Dariusz Łomowski, zastępca dyrektora departamentu Inspekcji Handlowej w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów
Gwiazdki to nie wszystko – rezerwując miejsce noclegowe, turyści powinni pamiętać o tym, że system ocen jest różny w różnych krajach. Eksperci radzą, by w Polsce unikać obiektów typu hoteliki, pensjonaciki czy moteluksy – w prawie nie ma bowiem określonych kryteriów, które muszą one spełniać.
Organizując wyjazd bez pomocy biura podróży, należy dokładnie sprawdzić ofertę wybranego miejsca noclegowego. O standardzie hoteli, moteli, pensjonatów, kempingów i pól biwakowych turystów informują gwiazdki, natomiast jakość schronisk, także młodzieżowych, i domów wycieczkowych określają cyfry rzymskie. Warto jednak pamiętać o tym, że w każdym kraju wymagania, którym muszą sprostać hotele lub pensjonaty, są inne.
– System gwiazdek i kategorii, jaki mamy w kraju, jest właściwy tylko dla polskich obiektów. W każdym innym kraju oznaczenia gwiazdkami są inne. We Włoszech kategoryzacja jest w relacji do polskiej nieco zaniżona, więc tam hotele 5-gwiazdkowe są takie jak u nas 3-gwiazdkowe. Natomiast są kraje, gdzie to wahadło idzie w drugą stronę – mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Łomowski, zastępca dyrektora departamentu Inspekcji Handlowej w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Zgodnie z wymogami prawa w hotelach i motelach powyżej dwóch gwiazdek w każdym pokoju musi znajdować się łazienka. Tylko cztero- i pięciogwiazdkowe hotele oraz wszystkie motele muszą zapewnić klientowi parking strzeżony, garaż strzeżony bądź strzeżone miejsce parkingowe. Podstawowe wymogi dla wszystkich kempingów to całodobowy dozór i urządzenia sanitarne zlokalizowane nie dalej niż 100 m od miejsca noclegu. Dodatkowo w kempingu czterogwiazdkowym musi znajdować się jeden natrysk z ciepłą wodą na 50 osób, dostępny całą dobę.
– W Polsce przyjmuje się, że hotele, motele, pensjonaty i domy wypoczynkowe – te wszystkie obiekty grupowane pod nazwą obiekty hotelarskie – muszą mieć określony standard. Jest specyficzne rozporządzenie na ten temat, gdzie wskazuje się, że np. minimalna wielkość pokoju w hotelu 1-gwiazdkowym to 10 mkw. Wszystkie hotele 1-gwiazdkowe w Polsce powinny tego rodzaju standard spełniać. Jeżeli go nie spełniają, wówczas nie mają prawa nazywać się hotelami 1-gwiazdkowymi – mówi Dariusz Łomowski.
Powierzchnia pokoju dwuosobowego w hotelu 5-gwiazdkowym to minimum 18 mkw., a łóżko dwuosobowe powinno mieć wymiary przynajmniej 140×200 cm. W pokoju musi znajdować się szafa, co najmniej dwa fotele lub kanapa, lampka nocna, a nawet szklanki. W hotelach, motelach i pensjonatach 5-, 4- i 3-gwiazdkowych musi też być akceptowana płatność kartą płatniczą.
Na rynku istnieją jednak także tzw. inne obiekty hotelarskie. Nie muszą one spełniać określonych w przepisach wymagań, a jedynie minimalne warunki, np. muszą posiadać łazienkę, choć niekoniecznie zlokalizowaną w pokoju. Tego typu miejsca noclegowe mają bardzo często nazwy świadomie wprowadzające klientów w błąd.
– Uwaga do konsumentów, że jeżeli zobaczą nazwy takie, jak hotelik, motelux czy pensjonacik, to już powinni zwrócić na to uwagę. Nazwa hotelik może sugerować, że dany obiekt to po prostu mały hotel, ale zdarza się także, że przedsiębiorcy w ten sposób ukrywają fakt, że ten obiekt nie ma nic wspólnego z hotelem – mówi Dariusz Łomowski.
Turyści przed rezerwacją noclegu mogą sprawdzić wybrane miejsce w specjalnym rejestrze. Zaszeregowania do odpowiedniego rodzaju i kategorii dokonuje marszałek danego województwa, który również sprawdza, czy przedsiębiorcy przestrzegają określonych wymagań.
Jeśli standard w obiekcie hotelarskim odbiega od zamówionego, to klient ma prawo złożyć reklamację. Jeżeli właściciel obiektu nie naprawi uchybienia w określonym czasie, turysta może domagać się zmniejszenia ceny za wynajęcie, a nawet może odstąpić od umowy.
Joanna Stopyra z firmy Beauty Management PR & Marketing to Women
Kobiety zarabiają coraz więcej i coraz chętniej robią zakupy w branżach dotąd postrzeganych jako męskie, czyli w motoryzacji, nieruchomościach oraz finansach. Współczesna kobieta często odpowiada za większość wydatków w rodzinie. Z kolei mężczyźni coraz lepiej radzą w branżach typowo kobiecych, czyli modzie i kosmetykach. Zmiany w zwyczajach zakupowych powinni brać pod uwagę reklamodawcy.
– Preferencje zakupowe Polek i Polaków bardzo się zmieniają – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Stopyra z firmy Beauty Management PR & Marketing to Women. – Trend jest taki, że kobiety ze swoim portfelem wchodzą w branże stereotypowo uznane za męskie, czyli motoryzację czy elektronikę. Z kolei panowie coraz większy mają udział na rynkach uznawanych za kobiece, czyli modzie, kosmetykach, kuchni oraz produktach dla dzieci.
Według raportu „Gender Factor. Męskie branże w kobiecych rękach” współczesny młody mężczyzna w wieku 25-34 lata to modny wrażliwiec, który coraz większą wagę przywiązuje do tego, jak wygląda i co kupuje. Bardzo często podejmuje decyzje zakupowe podobnie jak kobieta, czyli pod wpływem impulsu, mody i trendów. Natomiast konsumentka z tej samej grupy wiekowej to Zosia Samosia, która coraz więcej zarabia, zdobywa wykształcenie i decyduje o wydatkach w rodzinie.
Jak twierdzą autorzy raportu, siłę zakupową młodych kobiet można określić paliwem napędowym współczesnej gospodarki. Zwłaszcza że w Polsce rośnie liczba samotnych matek oraz kobiet, które są żywicielkami rodziny. Według Głównego Urzędu Statystycznego obecnie 4,5 mln pań odgrywa takie role, czyli prawie ćwierć miliona więcej niż przed czterema laty.
– Współczesna Polka to też kobieta, która stawia na edukację. A ciągła edukacja wraz z coraz większymi zarobkami zwiększają siłę zakupową kobiet na przyszłość – mówi Stopyra.
Ogólnie najwięcej zakupów dokonują kobiety w wieku od 25 do 34 lat oraz po 55. roku życia. Wspólnym ich mianownikiem jest to, że mają przestrzeń, żeby realizować swoje pragnienia i potrzeby. Współczesna, statystyczna Polka rodzi pierwsze dziecko między 27 a 29. rokiem życia. Do tego czasu zarobione pieniądze może przeznaczać wyłącznie na siebie. Jedna czwarta przy tym otrzymuje dodatkowe środki od rodziny przed ukończeniem 26 lat. Kobiety z pokolenia 55+ natomiast odchowały już dzieci, a tym samym zakończyły proces ich finansowania i również więcej pieniędzy mogą już przeznaczać na własne potrzeby.
– To, że płeć żeńska jawi się jako rosnąca siła zakupowa, jest trendem globalnym – twierdzi Joanna Stopyra. – To oznacza, że żadna branża, w tym finansowa czy nieruchomościowa, nie powinny dziś tego faktu lekceważyć.
Jak wynika z raportu, przedstawiciele obu płci uważają, że ich wizerunek w reklamach jest oparty na stereotypach. Do konsumentek nie przemawia komunikacja produktów finansowych (32 proc.), nieruchomości (29 proc.), ubezpieczeń (28 proc.), alkoholi (24 proc.) i erotyki (28 proc.). Co ciekawe, na branżę motoryzacyjną wskazało tylko 19 proc. kobiet, co przy innych wynikach jest wskaźnikiem niskim jak na sektor uznawany za typowo męski.
– Na przestrzeni ostatnich lat sektor motoryzacyjny odrobił lekcję i coraz więcej skutecznych kampanii reklamowych kieruje również do kobiet – ocenia Joanna Stopyra. – Znacznie gorzej pod tym względem wypadają finanse, nieruchomości czy ubezpieczenia. To branże najczęściej wskazywane są przez kobiety jako te, których komunikacja do nich nie przemawia.
Z kolei branżą, której komunikacja w największym stopniu nie odnosi się do mężczyzn, są produkty dla dzieci (24 proc.).
Wśród najważniejszych czynników wpływających na wybory konsumenckie kobiety zaliczają kolejno cenę, jakość oraz wartości reprezentowane przez markę. Zaś dla mężczyzn na pierwszym miejscu jest jakość, potem cena, a na trzecim – rozpoznawalność logotypu.
Według autorów raportu płeć różnicuje także stosunek do zakupów. Dla kobiet zdecydowanie częściej jest to przyjemność, dla mężczyzn – raczej zadanie i obowiązek. Duża grupa konsumentów obu płci uznaje przy tym zakupy za coś w rodzaju polowania, ale w grupie męskiej to młodzi panowie w wieku od 18 do 24 lat znacznie zawyżają ten wynik. Oznacza to, jak tłumaczą analitycy, że mężczyźni stają się coraz bardziej wrażliwi na wszelkiego rodzaju promocje, kupony, rabaty czy oferty specjalne.
Atrakcyjne ceny, bezpieczeństwo i szybkość transakcji — tego od kantorów internetowych oczekują konsumenci. A na co najczęściej narzekają? Serwis Opineo sprawdził, jak po pięciu latach obecności na polskim rynku, internetowe platformy wymiany walut są oceniane przez klientów. Poddał analizie opinie o e-kantorach i spytał konsumentów, co jest dla nich ważne.
Kantory internetowe poprawiły jakość naszego życia: turyści z ich pomocą zaopatrują się w walutę potrzebną na wyjazd; kredytobiorcy zadłużeni w obcych walutach mogą dzięki nim znacznie obniżyć wysokość rat; przedsiębiorcy, którzy prowadzą działalność eksportową lub importową, za pomocą kantorów szybko i sprawnie realizują transakcje z zagranicznymi kontrahentami. Kantory internetowe to wygodna, tania i bezpieczna alternatywa dla tradycyjnej wymiany walut.
Niemniej jednak powierzenie dużej ilości pieniędzy instytucji pozabankowej w wielu konsumentach budzi niepokój. Zanim zdecydują się oni na korzystanie z usług e-kantoru, dokładnie go sprawdzają. Ankieta przeprowadzona przez serwis Opineo w marcu 2015 na grupie 2,5 tysiąca użytkowników e-kantorów pokazuje, że 38% respondentów, sprawdzając wiarygodność e-kantoru, w pierwszej kolejności szuka o nim opinii. Co trzeci ankietowany przynajmniej raz zrezygnował z usług kantoru internetowego, gdy poznał negatywne opinie na jego temat.
Analiza opinii o e-kantorach
Jak się jednak okazuje, klienci częściej polecają innym użytkownikom kantor internetowy, niż odradzają. Tych negatywnych komentarzy konsumenckich jest znacznie mniej — na korzyść pozytywnych.
— Z analizy pół miliona opinii o kantorach internetowych wyłania się bardzo dobra ocena. Ponad 90% użytkowników Opineo oceniających e-kantory deklaruje, że poleciłoby ich usługi swoim znajomym. To bardzo dużo, zważywszy, że rekomendacja w świecie e-commerce jest jak wirtualna waluta, za którą można kupić pierwszą wizytę klienta — mówi Paweł Kucharzak, prezes zarządu Opineo.
Kantory internetowe nie tylko muszą zdobyć klienta, ale też go zatrzymać. Mają wszelkie predyspozycje do tego, by taką lojalność budować. Zadowolony użytkownik niechętnie zmienia wypróbowaną platformę wymiany walut, na której jest zarejestrowany, udostępnił swoje dane, zna jej pełną funkcjonalność oraz warunki współpracy. Dodatkowym wabikiem są oczywiście wszelkie programy lojalnościowe i zniżki, które jeszcze bardziej motywują klienta do powrotu.
Klienci nie tylko polecają kantory internetowe, ale też są skłonni wybaczyć im drobne przewinienia. Sporo, bo aż 60% klientów nigdy nie doświadczyło niedogodności ze strony e-kantoru, twierdząc, że kantory internetowe działają raczej sprawnie i fachowo. Jednocześnie 28% użytkowników przepytanych przez Opineo potwierdza, że niedogodności się zdarzają, ale w ramach rekompensaty oczekują oni od kantoru internetowego rabatu na kolejne usługi, co oznacza, że nie zrażają się do e-kantoru, tylko są gotowi mu wybaczyć i nadal korzystać z jego usług.
Plusy i minusy
Jak pokazują pozytywne opinie, klientów przyciąga wygoda, funkcjonalność, oszczędności, możliwość samodzielnego decydowania o swoich finansach itd. Kantory też bardzo dobrze radzą sobie z obsługą klienta.
Ponadto, wymiana wysokich kwot pieniędzy jest bezpieczniejsza niż wizyta w kantorze stacjonarnym (pod warunkiem, że wszystkie operacje elektroniczne odbywają się w szyfrowanych połączeniach), bo nie trzeba nosić przy sobie sporej ilości gotówki.
Wyraźnie chwalone są te kantory internetowe, które mają konta w wielu bankach i które nie pobierają dodatkowych opłat.
Wśród opinii zdarzają się też negatywne oceny. Dotyczą głównie wysokości kursów, które mogłyby być bardziej atrakcyjne lub które powinny być gwarantowane. Wadą wielu kantorów internetowych, według konsumentów, jest brak całodobowej obsługi — infolinia i obsługa kantoru odbywa się tylko w dni robocze (nie wszystkie kantory internetowe umożliwiają transakcje 24h). Do minusów klienci zaliczają też zbyt długie oczekiwanie na zaksięgowanie kwoty (czas realizacji transakcji jest indywidualnie przypisany do każdej wymiany, zależy on przede wszystkim od tego, w ramach jakiego banku jest ona przeprowadzana).
W swoich opiniach konsumenci narzekają na problemy techniczne lub zwracają uwagę na złą konstrukcję samego serwisu (brak intuicyjności itp.). Doceniają jednak fakt, że w razie wątpliwości — w porę otrzymują od kantoru internetowego rzeczową informację, wskazówkę.
Przykładowe opinie:
dobre kursy i b. szybka wymiana – w ciągu pół godziny franki były na moim koncie. Preferuję ten kantor również ze względu na fakt, iż nie trzeba mieć środków na koncie w Liderwalut.pl, aby wykonać transakcję zakupu waluty (Stan, marzec 2015)*
Profesjonalne podejście do rozmów z Klientem. Obietnice pokrywają się z późniejszą realizacją. Szybka realizacja zleceń. Elastyczna polityka współpracy. POLECAM!!! (Robert, styczeń 2011)*
Do tej pory byłem zadowolony z serwisu. Chciałem jednak skorzystać z serwisu w większym zakresie i tutaj spotkał mnie zawód: 1. Przy wysyłaniu przelewu w walucie do innego banku nie mam możliwości wpisania opisu za co to jest – to jest spore ograniczenie, które coraz bardziej mi doskwiera 2. Przy wysłaniu przelewu w walucie serwis pobrał prowizję, nie informując mnie o tym na ekranie wpisywania kwoty do przelewu. W związku z tym kwota przelewu jest nie taka, jaką chciałem (pomniejszona o prowizję). (mko, grudzień 2014)*
Walka na trzech frontach
Zdaniem Darka Modzelewskiego, członka zarządu Liderwalut.pl, chcąc zachować konkurencyjność, kantory internetowe muszą działać na trzech frontach: rywalizować wewnątrz branży, walczyć z hegemonią banków i mierzyć się z kantorami stacjonarnymi, które próbują swej działalności w sieci. — Branża jest tak dynamiczna, jak dynamiczne są wahania kursów walut. Na rynku pozostaną tylko te kantory, które będą płynnie reagować na wszelkie zmiany. Kluczem do sukcesu jest oferowanie usług szybkich i bezpiecznych, a przy tym prostych i przejrzystych dla klientów, bez haczyków marketingowych — podsumowuje Darek Modzelewski.
Eksperci prognozują, że rynek kantorów internetowych będzie się rozwijał: — Wciąż można jeszcze szacować, że w przyszłości dojdą kolejne podmioty. Można tu zastosować analogię do branży pożyczek pozabankowych: jeszcze kilka lat temu wydawało się, że rynek już się nasycił, tymczasem wchodzą nań nowe firmy — uważa Dominik Balawender z serwisu Inwestycje.pl — Oczywiście coraz bliższa jest sytuacja, w której kantory nie będą mogły się już ścigać na atrakcyjne kursy wymiany, a wówczas klienci zaczną szukać takich, gdzie będzie się liczyć też wartość dodana w postaci atrakcyjnych bonusów lojalnościowych — dodaje.
Obecnie najistotniejsze dla klientów są przede wszystkim: atrakcyjne ceny (31%), bezpieczeństwo (29%) i szybkość transakcji (26%). „Szybkość” jest zresztą tematem co drugiej opinii — w 2014 roku ta kwestia została poruszona przez klientów kantorów internetowych blisko 160 tysięcy razy.
Czas to pieniądz… w obcej walucie
Silna konkurencja ze strony e-kantorów już zmusiła niektóre banki do zmiany praktyk — wiele z nich znacząco zmniejszyło swój spread walutowy. Rywalizację można też zauważyć wśród samych kantorów internetowych, które starają się budować swoją pozycję na rynku nie tylko poprzez sukcesywne zwiększanie zasięgu, ale również urozmaicanie oferty. Systematycznie poszerza się wybór walut znajdujących się w ofercie e-kantorów, zmniejsza się także czas oczekiwania na przelew.
E-kantory chcą być coraz bardziej przyjazne użytkownikom. Zmianom ulega nie tylko szata graficzna serwisów, ale również poszczególne usługi. Dodatkowym udogodnieniem jest np. SMS potwierdzający zawarcie transakcji czy choćby opcja z płaceniem za pomocą kodu QR w aplikacji mobilnej. Wśród innych funkcjonalności warto wymienić możliwość definiowania odbiorcy przelewu i podawania w jego tytule ważnych informacji, jak np. numer faktury. Ogromną oszczędność dają również darmowe przelewy zagraniczne, za które banki wciąż naliczają odczuwalną dla portfela prowizję.
Wydaje się, że największym wyzwaniem, jakie stoi przed rynkiem e-wymiany walut, jest przekonanie do siebie tych konsumentów, którzy wciąż sceptycznie podchodzą do płatności przez Internet. Pomocne w tym są bez wątpienia wiarygodne opinie dotychczasowych klientów, których z roku na rok przybywa i które w przejrzysty sposób obrazują poziom świadczonych usług, obsługę klienta i terminowość realizacji transakcji.
Pełen raport „Kantory internetowe w opinii klientów” dostępny jest na www.opineo.pl
Poprawa sytuacji makroekonomicznej polskiej gospodarki na przestrzeni 2014 roku przełożyła się na ograniczenie liczby upadłości krajowych firm i zahamowanie rosnącego trendu bankructw. Na tle statystyk upadłościowych regionu Europy Środkowo-Wschodniej, Polska wyróżnia się jako jeden z pięciu krajów, gdzie obniżyła się liczba bankructw. Zanotowano tu także jest najniższy wskaźnik upadłości przedsiębiorstw – w zeszłym roku zbankrutowało zaledwie 5 firm na 100 prowadzących działalność gospodarczą. Pomimo szybszego tempa wzrostu gospodarczego i mniejszej liczby upadłości, ich nominalny poziom jest jednak dwukrotnie wyższy niż w przedkryzysowym 2008 roku – powiedział Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej.
Ostatnie lata to burzliwy okres dla przedsiębiorstw w regionie Europy Środkowej i Wschodniej (CEE). Gospodarki stanęły przed spadkiem konsumpcji prywatnej spowodowanym wzrostem bezrobocia i trwającym procesem delewarowania. Wpływ na nie miała także recesja ich głównego partnera handlowego – strefy euro. W 2014 r. sytuacja większości gospodarek w regionie CEE uległa poprawie. Średnie tempo wzrostu PKB zwiększyło się z 1,3 proc. w 2013 r. do 2,5 proc. w 2014 r. Wzrost gospodarczy napędzany był przez popyt wewnętrzny, co jest szczególnie widoczne w odniesieniu do konsumpcji gospodarstw domowych, na którą korzystnie wpływały niższe stopy bezrobocia, rosnące płace i wyższe zaufanie konsumentów. Wiele gospodarek w regionie odnotowało niską inflację, a nawet deflację. Przyczyną tej sytuacji były głównie czynniki zewnętrzne, np. niższe ceny towarów. Lepsze perspektywy gospodarcze doprowadziły do stabilizacji liczby upadłości z niewielkim spadkiem o -0,5 proc. w 2014 r. (w porównaniu z +7 proc. w 2013 r.).
Mimo nieznacznej poprawy, liczba upadłości jest wciąż spora – w zeszłym roku upadłość ogłosiło ponad 65 000 spółek. Wzrost konsumpcji wewnętrznej nie był wystarczającym czynnikiem, aby ograniczyć liczbę bankructw do poziomu sprzed kryzysu. Biorąc pod uwagę prognozowany wzrost PKB na poziomie 2,7 proc., jesteśmy przekonani, że trend spadkowy w zakresie liczby upadłości utrzyma się. Zanim spółki będą mogły w pełni skorzystać z ożywienia gospodarczego upłynie jednak trochę czasu. Odbicie po spadku wymaga dużo dłuższego czasu niż odwrotna zmiana (gwałtowny spadek aktywności gospodarczej na skutek pogorszenia warunków rynkowych) – wyjaśnia Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej.
