Za 37 proc. światowego rynku gier odpowiadają gry mobilne. – Rynek jest dziś wart ok. 35 mld dol., a pod koniec roku może to być ok. 40 mld dol. – ocenia współtwórca Reality Games. Polska nie jest dużym rynkiem pod względem liczby grających, ale może odgrywać istotną rolę jako producent gier na smartfony. Tym bardziej że innowacyjne inicjatywy i start-upy będą chętniej wspierane przez rząd.
Newzoo, firma monitorująca globalny rynek gier wideo, szacuje, że na świecie 1,7 mld użytkowników smartfonów gra w gry mobilne. Według agencji We Are Social 74 proc. wszystkich Polaków, czyli 28,4 mln osób, ma telefon komórkowy. 6,6 mln z nich gra w gry mobilne.
– Polska jest bardzo małym rynkiem dla branży gier na smartfony. Największy rynek to Stany Zjednoczone, a potem Wielka Brytania – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Sas, współtwórca Reality Games. – Rynek jest astronomiczny, jest wart dzisiaj 35 mld dol. i szacuje się, że pod koniec tego roku będzie wart już ponad 40 mld dol. i te liczby dotyczą jedynie rynku gier na smartfony. Perspektywy są zatem wielkie.
Analitycy policzyli ponadto, że gracze mogą przeznaczyć miesięcznie nawet ponad 25 dol. za zakup nowej gry mobilnej lub ulepszenia w ramach tytułu free-to-play (gry ściąganej za darmo). Dodatkowo ok. 90 mln graczy przeznacza na tę rozrywkę do 10 godzin tygodniowo.
Prognozy wskazują jednoznacznie, że dynamiczny rozwój rynku gier mobilnych będzie się utrzymywać przynajmniej przez najbliższych kilka lat. Według raportu Newzoo „Global Games Market Report” w 2019 roku przychody z mobilnych gier przekroczą kwotę 52,5 mld dol. Do 2019 roku segment ten będzie odpowiadać za 44 proc. całego rynku gier (wartego 118,6 mld dol.)
Na największych rynkach gier – w Chinach i Północnej Ameryce (wartych odpowiednio 24,4 mld dol. i 25,4 mld dol., z czego w USA – 23,5 mld dol.) – główną siłą napędową wzrostów jest segment mobilny. W Chinach pod koniec tego roku osiągnie on wartość 10 mld dol.
– Pozytywnie oceniam ten rynek w Polsce. Oczywiście dla firm technologicznych, które sprzedają i wypuszczają gry, Polska może jest małym rynkiem, ale z tej drugiej strony, jeśli chodzi o tworzenie gier, to robi się bardzo ciekawe – ocenia Piotr Sas. – Po pierwsze jest wielu utalentowanych programistów, którzy mają świetne pomysły. Po drugie, powoli prywatny rynek i rząd zaczynają mocniej wspierać start-upy.
Rządowy Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zakłada m.in. stworzenie przyjaznego otoczenia dla firm i systemu wsparcia innowacji. Jednym z takich instrumentów ma być inicjatywa Start in Poland.
– Oczywiście to wsparcie w porównaniu do Wielkiej Brytanii czy USA jest bardzo małe, ale co ważne, rząd jest tego świadomy i wie, że trzeba iść w tym kierunku. Jestem bardzo pozytywnie nastawiony. Myślę, że będziemy zaskoczeni tym, co w Polsce będzie się działo za 5–10 lat w technologii – prognozuje Piotr Sas.
W Polsce w grach na smartfony i tablety specjalizuje się kilkadziesiąt firm i studiów.
Wakacyjna beztroska może mieć negatywne konsekwencje dla bezpieczeństwa naszych danych, finansów i prywatności. Zagrożenia dotyczą przede wszystkim dokumentów tożsamości, kart płatniczych i smartfonów – przestrzegają eksperci i zalecają ostrożność. W okresie od lipca do września ubiegłego roku baza dokumentów zastrzeżonych zwiększyła się o ponad 36 tys., a udaremniono blisko 1,9 tys. prób wyłudzeń za pomocą skradzionych dokumentów.
– Podczas wakacji warto przede wszystkim zwracać uwagę zarówno na dokumenty tożsamości, dowód osobisty i paszport, jak i na takie dokumenty jak książeczka wojskowa czy legitymacja szkolna. Ich utrata również może stanowić zagrożenie dla naszego prawa do prywatności. Może się to wiązać z np. zaciągnięciem zobowiązań kredytowych na nasz rachunek czy podszywaniem się pod nas, czyli kradzieży tożsamości – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych z ODO 24, firmy specjalizującej się w ochronie danych osobowych i bezpieczeństwie informacji.
Wykorzystując skradzioną tożsamość, można wynająć mieszkanie, wziąć kredyt, wyrobić kartę kredytową czy podpisać umowę z operatorem komórkowym.
– Jeśli zgubiliśmy dokument tożsamości lub nam go ukradziono, to w pierwszej kolejności powinniśmy go zastrzec. Banki stworzyły odpowiedni portal, na którym można zgłosić kradzież dokumentu tak, by uniemożliwić zaciągnięcie zobowiązania na nasze konto. Należy także zgłosić sprawę na policję, by uzyskać potwierdzenie zgłoszenia podejrzenia popełnienia czynu zabronionego. Powinniśmy też poinformować organ, który wydał dany dokument – wymienia Gałaj-Emiliańczyk.
Ryzykowne może też być zostawienie dowodu w zastaw, np. przy wypożyczaniu sprzętu wodnego. Jak przekonuje ekspert ds. ochrony danych, dokumentu nigdy nie należy tracić z oczu. Choć zatrzymanie dowodu w zastaw praktykuje część wypożyczalni, można powołać się na art. 79 ustawy o dowodach osobistych i odmówić przekazania dokumentu. Zabronione jest też kopiowanie dokumentu (art. 275 Kodeksu karnego). Najlepszym rozwiązanie jest zaproponowanie spisania informacji.
– Kiedy ktoś mimo to skopiuje czy zeskanuje nasz dokument tożsamości, powinniśmy pamiętać o tym, by dopisać na kopii, w jakim celu został on skopiowany i przez kogo. Dzięki temu przy późniejszym powieleniu tego dokumentu będzie można ustalić źródło, z którego wyciekły dane – radzi Konrad Gałaj-Emiliańczyk.
Również smartfon może być źródłem wycieku istotnych informacji. Zabezpieczenie w postaci zwykłego hasła może być niewystarczające. Ekspert radzi, by postawić na pewniejsze rozwiązania, takie jak biometria, a także skonfigurować zdalne zarządzanie smartfonem. W przypadku kradzieży będzie można go zablokować i łatwo ustalić jego położenie. Kanały komunikacji takie jak dostęp do sieci Wi-Fi czy bluetooth powinny być włączane tylko wtedy, kiedy jest to konieczne, w ten sposób można zminimalizować ryzyko włamania.
Coraz częściej podczas wakacyjnych wyjazdów gotówkę zastępuje karta płatnicza. Jak jednak przekonują eksperci, należy z niej rozważnie korzystać.
– Powinniśmy ją zawsze nosić przy sobie, ale nie w portfelu w tylnych kieszeniach spodni, bo można ją łatwo ukraść. Niedopuszczalne jest noszenie razem z karta płatniczą numeru PIN. Niestety, często ludzie nie są w stanie zapamiętać czterocyfrowego PIN-u, dlatego na karcie płatniczej naklejają żółtą karteczkę z numerem – mówi Marcin Zadrożny z Fundacji „Wiedza to Bezpieczeństwo”.
Dobrym zabezpieczeniem jest także ustalenie górnego limitu transakcji w ciągu jednego dnia i określenie niskiej kwoty jednorazowej wypłaty lub płatności. Aby ograniczyć ryzyko skopiowania karty, dobrze jest zakrywać tablicę numeryczną bankomatu.
– Popularne stają się karty zbliżeniowe. To faktycznie duże ułatwienie, ale wiąże się z tym również niebezpieczeństwo. Wystarczy duże skupisko osób w centrum handlowym czy na plaży. Jeżeli mamy przy sobie taką kartę płatniczą, ktoś może, przechodząc obok, w zasadzie bez naszej wiedzy dokonać transakcji zbliżeniowej. Dlatego w takim przypadku sugerowałbym noszenie kart płatniczych w specjalnych futerałach, które blokują transmisję danych z karty płatniczej – przekonuje Zadrożny.
Dobrym zwyczajem jest regularne sprawdzanie stanu konta i zwracanie uwagi na transakcje. Jak tłumaczy ekspert fundacji, złodzieje często dokonują płatności na niewielkie kwoty, tak by trudniej było zarejestrować zmiany w saldzie konta.
– Jeśli karta zostanie skopiowana z wykorzystaniem nakładki na bankomat, złodziej stworzy duplikat i będzie korzystał równolegle z naszych środków. Dlatego w momencie pojawienia się dziwnych transakcji na koncie, powinniśmy o tym niezwłocznie poinformować bank. Mamy oczywiście szanse na odzyskanie pieniędzy, ale każdy bank oferuje inne warunki zwroty środków, które zostały nam skradzione – podkreśla Marcin Zadrożny.
O godzinie 14:30 poznaliśmy koszyk danych makroekonomicznych ze Stanów Zjednoczonych. Podane dane gospodarcze za poprzedni miesiąc były bardzo pozytywne. Pozytywny odczyt od razu przełożył się na umocnienie dolara amerykańskiego na szerokim rynku. Sprzedaż detaliczna wzrosła o 0,6% m/m, konsensus rynkowy zakładał wzrost na poziomie 0,1%, więc jest to znaczna różnica. Wzrost napędzany był przede wszystkim przez paliwo oraz materiały budowlane. Natomiast wzrost sprzedaży bazowej również zaskoczył in plus, wyniósł bowiem 0,7%.
Po tak optymistycznych danych wzrosło prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA, nieznacznie, ale jednak. Rynek na podstawie kontraktów terminowych na lipcowym posiedzeniu wycenia jedynie na 8%, jednak w grudniu tego roku prawdopodobieństwo takie wynosi 40%.
Tempo wzrostu gospodarczego w 2017 roku zmniejszy się do 3,4 proc. – wynika z prognozy makroekonomicznej NBP. W jej przygotowaniu wzięli udział analitycy sektora finansowego, przedstawiciele placówek naukowych i eksperci.
Komentarz dr Jacka Adamskiego, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan
Coraz wyraźniej widać wzrost znaczenia czynników spowalniających wzrost gospodarczy Polski w 2017 roku. To przede wszystkim efekt wzrostu niepewności wynikającego z nieoczekiwanego rozpoczęcia bolesnego dla UE procesu Brexitu oraz ujawnionego włoskiego kryzysu bankowego, jako kolejnego zagrożenia dla stabilności strefy euro.
Do grona międzynarodowych ośrodków rewidujących w dół swoje prognozy na 2017 rok, do grona sceptyków, dołączyli uczestnicy Ankiety Makroekonomicznej NBP, czyli kwartalnego badania opinii kilkudziesięciu profesjonalnych analityków makroekonomicznych.
Według opublikowanych dziś przez NBP zbiorczych wyników ankiety, zmniejszyli oni swoje przeciętne oczekiwania co do wzrostu PKB Polski w 2017 roku z 3,6% (badanie marcowe) do 3,4% obecnie oraz w strefie euro z 1,6% w 2017 roku (badanie marcowe) do 1,5%.
Stanowić to powinno dla rządu kolejny ważny sygnał do urealnienia założeń makroekonomicznych dla budżetu na 2017 rok. Niektóre podstawowe założenia ministerstwa finansów na przyszły rok – szczególnie stopa wzrostu PKB (3,9%) oraz tempo wzrostu inwestycji – już wcześniej budziły duże wątpliwości wśród części obserwatorów z branży finansowej, a również z grona partnerów społecznych Rady Dialogu Społecznego, czyli organizacji pracodawców i związków zawodowych. Teraz te rozbieżności tylko się powiększają.
W nocy napłynęły dobre dane z Chin. Zarówno odczyt PKB za drugi kwartał okazał się lepszy od prognoz, jak również produkcja przemysłowa oraz sprzedaż detaliczna. Wprawdzie obserwowany jest spadek prywatnych inwestycji w Państwie Środka, ale do czego jest rząd, który mocno zwiększył swoją aktywność w gospodarce od początku br.
Roczne tempo wzrostu gospodarczego w drugim kwartale w Chinach wyniosło 6,7%, a prognozy mówiły o odczycie 6,6%. Produkcja przemysłowa wyniosła 6,2% (prognoza 5,9%), a sprzedaż detaliczna 10,6% (prognoza 10%). Bardzo dobre dane mogą zaskakiwać zwłaszcza, że inwestycje prywatne w Chinach sukcesywnie spadają, ale jak spojrzymy na inwestycje państwowe, które w 2016 roku wzrosły o 23%, to już wiadomo skąd tak dobre dane. Chiński rząd usilnie się broni przed spowolnieniem tempa wzrostu gospodarczego.
Niestety dobre dane z Państwa Środka nie przełożyły się na wzrosty na europejskich parkietach oczywiście w związku z zamachami w Nicei. Niemniej jednak obecnie straty są już odrobione na większości indeksów, a na rynki kapitałowy powinien powrócić dobry klimat, który obserwowaliśmy ostatnio. Inwestorzy nie tylko oczekują ruchu ze strony Banku Anglii, ale również liczą na działania ze strony banku centralnego Japonii, zwłaszcza po wygranej rządzącej koalicji z premierem Shinzo Abe na czele, który jest zwolennikiem mocniejszej ekspansji fiskalnej oraz monetarnej.
Dobre dane z Chin spowodowały duży ruch w górę cen miedzi. Ponadto surowiec ten pnie się od początku czerwca br. Rosnące państwowe chińskie inwestycje z pewnością wzmacniają popyt na ten metal. Dzisiaj zyskuje również ropa po opublikowaniu danych z Państwa Środka. Silny ruch w górę obserwowaliśmy także we wtorek, kiedy został opublikowany raport OPEC, z którego wynika, że popyt na ropę z krajów zrzeszonych w kartelu będzie rósł w 2017 roku i wyniesie około 33 mln bbl dziennie. Obecnie produkcja wynosi około 32,85 mln bbl dziennie.
Na krajowym rynku wydarzeniem numer jeden jest decyzja agencji ratingowej Fitch ws. oceny wiarygodności kredytowej Polski. Większość spodziewa się, że agencja obniży tylko perspektywę z „pozytywnej” na „negatywną”, a sam rating pozostanie bez zmian. Taka decyzja prawdopodobnie spowodowałaby niewielkie osłabienie polskiego złotego, gdyż większość informacji jest już zdyskontowana.
