(PGE) Numer: 27/2016 – Podpisanie Umowy Inwestycyjnej ws. inwestycji finansowej w Polską Grupę Górniczą
- Numer raportu: 27/2016
- Data sporządzenia raportu: 28.04.2016
- Podstawa prawna raportu: Art. 56 ust. 5 Ustawy o ofercie – aktualizacja informacji
Treść raportu
W nawiązaniu do raportu bieżącego nr 25/2016 z dnia 26 kwietnia 2016 r. zarząd spółki PGE Polska Grupa Energetyczna S.A. („PGE”) informuje, że w dniu 28 kwietnia 2016 r. PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna S.A. („PGE GiEK”), spółka zależna od PGE, podpisała Umowę Inwestycyjną określającą warunki inwestycji finansowej („Inwestycja”) w Polską Grupę Górniczą Sp. z o.o. („Umowa”).
Stronami Umowy są PGE GiEK, ENERGA Kogeneracja S.A., PGNiG TERMIKA S.A., Węglokoks S.A. („Węglokoks”), Towarzystwo Finansowe „Silesia” Sp. z o.o. („TFS”), Fundusz Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw FIZAN (zwani dalej łącznie „Inwestorami”) oraz Polska Grupa Górnicza Sp. z o.o. („PGG”). PGG będzie prowadzić działalność w oparciu o wybrane aktywa górnicze, które nabędzie od Kompanii Węglowej S.A. („KW”) (11 kopalń, 4 zakłady, wraz z którymi zostaną przeniesione wszystkie funkcje wspierające, zarządcze i nadzorcze Centrali KW).
W ramach Umowy określone zostały warunki Inwestycji obejmujące m.in. warunki dokapitalizowania PGG przez Inwestorów, zasady działalności PGG oraz zasady ładu korporacyjnego, w tym sposób sprawowania nadzoru Inwestorów nad PGG.
Dokapitalizowanie PGG w łącznej kwocie 2.417 mln zł, odbędzie się w 3 etapach, w ramach których PGE GiEK wpłaci łącznie 500 mln zł, w tym:
– 361,1 mln zł w ramach pierwszego etapu (płatne 4 dni robocze po podpisaniu przez PGG Umowy Emisji Obligacji). Efektem pierwszego etapu będzie objęcie przez PGE GiEK 15,7% udziału w kapitale zakładowym PGG;
– 83,3 mln zł w ramach drugiego etapu (do 3 listopada 2016 r.). Efektem drugiego etapu będzie zwiększenie udziału PGE GiEK do 16,6% w kapitale zakładowym PGG;
– 55,6 mln zł w ramach trzeciego etapu (do 1 lutego 2017 r.). Efektem trzeciego etapu będzie zwiększenie udziału PGE GiEK do 17,1% w kapitale zakładowym PGG.
Warunkiem do uruchomienia poszczególnych transz jest m.in. brak wystąpienia przypadków naruszenia warunków emisji obligacji wyemitowanych przez PGG.
PGG będzie funkcjonować w oparciu o biznesplan, którego celem jest optymalizacja kosztów produkcji węgla oraz osiągnięcie określonych poziomów rentowności. Biznesplan PGG zakłada, że w 2017 r. Spółka generować będzie dodatnie przepływy pieniężne dla Inwestorów.
Umowa przewiduje szereg mechanizmów umożliwiających Inwestorom bieżący monitoring sytuacji finansowej PGG, w tym realizacji biznesplanu oraz podejmowanie dalszych działań optymalizacyjnych m.in. w przypadku niekorzystnych zmian warunków rynkowych.
Umowa przewiduje, że każdemu wspólnikowi PGG przysługuje prawo do powoływania, odwoływania i zawieszenia w pełnieniu funkcji jednego członka Rady Nadzorczej (uprawnienie osobiste).
Ze względu na brak pełnej kontroli nad Spółką, PGE nie przewiduje konsolidacji danych finansowych PGG metodą pełną.
Podstawa prawna: Art. 56 ust. 5 ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych (tj. Dz. U. z 2013 r., poz. 1382 z późn. zm.).
| Data | Imię i nazwisko | Stanowisko i funkcja |
|---|---|---|
| 28.04.2016 | Emil Wojtowicz | Wiceprezes Zarządu |
| 28.04.2016 | Bolesław Jankowski | Wiceprezes Zarządu |
Czy maj będzie łaskawy dla ropy?
Zanim zacznie się długi weekend, sporo się może jeszcze wydarzyć. Spokoju nie będzie do późnego popołudnia, kiedy pojawią się dane z USA. Po wczorajszym niemiłym zaskoczeniu, jakie sprawił niższy od prognoz PKB, rynek czeka na kolejne dane. O ile po nastrojach konsumentów według Uniwersytetu Michigan czy Chicago PMI rewolucji nie ma co się spodziewać, to PCE core (Personal Consumption Expenditures) to waga ciężka. To na niej koncentruje się Fed. Inflacja PCE w ostatnich miesiącach mocno wzrosła, i Rezerwa Federalna na pewno będzie analizowała, czy jest to trwała tendencja.
Europa prezentuje dzisiaj wiele ciekawych informacji, jednak ich ranga nie dorówna PCE. Dane – zaskakująco słabe – o sprzedaży detalicznej w Niemczech rynek ma już za sobą, informacje z Francji, Hiszpanii i Włoch również. Pakiet wskaźników ze strefy euro – inflacja HICP, stopa bezrobocia, PKB za I kwartał – mogą być interesujące dla euro, jednak gra na rynku walutowym toczy się teraz gdzie indziej, przede wszystkim w Japonii i USA. Tokio dzisiaj lekko pauzuje, ze względu na wolne z okazji obchodów Złotego Tygodnia.
Rynek ropy ma się świetnie, trochę wbrew rynkowej logice. Pomaga mu słabnący dolar, ale jak długo to potrwa? Przyszły tydzień przyniesie kilka interesujących danych, które mogą zmienić rynkowe konfiguracje: już w niedziele pojawią się wskaźniki PMI dla przemysłu i usług w Chinach. Kluczowe będą jednak informacje z rynku pracy w USA, na które trzeba będzie poczekać do drugiej części tygodnia.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Lotos obawia się dużej zmienności na rynkach surowcowych. Ewentualnych wzrostów cen oczekuje dopiero w 2017 roku

Grupa Lotos obawia się wahań cen surowców energetycznych i oczekuje niskich cen ropy naftowej i gazu w całym 2016 roku. Ewentualne ożywienie możliwe jest dopiero w kolejnym roku. Koncern ponosi przy tym duże nakłady inwestycyjne związane z budową instalacji EFRA. Na ten cel przeznaczy ok. 2,3 mld zł. Po jej zakończeniu posiadane moce produkcyjne zwiększą się o 900 tys. ton rocznie. Jednocześnie spółka notuje bardzo dobre wyniki w segmencie upstream. W I kw. wydobywała 30 tys. baryłek ekwiwalentu ropy dziennie.
– W najbliższych kwartałach na sytuację naszej spółki w największym stopniu będzie wpływała sytuacja makroekonomiczna. Zmienność warunków, w których funkcjonujemy, jest olbrzymia – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Machajewski, wiceprezes zarządu Grupy Lotos SA. – Pierwszy kwartał roku był okresem najniższych cen ropy naftowej i gazu ziemnego od wielu lat. Początek drugiego kwartału wskazuje już na pewne zmiany w tym zakresie, ale nie wiemy, czym one się ostatecznie zakończą – dodaje.
Prognozy Lotosu zakładają, że przez cały 2016 rok cena ropy naftowej pozostanie niska, a za baryłkę będzie trzeba zapłacić przeciętnie ok. 40 dolarów. Ewentualne wzrosty możliwe są natomiast w przypadku gazu ziemnego. Skala zwyżek będzie jednak raczej ograniczona. Większy ruch na rynku surowców energetycznych może się pojawić się dopiero w przyszłym roku, a wzrosty cen ropy i gazu mogą sięgnąć 20–30 procent. To jednak będzie z kolei skutkować wyższymi cenami na stacjach paliw.
– W segmencie produkcji i handlu realizujemy projekt efektywnej rafinacji polegający na budowaniu nowej instalacji dla ciężkich pozostałości. W tym roku rozpoczynamy prace budowlano-montażowe w tym zakresie – informuje Mariusz Machajewski.
Na budowę instalacji EFRA gdański koncern planuje przeznaczyć ok. 2,3 mld zł, z czego 1 mld będzie wydatkowane jeszcze w 2016 roku. Inwestycja pozwoli na zwiększenie posiadanych mocy przerobowych o dodatkowe 900 tys. ton rocznie. Instalacja będzie przetwarzała głównie olej napędowy oraz paliwa lotnicze.
– Po akwizycji aktywów związanych ze złożami Sleipner nie planujemy jakichś spektakularnych działań w segmencie wydobywczym. Jedynym istotnym działaniem jest kontynuacja zagospodarowania złoża B8, które zamierzamy uruchomić w pełnym zakresie w przyszłym roku – wyjaśnia wiceprezes spółki.
Ekspert podkreśla, że wydobycie zarówno z położonego na norweskim szelfie kontynentalnym złoża Slepiner, jak i bałtyckiego pola B8 okazało się zdecydowanie wyższe od oczekiwań. W I kw. 2016 roku Lotos pompował przeciętnie ok. 30 tys. baryłek ekwiwalentu ropy dziennie.
– Nie spodziewamy się, żeby do końca roku ten wysoki poziom utrzymać, ponieważ w pewnym sensie jest to dla nas pewnym zaskoczeniem, że nowo nabyte aktywa tak dobrze się sprawują. Należy się liczyć z niewielkim spadkiem dobowej produkcji do końca roku – dodaje Machajewski.
Jak wyjaśnia przedstawiciel spółki zeszłoroczne cele biznesowe związane z rozbudową sieci sprzedaży detalicznej zostały w pełni zrealizowane. W tym roku Lotos zamierza się skoncentrować na wzroście efektywności swojego biznesu, wykorzystując do tego już posiadane aktywa.
– Myślimy o wprowadzeniu rozwiązań na stacjach paliw, dzięki którym zwiększylibyśmy przychody z działalności pozapaliwowej. Nasza sieć sprzedaży liczy już prawie 500 jednostek. Oczekujemy więc, że powinny występować tu także pozytywne efekty skali – tłumaczy.
Wiceprezes Lotosu odnosi się także do kwestii opodatkowania spółki podatkiem od handlu detalicznego.
– Ten podatek ma powszechny charakter, więc on by dotknął właściwie nie tylko nas, lecz także całą konkurencję. Z tego też powodu nie powinien mieć wielkiego wpływu na naszą zyskowność – stwierdza.
W I kwartale 2016 roku Lotos osiągnął przeszło 3,93 mld zł przychodów (spadek o 23 proc. rdr.) oraz zysk netto na poziomie 106 mln zł wobec 101 mln zł straty w tym samym okresie rok wcześniej.
PGNiG inwestuje w segment ciepłowniczy. Od spółki z grupy JSW kupiło 100 proc. akcji Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej

Ponad 190 mln zł zapłaci PGNiG Termika za przejęcie Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej z Jastrzębia-Zdroju. W ten sposób, zgodnie z założeniami strategii, zwiększy swój udział w rynku ciepła systemowego. Jednocześnie złożyła ofertę kupna akcji Spółki Energetycznej „Jastrzębie”, do której należał PEC. To część Grupy JSW. PGNiG zapowiada dalsze zainteresowanie przejmowaniem aktywów ciepłowniczych na Górnym Śląsku.
– Chcemy przyspieszyć restrukturyzację Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Do końca czerwca JSW musi podpisać porozumienie z bankami i spełnić pewne wymagania, które gwarantują jej skuteczną restrukturyzację. Jednym z nich jest uzyskanie dodatkowych środków. Jest to możliwe wyłącznie przez sprzedaż mienia niezwiązanego z wydobyciem węgla – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Krzysztof Tchórzewski, minister energetyki. – Sprzedaż PEC-u jest w tej dziedzinie pierwszym poważnym krokiem. Cieszę się, że kupującym jest PGNiG Termika, ponieważ ta spółka rozwija bardzo dynamicznie sektor ciepłowniczy i skutecznie go modernizuje.
PGNIG Termika zapłaci za całość udziałów w PEC 190,4 mln zł. Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej dostarcza ciepło głównie na potrzeby przemysłu, co uniezależnia ją od warunków pogodowych. PGNiG Termika do tej pory działał głównie na rynku warszawskim, zyskownym, ale skierowanym do klienta detalicznego, a więc podatnym na sezonowość.
– To wydarzenie jest bardzo ważne dla PGNiG Termika. Dzięki niemu otwiera się dla nas możliwość funkcjonowania na nowych rynkach, na rynku Górnego Śląska, który jest bardzo perspektywiczny. Pozyskanie PEC Jastrzębie to nabycie 14 ciepłowni w tym regionie. Widzimy tam możliwości dalszej budowy wartości PEC Jastrzębie, a dzięki temu budowy wartości Termiki – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGNiG Termika. – Jesteśmy największym producentem ciepła w Polsce. Poprzez nabycie Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w Jastrzębiu nasza wartość znacząco rośnie.
Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo chce dalej rozbudowywać segment ciepłowniczy. Zapowiada kolejne akwizycje na Górnym Śląsku.
– PEC daje ponad 30 mln zł EBITDA rocznie w bardzo stałym strumieniu, bo to niesłychanie ustabilizowany biznes – podkreśla Piotr Wożniak, prezes PGNiG. – Teraz kupujemy na Śląsku ale mamy jeszcze kilka aktywów w zasięgu wzroku. Zapewne niedługo będziemy komunikować wyniki następnych akwizycji.
Dla strategii akwizycji systemów ciepłowniczych PGNiG istotne jest także złożenie przez Termikę oferty nabycia od JSW Spółki Energetycznej „Jastrzębie” (SEJ), czyli dotychczasowego właściciela PEC. SEJ dostarcza do PEC 60 proc. wytwarzanego przez siebie ciepła (0,9 PJ energii cieplnej rocznie). Zajmuje się także obsługą kopalń JSW.
– Z biznesowego punktu widzenia jest to niezwykle istotna transakcja. Środki, które wpłyną do SEJ-u ze sprzedaży PEC-u pozwolą na realizację naszej kluczowej inwestycji, czyli budowy kotła fluidalnego, który od 2017 będzie źródłem produkcji ciepła, dla PEC-u Jastrzębie, to jest 100-tys. miast, jak również dla naszych kopalń – mówi Tomasz Gawlik, prezes JSW. – Oprócz tego kocioł fluidalny będzie produkował energię elektryczną, która wysyłana będzie albo do sieci, albo będzie wykorzystywana przez nasze kopalnie.
PEC zajmuje się dystrybucją i wytwarzaniem ciepła na terenie gmin Jastrzębie-Zdrój, Czerwionka-Leszczyny, Knurów, Racibórz, Kuźnia Raciborska, Pawłowice, Rybnik, Wodzisław-Śląski i Żory. Ma 288 km sieci ciepłowniczych oraz 14 lokalnych ciepłowni, które wytwarzają 40 proc. ciepła sprzedanego przez PEC. Łączna sprzedaż ciepła przez spółkę w 2015 roku wyniosła 2,6 PJ.
Globalne wydatki na obronność rosną. To szansa dla polskiego przemysłu

