Ambasador Szwajcarii: Aby zwiększyć innowacyjność, Polska potrzebuje czołowego uniwersytetu. Powinna też zachęcać do powrotu Polaków mieszkających za granicą

CEO Magazyn Polska

Szwajcaria jest drugim największym inwestorem w Polsce spośród krajów spoza UE. Na koniec 2014 roku wartość inwestycji przekroczyła 4 mld euro. Szwajcarskie firmy nie inwestują w Polsce ze względu na tanią siłę roboczą, ale ze względu na zdolne i wykształcone kadry – podkreśla ambasador Szwajcarii. Aby zwiększać tę przewagę, Polsce potrzebna jest uczelnia, która będzie wysoko w międzynarodowych rankingach. Dużym i wciąż niewykorzystanym zasobem są też Polacy mieszkający poza granicami kraju.

– Szwajcarskie firmy nie przybyły do Polski w poszukiwaniu taniej siły roboczej, bo praca za 200 dolarów jest w Wietnamie czy w Indonezji. Przyjechały tu dla inżynierów, wykształconej kadry, szczególnie w zakresie IT – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrej Motyl, ambasador Szwajcarii w Polsce.

Jak dodaje, to właśnie wykształcona kadra w dużej mierze decyduje o innowacyjności danego kraju. W rankingach innowacyjności Szwajcaria plasuje się w globalnej czołówce. Ambasador zapewnia, że nie byłoby to możliwe bez uczelni w Zurychu czy Lozannie.

– W Polsce brakuje jednego czołowego uniwersytetu, który znajdowałby się wysoko w międzynarodowych rankingach, do którego chcieliby przyjeżdżać najlepsi studenci na świecie i w którym chcieliby uczyć najlepsi profesorowie – tłumaczy Motyl. – Kontakt z czołowymi uniwersytetami sprawił, że mamy najbardziej innowacyjne firmy farmaceutyczne na świecie. Jeżeli Polska nie będzie miała takiego uniwersytetu, nie będziecie mieli czołowych profesorów i najlepszych studentów. Wasi najlepsi studenci pojadą do Lozanny lub Zurychu i my, Szwajcarzy, możemy wam za to tylko serdecznie podziękować.

Zdaniem Motyla Polska nie może też zapominać o tych osobach, które od lat mieszkają w innych krajach, które wyjechały tam na uczelnie lub do pracy. Istotny jest również kontakt z osobami, które mają polskie korzenie.

– Nawet jeśli wśród nich jest jeden procent ludzi o wysokich kompetencjach, zajmujących się pracami badawczo-rozwojowymi, to już mamy ogromny zasób kadry. Powinniście brać przykład z Izraela, który współpracuje z Żydami za granicą – szukajcie poza granicami Polaków i ściągajcie ich do kraju – podkreśla Andrej Motyl.

Najbardziej widocznym obszarem dwustronnej współpracy jest Szwajcarsko-Polski Program Współpracy wart 490 mln franków szwajcarskich.

– Nasz wkład finansowy w politykę spójności dla Europy Środkowej i Wschodniej wynosi ponad miliard franków, z czego Polska otrzymała blisko połowę – podkreśla ambasador Szwajcarii w Polsce.

Fundusz Szwajcarski jest formą bezzwrotnej pomocy zagranicznej przyznanej przez Szwajcarię Polsce w ramach szwajcarskiej pomocy dla 10 państw członkowskich Unii Europejskiej, które przystąpiły do niej w 2004 roku. Łącznie dofinansowano w sumie 58 projektów i programów oraz ok. 1,7 tys. mniejszych inicjatyw realizowanych w całej Polsce.

– Blisko 0,5 mld franków wydano w ciągu ostatnich sześciu lat, częściowo na transport. To był z jednej strony rozwój koncepcji transportowych, z drugiej unowocześnianie taboru kolejowego w niektórych miastach – wskazuje Motyl.

Dzięki środkom funduszu w Legionowie powstanie centrum komunikacyjne (10 mln franków), zakupiono też nowe pojazdy szynowe dla WKD (ponad 19 mln fraków). Wykonano również 50 inwestycji poprawiających bezpieczeństwo w ruchu drogowym na terenie kilku powiatów (4 mln franków), a Służba Celna i Policja otrzymały nowe pojazdy.

– Co istotne, inwestujemy w fundusze, w których mali i średni przedsiębiorcy mogą pozyskać kredyt na rozwój swojego biznesu. Rozwijamy takie fundusze w Polsce, ponieważ system bankowy nie jest tu jeszcze tak dojrzały jak w Szwajcarii. Jest to więc bardzo ważny obszar współpracy – przekonuje ambasador Szwajcarii. – Ważna jest także współpraca badawczo-rozwojowa. Mamy do wydania około 30 mln euro. Jeżeli Szwajcarzy współpracują z polskimi naukowcami, którzy mają dobry projekt, może być on przez nas sfinansowany.

Jak podkreśla, równie ważne, co współpraca na poziomie państwowym, jest zaangażowanie prywatnych firm. Szwajcaria jest jednym z najbardziej znaczących inwestorów w naszym kraju. Zgodnie z danymi NBP łączna wartość inwestycji na koniec 2014 roku osiągnęła 4,1 mld euro. Według PAIiIZ Szwajcaria jest po USA drugim spoza UE inwestorem w Polsce. W Polsce rośnie nie tylko liczba inwestycji, lecz także liczba projektów realizowanych w usługach. Nie ma praktycznie branży, która nie byłaby reprezentowana przez szwajcarskie firmy.

Santander Consumer Bank zyskuje na współpracy z Justyną Kowalczyk. Klienci są gotowi wiązać się z bankiem na dłużej

CEO Magazyn Polska

Od jesieni ubiegłego roku trwa współpraca Santander Consumer Banku z  Justyną Kowalczyk, jedną z najsłynniejszych polskich sportsmenek. Mistrzyni olimpijska reklamuje szybki kredyt gotówkowy Santander Consumer Banku, bank zaś sponsoruje biegaczkę i za jej namową bierze udział w akcjach charytatywnych. Zyski są nie tylko wizerunkowe. Z obserwacji banku wynika, że od czasu nawiązania współpracy klienci chętniej korzystają z jego długoterminowych usług.

Współpraca z Justyną Kowalczyk, jako najbardziej rozpoznawalną polską sportsmenką, to zdecydowanie dobra inwestycja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Przybył, prezes zarządu Santander Consumer Banku. – Już teraz, po zakończeniu pierwszego sezonu, możemy powiedzieć, że rozpoznawalność Justyny oraz jej cechy, takie jak upór, dążenie do celu i pozytywne nastawienie, przekładają się na postrzeganie banku przez naszych klientów. Widzimy, że więcej osób postrzega pozytywnie nasz bank.

Jak podkreśla, dobrze wpływa to na rozpoznawalność marki, a to z kolei pozwala rozszerzać relacje z klientami.

Justyna Kowalczyk od jesieni ub.r. promowała kredyt gotówkowy, możliwy do zaciągnięcia w 15 minut. Zdaniem Arkadiusza Przybyła akcja zaowocowała wzmocnieniem wizerunku i siły marki, co znalazło odzwierciedlenie w wyższej dochodowości działalności i większej lojalności klientów.

Na koniec I kwartału Grupa Santander Consumer Bank miała 14,3 mld zł udzielonych kredytów, o 2,5 proc. więcej niż rok wcześniej, głównie dzięki wzrostowi portfela kredytów gotówkowych i kart kredytowych. Z kolei zobowiązania wobec klientów, czyli m.in. środki zgromadzone na lokatach i depozytach, wyniosły 7,9 mld zł i były wyższe od ubiegłorocznych o blisko 20 proc.

Współpraca z Santander Consumer Bankiem bardzo dużo ułatwia, ponieważ bank, jako dobry sponsor, pomaga mi i finansowo, i marketingowo. Mogę sobie pozwolić na wszystko, co jest mi potrzebne, by na odpowiednim poziomie uprawiać sport – podkreśla Justyna Kowalczyk.

Dla biegaczki, która ostatnio zwyciężyła w biegu na 25 km w Islandii, sezon 2015/2016 już się zakończył, natomiast na dniach rozpoczną się przygotowania do kolejnego.

Oprócz tego, że jesteśmy głównym sponsorem Justyny w jej działalności narciarskiej, oraz oprócz tego, że jest ona ambasadorką naszej marki, co przekłada się na nasz biznes, dodatkowo Justyna zainspirowała nas do rozszerzenia działalności charytatywnej, do nawiązania współpracy z Polskim Towarzystwem Walki z Mukowiscydozą – mówi Przybył. – My ze swojej strony zainspirowaliśmy Justynę do tego, żeby była ambasadorem Akademii Zdrowia Santandera. To projekt, poprzez który bank chce popularyzować aktywność fizyczną i sport wśród Polaków.

Santander Consumer Bank działa w Polsce pod tą marką od 2006 roku. Ma ponad 300 oddziałów i specjalizuje się w udzielaniu kredytów, obsłudze kart, leasingu i sprzedaży ratalnej. Obsługuje 33 tys. placówek handlowych, oferując kredyty ratalne, oraz 800 salonów i dealerów samochodowych, w których proponuje kredyt samochodowy.

Chorzy na stwardnienie rozsiane tracą prawo do refundacji leków po 5 latach od rozpoczęcia terapii

CEO Magazyn Polska

Osoby chore na zaawansowaną postać stwardnienia rozsianego mogą liczyć tylko na 5 lat refundowanej terapii. Po tym czasie tracą prawo dostępu do bezpłatnego leczenia. Pacjenci chcą zniesienia krzywdzącego ich zapisu w ustawie – odpowiednio prowadzona terapia jest dla nich bowiem jedyną gwarancją uniknięcia inwalidztwa i zachowania niezależności. W przyszłym roku mija pięć lat od wprowadzenia leków drugiej linii leczenia i wielu chorych obawia się, że może stracić dostęp do leków.

Stwardnienie rozsiane (SM) to przewlekła choroba układu nerwowego, w przebiegu której na skutek stanów zapalnych uszkodzeniu ulegają osłonki nerwów. Prowadzi to do upośledzenia przewodzenia impulsów nerwowych oraz zaburzenia pracy niemal wszystkich organów w ciele człowieka.

W Polsce na stwardnienie rozsiane cierpi ok. 55 tys. osób. Choroba uaktywnia się zazwyczaj między 20 a 40 rokiem życia i w skrajnych przypadkach może nawet w ciągu kilku lat doprowadzić do całkowitego inwalidztwa. Nowoczesne leki pozwalają opóźnić jej rozwój, zapobiec nawrotom oraz znacznie poprawić stan zdrowia, a tym samym jakość życia pacjentów. Dzięki temu chorzy mogą pozostawać aktywni zawodowo i społecznie.

Pacjenci z SM są niezależni. To są bardzo heroiczne historie, często pacjent mimo niesprawności żyje aktywnie, włącza się w działania na rzecz innych. Chorzy pozostają aktywni, robią rzeczy niesamowite, biegają maratony bądź po prostu żyją aktywnie, pracują, zakładają rodziny – mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Fac-Skhirtladze, sekretarz generalna Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego.

W terapii pacjentów ze stwardnieniem rozsianym istotna jest szybka diagnoza, wdrożenie leczenia oraz dostęp do nowoczesnych leków. Podstawą leczenia chorych na SM są leki immunomodulujące, które oddziałują na stany zapalne. Polscy pacjenci mają jednak ograniczony dostęp do tych terapii, zwłaszcza w tzw. drugiej linii terapii, gdy choroba jest bardzo aktywna.

Nie ma to uzasadnienia w danych klinicznych i danych rejestracyjnych leku. Prawdopodobnie w przyszłym roku, bo wtedy mienie pięć lat od wprowadzenia leków drugiej linii leczenia, wielu pacjentom zostaną odebrane leki z powodów administracyjnych – mówi Magdalena Fac-Skhirtladze.

Zdaniem specjalistów przerwanie skutecznej terapii w szybkim tempie prowadzi do pogorszenia stanu zdrowia pacjentów i wystąpienia kolejnego rzutu choroby. W Polsce występuje ponadto dysproporcja w dostępie do terapii na poziomie regionalnym. Wynika to przede wszystkim ze sposobów finansowania programów leczenia przez wojewódzkie oddziały NFZ, liczby świadczeniobiorców oraz rozlokowania szpitali. W województwie lubuskim dostęp do leczenia pierwszą linią terapii jest bardzo ograniczony, nie ma też żadnego ośrodka prowadzącego leczenie drugiej linii.

Dochodzi do takich kuriozów, że pacjenci migrują między województwami, co nie jest efektywne dla nikogo. Pacjent musi swoje wolne dni urlopowe zużywać na to, by jechać po lek, a jego lokalny NFZ i tak za jego leczenie płaci. Właściwie nie ma to najmniejszego sensu, ale takie sytuacje się zdarzają – mówi Magdalena Fac-Skhirtladze.

Środowiska pacjenckie zwracają uwagę na to, że właściwie prowadzona terapia jest jedynym gwarantem niezależności pacjenta. Ważnym elementem w dyskusji na temat sytuacji chorych na SM jest ich chęć kontynuowania pracy zawodowej – większość nie tylko nie rezygnuje z zatrudnienia podczas terapii, lecz także szuka własnej niszy na rynku pracy mimo postępującej niepełnosprawności. Polskie Towarzystwo Stwardnienia Rozsianego planuje w maju debatę w Sejmie, do której zostaną zaproszeni pacjenci, eksperci i przedstawiciele władz.

Mamy nadzieję, że pokaże ona, że pacjent chce być niezależny, nie chce być ciężarem dla systemu. Jeżeli pacjent tę niezależność traci, to my, jako system, zawiedliśmy, albo nie dając mu właściwego leczenia, albo odpowiednio szybkiej diagnozy, albo wsparcia społecznego – mówi Magdalena Fac-Skhirtladze.

Na problemy pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane ma również zwrócić uwagę Światowy Dzień SM, obchodzony na całym świecie w ostatnią środę maja.

Szkolnictwo zawodowe odzyskuje prestiż. Naukę w zawodówce lub technikum kontynuuje prawie połowa gimnazjalistów

CEO Magazyn Polska

Szkoły zawodowe stają się coraz popularniejsze. W ubiegłym roku 49 proc. gimnazjalistów kontynuowało naukę w placówce zawodowej albo technikum. Po ukończeniu tego rodzaju edukacji aż 98,4 proc. pracuje, z czego prawie połowa – w wyuczonym zawodzie. Emigrację zarobkową rozważa coraz mniej absolwentów.

Szkolnictwo zawodowe odzyskuje dawny prestiż. Przywraca się wiarę w to, że nie tylko umie kształcić fachowców, ale przede wszystkim ręce do pracy, które będą potrzebne na krajowym rynku – mówi agencji Newseria Biznes Justyna Pokojska z Laboratorium Gospodarki Cyfrowej DELab Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez DELab UW dla Gumtree, w ubiegłym roku już 49 proc. młodych polskich gimnazjalistów zdecydowało się na edukację w szkołach technicznych i zawodowych, z czego 36 proc. – w technikach i 13 proc. – zawodówkach. To o prawie 25 proc. więcej niż w 2000 roku.

Jak przypomina Pokojska, w latach 70. ubiegłego wieku dwie trzecie uczniów szkół podstawowych decydowało się na tego rodzaju naukę. Odwrót nastąpił w latach 90., kiedy aspiracje edukacyjne młodych Polaków wzrosły. Do szkół bezpośrednio przygotowujących do zawodu trafiało tylko czterech na dziesięciu uczniów.

Mieszkańcy wsi dwa razy częściej niż ich rówieśnicy z dużych miast decydują się na szkołę zawodową (13,3 proc. vs. 6,3 proc.) i wyraźnie częściej na technikum (54,3 proc vs. 43 proc.). Odsetek wskazań szkoły policealnej jako ostatnio ukończonej był jednak w miastach znacznie większy niż na wsi.

Na pewno związane jest z dostępnością. Na wsiach nie ma wielu możliwości kontynuowania nauki. W większych ośrodkach co czwarty absolwent zawodówki lub technikum decyduje się następnie na kontynuację nauki w szkole policealnej – zauważa Justyna Pokojska.

Po ukończeniu edukacji zawodowej młodzi ludzie zazwyczaj uzyskują zatrudnienie, i to w dużej części odpowiadające wykształceniu. Według raportu DELab UW 98,4 proc. absolwentów techników i zawodówek obecnie pracuje, z czego 49 proc. w wyuczonym zawodzie.

Mamy zatem do czynienia z bezrobociem na minimalnym poziomie – wskazuje Justyna Pokojska. – Do dorabiania w szarej strefie przyznało się 14 proc. ankietowanych, czyli co siódmy. Oczywiście niekoniecznie musi to oznaczać, że jest ich tylko tyle, bo były to odpowiedzi deklaratywne. Tych kilkanaście procent oświadczyło, że taką aktywność zawodową podejmuje.

Jak podkreśla, wśród wszystkich pracujących 44 proc. to osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę, jedna piąta – na podstawie umowy krótkotrwałej, czyli wykonująca zlecenia lub pracująca na podstawie umowy o dzieło. Pozostałe uzyskały zatrudnienie w firmach rodzinnych albo utrzymują się z innych świadczeń i prac dorywczych, na przykład zastępstw.

Odsetek osób pracujących na umowę o pracę jest wciąż niski. Wśród absolwentów więcej mężczyzn ma etat (52 proc. vs. 37 proc. kobiet). To być może jest związane również z obciążeniami rodzinnymi i macierzyńskimi kobiet oraz z niepewnością, czy kobieta nie zniknie po zatrudnieniu na formę stałą – wyjaśnia Pokojska. – Nasi badani zwrócili uwagę na to, że ich marzeniem i ambicją jest otrzymanie stałej umowy o pracę, pracodawcy natomiast niechętnie podczas pierwszego zatrudnienia chcą taką umowę oferować.

Jak wynika z Europejskiego Raportu Płatności Konsumenckich przeprowadzonego przez Intrum Justitia w 21 krajach europejskich, około 40 proc. Polaków w grupie od 18 do 24 roku życia rozważa wyjazd do innego kraju w poszukiwaniu zatrudnienia. Więcej kreślących plany takiego wyjazdu jest tylko na Węgrzech, gdzie chęć emigracji deklaruje 60 proc. respondentów.

Z naszego badania wynika, że poziom zainteresowania emigracją zarobkową znacząco spada – twierdzi Justyna Pokojska. – Nadal co drugi uczeń czy absolwent szkoły technicznej rozważa wyjazd za granicę do pracy, jednak zdecydowanych na to, żeby to zrobić w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy, jest tylko 15 proc., czyli co siódmy realnie planuje emigrację zarobkową. Pozostałe 35 proc. to osoby, które nie wykluczają takiej możliwości. Nie są to jednak plany konkretne, raczej możliwość, jeśli w Polsce nie udałoby się znaleźć zatrudnienia na odpowiednim poziomie.

