od 2004 r. wynosi 4,5 proc. PKB.

„Aby proces rozwoju polskiej gospodarki po 2030 roku mógł być kontynuowany, konieczne jest podniesienie poziomu zarówno krajowych oszczędności, jak i inwestycji” – podsumowuje Mateusz Walewski.

Raport „Word in 2050” został opublikowany przez firmę doradczą PwC po raz pierwszy w marcu 2006 roku i zawierał prognozy dotyczące potencjalnego wzrostu PKB w 17 wiodących gospodarkach świata w okresie do 2050 roku. Obejmował on kraje z tzw. grupy G7 (USA, Japonię, Niemcy, Wielką Brytanię, Francję, Włochy i Kanadę), Australię, Koreę Południową, Hiszpanię oraz kraje z tzw. grupy E7 , czyli siedem najszybciej rozwijających się krajów na świecie (Chiny, Indie, Brazylię, Rosję, Indonezję, Meksyk i Turcję). Prognozy te były aktualizowane w marcu 2008 i styczniu 2011 r., przy rozszerzeniu listy krajów o Argentynę, RPA, Arabię Saudyjską, Wietnam i Nigerię. Obecna analiza obejmuje również Polskę (jako wiodącą gospodarkę UE w regionie Europy Środkowo-Wschodniej) oraz Malezję (jako szybko rozwijającą się średnią gospodarkę w regionie Azji i Pacyfiku).

Do końca 2013 roku liczba użytkowanych smartfonów zbliży się do 2 miliardów

W tym roku globalna sprzedaż smartfonów sięgnie miliarda, a to oznacza, że pod koniec 2013 r. w użytku będzie ich na całym świecie blisko 2 mld. Pomimo zaawansowania technologicznego nowych telefonów aż 20 proc. właścicieli używa ich jedynie do podstawowych funkcji, np. połączeń telefonicznych czy wysyłania wiadomości tekstowych. W Polsce wskaźnik ten sięga nawet 30 proc. Rok 2013 zapowiada się też jako okres dalszego rozwoju telewizji hybrydowej i OTT oraz stopniowego wprowadzania bardziej skomplikowanych zabezpieczeń naszych kont na różnych portalach, które będą skuteczniej chronić nas przed atakami hakerów. Na te właśnie trendy kształtujące rynek nowoczesnych technologii, mediów i telekomunikacji wskazuje firma doradcza Deloitte w tegorocznej, 12. edycji raportu „TMT Predictions 2013”. Sprawdzalność ubiegłorocznych prognoz Deloitte wyniosła aż 82 proc.

W 2013 r. jeden na pięciu właścicieli smartfona na świecie nie połączy się z Internetem za pośrednictwem sieci komórkowej lub Wi-Fi. Oznacza to, że 400 mln smartfonów będzie wykorzystywane jedynie do podstawowych funkcji komunikacyjnych. Użytkownicy, którzy nie umieją lub nie chcą korzystać z pełnej gamy funkcjonalności smarfonów najczęściej obawiają się związanych z tym kosztów. Jak wynika z badania Deloitte przeprowadzonego w 15 krajach na świecie, od 26 do 60 procent użytkowników telefonów komórkowych dostało w ciągu ostatniego roku rachunek wyższy niż oczekiwali. W Polsce odsetek użytkowników wykorzystujących potencjał smartfonów w bardzo ograniczonym zakresie sięga nawet 30 proc. „Wśród użytkowników smartfonów trzeba cały czas kreować popyt na usługi transmisji danych, budować świadomość możliwości tych urządzeń. Można to osiągnąć na przykład przez wspieranie rozwoju aplikacji mobilnych, odpowiednie konstruowanie planów taryfowych czy też rozbudowywanie sieci. Są w Polsce smartfony poza zasięgiem sieci 3G, które tylko czekają na sygnał i… ciekawą taryfę” – tłumaczy Grzegorz Sencio, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Zdaniem ekspertów Deloitte w tym roku już nawet 100 operatorów komórkowych na świecie będzie oferować nielimitowany dostęp do określonych aplikacji w ramach stałych miesięcznych abonamentów. Oferta typu AYCA („all-you-can-app”, korzystanie z aplikacji bez ograniczeń) oznacza, że użytkownik w zamian za stałą, miesięczną opłatę, ma do niej nieograniczony dostęp. W ocenie Deloitte ceny usług typu AYCA będą się kształtować od zera do kilkudziesięciu dolarów miesięcznie. Wśród najpopularniejszych aplikacji, które są wskazywane przez użytkowników smartfonów jako te, do których chcieliby mieć nieograniczony dostęp przeważają media społecznościowe, usługi e-mail oraz wideo. Facebook był najbardziej pożądanym serwisem w ubiegłym roku w 12 z 14 przebadanych krajów (oprócz Rosji i Japonii), na drugim miejscu znalazł się YouTube (badanie Deloitte, grudzień 2012 r.).