Polski przemysł obronny stoi przed dużą szansą. Jeśli do krajowych firm trafi większość ze 130 mld zł, które do 2022 roku zostaną wydane na modernizację armii, to ich konkurencyjność znacznie wzrośnie. Również wśród zagranicznych odbiorców. To o tyle istotne, że w ubiegłym roku po raz pierwszy od pięciu lat wzrosły globalne wydatki na zbrojenia. – Silny przemysł zbrojeniowy będzie gwarantem bezpieczeństwa Polski – przekonują eksperci i rekomendują szereg zmian.
Kondycja polskiego sektora obronnego wymaga poprawy. Dotyczy to zarówno sytuacji finansowej, jak i zaawansowania technologicznego. Eksperci Narodowego Centrum Studiów Strategicznych od listopada 2015 roku badający tę gałąź gospodarki w opublikowanym właśnie raporcie „Bezpieczeństwo i konkurencyjność – rekomendacje dotyczące strategii przemysłowo-obronnej RP” wskazują na przede wszystkim brak długofalowej strategii dla przemysłu.
– Sytuacja sektora nie jest dobra, ale widzimy tu olbrzymie możliwości. Dostrzegamy duże szanse na zbudowanie silnego polskiego przemysłu obronnego, na wdrożenie nowych zasad organizacji, sposobu zarządzania i wsparcia, które da temu przemysłowi taką możliwość, aby został on kołem zamachowym polskiej gospodarki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Kotas, prezes Narodowego Centrum Studiów Strategicznych.
Jednym z czynników kluczowych dla tego sukcesu jest program modernizacji polskiej armii. Do 2022 roku na nowe wyposażenie zostanie przeznaczone 130 mld zł, według zapowiedzi decydentów, w dużej mierze skorzysta na tym polski przemysł obronny.
– Przemysł zbrojeniowy w Polsce ma trzy unikalne cechy w porównaniu do innych gałęzi gospodarki. Przede wszystkim ma strategiczne znaczenie dla bezpieczeństwa kraju. Po drugie, jako jedna z niewielu dziedzin gospodarki jest w polskich rękach, a po trzecie zaawansowanie technologiczne pozwala na tworzenie nowych technologii w przemyśle zbrojeniowym, które później mogą spłynąć do innych gałęzi gospodarki – mówi Weronika Myck, dyrektor działu programów niemilitarnych w Narodowym Centrum Studiów Strategicznych.
Eksperci podkreślają jednak, że aby to było możliwe, konieczna jest zmiana podejścia decydentów i spojrzenia na ten sektor z innej perspektywy. NCSS wspólnie z przedstawicielami firm i ekspertami przygotowało szereg rekomendacji. Jacek Kotas wyjaśnia, że dotyczą one trzech obszarów: organizacji, sposobu zarządzania i wsparcia tego przemysłu.
– Uważamy, że należy dokończyć konsolidację Grupy PGZ, uprościć procedury, ujednolicić i być może zmniejszyć liczbę dokumentów koniecznych do tego, aby nowe produkty były wdrażane i aby wojsko mogło pozyskiwać nowe uzbrojenie i nowy sprzęt – wymienia Jacek Kotas.
Inne systemowe zmiany, które mogłyby wesprzeć polski przemysł obronny, to m.in. ulepszenie systemu zamówień publicznych, poprawa systemu wspierania finansowego podmiotów badawczych i komunikowania im planów zamawiającego, a także rozwinięcie systemu szkolenia kadr.
– Potrzebne jest lepsze dopasowanie systemu. Można to zrobić, wprowadzając bardziej elastyczne formy finansowania badań i rozwoju, poprzez odpowiedni podział kompetencji i przede wszystkim długofalową wizję. Wtedy będzie on w pełni wykorzystywany – podkreśla Weronika Myck.
Z drugiej strony sektor ten wymaga poprawy w zakresie badań i rozwoju. Dziś tylko 2 proc. rezultatów prac badawczo-rozwojowych jest wdrażanych. Dla znaczącej części firm dużym problemem stał się brak ośrodków badawczo-rozwojowych i centrów badawczych. Innowacyjność jest jednym z elementów strategii Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Jej aktualizacja została przedstawiona podczas konferencji NCSS.
– W Polskiej Grupie Zbrojeniowej chcemy stworzyć centrum innowacyjności. Myślimy o tym, żeby w oparciu o rozwiązanie, które już mamy w grupie, czyli towarzystwo funduszy inwestycyjnych, tworzyć fundusze celowe czy fundusze innowacyjne związane z konkretnymi domenami, które są jednym z wielu bardzo dobrych rozwiązań stymulujących innowacyjność – mówi Szczepan Ruman, dyrektor biura strategii w Polskiej Grupie Zbrojeniowej.
Eksperci zaznaczają, że krajowe firmy pracują nad nowatorskimi rozwiązaniami, które mogłyby się stać hitem eksportowym.
– Polska obecność na rynku międzynarodowym jest bardzo niska, cały czas doświadczamy spadku eksportu. Jednakże wierzymy, że przy odpowiednich narzędziach wsparcia, np. poprzez lepszą promocję, poprzez wykorzystywanie polskich technologii przez polskie siły zbrojne uda nam się odbudować zaufanie do naszych produktów i tym samym wypromować je na rynku międzynarodowym – podkreśla Weronika Myck.
Polskie firmy mają potencjał, żeby zaistnieć na zagranicznych rynkach. Eksperci podkreślają jednak, że kluczowe dla tego sukcesu jest znalezienie nisz i skoncentrowanie się na nich. Potrzebne jest określenie produktów, które mają odpowiedni potencjał. To istotne, bo światowe wydatki na obronność rosną. Jak wynika z danych Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem, w 2015 roku wyniosły 1,7 bln dolarów. To wzrost o 1 proc. względem 2014 roku. To wprawdzie nieznaczny wzrost, ale pierwszy po pięciu latach spadków.
Drugą ważną kwestią jest zintensyfikowanie działań promocyjnych różnych agend rządowych i instytucji na kierunkach eksportowych, a także ich odpowiednie skoordynowanie. Specyfika tego sektora powoduje, że w jego rozwój musi być zaangażowane państwo. To armia jest głównym klientem przemysłu zbrojeniowego.
– Na ogół są to produkty przeznaczone dla sił zbrojnych albo agencji obronnych, które są zwykle państwowe. Jeśli państwo chce, żeby na jego terenie był łańcuch usług i produkcji wspierający obronność, to musi go wspierać. Ponieważ na ogół zarówno wydatki na ten cel, jak i popyt są dosyć ograniczone, to koszt jednostkowy takiego wsparcia jest bardzo wysoki. To nie jest dziedzina, która przyciąga wielu producentów prywatnych, tam nie można zarobić. A jeśli już, to tylko wtedy, kiedy państwo da im możliwość bardzo zyskownej produkcji – wyjaśnia prof. Stefan Markowski z Uniwersytet Nowej Południowej Walii w Australii, jeden z autorów raportu.
Celem zaprezentowanego 28 kwietnia raportu NCSS jest analiza dzisiejszej kondycji sektora przemysłu obronnego oraz wskazanie potencjalnych dróg rozwoju i zaproponowanie zmian w strategii i prawie. Po pół roku analiz, dyskusji i warsztatów powstała wizja polskiego przemysłu zbrojeniowego przyszłości. Dokument zostanie przekazany decydentom szczebla centralnego oraz instytucjom państwowym odgrywającym kluczową rolę w sektorze obronnym.
PGNiG TERMIKA przy pomocy ARP szuka innowacji

PGNiG TERMIKA chce skorzystać z osiągnięć technologicznych polskich firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP). W zorganizowanym przez Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo SA wspólnie z Agencją Rozwoju Przemysłu konkursie wybrano trzy nowatorskie projekty. Mogą one przyczynić się do usprawnienia procesów produkcji oraz zmniejszenia wpływu produkcji energii na środowisko. PGNiG TERMIKA liczy, że rozmowy z pomysłodawcami zakończą się podpisaniem kontraktów.
– W PGNiG TERMIKA chcemy wdrożyć innowacje w zakresie oczyszczania spalin, czystych technologii węglowych, dzięki którym będziemy mogli lepiej i efektywniej wykorzystywać węgiel – nasze podstawowe paliwo, którego spalamy ponad 2,5 mln ton rocznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Wilczak, członek zarządu, wiceprezes zarządu ds. technicznych PGNiG TERMIKA.
Grupa PGNiG wspólnie z Agencją Rozwoju Przemysłu zorganizowała warsztaty, podczas których dwanaście małych innowacyjnych spółek, zaproszonych do finału konkursu, miało okazję przedstawić swoje pomysły na rozwiązanie istotnych problemów technologicznych, wyspecyfikowanych wcześniej przez adresata nowych idei, czyli PGNiG TERMIKA.
To pierwsza edycja tej inicjatywy. PGNiG TERMIKA liczy na nawiązanie współpracy z firmami, które mają zaawansowane technologicznie pomysły i rozwiązania, ale ze względu na niewielką skalę działania brakuje im siły przebicia. Z drugiej strony spółka chce skorzystać z już gotowych patentów, pomagając przy okazji małym polskim firmom w rozwoju.
– Rolą ARP było przede wszystkim pozyskanie czy wyszukanie firm i innych instytucji, które były gotowe zaoferować swoje rozwiązania PGNiG TERMIKA – wyjaśnia Michał Szaniawski, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu. – To jest inicjatywa, która idealnie wpasowuje się w nową rolę ARP, jako instytucji spinającej małe i średnie przedsiębiorstwa oraz start-upy, które mają wypracowane technologie, z dużymi spółkami Skarbu Państwa, które mogą być konsumentem tych technologii. Często ci innowatorzy nie potrzebują dotacji, tylko dobrego partnera biznesowego, dużego klienta.
Do udziału w warsztatach innowacyjnych pomysłów zgłosiło się niemal sto firm. Z grona tego wybrano dwanaście rozwiązań, które zaproszono do prezentacji w trakcie warsztatów.
– Wśród nich były pomysły dotyczące odazotowania spalin. Jest to bardzo istotny temat do rozwiązania w kontekście wdrażanych w życie nowych dyrektyw emisyjnych, które stawiają przed nami duże wyzwania dotyczące modernizacji instalacji ciepłowniczych – mówi Tomasz Wilczak. – Widzimy też rozwiązania, które mogą się przydać w typowych zastosowaniach ciepłowniczych takie jak, bardziej efektywna kontrola nad sieciami, realizowana np. przy pomocy dronów. Możemy również mieć ciekawą propozycję dotyczącą akumulacji energii.
PGNiG zapewnia, że szykuje dalsze tego typu spotkania.
Wśród wyróżnionych podczas warsztatów znalazła się firma N-energia Nowe Technologie spin-off Politechniki Śląskiej, która zaprezentowała projekt niekatalitycznego obniżania emisji tlenków azotu w instalacjach ciepłowniczych. Wyróżniono także ICS Industrial Combustion Systems, który przedstawił układ oparty o turbinę gazową na zasiarczone gazy niskokaloryczne oraz układ produkcji kwasu siarkowego. Z kolei firma Egovita pokazała projekt związany z mikronizowaniem (ultra rozdrabnianiem) sorbentu wykorzystywanego w procesie odsiarczania spalin.
– Projekty, którymi najbardziej się zainteresowaliśmy to te dotyczące ochrony środowiska. Wszyscy wiemy, że energetyka, w tym przemysł ciepłowniczy będzie musiał spełniać coraz surowsze normy ochrony środowiska. Sami też chcemy zmniejszać wpływ naszej firmy na środowisko – mówi dyrektor Andrzej Rubczyński, odpowiedzialny za przygotowania warsztatu po stronie PGNiG TERMIKA. – Będziemy się teraz przyglądać tym rozwiązaniom i jeżeli eksperci TERMIKI ocenią, że rozwiązania są rokujące, niewykluczone, że podpiszemy kontrakty na realizację – dodaje.
Bank Światowy: W przyszłym roku polska gospodarka może nieco spowolnić. Wiele zależy od kondycji strefy euro oraz krajów BRICS

Niepewna kondycja krajów strefy euro, głównych partnerów handlowych Polski, oraz światowe zagrożenia ze strony największych gospodarek rozwijających się mogą się odbić negatywnie na wzroście gospodarczym Polski.
– Nie spodziewamy się istotnych zmian w koniunkturze gospodarki światowej czy europejskiej w najbliższych kwartałach. Zakładamy, że ten rok będzie lepszy niż poprzedni – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Kąsek, starszy ekonomista w Banku Światowym. – Poprzedni rok był wyjątkowo kiepski. Spodziewamy się, że w porównaniu z 2015 rokiem wzrost przyspieszy zarówno w krajach rozwijających się, jak i w bardziej zaawansowanych o około 0,5 pkt proc.
Ze styczniowej prognozy Banku Światowego wynika, że globalny wzrost gospodarczy w 2016 roku wyniesie 2,9 proc. To o pół pkt proc. więcej niż za 2015 rok, jednak o 0,4 pkt proc. mniej niż w poprzedniej prognozie z czerwca 2015 roku. W krajach rozwijających się PKB powinno wzrosnąć do 4,8 proc., zaś w rozwiniętych – o 2,1 proc.
– Jeśli chodzi o gospodarkę Polski, to w dużym stopniu wzrost będzie napędzany przez czynniki wewnętrzne, konsumpcję prywatną. Głównie ze względu na poprawiający się rynek pracy i program „Rodzina 500 plus”. Inwestycje również będą rosły dosyć wyraźnie, ale nie szybciej niż w okolicach 5 proc. Zatem spodziewamy się, że wzrost gospodarczy w Polsce wyniesie około 3,7 proc. na ten rok i może lekko spowolnić w przyszłym roku.
Bank Światowy podtrzymał w kwietniu prognozę wzrostu dla Polski na ten rok na poziomie 3,7 proc., ale na dwa kolejne lata obniżył ją do 3,5 proc. z 3,9 proc. Nie jest jednak wykluczone, że przy sprzyjającym rozwoju wydarzeń wzrost ten będzie wyższy. Kraje strefy euro, które odpowiadają za niecałe 60 proc. polskiego eksportu, mają urosnąć o 1,7 proc.
– Gospodarka Polski jest powiązana naturalnie z gospodarką europejską, w szczególności z krajami strefy euro. Tam kierowana jest zdecydowana większość naszego eksportu, a koniunktura w Europie Zachodniej jest dosyć umiarkowana. Nie możemy wykluczyć, że to tempo wzrostu będzie nieznacznie wyższe niż 3,5 proc. To jest ostrożna prognoza. Będziemy się oczywiście cieszyć, jeśli wzrost zbliży się do 4 proc. – mówi Leszek Kąsek.
Znaczenie będzie miała także sytuacja wewnętrzna w Polsce, a zwłaszcza zachowanie dyscypliny fiskalnej w kolejnych latach oraz kondycja systemu bankowego w razie przewalutowania kredytów frankowych. Jak jednak zaznacza ekonomista, kluczowa będzie kondycja dużych gospodarek, takich jak Rosja, Brazylia czy Chiny, które jeszcze kilka lat temu rozwijały się w szybkim tempie. W tym roku gospodarka rosyjska ma skurczyć się o 0,7 proc., brazylijska – o 2,5 proc., zaś chińska urośnie o 6,7 proc., ponaddwukrotnie wolniej niż dekadę wcześniej. Z krajów BRICS jedynie Indie będą się rozwijać szybciej niż w poprzednich latach, zbliżając się do tempa 8 proc. rocznie.
– Kluczowe jest to, jak silne będzie spowolnienie na tych dużych rynkach. Głównym czynnikiem ryzyka jest sytuacja, kiedy te gospodarki spowalniają w sposób zsynchronizowany. To znaczy taki, że mamy do czynienia z niższym wzrostem tak jak w przypadku Chin czy nawet recesją tak jak w przypadku Brazylii czy Rosji i odbywa się to w tym samym czasie. To jest najważniejsze pytanie, jeśli chodzi o gospodarkę światową w tym roku – podsumowuje starszy ekonomista w Banku Światowym.
Producenci jaj wprowadzają konsumentów w błąd poprzez niewłaściwe oznakowanie towaru i chwytliwe hasła marketingowe

Przy zakupie jaj konsumenci nie powinni się sugerować barwnymi ilustracjami i hasłami na opakowaniach, tylko kodami umieszczonymi na skorupkach. Zdaniem ekspertów UOKiK brak rzetelnej informacji o produkcie to celowe wprowadzanie konsumentów w błąd. Podczas ostatniej kontroli przeprowadzonej w sklepach, hurtowniach i na targowiskach Inspekcja Handlowa zakwestionowała 35 proc. spośród 271 sprawdzonych partii kurzych jaj. Zastrzeżenia inspektorów najczęściej budziło nieprawidłowe oznakowanie na skorupkach oraz niewłaściwa waga towaru.
Do sprzedaży mogą być dopuszczone tylko jaja klasy „A”, czyli świeże. Data ich minimalnej trwałości do spożycia nie może przekraczać 28 dni od momentu zniesienia. Aby uzyskać więcej informacji o danym towarze, przy zakupie konsumenci powinni zwracać szczególną uwagę na specjalne oznakowanie.
– Na każdej skorupce znajduje się kod i pierwsza cyfra tego kodu bardzo dużo nam powie. „0” oznacza, że mamy do czynienia z chowem ekologicznym, a więc kury były trzymane w organicznych, biologicznych warunkach. Natomiast drugą skrajnością jest „3”, czyli chów klatkowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Dariusz Łomowski z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
„1” z kolei oznacza chów z wolnym wybiegiem, a „2” – chów ściółkowy. Na skorupce można również znaleźć kod państwa, z którego jaja pochodzą, oraz składający się z ośmiu cyfr weterynaryjny numer identyfikacyjny hodowli oraz klasę wagową towaru (S, M, L, XL). Poprawność tych informacji sprawdza Inspekcja Handlowa.
– Ostatnia kontrola w 35 proc. przypadków ujawniła różnego rodzaju nieprawidłowości. Przede wszystkim było to nieprawidłowe oznakowanie albo brak tego oznakowania. Nieprawidłowości polegały też m.in. na tym, że w oznakowaniu pojawiają się różnego rodzaju sielskie krajobrazy, łąki, chaty kryte strzechą itp., podczas gdy faktycznie są to jaja z chowu klatkowego. Tego rodzaju oznakowanie wprowadza konsumentów w błąd – podkreśla Dariusz Łomowski.
Zdaniem eksperta UOKiK naruszeniem jest również to, że producenci wyróżniają swoje produkty, przypisując im właściwości, które mają wszystkie jaja spożywcze. W tym celu posługują się m.in. takimi hasłami: „Świeże jaja bez GMO”, „Bez sztucznych barwników” czy „Wolne od antybiotyków”.
– Jako konsumenci musimy bardzo uważać na różnego rodzaju oznakowanie, które ma wyłącznie wydźwięk marketingowy albo marketingopodobny. Tego rodzaju komunikaty mają na celu wyłącznie zwiększenie sprzedaży, a nie rzetelne poinformowanie konsumentów – mówi Dariusz Łomowski.
Kontrola Inspekcji Handlowej wykazała też liczne uchybienia u sprzedawców na targowiskach, którzy oferowali jaja luzem. Nie informowali oni o dacie minimalnej trwałości towaru, metodzie chowu kur, klasie wagowej czy imieniu i nazwisku producenta. Jeden ze sprzedawców oferował „jaja z zagrody” z własnego gospodarstwa, tymczasem – jak się okazało – w ogóle nie miał własnych kur.
– Zasadniczo wszystkie jaja, które kupujemy w sklepie, powinny być ostemplowane. Jedynie jaja z niewielkich ferm, czyli takich, które liczą około 50 niosek, nie są ostemplowane, ale również powinny być oznakowane chociażby informacją, jaki był chów tych kur – tłumaczy Dariusz Łomowski.
Znakowanie kurzych jaj, które trafiają do obrotu handlowego, w Polsce jest obowiązkowe od 2004 roku.
Netflix dostosuje swoją ofertę do polskich widzów. Zapowiada inwestycje w lokalne programy i filmy