15 lipca br. weszła w życie ustawa wprowadzająca klauzulę przeciwko unikaniu opodatkowania. Zdaniem Rady Podatkowej nieprecyzyjny, trudny w interpretacji przepis, w połączeniu z pozornymi instytucjami zabezpieczającymi podatników, spowodować może wiele sporów ministra finansów z przedsiębiorstwami.
Klauzula daje możliwość administracji podatkowej do pominięcia skutków prawnych czynności dokonanej przez podatnika, jeżeli stwierdzi, że służyła ona przede wszystkim osiągnięciu korzyści podatkowej. Stanowić ma narzędzie do walki z agresywną optymalizacją podatkową.
W ocenie ustawodawcy pozwoli na wytyczenie granicy pomiędzy legalną optymalizacją podatkową, a działaniami sztucznymi, które nie mogą być tolerowane.
Organem podatkowym uprawnionym do stosowania klauzuli jest minister finansów. W sprawach, w których uzna, że możliwe jest jej użycie, wszczynać będzie postępowania podatkowe lub przejmować do dalszego prowadzenia od innych organów. Wyłączone spod stosowania klauzuli będą sprawy, w których korzyść podatkowa lub suma korzyści podatkowych nie przekracza w okresie rozliczeniowym 100 000 zł, wobec podatników, którzy uzyskali opinię zabezpieczającą, dotyczące podatku od towarów i usług oraz jeżeli zastosowanie innych przepisów prawa podatkowego pozwala na przeciwdziałanie unikaniu opodatkowania.
Minister finansów w trakcie prowadzonego postępowania, a podatnik w odwołaniu od wydanej decyzji, będą mogli zwrócić się do Rady ds. przeciwdziałania unikaniu opodatkowania o wydanie niewiążącej oceny zasadności zastosowania klauzuli. Rada stanowić ma niezależny panel ekspercki, w skład którego wejdą przedstawiciele Ministra Finansów, Ministra Sprawiedliwości, szkół wyższych, NSA, KWRiST, RDS i KRDP.
Ochronę przed zastosowaniem klauzuli zapewni podatnikowi opinia zabezpieczająca. Opinie, wydawane będą przez Ministra Finansów, na wniosek podatnika zawierający szczegółowy opis planowanej, rozpoczętej lub dokonanej czynności. Opłata od wniosku wynosić będzie 20 000 zł.
Para walutowa EUR/NZD dotarła do dziennej strefy oporu. Byki mogą mieć problem z jej pokonaniem z kilku powodów. Po pierwsze wzrost ceny surowców pozytywnie oddziałuje na dolara nowozelandzkiego. Po drugie niepewność w Strefie Euro oraz systemie bankowym wpływa na siłę euro. Na dzień dzisiejszy nie ma argumentów przemawiającymi za przerwaniem tak mocnego trendu spadkowego.
Jeżeliby jednak do tego doszło, to będzie to jedynie kontynuacja korekty, a nie przerwanie trendu spadkowego. Bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu. Jeżeli przejdziemy na interwał czterogodzinny, to oscylator stochastyczny wskazuje na dywergencję pomiędzy ceną a wskaźnikiem, jest to mocny sygnał zapowiadający kontynuację głównego ruchu cenowego.
Posiedzenie plenarne RDS, obok bieżących kwestii związanych z pracami zespołów problemowych oraz stanowiska RDS w sprawie założeń projektu budżetu państwa i propozycji średniorocznych wskaźników makroekonomicznych i płacy minimalnej, poświęcone było dyskusji na temat planowanej reformy systemu edukacji.
W posiedzeniu obok prezydent H. Bochniarz, wiceprzewodniczącej RDS udział wzięli M. Krzysztoszek, J. Męcina, J. Mordasewicz i G. Baczewski oraz eksperci ds. systemu edukacji z naszej organizacji. W pierwszej części posiedzenia RDS przyjęła uchwałę nr 14 strony pracowników i strony pracodawców Rady Dialogu Społecznego w sprawie zmian systemowych w Funduszu Pracy oraz Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, podkreślając, że pracodawcy i związki zawodowe stanowczo nie zgadzają się z próbą przeznaczania środków FP i FGŚP na inne cele niż polityka rynku pracy i ochrona roszczeń pracowniczych. RDS przyjął też uchwałę nr 15 strony pracowników i strony pracodawców Rady Dialogu Społecznego w sprawie poselskiego projektu ustawy o Inspekcji Żywności.
W kolejnej części posiedzenia odbyła się dyskusja nad wskaźnikami makroekonomicznymi i założeniami projektu budżetu państwa. Przedmiotem dyskusji były w szczególności założenia projektu budżetu państwa na rok 2017, propozycja średniorocznych wskaźników wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej na rok 2017, propozycja wzrostu minimalnego wynagrodzenia za pracę za rok 2017.
W ostatniej części posiedzenia odbyła się dyskusja nad reformą systemu edukacji, poprzedzona prezentacją zakresu i kierunków reform przedstawioną przez minister Edukacji Narodowej A. Zalewską. Eksperci Konfederacji Lewiatan zwracali uwagę, że zaproponowane kierunki zmian w systemie edukacji zawodowej są najistotniejsze z perspektywy gospodarki. KL zadeklarowała współpracę z ministerstwem, podkreślając, że reformowaniu systemu edukacji zawodowej należy wykorzystać potencjał organizacji pracodawców, zamiast powoływać się na iluzoryczne wsparcie i nowe koncepcje powoływania samorządu gospodarczego. Pracodawcy i ich organizacje chcą wspierać tak potrzebną reformę systemu edukacji tu i teraz.
Po kilku pro-wzrostowych tygodniach dolar nowozelandzki znalazł się w zasłużonej korekcie. Aktualnym celem niedźwiedzi dalszych spadków jest strefa popytu 0.697-0.705. Nowozelandzka waluta zyskiwała ze względu na poprawę na rynku surowców oraz lepsze nastroje inwestycyjne w Chinach, gdzie eksport Nowej Zelandii do tego kraju jest kluczowy.
Następne spotkanie Banku Nowej Zelandii odbędzie się 11 sierpnia, rynek na podstawie overnight index swap wycenia prawdopodobieństwo obniżki na 70%. Rynek już w tej chwili wycenia taką możliwość, więc dopiero ewentualne zaniechanie dalszych obniżek przez władze monetarne doprowadziłyby do sporego ruchu na parze walutowej NZD/USD.
W bieżącym tygodniu jen względem dolara amerykańskiego stracił najwięcej od 1999 roku.Tak duża deprecjacja japońskiej waluty związana jest z nowymi plotkami dot. stymulacji monetarnej, a także fiskalnej przez rząd oraz centralny bank Japonii. Wiadomo, że zostanie wprowadzona stymulacja rynku, jednak nie wiadomo jak będzie wyglądała.
Rynek w bieżącym momencie wyczekuje konkretów ze strony premiera Abe, jeżeli zawiedzie rynek to po raz kolejny będziemy mogli zobaczyć kilku procentowe ruchy pary walutowej USD/JPY podczas jednego dnia. Na dzień dzisiejszy spekulanci grają na osłabienie japońskiej waluty.
Zarząd Alior Bank S.A., w odpowiedzi na tekst „Repolonizacja banków rozpoczęta”, który ukazał się 15.07.2016 w dzienniku Gazeta Polska Codziennie, stanowczo dementuje informację, jakoby Alior Bank S.A. nabył pakiet 10% akcji Banku Pekao S.A.
Dynamicznie rośnie popularność aplikacji mobilnej SkyCash. Próg pół miliona transakcji miesięcznie SkyCash osiągnął we wrześniu ubiegłego roku, a już w czerwcu br. zarejestrowano rekord w postaci symbolicznego 1 miliona transakcji. Ostatnie 2 lata to okres najszybszego w historii rozwoju firmy.
Najwięcej transakcji – blisko 40 proc. – przypada na płatności za parkowanie, które są dostępne już w 45 miastach na terenie całej Polski. SkyCash oferuje najwygodniejszą metodę opłacania parkowania: umożliwia płacenie wyłącznie za faktyczny czas postoju, bez szukania drobnych, kolejek do parkometru i czasochłonnego wbijania numeru rejestracyjnego auta. Z rozwiązania korzystają zarówno użytkownicy prywatni, jak i firmy dysponujące flotami pojazdów. Tym ostatnim system daje stały dostęp do informacji na temat kosztów postoju i pozwala zbiorczo rozliczać parkowanie wszystkich służbowych samochodów.
Rosnącą popularnością wśród osób korzystających ze SkyCash cieszą się także bilety komunikacji miejskiej. W samej Warszawie pasażerowie kupują ich miesięcznie ponad 100 tys. W 12 spośród 39 miast, w których działa system można nabywać nie tylko bilety jednorazowe i czasowe, ale także okresowe, w tym miesięczne. Taką możliwość mają m.in. mieszkańcy tak dużej aglomeracji, jak Szczecin.
– Przekroczenie pułapu miliona transakcji mobilnych to efekt naturalnego zapotrzebowania na wygodne i szybkie płatności życia codziennego – mówi Tomasz Krajewski, prezes SkyCash. – Popularność naszej aplikacji będzie dalej szybko rosła, ponieważ w wiek konsumpcyjny wchodzą właśnie osoby, które praktycznie wychowały się z telefonami w ręku – dodaje Krajewski.
Coraz więcej transakcji realizowanych za pomocą aplikacji przypada na płatności za bilety kolejowe, które SkyCash prowadzi od 2011 r. Pierwszym przewoźnikiem korzystającym z systemu były Koleje Mazowieckie. Dziś w aplikacji można kupić bilety większości przewoźników (w tym PKP Intercity oraz Przewozów Regionalnych), których łączny udział w rynku pod względem liczby obsługiwanych pasażerów wynosi ok. 90 proc.
SkyCash od samego początku powstawał jako rozwiązanie uniwersalne, oferujące platformę do płatności za różne, uzupełniające się usługi. Jako pierwsze w aplikacji pojawiły się przelewy na numer telefonu, do których wkrótce dołączyły m.in. bilety komunikacji miejskiej, wypłaty gotówki z bankomatów, doładowania GSM, płatności za parkowanie i bilety kinowe. Obecnie firma pracuje nad kolejnymi usługami i rozwija sieć partnerów biznesowych.
Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA wynika, że sprzedaż nowych samochodów osobowych jest w niezłej formie. Europejczycy w pierwszym półroczu 2016 kupili ponad 7,8 mln osobówek, czyli o 9,4% więcej niż rok wcześniej. Dużo większy ruch widać także w polskich salonach. Od stycznia do czerwca br. Polacy kupili niemal 211 tys. nowych osobówek, czyli o 18,5% więcej r/r. Zebrane dane oraz dobre nastroje konsumenckie wskazują, że motobranża w Polsce może wypracować lepszy niż zakładany na początku roku wynik. Liczba 405-410 tys. nowych rejestracji w całym 2016 roku i ok. 15% wzrost r/r, jest całkiem realna.
Zgodnie z naszymi prognozami, zarówno europejski jak i krajowy rynek sprzedaży nowych osobówek odbudowuje się i notuje comiesięczne wzrosty. Po tym jak swoją prognozę dotyczącą wzrostu rejestracji samochodów osobowych skorygowało w górę Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów, również my oceniamy, że dynamika sprzedaży na polskim rynku w całym roku będzie wyższa niż zakładaliśmy sześć miesięcy temu. 2016 rok może przynieść wzrost na poziomie nawet 15% r/r, co dałoby wynik powyżej 400 tys. sztuk. To świetny rezultat, ale ciągle za niski jak na Polskę. Na przykład w Hiszpanii, która pod względem wielkości i liczby ludności jest podobna do naszego kraju, w ubiegłym roku zostało sprzedanych 1 mln aut. Mamy więc jeszcze sporo do nadrobienia.
Choć w grupie nabywców nowych aut dominują firmy i z pewnością ta sytuacja nie zmieni się szybko, bo dobra koniunktura i kondycja przedsiębiorstw nakręcają zakupy flotowe, to jednak liczę, że coraz więcej konsumentów będzie kupować w salonach. Co prawda większość z nich nadal wybiera samochody używane i tutaj także odnotowujemy comiesięczne rekordy, to jednak ogólny klimat, na który składa się m.in. spadek bezrobocia, podwyżki wynagrodzeń i wprowadzane zmiany, jak na przykład program 500+, mają szansę pozytywnie przełożyć się na zakupy nowych czterech kółek.
Kupują Polacy…
W ciągu sześciu miesięcy tego roku, jak wynika z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, Polacy zarejestrowali 210 728 nowych samochodów osobowych[1]. Wynik jest aż o 18,5% lepszy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Jeśli spojrzymy na strukturę kupujących nowe samochody osobowe w naszym kraju to zobaczymy, że aż 65,7% to firmy, a tylko 34,3% nabywców to klienci indywidualni.
Najchętniej kupowaną marką samochodową w segmencie osobówek w minionym roku w Polsce była Skoda. Drugą pozycję zajęła Toyota, wyprzedzając Volkswagena, który uplasował się na trzecim miejscu. W ogólnym rankingu modeli na pierwszym miejscu jest Skoda Octavia, na drugim Skoda Fabia, na trzecim zaś Opel Astra.
… i Europejczycy
Wzrosty utrzymują się nie tylko w Polsce, ale w prawie całej Europie. W pierwszej części roku Europejczycy kupili ponad 7,8 mln nowych osobówek (+9,4 r/r).[2] Ożywienie w europejskich salonach trwa już nieprzerwanie 34 miesiące i wszystko wskazuje na to, że będzie kontynuowane także w drugiej części roku. W pierwszym półroczu br. na zielono możemy zaznaczyć wszystkie najważniejsze rynki europejskie takie jak Niemcy (+7,1%), Włochy (+19,2%), Hiszpanię (+12,5%) i Wielką Brytanię (+3,2%). W Unii Europejskiej najchętniej kupowaną marką od stycznia do czerwca tego roku pozostał Volkswagen, który zanotował minimalny wzrost (+0,8%).
Agencja Fitch podejmie dziś decyzję ws. ratingu Polski. Większość ekonomistów jest zdania, że sam rating nie ulegnie obniżeniu, natomiast agencja zmieni jego perspektywę ze stabilnej na negatywną, co będzie sygnałem, że rating może zostać obniżony w przyszłości. Zdaniem prof. Ryszarda Bugaja faktem jest, że opinie agencji ratingowych o Polsce mają znaczenie dla inwestorów, a to może się obrócić przeciwko naszemu krajowi. Zwłaszcza, że na podjęte przez rząd zobowiązania może zabraknąć pieniędzy.
