Brexit jako ostrzeżenie. Jak polexit mógłby wpłynąć na ceny mieszkań w Polsce

„Co stanie się z rynkiem mieszkań po polexicie, o ile ten nastąpi? Jedna lekcja z 2004 roku może powiedzieć o przyszości bardzo dużo” – pisze ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Debata o potencjalnym wyjściu Polski z Unii Europejskiej regularnie wraca do przestrzeni publicznej, ostatnio pretekstem stało się weto prezydenckie do ustawy o SAFE. Niemal na pewno kwestia stosunku do UE będzie jednym z wiodących tematów kampanii wyborczej w 2027 roku. W dyskusjach często pojawiają się skrajne uproszczenia: z jednej strony wizja natychmiastowej katastrofy, z drugiej – przekonanie, że „nic wielkiego by się nie stało”.  – Tymczasem rzeczywistość, zwłaszcza w kontekście rynku mieszkaniowego, jest znacznie bardziej złożona – uważa Jarosław Jędrzynski z portalu RynekPierwotny.pl

Zdaniem analityków portalu rynekpierwotny.pl najuczciwiej mówić tu o analizie scenariuszowej. Nie chodzi o przewidywanie konkretnych poziomów cen, lecz o zrozumienie mechanizmów, które zaczęłyby działać, gdyby Polska rzeczywiście weszła na ścieżkę wyjścia z UE. A te mechanizmy są dobrze rozpoznane – również dzięki doświadczeniom Wielkiej Brytanii po Brexicie.

Rynek mieszkań zależy od gospodarki

Rynek nieruchomości nie funkcjonuje w próżni i jest silnie powiązany z gospodarką. Jego fundamenty są stosunkowo proste: dochody gospodarstw domowych, dostępność kredytu oraz oczekiwania co do przyszłości, zwłaszcza w kwestii koniunktury gospodarczej i rynku pracy. To właśnie dlatego wydarzenia polityczne mogą mieć realny wpływ na ceny i aktywność rynkową – nawet zanim zajdą jakiekolwiek formalne zmiany.

– Sam sygnał, że kraj może opuścić największy blok gospodarczy świata, zmienia sposób, w jaki banki, inwestorzy i konsumenci oceniają ryzyko. A to wystarczy, by uruchomić procesy, które bezpośrednio przekładają się na rynek mieszkań – komentuje Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu rynekpierwotny.pl.

Zaufanie i koszt pieniądza

Pierwszym i najszybszym kanałem oddziaływania byłoby pogorszenie warunków finansowania. W sytuacji rosnącej niepewności inwestorzy zaczynają wymagać wyższej premii za ryzyko, co prowadzi do wzrostu kosztów finansowania w całej gospodarce. Towarzyszyć temu mogłaby presja na osłabienie złotego oraz większa ostrożność sektora bankowego.

Dla rynku mieszkaniowego oznaczałoby to przede wszystkim spadek dostępności kredytów. Banki, obawiając się pogorszenia sytuacji gospodarczej, zaostrzałyby kryteria oceny klientów, a wyższe koszty finansowania przekładałyby się na droższe kredyty. W efekcie zdolność kredytowa gospodarstw domowych uległaby obniżeniu, co bezpośrednio ograniczyłoby popyt na mieszkania.

Taki proces nie musi prowadzić do natychmiastowego spadku cen. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz spowolnienia rynku: mniejsza liczba transakcji, wydłużony czas sprzedaży i rosnąca presja na korekty cen w niektórych segmentach.

Dochody i rynek pracy

Jeszcze ważniejszy w dłuższym okresie byłby wpływ na realną gospodarkę. Polska jest silnie powiązana z rynkiem Unii Europejskiej, zarówno pod względem handlu, jak i inwestycji. Ewentualne wyjście z UE oznaczałoby większą niepewność w relacjach gospodarczych, co mogłoby przełożyć się na ograniczenie eksportu i spadek atrakcyjności inwestycyjnej kraju.

W praktyce oznaczałoby to wolniejszy wzrost produktywności oraz słabszą dynamikę płac. A to właśnie dochody są podstawowym czynnikiem determinującym popyt na mieszkania. Jeśli gospodarstwa domowe zarabiają wolniej lub ich sytuacja zawodowa staje się mniej stabilna, skłonność do podejmowania długoterminowych zobowiązań – takich jak kredyt hipoteczny – wyraźnie maleje.

W tym sensie wpływ polexitu na rynek mieszkań byłby pośredni, ale bardzo silny. Nie chodzi tylko o ceny, lecz o zdolność ludzi do wejścia na rynek.

Fundusze UE i rozwój regionów

Jednym z kluczowych elementów rozwoju polskiego rynku nieruchomości w ostatnich latach były inwestycje współfinansowane ze środków unijnych. Nowe drogi, linie kolejowe, transport publiczny czy projekty rewitalizacyjne realnie zmieniały atrakcyjność wielu lokalizacji.

Lepsza infrastruktura skraca czas dojazdu do pracy i zwiększa dostępność usług, co przyciąga mieszkańców i inwestorów. W efekcie rośnie popyt na mieszkania, a wraz z nim ich wartość. To szczególnie widoczne w miastach średniej wielkości i regionach, które dzięki inwestycjom publicznym nadrabiają dystans do największych ośrodków.

W scenariuszu polexitu ten impuls rozwojowy zostałby ograniczony lub utracony. Skutki nie byłyby jednak równomierne. Najbardziej ucierpiałyby właśnie te obszary, które korzystają z procesu doganiania. W konsekwencji różnice regionalne, które w ostatnich latach stopniowo się zmniejszały, zaczęłyby ponownie rosnąć.

Podaż mieszkań i decyzje deweloperów

Zmiany po stronie popytu niemal automatycznie przekładają się na decyzje deweloperów. W warunkach większej niepewności i słabszej sprzedaży firmy ograniczają skalę nowych inwestycji, koncentrując się na bezpieczniejszych projektach.

Dodatkowym czynnikiem byłby wzrost kosztów budowy. Słabszy złoty oraz potencjalne bariery handlowe mogłyby podnieść ceny materiałów i technologii, co jeszcze bardziej utrudniłoby realizację nowych inwestycji.

-Jednak tu nie ma prostej prognozy, bo przyszłość może nas zaskoczyć – mówi wekspert portalu RynekPierwotny.pl – Polexit może też (ale wcale nie musi, bo widać to po UK) oznaczać wyjście Polski z systemu EU-ETS (uprawnienia CO2), co akurat mogłoby skutkowałoby wręcz odwrotnie zmniejszeniem kosztów np. produkcji energii czy materiałów budowlanych.

W efekcie rynek nie tyle by się załamał, co spowolnił. Liczba nowych budów spadłaby, a cały sektor działałby ostrożniej. To z kolei mogłoby w dłuższym okresie ograniczyć podaż mieszkań, choć jednocześnie słabszy popyt równoważyłby ten efekt.

Kapitał inwestycyjny i rynek najmu

Istotną rolę na polskim rynku mieszkaniowym odgrywa kapitał inwestycyjny. W ostatnich latach mieszkania były postrzegane jako stosunkowo bezpieczna lokata w kraju, który stabilnie rozwija się i zbliża do poziomu gospodarek zachodnich.

Polexit zmieniłby tę percepcję. Polska przestałaby być postrzegana jako rynek konwergencji o relatywnie niskim ryzyku, a zaczęłaby być oceniana przez pryzmat większej niepewności politycznej i gospodarczej. To mogłoby ograniczyć napływ kapitału, zarówno zagranicznego, jak i krajowego.

Jednocześnie słabszy rynek pracy i potencjalne zmiany migracyjne mogłyby obniżyć popyt na najem. W rezultacie segment inwestycyjny – szczególnie w dużych miastach – stałby się bardziej wrażliwy na zmiany koniunktury.

Lekcja z 2004 roku: jak silny może być efekt „kierunku”

Warto spojrzeć na polski rynek mieszkaniowy przez pryzmat momentu wejścia do Unii Europejskiej. To właśnie wtedy, po 2004 roku, rozpoczął się jeden z najsilniejszych boomów w historii tego rynku.

