Banki mogą stracić 2,5 mld zł przychodów. Na dostosowanie się do Rekomendacji U mają tylko 8 miesięcy

CEO Magazyn Polska

2,5 mld zł – takie przychody bankom przynosi rocznie sprzedaż produktów ubezpieczeniowych. Zgodnie z wchodzącą w życie w listopadzie Rekomendacją U te instytucje, które nie dostosują się do nowych wymogów formalnych związanych z działalnością ubezpieczeniową, będą musiały z niej zrezygnować. A na to polskie banki nie mogą sobie pozwolić. Dlatego te, które szybko dostosują się do nowych realiów, wyprzedzą konkurencję.

Głównym celem Rekomendacji U jest rozdzielenie podwójnej roli banku jako ubezpieczającego i sprzedawcy ubezpieczenia.

  W 2012 roku banki osiągnęły 2,5 mld zł przychodów ze sprzedaży ubezpieczeń. Dla niektórych z nich był to na tyle istotny zarobek, że gdyby go brakło, to nagle okazałoby się, że przestają być dochodowe, co odbiłoby się również na wycenie giełdowej ich akcji mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Bucoń, menedżer odpowiedzialny za ubezpieczenia życiowe i bancassurance w firmie doradczej Sollers Consulting.

Ponieważ banki nie mogą szukać przychodów poza działalnością bankową, rezygnacja z zysków ze sprzedaży ubezpieczeń oznaczałaby konieczność podniesienia pobieranych od klientów opłat.

 – Musiałyby podnieść marże kredytów, opłaty za korzystanie z konta bankowego czy karty płatniczej. Jeśli to by nie pomogło, alternatywą byłoby cięcie kosztów, a to oznacza zwolnienia pracowników – dodaje Bucoń.

Dlatego, zdaniem eksperta, większość banków zdecyduje się na spełnienie wymogów Komisji Nadzoru Finansowego związanych z prowadzeniem działalności ubezpieczeniowej. Dotyczą one m.in. zmiany polis grupowych na indywidualne.

 – Dziś co miesiąc obejmowanych ubezpieczeniem grupowym w bankach jest ponad 3 mln klientów, indywidualnych polis właściwie się nie wystawia – mówi Bucoń. – Po wejściu rekomendacji w życie, co miesiąc banki będą musiały wystawić 3 mln indywidualnych polis. KNF wymaga też, aby pracownicy, którzy będą to robić, przeszli odpowiednie przeszkolenie, wymagane dziś od agentów ubezpieczeniowych.

Zdaniem eksperta Sollers Consulting, w bankach brakuje również odpowiednich narzędzi do wystawiania polis, a zmiany w systemach instytucji finansowych są długotrwałym procesem.

 – Nagle pojawia się istotna potrzeba zbudowania platformy online, na której można dokonać sprzedaży ubezpieczenia w banku i, co ważne, która będzie mogła funkcjonować w każdym banku, niezależna od systemów bankowych, i będzie się z nimi łatwo integrowała – wyjaśnia Jarosław Bucoń. – Jest to całkiem spory projekt. Ci, którzy będą chcieli nadal czerpać korzyści z bancassurance, mają przed sobą sporo pracy, a czasu jest niezwykle mało, zaledwie 8 miesięcy.

Wygrać mogą ci, którzy już rozpoczęli proces dostosowania się do nowych realiów. Dzięki temu po 1 listopada mogą przejąć spory kawałek tego rynku od konkurentów, którzy nie zdążyli ze zmianami. Ekspert podkreśla, że gra jest warta świeczki, bo w ostatnich kilku latach bancassurance intensywnie się rozwijał, głównie w segmencie ubezpieczeń na życie, dodawanych do kredytów (ok. 3 mln osób miesięcznie). 

 – Wydaje się, że jesteśmy dziś średnio dojrzałym rynkiem, który za chwilę, w wyniku zmiany wprowadzonej przez Rekomendację U albo stanie się skarlałym potworkiem, który nie będzie w stanie sobie poradzić, albo też przerodzi się w bardzo dojrzały rynek, przodujący pod tym względem w Europie – mówi Jarosław Bucoń.

W Wielkiej Brytanii FSA, odpowiednik KNF, zakazała bankom sprzedaży produktów ubezpieczeniowych przez 7 dni od sprzedaży produktu typowo bankowego, co spowodowało praktycznie likwidację rynku. Przychody banków spadły, ale po pewnym czasie – dzięki wyższym marżom i opłatom pobieranym od klientów – wróciły do poprzednich poziomów.

 – Klienci zostali pozbawieni ochrony ubezpieczeniowej. Z kolei ci, którym na niej zależy, muszą płacić dużo wyższe składki, ponieważ to oni idą do ubezpieczyciela i deklarują chęć zakupu ubezpieczenia. Takich klientów ubezpieczyciele nie cenią zbyt wysoko, obawiając się silnej antyselekcji – zjawiska polegającego na tym, że ubezpieczenia kupują tylko ci, którym prawdopodobnie trzeba będzie wypłacić świadczenia. – reasumuje Bucoń.

Polska mogłaby reprezentować Ukrainę i Turcję w rozmowach z UE

CEO Magazyn Polska

Polska chce się zaangażować w rozwijanie współpracy Unii Europejskiej z Ukrainą i Turcją. Mimo niestabilnej sytuacji u naszych wschodnich sąsiadów nie powinna zmieniać długofalowego celu, jakim jest uporządkowanie relacji gospodarczych z Ukrainą – uważa Jacek Janiszewski, przewodniczący rady programowej Stowarzyszenia „Integracja i Współpraca”. Może zaangażować się za to w pomoc w rozwiązywaniu konfliktu.

 – Ten, kto uporządkuje współpracę z Ukrainą, będzie pierwszy na rynku. Nie widzę żadnych przeciwwskazań, żeby tym pierwszym była właśnie Polska z podobną mentalnością, wspólną, choć burzliwą historią. To jest niezwykle ważne i każda inicjatywa, która poprawi możliwości, mimo trudnych warunków współpracy z takimi krajami, jak Ukraina czy Białoruś, jest dobra – mówi Jacek Janiszewski, przewodniczący rady programowej Stowarzyszenia „Integracja i Współpraca”. 

Niedawno Marek Sawicki, wiceprzewodniczący sejmowej komisji rolnictwa i były minister rolnictwa, w rozmowie z serwisem portalspozywczy.pl zapowiedział utworzenie funduszu wspierającego ekspansję polskich przedsiębiorców na Ukrainie. Dzięki temu polska obecność na tym rynku byłaby ugruntowana w momencie otwarcia granic z UE.

Według danych GUS polsko-ukraińskie obroty towarowe w 2012 roku wyniosły 7,83 mld dolarów i były o 5 proc. wyższe niż w 2011 r. (w 2011 r. wzrost obrotów wyniósł 30,3 proc.). Ukraina zajęła 13. miejsce wśród najważniejszych partnerów handlowych Polski. Po trzech kwartałach 2013 roku polski eksport na Ukrainę wzrósł o 8 proc., natomiast import towarów z Ukrainy spadł o ponad 20 proc. W strukturze polskiego eksportu na Ukrainę w okresie I-IX 2013 r. najważniejszą pozycję zajęły wyroby przemysłu elektromaszynowego (29 proc. całego eksportu), wyroby przemysłu chemicznego (18 proc.), produkty mineralne (10,8 proc.), artykuły rolno-spożywcze  (10,6 proc.).

Zacieśnianie stosunków handlowych i gospodarczych z Ukrainą to długofalowy cel, na który nie powinna wpłynąć niestabilna sytuacja polityczna wschodniego sąsiada.

 – Niewątpliwie Polska z punktu widzenia współpracy Europy z Ukrainą i Turcją ma niezwykle poważne zadanie i musimy temu podołać – zapewnia Jacek Janiszewski. – Ten proces będzie trwał, cokolwiek by się nie stało na Ukrainie, cokolwiek by się nie stało w Polsce czy w Turcji. Musimy współpracować, rozmawiać i kształtować pewne przyszłościowe rozwiązania.

Pogłębieniu trójstronnej współpracy ma służyć też XXI Forum Gospodarcze, które odbędzie się na początku marca w Toruniu i będzie w dużej mierze poświęcone wschodniemu sąsiadowi. 

 – Chcemy zderzyć ze sobą trzy gospodarki, trzy światy, trzy kultury. I stąd od tego roku rozpoczynamy debatę w ramach trójkąta: Polska-Ukraina-Turcja – zapowiada tematykę forum Jacek Janiszewski.

Najbliższe dwa lata czasem przyspieszenia dla polskiej gospodarki. Będzie też ubywać bezrobotnych

CEO Magazyn Polska

GUS poda dziś, o ile wzrosła polska gospodarka w czwartym kwartale, i jakie czynniki były kołami zamachowymi tego wzrostu. Ze wstępnych danych wynika, że PKB w ostatnim kwartale ub.r. wzrosło o 2,7 proc. W kolejnych kwartałach wynik ten powinien być coraz wyższy, a wraz z nim postępować będzie spadek bezrobocia.

 – Realizacja prognoz w IV kwartale zaskoczyła negatywnie. Natomiast I kwartał powinien być stosunkowo dobry. Wskazują na to dane realne i koniunkturalne, na przykład indeks PMI [obrazujący koniunkturę w przemyśle – red.], który był na początku roku na historycznie bardzo wysokich poziomach – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Popławski, analityk Banku Gospodarki Żywnościowej.

W kolejnych kwartałach gospodarka powinna wyraźnie przyspieszyć, a dynamika wzrostu PKB na poziomie 3,5 proc. w całym 2014 r. wydaje się realnym scenariuszem.

 – Ożywienie będzie trwało w zasadzie do końca przyszłego roku. Potem pewnie trochę spowolni, biorąc pod uwagę tempo, w jakim przyspieszenie następuje teraz – prognozuje analityk.

W styczniu stopa bezrobocia wyniosła 14 proc. wobec 13,4 proc. na koniec 2013 roku. Jednak początek roku to zwykle najtrudniejszy okres na rynku pracy, a dodatkowo najniższe temperatury tej zimy odnotowano właśnie w tygodniach styczniowych.

 – Bezrobocie jak na grudzień, w ogóle jak na początek roku jest bardzo niskie, co wynika z wyjątkowo dobrej pogody, jaką mieliśmy tej zimy, czyli mało śniegu i dość wysokie temperatury – tłumaczy analityk. – Do tego dochodzi jeszcze duża skala interwencji ministerstwa pracy na rynku. Można się spierać co do tego, czy to ma długoterminowe efekty, natomiast w krótkim terminie powoduje wyłączenie części osób z ewidencji bezrobotnych.

Tradycyjnie bezrobocie może być jeszcze nieco wyższe w lutym, ale od marca powinno zacząć spadać. Popławski podkreśla jednak, że w porównaniu do poziomu bezrobocia sprzed kryzysu, dzisiejsze wciąż jest znacznie wyższe.

Rosnąca liczba bezrobotnych ma też przełożenie na sprzedaż detaliczną. W styczniu, zgodnie z danymi GUS, wzrosła o 4,8 proc. rok do roku i odnotowała ponad 21-proc. spadek w porównaniu do grudnia. Zdaniem analityka, wyniki te negatywnie zaskoczyły rynek, który spodziewał się wyraźnych wzrostów dzięki preferencyjnym warunkom odliczania VAT od zakupionych samochodów z kratką.