– O firmach ratingowych nie mam dobrego mniemania, ale one ciągle są obecne i ciągle stwarzają standardy inwestycyjne, to nie ulega wątpliwości – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor ekonomista prof. Ryszard Bugaj. – Zresztą odwoływanie się przez nich do czynników politycznych jest całkiem rozsądne. Od polityki w gospodarce niesłychanie wiele zależy, np. paradoksalnie od tego, czy będziemy mieli dobrze działający Trybunał Konstytucyjny, bo od tego zależy, czy stabilność prawa będzie podtrzymana, w szczególności w tym wyobrażeniu inwestorów, którzy są przywiązani do takiej liberalnej formuły trwałości norm prawnych.
Trzy wielkie agencje ratingowe rządzą światem ocen inwestycyjnych: Fitch, Moody’s i Standard & Poor’s. Pierwsza podejmie decyzję w piątek; druga w maju zdecydowała się na obniżenie perspektywy, ale nie ratingu, choć większość ekonomistów spodziewała się bardziej radykalnej decyzji. Największym szokiem była styczniowa obniżka oceny przez Standard & Poor’s, nie tylko dlatego, że była pierwsza, ale też nastąpiła przy pozytywnej perspektywie. Wszystkie trzy instytucje nie ukrywają, że czynniki polityczne mają przy ich decyzjach większe znaczenie niż wskaźniki gospodarcze, które na razie są zdaniem ekspertów w miarę dobre.
– Wiele będzie zależeć od polityki rządu, czy utrzyma się poparcie dla rządu, które się utrzymuje jak na razie na dosyć przyzwoitym poziomie. W długim okresie jednak jest dość prawdopodobne, że będzie gorzej – przewiduje Bugaj. – Jeżeli rozpowszechnią się opinie, a one mogą się rozpowszechnić poprzez działanie trochę przypadkowe, trochę stereotypowe, jeżeli rozpowszechnią się opinie negatywne, to mogą one budować taką negatywną samosprawdzającą się prognozę.
Jak w ostatnim raporcie napisał Narodowy Bank Polski, w I kwartale 2016 r. zarejestrowano rekordowo wysoki odpływ kapitału zagranicznego z rynku polskich papierów wartościowych, który wyniósł 25,3 mld zł i był najwyższym kwartalnym odpływem inwestycji portfelowych w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Ujemne saldo było przede wszystkim rezultatem wynoszącego 26,9 mld zł odpływu kapitału inwestowanego w obligacje skarbowe. Był to skutek zarówno popytu na nie ze strony polskich banków, jak i negatywnych efektów zmiany ratingu przez S&P w styczniu oraz powolnego, ale jednak, zacieśniania polityki monetarnej przez Fed – konkluduje NBP.
– Sprawą ciągle kluczową jest stopa wzrostu oczywiście. Jeżeli ta stopa wzrostu by była w Polsce w dłuższym okresie, kilku lat, poniżej 4 proc. średniorocznie, jeżeli z Unii będzie mniej pieniędzy, a będzie mniej pieniędzy, to z jednej strony oczywiście zmniejszenie stopy wzrostu oznacza mniejsze dochody sektora finansów publicznych, z drugiej strony mniejsze zasilenie brukselskie – mówi ekonomista.
W lipcowej projekcji inflacji NBP obniżył swoją prognozę wzrostu PKB (w stosunku do marcowej) w br. z 3,8 proc. do 3,2 proc., w 2017 roku z 3,8 proc. do 3,5 proc., a w 2018 – z 3,4 proc. do 3,3 proc. Ta różnica to dziesiątki miliardów złotych. Tymczasem zobowiązania rządu, takie jak Rodzina 500 plus czy obniżenie wieku emerytalnego, jak podkreśla prof. Bugaj, kosztują. To pierwsze ponad 20 mld zł rocznie, drugie – co najmniej 40 mld zł w ciągu czterech lat, i to według wyliczeń będącej inicjatorem tego kroku Kancelarii Prezydenta.
– Sztywne wydatki będą rosły, więc powstanie zagrożenie deficytem. I trzeba będzie odpowiedzieć na bardzo trudne pytania, czy ciąć niektóre wydatki. Już mówiłem poprzednio, że się tak strasznie nie boję o zadłużenie, ale to nie znaczy, że nie ma problemu, że nie ma żadnych granic, że można się zadłużać do woli, to na pewno nie – przestrzega Bugaj. – Stanie przed polityką gospodarczą dramatyczne pytanie, czy ciąć niektóre wydatki, czy sięgnąć po podatki. Na te pytania jak na razie wszyscy uczestnicy sceny politycznej nie chcą odpowiedzieć twierdząco, ani na jedno, ani na drugie.
Sektor budownictwa i nieruchomości, jeden z najważniejszych sektorów światowej gospodarki, w którym skupiona jest znaczna część światowego bogactwa, potrzebuje uniwersalnych zasad etycznych. Eksperci z ponad 60 światowych organizacji, w tym RICS, łączą siły, by stworzyć jednolity zbiór międzynarodowych standardów, które mają zwiększyć przejrzystość i spójność globalnego rynku nieruchomości i zaufania do związanych z nim zawodów. Jaki wynika z raport RICS, kluczowi w sektorze są zarządzający nim menedżerowie.
– W Polsce wciąż jeszcze należy pracować nad transparentnością, bo wielu zarządzających aktywami w sektorze publicznym nie wie, co znajduje się w ich portfelu. Ile mają budynków, ile metrów kwadratowych, czy są one wynajmowane, czy kupowane. To są często rzeczy dotąd nie rozpoznane. Wszystko zaczyna się więc od transparentności, za którą idzie rządność – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Maarten Vermeulen, regionalny dyrektor zarządzający RICS na Europę, Rosję i CIS (kraje byłego Związku Radzieckiego).
Zdaniem Vermeulena potrzebujemy międzynarodowych standardów, by skutecznie zarządzać aktywami publicznymi w sektorze nieruchomości i budownictwa, choć pozycja Polski nie różni się znacząco od wielu innych rynków na świecie.
– Polska znajduje się w podobnej sytuacji co wiele krajów na świecie. To interesujące zjawisko, ponieważ obecnie z jakiegoś powodu, zupełnie niespodziewanie, zarządzanie aktywami w sektorze publicznym wszędzie staje się coraz ważniejsze. To ważny temat tu, w Polsce, a także w Holandii, USA czy Rosji – mówi Vermeulen.
Według raportu RICS kluczową rolę w zakresie wsparcia wysiłków rządów odgrywają asset menedżerowie sektora publicznego. Sektor publiczny na całym świecie mierzy się z wieloma problemami takimi jak ograniczenia budżetowe, starzejąca się infrastruktura czy rosnąca populacja miast. Eksperci podkreślają, że rządzący muszą szukać sposobów na zrównoważenie wyzwań, przed którymi stoi branża. Dodają, że rządzący powinni zapewnić bezpieczeństwo, niezawodność i efektywność aktywów publicznych, jednocześnie dążyć do wyznaczenia najwyższych standardów.
– Podstawowy wniosek jest taki, że sektor publiczny w tej dziedzinie musi dogonić rynek komercyjny. Jest w nim wciąż wielu ludzi, którzy nie są profesjonalni, jest w nim wiele nieprzejrzystości, a co za tym idzie – sektor ten wymaga pilnej uwagi – twierdzi Vermeulen, dodając, że menadżerowie mogą wpływać na politykę rządową w dziedzinie zarządzania aktywami publicznymi.
Według szacunków ekspertów RICS zaspokojenie globalnych potrzeb w zakresie infrastruktury do 2030 roku wymagać będzie inwestycji rzędu 57 bilionów dolarów. Profesjonaliści sektora gruntów, nieruchomości, budownictwa i infrastruktury mogą pomóc w tym, aby projekty infrastrukturalne zostały ukończone w czasie i ustalonym budżecie.
– Nie tylko tu, w Polsce, lecz także na całym świecie, gdyż zawsze istnieje pewna zależność pomiędzy polityką a tym co racjonalne z perspektywy biznesowej. Widzimy tu pewne tarcia. Czasami szala przechyla się na stronę polityki, czasami na stronę biznesu. Wszystko jednak sprowadza się do tego, by nasza praca była bardziej transparentna, bardziej profesjonalna. Moim zdaniem, patrząc na sektor, należy najpierw spojrzeć na siebie i upewnić się, że wiemy, o czym mówimy, a potem zaczynać dialog z politykami – podsumowuje Vermeulen.
RICS to niezależna organizacja wspierająca rozwój kwalifikacji zawodowych ponad 118 tys. profesjonalistów w branży budownictwa i nieruchomości na całym świecie. Firma czuwa nad przestrzeganiem zasad etycznych i najwyższych standardów praktyki zawodowej. W Polsce RICS powołany został w 1991 r. przez grupę rzeczoznawców. Dziś należy do niego ponad 300 ekspertów branży budownictwa i nieruchomości.
Od 20 lipca za przejazd autostradą A4 między Krakowem a Katowicami kierowcy nie będą musieli płacić na bramkach. Dzięki urządzeniu A4Go będą mogli uiścić opłatę elektronicznie. To dobra inicjatywa, ale nowy system powinien być zgodny z działającym na autostradach zarządzanych przez GDDKiA systemem viaAUTO – podkreśla prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej. Ze strony rządu i koncesjonariuszy autostrad potrzebne są działania, które zachęcą wszystkich kierowców do korzystania z automatycznego systemu poboru opłat.
– Dla mnie najlepszym rozwiązaniem na rozładowanie zatorów na autostradach byłoby jak najszybsze doprowadzenie do sytuacji, w której większość albo wszyscy użytkownicy samochodów osobowych płacą za pomocą takiego czy innego urządzenia pokładowego. Skoro dało się to zrobić dla samochodów ciężarowych, nie tylko krajowych, lecz także zagranicznych, bo ok. 40 proc. używających urządzeń viaBOX to kierowcy przejeżdżający tranzytem przez Polskę, to dlaczego nie iść w tym kierunku? – mówi agencji Newseria Biznes Prof. Wojciech Suchorzewski, specjalista z zakresu inżynierii ruchu i polityki transportowej z Politechniki Warszawskiej.
System viaTOLL obejmuje ponad 3,1 tys. km dróg krajowych i autostrad. Kierowcy pojazdów o masie powyżej 3,5 ton mają obowiązek zainstalowania urządzenia viaBOX, które pozwala płacić za przejazd zarówno na płatnych drogach krajowych, jak i na autostradach, bez konieczności zatrzymywania się. Obecnie zarejestrowanych w systemie jest 960 tys. pojazdów. Równolegle rozwijany jest system viaAUTO, który umożliwia samochodom osobowym przejazd autostradami zarządzanymi przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad, czyli A4 (z Gliwic do Wrocławia) oraz A2 (ze Strykowa do Konina), bez konieczności manualnego uiszczania opłat przy bramkach. Do końca czerwca bieżącego roku sprzedano ponad 54 tys. takich urządzeń. Dzięki viaAUTO za przejazd autostradą można płacić bez zatrzymywania się, wystarczy zwolnić i podjechać pod szlaban. Korzystający z takich płatności kierowcy pokonują place poboru pięć razy szybciej niż płacący tradycyjnie.
– Od 20 lipca będziemy mieli także na odcinku autostrady A4 Kraków–Katowice system z elektronicznym poborem opłat, z urządzeniem pokładowym A4Go – tłumaczy prof. Suchorzewski.
Urządzenia A4Go, rozwiązanie Stalexport Autostrada Małopolska (SAM), będą działały we wszystkich bramkach w punktach poboru opłat, początkowo w systemie „stop&go”, czyli zatrzymaj się i jedź, a docelowo „slow&go”, czyli zwolnij i jedź. Każdorazowo za przejazd przez bramkę ma być pobierana opłata z konta przedpłaconego.
– Istotne jest zapewnienie interoperacyjności dwóch systemów dla samochodów osobowych, tak żeby ktoś, kto ma urządzenie viaAUTO mógł wjeżdżać także na autostradę A4 i odwrotnie, żeby z A4Go mógł jeździć po drogach Generalnej Dyrekcji, gdzie działa system viaAUTO – podkreśla prof. Suchorzewski.
Jak podkreśla, z technicznego punktu widzenia nie ma ku temu przeciwwskazań. Potrzebne jest tylko porozumienie między zainteresowanymi stronami, czyli GDDKiA i spółki Stalexport przy kooperacji operatorów systemów.
Ekspert wskazuje, że interoperacyjność będzie dopiero pierwszym, ale istotnym krokiem, żeby te rozwiązania upowszechniać. Istotne jest to, by objąć elektronicznym systemem poboru opłat wszystkich kierowców samochodów osobowych.
– W tej chwili to jest na zasadzie dobrowolności. Niewielki procent kierowców się decyduje na to, żeby ponieść koszt wynajęcia czy kupna urządzenia, mimo że jest on niewielki – mówi prof. Suchorzewski.
Kierowców skusić mają akcje promocyjne. 8 lipca Kapsch Telematic Services rozpoczął promocję pod hasłem „Szerokiej Polski!”, w ramach której zaoferuje 70 tys. urządzeń w cenie 25 zł, przeszło cztery razy taniej. Z kolei w systemie A4Go, kupując impulsy, kierowcy mogą liczyć na 15-proc. rabatu.
– Mam nadzieję, że skusi to jak najwięcej użytkowników samochodów osobowych do zainwestowania kilkudziesięciu złotych w urządzenie, ale to dopiero początek. Wydaje mi się, że jednak trzeba zrobić coś więcej, żeby jak najszybciej prawie wszyscy, jeżeli nie wszyscy użytkownicy byli objęci system automatycznego poboru opłat – przekonuje prof. Suchorzewski.
Elektroniczny system poboru opłat zwiększa przepustowość. Na pasach, na których opłata pobierana jest manualnie, przepustowość wynosi ok. 120 pojazdów na godzinę. W przypadku korzystania z urządzeń pokładowych w ciągu godziny może przejechać nawet 500. Pomysł sprawdził się też w Gliwicach, gdzie mieszkańcy miasta otrzymali od Kapsch 10 tys. urządzeń viaAUTO. Tam średni czas zatoru skrócił się z 34 do 12 minut.