Zróżnicowana sytuacja w Europie Środkowej i Wschodniej
W poszczególnych gospodarkach regionu CEE obserwuje się różną dynamikę upadłości odpowiadającą sytuacji ekonomicznej. Zdecydowany wzrost liczby upadłości odnotowano w Słowenii i na Węgrzech. Chociaż w 2014 r. Słowenia wykazała konkretną stopę wzrostu PKB na poziomie 2,5 proc., słoweńskie spółki nie stwierdziły wyraźnej poprawy w swojej działalności. Liczba upadłości w tym kraju wzrosła o 44,7 proc., co stanowi najwyższy wskaźnik w całym regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Nieodpowiednie decyzje inwestycyjne, niedostosowanie do obecnych warunków gospodarczych i wysokie zadłużenie spółek były wskazywane najczęściej jako przyczyny upadłości podmiotów. W 2014 r. do znacznego – o 29,4 proc. – wzrostu liczby bankructw na Węgrzech przyczyniło się zmieniające się środowisko prawne.
Serbia i Rumunia odnotowały dużo niższą liczbę upadłości niż w zeszłym roku. Dzięki zmianom serbskiej Ustawy o upadłościach wprowadzonej w sierpniu 2014 r., liczba upadłości spółek w zeszłym roku obniżyła się o 43,8 proc. Stabilna aktywność gospodarcza w Rumunii, wspierana przez wyższą konsumpcję gospodarstw domowych i zwiększone wykorzystanie funduszy unijnych, również przełożyła się na poprawę sytuacji po stronie przedsiębiorstw. Liczba bankructw obniżyła się o 28 proc.
Pozytywna perspektywa: liczba upadłości będzie dalej spadać
Liczba upadłości spółek w regionie Europy Środkowej i Wschodniej będzie w dalszym ciągu poprawiać się, a Coface prognozuje, że na koniec 2015 r. liczba upadłości obniży się o 6 proc. Konsumpcja gospodarstw domowych pozostanie głównym czynnikiem napędowym większości gospodarek. W związku z tym perspektywy sektorów powinny być lepsze, w zależności od popytu ze strony konsumentów.
Jeżeli chodzi o eksport, rosyjskie embargo nałożone w zeszłym roku było istotnym czynnikiem negatywnym, w szczególności dla sektora rolno-spożywczego. Zachęciło ono jednak spółki z Europy Środkowej i Wschodniej do poszukiwania rynków alternatywnych i zaspokajania rosnącego popytu lokalnego. Gospodarki CEE korzystają z wyższych wolumenów handlu zagranicznego ze strefą euro, ponieważ wiele krajów w Europie Zachodniej obserwuje wyraźniejsze sygnały ożywienia.
Właściciele samochodów osobowych, którzy posiadają ubezpieczenie OC w towarzystwie świadczącym usługę bezpośredniej likwidacji szkód (BLS), w sytuacji wystąpienia szkody nie muszą szukać ubezpieczyciela sprawcy. Naprawą samochodu lub wypłatą odszkodowania zajmie się towarzystwo, w którym poszkodowany wykupił OC. Jednak eksperci Gothaer zwracają uwagę, że nie zawsze skorzystanie z BLS jest możliwe. Warto wiedzieć, kiedy to rozwiązanie działa, a kiedy nie.
Do tej pory było tak, że w momencie wystąpienia kolizji drogowej, obowiązkiem poszkodowanego było zgłoszenie szkody rzeczowej do ubezpieczyciela, u którego wykupioną polisę komunikacyjnego OC miał sprawca kolizji. Wraz z wprowadzeniem bezpośredniej likwidacji szkód ten stan rzeczy ulega zmianie. Teraz, w sytuacji wystąpienia zdarzenia drogowego, zamiast szukać zakładu ubezpieczeniowego sprawcy, poszkodowany zostanie kompleksowo obsłużony przez swojego ubezpieczyciela. To on wypłaci mu należne odszkodowanie i przejmie dochodzenie jego zwrotu od towarzystwa ubezpieczeniowego, u którego polisę OC miał wykupioną sprawca.
– BLS ma jednak swoje ograniczenia. W ramach tego rozwiązania można zlikwidować szkody, które łącznie spełniają kilka kryteriów. Brak choćby jednego z nich, uniemożliwia skorzystanie z bezpośredniej likwidacji szkód – podkreśla Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU S.A.
Po pierwsze, nie informujemy ubezpieczyciela sprawcy
Z BLS nie mogą skorzystać osoby, które zgłosiły zdarzenie do towarzystwa ubezpieczeniowego sprawcy. W takiej sytuacji zostanie rozpoczęta standardowa ścieżka likwidacji szkody. Aby móc skorzystać z procesu likwidacji szkody w ramach BLS należy zawiadomić swojego ubezpieczyciela, który przekaże najważniejsze informacje i wskazówki dotyczące dalszego postępowania. On wypłaci nam, jako poszkodowanej osobie, należne odszkodowanie i weźmie na siebie dochodzenie jego zwrotu od towarzystwa ubezpieczeniowego, u którego polisę OC miał wykupioną sprawca.
Po drugie, liczy się zderzenie 2 pojazdów
Z bezpośredniej likwidacji szkód poszkodowany kierowca może skorzystać tylko wtedy, kiedy doszło do zderzenia wyłącznie 2 pojazdów. Ani mniej ani więcej. Ubezpieczyciel nie rozpocznie procedury BLS, jeśli samochód osobowy uległ zniszczeniu na przykład w wyniku uderzenia w przydrożny słup czy drzewo. Kierowca będzie musiał skorzystać z dotychczasowej ścieżki likwidacji szkód, czyli poprzez ubezpieczyciela sprawcy, jeśli jego cztery kółka ucierpiały w kolizji trzech lub więcej samochodów.
Po trzecie, szkoda musi mieć miejsce w Polsce
BLS zadziała wówczas, jeśli do zderzenia dwóch samochodów osobowych doszło na terytorium Polski, a jego uczestnicy posiadają ubezpieczenie krajowe. To oznacza, że szkody u swojego ubezpieczyciela poszkodowany nie zlikwiduje, gdy miał kolizję w Niemczach czy Czechach. Co więcej, jeśli poszkodowany posiada wykupione ubezpieczenie w towarzystwie krajowym, a sprawca w towarzystwie działającym tylko za granicą, nie ma także możliwości skorzystania z tego rozwiązania.
Po czwarte, mienie a nie osoby
BLS dotyczy wyłącznie szkód zaistniałych w pojeździe i w mieniu w nim się znajdującym pod warunkiem, że stanowi ono własność poszkodowanego. Nie ma możliwości dochodzenia zadośćuczynienia za szkody osobowe. W praktyce oznacza to, że odszkodowanie od swojego ubezpieczyciela kierowca może otrzymać na przykład za uszkodzenie samochodu czy też zniszczenie fotelika lub wózka dziecięcego przewożonego w pojeździe, który uległ wypadkowi. Do procedury BLS nie kwalifikują się także zdarzenia, w wyniku których są osoby ranne. W takich sytuacjach szkodę należy zgłosić do zakładu ubezpieczeń sprawcy.
Po piąte, potrzebne oświadczenie lub mandat
Niezależnie, czy mamy do czynienia z bezpośrednią czy też standardową likwidacją szkód, każdy poszkodowany kierowca powinien pamiętać o udokumentowaniu zaistniałej sytuacji. W przypadku BLS, ubezpieczyciel będzie oczekiwał od swojego klienta oświadczenia sporządzonego przez sprawcę zdarzenia. Jeśli natomiast została wezwana policja, która wskazała sprawcę, wówczas wystarczającym jest przekazanie informacji, że sprawca zdarzenia został ukarany mandatem za spowodowanie kolizji.
– Bezpośrednia likwidacja szkód to rozwiązanie bardzo korzystne dla klientów. Osoba ubezpieczona,
w trudnej dla niej sytuacji, jaką jest zaistnienie zdarzenia szkodowego, może skorzystać ze wsparcia firmy, którą zna, i którą sama wybrała. W konsekwencji, oznacza to przede wszystkim uproszczenie procesu likwidacji szkody oraz możliwość docenienia jakości i profesjonalizmu obsługi swojego ubezpieczyciela.. Dlatego mamy nadzieję, że podobnie jak ma to miejsce już od kilkudziesięciu lat w zachodniej części Europy, przy wyborze polisy komunikacyjnej kryterium wyboru będzie nie tylko sama cena, ale także jakość procesu likwidacji szkód – podkreśla Marek Dmytryk z Gothaer TU S.A.
Wraz z nowym budżetem unijnym, rynek budownictwa kolejowego w Polsce staje przed nowymi wyzwaniami. Wprawdzie PKP PLK nie uporały się jeszcze ze wszystkimi projektami z poprzedniego budżetu, jednak nieubłaganie zbliża się moment, w którym trzeba rozpocząć z większą dynamiką akcję przetargową dla inwestycji finansowanych z budżetu 2014-2020.
Według najnowszego raportu firmy badawczej PMR zatytułowanego „Budownictwo kolejowe w Polsce 2015-2020. Inwestycje – Firmy – Statystyki – Prognozy – Ceny”, po dynamicznych wzrostach o blisko jedną trzecią w latach 2013-2014, także w 2015 r. wartość produkcji budowlano-montażowej z tytułu budownictwa kolejowego odnotuje dwucyfrowy wzrost, przekraczając po raz pierwszy wartość 6 mld zł. Jednak w wyniku powolnego rozpoczynania inwestycji z nowego budżetu unijnego, w 2016 r. bardzo prawdopodobne są spadki w tym segmencie budownictwa.
Jak zauważają autorzy raportu, pomimo mających miejsce w minionych latach licznych problemów realizacyjnych, na uwagę zasługuje duży wysiłek jaki spółka PKP PLK włożyła w próby usystematyzowania procesu inwestycyjnego w zakresie swoich obowiązków i kompetencji. Wprowadzono wiele podstawowych zmian, takich jak wcześniejsze przygotowanie oficjalnych planów inwestycji, wzmocnienie nadzoru nad procesem projektowym czy zwiększenie udziału inwestora w procedurach uzyskiwania decyzji administracyjnych.
W rezultacie, w najbliższych latach spora grupa przedsięwzięć będzie polegała na pracach przygotowawczych, co może opóźnić początek realnej realizacji wielu zaplanowanych inwestycji. Wieloletni Program Inwestycji Kolejowych obejmuje aż 32 przedsięwzięcia przygotowawcze.
Są to zadania polegające na opracowaniu studiów wykonalności dla 23 inwestycji, inwentaryzacji środowiskowych (15 inwestycji) czy dokumentacji projektowej (2 przypadki). Wartość tych prac to ponad 500 mln zł, co w późniejszych latach przełoży się na budowy na blisko 7 tys. km tras kolejowych.
Jeśli chodzi o planowane roboty budowlane, plany na lata 2014-2020 zakładają zwiększenie roli inwestycji o charakterze rewitalizacyjnym. Pod kątem ilościowym będzie to najliczniejsza grupa (aż 36 inwestycji), które jednak z uwagi na niższą kapitałochłonność będą odpowiadały za ok. jedną czwartą planowanych wydatków. Projekty te z punktu widzenia organizacyjnego są tańsze i szybsze w realizacji, chociaż ich wymiar rzeczowy nie jest zbyt rozwojowy. Prace tego typu przywracają bowiem sprawność linii, ale nie podnoszą jej pierwotnie zakładanych parametrów technicznych. Jednak w polskiej rzeczywistości, gdzie ogromna liczba tras jest po prostu zdewastowana, nawet takie poważniejsze remonty znacznie poprawią jakość podróżowania.
Projekty rewitalizacyjne pod kątem wartościowym są prawie czterokrotnie tańsze niż projekty modernizacyjne i aż siedmiokrotnie tańsze w odniesieniu do budowy nowej infrastruktury. Dlatego też, dodatkowym aspektem inwestycji rewitalizacyjnych jest aktywizacja większej liczby średniej wielkości firm wykonawczych. W wielu przypadkach firmy te do przetargów rewitalizacyjnych będą mogły stawać jako główni oferenci, a nie tylko jako partnerzy konsorcjów czy podwykonawcy.
Do przedsięwzięć o kluczowym znaczeniu i odpowiednio większych wartościach przygotowują się natomiast większe firmy wykonawcze. Największe fronty robót w najbliższych latach spodziewane są na Mazowszu (11 mld zł) i Śląsku (9,4 mld zł). Natomiast po drugiej stronie skali znajdują się województwa podkarpackie i warmińsko-mazurskie, które w dużej mierze będą korzystać ze specjalnego programu dedykowanemu makroregionowi Polska Wschodnia.
Jak Polacy definiują rozwój osobisty i zawodowy? Jakie działania podejmują dla rozwoju? Benefit Systems przygotował raport poświęcony rozwojowi osobistemu i zawodowemu Polaków.
Zarobki, chociaż już nie wystarczające, nadal są najważniejsze
Choć pojawia się na rynku coraz więcej badań dotyczących oczekiwań pracowników wobec pracodawców, które pokazują, że pensja to nie wszystko – liczą się dodatkowe benefity, dla większości badanych najważniejszymi aspektami pracy zawodowej okazały się zarobki (45%) oraz atmosfera (32%). Szczególnie ważne są te aspekty dla młodych Polaków w wieku do 34 lat. W dalszej kolejności badani wymieniali rzetelność i profesjonalizm (28%) oraz dogodne godziny pracy (13%). Rozwój zawodowy wymienia jedynie 4% ogółu badanych – 1% mieszkańców wsi, ale już 13% mieszkańców największych miast. Dla osób w wieku 18-24 lata bardzo ważne jest również podejście przełożonego – wskazuje na nie aż 35% badanych z tego przedziału, podczas gdy jedynie 12% ogółu Polaków uważa ten aspekt za ważny.
Badanie pokazało, że rozwój zawodowy to dla Polaków przede wszystkim podnoszenie kwalifikacji oraz zdobywanie nowych umiejętności – tak wskazało aż 63% badanych, w dalszej kolejności wymieniany był również awans – 21% oraz zdobywanie dodatkowych przywilejów w pracy – 18%. Blisko połowa Polaków (43%) nie podjęła w ciągu ostatniego roku żadnych działań na rzecz rozwoju umiejętności potrzebnych w pracy zawodowej.
W życiu osobistym liczą się rodzina, dzieci i związek
W życiu pozazawodowym zdecydowanie najważniejsze dla Polaków są rodzina, dzieci, związek – spontanicznie wymienia je 72% badanych. Co trzecia osoba w tym kontekście wymienia także odpoczynek, zainteresowania i hobby, a także zdrowie. Dla mieszkańców głównych miast oraz osób pracujących w firmach 10+ kwestie relacji rodzinnych oraz odpoczynku są szczególnie istotne. Rozwój osobisty jako ważny aspekt życia pozazawodowego wymienia 4% badanych, a wśród najmłodszych (do 24 r.ż.) nawet 18%.
Rozwój osobisty nie ma jednoznacznej definicji – spontanicznie badani wymieniają wiele określeń, a co trzecia osoba w ogóle nie potrafi określić, czym jest dla niej rozwój osobisty. Najczęstsze definicje rozwoju osobistego to zdobywanie nowych umiejętności (23%), realizowanie marzeń i celów (17%) czy dbanie o relacje z innymi ludźmi i dbanie o rodzinę (po 12%). Co trzeci Polak nie podjął w ciągu ostatniego roku działań na rzecz swojego rozwoju osobistego. Wśród najczęściej wymienianych aktywności znalazły się aktywności sportowe oraz czytanie książek i różnego rodzaju kursy i szkolenia.
Co jest ważniejsze – rozwój osobisty czy zawodowy?
Większość Polaków przyznaje, że obie sfery rozwoju są dla nich ważne (59%), dla co trzeciego (34%) ważniejsza jest sfera osobista, a jedynie dla 5% – zawodowa. Rodzina i przyjaciele to główne osoby wspierające Polaków w rozwoju – 87% badanych wymienia ich wśród najważniejszych osób, szczególnie wsparcie ze strony rodziny dostrzegają kobiety. Głównymi utrudnieniami w rozwoju, jakie spontanicznie wymieniają badani, są brak pieniędzy (18%) i brak czasu (14%).
Zdecydowana większość Polaków przyznaje, że rozwijają się po to, aby być lepszymi ludźmi (82%) oraz aby być coraz lepszymi w tym, co robią (77%). Większość jest też zdania, że rozwój wymaga dużo samodyscypliny (76%), ale z drugiej strony traktują rozwój jako przyjemność (76%). Młodzi są nieco bardziej idealistyczni w swoim podejściu do rozwoju – częściej deklarują rozwój po, to aby się doskonalić (92%), z kolei osoby w wieku 44-59 częściej przyznają, że odczuwają presję na rozwój zawodowy (33%), a osoby w wieku 35-44 lata częściej są zdania, że rozwój wymaga dużych pieniędzy (39%).
Różne pokolenia – rożne nastawienie
Na rynku pracy pojawiają się przedstawiciele kolejnych pokoleń, których podejście do pracy, rozwoju oraz życia, a także oczekiwania różnią się diametralnie od podejścia ich starszych współpracowników. To wielkie wyzwanie dla pracodawców i działów HR, by dostosować politykę firmy do coraz większej różnorodności.
– Młodsze pokolenia zwracają większą uwagę na takie sprawy jak podejście przełożonego, czy dogodne godziny pracy. Dla nich także ważniejsza jest atmosfera. Nie dziwią zatem zmiany, które wprowadzają pracodawcy w swoich firmach – większe nastawienie na rozwój, atmosferę, zdrowie pracowników, ciekawe i inspirujące benefity, pokoje relaksu czy drzemki w pracy – mówi Izabela Pipka, Dyrektor HR w Benefit Systems.
Z badania „Polacy a rozwój” wynika, że dla osób powyżej 45 r.ż. ważne jest wynagrodzenie (38%) oraz rzetelność i profesjonalizm (32%). Dla przedstawicieli pokolenia X (wiek 35+) liczą się zarobki (47%), atmosfera (36%) oraz rzetelność i profesjonalizm (31%). Największe różnice widać w podejściu najmłodszego pokolenia pracowników. Badani w wieku 18-24 lata doceniają przede wszystkim zarobki (60%), atmosferę (50%) i podejście przełożonego (35%), a w wieku 25-34 lat – zarobki (46%), atmosfera (41%) i… dogodne godziny pracy (23%).
Rynek gier w końcu przestaje kojarzyć się z domeną „dziecinnej rozrywki”. Wirtualny świat stopniowo przeistacza się w pole całkiem realnej biznesowej walki o gracza-klienta. W siłę rośnie dziś zwłaszcza segment gier mobilnych, dla którego ten rok będzie przełomowy. Według analiz Newzoo rynek gier mobilnych wygeneruje około 30,3 mld USD przychodów. To o ponad 5 mld USD więcej niż w ubiegłym roku. Oznacza to, że produkcje mobilne wyprzedzą nawet rynek gier konsolowych i staną się najbardziej dochodowym segmentem rynku gamingowego na świecie. W Polsce gra w nie ponad połowa użytkowników Facebooka.
– Ciekawostką jest, że za ponad 90 proc. przychodów z gier mobilnych odpowiadają gry w modelu freemium. Są one dostępne do pobrania za darmo, ale zarabiają na siebie poprzez dodatkowo płatne pakiety (add-ons) rozbudowujące rozgrywkę lub poprzez dyskretne, spersonalizowane reklamy, wyświetlane użytkownikom poza obszarem gry – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, szef największej platformy Big Data w Polsce i firmy dostarczającej narzędzia do personalizowania reklam w Sieci – Według danych eMarketera przychody z takich reklam wyświetlanych graczom z USA podczas rozgrywki w ubiegłym roku wyniosły 373 mln USD. W tym roku mają już osiągnąć poziom 478 mln USD, stanowiąc tym samym ponad 17 proc. całości przychodów w tej branży. Rynek reklam mobilnych już dziś stanowi ¼ globalnego rynku reklamowy digitalowej – dodaje Piotr Prajsnar.
Prawdziwym Eldorado dla wydawców gier mobilnych są dziś rynki Azji Południowo-Wschodniej. Prym wiodą tu Chiny z imponującym wzrostem szacowanym przez Newzoo na poziomie +86 proc. Jak podaje App Annie aktualnie to właśnie gracze z Państwa Środka są największą globalną „pobieralnią gier” z App Store. Na początku tego roku wyprzedzili graczy z USA. Sęk w tym, że raptem 8 proc. gier w Chinach udaje się zmonetyzować, czyli wygenerować z nich dochód. Właśnie dlatego to wciąż rynek północno-amerykański pozostaje główną żyłą złota – z roku na rok jego wartość rośnie o 51 proc., a w gry mobilne według eMarketera gra tu co drugi posiadacz smartfona. Bardzo dobrze wypada także rynek Europy Wschodniej, który rok do roku powiększa swoją wartość o 47 proc.
Również Polacy pokochali gry mobilne. Jak wynika z badania Catvertiser.com ponad połowa użytkowników polskiej odsłony Facebooka (7,8 mln osób) to zapaleni gracze. A raczej: graczki, ponieważ nieco ponad 51 proc., czyli około 4 mln użytkowniczek, stanowią właśnie kobiety. Tylko w ciągu ostatniego tygodnia grami umilało sobie czas ponad 1,8 mln fejsbukowiczów znad Wisły.
– Warto podkreślić, że nie jesteśmy wyłącznie konsumentami cyfrowej rozrywki, lecz także jej twórcami. Najświeższym przykładem jest choćby nasza pierwsza gra mobilna Bouncing Ball. W pierwsze trzy tygodnie po debiucie na App Store skacząca kulka zanotowała ponad 3,5 mln pobrań na systemy iOS, bijąc na głowę konkurencyjne produkcje i stając się numerem 1. na rynku w USA. Apple umieścił naszą grę w zakładce „polecane” („Featured by Apple”) – mówi Piotr Prajsnar, szef Cloud Technologies.