 – W odróżnieniu od Eurostatu, GUS wlicza do sprzedaży detalicznej sprzedaż samochodów osobowych. One są bardzo często kupowane przez firmy leasingowe, co powoduje, że sama wielkość jest nieco zafałszowana – tłumaczy Piotr Popławski. – Myślę, że w lutym sprzedaż może być stosunkowo wysoka, co będzie efektem danych o sprzedaży samochodów. Potem możemy zanotować dwumiesięczne spowolnienie, ale w całym roku spodziewam się wyraźnej poprawy wraz z ożywieniem na rynku pracy.

Biedronka zapowiada dalszą ekspansję. W kolejnych miesiącach otworzy 300 nowych sklepów i 2 centra dystrybucyjne

CEO Magazyn Polska

Największa sieć detaliczna w Polsce w 2014 roku powiększy się o 300 nowych sklepów. Powstaną również dwa kolejne centra dystrybucyjne. Plany ekspansji wiążą się również ze zwiększaniem zatrudnienia – w tym roku Biedronka przyjmie 5 tys. nowych pracowników. Dziś zatrudnia 47 tys. osób.

Rok 2014 będzie następnym rokiem naszej intensywnej ekspansji. Zamierzamy otworzyć około 300 sklepów oraz pierwszy raz w naszej historii trzy centra dystrybucyjne – zapowiada Tomasz Suchański, dyrektor generalny sieci sklepów Biedronka. – W lutym już jedno centrum otworzyliśmy w Modlnicy pod Krakowem, które będzie obsługiwać aglomerację krakowską.

W nowych sklepach i centrach zatrudnienie znajdzie 5 tys. nowych pracowników. Łączna liczba zatrudnionych wzrośnie do 52 tys. osób.

W 2013 roku Biedronka umocniła swoją pozycję na rynku artykułów spożywczych. Przyczyniły się do tego otwarcie 280 nowych sklepów i dwóch centrów dystrybucyjnych (w Gdańsku i Lubartowie). Nakłady inwestycyjne w 2013 roku wyniosły 1,7 mld złotych. Celem spółki jest sieć 3,2 tysięcy placówek do końca 2016 roku.

W 2013 r. Biedronce udało się wypracować 382 mln euro zysku netto (wzrost o 8 proc.) przy sprzedaży na poziomie 7,7 mld euro (wzrost o 15 proc.). Swoje wyniki sieć sklepów uznała za satysfakcjonujące, tym bardziej że otoczenie rynkowe nie było w tym czasie sprzyjające dla firm handlowych.

Ubiegły rok był bardzo trudny dla firm handlowych. Sprzedaż detaliczna zanotowała najniższy wzrost w ciągu ostatnich kilku lat – 2,6 proc. Na tym tle wypadamy bardzo dobrze. Osiągnęliśmy 15-proc. wzrost sprzedaży i prawie 32 mld zł obrotu. Nasze zyski również wzrosły o ponad 8 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Suchański.

Do dobrych wyników sprzedażowych przyczyniły się również intensywne akcje promocyjne i oferty rabatowe. Jak zapewnia dyrektor generalny sieci, obniżki cen w ramach akcji MEGA RABATY i TAK, TYLKO, które wciąż są obecne w sklepach, zostały pozytywnie odebrane przez klientów i znacząco zwiększyły sprzedaż.

Zmieniliśmy naszą ofertę, wymieniliśmy prawie 30 proc. produktów, wprowadziliśmy 500 nowych opakowań i zaproponowaliśmy nowe rozwiązania, jak na przykład wypiek świeżego pieczywa w sklepach – teraz 1,7 tys. sklepów ma codziennie wypiekane na miejscu świeże pieczywo. Daliśmy też naszym klientom możliwość płacenia przez telefon komórkowy – wymienia dyrektor generalny sieci sklepów Biedronka.

Dziś Biedronka posiada 2393 sklepy i pozostaje największym prywatnym pracodawcą w Polsce, zatrudniając 47 tys. pracowników. Tylko w ubiegłym roku zatrudnienie w sieci znalazło 7 tys. osób.

Polska branża teleinformatyczna będzie rozwijać się najszybciej w regionie

CEO Magazyn Polska

Polski rynek teleinformatyczny (ICT) może być warty nawet 80 mld zł. Ma też największy potencjał w regionie. Inwestycje w informatykę w Polsce dorównują tym w Austrii, a do tego nasz kraj przoduje w wykorzystaniu technologii chmur obliczeniowych. Korzystają na tym kraje firmy z branży oraz międzynarodowe korporacje, które ze względu na zasoby wykwalifikowanej kadry programistów w Polsce lokują swoje centra rozwojowe.

 – Ocenia się, że rynek informatyczny to jest teraz powyżej 40 mld zł w Polsce. Rynek telekomunikacyjny to jest podobna wartość. Ponieważ te rynki bardzo się wymieniają, łączą ze sobą, to tę sumę przyjmowałbym jako głębokość rynku teleinformatycznego w Polsce – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Roman Durka, prezes Kapsch Sp. z o.o. Dodaje: – Branża rzeczywiście rozwija się cały czas. Chociaż kilka lat temu notowaliśmy spowolnienie kryzysowe. Pamiętamy straszny dołek na rynku IT, branża to przeżyła i teraz rozwija się nie najgorzej.

Kapsch przeprowadził badania w siedmiu krajach – Austrii, Czechach, Polsce, Rumunii, Słowacji, Turcji i Węgrzech – z których wynika, że to właśnie w Polsce sektor ICT ma najlepsze perspektywy. Pod względem potencjału zajęliśmy pierwsze miejsce, a w ocenie gotowości rynku ICT, odzwierciedlającego bieżącą sytuacją, drugie.

Według Durki rynki informatyczny i telekomunikacyjny są już tak zintegrowane, że należy je traktować jako jeden. Podkreśla jednak, że wbrew przewidywaniom to informatyka ma dominującą rolę. Coraz więcej osób wykorzystuje internet do telefonowania i innych usług, które dawniej były świadczone przez firmy telekomunikacyjne.

Durka podkreśla, że świetne perspektywy dla Polski wynikają w dużej mierze z planowanych i spodziewanych wydatków na informatykę. W ciągu ostatnich trzech lat aż 35 proc. polskich firm zwiększyło swoje wydatki na IT, a przez kolejne trzy lata odsetek ten będzie najprawdopodobniej niewiele niższy.

 – Pojawiają się nowe inwestycje, nie tylko polskie, lecz także zagraniczne. To wszystko wymaga rozwiązań informatycznych. Informatyka jako taka zmienia się ciągle i to też jest powodem tego, że inwestycje informatyczne ciągle mają miejsce. Dzisiaj w zasadzie kupuje się rozwiązania. Dziś świat przesuwa się w kierunku chmury, i Polska też – podkreśla Durka.

Polska wśród badanych krajów zajęła pierwsze miejsce pod względem wykorzystania chmur obliczeniowych. 31 proc. analizowanych firm – o 4 punkty proc. więcej niż średnia – już z nich korzysta. 30 proc. planuje przenieść część działu IT do chmury w ciągu najbliższych trzech lat. Jedynym krajem, w którym wskaźniki te są równie wysokie, jest Turcja.

Według Durki silną stroną Polski są dobrze wykształceni programiści. To dzięki nim międzynarodowe koncerny lokują swoje centra rozwojowe w naszym kraju.

 – Polska jest potentatem. My już jesteśmy kopalnią programistów, Polska robi software dla całego świata. Wiele dużych firm ma w Polsce centra rozwojowe. Więc my już jesteśmy potęgą. Inwestując w nowoczesną infrastrukturę, możemy nasz przemysł i instytucje doprowadzić do takiego poziomu, jakim świat już w niektórych obszarach dysponuje – prognozuje Durka.

Wskazuje, że drugim poza rozwojem chmur obliczeniowych kierunkiem inwestycji powinien być outsourcing. Coraz więcej dużych firm rezygnuje z własnych zasobów IT, wybierając w zamian dzieloną infrastrukturę oferowaną przez wyspecjalizowanego dostawcę zewnętrznego. W Polsce outsourcing jest na średnim poziomie – korzysta z niego 45 proc. ankietowanych firm (o 1 punkt proc. więcej niż średnia z badania).

Rozwój outsourcingu i chmur obliczeniowych nie jest już blokowany jakością sieci, ale nadal wymaga inwestycji. Durka podkreśla, że istniejące technologie muszą być coraz lepiej wykorzystywane.

 – Outsourcing i chmura powodują, że można dzielić koszty, czyli w ostatecznym rozrachunku okaże się, że taniej jest kupować usługi od specjalistów zamiast inwestować w teleinformatykę. To się dzisiaj bardzo standaryzuje, nawet aplikacje w wielu obszarach są dziś dość standardowe i można po prostu zakupić możliwość korzystania z aplikacji u poddostawcy. To jest szansa na rozwój – zwraca uwagę Durka.

Kopex szuka bardziej perspektywicznych rynków niż Polska. Utworzy dwie nowe spółki w Chinach i Rosji

CEO Magazyn Polska

Kopex zapowiada powołanie nowych spółek na rynkach rosyjskim i chińskim, które uważa za najbardziej perspektywiczne dla rozwoju grupy. Nowe podmioty mają ułatwić udział w przetargach na dostawę specjalistycznych maszyn i urządzeń w Państwie Środka oraz zapewnić sprawny serwis w Rosji. Polski rynek nie gwarantuje już zbytu z powodu prognozowanych spadków wydobycia surowca. 

 – Zagraniczna ekspansja firmy Kopex jest związana nie tylko z produktami hitowymi, jakimi obecnie są kompleks Mikrus czy ściana automatyczna, którą prowadzimy od ponad dwóch lat w kopalni Pniówek, lecz także z samą strategią grupy i z sytuacją w polskim górnictwie węgla kamiennego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Józef Wolski, prezes Grupy Kopex.

Prognozy dla branży mówią o tym, że wydobycie polskiego węgla będzie spadać, co przełoży się na zmniejszone zapotrzebowanie na maszyny i urządzenia dla górnictwa podziemnego. Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej zużycie węgla będzie maleć nie tylko w Polsce, lecz także w całej Unii Europejskiej w związku z polityką klimatyczną, której głównym celem jest redukcja emisji CO2. W całej UE będzie to spadek o 2,5 proc. rocznie, który w 2035 roku osiągnie 200 mln ton. Jednocześnie konsumpcja tego surowca na świecie rośnie, przede wszystkim w Chinach.

 – W najbliższym czasie zostanie powołana do życia kolejna spółka – Kopex Taian w prowincji Shandong. Zwiększyliśmy nasze zaangażowanie w naszej spółce joint venture w Tagao i dzięki temu będziemy mogli startować w przetargach na dostawy maszyn i urządzeń dla całego chińskiego górnictwa. Chiny odpowiadają za ponad 50 proc. światowej produkcji węgla  w roku ubiegłym wydobyły ponad 3,6 mld ton – podkreśla Józef Wolski.