Płatność w euro, programowanie w języku angielskim i wymóg międzynarodowej karty kredytowej sprawiają, że Netflix jest w stanie dotrzeć tylko do części potencjalnych klientów. Firma chce jednak dostosować swoją ofertę do polskiego rynku. Obecnie 10 proc. filmów i seriali jest opatrzonych polskimi napisami lub ma dubbing. Netflix zapowiada inwestycje w polskie oprogramowanie, programy telewizyjne i filmy.
– Chcemy coraz lepiej dopasowywać się do polskich odbiorców. Kiedy wchodziliśmy do Polski, nie mieliśmy oferty przygotowanej specjalnie dla tego rynku, ponieważ jednocześnie wkroczyliśmy do 129 krajów. W związku z tym to, co udostępniamy naszym odbiorcom, jest w dużej mierze wersją międzynarodową. Większość contentu jest w języku angielskim. Wymagana jest międzynarodowa karta kredytowa, płatności wykonywane są w euro. Chcemy się jednak uczyć polskiego rynku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joris Evers, wicedyrektor ds. globalnej komunikacji w Netflix.
Światowy gigant wszedł do Polski w styczniu. Początkowo oferta była skierowana przede wszystkim do widzów dobrze znających język angielski. Obecnie po kilku aktualizacjach znacząco wzrosła liczba filmów i seriali dostępnych z polskimi napisami lub z dubbingiem. Na Netflix pojawił się już również popularny serial „House of Cards”, jednak jeszcze bez polskich napisów.
– Robimy wszystko, by dotrzeć do jak największej grupy klientów w Polsce. Coraz więcej mamy lokalnego contentu. W tej chwili jest to ponad 10 proc. naszego programowania, które jest opatrzone albo napisami, albo dubbingiem, albo obiema wersjami – wskazuje Evers.
Netflix na świecie ma 75 mln subskrybentów, z czego blisko 45 mln w Stanach Zjednoczonych. Trudno wskazać, ile osób w Polsce obecnie korzysta z platformy, potencjał jest jednak ogromny. Jak przyznaje Evers, aby Netflix miał większe szanse na dotarcie do potencjalnych odbiorców, konieczne są zmiany.
– Usługa, którą w tej chwili oferujemy, nie dotrze do wszystkich ze względu na ograniczenia związane z płatnościami w euro, dostępnością programowania w języku angielskim i wymaganiem międzynarodowej karty kredytowej. Dlatego zdajemy sobie sprawę z tego, że docieramy tylko do pewnej grupy potencjalnych odbiorców, ale robimy wszystko, by dotrzeć do jak największej grupy – przekonuje wicedyrektor ds. globalnej komunikacji Netflix.
Konkurencja w Polsce jest duża. Również polscy operatorzy kablowi wprowadzają nowe usługi z filmami na żywo i materiałami VOD. Dlatego Netflix planuje nie tylko postawić na inwestycje w działania PR i marketing, lecz także chce zwiększyć liczbę materiałów dostępnych dla polskiego widza i udostępnić polskie filmy i seriale.
– Polacy oglądają dużo naszych oryginalnych seriali, m.in. „House of Cards”, „Narcos”, „Daredevil”. Sprawia nam ogromną przyjemność to, że widzowie tak doceniają nasze własne produkcje – mówi wicedyrektor Netflix. – W tej chwili wszystko tak naprawdę sprowadza się do konkurowania o czas użytkowników. Konkurencją są np. restauracje czy książki, a przede wszystkim wszystkie serwisy i czynności związane z oglądaniem contentu na wyświetlaczu, na ekranie. Największą konkurencją w tym momencie jest dla nas telewizja linearna, tradycyjna.
Usługa wideo ma szansę w ciągu 15–20 lat całkowicie zastąpić tradycyjną telewizję. Ma nieograniczony zasięg i jest dopasowana do potrzeb widza. Aby przygotować odpowiednią propozycję dla widzów, Netflix sprawdza zainteresowanie danymi produkcjami. Największy wybór tytułów mają widzowie z USA, ograniczenia licencyjne sprawiają, że w innych państwach brakuje części pozycji.
– Wysłaliśmy na rynek sygnał, że jesteśmy w nastroju do inwestowania. Ogłosiliśmy narodziny globalnej telewizji internetowej, co oznacza, że jesteśmy niemowlęciem, które trzeba żywić, żeby rosło. A to wymaga inwestowania. Myślę, że na koniec roku wyjdziemy przynajmniej na zero – ocenia Evers.
Polacy podchodzą konserwatywnie do budowy domów. Królują technologie murowane, a budżet inwestycji najczęściej nie przekracza 400 tys. zł

60 proc. domów budowanych jest na terenach wiejskich, kolejne 15 proc. – w miastach średniej wielkości. Najwięcej nowych inwestycji w ubiegłym roku przybyło w województwach mazowieckim, śląskim i dolnośląskim. Najczęściej wybierany jest metraż w przedziale od 126 do 150 mkw. Zakładany budżet na budowę ok. 30 proc. domów to 300–400 tys. zł.
– Statystyczny budynek mieszkalny stawiany przez Polaków w 2015 roku był nieruchomością murowaną o średniej powierzchni. Jako miejsce inwestycji najczęściej wybierane były tereny wiejskie, a koszt nie przekraczał pół miliona złotych. Środki finansowe z reguły zasilone zostały kredytem bankowym – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Majka, menadżer serwisu Oferteo.pl.
Jak wynika z badań pośredniczącego między wykonawcami a klientami serwisu Oferteo.pl, w ubiegłym roku, podobnie jak rok wcześniej, Polacy najchętniej budowali domy o powierzchni od 126 do 150 mkw. (29 proc.). Niewiele mniej, bo około jednej piątej nieruchomości, miało nieco mniejszą powierzchnię – od 101 do 125 mkw. Stosunkowo rzadko natomiast decydowano się na budowę większego niż 200 mkw. domu (10 proc.).
– Zdecydowanie najwięcej budynków mieszkalnych, prawie 60 proc., powstaje na terenach wiejskich, około 14–15 proc. w miastach średniej wielkości – zauważa Mateusz Majka. – W dużych ośrodkach, mających powyżej 0,5 mln mieszkańców, domy raczej przegrywają z mieszkaniami i budowane są rzadko.
Według serwisu Oferteo.pl najwięcej budynków jednorodzinnych niezmiennie,powstaje w województwach: mazowieckim i śląskim (po 14 proc.), dolnośląskim (11 proc.) i małopolskim (10 proc.). Najmniej zaś w świętokrzyskim, podlaskim i opolskim (po około 2 proc.). Tylko 1 proc. respondentów platformy zdecydowało się na budowę nieruchomości mieszkalnej za granicą.
Najważniejszym powodem rozpoczęcia budowy była chęć realizacji marzeń o własnym domu (28 proc.). Wysokie miejsce zajęła także chęć posiadania ogrodu (14 proc.). Potrzeba zwiększenia przestrzeni mieszkalnej uplasowała się na drugiej pozycji (16 proc.), a powiększenie rodziny – dopiero na piątym miejscu (8 proc.).
– Polacy najczęściej decydują się na budowę domu w wieku 30–40 lat. W takim przedziale wiekowym była ponad połowa badanych, którzy budowali dom – tłumaczy Mateusz Majka. – Około jednej czwartej stanowią osoby mające więcej niż 40 lat.
Jak podkreśla, spora jest też grupa osób, które dość wcześniej rozpoczęły budowę własnego domu. Młodzi w przedziale wiekowym 25–30 lat stanowili 13 proc. badanych.
Z danych serwisu wynika, że budżet takiej inwestycji (szacunkowe koszty przed rozpoczęciem budowy) najczęściej zamyka się w kwocie 300–400 tys. zł (29 proc.). Około jednej piątej (22 proc.) zakładało, że wyda od 100 do 300 tys. zł. Taki sam udział miały osoby spodziewające się wydatków na poziomie 400–500 tys. zł. Prawie jedna piąta była skłonna wydać na budowę domu powyżej 500 tys. zł. Kosztów w wysokości ponad 1 mln zł spodziewało się zaledwie 3 proc. respondentów. Zwykle realny koszt budowy okazywał się wyższy niż zakładany.
– Ponad połowa badanych przez nas osób finansuje budowę domu za pomocą kredytu bankowego – twierdzi Mateusz Majka. – Od dnia kupna działki do odbioru gotowej nieruchomości najczęściej upływa około dwóch lat.
Jeśli zaś chodzi technologię budowy to niezmiennie, największą popularnością wśród Polaków cieszą się tradycyjne rozwiązania. W 2015 roku najczęściej wybieranym materiałem był pustak ceramiczny Porotherm, na drugim miejscu – bloczek komórkowy Ytong.
– Budowa domów szkieletowych czy w technologii kanadyjskiej, mimo że takie rozwiązania są szeroko dostępne na rynku, wybierane bywają rzadziej – podsumowuje Mateusz Majka. – Jeżeli chodzi o pokrycia dachowe, to w dalszym ciągu największą popularnością cieszą się materiały ceramiczne. Rozwiązania technologiczne, w tym ekologiczne także stosowane są zachowawczo.
Jaskrawe kolory, duże dekolty i mocny makijaż podczas rozmowy kwalifikacyjnej mogą przekreślić szanse na pracę

Mowa ciała oraz strój i makijaż to pierwsze, na co zwraca uwagę pracodawca podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Nieodpowiedni strój może więc zniweczyć szanse kandydata już na samym początku. Dobrego wrażenia nie zrobią zwłaszcza stylizacje w zbyt jaskrawych kolorach lub z nadmiernie wzorzyste. Niedopuszczalne jest również eksponowanie ciała, np. poprzez duże dekolty. Strój powinien być dopasowany do rodzaju stanowiska oraz osobowości kandydata.
Liczne badania pokazują, że mowa ciała i strój stanowią ponad 50 proc. pierwszej oceny kandydata i mogą przekreślić jego szansę na sukces w procesie rekrutacyjnym. Osoby schludne, zadbane i odpowiednio ubrane postrzegane są jako profesjonalne, kompetentne i podchodzące z szacunkiem do firmy, w której chcą zostać zatrudnione. Dbałość o wygląd powinna być więc istotnym elementem starania się o pracę. Podstawową zasadą jest dopasowanie stroju do rodzaju stanowiska, na które się aplikuje.
– Dobór ubioru zależy od stanowiska pracy, na które aplikujemy. Zachowujmy jednak swoją osobowość, swój charakter i styl, który reprezentujemy. Na rozmowę o pracę nie przebierajmy się, tylko ubierajmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Maja Sablewska, kreatorka wizerunku.
W branżach, w których ceniona jest przede wszystkim kreatywność i zdolności artystyczne, kandydaci mogą pozwolić sobie na większą swobodę i oryginalność w ubiorze. W pozostałych przypadkach najlepiej sprawdzi się klasyczny minimalizm. Przede wszystkim należy unikać zbyt jaskrawych kolorów, które odwracają uwagę rekrutera od wypowiedzi kandydata. Znacznie lepiej sprawdzą się spokojne granaty, błękity, szarości, czerń i biel. Na rozmowę o pracę nie nadaje się także strój zbyt wzorzysty. Kobiety powinny zadbać także o ograniczenie liczby dodatków, zwłaszcza biżuterii, oraz stonowany makijaż.
– Nie możemy ubraniem czy makijażem odwracać uwagi od tego, co chcemy powiedzieć. A więc czerwona szminka to nie jest dobry pomysł, lepiej zastąpić ją czerwonymi paznokciami, a szminkę wybrać bardziej stonowaną. Jeżeli założymy pstrokatą marynarkę, to też ona będzie nam odbierała trochę uwagi – mówi Maja Sablewska.
Wykonanie odpowiedniego makijażu może nastręczać trudności, dlatego marka Sephora zdecydowała się na nowy projekt edukacyjny „Przygotuj się do rekrutacji”. Jest to cykl warsztatów organizowanych w Akademii Leona Koźmińskiego, podczas których uczestnicy poznają tajniki makijażu biznesowego krok po kroku i uczą się go samodzielnie wykonywać. Podczas spotkań eksperci doradzą także, jak wykreować swój wizerunek za pomocą stroju.
– Osoby zainteresowane mają możliwość zrobienia zdjęcia w tym profesjonalnym makijażu, a następnie przechodzą do etapu zadawania pytań naszym rekruterom, ponieważ są tutaj również osoby z mojego zespołu, czyli rekruterzy, którzy chętnie odpowiedzą na pytania dotyczące rozmowy kwalifikacyjnej, wskażą, co jest podczas niej istotne – mówi Magdalena Rusiecka, dyrektor ds. zasobów ludzkich Sephora.
Negatywne wrażenie podczas rozmowy kwalifikacyjnej wywoła z pewnością nadmierne eksponowanie ciała – lepiej zrezygnować z bluzek z dużym dekoltem, koszulek na ramiączkach lub spódnicy mini. Nawet w lecie kobiety powinny mieć na sobie rajstopy oraz buty z zakrytym noskiem. Należy jednak pamiętać o tym, by nie wkładać stroju, który absolutnie nie pasuje do stylu kandydata – podczas rozmowy musi się on bowiem czuć swobodnie.
Zdaniem Mai Sablewskiej nie powinno się także całkowicie rezygnować z wyrażania własnej osobowości poprzez strój. Ona sama przekonała się o tym, gdy w wieku 20 lat starała się o pracę w firmie muzycznej i nie była pewna, czy może pokazać tatuaże.
– Weszłam na rozmowę do mojej późniejszej szefowej pozasłaniana kompletnie i dopiero, jak zdjęłam marynarkę, poczułam się swobodnie. Wtedy ona mówi: jaka ty fajna jesteś, naprawdę chcesz tutaj pracować? Ja mówię: tak, bardzo, to jest moje marzenie. Nawet nie zapytałam, ile pieniędzy będę zarabiać i po prostu następnego dnia dostałam pracę – mówi Maja Sablewska.
Zdaniem kreatorki wizerunku dobrym pomysłem może być skorzystanie z podręczników dress code&HASH39;u. Nie należy się jednak bezrefleksyjnie stosować do zawartych w nich porad – podają one bowiem sprawdzone, klasyczne propozycje stylizacji, pomijając kwestie indywidualnego stylu oraz wyrażania własnej osobowości poprzez strój. Dla Mai Sablewskiej natomiast równie ważna jak nienaganny wizerunek jest autentyczność i samoświadomość kandydata.
Ile zarabiają pracujący studenci?
W pierwszym kwartale 2016 r. pracodawcy opublikowali na portalu Pracuj.pl 2709 ofert praktyk i staży, to wzrost aż o 23% w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Dane potwierdzają, że studenci mogą być zadowoleni z obecnej sytuacji na rynku pracy. Po zdobyciu pierwszych doświadczeń zawodowych część z nich decyduje się na stałe zatrudnienie jeszcze na studiach. Jak wynika z danych zarobki.pracuj.pl studenci w niektórych obszarach już na początku kariery mogą liczyć na atrakcyjne wynagrodzenie.
Sprzyjająca sytuacja na rynku pracy zachęca młodych ludzi do stawiania pierwszych kroków na rynku pracy. Zdobywanie doświadczenia zawodowego ułatwią narzędzia dostępne na Pracuj.pl takie jak Kreator CV czy dedykowana studentom zakładka z ofertami praktyk i staży.
W zakładce student.pracuj.pl znaleźć można oferty praktyk i staży, pogrupowane zgodnie z podstawowymi kierunkami studiów. Dobrze wybrany staż to ważny początek kariery zawodowej.
Król wśród specjalizacji – IT
Studenci kierunków związanych z IT mają szczególnie powody do zadowolenia. Po pierwsze, pracodawcy opublikowali 435 ogłoszeń praktyk i staży skierowanych do nich, co stanowi wzrost aż o 33% w stosunku do analogicznego kwartału 2015 r. Poza tym, to w tym obszarze zarobić można najwięcej – nie tylko jako stażysta, ale także jako doświadczony pracownik. Daje to młodym ludziom nie tylko dobry start, lecz przede wszystkim szanse na dalszy rozwój. Wśród specjalizacji obszar, w którym osiąga się najwyższe przeciętne zarobki to rozwoju oprogramowania. Połowa studentów o takiej specjalizacji wskazała, że otrzymuje wynagrodzenie przekraczające 3000 zł netto. W innych obszarach tej kategorii zarobki są równie atrakcyjnie. Obszar Internet/e-Commerce/ nowe media czy IT-administracja także daje młodym ludziom wysokie przeciętne wynagrodzenia na start – 2500 zł netto – ale także widoki na wysokie zarobki w przyszłości.
„Pracodawcy wykazują wyraźne zainteresowanie młodymi pracownikami i coraz chętniej rekrutują ich do swoich organizacjach. Co jednak ważne sprzyjająca sytuacja na rynku pracy przekłada się także na atrakcyjniejsze zarobki młodych osób. Oczywiście na poziom zarobków wpływa rodzaj specjalizacji, którą wybierzemy. Istnieją takie, w których nawet początkujący pracownicy mogą uzyskać bardzo atrakcyjne wynagrodzenie. Do tych specjalizacji należą przede wszystkim obszary związane z IT.” – komentuje Maciej Bąk, ekspert ds. raportów wynagrodzeń Grupy Pracuj.
Finansiści i stratedzy w cenie
Studenci kierunków związanych z finansami także nie powinni mieć problemu ze znalezieniem ofert praktyk i staży; w I kwartale przyszłych finansistów pracodawcy poszukiwali najczęściej publikując aż 675 ogłoszeń skierowanych do nich, co stanowiło wzrost o 15% w stosunku do I kw. 2015 r. Szczególnie dobrze wynagradzani są pracownicy w obszarze doradztwo/konsulting – studenci mogą w tym obszarze zarobić przeciętnie 2843 zł netto. Dobre informacje płyną także z danych Pracuj.pl dla studentów marzących o karierze w obszarze strategia/business intelligence, również bardzo dobrze opłacany obszar, w którym mediana zarobków wśród studentów sięga 2946 zł netto.
W jakie specjalizacje warto inwestować?
Młodzi ludzie nie powinni jednak rezygnować ze swojej wymarzonej pracy, jeśli ich oczekiwania finansowe nie zostaną od razu spełnione. „Istnieje wiele obszarów, w której wraz ze wzrostem doświadczenia płace zdecydowanie rosną. Doskonałym przykładem jest obszar prawa, w którym połowa studentów otrzymuje wynagrodzenia nie przekraczające 2000 zł netto, jednak doświadczeni pracownicy często osiągają zarobki znacznie wyższe. Podobnie sytuacja wygląda w obszarze budownictwa czy sprzedaży. Na zarobki dynamicznie rosnące wraz ze zdobywanym doświadczeniem mogą liczyć również studenci marketingu” – komentuje Maciej Bąk, ekspert ds. raportów wynagrodzeń Grupy Pracuj.
Rynki walutowe: BRNZ, BJ ignorują oczekiwania rynku, Fed wstrzymuje decyzję