Na grach zarabiają nie tylko deweloperzy. O tym, że gracze mobilni to kopalnia biznesowych diamentów wiedzą już marketingowcy. Użytkownicy mobilni są głównymi generatorami danych. Warte odnotować, że są to dane znacznie bardziej wartościowe i precyzyjne, niż dane „stacjonarne”. Dlatego gracze stają się coraz ważniejszą grupą dla biznesu reklamowego, ponieważ to oni są głównymi generatorami Big Data na urządzeniach mobilnych. Przeanalizowanie tych danych pozwoli na lepsze dopasowanie reklam w Sieci i na smartfonach.
– Dziennie użytkownicy smartfonów generują już około 5,2 PB (Petabajtów) danych. Dlatego trafnie powiadają w IBM: „Mobile to nie urządzenie – mobile to dane (data)”. Lawinowo rosnąca ilość Big Data generowanych przez posiadaczy smartfonów, w tym zwłaszcza graczy, staje się wyzwaniem dla analityków internetowych oraz badaczy danych, którzy będą musieli znaleźć sposób na ich analizę i powiązanie, tak aby zyskały one biznesową wartość. Dla użytkowników najbardziej odczuwalnym skutkiem analizy mobilnego Big Data, będą lepiej spersonalizowane reklamy na naszych smartfonach – mówi Piotr Prajsnar.
– Cyfrowe, anonimowe ślady, pozostawione przez graczy w sieci, są cenne przede wszystkim dla mobilnych reklamodawców. Dzięki analizie danych mogą oni rozeznać się w kwestii preferencji graczy, a tym samym skierować do nich komunikat skrojony na miarę ich potrzeb – dodaje Łukasz Kapuśniak, Chief Big Data Officer w Cloud Technologies. Warszawska spółka opracowała największy w tej części Europy silnik behawioralny, dzięki któremu internautom wyświetlają się spersonalizowane reklamy.
Biznes ma o co walczyć: aż 58 proc. konsumentów deklaruje, że reklamy na urządzeniach mobilnych kompletnie rozmijają się z ich zainteresowaniami i o wiele bardziej przychylnie patrzyliby na oferty spersonalizowane. Statystyki pokazują jak na dłoni, że rynek gier mobilnych to dziś nie tylko żyła złota dla producentów gier, lecz także żyła Big Data dla badaczy danych. Te dwa obszary idą ze sobą w parze. Biznes nie będzie wiec czekał na czerwoną kartę od graczy, na mobilne „Game Over”, lecz włączy się do gry, ponieważ jej stawka jest naprawdę wysoka.
Newsweek opublikował coroczny ranking 500 najbardziej ekologicznych globalnych przedsiębiorstw. Na liście znalazło się 13 producentów samochodów. BMW, Toyota i Daimler zmieściły się w pierwszej setce.
Newsweek we współpracy z Corporate Knights Capital i HIP Investor ocenili największe przedsiębiorstwa na świecie wg Bloomberga pod kątem wpływu ich działalności na środowisko. W raporcie wzięto pod uwagę 8 czynników, m.in. zużycie energii, emisję gazów cieplarnianych, zużycie wody, produkcję odpadów oraz udział w ogólnej działalności firmy produktów i usług, które mają pozytywny wpływ na środowisko i na zdrowie publiczne.
Najbardziej ekologicznym producentem samochodów okazało się BMW, choć w rankingu ogólnym spadło z 16 na 26 pozycję. Największy wzrost zanotowała Toyota (skok o 57 pozycji na 35. miejsce w rankingu ogólnym), która prześcignęła Daimlera i zajęła 2. miejsce w branży. Toyota została doceniona m.in. za wprowadzenie na rynek Mirai — pierwszego seryjnego modelu na wodorowe ogniwa paliwowe, który emituje wyłącznie wodę. Swoją pozycję w rankingu poprawiły również General Motors i Honda.
W rankingu zadebiutowała Tesla, która zajęła 431. miejsce wśród wszystkich przedsiębiorstw i 12. pozycję wśród firm motoryzacyjnych. Amerykański producent aut elektrycznych zastąpił w zestawieniu branżowym Renault, który znalazł się poza listą 500. W 2014 roku francuski producent zajmował 131 pozycję, zatem w tym roku zanotował spadek o co najmniej 370 miejsc.
Już 1 lipca do sprzedaży wejdzie subfundusz realizujący strategię asset allocation, tj. aktywnej alokacji aktywów – UniDynamiczna Alokacja Aktywów. Nowy produkt to jednak dopiero początek rozbudowy działu Union Investment TFI odpowiadającego za inwestycje globalne. Kompetencja asset allocation będzie wykorzystywana również do rozwoju usługi asset management i doradztwa inwestycyjnego.
W ostatnich latach fundusze inwestycyjne o strategii asset allocation zdobywają na świecie coraz większą popularność. Dla przykładu, Grupa Union Investment, jako jeden z liderów tego segmentu w Niemczech, wdrożyła paletę tego typu rozwiązań już w 2010 r. Od tamtej pory fundusze te zdobyły zaufanie ponad 200 000 klientów, którzy ulokowali w nich ponad 8,3 mld euro, czyli w przeliczeniu ok. 34 mld złotych. Trend na inwestowanie na światowych rynkach jest coraz bardziej widoczny również w Polsce. W kwietniu tego roku dział asset allocation utworzyło Union Investment TFI. Nad jego rozwojem czuwa doświadczony zarządzający – Radosław Piotrowski.
Czym jest asset allocation? – To strategia zakładająca lokowanie kapitału na wybranych globalnych rynkach finansowych, przy wykorzystaniu klasycznych, jak i alternatywnych klas aktywów. Jest to proces dynamiczny, w którym proporcje wybranych klas aktywów i konkretnych rynków w portfelu są dostosowywane w zależności od zmieniających się warunków i perspektyw dla tych klas i rynków. Nowa kompetencja będzie podstawą dla nowej grupy funduszy inwestycyjnych oraz zostanie wykorzystana do rozwoju usług zarządzania aktywami i doradztwa inwestycyjnego w naszym TFI – mówi Waldemar Wołos, dyrektor Departamentu Rozwoju Nowych Produktów Union Investment TFI.
Komórka asset allocation będzie sukcesywnie rozwijana i powiększana o nowych ekspertów. Już w lipcu dołączy do niej osoba odpowiedzialna m.in. za doradztwo inwestycyjne i asset management. W procesie inwestycyjnym czynny udział będą miały również pozostałe zespoły zarządzających Union Investment TFI: akcyjny, dłużny oraz ilościowy. W ramach wymiany doświadczeń, nowy dział inwestujący na globalnych rynkach skorzysta też z wiedzy spółki-matki z Frankfurtu.
Światowe rynki w jednym funduszu
Subfundusz UniDynamiczna Alokacja Aktywów (UniFundusze SFIO) to otwarty globalny fundusz aktywnej alokacji aktywów stosujący limity inwestycyjne FIZ. Jego model inwestycyjny opiera się w minimum 70% na tradycyjnych (akcje, obligacje) i alternatywnych (towary, waluty) klasach aktywów. Część portfela mogą stanowić tzw. pomysły inwestycyjne.
– Poprzez pomysły inwestycyjne, wyróżniające subfundusz UniDynamiczna Alokacja Aktywów na tle rynku, rozumiemy nadzwyczajne okazje rynkowe o charakterze market neutral, pozwalające na wypracowanie dodatkowego zysku. Przykładowo może to być jednoczesne zajęcie długiej pozycji na koszyku spółek korzystających na osłabieniu się euro i zajęcie krótkiej pozycji na indeksie STOXX Euro 600 – wyjaśnia Radosław Piotrowski.
Warto podkreślić, że portfel subfunduszu nie będzie opierał się na selekcji pojedynczych spółek czy instrumentów finansowych. – Głównym filarem polityki inwestycyjnej jest alokacja taktyczna polegająca na przeważaniu względem ustalonego wzorca (tzw. alokacji strategicznej/modelowej) konkretnych klas i subklas aktywów w ujęciu geograficznym lub sektorowym, które naszym zdaniem w danym momencie oferują najwyższy potencjał zysku – mówi Radosław Piotrowski.
Dodatkowo, jako że subfundusz UniDynamiczna Alokacja Aktywów nie posiada benchmarku, bardzo istotną rolę w modelu inwestycyjnym odgrywa kontrola ryzyka.
– Ryzyko będzie kontrolowane, m.in., poprzez pomiar wartości zagrożonej (ang. VaR – Value at Risk) i obliczane oddzielnie dla konkretnych klas aktywów, pomysłów inwestycyjnych oraz całego portfela – wyjaśnia Waldemar Wołos.
Pod względem zyskowności, celem jest wypracowywanie w założonym, 5-letnim, horyzoncie inwestycyjnym dodatniej średniorocznej stopy zwrotu.
– Chcemy, by średnioroczna stopa zwrotu we wspomnianym okresie nie była niższa niż dwukrotność stawki WIBID, ale naszym celem inwestycyjnym jest czterokrotność tej stawki – mówi Radosław Piotrowski.
Subfundusz UniDynamiczna Alokacja Aktywów wchodzi do sprzedaży 1 lipca. Minimalna pierwsza wpłata to równowartość w PLN 40 000 EUR dla osób fizycznych i 1000 PLN dla osób prawnych.
Dla kogo jest przeznaczony ten produkt?
Pod względem poziomu ryzyka, subfundusz UniDynamiczna Alokacja Aktywów plasuje się pomiędzy funduszami zrównoważonymi a akcyjnymi. Polecany jest inwestorom o co najmniej 5-letnim horyzoncie inwestycyjnym, którzy poszukują alternatywy dla klasycznych klas aktywów, a jednocześnie chcą wykorzystać potencjał najbardziej perspektywicznych światowych rynków.
– Nasza nowa propozycja oferuje inwestorom potencjał wielu klas aktywów, które mają najlepsze perspektywy zysku oraz pełną dywersyfikację portfela. Wyróżnikiem subfunduszu na tle tradycyjnych rozwiązań są „pomysły inwestycyjne“, dzięki którym inwestor ma szanse na dodatkowy zysk. Niezwykle istotne jest również zespołowe podejście do zarządzania portfelem, jako że udział wszystkich działów zarządzania zwiększa pewność i trafność podejmowanych decyzji – dodaje Waldemar Wołos.
Firmy, w których władza dzielona jest między mężczyzn a kobiety, dużo lepiej radzą sobie na rynku w sytuacjach kryzysowych i odnotowują większe zyski. W Polsce nadal trzymamy się jednak kurczowo stereotypów i panie starające się osiągnąć wysoką pozycję zawodową są dyskryminowane.
„Kobiety, wbrew powszechnej opinii, doskonale radzą sobie na stanowiskach kierowniczych” – mówi serwisowi infoWire.pl Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania Małgorzata Fuszara. „Umiejętność motywowania, zdolność myślenia strategicznego i koncepcyjnego czy łatwość komunikowania się z ludźmi to atrybuty, którymi panie górują nad panami” – dodaje.
Kobiety zazwyczaj są szefami w małym oraz średnim biznesie – w korporacjach jest już gorzej. A przecież bazowanie wyłącznie na intuicji i umiejętnościach mężczyzn często skutkuje tym, że wdrożone przez firmę rozwiązania nie odpowiadają potrzebom klientów.
Doskonałym pomysłem może okazać się wprowadzenie w Polsce systemu kwotowego. „Stosują go np. Norwegowie, którzy przygotowują panie do zajmowania wysokich stanowisk z taką samą dbałością, z jaką niegdyś przygotowywali wyłącznie panów. Celem jest zrównanie szans” – zaznacza rozmówczyni. Na końcu widać, kto faktycznie ma pożądane kompetencje i najlepiej sprawdzi się na danym stanowisku.
Co najmniej 29 ważnych inwestycji, które miały być gotowe na Euro 2012, cały czas jeszcze powstaje albo ich budowa nie ruszyła – wynika z raportu Money.pl. Nawet rezerwowy Stadion Śląski w Chorzowie nadal nie jest oddany do użytku. Podobnie jest z autostradami A1 czy A4.
8 czerwca mijają trzy lata od pierwszego dnia Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Impreza udała się pod względem organizacyjnym, nieco gorzej wypadła nasza reprezentacja. Jednak mistrzostwa nadal trwają – przynajmniej, jeśli chodzi o ich infrastrukturalną część. Jak ustalił portal Money.pl, z planów snutych w rządowych rozporządzeniach, samorządowych koncepcjach i dokumentach spółki PL.2012 wynika, że cały czas nie dokończono blisko 30 inwestycji.
Na liście jest m.in. słynne rondo Kaponiera w Poznaniu, z którego w Wielkopolsce śmieją się, że jego remont trwa dłużej niż II wojna światowa czy budowana blisko siódmy rok autostrada A4. Ta ostatnia inwestycja oddana ma być jednak „już” w połowie przyszłego roku. Dzięki temu autostradą będzie można przejechać od granicy z Niemcami aż do Ukrainy, z którą organizowaliśmy mistrzostwa.
Co jeszcze buduje się na Euro 2012?
inwestycja
rozpoczęcie prac
planowany koniec
Koszt (mln zł)
1
Stadiony Śląski w Chorzowie
luty, 2009
2016
572,5
2
Lotnisko w Modlinie
2005
III kw. 2015
323,8
3
Lotnisko Gdynia-Kosakowo
czerwiec, 2009
?
91,7
4
Tunel pod Martwą Wisłą
październik, 2011
koniec 2015
1 143,70
5
Torowiska tramwajowe na Przeróbce w Poznaniu
I kw. 2014
30 września 2015
65,6
6
Dojazdy do Pomorskiej Kolei Metropolitalnej
I kw. 2014
30 września 2015
36,3
7
System Tristart – Trójmiasto
I kw. 2011
czerwiec 2015
133
8
Budowa Kolei Metropolitalnej w Trójmieście
I kw. 2013
1 września 2015
716,1
9
Linia energetyczna 110 kV Błonia – Pruszcz Gd.
pozwolenie na budowę
koniec 2017
?
10
Budowa GPZ Pruszcz Południe
?
koniec 2018
?
11
System elektroenergetyczny Wrocławia
IV kw. 2010
III kw. 2015
80
12
Budowa obwodnicy śródmiejskiej w Warszawie
nierozpoczęte
?
?
13
Budowa ul.Tysiąclecia w Warszawie
nierozpoczęte
?
?
14
Przebudowa ul. św. Wincenta w Warszawie
nierozpoczęte
?
?
15
Trasa Świętokrzyska w Warszawie
nierozpoczęte
?
?
16
Budowa centrum handlowego
nierozpoczęte
?
?
17
Przebudowa węzła Gdańsk Śródmieście
nierozpoczęte
?
?
18
Przebudowa węzła komunikacyjnego Rondo Kaponiera
I kw. 2011
2016
360
19
A1 Stryków – Tuszyn
IV kw. 2010
III kw. 2016
726
20
A1 Tuszyn – granica województwa łódzkiego
nierozpoczęte
??
?
21
A1 granica województwa – Pyrzowice
procedura przetargowa
I kw. 2018
?
22
A18 – jezdnia południowa
nie rozpoczęte
??
?
23
A4 – brakujące fragmenty
IV kw. 2009
czerwiec 2016
719
24
ekspresówka S5
IV kw. 2015
2019
?
25
ekspresówka S8/S7 – Warszawa – Opacz
I kw. 2013
IV kw. 2015
565
26
ekspresówka S7 – Gdańsk – Elbląg
procedura przetargowa
?
III kw. 2018
27
Linia kolejowa Warszawa-Gdańsk – modernizacja
2008
koniec 2015
?
28
Linia nr 1 Warszawa – Łódź – modernizacja
2009
koniec 2015
2 215,30
29
Linia kolejowa Kraków – Mydlniki – Balice
2014
III kwartał 2015
240,6
Dane: informacje Money.pl, strony internetowe inwestorów i wykonawców, plany PKP, GDDKiA oraz samorządów. Znak „?” oznacza brak danych.
Nie ma nadal terminu zakończenia budowy bursztynowej A1. Wprawdzie z problemami, ale trwają prace w ciągu tej trasy na wschodniej obwodnicy Łodzi (planowane ukończenie to III kwartał 2016 roku), a w przypadku odcinka Pyrzowice – Częstochowa toczy się procedura przetargowa. Otwartą pozostaje kwestia tego, kiedy załatana zostanie ok. 100-kilometrowa „dziura” pomiędzy Tuszynem, a granicą województwa łódzkiego. Tu nikt nie chce podać żadnej daty.
Problemy są też z ekspresówkami, które miały połączyć w 2012 roku miasta-gospodarzy Euro 2012. Ciągle trwa przetarg na przebudowę drogi krajowej nr 7 między Gdańskiem a Elblągiem. Trasa według planów ma zostać oddana dopiero w drugiej połowie 2018 roku. A więc ponad sześć lat po imprezie.
Jak pisze Money.pl, nie lepiej z planowanych inwestycji wywiązały się samorządy. W samym Gdańsku nie ma nadal całej Trasy Słowackiego, bo nie otwarto jeszcze tunelu pod Martwą Wisłą. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w Warszawie. Tu władze zobowiązały się do stworzenia po wschodniej stronie Wisły, a więc tam gdzie znajduje się Stadion Narodowy, obwodnicy śródmiejskiej i kilku innych ważnych tras. Na razie na żadnej nie toczy się nie tylko budowa, ale brak nawet procedur przetargowych.
Na tym tle najlepiej spośród miast Euro 2012 wypada Wrocław, gdzie dziś w zasadzie wszystkie zaplanowane inwestycje zostały ukończone. Nie obyło się jednak bez wpadek. Szumnie ogłaszany projekt Tramwaju Plus, który miał być czymś na kształt szybkiej kolei miejskiej, stracił już z nazwy „plusa”, bo okazał się za wolny. Z projektu zostały jedynie pojazdy, które dość nietypowo mają drzwi po obu stronach.
Cały czas trwają też prace na lotniskach. Na przykład w Modlinie dopiero kończy się procedura zamawiania rentgenowskiego systemu bezpieczeństwa czy infrastruktury do czyszczenia sanitariatów w samolotach. Kompletną klapą okazał się projekt budowy lotniska Gdynia-Kosakowo. Choć prace na nim już się zaczęły, to przed dwoma laty robotnicy zeszli z placu. Powodem było odcięcie finansowania z Unii Europejskiej. Ta stwierdziła, że projekt nie spełnia jej wymogów. Lotniska więc nie ma, jest za to sprawa w sądzie. Samorząd chce dzięki niej udowodnić, że to on w tym sporze ma rację.
Na liście nieskończonych inwestycji są też takie rarytasy, jak linie energetyczne na Pomorzu czy Dolnym Śląsku. Co one miały mieć wspólnego z Euro 2012? Niby niewiele, ale zawsze można było powiedzieć, że przecież prąd jest niezbędny do organizacji imprezy. A wpisanie do rządowego rozporządzenia zmniejszało liczbę papierkowej roboty. Nawet i to nie pomogło w przyspieszeniu prac.
Co jest sukcesem? Niewątpliwie po Euro 2012 przyjeżdża do nas więcej turystów. Według danych Ministerstwa Sportu w 2011 roku było ich u nas 13 mln 350 tys. W zeszłym roku, a więc dwa lata po mistrzostwach, nasz kraj odwiedziło równe 16 mln osób. Sam wzrost rok do roku nie był jednak gigantyczny i wyniósł już tylko 1,3 proc. Tak dynamiczna tendencja wzrostowa po mistrzostwach jest więc trudna do utrzymania na dłuższą metę.
Dla porównania, jak podaje Money.pl, w 2011 roku przyjechało do Polski o 7 proc. więcej turystów niż rok wcześniej, ale trzeba pamiętać, że wtedy wzrost wynikał z niskiej bazy związanej z kryzysem finansowym i nagłym spadkiem ruchu turystycznego w latach 2008-2009. Dlatego dr Adam Czerniak przekonuje, że blisko 3 mln więcej gości z zagranicy to efekt Euro 2012.
– Pamiętam, jak nasze prognozy były krytykowane jako zbyt optymistyczne. Sugerowano, że raport powstał pod dyktando spółki PL.2012. Czas pokazał, że założenia były niedoszacowane. Liczba turystów wzrasta, a dużo lepiej niż oczekiwaliśmy prezentuje się też marka Polska. Euro 2012 sprawiło, że przestaliśmy być kojarzeni jako kraj postsocjalistyczny, na którego ulicach biegają białe niedźwiedzie – mówi nam ekonomista.
Największe wzrosty zanotowano wśród turystów z Niemiec, Włoch czy Francji. Polskę zaczęli odwiedzać też mieszkańcy mniejszych unijnych krajów. Liczniejsze wśród zwiedzających jest grono obywateli USA.
Kto odwiedza Polskę po Euro 2012?
Liczba turystów w 2011(w tys.)
Zmiana 2010/2011 (%)
Liczba turystów w 2014 ( w tys.)
Zmiana 2013/2014 (%)
Ogółem
13 350
7
16 000
1,3
27 krajów Unii Europejskiej
8770
3
11 379
15,5
Stara UE
7045
2
9 397
17,2
w tym:
Niemcy
4590
2
5 743
8,8
Wielka Brytania
460
-5
664
16,5
Niderlandy
350
4
399
9,3
Austria
315
2
355
9,3
Włochy
285
8
398
28,4
Francja
240
7
427
55,3
Szwecja
160
7
257
38,9
Inne kraje UE
645
10
1 154
63,7
USA
250
4
394
33,6
źródło: Money.pl na podstawie danych Instytutu Turystyki, GUS, MSiT
Co ważne: wszyscy turyści wydają u nas coraz więcej. W zeszłym roku zostawili już ponad 7 mld dolarów. A przeciętny obcokrajowiec kupował towary i usługi za 200 dolarów więcej niż trzy lata wcześniej.
– Z liczbami się nie dyskutuje – to jest efekt Euro 2012. Część osób się bało, że to będzie szczyt. A liczba turystów stale rośnie – mówi Money.pl Rafał Szmytke, szef Polskiej Organizacji Turystycznej. I przypomina, że z ankiet przeprowadzonych w trakcie imprezy 79 proc. kibiców deklarowało, że chętnie wróci do Polski. 92 proc. twierdziło, że poleciłoby nasz kraj swoim znajomym.
Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu Amica ds. finansowych
Amica zapowiada inwestycje i w ciągu ośmiu lat zamierza podwoić swoje moce produkcyjne. Planuje też przejęcia europejskich firm z branży i może na ten cel wydać nawet 300 mln zł. Firma z Wronek ocenia, że Polska w najbliższych latach może stać się europejskim liderem w produkcji AGD.
Amica podkreśla, że ma ambitne plany długoterminowe. Do 2023 roku zamierza produkować 2,5 mln kuchenek rocznie, podczas gdy dziś z jej taśm montażowych zjeżdża co roku 1,3 mln sztuk kuchni.
– Chcieliśmy osiągnąć w 2023 roku 1,2 mld euro obrotów i cały czas tej strategii nie zmieniamy. Ten rok to jest właśnie okres, w którym zmierzamy w tym kierunku długoterminowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu Amica ds. finansowych. – Na razie nasze plany są niezmienne. Zamierzamy pozyskiwać nowe spółki w Europie Zachodniej, pracujemy nad kilkoma akwizycjami, chcemy inwestować w rozwój produkcji i samych produktów i to wszystko realizujemy w tym roku.
Amica w rankingu Związku Pracodawców AGD jest największym producentem działającym w tej branży w Polsce. W zeszłym roku miała 16 proc. udziału w rynku. Po I kwartale umocniła swoją pozycję, bowiem jej przychody wzrosły o ponad 50 mln zł, przekraczając 475 mln. Zysk netto bliski był 22 mln zł wobec przeszło 13 mln zł rok wcześniej. Dzięki tak dobrym wynikom spółka może spokojne myśleć o kolejnych inwestycjach.
– Przede wszystkim będziemy inwestować w rozwój mocy produkcyjnych– zapowiada Wojciech Kocikowski. – Słyszymy, że inni gracze inwestują, również Amica będzie w najbliższych latach zwiększała moce produkcyjne. Utworzyliśmy specjalną strefę ekonomiczną we Wronkach, w związku z tym możemy też liczyć na preferencje związane z tymi wydatkami. Podobnie działają inni gracze i wydaje się, że Polska będzie tym centrum produkcji AGD w Europie w najbliższych latach, być może zostanie nawet liderem. Dzisiaj takim drugim centrum jest Turcja.
Wiceprezes podkreśla, że spółka pracuje nad kilkoma projektami związanymi z przejęciami i ma nadzieję, że w tym roku będzie mogła o co najmniej dwóch takich operacjach powiedzieć oficjalnie.
– W strategii założyliśmy, że relacja długu do EBITDY w spółce nie powinna przekroczyć 2. Ponieważ dzisiaj mamy poziom około 0, to można powiedzieć, że jesteśmy w stanie dwukrotność tej EBITDY wydać, to oznacza kwotę nawet 300 mln zł. Natomiast nie mamy dzisiaj na horyzoncie takich planów, więc pewnie będzie to znacznie mniejsza kwota.
W ubiegłym roku Amica Wronki zwiększyła przychody o ok. 238 mln zł i były one bliskie 1,5 mld zł. Zysk netto przypadający akcjonariuszom spółki przekraczał 56 mln i był o prawie 40 mln niższy niż rok wcześniej. Mimo to spółka zamierza wypłacić udziałowcom dywidendę.
– W strategii mówiliśmy o tym, że chcielibyśmy się dzielić z akcjonariuszami naszymi zyskami– przypomina wiceprezes Amica Wojciech Kocikowski. –W tym roku właśnie to robimy. 3 zł za akcję to już jest rekomendacja zarówno zarządu, jak i rady nadzorczej. Mam nadzieję, że walne zgromadzenie to zatwierdzi. Jeżeli nie będziemy przekraczać tego poziom 2 długu do EBITDA, to będziemy mogli zawsze myśleć o dywidendzie dla akcjonariuszy.
Od 1 do 31 maja b.r. ponad 150 000 użytkowników porównywarki Ubea.pl szukało najtańszego ubezpieczenia OC. Wyniki kalkulacji internautów posłużyły do stworzenia kolejnego rankingu polis komunikacyjnych. Te ubezpieczenia zostały podzielone na cztery kategorie (OC, OC + AC, OC + NNW oraz OC + AC + NNW). Podobnie jak miesiąc wcześniej, najwyższe pozycje zajęło trzech różnych ubezpieczycieli.
W maju najtańsze były polisy Liberty, You Can Drive i Link4
W czterech poniższych tabelach można znaleźć informacje na temat firm oferujących najtańsze polisy OC dla kierowców oraz większe pakiety (OC + NNW, OC + AC oraz OC + AC + NNW). Ubezpieczyciele zostali uszeregowani zgodnie z liczbą uzyskanych punktów. Każde z klasyfikowanych towarzystw oceniono w skali od 0,00 punktów do 5,00 punktów. „Najniższy wynik oznacza, że ubezpieczyciel we wszystkich pojedynczych porównaniach ulokował się na ostatniej pozycji. Firma z najwyższą ilością punktów (5,00 pkt) musiałaby zająć pierwsze miejsce w każdej kalkulacji wykonanej przez internautów” – wyjaśnia Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl.
Nina Kuczyńska zaznacza, że w praktyce żaden ubezpieczyciel nie uzyskuje skrajnych wyników (0,00 pkt lub 5,00 pkt). Od 1 do 31 maja b.r. największą liczbę punktów zebrała firma Liberty Ubezpieczenia (4,59 punktu – ranking pakietów OC + AC + NNW). Ostatnie miejsce w porównaniach najczęściej zajmowały pakiety OC + AC + NNW, sprzedawane przez Proamę (wynik: 1,82 punktu).
Warto zwrócić uwagę, że w trzech kategoriach wygrała ta sama firma, co miesiąc wcześniej. Mowa o porównaniach dotyczących:
ubezpieczeń OC (zwycięzca You Can Drive – marka Ergo Hestia)
pakietów OC + AC (zwycięzca Liberty Ubezpieczenia)
pakietów OC + AC + NNW (zwycięzca Liberty Ubezpieczenia)
Jeżeli chodzi o majowe zestawienie pakietów OC + NNW, to pierwsze miejsce zajął Link4 (awans o jedną pozycję). Wspomniana firma do marca b.r. wygrywała we wszystkich kategoriach. Trzeba odnotować, że od pierwszego rankingu Ubea.pl (styczeń 2015 r.), grupę „najtańszych” ubezpieczycieli regularnie uzupełniają też firmy Aviva oraz AXA Direct.
„Wymienione towarzystwa razem z Liberty Ubezpieczenia, Link4 oraz You Can Drive, najczęściej można znaleźć w czołówce” – mówi Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
Ranking OC dla kierowców (maj 2015 r.)
Miejsce
rankingowe
Nazwa ubezpieczyciela
Liczba punktów
w maju 2015 r.
Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do kwietnia
2015 r.
1.
You Can Drive (Ergo Hestia)
4,33
↔ (0)
2.
Liberty Ubezpieczenia
4,31
↔ (0)
3.
Aviva
4,05
↗ (+1)
4.
Link4
3,97
↘ (-1)
5.
MTU (Ergo Hestia)
3,73
↗ (+1)
6.
Generali Direct
3,65
↗ (+2)
7.
AXA Direct
3,56
↘ (-2)
8.
TUW TUZ
3,51
↗ (+1)
9.
Proama
3,41
nie klasyfikowano w kwietniu
10.
PZU
3,34
↘ (-3)
11.
Gothaer
3,07
↔ (0)
12.
UNIQA
2,98
↔ (0)
13.
Ergo Hestia
2,97
↘ (-3)
14.
TUW „TUW”
2,85
↗ (+1)
15.
InterRisk
2,22
↘ (-1)
16.
Compensa
2,05
↘ (-3)
Ranking pakietów OC + NNW dla kierowców (maj 2015 r.)
Miejsce
rankingowe
Nazwa ubezpieczyciela
Liczba punktów
w maju 2015 r.
Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do kwietnia
2015 r.
1.
Link4
4,22
↗ (+1)
2.
Liberty Ubezpieczenia
3,93
↗ (+3)
3.
PZU
3,86
↘ (-2)
4.
Aviva
3,85
↔ (0)
5.
You Can Drive (Ergo Hestia)
3,77
↘ (-2)
6.
Compensa
3,77
↗ (+5)
7.
MTU (Ergo Hestia)
3,64
↘ (-1)
8.
InterRisk
3,64
↗ (+5)
9.
AXA Direct
3,49
↘ (-2)
10.
Generali Direct
3,48
↘ (-2)
11.
Ergo Hestia
3,31
↘ (-1)
12.
TUW TUZ
3,25
↘ (-3)
13.
Gothaer
2,61
↘ (-1)
14.
UNIQA
2,41
↔ (0)
Ranking pakietów OC + AC dla kierowców (maj 2015 r.)
Miejsce
rankingowe
Nazwa ubezpieczyciela
Liczba punktów
w maju 2015 r.
Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do kwietnia
2015 r.
1.
Liberty Ubezpieczenia
4,57
↔ (0)
2.
Link4
4,45
↔ (0)
3.
AXA Direct
3,84
↔ (0)
4.
Aviva
3,72
↗ (+1)
5.
You Can Drive (Ergo Hestia)
3,69
↘ (-1)
6.
Gothaer
3,28
↗ (+1)
7.
Generali Direct
2,90
↗ (+1)
8.
MTU (Ergo Hestia)
2,83
↗ (+2)
9.
TUW TUZ
2,80
↔ (0)
10.
UNIQA
2,21
↗ (+3)
Ranking pakietów OC + AC + NNW dla kierowców (maj 2015 r.)
Miejsce
rankingowe
Nazwa ubezpieczyciela
Liczba punktów
w maju 2015 r.
Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do kwietnia
2015 r.
1.
Liberty Ubezpieczenia
4,59
↔ (0)
2.
Link4
4,53
↔ (0)
3.
AXA Direct
4,16
↔ (0)
4.
Compensa
4,09
↗ (+4)
5.
Aviva
3,98
↗ (+1)
6.
You Can Drive (Ergo Hestia)
3,72
↗ (+1)
7.
Gothaer
3,58
↗ (+2)
8.
Generali Direct
3,31
↗ (+2)
9.
TUW TUZ
3,26
↗ (+2)
10.
MTU (Ergo Hestia)
3,25
↗ (+2)
11.
InterRisk
2,95
↗ (+2)
12.
PZU
2,92
↓ (-8)
13.
UNIQA
2,66
↗ (+2)
14.
Ergo Hestia
2,27
↔ (0)
15.
Proama
1,82
↓ (-10)
Metodologia tworzenia rankingów: wynik punktowy jest ustalany na podstawie kalkulacji składek, które użytkownicy serwisu Ubea.pl wykonali w ostatnich 30 dniach. Najlepszy możliwy wynik to 5,00 punktów, a najgorszy to 0,00 punktów.
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Ubea.pl
Kilku ubezpieczycieli zaliczyło spore wzrosty lub spadki …
Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl podkreśla, że prócz pozycji i wyników poszczególnych firm, na uwagę zasługują również informacje o miesięcznych zmianach. Dzięki nim można sprawdzić, którzy ubezpieczyciele zaliczyli spore wzrosty lub spadki (w stosunku do kwietnia b.r.).
Po przeanalizowaniu majowych wyników okazuje się, że największy wzrost w rankingowej klasyfikacji zaliczyły firmy Compensa (awans z 11 pozycji na 6 pozycję – ranking OC + NNW) oraz InterRisk (awans z 13 miejsca na 8 miejsce – ranking OC + NNW). Jeżeli chodzi o spadki, to tylko jeden ubezpieczyciel uzyskał znacznie mniej punktów niż miesiąc wcześniej. W rankingu pakietów OC + AC + NNW, firma Proama „spadła” z piątej pozycji na piętnastą.
Nina Kuczyńska przypomina, że już za miesiąc będzie można podsumować rankingowe wyniki z całego półrocza. Takie informacje pozwolą na sprawdzenie długookresowych trendów w klasyfikacji ubezpieczycieli. „Na razie wydaje się, że mimo istotnych zmian (m.in. wprowadzenia systemu BLS), firmy znane ze sprzedaży tanich polis, potrafią utrzymać swoją przewagę” – podsumowuje Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl.
59 000 pracodawców o rynku pracy w nadchodzącym kwartale
Według globalnego raportu Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia już dziewiąty kwartał z rzędu wśród przedsiębiorców w Polsce będzie panował optymizm. W sześciu z 10 badanych sektorach gospodarki oraz we wszystkich badanych regionach kraju oczekuje się wzrostu poziomu zatrudnienia. Najlepsze perspektywy w nadchodzących trzech miesiącach odnotowano dla branż Transport/Logistyka/Komunikacja oraz Handel detaliczny
i hurtowy. Największą chęć poszerzania swoich zespołów deklarują pracodawcy z dużych firm, liczących powyżej 250 pracowników.
Jak wynika z opublikowanego dzisiaj przez ManpowerGroup, firmę doradztwa personalnego, kwartalnego raportu Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia. pracodawcy w Polsce są umiarkowanie optymistyczni co do planów zwiększania zatrudnienia w III kwartale 2015 r. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski po korekcie sezonowej wynosi +4%. W ujęciu kwartalnym wynik spadł o 3 punkty procentowe, a w ujęciu rocznym nie ulega zmianie. Spośród 750 przebadanych w Polsce pracodawców, 13% przewiduje zwiększenie całkowitego zatrudnienia, 4% zamierza redukować etaty a 78% nie planuje zmian personalnych w najbliższym kwartale.
– Stopa bezrobocia w Polsce wciąż maleje, a obserwowana na rynku pracy sytuacja jest stabilna
i umiarkowanie optymistyczna, – komentuje Iwona Janas, Dyrektor Generalna ManpowerGroup
w Polsce. – Po przedwakacyjnym wzroście zapotrzebowania na pracowników możemy spodziewać się, że w III kwartale popyt na nich nieco zmaleje. Jest to jednak spowodowane sezonowością rynku pracy i nie powinno stanowić powodów do obaw. Nasz kraj jest wciąż jednym z najszybciej rozwijających się rynków, a potrzeba powiększania zespołów będzie się utrzymywać na stabilnym poziomie, dotycząc zarówno osób na stanowiskach specjalistycznych, jak i wykwalifikowanych pracowników fizycznych. To zapotrzebowanie na pracowników, w połączeniu ze zwiększającymi się trudnościami w ich pozyskaniu, wpływa na odczuwaną presję płacową. Możemy więc spodziewać się wzrostu nakładów na wynagrodzenia oraz systemy motywacji pracowniczej, choć na duże skoki przyjdzie nam jeszcze poczekać, – dodaje Iwona Janas.
Wykres 1. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski w ciągu kolejnych kwartałów. Źródło: Raport Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.
W III kwartale 2015 r. w sześciu z 10 badanych sektorach[1] prognoza netto zatrudnienia jest dodatnia. Najwyższą prognozę netto zatrudnienia odnotowano dla Sektorów Transport/Logistyka/ Komunikacja, +14%, oraz Handel detaliczny i hurtowy, +11%. Wyraźny optymizm widać także w Budownictwie i Produkcji przemysłowej, gdzie uzyskany wynik wynosi +8% dla obu. Na umiarkowanie pozytywny trend wskazują prognozy uzyskane dla branż Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi oraz Instytucje sektora publicznego, odpowiednio +6% i +3%. Ujemną prognozę netto zatrudnienia odnotowano dla trzech sektorów. Najniższy wynik uzyskano dla branż Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi, a także Kopalnie/Przemysł wydobywczy, odpowiednio -6% i -4%. Mało optymistyczne prognozy odnotowano też dla sektorów Restauracje i hotele oraz Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo, odpowiednio -1% i 0%.
– Najwięcej nowych miejsc pracy przybywa w dużych przedsiębiorstwach, które częściej dokonują nowych inwestycji i przeznaczają na nie większe nakłady, – zauważa Iwona Janas. – Równocześnie z racji dużej konkurencyjności i konieczności dostosowywania się pracodawców do sytuacji bieżącej, wzrasta zainteresowanie przedsiębiorców elastycznymi rozwiązaniami dla rynku pracy. Pod względem zapotrzebowania na pracę tymczasową, Polska jest jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się krajów w Europie. Wzrost liczby ofert tego typu, w połączeniu z panującym niedoborem talentów, może wpłynąć na znaczne skrócenie czasu poszukiwania kolejnych pracodawców przez osoby zatrudniane na zasadach umów o pracę tymczasową, – komentuje Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce.
[1] Sektory uwzględnione w badaniu: Budownictwo, Energetyka/ Gazownictwo/ Wodociągi, Finanse/ Ubezpieczenia/ Nieruchomości/ Usługi, Handel detaliczny i hurtowy, Instytucje sektora publicznego, Kopalnie/ Przemysł wydobywczy, Produkcja przemysłowa, Restauracje/ Hotele, Rolnictwo/ Leśnictwo/ Rybołówstwo, Transport/ Logistyka/ Komunikacja.
Wykres 2. Prognoza netto zatrudnienia dla sektorów w Polsce na Q3 2015 r. Źródło: Raport Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.
W ujęciu kwartalnym pogorszenie prognoz nastąpiło w sześciu z 10 badanych sektorach. Największy spadek odnotowano dla Budownictwa, o 11 punktów procentowych. Umiarkowanie pogorszyła się prognoza dla Produkcji przemysłowej, o 6 punktów procentowych, a także dla branż Restauracje/Hotele oraz Transport/Logistyka/Komunikacja, o 4 punkty procentowe dla obu. Wzrost prognoz uzyskano
dla trzech sektorów: Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo, o 4 punkty procentowe, a także Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi oraz Handel detaliczny i hurtowy, o 2 punkty
procentowe dla obu.
W ujęciu rocznym poprawa prognoz nastąpiła w sześciu z 10 badanych sektorach. Największy wzrost,
o 5 punktów procentowych, odnotowano dla Budownictwa. Nieznaczną poprawę wyników uzyskano
dla branż Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi oraz Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi,
o 2 punkty procentowe dla obu. Największy spadek odnotowano dla sektora Produkcja przemysłowa,
o 7 punktów procentowych. W pozostałych branżach wynik nie zmienił się lub pozostaje na zbliżonym poziomie.
We wszystkich sześciu badanych regionach Polski[1] prognoza netto zatrudnienia dla III kwartału 2015 r. jest dodatnia. Oznacza to, że w większości kraju przeważa optymizm pracodawców co do planów zwiększania liczby etatów w nadchodzącym kwartale. Najwyższy wynik uzyskano dla regionu Północnego, dla którego prognoza netto zatrudnienia wynosi +10%. Umiarkowany optymizm odnotowano również dla regionów Północno-Zachodniego, Wschodniego oraz Południowo-Zachodniego, gdzie prognoza wynosi odpowiednio +7%, +6% i +5%. Najniższe wyniki uzyskano dla regionów Południowego i Centralnego, odpowiednio +3% i +1%.
W porównaniu z wynikami dla II kwartału 2015 r. prognoza zatrudnienia spadła w czterech z sześciu badanych regionach, w jednym wzrosła a w jednym pozostaje na tym samym poziomie. Największy spadek, o 8 punktów procentowych, odnotowano w regionie Południowym. W regionie Centralnym wynik spadł umiarkowanie, o 4 punkty procentowe, a w Południowo-Zachodnim i Wschodnim pogorszył się nieznacznie, o 2 punkty procentowe dla obu. Prognoza dla Północy poprawiła się umiarkowanie o 4 punkty procentowe. W regionie Północno-Zachodnim wynik nie ulega zmianie.
W ujęciu rocznym wzrost optymizmu pracodawców nastąpił w trzech z sześciu badanych regionach
a spadek w dwóch. Największą poprawę, o 4 punkty procentowe dla obu, uzyskano w regionach Północnym oraz Wschodnim. Nieznaczny wzrost, o 2 punkty procentowe, uzyskano dla regionu Północno-Zachodniego. Pogorszenie prognoz odnotowano w regionach Centralnym i Południowo-Zachodnim, odpowiednio o 6 i o 3 punkty procentowe.
W badaniu Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia dla III kwartału 2015 r. deklaracje
polskich respondentów przedstawiono również w podziale pod względem rodzajów organizacji
na przedsiębiorstwa duże średnie, małe oraz mikroprzedsiębiorstwa[2]. Dla pracodawców w trzech
z czterech wyżej wymiennych grup prognoza netto zatrudnienia jest dodatnia. Najbardziej pozytywne wyniki odnotowano na podstawie odpowiedzi respondentów z dużych przedsiębiorstw, dla których prognoza wynosi +17%. Dla średnich i małych przedsiębiorstw uzyskano umiarkowane wyniki, odpowiednio +5% i +4%. Najniższą prognozę odnotowano na podstawie deklaracji pracodawców z mikroprzedsiębiorstw, gdzie wynik wyniósł -4%, wskazując na mało optymistyczne perspektywy dla poszukujących pracy.
W badaniu ManpowerGroup wzięło udział blisko 59 tysięcy pracodawców z 42 krajów
i terytoriów. Zgodnie z ich deklaracjami pozytywny klimat na globalnym rynku pracy utrzyma się
w najbliższym kwartale. W 40 badanych krajach i terytoriach, pracodawcy przewidują zwiększenie zatrudnienia. W porównaniu do poprzedniego kwartału plany związane ze zwiększeniem zatrudnienia uległy poprawie w 11 z 42 badanych krajach i terytoriach, a osłabieniu w 22. W ujęciu rocznym wzrost prognoz odnotowano na 15 rynkach a osłabienie na 23. Najbardziej pozytywne plany dotyczące zwiększenia zatrudnienia ustalono na podstawie deklaracji pracodawców na Tajwanie (+42%),
w Indiach (+37%), Japonii (+23%) i Hongkongu (+16%) i w Stanach Zjednoczonych (+16%).
Państwa, w których prognoza dla III kwartału 2015 r. jest negatywna to: Włochy (-4%) i Brazylia (-3%). Są to jednocześnie jedyne ujemne prognozy odnotowane w tej edycji badania ManpowerGroup.