Sytuacja na rynku sprzedaży mieszkań jest bardzo korzystna dla deweloperów, którzy prześcigają się we wprowadzaniu nowych projektów do sprzedaży. W efekcie, aby wyróżnić swoją ofertę, należy wykreować bardzo charakterystyczne produkty – ocenia Bohdan Szułczyński z firmy Profbud.
– Sytuacja wygląda bardzo korzystnie dla wszystkich działających na rynku deweloperskim czy budowlanym – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Bohdan Szułczyński, wiceprezes zarządu firmy Profbud.
Jak podkreśla, aktualnie największym zainteresowaniem cieszą się mieszkania mniejsze, ale wielopokojowe, czyli np. metraż 55 mkw., ale z trzema pokojami.
– To jest oczywiście jak najbardziej możliwe do zrealizowania. Natomiast wszystko zależy od segmentu, w którym chcemy oferować produkty. Za to niezależnie od segmentu mają to być mieszkania skrojone na miarę – mówi Szułczyński.
Według raportu firmy doradczej REAS w I kwartale 2016 r. deweloperzy sprzedali łącznie ponad 14,3 tys. mieszkań w sześciu największych miastach Polski (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań i Łódź), co oznacza wzrost o niemal 25 proc. rdr. Jednocześnie na koniec marca firmy miały w ofercie łącznie ponad 48 tys. lokali. Liczba mieszkań wprowadzonych do sprzedaży wzrosła o ponad jedną piątą.
– Obserwujemy rokrocznie tendencję wzrostową i mamy coraz lepsze lata dla branży deweloperskiej. Natomiast wszyscy się chyba obawiamy tego, że spowolnienie kiedyś nastąpi. Pytanie, czy za rok, czy może za dwa lata – mówi wiceprezes Profbud.
Analitycy Reas podkreślają, że w I kwartale ceny lokali wprowadzanych do sprzedaży wzrosły (o 2,4 proc.). Przełożyło się to na niewielki wzrost średniej ceny mieszkań w ofercie (o 1,9 proc.). Wpływ na te wzrosty miała m.in. coraz większa popularność droższych inwestycji z segmentu premium.
– Dzisiaj rynek pod kątem cen wygląda jeszcze dosyć stabilnie, jesteśmy cały czas w bardzo dobrym okresie – uważa Szułczyński.
Jako czynniki podtrzymujące popyt na mieszkania, przedstawiciel Profbudu wymienia bogatą ofertę rynkową, tanie kredyty i wciąż jeszcze realizowany program „Mieszkanie dla Młodych”. Według informacji z 15 czerwca br., skorzystało z niego ponad 63 tys. beneficjentów. BGK wstrzymał już przyjmowanie wniosków na dofinansowanie wkładu własnego do mieszkań, które zostaną kupione w 2017 rok. Wprawdzie do wykorzystania w tym roku została jeszcze część puli przeznaczona na 2018 rok, jednak eksperci spodziewają się w kolejnych miesiącach spadku popytu w segmencie tańszych lokali.
Po 2018 roku MdM zostanie zastąpiony przez program Mieszkanie Plus, ale na razie trudno szacować ewentualny jego wpływ na rynek.
– Życie pokazywało, że tego typu programy rządowe pobudzały rynek, natomiast jako spółka chcemy się skupić na zupełnie innym segmencie, więc chcemy kreować inne produkty – podsumowuje wiceprezes Profbudu.
Spółka realizuje dwie nowe inwestycje w Warszawie – Osiedle Praha na Grochowie oraz osiedle Kwadry Księżycowej na Bielanach. W przygotowaniu są też kolejne projekty na Bemowie. Profbud rozpoczyna I etap budowy osiedla Stella. Budynek ze 135 mieszkaniami ma być najwyższym w okolicy (50 metrów). Zakończenie inwestycji planowane jest na I kw. 2018 roku.
Jednoosobowa działalność gospodarcza dziś zwykle umiera wraz ze śmiercią właściciela. Resort rozwoju chce to zmienić i proponuje nowe zasady sukcesji. W niezakłóconym działaniu firmy ma pomóc prokurent spadkowy, który zyska m.in. czasową możliwość posługiwania się numerami NIP czy REGON zmarłego przedsiębiorcy. Plan jest ambitny – oceniają eksperci. Nowe regulacje są jednak konieczne ze względu na rosnącą skalę problemu.
Według Ministerstwa Rozwoju grupa przedsiębiorców, którzy rozpoczęli działalność na progu transformacji ustrojowo-gospodarczej na początku lat 90. wchodzi w wiek, w którym wzrasta statystyczne ryzyko śmierci lub poważnych chorób.
– W Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej zarejestrowanych jest ponad 2 mln przedsiębiorców, z czego 80 tys. skończyło już 65 rok życia. Według ostrożnych szacunków liczba przedsiębiorstw rodzinnych to około 1–1,2 mln podmiotów, które generują 40 proc. PKB i zatrudniają 50 proc. pracowników występujących na rynku. Te dane statystyczne świadczą o tym, że problem sukcesji będzie się pogłębiał z każdym rokiem i że jest to temat ważki i ważny, którym należy się bezsprzecznie zająć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Stolarek, lider praktyki przedsiębiorczości rodzinnej i sukcesji z Kancelarii Ożóg Tomczykowski,
Forma prowadzenia biznesu w oparciu o wpis do CEIDG jest nierozerwalnie związana z osobą przedsiębiorcy. Prawo nie przewiduje żadnych rozwiązań, które pomagałyby w kontynuowaniu przez spadkobierców tej działalności.
– Jednocześnie przedsiębiorstwo nie jest wyodrębnione prawnie w majątku osoby wpisanej do CEIDG. Po śmierci przedsiębiorcy nie ma w związku z tym możliwości płynnej kontynuacji jego biznesu przez spadkobierców – zauważa resort w swoim opracowaniu na ten temat.
Odziedziczyć można tylko majątek zmarłego, bez możliwości korzystania z takich elementów działania firmy jak nazwa, Numer Identyfikacji Podatkowej (NIP) czy wydanych decyzji administracyjnych, np. koncesji czy różnego rodzaju zezwoleń. Śmierć osoby prowadzącej biznes w oparciu o wpis do CEIDG oznacza również wygaszenie umów o pracę załogi czy wygaśnięcie kontraktów handlowych.
– Dodatkowo w momencie śmierci właściciela firmy kredyty stawiane są w stan natychmiastowej wymagalności. Bardzo poważnym ograniczeniem i barierą jest to, że w przypadku śmierci przedsiębiorcy, który korzystał do tej pory z pomocy publicznej, istnieje obowiązek zwrotu takiej pomocy publicznej i to razem z odsetkami za zwłokę – mówi Joanna Stolarek.
Wszystkie te okoliczności powodują, że w zasadzie nie ma możliwości dalszego kontynuowania prowadzenia takiej działalności przez spadkobierców. To często prowadzi do upadku rodzinnego biznesu. Mają to zmienić propozycje resortu rozwoju.
Jak wynika z informacji resortu rozwoju, plany nowych regulacji w tym zakresie zakładają umożliwienie przedsiębiorcom wpisanym do CEIDG ustanowienia za życia przedstawiciela (prokurenta mortis causa), który mógłby prowadzić przedsiębiorstwo także po jego śmierci, a także wprowadzenie możliwości powierzenia przez spadkobierców jednej osobie prowadzenia spraw aż do czasu zakończenia formalności spadkowych.
W ocenie ministerstwa należy czasowo umożliwić posługiwanie się w obrocie i kontaktach z urzędami numerami NIP oraz REGON zmarłego przedsiębiorcy. Z punktu widzenia prowadzenia biznesu ważne jest także utrzymanie w mocy kontraktów cywilnoprawnych i umów o pracę oraz umożliwienie kontynuowania praw i obowiązków związanych z podatkami oraz korzystania z takich decyzji administracyjnych jak koncesje i zezwolenia związane z działalnością firmy.
– Plan ministra Morawieckiego jest bardzo ambitny i będzie wymagał wiele pracy. Konieczna jest zmiana około 20 aktów prawnych, żeby te regulacje wprowadzić – podkreśla Stolarek. – Biorąc pod uwagę bardzo szerokie uprawnienia takiego prokurenta mortis causa, który będzie podejmował newralgiczne dla prowadzonej działalności gospodarczej decyzje, pewnie będzie istniała konieczność wprowadzenia ograniczeń, być może jakiejś sprawozdawczości względem spadkobierców. Sprawy spadkowe są trudne, często między spadkobiercami nie ma zgody co do tego, w jakim zakresie i w jaki sposób taką działalność prowadzić.
Obecnie projekt jest na etapie konsultacji międzyresortowych. Same rozwiązania mają zostać wprowadzone od 1 stycznia 2018 roku.
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez PARP na zlecenie resortu rozwoju, aż 94 proc. ankietowanych dostrzega problem braku odpowiednich regulacji w zakresie sukcesji firm rodzinnych. Ocenia się, że skala problemu dotyczy obecnie 100 przypadków miesięcznie. Według prognoz w najbliższych latach liczba ta będzie rosnąć.
Producenci wiatrakowców, czyli mniejszych śmigłowców, widzą rosnące zainteresowanie tymi maszynami na polskim rynku. Interesują się nimi nie tylko służby, jak policja, straż graniczna czy wojsko, lecz także biznesmeni oraz osoby fizyczne. Specjalistyczną maszynę można mieć już w cenie dobrego samochodu, a za jej sterami można usiąść po 20 godzinach szkolenia teoretycznego i 20 godzinach praktycznego. Standardem salony lotnicze chcą dorównać korporacjom samochodowym.
Wiatrakowiec, czyli śmigłowiec żyroskopowy, wygląda jak mały helikopter, tyle że silnik nie napędza w nim głównego wirnika. Wirnik jest samonapędzany powietrzem przepływającym pomiędzy łopatami („autorotacja”). To zwykle dwu- lub trzymiejscowe maszyny, osiągające maksymalną prędkość do 200 km/h. Ich cena waha się od 70 do 100 tys. euro. Eksperci podkreślają, że mogą one wykonywać 90 proc. misji helikoptera za 10 proc. kosztów.
– Rynek wiatrakowców jest dzisiaj tam, gdzie rynek samochodowy był 30 lat temu. Maszyny te kosztują niewiele więcej niż samochód, palą niewiele więcej niż samochód, za to oferują niesamowitą oszczędność czasu – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Wronowski, partner w Celier Aviation w Polsce.
Jak podkreśla, podróż wiatrakowcem z Warszawy do Gdańska trwa mniej niż trzy godziny. Samochodem potrzeba na to ponad czterech godzin.
Dla Celier Aviation kluczowe są rynki zagraniczne. W tym momencie w Polsce lata jedynie około 30 maszyn firmy, co stanowi niewielki procent całej produkcji. Spółka stawia jednak na polski rynek, bo widzi w nim duży potencjał i rosnące zainteresowanie.
– W listopadzie ubiegłego roku powołaliśmy organizację, która rozwija i promuje te maszyny na naszym rynku. Zważywszy na to, że trwa to dopiero od kilku miesięcy, mamy dobre efekty. Wiatrakowcami zaczynają się interesować różne organizacje i służby, ale także osoby fizyczne – mówi Wronowski. – Zaczyna się o tym mówić i uważam, że to jest dobry krok, ponieważ jest to całkowicie polski produkt. Jesteśmy znaną światową marką, o której w Polsce mało kto wie.
Celier Aviation produkuje wiatrakowce w Piotrkowie Trybunalskim. Od początku istnienia firma sprzedała ok. 400 maszyn, z czego 95 proc. trafiło na rynki zagraniczne. Ten wynik plasuje ją w światowej czołówce. Dziś wprowadza na rynek swój najnowszy produkt – czwartą generację maszyn Xenon, która już zdobyła uznanie na światowych rynkach.
Firma stawia sobie za cel promocję rynku małych samolotów wśród biznesmenów i ludzi o dobrym statucie materialnym.
– Jesteśmy na początku tej drogi, którą kiedyś przeszły koncerny motoryzacyjne. Mam nadzieję i wierzę w to mocno, że za kilkanaście lat salony lotnicze będą wyglądały tak, jak dzisiaj wyglądają salony samochodowe – mówi przedstawiciel Celier Aviation.
Za tym musi iść jednak rozbudowa infrastruktury.
– Dzisiaj lotniska w Polsce prezentują niski poziom. Są to w większości lotniska aeroklubowe. Nasze działania doprowadzą do tego, że za kilka, kilkanaście lat ten standard znany dzisiaj z korporacji samochodowych będzie w korporacjach lotniczych – przekonuje Krzysztof Wronowski. – Moim marzeniem jest zbudowanie sieci lotnisk, w których każdy będzie mógł taką maszynę wypróbować, kupić i serwisować, gdzie będzie mógł nauczyć się latać.
Miłośnicy wiatrakowców mogą usiąść za sterami maszyny po szkoleniu obejmującym 20 godzin praktyki i 20 godzin teorii. Licencję można uzyskać w ciągu miesiąca po zdaniu egzaminu teoretycznego. Szkolenie praktyczne prowadzą instruktorzy z wieloletnim doświadczeniem na lądowisku szkoły lub dla grup kilkuosobowych na ich własnym terenie przystosowanym do startów i lądowań. Poza oczywistymi wadami zdrowia (np. wady serca), które eliminują z aktywnego życia, nie ma żadnych ograniczeń. Całość szkolenia można zamknąć w granicach około 15 tys. zł.
Polscy lekarze w ostatnich latach poczynili znaczne postępy w leczeniu zaburzeń słuchu. Dziesiątki operacji wykonywanych codziennie przywracają słuch osobom niesłyszącym. Osiągnięcia medycyny i technologii pozwalają im nawet tworzyć i wykonywać muzykę. To właśnie miał pokazać festiwal „Ślimakowe Rytmy”, którego druga edycja przyciągnęła kilkudziesięciu uczestników z całego świata.
– Przez pryzmat muzyki pokazujemy jedno z największych osiągnięć nauki i medycyny. Pokazujemy, że coś, co kiedyś pozwoliło komuś ledwie słyszeć, mieć poczucie dźwięku, dziś pozwala słyszeć, mówić, posługiwać się kilkoma językami, a nawet rozwijać swoje artystyczne pasje, i to w wersji zarówno amatorskiej, jak i profesjonalnej – mówi agencji Newseria prof. Henryk Skarżyński, dyrektor Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu.