- W komunikacie FOMC podkreśla się potrzebę mocniejszych danych
- BRNZ utrzymuje stopy na niezmienionym poziomie, kurs NZD rośnie
- BJ zaskakuje, jednak kwestia inflacji pozostaje otwarta
Opublikowany wczoraj komunikat Federalnego Komitetu Otwartego Rynku przyczynił się do umocnienia USD w związku z informacją, że Fed usunęła wzmiankę o „ryzyku” dotyczącym wydarzeń na światowych rynkach.
Jednak wstawienie przymiotnika „światowy” w dalszej części komunikatu – sugerujące, że Fed nadal zamierza śledzić wydarzenia makroekonomiczne na świecie – wskazuje, że Rezerwa Federalna przyznała, że warunki gospodarcze uległy poprawie i nie ma obecnie żadnych naglących kwestii do rozstrzygnięcia, a także, że w dalszym ciągu obserwuje rozwój sytuacji na rynkach.
Poza tym język zastosowany w komunikacie w odniesieniu do inflacji był stosunkowo łagodny, co omówiłem w kilku krótkich notatkach opublikowanych ubiegłej nocy (w tym porównałem komunikaty z marca/kwietnia).
Oczekiwania rynku dotyczące tego posiedzenia FOMC były minimalne po tym, jak w marcu potencjał podwyżki stóp został zamrożony co najmniej na najbliższe dwa lub trzy posiedzenia.
W tym momencie jedynie wyjątkowo mocne dane mogą wpłynąć na zmianę retoryki Fed na posiedzeniu w czerwcu w stopniu wskazującym na możliwość podwyżki stóp, natomiast ewentualna podwyżka we wrześniu wymagałaby niezmiennie mocnych danych dotyczących inflacji i zarobków/zatrudnienia, wraz z istotną poprawą wyników takich badań, jak ISM.
Zaskakująca decyzja BRNZ
Bank Rezerwy Nowej Zelandii nieco zaskoczył rynki decyzją o pozostawieniu stóp na niezmienionym poziomie, mimo iż brak decyzji był zgodny z consensusem. Znacznie większą niespodzianką okazała się treść prognozy, ponieważ BRNZ najwyraźniej skorygował swoje uwagi na temat rynku mieszkaniowego, zaznaczając równocześnie, że warunki finansowe za granicą uległy poprawie.
Dwuletnie stopy nowozelandzkie zareagowały na te wiadomość wzrostem o kilka punktów bazowych, jednak o ile nie pojawią się nowe czynniki, takie jak gwałtowny wzrost cen nabiału, raczej nie doprowadzi to do trwałego rajdu.
Zdecydowany sprzeciw
W odniesieniu do Banku Japonii krótkoterminowe oczekiwania okazały się wyższe, niż przewidywałem. Brak działań ze strony Kurody spowodował w nocy nowy i zdecydowany rajd jena, ponieważ największe straty odnotowały japońskie akcje, nie tylko ze względu na aprecjację JPY, ale również ze względu na fakt, iż oczekiwania dotyczące nowych działań politycznych skupiały się na rozszerzeniu programu skupu akcji przez BJ.
Jak już wspomniałem wczoraj w artykule na temat posiedzenia BJ, w żadnym wypadku nie uważamy, że brak decyzji teraz oznacza brak jakichkolwiek decyzji później. Bank centralny może czekać z ogłoszeniem nowej trajektorii politycznej (obejmującej więcej bodźców fiskalnych do ożywienia gospodarki i podwyższenia inflacji) do posiedzenia w czerwcu lub w lipcu.
Nowa polityka może dotyczyć zerowych stóp procentowych i potężnych bodźców fiskalnych, ponieważ BJ i rząd premiera Shinzo Abego wspólnie pracują na rzecz podwyższenia inflacji i pobudzenia popytu w pozostającej w stagnacji japońskiej gospodarce.
Jednak sam fakt, iż po raz kolejny BJ opóźnił swoje prognozy do czasu osiągnięcia celu inflacyjnego na poziomie 2% sugeruje, że bank uznał kolejne działania polityczne za mniej pilne, niż dotychczas; była to nietypowa decyzja i zachęciła inwestorów do kupna JPY.
Para USD/JPY
Pary z JPY w nocy przekroczyły dolne granice przedziałów w związku z inercją JPY. W centrum uwag znalazła się para USD/JPY w kontekście niezdolności FOMC do wzmocnienia aprecjacji USD.
Oczywistością jest fakt, iż impet tej wyprzedaży jest imponujący, a jeżeli USD w dalszym ciągu będzie tracić na wartości w związku z brakiem inspiracji ze strony FOMC, już wkrótce może nastąpić test minimów cyklu.
Oznaczałoby to nowe kluczowe poziomy, m.in. 106,50, a następnie istotny pod względem strukturalnym obszar 105,00.
Nie należy się spodziewać, że jutro zmienność będzie równie wysoka, co dzisiaj, o ile nie nastąpi zdecydowana oficjalna ustna interwencja, a być może również realna interwencja mająca na celu osłabienie JPY, dlatego należy uważać na potencjalną skrajną zmienność w trakcie sesji.
John J. Hardy, dyrektor ds. strategii rynków walutowych, Saxo Bank
Firmowe drukarki kuszą hakerów
28W odpowiedzi na rosnącą aktywność ze strony hakerów firmy zwiększają wydatki na ochronę IT, jednak często bagatelizują przy tym dodatkowe zabezpieczenie urządzeń drukujących. Tymczasem, podłączona do sieci drukarka, przez którą przechodzą najbardziej poufne dokumenty w firmie, to łakomy kąsek dla cyberprzestępców. Można ją dzisiaj zdalnie podpalić, a nawet włamać do niej przy pomocy drona.
Według PwC na jedną firmę w Polsce przypadało w zeszłym roku aż 126 cyberataków. Nie przez przypadek firmy zbroją się więc, zwiększając wydatki na budowanie zintegrowanych systemów bezpieczeństwa IT. Potwierdzają to wyniki badania Security Trends. Bezpieczeństwo w erze cyfrowej, przeprowadzonego przez Microsoft we współpracy z EY – aż 36 proc. dużych przedsiębiorstw i instytucji publicznych planuje w 2016 roku zwiększyć budżet przeznaczony na bezpieczeństwo. Przypadkowy nie jest też fakt, że w odpowiedzi na ubiegłoroczną aktywność hakerów względem firm, rok 2016 został ogłoszony rokiem bezpieczeństwa informacji.
Drukarki na świeczniku
Mimo rosnącej świadomości odnośnie zagrożeń ze strony cyberprzestępców, maszyny drukujące są często pomijane przy integracji systemów ochrony IT. Tymczasem, z perspektywy bezpieczeństwa IT, to właśnie drukarki powinny być zidentyfikowane jako słaby punkt całej struktury. Dlaczego? – Urządzenia drukujące posiadają dyski twarde, na których gromadzone są dane związane z drukowanymi dokumentami. W efekcie pamięć ta jest prawdziwym skarbcem tajemnic firmowych, dokumentów objętych klauzulami tajności czy danych osobowych. Jednocześnie, maszyny drukujące nie wymagają dodatkowych haseł dostępu przy konfiguracji czy zmianie parametrów urządzeń. Dostęp do wspomnianego dysku twardego też często nie jest dodatkowo zabezpieczony – mówi Łukasz Laskowski, Prezes Zarządu firmy Ediko, specjalizującej się w zarządzaniu dokumentami i informacją w firmie.
Kreatywny jak haker
O tym, jak łatwo przejąć kontrolę nad urządzeniami drukującymi świadczą przykłady osobliwych, głośnych włamań z ostatnich miesięcy. Kilka tygodni temu cały świat obiegła informacja na temat zmasowanego ataku na drukarki mającego miejsce w USA. Haker znany jako weev wykorzystał brak zabezpieczeń w 20 tys. podłączonych do sieci urządzeniach drukujących znajdujących się na uniwersytetach, w szkołach czy biurach i wydrukował za ich pomocą plakaty o antysemickiej treści. Potrzebował do tego jedynie dwóch linijek kodu. Akcja mała na celu zwrócenie publicznej uwagi na słabe zabezpieczenie urządzeń podłączonych do sieci. Z kolei w październiku ubiegłego roku, grupa badaczy z Uniwersytetu Technologicznego w Singapurze pracująca nad systemami zabezpieczeń IT w firmach, zademonstrowała jak skutecznie i niezauważalnie można hakować firmowe drukarki przy pomocy smartfona zamontowanego na dronie. Równie ciekawy eksperyment przeprowadzili kilka lat temu naukowcy z Uniwersytetu Columbia – za pomocą wirusa zmienili oni ustawienia drukarki tak, że zaczęła się ona przegrzewać, co w konsekwencji doprowadziło do pożaru.
Zarządzanie drukiem a bezpieczeństwo
Jak uchronić się przed atakami na urządzenia drukujące? Przede wszystkim warto dodatkowo zabezpieczyć maszyny drukujące oraz na bieżąco je monitorować. Widocznym trendem w ochronie drukarek jest inwestycja firm w usługi z zakresu zarządzania środowiskiem druku (z ang. Managed Print Services). – Mają one na celu stały, zewnętrzny monitoring urządzeń drukujących w firmie nie tylko pod kątem ich wydajności i efektywności, ale również w zakresie bezpieczeństwa i eliminacji potencjalnych czynników ryzyka – mówi Alan Pajek, pomysłodawca aplikacji MPS Satellite monitorującej druk bez konieczności podłączenia do wirtualnej chmury. Programy zarządzające drukiem zapewniają bezpieczną pracę w sieci i wgląd w to, co dzieje się z dokumentami na każdym etapie ich przetwarzania. Pozwalają one również określić zakres uprawnień poszczególnych pracowników korzystających z danego urządzenia oraz zablokować możliwość wysyłania określonych dokumentów poza firmę. Jest to istotny aspekt w kontekście bezpieczeństwa danych, zwłaszcza że nierzadko źródłem wycieku tajnych informacji firmowych są błędy pracowników.
Niemieckie firmy szukają inwestorów z Polski
Największy kraj związkowy w Niemczech otworzył w Polsce agencję pomagającą w pozyskiwaniu inwestorów z Polski. Agencja działa pro publico bono. To pierwsza taka inicjatywa Nadrenii-Północ Westfalia na terenie UE.
Wcześniej ten kraj związkowy Niemiec otworzył taką agencję w Indiach, Rosji, Turcji, Chinach czy USA. Jej działalność można porównywać z PAIZ.
– Będziemy pomagać polskim firmom np. w uzyskaniu koncesji i pozwoleń na działalność w Niemczech – mówi w rozmowie z MarketNews24 Katarzyna Sokołowska z Agencji Inwestycji i Promocji kraju związkowego Nadrenia-Północna Westfalia.
Branże atrakcyjne dla firm z Polski
Polska uznawana jest w Niemczech za kraj, w którym transformacja gospodarcza zakończyła się największym sukcesem, dlatego fimry z Polski uznawane są za atrakcyjnych inwestorów. W kraju związkowym Nadrenia-Północ Westfalia istnieje kilka branż szczególnie strakcyjnych dla inwestorów z Polski.
Z powodu problemów z sukcesją istnieje w Niemczech wiele firm, które szukają nowych inwestorów. Inwestorzy z Polski są dobrze postrzegani ze względu na sukces polskiej transformacji gospodarczej.
– Branże, które mogą okazać się atrakcyjne dla inwestorów z Polski, to przemysł meblowy, przemysł chemiczny i przetwórstwo spożywcze – mówi w rozmowie z MarketNews24 Katarzyna Sokołowska z Agencji Inwestycji i Promocji kraju związkowego Nadrenia-Północna Westfalia.
Kopalnie węgla zamienione w parki krajobrazowe
Do Śląska bardzo podobne było Zagłębie Ruhry w Niemczech. Też dominował tam przemysł ciężki z kopalniami. Teraz najważniejszy jest przemysł innowacyjny, a kopalnie zamieniono w parki krajobrazowe.
Zagłębie Ruhry przeszło głęboką restrukturyzację w latach 70. i 80. XX wieku. – Kopalnie zamieniono w parki krajobrazowe, które są dzisiaj atrakcjami turystycznymi – mówi w rozmowie z MarketNews24 Katarzyna Sokołowska z Agencji Inwestycji i Promocji kraju związkowego Nadrenia-Północna Westfalia, która właśnie otworzyła swoje przedstawicielstwo w Polsce. – Przemysł ciężki zastąpiony został przez nowe technologie, a mieszkańcy Nadrenii są bardzo dumni z tych zmian.
Polacy kupują firmy w Niemczech
W najbardziej rozwiniętym przemysłowo regionie Niemiec działa już dwieście firm z Polski. Te najbardziej znane to Amica, Selena czy Oknoplast. Niemcy zachęcają Polaków do kupowania kolejnych firm w Nadrenii-Północ Westfalia.
Polskie firmy kupują niemieckie o wieloletniej tradycji. To w Niemczech nie bulwersuje. – Firmy niemieckie mają problem z sukcesjami, młode pokolenie często nie chce kontynuować biznesu prowadzonego przez rodziców i sprzedaje swoje udziały w firmach – mówi w rozmowie z MarketNews24 Katarzyna Sokołowska z Agencji Inwestycji i Promocji kraju związkowego Nadrenia-Północna Westfalia, która właśnie otworzyła swoje przedstawicielstwo w Polsce.
Po co się spieszyć?
Fed stwierdził, że najważniejsze są twarde dane, więc sprawa jest jasna: dzisiaj PKB w pierwszym kwartale, jutro dane z rynku pracy, potem kolejne wskaźniki, i tak do czerwca, kiedy może trzeba podjąć jakąś decyzję. Rezerwa Federalna nie spieszy się, bo i po co. Okazało się, że zwolennikiem podobnej filozofii jest Bank of Japan, który też woli poczekać. Jen rośnie jak na drożdżach.
Amerykański PKB (wstępny) to mocny punkt dnia, choć wcale nie mniejszą wagę mają dane o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych. Miesiąc kończy się mocnymi akcentami-amerykańsko-japońskimi. Z tym, że o ile Japonię mamy już poza sobą, USA dopiero szykuje się do skoku – dzisiejsze i jutrzejsze dane mogą ruszyć notowaniami dolara.
Europa też nie jest bez szans, z pakietem wskaźników o nastrojach w gospodarce, usługach, w biznesie i wśród konsumentów. Niemcy, poza stopą bezrobocia, podadzą dziś dane o inflacji CPI. Po fali spotkań, posiedzeń i komunikatów banków centralnych, przyszła wreszcie pora na sprawdzenie, jak ich polityka sprawdza się w praktyce. Bankierzy BoJ, EBC i Fed twierdzą, że jest z tym całkiem nieźle, ale dopiero czas pokaże, czy tak jest naprawdę, i czy nie są to tylko pobożne życzenia.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Jesteśmy wyjątkowym krajem ze względu na emerytury i renty
Wydatki na emerytury i renty odróżniają Polskę od innych państw naszego regionu Europy. W Polsce są one zdecydowanie wyższe.
FOR przedstawiło najnowszy rachunek od państwa, zawierający wydatki publiczne w Polsce w 2015 r.w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Wydatki wzrosły, wynoszą 20 tys. zł na mieszkańca. W wydatkach publicznych największe to te, które są przeznaczane na renty i emerytury. Od dość powszechnych wyobrażeń odbiegają wydatki na administrację publiczną.
Z wyliczeń Forum Obywatelskiego Rozwoju wynika, że do rent i emerytur budżet państwa dopłaca obciążając każdego statystycznego mieszkańca kwotą 6 tys. zł rocznie. Na kolejnych miejscach jest edukacja i służba zdrowia. Po 2 tys. zł rocznie.
W porównaniu do innych państw budżet państwa dopłaca więcej do emerytur i rent. – Dzieje się tak, choć w porównaniu do Czech czy Węgier nie jesteśmy starszym społeczeństwem – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Łaszek z FOR.
TTIP i CETA mogą zniszczyć polskie rolnictwo
Żywność zmodyfikowana genetycznie i ta, do której produkcji wykorzystano pestycydy, hormony wzrostu czy antybiotyki, na polskim rynku – taki może być rezultat podpisania przez Unię Europejską negocjowanych obecnie umów handlowych ze Stanami Zjednoczonymi oraz Kanadą. I choć porozumienia te zakładają liberalizację zasad wymiany handlowej, to polski rolnik czy przedsiębiorca nie będą mieli szans w starciu z północnoamerykańskimi producentami.
„Umowy takie jak TTIP [Transatlantic Trade and Investment Partnership] i CETA [Comprehensive Economic and Trade Agreement] będą miały bardzo negatywny wpływ na polskie rolnictwo. Możemy spodziewać się zalewu rynku tanimi produktami o znacznie niższej jakości. Istnieje ryzyko, że będą one zmodyfikowane genetycznie i skażone różnymi substancjami chemicznymi, których w Europie nie akceptujemy” – zauważa w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Roland Zarzycki z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności. Na przykład 82 pestycydy dozwolone w USA są w UE zakazane.
W przypadku podpisania umów nasze rodzime produkty prawdopodobnie zostaną w bardzo krótkim czasie wyparte przez te pochodzące z Ameryki Północnej. W konsekwencji wielu polskich producentów oraz dostawców żywności zbankrutuje, a dziesiątki lub nawet setki tysięcy osób zatrudnionych w sektorze rolniczym stracą pracę. Gdy zabraknie już naszej rodzimej konkurencji, ceny dostępnych produktów spożywczych pójdą w górę, bo północnoamerykańscy producenci, którzy zostaną na rynku, będą już mogli sobie na to pozwolić.
Wyniki Apple najgorsze od dekady
Sprzedaż Apple w pierwszym kwartale bieżącego roku ukształtowała się na poziomie ok. 50,55 mld dolarów, co oznacza zysk netto w okolicach 10,5 mld dol. To z kolei znaczne pogorszenie w stosunku do pierwszych trzech miesięcy 2015 roku, kiedy przychody Apple wyniosły 58 mld dol. Firma odnotowała tym samym pierwszy od kilkunastu lat spadek sprzedaży. Ostatni zaliczyła w 2003 roku. A co stoi za wynikami?
Po co Ukrainie prof. Balcerowicz?
Prof. Leszek Balcerowicz wszedł w skład nowopowstałego ukraińskiego rządu. Jednak wydaje się, że nie będzie ma on miała realnego wpływu na gospodarkę. Tak przynajmniej wnioskować można po ukraińskiej specyfice, gdzie ciągle wpływowe są układy oligarchiczne. Jednak Ukraina równie mocno jak reform, potrzebuje odbudowy wizerunku na wśród międzynarodowych instytucji finansowych. Więcej w materiale wideo.
Do końca roku surowce pozostaną tanie. Cena ropy może wzrosnąć najwyżej do 50 dolarów za baryłkę