Polacy remontują łazienkę przeciętnie 3–4 razy w życiu. Jakość wyposażenia jest więc dla nich kluczowa

CEO Magazyn Polska

Przeciętny Polak odnawia swoją łazienkę 3–4 razy w życia. Dziś robi to bardziej świadomie i bardziej zwraca uwagę na trwałość i jakość urządzeń i wyposażenia. Przedstawiciele firmy Geberit przyznają, że wciąż preferencje Polaków są odmienne od wyborów Szwajcarów, Niemców czy Holendrów. Rozwijający się rynek daje grupie możliwość testowania wielu nowych produktów.

– Klienci chcą inwestować w łazienkę coraz więcej i robią to w sposób coraz bardziej świadomy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Powalacz, prezes zarządu w firmie Geberit Polska. – Przeciętny konsument remontuje to pomieszczenie trzy, maksymalnie cztery razy w życiu. W związku z tym kupowanie produktu, który za dwa lata zacznie przeciekać, a za cztery – zagrażać bezpieczeństwu mieszkańców piętro niżej, mija się celem.

Badanie przeprowadzone dla Grupy Okazje pokazało, że co trzeci Polak planuje remont łazienki. Jak zapewnia Powalacz, Geberit Polska, producent armatury i akcesoriów łazienkowych, prowadzi szeroką politykę informacyjną, której celem jest pogłębianie wiedzy konsumentów. Zakupiona w ubiegłym roku marka Koło pozwoliła grupie rozszerzyć portfolio produktowe, co zaowocowało znaczącym zwiększeniem sprzedaży w Polsce. Dzięki akwizycji udział Polski w sprzedaży firmy Geberit wzrósł ponaddwukrotnie.

– W zasadzie mamy kompletną ofertę marki Geberit. Natomiast na pewno pozostaniemy też rynkiem, na którym będziemy śmielej podchodzić do różnego rodzaju pilotów rynkowych. Odmienność polskich preferencji od preferencji Szwajcarów, Niemców czy Holendrów wciąż jest zauważalna, więc grupa ma szansę testowania niektórych produktów na rynku, który wciąż do miana rynku dojrzałego bardzo mocno zmierza – podkreśla Przemysław Powalacz.

W tym roku, jak zapowiada, oferta produktowa Geberit nie powiększy się znacząco. Najważniejszym celem grupy jest utrzymanie pozycji lidera w segmencie tzw. misek bezkołnierzowych.

– W naszym małym, łazienkowym świecie to rewolucja na miarę telewizorów kubaturowych i płaskich – twierdzi Przemysław Powalacz. – Jestem przekonany, że za 5–7 lat produkty bezkołnierzowe będą miały pozycję dominującą. Tradycyjne rozwiązania znikną, bo nie ma najmniejszego powodu, dla którego miałyby istnieć.

Miski ustępowe wykonane w tej technologii nie mają ceramicznego obrzeża, które do tej pory było metodą zapobiegającą wylewaniu się wody podczas spłukiwania. Eksperci podkreślają, że tę metodę udało się zastąpić, dzięki czemu miski łatwiej jest utrzymywać w czystości i zużywa się mniej wody.

– Jak potwierdziły niektóre badania, my w tym obszarze mamy najlepsze rozwiązania techniczne, a przede wszystkim największy udział rynkowy. Co druga miska bezkołnierzowa sprzedana w Polsce to produkt marki Koło lub Keramag w ramach Grupy Geberit – podkreśla Przemysław Powalacz.

Mająca siedzibę główną w Szwajcarii i założona w 1874 roku Grupa Geberit, oferująca rożnego rodzaju systemy sanitarne i rurowe, jest europejskim liderem technologii sanitarnych. Przedsiębiorstwo ma przedstawicielstwa w 41 krajach świata, szesnaście zakładów produkcyjnych i zatrudnia kilkanaście tysięcy osób.

Ubiegłoroczne przychody netto ze sprzedaży Grupy, po wzroście o 24,2 proc., wyniosły blisko 2,6 mld franków szwajcarskich. Szwajcaria w grupie odpowiada za 10,6 proc. sprzedaży, natomiast inne kraje europejskie za 80,4 proc. (w tym Europa Środkowo-Wschodnia za 9,2 proc.).

Raport PZPM i KPMG: „Branża motoryzacyjna” w I kwartale 2016

W pierwszym kwartale 2016 roku zarejestrowano w Polsce 104,7 tys. nowych samochodów osobowych – o 14,2 proc. więcej niż rok wcześniej. To zdecydowanie najlepszy wynik od kilku lat. Również samochody użytkowe biją rekordy. Rejestracje samochodów dostawczych wzrosły o 17,4 proc. r/r do poziomu 13,9 tys. sztuk. Jednocześnie w I kwartale zarejestrowano 6,3 tys. samochodów ciężarowych o DMC>3,5t, 38,9 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2015 roku. Mniej dynamicznie rozwija się produkcja ulokowanych w Polsce fabryk motoryzacyjnych. W I kwartale 2016 roku odnotowano jedynie minimalny wzrost liczby wyprodukowanych pojazdów ogółem (o 0,1 proc. r/r). Spadła produkcja pojazdów użytkowych, jednocześnie już kolejny rok z rzędu wzrosła liczba samochodów osobowych, które opuściły polskie fabryki (o 2,2 proc. r/r do poziomu 154,6 tys.).

Sprzedaż na polskim rynku motoryzacyjnym bije rekordy

I kwartał 2016 roku był bardzo korzystny dla rynku nowych samochodów osobowych. Zarejestrowano w nim 104,7 tys. nowych samochodów, czyli 13,0 tys. więcej niż w analogicznym okresie 2015 roku i o 8,0 tys. więcej niż w poprzednim kwartale. Znacząco zwiększyły się zakupy nabywców instytucjonalnych (26,1 proc. r/r), zmalały jednak rejestracje klientów indywidualnych (-0,9 proc.). Szczególnie szybki wzrost odnotował segment marek premium.

Dynamiczny wzrost rejestracji marek premium jest trendem, który obserwujemy już od dłuższego czasu. W I kwartale 2016 roku rejestracje w tym segmencie wzrosły o 33,3 proc. r/r, podczas gdy sprzedaż marek popularnych wzrosła o 12,2 proc. Widoczna jest wyraźna dominacja nabywców instytucjonalnych w tym segmencie. Jednak co ciekawe, w I kwartale widoczny był stosunkowo silny wzrost rejestracji klientów indywidualnych (o 15,5 proc. r/r), podczas gdy w 2015 roku, zainteresowanie nabywców indywidualnych markami premium malało, ale spadek ten był coraz mniejszy

– komentuje Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Bardzo dobry wynik odnotował także segment samochodów osobowych z napędami alternatywnymi (tu uwzględniono: tylko elektryczne i hybrydowe). W okresie od stycznia do marca 2016 roku ich rejestracje wzrosły o 42,8 proc. w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku.

W ciągu ostatnich kilku lat sprzedaż samochodów z napędami alternatywnymi wzrosła kilkakrotnie. Jeszcze w 2012 roku zarejestrowano jedynie 866 pojazdów tego typu, w 2013 roku liczba ta wyniosła już 1900, w 2014 – blisko 4000, a w 2015 roku – prawie 5700. W samym pierwszym kwartale 2016 roku zarejestrowano 2 169 samochodów z napędami alternatywnymi, co bardzo dobrze rokuje na wynik w skali całego roku. Dominują samochody z napędami hybrydowymi, które odpowiadają za ok. 95 proc. rejestracji w tym segmencie. Wciąż znacznie więcej aut z napędem alternatywnym kupują klienci instytucjonalni niż prywatni, a ich liczba znacznie rośnie

– komentuje Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Pierwsze trzy miesiące roku przyniosły także znaczny wzrost sprzedaży we wszystkich segmentach rynku samochodów użytkowych. Zarejestrowano 13,9 tys. nowych samochodów dostawczych (o DMC<=3,5t), czyli o 17,4 proc. więcej niż rok wcześniej. Rejestracje samochodów ciężarowych wzrosły o 38,9 proc. r/r, do poziomu 6 297 sztuk. Rejestracje nowych przyczep i naczep wyniosły 5 825 sztuk i wzrosły o 37,1 proc. r/r. O 35,4 proc. wzrosła także liczba rejestracji nowych autobusów (DMC>3,5t). W I kwartale 2016 roku zarejestrowano 512 sztuk.

Jednoślady – w segmencie motocykli odnotowano spadek, ale wyniki wciąż są dobre

W I kwartale 2016 roku liczba zarejestrowanych nowych motocykli wyniosła 3 733 sztuki, czyli o 364 sztuki mniej niż w analogicznym okresie 2015 roku (-8,9 proc.).

Warto pamiętać, że na wyniki sprzedażowe w 2015 roku znaczny wpływ miało wprowadzenie w 2014 roku bardziej liberalnych regulacji w zakresie uprawnień do prowadzenia jednośladów o pojemności do 125 cm3. Do tego przyczyniło się przyspieszenie rejestracji w końcówce roku, w związku ze zmianami przepisów homologacyjnych od stycznia 2016 roku. W związku z tym, mimo, że w pierwszym kwartale 2016 roku odnotowaliśmy spadek sprzedaży w stosunku do poprzedniego roku, jest to wciąż bardzo dobry wynik. Zarejestrowano ponad dwa razy więcej motocykli niż w I kwartale 2014 roku i ponad trzy razy więcej niż w analogicznym okresie 2013 roku

– mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Tymczasem na rynku motorowerów utrzymuje się trend spadkowy, tym bardziej, że część popytu na te pojazdy przesunęła się do kategorii motocykli. W I kwartale 2016 roku zarejestrowano 2 944 sztuki motorowerów, co oznacza spadek o 41,5 proc. w porównaniu z analogicznym okresem w roku poprzednim.

Produkcja – ożywienie w segmencie samochodów osobowych trwa

W I kwartale 2016 roku wyprodukowano w Polsce 188,8 tys. pojazdów samochodowych – o 0,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Produkcja samochodów dostawczych i ciężarowych wyniosła 33,2 tys. sztuk i była o 7,6 proc. mniejsza niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Spadek produkcji odnotowano także w przypadku autobusów. Wyprodukowano 991 sztuk, co oznacza spadek o 8,5 proc. r/r. O 2,2 proc. wzrosła produkcja samochodów osobowych – do 154,6 tys. szt.

Wzrost w pierwszym kwartale jest dość umiarkowany, ale warto pamiętać, że po 2008 roku produkcja samochodów osobowych w Polsce co roku spadała, a dopiero w 2015 roku udało się wypracować wzrost. Dane nt. pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku dają nadzieję, że zwiększenie produkcji w 2015 roku nie było incydentalne i że ożywienie będzie trwałe. Sytuacja rynkowa jest sprzyjająca. W I kwartale 2016 roku w Unii Europejskiej zarejestrowano 3,8 mln nowych samochodów osobowych, o 8,2 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2015 roku. Jest to najlepszy I kwartał od 2008 roku

– komentuje Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Wzrost także dotyczy eksportu produktów motoryzacyjnych

Aktualne dane Eurostatu pozwalają także podsumować eksport motoryzacyjny z Polski w 2015 roku. W skali całego roku wyeksportowano produkty motoryzacyjne o wartości 27,9 mld EUR, co oznacza wzrost 9,8 proc. r/r. Wartość eksportu pojazdów, przyczep i naczep wyniosła 9,8 mld EUR (+12,9 proc. r/r). Największy udział mają jednak wciąż podzespoły, części i akcesoria motoryzacyjne – w ich przypadku wartość eksportu wzrosła do 18,2 mld EUR (+8,2 proc. r/r).

Czy Polakom w pracy doskwiera „niskopłacyzm”, „bezperspektywizm” i „rutynizm”?

Aż 70 proc. Polaków uważa, że ich zarobki są za niskie, a blisko połowa badanych uważa, że ma ograniczone możliwości awansu w obecnej pracy – wynika z raportu Pracuj.pl „Czas na zawodowe zmiany”. Ponadto 39 proc. respondentów chce się rozwijać zawodowo, ale pracodawca nie oferuje satysfakcjonujących perspektyw. Co zrobić, aby kariera nie stała w miejscu – radzą eksperci Pracuj.pl.

 Co doskwiera Polakom w pracyW najnowszej kampanii Pracuj.pl zachęca Polaków do przyglądania się swojej karierze, bycia na bieżąco z trendami rynkowymi oraz analizy ofert pracy dostępnych w serwisie. Kampania jest oparta na zabawie słowotwórczej wykorzystującej takie słowa jak „niskopłacyzm”, „bezperspektywizm” czy „rutynizm”. Niestandardowa forma przekazu ma zwracać uwagę na symptomy, które mogą być znakiem, że nadszedł czas na zmianę pracy.

Nie jesteś zadowolony z zarobków? Zobacz, ile zarabiają inni!

Jednym z najważniejszych czynników determinujących nasze zadowolenie z pracy są zarobki. Jak pokazują wyniki badania Pracuj.pl, aż 70 proc. Polaków twierdzi, że ich wynagrodzenie jest za niskie. Na wysokość pensji narzekają częściej kobiety (74%) niż mężczyźni (67%). Ponadto blisko połowa ankietowanych (49%) uważa, że ma ograniczone możliwości awansu. Więcej kobiet (54%) niż mężczyzn (45%) nie dostrzega szans na poprawę sytuacji.

Bardzo często zdarza się, że pracownicy nie mają orientacji w obszarze wynagrodzeń na analogicznych stanowiskach w innych firmach. Przez to trudniej jest im negocjować podwyżkę z przełożonym lub próbować zwiększyć pensję dzięki zmianie pracodawcy. Warto sprawdzić, co może nam zaoferować rynek pracy i ocenić realne szanse na wyższe zarobki. Wystarczy wejść na www.zarobki.pracuj.pl i porównać nasze wynagrodzenie z osobami znajdującymi się na tym samym etapie kariery w naszej branży – komentuje Maciej Bąk, ekspert ds. Raportów Wynagrodzeń w Grupie Pracuj.

Czujesz, że stoisz w miejscu? Śledź oferty pracy i bądź na bieżąco!

Według badania Pracuj.pl, 39% Polaków chce się rozwijać zawodowo, ale uważa, że w obecnej pracy ma ograniczone perspektywy rozwoju. Jednocześnie, 35% badanych ma poczucie, że stoi w miejscu.

Bardzo często to w nas samych jest wewnętrzny opór przed zmianą, która mogłyby wpłynąć na poprawę naszej sytuacji zawodowej. Nie warto czekać, aż rzeczywistość sama się odmieni. Aby nasza pozycja na rynku pracy była lepsza, musimy systematycznie się rozwijać i zdobywać pożądane przez pracodawców kompetencje i umiejętności. Dlatego powinniśmy być czujni i stale aktualizować naszą fachową wiedzę, a także być na bieżąco z obowiązującymi trendami i oczekiwaniami rekruterów oraz pojawiającymi się na Pracuj.pl ofertami pracy. Dzięki temu będziemy gotowi do działania, gdy postanowimy ruszyć z miejsca  – przekonuje Sabina Dąbrowska-Olbryś, Learning and Development Manager w Grupie Pracuj.

Dokucza Ci rutyna i wypalenia zawodowe? Czas na zmiany!

Prawie co czwartemu badanemu (24%) w codziennej pracy dokucza rutyna. Natomiast już co piątego Polaka dotyka wypalenie zawodowe. Badanie pokazało, że problem częściej dotyczy kobiet (25 proc.) niż mężczyzn (16 proc.). Na występowanie powyższych symptomów mogą składać się  m.in. niesatysfakcjonujące warunki zatrudnienia, niezmieniający się od lat zakres obowiązków czy poczucie bezradności w dokonywaniu zmian zawodowych.

Niezadowolony pracownik z czasem staje się mniej efektywny. Jeśli przez dłuższy czas utrzymuje się negatywny stan emocjonalny w związku z pracą, może dojść do wypalenia zawodowego. Dlatego powinniśmy dokonywać bieżącej analizy naszej sytuacji zawodowej, która pomoże zweryfikować, co nam przeszkadza, a co motywuje do działania. To pozwoli dostrzegać sygnały świadczące o tym, że może warto rozejrzeć się za nowym miejscem zatrudnienia  – dodaje Sabina Dąbrowska-Olbryś z Grupy Pracuj.

*Wyniki badania zrealizowanego na zlecenie Pracuj.pl przez TNS Polska, na reprezentatywnej próbie 1000 aktywnych zawodowo Polaków (kwiecień 2016).

Powoływanie się na wyniki badania jest możliwe wyłącznie za podaniem źródła: Raport Pracuj.pl „Czas na zawodowe zmiany”.

###

Pracuj.pl to wiodący polski serwis rekrutacyjny. Kandydatom dostarcza codziennie ponad 30 tysięcy ofert pracy od atrakcyjnych pracodawców, a także porady specjalistów dotyczące poszukiwania pracy, rozwoju kariery zawodowej oraz zdobywania dodatkowych kwalifikacji. Portal powstał w 2000 r. i należy do Grupy Pracuj, będącej właścicielem wiodących marek na rynku rekrutacji on-line w Polsce i na Ukrainie.

Londyn głosuje, Europa czeka

Ważnych publikacji gospodarczych nie ma dziś wiele, ale dzień zapowiada się interesująco. Ciekawe informacje pojawią się poza sferą gospodarki, ale ich wpływ na rynki i tak jest olbrzymi. Doświadcza tego właśnie turecka lira, szarpana konfliktem między premierem Ahmetem Davutoglu a prezydentem Erdoganem. Atmosfera jest napięta, ryzyko polityczne rośnie, region staje się coraz bardziej zapalny, zwłaszcza po zapowiedzi Davutoglu, że Turcja może wysłać do Syrii swoje wojska lądowe.

W centrum uwagi jest dziś Wielka Brytania, nie tylko ze względu na słabe, po raz kolejny, dane PMI, tym razem dla usług. Wielka Brytania wybiera dziś władze lokalne, w tym mera Londynu. Faworytem jest laburzysta Sadiq Khan – urodzony w Londynie syn pakistańskich imigrantów, muzułmanin, prawnik zajmujący się prawami człowieka. Kontrkandydat to konserwatysta Zac Goldsmith. Drugie dno tegorocznych wyborów to stosunek do Breksitu: Khan jest zwolennikiem pozostania Wielkiej Brytanii w UE, Goldsmith to eurosceptyk. Wyniki głosowania dla większości regionów w Wielkiej Brytanii będą znane w piątek rano, a dla Londynu – prawdopodobnie po południu.

Inwestorzy czekają na jutrzejsze dane z amerykańskiego rynku pracy. Nie do końca wiadomo, czego się spodziewać, bo prognozy nie są jednoznaczne: subindeks zatrudnienia w kwietniowym odczycie ISM dla usług wyraźnie wzrósł, natomiast dane ADP na temat rynku pracy rozczarowały. Piątek przyniesie rozstrzygnięcie, który ze wskaźników jest bliższy prawdy.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Bank Światowy: Ceny surowców będą rosnąć. Ropa za kilka lat powróci do poziomu 60 dolarów

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny surowców to już przeszłość – uważa starszy ekonomista Banku Światowego. Wprawdzie o powrocie do poziomów z początku 2014 roku długo nie będzie mowy, ale za 3–4 lata ropa powinna się znaleźć na poziomie 60 dolarów.