Festiwal „Ślimakowe Rytmy” zainicjowany przez prof. Skarżyńskiego odbył się na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Już po raz drugi w jednym miejscu zgromadzono głuchych i niedosłyszących artystów z całego świata, którzy udowadniają, że po wszczepieniu implantu słuchowego nie tylko można się bez problemów porozumiewać, lecz także z powodzeniem śpiewać, grać i komponować muzykę. W tym roku wpłynęło około 150 zgłoszeń z całego świata.
– Festiwal zatacza coraz szersze kręgi, wzrasta grono naszych ambasadorów, którzy wracają do swoich krajów na różnych kontynentach, mówią o tym, co zastali w Warszawie, jak zostali uhonorowani. Czują się niezwykle dowartościowani, są autentycznymi ambasadorami tej idei – mówi prof. Henryk Skarżyński.
Główną ideą festiwalu jest zmiana postrzegania osób niesłyszących jako osoby niepełnosprawne oraz promowanie uzdolnień muzycznych osób z niedosłuchem.
– Uczestnicy pokazują, że słyszą, że uczestniczą w świecie dźwięku, który był im nieznany albo mało znany. Tutaj nie chodzi o to, żeby otrzymywać noty, ale żeby pokazać, że dzięki implantom te osoby mają dostęp do innego świata – przyznaje Irena Santor, jurorka festiwalu „Ślimakowe rytmy”.
Jurorzy zgodnie twierdzą, że osoby, które występowały już podczas przesłuchań, kompletnie nie odbiegały od poziomu zawodowego. Poziom przekazu, emocje artystów, czyli pasja i miłość do muzyki, dotarły do publiczności i dostarczyły wielu wzruszeń.
– Ci ludzie są bardzo zdeterminowani, żeby grać, to jest dla nich miłość, sens życia, ich wielka pasja. Byłem jurorem także podczas pierwszego festiwalu i zauważam zdecydowaną tendencję zwyżkową – mówi Grzegorz Wilk, wokalista i juror festiwalu. – Mamy nadzieję, że technologia, dość szybko idąca do przodu, pozwoli na to, że ludzie niesłyszący będą tworzyli muzykę i będą grali bez ranienia uszu słuchaczy.
Do Polski przyjechało 32 uczestników z Ekwadoru, Chin, Kazachstanu, Ukrainy, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Włoch i Hiszpanii. Do finałowego koncertu zakwalifikowało się 10 artystów – z Chin, Rosji, Kanady, Włoch, Kazachstanu i Polski, którzy wystąpili na koncercie laureatów.
– Beethoven udowodnił, że można nie słyszeć i komponować, jeżeli się wcześniej słyszało, ale wyartykułować z siebie dźwięk, śpiewać profesjonalnie, znakomicie i wyższe dźwięki, w wyższej skali, tak jak chociażby przedstawicielka Kazachstanu, to mi bardzo zaimponowało – przyznaje Irena Santor.
Polskę podczas koncertu reprezentowała grająca na skrzypcach 14-letnia Daria Władzińska.
– Implant mam od kilku lat. Po operacji, jak wszystko się zagoiło, po prostu dostałam implant, włożyłam go tak jak się zakłada okulary przeciwsłoneczne w słoneczny dzień. Przez ten czas przywykłam do tego, że muszę wykonać pewne czynności, żeby ten aparat zadziałał. Są też pewne ograniczenia. Muszę uważać np. na WF czy podczas deszczu, żeby implant się nie zniszczył – mówi Daria. – Festiwal to bardzo ciekawe przeżycie. Jednocześnie można podszkolić sobie języki. Na scenie jest ogromny stres, kiedy czujesz, że kilkaset par oczu się na ciebie patrzy, ale wtedy można sobie wyobrazić, że jest tu tylko osoba mi bliska i wtedy stres mija.
Wydarzenie honorowym patronatem objęła małżonka Prezydenta RP Agata Kornhauser-Duda.
Wina musujące typu cava czy prosecco podbijają światowy rynek, wypracowując sobie opinię jednej z najszybciej rozwijającej się kategorii alkoholi. Ta tendencja widoczna jest także w Polsce. Jeszcze niedawno ich sprzedaż rosła wyłącznie w okresie noworoczno-sylwestrowym. Obecnie coraz częściej wybierane są przez konsumentów nad Wisłą także latem. W ubiegłym roku spożycie win musujących wynosiło 18,5 mln litrów.
Musująca hiszpańska cava czy włoskie prosecco dotąd z powodzeniem zdobywały rodzime rynki, stając się nieodłączną pozycją letniego menu w restauracjach basenu Morza Śródziemnego, a z czasem także Europy Zachodniej.
– Mamy do czynienia cały czas z tendencją wzrostową w segmencie win musujących. W zeszłym roku ta tendencja u niektórych członków Polskiej Rady Winiarstwa sięgała 50 proc. względem 2014 roku. W tym roku mamy trochę niższe wskaźniki, ale zdecydowanie jest to kilkudziesięcioprocentowy wzrost – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes, Jerzy Kwaśniewski, prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa ZP PRW.
Od zawsze szczytem sprzedażowym win musujących był okres sylwestrowy i noworoczny, dziś wyraźnie zarysowuje się tendencja wzrostu zainteresowania nimi również w okresie letnim.
– Na Wyspach Brytyjskich, gdzie notujemy bardzo wysoki wzrost sprzedaży win musujących, również stają się one napojami letnimi, orzeźwiającymi i składnikami drinków, które umożliwiają wzrosty także latem – mówi Kwaśniewski.
Polscy importerzy i producenci dostrzegają ten potencjał, wprowadzają więc do oferty coraz więcej nowych produktów. W opinii eksperta oferta win musujących jest potężna i w dużej mierze nie dotarła jeszcze na polski rynek.
– Nie potrzebujemy zupełnie nowych produktów, a raczej dostępu do tego, co jest już dostępne na Zachodzie Europy. Jeśli chodzi o skalę całego świata, to mamy do czynienia ze wzrostem sprzedaży już istniejących win musujących i to ze wzrostem, który prawdopodobnie do 2020 roku sięgnie kolejnych 15 mld na całym rynku win musujących – prognozuje Kwaśniewski.
Według danych ACNielsen przytaczanych przez ZP PRW Polacy w ubiegłym roku spożyli ponad 18,5 mln litrów wina musującego. To w skali kraju oznacza, że rynek tego rodzaju alkoholi można szacować na niecałe 300 mln zł. Co ciekawe, wartość sprzedaży wzrosła o ponad 2,5 proc. Wynika to z faktu, że Polacy coraz chętniej sięgają po droższe, markowe wina musujące.
Pomimo tego, że rynek z 80% prawdopodobieństwem oczekiwał obniżenia stóp procentowych o 25 punktów bazowym przez Bank Anglii dnia dzisiejszego, to do tego nie doszło. Członkowie komitetu do spraw monetarnych prawie jednoznacznie zagłosowali za pozostawieniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Jedynie jedna osoba z 9 głosowała za obniżeniem stóp procentowych.
Władze monetarne postanowiły nie zmieniać polityki monetarnej, ponieważ brakuje im danych dotyczących skutków ostatniego referendum. Dopiero 4 sierpnia poznamy kwartalny raport inflacyjny, który powinien przynieść więcej odpowiedzi. Należy pamiętać, że spadek funta szterlinga może przynieść inflację, która uniemożliwi dalsze obniżki stóp procentowych.
Na parze walutowej GBP/CAD doszło do szybkiej korekty. Kupujący bez problemu po raz kolejny dotarli do dziennej strefy oporu 1.740-1.759. Bazowym scenariuszem pozostanie obrona strefy i kontynuacja ruchu spadkowego.
Nie tylko pracownicy działu HR, ale każdy menadżer kierujący choćby jednym pracownikiem, powinien posiadać wiedzę na temat skutecznego motywowania zespołu. W jaki sposób motywować pracowników do ciągłego doskonalenia, rozwoju swojej wiedzy i kompetencji, a także poprawiania efektywności oraz wyników?
Iwona Żurawska, Intrum Justitia
Nie od dziś wiadomo, że motywowanie pracowników jest nie lada wyzwaniem. Dzieje się tak dlatego, że wszystko, co ma związek z czynnikiem ludzkim nie jest łatwe. Każdy z nas jest inny i każdego motywuje coś zupełnie innego. Rolą dobrze rozwiniętego działu HR (Human Resources) jest między innymi znalezienie odpowiedniego konsensusu między wymaganiami przełożonego, a tym co motywuje i demotywuje podległych mu pracowników.
Zarządzanie – Lean Management
Chcąc być nowoczesnym pracodawcą, dążącym do osiągnięcia jak najlepszych wyników oraz doskonalenia organizacji, można skorzystać z koncepcji zarządzania Lean Management. Koncepcja ta jest podejściem do zarządzania przedsiębiorstwem opartym na doświadczeniach systemu produkcyjnego Toyoty. Lean Management zakłada elastyczność struktury organizacyjnej, ciągłe udoskonalanie przedsiębiorstwa, rozwijanie kadry zarządzającej i pracowników, wyodrębnienie małych jednostek organizacyjnych, które odpowiadają za realizację konkretnych zadań oraz posiadają przejrzysty podział odpowiedzialności. Dzięki wprowadzeniu tej koncepcji przedsiębiorstwa zmierzają do uzyskania wysokiej produktywności i jakości produktów, przy maksymalnym usprawnieniu organizacji oraz wszelkich procesów pracy. Lean Management poprawia także miękką stronę zarządzania organizacją. Dzięki cyklicznym spotkaniom kierowników z pracownikami, podczas których omawiana jest realizacja zadań oraz bieżące problemy, pracownicy mogą czuć się zaangażowani w procesy wewnętrzne. Narzędzia stosowane w tym systemie, takie jak Value Stream Mapping, 5S, Matryce kompetencji, Metoda 5 razy dlaczego, itp., wspierają budowanie przejrzystej komunikacji i procesów. Natomiast kultura „no blame” (szukanie rozwiązań a nie winnych) pozwala na konstruktywne rozwiązywanie problemów w organizacji, co w pozytywny sposób wpływa na otwartość oraz współpracę z innymi zespołami, a także zaangażowanie pracowników w doskonalenie biznesu.
Rozwój kompetencji
Nie można również zapomnieć, że w odpowiednim motywowaniu pracowników ważne jest to, aby cenić w ludziach chęć nauki, podejmowania różnorodnych form edukacji (studia podyplomowe, kursy, szkolenia itp.) zgodnych z podjętą przez pracownika ścieżką rozwoju w firmie. Ważne jest, aby pracownicy mieli świadomość, że drzemiący w nich potencjał, jak również ich zaangażowanie i wytrwałość zostaną docenione. Warto zatem zachęcać pracowników do podejmowania takich działań ustalając chociażby możliwość elastycznego grafiku, który nie będzie kolidował z grafikiem dodatkowych zajęć. Z drugiej strony szkolenia organizowane przez pracodawcę dla pracowników powinny być dopasowane do celów organizacji lub poszczególnych zespołów. Takie „szyte na miarę potrzeb” szkolenia, w które inwestujemy dają lepsze efekty zarówno dla organizacji, jak i samego pracownika. Należy jednak pamiętać, że najistotniejsze są tu działania i wsparcie po-szkoleniowe, aby efekty takiego szkolenia, które jest dla organizacji inwestycją, miało zastosowanie w pracy zespołu i jego konkretnych zmianach. Nie bez znaczenia są również zaangażowanie i rola menadżera. Wspieranie pracowników w rozwiązywaniu problemów, coaching, mentoring, stawianie ciekawych zadań, dzielenie się wiedzą oraz planowanie rozwoju i zarządzanie kompetencjami w zespole, daje zawsze dobre efekty oraz wpływa na wzrost motywacji całego zespołu.
Prowadzone w latach 50. i 60. badania Fredericka Herzberga dotyczące motywowania pracowników potwierdziły, że inne czynniki motywują ludzi do pracy i przynoszą satysfakcję, a zupełnie inne sprawiają, że są z niej zadowoleni. Niestety nie zawsze udaje się w praktyce właściwie wykorzystać wyniki tych badań i nadal największą uwagę przykłada się do wynagrodzeń i pakietów motywacyjnych. Zapomina się natomiast o potrzebie rozwoju lub po prostu osobistego docenienia i pochwały.
Informacja zwrotna
Każdy z nas chciałaby wiedzieć jak pracuje i jak jest odbierany przez przełożonego. Czy wyniki naszej pracy są zbieżne z oczekiwaniami pracodawcy? Jak nasza praca wpływa na osiąganie celów w organizacji? Czy to co robimy, robimy dobrze czy źle? Czy nasza praca ma sens? Dlatego tak istotne jest cykliczne udzielanie pracownikom informacji zwrotnej, nie rzadziej niż raz na rok, a najlepiej jak najczęściej. Jeśli wiemy, że pracujemy dobrze i przekłada się to na ogólny wynik organizacji, to nasza motywacja będzie zawsze wyższa. Istnieje wiele narządzi do udzielania pracownikom informacji zwrotnej np. autorskie, szyte na miarę systemy dostosowane do potrzeb organizacji lub gotowe narzędzia dostępne na rynku. Należy jednak pamiętać, że czasem wystarczy zwykła rozmowa, która może być dla pracownika budująca i wspierająca, o czym menadżerowie czasami zapominają.
Równowaga – Work Life Balance
Bardzo ważna jest także, coraz modniejsza w dzisiejszych czasach, idea Work Life Balance (równowaga pomiędzy pracą a życiem osobistym). Dzięki stosowaniu tego rodzaju programów firmy coraz częściej przyciągają wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Wdrażając taką ideę pracodawca chroni swoich pracowników przed pracoholizmem i wypaleniem zawodowym. Nie od dziś wiadomo, że człowiek spełniony zawodowo jest wtedy, gdy robi to, co lubi. Podstawowe korzyści wynikające z wdrożenia tej idei w przedsiębiorstwie to wzrost produktywności pracowników, wynikający z większej efektywności wykorzystywania czasu pracy. Nie można zapomnieć również o tym, że firmy kierujące się zasadą równowagi między życiem prywatnym i zawodowym odnotowują mniejszą rotację pracowników. Przykładowym elementem takiego programu może być np. home office (praca z domu), warsztaty z zasad zdrowej diety, kącik relaksu w biurze, darmowe owoce w w miejscu pracy itp.
Benefity pracownicze
Równie ważnym elementem motywującym i wzmacniającym lojalność pracowników są pozapłacowe benefity pracownicze. Wśród nich najpopularniejsze to grupowe ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków czy zagwarantowana opieka medyczna, co stało się w obecnych czasach standardem w organizacjach. Warto jest również pomyśleć o takich rozwiązaniach jak bony świąteczne, czy dofinansowanie pakietu sportowo-rekreacyjnego lub teatralno-kinowego.