W najbliższych tygodniach ceny ropy naftowej będą na podobnym poziomie – przewiduje Janusz Galas z DM Deutsche Bank. Do końca roku ropa typu Brent może podrożeć najwyżej do 50 dolarów za baryłkę. Na wzrosty nie ma co liczyć także w przypadku miedzi oraz złota. Zdaniem eksperta słabość rynków surowcowych wynika przede wszystkim z dużej nadpodaży oraz spowolnienia gospodarczego, które w największym stopniu dotknęło kraje BRICS. Szanse na wzrosty mają natomiast rynki akcji.
– Rynek surowców od dłuższego czasu zmaga się z nadpodażą. Będzie ona co prawda z biegiem czasu się zmniejszać, ponieważ producenci ograniczają moce wytwórcze, jednak znacznego wzrostu cen surowców można by oczekiwać dopiero w momencie, gdy światowa gospodarka znacznie przyspieszać – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Galas, analityk Domu Maklerskiego Deutsche Banku.
W ubiegłym roku według wstępnych szacunków Banku Światowego dynamika globalnego PKB wyhamowała do 2,4 proc. Spadek w największym stopniu dotknął kraje zaliczane do grupy BRICS, czyli Brazylię, Rosję, Indie, Chiny oraz RPA. Tempo wzrostu tamtejszych gospodarek spadło w ciągu roku z 5,1 do 3,9 proc.
– Mamy do czynienia z utrzymującym się niskim wzrostem gospodarczym. Szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde wezwała ostatnio rządy do podjęcia bardziej zdecydowanych działań zmierzających do przyspieszenia wzrostu gospodarczego – wyjaśnia Galas.
Jeśli prognozy Banku Światowego okażą się trafne, wówczas, jak zaznacza analityk, już w tym roku możemy mieć do czynienia z dość wyraźnym odbiciem na światowych rynkach finansowych. Bank przewiduje, że w 2016 roku globalne PKB wzrośnie o 2,9 proc., czego największą zasługą będzie wzrost w najuboższych krajach świata. W kolejnych latach oczekiwane są dalsze wzrosty i osiągnięcie tempa wzrostu na poziomie 3,1 proc.
– Sytuacja na rynku surowców zależy w dużej mierze od tego, co dzieje się w Chinach. W ostatnich 2–3 miesiącach napłynęło na rynek kilka pozytywnych informacji z Państwa Środka. Były to m.in. odczyty indeksów PMI zarówno dla sektora przemysłowego, jak i dla sektora usługowego, które nieco napawają optymizmem. Pozytywne są także dane na temat chińskiego eksportu – tłumaczy.
Analityk zaznacza, że na notowania surowców wpływać będzie także sytuacja na rynku walutowym. Scenariusz bazowy eksperta zakłada, że dolar amerykański w najbliższym czasie pozostanie silny. To z kolei negatywnie przełoży się na wyceny poszczególnych surowców.
– Z tego powodu spodziewamy się nieznacznego spadku cen miedzi na koniec roku w stosunku do obecnych wycen – informuje Janusz Galas.
Po ostatnim odbiciu cena miedzi na światowych rynkach wzrosła do poziomu 4,9–5,0 tys. dolarów za tonę. W dalszym ciągu jest to jednak blisko 20 proc. mniej, niż płacono za ten surowiec w kwietniu 2015 roku i o blisko 50 proc. mniej niż w 2011 roku.
– Jeśli chodzi natomiast o złoto, to nie spodziewamy się, żeby do końca roku miało ono jakoś znacząco wzrosnąć – mówi analityk.
Od początku roku cena złota wzrosła o ponad 17 proc. Obecnie za jedną uncję inwestorzy płacą ok. 1250 dolarów.
Ekspert odnosi się także do sytuacji na rynku ropy naftowej. Jego zdaniem w najbliższych miesiącach o wzrosty może być bardzo trudno. Powodem jest fiasko ostatnich rozmów w Dosze w sprawie zamrożenia poziomu wydobycia ropy naftowej przez największych światowych producentów, a także wzrost zapasów ropy w Stanach Zjednoczonych.
– Zakładamy, że w najbliższych tygodniach cena ropy powinna się kształtować w przedziale od 35 do 45 dolarów. Natomiast na koniec roku zakładamy, że baryłka ropy Brent osiągnie cenę 50 dolarów – prognozuje analityk DM Deutsche Banku.
Aktualnie ceny baryłki ropy Crude waha się w okolicach 39–42 dolarów. Przeciętnie o 2 dolary więcej należy zapłacić za baryłkę ropę typu Brent.
PepsiCo inwestuje w ekologię. W ciągu sześciu lat zużycie energii i wody spadło w polskich zakładach firmy o jedną czwartą

Krajowe zakłady producenta napojów i przekąsek PepsiCo w ciągu sześciu lat zredukowały zużycie wody oraz energii o prawie jedną czwartą. Firma zainwestowała także w innowacyjne instalacje do odzyskiwania ciepła z linii produkcyjnych. Taka instalacja w fabryce w Grodzisku ma moc 2 MW, czyli mniej więcej tyle, ile miejska kotłownia ogrzewająca 1 tys. domów jednorodzinnych. Z kolei inwestycje w optymalizację transportu spowodowały, że roczny przebieg ciężarówek dystrybucyjnych zmniejszył się o 3 mln km, czyli 75 okrążeń Ziemi.
– PepsiCo obecna jest na polskim rynku od 25 lat. Przez te lata firma rozwijała zakłady produkcyjne i inwestowała w ochronę środowiska – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Karbowiak, dyrektor ds. logistyki i obsługi klienta w Europie Centralnej w PepsiCo. – Dziś cztery nasze zakłady produkcyjne, po dwa w branży przekąskowej i napojowej, zredukowały zużycie wody oraz energii w ciągu ostatnich sześciu lat o jedną czwartą.
PepsiCo Poland produkuje napoje w swoich zakładach w Żninie i Michrowie k. Grójca, a słone przekąski w Grodzisku Mazowieckim i Tomaszowie Mazowieckim. Od 2009 roku zakład w Michrowie ograniczył zużycie energii na litr gotowego napoju o jedną trzecią, a wody – o 22 proc. Z kolei fabrykę w Żninie ma najniższy wskaźnik zużycia energii na litr wyprodukowanego napoju w regionie obejmującym Europę, Rosję i Turcję. Wynosi on 0,049 kWh/litr. To 42 proc. mniej niż sześć lat temu. Oszczędności w zużyciu wody wynoszą tu 5 proc.
– Woda jest ważna w procesie technologicznym zarówno napojów, jak i przekąsek – wskazuje Piotr Karbowiak. – Działania, które podjęliśmy w ciągu ostatnich lat, pozwoliły oszczędzić od 5 do prawie 60 proc. wody, średnio około 30 proc. Ma to bardzo pozytywny wpływ na środowisko, ale przynosi także wymierne korzyści finansowe.
Zakłady w Grodzisku i Tomaszowie ograniczyły zużycie energii potrzebnej do wyprodukowania kilograma chipsów ziemniaczanych odpowiednio o 9 i 16 proc., a wody – o 27 proc. i 58 proc.
– Produkcja przekąsek wymaga dużej temperatury. W związku z tym kluczowy jest tam odzysk ciepła – podkreśla Karbowiak. – Instalacje, które wykonaliśmy w Grodzisku Mazowieckim, pozwoliły odzyskać ponad 2 MW energii, co pozwoliłoby zasilić około tysiąca domów jednorodzinnych. Odzyskanym ciepłem podgrzewane są zbiorniki oleju, woda oraz ogrzewane są budynki. To obrazuje skalę oszczędności i pozytywnego wpływu na środowisko.
PepsiCo w Polsce dostarcza produkty do ponad 60 tys. klientów, co wiąże się z ogromnymi wydatkami na transport i również na tym polu firma szuka oszczędności. Do niedawna wszystkie ciężarówki dystrybucyjne pokonywały w ciągu roku ponad 15 mln km. Logistyczne programy optymalizacyjne obejmujące m.in. lepsze rozwiązania informatyczne pozwoliły ograniczyć przebieg o ponad 20 proc., czyli około 3 mln km.
– Odpowiada to 75 okrążeniom Ziemi – obrazowo tłumaczy dyrektor Karbowiak.
Aby zminimalizować ilość odpadów wywożonych na wysypisko, przedsiębiorstwo odzyskuje w swoich zakładach i przekazuje do recyklingu łącznie ponad 99 proc. odpadów produkcyjnych, głównie papier i plastik.
– Recykling jest jednym z priorytetów firmy – podkreśla Piotr Karbowiak. – Dzięki tej działalności udało się ocalić już kilka tysięcy drzew.
100 dni zostało do igrzysk w Rio. Olimpijczycy pod okiem lekarzy i fizjoterapeutów przygotowują się do występów

Polscy sportowcy są na ostatniej prostej do Rio. Ostatnie tygodnie przed zawodami przeznaczają na wytężone treningi, ale prowadzone pod okiem lekarzy i fizjoterapeutów, którzy dbają o to, by nie doznali kontuzji. Przygotowanie do igrzysk w Brazylii obejmuje również konsultacje z zakresu medycyny podróży i szczepienia. – Każdy szczegół ma znaczenie w walce o olimpijskie złoto – przyznają sportowcy.
– Im bliżej igrzysk, tym większe napięcie i większy stres, a wtedy łatwiej o kontuzję i choroby, bo im cięższy trening, tym bardziej spada odporność. Wszystko musi więc być poprowadzone z głową – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Aleksandra Socha, szablistka, reprezentantka Polski na igrzyska w Rio. – Musimy dbać o swoje zdrowie, ponieważ tylko wtedy będą wyniki na igrzyskach. Jeżeli nie zadbamy wcześniej o profilaktykę, to właśnie ten czynnik może przyczynić się do naszych porażek.
Igrzyska w Rio de Janeiro rozpoczną się 5 sierpnia br. Ostatnia prosta wiąże się dla sportowców z przygotowaniami na wielu płaszczyznach. Jak podkreśla Robert Korzeniowski, wielokrotny medalista, a dziś menadżer programu Medycyna dla Sportu i Aktywnych Grupy Lux Med przygotowania te obejmują zarówno kwestie sprzętu i wyposażenia, jak i kwestie zdrowotne.
– Chodzi o przygotowanie medyczne, które pozwala optymalizować wykorzystanie możliwości naszego organizmu, nie wymagać od niego zbyt wiele, dać mu odpocząć wtedy, kiedy jest to konieczne. To wszystko w zgodzie z przepisami antydopingowymi – podkreśla Robert Korzeniowski. – W przygotowaniu olimpijskim, w walce o tytuł mistrza olimpijskiego nie ma detalu, który można by pominąć, nie ma jednej wizyty czy konsultacji za dużo.
Sportowcy mają jeszcze 100 dni na dopracowanie formy, ale bliskość zawodów powoduje, że musi to przebiegać w sposób zrównoważony, pod okiem specjalistów z różnych dziedzin.
– Jeżeli po ciężkim treningu czuję, że jakiś mięsień mam nadwyrężony, to od razu idę do swojej fizjoterapeutki, która „dokręca odpowiednie śrubki”. Najważniejsze to być w rękach specjalistów i cieszę się, że jestem pod dobrymi skrzydłami – mówi Socha.
Od dwóch lat głównym partnerem medycznym Polskiego Komitetu Olimpijskiego jest Grupa Lux Med. Od początku 2015 roku wykonała ona ponad 5 tys. procedur medycznych dla 505 zawodników, w tym m.in. 18 zabiegów operacyjnych, głównie ortopedycznych, tomografie komputerowe, badania rezonansu magnetycznego czy USG.
– Dochodzenie do mistrzostwa to pewien proces. Tytułu mistrza nie uzyskuje się dlatego, że akurat sportowiec miał dobry dzień. Jest w tym także pewien element edukacji, zarówno samego sportowca, jak i jego otoczenia. Jakkolwiek by nasze sporty, tak jak lekkoatletyka, nie wyglądały na sporty indywidualne, to jest to pewien proces uczenia się całego zespołu – wyjaśnia Korzeniowski.
W tegorocznych igrzyskach dochodzą jeszcze kwestie logistyczne, zmiany stref czasowych i przystosowanie do innego klimatu, a także szczepień.
– Przeszłam już serię szczepień przed igrzyskami. Chociaż na wirusa Zika nie ma żadnych szczepień, to misja medyczna zadba o nasze zdrowie, będzie nam rozdawać specjalne preparaty, które pomogą nam zapobiec różnym wirusom – podkreśla Aleksandra Socha.
W ramach przygotowań do Rio 2016 przeprowadzono ponad 230 konsultacji w zakresie medycyny podróży i chorób zakaźnych. Zaszczepiono 233 zawodników przeciwko m.in. wirusowemu zapaleniu wątroby typu A, typu B, tężcowi, błonicy, krztuścowi czy durowi brzusznemu.
– Cieszymy się, że jesteśmy partnerem Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Firma z polskimi korzeniami wspiera polskich sportowców. Trzymamy za nich kciuki, będziemy z nimi cały czas tak, aby w drodze do Rio byli zdrowi i przywieźli nam wiele medali – mówi Anna Rulkiewicz, prezes Grupy Lux Med.
Maj trudnym miesiącem dla budżetów domowych. Na majówkę Polacy zamierzają przeznaczyć średnio 230 zł