Oprócz Chin, głównym kierunkiem ekspansji pozostaje Rosja, gdzie Kopex także jest już obecny. Żeby utrzymać dotychczasowy poziom sprzedaży, grupa inwestuje w budowę centrów serwisowych, które mają zapewnić odpowiednią obsługę maszyn.  

 – W roku 2012 sprzedaliśmy tam maszyn i urządzeń za prawie 250 mln złotych – mówi Józef Wolski. – Stworzymy na rynku rosyjskim w najbliższym czasie nową spółkę, będzie to związane z Zagłębiem Peczorskim. Rozbudowujemy też naszą bazę w Zagłębiu Kuźnieckim, którą powinniśmy zakończyć w pierwszym kwartale 2015 roku. Koszt tej inwestycji to kilkadziesiąt milionów złotych.

Grupa Kopex jest producentem maszyn i urządzeń dla górnictwa węgla kamiennego. Zajmuje się specjalistycznymi usługami dla górnictwa i dostarcza maszyny i urządzenia. Obsługuje inwestycje w przemyśle wydobywczym w Polsce i Europie oraz na największych rynkach górniczych świata: Australii, Chinach, RPA.

Jest szansa na kolejne miejsca pracy w branży motoryzacyjnej. Już teraz zatrudnionych jest w niej 650 tys. osób

Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego

Sprzedaż w branży motoryzacyjnej w ubiegłym roku wyniosła 109 mld złotych, a 15 proc. produkcji trafiło na eksport. Firmy motoryzacyjnej zatrudniają już 650 tys. osób. Powstający właśnie projekt platformy motoryzacyjnej daje szansę na kolejne miejsca pracy.

 – Szeroko pojęty segment motoryzacyjny daje około 650 tysięcy miejsc pracy. Co najmniej połowa z nich to stanowiska pracy w przemyśle. Nie ulega wątpliwości, że motoryzacja stała się jedną z najważniejszych branż dla polskiej gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. 

Zdaniem Farysia impulsem do dalszego rozwoju branży i przyciągnięcia zagranicznych inwestycji może być uruchomiony właśnie przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju projekt platformy motoryzacyjnej. Jego zadaniem ma być nawiązanie współpracy pomiędzy ośrodkami badawczo-rozwojowymi, uczelniami oraz przedstawicielami przemysłu. W efekcie powstać mają nowe produkty i projekty inwestycyjne.

 – Mam nadzieję, że we współpracy z ośrodkami badawczo-rozwojowymi i uczelniami, ten program stanie się rzeczywistością i za obopólną korzyścią, czyli przemysłu i nauki, rozwinie się i będziemy mieli tego bardzo wyraźne efekty w postaci uruchomienia nowych produktów i nowych projektów inwestycyjnych – mówi prezes PZPM. – Te projekty zgłaszają poszczególni producenci. Są to sumy rzędu setek milionów złotych. Wszystko zależy od tego, jak dużo projektów i o jakiej wartości zgłosi część przemysłowa.

Z raportu przygotowanego przez PZPM i KPMG wynika, że sprzedaż w całej branży w ubiegłym roku sięgnęła 109 mld złotych i była o przeszło 6 proc. wyższa niż rok wcześniej. Stało się tak mimo słabego pierwszego kwartału i wciąż nieodrodzonego jeszcze popytu na auta w Europie Zachodniej. Branży pomogło m.in. większe zapotrzebowanie na części i komponenty z pogrążonych wcześniej w kryzysie rynków Europy Południowej. Te same kraje konkurują jednak z Polską o pozyskanie nowych inwestycji.

 – W tej chwili w Europie jest bardzo duża konkurencja między poszczególnymi krajami, każde z państw chciałoby przyciągnąć inwestycje z branży motoryzacyjnej – tłumaczy Faryś. – Po pierwsze, jedno miejsce w zakładzie bezpośrednio produkującym samochody generuje co najmniej kilka miejsc pracy w otoczeniu, mam na myśli producentów części, podzespołów, logistykę i bardzo wiele innych dziedzin gospodarki. A z drugiej strony, jest to transfer nowych technologii – po prostu uczymy się nowych rzeczy.

W niedzielę 86. oscarowa gala. Faworytami są „American Hustle” i „Zniewolony. 12 Years a Slave”

Najgorętsza filmowa noc w roku prawdopodobnie przebiegnie bez większych niespodzianek. Eksperci przewidują, że najwięcej statuetek otrzymają filmy „Zniewolony. 12 Years a Slave” Steve’a McQueena oraz „American Hustle” Davida O. Russella.

W tym roku najwięcej, bo aż 10 nominacji do Oscara zdobyły „Grawitacja” Alfonso Cuaróna i „American Hustle” Davida O. Russella. Tuż za nimi plasuje się  „Zniewolony. 12 Years a Slave” (dziewięć nominacji). Po sześć nominacji zdobyły filmy „Kapitan Phillips”, „Witaj w klubie” i „Nebraska”.

 – Myślę, że tegoroczne Oscary nie zaskoczą. O statuetkę dla najlepszego filmu będą konkurowały dwa dzieła, czyli „American Hustle” i „Zniewolony. 12 Years Slave”. Mam nadzieję, że 86. ceremonia rozdania Oscarów przejdzie do historii jako gala, podczas której nagrodę dla najlepszego reżysera odbierze po raz pierwszy czarnoskóry filmowiec, czyli Steve McQueen – mówi agencji informacyjnej Newseria Patrycja Paczyńska, filmoznawca, redaktor www.facebook.com/setoci.okinie.

Zaciekła rywalizacja zapowiada się w kategorii najlepszy aktor pierwszoplanowy. Dziwi brak nominacji dla Toma Hanksa za kreację w „Kapitanie Phillipsie”. Walka w tej kategorii jest bardzo wyrównana. Wśród nominowanych znaleźli się: Christian Bale („American Hustle”), Leonardo DiCaprio („Wilk z Wall Street”), Bruce Dern („Nebraska”), Matthew McConaughey („Witaj w klubie”) i Chiwetel Ejiofor („Zniewolony. 12 Years Slave”). Faworytem Paczyńskiej jest wielokrotnie pomijany przez Akademię Leonardo DiCaprio, nominowany w tym roku za rolę Jordana Belforta w „Wilku z Wall Street”.

 – Ostatnio powstał fanpage „Ekspert do spraw nieotrzymywania Oscara przez Leonardo DiCaprio”. Nawet stacja CNN wyemitowała materiał na ten temat, ponieważ pojawiła się oscarowa tabliczka z jego nazwiskiem. Czy jest to przypadek, czy żart? Zobaczymy. Bardzo mocnym kandydatem jest Matthew McConaughey za film „Witaj w klubie”. Aktor znany do tej pory z komedii romantycznych jest obecnie w życiowej formie. Do roli miłośnika rodeo chorego na AIDS schudł prawie 20 kilogramów i myślę, że Akademia może to docenić, bo już wcześniej nagradzała aktorów, którzy przeszli dla roli metamorfozę – ocenia Paczyńska.

W kategorii „\najlepsza aktorka pierwszoplanowa bezkonkurencyjna jest Cate Blanchett, która zagrała główną rolę w „Blue Jasmine” Woody’ego Allena. Aktorka otrzymała za swoją rolę szereg nagród, w tym Złotego Globa oraz nagrodę BAFTA.

 – Jeżeli chodzi o role drugoplanowe, myślę, że bezkonkurencyjna będzie 23-letnia Jennifer Lawrence („American Hustle”), która w tym roku jest najbardziej dochodową aktorką w Hollywood. W tamtym roku zwyciężyła w starciu o Oscara za rolę pierwszoplanową w „Poradniku pozytywnego myślenia”. W kategorii męskiej stawiam na Jareda Leto za film „Witaj w klubie”, podobnie jak Matthew McConaughey bardzo schudł, przygotowując się do roli – przewiduje Paczyńska.

Na największego przegranego eksperci typują nominowaną w 10 kategoriach „Grawitację”. Film Alfonso Cuaróna ma jedynie duże szanse na statuetkę za najlepsze efekty specjalne, zdjęcia i być może reżyserię.

Według Paczyńskiej najbardziej niepewną kategorią jest najlepszy film nieanglojęzyczny.

 – W tym roku wśród pięciu nominacji znalazły się bardzo istotne cztery dzieła: palestyński dramat polityczno-społeczny „Omar”, duński film „Polowanie” z rewelacyjną kreacją Madsa Mikkelsena, który z dnia na dzień traci pozycję poprzez niewinne kłamstwo swojej uczennicy, oraz „W kręgu miłości” – dramat belgijsko-holenderski o miłości dwojga muzyków, kobiety i mężczyzny, których rozdziela historia i choroba córki. Swoistą wisienką na torcie jest „Wielkie piękno”, włoski film Sorrentino, porównywany do „Osiem i pół” Felliniego. Przepiękne, melancholijne dzieło o przemijaniu i zapomnianej miłości. Bardzo trudny wybór w tej kategorii, nie chciałabym być na miejscu jury – podsumowuje filmoznawczyni.

86. gala rozdania nagród Akademii Filmowej odbędzie się 2 marca w Los Angeles.

Kurorty górskie cierpią z powodu ciepłej zimy. Za to ruch w biurach podróży rośnie

CEO Magazyn Polska

Z powodu łagodnej i bezśnieżnej zimy znacząco ucierpieli przedsiębiorcy związani z turystyką górską. Korzystają za to touroperatorzy, którzy w ostatnich tygodniach odnotowywali ponad 20-proc. wzrost sprzedaży oferty zimowej. Rosnąca liczba rezerwacji na sezon letni pozwala im mieć nadzieję, że ten rok w turystyce będzie zdecydowanie lepszy niż 2013. Podobnie jak przed rokiem w tym sezonie turyści nie powinni obawiać się bankructw biur podróży – ocenia Polska Izba Turystyki.

 – Ta zima nie sprzyjała przede wszystkim przedsiębiorcom, którzy prowadzą swój biznes w górach, właścicielom ośrodków czy wyciągów. Miejmy nadzieję, że kolejna zima będzie trochę ostrzejsza, trochę bardziej zimowa w górach. Przedsiębiorcy potrzebują na pewno zmianie w prawodawstwie, ponieważ ciągle czkawką odbija się brak tzw. ustawy śniegowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Rosset, sekretarz generalny Polskiej Izby Turystyki.

Ustawa śniegowa (Prawo górskie) miałaby określić zasady korzystania z cudzych gruntów w związku z przeprowadzeniem przez nie tras narciarskich. Dyskusje nad tym aktem prawnym toczą się już od kilku lat, ale obecnie prace legislacyjne nie są prowadzone. Ponieważ brakuje systemowego rozwiązania, lokalne konflikty mogą niweczyć plany budowy lub rozwoju ośrodków narciarskich. To z kolei przekłada się na odpływ turystów z górskich kurortów.

Rosset podkreśla, że wprowadzenie takiego prawa bardzo pomogłoby branży turystycznej w zimie. Na nowym prawie skorzystaliby nie tylko właściciele hoteli czy wyciągów, ale także posiadacze gruntów w górach.