– Nasza prognoza cen ropy na ten rok to około 41 dol. za baryłkę. Jeszcze w styczniu prognozowaliśmy, że będzie to około 37 dol. Ta prognoza zakłada, że w pozostałej części tego roku ceny mniej więcej utrzymają się na poziomie z ostatnich kilku tygodni, czyli ponad 40 dol. Zakładamy, że ceny ropy będą rosły do około 50 dol. w przyszłym roku i tak stopniowo do około 60 dol. w okresie od 2019 do 2020 r.  – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Kąsek, starszy ekonomista Banku Światowego.

Cena ropy naftowej, która spadała od połowy 2014 roku, zaczęła odbijać przed połową lutego. Od tej pory ropa WTI podrożała o dwie trzecie, do 45 dolarów za baryłkę. Cena ropy Brent wzrosła o połowę, do 46 dolarów. To jednak wciąż nawet nie jest połowa ceny sprzed dwóch lat. Zdaniem ekonomistów choć czasy ekstremalnie tanich surowców się skończyły, to jednak zwyżki będą stopniowe.

– Wydaje się, że czasy taniej ropy minęły. Teraz będą czasy nieco droższej ropy, niż było to pod koniec roku ubiegłego czy w styczniu tego roku. W przypadku metali te spadki będą już bardziej umiarkowane. W przypadku miedzi i srebra spodziewam się, że ceny będą rosły stopniowo, podobnie z surowcami rolnymi. Wydaje się, że na wszystkich tych rynkach surowcowych czasy tanich surowców się skończyły –  prognozuje Kąsek.

Srebro od początku roku podrożało o 27 proc., złoto – o niemal 23 proc. i przekroczyło ostatnio barierę 1300 dolarów za uncję, miedź – o ponad 5 proc. Podobnie jest z surowcami rolnymi: soja podrożała od początku roku o 22 proc. (najmocniej w kwietniu), pszenica o niemal 5 proc., zaś kukurydza – o ponad 10 proc.

Ponieważ niskie ceny surowców spowodowane były z jednej strony nadpodażą, a z drugiej spadkiem popytu, zwłaszcza ze strony dużych gospodarek wschodzących, takich jak Chiny, to odbicie na rynku surowców może być oznaką zdrowienia globalnej gospodarki.

– Zwyżki cen mogą sugerować, że gospodarka światowa ma się nieco lepiej, czy może będzie się rozwijać nieco szybciej, niż oczekiwano do tej pory. Są to jednak małe zmiany i wiemy, że na te zmiany dostosowania cen surowców, w szczególności ropy, wpływają zarówno czynniki popytowe, jak i podażowe. Dlatego niekoniecznie gospodarka światowa w dużym stopniu skorzysta z tych podwyżek –  mówi Kąsek. – Nie odbędzie się to na pewno w szybkim okresie. Pocieszeniem będzie fakt, że te kraje, które były w dużym stopniu uzależnione od tych rynków, odczują pewną ulgę. Mówię tutaj w szczególności o niektórych krajach w Afryce czy Brazylii.

Według Banku Światowego gospodarka światowa, podobnie jak grupy krajów rozwiniętych i rozwijających się, osiągnie w tym roku wzrost o pół pkt. proc. wyższy niż przed rokiem. Dla całego świata będzie to tempo 2,9 proc., przy czym dla krajów najzamożniejszych będzie to 2,1 proc., zaś dla rozwijających się – 4,8 proc.

L. Balcerowicz (FOR): Polsce grozi spowolnienie tempa doganiania bogatych krajów Zachodu

CEO Magazyn Polska

Poziom życia w Polsce to ok. 70 proc. poziomu w bogatych krajach Europy Zachodniej. 30-proc. lukę da się zasypać, ale do tego potrzebne są reformy – podkreśla prof. Leszek Balcerowicz. Jego zdaniem realizacja prezydenckich i rządowych zapowiedzi zmian, m.in. obniżania wieku emerytalnego, może spowolnić tempo doganiania Zachodu, a w skrajnym przypadku nawet doprowadzić do zatrzymania tego procesu.

PiS odziedziczył gospodarkę na krótką metę w dobrym stanie i ona się rozwija siłą rozpędu. To dotyczy z pewnością tego roku i nie wykluczam, że jeszcze w przyszłym roku będziemy się rozwijać w tempie około 3 proc. z pewnym odchyleniem plus minus. To, co jest problemem, to tempo naszego wzrostu na dłuższą metę, w perspektywie 5, 10 czy 20 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Leszek Balcerowicz przewodniczący Rady Forum Obywatelskiego Rozwoju. – Polska nie dogoniła jeszcze Zachodu. Choć odniosła największe sukcesy we wzroście gospodarczym spośród wszystkich krajów postsocjalistycznych, to jednak nam sporo zostało.

Jak podkreśla, Polska, jeśli chodzi o poziom życia, wciąż znajduje się daleko za krajami Zachodu. Aby wyrównać tę lukę, nasz kraj musi się rozwijać w szybkim tempie jeszcze przez co najmniej kilkanaście lat. Po uwzględnieniu różnic w sile nabywczej pieniądza, polskie PKB per capita wynosi tylko 70 proc. średniej dla wszystkich państw Unii Europejskiej. To i tak znacznie lepiej niż w momencie unijnej akcesji w 2004 roku. Wówczas było to zaledwie 51 proc. średniej. Zdaniem Ministerstwa Finansów do końca 2018 roku wskaźnik zwiększy się do 76 proc. unijnego poziomu.

W raporcie Forum Obywatelskiego Rozwoju z zeszłego roku pokazaliśmy, co trzeba zrobić, żeby Polska utrzymywała tempo doganiania Zachodu. Potrzebne są określone reformy. Mogę powiedzieć, że wszystko, co do tej pory jest robione przez rząd PiS-u i co jest zapowiadane, idzie albo w przeciwnym kierunku, jak obniżanie wieku emerytalnego, albo jest obojętne, czyli nie rozwiązuje tych problemów – mówi prof. Balcerowicz.

Raport FOR wskazuje, że największe problemy, z którymi boryka się polska gospodarka, to starzejące się społeczeństwo i coraz mniej rąk do pracy, niska stopa inwestycji oraz słaby poziom ogólnej efektywności. Eksperci postulują więc reformy, które będą dotyczyć aktywizacji zawodowej osób starszych, kobiet, imigrantów i młodych wchodzących na rynek pracy. FOR rekomenduje m.in. uproszczenie systemu podatkowego i usprawnienie działalności sądów.

– Oczywiście, nikt nie jest w stanie dokładnie przewidzieć, jak się ułoży wzrost na krótszą metę w 2017 r., bo jest wiele czynników. Na przykład jeżeli w Chinach nastąpi silne spowolnienie, a to jest istotne, to dotknie różne kraje, w tym Polskę, m.in. poprzez spowolnienie w Niemczech. Łatwiej jest powiedzieć, co będzie na dłuższą metę. Jest praktycznie pewne, że przy realizacji PiS-owskiego programu polska gospodarka, niestety, po pewnym czasie będzie dużo wolniej się rozwijać, a w skrajnym przypadku może przestać doganiać Zachód – prognozuje prof. Balcerowicz.

Dodaje, że dużym problemem jest deficyt budżetowy, który zgodnie z założeniami budżetu w tym roku wyniesie 2,8 proc. PKB (ponad 54 mld zł). W szczycie cyklu koniunkturalnego, gdzie – jak podkreśla Balcerowicz – znajduje się polska gospodarka, powinien on być bliższy zera. W związku z tym przewodniczący FOR zaleca zdecydowanie większą dyscyplinę finansową, niż ma to miejsce obecnie.

Gdyby można było osiągnąć dobrobyt przez rozdawanie pieniędzy, jak w programie „Rodzina 500 plus”, to wszyscy na świecie byliby bogaci. Ale wiem, że to nie jest sposób na wyprowadzenie kraju z zacofania, że poprzez zmiany, które wprowadzą lepsze warunki dla uczciwej prywatnej przedsiębiorczości, w tym tworzenia miejsc pracy, można doganiać kraje bogatsze – podkreśla ekonomista, przewodniczący Rady FOR.

Polacy zużywają 2–3 razy więcej energii niż mieszkańcy krajów Europy Zachodniej. Koszty te stanowią większość wydatków na mieszkanie

CEO Magazyn Polska

Blisko 70 proc. wydatków związanych z użytkowaniem lokalu stanowią opłaty za centrale ogrzewanie i prąd. Polacy zużywają 2–3 razy więcej energii niż mieszkańcy krajów Europy Zachodniej. Tylko dzięki dokładniejszej kontroli zużycia rachunki mogłyby być niższe o kilkanaście procent. Na rynku są dostępne rozwiązania, które taką kontrolę umożliwiają.

– Są platformy, które pozwalają kontrolować zużycie i mieć wpływ na to, ile zużywamy ciepła, wody i jak dużo za to płacimy. Najważniejsze plusy takich rozwiązań to prostota, dostępność i bardzo niskie koszty – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Miłkowska, regionalny dyrektor sprzedaży Ista Polska.

Przykładem może być system pod nazwą ista connect, który pozwala użytkownikom pozyskać zarówno dzienną, tygodniową, jak i miesięczną informację o zużyciu ciepła oraz wody. Konsumenci mogą także porównać poziom własnego poboru ze średnią całego budynku. Narzędzie to daje również możliwość weryfikacji zużycia w poszczególnych pomieszczeniach. Możliwe jest także sprawdzenie nawet trzyletniej historii konsumpcji mediów.

Na Zachodzie przeprowadziliśmy testy w 140 gospodarstwach mieszkaniowych trzech miast: Monachium, Berlina i Essen. Oszczędności były niespotykane i wyniosły około 16 proc., i to pomimo już zainstalowanych urządzeń rozliczeniowych i wdrożenia takich rozwiązań przez zarządców. W Polsce spodziewamy się ograniczenia wydatków konsumenckich na poziomie 10 proc. – wyjaśnia Joanna Miłkowska.

Koszty energii i czynników energetycznych stanowią coraz większą część opłat mieszkaniowych. Jak podkreśla ekspert, jeśli lokatorzy mają możliwość kontroli zużycia ciepła i wody bez konieczności czekania na koniec okresu rozliczeniowego, to mogą w razie potrzeby tak zmienić swoje zachowania, aby zmniejszyć wysokość rachunków.

Z ista connect dziś może korzystać ok. 250 tys. gospodarstw domowych w Polsce, znajdujących się w budynkach mających indywidualny system rozliczania ciepła lub wody.

Platforma jest dostępna z poziomu przeglądarki internetowej, ale planowane jest także wdrożenie specjalnej aplikacji mobilnej. Na koszty użytkowania platformy składa się jednorazowa opłata abonamentowa i aktywacyjna (około 10 zł) oraz roczny abonament (6 zł). Nieruchomość musi być wyposażona w radiowe urządzenia pomiarowe i wskazujące, jak np. podzielniki kosztów ogrzewania, ciepłomierze, wodomierze oraz centralki zapewniające cykliczne przesyłanie danych o zużyciu poszczególnych mediów. Mieszkańcy muszą też sprawdzić, czy zarządca, wspólnota mieszkaniowa albo spółdzielnia umożliwiają korzystanie z systemu.

Korzystanie z systemu przyczyni się do zwiększenia efektywności w zarządzaniu energią, przynosząc realne korzyści finansowe i środowiskowe. Chcemy przyczynić się do tego, żeby emisja dwutlenku węgla rzeczywiście została zmniejszona o 20 proc. do 2020 roku zgodnie z celem wyznaczonym przez Unię Europejską – deklaruje Joanna Miłkowska.

Będąca częścią międzynarodowego konsorcjum ista Polska działalność w kraju prowadzi od 1993 roku. Dostarcza systemy odczytowe oraz świadczy usługi rozliczeniowe, mając około jednej trzeciej udziałów rynkowych. Co roku spółka rozlicza i odczytuje około 4 mln urządzeń pomiarowych w ponad 1,2 mln lokali. Do grona 8 tys. klientów przedsiębiorstwa należą spółdzielnie mieszkaniowe, zarządcy nieruchomości, wspólnoty mieszkaniowe, gminy, Towarzystwa Budownictwa Społecznego, deweloperzy, architekci, projektanci i instalatorzy.

Zachorowalność na raka piersi rośnie w Polsce szybciej niż na inne nowotwory. Skuteczność leczenia jest znacznie słabsza niż na Zachodzie

CEO Magazyn Polska

Polska wciąż znajduje się w grupie państw europejskich o najwyższej umieralności z powodu raka piersi. Rocznie z tego powodu umiera prawie 5 tys. Polek. Choć odsetek przeżyć rośnie, to wciąż jest on niższy niż w krajach Europy Zachodniej. Problemem jest późne wykrywanie choroby oraz brak dostępu do nowoczesnych leków.

W ostatnich latach w całej Unii Europejskiej zwiększyła się zachorowalność na raka piersi – w Polsce w ciągu minionych 30 lat wzrosła nawet dwukrotnie. Co roku w Polsce diagnozuje się go u ponad 17,5 tys. kobiet. Choroba ta jest w naszym kraju drugą przyczyną zgonów nowotworowych kobiet, rocznie z jej powodu umiera bowiem ok. 5 tys. Polek. Według ekspertów liczba zachorowań na raka piersi rośnie znacznie szybciej niż zapadalność na inne nowotwory. Jednocześnie rośnie odsetek przeżyć, choć wciąż jest on niższy niż w większości innych krajów UE.

– W ciągu ostatniej dekady nastąpiło znaczące polepszenie wyników leczenia i zostało to również dostrzeżone przez gremia zagraniczne, które nas za to pochwaliły. Nadal jednak odstajemy od średniej europejskiej. Jest niewiele krajów w Europie, które mają gorsze wskaźniki przeżyć niż Polska – mówi Joanna Didkowska, kierownik Zakładu Epidemiologii i Prewencji Nowotworów Centrum Onkologii w Warszawie, kierownik Krajowego Rejestru Nowotworów.

W Polsce wskaźnik 5-letnich przeżyć wynosi obecnie ok. 75 proc., podczas gdy w krajach skandynawskich ponad 85 proc.

20 proc. wszystkich chorych na raka piersi stanowią kobiety cierpiące na źle rokującą odmianę raka piersi HER2-dodatniego. Jego przyczyną jest tzw. nadmierna ekspresja receptora HER2, czyli białka znajdującego się na powierzchni komórek wpływającego na wzrost i podział komórki. Od kilkunastu lat tę szczególnie agresywną postać nowotworu piersi leczy się za pomocą terapii celowanej opartej na leku hamującym przekazanie sygnału za pośrednictwem receptora HER2. Jeszcze bardziej skutecznym leczeniem jest nowa terapia celowana o nazwie pertuzumab, którą łączy się z herceptyną i lekiem cytostatycznym. Połowa kobiet poddawanych tej terapii przeżywa co najmniej 5 lat.

– To jest niebywały wynik, w który trudno uwierzyć. Złożoność i tragiczność sytuacji polega jednak na tym, że pertuzumab, lek, który w tak dramatyczny sposób poprawił losy chorych, nie jest w Polsce refundowany, co w sposób znaczący pogarsza los chorych i naraża wiele z nich na wcześniejszy zgon, z racji braku dostępu do dobrze zweryfikowanej procedury medycznej, do dobrze zweryfikowanego leku – mówi prof. Tadeusz Pieńkowski, prezes Polskiego Towarzystwa do Badań nad Rakiem Piersi.

Problemy związane z diagnostyką i leczeniem raka piersi omawiane będą podczas trwającego od 5 do 8 maja w Warszawie XIX Międzynarodowego Kongresu SIS Zdrowe piersi. W odbywającym się po raz pierwszy w Polsce Zjeździe Międzynarodowego Towarzystwa Senologicznego (SIS) wezmą udział eksperci z całego świata – od Stanów Zjednoczonych, przez Amerykę Południową, Izrael, po licznie reprezentowaną Europę. Zdaniem współorganizatora Kongresu, czyli Polskiego Towarzystwa Badań nad Rakiem Piersi, wydarzenie to może otworzyć Polaków na problemy onkologii społecznej.

– Musimy onkologię zobaczyć jako inwestycję społeczną, która ma dwa znaczenia. Pierwsze to znaczenie ekonomiczne, bo ratując człowieka, ratujemy pewną siatkę powiązań społecznych i oszczędzamy pieniądze. Drugie to sens etyczny. Opiekowanie się tymi, których los dotknął najboleśniej, to powinność społeczna, a rezygnowanie z niej to rezygnowanie z bardzo ważnych społecznych wartości – mówi Barbara Czerska-Pieńkowska, rzecznik Polskiego Towarzystwa do Badań nad Rakiem Piersi.

Podczas kongresu poruszane będą takie tematy jak innowacyjne metody diagnozowania i leczenia raka piersi, najnowsze doniesienia z zakresu kompleksowego leczenia nowotworów piersi oraz opracowany przez SIS program akredytowania ośrodków diagnostyki leczenia raka piersi i zapewnienia wszystkim pacjentkom na całym świecie dostępu do technologii i wiedzy medycznej na najwyższym poziomie.

– Najbardziej istotne zagadnienia będą dotyczyły problemu organizowania akredytowanej sieci ośrodków diagnostyki i leczenia raka piersi, tzw. breast unitów. Drugim wielkim tematem będzie leczenie molekularnie ukierunkowane, molekularne indeksy prognostyczne, nowoczesne leki, które mają na celu działanie na nowotwór przez zakłócenie jego istotnych czynności życiowych – mówi prof. Tadeusz Pieńkowski.

Przewidziane są także sesje dotyczące chirurgii mało inwazyjnej, odtwórczej i rekonstrukcyjnej oraz technik obrazowania, które znajdują zastosowanie zarówno w diagnostyce, jak i w późniejszym monitorowaniu przebiegu choroby. W niedzielę, 8 maja, w kongresie bezpłatnie będą mogli wziąć udział wszyscy zainteresowani problematyką onkologiczną, zwłaszcza pacjenci i środowiska pacjenckie.

Biedronka promuje zdrowe odżywianie wśród dzieci. Planuje przeprowadzać rocznie 400 warsztatów edukacyjnych

CEO Magazyn Polska

Sieć Biedronka chce kształtować zdrowe nawyki żywieniowe wśród najmłodszych. We współpracy z Green Factory i Instytutem Żywności i Żywienia zainicjowała cykl warsztatów edukacyjnych dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Uczestnicy zajęć uczą się, jak planować codzienną dietę, komponować pełnowartościowe posiłki i przyrządzać zdrowe odpowiedniki tradycyjnych słodyczy. Biedronka planuje przeprowadzać ok. 400 warsztatów rocznie. 

Jeżeli my, dostarczając odpowiedni produkt, przy okazji będziemy edukować młodzież, to ona będzie wiedziała, w jaki sposób planować swoją dietę, w jaki sposób zdrowo się odżywiać, po jakie produkty sięgać, co jest istotą odżywiania w młodym wieku. Wtedy będziemy wiedzieli, że ta młodzież potem przeniesie te nawyki dalej – mówi agencji informacyjnej Newseria Anetta Jaworska-Rutkowska, kierownik ds. relacji zewnętrznych i CSR w Jeronimo Martins Polska S.A.