Kwartalny badanie Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia przeprowadzono w Polsce
już po raz 30. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej
na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich
badanych 42 krajów i terytoriów a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę
są dostępne na stronie na stronie: http://manpowergroupsolutions.com/DataExplorer/.
[1] Regiony Polski według podziału Eurostatu: Centralny (łódzkie, mazowieckie), Południowo-Zachodni (dolnośląskie, opolskie), Południowy (małopolskie, śląskie), Północno-Zachodni (wielkopolskie, zachodniopomorskie, lubuskie), Północny (kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie, pomorskie), Wschodni (lubelskie, podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie).
[2] Podział respondentów pod względem wielkości przedsiębiorstw: mikroprzedsiębiorstwa (zatrudniające mniej niż 10 osób), małe przedsiębiorstwa (od 10 do 49 osób), średnie przedsiębiorstwa (od 50 do 249 osób), duże przedsiębiorstwa (powyżej 250 osób).
Vistal Gdynia po kilku latach inwestycji i dobrych wynikach I kwartału chciałaby utrzymać w tym roku szybkie tempo wzrostu przychodów. Pod koniec I kwartału 2015 roku portfel zamówień Grupy Vistal wzrósł o 17 proc. rok do roku i wyniósł 251,7 mln zł, dodatkowo spółka negocjuje kontrakty o wartości 217,5 mln zł.
– Chcemy teraz trochę wolniej inwestować – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Robert Ruszkowski, wiceprezes Vistal Gdynia, podczas odbywającego się w siedzibie kancelarii K&L Gates posiedzenia Rady Związku Pracodawców FORUM OKRĘTOWEGO. – Planujemy doprowadzić do tego, żeby to, co dotychczas zbudowaliśmy, a przede wszystkim nasza olbrzymia nowa hala produkcyjna na nabrzeżu w porcie Gdynia, zaczęło na 100 proc. pracować i przynosić efekty. Dzięki nowemu zakładowi nasze moce produkcyjne wzrosły prawie dwukrotnie, co już zaczyna się przekładać na wzrost przychodów. Umożliwi nam to dotarcie do klientów bardziej wymagających, oczekujących produkcji pod zadaszeniem ze względu na specyficzne wymogi danej konstrukcji.
Specjalizujący się w budowie konstrukcji stalowych, m.in. dla przemysłu stoczniowego Vistal Gdynia miał w I kwartale 87,4 mln zł skonsolidowanych przychodów, co oznacza wzrost o 16 mln zł w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Zysk netto spółki w I kwartale 2014 r. przekroczył 5,7 mln, co oznacza wzrost o blisko 72 proc. rok do roku.
– Nasza sprzedaż była lepsza o ponad 22 proc. w stosunku do wyników I kw. roku poprzedniego – podkreśla Robert Ruszkowski. – Oczywiście to nie świadczy o tym, że tak będzie na koniec roku, ale chcemy utrzymać rozsądną dynamikę wzrostu. Na przykład obecny wzrost backlogu [wartości portfela zamówień] utrzymuje się na poziomie kilkunastu procent.
Z przemysłu morskiego, w tym stoczniowego, pochodzi ok. 30 proc. przychodów (na koniec 2014 r.) gdyńskiego Vistalu. W regionie ta branża jest przemysłem dominującym i rozwijającym się, cały czas zwiększa zatrudnienie i sprzedaż.
– Wierzymy, że bardzo dobrze będziemy się rozwijali. Plany są ambitne i mamy nadzieję, że w przyszłym roku odnotujemy kolejny znaczący wzrost sprzedaży także w ramach branży morskiej – uważa wiceprezes spółki, przypominając, że dla branży morskiej bardzo istotna jest sytuacja w sektorze ropy i gazu. – Liczymy na to, że niezależnie od tego, co się w najbliższym czasie wydarzy, i tak pozyskamy kontrakty. Ale oczywiście będzie znacznie łatwiej, jeżeli ten rynek w ciągu najbliższego pół roku czy roku odbije. Oczywiście znaczenie ma też kurs złotego, ponieważ większość naszej sprzedaży to eksport, więc umocnienie złotego akurat nie jest korzystne. Ale na tym poziomie, na jakim jest obecnie, dobrze sobie radzimy. Generalnie zawsze uważamy, że najwięcej zależy od nas, warunki zewnętrzne mogą nam pomóc, ale przede wszystkim wynik zależy od naszego własnego zaangażowania.
Vistal produkuje wielkogabarytowe, specjalistyczne konstrukcje stalowe. Prowadzi działalność głównie w segmentach: infrastruktury (mosty, wiadukty, kładki, tunele), marine & offshore (elementy konstrukcji do wydobycia ropy i gazu oraz infrastruktura portowa, elementy statków) oraz budownictwa specjalistycznego (budownictwo przemysłowe, hydrotechniczne, kubaturowe).
– Produkujemy elementy systemów odsiarczania spalin na największe statki pasażerskie na świecie, które montowane są przez wiele firm, stoczni, także w Polsce, ale chyba poza nami nikt ich nie produkuje – zwraca uwagę Robert Ruszkowski. – Niewiele jest firm w Europie, które takie konstrukcje produkują, więc np. nasze elementy systemów odsiarczania dostarczamy do portów i stoczni praktycznie w całej Europie, a nawet dalej.
Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych w spółce Amica
Krajowy rynek AGD w ciągu pierwszych czterech miesięcy roku zwiększył się o około 10 proc. Rośnie także zapotrzebowanie na polskie wyroby za granicą. Producenci sprzętu inwestują więc w rozwój nowych mocy. Polska jest europejskim liderem produkcji tego rodzaju sprzętów, konkuruje tylko z Turcją. Decydują o tym korzystne położenie, stabilna gospodarkę oraz wykwalifikowana i wciąż stosunkowo tania siła robocza.
– Zarówno pod kątem rynkowym, jak i atrakcyjności miejsca Polska plasuje się w światowej czołówce producentów sprzętu AGD – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych w spółce Amica. – Jesteśmy dzisiaj jednym z dwóch, obok Turcji, najważniejszych centrów produkcyjnych w Europie.
Atrakcyjność Polski wynika z położenia geograficznego, które otwiera możliwości eksportu zarówno na Zachód, jak i na Wschód. Centralne położenie w Europie powoduje, że rozwija się sprzedaż zagraniczna AGD zarówno do Niemiec, jak i Rosji. Również pozostałe kraje Unii Europejskiej kupują dużo sprzętu wytwarzanego w Polsce. Najwięcej sprzętu eksportujemy do Niemiec (21 proc.) i Wielkiej Brytanii (13 proc.).
– Na pozytywny wizerunek polskiego sektora AGD na świecie wpływa mariaż kilku cech. Oprócz położenia są to także bardzo atrakcyjne koszty pracy i bardzo stabilna gospodarka, która rozwija się o kilka procent rocznie – przekonuje Kocikowski. – To wszystko powoduje, że rośnie wydajność pracy., a efektywność produkcji jest coraz lepsza.
Dodatkowo inwestorzy chwalą sobie zasoby kadry inżynierskiej w Polsce.
W ubiegłym roku produkcja dużego AGD w kraju przekroczyła 20 mln sztuk. Produkcja rozwija się głównie w trzech regionach: we Wronkach w Wielkopolsce, na Dolnym Śląsku oraz w Łódzkiem, które odpowiada za jedną piątą produkcji AGD w Polsce – wynika z danych przedstawionych podczas III Międzynarodowego Forum Producentów Artykułów Gospodarstwa Domowego.
Atutem Polski jest także głęboki i wciąż rozwijający się rynek wewnętrzny. Krajowy popyt na AGD spowodował, jak wskazuje Wojciech Kocikowski, że w ciągu pierwszych czterech miesięcy rynek wzrósł o około 10 proc.
– Popyt wyraźnie przesuwa się w kierunku sprzętu do zabudowy – zauważa wiceprezes zarządu ds. finansowych spółki Amica. – My to widzimy i w związku z tym staramy się bardziej koncentrować się właśnie na sprzęcie do zabudowy. To trend, który rozpoczął się w krajach zachodnich. Obecnie bardzo podobnie to wygląda w Polsce.
Jak wynika z danych GUS, produkcja sprzedana w kategorii urządzenia elektryczne i nieelektryczny sprzęt gospodarstwa domowego w pierwszych czterech miesiącach 2015 roku wzrosła o 13,2 proc. w stosunku do tego samego okresu rok wcześniej. W tym czasie najmocniej wzrosła produkcja suszarek do prania (o 36 proc.), zmywarek do naczyń (18 proc.) oraz elektrycznych kuchni i piekarników do wbudowania (po ok. 13 proc.).
Firmy zwiększają moce produkcyjne. Na początku kwietnia br. Amica oddała do użytku nową halę produkcyjno-magazynową. Docelowo ma w niej stanąć osiem nowoczesnych linii montażowych. Swoje inwestycje spółka koncentruje na terenie Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, która obejmuje podstrefę Wronki.
– Ryzyko na rynku rosyjskim pozostaje niezmienne od ponad roku i wiążą się z niestabilnością waluty, a przede wszystkim ze spadającym popytem, który miał miejsce w szczególności podczas pierwszego kwartału br. w związku z grudniową deprecjacją rubla – tłumaczy Kocikowski. – Mieliśmy wtedy do czynienia z dużym, ponad 30-proc., spadkiem tamtejszego rynku AGD. Była to trudna sytuacja zarówno dla dystrybutorów, jak i producentów.
Paweł Orłowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju
W III lub IV kwartale tego roku ruszą pierwsze konkursy na wsparcie innowacyjności z regionalnych programów operacyjnych. Konkursy z krajowej puli środków unijnych już wystartowały. Miasta skorzystają na projektach zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio dzięki temu, że mają w nich siedziby najbardziej rozwojowe firmy.
– WIII-IV kw. tego roku będzie pierwszy większy front konkursów w ramach programów regionalnych. Marszałkowie województw tworzą cały system instytucjonalny, mają przygotowane, wynegocjowane i zatwierdzone programy. Wszystkie programy krajowe również są zatwierdzone i stopniowo uruchamiane. Jako pierwszy będzie program Polska Cyfrowa i program Wiedza Edukacja Rozwój – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Orłowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju.
Jak podkreśla Orłowski, ze środków w perspektywie unijnej 2014-2020 samorządy skorzystają jeszcze bardziej niż w poprzedniej. Władze wojewódzkie będą miały do rozdysponowania 31,3 mld euro (38 proc. całej puli unijnych środków dla Polski) – to o 14 mld euro więcej niż w perspektywie 2007-2013. Samorządy skorzystają także dzięki środkom krajowym – to głównie one będą bezpośrednio i pośrednio beneficjentami unijnych programów.
– Miasta to ośrodki, w których są zlokalizowane instytuty badawczo-rozwojowe, uczelnie wyższe, ośrodki akademickie i przedsiębiorcy, którzy przede wszystkim wdrażają innowacje do realnego życia gospodarczego. Ta współpraca się koncentruje w miastach. Wsparcie będzie dostępne z programu Inteligentny Rozwój [o budżecie 8,6 mld euro – red.] oraz w ramach programów regionalnych – wyjaśnia Orłowski.
Dodaje, że miasta skorzystają nie tylko dzięki dofinansowaniu działających na ich terenie firm i instytucji. Samorządy mogą także być bezpośrednimi beneficjentami unijnych środków. Na rozwój innowacyjności miast mogą zostać przeznaczone środki z regionalnej puli oraz z krajowych programów Infrastruktura i Środowisko (budżet: 27,5 mld euro) i Polska Cyfrowa (2,3 mld euro).
Kolejnym źródłem finansowania będzie program operacyjny Wiedza, Edukacja, Rozwój (Power), którego budżet finansowany przez Europejski Fundusz Społeczny wyniesie 4,4 mld euro do 2020 roku. Środki z tego programu będą skierowane przede wszystkim do młodych ludzi. Orłowski wyjaśnia, że finansowanie z programów Power oraz Polska Cyfrowa już zostało uruchomione.
Orłowski wylicza, że dzięki unijnym środkom można rozwijać między innymi e-administrację, elektroniczne usługi w zakresie służby zdrowia, inteligentne systemy zarządzania zasobami miasta oraz transportem, a także wspierać przedsiębiorczość i innowacje społeczne. Zastrzega jednak, że nie można do tego problemu podchodzić w sposób uniwersalny – każde miasto potrzebuje bowiem innego działania.
– To jest zawsze wsparcie szyte na miarę, więc trudno przyjąć globalnie, w jakich obszarach są największe potrzeby miast. W niektórych to będzie niskoemisyjny transport publiczny, w niektórych – technologie ICT, w innych – wsparcie nawiązywania współpracy pomiędzy biznesem a nauką, czy wreszcie bezpośrednie rozwojowe wsparcie przedsiębiorców – małych i średnich – wylicza Orłowski.
Podsekretarz stanu w MIR dodaje, że wyzwaniem w ciągu kolejnych lat nie będzie samo wydanie środków – projektów kwalifikujących się do dofinansowania będzie z pewnością bardzo dużo. Większym problemem jest jednak takie przeznaczenie unijnych środków, które zagwarantuje efektywność tego finansowania.
– Z punktu widzenia innowacyjności będziemy musieli zastanawiać się raczej nad tym, jak wybrać projekty, które będą dawały największą wartość dodaną, a nie nad samym dostępem do kapitału – tłumaczy Orłowski.
Ryszard Kowalski, prezes Związku Pracodawców Producentów Materiałów dla Budownictwa
Nowy Kodeks budowlany, który ma być kompleksowym zbiorem przepisów budowlanych, trafił do konsultacji społecznych i międzyresortowych. Opinie branży budowlanej, która jest najbardziej zainteresowana nowymi przepisami, są dla kodeksu krytyczne.
Ministerstwo Rozwoju i Infrastruktury zaznacza, że Kodeks budowlany będzie bardziej rozbudowany niż na przykład Kodeks drogowy. Ale zdaniem Związku Pracodawców Producentów Materiałów dla Budownictwa projektowane przepisy są niewystarczająco rozbudowane.
– Wiemy, jakie było założenie. Kodeks budowlany miał uregulować całość procesu inwestycyjno-budowlanego od początku do końca. Mam wrażenie, że po pierwsze tego założenia nie realizuje, po drugie de facto została zrobiona jedna księga pt. Prawo budowlane i w dodatku tylko w odniesieniu do tego, co się dzieje na placu budowy od projektu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ryszard Kowalski, prezes Związku Pracodawców Producentów Materiałów dla Budownictwa.
Wyjaśnia, że w Kodeksie zabrakło problemów dotyczących samych początków przygotowania inwestycji budowlanej. Brakuje między innymi regulacji kwestii przygotowania inwestycji, a co się z tym wiąże przeprowadzenia szeregu koniecznych analiz, jakie trzeba wykonać przed podjęciem decyzji o budowie. Zabrakło też zapisów dotyczących monitorowania późniejszego procesu inwestycyjnego. Kolejnym zgłaszanym problemem na początku konsultacji jest nierozwiązany problem planów zagospodarowania przestrzennego.
– W dalszym ciągu proponuje się jakieś substytuty, które tworzą tylko wrażenie, że rozwiązujemy problem, a dramat tych regulacji dotyczących zagospodarowania przestrzennego polega na tym, że one tylko na papierze są udane i okazuje się to dopiero po kilku latach. Prawo wchodzi w życie, musi minąć kilka lat, żeby pojawił się dowód z praktyki, że niestety te przepisy znowu nam się nie udały – mówi Kowalski.
W nowym prawie ma się znaleźć między innymi pojęcie „zgody budowlanej”, czyli pozwolenie na budowę, oraz instytucja „milczącej zgody”, czyli uznanie, że zgoda została przyznana, jeśli urzędnik w określonym czasie nie zgłosił sprzeciwu. Ustawodawca chce także zrezygnować z konieczności przedstawiania projektu technicznego przy ubieganiu się o pozwolenie na budowę. Dodatkowo wykonanie innych robót związanych na przykład z przebudową obiektu, a nie typową budową od zera, nie będzie w ogóle wymagało pozwolenia. Katalog obiektów, które będą mogły być budowane na podstawie tylko zgłoszenia, ma być znacznie większy.
Ministerstwo chce, aby proces starania się o pozwolenie na budowę, trwał krócej niż obecnie. W Kodeksie ma się znaleźć się zapis, zgodnie z którym urzędnik rozpatrujący wniosek będzie miał maksymalnie 21 dni na udzielenie zgody lub wydanie odmowy.
Zakończenie prac nad całością Kodeksu zaplanowano na przyszły rok. Nowe przepisy mają zacząć obowiązywać od 1 stycznia 2017 roku.
Przemysław Roth, członek zarządu Rolls-Royce w Polsce
Rolls-Royce systematycznie zwiększa zakres współpracy z polskimi kooperantami. W finalnych produktach koncernu jest coraz więcej produkowanych w Polsce elementów, a działająca w Gdańsku spółka joint venture obsługuje coraz więcej rynków. Roll-Royce jest zainteresowany programem modernizacji Polskich Sił Zbrojnych, dlatego buduje relacje z polskimi stoczniami.
– Po osiąganych wynikach widać, że działalność koncernu w Polsce się rozwija – mówi agencji Newseria podczas odbywającego się w siedzibie kancelarii K&L Gates posiedzenia Rady Związku Pracodawców FORUM OKRĘTOWEGO Przemysław Roth, członek zarządu Rolls-Royce w Polsce. – Nie chodzi tylko o Rolls-Royce’a, jako samą spółkę, ale mam na myśli także współpracę z polskimi firmami przemysłowymi, która z roku na rok się rozszerza. Spółka lokuje w Polsce produkcje komponentów oraz gotowych wyrobów o coraz większej wartości dodanej.
W należącej do koncernu spółce joint venture Scandinavian Electric Gdańsk powstają na przykład rozdzielnice elektryczne oraz falowniki (urządzenia elektryczne zamieniające prąd stały, którym są zasilane, na zmienny o regulowanej częstotliwości wyjściowej). W krakowskim oddziale Rolls-Royce zatrudnia inżynierów oraz specjalistów ds. zakupów strategicznych, którzy pozyskują partnerów na całym świecie i odpowiadają za konkurencyjność koncernu w sektorze morskim.
– Na działalność Rolls-Royce Poland trzeba patrzeć w szerszej perspektywie – precyzuje Przemysław Roth. – Każda globalna firma przemysłowa wykonuje wiele analiz, dokonuje przeglądu całego swojego portfela i często sama nie produkuje, tylko zleca na zewnątrz. Nie koncentrowałbym się na liczbie osób zatrudnionych przez Rolls-Royce’a w Polsce, ale raczej na całościowym podejściu do tego rynku, czyli kooperacji, współpracy z partnerami.
W 2013 roku Rolls-Royce razem z Daimlerem przymierzał się już do budowy produkcji elementów silników w Stargardzie Szczecińskim. Spółka otrzymała obietnicę rządowego grantu oraz zwolnień podatkowych w ramach Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Jak podkreśla Roth, koncern jest zainteresowany udziałem w programie modernizacji polskiej armii, szczególnie dotyczącym Marynarki Wojennej.
– Mamy odpowiednie kompetencje, doświadczenie oraz znaczącą obecność w Polsce, gdzie prowadzimy firmę, zatrudniamy pracowników, wydajemy dużo pieniędzy, co pozwala nam predestynować do roli ważnego partnera dla polskiej Marynarki Wojennej w przyszłości – zauważa Roth. – Oczywiście, mamy nadzieję, że będzie się to odbywać na zasadach rynkowych. W związku z tym budujemy nasze relacje między innymi z polskimi stoczniami, które będą w przyszłości te okręty budować.
Jak podkreśla członek zarządu Rolls Royce w Polsce, dużą część przychodów koncern przeznacza na badania i rozwój. W zeszłym roku globalne wydatki na ten cel przekroczyły 900 mln funtów. Roth wyjaśnia, że innowacje koncernu pozwalają obniżyć koszty operacyjne klientów. Obejmują one m.in. rozwiązania w zakresie kontroli na statkach. Dzięki nowym rozwiązaniom coraz więcej operacji jest zautomatyzowanych, sterowanie poszczególnymi urządzeniami jest integrowane, tym samym rośnie liczba czynności, które można wykonywać bezpośrednio z poziomu mostka.
– W rezultacie wymagane są mniejsze załogi, a co za tym idzie – armatorzy czy operatorzy mają niższe koszty, co w dużym stopniu przekłada się na ich konkurencyjność – tłumaczy Roth. – Nasze prace rozwojowe w zakresie silników i podwyższania ich sprawności skutkują natomiast ogromnymi oszczędnościami w zużyciu paliwa. Koszt paliwa stanowi lwią część nakładów operatora.
Prawo i technologia dają rodzicom wiele możliwości zabezpieczenia dzieci przed pornografią oraz innymi niepożądanymi treściami w sieci czy telefonie. Pomóc mogą blokady SMS-ów Premium Rate i odpowiednie oprogramowanie oferowane m.in. przez operatorów. Nawet najbardziej skuteczne blokady nie zastąpią jednak osobistego nadzór nad tym, co dziecko robi w internecie i jak korzysta z telefonu.
– Istnieją mechanizmy, które pozwalają zablokować dostęp małoletnim do niebezpiecznych dla nich treści, przede wszystkim treści erotycznych, pornograficznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Kucharczyk z Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Takie mechanizmy to przede wszystkim różnego rodzaju oprogramowania, jak kontrola rodzicielska, które pozwalają rodzicom i opiekunom sprawdzać, al także blokować dostęp do pornografii na urządzeniach takich jak komputer stacjonarny, laptop czy telefon komórkowy.
Programy te pozwalają ograniczać czy blokować zarówno wyświetlanie treści, jak i korzystanie z konkretnych programów. Dodatkowo co roku Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej przyznaje certyfikaty „Bezpieczny Internet” dostawcom, którzy oferują skuteczne programy tego typu.
– Chcemy, żeby operatorzy się o ten certyfikat ubiegali, oczywiście po spełnieniu kryteriów, po to, żeby konsumenci mieli wybór i mogli na poziomie samej usługi telekomunikacyjnej zabezpieczyć siebie i dzieci przed dostępem do tego typu treści – mówi Dawid Piekarz, rzecznik UKE.