Ferie za granicą

Część turystów, zamiast ferii w górach, wybrała zagraniczny wyjazd na narty. Inni w ogóle zrezygnowali z zimowych sportów i wybrali wypoczynek w ciepłych krajach. Obie grupy turystów poprawiły sprzedaż w biurach podróży. Zgodnie z raportami Polskiego Związku Organizatorów Turystyki, w ostatnich tygodniach sprzedaż oferty zimowej (sezon 2013/2014) rosła ponad 20 proc. rok do roku.

Znacznie większym powodzeniem cieszą się już oferty Lata 2014 – biura podróży sprzedają nawet ponad 50 proc. więcej wycieczek niż w analogicznych okresach poprzedniego roku. Dlatego prognozy branży na cały sezon są bardzo optymistyczne.

 – Po rzeczywiście trudnym 2012 roku, zwłaszcza lecie, rok 2013 jawił się dosyć niepokojąco. Okazało się, że był jednak diametralnie różny. Myślę, że i tym razem nie sprawdzą się żadne czarne scenariusze – mówi Rosset.

Dodaje, że Polacy po licznych bankructwach biur podróży, zwłaszcza w 2012 r., gdy upadło 15 podmiotów, nauczyli się lepiej wybierać oferty. Nie dają się już skusić najniższej cenie, lecz wybierają rozsądny koszt i gwarancję bezpieczeństwa. Podobnie działają biura, które planują ofertę znacznie ostrożniej i nie starają się za wszelką cenę obniżyć ceny. Przez to jest drożej, a klienci rzadziej mogą korzystać z ofert typu last minute, ale za to bezpieczniej. 

 – Klienci mają już świadomość tego, że supertanie oferty niosą z sobą potencjalnie pewne niebezpieczeństwo. I stąd starannie prześwietlają propozycje touroperatorów. Na rynku już nie ma miejsca dla nieuczciwych przedsiębiorców z ofertą, która ma na celu ściągnąć pieniądze z rynku i zniknąć. Oni zostali wyeliminowani, i to nie dzięki ograniczeniom czy zapisom prawnym. Wyeliminował ich rynek i myślę, że to jest najskuteczniejsze – podkreśla Rosset.

Dodaje, że nie można wykluczyć problemów niektórych biur podróży, zwłaszcza, że ustawodawca nie zdąży przed wakacjami doprowadzić do powstania i wejścia w życie Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego. Ewentualne kłopoty nie będą jednak związane z nieuczciwą działalnością, lecz z kondycją gospodarki i ryzykiem związanym z prowadzeniem jakiegokolwiek przedsięwzięcia biznesowego.

LW BOGDANKA S.A najlepszą kopalnią 2013 r.

Spółka Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A., najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, zdobyła I miejsce w kategorii „Najlepsza w roku 2013” w konkursie „Kopalnia Roku” organizowanym przez Górniczą Izbę Przemysłowo-Handlową i Szkołę Eksploatacji Podziemnej.

Nieobecność OFE podnosi wyceny obligacji korporacyjnych

„Nieobecność OFE podnosi wyceny obligacji korporacyjnych” – o sytuacji na rynku obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych

Ostatnio poznaliśmy nowe dane makroekonomiczne. W jakiej kondycji jest polska gospodarka?

Zasadniczo w niezłej. Dla przykładu produkcja przemysłowa wzrosła w styczniu o 4,1% w porównaniu z rokiem poprzednim. Z drugiej strony ze wstępnych szacunków GUS wynika, że dynamika polskiego PKB za IV kwartał 2013 r. jest nieco gorsza od oczekiwań.

Co to oznacza?

Pod znakiem zapytania stoi odczyt PKB w Polsce za cały 2013 r. O ile obecnie zakłada się, że będzie to 1,6%, to ostatnie dane pokazują, że odczyt może oscylować raczej w okolicach 1,5%. Na szczęście rynek jest skupiony na przyszłości, a ta maluje się w całkiem jasnych barwach.

Co, poza wzrostem produkcji przemysłowej, przemawia za takim scenariuszem?
M.in. dynamika konsumpcji wewnętrznej czy polskiego eksportu. Wskaźniki wyprzedzające wskazują na coraz bardziej pozytywne postrzeganie procesów gospodarczych – zarówno przez przedsiębiorców oraz menedżerów, jak i konsumentów. Obserwujemy również wyhamowywanie negatywnych trendów na rynku pracy. Wszystko to pozwala z optymizmem patrzeć na zachowanie PKB w tym roku, a jednocześnie pokazuje, że dane makroekonomiczne cały czas bardziej sprzyjają akcjom.

Czy zaostrzenie sytuacji na Ukrainie w minionym tygodniu miało przełożenie na polski rynek obligacji lub naszą walutę?
Pomimo trudnej sytuacji, w jakiej społecznie, politycznie i gospodarczo znalazła się Ukraina, analizując sytuację chłodnym okiem, nie dostrzegam wpływu wydarzeń u naszego wschodniego sąsiada na polski rynek kapitałowy, a tym bardziej na obligacyjny. Podobnie jak w przeszłości nie widać również żadnego przełożenia zachowania ukraińskiej hrywny na polską walutę. Jestem zdania, że czynnik ukraiński nie jest obecnie najważniejszy dla polskiego rynku długu.

Jaki zatem czynnik jest teraz istotniejszy?
W kontekście rynku obligacji korporacyjnych – z pewnością OFE. Od momentu reformy fundusze emerytalne nie uczestniczą w żadnych emisjach papierów korporacyjnych. Wobec drastycznie zmniejszonego popytu domknięcie jakiejkolwiek oferty na satysfakcjonujących przedsiębiorstwo warunkach jest więc dosyć trudne. W rezultacie firmy niejednokrotnie są zmuszone do tego, by zaoferować inwestorom obejmującym emisje wyższe odsetki od pożyczonego kapitału.

To chyba dobrze z punktu widzenia inwestorów instytucjonalnych, np. TFI?
Generalnie tak. Inwestor instytucjonalny, jako uczestnik przetargów, ma bowiem szansę na wynegocjowanie lepszych warunków, także w przypadku dużych, wiarygodnych emitentów. Zwiększa się tym samym rentowność portfela, a w konsekwencji poprawia się wynik funduszu. Pamiętajmy przy tym, że brak OFE na rynku obligacji korporacyjnych oznacza także mniejszą niż dotąd płynność obrotu.

Co z obligacjami skarbowymi? Co obecnie determinuje sentyment inwestorów?
Niskie odczyty inflacji i wyraźne stanowisko Rady Polityki Pieniężnej o utrzymaniu niezmienionych stóp procentowych do końca pierwszego półrocza wspierają wyceny papierów skarbowych. Inwestorzy uważnie przysłuchują się retoryce członków RPP, którzy jednak nie dają przesłanek do oczekiwania z ich strony nagłych czy niestandardowych decyzji. Polska gospodarka w sposób zrównoważony wychodzi z okresu spowolnienia i w tym momencie cyklu gospodarczego nie ma potrzeby ostrego zacieśniania polityki pieniężnej. Jeśli chodzi o sam rynek papierów skarbowych, to należy pamiętać, że w związku z reformą OFE znacząco zwiększył się w nim udział inwestorów zagranicznych, a jednocześnie ubyło stabilizującego popytu funduszy emerytalnych. Nagłe zawirowania na rynkach krajów rozwijających się mogą skutkować zwiększoną zmiennością długoterminowych polskich obligacji skarbowych. W tym kontekście stabilizująco na rynek działa informacja o wysokiej realizacji potrzeb pożyczkowych zaplanowanych na 2014 r. przez Ministerstwo Finansów. W sytuacji kryzysowej ministerstwo może na pewien czas ograniczyć podaż papierów na przetargach, przyczyniając się do przywrócenia równowagi rynkowej.

„Spółki meldują, Ukraina walczy” – rozmowa z Ryszardem Rusakiem (UI TFI)

„Spółki meldują, Ukraina walczy” – o sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Ryszardem Rusakiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. akcji Union Investment TFI

Trwa okres publikacji wyników spółek za ostatni kwartał 2013 r. Jaki obraz się z nich wyłania?

Dane finansowe za IV kwartał 2013 r. zaraportowane dotąd przez spółki z warszawskiej giełdy są jak dotychczas zgodne z oczekiwaniami. Lekko negatywnie zaskoczyła spółka Orange Polska, która ponadto poinformowała, że wypłacona dywidenda będzie niższa, niż wcześniej szacowano. Banki zanotowały wyniki neutralne, zgodne z konsensusem, a stopa dywidendy dla sektora bankowego powinna oscylować w tym roku w okolicach 4–5%. Wypłatę sowitej dywidendy zapowiedziała też Netia.

Czy rynek w istotny sposób reaguje na te informacje?
Inwestorzy są skupieni na perspektywach na 2014 r. Dużo uważniej patrzą w przyszłość – na prognozy zysków spółek i prawdopodobieństwo ich realizacji.

W kontekście przyszłości trudno nie zapytać o Ukrainę. W porównaniu z zeszłym tygodniem sytuacja nieco się ustabilizowała, jednak wciąż trudno mówić o powrocie do normalności…
Prawdą jest, że w regionie panuje pewna nerwowość, jednak bezpośrednie związki handlowe Polski z Ukrainą, szczególnie w przypadku spółek giełdowych, nie są duże.

Jednak są.
Tak. Na Ukrainie jest zaangażowanych kapitałowo kilka polskich firm notowanych na warszawskiej giełdzie. Największy udział posiada Getin Holding, którego ukraińskie aktywa stanowią ok. 10% całości. Na tym rynku operuje także PKO BP, jednak w stosunku do ok. 200 mld zł aktywów polskiego banku należący do niego KREDOBANK stanowi bardzo niewielki udział. Można też wskazać spółki, które mają na Ukrainie fabryki lub eksportują tam sporo towarów, np. Śnieżka czy Rovese. Jednak w skali całego polskiego rynku akcji skutki wydarzeń na Ukrainie są znikome.

A jak zachowuje się nieco zapomniany przez inwestorów rynek rosyjski?
Zawierucha na rynkach wschodzących nie ominęła także Rosji. Traciły więc nie tylko turecka lira i węgierski forint, ale również rubel. Przecena rosyjskiej waluty wpłynęła z kolei negatywnie na wycenę spółek notowanych na moskiewskiej giełdzie, na przykład spółki handlowej Magnit, posiadającej sieć super- i hipermarketów. Swoje przychody spółka osiąga w rublu i większość kosztów ponosi w tej walucie. Jednak notowania GDR-ów na jej akcje (certyfikatów stosowanych przy obrocie akcjami zamiast klasycznych akcji) są wyceniane w dolarze. Jeśli więc rubel się osłabia, to zyski spółki w przeliczeniu na dolary są mniej warte. To zaś wpływa na końcową wycenę, oczywiście negatywnie. Podobny problem dotyka większej liczby rosyjskich spółek, co w zestawieniu z gorszym zachowaniem cen surowców i brakiem reform strukturalnych rzutuje na obraz rosyjskiego rynku.

Globalna zawierucha uderzyła nie tylko w rubla, ale także we wspomnianą już walutę turecką. Czy widać symptomy zatrzymania tendencji spadkowej?
W ostatnim czasie lira nieco się ustabilizowała. Pod tym względem drastyczna podwyżka stóp procentowych przez turecki bank centralny chociaż częściowo przyniosła zamierzony skutek. We wtorek nastąpił jednak ciąg dalszy odkrytej jakiś czas temu afery korupcyjnej w tureckim rządzie. W wyniku ujawnienia taśm kompromitujących premiera Recepa Tayyipa Erdoğana waluta ponownie zaczęła się osłabiać.