Smartfony i tablety zrewolucjonizowały nie tylko rynek telekomunikacyjny, ale także medialny i technologiczny. Coraz większa ich popularność mogła stwarzać wrażenie, że niebawem zastąpią one komputery osobiste. Według ekspertów Deloitte nie ma takiego zagrożenia, a PC ciągle trzymają się mocno. W tym roku będą generować ponad 80 proc. ruchu w Internecie mierzonego w bitach. Co więcej, w dalszym ciągu ponad 70 proc. godzin spędzanych przy różnego rodzaju urządzeniach przetwarzających dane (PC, smartfonach, tabletach) przypadać będzie na komputery osobiste. Dużą część tego czasu spędzamy przed komputerem w godzinach pracy, ale również prywatnie prawdopodobnie przez więcej niż połowę czasu ciągle będziemy używać pecetów. Zdaniem Deloitte nie ma zatem mowy o „erze postpecetowej”, nadeszła wręcz era „peceta plus”. „Użytkownicy komputerów są nie tylko biernymi odbiorcami treści, ale są też jej twórcami. Łatwiej jest pracować na PC niż na tabletach czy smartfonach. Dlatego w 2013 r. na świecie nadal w użytku będzie aż 1,6 mld komputerów osobistych” – wyjaśnia Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Coraz częstsza obecność w Internecie powoduje, że więcej spraw, w tym dotyczących naszych finansów, załatwiamy za jego pośrednictwem. Jak zwraca uwagę Deloitte, powinno to zwiększać naszą wrażliwość na kwestie bezpieczeństwa. Zabezpieczenia dotychczas uważane za wystarczające mogą się okazać coraz mnie skuteczne w obliczu ataków hakerów. W tym roku aż 90 proc. haseł generowanych przez użytkowników będzie w ocenie Deloitte podatnych na ataki hakerów. Niewystarczające zabezpieczenie haseł może spowodować straty liczone w miliardach dolarów, spadek zaufania do transakcji internetowych i znaczące naruszenie reputacji spółek, którym nie udało się powstrzymać ataków.

Przez lata, często stosowane ośmioznakowe hasła, wykorzystujące małe i wielkie litery oraz cyfry i znaki specjalne uznawane były za bezpieczne. Niestety internauci powszechnie ułatwiają sobie życie, a przy okazji niestety również hakerom, poprzez stosowanie zbyt oczywistych kombinacji. Często popełniają też kardynalny błąd, używając wielokrotnie tego samego hasła w różnych serwisach, w tym jednocześnie, np. do transakcji bankowych i na serwisach społecznościowych. Jeszcze gorzej jest w przypadku transakcji wykonywanych za pośrednictwem urządzeń mobilnych. Ich użytkownicy nie chcą tracić czasu na wpisywanie hasła, więc je zbytnio upraszczają. Zdaniem ekspertów Deloitte rozwiązaniem, które znajdzie szersze zastosowanie już w tym roku będzie uwierzytelnianie wielopoziomowe. „Polega ono na tym, że oprócz loginu i hasła, wpisujemy także np. hasło otrzymane na telefon komórkowy lub autoryzujemy operację odciskiem palca. Zabezpieczenia tego typu są zdecydowanie bardziej skuteczne, ponieważ prawdopodobieństwo, że hakerzy mają, np. jednocześnie dostęp do naszego komputera i telefonu komórkowego jest małe” – wyjaśnia Jakub Wróbel.

W mediach rok 2013 będzie przede wszystkim okresem rozwoju telewizji hybrydowej, ale też zmiany sposobu spędzania czasu przed telewizorem. Jak zauważają eksperci Deloitte, telewizja hybrydowa, polegająca na połączeniu telewizji cyfrowej z usługami interaktywnymi, rozwija się dziś niejako „przy okazji” postępującej ewolucji odbiorników TV. Okazuje się bowiem, że konsumenci decydujący się na zakup telewizora umożliwiającego dwukierunkową łączność z Internetem rzadko korzystają z tej funkcjonalności. W większości przypadków o zakupie decydują bowiem takie czynniki jak: cena, wielkość ekranu, grubość telewizora czy wręcz szerokość jego ramy. W 2013 r. liczba odbiorników umożliwiających korzystanie z telewizji hybrydowej przekroczy 100 milionów. Do końca dekady natomiast zdecydowana większość nowych telewizorów sprzedawanych w krajach rozwiniętych będzie miała taką możliwość.