We współpracy z Green Factory oraz Instytutem Żywności i Żywienia sieć Biedronka zainicjowała w lutym tego roku cykl warsztatów kulinarno-edukacyjnych „Zielona Kraina” dla dzieci w wieku szkolnym. Zajęcia obejmują interaktywne pogadanki dotyczące zasad prawidłowego żywienia, wspólne przygotowywanie posiłków ze świeżych owoców i warzyw, prezentację zawodu dietetyka i kucharza oraz gry i zabawy edukacyjne. Dzieci uczą się samodzielnie konstruować codzienny jadłospis, odpowiednio komponować pełnowartościowe posiłki oraz przyrządzać zdrowe zamienniki tradycyjnych słodyczy.

W pierwszej połowie 2016 roku odbędzie się w sumie 200 bezpłatnych warsztatów we Wrocławiu, Białymstoku, Kielcach i Poznaniu. Weźmie w nich udział około 4,5 tys. uczniów i 200 nauczycieli. Sieć Biedronka ma nadzieję, że projekt „Zielona Kraina” będzie się dynamicznie rozwijał – co roku w jego ramach ma się odbywać ok. 400 warsztatów. Organizatorzy mają nadzieję, że dzięki temu zmienią się nawyki żywieniowe nie tylko polskich dzieci, lecz także ich rodziców.

Bardzo skuteczne jest uczenie rodziców poprzez dzieci. Bardzo często zdarza się, że dzieci, wyedukowane podczas takich warsztatów, przynoszą do domu nowe pomysły na odżywianie, nowe receptury i rodzicom bardzo trudno jest się nie włączyć w to nowe zadanie – mówi Anetta Jaworska-Rutkowska.

Biedronka uruchomiła także stronę internetową projektu „Zielona Kraina”, na której zamieszczane są konspekty lekcji związanych ze zdrowym odżywianiem. Przygotowane one zostały przez specjalistów z Instytutu Żywności i Żywienia. Mogą stanowić uzupełnienie warsztatów lub być samodzielnym źródłem wiedzy z zakresu zdrowego odżywiania.

W Polsce przybywa dzieci borykających się z nadwagą. Z danych Instytutu Żywności i Żywienia wynika, że z nadmiarem kilogramów ma problem ponad 22 proc. uczniów szkół podstawowych i gimnazjów. 30 lat temu odsetek ten wynosił zaledwie 10 proc. Otyłości sprzyja przede wszystkim nieregularne spożywanie posiłków, jedzenie wysokokalorycznych przekąsek pomiędzy posiłkami, zbyt duża ilość oczyszczonych produktów zbożowych, słodyczy, słodkich napojów i nektarów w diecie. Codzienny jadłospis najmłodszych zawiera także zdecydowanie za mało warzyw – najczęściej tylko w postaci pomidora do kanapki na drugie śniadanie.

Problemem jest także duża ilość pełnotłustych produktów mlecznych, słodkie desery mleczne, zbyt duża ilość mięsa, i to poddanego niezdrowej obróbce termicznej, czyli smażeniu w głębokim tłuszczu, w panierce, np. paluszki rybne. Ryba jest zdrowa, ale jeżeli jest w mące, usmażona, to nie jest już zdrowym produktem – mówi Hanna Stolińska, dietetyk w Instytucie Żywności i Żywienia.

Dobre wynagrodzenie i benefity najlepiej motywują menadżerów do pracy. Ważne są dla nich opieka medyczna, szkolenia i służbowe auta

CEO Magazyn Polska

Zdecydowana większość menadżerów uznaje benefity pozapłacowe za istotny czynnik wpływający na zadowolenie z pracy. Największą popularnością wśród nich cieszą się dodatkowa opieka medyczna, służbowy samochód oraz szkolenia. Coraz bardziej doceniają oni atrakcyjność pracowniczych programów emerytalnych. W krajach rozwiniętych od lat należą one do najbardziej pożądanych, ale wśród pracodawców w Polsce wciąż są rzadkością.

Nasze badania wskazują, że największą motywacją dla menadżerów są finanse – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Karina Trafna, dyrektor sprzedaży Legg Mason TFI. – Niemniej jednak, aby wyróżnić się na rynku, zawalczyć o dobrego menadżera, pozyskać go i zatrzymać w firmie, większość pracodawców musi zadbać o to, by pakiet benefitów pozapłacowych był zdecydowanie szerszy.

Jak wynika z badania „Motywacje menadżerów 2016” zrealizowanego przez Legg Mason we współpracy z platformą Bigram oraz firmą Idea! Human Capital, zasadnicze wynagrodzenie jest najwyżej cenioną motywacją dla 76 proc. badanych. Badani często wymieniali również premie i prowizje, bonusy i nagrody finansowe oraz inne świadczenia.

Istotnym czynnikiem wpływającym na zadowolenie z zatrudnienia mają oferowane przez pracodawcę benefity pozapłacowe. Najbardziej oczekiwane są dodatkowa opieka medyczna (78 proc.), samochód służbowy (74 proc.), szkolenia oraz zwrot związanych z nimi kosztów (odpowiednio 66 proc. i 51 proc.).

Z racji tego, że menadżerowie to osoby zdecydowanie bardziej doświadczone, świadome, coraz częściej myślą o tym, że tak naprawdę pracodawca powinien wesprzeć ich w zabezpieczeniu przyszłości – zauważa Karina Trafna.

Pracownicze programy emerytalne (PPE) to programy, które pracodawca tworzy w porozumieniu z pracownikami. 70 proc. ankietowanych uznało, że są one atrakcyjną formą oszczędzania na emeryturę (28 proc. to entuzjastyczni zwolennicy). Jednak w Polsce nadal nie jest to popularny benefit. Tylko jedna piąta spośród badanych pracodawców oferuje takie rozwiązanie. W firmach, które oferują PPE, korzysta z nich 84 proc. menadżerów.

W Polsce wygląda to trochę inaczej niż w Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych. Tam w puli trzech najpopularniejszych benefitów na pierwszym miejscu jest oczywiście opieka medyczna, na drugim miejscu program emerytalny i na trzecim miejscu, co zaskakujące, dodatkowy wolny czas. My również zmierzamy w tym kierunku – twierdzi Karina Trafna.

Jak podkreśla Karina Trafna, dla menadżerów istotne są także niefinansowe aspekty. Na ich zadowolenie z pracy wpływają w największym stopniu możliwość rozwoju zawodowego, atmosfera panująca w pracy, w tym relacje z przełożonymi, oraz komfort pracy, na który składają się m.in. samodzielność stanowiska czy zapewnienie work-life balance.

To, co głównie zniechęca menadżerów do pracy w danej firmie, to również aspekty niefinansowe. Po pierwsze, są to trudne relacje z przełożonymi, a po drugie – naruszanie prawa – wymienia Karina Trafna. – Większość menadżerów twierdzi, że jeżeli oba zjawiska mają miejsce, to rozważają czy wręcz od razu podejmują działanie, aby znaleźć sobie inną pracę.

Rynek lodów w Polsce wart jest ponad 1,6 mld zł. Krajowi producenci muszą się mierzyć z coraz silniejszą konkurencją

CEO Magazyn Polska

Ze względu na stosunkowo niską konsumpcję lodów w Polsce (4–5 litrów rocznie na osobę) krajowy rynek ma duży potencjał wzrostu. O gusta klientów walczą nie tylko polscy producenci, lecz także większość światowych graczy. Firma Grycan – Lody od Pokoleń mimo coraz większej konkurencji co roku notuje dwucyfrową dynamikę wzrostu sprzedaży. Jej udziały w rynku lodów familijnych przekraczają 15 proc. – Polacy są przywiązani do tradycyjnych smaków i  naturalnych składników – komentuje właściciel marki.

Rynek lodów jest już w Polsce nasycony, dystrybucja dociera wszędzie, co oznacza, że lody można nabyć nawet w kiosku z gazetami – mówi agencji Newseria Biznes Zbigniew Grycan, właściciel firmy Grycan – Lody od Pokoleń. – Na krajowym rynku obecni są najwięksi gracze światowi, międzynarodowe koncerny, a także kilka bardzo mocnych polskich firm. Jako spółka radzimy sobie dobrze, bo co roku notujemy kilkunastoprocentowe, dwucyfrowe wzrosty. Dajemy radę, mimo dużej konkurencji.

Jak podkreśla Zbigniew Grycan, firma wygrywa dlatego, że Polacy przywiązani są do tradycji. Z zagranicznymi koncernami walczy nie ceną, lecz jakością i strategią. Zdaniem analityków dobrym posunięciem było postawienie na lody z nieco wyższej półki.

W Polsce są dostępne już wszystkie surowce, w naszej firmie używamy tylko naturalnych – podkreśla Zbigniew Grycan. – Mamy stałych, wyselekcjonowanych dostawców i bazujemy wyłącznie na polskich producentach, począwszy od mleczarni, gdzie nabywamy śmietanę kremówkę i mleko, skończywszy na sadownikach i plantatorach. Tylko owoce południowe sprowadzamy. Składniki dajemy te same, co kiedyś, czyli śmietanę, cukier oraz owoce.

W 2015 roku marka została liderem rynku lodów familijnych, zwiększając udziały do 15,4 proc. W tym roku chce zdobyć kolejny, stanowiący 61 proc. rynku, segment lodów impulsowych. W kwietniu do sprzedaży trafiły trzy smaki lodów w kubkach o pojemności 125 ml. Lody marki Grycan dostępne są we wszystkich formatach sklepów rynku detalicznego – od wielkopowierzchniowych, po dyskonty i sklepiki osiedlowe.

Prócz tego, że wytwarzamy lody, docieramy z nimi bezpośrednio do klienta – mówi Zbigniew Grycan. – Mamy ponad 140 własnych lodziarnio-kawiarni, jesteśmy największym graczem na polskim rynku. Nadal mamy zamiar się rozwijać i powiększać asortyment produktów familijnych, tzn. w litrowych i półlitrowych pudełkach. Cały czas idziemy do góry. W naszych lokalach mamy także ofertę kawową, deserową oraz ciasta. Tutaj także chcemy się rozwijać. Powoli, ale stale powiększamy asortyment.

Spożycie lodów w Polsce ma charakter sezonowy i znacząco wzrasta podczas miesięcy letnich. Coroczna sprzedaż w dużej mierze uzależniona jest od warunków pogodowych. W ubiegłym roku upalne lato sprawiło, że sprzedaż wzrosła o 11 proc. – wynika z danych firmy Nielsen (za okres grudzień 2013 – listopad 2015). Średnio Polacy zjadają 4–5 litrów lodów rocznie. W znacznie chłodniejszych krajach, tzn. Szwecji, Finlandii czy Norwegii, ok. trzech razy więcej. Krajowy rynek wyceniany jest na około 1,6 mld zł rocznie. Coraz ważniejszą rolę odgrywa też eksport lodów.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW w kwietniu 2016 r.

  • Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń1 na Głównym Rynku o 20,8% rdr przy rosnącej liczbie transakcji (+14,8% rdr)
  • Wzrost wolumenów obrotu kontraktami terminowymi na indeksy o 29,1% rdr, a kontraktami terminowymi na akcje o 68,8%
  • Wzrost wartości notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji o 8,6% rdr oraz łącznej wartości obrotu na rynku Catalyst o 18,2% rdr
  • Wzrost wolumenu obrotu gazem rdr na rynku terminowym o 81,8% i o 13,7% na rynku spot
  • Wzrost wolumenu obrotu energią elektryczną na rynku spot o 11,5% rdr

Obroty akcjami na Głównym Rynku w ramach arkusza zleceń osiągnęły w kwietniu 2016 r. wartość 13,2 mld zł, czyli o 20,8% mniej niż rok wcześniej. Liczba transakcji w kwietniu 2016 r. wyniosła 1,4 mln odnotowując wzrost o 14,8% rok do roku. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na Głównym Rynku wyniosła w kwietniu 2016 r. 626,9 mln zł, natomiast ma rynku NewConnect – 4,5 mln zł. Wartość indeksu WIG na koniec kwietnia 2016 r. wyniosła 47 641,99 pkt i była o 15,6% niższa niż rok temu.

W kwietniu 2016 r. wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł 326,5 tys. szt., co oznacza wzrost o 29,1% wobec kwietnia 2015 r. Wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł rok do roku o 68,8%, do poziomu 101 tys. szt.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji wyniosła na koniec kwietnia 2016 r. 71,3 mld zł, co oznacza wzrost o 8,6% rok do roku. Łączna wartość obrotu na rynku Catalyst wzrosła o 18,2% w porównaniu do kwietnia 2015 r., do poziomu 213,2 mln zł. Wartość obrotu w transakcjach kasowych na rynku TBSP w kwietniu 2016 r. osiągnęła poziom 19,4 mld zł, co oznacza wzrost o 9,8% wobec kwietnia 2015 r.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w kwietniu 2016 r. wyniósł 10,8 TWh wobec 17,7 TWh rok wcześniej. Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym na rynkach spot i terminowym wzrósł w kwietniu 2016 r. do 12,4 TWh w porównaniu z 7,6 TWh w kwietniu ubiegłego roku.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi w kwietniu 2016 r. wyniósł 3,9 TWh co oznacza spadek o 17,6% w stosunku do kwietnia 2015 r.

Kapitalizacja 431 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku (GR) na koniec kwietnia 2016 r. wyniosła 528,6 mld zł (119,9 mld EUR). Łączna kapitalizacja 484 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na GR GPW wyniosła na koniec kwietnia tego roku 1047,7 mld zł (237,7 mld EUR).

Na rynku głównym w kwietniu 2016 r. zadebiutowała spółka farmaceutyczna Master Pharm S.A. – wartość oferty sprzedaży akcji serii A przez akcjonariuszy sięgnęła 111 mln zł, zaś wartość publicznej subskrypcji akcji serii B wyniosła 18 mln zł. Inwestorzy powitali w kwietniu na rynku głównym także spółkę Polski Bank Komórek Macierzystych, której oferta wyniosła 56,4 mln zł.

W kwietniu 2016 r. na GPW odbyło się 21 sesji giełdowych, o jedną więcej niż rok wcześniej.
_________________________________
1 transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

Po roku od uruchomienia SaxoTraderGO platforma odnosi kolejne sukcesy

Saxo Bank, specjalista w zakresie transakcji i inwestycji online, oferujący dostęp do różnorodnych instrumentów finansowych, ogłosił, że ponad 55% ogólnych przychodów w segmencie klientów prywatnych generowanych jest z transakcji zawieranych na platformie SaxoTraderGO. Dokładnie po roku od uruchomienia, SaxoTraderGO stała się najpopularniejszą platformą Saxo Banku we wszystkich segmentach klienckich. Pół roku temu dostęp do SaxoTraderGO rozszerzono o partnerów white label. Obecnie z platformy korzysta ponad 100 partnerów white label, oferujących swoim klientom dostęp do SaxoTraderGO w 28 wersjach językowych.

Jednocześnie Saxo Bank świętuje rozwój platformy prezentując nowe możliwości obserwowania światowych rynków akcji, obejmujące szereg nowych modułów: Indices (indeksy), Gainers and Losers (zwycięzcy i przegrani), News (aktualności), Calendar Events (wydarzenia) i Overview Chart (wykres ogólny).

Platforma SaxoTraderGO, w całości oparta na HTML5, to wiodące rozwiązanie w branży inwestycyjnej, odchodzące od dotychczasowych autorskich systemów obrotu na rzecz elastycznego zawierania transakcji na wielu urządzeniach.

Saxo Bank uruchamiając SaxoTraderGO był jedną z pierwszych instytucji finansowych, która udostępniła swoją infrastrukturę transakcyjną przez interfejs programistyczny OpenAPI. Dzięki temu klienci i zewnętrzni deweloperzy aplikacji otrzymują dostęp do opracowywanych od ponad 20 lat rozwiązań z zakresu infrastruktury transakcyjnej, w tym tej dotyczącej obrotu różnorodnymi aktywami i infrastruktury back office. OpenAPI umożliwia klientom i partnerom white label dostosowanie oferty inwestycyjnej do własnych potrzeb i jej doskonalenie. W ubiegłym miesiącu Saxo zapowiedział, że dzięki Open API użytkownicy jednego z najpopularniejszych portali finansowych w Chinach – Wallstreet CN – uzyskają dostęp do rynków walutowych i będą mogli zawierać na nich transakcje.

Christian Hammer, dyrektor ds. platform w Saxo Bank, stwierdził: – Naszym pierwotnym zamierzeniem było opracowanie nowej platformy transakcyjno-inwestycyjnej w taki sposób, by była intuicyjna i prosta w nawigacji, a równocześnie zapewniała klientom dostęp do ponad 35 000 instrumentów, m.in. funduszy notowanych na giełdzie, akcji, obligacji, CFD, walut, kontraktów terminowych i opcji w ramach jednego rachunku.

Do końca 2016 roku platforma SaxoTraderGO będzie regularnie aktualizowana, w tym uzyska szereg nowych funkcji, m.in. w pełni zintegrowaną analizę techniczną, nową wyszukiwarkę akcji, łańcuch opcji i możliwość wgrywania własnych treści przez partnerów white label.

Od momentu uruchomienia platforma SaxoTraderGO uzyskała już szereg nowych funkcji:

  • Ogólny przegląd światowych rynków akcji
  • Ustawienia wykresów umożliwiają teraz widok wieloekranowy
  • Logowanie przy użyciu touchID na urządzeniach z taką funkcją
  • Bezpośredni chat z pracownikami Saxo za pośrednictwem strony internetowej, tabletu czy telefonu komórkowego
  • Analiza akcji w oparciu o fundamentalne dane, obejmująca ponad 10 000 światowych akcji

Christian Hammer dodaje: – Jedną z najbardziej interesujących nowych usług SaxoTraderGO są automatyczne inwestycje i transakcje, tzw. SaxoSelect. Klienci mogą teraz lokować środki w oparciu o różne strategie, które są automatycznie równoważone przez Saxo Bank, przy zapewnieniu pełnej przejrzystości i wglądu klientów w poszczególne inwestycje na platformie SaxoTraderGO. Przykładowo, we współpracy z BlackRock oferujemy zdywersyfikowane portfele inwestycyjne oparte na funduszach giełdowych. Klienci mają unikalną możliwość zarówno wyboru własnych transakcji, jak i inwestowania za pomocą zarządzanych portfeli – a wszystko za pośrednictwem SaxoTraderGO.

VN:F [1.9.22_1171]

Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Cena złota zmienia się jak wiosenna pogoda

Cena złota zmienia się jak wiosenna pogoda, a przewidywania są równie pewne, jak prognozy starego gazdy: będzie dobra pogoda, albo nie będzie. Na tle złota zaczyna błyszczeć srebro.