Długi weekend, uroczystości komunijne, Dzień Matki i Dzień Dziecka – nagromadzenie wielu świąt i okazji powoduje, że maj może być obciążeniem dla domowych budżetów. Według Barometru Providenta, jeśli ktoś zamierza świętować wszystkie te dni, to musi się liczyć z wydatkami rzędu 2,5 tys. zł.
Pierwsza majowa okazja do zwiększonych wydatków to długi weekend, który w tym roku potrwa od 30 kwietnia do 3 maja. Wiele osób wykorzystuje majówkę do jeszcze dłuższego urlopu.
– Na ten weekend chcemy przeznaczyć średnio około 230 zł. Jest to o 40 zł więcej, niż deklarowaliśmy jeszcze rok temu. Ta różnica wynika najprawdopodobniej z tego, że wydajemy mniej w ramach normalnego weekendu, kiedy to wydajemy 140 zł, a jeszcze rok temu wydawaliśmy około 150–160 zł. Czyli generujemy pewne oszczędności na wydatkach na żywność i chętniej przeznaczamy te wygospodarowane oszczędności na specjalne okazje – podkreśla Przemysław Kasza, ekspert ds. badan rynkowych w Provident Polska.
Maj to także sezon komunii. Organizacja takiej uroczystości to wydatek ok. 2 tys. zł. Z kolei jako gość musimy się liczyć z kosztami średnio 400 zł. To o 100 zł więcej niż rok temu.
26 maja przypada Dzień Matki. Deklarowane wydatki na ten cel to ok. 70 zł.
– Zaobserwowaliśmy, że kobiety chcą wydać parę złotych więcej niż mężczyźni. To ciekawe, bo po raz pierwszy obserwujemy, że mężczyźni wydadzą na prezent mniej niż kobiety. Wynika to najprawdopodobniej z tego, że kobiety bardziej solidaryzują się z matkami i doceniają ich rolę – mówi Przemysław Kasza.
Zwiększone wydatki w maju czekają także rodziców, którzy chcą zdążyć z prezentem na Dzień Dziecka. Polacy deklarują, że średnio wydadzą na prezent lub organizację tego dnia 160 zł. To o ok. 10 zł więcej niż przed rokiem. Największe wydatki deklarują dziadkowie, którzy chcą sprawić niespodziankę swoim wnukom.
Z Barometru Providenta wynika również, że większe wydatki na prezenty dla dzieci deklarują mieszkańcy największych miast. Chcą oni wydać na ten cel ok. 200 zł, podczas gdy mieszkańcy mniejszych miast i wsi – poniżej 160 zł.
Pod koniec maja czeka nas kolejny długi weekend – Boże Ciało przypada w tym roku również 26 maja. To może jeszcze zwiększyć wydatki ponoszone w tym miesiącu.
Mniejsze firmy niechętnie motywują swoich pracowników. Obawiają się komplikacji w rozliczeniach podatkowych

Trzy na cztery firmy zatrudniające powyżej 250 osób i co druga średnia firma (od 50 osób) oferują swoim pracownikom więcej niż sześć różnego rodzaju pozafinansowych korzyści, które mają ich związać z firmą i zmotywować do pracy. Co więcej, niemal co piąte przedsiębiorstwo deklaruje zwiększenie środków na ten cel w 2016 roku. Mniejsze firmy często obawiają się jednak trudności i komplikacji w rozliczeniach podatkowych z tego tytułu.
– Badania pokazują, że w ostatnich latach firmy coraz częściej i chętniej stosują pozapłacowe systemy motywacyjne. Wynika z nich, że ponad połowa firm średniej wielkości i prawie 3/4 firm dużych, czyli zatrudniających powyżej 250 pracowników, stosuje średnio sześć i więcej motywatorów, które są niezależne od wynagrodzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Jurczak, adwokat z WFY Group.
Jak podkreśla, zarządy firm są coraz bardziej świadome, że motywacja pracowników pozwala zwiększyć ich wydajność, co przekłada się na lepsze wyniki przedsiębiorstwa. Jurczak dodaje, że zarządzający firmami zdają sobie też sprawę z chwilowej skuteczności podwyżki jako motywacji i doceniają inne jej metody oraz często spotykają się z wymaganiami samych pracowników w tej kwestii.
Z „Drogowskazu motywacyjnego 2016”, przygotowanego przez Sodexo Benefits and Reward Services i Millward Brown wynika, że na jednego pracownika firmy średnio przeznaczają dodatkowo 840 zł rocznie, o 6,5 proc. więcej niż przed rokiem. W dodatku trzy czwarte firm deklaruje utrzymanie budżetów na ten cel, a 18 proc. – ich zwiększenie.
Ekspert zaznacza, że wyraźnie widać zwiększenie nakładów na dofinansowanie spędzania wolnego czasu przez pracowników w sposób aktywny: dofinansowanie na sport oferuje 31 proc. pracodawców, a na kulturę – 37 proc. Obie te wartości rosną z roku na rok o kilka punktów procentowych.
Nie wszystkie firmy stosują jednak takie zachęty, zwłaszcza wśród tych mniejszych.
– Przeszkody są dwie – mówi Michał Jurczak. – Pierwsza jest natury finansowej. Wciąż wiele firm w Polsce boryka się z problemami wynikającymi z krachu na rynkach wschodnich, mam tu na myśli Rosję i Ukrainę. Ponadto w tamtym roku mieliśmy dość istotny spadek cen surowców, w szczególności ropy, który też w dużej mierze na wielu firmach wywarł negatywny wpływ.
Drugą przyczyną jest lęk przed uwikłaniem się w skomplikowane rozliczenia podatkowe bądź dodatkowe obciążenia z tego tytułu i narażenie na kary. Michał Jurczak zapewnia, że w przypadku zastosowania sprawdzonych systemów motywacyjnych działanie takie jest bezpieczne, a nawet korzystne.
– Jeżeli zostanie to w sposób odpowiedni przygotowane, to wydatki z tytułu premii pracowniczych czy systemów motywacyjnych mogą stanowić koszt uzyskania przychodu. Należy natomiast pamiętać o tym, że istotne jest to, aby tego rodzaju wydatki miały bezpośredni wpływ na uzyskany przychód, względnie, aby istniał związek pomiędzy wydatkami a zabezpieczeniem czy zachowaniem źródeł przychodów – zastrzega. – Trzeba też pamiętać o tym, że to na przedsiębiorcy spoczywa ciężar udowodnienia tych okoliczności.
Coraz częściej stosowane systemy to instrumenty finansowe w przypadku kadry menedżerskiej i konkursy pracownicze w przypadku szeregowego personelu. Ten pierwszy, jak tłumaczy ekspert, polega na premii uzależnionej od wyników firmy bądź wzrostu kursu jej akcji. Jest o tyle skuteczny, że bezpośrednio motywuje do pracy na rzecz wyników firmy, ponadto łatwo udowodnić jego związek z uzyskanymi przychodami w razie kontroli. Michał Jurczak zaznacza, że takie korzyści opodatkowane są jak przychody kapitałowe stawką 19-proc. i nie podlegają oskładkowaniu.
– Drugi system, który też jest popularny i z reguły stosowany jest w przypadku pracowników niższego szczebla, to system oparty na tzw. konkursach pracowniczych. W tym przypadku też mamy do czynienia z istotną korzyścią podatkową. Nagrody uzyskiwane w tego rodzaju konkursach czy świadczenia z tego tytułu są opodatkowane zryczałtowaną stawką 10 proc. i również nie podlegają oskładkowaniu na ubezpieczenie społeczne ani na ubezpieczenie zdrowotne – dodaje Jurczak.
Adwokat doradza, by na wszelki wypadek przed zastosowaniem któregoś z systemów motywacyjnych zwrócić się o interpretację podatkową, której koszty są niewielkie w porównaniu z ewentualnymi karami za niewłaściwe rozliczenie.
Polacy coraz częściej decydują się na samoleczenie. Pozwala to oszczędzić czas i pieniądze

Badania pokazują, że wielu Polaków decyduje się na samodzielne diagnozowanie swoich chorób na podstawie informacji znalezionych np. w internecie. Przynajmniej raz w życiu dra Google’a odwiedziło 90 proc. internautów. Ponad połowa osób w przypadku mniej poważnych dolegliwości zażywa leki bez konsultacji z lekarzem. Samoleczenie pozwala w skali roku znacząco zredukować koszty wynikające z niepotrzebnych wizyt lekarskich, recept i zwolnień z pracy. Kwoty te idą w miliardy złotych.
– Dane firmy Sequence pokazują, że gdybyśmy w Polsce zastosowali samoleczenie w sposób prawidłowy, tobyśmy ograniczyli o 100 mln zł wydatki poniesione na zbędne wizyty lekarskie. Te pieniądze można by było spożytkować w dużo lepszy sposób. Mamy też dane, które pokazują, że w sumie moglibyśmy zaoszczędzić 660 mln zł na niekoniecznych konsultacjach ze specjalistami, niepotrzebnych receptach i zwolnieniach lekarskich – mówi agencji informacyjnej Newseria dr n. med. Anna Staniszewska, prezes Fundacji Obywatele Zdrowo Zaangażowani.
W Polsce wydatki na ochronę zdrowia niejednokrotnie przewyższają zaplanowane budżety. Często brakuje więc pieniędzy na finansowanie poszczególnych terapii. Jak pokazują badania, znaczną część kosztów generują leki. Ze statystyk wynika, że w ujęciu makroekonomicznym wydatki poniesione na ich zakup stanowią ok. 30 proc. puli przeznaczonej na ochronę zdrowia. Natomiast w ujęciu mikroekonomicznym, czyli w poszczególnych gospodarstwach domowych, stanowią one ponad 60 proc. całkowitych wydatków. Dlatego z punktu widzenia zarówno pacjenta, jak i całego systemu ochrony zdrowia, lepiej zapobiegać, niż leczyć. Pozwala to uniknąć wielu kłopotów, a przede wszystkim znacznie zredukować koszty leczenia.
– Dane z raportu brytyjskiego pokazują, że jeżeli pacjent samodzielnie i w prawidłowy sposób stosuje samoleczenie, to o 50 proc. maleje liczba interwencji pogotowia ratunkowego, o 40 proc. liczba wizyt lekarskich., a o 17 proc. liczba wizyt domowych – mówi Anna Staniszewska.
Ze względu na słabą dostępność do usług medycznych i długie terminy oczekiwania na konsultacje lekarskie w wielu przypadkach samoleczenie staje się wręcz koniecznością. Pojęcie „samoleczenie” nie jest jednak jednoznaczne i może się kojarzyć różnymi działaniami. Problem wynika z tego, że w literaturze naukowej w języku angielskim funkcjonują trzy określenia: self-medication, self-care i self-management.
– Self-medication według WHO to samoordynacja leków bez recepty przed konsultacją z lekarzem w przypadku np. wystąpienia bólu czy przeziębienia. To leki stosowane zwykle w stanach ostrych dla złagodzenia objawów. Self-care to inne zabiegi, które mają na celu podtrzymanie zdrowia. Natomiast self-management to termin, który odnosi się do chorób przewlekłych i oznacza samodzielne prowadzenie choroby, np. cukrzycy. Pacjent mierzy sobie poziom cukru we krwi i w zależności od wyniku podaje odpowiednią dawkę insuliny – mówi Krzysztof Krajewski-Siuda, ekspert zdrowia publicznego z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie.
Z danych Sequence HC Partners wynika, że polscy pacjenci oszczędzają 1,4 mld zł rocznie dzięki niższym wydatkom na prywatne wizyty u lekarzy, tańszym lekom oraz rzadszemu korzystaniu ze zwolnień lekarskich. Eksperci podkreślają, że samoleczenie ma służyć polepszeniu jakości życia. Powinno to być jednak odpowiedzialne i bezpieczne działanie.
– Świadome zaangażowanie w dbanie o zdrowie polega na dwóch rzeczach – na wszystkich indywidualnie podejmowanych czynnościach, które zmierzają do zwiększenia potencjału zdrowotnego, i samodzielnym przyjmowaniu leków łagodzących objawy przed konsultacją z lekarzem, ale na podstawie wiarygodnych, rzetelnych danych. Ten termin też oznacza – w szerszym kontekście – współpracę lekarza z pacjenta – tłumaczy Krzysztof Krajewski-Siuda.
– Zmienił się trend. Pacjent chce być podmiotem dla personelu medycznego, a nie przedmiotem. Chce móc dopytywać, chce móc współdecydować o swoim zdrowiu i przebiegu leczeniu. I ma do tego prawo – podkreśla dr n. med. Anna Staniszewska.
– Warto przypominać lekarzom, że pacjenci są również podmiotem w leczeniu, że są to osoby, które myślą, którym warto zaufać często po to, żeby ta praca była lepsza i bardziej efektywna. Niestety, trzeba przyznać, że w systemie kształcenia medycznego obowiązuje jeszcze taki model, że pacjent jest przypadkiem – mówi Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Dla rozwoju samoleczenia kluczowe są edukacja i współpraca między lekarzem a pacjentem na wielu płaszczyznach. Pacjenci muszą być informowani o zagrożeniach i błędach związanych z samodzielną terapią. A to oznacza, że rośnie też rola farmaceuty, który wspomaga klienta przy wyborze najodpowiedniejszego dla niego preparatu.
Profilaktyka i dbanie o zdrowie stają się modne, ale temat wciąż jest niewyczerpany. Zdaniem socjologa Tomasz Sobierajskiego w kwestii edukacji zdrowotnej Polacy odstają jeszcze od mieszkańców innych krajów Europy Zachodniej, dlatego potrzebne są odpowiednie rozwiązania systemowe, również na poziomie ministerialnym.
– Już w tej chwili wiadomo, że wycofanie chociażby gabinetów dentystycznych czy pielęgniarskich ze szkół nie było najlepszym posunięciem i spowodowało, że ta edukacja zdrowotna zaczyna się dużo później. A przecież powinno się zaczynać ją już w szkole, od najmłodszych lat. Są lekcje biologii, lekcje przyrody, które, niestety, są ucinane, a warto by było, żeby na nich również poruszać tematy związane ze zdrowiem – mówi Tomasz Sobierajski.
Celem Fundacji Obywatele Zdrowo Zaangażowani jest podnoszenie świadomości w zakresie edukacji zdrowotnej. Stąd pomysł na kampanię „Zdrowo Zaangażowani”. Skierowana do młodych ludzi akcja informacyjna na razie prowadzona jest w internecie i stanowi uzupełnienie akcji dla seniorów z cyklu „Przewietrz apteczkę!”.
– Badania pokazują, że często mówimy o zdrowiu, jednak nie zawsze w sposób merytoryczny i nie zawsze ma to przełożenie na rzeczywistość. Tak naprawdę każdego dnia podejmujemy kroki, które albo służą poprawie zdrowia, albo wręcz odwrotnie, bo mamy złe nawyki. Chociażby codzienna dieta czy codzienna aktywność to już jest zaangażowanie w nasze zdrowie – mówi dr n. med. Anna Staniszewska. – Chcemy zachęcać pacjentów, by wzięli zdrowie w swoje ręce.
To bardzo ważne, bo wyedukowany pacjent nie będzie korzystał z konsultacji lekarskiej przy każdej dolegliwości, a jedynie wtedy, kiedy będzie to naprawdę konieczne. Jednocześnie będzie też miał świadomość, że niewłaściwe lub zbyt długie przyjmowanie ordynowanych samodzielnie środków może być groźne dla jego zdrowia. Jak podkreśla Krzysztof Krajewski-Siuda, samoleczenie będzie się w Polsce rozwijać i to w dobrym kierunku ze względu na coraz szybszy dostęp do wiedzy i wzrost poziomu wykształcenia społeczeństwa.
Tygodniowy przegląd rynku obligacji: EBC zapewni europejskim spółkom finansowanie na najbliższe 30 lat
- Przełomowa decyzja EBC o skupie długoterminowych obligacji korporacyjnych
- Skup może objąć każdorazowo do 70% emisji
- Europejskie podmioty o ratingu inwestycyjnym uzyskają dostęp do taniego pieniądza
W przeciwieństwie do ostatnich emocjonujących zapowiedzi i konferencji prasowych po zwykłych posiedzeniach Europejskiego Banku Centralnego w sprawie polityki pieniężnej, dla większości inwestorów posiedzenie w ubiegłym tygodniu było niemal nieznaczącym wydarzeniem. Kilka kwestii zdołało jednak wywołać poruszenie na rynku europejskich obligacji korporacyjnych w związku z ujawnieniem szczegółów dotyczących zapowiadanej historycznej decyzji o ingerencji w segmencie obligacji korporacyjnych.
Prezes banku centralnego, Mario Draghi, ogłosił, że skupywane będą obligacje korporacyjne o terminach zapadalności do 30 lat, a skup może objąć nawet do 70% każdej emisji. Należy zaznaczyć, że definicja obligacji „niebankowych” jest dość płynna, ponieważ skupem objęte będą również firmy ubezpieczeniowe. Zasadniczo oznacza to, że spółka o ratingu inwestycyjnym (lub posiadająca zarejestrowaną w strefie euro finansową spółkę zależną o ratingu inwestycyjnym) może otrzymać świeżo wydrukowane euro w trzydziestoletnim horyzoncie czasowym przy niemal zerowych kosztach (po korekcie o długoterminową inflację koszty te mogą być nawet ujemne).
Najbardziej interesująca jest możliwość nieoczekiwanej fali nowych emisji trzydziestoletnich obligacji na rynku przez spółki chcące zabezpieczyć swoje finansowanie na kilkadziesiąt lat do przodu – podobne inicjatywy podjęły ostatnio rządy Francji i Włoch – korzystając z wyjątkowego popytu generowanego przez bank centralny.
Jednym z najdziwniejszych beneficjentów jest szwajcarska spółka handlująca surowcami – Glencore, którą jeszcze kilka miesięcy temu nazywano nowym Lehman Brothers i uznawano ją za katalizator kolejnego krachu finansowego (pamiętacie?).
Pomimo wyceny na poziomie de facto śmieciowym, jej ratingi kredytowe nigdy oficjalnie nie spadły poniżej ratingu inwestycyjnego (w związku z korzystnym opóźnieniem), a biorąc pod uwagę, że część jej obligacji emituje jej luksemburska finansowa spółka zależna, analitycy zaczęli sugerować, że obligacje te znajdą się w „koszyku EBC”, a w efekcie ich ceny znacznie wzrosły. To dobra wiadomość dla tych, którzy śledzą #SaxoStrats i odczuwają pozytywny efekt przekładający się na pozostałe obligacje Glencore, w tym na te będące tematem naszej bieżącej analizy inwestycyjnej.
Poza popytem generowanym bezpośrednio przez EBC, również i obligacje Volkswagena odnotowały od dawna wyczekiwane ożywienie, przede wszystkim w wyniku zapowiedzi polubownego rozstrzygnięcia sporu w Stanach Zjednoczonych dotyczącego skandalu z poziomami emisji spalin. Mimo iż nie osiągnięto porozumienia w kontekście kary, 10 mld USD zarezerwowane przez Volkswagena na pokrycie roszczeń jest odległe od tego, czego obawiał się rynek. Obligacje wieczyste, które jeszcze w styczniu miały odwrócone rentowności, obecnie odrobiły większość strat i znajdują się obecnie niedaleko wartości nominalnej.
Michael Boye, Saxo Bank
Cień Trumpa nad Fed
Nieszczęście spadło na Apple, które wprawdzie było do przewidzenia, ale chyba mało kto w nie wierzył. Wyniki okazały się złe, perspektywy słabe, a jedyny ratunek to iPhone 7. Jeżeli on nie wypali, przyszłość zapowiada się marnie. Apple jeszcze nie stracił korony, ale jego królewska reputacja została nadszarpnięta. Triada wielkich graczy dyktująca od lat reguły na rynku nowych technologii – Microsoft, Alphabet i Apple – opublikowała rozczarowujące wyniki, co nie jest dobrą wróżbą dla całej branży. Wprawdzie nie doszło jeszcze do detronizacji, bo zyski Apple nadal są imponujące, ale moment może okazać się przełomowy, jeżeli następny kwartał będzie równie słaby.
Rynek ociera łzy po Apple, ale tak naprawdę czeka na komunikat FOMC. Sytuacja Rezerwy Federalnej nie jest komfortowa, bo wprawdzie nikt nie oczekuje dzisiaj żadnych spektakularnych ruchów, ale nadzieje, że w tym roku podniesie stopy, są ciągle żywe. Co z tym fantem zrobi Janet Yellen, nie wiadomo, bo sytuacja nie sprzyja podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji, zwłaszcza w tak trudnym okresie, jak tuż przed wyborami prezydenckimi 8 listopada. Ich wynik może być dla rynku druzgocący, a to już teraz oznacza wzrost ryzyka politycznego, którego żadna waluta nie lubi, nawet wszechpotężny dolar. Ryzyko wiąże się oczywiście z Donaldem Trumpem, który do wyborów idzie jak burza. Wczoraj zdeklasował rywali w stanach na północnym wschodzie USA. Trump mocno krytykuje Yellen, tak samo zresztą jak Hillary Clinton, o której we wtorek powiedział, że to zła kandydatka i że łatwo będzie ją pokonać.
Konkretny komunikat Fed to pieśń przyszłości, może pojawić się w czerwcu, gdyby trzeba było zasugerować podwyżki stóp w lipcu lub we wrześniu. Całkiem prawdopodobne, że bardziej zdecydowany będzie Bank of Japan, który skończy posiedzenie w nocy. Jen może być nerwowy, bo już w pod koniec zeszłego tygodnia pojawiały się plotki, że Japończycy szykują się do niestandardowych działań. W gronie banków centralnych wystąpi dzisiaj jeszcze Nowa Zelandia. Szanse obniżki stóp rozkładają się mniej więcej pół na pół. Jeżeli RBNZ nie zetnie stóp, dolar nowozelandzki może nieco się umocnić.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Liczba debiutów na warszawskiej giełdzie powinna rosnąć