Traciły także indeksy giełdy w Stambule.
Spadki na giełdzie w obliczu takich informacji są całkiem naturalne. Inwestorzy mierzą się bowiem z czynnikiem, który może istotnie zmienić układ sił na scenie politycznej, a w dalszej kolejności także wpłynąć na gospodarkę. Niezależnie od tego, czy nagranie z udziałem premiera Erdoğana jest autentyczne czy to tylko element gry politycznej przed marcowymi wyborami samorządowymi w Turcji, jedno wydaje się pewne – do momentu rozstrzygnięcia wyborów takich sytuacji może wydarzyć się więcej.

A czy po marcowych wyborach istnieją szanse na poprawę sentymentu?
Akcje spółek notowanych nad Bosforem są mocno przecenione i pod względem wycen prezentują się całkiem nieźle. Trudno jednak oczekiwać, że odbicie i przejście do trendu wzrostowego przybierze kształt litery „V”. „Udeptywanie dna” może trwać jeszcze parę miesięcy, a z uwagi na sytuację polityczną można spodziewać się podwyższonej zmienności.
Wróćmy do Polski. Mamy wyjątkowo łagodną zimę. Czy to dobrze dla firm i całej gospodarki?
Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo aura panująca na zewnątrz jednym spółkom pomaga, innym nie. Ciepła zima zdecydowanie sprzyja branży budowlanej i deweloperskiej, ponieważ prace mogą być prowadzone w zasadzie bez przestojów, oraz producentom materiałów budowlanych. Z pewnością odetchną także miasta i gminy – z uwagi na mniejsze wydatki m.in. na odśnieżanie.

Zapewne jest też druga strona medalu…?
Owszem. Łagodna zima wpływa niekorzystnie m.in. na firmy operujące w branży handlu detalicznego. Kolekcja zimowa nie sprzedaje się zgodnie z oczekiwaniami, co zmusza niektóre spółki do wcześniejszych przecen i obniżek marży. Ciepła zima to także krótszy sezon grzewczy, co jest złą informacją dla dostawców gazu (PGNiG), węgla czy energii elektrycznej. Jednakże w przypadku spółek energetycznych poprawiająca się koniunktura gospodarcza i wzrost zapotrzebowania na energię ze strony przemysłu powinny zniwelować efekt niekorzystnej pogody. Biorąc jednak pod uwagę plusy i minusy, bilans ciepłej zimy jest raczej pozytywny dla spółek giełdowych.

Wydatki na służbę zdrowia na całym świecie będą stanowiły 10,5 proc. globalnego PKB

W ciągu najbliższych czterech lat globalne wydatki na służbę zdrowia wzrosną o 5,3 proc. rocznie. Jednocześnie jednak branża ta wciąż boryka się z problemem rosnących kosztów, a także coraz trudniejszym dostępem do usług medycznych. Sytuacji nie poprawia przewidywana perspektywa starzejącego się społeczeństwa. W 2050 roku na świecie będzie 2 mld osób powyżej 60. roku życia. Zdaniem autorów raportu „Global health care outlook: Shared challenges, shared opportunities” firmy doradczej Deloitte, wiele problemów służby zdrowia jest wspólnych dla całego świata. Część z nich musi być rozwiązywana w skali globalnej.

W 2014 roku wydatki na służbę zdrowia na świecie będą stanowić 10,5 proc. globalnego PKB. W Ameryce Północnej w tym roku na służbę zdrowia zostanie przeznaczone aż 17,4 proc. PKB, w Europie Zachodniej będzie to 10,7 proc., ale już w Azji i Australii jedynie 6,6 proc. W Polsce będzie to 7,6 proc.2

Według raportu Deloitte najważniejszymi czynnikami wzrostu w branży na całym świecie są: rosnące wydatki na ochronę zdrowia (także na rynkach wschodzących, takich jak Chiny, Indie, Indonezja, Rosja i Meksyk), spodziewany wzrost liczby ludności, bogacenie się społeczeństw oraz programy rządowe (mające na celu poprawę dostępu do służby zdrowia).

Z drugiej strony w 2014 roku sektor ten będzie musiał stawić czoła czterem poważnym wyzwaniom, które będą miały charakter zarówno lokalny i globalny, tj.:

skutkom starzenia się społeczeństwa oraz rosnącej liczbie chorób przewlekłych,
wysokim kosztom i jakości świadczonych usług,
dostępowi do opieki medycznej w krajach rozwiniętych i na rynkach wschodzących,
a także wykorzystaniu technologii medycznych oraz procesów zarządzania danymi.

Starzenie się społeczeństwa i wzrost liczby osób cierpiących na choroby przewlekłe to trwały trend, który w najbliższych latach będzie kształtować popyt na usługi opieki medycznej zarówno w krajach rozwiniętych, jak i na rynkach wschodzących. Do 2050 roku liczba osób powyżej 60. roku życia potroi się i wyniesie 2 mld w skali globalnej. W Europie aż 37 proc. ludności w tym czasie będzie mieć powyżej 60 lat, dla porównania w Afryce – 10 proc. Już za trzy lata w Europie Zachodniej odsetek osób powyżej 65. roku życia wyniesie 20 proc., a w Japonii nawet 27 proc.

Starzejące się społeczeństwo obciąży systemy opieki medycznej w wielu krajach. Wysokie koszty leczenia chorób przewlekłych, które obecnie są przyczyną 63 proc. zgonów, sprawią, że rządy oraz sami lekarze będą musieli skupić się na profilaktyce i propagowaniu wiedzy o zdrowiu, a jednocześnie firmy farmaceutyczne będą nadal intensywnie pracować nad odkrywaniem nowych leków.

Problem starzejącego się społeczeństwa skutkuje między innymi tym, że systemy finansowania publicznej i prywatnej służby zdrowia są coraz bardziej obciążone, a rosnące koszty ochrony zdrowia stają się niemożliwe do udźwignięcia.

„W 2013 roku globalne wydatki na służbę zdrowia wzrosły o 2,6 proc. w stosunku do poprzedniego roku. W latach 2014-2017 szacuje się szybszy wzrost na poziomie 5 proc. rocznie. Z uwagi na zwiększający się popyt na świadczenia medyczne (starzejące się społeczeństwa) rosnące nakłady nie zawsze przekładają się na lepsze wyniki lub na wyższą jakość opieki medycznej” – mówi Bartosz Krawczyk, menedżer w dziale Konsultingu, Deloitte.

W krajach rozwiniętych wydatki na służbę zdrowia są drugą co do wielkości kategorią kosztów w budżetach narodowych. Jednak, jak dowodzą eksperci Deloitte część środków jest nieefektywnie wykorzystana, a wielu wydatków można uniknąć. Takim problemem są chociażby występujące zakażenia szpitalne, które w samych Stanach Zjednoczonych pochłaniają 30 mld dolarów rocznie. Osobnym zagadnieniem pozostaje to, że część ludzi nie stać na opiekę medyczną. W USA 23 proc. dorosłych obywateli, a we Francji 13 proc. ma poważne problemy z zapłaceniem rachunków za leczenie lub w ogóle nie jest w stanie ich pokryć.

Lepszy dostęp do opieki medycznej stał się jednym z najważniejszych celów rządów państw na całym świecie i punktem centralnym wielu reform. Tak jest również w Polsce. Raport Deloitte wskazuje, że lepszy dostęp do opieki medycznej jest słusznym i ważnym celem. Jednak większa liczba potencjalnych pacjentów oznacza tym samym większy popyt na usługi, z którymi wiele krajów może sobie nie poradzić z powodu braków kadrowych, odległości do pacjentów, problemów infrastrukturalnych oraz rosnących kosztów. Ponad miliard ludzi na całym świecie nie ma dziś dostępu do opieki medycznej, tym bardziej, że mimo rosnącego popytu, liczba lekarzy przypadających na 1000 mieszkańców w latach 2012-2015 będzie dokładnie taka sama. Sama Wielka Brytania dwa lata temu borykała się z niedoborem 40 tys. pielęgniarek. Według Komisji Europejskiej w niedalekiej przyszłości cały kontynent europejski będzie cierpiał z powodu braku aż 230 tys. lekarzy.

Nieodłączny w rozwiązywaniu tych wszystkich problemów jest postęp technologiczny, który pomaga wprowadzać innowacyjne rozwiązania w diagnostyce oraz leczeniu pacjentów.

„Systemy informacyjne, wspierające podmioty i instytucje jak i poszczególnych lekarzy i ich pacjentów stają przed trudnymi wyzwaniami w zakresie restrukturyzacji modeli ochrony zdrowia i promowania bardziej efektywnego wykorzystania zasobów. Oczekiwaniem jest skuteczne i bezpieczne funkcjonowanie IT przy jednoczesnym wprowadzaniu nowych zastosowań, np. telemedycyny i integracji wielu innowacyjnych rozwiązań wyłaniających się dopiero standardów” – argumentuje Krzysztof Jakubowski, Starszy Menedżer w dziale Konsultingu, Deloitte.

Dodatkowo zaawansowany technologicznie system ochrony zdrowia będzie wytwarzał ogromne ilości informacji i danych, w związku z tym bardzo istotnym zadaniem będzie ich interpretacja i wykorzystanie, ale także odpowiednie zabezpieczenie.

„Nowym zjawiskiem w służbie zdrowia jest niewątpliwie glokalizacja, czyli adaptacja globalnych rozwiązań (np. produktów/ usług) do potrzeb lokalnych rynków. Główne problemy branży są globalne, mimo że w większości ochrona zdrowia jest świadczona lokalnie. W obliczu postępujących zmian i innowacji (m.in. technologiczne, medyczne), umiejętność mądrego korzystania z doświadczeń innych krajów akurat w sektorze zdrowotnym może okazać się bezcenna” – podsumowuje Bartosz Krawczyk.

Sprzedaż suplementów diety w krajach CIS osiągnie niedługo 1 mld €

Według najnowszego raportu PMR “Dietary supplements in CIS countries 2014. Development forecasts for 2014-2018” wartość sprzedaży suplementów diety w krajach CIS (Rosja, Ukraina, Kazachstan, wartość w cenach hurtowych) wyniosła 888 mln € w roku 2013, osiągając dynamikę wzrostu na poziomie 23%.

Kazachstański rynek: znaczący udział

Na analizowanym rynku CIS najwyższy udział ma rynek rosyjski – 70%. Dość duży udział, niewspółmierny do liczby mieszkańców, reprezentuje Kazachstan – wynosi on 10%. Wynika to z faktu, iż na rynku kazachstańskim zaznacza się dość duży udział firm zagranicznych (koncernów o międzynarodowym zasięgu), których produkty są zwykle dużo droższe niż produkty lokalnych firm. Wiąże się to przede wszystkim z faktem, iż przemysł produkcyjny nie jest w tym kraju zbyt rozwinięty (w zasadzie nie istnieją znaczący lokalni producenci suplementów diety). Inne przyczyny to większa siła nabywcza mieszkańców Kazachstanu. W porównaniu do, przykładowo, Ukrainy średnia pensja jest tu dwukrotnie wyższa.