Rodzice mają też możliwość zablokowania SMS-ów z treściami pornograficznymi. Premium Rate to usługa telekomunikacyjna o podwyższonej opłacie. Za jej pośrednictwem użytkownicy mogą zamawiać gry, subskrypcje, brać udział w konkursach i loteriach, ale służą one również do uzyskania płatnego dostępu do treści pornograficznych i sekstelefonów.
– Jednym z narzędzi prawnych, które wprowadził Urząd, była nowelizacja prawa telekomunikacyjnego, która zobowiązuje każdego operatora do tego, żeby na życzenie abonenta bezpłatnie zablokował dostęp do wszystkich usług Premium Rate, zarówno wychodzących, jak i przychodzących, oraz żeby ustalił na życzenie abonenta górny limit kwot, jakie można na tego typu usługi wydać – mówi Dawid Piekarz.
Dzieci do ukończenia 13. roku życia nie mają zdolności do czynności prawnych, co oznacza, że nie mogą same skutecznie zaciągać zobowiązań ani nabywać praw. Natomiast ograniczoną zdolność do czynności prawnych mają małoletni, którzy ukończyli już 13 lat, ale nie osiągnęli jeszcze wieku pełnoletności. Ustawodawca dopuszcza wprawdzie możliwość zawierania umów przez osoby, które nie mają zdolności do czynności prawnych, ale mogą one być zawierane w drobnych, bieżących sprawach życia codziennego, na przykład zakupu w kiosku karty pre-paid. Tym samym za ważne, w świetle polskiego prawa, uznaje się zawieranie umów, z zakresu drobnych, bieżących spraw życia codziennego przez osoby niemające zdolności do czynności prawnych lub osoby o ograniczonej zdolności do czynności prawnych, dokonanych poprzez czynność faktyczną, jaką jest zakup karty pre-paid dostawcy usług. Do drobnych, bieżących spraw życia codziennego nie można natomiast zaliczyć zakupu aparatu telefonicznego/ smartfona czy też zawarcia umowy powiązanej z zakupem urządzenia.
Biorąc pod uwagę to, że dziecko może samo zakupić kartę pre-paid, istotne jest, by rodzice zadbali o to, w jaki sposób będzie ono korzystało z usług.
– Najlepszą ochroną małoletnich użytkowników smartfonów będzie założenie blokady usług premium, która ograniczy dzieciom dostęp do tych treści. Usługa Blokady Premium Rate dostępna jest zarówno dla użytkowników korzystających z ofert abonamentowych, jak i powszechnie dostępnych ofert na kartę. Wystarczy w tym celu skontaktować się z naszym dostawcą usług – wyjaśnia Milena Górecka, naczelnik Wydziału Polityki Konsumenckiej w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej.
Blokady, programy i filtry nie są jednak aż tak doskonałe, by po ich zainstalowaniu uznać, że nasze dziecko jest całkowicie bezpieczne.
– Oprogramowania typu kontrola rodzicielska opierają się na pewnego rodzaju filtrach treści. Ktoś najpierw musi oznaczyć dane strony jako niebezpieczne, dostępne tylko dla osób pełnoletnich. Ale wiadomo, że to może być zawodne, bo jeżeli jakaś strona nie zostanie właściwie oznaczona, to nasze dziecko pomimo założonej blokady może uzyskać do niej dostęp – mówi Paweł Kucharczyk. – Dlatego apelujemy do rodziców, aby podchodzili do sprawy z rozwagą i weryfikowali, w jaki sposób dziecko korzysta z internetu czy telefonu, z jakimi stronami się łączy, jakie strony odwiedza.
Jak podkreśla Dawid Piekarz, często problemem jest brak świadomości rodziców i opiekunów. Po pierwsze, nie zawsze zdają sobie sprawę z samego zagrożenia i możliwości dostępu dziecka do niepożądanych treści, a po drugie, nie zawsze wiedzą, jak ten dostęp ograniczyć.
– UKE prowadzi działania, które uświadamiają rodzicom i opiekunom, jakie są możliwości, co pozwala zabezpieczyć dzieci przed nieodpowiednimi treściami. Ponieważ w znacznej części przypadków problem polega nie na tym, że brakuje odpowiednich narzędzi, lecz na tym, że często konsumenci nie są świadomi z jednej strony zagrożeń, a z drugiej strony narzędzi, którymi dysponują – podkreśla Dawid Piekarz.
Potrzebne jest również zaangażowanie rodziców w aktywność ich dzieci w internecie i rozsądny nadzór nad nią.
– Przede wszystkim musimy sprawdzać, z jakich usług korzystają nasze niepełnoletnie dzieci – zwraca uwagę Milena Górecka. – To my zawieramy umowę z danym dostawcą usług, my jesteśmy osobą odpowiedzialną za to, z jakich urządzeń korzysta nasze dziecko, w jaki sposób wchodzi na strony internetowe czy korzysta z urządzeń mobilnych. Tylko od nas zależy, czy zabezpieczymy je odpowiednio.
Eksperci podkreślają, że nie ma jednego idealnego sposobu na zabezpieczenie dziecka przed dostępem do pornografii. Gdy jednak skorzysta się ze wszystkich dostępnych możliwości, ryzyko będzie znacząco mniejsze.
Urszula Czerniawska, junior brand manager w firmie Milka
66 proc. Polaków deklaruje, że lubi się dzielić. Z badania przeprowadzonego na zlecenie producenta czekolady Milka wynika wprawdzie, że najchętniej oddamy coś dla nas cennego osobom bliskim, jednak zdecydowana większość deklaruje też gotowość dzielenia się z zupełnie obcymi osobami.
Badani przez firmę IQS przyznawali, że lubią się dzielić. Najchętniej ze swoimi bliskimi, mężem, żoną, siostrą, bratem czy przyjaciółmi.
– Polacy jako naród bardzo lubią się dzielić, jesteśmy wychowani w słowiańskiej tradycji dzielenia się i jednocześnie jesteśmy narodem rodzinnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Jamroziak, psycholog biznesu. – W ostatnich latach to nieco się zmieniło, ludzie zaczęli się przenosić do miast, gdzie mieszkają w blokach wśród nowych osób, co sprzyja rozluźnianiu się więzów rodzinnych. Mam wrażenie, że nasza skłonność do dzielenia trochę spadła.
Co ciekawe, ankietowani lepiej ocenią swoją własną skłonność (66 proc.) niż Polaków jako ogółu. Blisko połowa uważa Polaków za naród skłonny do dzielenia się z innymi.
– Mam wrażenie, że jesteśmy narodem dzielącym się. Dowodem są wszelkiego rodzaju akcje pomocy dla osób w trudnej sytuacji – ocenia Tomasz Jamroziak. – Dzielimy się z ludźmi, którzy wyraźnie tego potrzebują. Jesteśmy tak uwarunkowani biologicznie, że odczuwamy potrzebę niesienia pomocy słabszym, otaczania opieką osób słabszych, starszych i dzieci.
Z badania zainicjowanego przez Milkę wynika, że na deklarowaną skłonność do dzielenia się ma wpływ wiek badanych. Większa jest obserwowana w grupie wiekowej 15-18 lat, kiedy ważna jest rodzina i grupa rówieśnicza, mniejsza w grupie 25-34 lata.
– To osoby, które są na początku wieku produkcyjnego, na etapie zdobywania i gromadzenia dóbr, mają trochę mniejszą skłonność do dzielenia się. Na początku swojego życia dzielimy się bardziej chętnie. Również osoby starsze, które już doświadczyły tego, że w życiu potrzebujemy również innych ludzi, dzielą się chętnie – mówi Jamroziak.
Wśród ludzi skłonnych do dzielenia się 93 proc. jest gotowych oddać rzeczy całkiem nowe, których nie używa. Jednocześnie 89 proc. deklaruje, że jest gotowa sfinansować obiad obcej osobie w potrzebie.
Psycholog Maria Rotkiel zwraca uwagę na to, że zarówno z badania, jak i obserwacji codziennego życia widać, że chętniej dzielą się kobiety.
– Kobiety są wrażliwsze na nastrój innych osób. One też większą przyjemność czerpią z tego, że sprawiają komuś przyjemność – mówi Rotkiel. – Każda pomoc, każdy miły gest są nie tylko efektem tego, że kobieta chce sprawić przyjemność, wyczuwa, komu ta przyjemność poprawiłaby nastrój, dla kogo byłaby ważna, lecz także przez to współodczuwanie ona sama czerpie z dzielenia się dużą satysfakcję.
Jak podkreśla, możemy dzielić się z powodów zewnętrznych, żeby lepiej się poczuć, lecz także z pobudek zewnętrznych – by komuś pomóc, zrobić przyjemność czy wzmocnić relację.
– Jesteśmy skłonni podzielić się tak naprawdę wszystkim, co mamy, chociaż najchętniej dzielimy się rzeczami używanymi. W badaniu okazało się jednak, że Polacy równie chętnie dzielą się niby błahą rzeczą, jaką jest kostka czekolady. Jest to nasz sposób na okazanie sympatii, przyjaźni, okazanie i udowodnienie relacji, która nas łączy z wybraną osobą. Słodycze są zdecydowanie tym elementem, którym chętnie dzielimy się z osobami bliskimi – podkreśla Urszula Czerniawska, junior brand manager w firmie Milka.
– Ostatnia kostka ulubionej czekolady to nie jest sprawa błaha, bo jeśli ktoś z Państwa lubi czekoladę, to wie, jak trudno odmówić sobie ostatniej kostki. Okazuje się z tych badań, że tą ostatnią kostką podzielilibyśmy się z osobami nam najbliższymi – mówi Tomasz Jamroziak.
Milka z tej polskiej skłonności do dzielenia się postanowiła uczynić element akcji promocyjnej. Zaproponowała swoim klientom możliwość wysłania do wybranej osoby ostatniej kostki czekolady.
– Z prawie 2,5 mln tabliczek zabraliśmy ostatnią kostkę czekolady – wyjaśnia Czerniawska. – Na www.fioletowastrona.pl wszyscy mogą się nią podzielić z osobami najbliższymi, przyjaciółmi, rodziną, bliskimi i w ten sposób okazać im swoją sympatię i podkreślić łączące ich uczucia. Akcja Milki opiera się na założeniu, że ostatnia kostka czekolady z opakowania jest najcenniejsza. Zauważyliśmy, że gdy zjadamy tę ostatnią kostkę czekolady, to tak naprawdę traktujemy ją jako taki ostatni element, który pozwala nam zapamiętać smak czekolady na dłużej.
Podczas pierwszych dwóch tygodni akcji Milka wysłała już kilkadziesiąt tysięcy kostek.
Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów w Instytucie Monitorowania Mediów
Sieci handlowe nie oszczędzają na reklamie. W I kwartale wydatki na ten cel wyniosły 284 mln zł. To o 50 mln zł mniej niż w poprzednim kwartale, ale w ujęciu rocznym więcej o ponad 90 mln zł. Sieci zwiększały swoją obecność w radiu i telewizji, redukowały natomiast wydatki na prasę.
– 284 mln zł – tyle działające w Polsce sieci handlowe przeznaczyły w I kwartale 2015 roku na promocję w mediach. W stosunku do poprzedniego kwartału oznacza to spadek o około 50 mln zł. Ale porównując to z wydatkami w analogicznym okresie ubiegłego roku okazuje się, że te wydatki wzrosły o około 90 mln zł – mówi Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów w Instytucie Monitorowania Mediów, który zbadał wydatki na reklamę działających w Polsce sieci handlowych.
W podziale na medium, największym reklamobiorcą było radio. Na ten rodzaj reklamy sieci wydały ponad 134 mln zł, a na reklamę w telewizji – 131 mln zł. Na radio stawiał Lidl (50 mln zł) i Carrefour (14 mln zł), zaś Biedronka i Tesco wybrały moc obrazu. Na reklamy w telewizji wydały odpowiednio 38 mln i 17 mln zł.
– Czołową trójkę największych reklamodawców stanowią sieci Lidl, Biedronka oraz Tesco. To one wzbudzają też największe zainteresowanie mediów, również internautów. Te same sieci są jednocześnie tymi, o których internauci na Facebooku, Twitterze, forach czy blogach rozmawiają najczęściej – tłumaczy Jadaś.
Zdecydowanym liderem jest Lidl, który na reklamy przeznaczył 99 mln zł. Druga Biedronka znacznie mniej – 58 mln zł. Tesco utrzymało trzecią pozycję, ale wydatki zmalały o 14 mln zł.
Choć te sieci zdecydowanie najwięcej wydały na reklamy, to najdroższy spot wyemitowało Intermarché. Spot „Słynny szef kuchni odkrywa Polskę” został wyemitowany 1400 razy i kosztował blisko 6 mln zł. Biedronka zachęcała natomiast do odkrycia smaków Portugalii. Na osiem tego typu spotów sieć wydała łącznie blisko 14 mln zł.
– W badanym okresie największe wydatki reklamowe zauważyliśmy w marcu. Miało to głównie związek z Wielkanocą. Wtedy sieci handlowe postawiły na kreacje nawiązujące do zakupów, które Polacy zwykle robią przed świętami – analizuje Jadaś.
Najwięcej na emisję reklam w marcu wydały Lidl i Biedronka – odpowiednio 46 mln i 27 mln zł. Wielkanocne promocje cenowe były najczęstszym tematem rozmów internautów o sieciach handlowych.
– Dyskusje, które były prowadzone w serwisach społecznościowych, nawiązywały do świąt Wielkiej Nocy, wyprzedaży i promocji reklamowanych w mediach tradycyjnych. Można zauważyć wprost proporcjonalną zależność tego, co Polacy słyszą w radiu, oglądają w telewizji i spotykają w prasie, do tego, co staje się tematem dyskusji na temat sieci handlowych w social mediach – tłumaczy ekspert z IMM.
Internauci chętnie wymieniają się informacjami o niskich cenach i szukają obniżek. Tematów nie brakowało, bo od stycznia do marca sieci handlowe prześcigały się w promocjach. Biedronka kusiła kosmetykami w atrakcyjnych cenach, Carrefour zwracał pieniądze za jedne z pięciu zakupów w postaci e-bonu, a Lidl przekonywał o „superbombastycznych cenach”.
– Z analizy wydźwięku wypowiedzi internautów na temat sieci handlowych w Polsce wynika, że są to wypowiedzi z reguły pozytywne. Zdarzają się opinie negatywne, jednak procentowe porównanie tych krytycznych do tych pozytywnych wypada na korzyść sieci handlowych – przekonuje Łukasz Jadaś.
Grzegorz Śniadała, przedstawiciel IT Club ABSL, organizacji zrzeszającej najważniejszych inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu
93 proc. firm świadczących usługi IT w Polsce chce w ciągu najbliższych lat rozszerzyć swoją działalność, a tym samym zwiększyć zatrudnienie. Obecnie w branży pracuje ponad 140 tys. osób, a liczba ta wciąż rośnie. Poszukiwani będą analitycy biznesowi, programiści i specjaliści o umiejętnościach miękkich i z dobrą znajomością języków obcych. Usługi informatyczne z Polski dostarczane są w 25 językach.
– Branża zatrudnia obecnie około 140 tys. osób – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Śniadała, przedstawiciel IT Club ABSL, organizacji zrzeszającej najważniejszych inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. – Według respondentów naszego badania IT Clubu ok. 90 proc. firm zamierza zwiększyć zatrudnienie jeszcze w tym roku. Zdecydowana większość z nich planuje rozszerzać zakres swojej działalności w ciągu kolejnych 2 latach. Dotyczy to przechodzenia w stronę coraz bardziej zaawansowanych zadań, np. analityki biznesowej, zarządzania projektami, architektury technicznej i biznesowej.
Ostatnie lata były dla branży IT wyjątkowo korzystne. Dane GUS-u wskazują, że od 2009 do 2013 roku liczba firm świadczących usługi IT wzrosła z 40,2 do 60,7 tys. Największe firmy zatrudniają 55 tys. osób, łącznie w całym sektorze pracuje ich ponad 140 tys.
Z raportu ABSL „Rynek usług IT w Polsce” wynika, że zatrudnienie będzie coraz większe. 91 proc. przedsiębiorstw wskazuje, że jeszcze w tym roku będzie poszukiwać nowych pracowników.
– Poszukiwane będzie szerokie spektrum zawodów: od analityków biznesowych, programistów, poprzez specjalistów od technologii sieciowych, po project managerów z dobrą znajomością języków i biznesu – ocenia ekspert.
Znajomość języków obcych jest w tym segmencie koniecznością. Usługi IT świadczone są z Polski w 25 językach, co wskazuje na globalną skalę biznesu. Działające w Polsce firmy świadczą usługi dla klientów z różnych części świata. W przypadku polskich firm dominują rodzimi klienci (88 proc.), a 64 proc. skupia się na zagranicznych markach. W przypadku firm z zagranicznym kapitałem usługi świadczone są globalnie.
– 80 proc. takich firm świadczy usługi na rzecz Europy Zachodniej, a ponad 50 proc. na rzecz klientów z Ameryki Północnej. Istnieją oczywiście kierunki, które są nieco niedoreprezentowane, takie jak Ameryka Południowa czy Azja, ale jest to pole do popisu dla nas i naszego rozwoju – ocenia Śniadała.
Raport ABSL pokazuje, że w ostatnich 3 latach w 90 proc. firm zwiększył się zakres świadczonych usług. Większość przedsiębiorstw realizuje co najmniej kilka procesów biznesowych, 93 proc. deklaruje też rozszerzanie zakresu swojej działalności w ciągu najbliższych dwóch lat. Dlatego na pracę mogą liczyć osoby o szerokich kompetencjach.
– Poszukujemy kompetencji twardych, związanych bezpośrednio z technologią, znajomości spraw sieciowych, systemów klasy ERP. Ważne są też umiejętności miękkie, które mogą pomóc naszym pracownikom w rozwoju takich specjalności, jak analityka biznesowa czy zarządzanie projektami – komentuje ekspert ABSL.
W najbliższych latach rynek usług IT będzie notować stabilny wzrost. Globalne wydatki firm na ten cel będą rosły średnio w tempie 4,6 proc. rocznie i na koniec 2018 roku mają wynieść 3,9 mld dolarów. Duża konkurencja między firmami IT i małe różnice między produktami oznaczają, że przyszłością sektora są te firmy, które najlepiej zaadaptują nowe technologie i odpowiedzą na potrzeby klientów.
– Dzisiejszy świat IT idzie coraz bardziej w kierunku konsumeryzacji. W zasadzie każdy, kto ma kartę kredytową, może zacząć dostarczać usługi. Firmy, które będą w stanie opanować takie technologie jak mobility, big data, media społecznościowe, automatykę, robotykę czy automatyzację procesów biznesowych przy pomocy wymienionych technologii, będą wygrywać na rynku w przyszłości – prognozuje Grzegorz Śniadała.
prof. Leszek Czupryniak, były prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego
Skandynawia, Wielka Brytania, Niemcy i Francja – to kraje, które dużą wagę przywiązują do problemu cukrzycy, ale niewiele europejskich krajów bierze z nich przykład. Lekarze i pacjenci krytykują, że większość państw członkowskich zbyt mało uwagi poświęca cukrzycy w polityce zdrowotnej. Problem jest coraz poważniejszy. W 2035 roku co dziesiąty dorosły Europejczyk może być diabetykiem.
Cukrzyca, podobnie jak nowotwory czy choroby układu krążenia, jest zaliczana do najpoważniejszych schorzeń cywilizacyjnych. Mimo postępów w medycynie Polska znajduje się w czołówce państw o najwyższej zachorowalności na cukrzycę. Według danych NATPOL na tę chorobę cierpi już ponad 2,7 miliona Polaków, z czego 550 tys. to pacjenci niezdiagnozowani.
– Kraje, które są na samym szczycie rozwoju ekonomicznego, jak Skandynawia, Niemcy, Wielka Brytania czy Francja, przywiązują dużą wagę do diabetologii, do rozwiązywania problemów chorych na cukrzycę. Natomiast kraje, które dołączyły do UE w 2004 roku, i jeszcze kilka innych, nie traktują cukrzycy jako wystarczająco istotnego priorytetu polityki zdrowotnej – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Leszek Czupryniak, były prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.
Skala problemu cukrzycy jest coraz większa. W 2013 roku w Europie na cukrzycę chorowało ponad 56 mln osób. Do 2035 roku liczba ta wzrośnie do blisko 69 mln. To oznacza, że diabetykiem będzie co dziesiąty Europejczyk w przedziale wiekowym 20-79 lat – wynika z danych Międzynarodowej Federacji Diabetologicznej (IDF). Według danych Światowej Organizacji Zdrowia cukrzyca i jej powikłania w 2030 roku będą siódmą przyczyną śmierci na świecie, a liczba zgonów z powodu tej choroby w ciągu najbliższych 10 lat wzrośnie o ponad 50 proc.
Walczyć z tym zjawiskiem w Europie chcą przedstawiciele ExPAND, czyli Europejskiej Sieci na rzecz Zmian w Polityce Zdrowotnej Dotyczącej Cukrzycy. To pierwszy tego typu projekt w ramach Unii Europejskiej skupiający parlamentarzystów z różnych krajów, pacjentów oraz środowisko medyczne, którzy podkreślają, że cukrzyca jest obszarem zaniedbanym przez wiele rządów krajów Unii Europejskiej.
– Zaczęła się rozwijać ponadnarodowa inicjatywa, w pewnym sensie grupa lobbingowa, grupa nacisku, angażująca lokalne autorytety, diabetologów, pielęgniarki, pacjentów, media, rozpoczynająca już po raz kolejny w polskich warunkach dialog z władzami Ministerstwa Zdrowia, rządu i pokazująca, dlaczego cukrzyca pozostaje ostatnim dużym zaniedbanym obszarem w polityce zdrowotnej – mówi prof. Czupryniak.