W ciągu kilku lat ceny mieszkań w największych miastach wzrosły nawet dwukrotnie. Był to efekt nie tylko poprawy fundamentów gospodarczych, ale przede wszystkim gwałtownej zmiany oczekiwań. Polska zaczęła być postrzegana jako kraj stabilny, rozwijający się i coraz bardziej zintegrowany z Zachodem. W ślad za tym pojawił się napływ kapitału, łatwiejszy dostęp do kredytów oraz przekonanie, że ceny będą dalej już tylko rosnąć.

Oczywiście ten proces był wzmacniany przez globalną koniunkturę i boom kredytowy, ale trudno nie zauważyć, że sam moment wejścia do UE odegrał rolę katalizatora. Rynek nieruchomości zareagował nie tylko na fakty, ale również na zmianę kierunku, w którym zmierzała gospodarka.

Z tej perspektywy polexit należałoby rozpatrywać jako potencjalne odwrócenie tego mechanizmu. Nie oznacza to automatycznego „lustrzanego odbicia” w postaci gwałtownych spadków cen mieszkań, czy wręcz ich krachu, ale raczej zmianę oczekiwań w przeciwną stronę. Zamiast historii o doganianiu Zachodu pojawiłaby się narracja o rosnącym ryzyku i większej niepewności.

A to właśnie oczekiwania – obok dochodów i kredytu – są jednym z kluczowych czynników kształtujących koniunkturę na rynku mieszkaniowym.

Lekcja z Brexitu

Doświadczenie Wielkiej Brytanii pokazuje, że wyjście z Unii Europejskiej nie musi prowadzić do jednego, gwałtownego załamania rynku mieszkaniowego. Ceny nieruchomości w wielu okresach nadal rosły, a rynek nie „pękł” w spektakularny sposób. Najważniejszy wniosek jest więc prosty: rynek nieruchomości nie musi się załamać, by odczuć skutki takiej decyzji. Wystarczy, że słabną fundamenty, na których się opiera.

Brexit osłabił fundamenty gospodarki: ograniczył handel, zmniejszył dynamikę inwestycji i wpłynął na migrację. Te zmiany przełożyły się na wolniejszy wzrost dochodów i większą niepewność, co w dłuższym okresie oddziałuje również na rynek mieszkań. Obecnie w Londynie trwa spadek cen nieruchomości, a budżet zmaga się z problemami i wysokim kosztem finansowania – ale to efekt nie tyle samego Brexitu, co decyzji politycznych po nim (wynikają m.in. ze. zmian podatkowych, sankcji wobec Rosjan, itp.)

Dlaczego Polska mogłaby odczuć to mocniej

– W przypadku Polski potencjalne skutki mogłyby być bardziej dotkliwe niż w Wielkiej Brytanii. Wynika to ze struktury gospodarki, która jest silniej powiązana z rynkiem UE i w większym stopniu korzysta z funduszy europejskich – twierdzi Jędrzyński.

Polska nadal znajduje się w procesie nadrabiania dystansu rozwojowego, a dostęp do wspólnego rynku i środków unijnych jest jednym z głównych motorów tego procesu. Osłabienie tych czynników oznaczałoby spowolnienie konwergencji, co bezpośrednio odbiłoby się na rynku nieruchomości.

Co to oznacza dla zwykłego Polaka?

Najbardziej realistyczny scenariusz polexitu dla rynku mieszkaniowego to nie nagły krach cen, ale przede wszystkim wyraźne pogorszenie warunków funkcjonowania całego rynku.

W pierwszej kolejności należałoby się spodziewać spadku dostępności kredytów. Wynikałoby to z wyższego kosztu finansowania dla banków oraz bardziej ostrożnej oceny ryzyka, co bezpośrednio obniżyłoby zdolność kredytową gospodarstw domowych. W efekcie zmniejszyłaby się liczba transakcji, a sam proces sprzedaży mieszkań znacząco by się wydłużył.

– Deweloperzy musieliby dostosować się do słabszego popytu i trudniejszego dostępu do finansowania. To oznaczałoby ograniczenie liczby nowych inwestycji, a w wielu przypadkach także wstrzymywanie projektów na wczesnym etapie – twierdzi ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Jednocześnie spowolnienie gospodarcze przełożyłoby się na wolniejszy wzrost dochodów. Byłby to efekt słabszego eksportu, niższych inwestycji i mniejszej dynamiki całej gospodarki. To właśnie ten czynnik – mniej widoczny niż zmiany cen mieszkań – najmocniej ograniczałby realną dostępność mieszkań dla przeciętnego Polaka.

Wreszcie, te procesy nie rozkładałyby się równomiernie. Najbardziej ucierpiałyby regiony i miasta, które w ostatnich latach rozwijały się dzięki inwestycjom publicznym i napływowi kapitału. W efekcie różnice regionalne, które w okresie członkostwa w UE stopniowo się zmniejszały, zaczęłyby ponownie rosnąć.

Wnioski

Ewentualny polexit nie musiałby prowadzić do natychmiastowego załamania cen mieszkań. Znacznie bardziej prawdopodobny byłby scenariusz stopniowego osłabienia rynku.

Spadek dostępności kredytów ograniczyłby popyt, mniejsza liczba transakcji skłoniłaby deweloperów do ograniczenia inwestycji, a wolniejszy wzrost dochodów zmniejszyłby realną dostępność mieszkań. Jednocześnie różnice regionalne zaczęłyby się pogłębiać, a część kapitału inwestycyjnego mogłaby odpłynąć.

Dla przeciętnego Polaka byłby to scenariusz trudniejszy niż prosty spadek cen. Bo nawet jeśli mieszkania przestałyby drożeć, to jednocześnie trudniej byłoby uzyskać kredyt i poprawić swoją sytuację dochodową.

– Brexit nie zniszczył rynku mieszkań w Wielkiej Brytanii, ale osłabił fundamenty gospodarki, od których ten rynek zależy. W przypadku Polski efekt podobnego procesu mógłby być jeszcze silniejszy – podsumowuje Jarosław Jędrzyński.

UODO: przepisy wdrażające „dyrektywę policyjną” wymagają pilnych zmian

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych zaapelował do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz do Ministra Sprawiedliwości o rozpoczęcie prac legislacyjnych nad zmianą przepisów regulujących ochronę danych osobowych przetwarzanych w związku z zapobieganiem i zwalczaniem przestępczości. Zdaniem UODO obecne rozwiązania nie zapewniają pełnych gwarancji ochrony praw osób, których dane są przetwarzane, a krajowe przepisy nie wdrażają w pełni unijnej „dyrektywy policyjnej” 2016/680.

W piśmie skierowanym do ministra Marcina Kierwińskiego oraz ministra Waldemara Żurka prezes UODO Mirosław Wróblewski wskazał, że problem ten nie jest nowy. Urząd zwracał na niego uwagę już wcześniej – zarówno na etapie opiniowania projektu ustawy, jak i w trakcie prac Komisji Europejskiej nad oceną funkcjonowania samej dyrektywy, prowadzonych w 2021 i 2025 roku. Obecnie UODO ponownie podnosi, że polskie przepisy w ich aktualnym brzmieniu pozostawiają istotne luki w systemie ochrony danych osobowych.

Najpoważniejsze zastrzeżenia dotyczą zakresu wyłączeń przyjętych w ustawie krajowej. Jak wskazuje UODO, wyłączenia te sprawiają, że nie wszystkie obszary przetwarzania danych osobowych w celach rozpoznawania, zapobiegania, wykrywania i zwalczania czynów zabronionych zostały objęte odpowiednimi regulacjami. W praktyce oznacza to, że dane osobowe zawarte w aktach sprawy oraz przetwarzane w toku czynności procesowych nie są na poziomie krajowym objęte pełnym systemem gwarancji ochrony danych osobowych.

Według prezesa UODO w przepisach procedury karnej brakuje podstawowych zabezpieczeń dla osób, których dane dotyczą. Chodzi między innymi o prawo do informacji, prawo dostępu do danych, możliwość ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo do wniesienia skargi do niezależnego organu nadzorczego i skutecznego środka prawnego przed sądem. To właśnie te uprawnienia są jednym z fundamentów unijnego systemu ochrony danych osobowych, a ich brak w obszarze działań związanych ze ściganiem przestępczości budzi poważne wątpliwości co do zgodności polskich przepisów z prawem UE.