Mimo przewidywanego wzrostu sprzedaży, zaledwie niewielka część – bo co najwyżej 15 procent odbiorników telewizji hybrydowej, które zostaną kupione w tym roku, będzie trafi do użytkowników głównie z powodu tej właśnie funkcjonalności. Co więcej, jak zauważają eksperci Deloitte, wiele gospodarstw domowych ma już telewizory hybrydowe, czasami nawet o tym nie wiedząc. „Odbiornik może być podłączony do Internetu nie tylko bezpośrednio, ale również za pomocą wielu urządzeń peryferyjnych, m.in. dekoderów cyfrowych czy nowoczesnych konsoli do gier, które często mają dwukierunkową łączność z siecią” – wyjaśnia Maciej Klimek, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte. „W co najmniej dziesięciu krajach badanych przez Deloitte, telewizory hybrydowe znajdują się już w ponad 30 proc. domów, a na kilku rynkach o dużej penetracji szerokopasmowego Internetu może to być nawet 60 proc.”- dodaje. W Polsce na razie telewizja hybrydowa jest w początkowej fazie rozwoju. Jak dotąd jedynie TVP i Eska TV udostępniła widzom możliwość korzystania z takiej usługi.

Jak wynika z prognoz Deloitte rok 2013 będzie też końcem ery domowej walki o pilota. Około dziesięciu procent rodzin w krajach rozwiniętych i około trzech procent w krajach rozwijających się będzie oglądało telewizję jednocześnie na kilku ekranach. Innymi słowy, w domach pojawią się dwa lub więcej odbiorniki, najprawdopodobniej różnych rozmiarów, na których będzie można oglądać jednocześnie różne programy telewizyjne w tym samym pomieszczeniu. „Dwa ekrany w jednym salonie” nie oznaczają jednak, że koniecznie muszą to być dwa telewizory. Tym drugim odbiornikiem najczęściej jest i będzie laptop lub tablet.

Inflacja ponownie poniżej celu NBP

W grudniu roczny wskaźnik inflacji obniżył się do 2,4 proc. z 2,8 proc. zanotowanych w listopadzie 2012 r. Tym samym inflacja okazała się niższa od celu NBP na poziomie 2,5 proc.

– W grudniu jedyny istotny wzrost, zresztą typowo sezonowy, zanotowano w kategorii ceny żywności, gdzie ceny zwiększyły się o 0,8 proc. w skali miesiąca – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku. – W wielu kategoriach, takich jak odzież i obuwie, paliwa, transport, rekreacja i kultura ceny spadły. Ceny użytkowania mieszkania nie zmieniły się – dodaje ekonomista. Inflacja bazowa obniżyła się do 1,4 proc. – Tym samym z danych wyłania się obraz silnej dezinflacji w Polsce. Nie tylko potwierdza to skalę spowolnienia popytu wewnętrznego, ale i kontrastuje z obawami Rady Polityki Pieniężnej, jakoby inflacja bazowa miała spadać za wolno – tłumaczy Ernest Pytlarczyk.

– W kolejnych miesiącach spodziewamy się dalszego spadku inflacji. W styczniu będzie ona niższa niż 2 proc. Do końca II kw. spadnie poniżej dolnego ograniczenia celu NBP – ocenia Marcin Mazurek, starszy analityk BRE Banku. Jego zdaniem inflacja bazowa powinna w 2013 roku notować niemal monotoniczny spadek. – Nasz model oparty na opóźnionej dynamice spożycia indywidualnego oraz kursie walutowym wskazuje, że do końca 2013 roku ta miara inflacji obniży się grubo poniżej 1 proc., nawet przy założeniu – na dzień dzisiejszy coraz bardziej realnym – osłabienia kursu walutowego do poziomu 4,25 – uzupełnia Ernest Pytlarczyk.

Zdaniem ekonomistów BRE w takim scenariuszu, okraszonym dodatkowo słabymi danymi ze sfery realnej, ciężko będzie RPP dokonać pauzy w lutym, czy wiarygodnie uzasadnić czynnikami globalnymi sygnalizowaną zmianę tonu. – Oczekujemy zatem, że RPP obniży stopy w lutym i wbrew obecnym komentarzom jastrzębich członków kontynuować będzie cykl poluzowania do poziomu 3,25 proc. – mówi główny ekonomista BRE Banku.

Dzisiejsze dane spowodowały spadek stawek na krótkim końcu krzywej o około 5pb. Są one początkiem sekwencji prowadzącej do korekty ostatnich wzrostów stóp rynkowych. Większego efektu (tj. spadków stóp rynkowych) eksperci BRE spodziewają się po serii piątkowych danych (prognozują spadek produkcji przemysłowej o 9,1 proc. r/r). Korekta ta odbędzie się jednak trochę wbrew oczekiwaniom co do globalnego trendu (oczekiwanie ożywienia w USA i wygaszanie QE do końca 2013 r.).