W trakcie I Konferencji ExPAND twórcy inicjatywy rozpoczęli prace nad „Planem dla Cukrzycy” – strategicznym dokumentem zawierającym propozycje realnych i skutecznych rozwiązań.
Eksperci podkreślają, że aby zapobiegać cukrzycy, uważanej za największą epidemię XXI wieku, konieczne jest podjęcie szeregu usystematyzowanych działań, które usprawnią profilaktykę, leczenie tej choroby i ograniczą ryzyko powikłań. Równie ważna jest edukacja w kierunku zmiany stylu życia Polaków.
– Pokazujemy, że diabetologia jest dziedziną, gdzie nawet niewielkie nakłady finansowe mogą przynieść znaczną poprawę w zakresie redukcji liczby zachorowań, czyli w zapobieganiu samej cukrzycy, oraz w jej leczeniu i zapobieganiu powikłaniom – podkreśla prof. Leszek Czupryniak. – Chorzy na cukrzycę są grupą, która wymaga zwrócenia uwagi na ich złożone potrzeby. Chodzi o dostęp do leków czy powstanie sieci gabinetów stopy cukrzycowej itd.
Jak podkreśla, kluczowe jest również edukowanie pacjentów.
– Ktoś, kto zachorował na cukrzycę typu II, musi uzyskać odpowiednią wiedzę i zastosować ją w codziennym życiu. Musi wiedzieć, jak ma się odżywiać, jaką aktywność fizyczną ma wykonywać i jak w praktyce ma to wprowadzić w swój codzienny plan życia. Wszędzie na świecie jest to realizowane przez zespoły terapeutyczno-edukacyjne, pielęgniarki i edukatorki, które wiedzą, w jaki sposób dotrzeć do każdego pacjenta, by wytłumaczyć mu, co robi źle – mówi prof. Leszek Czupryniak.
Dużą bolączką jest również brak dostępu do nowych leków w Polsce, mimo że od lat są stosowane w innych krajach UE.
– One zmieniły przebieg leczenia cukrzycy, są standardem leczenia w krajach, nie tylko Zachodniej Europy, lecz także w krajach ościennych – Czechach, Słowacji, republikach bałtyckich. Tu cały czas władza pozostawała głucha na nasze prośby – mówi prof. Leszek Czupryniak.
Innym problemem jest finansowanie opieki diabetologicznej, zarówno ambulatoryjnej, jak i szpitalnej.
– Parę lat temu NFZ wprowadził kompleksową ambulatoryjną opiekę specjalistyczną, która wydaje się być dobrym pomysłem, ale jest tak słabo finansowana, że mało który ZOZ wchodzi w ten program. Również leczenie szpitalne jest bardzo niedoszacowane i praktycznie nie mamy możliwości skutecznego zapobiegania i leczenia zespołu stopy cukrzycowej w prawidłowo wyposażonych pod względem sprzętu i kadry medycznej gabinetów – dodaje prof. Leszek Czupryniak.
Rośnie ryzyko związane z inwestycjami w obligacje korporacyjne. Dziś sprzedają je głównie firmy, które mają problemy finansowe i banki odmówiły im kredytu. Przy bardzo niskich stopach procentowych w Polsce pożyczka w banku jest bowiem znacznie bardziej atrakcyjna od emisji papierów dłużnych.
W ubiegłych latach obligacje korporacyjne były bardzo ciekawym sposobem na inwestycje. Kredyty bankowe miały wysokie oprocentowanie, więc na sprzedaż własnych papierów dłużnych decydowało się wiele firm. Warunki, jakie proponowały, też były znacznie zyskowniejsze od bankowych lokat.
– Rynek obligacji korporacyjnych jeszcze dwa lata temu, a nawet do zeszłego roku był bardzo atrakcyjny, ponieważ nie mieliśmy dużo przypadków bankructw emitentów, kiedy powstawało dużo funduszy inwestycyjnych, które rozpraszały ryzyko poprzez dywersyfikację– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Pawlak partner Lorek Pawlak Family Office. – Wówczas można było osiągnąć nawet 7- i 8-proc. stopy w Polsce przy praktycznie minimalnym ryzyku.
Obecnie jednak nie jest to już tak atrakcyjna forma inwestycji. Stopy procentowe NBP są najniższe w historii, a w raz z nimi potaniały w Polsce kredyty. Z drugiej strony wyraźnie wzrosło ryzyko na rynku obligacji. Znacząco spadła bowiem liczba atrakcyjnych emisji pośród których mogą wybierać inwestorzy.
– To ryzyko wynika głównie z tego, że jednak dług dzisiaj emituje ta korporacja, która nie otrzymała kredytu w banku– zwraca uwagę Mariusz Pawlak. – Należy pamiętać o tym, że dziś stopy są bardzo niskie, w związku z tym banki oferują bardzo atrakcyjne oprocentowanie. Jeżeli więc ktoś nie przeszedł tej weryfikacji bankowej, to znaczy, że niesie ze sobą większe ryzyko, przez co musi oferować wyższe stopy zwrotu. Wyższe stopy zwrotu to wyższy koszt jego obsługi i mniejsza rentowność przedsiębiorstwa, więc ma mniejszy margines na ewentualną pomyłkę w prowadzeniu swojej działalności gospodarczej.
Dlatego decydując się na inwestowanie oszczędności w obligacje korporacyjne, trzeba bardzo uważać. Przed ulokowaniem w takich papierach pieniędzy warto się dobrze przyjrzeć firmie, której udziela się takiej pożyczki – doradza partner Lorek Pawlak Family Office.
– Dzisiaj, po serii bankructw deweloperów, mamy tak naprawdę kolejne ryzyko, to ryzyko kredytowe przy tej inwestycji. Obecnie nawet inwestycja w obligacje emitentów korporacyjnych jest raczej inwestycją ryzykowną. Jak zatem wybierać? Na pewno lepiej zainwestować w kilku, a nawet kilkunastu emitentów, niż skupić się na jednym, chyba że go naprawdę bardzo dobrze znamy.
Przy wyborze emitenta, w którego papiery można bezpiecznie zainwestować, najważniejsza jest jego kondycja finansowa. Nawet wysoka płynność obligacji nie będzie miała znaczenia, gdy strategia finansowa spółki przestanie się dopinać.
– Nawet tych obligacji, które dzisiaj są płynne, w sytuacji, kiedy emitent będzie bankrutował, nikt nie będzie w stanie sprzedać, bo nie będzie na nie popytu– ocenia Mariusz Pawlak partner Lorek Pawlak Family Office. – Ważniejsza niż płynność obligacji jest jednak wiarygodność emitenta.
Maciej Michalski, wiceprezes zarządu MM Prime Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych
W ciągu roku rynek zamkniętych funduszy inwestycyjnych urósł w Polsce o 10 proc. To oznacza, że zamożni Polacy zaczynają dywersyfikować swe oszczędności w poszukiwaniu nowych miejsc, gdzie mogą ulokować nadwyżki finansowe.
Zamknięte fundusze inwestycyjne to oferta dla ludzi znacznie bogatszych od przeciętnej. Stają się one coraz bardziej popularne wśród ludzi dysponujących co najmniej 200 tys. zł. Takimi nadwyżkami finansowymi dysponują w Polsce głównie przedsiębiorcy i wysoko wykwalifikowany top management.
– Większość przedsiębiorców w pewnym momencie dochodzi do granicy, kiedy już nie mogą zwiększyć rentowności swojego biznesu, może nie chcą się angażować, może chcą zdywersyfikować swoją działalność– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Michalski, wiceprezes zarządu MM Prime Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych. – Jeżeli przedsiębiorca stawia tylko na działalność gospodarczą, to jakby wrzucił wszystkie pieniądze do jednego koszyka. Mimo że zna go bardzo dobrze, to nie wie nigdy, jak zareaguje gospodarka i jego przedsiębiorstwo na dane z gospodarki.
Dlatego zamożni przedsiębiorcy zaczynają szukać innych rozwiązań. Inwestują w nieruchomości, zazwyczaj komercyjne, czasami mieszkania na handel oraz w fundusze inwestycyjne. Tu część wybiera fundusze bezpieczne. Zamiast trzymać pieniądze w bankach, gdzie przy dzisiejszych stopach procentowych lokaty są oprocentowane na 1-1,5 proc., decydują się często na skorzystanie z bezpiecznych rozwiązań depozytowych, które dają między 3,5 a 4 proc. Inni inwestują w fundusze bardziej dynamiczne – akcji albo oparte na surowcach lub wierzytelnościach.
– Ogólnie fundusze bardziej dynamiczne obarczone są większym ryzykiem, ale mają też większą stopę zwrotu– podkreśla Maciej Michalski. –Stopa zwrotu takich funduszy inwestycyjnych, akcyjnych, w tym roku plasuje się bardzo wysoko, ponieważ od początku roku większość z nich zarobiła po dziesięć, a nawet kilkanaście procent tylko w kilku ostatnich miesiącach. Na pewno jest to sukces nie tylko rynku, lecz także przedsiębiorców, którzy zdecydowali się na takie rozwiązania.
Wśród dynamicznych funduszy najbardziej atrakcyjne są oferty funduszy zamkniętych. Wynika to z ich specyfiki – zwraca uwagę wiceprezes zarządu MM Prime Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych.
– Fundusz otwarty musi trzymać zawsze pieniądze na wypłatę, bo nigdy nie wie, kiedy klienci przyjdą po pieniądze. To powoduje, że 7 do 10 proc. całości pieniędzy, którymi zarządza dane towarzystwo, musi leżeć na rachunku bankowym, ponieważ to stanowi płynność danego funduszu. Natomiast fundusze inwestycyjne zamknięte zazwyczaj dostarczają wyższą stopę zwrotu niż fundusze otwarte, ponieważ takie fundusze trzymają gotówkę.
W przypadku funduszy zamkniętych, w których kupuje się drogie certyfikaty, wycofanie zainwestowanych pieniędzy odbywa się w ściśle określonych terminach. Pomiędzy nimi FIZ-y mogą zainwestować całą posiadaną gotówkę, osiągając wyższe stopy zwrotu. To sprawia, że funduszom zamkniętym przybywa klientów. Szczególnie ostatnio, gdy polska gospodarka przyspiesza i efekty tego rozwoju wielu Polaków poczuło w kieszeniach.
– Nasz rynek w ciągu roku urósł o ponad 10 proc.– ocenia Maciej Michalski z MM Prime TFI. – Biorąc pod uwagę wzrost gospodarczy, który wyniósł kilka procent, i porównując go z 10 proc. w funduszach inwestycyjnych, należy uznać, że to duży sukces.
Softblue zapowiada, że projekty, nad którymi pracuje, już w przyszłym roku będą wprowadzane na rynek. Firma specjalizująca się w biznesowym wykorzystywaniu badań i projektów naukowych oraz doradztwie i tworzeniu systemów IT w lipcu chce zadebiutować na NewConnect, by móc łatwo pozyskać nowy kapitał na inwestycje.
– Chcemy, żeby nasze projekty były projektami niskiego ryzyka i wysokiej stopy zwrotu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Kierul, prezes Softblue. – Te projekty są już realne, namacalne, gotowe i są na etapie wdrażania, dlatego staramy się minimalizować ryzyko do zera. To są oczywiście czynniki techniczne, technologiczne, ale je minimalizuje nasz doskonały zespół. Ryzyko finansowe to pozyskanie funduszy na realizację projektów, ale jesteśmy na dobrej drodze, żeby te czynniki ryzyka niwelować do zera.
Spółka ocenia, że stopień innowacyjności polskiej gospodarki jest jednym z najniższych w Europie. Chce to jednak wykorzystać i przekuć w dobry biznes. Softblue zapewnia, że potrafi wybierać do wdrożeń takie projekty, które powinny dać zyski. Firma pozyskała w kwietniu od inwestorów instytucjonalnych 10 mln zł w zamian za pakiet ponad 22,5 proc. akcji. Te pieniądze pozwolą jej m.in. na wsparcie prowadzonych projektów oraz inwestycje w nowe wynalazki. W lipcu firma chce zadebiutować na rynku NewConnect.
– Większość projektów będzie wdrażanych pod koniec tego roku lub na początku przyszłego – zapewnia Michał Kierul. – Nasze autorskie rozwiązania, drony do badania niskich emisji czy ForestDron, już w dużej mierze są gotowe. Nasi partnerzy to Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 w Bydgoszczy, czyli firma o solidnych podstawach. Stąd jesteśmy pewni, że w przyszłym roku będziemy mogli wiele naszych produktów wdrażać i oferować na rynku.
AirDron to urządzenie, które pozwoli zbadać skład i poziom tzw. niskiej emisji, czyli dymu, jaki unosi się nad polskimi miastami z prywatnych oraz przemysłowych kominów. Ta technologia pomoże wykryć i wyeliminować największych trucicieli.
– Około 5 proc. spalanych substancji w Polsce to substancje zabronione – ocenia prezes Softblue. – Tysiące osób umiera z powodu ich spalania. Większość dużych miast w Polsce wyraziło chęć przystąpienia do uczestnictwa w tym projekcie i zakupu takiego urządzenia bądź skorzystania z naszych usług. Stąd wierzymy, że potencjał tego produktu jest potężny i będziemy dominującą firmą w tym zakresie w Polsce i Europie.
Softblue specjalizuje się w komercjalizacji badań i projektów naukowych. Obecnie firma wiąże spore nadzieje także z projektami SoftHeart, umożliwiającym badania serca w widmach niesłyszalnych, i SoftGene, umożliwiającym wykrywanie modyfikacji genetycznych, np. w żywności, i badanie pokrewieństwa.
– W naszej firmie są systemy, które na bieżąco analizują koszty i etapy wdrożenia danego systemu – podkreśla prezes Michał Kierul z Softblue. – Na bieżąco widzimy, co się dzieje z danym projektem, więc na pewno damy sobie z tym radę. Każdy z nich wymaga czasu, szczególnie te z sektora B+R, ale w tych projektach już jest wiele części gotowych, więc wymaga to tylko dokończenia i wdrożenia, a w to wierzymy, że się uda.
W 2014 roku spółka miała 5,2 mln zł przychodów. Mimo poczynienia znacznych inwestycji w sektor B+R osiągnęła zysk netto w wysokości 165 tys. zł.
Jacek Kapica, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów
Blisko połowa rocznych deklaracji podatkowych, czyli ponad 7 mln PIT-ów, w tym roku wpłynęła do urzędów skarbowych drogą elektroniczną. Podatnicy coraz chętniej przesyłają w ten sposób również inne dokumenty – na koniec maja było ich w sumie 35 mln. Resort finansów zapowiada, że jeszcze w tym miesiącu pojawi się możliwość weryfikacji dochodów przez miejskie ośrodki pomocy społecznej czy sprawdzenia kontrahenta w zakresie płacenia podatku VAT.
– W 2008 roku drogą elektroniczną przesyłano 103 tysiące deklaracji. W tym roku na koniec maja było to 35 mln dokumentów na 65 mln przesyłanych w ciągu roku. Już dzisiaj ponad 50 proc. dokumentów jest przesyłanych drogą elektroniczną, a to dopiero połowa roku – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Kapica, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów.
Według niego ten kanał komunikacji jest funkcjonalny dla podatników, szczególnie osób fizycznych, i chętnie przez nich wykorzystywany, m.in. dlatego że nie muszą posiadać podpisu kwalifikowanego.
– Nie muszą chodzić po niego do urzędu skarbowego, tylko mogą się podpisać danymi autoryzującymi z przychodu, z dokumentów z ubiegłego roku, które każdy ma u siebie w domu. Statystyki pokazują, że to był właściwy kierunek – dodaje Kapica.
Jak wskazują wyniki badania preferencji podatników w zakresie zeznań podatkowych, wykonanego przez firmę doradczą PwC na zlecenie Ministerstwa Finansów, w 2015 r. polscy podatnicy złożyli ponad 7 mln e-Deklaracji. Stanowi to 46 proc. wszystkich zeznań PIT za ubiegły rok. Wśród ankietowanych blisko 31 proc. podatników rozliczyło zeszłoroczny PIT za pomocą systemu e-Deklaracje, a 99 proc. z nich zamierza korzystać z systemu także w kolejnych latach. Z kolei prawie połowa z tych, którzy złożyli PIT za 2014 rok w tradycyjny sposób, w przyszłym roku chce zrobić to online.
Wśród największych zalet systemu e-Deklaracje ankietowani wskazali przede wszystkim wygodę (84,3 proc.) i oszczędność czasu (88,2 proc.). Wśród największych wad znalazły się między innymi: konieczność podawania kwoty z roku ubiegłego (23,5 proc.), wymagania sprzętowe (11,9 proc.) czy brak możliwości składania NIP-3 (6,4 proc.). Według PwC mimo wskazywanych wad ponad 77 proc. wszystkich badanych uznało system e-Deklaracje za przejrzysty i funkcjonalny.
– Z nowości, które udostępniamy, warto wspomnieć o wstępnie wypełnianym zeznaniu podatkowym, które w tym roku zostało po raz pierwszy udostępnione. Skorzystało z tego ponad 100 tys. osób. Można mówić, że to mało, ale przypomnę, że w 2008 roku w ogóle wszystkich deklaracji było 103 tys. To jest coś, co będzie się rozwijało – zapewnia Kapica.
Usługa wstępnie wypełnionego zeznania podatkowego (PFR) to propozycja rozliczenia rocznego. Ma ona sprawić, że składanie zeznania podatkowego będzie prostsze, gdyż podatnik nie będzie musiał wypełniać sam zeznania podatkowego, bo zrobi to za niego administracja podatkowa. Z tej propozycji podatnik może, ale nie musi skorzystać.
– W przyszłym roku chcemy to wstępnie wypełnione zeznanie udostępnić również dla PIT-37 w oparciu o informacje od organów emerytalno-rentowych, a więc dla emerytów i rencistów. Będą oni mogli elektronicznie również wpisać tam organizację pożytku publicznego, na którą chcą przeznaczyć 1 proc., więc to dla nich będzie w przyszłym roku istotna korzyść – podkreśla wiceminister.
Ministerstwo Finansów zapowiada także wdrożenie kolejnych udogodnień.
– W czerwcu chcemy udostępnić możliwość zweryfikowania dochodu dla osób, które są podopiecznymi miejskich ośrodków pomocy społecznej. Osoby te nie będą musiały chodzić do urzędu skarbowego po zaświadczenia o tym, jakie mają dochody i czy kwalifikują się do pomocy społecznej – zapowiada Jacek Kapica.
Dodał, że to miejski ośrodek pomocy społecznej, mając upoważnienie tych osób, bezpośrednio sprawdzi w miejscowym urzędzie skarbowym ich dochody.
– Natomiast dla biznesu po 20 czerwca będziemy w stanie udostępnić usługę weryfikacji kontrahenta zarejestrowanego w zakresie podatku VAT. Po pierwsze, zapewni to bezpieczeństwo transakcji, bo podatnik będzie wiedział, że ma do czynienia z zarejestrowanym kontrahentem, po drugie, zwiększy pewność płacenia podatków i odprowadzenia VAT-u z tego tytułu – podkreśla wiceminister.
Danuta Jazłowiecka, posłanka do Parlamentu Europejskiego
Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych, utworzony w ramach planu Junckera, ma do 2017 roku pobudzić inwestycje warte 315 miliardów euro, a tym samym unijną gospodarkę. Jeśli ten instrument okaże się skuteczny, może zastąpić politykę spójności po 2020 roku – uważa Danuta Jazłowiecka, europosłanka. Plan ma być w czerwcu zatwierdzony przez rządy państw członkowskich.
Utworzony w ramach planu Junckera Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych (EFSI) ma mieć bazę kapitałową w wysokości 21 miliardów euro. Dzięki wykorzystaniu dźwigni finansowej jego zdolność inwestycyjna przekroczy 60 miliardów euro.
– EFSI ma służyć pobudzeniu zamrożonych środków na inwestycje. Ponoć w Europie jest to ponad 300 mld euro, więc warto by rzeczywiście odmrozić te środki i zwiększyć inwestycje. Służyć ma przede wszystkim inwestycjom ryzykownym, dużym, które mogłyby zdynamizować rozwój gospodarczy Unii Europejskiej – mówi Danuta Jazłowiecka, posłanka do Parlamentu Europejskiego.
Tym samym EFSI przyczyni się do stworzenia nowych miejsc pracy oraz realizacji unijnej polityki inwestycji w innowacje i nowe technologie. Jak podkreśla Jazłowiecka, może przyczynić się do tego, że młodzi, zdolni Europejczycy będą na Starym Kontynencie prowadzić badania i realizować swoje pomysły, zamiast emigrować do USA czy rozwijających się państw azjatyckich.
Porozumienie ws. wdrażania planu inwestycyjnego uzgodniono w ramach UE pod koniec maja. Jeszcze w czerwcu ostatecznie zatwierdzą go szefowie rządów państw członkowskich. EFSI ma zacząć finansować projekty z końcem lata.
– Okres do 2017 roku jest dość krótki, ale jeżeli uda się uruchomić te pieniądze, jeżeli ten plan zacznie być skutecznie realizowany, to najprawdopodobniej wydłużymy go. Przewiduję, że być może to jest rozwiązanie na fundusze europejskie, fundusze strukturalne po roku 2020. Cały czas w Europie, szczególnie w zachodniej części, mówi się o tym, że nie chcemy już polityki spójności, że zbyt dużo rozdajemy pieniędzy, a Europie Zachodniej też się należą jakieś pieniądze, też przeżyła dosyć mocny kryzys. Być może to będzie właśnie rozwiązanie na czas po roku 2020 – tłumaczy Jazłowiecka.
Swój wkład w EFSI zadeklarowała także Polska. Przez Bank Gospodarstwa Krajowego oraz Polskie Inwestycje Rozwojowe baza kapitałowa europejskiego funduszu zostanie zasilona kwotą do 8 miliardów euro. Na liczącej kilka tysięcy pozycji wstępnej liście projektów około 250 zostało zgłoszonych przez nasz kraj. Priorytetami mają być inwestycje związane z energetyką, transportem, badaniami i innowacyjnością.