Prezes UODO odniósł się również do kwestii nadzoru nad przetwarzaniem danych osobowych przez sądy w ramach sprawowania wymiaru sprawiedliwości. Podkreślił, że ochrona niezawisłości sądów wymaga szczególnego podejścia do tego obszaru, a nadzór powinien być powierzony wyspecjalizowanym organom działającym w systemie wymiaru sprawiedliwości danego państwa członkowskiego. W ocenie UODO krajowe przepisy wymagają doprecyzowania, a także opracowania jednolitych wytycznych interpretacyjnych. Mogłoby to zwiększyć przejrzystość systemu nadzorczego i zapewnić większą spójność w stosowaniu przepisów o ochronie danych osobowych.

Istotnym problemem pozostaje także kwestia przetwarzania danych osobowych przez prokuraturę. UODO zwraca uwagę, że obecnie nadzór nad tym obszarem sprawowany jest wyłącznie przez jednostki organizacyjne prokuratury, które funkcjonują w ramach hierarchicznej struktury. Taki model – zdaniem prezesa urzędu – stoi w sprzeczności z celami „dyrektywy policyjnej”, która zakłada nadzór wykonywany przez organ w pełni niezależny. Brak niezależności w tym zakresie może ograniczać realną ochronę praw osób, których dane są przetwarzane.

W ocenie UODO brak regulacji wskazujących niezależne organy wyposażone w realne kompetencje kontrolne prowadzi do osłabienia ochrony prawa do prywatności. Problem ten nie ogranicza się jedynie do krajowego systemu prawnego. Prezes urzędu zaznacza, że konsekwencje tych braków mogą być znacznie szersze i dotyczyć także funkcjonowania unijnego systemu ochrony danych osobowych, zwłaszcza w odniesieniu do wielkoskalowych systemów informacyjnych Unii Europejskiej.

Szczególne zastrzeżenia budzą bowiem także przepisy regulujące dostęp do danych w dużych systemach informacyjnych UE. Według UODO proces przetwarzania danych osobowych przez krajowe organy i podmioty w tym obszarze nie podlega odpowiednio niezależnemu nadzorowi krajowemu. Przyjęte wyłączenia gwarancji ochrony danych mogą więc wpływać nie tylko na poziom zabezpieczenia praw jednostki w Polsce, lecz również na spójność i wiarygodność całego unijnego porządku prawnego.

Kolejną kwestią podniesioną przez prezesa UODO jest brak odpowiednich instrumentów sankcyjnych. Zgodnie z art. 57 „dyrektywy policyjnej” państwa członkowskie powinny wprowadzić przepisy określające sankcje za naruszenie regulacji wdrażających dyrektywę, a sankcje te powinny być skuteczne, proporcjonalne i odstraszające. Tymczasem, jak zauważa urząd, obowiązująca ustawa nie przyznaje Prezesowi UODO narzędzi sankcyjnych o takim charakterze. To oznacza, że system nadzoru w tym obszarze pozostaje niepełny także z punktu widzenia egzekwowania prawa.

Prezes UODO zwrócił także uwagę na potrzebę doprecyzowania roli Inspektora Ochrony Danych. Obecnie przepisy – zdaniem urzędu – nie są zgodne z wymogami „dyrektywy policyjnej”, ponieważ w niewłaściwy sposób określają zadania inspektora oraz nieprecyzyjnie regulują obowiązek przesyłania zawiadomień dotyczących IOD. W praktyce powoduje to trudności interpretacyjne i utrudnia stosowanie przepisów przez podmioty zobowiązane do ich przestrzegania.

Dodatkowo UODO wskazał na brak implementacji przepisów „dyrektywy policyjnej” dotyczących tzw. dostępu pośredniego. To kolejny element, który – w ocenie urzędu – pokazuje, że krajowy model wdrożenia unijnych regulacji jest niepełny i wymaga uzupełnienia.

Stanowisko Prezesa UODO oznacza, że konieczne może być przeprowadzenie szerszej nowelizacji przepisów dotyczących przetwarzania danych osobowych w obszarze zapobiegania i zwalczania przestępczości. Chodzi nie tylko o usunięcie luk prawnych, ale również o stworzenie systemu, który rzeczywiście zagwarantuje osobom fizycznym ochronę ich praw, a jednocześnie będzie zgodny z wymogami prawa unijnego. W opinii urzędu obecny stan prawny nie zapewnia takiej równowagi, dlatego potrzebne są pilne działania legislacyjne.

Popyt wrócił z impetem. Marzec przyniósł mocne odbicie sprzedaży mieszkań

5,1 tys. sprzedanych mieszkań deweloperskich, czyli 40-procentowy wzrost rok do roku – wstępne odczyty Otodom za marzec wskazują na gwałtowne ożywienie popytu. Za tym wynikiem stoi jednak unikalny splot okoliczności – od gwałtownego wzrostu ryzyka geopolitycznego, poprzez notowany od stycznia rekordowy poziom rezerwacji lokali, aż po spadek zaufania do alternatywnych form inwestowania. Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom, wyjaśnia kulisy nagłego boomu sprzedażowego.

W marcu dobre jeszcze nastroje konsumenckie sprzyjały zakupom na rynku mieszkaniowym. Na początku miesiąca Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe NBP o 0,25 pkt. proc., a nieco później Narodowy Bank Polski opublikował “Raport o inflacji” z bardzo pozytywnymi prognozami PKB i CPI dla Polski. Na to nałożyły się rekordowe poziomy rezerwacji wypracowane jeszcze w styczniu i lutym, które w marcu zaczęły przekładać się na transakcje. Kupujący mieli przy tym w czym wybierać – na koniec lutego oferta deweloperska w Katowicach, Krakowie, Łodzi, Poznaniu, Trójmieście, Warszawie i Wrocławiu wynosiła 59,6 tys. mieszkań.

Jednak zaledwie kilka dni po uspokajających komunikatach NBP ukazały się alternatywne scenariusze analityków, wskazujące na groźbę wyższej inflacji i niższego wzrostu PKB. Rewizja ta była bezpośrednią odpowiedzią na eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie, który wywołał obawy o gwałtowny skok cen surowców energetycznych i ograniczenia w dostawach. W efekcie już w połowie marca wskaźnik WIBOR 6M, kluczowy dla oprocentowania kredytów hipotecznych, zaczął rosnąć i to pomimo wcześniejszej obniżki stóp procentowych.

Cios w nadzieję na spadki cen

Potencjalni nabywcy, którzy dotąd liczyli na spektakularne obniżki cen mieszkań, nie doczekali się ich. W marcu w Warszawie, Trójmieście, Wrocławiu i Poznaniu, a więc w czterech spośród siedmiu analizowanych rynków, średnie ceny ofertowe poszły w górę. W stolicy nastąpiła zmiana o +8,8% w ujęciu rocznym i +2,3% miesiąc do miesiąca, co oznacza, że metr kwadratowy oferowanego mieszkania deweloperskiego kosztuje tam aktualnie 19,3 tys. zł. Mimo to popyt nie osłabł. Lata 2021-2023 ugruntowały w świadomości Polaków silne powiązanie wysokiej inflacji ze wzrostem cen nieruchomości. W efekcie rosnąca inflacja przyspiesza decyzję o sfinalizowaniu zakupu i zachęca do kupowania “teraz”, a nie za kilka miesięcy.

Na wzrost aktywności wpłynęła też ocena ryzyka geopolitycznego. Choć Bliski Wschód jest odległy, inwestorzy uzmysłowili sobie, że alternatywne kierunki lokowania kapitału wcale nie oferują większego bezpieczeństwa niż Polska. Wycofanie się z planów zakupu nieruchomości w tamtym regionie pozytywnie przełożyło się na popyt w kraju. Należy jednak zaznaczyć, że reakcja na wojnę w Iranie nie jest porównywalna z reakcją na wybuch wojny w Ukrainie. Tamten konflikt dotyczył bezpośredniego sąsiada i nastąpił w warunkach wysokiej inflacji w Polsce (9-10%).

Mieszkanie pewniejsze niż złoto

W obliczu dużej zmienności innych aktywów (akcje, obligacje i złoto) mieszkania umocniły swoją pozycję bezpiecznej przystani. Fakt, że ceny ofertowe nieruchomości rosną szybciej niż inflacja, sprawia, że polskie gospodarstwa domowe wciąż postrzegają lokal mieszkalny jako najpewniejszą formę zabezpieczenia oszczędności. Z badań prowadzonych przez Otodom wynika, że wśród inwestycyjnych powodów nabycia mieszkania najwięcej respondentów wskazuje w ostatnim czasie na zakup dla dzieci lub rodziców. Wysoka, także w marcu, liczba nowych rezerwacji pełniła więc rolę wskaźnika nie tylko rosnącego zainteresowania zakupem mieszkania, ale również narastającego po popytowej stronie rynku niepokoju.