Reklama suplementów diety w krajach CIS słabo uregulowana

W maju 2013 r. w Kijowie odbyło się spotkanie Rady Koordynującej ds. Reklamy przy Międzynarodowej Radzie Polityki Antymonopolowej dla krajów CIS (ICAP), gdzie dyskutowano sprawę reklamy suplementów diety. Generalnie rzecz biorąc, obecna praktyka i stan prawny odbiegają znacząco od przepisów np. Unii Europejskiej. W Rosji niedawno wprowadzono nowelizację prawa reklamowego – dokument został podpisany w lipcu 2013 r. Przykładowo, wprowadzono wtedy zasadę mówiącą, że każda reklama powinna zawierać ostrzeżenie, że dany suplement diety nie jest lekiem. Na Ukrainie przepisy są zadowalające, jeśli chodzi o standardy tylko w niektórych aspektach – przykładowo istnieje zasada, że treść reklamy musi zostać zaakceptowana przez odpowiednie ciało administracyjne, jednocześnie jednak nie ma powszechnie obowiązujących i zunifikowanych zasad postępowania przy takiej decyzji.

Na rynkach ukraińskim i kazachstańskim istnieją poza tym przepisy mówiące, że reklama suplementów diety nie powinna wprowadzać konsumenta w błąd, to znaczy m.in. sugerować, że mamy do czynienia z lekiem. Jednakowoż, zupełnie inną kwestią jest egzekwowanie ich w praktyce. Podczas Dnia Konkurencji, jaki odbył się w Inkrutsku 9 września 2013 r. orzeczono, że krajom CIS wciąż brakuje odpowiednich przepisów dotyczących rejestracji i obrotu suplementami diety, co dotyczy również reklamy. W opinii uczestników konferencji istnieje niedostatek badań naukowych na temat suplementów diety i ich bezpieczeństwa. Podkreślali oni również fakt istnienia różnych wykroczeń na analizowanym rynku m.in. wprowadzanie konsumentów w błąd, jeśli chodzi o skuteczność, co powoduje, że suplementy diety niesłusznie stają się produktami konkurującym i z lekami OTC (wydawanymi bez recepty). Przedstawiciele rosyjskiej instytucji antymonopolowej (FAS, Federal Antimonopoly Service) podkreślali, że cały region powinien wprowadzić procedury ułatwiające kontrolę suplementów diety w zakresie podawania nieprawdziwych informacji, jak również zabronić rejestracji produktów o takim samym składzie jak lek jako suplement diety (przepis ten obowiązuje w Unii Europejskiej). Region powinien również wprowadzić procedurę sprawdzania jakości, skuteczności i bezpieczeństwa produktu przed rejestracją (notyfikacją), obowiązek zachowania podobnych standardów jakości przy produkcji suplementów jak przy produkcji leków, obowiązek informowania przez farmaceutów przy zakupie o fakcie, że suplement diety nie jest lekiem, jak również przeprowadzania kontroli etykiet. Na koniec, uczestnicy spotkania podkreślali brak kontroli obrotu suplementami diety na każdym stadium – od produkcji po obrót na rynku. Jeśli takie kontrole są przeprowadzane, to tylko na dużych producentach, podczas, gdy mniej znane firmy oszukują podając nieprawdziwe informacje.

Niniejszy artykuł został przygotowany na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. “Dietary supplements in CIS countries 2014. Development forecasts for 2014-2018”.

Branża telekomunikacyjna na zakręcie

Wpływy z tradycyjnych usług telekomunikacyjnych spadają i zgodnie z prognozami tak będzie jeszcze co mniej przez kolejne trzy lata. Operatorzy poszukują więc nowych źródeł przychodów, przede wszystkim sprzedając usługi internetowe i telewizyjne. Netia zamierza postawić również na usługi dla klientów biznesowych. Firma deklaruje, że myśli o kolejnych przejęciach, tym bardziej że sprzyja temu sytuacja finansowa oraz wcześniejsze udane przejęcia, m.in. Tele2 czy Dialogu.

 – Mam nadzieję, że pojawią się atrakcyjne przedmioty akwizycji. Pewnie większe są szanse, że pojawią się znowu w segmencie klientów biznesowych niż indywidualnych. Netia jest na to gotowa – zapewnia prezes Netii Mirosław Godlewski w rozmowie z Newserią Biznes. – Ja jednak mam wyważone podejście, że nie można całej swojej strategii bazować na akwizycji, bo do tanga trzeba dwojga, czyli trzeba się upewnić, czy na rynku jest sprzedający.

Netia z sukcesem przejęła firmy Tele2, Crowley, Dialog oraz ponad 40 małych spółek ethernetowych.

Operatorzy telekomunikacyjni potrzebują strategii na trudny czas, ponieważ – jak dodaje Godlewski – branża znalazła się na zakręcie. Przychody telekomów z tradycyjnych usług głosowych spadają – mniejsze jest zainteresowanie klientów telefonią stacjonarną, co wiąże się z obniżką cen usług.

 – Wysiłek i Netii i wszystkich operatorów telekomunikacyjnych, którzy są od strony przychodowej bardzo zależni, musi koncentrować się na spowolnieniu tego spadku. Zupełnie nie da się go zahamować, więc trzeba szukać nowych źródeł przychodów. Nie można budować biznesu tylko na redukcji kosztów – mówi prezes Netii.

Coraz większą rolę w strukturze przychodów odgrywa sprzedaż usług internetowych i telewizyjnych.

 – Netia jest w tej szczęśliwej sytuacji, że jest silnym graczem, zarówno w segmencie klientów indywidualnych, jak i w segmencie klientów biznesowych. I może właśnie nowe wyzwania dające wzrost w segmencie biznesowym zostaną zidentyfikowane – twierdzi Mirosław Godlewski.

Nowe usługi wiążą się jednak z kolejnymi inwestycjami w infrastrukturę, wymagają lepszej jakości i przepustowości sieci. Jeśli z powodu mniejszych przychodów, modernizacje i prace rozwojowe zostaną wstrzymane, choćby tymczasowo, w przyszłości odbije się to na jakości usług, a w konsekwencji spowoduje mniejsze przychody.

 – Ta branża jest mocno skorelowana między wysokością nakładów inwestycyjnych dzisiaj, a zwiększeniem przychodów w przyszłości – mówi Godlewski.

Większa kontrola nad 1 proc. podatku dla organizacji pozarządowych

CEO Magazyn Polska

Państwo będzie ściślej kontrolować, komu przekazujemy 1 proc. podatku. Organizacje, które przestaną spełniać wymogi, uprawniające do otrzymywania części pieniędzy z naszych podatków, będą na bieżąco skreślane z listy. Do tej pory zdarzało się, że mimo utraty uprawnień lub np. ogłoszenia likwidacji, otrzymywały pieniądze od podatników. 

 – W pewnym momencie państwo straciło kontrolę nad tym, jakim organizacjom przekazywane są środki z 1 proc. naszych podatków i jak są wykorzystywane. Ta zmiana jest po to, żeby przywrócić tę kontrolę, nie doprowadzać do takich sytuacji, w których organizacja, będąca na liście resortu pracy w dniu 30 listopada, ale potem wykreślona z KRS-u, miałaby prawo jeszcze uzyskiwać te środki – tłumaczy Mariusz Unisk, dyrektor generalny Instytutu Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy. 

Chodzi o nowelizację ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie, którą prezydent podpisał 11 lutego. Ma usprawnić procedurę tworzenia i prowadzenia przez ministra pracy wykazu organizacji pożytku publicznego, uprawnionych do otrzymania środków z 1 proc. podatku. Zmniejsza to ryzyko, że przekazane przez podatników pieniądze trafią do podmiotów, które nie spełniają ustawowych wymogów.

 – Podatnik, składając zeznanie podatkowe, korzysta z oficjalnej listy organizacji pożytku publicznego (OPP), która jest tworzona przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Do tej pory opublikowana lista pokazywała stan tych organizacji na dzień 30 listopada i potem się nie zmieniała, więc organizacje, które znalazły się na liście tego dnia, mogły otrzymywać środki z tego 1 proc. – mówi Mariusz Unisk. – Po nowelizacji ta lista w pewnym sensie będzie płynna. Na liście będą uwzględniane wykreślenia organizacji z Krajowego Rejestru Sądowego po 30 listopada – upadłości, likwidacje, utraty statusu organizacji pożytku publicznego.

W konsekwencji pieniądze nie będą przekazywane stowarzyszeniom czy fundacjom, które nie powinny ich otrzymać. 

 – Zbliżające się rozliczenie podatku dochodowego i przekazywanie 1 proc. będzie się odbywało jeszcze na podstawie listy uprawnionych organizacji stworzonej na podstawie dotychczasowych przepisów – zwraca uwagę ekspert. – Lista przygotowana na podstawie nowych przepisów zafunkcjonuje dopiero na 30 listopada 2014 roku i będziemy z niej korzystać rozliczając się za ten rok, do 30 kwietnia 2015 roku.

Status organizacji pożytku publicznego może otrzymać ta organizacja pozarządowa lub religijna albo stowarzyszenie jednostek samorządu terytorialnego, jeżeli m.in. prowadzi działalność na rzecz ogółu społeczności lub określonej grupy wyodrębnionej ze względu na szczególnie trudną sytuację życiową lub materialną w stosunku do społeczeństwa; cały dochód przeznacza na działalność pożytku publicznego. W przypadku otrzymania statusu OPP ma obowiązek sporządzenia i ogłoszenia co roku sprawozdania z działalności – merytorycznego i finansowego.

Finanse i telekomunikacja napędzają rozwój Mazowsza

CEO Magazyn Polska

Motorem napędowym rozwoju Mazowsza jest sektor finansowy i nowoczesne branże, takie jak telekomunikacja, a także wysoko wykwalifikowani pracownicy.  – Na Mazowszu usługi finansowe są najbardziej rozwinięte w skali całego kraju – podkreśla Andrzej Cylwik, prezes zarządu spółki CASE-Doradcy. Problemem wciąż jest jednak brak nowoczesnej infrastruktury, która dopiero powstaje.

Według Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości głównymi atrybutami województwa są: wysoki potencjał badawczy, największa liczba zagranicznych inwestycji, lokalizacja siedzib głównych instytucji finansowych oraz mieszkańcy posiadający najwyższe przychody w Polsce. Mazowsze jest jednym z najdynamiczniej rozwijających się regionów w Polsce oraz w Europie Środkowo-Wschodniej.

 – Silną stroną Mazowsza jest też wysoko wykwalifikowana kadra, zarówno specjalistów z doświadczeniem, jak i młodych absolwentów. Właściwie są tu wszelkie uczelnie, których absolwenci są potrzebni do różnych branż – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Cylwik, prezes zarządu spółki CASE-Doradcy.

Województwo mazowieckie to największy rynek pracy – ponad 2 mln zatrudnionych. Według GUS bezrobocie w styczniu 2014 r. wyniosło tu 11,4 proc. (wobec 14,0 proc. w całym kraju), natomiast przeciętne wynagrodzenie miesięczne w trzecim kwartale 2013 r. to około 4 742 zł brutto, czyli najwięcej w Polsce.