Spadki, których warszawski parkiet doświadczył w ubiegłym roku, nie zachęcały spółek do giełdowych debiutów. Było ich wprawdzie najwięcej od 2011 roku, ale ponad 40 proc. stanowiły przenosiny z rynku NewConnect. Zdaniem ekspertów na rynku widać jednak zwiększone zainteresowanie IPO ze strony spółek i już wkrótce nowi emitenci powinni się pojawić na GPW.
– Widać pewne perspektywy dobrego rozwoju tego segmentu rynku w najbliższym czasie. Zeszły rok na pewno nie rozpieszczał specjalnie emitentów. Wynikało to przede wszystkim z dosyć wymagającej sytuacji na warszawskiej giełdzie – przez większą część roku indeksy spadały – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Maciej Jacenko, dyrektor działu rynków kapitałowych w Haitong Bank w Polsce. – Początek tego roku również nie napawał optymizmem. Styczeń na giełdach światowych był najgorszym początkiem roku od wielu lat, a warszawska giełda nie wyróżniała się w tym względzie.
W ubiegłym roku Warszawski Indeks Giełdowy stracił 9,6 proc. Tylko w ciągu trzech pierwszych tygodni obecnego roku WIG spadł o drugie tyle. Po 21 stycznia akcje zaczęły jednak odbijać i w trzy miesiące odrobiły 15 proc. Nie widać tego jeszcze w liczbie debiutów: od początku roku na głównym rynku pojawiły się jedynie dwie nowe spółki, z czego jedna przeniosła się z rynku alternatywnego. Rok temu o tej porze debiutów było już sześć.
– Od drugiej połowy stycznia widzimy znaczący wzrost wszystkich indeksów. To przekłada się na poprawę sentymentu inwestorów, a także przyszłych emitentów, którzy rozważają oferty publiczne w Warszawie – mówi Jacenko. – Ostatnie tygodnie pokazały wzmożenie działań spółek w obszarze IPO. Sami niedawno zakończyliśmy ofertę spółki Polski Bank Komórek Macierzystych. Oprócz tego skończyło się jeszcze kilka innych ofert. Niektóre oferty trwają i widzimy już zapowiedzi kolejnych, wliczając w to bardzo dużą jak na polskie warunki w ostatnich latach ofertę publiczną, przy czym nie jest to oferta pierwotna, Alior Banku.
Z 30 ubiegłorocznych debiutów 17 wiązało się z nową emisją akcji, tylko cztery oferty wyrażały się w trzycyfrowych liczbach liczonych w milionach złotych. Największe były emisje Idea Banku (254 mln zł) oraz Uniwheels (252 mln zł). Dla porównania nowa emisja akcji podczas debiutu PGE z 2009 roku miała wartość niemal 6 mld zł.
– Nowe oferty spotykają się z zainteresowaniem inwestorów. Inwestorzy instytucjonalni, którzy dominują na tym rynku, borykali się ze swoimi problemami, takimi jak pokłosie reformy OFE. Fundusze emerytalne musiały się odnaleźć w nowej sytuacji, przemodelować swoje strategie inwestycyjne – tłumaczy Jacenko. – Z kolei działalność TFI jest pochodną napływów i odpływów. Spadki indeksów i brak widocznych napływów do funduszy przekładają się na ograniczone zainteresowanie ofertami publicznymi. Natomiast od marca widać rosnące napływy do funduszy TFI, co napawa nas lekkim optymizmem, jeżeli chodzi o perspektywy na dalszą część roku.
W marcu saldo napływów i umorzeń w funduszach inwestycyjnych wyniosło 850 mln zł. Na koniec miesiąca wartość aktywów zarządzanych przez TFI wynosiła 255 mld zł, o 2,8 mld zł więcej niż na koniec ubiegłego roku. Tylko fundusze akcji polskich wzbogaciły się o 187 mln zł.
– Widzimy również, co potwierdzają domy maklerskie, rosnącą aktywność inwestorów indywidualnych. Zauważyliśmy ten aspekt w ramach przeprowadzonej przez nas ostatnio oferty publicznej – dodaje Jacenko. – To jest dobry prognostyk na kolejną część roku. Pracujemy nad następnymi ciekawymi ofertami, które mam nadzieję, uda się zaproponować inwestorom jeszcze w tym roku. Sądzę, że rynek IPO wygląda perspektywicznie.
W ubiegłym roku obrót akcjami na GPW osiągnął wartość 225,3 mld zł. Rekordowy pod tym względem był 2011 rok, gdy przez warszawski parkiet przewinęło się 268 mld zł. W I kw. 2016 r. obroty były niższe, wyniosły 45 mld zł, co wskazywałoby na osiągnięcie w całym roku ok. 180 mld zł.
Solaris chce zwiększyć sprzedaż autobusów w Szwajcarii. Rynek ten ma duży potencjał

Solaris, producent autobusów, trolejbusów i tramwajów chce zwiększyć swój udział na szwajcarskim rynku. Firma teraz zajmuje trzecie miejsce pod względem liczby dostarczanych autobusów na ten rynek i zamierza zdobywać kolejne kontrakty. Pojazdy tej marki jeżdżą w 41 szwajcarskich miastach.
– Potencjał w naszej branży jest duży. Produkujemy autobusy ekologiczne niskoemisyjne i chcemy być obecni na tym rynku. W tej chwili jesteśmy tam numerem trzy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Zbigniew Palenica, członek zarządu Solaris Bus & Coach. – To bardzo ciekawy rynek, jeśli się ma produkty najwyższej jakości i dobrze zorganizowany serwis. To jest rynek referencyjny dla pozostałych krajów Unii Europejskiej. Szwajcarzy czynią duże wysiłki, żeby ich transport publiczny dysponował najnowszą flotą i najnowszymi rozwiązaniami technicznymi. Szwajcaria jest też pewnego rodzaju dowodem bardzo wysokiej jakości dla choćby krajów Bliskiego Wschodu.
W 2015 roku Solaris sprzedał 1279 autobusów i trolejbusów, z czego trzy na cztery pojechały poza granice Polski. To trzeci w historii wynik sprzedażowy pod względem liczby sprzedanych pojazdów. Zarazem Solaris odnotował rekordowy rok pod względem przychodów.
– Zaczynaliśmy w Szwajcarii 2001–2002 roku z chwilą powstania firmy Solaris Bus & Coach – mówi Palenica. – Jesteśmy tam obecni w 41 miastach, również w dużych, typu Berno, Zurich i Lozanna. Chcemy na tym rynku dalej rozwijać naszą obecność z naszymi najnowszymi produktami, czyli autobusami hybrydowymi, pojazdami elektrycznymi i tymi wszystkimi pojazdami, które są niskoemisyjne.
W 2015 roku Solaris osiągnął 1,7 mld zł przychodów. Największym rynkiem dla firmy wciąż jest Polska (333 sprzedane pojazdy), a następnie Czechy (158), Niemcy (124), Łotwa (103), Włochy (97) i Rumunia (77). Portfel zamówień na 2016 rok już jest o 150 sztuk większy niż na 2015 r.
W ubiegłym roku Solaris uruchomił seryjną produkcję autobusów nowej generacji Urbino. Od czerwca 2015 roku do Niemiec, Austrii, Francji, Szwajcarii czy Skandynawii firma wyeksportowała 300 sztuk nowego modelu.
– Szwajcarzy słyną z tego, że dochowują zawartych już umów. Tamtejsze kontrakty są realizowane do końca. Jest bardzo wysoka kultura techniczna w zakresie opieki nad pojazdami w zakresie obsługi technicznej pojazdów i wymagają oni, żeby te pojazdy były jak najbardziej przyjazne pasażerom – mówi członek zarządu Solaris Bus & Coach. – Pod względem innowacji w zakresie pojazdów bezemisyjnych Szwajcarzy są powściągliwi. Chcieliby testować rozwiązania nieemisyjne, niemniej nie chcą być tymi, którzy sami po raz pierwszy te technologie wprowadzą.
ZUS chce włączenia lekcji wiedzy o ubezpieczeniach społecznych do podstawy programowej. Trwają wstępne rozmowy z MEN