Konrad Grzelec BGŻOptima
Konrad Grzelec BGŻOptima

Na rynku złota niejeden inwestor położył krzyżyk, ponieważ trwająca tam bessa jeszcze w ubiegłym roku wydawała się nie mieć końca. Od historycznego rekordu z 2011 r., kiedy cena dobiła do 1 895 dolarów za uncję minęło sześć lat, a widoki na powrót koniunktury wydawały się nader marne. Jak czas pokazał, ta negatywna ocena była przedwczesna. Od stycznia cena wzrosła już o 18 proc. i nie brakuje optymistów, którzy spodziewają się, że w maju testowany będzie poziom 1500 dolarów za uncję. Problem jednak w tym, że stan zdrowia pacjenta jest mocno niestabilny i rynek złota bardzo szybko przekształca się z byczego w niedźwiedzi. Po trwającym pięć tygodni rajdzie cenowym w marcu i kwietniu, kiedy wydawało się, że kurs będzie szedł stale w górę, ostatnie sesje przyniosły korektę, stawiając pod znakiem zapytania dalsze perspektywy rynku.

Kiedy jedni twierdzą, że fundament pod dalsze wzrosty jest mocny, inni mówią o chwilowych przyczynach wzrostu kursu i uważają, że rynek złota jest przewartościowany.

Na dwoje babka wróżyła

Optymiści podkreślają sprzyjający złotemu splot korzystnych okoliczności rynkowych. Są to przede wszystkim niskie stopy procentowe, które zawsze zwiększały atrakcyjność lokacyjną kruszcu. Tak było w 2011 r., w czasach historycznych szczytów kursu złota – wtedy stopa zwrotu z 10-letnich obligacji amerykańskich była ujemna. Dzisiaj nie chodzi już tylko o negatywne rentowności. W siedmiu krajach obowiązują ujemne stopy procentowe, co sprawia, że nie tylko przechowywanie pieniędzy na lokatach traci sens, ale niewielka jest też atrakcyjność nisko oprocentowanych papierów skarbowych, które w czasach niepewnych postrzegane są jako bezpieczne porty dla inwestorów. Słabość światowej gospodarki jest kolejnym motorem nakręcającym popyt na kruszec. Niski popyt na surowce na rynkach wschodzących, głównie w Chinach w ostatnich latach, doprowadził do spadku wydobycia, co z kolei przełożyło się na podaż metali. Według szacunków, płynność złota zmniejszyła się o 67 proc. w stosunku do szczytu z 2011 r. Warto też pamiętać, że kurs złota zawsze porusza się w przeciwnym kierunku do ceny dolara. Kiedy on słabnie, kruszec zyskuje na wartości. Na razie dolar nie jest specjalnie silną walutą, a perspektywy nie rysują się najlepiej, ponieważ seria podwyżek stóp procentowych w tym roku, prognozowana jeszcze kilka miesięcy temu, wydaje się, zdaniem części obserwatorów mocno zagrożona.

„Uważamy, że fundamenty rynku złota są solidne i że realokacja inwestycji w złoto ogranicza ryzyka makroekonomicznego, aczkolwiek nie daje podstaw do nowego ataku byków” – stwierdzają w opinii analitycy banku UBS, wskazując średnią cenę kruszcu w tym roku na 1225 USD.

„Nadal spodziewamy się, że poprawiająca się sytuacja na rynku pracy w USA wymusi na Fed podwyżkę stóp trzy razy w tym roku, co spowoduje umocnienie dolara i zepchnie ceny złota” – to z kolei opinia analityków Goldman Sachs.

Krwawa łaźnia

Nieco przejrzyściej i klarowniej kształtuje się natomiast rynek srebra, które w tym roku jest w czołówce najpopularniejszych surowców. Od początku roku jego cena wzrosła o 23 proc. Przyczyny są podobne jak w przypadku złota, chociaż srebro ma jeszcze jedną cechę, które sprawia, że zyskuje na wartości mocniej niż żółty metal. Zasadniczo pełni funkcję stabilnego portu inwestycyjnego, ale szerokie zastosowanie w przemyśle sprawia, że w chwili poprawy koniunktury cena tego surowca szybko reaguje na popyt. Dane z Chin i innych krajów wschodzących zdają się ostatnio wskazywać na rosnące ożywienie, co natychmiast przełożyło się na wzrosty większości surowców: od ropy, żelaza, metali szlachetnych po soję.

Otwarte jest pytanie o trwałość odbicia w światowej gospodarce. Poza tym rajd surowców w ostatnich tygodniach ściągnął na rynek sporo kapitału spekulacyjnego i, jak zauważa analityk Logic Advisor z New Jersey, przy wciąż rosnącej wartości ETF na srebro „jeśli kurs złota miałby się załamać to na rynku srebra możemy spodziewać się krwawej łaźni”.

Pytanie czy do krachu rzeczywiście dojdzie. Zwolennicy złota podkreślają, że czas już najwyższy na powrót hossy. Ostatni raz byki wpadły na rynek we wrześniu 2011 r. Od lat 70-tych ubiegłego wieku pięć razy przegalopowały prze niego. Za każdym razem koniunktura trwała średnio 63 miesiące, a stopa zwrotu wynosiła 385 proc.

***

Konrad Grzelec, BGŻOptima

Unijne wsparcie lekarstwem na chłodne nastroje w sektorze MŚP

MONIKA OSTASZEWSKA
MONIKA OSTASZEWSKA
Manager Produktów
Z Raiffeisen Leasing związana od 2010 roku. Wypracowała szereg rozwiązań usprawniających zarządzanie różnymi obszarami biznesu. Współtworzyła produkty z finansowaniem i gwarancją instytucji europejskich – EIB, CEDB, EIF. Obecnie zajmuje się analizą finansową dotyczącą produktów, procesów i rozwiązań biznesowych.

Pierwszy kwartał 2016 roku przyniósł znaczne „ochłodzenie” w sektorze MŚP. Z badania Instytutu Keralla Research wynika, że wskaźnik nastrojów przedsiębiorstw (KERNA) w I kwartale 2016 r. wyniósł -72,67 pkt. Taki wynik oznacza 12 pkt. wzrost negatywnych nastrojów, w porównaniu do ostatniego kwartału 2015 r. Wpłynęło to także na obniżenie skłonności przedsiębiorców do inwestycji. Szansą na poprawę nastrojów w sektorze MŚP może być nowa perspektywa unijna na lata 2014-2020. W ramach programów COSME i InnovFin Europejski Fundusz Inwestycyjny udostępnił instrumenty gwarancyjne i kapitałowe, których zadaniem jest wspieranie rozwoju firm
z sektora MŚP.

Wskaźnik ZAIR, obrazujący skłonność przedsiębiorców do inwestycji, w I kwartale 2016 r. wykazał wartość ujemną, przekraczającą 76 pkt. Tym samym skłonność polskich przedsiębiorców do inwestowania spadła o 13 pkt., w porównaniu do ubiegłego kwartału. Przyczyna braku gotowości do inwestycji często wynika z braku wystarczającej ilości środków własnych i utrudnionego dostępu do wsparcia finansowego. Istotny problem stanowią także skomplikowane procedury i wysokie wymagania kwalifikacyjne instytucji finansowych, zniechęcające przedsiębiorców do starania się o kredyty czy pożyczki.

Szansą na ożywienie skłonności do inwestycji w sektorze MŚP są  instrumenty gwarancyjne programów ramowych Unii Europejskiej na lata 2014-2020. W programach takich jak: COSME czy InnovFin EIF udostępnia gwarancje kredytowe i poręczeniowe, dzięki którym przedsiębiorcy z sektora MŚP mają dostęp do produktów finansowych na znacznie korzystniejszych warunkach. Głównym celem  obydwu programów jest wzmocnienie konkurencyjności i trwałości MŚP, poprzez zapewnienie im dostępu do atrakcyjnych form finansowania.

Ze wsparcia polscy przedsiębiorcy mogą skorzystać za pośrednictwem instytucji finansowych, które uzyskały status Narodowych Pośredników Finansowych. Pośrednicy Finansowi, dzięki gwarancjom EFI, dodają do swojej oferty preferencyjne produkty z obniżonymi kryteriami kwalifikacyjnymi.

W razie niewypłacalności przedsiębiorstwa, gwarancja EFI pokrywa część zobowiązania. Ryzyko takiej transakcji rozkłada się więc pomiędzy instytucję finansującą a EFI. Dzięki temu Narodowi Pośrednicy Finansowi mogą obniżyć wymagania i zaoferować pożyczki, kredyty oraz leasingi na preferencyjnych warunkach: przy atrakcyjnym oprocentowaniu, na dłuższy okres oraz obniżonych wymogach dotyczących zabezpieczeń.

Raiffeisen Leasing jest jednym z pierwszych Polskich Pośredników Finansowych. Współpraca Raiffeisen Leasing z EIF rozpoczęła się w 2002 roku.  Produkty finansowe w ramach COSME będą dostępne w Raiffeisen Leasing  już od maja 2016 r.

Pierwsza w Polsce inwestycja motoryzacyjna marki premium, zakład silników Mercedes Benz Manufacturing

Po decyzji Volkswagena o ulokowaniu fabryki samochodów dostawczych we Wrześni, czekaliśmy ponad dwa lata na kolejną, liczącą się fabrykę motoryzacyjną. Pierwsza w Polsce inwestycja motoryzacyjna marki premium, zakład silników Mercedes Benz Manufacturing, potwierdza, że należymy do czołówki państw o najwyższej atrakcyjności inwestycyjnej. Po przegranej walce o inwestycję Jaguara, to bardzo dobra wiadomość. Cieszy też nowa pula miejsc pracy. W jaworskim zakładzie zatrudnienie ma znaleźć kilkaset osób.

Czemu Polska?

Silnie rozwinięty rynek części i komponentów do budowy aut, składający się z ponad 600 fabryk, który zapewnia sprawniejszą logistykę, niższe koszty transportu i pewniejszy łańcuch dostaw, to bez wątpienia jedna z najważniejszych przewag naszej branży motoryzacyjnej. Rozbudowana po Mistrzostwach EURO 2012 infrastruktura drogowa, liczne zachęty podatkowe w ramach Specjalnych Stef Ekonomicznych też są mocnymi argumentami za wyborem naszego kraju.

W przypadku nowej fabryki, najprawdopodobniej w Jaworze, języczkiem u wagi mogła okazać się wykwalifikowana kadra pracownicza, której koszty zatrudnienia są u nas relatywnie niższe niż w Europie Zachodniej. W porównaniu na przykład do Niemiec, skąd wywodzi się marka Mercedes, te koszty są średnio trzy razy niższe. Teza, że Polska jest „low-cost country” byłaby jednak mylna, gdyż do naszego kraju dużo lepiej odnosi się określenie „best-cost country”. Polska zapewnia branży Automotive najlepszą relację ceny do jakości.

Warto też podkreślić, że w Polsce mamy spore doświadczenie w produkcji silników. Fabryka Daimler będzie bowiem kolejnym zakładem w Polsce, obok m.in. General Motors Manufacturing Poland (dawna fabryka silników Isuzu w Tychach), zakładów Toyoty z Jelcza-Laskowic (TMIP) i Wałbrzycha (TMMP) oraz Volkswagena z Polkowic, w którym wytwarzane są silniki.

Dlaczego nie Słowacja, Węgry czy Rumunia?

Nasz południowy sąsiad mógł przegrać z dwóch powodów. Po pierwsze, z uwagi na wyższe koszty pracy niż w Polsce. Wynagrodzenia są coraz wyższe, a jednocześnie mamy do czynienia z mniejszą elastycznością rynku pracy z uwagi na nowe pakiety socjalne. Drugą przyczyną może być coraz większe uzależnienie się gospodarki tego kraju od Automotive. Szczególnie w kontekście decyzji Jaguara o budowie wielkiej fabryki samochodów. Nasycenie inwestycjami motoryzacyjnymi w ostatnim czasie na Słowacji jest już bardzo wysokie, co w przypadku ulokowania tam kolejnej mogłoby skutkować trudnościami w pozyskaniu właściwego i dobrze zmotywowanego personelu do pracy. Na Węgrzech i Rumunii niemiecki koncern ma już swoje fabryki. Poza tym myślę, że rządowi Węgier obecnie zależy na dywersyfikacji, w związku z czym specjalnie nie zabiegał o tego inwestora.

Warto podkreślić, że Daimler ceni sobie współpracę z polskimi producentami komponentów, których miał okazję poznać chociażby w ramach współpracy w Niemczech czy w Rosji. Tam wiele polskich firm jak na przykład Exact Systems w fabryce Niznym Novogrodzie pracuje już dla Daimler.

W Volkswagenie praca wre

Przy okazji inwestycji Daimler, warto spojrzeć na prace trwające nad inwestycją Volkswagena we Wrześni. Start produkcji samochodu dostawczego Crafter zaplanowany jest na jesień i wszystko wskazuje na to, że tak rzeczywiście będzie. Rekrutacja pracowników trwa, a dostawcy części przygotowują się do pierwszych dostaw. Warto podkreślić, że spora grupa dostawców jest z Polski, podobnie jak ma to miejsce w przypadku fabryki Volkswagena w Poznaniu (VW Caddy), gdzie ponad jedna trzecia dostawców pochodzi z naszego kraju. Także w Exact Systems otrzymujemy coraz więcej zapytań ofertowych dotyczących zapewnienia stałego monitoringu nad jakością dostaw do Wrześni.

Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, ekspert Polskiej Izby Motoryzacji

Złoty odrobił część przedpołudniowych strat

Pierwsza połowa dnia na rynku walutowym stała pod znakiem osłabienia złotego. Po południu zdołał on jednak odrobić część strat. Polska waluta pozostaje jednak słaba, a pierwsza połowa maja może upłynąć pod znakiem jej przeceny.

Pierwsza połowa środowego handlu na krajowym rynku walutowym upłynęła pod znakiem osłabienia złotego do głównych walut. Jeszcze w południe za euro trzeba było zapłacić 4,4030 zł, dolar kosztował 3,8350 zł, a szwajcarski frank 4,0090 zł. Oznaczało to odpowiednio wzrost w stosunku do poziomów zamknięcia z poniedziałku (wtorek był dniem wolnym w Polsce) o 2,3 gr, 5,5 gr i 3 gr.

Druga połowa dnia przyniosła jednak nieco większy popyt na złotego. O godzinie 14:33 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3937 zł, USD/PLN 3,8225 zł, a CHF/PLN 3,9994 zł. Impulsem do tego ruchu stało się przede wszystkim osłabienie dolara. Od amerykańskiej waluty, a dokładnie od jej reakcji na publikowane jeszcze dziś dane z tamtejszego sektora usług będzie zależało, na jakich poziomach dzień skończą polskie pary.

Źródeł dzisiejszego przedpołudniowego osłabienia złotego można wskazać kilka. Były to  zarówno czynniki bezpośrednie, jak i mające nieco bardziej spekulacyjny charakter. W tej pierwszej grupie niewątpliwie znalazło się ogólne pogorszenie nastrojów na rynkach globalnych (dziś mocno traci też warszawska giełda, nieco mniej giełdy europejskie), co skutkuje wzrostem awersji do ryzyka i kładzie się cieniem na notowania złotego i innych walut regionu (na wartości traci dziś m.in. węgierski forint).

Złotemu nie pomagają z pewnością opublikowane w poniedziałek dane z rodzimego sektora produkcyjnego. W kwietniu indeks PMI dla polskiego przemysłu niespodziewanie spadł do 51 pkt. z poziomu 53,8 pkt. To nie tylko był wynik gorszy od oczekiwań (53,2 pkt.), ale również największy miesięczny spadek od listopada 2008. Dodatkowo duży spadek zaliczył subindeks nowych zamówień, co stawia pod znakiem zapytania zakładane kwietniowe odbicie dynamiki produkcji przemysłowej.

Niezmiennie wciąż cieniem na notowaniach złotego kładzie się zbliżający się dużymi krokami przegląd ratingu Polski przez agencję Moody’s (13 maja), który prawdopodobnie przyniesie cięcie oceny wiarygodności kredytowej kraju, jak również utrzymująca się niepewność co do losów tzw. ustawy frankowej.

Przed południem rodzimej walucie, podobnie jak i innym walutom krajów zaliczanych do rynków wschodzących, ciążył jeszcze umacniający się dolar. Po południu jednak sytuacja się odwróciła, w czym swój udział miał gorszy od prognoz kwietniowy raport ADP nt. zmiany zatrudnienia w amerykańskim sektorze prywatnym (zatrudnienie wzrosło o 156 tys., przy prognozie 195 tys.). Jednak wpływ tych danych został złagodzony przez późniejsze raporty o niższym od oczekiwań deficycie handlowym USA w marcu (40,4 mld USD vs 41,5 mld USD)  i wyższych jednostkowych kosztach pracy w I kwartale br. (4,1% K/K vs 3,3% K/K).

Sentyment do polskiej waluty pozostaje zły. To wspólny efekt niekorzystnych impulsów płynących z rodzimej gospodarki (dane makro, ryzyko polityczne), oczekiwań na cięcie ratingu przez Moody’s i nową wersję ustawy frankowej, jak również pogorszenia nastrojów na rynkach globalnych. Należy zakładać, że do połowy miesiąca polska waluta może znajdować się pod presją sprzedających. Szczególnie, że układ sił na wykresach EUR/PLN i CHF/PLN wskazuje na zwiększone prawdopodobieństwo kontynuacji ich zwyżki, a w przypadku USD/PLN na konsolidację blisko poziomu 3,80 zł.

Komentarz przygotował:

Marcin Kiepas

Główny Analityk

Admiral Markets AS Oddział w Polsce

Renminbi zasługuje na więcej uwagi niż jen, euro czy dolar

Ubiegłotygodniowe posiedzenie Banku Japonii wstrząsnęło całym rynkiem. BJ nie tylko – wbrew powszechnym oczekiwaniom – nie zwiększył zakresu skupu aktywów, ale – co ważniejsze – wręcz opóźnił horyzont czasowy przewidziany na realizację celu inflacyjnego (2%). Największy wstrząs ze wszystkich walut odnotował jen, a para USD/JPY osiągnęła najnowsze osiemnastomiesięczne minimum po największej dziennej stracie od czasu światowego kryzysu finansowego. Decyzja BJ przekonała rynek, że banki centralne dotarły do kresu swoich możliwości politycznych w ramach obecnego paradygmatu – ujemne stopy są przeciwskuteczne, a skup aktywów w ramach luzowania ilościowego przestaje mieć praktyczne uzasadnienie. W piątek – po raz pierwszy od stycznia 2015 r. – kurs euro na zamknięciu osiągnął najwyższy poziom na koniec tygodnia względem dolara amerykańskiego w związku z przekonaniem inwestorów, że EBC zasadniczo jest w identycznej sytuacji, co BJ – na siłę forsuje rozwiązania polityczne w postaci olbrzymich zakupów w ramach luzowania ilościowego i ujemnych stóp procentowych, a równocześnie nie wykorzystuje związanego z tym osłabienia waluty do zabezpieczenia się przed ryzykiem deflacyjnym.

Tymczasem USD słabnie w związku z zapowiedzią Fed na wyjątkowo umiarkowanym posiedzeniu FOMC w marcu, że jest gotowa raczej dopuścić do przegrzania gospodarki amerykańskiej niż ryzykować destabilizację światowej gospodarki, sugerując możliwość dalszego podwyższania stóp i aprecjacji dolara. Znaczna część ryzyka destabilizacji dotyczy Chin, gdzie w związku z możliwością zdecydowanej dewaluacji waluty względem USD już dwukrotnie w ciągu ostatnich 9 miesięcy odnotowano gwałtowne spadki na giełdach. Fed ma zatem szczęście, że gospodarka amerykańska w I kwartale była bardzo słaba.