 – Branżą schyłkową na Mazowszu jest branża skórzana, która ma duże tradycje w Radomiu i okolicach. Problem polega na tym, że zaczyna powoli brakować surowca, bo jej przewaga konkurencyjna jest malejąca. Natomiast w przypadku innych branż raczej mówimy o tym, że one okresowo przeżywają minikryzysy, potrzebują restrukturyzacji. Ale nie są to kryzysy długotrwałe i w zasadzie inne branże mają szansę dołączyć do branż rozwojowych – uważa Andrzej Cylwik.

Spowolnienie gospodarcze dotknęło też Mazowsze, ale z opóźnieniem. W 2012 roku, kiedy zaczęło się spowolnienie w Polsce, mistrzostwa w piłce nożnej Euro 2012 i związane z nimi inwestycje napędzały koniunkturę w okolicach Warszawy. 

 – Natomiast w 2013 roku spowolnienie w Warszawie było głębsze niż w całej Polsce. Zbiegło to się z wyczerpaniem możliwości korzystania ze środków unijnych z poprzedniej perspektywy budżetowej i z osłabieniem tych branż, które do tej pory były głównym motorem rozwoju w województwie – informuje Andrzej Cylwik. 

Brak infrastruktury hamuje rozwój

Problemem strukturalnym, z którym boryka się region, jest niegotowa, powstająca dopiero infrastruktura. 

 – Po wieloletnich zapóźnieniach, związanych raczej z poprzednim systemem, okres unowocześniania struktury województwa przypada właśnie na ostatnie 15-lecie. Ponosimy koszty przebudowy infrastruktury. To jest ogromne utrudnienie zarówno dla mieszkańców, np. okolic ulicy Świętokrzyskiej, którzy mają od kilku lat kłopoty związane z budową metra, jak i dla przedsiębiorców – przypomina ekspert. 

Mimo to jego zdaniem perspektywy rozwoju województwa są optymistyczne. 

 – Mazowsze stale robi postępy. Perspektywa rozwoju stolicy i okręgu warszawskiego jest bardzo dobra. Pozostaje problem aktywizacji niektórych obszarów, które odstają od reszty województwa – podkreśla w rozmowie z Newserią Biznes Andrzej Cylwik. 

Rośnie liczba klientów Providenta. W zeszłym roku firma udzieliła pożyczek na prawie 2 mld zł

CEO Magazyn Polska

O 12 proc. wzrosła w ubiegłym roku wartość udzielanych przez Providenta pożyczek – do prawie 2 mld zł. Firma obsługuje ponad 840 tys. klientów – pojawiają się nowi, a dotychczasowi wracają po kolejne pożyczki. Pomimo wzrostu sprzedaży, Providentowi udało się zmniejszyć wskaźnik utraty wartości długu, związany z liczbą niespłacanych pożyczek. W ubiegłym roku ok. 28 proc. pożyczek nie było spłacanych w terminie. Bezpieczny przedział rekomendowany dla tej branży to 25-30 proc.

 – Liczba klientów wzrosła o 20 tys., czyli o ok. 2,4 proc., to jest znacząca wartość. Obsługujemy już 841 tys. klientów. Wracają do nas klienci, których już obsługiwaliśmy, ale pojawiają się też nowi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Kłos, dyrektor departamentu finansowego Providenta. – Wartość udzielonych pożyczek wzrosła rok do roku o 12 proc.

Zysk netto polskiego oddziału Providenta, do którego wliczane są też dwa litewskie oddziały spółki, wyniósł w ubiegłym roku 62,3 mln funtów (ok. 315 mln zł) – o 13,5 proc. więcej niż w 2012 r. Wartość sprzedanych pożyczek wyniosła 380,4 mln funtów (ok. 1,9 mld zł), a przychód – 295,7 mln funtów (ok. 1,5 mld zł). Oznacza to, że 84,3 mln funtów (ok. 425 mln zł) stanowiła tzw. utrata wartości długu. To wskaźnik, który określa wartość niespłacanych terminowo pożyczek.  

 – Nam zależy na tym, żeby zwiększać wartość naszego portfela przy jednocześnie jak najlepszej jego jakości, czyli jak najlepszej spłacalności pożyczek przez naszych klientów – podkreśla Kłos. – Ten wskaźnik w ciągu ostatniego roku udało nam się w Polsce obniżyć o ponad jeden punkt procentowy. On obecnie wynosi nieco ponad 28 proc., co jest bezpiecznym poziomem i jest dokładnie w środku korytarza rekomendowanego dla naszej grupy, czyli pomiędzy 25 a 30 proc.

Provident podaje wyniki finansowe w funtach, ponieważ należy do brytyjskiej grupy International Personal Finance. Cała grupa, w której Polska stanowi największą spółkę, zanotowała rekordowy zysk netto wynoszący 118,1 mln funtów. To o 24 proc. więcej niż w 2012 r.

Kłos zauważa, że wzrost liczby klientów w dużej mierze został osiągnięty dzięki osobom, które ponownie skorzystały z usług Providenta. Im spółka oferuje szczególnie atrakcyjne warunki. Kłos wylicza, że wracający klienci mogą liczyć na pożyczkę na dłuższy okres i z niższymi kosztami. Warunkiem jest jednak rzetelna spłata poprzednich rat. Jak wynika ze sprawozdania finansowego spółki, pożyczki na dłuższy okres stanowiły w 2013 r. aż 15 proc. wartości wszystkich sprzedanych pożyczek.

Kłos dodaje, że takie podejście wyróżnia Providenta spośród konkurencji, a szczególnie firm udzielających tzw. chwilówek.

 – U nas pożyczka o wartości tysiąca złotych będzie udzielona na 45 bądź 60 tygodni, natomiast w firmie chwilówkowej może to być nawet tydzień, a tak naprawdę po tygodniu klient ma bardzo małe szanse na spłatę takiej pożyczki. Zresztą ten parametr jest potwierdzony przez badania Federacji Konsumentów, które pokazują, że ponad 72 proc. klientów, którzy już zaciągnęli zobowiązanie, mówi, że bezpiecznym okresem do spłaty byłoby minimum 3 miesiące – przekonuje Kłos.

Provident gwarantuje też brak opłat karnych w przypadku produktów z darmową obsługą. Oznacza to, że nawet w przypadku opóźnienia spłaty, klient może renegocjować warunki. W przypadku chwilówek taka renegocjacja wiąże się z wysokimi kosztami.

W tym roku spółka planuje zainwestować w nową strategię ProXXI (Provident XXI Wieku), a także w nowe inicjatywy marketingowe i zachęty dla klientów. Provident Polska będzie też odpowiadał za dalszy rozwój spółki na Litwie. W 2013 r. oddziały w Wilnie i Kownie pochłonęły niemal 2 mln funtów inwestycji.

Na rynek mieszkaniowy wracają klienci kupujący na kredyt

CEO Magazyn Polska

Do deweloperów zaczynają wracać klienci kupujący mieszkanie na kredyt, co może oznaczać, że rynek hipotek najgorsze ma już za sobą. Ubiegłoroczna sprzedaż kredytów była najniższa od 2005 roku, a mieszkań szukali raczej klienci z gotówką. Większe zainteresowanie kredytami może przełożyć się na wzrosty sprzedaży mieszkań. Niekoniecznie przyczyni się do tego program Mieszkanie dla Młodych, przynajmniej w niektórych miastach – ocenia Jarosław Szanajca, prezes Dom Development.

Miniony rok prezes Dom Development ocenia jako lepszy od prognoz, i to mimo najgorszej od ośmiu lat sytuacji na rynku kredytów hipotecznych (według Związku Banków Polskich sprzedano ich 176 tys. o łącznej wartości 36,5 mld zł). Stabilizacja stóp procentowych na rekordowo niskim poziomie, co wpływa na wysokość rat kredytu i nieopłacalność bankowych form lokowania kapitału, powinna zachęcić klientów do zakupu mieszkań.

 – Na początku ubiegłego roku kredyty hipoteczne szły słabo, ale na zakupy ruszyli klienci gotówkowi – w pierwszych miesiącach rekordowy był udział klientów kupujących bez kredytu – mówi Newserii Biznes Jarosław Szanajca. – Teraz stopniowo rynek kredytów hipotecznych się odbudowuje. Sprzedajemy coraz więcej mieszkań w kredycie.

Klientów nie zniechęca nawet Rekomendacja S, która weszła w życie w styczniu. Zgodnie z nowymi zaleceniami KNF kupujący musi posiadać co najmniej 5-proc. wkład własny. 

 – Ta rekomendacja nie wywołała dla nas żadnych skutków, bo i tak zawsze wymagaliśmy 5 proc. udziału własnego – mówi Jarosław Szanajca.

Nie liczy również na zwiększoną sprzedaż dzięki rządowemu programowi Mieszkanie dla Młodych. W niektórych miastach, mimo dużych oczekiwań, program właściwie nie działa. Przez ustalone limity cenowe Dom Development ma w swojej ofercie tylko kilkadziesiąt mieszkań objętych MdM. Szanajca nie chce też prognozować, jaki wpływ na deweloperów będzie miało uruchomienie Funduszu Mieszkań na Wynajem.

 – Deweloperzy doskonale wiedzą, że budowanie jakichkolwiek planów na przyszłość w oparciu o zapewnienia rządowe jest działalnością samobójczą. W związku z tym musimy pracować tak, jakby tych programów nie było. One mogą pomóc albo i nie. Rodzina na Swoim przez dwa lata była absolutnie martwym programem, chociaż miała spowodować przełom – podkreśla prezes Dom Development.

Zapewnia, że najbliższe plany firmy zakładają uruchomienie szeregu inwestycji, z których większość to kolejne etapy już rozpoczętych projektów.

 – Mamy w planach spore zakupy gruntów w lewobrzeżnej Warszawie, na przykład na Mokotowie. Jesteśmy tam „niedoważeni” z czasów szaleństwa cenowego 2007-2008. Nie mogliśmy tutaj nic kupić z powodu zbyt wysokich cen, a dziś one się trochę zracjonalizowały – tłumaczy Jarosław Szanajca.

Już jedna czwarta przychodów czołowych polskich spółek pochodzi z zagranicy

CEO Magazyn Polska

Co czwartą złotówkę największe polskie spółki giełdowe zarabiają na rynkach zagranicznych – zarówno wpływy z eksportu, jak i z inwestycji poza krajem. Największy udział przychodu z zagranicy (ok. 40 proc.) mają przedsiębiorstwa z sektora produkcyjnego, np. odzieżowa i meblarska, oraz innowacyjnego. Najmniejszy – branże telekomunikacyjna oraz energetyczna (mniej niż 10 proc.)  – wynika z raportu MDDP.

Największy udział w rynkach międzynarodowych mają przedsiębiorstwa produkcyjne.

 – Wyniki badania zadają kłam postrzeganiu naszego kraju jako eksportera surowców czy produktów relatywnie prostych – podkreśla Mariusz Sumiński, menadżer w firmie doradczej MDDP Business Consulting. – Największy, sięgający 50 proc. udział przychodów zagranicznych odnotowały branże takie, jak przemysł meblarski czy odzieżowy. Ponad 40 proc. udziału zagranicznego mają firmy z sektora innowacyjnego (farmacja, biotechnologia, elektronika czy IT), a nieco mniej branże kapitałochłonne i energochłonne, np. branża metalurgiczna, przemysł paliwowy bądź chemiczny.