Na proces finansowania projektów inwestycyjnych wpływać ma przede wszystkim ich jakość i potencjalny wpływ na koniunkturę gospodarczą.
– Nie chcemy, żeby w jakikolwiek sposób były brane pod uwagę kryteria demograficzne, mimo że wiemy, że jest część Europy, która potrzebowałaby bardzo mocno różnego rodzaju inwestycji. Podstawowym kryterium są dobre projekty i te dobre projekty będą zgłaszane do Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Tam eksperci, którzy mają olbrzymie doświadczenie, będą analizowali, które z tych projektów można finansować, na które można dać gwarancję. W ten sposób będą dokonywane wybory – wyjaśnia Danuta Jazłowiecka.
Europosłanka zaznacza, że inwestycje współfinansowane przez EFSI będą cechować się wyższym poziomem ryzyka, niż te, na które przeznaczone są fundusze strukturalne. W przypadku powodzenia takiego projektu można jednak liczyć na wymierne korzyści, jak chociażby powstanie nowych miejsc pracy.
dr inż. Krzysztof Fornalski, ekspert z Biura Technologii i Eksploatacji spółki PGE EJ 1
W samej elektrowni jądrowej, która ma powstać w Polsce, zatrudnienie znajdzie ok. 1-1,5 tys. osób. Rozwój tej dziedziny energetyki przyczyni się jednak do powstawania nowych miejsc pracy również w innych segmentach gospodarki. Na to wyzwanie coraz lepiej przygotowany jest system edukacyjny. Powstają nowe specjalizacje w ramach takich kierunków, jak prawo, ochrona środowiska czy zarządzanie. Rośnie też zainteresowanie młodych ludzi tymi zagadnieniami.
– Sytuacja w kadrach dla energetyki jądrowej w naszym kraju przedstawia się coraz lepiej – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Krzysztof Fornalski, ekspert z Biura Technologii i Eksploatacji spółki PGE EJ 1, odpowiedzialnej za budowę pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. – Coraz więcej uczelni otwiera nowe kierunki studiów związane z tą tematyką. Także szkoły średnie wyrażają zainteresowanie kształceniem techników dla energetyki jądrowej. Powoli idziemy do przodu i z optymizmem możemy patrzeć w przyszłość.
Wyjaśnia, że widać stopniowy postęp i coraz więcej uczelni, przede wszystkim politechniki, oferuje kierunki studiów związane z energetyką jądrową zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio – np. dotyczące ochrony radiologicznej czy fizyki jądrowej.
Doświadczenie krajów, w których elektrownie jądrowe już funkcjonują, wskazuje, że przy samej budowie zatrudnionych jest kilka tysięcy osób. W trakcie eksploatacji jednego bloku na terenie obiektu pracuje ok. 800 osób (w zależności od technologii). Polska elektrownia ma docelowo posiadać kilka bloków, więc zatrudnienie wyniesie ok. 1-1,5 tys. osób. Przede wszystkim poszukiwane będą osoby z wykształceniem średnim technicznym.
– Dookoła takiej inwestycji pracuje cały sektor usług związanych np. z cateringiem czy pielęgnacją przyrody – wyjaśnia Fornalski. – Do tego dochodzą przedstawiciele elektrowni w większych miastach, naukowcy i specjaliści z innych branż. W związku z tym liczba osób, które zawodowo wiążą się z energetyką jądrową, jest dużo większa niż liczba pracujących bezpośrednio w elektrowni oraz jej otoczeniu. Można śmiało powiedzieć, że ten krąg jest kilka razy większy.
Młodzi ludzie coraz częściej postrzegają energetykę jądrową jako perspektywiczną dziedzinę, w której chcą się kształcić. Zdaniem Emilii Kopeć, inżyniera fizyki technicznej, kończącej jednocześnie studia prawnicze na Uniwersytecie Wrocławskim, wystarczy tylko informacja o tym, że energetyka jądrowa pojawi się w programie szkoły czy uczelni, aby zgłaszali się chętni do nauki.
– Energetyka jądrowa to bardzo rozwojowy i niezwykle innowacyjny sektor, i to nie tylko ze względów technologicznych, wymusza ona także rozwój takich dziedzin, jak prawo czy zarządzanie – uważa Emila Kopeć.
Aby jeszcze bardziej wzmocnić to zainteresowanie, a w rezultacie pozyskać specjalistyczne kadry, PGE EJ 1 uruchomiła program współpracy z uczelniami pod nazwą „Atom dla Nauki”. Dzięki niemu studenci mogą brać udział w konkursach oraz zdobywać wiedzę praktyczną w ramach „Dni z Atomem dla Nauki”.
Program Polskiej Energetyki Jądrowej został przyjęty przez rząd w styczniu 2014 roku. Zadanie budowy i eksploatacji pierwszej polskiej elektrowni jądrowej powierzono spółce PGE Polska Grupa Energetyczna SA. Za przygotowanie procesu inwestycyjnego, jego realizację oraz późniejszą eksploatację w Grupie Kapitałowej PGE odpowiada specjalnie powołana do tego celu spółka PGE EJ 1.
Problemy z wprowadzaniem na rynek efektów prac badawczych mają nie tylko naukowcy, lecz także przedsiębiorcy. Dlatego żeby skutecznie wykorzystać unijne środki na badania i rozwój, współpraca tych dwóch środowisk musi się zacieśnić. Ma to ułatwić ruszająca dziś w Warszawie Akademia Komercjalizacji.
– Jesteśmy na początku budowania rynku innowacji w Polsce, de facto w każdym segmencie tego rynku. Także procesy komercjalizacji technologii, które są jednym z fundamentalnych komponentów szeroko rozumianego rynku innowacji, znajdują się w początkowej fazie kształtowania się – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Koral, prezes zarządu Grupy Investin, która wspiera poszukiwania inwestorów dla start-upów technologicznych.
Jak wynika ze wszystkich badań, polska gospodarka należy do najmniej innowacyjnych w Unii Europejskiej i OECD. W Polsce zgłaszanych jest tylko 12 patentów na milion mieszkańców – to najmniej w całej UE i ponad dziesięciokrotnie mniej od wspólnotowej mediany. Również pod względem nakładów prywatnego biznesu na badania i rozwój pozostajemy daleko w tyle za Europą.
Jednym z największych problemów jest właśnie komercjalizacja, czyli wprowadzanie nowych produktów na rynek, Dlatego dostępne dla jednostek badawczych oraz przedsiębiorców unijne i krajowe środki w najbliższych latach będą uzależnione właśnie od możliwości komercjalizacji. Sam tylko unijny program operacyjny Inteligentny Rozwój ma budżet 8,6 mld euro. Dodatkowe środki będą pochodziły z budżetu krajowego i rozdysponuje je Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Często do uzyskania dotacji niezbędne będzie przedstawienie konkretnego biznesplanu z założeniami komercjalizacji.
Koral zwraca jednak uwagę na to, że w tym obszarze jest dużo do zrobienia.
– Ze względu na świeżość tego etapu i na ograniczenia w dostępie do wiedzy o komercjalizacji widoczna jest przepaść między środowiskami nauki i biznesu, które powinny ze sobą przede wszystkim współpracować – ocenia Koral. – Samo dzielenie na jedną i drugą stronę wynika z praktycznych powodów. Dużo lepiej byłoby mówić o pewnej wspólnocie interesu, łączącej biznes i świat nauki, i mam nadzieję, że do tego nieuchronnie zmierzamy.
Podkreśla, że komercjalizacja to skomplikowany proces, który wymaga dużego zrozumienia i wiedzy z obydwu stron.
– To są bardzo złożone działania, wynikające nie tylko ze złożoności przedsięwzięć, lecz przede wszystkim z obecności bardzo wielu reprezentantów, przedstawicieli podmiotów, które w tym całym łańcuchu są i muszą być obecne. To są osoby reprezentujące bardzo różne środowiska, charakteryzujące się różnymi stanami mentalnymi i percepcją otaczającej rzeczywistości – tłumaczy Koral.
Zastrzega, że choć strona biznesowa zwykle nieco lepiej rozumie wymagania rynku, to problemy występują po obydwu stronach. Najłatwiej jest wtedy, gdy prace badawcze zainicjowane są przez przedsiębiorców i prowadzone w ramach firm. Co najmniej w połowie przypadków nowe technologie tworzone są przez naukowców prowadzących badania w jednostkach akademickich. Wtedy, jak ocenia Koral, komercjalizacja jest dużo trudniejsza, bo świat nauki słabo rozumie wymagania biznesu.
– W tej sytuacji pojawia się potrzeba łączenia osób pochodzących ze świata nauki, czyli z bardzo ograniczoną znajomością świata biznesu, z ludźmi ze świata biznesu, których obecność jest niezbędna na odpowiednim etapie tego złożonego procesu – objaśnia Koral. Dodaje: – Nie chcę podkreślać wyłącznie ograniczeń po stronie nauki, są także po stronie biznesu. To wcale nie jest tak, że ten świat jest dużo bardziej „otrzaskany” w realiach tego procesu niż świat nauki.
Pomimo trudności w komercjalizacji innowacji w Polsce przedsiębiorcy, którzy się na nie zdecydują, korzystają. Jak pokazały opublikowane w kwietniu badania PwC, niemal 60 proc. przedsiębiorców osiąga w ciągu dwóch lat zyski z wdrożonych efektów prowadzonej działalności B+R. W 2014 r. ponad 40 proc. nowych produktów na rynku było wynikiem innowacji, a najwięcej takich rozwiązań wprowadził sektor IT.
Aby nauczyć świat nauki i przedsiębiorców skutecznej komercjalizacji, w ramach rozpoczynających się dziś Warszawskich Dni Innowacji wystartuje Akademia Komercjalizacji. Koordynatorem projektu jest Grupa Investin.
Michał Olszewski, zastępca prezydenta miasta stołecznego Warszawy
Zainteresowanie inwestorów stolicą jest coraz większe. Władze miasta prowadzą rozmowy z firmami, które chcą wejść na warszawski rynek. Nowe miejsca pracy mogą powstać w usługach, finansach, ale także w nowych technologiach. Rocznie w Warszawie przybywa 400 tys. mkw. powierzchni biurowej, co świadczy o atrakcyjności inwestycyjnej miasta.
– Jest kilka rozmów w toku, niestety, ze względu na stan zaawansowania trudno dzisiaj rokować – zastrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Olszewski, zastępca prezydenta miasta stołecznego Warszawy. – Pojawiło się kilku dużych graczy, m.in. z rynku finansowego, którzy intensywnie rozglądają się w stolicy.
Jak podkreśla, miasto angażuje się w tworzenie oferty, która ma przyciągnąć do stolicy inwestorów. Coraz częściej jednak z taką inicjatywą wychodzą same firmy, które chcą zaistnieć na warszawskim rynku.
– Mamy trochę inną sytuację niż niektóre polskie miasta, które same szukają inwestorów. Spodziewamy się finalizacji niektórych transakcji w przyszłym roku – mówi Michał Olszewski. – To będą miejsca pracy przede wszystkim w sektorze usług, zwłaszcza usług finansowych. Liczymy na co najmniej jedną inwestycję w sektorze badań i rozwoju technologicznego, w zakresie nanotechnologii.
Nie chce jednak podawać konkretów na temat prowadzonych rozmów. Podkreśla, że wskaźnikiem atrakcyjności miasta jest m.in. sytuacja na rynku nieruchomości biurowych.
– Skoro cały czas pojawiają się nowe projekty, to znaczy, że jest na nie popyt i są zasiedlane – mówi Olszewski.
Warszawa jest największym rynkiem nieruchomości komercyjnych w Polsce. Jak wynika z raportu MarketView, firmy doradczej i inwestycyjnej CBRE, w stolicy znajduje się obecnie 4,45 mln mkw. powierzchni biurowej. Co roku przybywa tu około 400 tys. mkw., mniej więcej tyle, ile znajduje się w Gdańsku. W pierwszym kwartale br. w Warszawie przybyło 59,2 tys. mkw., a współczynnik pustostanów wyniósł 13 proc. W budowie znajduje się obecnie 683,6 tys. mkw. nowych biur.
W ciągu pierwszych trzech miesięcy br. absorpcja powierzchni biurowej w Warszawie wyniosła 62,3 tys. mkw., znacznie przewyższając średnią z ostatnich czterech lat (ok. 39 tys. mkw.). Był to drugi z rzędu kwartał, kiedy wielkość wynajętej powierzchni przekroczyła poziom podaży, powodując niewielki spadek wskaźnika pustostanów.
Dariusz Winek, główny ekonomista Banku Gospodarki Żywnościowej
Klienci coraz częściej wybierają zakupy w sklepach typu convenience, kosztem sklepów wielkopowierzchniowych. Choć supermarkety i dyskonty wygenerowały w ubiegłym roku ponad 50 proc. wartości sprzedaży osiągniętej na rynku artykułów spożywczych, to w siłę rosną mniejsze sklepy. Przyszłością branży jest e-handel – w ciągu 10 lat w ten sposób zakupy może robić nawet 30 proc. klientów.
– Kluczowe zjawisko, jakie w tej chwili ma miejsce na rynku, to zmiany dotyczące procesów dystrybucji. Jeszcze kilka lat temu sieci dyskontowe odpowiadały głównie za wzrost rynku, przykładem może być ekspansja sieci Biedronka czy Lidl – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Winek, główny ekonomista Banku Gospodarki Żywnościowej. – Teraz najszybciej rozwijającym się segmentem rynku są sklepy małopowierzchniowe, jak Freshmarket, Żabka, Odido czy Delikatesy Centrum.
Raport Banku BGŻ „Skuteczne strategie w przemyśle spożywczym” wskazuje, że handel detaliczny w Polsce można podzielić na 5 etapów. Od lat 90. rozwijał się handel indywidualny. W 1999 roku jego udział w rynku wynosił 74 proc., jednak od 2000 roku zaczął maleć na rzecz handlu wielkopowierzchniowego. W 2005 roku liczba hipermarketów przekroczyła w Polsce 370, a w 2012 roku supermarketów było już 4,4 tys. Od 2010 w siłę rosły dyskonty (w 2013 roku ich udział w sprzedaży wynosił 22 proc.). Teraz zyskują sklepy małopowierzchniowe, do 400 mkw.
– Mamy do czynienia ze spadkiem marż dystrybutorów, towary stają się tańsze w relacji do supermarketów czy nawet dyskontów. Dysproporcje cenowe są mniejsze, a my jesteśmy coraz bardziej wygodni, dlatego staramy się kupować w drodze do pracy albo w mniejszych ilościach – przekonuje ekspert Banku BGŻ.
Zakupy planowane, duże i robione raz w tygodniu, wybiera coraz mniej klientów. Jak podkreśla Winek, wciąż jednak dyskonty i duże sklepy mają największy udział w sprzedaży. Przygotowany przez firmę PMR raport „Handel detaliczny artykułami spożywczymi w Polsce 2014” ocenia, że w ubiegłym roku sklepy wielkopowierzchniowe miały ok. 50 proc. udziały w sprzedaży. Mały format generuje 40 proc. obrotów
– W tej chwili większą dynamikę wzrostu powinny mieć sklepy typu convenience, czyli mniejsze sieciowe sklepy. To obszar, w którym upatrujemy największych wzrostów w najbliższych latach. Trudniejsza sytuacja czeka duże sieci wielkopowierzchniowe, pod względem sprzedaży nie ma tam może załamania, ale na pewno jest stagnacja – ocenia ekonomista.
W ubiegłym roku powstało 700 nowych sklepów Żabka (łącznie jest ich już ok. 4 tys.), w tym roku ma powstać kolejne 800. Znacznie mniejszą dynamikę ma Biedronka – przybyło 190 sklepów (do 2,6 tys. łącznie). Na sklepy convenience stawiają też hipermarkety, np. Carrefour. W 2014 roku powstało ok. 100 sklepów, z czego większość właśnie w mniejszym formacie.
– Innym kanałem dystrybucji, który rośnie bardzo szybko, jest sprzedaż internetowa. Oczekujemy, że do 2025 roku jej udział może wzrosnąć nawet do 30 proc. Wydaje się, że to kanał, który będzie bardzo dynamicznie się rozwijał – przekonuje Dariusz Winek.
Obecnie żywność kupuje wirtualnie ok. 10 proc. społeczeństwa, a w 2013 roku wartość rynku żywnościowego e-commerce wyniosła 450 mln zł (dane PMR). W najbliższych kilku latach może to być nawet 2 mld zł.
To śledztwa przeciwko członkom władz FIFA, a nie presja sponsorów skłoniły Seppa Blattera do odejścia – uważa Grzegorz Kita, prezes Sport Management. Według niego wpływ firm sponsorujących piłkarską federację jest duży, ale nie można go przeceniać – to tylko 30 proc. wszystkich wpływów, poza tym reputacja sponsorów na razie w niewielkim stopniu ucierpiała na skandalu w organizacji.
– Przez FIFA przechodzi swoiste tsunami wizerunkowo-finansowe. Mamy do czynienia z sytuacjami zarówno o charakterze korupcyjnym, jak i ze złym zarządzaniem – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management. – Trudno było przewidzieć, że Blatter zrezygnuje tak szybko. Byłem jednak święcie przekonany, że to prędzej czy później nastąpi, że ta kadencja w ogóle nie ma szans na przetrwanie.
Kita podkreśla, że już podczas odbywających się półtora tygodnia temu wyborów przewodniczącego FIF-y widać było słabość sprawującego tę funkcję od 1998 r. Seppa Blattera. Zaledwie kilkadziesiąt godzin po aresztowaniu w szwajcarskim hotelu członków komitetu wykonawczego piłkarskiej organizacji i oskarżeniu ich przez amerykański Departament Sprawiedliwości m.in. o „zinstytucjonalizowaną korupcję” Blatter został ponownie wybrany na to stanowisko. Przeciwko niemu wypowiadało się jednak wyjątkowo wielu przedstawicieli światowego futbolu, zwłaszcza z Europy.
Po ujawnieniu informacji, że w korupcję mógł być zamieszany Jérôme Valcke, najbliższy współpracownik Blattera, przewodniczący FIF-y w ubiegły wtorek niespodziewanie podał się do dymisji, choć nadal działa w tej organizacji.
Kita przypomina, że jeszcze przed działaniem szwajcarskich i amerykańskich służb wokół FIF-y było bardzo dużo niejasności. To właśnie narastająca presja, oskarżenia o korupcję przy przyznawaniu mistrzostw świata w 2022 r. oraz działania szwajcarskich i amerykańskich wymiarów sprawiedliwości doprowadziły do dymisji Blattera. Mniejszą rolę – według Kity – mieli w tym sponsorzy.
– Nie przeceniałbym wpływu sponsorów w tej sytuacji. FIFA i mundiale są tak atrakcyjnym i gorącym produktem marketingowym, że sponsorom wcale nie jest łatwo podjąć decyzję o rezygnacji z takiego narzędzia marketingowego – podkreśla Kita. – Pieniądze, które sponsorzy inwestują w piłkę nożną i mundiale, są bardzo duże i bardzo atrakcyjne, ale ich głos nie jest ostateczny.
Prezes Sport Management zwraca uwagę na to, że najważniejsi sponsorzy FIF-y i najbliższych mistrzostw świata (Visa, Budweiser, McDonald&HASH39;s, Adidas i Hyundai) wyrażali się do tej pory bardzo dyplomatycznie o kolejnych skandalach w tej organizacji. Takie wypowiedzi też miały jednak swój skutek, a gwałtowniejszych reakcji nie należało oczekiwać.
– Sponsor nie może zbyt mocno zaangażować się w pewien konflikt, jeśli on go nie dotyczy merytorycznie – podkreśla Kita. – W tej chwili moglibyśmy policzyć, że cała afera FIFA trwa kilka dni, gdyby ona trwała trzy tygodnie, dwa miesiące, pojawiały się coraz to nowe fakty, byłaby silna postawa antagonistyczna Seppa Blattera, być może wtedy sponsorzy powinni się zachowywać agresywniej, bardziej dynamicznie, na ten moment myślę, że zrobili tyle, ile powinni.
Dodaje, że sponsorzy mogli również nieoficjalnie wywierać presję na organizację. Ostre publiczne wypowiedzi nie leżały jednak w ich interesie. Podobnie było w związku z doniesieniami o fatalnych warunkach pracy dla robotników w Katarze, które mogły doprowadzić do śmierci kilkuset z nich. Sponsorzy bardzo łagodnie skrytykowali gospodarza mistrzostw świata w 2022 r.
Wynika to z tego, jak tłumaczy Kita, że wbrew pozorom zła reputacja sponsorowanej organizacji nie przekłada się na straty tych marek. Konsumenci najczęściej nie obciążają winą za skandale w FIF-ie jej sponsorów. Podobnie było w Polsce – podczas szeroko zakrojonej akcji sprzeciwu wobec działań PZPN-u ze sponsorowania związku wycofały się niektóre firmy, które potem tego żałowały, bo okazało się, że był to pochopny ruch.
– Ci, którzy zrezygnowali ze sponsoringu reprezentacji, bardzo szybko chcieli do niego powrócić, ale ich miejsca były już zajęte – przypomina Kita.
Tak samo mogłoby być w przypadku rezygnacji ze sponsoringu FIF-y. Do tego, jak zwraca uwagę Kita, finansowy wpływ sponsorów na światową organizację jest mniejszy, niż często się przyjmuje.
– W czteroleciu 2011-2014 FIFA wygenerowała 5,7 mld dolarów przychodów. To są pieniądze gigantycznej korporacji. Z tego 1,6 mld pochodzi od sponsorów, więc ich głos jest bardzo silny, ale ta kwota rozkłada się na cztery lata, na wielu sponsorów, więc to nie jest do końca tak, że sponsorzy mogą powiedzieć: zabieramy te pieniądze i ich presja przez to jest bardzo silna – mówi Kita.
Dodaje, że FIFA ma wystarczające zasoby finansowe (ok. 1,5 mld dolarów rezerw) oraz wpływy ze sprzedaży praw do transmisji meczów (ponad 2,5 mld dolarów w latach 2011-2014), by nie ulegać tak łatwo presji pojedynczych, nawet dużych, sponsorów.