Równocześnie trwa deprecjacja chińskiej waluty we wszystkich parach z wyjątkiem dolara amerykańskiego. Jest to przyczyną frustracji wielu spekulantów, zarówno z Chin, jak i z innych krajów, ponieważ to oni właśnie najbardziej liczyli na dewaluację renminbi. Tymczasem renminbi nieco się umocniło względem bardzo słabego dolara, mimo iż w porównaniu z innymi walutami – w szczególności azjatyckimi – jest w tym roku wyjątkowo słabe. Przykładowo, ringgit malezyjski umocnił się tym roku niemal o 10% względem renminbi, czyli porównywalnie z jenem japońskim po tym, jak gołębie nastawienie Fed spowodowało mocny rajd prawie wszystkich walut rynków wschodzących poza chińską walutą.

Pod względem polityki pieniężnej Chiny zadecydowały jednak, że zamiast wykorzystać chwilę ulgi na przeprowadzenie odpowiednich korekt strukturalnych i znalezienie bardziej produktywnego rozwiązania problemu gigantycznej kumulacji długu, należy powrócić do dawnych metod generowania wzrostu PKB w sytuacji kryzysowej, tj. do masowych nowych zastrzyków kredytowych dla gospodarki. W tym momencie australijski bank Macquarie szacuje, że chińskie zadłużenie plasuje się na niepokojącym poziomie 350% PKB (http://www.businessinsider.com.au/china-1-trillion-in-bad-debt-2016-5) – to zaskakujące i bezprecedensowe przyspieszenie tempa wzrostu zadłużenia o 100% PKB od 2008 r., z czego większość generują spółki skarbu państwa. Stanowi to równowartość 35 bln USD. Ponieważ w cyklu kredytowym około 10% kredytów ogółem to zwykle zobowiązania zaległe, oznaczałoby to, że wartość niespłacalnych kredytów wynosi 3,5 bln USD – innymi słowy, więcej, niż całkowita wartość chińskich rezerw walutowych. Chińska strategia „zalewania” systemu płynnością wywiera dalszą presję na deprecjację renminbi, a w nadchodzących miesiącach chińska waluta powinna przykuć naszą uwagę ze względu na fakt, iż efekt słabego dolara, który widzieliśmy po posiedzeniu FOMC w marcu, a także nieskuteczność polityki EBC i BJ, już wkrótce przestaną mieć znaczenie.

John J. Hardy, dyrektor ds. strategii rynków walutowych, Saxo Bank

VN:F [1.9.22_1171]

Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Giełdy w Stanach Zjednoczonych znajdują się w pobliżu historycznych szczytów

Zyski spółek i twarde wyniki na amerykańskich giełdach sprawiają, że warto jest sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście jest aż tak optymistycznie. – To co teraz kieruje rynkiem, nie odnosi się do tego, co dzieje się obecnie, ale bardziej chodzi to, co będzie miało miejsce w przyszłości. Gospodarki zwalniają i z tym nie można się kłócić. Banki centralne sprawiały, że hossa trwała. Teraz bez czynnika, który jasno dałby do zrozumienia, że sytuacja się poprawi, ciężko będzie oczekiwać, że ten rajd na giełdach będzie się utrzymywać – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jakub Stasik z XTB. Więcej w materiale wideo.

Czy rynek pracy w USA trzyma się mocno?

Europa ma już za sobą indeksy PMI oraz sprzedaż detaliczną. Reszta dnia należy do USA, tak samo zresztą jak dalsza część tygodnia. Środa przyniesie potężny pakiet danych z amerykańskiej gospodarki, z raportem ADP o rynku pracy oraz indeksem ISM dla usług na czele. Duży potencjał drzemie zwłaszcza w ADP, który zapowie piątkową rządową publikację dotyczącą zmiany zatrudnienia w sektorze pozarolniczym i prywatnym. To w tym tygodniu gwóźdź programu.

Po południu pojawi się oficjalny raport o zapasach paliw w USA. Dane API pokazały ich wzrost większy od prognoz, co inwestorom nie przypadło do gustu, tak samo jak umacniający się dolar czy informacje o rosnącym wydobyciu. Produkcję zwiększa Iran i Irak, ropy na rynku jest bardzo dużo.

Z wyścigu o nominację Republikanów w wyborach prezydenckich wycofał się wczoraj Ted Cruz, który przegrał z Donaldem Trumpem w Indianie. Trump zmierza prostą drogą do starcia z Hillary Clinton, w czym Republikanie – jak się wydaje – będą go wspierać. Ryzyko polityczne towarzyszące wyborom w USA odciśnie piętno na rynku walutowym, który nie lubi niepewności. A Trump oferuje jej w bardzo dużych ilościach. 

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

VN:F [1.9.22_1171]

Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Na programie 500 plus skorzystają sprzedawcy odzieży i obuwia oraz branża edukacyjna i turystyczna

0

CEO Magazyn Polska

Ekonomiści zakładają, że pieniądze z programu 500 plus w większości zostaną przeznaczone na bieżące potrzeby rodzin i napędzą wzrost cen. Spodziewają się jednocześnie wyższego popytu w branżach odzieżowej i obuwniczej oraz edukacyjnej i turystyce. W marcu ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły lekko w stosunku do lutego. Rok do roku ciągle jednak widać wyraźną deflację. 

– Na programie 500 plus skorzysta branża spożywcza, odzieżowa, obuwnicza. Są to branże, gdzie rodziny wydają swoje pieniądze na dzieci. Być może też rekreacja i kultura – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Rogowiecki, dyrektor biura Polskiego Związku Funduszy Pożyczkowych. – Branża elektroniki czy oświatowa może zbierać profity z programu 500 plus, jeżeli rodzice będą inwestować w rozwój swoich dzieci. Jeżeli rodziny będą chętniej wyjeżdżać ze swoimi pociechami na wakacje, to skorzysta branża turystyczna. Niewątpliwie program 500 plus ma znaczenie dla popytu wewnętrznego.

W opinii Piotra Rogowieckiego nawet jeśli część rodzin wykorzysta dodatkowe pieniądze do powiększenia swoich oszczędności i nie przeznaczy ich na natychmiastową konsumpcję, to jednak zdecydowana większość konsumentów wykorzysta je do podniesienia swojego poziomu życia czy poprawy warunków dzieci.

– Ze względu na to, że rusza program 500 plus powinny powoli zacząć rosnąć ceny. Pierwsze rodziny już dostały świadczenia z tego tytułu, a to jest około 20 mld zł rzuconych na rynek, z czego znaczna część będzie zapewne wydana, a nie zaoszczędzona – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Rogowiecki, dyrektor biura Polskiego Związku Funduszy Pożyczkowych. – To z kolei powoduje presję produktową, która przekłada się na presję inflacyjną. Zatem mamy tutaj czynnik wyraźny do tego, aby ceny w pewnych branżach i obszarach rosły.

Program 500 plus, zakładający przekazanie 500 zł miesięcznie na każde drugie i kolejne dziecko ruszył 1 kwietnia. Szacuje się, że tylko w tym roku do kieszeni Polaków trafi z jego tytułu 17 mld zł, a w kolejnych latach 22-23 mld zł. Eksperci zaznaczają, że zwiększone wydatki powinny spowodować większe zapotrzebowanie na produkty, co skłoni producentów i pośredników do podnoszenia cen.

– W ujęciu rocznym może nie pożegnamy deflacji. Natomiast ważą nam bardzo mocno np. ceny paliw, które mamy dużo niższe niż w ubiegłym roku. Natomiast w ujęciu miesięcznym te ceny powinny rosnąć, co odbije się na wyniku rocznym, ale w skali całego roku jeszcze może być ujemna dynamika cen – przewiduje Rogowiecki.

W marcu, podobnie jak w całym I kw. roku ceny towarów i usług konsumpcyjnych były niższe niż przed rokiem o 0,9 proc. Jednak trzeci miesiąc roku przyniósł lekki wzrost wobec lutego – o 0,1 proc. Paliwa do prywatnych środków transportu były w marcu tańsze o 13,4 proc. w ujęciu rocznym i był to najmocniejszy spadek ze wszystkich kategorii. Jednak w porównaniu z lutym podrożały o 1,3 proc. Wyższa była tylko dynamika wzrostu cen w segmencie odzieży i obuwia.

– Po raz pierwszy od jakiegoś czasu mamy dodatnią miesięczną inflację. Natomiast absolutnie nie można z tego wnioskować, że jest to początek już długiego trendu – zastrzega dyrektor biura Polskiego Związku Funduszy Pożyczkowych. – Trzeba poczekać na kolejny odczyt lub na dwa kolejne odczyty i zobaczymy, czy to jest rzeczywiście początek końca deflacji.

Jak mówi, o ile cena ropy nie będzie podlegała gwałtownym ruchom, podobnie jak kurs złotego do dolara, można się spodziewać dalszego negatywnego wpływu cen paliw na ogólny odczyt poziomu cen. Niepewnym czynnikiem są także ceny żywności, które w wprawdzie zarówno w marcu, jak i w całym I kwartale wzrosły, ale są uzależnione nie tylko od ogólnych trendów, lecz także poziomu zbiorów, które aż do jesieni pozostaną niewiadomą.

Francuski koncern DCNS wygrał przetarg stulecia na 12 okrętów podwodnych dla Australii. Tak samo zaawansowane technicznie okręty chce dostarczyć Polsce

CEO Magazyn Polska

Koncern DCNS, francuski producent okrętów podwodnych, zapowiada, że jeśli wygra przetarg MON na dostawę trzech okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej, to stworzy w Polsce około tysiąca miejsc pracy na okres 9 lat budowy okrętów. Dodatkowo 300 miejsc pracy powstanie w celu serwisowania okrętów przez 30 lat ich eksploatacji. DCNS pokonał właśnie rywali z Niemiec i Japonii i wygrał przetarg stulecia na dostawę 12 okrętów dla australijskiej floty.

DCNS przystąpi teraz do wyłącznych negocjacji wspólnie z rządem francuskim, które powinny się zakończyć podpisaniem kontraktu w przyszłym roku. Będą to negocjacje zarówno z rządem, jak i z przemysłem australijskim, a także z integratorem systemu walki. Procedura rządu australijskiego rozpoczęła się dokładnie w kwietniu zeszłego roku, więc cały proces został zakończony w ciągu roku – mówi agencji Newseria Biznes Janusz Przyklang, dyrektor przedstawicielstwa francuskich stoczni wojennych DCNS w Polsce.

Według komunikatu australijskiego rządu oferta Francuzów została uznana za najlepszą w takich obszarach, jak osiągi okrętów podwodnych, niska wykrywalność czy zasięg okrętów i ich zdolność do prowadzenia długich patroli.

Wart 50 mld dolarów australijskich program dotyczy budowy 12 okrętów podwodnych o napędzie konwencjonalnym i ich serwisowania przez cały okres służby. Łącznie prace prowadzone będą na przestrzeni następnych 50 lat. Okręty będą powstawać w australijskich stoczniach.

Jak podkreśla Przyklang, sukces był możliwy przede wszystkim dzięki zaawansowaniu technicznym okrętów oraz wsparciu rządu Francji.

Ta oferta została wybrana przez rząd Australii z trzech względów. Po pierwsze, odpowiadała Australijczykom pod względem strategicznym, bo okręty podwodne są zasadniczym elementem utrzymania ochrony suwerenności tego kraju – wyjaśnia Przyklang. – Po drugie, z racji technologii. Zaproponowaliśmy Australii najnowocześniejsze rozwiązanie technologiczne, czyli okręty podwodne typu Barracuda, wyposażone w rakiety manewrujące, które wejdą do eksploatacji za niecałe dwa lata.

Według niego trzecim argumentem, który przekonał rząd Australii, była deklaracja szerokiej współpracy DCNS z tamtejszym przemysłem morskim. Dzięki zaangażowaniu australijskich stoczni w budowę okrętów powstanie ok. 2,8 tys. nowych miejsc pracy. Nastąpi również transfer know-how do tamtejszych firm. Pierwszy okręt Barracuda za dwa lata wejdzie do służby również w siłach morskich Francji.

Tak samo oferta DCNS dla polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej obejmująca dostawę okrętów podwodnych Scorpène zakłada ich budowę w Polsce, przy szerokim udziale polskiego przemysłu morskiego. W ramach tego projektu powstaną nowe miejsca pracy, w tym około tysiąca miejsc pracy na okres około 9 lat budowy tych okrętów i 300 miejsc pracy na okres 30 lat eksploatacji tychże okrętów – wyjaśnia Janusz Przyklang.

Według DCNS w okrętach Scorpène zostaną zastosowane te same rozwiązania dotyczące m.in. systemów sonarowych i niskiej wykrywalności, co w okrętach typu Barracuda budowanych dla Francji i Australii.

Przedstawiciel DCNS w Polsce dodaje, że oprócz sukcesu w Australii, kilka tygodni temu oferta francuskiego koncernu na okręty podwodne została zakwalifikowana do dalszych negocjacji przez resort obrony w Norwegii.

Światowe loterie warte ponad 290 mld dol. W Europie rynek wyhamował, ale w Polsce rozwija się dwucyfrowo

CEO Magazyn Polska

W 2015 roku sprzedaż w loteriach wzrosła o 2 proc. To dynamika znacznie mniejsza niż w poprzednich latach, głównie ze względu na słabszą sprzedaż na rynkach Azji i Pacyfiku. Najszybszy wzrost, bo 20-proc., odnotowała Ameryka Południowa. W Europie rynek loterii wzrósł o niecałe 2 proc., ale polska loteria na tym tle wygląda bardzo dobrze – Totalizator Sportowy odnotował 18-proc. wzrost sprzedaży.

Według danych World Lottery Association, czyli Światowego Stowarzyszenia Loterii, oraz wiodącego magazynu loteryjnego „La Fleur’s” w zeszłym roku sprzedaż wzrosła w loteriach tylko o 2 proc. Niemniej jednak, mówimy o kwocie 291 mld dol. sprzedaży na świecie – mówi agencji Newseria Biznes Ewa Ulicz, dyrektor ds. marketingu IGT Poland (dawniej GTECH).

W 2013 roku światowy rynek wzrósł o 5 proc., a w 2014 – o 10 proc. rdr.

Spowolnienie dynamiki wzrostu wynika ze słabszych wyników loterii w krajach Azji i Pacyfiku, które do tej pory były motorem napędowym światowego rynku loteryjnego. Spadek sprzedaży wyniósł tam w ubiegłym roku 1,6 proc. głównie za sprawą loterii chińskiej, która do tej pory przez lata notowała rekordowe obroty.

W zeszłym roku najlepiej poradziły sobie loterie Ameryki Południowej, osiągając wzrost na poziomie 20 proc. Wiodącą loterią, która osiągnęła najwyższy wynik (25-proc. wzrost), była loteria argentyńska. Trzeba jednak pamiętać o tym, że to nie są rynki w pełni rozwinięte. One ciągle są w stanie podciągać wyniki sprzedażowe, np. wprowadzając nowe produkty i technologie loteryjne, które rynki dojrzałe (np. w Europie i Ameryce Północnej), już dawno wprowadziły i osiągnęły one tam już pewien poziom nasycenia graczy – mówi Ewa Ulicz.

Loterie afrykańskie odnotowały 3-proc. wzrost. Jak podkreślają przedstawiciele IGT Poland, są to rynki rozwijające się i sukcesywnie wdrażające nowe produkty i technologie. Na początku roku spółka dostarczyła nowy system IT do prowadzenia sprzedaży w loterii Ithuba w RPA.

Wśród rynków dojrzałych liderem jest Ameryka Północna. 2015 rok zakończyła 8-proc. wzrostem sprzedaży. To znaczące odbicie, bo w 2014 roku wzrost wyniósł zaledwie 0,5 proc. Na poprawę dynamiki wpływ miało ożywienie w amerykańskiej gospodarce. W Europie, po słabych wynikach w poprzednich latach, w 2015 roku wzrost był na poziomie nieprzekraczającym 2 proc.

Należy uznać to za sukces, choć nie jest to wynik doskonały. Wynika on z faktu, że zarówno wzrost PKB, jak i ogólna sytuacja ekonomiczna w Europie nie były rewelacyjne – mówi dyrektor ds. marketingu IGT Poland. – Na tym tle wybija się zdecydowanie i prowadzi w rankingach loteria polska – Totalizator Sportowy osiągnął wynik na poziomie 18 proc. wzrostu. Dodatkowo osiągnął rekordowy wynik sprzedażowy 5 mld zł.

Jak wyjaśnia Ewa Ulicz, rynek loteryjny jest raczej stabilny i wszelkie zmiany na nim zachodzą stosunkowo wolno. Coraz bardziej widoczny jest jednak trend konsolidacji pewnych usług i zlecania obsługi transakcji loteryjnych firmom zewnętrznym.

Dlatego otworzyliśmy w Warszawie Europejskie Centrum Operacyjne IGT, które obsługuje zdalnie kilka loterii europejskich i równocześnie monitoruje transakcje loteryjne. Obrót obsługiwanych przez nas loterii wynosi ponad 200 mln euro miesięcznie – podkreśla Ulicz.

Z Warszawy zarządzane są główne systemy loterii, m.in. w Belgii i Luksemburgu, a monitorowane są systemy internetowe zakładów sportowych w Grecji, Szwajcarii, Belgii i na Węgrzech. Monitoring obejmuje ok. 20 tys. terminali, przez które dokonuje się ok. 60 tys. transakcji na minutę.

Wartość usług eksportowanych z Polski przez IGT dla loterii na całym świecie to ponad 70 mln zł rocznie.

Polacy coraz chętniej płacą kartami i smartfonami. Zniknęły obawy o bezpieczeństwo transakcji

CEO Magazyn Polska

Konsumenci coraz śmielej płacą kartami i korzystają z płatności online przy użyciu komputera lub smartfona. Odważniejsze w korzystaniu z bezgotówkowych płatności okazują się kobiety. Średnia kwota płatności bezgotówkowej jest coraz niższa, co oznacza, że ta forma staje się coraz bardziej powszechna i ma szansę stopniowo zacząć wypierać z rynku gotówkę.

Z badania otwartości polskich konsumentów na nowe formy płatności bezgotówkowych zrealizowanego na zlecenie MasterCard przez dom badawczy MAISON & PARTNERS wynika, że Polacy są oswojeni z płatnościami zbliżeniowymi kartą. Większość jest otwarta na najbardziej innowacyjnych form płatności, takie jak portfele cyfrowe czy płatności telefonem. Konsumenci, którzy wzięli udział w badaniu MasterCard, przyzwyczaili się już do korzystania z usług finansowych z pomocą smartfona.

Okazuje się, że Polacy są niezwykle otwarci na płatności bezgotówkowe. Cenią je przede wszystkim za wygodę i szybkość. Okazuje się, że to, co było barierą jeszcze parę lat temu, czyli wątpliwości co do bezpieczeństwa płatności bezgotówkowych, w tej chwili zupełnie zniknęło – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Dominika Maison, psycholog z domu badawczego MAISON & PARTNERS. – Polacy otworzyli się na karty, szczególnie karty zbliżeniowe, które pokochaliśmy także za szybkość i wygodę płacenia.