Co na to deweloperzy?

Na te wszystkie zjawiska nałożyła się specyficzna sytuacja podażowa. Tylko w marcu firmy deweloperskie rozpoczęły sprzedaż 3,6 tys. mieszkań w 102 nowych inwestycjach. W pierwszym kwartale 2026 roku uzupełniały też ofertę lokalami o wyższym standardzie, na co wyraźnie wskazują ceny wprowadzanych do sprzedaży jednostek w porównaniu z cenami mieszkań w sprzedaży (17 tys. zł/mkw. vs 15,7 tys. zł/mkw). Potwierdza to, że rynek coraz szerzej otwiera się na tę aktywną i zamożną  grupę nabywców.

Na ostateczny, marcowy wynik wpłynął także klasyczny mechanizm końca kwartału. Marzec jest okresem rozliczeniowym, co mobilizuje działy sprzedaży do finalizowania jak największej liczby umów i otwiera na negocjacje. Na tak zmiennym i niepewnym rynku, z jakim mamy do czynienia obecnie, ten mechanizm działa ze zdwojoną siłą. Deweloperzy dążą do zabezpieczenia wyniku sprzedażowego, a kupujący starają się uprzedzić kolejną falę zmian.

Szybki światłowód jako serce firmy – dlaczego stabilne łącze stacjonarne to dziś fundament B2B?

Tracisz połączenie w trakcie ważnej prezentacji dla klienta? Marnujesz godziny na wysyłanie ciężkich projektów do chmury? W biznesie każda minuta przestoju oznacza koszt – finansowy i wizerunkowy. Jeśli Twoja przepustowość sieci w biurze stała się wąskim gardłem, czas na zmianę. W tym przewodniku zrozumiesz, dlaczego szybki światłowód dla biznesu to fundament cyfrowej firmy, który zapewnia płynność operacyjną bez względu na liczbę uruchomionych procesów.

Dlaczego światłowód dla biznesu to fundament cyfrowej firmy?

Twój biznes może rozwijać się tak szybko, jak szybki jest internet w Twoim biurze. W dobie cyfryzacji, która dosięgnęła niemal każdej gałęzi biznesu, każda sekunda buforowania danych może oznaczać krok w tył przed konkurencją.

Szybki internet stacjonarny dla firm to podstawa wydajności operacyjnej. Gdy zawodzi przepustowość sieci w biurze, paraliżujesz nie tylko obsługę e-maili, ale i systemów CRM, obsługę płatności czy dostęp do kluczowych plików w chmurze.

Aby uniknąć ryzyka, coraz więcej przedsiębiorców wybiera światłowód dla biznesu – rozwiązanie, które w zakresie stabilności deklasuje standardowe łącza internetowe.

Zbliżenie na dłonie osoby pracującej na laptopie przy biurku – szybki i niezawodny światłowód dla biznesu gwarantujący efektywność pracy biurowej

Światłowód dla biznesu – czym różni się od standardowego internetu?

Na pierwszy rzut oka każde łącze pozwala na korzystanie z internetu – przeglądanie stron, wysyłanie maili czy wideokonferencje. Różnica staje się jednak odczuwalna, gdy z sieci korzysta wiele osób jednocześnie.

Światłowód dla biznesu to technologia zaprojektowana z myślą o pracy pod obciążeniem – oferuje stabilność i parametry, które w starszych technologiach są zwyczajnie nieosiągalne.

Stabilne łącze internetowe bez spadków jakości

Szybki internet stacjonarny to nie wszystko. Twoja firma potrzebuje łącza, które gwarantuje stabilność i niezawodność.

Standardowe łącza – np. radiowe czy starsze technologie miedziane – są podatne na warunki pogodowe i zakłócenia elektromagnetyczne, co objawia się nagłymi skokami pingu lub zrywaniem sesji.

Z kolei stabilne łącze internetowe oparte na światłowodzie jest całkowicie odporne na czynniki zewnętrzne. Dzięki niemu możesz zapomnieć o awariach i mieć pewność, że systemy online będą dostępne zawsze wtedy, gdy klient chce dokonać zakupu.

Internet symetryczny dla firm – efektywna praca w chmurze

Większość domowych łączy oferuje szybkie pobieranie, ale powolne wysyłanie danych.

Jeśli w firmie przesyłasz ciężkie pliki (np. filmy, projekty graficzne, katalogi), archiwizujesz faktury w chmurze lub prowadzisz transmisje live, potrzebujesz łącza, które posiada identyczną prędkość w obu kierunkach.

Internet symetryczny dla firm pozwala na wysyłanie ciężkich załączników w czasie potrzebnym na ich pobranie. Z jego wsparciem praca na współdzielonych plikach online przebiega bez frustrujących opóźnień.

Przepustowość sieci w biurze a wydajność zespołu

W nowoczesnej firmie internetu potrzebują laptopy, drukarki, telefony VoIP, monitoring czy terminalne.

Odpowiednia przepustowość sieci w biurze pozwala całemu zespołowi działać bez wzajemnego ograniczania się.

Każdy pracownik może realizować swoje zadania z pełną prędkością, niezależnie od tego, czy osoba obok właśnie aktualizuje system, czy prowadzi webinar dla kilkuset osób.

Uśmiechnięci współpracownicy analizujący dane na monitorze komputera – nowoczesna infrastruktura sieciowa i stabilny internet dla firm od T-Mobile

Czy to już czas na światłowód dla biznesu? 5 sygnałów

  1. Przerwy w komunikacji. Twoje łącze traci stabilność dokładnie wtedy, gdy najbardziej go potrzebujesz: podczas kluczowych wideokonferencji z kontrahentami lub w momentach szczytowej obsługi zamówień.
  2. Spadek wydajności zespołu. Pracownicy tracą cenne minuty, czekając na załadowanie się systemów CRM czy narzędzi online. W skali miesiąca te sekundy oczekiwania zamieniają się w godziny opłaconej pracy, która nie przyniosła efektu.
  3. Paraliż podczas wysyłania danych. Przesyłanie dużych plików do klientów lub tworzenie kopii zapasowych w chmurze obciąża łącze, uniemożliwiając reszcie zespołu normalne korzystanie z sieci.
  4. Problemy z obsługą klienta w czasie rzeczywistym. Klienci skarżą się na utrudniony kontakt, np. zerwane rozmowy lub długi czas oczekiwania na realizację zamówienia w systemie. To sygnał, że Twoje łącze nie nadąża z jednoczesną obsługą zapytań i procesów sprzedażowych.
  5. Bariera przy każdym nowym pracowniku. Zauważasz, że każde kolejne urządzenie podłączone do sieci – nowy laptop, tablet czy terminal płatniczy – obniża komfort pracy pozostałych osób. Jeśli rozwój zespołu o jedną osobę powoduje opóźnienia w przesyle danych, to znak, że obecna infrastruktura osiągnęła limit.

Stwórz fundament cyfrowej firmy z T-Mobile

Szukasz stabilnego łącza, które nadąży za tempem Twojej firmy? Odkryj ofertę T-Mobile dla firm i wybierz szybki internet stacjonarny dopasowany do Twoich potrzeb.

W ofercie znajdziesz światłowód dla biznesu oraz rozwiązania mobilne, które możesz dopasować do swojej lokalizacji i modelu działania. Dzięki temu zyskujesz dostęp do internetu bez limitu danych oraz stabilne łącze, które wspiera codzienne operacje.

Zainwestuj w stabilne łącze internetowe i zapewnij firmie płynną realizację procesów, która buduje profesjonalny wizerunek w oczach Twoich klientów i partnerów.