Integracja zespołu
Dobrym sposobem na zwiększenie zaangażowania i motywacji pracowników są aktywności zwiększające integrację zespołu. W końcu przebywanie przez kilka godzin dziennie z ludźmi, których praktycznie się nie zna, mało komu sprawia szczególną radość i z pewnością nie skłania do otwartej współpracy. Warto więc organizować i dofinansować spotkania „po godzinach”, by pracownicy lepiej się poznali oraz chętniej przebywali razem. Innymi sposobami na integrację pracowników mogą być imprezy dla całej organizacji, tworzenie drużyn i rozgrywek sportowych, aktywne angażowanie pracowników w akcje charytatywne itp.
Badania satysfakcji i motywacji pracowników
Jeśli w organizacji chcemy stworzyć sprawnie funkcjonujący system, który w efektywny sposób będzie motywował pracowników, należy kompleksowo przeanalizować nie tylko system wynagrodzeń, ale również inne obszary jak na przykład współpraca, komunikacja, rozwój, ocena pracy itp. Przy czym przed wdrożeniem jakichkolwiek działań nie można zapominać o poznaniu pracowników i ich potrzeb. Najlepszym sposobem na uzyskanie takiej wiedzy jest ankieta badająca satysfakcję i motywację pracowników, która ocenia wszystkie ważne dla pracownika obszary w organizacji. Cykliczne prowadzone badania pozwalają na doskonalenie słabiej działających obszarów i prowadzenie otwartego dialogu kadry zarządczej z zespołami.
Poprzez podejmowanie różnorodnych działań, odpowiednio dopasowanych do potrzeb pracowników i możliwości organizacji, wzmocnimy zadowolenie pracownika z wykonywanej pracy, co przełoży się na zadowolenie klienta, a to znowu spowoduje wzrost efektywności naszej firmy.
Autor materiału: Iwona Żurawska, Dyrektor Departamentu HR, Intrum Justitia Sp. z o.o.
Materiał, możliwości, korzyść – kto, by pomyślał jeszcze kilkanaście lat temu, że w ten sposób będziemy opisywać odpady. Droga Unii Europejskiej do efektywnego i odpowiedzialnego gospodarowania odpadami była i wciąż jest pełna wyzwań. Bez wątpienia meta jest jednak coraz bliżej.
W latach 70. ubiegłego wieku, gdy przywiązywano coraz większą wagę do ochrony środowiska, zwrócono uwagę na narastający problem odpadów. Wraz z postępującym rozwojem przemysłowym, wzrastającą produkcją i konsumpcją rosła ich ilość.
Pierwszym wyzwaniem związanym z odpadami przed jakimi stanęła Unia Europejska, jeszcze jako Wspólnoty Europejskie, było ograniczenie ich niekontrolowanego przepływu oraz zapewnienie bezpieczeństwa, zdrowia i życia ludzi. Państwa należące do Wspólnoty miały we własnym zakresie i na własnym terytorium gospodarować odpadami w oparciu o ogólne ramy i standardy określone w przyjętych regulacjach.
UE oraz same państwa członkowskie określały zasady gospodarowania odpadami niebezpiecznymi, bateriami, zużytym sprzętem elektrycznym i elektronicznym, odpadami opakowaniowymi, komunalnymi i pojazdami. Stopniowo podnoszone były wymagania dot. recyklingu oraz ich przetwarzania. Efektem tego był m.in. wzrost odzysku odpadów opakowaniowych z 67 proc. w 2005 r. do 79 proc. w 2013 r. czy wzrost recyklingu odpadów komunalnych z 25 proc. w 2000 r. do 43 proc. w 2014 r. (dane: Eurostat). Wprowadzono zasadę, w myśl której to wytwórca produktów ponosi częściowe koszty późniejszego zagospodarowania odpadów.
Z czasem dostrzeżono konieczność szerszego podejścia do odpadów, uwzględniając materiały z jakich powstają produkty. Istotną rolę odegrała i wciąż odgrywa tu hierarchia sposobów postępowania z odpadami dookreślona w 2008 r. Wskazano, że w pierwszej kolejności należy zapobiegać ich powstaniu, dalej przygotowywać do ponownego użycia, poddawać recyklingowi, odzyskiwać innymi sposobami oraz w ostateczności unieszkodliwiać. Hierarchia wyznacza obecnie ramy polityki odpadowej UE.
Polityki odpadowa, środowiskowa czy gospodarcza, realizowane na początku przez UE w oderwaniu od siebie, zaczęły być traktowane jako uzupełniające się dziedziny. Najważniejsza być może ewolucja, jaka dokonała się jednak na przestrzeni lat, to zmiana sposobu postrzegania odpadów. Zaczęto postrzegać je nie jako źródło problemów, a jako materiał, z którego można ponownie wytwarzać produkty. Świadomość, że mogą być one źródłem korzyści wciąż rośnie.
– Od pewnego już czasu obserwujemy zmianę postrzegania odpadów wśród przedsiębiorców i konsumentów. Z jednej strony wzrastają oczekiwania społeczne związane z bezpiecznym zarządzaniem odpadami przez firmy, gdyż ma to bezpośredni wpływ na jakość życia członków społeczności lokalnych, w sąsiedztwie których firmy produkcyjne funkcjonują. Z drugiej strony, przedsiębiorstwa dostrzegają bardzo konkretne korzyści finansowe, logistyczne i środowiskowe wynikające z optymalnego procesu gospodarowania odpadami – mówi Piotr Bruździak, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Stena Recycling.
Kolejnym krokiem UE w drodze do jeszcze lepszego zarządzania odpadami jest realizacja gospodarki o obiegu zamkniętym, czyli takiej, w której żadne odpady się nie marnują, a wykorzystywane są ponownie jako materiały. Ostatnie propozycje Komisji Europejskiej z grudnia 2015 r. zakładają osiągnięcie do 2030 r. 75 proc. poziomu recyklingu odpadów opakowaniowych, 65 proc. komunalnych oraz ograniczenie składowanie odpadów do najwyżej 10 proc.
Materiał przygotowany m.in. w oparciu o artykuł Agaty Kosieradzkiej-Federczyk, Priorytety Unii Europejskiej w gospodarowaniu odpadami, „Zeszyty Naukowe Wydziału Informatycznych Technik Zarządzania Wyższej Szkoły Informatyki Stosowanej i Zarządzania »Współczesne Problemy Zarządzania«, Nr 1/2013.”
Ostatnie dni przyniosły historyczne maksima na głównych amerykańskich indeksach: S&P500 oraz DJIA. Tym samym po raz kolejny uwidoczniła się słabość naszego rynku, wraz z niekończącymi się pytaniami, kiedy ona się zakończy i co robić w między czasie. Najpierw warto jednak zmierzyć się z tematem poprawnej analizy ostatnich poczynań amerykańskiego rynku. Otóż jego siła nie wynika wcale z fenomenalnej kondycji gospodarczej, a raczej braku alternatyw do lokowania kapitału oraz nastrojów premiujących wzrost. Paradoksalnie jednym z katalizatorów do zwyżek okazuje się sam Brexit, który zasiał tak duży popłoch wśród inwestorów, że rynek tradycyjnie mógł wspiąć się po „ścianie strachu”. Ponadto uznano, że banki centralne dłużej utrzymają swoją ultrałagodną politykę. Ma to niebagatelny wpływ na amerykański rynek, co szczególnie widać w dłuższym okresie. Otóż od czasu wyznaczenia poprzedniego historycznego maksimum w maju minionego roku najlepszą stopę zwrotu dostarczyły typowo defensywne sektory, jak spółki użyteczności publicznej czy telekomunikacyjne, które znane są z wypłat dywidend. Tym samym inwestorzy są wypychani na rynek w poszukiwaniu wyższych stóp zwrotu niż te z obligacji czy lokat, a nie z uwagi na świetlane perspektywy gospodarcze. Za kupnem nie stoją również wyniki spółek, które najprawdopodobniej spadną już piąty kwartał z rzędu. Wszystko to oznacza, że trudno jest liczyć na trwałe wielomiesięczne wzrosty w oparciu o czynniki fundamentalne. Gdy coraz więcej inwestorów zacznie bagatelizować Brexit, a rosnąca presja inflacyjna wpłynie na retorykę Rezerwy Federalnej, dobra passa może złapać zadyszkę, szczególnie że na jesieni odbędą się wybory prezydenckie, a szanse zwycięstwa Donalda Trumpa wydają się podobnie niedoszacowane jak wcześniej ryzyko Brexitu.
GPW na tle Wall Street razi słabością, ale warto pamiętać o europejskim kontekście. Za naszą zachodnią granicą niemiecki DAX pozostaje od kwietnia minionego roku w trendzie spadkowym i ostatnie wzrosty niewiele w tej kwestii zmieniają. Lepiej wygląda spektrum rynków wschodzących, gdyż indeks MSCI EM jest bliski dania sygnału kupna poprzez utworzenie wielomiesięcznej formacji odwróconej głowy z ramionami. W tym kontekście słabość GPW martwi najbardziej. Wydaje się, że kapitał zagraniczny z uwagi na lokalne ryzyka wciąż podchodzi do Warszawy z rezerwą, na co wskazują też ostrożne komentarze po notabene pozytywnych planach budowania długoterminowych krajowych oszczędności. Honoru GPW ratują małe spółki i w najbliższym czasie ciężko będzie o zmianę tego stanu rzeczy. To oznacza, że okazji warto szukać wśród tego grona podmiotów.
W Radzie Dialogu Społecznego toczą się negocjacje dotyczące ustawy o związkach zawodowych. Pracodawcy zgadzają się na przyznanie prawa zrzeszania się wszystkim osobom zatrudnionym na innej podstawie niż stosunek pracy, zgadzają się też na ochronę ich przed dyskryminacją, ale nie mogą zaaprobować szczególnej ochrony stosunku pracy oraz prawa do oddelegowania z pracy za wynagrodzeniem – podkreśla Konfederacja Lewiatan.
prof. UW dr hab. Jacek Męcina – Doradca Zarządu Konfederacji Lewiatan
Jak podkreśla prof. Jacek Męcina, przewodniczący zespołu prawa pracy RDS, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, mimo kilkumiesięcznych negocjacji, pracodawcy w wielu kwestiach krytycznie odnoszą się do proponowanych zmian. Najwięcej rozbieżności pomiędzy pracodawcami i związkami zawodowymi i rządem dotyczy przepisów rozszerzających prawo do zrzeszania się w związki zawodowe i ich uprawnień. Pracodawcy zgadzają się z koniecznością realizacji treści wyroku Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie i przyznania prawa zrzeszania się wszystkim osobom zatrudnionym na innej podstawie niż stosunek pracy, zgadzają się na ochronę ich przed dyskryminacją, ale nie akceptują szczególnej ochrony stosunku pracy oraz prawa do zwolnień z pracy za wynagrodzeniem jeżeli organizacja nie posiada statusu zakładowej organizacji związkowej.
Prof. Jacek Męcina wskazuje, że to właśnie było przedmiotem kompromisu proponowanego przez stronę pracodawców- uzależnienie zakresu ochrony od statusu zakładowej organizacji związkowej, a więc posiadania w swoim składzie co najmniej 10 pracowników. Takie patrzenie na relacje zbiorowe przez pryzmat organizacji pracowniczych, które powinny mieć wciąż dominujące znaczenie w zakresie kształtowania zakładowych źródeł prawa pracy jest warunkiem utrzymania zasad obecnie obowiązującego zbiorowego prawa pracy, a zmiany zaproponowane w projekcie zmienią ich wymiar na zbiorowe stosunki zatrudnienia.
W trakcie rozmów i negocjacji ze stroną rządową i związkami zawodowymi pracodawcom udało się uzgodnić przywrócenie pojęcia pracodawcy w miejsce proponowanego „podmiotu zatrudniającego”. Udało się także uzgodnić zasady weryfikacji przez pracodawcę liczebności związków zawodowych w zakładzie pracy oraz właściwość sądów w tym zakresie. Przyjęte też zostały przez stronę związkową i rządową krytyczne uwagi pracodawców do zmiany zasad zwolnienia do tzw. „czynności doraźnych” oraz konieczne zmiany do art. 28 ustawy o związkach zawodowych.
Pracodawcy stoją na stanowisku, że udzielanie informacji organizacjom związkowym powinno dotyczyć tylko kwestii związanych z zatrudnieniem oraz podlegać kontroli sądowej. Pracodawcy poparli również podwyższenie kryteriów reprezentatywności i przyznanie szerszych uprawnień w ramach negocjacji większym organizacjom. Ostateczny kształt ustawy o związkach zawodowych poznamy w ciągu miesiąca.
Wczoraj Bank Kanady, a dzisiaj Bank Anglii pozostawił główną stopę procentową na tym samym poziomie. Pierwsza decyzja była oczekiwana, ale już w przypadku BoE rynek spodziewał się obniżki kosztu pieniądza na Wyspach przynajmniej o 25 p.b. Kurs GBP/USD znajduje się najwyżej od prawie dwóch tygodni.
Wczorajsza decyzja Banku Kanady była oczekiwana przez rynek. Sytuacja gospodarcza jest stabilna, więc nie ma potrzeby do dalszego luzowania polityki pieniężnej, mniej więcej taki przekaz wyszedł ze strony banku. Oczywiście było to zgodne z rynkowym konsensusem. Ponadto należy zauważyć, że ceny ropy odbiły, a Kanada jest w czołówce krajów produkujących ten surowiec, więc jest to dodatkowy argument za normalizacją polityki monetarnej.
Z kolei dzisiaj zaskoczył Bank Anglii brakiem działaj. Jednak sam gubernator banku podkreślał, że BoE potrzebuje więcej czasu na przeanalizowanie sytuacji i obniżka stóp procentowych w sierpniu jest bardziej realna, o czym pisaliśmy w wczorajszym komentarzu. To rynek wywindował oczekiwania odnośnie łagodzenia polityki pieniężnej na Wyspach. Prawdopodobieństwo na podstawie kontraktów terminowych dotyczące cięcia stóp już dzisiaj osiągało ponad 80%. Pół żartem, pół serio można powiedzieć, że tyle samo, co w przypadku pozostania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej, choć bez wątpienia waga obu wydarzeń jest nieporównywalna.