Z danych NBP wynika, że pod koniec grudnia w Polsce w użyciu było ponad 28 mln kart z funkcją zbliżeniową, czyli niemal 80 proc. wszystkich wydanych kart płatniczych. Liczba transakcji dokonanych w internecie w IV kw. 2015 r. z wykorzystaniem karty płatniczej wyniosła 9 mln, czyli o 1,7 mln więcej niż w III kwartale ubiegłego roku, co stanowiło wzrost o 24 proc. Wartość łączna transakcji wyniosła 1,4 mld zł, czyli o 194 mln zł więcej niż w poprzednim kwartale (wzrost o 16 proc.) – czytamy w raporcie NBP.

Już prawie wszyscy posiadacze kont bankowych mają karty. Ogromną zmianę widzimy w częstotliwości używania tych kart – mówi Dominika Maison. – Jeszcze kilka lat temu większość osób płaciła gotówką, a kartą tylko od czasu do czasu lub dokonując płatności powyżej kilkuset złotych. Ostatnio przekonaliśmy się – prawdopodobnie właśnie dzięki kartom zbliżeniowym – do tego, że każdy najmniejszy zakup może być w ten sposób dokonany i to spowodowało ogromny wzrost częstotliwości używania kart w Polsce.

Jak wynika z raportu MasterCard, 62 proc. polskich internautów codziennie korzysta z internetu mobilnego. Tyle samo respondentów deklaruje korzystanie z bankowości mobilnej, co oznacza, że jest to jedna z trzech najpopularniejszych czynności online, obok korzystania z serwisów społecznościowych (71 proc.) i informacyjnych (68 proc.). 16 proc. polskich internautów deklaruje, że płaciła zbliżeniowo telefonem co najmniej raz, a połowa z nich – że korzystała z tej formy płatności wielokrotnie. Dodatkowo trzech na czterech ankietowanych, którzy wypróbowali już zbliżeniowe płatności mobilne, jest zadowolonych i chce nadal z nich korzystać. Można zatem powiedzieć, że polscy konsumenci są otwarci  na cyfrowe innowacje w płatnościach.

Polacy są gotowi na innowacje w płatnościach. Widzimy po bardzo szybkim rozwoju m-commerce, że są gotowi kupować mobilnie, a więc i płacić mobilnie – mówi Aleksander Naganowski, dyrektor ds. rozwoju nowego biznesu w MasterCard. – Można powiedzieć, że jedną z barier rozwoju zakupów w aplikacjach mobilnych, w m-commerce, właśnie był problem płatności, brak jej dostępności. Stąd nasz wysiłek, żeby wygodne płatności się tam pojawiały.

Dużą zmianą było pojawienie się technologii HCE, która umożliwia płatność zbliżeniową smartfonem po zapisaniu danych wydanej przez bank karty płatniczej w chmurze. Naganowski podkreśla, że Polska jest rynkiem, na którym należy się spodziewać bardzo szybkiego rozwoju nowoczesnych płatności i na którym jest jeszcze duże pole do rozwoju zarówno w e-commerce, jak i m-commerce, czyli zakupach mobilnych.

Przedstawiciel MasterCard dodaje, że upowszechnianie płatności mobilnych będzie miało istotne znaczenie dla promowania rozwoju obrotu bezgotówkowego w Polsce. Wciąż bowiem zdecydowana większość transakcji (ok.70–80 proc.) dokonywana jest za pomocą gotówki.

Istnieje całkiem spora grupa ludzi, którzy korzystają z gotówki na co dzień i wolą przez internet też zapłacić gotówką za pobraniem. Są też tacy, którzy nie ufają płatnościom bezgotówkowym. Nadal są pewne osoby, które prezentują tzw. wysoki kult gotówki, ale te grupy są coraz mniejsze – mówi Maria Cywińska, socjolog internetu z Akademii Leona Koźmińskiego.

Jak podkreśla, kult gotówki w większym stopniu charakteryzuje mężczyzn niż kobiety. Panie częściej korzystają z dostępu do konta przez smartfon.

Kobiety są bardziej racjonalne i podejmują bardziej rozważne decyzje. Są również mniej impulsywne w wydawaniu pieniędzy, co jest absolutnie niezgodne ze stereotypem – mówi Maria Cywińska. – Badanie również wykazało, że kobiety, jeśli nie mają pieniędzy, to nie zrobią danego zakupu, co u mężczyzn już wcale nie jest takie oczywiste. Wreszcie, kobiety chętniej korzystają z aplikacji mobilnych niż z internetu stacjonarnego. To może być wskazówką dla twórców tychże aplikacji, że kobiety częściej będą ich odbiorcami.

Do końca roku indeksy na GPW mogą wzrosnąć o 5–10 proc. Atrakcyjne okazują się inwestycje w akcje deweloperów mieszkaniowych

CEO Magazyn Polska

Od początku roku Warszawski Indeks Giełdowy zyskał 2,5 proc., przy czym główne wzrosty nastąpiły w lutym i marcu. Po niemal 10-proc. spadku w 2015 roku wydaje się to być dobrym wynikiem, choć jak zaznaczają eksperci, nie brakuje czynników ryzyka, zarówno wewnętrznych, jak i globalnych. GPW ma jednak szanse na pomnożenie wzrostów do końca roku, a szczególnie interesującą branżą do inwestowania są deweloperzy budujący mieszkania.

W Polsce wciąż jest ryzyko polityczne zarówno związane z Trybunałem Konstytucyjnym, jak i to bliżej rynku, czyli związane z restrukturyzacją kredytów we frankach, co będzie bezpośrednio uderzało w banki – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Grzegorz Jałtuszyk, dyrektor Biura Doradztwa Inwestycyjnego Citi Handlowego. – Niemniej myślę, że te czynniki są już znane inwestorom i w dużej mierze zdyskontowane. Spodziewałbym się dobrej koniunktury w najbliższych miesiącach. Sądzę, że możemy się spodziewać 5–10 proc. wzrostów na głównych indeksach w Polsce do końca tego roku.

Od początku roku WIG wzrósł o 2,7 proc., zaś WIG20 o blisko 2,2 proc. Nieco gorzej radzą sobie banki, które notują spadek o 1,2 proc. Są jednak branże, na których już w tym roku można było zarobić kilkanaście procent.

– Obecnie atrakcyjną branżą jest budownictwo mieszkaniowe. Wyniki sprzedaży mieszkań za I kw. bieżącego roku są znacząco lepsze od tych, które były rok temu. W przypadku niektórych spółek jest to wzrost ponad 30-proc. – zauważa Jałtuszyk. – Dodatkowo w średnim i długim terminie rynek mieszkaniowy wspierają takie czynniki jak bardzo dobra sytuacja na rynku pracy oraz niskie stopy procentowe. Wydaje mi się, że to może być jedna z wiodących branż na warszawskiej giełdzie. Myślę, że w tym przypadku stopy zwrotu rzędu kilkunastu procent są możliwe.

Od połowy lutego indeks WIG-deweloperzy wzrósł o 16 proc., podczas gdy WIG – o niespełna 4 proc. Zgodnie z danymi GUS-u w I kwartale oddano do użytkowania o 17 proc. więcej lokali niż rok wcześniej (37,3 tys.), z czego lokali mieszkalnych przeznaczonych na sprzedaż było 17,2 tys., czyli o 53,7 proc. więcej niż w I kw. 2015 roku. Budowy niemal kolejnych tylu zostały rozpoczęte (odpowiednio 34,3 tys. oraz 16,5 tys.), a wydanych pozwoleń i zgłoszeń budów było już nieporównanie więcej (42,2 tys. i 21,4 tys.)

Poza czynnikami krajowymi w istotny sposób na indeksy w Warszawie wpływać będą wydarzenia z rynków wschodzących na świecie. Zdaniem Jałtuszyka, wyceny są obecnie atrakcyjne i powinny sprzyjać zainteresowaniu inwestorów całym koszykiem krajów.

– Spodziewamy się, że po tak dużych spadkach obecnie emerging markets (red. rynki wschodzące) są atrakcyjne. Jest to związane głównie z mniejszą, niż się inwestorzy spodziewali na początku roku, skalą zacieśnienia polityki pieniężnej w Stanach Zjednoczonych. To determinuje osłabienie się dolara, dodatkowo wpływa na stabilizację cen surowców i przekłada się pozytywnie na kraje emerging markets. Te czynniki również przełożą się na sytuację w Polsce – ocenia dyrektor Biura Doradztwa Inwestycyjnego Citi Handlowego.

Jego zdaniem powrót inwestorów na rynki wschodzące wywrze wpływ na kurs złotego, który powinien się umacniać, podobnie jak waluty innych krajów koszyka. Dodatkowo polską walutę wspierać powinny solidne fundamenty gospodarki.

Dobre perspektywy dla producentów papieru. Rośnie rynek tradycyjnych książek drukowanych

Arctic Paper CEO Wolfgang Lübbert

Wysokie koszty zakupu celulozy i niskie ceny wysokogatunkowych papierów spowodowały w ubiegłym pogorszenie wyników producentów papieru. Władze Arctic Paper spodziewają się jednak w tym roku stabilizacji cen. Na produkcję papieru coraz mniejszy wpływ ma ekologia, a coraz większy – nowe techniki i technologie. Dobre perspektywy dla producentów ma rynek tradycyjnych drukowanych książek.

– Na rynku mamy do czynienia z coraz mocniejszą stabilizacją cen. Jednocześnie następuje pewien spadek cen surowców i jeszcze trudno ocenić, jak to przełoży się na wyniki za IIIIV kwartał bieżącego roku. Natomiast generalnie, zarówno w Europie, jak i na rynkach pozaeuropejskich, następuje stabilizacja cenowa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wolfgang Lübbert, prezes zarządu Arctic Paper.

W 2015 roku Grupa Arctic Paper zarobiła netto  71 mln zł wobec 98,3 mln zł rok wcześniej. Przychody ze sprzedaży były o 1,2 proc. wyższe niż w 2014 roku i wyniosły 2,9 mld zł. Negatywny wpływ na wyniki grupy miały wysokie koszty celulozy w złotych polskich i koronach szwedzkich. Wszystko przez wysoki kurs dolara. W IV kwartale koszty były wyższe o jedną piątą niż rok wcześniej i o niemal 6 proc. niż w III kwartale. W efekcie grupa odnotowała w ostatnich trzech miesiącach roku stratę rzędu 3,5 mln zł.

Przedstawiciele Grupy oceniają, że cały ubiegły rok był na rynku wysokogatunkowych papierów graficznych bardzo trudny. Popyt na takie produkty w Europie spadł w 2015 roku o 2 proc. Przychody Grupy Arctic Paper ze sprzedaży papieru były w IV kwartale niższe o 0,2 proc. rdr. i o 4,3 proc. w porównaniu z III kwartałem.

Przez ostatnie 10 lat ekologia była jednym z głównych impulsów do rozwoju nowej jakości w branży. W ostatnich dwóch latach z kolei to się trochę zmieniło. Ten wpływ stawał się coraz mniejszy, a ważniejsze stały się nowe techniki i technologie drukarskie. Z całą pewnością ekologia pozostaje istotna, choć nieco mniej niż jeszcze kilka lat temu – zauważa Lübbert.

Jak podkreślono w raporcie, spółka koncentruje się na wdrażaniu innowacji w branży papierniczej. W ubiegłym roku uruchomiła produkcję wysokogatunkowych papierów dla nisz rynkowych, które w ocenie spółki są najbardziej rentowne. Przykładowo, w fabryce w Kostrzynie rozpoczęto wytwarzanie specjalnego papieru przeznaczonego do szybkich atramentowych maszyn drukarskich, a w papierni w Munkedal rozwija się produkcja nowej odmiany papieru przeznaczonego dla branży projektowej.

Najbardziej perspektywiczny jest druk do wykorzystania cyfrowego, a także druk książek. To może być zaskakujące, ale rynek klasycznych książek drukowanych ma potencjał – mówi prezes Arctic Paper. – Najgorsze perspektywy są dla papieru gazetowego. To rzeczywiście jest rynek najbardziej schyłkowy.

Spółka jest drugim co do wielkości pod względem wolumenu produkcji producentem objętościowego papieru książkowego w Europie.

Jak podkreśla, choć Polska należy do ważniejszych rynków dla grupy, trendy na nim dostrzegane są zbliżone do pozostałych krajów. W 2015 roku największe przychody grupa pozyskała z rynku niemieckiego – 635,2 mln zł, następne w kolejności były rynki Europy Środkowo-Wschodniej poza Polską (537 mln zł) oraz Skandynawia (405,6 mln zł). Na Polskę przypadło 345,6 mln zł.

Polska to bardzo ważny rynek europejski. Rozwój tego rynku i jego kształt nie różnią się znacząco od rynków w innych krajach europejskich, np. w Niemczech czy innych państw naszego regionu – podkreśla Wolfgang Lübbert.

Wczasy za granicą coraz popularniejsze. Podczas ubiegłorocznego sezonu urlopowego w Hiszpanii i Chorwacji Polacy zostawili miliard złotych

CEO Magazyn Polska

Zdaniem ekspertów obecnie najmodniejszymi kierunkami zagranicznych wojaży Polaków są Hiszpania, Chorwacja i Grecja. Ze względu na obawy przed atakami terrorystycznymi na popularności zdecydowanie straciła Tunezja. Mniejszym zainteresowaniem cieszy się również Egipt.

– Hiszpania jest dość popularnym kierunkiem, mimo że w porównaniu z innymi krajami europejskimi jest to drogi kraj. Bardzo dużo Polaków chce jechać do Chorwacji, dlatego że jest tam tanio i dlatego że można tam dojechać samochodem – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Krystyna Balicka, PR manager BookApart.com.

Eksperci wyliczyli, że już w ubiegłorocznym sezonie urlopowym tylko w tych dwóch krajach Polacy wydali miliard złotych. Wybierając miejsce na urlop, turyści myślą przede wszystkim o bezpieczeństwie, nawet kosztem ceny.

– Polacy chcą jeździć na wakacje, ale wybierają inne kierunki, często droższe, takie jak Hiszpania, Grecja, Chorwacja. Nawyki Polaków zmieniają się właściwie co roku, jeżeli nie co miesiąc. Jesteśmy gotowi zapuszczać się coraz dalej, wybieramy też coraz droższe hotele. Wiąże się to pewnie też z tym, że więcej zarabiamy. Kiedyś najpopularniejszymi kierunkami były Tunezja i Egipt. Z czasem to się trochę zmieniło, po części na pewno przez te zamachy terrorystyczne, które miały miejsce – mówi Krystyna Balicka.

Bezpośrednio po zamachach pojawiły się nawet obawy, że Polacy zrezygnują z wakacyjnych wojaży, a w związku z tym przychody biur podróży znacznie spadną. Czarne prognozy jednak się nie sprawdziły. Ci, którzy chcą wypocząć w atrakcyjnym miejscu, nadal stawiają na zagraniczne kurorty.

– Nadal często korzystają z biur podróży,  choć zaczynają się również uczyć samodzielnego podróżowania i organizowania wypoczynku. Jednak ta grupa Polaków jest nadal w mniejszości, tzn. lubimy wygodę, lubimy, kiedy wszystko jest zrobione za nas, dlatego takie propozycje jak np. wakacje all inclusive nadal cieszą się ogromnym zainteresowaniem – podkreśla Krystyna Balicka.

Poza Hiszpanią i Chorwacją coraz popularniejsze stają się też zupełnie nowe kierunki, które mają zastąpić coraz mniej bezpieczne kurorty. Polacy zaczęli więc odkrywać nieznane Bałkany – Albanię, Czarnogórę, a także Gruzję. Z kolei w miejsce Egiptu pojawił się droższy, ale bezpieczny Oman. Natomiast ci, którzy nie potrafią przezwyciężyć lęku przed kolejnymi zamachami terrorystycznymi bądź nie stać ich na wypoczynek za granicą, stawiają na sprawdzone wakacje w urokliwych zakątkach Polski.

– Wybieramy raczej takie miejsca, które nie są bardzo popularne, bo chcemy jednak, żeby te wakacje były spokojne, chcemy trochę odpocząć od ludzi, więc jeżeli jesteśmy podróżującą rodziną, to najprawdopodobniej nie wybierzemy dużego miasta i nie pojedziemy tam ze swoimi dziećmi, tylko zdecydujemy się na jakiś mniejszy pensjonat, gdzieś z dala od zgiełku – tłumaczy Krystyna Balicka.

Od kilku lat niesłabnącą popularnością cieszy się Bałtyk i takie kurorty jak Międzyzdroje, Ustka czy Hel. Poza terenami nadmorskimi Polacy bardzo często wybierają Mazury.

Ministerstwo Rozwoju pracuje nad programem kosmicznym. Eksploracja kosmosu wpływa na rozwój całej gospodarki

CEO Magazyn Polska

W resorcie rozwoju trwają prace nad polskim programem kosmicznym, który poza planem rozwoju tego sektora w kraju ma pomóc we wdrożeniu w gospodarce i administracji publicznej innowacyjnych rozwiązań opartych na technikach satelitarnych. Dane satelitarne wykorzystywane są w wielu sektorach. Kluczowe jest jak najszersze ich wykorzystywanie. – Zgromadzenie danych to dopiero początek procesu, dużym wyzwaniem, przed którym stoimy, jest ich udostępnianie – przekonuje podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

– Przygotowywany jest program polityki kosmicznej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jadwiga Emilewicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju. – Kiedy mówimy kosmos, myślimy o stopie odciśniętej na Księżycu, zapominamy o tym, że to, co zostało po pierwszych misjach, to rzep, którym zapinamy kurtki, czy technologia Gore-Tex. To, w jaki sposób eksploracja kosmosu rozwija gospodarkę, jest jednym z największych obszarów, dlatego traktujemy go jako priorytetowy – przekonuje.

Obecnie na orbicie okołoziemskiej znajduje się ponad 1,2 tys. aktywnych satelitów, które wspomagają światowe systemy informacyjne. Są one obecne niemal w każdej dziedzinie życia, są też aktywnie wykorzystywane w sektorze publicznym. Usługi satelitarne stosowane są m.in. w transporcie, ochronie środowiska czy w zarządzaniu kryzysowym, są też pomocne w planowaniu przestrzennym i energetyce. W przypadku katastrof naturalnych pozwalają natomiast na szybszą reakcję.

– Trudno sobie dzisiaj wyobrazić współczesne państwo bez danych satelitarnych. Te najważniejsze, z których nie zdajemy sobie często sprawy, są związane z szeroko rozumianą obroną, również cywilną, dotyczącą zagrożeń związanych z klimatem, z czystością powietrza i wód. Informacje, które pozwalają nam sprawnie monitorować i przewidywać pewne procesy, pochodzą właśnie z danych satelitarnych – tłumaczy Emilewicz.