Wojna z Iranem przestaje być regionalna. Światowy rynek energii znalazł się pod presją

Sytuacja w Iranie weszła w fazę, w której konflikt militarny coraz wyraźniej przeradza się w kryzys o wymiarze strategicznym, energetycznym i makroekonomicznym. Kluczowym punktem sporu pozostaje Cieśnina Ormuz, czyli jeden z najważniejszych szlaków transportu ropy naftowej i skroplonego gazu ziemnego na świecie. Ultimatum postawione przez Donalda Trumpa (deadline mija jutro o 02:00 czasu polskiego), który zagroził zmasowanym uderzeniem na irańską infrastrukturę cywilną w przypadku niewznowienia pełnej żeglugi, pokazuje, że stawką nie jest już wyłącznie wojna z Iranem, lecz również kontrola nad bezpieczeństwem światowych dostaw energii. Teheran odrzucił propozycję zawieszenia broni, domagając się trwałego zakończenia wojny, zniesienia sankcji oraz odbudowy kraju, co oznacza, że przestrzeń do szybkiego kompromisu pozostaje bardzo ograniczona.

Z perspektywy politycznej konflikt wszedł w etap niebezpiecznej eskalacji, ponieważ obie strony sygnalizują gotowość do dalszego podnoszenia kosztów. Stany Zjednoczone i Izrael zwiększają presję wojskową, a Iran równolegle podtrzymuje twarde warunki negocjacyjne i rozszerza działania odwetowe na cele energetyczne w regionie Zatoki Perskiej. Uderzenia na instalacje petrochemiczne, ataki rakietowe i dronowe oraz groźby zniszczenia mostów, elektrowni i infrastruktury przesyłowej pokazują, że wojna przestała być konfliktem ograniczonym. Coraz bardziej przypomina ona próbę złamania przeciwnika poprzez paraliż państwa i jego zaplecza gospodarczego. Dodatkowo pojawia się ryzyko rozszerzenia wojny na inne państwa regionu, zwłaszcza że w proces mediacyjny zaangażowane są Pakistan, Egipt i Turcja, a państwa Zatoki stają się jednocześnie stroną pośrednio narażoną na skutki działań odwetowych.

Najważniejsze konsekwencje widać jednak na rynku ropy naftowej. Cieśnina Ormuz odpowiada normalnie za transport około jednej piątej światowego eksportu ropy i LNG, dlatego nawet częściowe ograniczenie ruchu statków działa na rynek jak natychmiastowy szok podażowy. Ruch tankowców w regionie spadł o około 90% względem poziomów sprzed wojny, a część ładunków LNG z Kataru została wstrzymana. To oznacza, że problemem nie jest już tylko sama cena surowca, lecz realna fizyczna dostępność dostaw. W takich warunkach notowania ropy silnie wzrosły: Brent przekroczył 112 dolarów za baryłkę, a amerykańska ropa WTI 113 dolarów. Rynek reaguje nie tylko na bieżące zakłócenia, ale przede wszystkim na premię za ryzyko, czyli wycenę prawdopodobieństwa dalszej eskalacji i dłuższego utrzymania ograniczeń w transporcie.

Istotne jest również to, że tradycyjne mechanizmy stabilizacji rynku ropy okazują się obecnie mało skuteczne. Formalne zwiększenie limitów wydobycia przez OPEC+ ma znaczenie raczej symboliczne, jeśli wojna utrudnia realny eksport i produkcję części członków sojuszu. Rynek zwraca większą uwagę na bezpieczeństwo infrastruktury i transportu niż na nominalne decyzje kartelu. Potwierdza to także ruch Arabii Saudyjskiej, która podniosła cenę swojej głównej ropy dla odbiorców w Azji do rekordowej premii. Taki krok sugeruje, że najwięksi eksporterzy próbują nie tylko wykorzystać napiętą sytuację, ale również zabezpieczyć marże w warunkach wyjątkowo ograniczonej podaży. Dla importerów w Azji oznacza to wyższe koszty przerobu i dalszą presję na ceny energii oraz produktów pochodnych.

W ujęciu strategicznym Iran znajduje się dziś w paradoksalnym położeniu. Z jednej strony ponosi ogromne koszty militarne, infrastrukturalne i ludzkie, a z drugiej zachowuje zdolność do wywierania nieproporcjonalnie dużego wpływu na gospodarkę światową właśnie dzięki swojemu położeniu geograficznemu. Kontrola nad dostępem do Ormuzu pozostaje jego najważniejszą kartą przetargową. Teheran wie, że pełne otwarcie szlaku bez gwarancji politycznych osłabiłoby jego pozycję negocjacyjną, ale jednocześnie długotrwała blokada zwiększa ryzyko jeszcze silniejszej odpowiedzi militarnej ze strony USA i Izraela. To sprawia, że obecny impas jest wyjątkowo niestabilny. Dla Iranu utrzymanie presji morskiej jest narzędziem przetrwania politycznego, natomiast dla Zachodu i państw regionu staje się granicą, po której przekroczeniu konflikt może wejść w fazę jeszcze bardziej destrukcyjną.

Całość prowadzi do wniosku, że kryzys irański nie jest już jedynie lokalną wojną, lecz jednym z głównych czynników ryzyka dla światowego rynku energii. Tak długo, jak nie dojdzie do trwałego porozumienia obejmującego bezpieczeństwo żeglugi w Cieśninie Ormuz, rynek ropy pozostanie zakładnikiem wydarzeń militarnych. Oznacza to utrzymywanie się wysokiej zmienności cen, presji inflacyjnej oraz rosnącego znaczenia geopolityki w kształtowaniu kosztów energii. W krótkim terminie przewagę ma logika eskalacji, a nie deeskalacji, dlatego perspektywa dla ropy pozostaje wzrostowa i obciążona wysoką premią za ryzyko. W dłuższym horyzoncie konflikt pokazuje natomiast, jak silnie globalna gospodarka wciąż zależy od bezpieczeństwa kilku wąskich gardzieli transportowych i jak łatwo regionalna wojna może przerodzić się w globalny kryzys surowcowy.

Spokojnych świąt raczej nie będzie. Ropa drożeje, kurs dolara zyskuje

Wiele państw ma już dzisiaj wolne. Dlatego właśnie dzisiejsze notowania odbywać się będą przy znacznie mniejszej płynności na rynkach, a co za tym idzie – wpływ ewentualnych wydarzeń może być większy. Rynki po raz kolejny przygotowały się na scenariusz eskalacji wojny w weekend.

Dzień wolny na wielu rynkach

Wielki Piątek jest specyficznym dniem. Duża część państw zachodnich właśnie wtedy ma dzień wolny od pracy. Z kolei wolny poniedziałek to rozwiązanie mocno lokalne. Występuje nie tylko w Polsce, ale również w Czechach, na Słowacji i na Węgrzech. Trzeba jednak pamiętać, że poniedziałek jest dniem pracującym w USA. Co to oznacza dla rynków? Dzisiaj mimo tego, że pracujemy, wiele giełd (w tym towarowych) się nie otworzy. Światowe notowania ropy naftowej zamknęły się wczoraj i zobaczymy je dopiero po weekendzie. W Poniedziałek Wielkanocny inwestorzy z USA normalnie pracują. Jest to o tyle ważne, że rynek, mimo dnia wolnego w wielu państwach, będzie przetwarzał operacje po długim weekendzie, co w trakcie wojny niesie ryzyko dużych zmian. Przygotowując się do tego wydarzenia, inwestorzy wczoraj bardzo intensywnie kupowali ropę, co skutkowało wzrostem ceny Brent o ponad 8 dolarów.

Czy rynek ropy uwierzył w orędzie?

Środowe orędzie prezydenta USA miało uspokoić sytuację. Dowiedzieliśmy się na nim o kontynuacji walk w Zatoce Perskiej, a także o możliwych scenariuszach – zarówno eskalacji, jak i wygaszania konfliktu. Pojawiły się też zapowiedzi wciągnięcia sojuszników w stabilizację sytuacji w regionie, a konkretnie w udrożnienie Cieśniny Ormuz. O tym, jak bardzo w możliwe uspokojenie nie uwierzył rynek, najlepiej świadczy fakt, że ropa WTI w USA stała się droższa od ropy Brent. Powodów jest kilka, ale okazuje się, że wysoki popyt ze strony rafinerii spowodował, że chwilowo więcej płaci się za amerykański surowiec. Dotychczas Amerykanie nie cierpieli tak bardzo jak reszta świata z powodu wojny w Zatoce Perskiej, przynajmniej z perspektywy cen ropy. Obecnie jednak kraj, mimo bycia jej największym producentem na świecie, jest dotknięty olbrzymimi wzrostami cen. Tylko wczoraj ropa podrożała prawie 13 dolarów. Stało się to przed dniem wolnym, co dodatkowo komplikuje sytuację. Pytanie, jak długo administracja będzie w stanie ignorować wysokie ceny paliw. Do wyborów zostało co prawda jeszcze 7 miesięcy, ale poparcie dla Republikanów spada, a ceny paliw tylko je osłabiają. Im droższe paliwo, tym bardziej oddalają się perspektywy obniżek stóp procentowych, a tym samym dolar się umacnia.