GBP/USD na wieść o braku obniżek stóp procentowych na Wyspach wystrzelił w okolice 1,34; najwyższego poziomu od początku miesiąca. Dalsze wzrosty są niewykluczone. Główna para walutowa po prawie tygodniowym marazmie wystrzeliła do poziomu 1,1150 w ślad za brytyjską walutą. Skoro Brexit nie straszny Brytyjczykom, którzy nie śpieszą się z obniżkami stóp procentowych, to tym bardziej Strefie Euro i jej walucie.
Brak decyzji ze strony BoE uderzyło również w polskiego złotego, który znowu jest wyceniany do euro powyżej 4,40; w relacji do franka w okolicach 4,05; a do funta szterlinga momentami widziany był w pobliżu 5,30. Teoretycznie brak obniżki stóp powinno nieco popsuć nastroje na rynkach, stąd też taka reakcja na polskim złotym, choć dla naszej waluty ważniejsza będzie jutrzejsza decyzja Fitch. Agencja ratingowa ostrzega przed ryzykiem politycznym w Polsce, ale zapewne skoczy się jedynie na obniżce perspektywy z „stabilnej” na „negatywną”. Obniżenie ratingu wiarygodności kredytowej naszego kraju mocno by uderzyło w polskiego złotego.
Indeksy giełdowe
Rynki akcji w Europie bardzo się nie przejął brakiem decyzji Banku Anglii. Inwestorzy oczekując dalszej ekspansji monetarnej na Wyspach, ale również w Japonii, a może nawet w Strefie Euro pozostają w dobrych nastojach. DAX przełamał okrągłą strefę 10000 pkt. i indeks wciąż pozostaje na plusie na dzisiejszej sesji. Z głównych europejskich indeksów jedynie londyński FTSE 100, co jest oczywiście zrozumiałe, spadł poniżej silnego poziomu oporu w okolicach 6700 pkt. i jego notowania są na czerwono.
Wczoraj rozpoczął się sezon wyników w Stanach Zjednoczonych. Dobrze zaczął gigant z branży przemysłowej produkujący aluminium, czyli spółka Alcoa. Niemniej jednak po raz kolejny wyniki spółek mogą rozczarować tak, jak ma to miejsce od pięciu kwartałów z rzędu. Jednak nie musi się to przełożyć na spadki na amerykańskich parkietach. Inwestorzy na Wall Street również oczekują dalszego luzowania polityki pieniężnej ze strony BoE oraz BoJ, a odnośnie Rezerwy Federalnej braku podwyżek stopy funduszy federalnych w 2016 roku. Kontrakty terminowe na S&P 500 rosną dzisiaj już 0,8% ustanawiając nowe historyczne maksima.
Działania rządu stymulują wzrost konsumpcji, czyli podążamy w innym kierunku niż ten, na którym zależy wicepremierowi M. Morawieckiemu.
Podstawowe założenie tzw. planu Morawieckiego to wzrost inwestycji opartych na polskim kapitale. Bez wzrostu oszczędności wzrost inwestycji musiałby zostać finansowany poprzez zwiększenie zadłużenia zagranicznego. Na tę sprzeczność zwraca uwagę w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Łaszek z Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR).
– Wicepremier mówi o wzroście inwestycji, natomiast rząd stymuluje konsumpcję, zwłaszcza poprzez Program 500+.
Dzisiejszego dnia o godzinie 13:00 poznamy koszt pieniądza w Wielkiej Brytanii. Rynek z 80% prawdopodobieństwem oczekuje obniżki stóp procentowych. Jeżeliby do tego nie doszło to możemy spodziewać się dużego ruchu umacniającego funta szterlinga na szerokim rynku. Natomiast niektórzy analitycy przewidują, że do obniżki poziomu stóp procentowych może nie dojść, ponieważ po komunikacie banku centralnego nie odbędzie się konferencja.
Na interwale dziennym notowania pary walutowej GBP/USD w dalszym ciągu utrzymują się pod oporem 1.326-1.334. Bazowym scenariuszem pozostanie obrona oporu i kontynuacja ruchu spadkowego przynajmniej w okolicę ostatniego minimum. Jeżeliby nie doszło do obniżki stóp procentowych to opór powinien być pokonany bez najmniejszego problemu.
Legg Mason Akcji Skoncentrowany FIZ uzyskał na koniec czerwca 2016 r. półroczną stopę zwrotu w wysokości +14,94% (31.12.2015-30.06.2016), przewyższając wynik głównego indeksu giełdowego WIG aż o 18,64 punktów procentowych. Od początku wyceny certyfikatów inwestycyjnych funduszu, tj. od 3.08.2009 r. stopa zwrotu wyniosła +33,55%. Jest to o ponad 8 punktów procentowych więcej od rezultatu indeksu WIG, który w tym samym czasie wzrósł o 25,40%.
„Korzystna selekcja akcji już od dłuższego czasu przyczynia się do dobrych stóp zwrotu Legg Mason Akcji Skoncentrowanego Funduszu Inwestycyjnego Zamkniętego. Na czerwcowy wynik szczególnie dobrze wpłynęły inwestycje poczynione w sektorze metali szlachetnych, windykacji długów, biotechnologicznym i informatycznym” – wyjaśnił Mieszko Żakiewicz, dyrektor inwestycyjny Legg Mason Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych SA.
Strategia inwestycyjna Legg Mason Akcji Skoncentrowany FIZ to konsekwentne długoterminowe inwestycje w przedsiębiorstwa o silnych fundamentach. Wzrost różnych czynników ryzyka w ostatnich miesiącach, i w konsekwencji – wzrost zmienności na giełdzie, działa na korzyść funduszu. W trudnych momentach inwestorzy zwracają bowiem większą uwagę na jakość posiadanych aktywów.
„Spółki z naszego portfela rozwijają się znakomicie, co w połączeniu z atrakcyjnymi wycenami nie daje nam wielkich powodów do obaw w najbliższej przyszłości. Przeciwnie, nasze główne branże: IT, medyczna, przemysłowa oraz metali szlachetnych przeżywają rozkwit” – dodaje Mieszko Żakiewicz.
Wyniki funduszu LM Akcji Skoncentrowany FIZ
3 miesiące
6 miesięcy
1 rok
2 lata
3 lata
5 lat
YTD
Od początku działalności (03.08.2009)
LM Akcji Skoncentrowany FIZ
+11,51%
+14,94%
+0,56%
-1,11%
-4,86%
+9,34%
+14,94%
+33,55%
WIG
-8,66%
-3,70%
-16,09%
-13,84%
0,00
-7,57%
-3,70%
+25,40%
Różnica
20,17
18,64
16,65
12,73
-4,86%
16,91
18,64
8,16
Źródło: dane własne Legg Mason TFI SA
Również drugi fundusz zamknięty – Legg Mason Okazji Rynkowych FIZ od początku roku osiągnął stopę zwrotu na poziomie 18,75% (31.12.2015-30.06.2016).
W tym samym czasie indeks giełdowy WIG spadł o 3,70%. Od początku wyceny certyfikatów funduszu Legg Mason, tj. od 3.03.2011 r. stopa zwrotu osiągnęła wysokość 10,32%, czyli o ponad 18 punktów procentowych więcej niż indeks WIG. Legg Mason Okazji Rynkowych Fundusz Inwestycyjny Zamknięty emituje certyfikaty inwestycyjne w drodze subskrypcji niepublicznej.
Rok 2015 okazał się przełomowym dla usług KEP, obejmujących przesyłki kurierskie, ekspresowe i paczkowe. Pojawiły się nowe strategie głównych firm kurierskich, a przesyłki międzynarodowe zaczęły dominować nad krajowymi. Tylko w ubiegłym roku, przy 313 mln wysłanych paczek, operatorzy osiągnęli łączny przychód na poziomie ok. 4,5 mld zł.
Dziś rynek kurierski obsługiwany jest nie tylko przez międzynarodowe korporacje, ale także prężnie działające, lokalne sieci kurierskie (np. Pakersi, K-EX). Za dynamiczny rozwój KEP odpowiada m.in. obrót zagraniczny, którego udział w wolumenie przesyłek, szczególnie ekonomicznych, systematycznie rośnie.
Wzrosty napędzane przez e-commerce
Eksport paczek odbywa się głównie do krajów europejskich, w szczególności do Niemiec, Czech, na Słowację i Litwę. Jak podaje PwC w raporcie „Perspektywy wzrostu rynku przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczkowych (KEP) w Polsce do 2018 roku”, tylko w latach 2011-2015 liczba przesyłek ekonomicznych zagranicznych zwiększyła się o 88 proc.!
Olbrzymie znacznie dla rynku usług kurierskich ma również kwitnąca branża e-commerce. Decyzje zakupowe Polaków ułatwiły jednolite zasady dotyczące kupowania, zwrotu i reklamowania towarów, obowiązujące we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Dziś, jak grzyby po deszczu, wyrastają więc nowe e-sklepy, realizujące zamówienia z zagranicy. Rosnąca sprzedaż online, krajowa i zagraniczna, to oczywiście jeszcze lepsza sytuacja w sektorze paczkowo-kurierskim.
Wysyłamy o 57 proc. więcej niż 4 lata temu
Przychody usług KEP ściśle związane są ze wzrostem wolumenu przesyłek, jak i rozwojem gospodarczym kraju. Z powołanego wcześniej raportu PwC wynika, że w 2015 roku całkowita wartość tego rynku wyniosła 4,49 mld zł, czyli 32 proc. więcej niż jeszcze w 2011 roku. Dziś nadaje się o 57 proc. przesyłek krajowych i zagranicznych więcej niż 4 lata temu.
Dynamicznym rozwojem wykazują się przesyłki międzynarodowe. Ich skumulowany, roczny wskaźnik wzrostu szacowany jest na 10 proc. Od 2011 do 2015 roku liczba przesyłek zagranicznych zwiększyła się o 4,6 mln, a CAGR w latach 2015 roku wyniósł ponad 12,5 proc., czyli o prawie 1 punkt procentowy więcej niż w latach wcześniejszych.
Źródło: „Perspektywy wzrostu rynku przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczkowych (KEP) w Polsce do 2018 roku” / PwC
Źródło: „Perspektywy wzrostu rynku przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczkowych (KEP) w Polsce do 2018 roku” / PwC
B2B, B2C czy C2X – gdzie jest źródło największego zysku?
Jak pokazał raport PwC, to właśnie segment B2B, czyli nadań między firmami, był najlepszym źródłem zysków dla KEP w 2015 roku. Stanowił 45,4 proc. wolumenu tego rynku, generując 55,3 proc. przychodów.
Przychód w segmencie B2C, czyli nadań pomiędzy firmą a osobami prywatnymi, wyniósł 34,5 proc. (przy wolumenie 46,3 proc.). Zarobki w C2X, czyli nadaniach realizowanych przez osoby prywatne, oszacowano na 10,2 proc. Struktura wolumenowa wyniosła w tym przypadku 8,3 proc.
Źródło: „Perspektywy wzrostu rynku przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczkowych (KEP) w Polsce do 2018 roku” / PwC
Czy sieci punktów kurierskich podzielą między siebie rosnący rynek?
– Nic nie wskazuje na to, żeby eksport miał przejść większy kryzys, ani żeby e-commerce straciło na znaczeniu. Wręcz przeciwnie. Zarówno władze kraju, jak i Unia Europejska wspierają ten rynek, a międzynarodowa polityka handlowa nieustannie dąży do jeszcze lepszego usprawnienia wymiany handlowej pomiędzy poszczególnymi państwami. Wzrost liczby przesyłek, jaki obserwujemy wewnątrz naszej sieci, potwierdza dane z raportu PwC. Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że dane są bardzo zachowawcze, a wzrosty mogą być większe – mówi Kamil Kik, ekspert z firmy Pakersi.pl.
Wszystko wskazuje na to, że branża KEP nie powinna narzekać na brak klientów: liczba paczek ma wzrosnąć z 313 mln w 2015 do 440 w 2018 (40 proc.), a wartość całego rynku z 4,5 do 6,4 mld złotych (42 proc.).
Czy jest coś, co może zagrozić branży?
Pewnym ryzykiem są czynniki zewnętrzne, takie jak możliwy rozpad Unii Europejskiej czy wahania cen paliw, które podniosłyby ceny. W takich scenariuszach rosną szanse sieci punktów kurierskich, mogących negocjować lepsze warunki u przewoźników i mających większą siłę przebicia przy wprowadzaniu zmian w prawie. Oznacza to, że w negatywnym scenariuszu właśnie sieci podzielą między siebie rosnący rynek, a pojedyncze punkty kurierskie mogą nie przetrwać.
Niemcom udało się sprzedać pakiet obligacji od których nie zapłacą odsetek. Kolejny uspokajający głos z Rady Polityki Pieniężnej. O 13:00 decyzja Banku Anglii w sprawie stóp procentowych. Dobre dane z USA.
Ciekawa rzecz dzieje się obecnie na rynku obligacji. Coraz więcej państw emituje papiery dłużne o ujemnej stopie procentowej. Na pierwszy rzut oka to co stało się wczoraj w Niemczech, gdzie inwestorzy kupili 10 letnie obligacje bez odsetek, wydaje się szaleństwem. Z drugiej strony to i tak niewiele w porównaniu z tym, że Szwajcarzy sprzedają papiery o zapadalności 32 lat z ujemnym oprocentowaniem. Dlaczego w ogóle są chętni na takie inwestycje? W dobie ujemnych stóp procentowych banki za przetrzymywanie gotówki biorą przecież pieniądze. W przypadku obligacji również zapłacimy, tyle, że mniej. Otwartym jest pytanie jak długo ujemne stopy procentowe zostaną utrzymane. W przypadku krótkich okresów jest to zupełnie racjonalna wycena. W tym kontekście 10-letnie obligacje Niemiec wydają się już ryzykowne. Z drugiej strony szwajcarskie z zapadalnością na 2058 rok to coś co nawet u ekonomistów budzi poważne podejrzenia.
Kamil Zubelewicz, członek Rady Polityki Pieniężnej, w wywiadzie dla Bloomberga potwierdził brak chęci do obniżek stóp procentowych. Wskazał, że obecne programy zwiększające wydatki publiczne będą raczej sprzyjać szybszemu wzrostowi inflacji. Wyjątkiem od tego podejścia miałoby być nagłe i niespodziewane załamanie gospodarki. W tym kontekście wskazał jednak, że nawet wtedy musiałaby istnieć zależność, że niższy koszt kredytu musiałby bardzo pozytywnie wpłynąć na wzrost gospodarczy.