Z badania przeprowadzonego przez organizację Eurisy wynika, że sektor publiczny często korzysta z technik satelitarnych. Z przebadanych 49 jednostek sektora ponad 80 proc. miało kontakt z takimi usługami, niewiele mniej – z nawigacją satelitarną. Ponad 70 proc. jednostek wykorzystywało techniki obserwacji Ziemi. W tym roku zostaną uruchomione pilotażowe projekty, które umożliwią administracji publicznej korzystanie z danych z programu Copernicus.

Jak podkreśla Emilewicz, istotne dla rozwoju polskiego sektora kosmicznego jest to, aby jak najwięcej firm zyskało dostęp do najnowszych danych. Tylko wówczas polscy przedsiębiorcy będą mieli szansę na coraz większy udział w międzynarodowych projektach w sektorze kosmicznym.

– Zgromadzenie danych to dopiero początek procesu, ich udostępnienie i obróbka jest dużym wyzwaniem, przed którym stoimy – wskazuje podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju. – Chcemy sprawić, aby dane jak najszybciej stały się otwarte i aby małe firmy, które potrafią dzięki nim tworzyć aplikacje ułatwiające nam życie, mogły z nich skorzystać, a także, aby administracja publiczna jak najszybciej mogła usprawnić swoje działanie poprzez dostęp do danych – podkreśla Jadwiga Emilewicz.

Sprzedaż w internecie podlega opodatkowaniu. Z fiskusem muszą się też rozliczyć blogerzy

0

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba osób w Polsce, którzy czerpią dochody z prowadzenia bloga. Oznacza to konieczność rozliczenia się z urzędem skarbowym, jednak nie zawsze konieczne jest zakładanie działalności gospodarczej. Dochody np. z wynajęcia powierzchni reklamowej można opodatkować podobnie jak dochody z tytułu najmu. Przychód należy również rozliczyć z prowadzenia e-sprzedaży, jednak tylko wówczas, gdy dana rzecz jest nowa lub sprzedaż nastąpiła przed upływem 6 miesięcy od daty jej nabycia. 

Co do zasady, osiąganie dochodów z bloga również podlega rozliczeniu podatkowemu. Podstawową kwestią jest decyzja, czy działalność tego typu to działalność gospodarcza, czy aktywność, która do takiej działalności się nie kwalifikuje – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Misiak, doradca podatkowy, szef zespołu ds. podatków osobistych w MDDP.

Prowadzenie bloga nie musi się wiązać z koniecznością prowadzenia działalności gospodarczej. Jeśli blog prowadzony jest regularnie i staje się źródłem dochodów, a właściciel sprzedaje przestrzeń na blogu (np. w postaci artykułów sponsorowanych), przyjmuje się, że konieczne jest wówczas założenie działalności gospodarczej.

Jeżeli nie kwalifikujemy naszej działalności jako gospodarczej, to należy się zastanowić, na czym ona polega. Jeżeli na tym, że wynajmujemy powierzchnię na reklamy, to można dochody uzyskiwane z tego tytułu traktować jak dochody z umowy o charakterze podobnym do umowy najmu bądź dzierżawy i opodatkowywać je podobnie jak dochody z najmu – zaznacza Misiak.

Jeśli bloger wybierze rozliczenie z przychodów na zasadzie ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych, podatek wynosi 8,5 proc. Wówczas zeznanie składa się do końca stycznia, jednak – jak przypomina ekspertka – osoby rozpoczynające działalność muszą pamiętać o złożeniu odpowiedniego zawiadomienia w dniu rozpoczęcia działalności nie później niż w dniu uzyskania pierwszego przychodu. W innym wypadku przychody z najmu rozlicza się zgodnie ze skalą podatkową, to znaczy wedle stawek 18 i 32 proc. W takiej sytuacji możliwe jest pomniejszenie przychodów o koszty ich uzyskania, podobnie jak w przypadku najmu.

W przypadku zamieszczania swoich własnych zdjęć, np. na YouTube, trzeba się zmierzyć z prawami autorskimi i rozliczyć przychody, jakie się z tego tytułu uzyskało tak, jak przychody z praw autorskich. Jeśli było się twórcą zdjęcia czy filmiku zamieszczonego w internecie, to takiemu twórcy przysługuje prawo do zastosowania 50-proc. kosztów uzyskania przychodu – wskazuje doradca podatkowy z MDDP.

O rozliczeniu z urzędem skarbowym powinny również pamiętać osoby, które prowadzą sprzedaż w internecie. Jeśli e-sprzedaż ma charakter regularny i stała się systematycznym źródłem dochodów, to należy ją traktować jako działalność gospodarczą i w ten sposób ją rozliczać. Odpłatne zbycie przedmiotów nie jest natomiast źródłem przychodów, gdy nie następuje w wyniku prowadzonej działalności gospodarczej. Ważny jest wówczas czas, w którym dokonano sprzedaży.

Istotną kwestią jest, czy sprzedawane rzeczy mieliśmy dłużej niż 6 miesięcy czy krócej. Gdyby się okazało, że mieliśmy je krócej niż 6 miesięcy, to musimy rozliczyć dochód osiągnięty z tego tytułu i dołożyć go do swojego zeznania rocznego. Natomiast w przypadku sprzedaży rzeczy, które trzymaliśmy dłużej niż pół roku, taki obowiązek nie powstaje – tłumaczy Anna Misiak.

Przybywa osób żyjących zgodnie z ideą smart living. Takie podejście deklaruje 1/5 społeczeństwa

CEO Magazyn Polska

Z roku na rok rośnie liczba Polaków, którzy żyją zgodnie z ideą smart living. Częściej są to kobiety i osoby młode, do 34 roku życia. Smart living rozumieją jako ułatwianie sobie życia i codziennych obowiązków, korzystanie z technologii i usług zewnętrznych oraz skupianie się na tym, co robią dobrze. Na tym zjawisku korzystają firmy usługowe, e-sklepy oraz firmy oferujące sportowe i inne pozazawodowe aktywności.

– Smart living w dużym skrócie to inteligentne życie, z wykorzystaniem różnego typu technologii i rozwiązań, które mają nam ułatwić codzienne funkcjonowanie. 22 proc. badanych internautów powyżej 15. roku życia zna pojęcie smart livingu. Ta idea jest wśród Polaków coraz popularniejsza – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Staszkiewicz, dyrektor zarządzający w prowadzącej pralniomaty spółce HiShine.

Zgodnie z analizą wykonaną przez Mobile Institute (MI) na zlecenie firmy HiShine, częściej pojęcie smart livingu znane jest kobietom, osobom w wieku od 25 do 34 lat, mieszkańcom miast o populacji powyżej pół miliona, singlom oraz osobom na kierowniczych stanowiskach.

Pojęcie utożsamiane było przede wszystkim z optymalizacją życia, skupianiem się na podstawowej aktywności i korzystaniem z usług zewnętrznych podczas realizacji innych potrzeb (22 proc.). Dla podobnej grupy smart living to życie w otoczeniu nowoczesnych technologii i usług ułatwiających funkcjonowanie (20 proc.) i skupienie się na własnych przekonaniach i rytmie (18 proc.).

– Smart Polak realizuje przynajmniej jedną podstawową aktywność w obrębie zachowań smart. Po pierwsze, korzysta przynajmniej z jednego urządzenia dostępnego online, po drugie, korzysta aktywnie z zakupów, jest mądrym konsumentem, kupuje w internecie. Po trzecie, uprawia sport. Ważne jest dla niego zachowanie pewnego balansu pomiędzy pracą a życiem prywatnym. Zdarza się mu na zewnątrz kupować pewne usługi, które się na co dzień wykonuje w domu, jak prasowanie czy pranie – zauważa Staszkiewicz.

W grupie 22 proc. smart Polaków wyróżniono trzy grupy: smart future, czyli potencjalnie zainteresowanych (78 proc.), early adopters, realizujących tylko podstawowe aktywności (17 proc.) oraz innovators, czyli entuzjastów (5 proc.), bardzo aktywnie korzystających z technologicznych rozwiązań i różnego typu usług zewnętrznych.

Dla wielu badanych technologia jest nieodłącznym elementem życia smart. Bez dostępu do sieci nie wyobraża sobie dnia 28 proc. ankietowanych. Są także otwarci na nowe rozwiązania. 86 proc. chętnie wypróbuje nowe urządzenie z funkcją smart, jedna trzecia (33 proc.) skorzystałaby z inteligentnego sprzętu domowego, a 29 proc. – automatycznego samochodu.

Elementem smart życia jest life hacking, czyli wykorzystywanie wszelkich dostępnych narzędzi, usług, technologii, by ułatwić sobie codzienne obowiązki. To ważne, zwłaszcza że 80 proc. ankietowanych przyznaje, że nie lubi ich wykonywać.

– 58 proc. Polaków zdarzyło się kupić na zewnątrz pewne usługi, które z reguły wykonuje się samodzielnie, np. sprzątanie, pranie, gotowanie. A wszystko po to, żeby sobie ułatwić życie, żeby mieć więcej czasu na inne aktywności – mówi Staszkiewicz. – Jest taka tendencja, żeby kupować te usługi na zewnątrz, jeżeli są dostępne i nas na nie stać. Jest też część Polaków, która nie korzysta z tego typu rozwiązań i najczęściej twierdzą, że po prostu wolą wykonywać to samodzielnie, ewentualnie nie byli do tej pory świadomi, że mogą kupić pewną usługę na zewnątrz.

Chociaż smart living staje się coraz powszechniejsze, to wciąż 78 proc. niewiele wie o tej idei. Jak podkreśla Staszkiewicz, problemem jest to, że większość Polaków kojarzy smart living z zaawansowanymi technologiami, które wymagają specjalistycznej wiedzy.

– Smart living to jest nie tylko technologia, to są także usługi i wiedza na temat tego, jak łatwiej i lepiej żyć – podkreśla dyrektor zarządzający HiShine.

Patriotyzm Polaków widać również w sklepach. Rośnie sprzedaż odzieży patriotycznej i rodzimych produktów

CEO Magazyn Polska

Polskie produkty cieszą się coraz większym powodzeniem w kraju. Po latach preferowania zachodnich lub azjatyckich wyrobów konsumenci zaczęli doceniać jakość krajowych towarów i uświadamiać sobie zależność między swoimi zakupami a liczbą miejsc pracy na rodzimym rynku. Coraz bardziej widoczna jest też chęć manifestowania swojej tożsamości narodowej poprzez kupowanie i noszenie odzieży z symbolami patriotycznymi. Niebawem pojawi się ona w galeriach handlowych.

Warto zwracać uwagę na patriotyzm ekonomiczny. Coraz częściej Polacy sprawdzają kraj produkcji danego produktu, czy jest to made in Poland, czy może made in China – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Setny, prezes firmy Surge Polonia, produkującej odzież i akcesoria patriotyczne. – Polska marka jest coraz lepsza, mamy coraz więcej wysokiej jakości produktów, jesteśmy coraz bardziej znani na świecie, robimy dobre meble, dobre buty, dobrą odzież i już nie trzeba przekonywać Polaków do tego, że polskie wcale nie jest gorsze. Polacy to wiedzą i kiedy faktycznie cena jest przystępna, to często wybierają polski produkt.

Wzrost zainteresowania polskimi produktami to jeden z wielu elementów składających się na zjawisko patriotyzmu. Setny podkreśla, że nie jest to chwilowa moda, lecz trwały trend, który jest coraz bardziej widoczny. Polacy chcą się wyróżniać i manifestować swoją tożsamość.

Nastroje patriotyczne wzrastają w okolicach świąt narodowych, to są takie momenty eksplozji patriotyzmu – zauważa Wojciech Setny. – Jesteśmy dumni z tego, że stworzyliśmy drugą na świecie, a pierwszą w Europie konstytucję, z tego, że po 123 latach nieobecności na mapie Europy odzyskaliśmy niepodległość. To są powody do świętowania i wtedy patriotyzm jest faktycznie bardzo popularny. Polacy obnoszą się z tym, pokazują się w odzieży patriotycznej, śpiewają pieśni patriotyczne.

Surge Polonia to pierwsza polska marka odzieży patriotycznej. Specjalizuje się głownie w sprzedaży koszulek z motywami patriotycznymi. Jak podkreśla Setny, firma szyje swoje produkty w Łodzi, która zaczyna się odradzać,  powoli znowu stając się ośrodkiem przemysłu tekstylnego, a polskie marki odzieżowe częściowo wracają do Polski, rezygnując z produkcji na Dalekim Wschodzie. Na razie firma sprzedaje swoje produkty przez internet, jednak już niedługo uruchomi swój pierwszy stacjonarny salon. Zamierza także rozwijać sprzedaż za granicą, w miastach, gdzie są duże skupiska Polonii, np. w Londynie i Chicago.

Branża rośnie tak jak rośnie patriotyzm, świadomość historyczna i zainteresowanie tematyką patriotyczną. Na pewno rynek będzie rósł, coraz więcej sklepów będzie się pojawiać w galeriach handlowych. W maju otwieramy nasz pierwszy sklep w Warszawie, w dobrej lokalizacji, z dużym metrażem – zapowiada prezes Surge Polonia. – Mamy bardzo dobry oddźwięk od naszych klientów, że takie sklepy powinny się pojawiać w innych miastach. Niedługo sklepy z odzieżą patriotyczną będą stałym elementem krajobrazu miasta.

Przekrój klientów sklepu jest szeroki, są to ludzie w różnym wieku i wykonujący różne zawody, choć widać wśród nich wysoki odsetek ludzi młodych ze względu na charakter produktu. Jak zapewnia Setny, choć na takich klientach zależy sklepowi najbardziej, nosi się także z zamiarem wprowadzenia do sprzedaży odzieży stosownej do noszenia np. w biurze.

Stosujemy nowoczesne środki przekazu marketingowego, korzystamy z mediów społecznościowych. W kwietniu uruchomiliśmy naszą kampanię społeczno-edukacyjną „Poczuj Dumę”, która ma promować polskie dobra narodowe. W kwietniu takim dobrem są nasi szczypiorniści – Kamil Syprzak, Karol Bielecki i Sławomir Szmal. W maju będzie to Witold Pilecki, będzie także GROM, Armia Krajowa – mówi Wojciech Setny. – Nasza odzież to głównie koszulki, które są noszone przez ludzi młodych. Nasze wzory są dość sugestywne, bardzo widoczne. Będziemy starali się jednak wprowadzać produkty, które można nosić w biurze, takie na co dzień też.

1/3 Polaków nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej. Do uprawiania sportu chcą zmobilizować podwładnych pracodawcy

Polacy w wieku produkcyjnym stronią od aktywności fizycznej – wynika z raportu „Aktywność sportowa Polaków” opublikowanego przez TNS. 20 proc. osób w przedziale wiekowym 25–29 lat w ogóle nie uprawia sportu, a najgorzej sytuacja przedstawia się w grupie 50-latków. Brak aktywności najczęściej tłumaczą brakiem czasu, pieniędzy i motywacji. Tymczasem słaba kondycja i przemęczenie pracowników powoduje spadek ich odporności, wydajności i kreatywności.

– Z roku na rok Polacy są coraz bardziej aktywni fizycznie, w dalszym ciągu pozostajemy daleko w tyle za średnią aktywnością fizyczną, jaką obserwujemy w krajach Unii Europejskiej. W dalszym ciągu blisko 1/3 Polaków nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Joanna Skoczeń, prezes zarządu VanityStyle.

Eksperci podkreślają, że zmiana nawyków to proces stopniowy i długotrwały, poza tym termin „aktywność fizyczna” jest bardzo szeroki.

– Dla niektórych aktywność fizyczna to zajęcia sportowe w przeznaczonych do tego obiektach, czyli fitness, siłownie czy baseny. Dla innych jest to spacer z rodziną, a dla jeszcze innych to sezonowe korzystanie z atrakcji w okresie wakacyjnym bądź ferii zimowych – mówi Joanna Skoczeń.

Przyczyn niskiej aktywności fizycznej Polaków jest wiele. Przede wszystkim jest to brak czasu.

– Z badań wynika, że jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych narodów w Europie. Co drugi Polak twierdzi, że dziennie ma mniej niż 2 godziny wolnego czasu – podkreśla Joanna Skoczeń.

Drugim często wskazywanym powodem jest brak pieniędzy.

Z badań TNS wynika, że Polacy wybierają stosunkowo tanie sporty, takie jak jazda na rowerze (53 proc. ankietowanych) i bieganie (33 proc.). Te dyscypliny wiążą się z jednorazowym wydatkiem, który jest zależny od marki i stopnia zaawansowania technicznego sprzętu i pozwala na pewną oszczędność. Aktywności wiążące się ze stałymi wydatkami, czyli basen, siłownia czy korty tenisowe, cieszą się wyraźnie mniejszą popularnością.

 Sport w Polsce jednak nadal pozostaje drogi, szczególnie dla osób, które chcą uprawiać wiele dyscyplin sportowych i korzystać z wielu obiektów. Dodatkowo dochodzi do tego wydatek poniesiony na zakup odpowiedniego stroju i obuwia – mówi Joanna Skoczeń.

Kolejny element to brak wewnętrznej motywacji. Wiele osób, szczególnie tych, które prowadzą siedzący tryb życia, obawia się podjęcia nowych wyzwań lub szybko zniechęca się nawet po drobnym wysiłku.

Aktywność fizyczna ma bardzo istotny wpływ na wiele sfer życia. Jej brak powoduje szereg zagrożeń zarówno dla zdrowia fizycznego, jak i psychicznego. Przekłada się także na relacje rodzinne oraz na wydajność i efektywność w pracy.de

 Emocje nagromadzone pod wpływem stresu powodują szereg zaburzeń. Jesteśmy drażliwi, sfrustrowani, nerwowi. Długofalowo stresu-nerwicy/”>może to prowadzić do depresji, do wypalenia zawodowego, a nawet do zmęczenia implozyjnego. Sport i wszelka aktywność fizyczna jest najlepszą metodą na odreagowanie stresu, ale również jest doskonałą metodą na odbudowanie tej energii, której potrzebujemy – tłumaczy Joanna Skoczeń.

Przeforsowany i zabiegany pracownik wolne chwile najchętniej spędza w domowym zaciszu, oglądając telewizję czy przeglądając internet. Żeby zwiększyć aktywność fizyczną, poprawić kondycję i samopoczucie swoich podwładnych, pracodawcy przygotowują dla nich programy motywacyjne.

– Sport i rekreacja są w Polsce drugim pod względem popularności i potrzeb pracowników benefitem tuż za ubezpieczeniem zdrowotnym. Dzięki aktywności fizycznej pracownicy są zdrowsi, bardziej zadowoleni i nie są w grupie podwyższonego ryzyka zachorowań na depresję. Dodatkowo są bardziej zmotywowani dzięki temu, że mogą poprzez sport realizować swoje własne cele i indywidualne potrzeby, jak chociażby przynależność do określonej grupy społecznej, rywalizacja z samym sobą czy gra zespołowa – mówi Joanna Skoczeń.

Poprawa sprawności i wydajności pracowników to tylko jedna z całej listy zalet programów motywacyjnych. Wspólne treningi mogą znacząco polepszyć atmosferę pracy i zacieśnić więzy wśród członków zespołu. Poza stosunkami zawodowymi pracownicy mogą nawiązać nowe przyjaźnie i znaleźć porozumienie nie tylko na szczeblu formalnym.