Dane z USA

Wczoraj poznaliśmy dwa ważne odczyty z USA. Z jednej strony liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wyniosła 202 tys. W erze przed działaniami antyimigracyjnymi byłby to bardzo dobry wynik. Obecnie analitycy wskazują, że nie wiadomo, o ile mniejszych wskazań należy się spodziewać. Nadal jednak jest to dobry rezultat. Niżej od oczekiwań wypadł również deficyt handlowy USA. Musimy jednak pamiętać, że wojna w Zatoce Perskiej wyraźnie umocniła dolara. Im silniejszy dolar, tym eksport staje się mniej opłacalny, a import bardziej. W rezultacie analitycy wskazują, że w krótkim okresie obecne wydarzenia powinny pogorszyć ten parametr.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dane z rynku pracy.

Prezes UODO: zmiany antyterrorystyczne w projekcie ustawy o Jamboree naruszają prawa obywatelskie

0

Projekt ustawy dotyczącej organizacji XXVI Światowego Jamboree Skautowego w Polsce w 2027 roku wywołał poważne zastrzeżenia ze strony Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Choć sama ustawa ma dotyczyć szczególnych rozwiązań związanych z przygotowaniem i przeprowadzeniem międzynarodowego wydarzenia w Gdańsku, część zaproponowanych przepisów wykracza daleko poza ramy organizacyjne imprezy. Największe kontrowersje budzi art. 19 projektu, który wprowadza trwałe zmiany do ustawy o działaniach antyterrorystycznych.

Prezes UODO Mirosław Wróblewski przekazał swoje uwagi sekretarzowi stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji Tomaszowi Szymańskiemu w ramach opiniowania projektu ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z organizacją XXVI Światowego Jamboree Skautowego w Polsce w 2027 r. Ocenia on, że proponowane rozwiązanie nie powinno znaleźć się w akcie prawnym dotyczącym jednego, czasowego wydarzenia, ponieważ w praktyce prowadzi do trwałej nowelizacji przepisów antyterrorystycznych.

W centrum sporu znalazł się mechanizm określany jako „police screening”, czyli sprawdzenie osób uczestniczących w wydarzeniu specjalnym lub współpracujących przy jego organizacji. Według projektu nowe przepisy miałyby zostać wpisane do ustawy o działaniach antyterrorystycznych na stałe. Oznacza to, że choć regulacje techniczne i organizacyjne związane z samym Jamboree wygasłyby po zakończeniu wydarzenia, nowe uprawnienia dotyczące weryfikacji osób pozostałyby w polskim porządku prawnym.

W opinii Prezesa UODO taka konstrukcja legislacyjna budzi zasadniczy sprzeciw. Organ nadzorczy uważa, że tak istotna i kontrowersyjna zmiana nie powinna być „doklejana” do ustawy poświęconej organizacji konkretnego wydarzenia, lecz stać się przedmiotem odrębnego procesu legislacyjnego. Chodzi nie tylko o przejrzystość stanowienia prawa, ale przede wszystkim o wagę ingerencji w prawa i wolności obywatelskie.

Projekt przewiduje utworzenie w ustawie o działaniach antyterrorystycznych nowego rozdziału poświęconego tzw. wydarzeniom specjalnym. Status taki miałby nadawać minister właściwy do spraw wewnętrznych, jeśli uznałby, że istnieje możliwość wystąpienia zagrożeń o charakterze terrorystycznym albo zagrożenia dla bezpieczeństwa i porządku publicznego. Po nadaniu takiego statusu organizator wydarzenia mógłby wystąpić o sprawdzenie uczestników lub podmiotów współpracujących przy organizacji.

Zgodnie z projektem, jeśli chodziłoby o zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego, sprawdzenia dokonywałaby Policja. Jeżeli natomiast w grę wchodziłoby zagrożenie terrorystyczne, weryfikację przeprowadzałaby Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego na wniosek Policji. W praktyce oznaczałoby to stworzenie formalnej ścieżki do badania osób związanych z wydarzeniem w oparciu o dane zgromadzone w niejawnych zbiorach służb.

Właśnie ten mechanizm wzbudza największe zastrzeżenia UODO. Prezes urzędu zwraca uwagę, że obecnie Policja już posiada uprawnienia do podejmowania niezbędnych działań, jeśli uzyska wiarygodne informacje, że określona osoba lub podmiot stwarza zagrożenie terrorystyczne albo zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego. Zdaniem organu nadzorczego projekt nie pokazuje więc dostatecznie jasno, dlaczego konieczne jest wprowadzanie dodatkowego, odrębnego instrumentu o tak daleko idących skutkach dla ochrony danych i praw jednostki.

UODO ocenia, że proponowany model przetwarzania danych osobowych nie spełnia wymogu adekwatności wynikającego zarówno z dyrektywy policyjnej, jak i krajowych przepisów o ochronie danych przetwarzanych w związku z zapobieganiem i zwalczaniem przestępczości. Zastrzeżenia dotyczą przede wszystkim tego, że osoba objęta takim sprawdzeniem w praktyce zostałaby pozbawiona podstawowych gwarancji proceduralnych. Nie wiedziałaby, że wobec niej złożono wniosek o weryfikację, nie miałaby dostępu do danych, na podstawie których byłaby oceniana, a także nie mogłaby zapoznać się z treścią opinii sporządzonej przez Policję lub inne służby.

To z kolei prowadzi do kolejnego problemu. Osoba, której dotyczyłoby sprawdzenie, nie miałaby realnej możliwości zakwestionowania wyniku takiej procedury. Z treścią opinii mógłby bowiem zapoznać się wyłącznie organizator wydarzenia. W ocenie Prezesa UODO oznacza to poważne naruszenie prawa do obrony swoich interesów oraz prawa do sądu, zwłaszcza gdyby negatywna opinia skutkowała wykluczeniem z udziału w wydarzeniu lub współpracy przy jego organizacji.

Dodatkowe kontrowersje budzi fakt, że organizatorem „wydarzenia specjalnego” mogą być także podmioty prywatne. Oznaczałoby to, że prywatni organizatorzy uzyskaliby możliwość inicjowania sprawdzeń osób w niejawnych zbiorach danych prowadzonych przez Policję i ABW. Zdaniem UODO projekt nie zawiera jednocześnie żadnych precyzyjnych kryteriów, które miałyby ograniczać korzystanie z tego uprawnienia. Brak takich zasad zwiększa ryzyko, że wnioski o sprawdzenie będą kierowane szeroko, rutynowo i „na wszelki wypadek”, a nie wyłącznie w sytuacjach rzeczywiście uzasadnionych.

Prezes UODO wskazuje również, że projektowane przepisy przyznają Policji bardzo szerokie uprawnienie do przetwarzania danych osobowych. W ocenie organu zakres tego uprawnienia został opisany zbyt ogólnie i może prowadzić do przetwarzania praktycznie wszelkich informacji o uczestnikach, organizatorach i podmiotach współpracujących przy wydarzeniu. Taki model, pozbawiony wyraźnych ograniczeń co do rodzaju i zakresu danych, został uznany za nadmierny oraz nieproporcjonalny.

W konsekwencji UODO stoi na stanowisku, że proponowane regulacje są nie do pogodzenia z konstytucyjnymi prawami człowieka i obywatela. Wśród wskazywanych standardów znalazły się między innymi zasady wynikające z art. 31 ust. 3 oraz art. 45 ust. 1 Konstytucji RP, a także gwarancje przewidziane w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Międzynarodowym Pakcie Praw Obywatelskich i Politycznych. Chodzi przede wszystkim o wymóg proporcjonalności ograniczeń praw jednostki oraz prawo do rzetelnej procedury i skutecznej ochrony prawnej.