Dzisiaj o 13:00 poznamy decyzję w sprawie stóp procentowych w Wielkiej Brytanii. Komunikat ten od wielu miesięcy był tylko formalnością. Dzisiaj jest inaczej, gdyż konsensus rynkowy mówi o obniżce stóp o 0,25%. Decyzja ta miałaby dać nowy impuls gospodarce, której grozi spowolnienie w związku z Brexitem. Gdyby doszło do obniżki stóp procentowych, należy spodziewać się osłabiania się funta. Z drugiej strony utrzymanie stóp na niezmienionym poziomie powinno spowodować korektę w górę.
Wczorajsza decyzja Banku Kanady zgodnie z oczekiwaniami nie zawierała zmiany stóp procentowych. Ważniejszą wiadomością tego wieczoru była publikacja beżowej księgi. Jest to dokument zawierający informacje gospodarcze z 12 dystryktów FED. Wnioski są korzystne dla gospodarki USA. Zatrudnienie rośnie, a presja na wzrost płac jest umiarkowana.
Dzisiaj z danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Na rynku nieruchomości dostępnych jest coraz więcej mieszkań – zarówno tych oferowanych przez deweloperów, jak i z rynku wtórnego. Największym zainteresowaniem, szczególnie wśród rodzin i młodych małżeństw, cieszą się mieszkania dwu- lub trzypokojowe. Single, przy wyborze mieszkania, biorą przede wszystkim pod uwagę jego cenę oraz lokalizację.
Według danych GUS, na statystycznego właściciela nieruchomości przypada 26 mkw. Kupując mieszkanie, Polacy zwracają uwagę na takie czynniki, jak: cena, lokalizacja, rozkład, piętro, a także udogodnienia, takie jak winda. Dla potencjalnych właścicieli ważne są także całkowite koszty inwestycji, na które składa się nie tylko cena zakupu, ale również koszty koniecznego remontu czy wykończenia oraz opłaty związane z transakcją (podatek PCC, taksa notarialna itp.). Muszą one korelować z kwotą, którą dysponują na starcie oraz akceptowalnym poziomem miesięcznych obciążeń, jeśli będą korzystać z kredytu bankowego. Predyspozycje nabywców, w zależności od wieku czy sytuacji życiowej, są jednak różne. O potrzebach mieszkaniowych Polaków opowiada Agata Stradomska, Manager ds. Marketingu i Szkoleń RE/MAX Polska, należącej do globalnej sieci biur nieruchomości RE/MAX.
Przedmieścia nie dla singla
Single poszukujący własnego mieszkania to najczęściej osoby w przedziale wiekowym 25-35 lat. Zazwyczaj są dopiero na początku swojej kariery zawodowej, a w zakupie mieszkania finansowo pomagają im rodzice. Najczęściej poszukują oni lokali samodzielnych, zwykle decydują się na kawalerki bądź dwupokojowe mieszkania, ale o niewielkim metrażu. Najważniejszym czynnikiem wyboru jest dla nich cena i lokalizacja. Zwracają też uwagę na dostęp do środków komunikacji miejskiej, ośrodków rozrywki, a także odległość od zaplecza handlowo-usługowego. Mieszkań o podobnych parametrach poszukują także młode małżeństwa, które przeprowadzają się do swojego pierwszego samodzielnego lokum.
Trzy pokoje dla rodzin
Małżeństwa z dziećmi mają większe wymagania mieszkaniowe. Wybierając „własny kąt”, najczęściej decydują się na mieszkania trzypokojowe. Wśród tej grupy, największym zainteresowaniem cieszą się lokale mające ponad 50 mkw. Rodziny, które mają minimum jedno dziecko zwracają szczególną uwagę na odległość od terenów zielonych – parków i lasów, a także miejsc rozrywki dla dzieci, takich jak place zabaw. Bardziej wartościowe dla rodziców są te lokalizacje, w pobliżu których znajduje się przedszkole lub szkoła. Biorąc pod uwagę popularność ofert publikowanych na portalach ogłoszeniowych, z dużo mniejszym zainteresowaniem spotykają się mieszkania czteropokojowe – tylko co 15 osoba rozważa kupno takiej nieruchomości.
Piętro ma znaczenie
Największą popularnością wśród wszystkich kupujących cieszą się mieszkania zlokalizowane na piętrach pośrednich. Według statystyk, Polacy szczególnie chętnie wybierają lokale na czwartym lub piątym piętrze. Częściej pomijane są te na parterze oraz tzw. mieszkania w chmurach, czyli na ostatnich piętrach budynków. W przypadku parteru konsumenci obawiają się potencjalnych kradzieży, zwracają także uwagę na ograniczoną prywatność, ponieważ każda osoba, która przechodzi obok takiego lokalu z łatwością może zobaczyć co się dzieje w środku. Ich zaletą jest jednak to, że zazwyczaj można je kupić w atrakcyjniejszej cenie. O wiele więcej plusów ma mieszkanie w chmurach. W takim lokalu będzie nie tylko więcej światła, ale także ładniejsze widoki. Minusy pojawiają się w przypadku awarii windy lub ewakuacji budynku.
Każdy z potencjalnych klientów ma inne preferencje przy zakupie mieszkania. Jednak bez wątpienia wszyscy najwięcej uwagi przykładają do ceny danej nieruchomości. Szczególnie, jeśli do jej kupna konieczne będzie zaciągnięcie kredytu na kilkadziesiąt lat.
W ostatnich dniach duże zainteresowanie internautów wzbudziły warunki korzystania z aplikacji Prisma oraz Pokenom Go. Czy ich regulaminy rzeczywiście coś wyróżnia? Tylko one zagrażają naszej prywatności i narażają nas na nieprzyjemne konsekwencje lekkomyślnego udostępniania danych osobowych? Sprawie przyjrzał się ekspert ODO 24, firmy specjalizującej się w ochronie danych osobowych.
– Z jednej strony, jako osoba zajmująca się bezpieczeństwem informacji, cieszę się, że użytkownicy Internetu zaczęli w końcu czytać regulaminy usług, z których korzystają, z drugiej natomiast dziwi mnie takie selektywne podejście do kwestii ochrony swojego prawa do prywatności – mówi Tomasz Ochocki, ekspert ds. ochrony danych z ODO 24 i dodaje – Analiza porównawcza regulaminów dziesięciu najpopularniejszych aplikacji mobilnych dostępnych w systemie operacyjnym Android wskazała np., że gromadzą one podobny (a wielu przypadkach zdecydowanie szerszy) zakres informacji o swoich użytkownikach niż Prisma i Pokemon Go.
Według eksperta, aby wyjaśnić dostrzeżony przez społeczeństwo problem, należy poddać go analizie na co najmniej trzech płaszczyznach: prawnej dopuszczalności przetwarzania danych osobowych użytkowników aplikacji, biznesowego uzasadnienia gromadzenia tak obszernych baz danych oraz świadomości samych użytkowników aplikacji.
– Badając prawną dopuszczalność przetwarzania danych użytkowników przede wszystkim trzeba odwołać się do zasady adekwatności wyrażanej w ustawie o ochronie danych osobowych. W jej myśl zbierane dane osobowe swym rodzajem i swą treścią nie powinny wykraczać poza potrzeby wynikające z celu ich przetwarzania. Dostawcy usług internetowych, jako administratorzy danych, powinni zatem wymagać od nas podania tylko tych danych, które są niezbędne do skorzystania z tego co nam oferują. Niestety praktyka rynkowa jest odwrotna – np. po co aplikacji mającej umilić oczekiwanie na połączenie z rozmówcą dostęp do treści naszych smsów lub zdjęć zapisanych na telefonie? – pyta Ochocki. – Odpowiedź jest prosta. Im więcej informacji, tym precyzyjniejsze bazy danych. We współczesnym świecie informacja o konsumencie (bo nim jest przecież każdy użytkownik internetu), jego preferencjach i potrzebach (rzeczywistych i wykreowanych) pozwala skutecznie docierać z odpowiednio dobranymi produktami i usługami i kształtować w ten sposób przewagę konkurencyjną. – wyjaśnia ekspert ODO 24.
Korzystanie z internetu nierozerwalnie wiąże się z udostępnianiem informacji na nasz temat. Niektórymi dzielimy się świadomie, podając je choćby w formularzach rejestracyjnych, a innymi mimowolnie. Już samo zainstalowanie aplikacji na smartfonie czy tablecie uruchamia przepływ danych, m.in. dotyczących naszej lokalizacji, odwiedzanych przez nas stron, naszych zainteresowań.
– Użytkownicy internetu muszą zrozumieć, że żadna usługa w sieci nie jest darmowa. Za zdecydowaną większość płacą swoją prywatnością i są przy tym bardzo rozrzutni. – wskazuje Tomasz Ochocki.
Jeżeli chodzi o świadomość społeczną to w tym obszarze zdecydowanie jest jeszcze do zrobienia bardzo wiele. Większość z nas uczyła się życia w świecie realnym, a cyberrzeczywistość całkowicie nas zaskoczyła. Nie zwalnia nas to jednak z prewencyjnej ochrony naszej prywatności. – Wiele obiecujemy sobie po ogólnym rozporządzeniu o ochronie danych osobowych przyjętym przez Unię Europejską, które zacznie obowiązywać już za niecałe dwa lata. Wprowadza ono zasady „privacy by design” i „privacy by default”, które wskazują, że ustawienia prywatności w urządzeniach, produktach lub usługach mają być nakierowane na maksymalną ochronę użytkownika. Dzięki temu nie będzie on musiał przedzierać się przez gąszcz skomplikowanych ustawień, aby móc optymalnie chronić
i kontrolować informacje na swój temat. To do niego będzie należała decyzja czy i jakie dane chce udostępnić. – mówi Ochocki.
Czy zatem użytkownicy aplikacji Prisma niesłusznie obawiają się przez kogo i w jakim celu zostaną wykorzystane dotyczące ich dane osobowe? Historia ostatnich lat uczy, że kapitał ma jednak narodowość, a kraj pochodzenia producenta aplikacji lub serwisu internetowego może wpływać na prywatności jego użytkowników.
Indeks 30 największych niemieckich spółek od kilkudziesięciu tygodni poruszą się w kanale spadkowym. Przed referendum w Wielkiej Brytanii prawdopodobieństwo zejścia po raz kolejny do dolnego ograniczenia tej formacji było większe, niż ruch wzrostowy. Jednak Brexit i dalsze luzowanie ze strony banków centralnych zmieniło sytuację. Bazowym scenariuszem pozostanie dalsza wspinaczka notowań DAX 30 do górnego ograniczenia kanału spadkowego.
Dodatkowym impulsem do wzrostów może okazać się dzisiejsza obniżka stóp procentowych przez Bank Anglii. Giełdy światowe w bieżącym tygodniu radzą sobie bardzo dobrze. Wszystko za sprawą zapowiedzi dalszego luzowania monetarnego, a także ekspansji monetarnej w Japonii.
Zatrudnienie specjalistów IT to wyzwanie dla wielu pracodawców. Dlatego nie warto zmniejszać swoich szans już na etapie formułowania ogłoszenia. Serwis rekrutacyjny MonsterPolska.pl zapytał kandydatów, jak skonstruowane oferty wzbudzają ich zainteresowanie, a co ich zraża już na wstępie.
Ambitni, mocno nastawieni na rozwój, szukający wyzwań i ciekawych projektów, które mogą realizować z dużą samodzielnością – taki obraz specjalistów IT wyłania się z badania MonsterPolska.pl. Międzynarodowy serwis z ofertami pracy przeprowadził pogłębione wywiady z przedstawicielami branży, w których zapytał również o to, jak powinna wyglądać oferta pracy, by wzbudziła ich zainteresowanie.
Opis projektu
„Okazuje się, że kandydaci z branży IT często mają problem z brakiem konkretów w ogłoszeniach. A dla tej grupy zawodowej informacje takie jak zakres kompetencji oraz realizowany projekt ma szczególne znaczenie.” – mówi Bartosz Struzik, dyrektor zarządzający MonsterPolska.pl.
Z badania wynika, że kandydaci chcieliby wiedzieć nie tylko jakiego rodzaju projektu dotyczy rekrutacja, czy w jakiej technologii jest on prowadzony, ale również uzyskać informacje, które pozwolą im oszacować czy jest on odpowiednio interesujący i znaczący z punktu widzenia rozwoju ich kariery. Treść ogłoszenia powinna im również pozwolić ocenić, czy ich kompetencje są wystarczające. Tymczasem okazuje się, że często jest z tym problem. „Czytając ofertę pracy czasami tak naprawdę nie wiesz, czego od ciebie oczekują.” – zauważają rozmówcy Monstera.
Życie w pracy
Pracownikom IT nie jest również wszystko jedno z kim będą pracować. Dlatego już z ogłoszenia chcieliby się dowiedzieć, jacy ludzie pracują w firmie, a także co mówią o projekcie, na który prowadzona jest rekrutacja.
„Ogłoszenie rekrutacyjne ma oczywiście swoje ograniczenia i nie uda się zawrzeć w nim wszystkiego, ale mile widziane byłoby na przykład zdjęcie zespołu. A pozostałe dane – rekomendacje czy sylwetki pracowników, można umieścić na profilu pracy w serwisie rekrutacyjnym czy w zakładce kariery na www.” – radzi ekspert MonsterPolska.pl.
W wywiadach jako istotna wymieniana była również kwestia międzynarodowego charakteru pracy (wyjazdy, międzynarodowy zespół itd.), różnorodności powierzonych zadań czy elastycznego czasu pracy. Dlatego te aspekty warto podkreślać w ogłoszeniu.
Krótko, treściwie i przyjaźnie
A jak formułować ogłoszenie? Po pierwsze informacje mają być podane w przystępny sposób. To znaczy krótko i treściwie, najlepiej z punktach. Bez rozwlekłych opisów, za to logicznie usystematyzowane. Wśród przykładowych ogłoszeń, które Monster pokazał badanym, najbardziej podobały się te, których struktura podzielona była na sekcje dotyczące: projektu (opis i wymagane kompetencje), roli pracownika w firmie (zadania i decyzyjność), życia w pracy (zespół, międzynarodowość, różnorodność) oraz benefitów.
Nie jest dobrze widziana ani zbyt formalna, ale i zbyt nieformalna komunikacja. Styl ogłoszenia powinien być przede wszystkim przyjazny. „Naprawdę doceniam to, że napisali, że nie muszę wiedzieć wszystkiego, ale muszę chcieć się uczyć. To ważne” – mówi jeden z rozmówców serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.