Zakład Ubezpieczeń Społecznych pracuje nad kształceniem młodych ludzi w zakresie wiedzy o ubezpieczeniach społecznych. Już ponad 50 tys. uczniów szkół ponadgimnazjalnych wzięło udział w projekcie edukacyjnym „Lekcje z ZUS”. Zakład na tym nie poprzestaje i prowadzi rozmowy z Ministerstwem Edukacji Narodowej oraz Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej o włączeniu takich lekcji do podstaw programowych. Ok. 25 mln Polaków jest włączonych w system ubezpieczeń społecznych. Wciąż jednak niewielka jest wiedza o zasadach jego funkcjonowania, jego skali i prawach ubezpieczonych.
– Wiedza o ubezpieczeniach społecznych z punktu widzenia samego systemu powoduje, że jest on oceniany obiektywnie, a nie tylko jako pobierający składkę. Brakuje jednak podstawowej wiedzy o tym, że ta składka pobierana z mocy prawa jest gwarancją otrzymania świadczeń, o tym, że prawie 25 mln osób z mocy prawa jest włączonych w system ubezpieczeń społecznych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Braki w wiedzy dotyczą zarówno osób, które w tym systemie ubezpieczeń, jak i osób młodych, uczniów i studentów. Jak podkreśla Uścińska, pytani nie potrafią wyjaśnić, po co opłacane są składki, kto jest objęty systemem, nie wiedzą, jakie są ich prawa i jakie są skutki pozostawania poza systemem. Jej zdaniem taka sytuacja jest szkodliwa dla bezpieczeństwa socjalnego i materialnego dla samych zainteresowanych.
– Kiedy wzrasta liczba umów nierejestrowanych, które nie powodują obowiązku ubezpieczenia, to do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych nie wpływają składki, a po stronie tych osób nie powstają uprawnienia do świadczeń. Czyli nie płacisz składki, nie masz prawa do świadczeń, czyli w razie zdarzeń losowych jesteś pozostawiony sobie – mówi prezes ZUS. – To jest bardzo potrzebna wiedza. Jako ZUS jesteśmy zobowiązani do pracy w kierunku odpowiedniego poziomu wiedzy społecznej. Jesteśmy tę edukację zobowiązani prowadzić już na najniższym poziomie, kiedy tylko rzeczywiście istnieje możliwość rozpoznawania takich zjawisk jak ubezpieczenia społeczne.
Jednym z podejmowanych działań jest realizowany od 2013 r. projekt edukacyjny „Lekcje z ZUS” skierowany do szkół ponadgimnazjalnych, który ma informować młodzież o zasadach funkcjonowania systemu ubezpieczeń społecznych, dzięki czemu będą bardziej świadomymi pracownikami lub przedsiębiorcami. W pierwszej edycji programu – w roku szkolnym 2014/2015 – udział wzięło prawie tysiąc szkół i kilkadziesiąt tysięcy uczniów z całej Polski. Druga, która rozpoczęła się we wrześniu 2015 roku, również cieszy się dużą popularnością. Uczestnictwo w programie oznacza również możliwość wzięcia udziału w konkursie „Warto wiedzieć więcej o ubezpieczeniach społecznych”. 26 kwietnia odbył się finał drugiej edycji konkursu. W całym konkursie wystartowało 19 tys. uczniów z 550 szkół, tj. o ok. 8 tys. uczniów i ponad 220 szkół więcej niż w pierwszej edycji.
– Dobrze by było, żeby wprowadzić te treści do podstaw programowych we współpracy z Ministerstwem Edukacji Narodowej. To wszystko jest jeszcze przedmiotem wstępnych rozmów – mówi Gertruda Uścińska. – W przyszłości takie lekcje powinny zostać uwzględnione w podstawie programowej. To jest jak najbardziej właściwy kierunek i on jest realizowany w wielu krajach.
Jak podkreśla, edukację można zacząć już od szkół gimnazjalnych.
– W przypadku licealistów to jest może być nawet wyższy poziom edukacji, bo przez pryzmat naszych finalistów widzimy, że oni potrafią wykazać się bardzo poważną wiedzą z zakresu ubezpieczeń społecznych, co do zasad obejmowania poszczególnych grup systemem, co do rodzaju świadczeń, co do łączenia różnych świadczeń albo zakazu – mówi Uścińska.
ZUS liczy, że tego typu zajęcia będą miały szeroki wpływ na wiedzę w całym społeczeństwie. Po pierwsze, coraz więcej osób objętych programem będzie wchodzić na rynek pracy. Po drugie, będą oni umieli w prosty sposób przekazywać tę wiedzę dalej, swojej rodzinie i znajomym.
Podnoszeniu poziomu wiedzy w społeczeństwie ma służyć także współpraca ZUS z uczelniami wyższymi. W marcu ruszył wspólny projekt urzędu z Uniwersytetem Warszawskim. Jednym z pól współpracy jest właśnie kształcenie studentów w zakresie ubezpieczeń społecznych. W planach jest również uruchomienie kierunku studiów praktycznych.
Polska jako marka coraz lepiej rozpoznawalna przez konsumentów za granicą. Kojarzona jest m.in. z żywnością, maszynami i usługami medycznymi

Produkty „made in Poland” zyskują uznanie konsumentów na całym świecie. Do tradycyjnie kojarzonych z Polską branż, jak np. rolno-spożywczej, dołączają kolejne. Sukcesy za granicą odnoszą m.in. polskie śmigłowce czy ciągniki, a nawet usługi medyczne. Polskie produkty i usługi, które najlepiej reprezentują polski biznes w kraju i za granicą, zostaną nagrodzone – już po raz 26. – w konkursie „Teraz Polska”.
– Mamy dużo zgłoszeń, bardzo ciekawych, na najwyższym poziomie, kapituła ponownie będzie mogła wybrać laureatów, którzy będą umacniali markę Polska – mówi Krzysztof Przybył, prezes zarządu Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”, organizatora konkursu. – W tym roku pojawiły się nowe rozwiązania z dziedzin, w których jako kraj osiągamy sukcesy.
Jak podkreśla, do tej pory wizytówką Polski była branża rolno-spożywcza. Wśród 35 nominowanych w konkursie produktów z tej dziedziny pochodzi trzynaście. Kapituła będzie wybierać również spośród branż takich jak elektronika i informatyka, elektrotechnika, urządzenia i maszyny dla rolnictwa czy lotnictwo.
– Wśród zgłoszonych produktów są ciągniki Ursus i helikoptery PZL-Świdnik. To pokazuje, że w dziedzinach najbardziej przemysłowych, a przecież niedawno mówiło się, że przemysłu w Polsce nie ma, mamy sukcesy i możemy się tym chwalić. Jeszcze niedawno były to maszyny górnicze – następna dziedzina, w której Polska osiągnęła ogromny sukces na świecie i jest w czołówce – wymienia Krzysztof Przybył.
W ciągu 25 lat trwania konkursu godłem „Teraz Polska” uhonorowanych zostało ponad 600 laureatów. Wyróżnienia przyznawane są w trzech kategoriach: najlepsze produkty i usługi, najlepsze gminy oraz przedsięwzięcia innowacyjne. Wśród firm aktualnie posługujących się godłem są m.in. Zakłady Azotowe Puławy w Grupy Azoty, Iglotex, Poczta Polska, Polpharma, Sokołów, a wśród samorządów – Rzeszów i Słupsk.
– Jak co roku kapituła ma wielki problem, ponieważ po pierwsze mamy bardzo dużo zgłoszeń, a po drugie te zgłoszenia są różnorodne i nie jest łatwo wybierać spośród produktów bądź usług, które należą do różnych sektorów gospodarki – mówi prof. Michał Kleiber, przewodniczący Kapituły konkursu „Teraz Polska”. – Sukces na polskim rynku jest podstawowym kryterium, które bierzemy pod uwagę. Porównujemy wzrost firmy w ostatnich latach, porównujemy jej jakość, jakość produktu bądź usługi w porównaniu z innymi podobnymi na rynku i to się składa na naszą ostateczną decyzję.
Choć znaczenie ma sukces na polskim rynku, to liczy się także promocja polskich towarów i usług za granicą. Jednym z kandydatów jest Centrum Słuchu i Mowy Medincus, który swoje placówki ma nie tylko w Polsce, lecz także na Białorusi, Ukrainie oraz w Kirgistanie – ma ich kilkanaście w Odessie, Biszkeku i Brześciu.
– Bardzo ważne jest dla nas to, żeby logo „Teraz Polska”, które jest bardzo rozpoznawalne, przysłużyło się nam do budowania lepszej rozpoznawalności Polski jako marki – mówi Piotr Skarżyński z Instytutu Narządów Zmysłów w Centrum Słuchu i Mowy Medincus. – Świadczymy usługi, korzystając z bardzo nowoczesnych rozwiązań telemedycznych, które pozwalają pacjentowi się diagnozować i prowadzić zdalną rehabilitację. Jest to niezwykle istotne dla tych osób, ponieważ muszą latać samolotem, pozyskiwać wizy dla siebie i dla rodziny, i chcieliby to robić na miejscu, a tylko na terapię operacyjną przyjeżdżać do Polski.
Ambicją firmy jest zapewnienie dostępu do usług każdemu mieszkańcowi w promieniu 100 km, a także opieka na odległość, w domu pacjenta. Obecnie w Polsce Medincus ma swoje placówki w województwach podkarpackim, małopolskim, śląskim, opolskim, warmińsko-mazurskim, pomorskim i zachodniopomorskim (w każdym województwie po jednej) oraz cztery na Mazowszu.
Kapituła otrzymała dużo zgłoszeń z branży usługowej, ale także elektronicznej i elektrotechnicznej. Jednym z kandydatów do godła jest PZL-Świdnik ze swoim śmigłowcem SW-4, którego 40 egzemplarzy zostało sprzedanych na całym świecie, a obecnie są nim zainteresowani potencjalni klienci, m.in. z USA czy Chin.
– Dla PZL-Świdnik, które w tym roku świętuje 60. rocznicę wyprodukowania pierwszego polskiego śmigłowca, to okazja, żeby podkreślić to, że jesteśmy polską firmą, że jesteśmy dumni z bycia częścią polskiego przemysłu lotniczego, że chcemy się chwalić tym na całym świecie. Chcemy, żeby zamieszczony na naszym śmigłowcu znak „Teraz Polska”, jeżeli uda nam się go otrzymać, podkreślał, że jest to myśl technologiczna pochodząca właśnie z naszego kraju – mówi Krzysztof Krystowski, wiceprezes Finmeccanica Helicopter Division.
Jak podkreśla, otrzymanie godła „Teraz Polska” to szansa na dalszą promocję śmigłowca w kraju i za granicą. Badania wskazują, że znak ten coraz częściej pomaga konsumentom dokonywać wyborów zakupowych, bo rozpoznaje go ok. 70 proc. konsumentów. W badaniach przeprowadzonych przez dr. Tomasza Barana i prof. Dominikę Maison w ramach Ogólnopolskiego Panelu Badawczego „Ariadna” 84 proc. Polaków deklaruje, że często sięga po polskie produkty. 86 proc. społeczeństwa chce wspierać rodzime firmy poprzez kupowanie ich produktów.
Wyniki głosowania Kapituły zostaną ogłoszone 30 maja br.
Co piąty salon Orange Polska będzie Smart Store do 2020 roku

Minął rok od uruchomienia pierwszego Smart Store Orange w Warszawie. Do tej pory operator uruchomił jeszcze dziesięć takich salonów w Polsce. W planach na ten rok są jeszcze trzy. Koncept się sprawdza, bo klienci Smart Store trzykrotnie częściej polecają firmę swoim znajomym, sprzedaż usług rośnie w dwucyfrowym tempie, a akcesoriów o blisko 100 proc. Dlatego do 2020 roku co piąty salon w Polsce będzie Smart Store.
– Smart Store to trafiony pomysł. Widzimy to przede wszystkim po rekomendacjach klientów, którzy po wizycie w Smart Store polecają Orange trzykrotnie częściej, niż kiedy były tam tradycyjne salony – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bożena Leśniewska, członek zarządu ds. sprzedaży i komercyjnej digitalizacji Orange Polska.
W Smart Store lepsza jest też sprzedaż usług komórkowych i stacjonarnych, w tym najszybszego internetu światłowodowego FTTH.
– W pierwszych ośmiu otwartych w ubiegłym roku salonach wzrost sprzedaży usług mobilnych wyniósł 18 proc., a dostępu do internetu zwiększył się o 16 proc. – podkreśla Bożena Leśniewska. – Planujemy dalej rozbudowywać sieć Smart Store. Mamy przygotowane trzy nowe lokalizacje. Planujemy je uruchomić jeszcze w tym roku. Do 2020 roku chcemy, by 20 proc. naszej sieci sprzedaży pracowało w koncepcie Smart Store i jest to zgodne ze strategią Grupy Orange dla całej Europy.
Salony Smart Store do tej pory powstały w Poznaniu, Gdańsku, Gdyni, Krakowie, Katowicach, Wrocławiu, Białymstoku, Szczecinie, Łodzi i oraz dwa w Warszawie. Codziennie odwiedza je średnio 4,5 tys. osób.
– Na polskim rynku jest miejsce zarówno dla standardowych salonów, jak i dla Smart Store – mówi Leśniewska. – Jesteśmy po kilku latach tzw. optymalizacji geograficznej, zarówno ilościowej, jak i lokalizacyjnej naszych salonów sprzedaży. Uważamy, że teraz wielkość naszej sieci jest dostosowana do wielkości biznesu, jaki prowadzimy, i portfolio produktowego.
W Smart Store klienci mogą przetestować kilkadziesiąt modeli telefonów i tabletów, a także wiele ciekawostek technologicznych, np. gogle do wirtualnej rzeczywistości.
– Smart Store jest dla wszystkich klientów. Wydawałoby się, że być może jest tylko dla ludzi młodych, bo dostarczamy tam cały przekrój nowych technologii, ale prawda jest taka, że smartfony czy tablety to oferta dla wszystkich, bez względu na wiek – mówi Leśniewska. – W Polsce penetracja na rynku smartfonów wynosi 60 proc., więc trudno mówić, że używają ich tylko ludzie młodzi.
Salon podzielony jest na trzy strefy: dom, rozrywka oraz firma. Proste sprawy klienci mogą załatwić na recepcji, mogą też poradzić się konsultantów i sprzedawców, mogą także samodzielnie dokonywać zakupów.
Przedstawicielka Orange Polska podkreśla, że ekspozycja urządzeń i gadżetów oraz możliwość ich przetestowania działa pozytywnie na decyzje zakupowe. W pierwszym inteligentnym salonie odnotowano przez ten rok spektakularny, bo aż 100-proc., wzrost sprzedaży akcesoriów. To najlepszy wynik od ponad 20 lat istnienia sklepu w tym miejscu.
30–50 proc. e-czytelników w Polsce pozyskuje e-booki z nielegalnych źródeł
Straty wynikające z piractwa e-booków w Polsce mogą sięgać nawet 250 mln zł rocznie. Ponoszą je przede wszystkim autorzy i wydawcy. Z badania przeprowadzonego przez firmę Virtualo i Instytut GRAPE Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że nawet połowa e-czytelników może pozyskiwać treści z nielegalnych źródeł. Dla porównania w Wielkiej Brytanii odsetek ten wynosi 1 proc.
Co trzecia osoba spośród badanych 1900 respondentów odpowiedziała twierdząco na pytanie, czy ściąga e-booki z nielegalnych źródeł, a skala zjawiska może być jeszcze większa.
– Z naszych badań wynika, że nawet 50 proc. czytelników również pozyskuje e-booki z nielegalnych źródeł. Duża skala piractwa może wynikać z cen e-booków. Wielu klientów twierdzi bowiem, że są one za wysokie w stosunku do ich możliwości finansowych. Naszym zdaniem ceny nie są aż tak wysokie. Średnia cena e-booka w tym momencie to około 19 zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Martyna Bednarczyk, koordynator ds. marketingu Virtualo.
Z badań przeprowadzonych w ubiegłym roku w Wielkiej Brytanii wynika, że tylko 1 proc. czytelników pozyskuje e-booki z nielegalnych zasobów.
Jedną z przyczyn dużej skali piractwa jest społeczne przyzwolenie na pozyskiwanie treści z nielegalnych źródeł, które dotyczy nie tylko książek elektronicznych, lecz także innych dóbr kultury. Masowość tego zjawiska wynika również z łatwej dostępności nielegalnych treści. Kluczową przyczyną jest jednak brak podstawowej wiedzy dotyczącej poszanowania praw autorskich.
– Problemem jest niska świadomość czytelników, że pieniądze, które zapłacą za e-booka, trafią do autorów. Tutaj nie ma takiego przełożenia, że e-book też jest książką, pracą autora, za którą warto zapłacić, za którą warto tego autora wynagrodzić – tłumaczy Martyna Bednarczyk.
Cały polski rynek wydawniczy wyceniany jest na około 2 mld zł. Wartość rynku e-booków w 2015 roku wynosiła około 60 mln zł, a w tym roku ma to być 85 mln zł. Biblioteka Analiz trzy lata temu oszacowała, że piractwo e-booków kosztuje branżę 250 mln zł. Eksperci Virtualo podkreślają, że kwota ta może być niższa, ale i tak wynosi ona co najmniej dwukrotność szacowanej wartości rynku książek elektronicznych.
Martyna Bednarczyk tłumaczy, że piractwa e-booków nie da się całkowicie wyeliminować, ale trzeba spróbować zmniejszyć jego skalę, choćby przez systemowe działania polegające z jednej strony na edukacji, a z drugiej strony na twardym egzekwowaniu prawa. W promocji legalnych źródeł e-booków uczestniczą zarówno autorzy, wydawcy, jak i dystrybutorzy. W kampanię „Czytam legalnie, a Ty?” prowadzoną w mediach społecznościowych i blogosferze zaangażowali się znani pisarze i publicyści młodego pokolenia.
– Próbujemy zwalczać piractwo, przede wszystkim edukując, pokazując, jak istotne jest docenianie autorów i wydawców. Jeśli nie będziemy ich wynagradzać odpowiednio, to oni nie będą mieli motywacji, żeby wydawać kolejne e-booki, żeby pisać dobre książki. To jest wspólna praca całego rynku e-booków i rynku książki, żeby uświadamiać czytelników, jak istotne jest kupowanie legalnych plików – mówi Martyna Bednarczyk.
Z piractwem można walczyć na przykład poprzez dopasowanie się do potrzeb e-czytelników, proponując im chociażby oferty w formie abonamentów. Ciekawą alternatywą jest również system Pay What You Want, czyli płać, ile chcesz. W opinii połowy ankietowanych biorących udział w badaniu Virtualo i Instytutu GRAPE Wydziału Nauk Ekonomicznych UW takie rozwiązanie pozwoli zapewnić twórcom godziwe wynagrodzenie.