Spór wokół projektu ustawy o Jamboree 2027 pokazuje, że przepisy przygotowywane z myślą o bezpieczeństwie dużych wydarzeń publicznych coraz częściej wywołują pytania o granice ingerencji państwa w sferę praw i wolności obywatelskich. W tym przypadku UODO nie kwestionuje potrzeby dbania o bezpieczeństwo, ale zwraca uwagę, że nie może się ono odbywać kosztem podstawowych gwarancji prawnych. Zastrzeżenia organu nadzorczego mogą więc odegrać istotną rolę w dalszych pracach nad projektem.

Grupa Air France-KLM chce nabyć mniejszościowy udział w portugalskich liniach TAP

Wczoraj, t.j. 2 kwietnia Air France-KLM złożył niewiążącą ofertę nabycia mniejszościowego udziału w TAP Air Portugal. Potwierdza to niezmienne i poważne zainteresowanie Grupy Air France-KLM liniami TAP w kontekście długoterminowym.

„Doceniamy to, co TAP zbudował przez ostatnie 81 lat: silny hub w Lizbonie, rozpoznawalną markę oraz unikalną ofertę, która zapewnia łączność lotniczą i budzi dumę milionów Portugalczyków. Głęboko wierzymy, że kolejny rozdział w historii TAP może powstać już w ramach Grupy Air France-KLM . Portugalski przewoźnik naturalnie wpisuje się w naszą strategię multi-hub, a naszym celem jest wzmocnienie operacji w Lizbonie oraz rozwój połączeń w innych miastach Portugalii, w tym w Porto. Z niecierpliwością oczekujemy kolejnych etapów procesu prywatyzacji.” – powiedział Benjamin Smith, Dyrektor Generalny Grupy Air France-KLM.

W przypadku przejęcia, Lizbona stałaby się unikalnym południowoeuropejskim hubem Grupy, który dzięki swojemu idealnemu położeniu geograficznemu, oferuje dobre połączenia zwłaszcza do obu Ameryk — w tym do Brazylii, kluczowego rynku zarówno dla TAP, jak i Air France-KLM — a także do Afryki.

W przekonaniu Air France-KLM, TAP skorzystałby na integracji z globalną strukturą handlową, w skład której wchodzą Air France, KLM i Transavia, a także na ścisłej współpracy z Delta Air Lines i Virgin Atlantic — partnerami Grupy w ramach transatlantyckiego joint venture. Pomogłoby to TAP realizować swoją wizję „otwierania się na świat”. Ponieważ siatki połączeń TAP i Air France-KLM w dużej mierze się uzupełniają, cała Portugalia zyskałaby na zwiększonej dostępności lotów do wielu miejsc na świecie.

Unikalne podejście Air France-KLM do konsolidacji stawia na współpracę w jasno określonych ramach, mających na celu maksymalizację synergii ekonomicznych i operacyjnych. Model ten umożliwiłby TAP płynną integrację w ramach większej, stabilnej Grupy, korzystającej z efektu skali i globalnego zasięgu, co wzmocniłoby jego konkurencyjność. Współpraca obejmowałaby wszystkie obszary działalności, w tym również działania na rzecz dekarbonizacji — kluczowego priorytetu strategicznego Air France-KLM.

Air France-KLM, który ma bogate doświadczenie we wsparciu i rozwoju zintegrowanych marek o długiej historii i znaczeniu narodowym, zamierza umożliwić TAP zachowanie portugalskiego dziedzictwa, jednocześnie wykorzystując tę unikalną tożsamość na arenie międzynarodowej. Wzmocniłoby to zrównoważony rozwój TAP oraz wzrost regionalny, a także zapewniłoby to utrzymanie połączeń – ważnych dla portugalskiej diaspory, zgodnie z wymogami określonymi przez rząd Portugalii.  Według Grupy Air France-KLM takie partnerstwa stanowią potwierdzenie strategicznej roli lotnictwa dla państwa.

Niewiążąca oferta została złożona do Parpública wczoraj – 2 kwietnia 2026 roku. Potwierdza ona niezmienne i poważne zainteresowanie Grupy Air France-KLM liniami TAP w kontekście długoterminowym.

Develia po raz kolejny z rekordowymi wynikami – grupa osiągnęła 442,6 mln zł zysku netto w 2025 r.

0
  • W 2025 r. przychody ze sprzedaży grupy Develia wyniosły 2076,9 mln zł wobec 1789,5 mln zł w 2024 r., czyli o 16% więcej.
  • Skorygowany zysk netto grupy wypracowany w 2025 r. to 447,5 mln zł, czyli o 27% więcej niż rok wcześniej.
  • Zysk netto grupy wyniósł 442,6 mln zł wobec 379,1 mln zł w 2024 r., co oznacza wzrost o 16,7%.
  • W minionym roku Develia sprzedała 3345 lokali na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych w porównaniu do 3197 rok wcześniej. Deweloper przekazał 2959 mieszkań wobec 2865 w 2024 r. Zarówno wyniki sprzedaży, jak i liczba przekazanych lokali były najwyższe w historii spółki.
  • Na koniec grudnia 2025 r. Develia posiadała 610,4 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych.
  • W 2025 r. Develia przejęła Bouygues Immobilier Polska, umacniając pozycję w czołówce rynku mieszkaniowego, szczególnie w Warszawie.

– W minionym roku ponownie wypracowaliśmy rekordowe wyniki zarówno pod względem sprzedaży, jak i liczby przekazanych mieszkań, co przekłada się także na najlepsze w historii spółki wyniki finansowe. Zrealizowaliśmy założone cele roczne, potwierdzając skuteczność naszej strategii oraz zespołu, a także zdolność do konsekwentnego wzrostu. Był to dla nas bardzo ważny rok z perspektywy rozwoju biznesu – sfinalizowaliśmy przejęcie Bouygues Immobilier Polska, ponownie udowadniając, że potrafimy wykorzystywać szanse rynkowe i tym samym umacniać naszą pozycję rynkową w drodze do celu sprzedaży ponad 4500 mieszkań do 2028 r. – mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii.

W 2025 r. Develia zrealizowała jedno ze swoich kluczowych założeń strategicznych, jakim była dezinwestycja portfela biurowego i handlowego, poprzez finalizację sprzedaży nieruchomości, na której znajduje się budynek Arkady Wrocławskie. Nabywcą była spółka Vastint Poland, należąca do międzynarodowej grupy inwestującej w nieruchomości komercyjne, a cena sprzedaży netto wyniosła 43,0 mln euro. Osiągnięcie tego celu umożliwiło spółce przyspieszenie rozwoju w priorytetowym segmencie mieszkaniowym, zarówno w sposób organiczny, jak i poprzez transakcje M&A.

Działalność deweloperska

W 2025 r. Develia sprzedała 3345 lokali na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych wobec 3197 lokali w 2024 r., czyli o 5% więcej. Największą roczną sprzedaż odnotowała w projektach: Aleje Praskie i Bemowo Vita w Warszawie, Orawska Vita we Wrocławiu, Centralna Vita i City Vibe w Krakowie, Południe Vita w Gdańsku oraz Unii Lubelskiej w Poznaniu. W minionym roku deweloper wprowadził do sprzedaży i rozpoczął budowę 3324 lokali przekraczając nieznacznie cel zarządu, ustalony na poziomie 3100-3300.

W lipcu 2025 r. Develia sfinalizowała umowę dotyczącą nabycia 100% udziałów Bouygues Immobilier Polska, oddziału Bouygues Immobilier, francuskiego dewelopera, za 65,9 mln euro. Develia sfinansowała transakcję ze środków własnych z opcją refinansowania kredytem bankowym. Na koniec 2025 r. w realizacji znajdowało się ponad 1200 mieszkań przejętych dzięki akwizycji, a w gruntach zabezpieczonych umowami przedwstępnymi i zakupionych znajdowało się ok. 1700 lokali. Większość z nich zlokalizowanych jest w Warszawie, kluczowym rynku z perspektywy biznesowej, a pozostałe we Wrocławiu i w Poznaniu. To kolejne w ciągu ostatnich dwóch lat przejęcie dokonane przez dewelopera w sektorze nieruchomości mieszkaniowych po transakcji nabycia polskich spółek Nexity w 2023 r.

W minionym roku Develia zawarła także umowę partnerstwa publiczno-prywatnego „Nowy Port 2030+” z Gminą Gdańsk. W jej ramach zrealizuje inwestycje w dzielnicy Nowy Port, w tym budowę obiektów użyteczności publicznej oraz projektów mieszkaniowych, w których powstanie ponad 1000 mieszkań i lokali usługowych. Całkowity koszt przedsięwzięcia wyniesie 1,1 mld zł netto, z czego na cele publiczne Develia przeznaczy 187,6 mln zł netto. Budowa pierwszego obiektu w ramach tego projektu – basenu w gdańskim Brzeźnie – rozpoczęła się w lutym br.

W 2025 r. Develia koncentrowała się na powiększaniu banku gruntów, aby zabezpieczyć bazę pod dalszy rozwój. Grupa nabyła działki, które umożliwią realizację 4000 lokali. W rezultacie na koniec ubiegłego roku Develia dysponowała gruntami z potencjałem budowy ok. 16 tys. mieszkań, w tym lokale realizowane w ramach joint venture oraz zabezpieczone, osiągając tym samym cel założony w strategii.

W kwietniu br. Develia zawarła z Gdansk Development Holding N.V., utworzonym przez dwóch belgijskich deweloperów: Alides i Revive, przedwstępną umowę dotyczącą nabycia 100% udziałów spółki Stocznia Cesarska Development, będącej użytkownikiem wieczystym nieruchomości stanowiącej tereny dawnej Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. Wartość transakcji wyniesie ok. 550 mln zł i będzie się na nią składać wartość udziałów i spłata pożyczek zaciągniętych przez Stocznia Cesarska Development. Po finalizacji transakcji Develia na terenach Stoczni Cesarskiej planuje zrealizować wielofunkcyjny projekt obejmujący co najmniej 3000 mieszkań i dodatkowo lokale usługowe.

Wyniki finansowe

Dane finansowe (tys. zł) 2025 2024 Zmiana
Przychody 2 076 930 1 789 530 16,06%
Zysk brutto ze sprzedaży 736 146 606 582 21,36%
Zysk brutto ze sprzedaży segment deweloperski 731 363 608 916 20,11%
EBITDA 535 613 456 992 17,20%
EBITDA skorygowana* 541 853 424 904 27,52%
Zysk netto 442 623 379 141 16,74%
Skorygowany zysk netto* 447 521 352 798 26,85%
ROE 22,96% 22,08% +0,88 pp.
ROE skorygowane* 23,22 20,55% +2,67 pp.

(*) – skorygowany zysk netto, liczony według wzoru: skorygowany zysk netto = zysk netto skorygowany o sumę przeszacowań netto z tytułu nieruchomości inwestycyjnych i zapasów – przychody/koszty finansowe z tytułu wycen zobowiązań finansowych w EUR – podatek odroczony utworzony od korygowanych pozycji (odpowiednio ROE i EBITDA)

Przychody grupy w 2025 r. wyniosły 2076,9 mln zł wobec 1789,5 mln zł rok wcześniej. Develia wypracowała 442,6 mln zł zysku netto wobec 379,1 mln zł w 2024 r. Skorygowany zysk netto liczony zgodnie z polityką dywidendową wyniósł 447,5 mln zł, wobec 352,8 mln zł w 2024 r.

Zysk brutto ze sprzedaży z działalności deweloperskiej wyniósł w ubiegłym roku 731,4 mln zł przy przychodach 2068,8 mln zł.

– To nasz kolejny rok z rzędu z rekordową liczbą przekazanych mieszkań, co jest widoczne także w wynikach finansowych. Pomimo przejęcia Bouygues Immobilier Polska utrzymaliśmy silną pozycję finansową i gotowość do zwiększania potencjału rozwojowego Develii. Umowa przedwstępna dot. nabycia udziałów spółki Stocznia Cesarska Development, którą właśnie zawarliśmy pokazuje, że sprawnie wykorzystujemy kolejne szanse mówi Paweł Ruszczak, wiceprezes zarządu Develii. – W ubiegłym roku wypłaciliśmy akcjonariuszom najwyższą w historii spółki dywidendę, która wyniosła 265,5 mln zł. W tym roku również zamierzamy konsekwentnie realizować naszą politykę dywidendową – Paweł Ruszczak, wiceprezes zarządu Develii.

W lutym 2025 r. Develia wyemitowała 4-letnie obligacje o wartości 160 mln zł, których oprocentowanie ustalono na poziomie 2,4% ponad WIBOR 3M. Z kolei w grudniu 2025 r. spółka zaoferowała inwestorom kolejne  4-letnie obligacje o wartości 180 mln zł z najniższą w historii spółki marżą na poziomie 2,0% ponad WIBOR 3M. Emisja została sfinalizowana w styczniu 2026 r.

W minionym roku Develia wypłaciła akcjonariuszom dywidendę w wysokości 265,5 mln zł, czyli 0,58 zł na akcję.

Na koniec 2025 r. Develia posiadała 610,4 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych w porównaniu do 840,6 mln zł na koniec 2024 r., a zobowiązania finansowe wyniosły 903,9 mln zł w porównaniu z 915,0 mln zł na koniec 2024 r.

Claude Capybara – nowy model AI od Anthropic może pomagać w cyberatakach

Sztuczna inteligencja właśnie przekracza kolejną granicę – zamiast pomagać programistom, może zacząć realnie wzmacniać hakerów. Ujawnione informacje o nowym modelu Anthropic pokazują, że AI coraz lepiej radzi sobie z wyszukiwaniem podatności i przygotowywaniem zaawansowanych ataków. To poważne zagrożenie, ostrzega Jonathan Zanger, CTO Check Point Software Technologies.   

Wycieki informacji o nowym modelu AI rozwijanym przez Anthropic pokazują, że cyberbezpieczeństwo wchodzi w nową, znacznie groźniejszą fazę. Chodzi o Claude Capybara, znany też jako Mythos — system, który ma znacznie lepiej radzi sobie z wyszukiwaniem podatności, tworzeniem exploitów i planowaniem wieloetapowych ataków. Zdaniem ekspertów to sygnał, że sztuczna inteligencja przestaje być tylko narzędziem wsparcia, a zaczyna realnie przyspieszać cyberataki.

Według autorów analizy problem nie dotyczy wyłącznie najbardziej zaawansowanych grup hakerskich. Takie możliwości mogą z czasem trafić także do słabszych technicznie cyberprzestępców, bo AI obniża barierę wejścia do prowadzenia skomplikowanych ataków. To oznacza, że firmy, które do tej pory zakładały, że nie są celem „najwyższej klasy” napastników, mogą nagle znaleźć się w strefie ryzyka.

Drugi niepokojący trend to automatyzacja ataków na skalę przemysłową. Jeśli modele AI będą coraz lepiej działały w trybie agentowym, przestępcy zyskają możliwość niemal ciągłego skanowania systemów, usług SaaS i starszej infrastruktury w poszukiwaniu nowych luk. Ataki przestaną być ręczną, czasochłonną operacją, a zaczną przypominać zautomatyzowaną linię produkcyjną. Będzie mniej improwizacji, więcej masowego „wytwarzania” cyberataków.

Eksperci ostrzegają, że w takim świecie czas między wykryciem luki a jej wykorzystaniem może skurczyć się niemal do poziomu zero-day. Dla biznesu oznacza to, że standardowe ustawienia bezpieczeństwa i powolne procesy aktualizacji mogą po prostu nie wystarczać. Szczególnie narażone będą organizacje z niezałatanymi systemami, słabą segmentacją sieci, kontami bez MFA i starymi serwerami, które od dawna pozostają poza głównym polem uwagi działów IT.

W praktyce firmy powinny już teraz przejrzeć swoją „pierwszą linię obrony” – od zapór sieciowych i WAF-ów po ochronę endpointów oraz poczty. Ważne jest nie tylko to, czy takie narzędzia są wdrożone, ale czy rzeczywiście są przygotowane na ochronę przed nieznanymi wcześniej zagrożeniami. Równie istotne staje się tempo łatania systemów i ograniczanie możliwości ruchu bocznego po sieci, jeśli do włamania już dojdzie.

Wniosek z analizy wydaje się prosty. Niezależnie od tego, czy dana organizacja sama wdrożyła AI, przeciwnicy już z niej korzystają. Cyberwojna przyspiesza, a firmy, które dziś nie zrewidują swojego podejścia do bezpieczeństwa, jutro nie będą w stanie nadążyć – uważa ekspert Check Pointa.