Po drugiej stronie, z najniższymi udziałami przychodów z zagranicy, znalazły się branże telekomunikacyjna, medialna, energetyczna oraz przedsiębiorstwa handlowe (hurtowe i detaliczne) – ponad 90 proc. przychodów osiągają w Polsce. Sumiński wyjaśnia, że wpływa na to przede wszystkim specyfika poszczególnych sektorów.

Według przeprowadzonego przez MDDP badania „Ekspansja międzynarodowa polskich przedsiębiorstw” w latach 2008-2012 wzrost przychodów zagranicznych w firmach wzrósł o 88 proc. (rekordowy był 2011 rok, kiedy odnotowano wzrost o blisko 33 proc.), podczas gdy osiągane w kraju wzrosły o 20 proc.

 Zaskoczył nas fakt, że niemal co czwarta zarabiana przez polskie przedsiębiorstwo złotówka pochodzi spoza naszego kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Sumiński. – Połowa firm objętych naszym badaniem osiągała ponad 19 proc. przychodów poza granicami Polski.

Wyniki badania potwierdziły również to, że międzynarodowe grupy kapitałowe osiągają większy udział sprzedaży zagranicznej (lub wyższe przychody), niż przedsiębiorstwa prowadzące działalność operacyjną tylko w Polsce.

 – Udział sprzedaży zagranicznej to 12 proc. dla przedsiębiorstw nieposiadających zagranicznych spółek zależnych i 35 proc. w przypadku międzynarodowych grup kapitałowych – mówi Sumiński. – Ponadto im bardziej grupa kapitałowa jest umiędzynarodowiona, tym ten udział przychodów jest większy. Wśród grup kapitałowych obecnych w co najmniej pięciu krajach udział przychodów zagranicznych wynosił już 50 proc

Polskie grupy kapitałowe najczęściej mają spółki zależne w sąsiednich państwach, w Niemczech, Rosji, Czechach, na Ukrainie czy Słowacji, oraz w innych krajach naszego regionu, np. w Rumunii czy na Węgrzech, które mają stosunkowo duży rynek wewnętrzny. Sporo spółek zależnych polskich przedsiębiorstw znajduje się też na Litwie, w Wielkiej Brytanii, Chinach oraz Austrii.

 – Rzeczywistą, namacalną działalność operacyjną prowadziło trzy czwarte badanych spółek zależnych. Co czwarta zagraniczna spółka zależna to podmiot specjalnego przeznaczenia, odpowiedzialny za zarządzanie nazwami handlowymi czy licencjami. Część z nich jest też powoływana w celu optymalizacji struktury grupy kapitałowej – wyjaśnia Sumiński. 

Badanie „Ekspansja międzynarodowa polskich przedsiębiorstw” przeprowadzone przez MDDP Business Consulting objęło 121 największych polskich przedsiębiorstw notowanych na giełdzie. Analizie poddano 575 sprawozdań finansowych za lata 2008-2012.

Wpływy z reklamy w prasie drukowanej wciąż spadają. Reklamodawcy przenieśli się do internetu

Wpływy z reklamy w segmencie prasy drukowanej w ciągu dziewięciu lat spadły o dwie trzecie. W tym samym czasie w internecie wzrosły jedenastokrotnie. Wydawcy gazet starają się więc zmobilizować czytelników, by płacili za treści publikowane w internecie i zamykają bezpłatny dostęp do części artykułów.

 – Od 2005 roku prasa straciła około 500 mln egzemplarzy nakładu rocznie. To są olbrzymie ilości. Przekłada się to na rynek reklamowy: udział prasy w torcie reklamowym w 2005 roku wynosił około 30 proc., a internetu – 2 proc. Dziś dla prasy jest to 10 proc., a dla internetu – 23 proc. – zwraca uwagę Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy. 

Spadek nakładu oznacza, że dla reklamodawców rosną tzw. koszty dotarcia, czyli sumy, jakie muszą wyłożyć, by daną reklamę obejrzał pojedynczy czytelnik. Odbija się to na konkurencyjności prasy, co w konsekwencji prowadzi do coraz mniejszej liczby reklam i niższych przychodów od reklamodawców. Stąd ograniczanie kosztów przez wydawców poprzez zmniejszanie liczby etatów. Co z kolei przekłada się na obniżenie jakości produkcji prasowej.

 – Internet zassał nasze informacje, a z drugiej strony zassał też przychody reklamowe – mówi Newserii Biznes Maciej Hoffman. – Skoro mamy informacje za darmo, to konkurencyjność produktów prasowych na rynku maleje. Czytelnik idzie tam, gdzie coś dostaje za darmo, a to się odbija na nas. Musi nastąpić gdzieś położenie tamy takim sytuacjom – uważa Maciej Hoffman. – Nie będziemy walczyć z internautami, to też nasi czytelnicy. Trzeba im tylko pokazywać, że musi się przyzwyczaić do płacenia, a nie korzystać z treści nielegalnych.

Z badania czytelnictwa przeprowadzonego dla Izby Wydawców Prasy (we współpracy z Narodowym Centrum Kultury) przez Millward Brown wynika, że rośnie skłonność respondentów (24,8 proc.) do płacenia za artykuły z gazet i czasopism dostępnych w internecie. Dotyczy to zwłaszcza tekstów branżowych, fachowych, naukowych, porad, analiz gospodarczych, niektórych form rozrywki, często przydatnych w podejmowaniu trafnych decyzji w rozwoju osobistym, zawodowym, w zdobywaniu nowych umiejętności społecznych i kompetencji kulturowych. Badani czytelnicy prasy nie skorzystają natomiast z płatnych komentarzy politycznych, wiadomości kryminalnych, plotek i doniesień z życia gwiazd i celebrytów.

Początkującym firmom pozwala się rozwijać tzw. coworking

CEO Magazyn Polska

Coworking w Polsce staje się coraz bardziej powszechną formą pracy. Za niewielką kwotę miesięcznie można korzystać z biura dzielonego z innymi osobami. To idealne rozwiązanie dla początkujących, jednoosobowych firm i freelancerów. Obecnie w samej Warszawie istnieje ponad 20 biur coworkingowych.

Coworking polega na wspólnej lub indywidualnej pracy w wynajętym pomieszczeniu. Z takiej możliwości korzystają głównie freelancerzy lub osoby rozkręcające jednoosobową działalność gospodarczą, których nie stać jeszcze na wynajem osobnego biura. Coworking pozwala na większy komfort niż praca w domu. Często zdarza się również, że firmy pracujące w ramach coworkingu współpracują ze sobą, świadcząc sobie wzajemnie usługi.

 – Kolebką coworkingu w Polsce jest zdecydowanie Warszawa, gdzie istnieje obecnie ponad 20 takich biur. Biuro coworkingowe to przede wszystkim dodatkowe usługi, takie jak wirtualny adres. To idealne rozwiązanie dla firm, które nie chcą rejestrować swojej firmy u siebie w domu. W ramach tego pakietu dostają wiele dodatkowych opcji, jak obsługa korespondencji, wynajem sali spotkań i tym podobne– mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Paulina Bochnacka z HUB Kolektyw.

W ofercie biur coworkingowych znajduje się także wirtualny asystent adresowany do firm, które potrzebują dodatkowego wsparcia, na przykład w okresie świątecznym, kiedy trzeba przygotować kartki świąteczne dla klientów.

 – Każda firma znajdzie coś dla siebie w zależności od swoich potrzeb. Już od 49 zł za miesiąc można zarejestrować swoją firmę pod wirtualnym adresem z obsługą korespondencji, możliwością skorzystania z sali spotkań dla swoich klientów, a także serwisem kawowym – mówi Paulina Bochnacka.

Coworking staje się dobrym rozwiązaniem także dla osób, które zmęczyły się pracą w domu lub jednoosobowych działalności gospodarczych, a także przedstawicieli wolnych zawodów. W ramach coworkingu firma otrzymuje stanowisko pracy, możliwość korzystania ze sprzętu biurowego oraz serwis kawowy. Niezwykle ważny jest również codzienny kontakt z innymi osobami, a także kooperacja na płaszczyźnie biznesowej ze współwynajmującymi powierzchnię.

Segment samochodowy napędza rozwój Impexmetalu. Część metalurgiczna cierpi przez wymogi klimatyczne w UE

CEO Magazyn Polska

Niskie koszty produkcji w Polsce dają branży automotive przewagę konkurencyjną, na czym korzystają takie firmy jak Boryszew, wchodzący w skład Impexmetalu. Głównym odbiorcą produktów grupy jest Volkswagen, ale spółka liczy na nowe kontrakty z Mercedesem czy BMW. „Druga noga” Impexmetalu, czyli metalurgia, już nie radzi sobie tak dobrze. Zagrożeniem jest restrykcyjna polityka energetyczno-klimatyczna.

Boryszew Automotive Plastics, należący do grupy kapitałowej Impexmetal, rozwija się dynamicznie. To zasługa m.in. niskich kosztów produkcji w Polsce.

 – Mamy w obszarze przetwórczym bardzo dobre parametry kosztów w Polsce – to są właściwie najniższe koszty w Europie w tej chwili. Przejmowanie firm, które produkują komponenty do samochodów, dywersyfikowanie produkcji w innych krajach rozwojem w Polsce, daje szanse na obniżenie kosztów i globalne konkurowanie o kontrakty dla naszych największych partnerów, czyli dla grupy Volkswagena, ale myślę, że z czasem również Mercedesa czy BMW – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Krężel, przewodniczący rady nadzorczej Impexmetalu i członek rady nadzorczej Boryszewa.

Grupa Boryszew przenosi część produkcji z Niemiec do Polski. Główną inwestycją jest fabryka komponentów w Toruniu. Zgodnie z planem ma zostać otwarta w połowie tego roku. Początkowo będzie zatrudniać 250 osób, docelowo – nawet 700. Odbiorcą produkowanych tam plastikowych komponentów będzie fabryka Volkswagen w Poznaniu.

Arkadiusz Krężel zapewnia, że współpraca z największymi koncernami wymusza na firmie innowacyjność.

 – Dziś około 4 proc. naszych wydatków to są właśnie projekty innowacyjne. Jednak właściwie każda nowa platforma, każdy nowy projekt w automotive jest oparty na innowacji, a bardzo wiele w tym obszarze się zmienia. Musimy iść krok w krok z nowymi rozwiązaniami, które nam narzucają wielcy producenci samochodów – podkreśla członek rady nadzorczej Boryszewa

Jego zdaniem, perspektywy dla branży automotive w Polsce są bardzo dobre. Chociaż najbliższe lata dla producentów komponentów, ze względu na silną konkurencję, będą okresem wytężonej pracy.

Problemy metalurgii

„Drugą nogą” Impexmetalu jest branża metalurgiczna. W przeciwieństwie do automotive ta nie rozwija się tak prężnie.

 – Część metalurgiczna, która dotyczy przede wszystkim metali kolorowych, czeka na sprecyzowanie nowej polityki przemysłowej UE, tego, jak nowa komisja będzie się zachowywała, jakie będzie wyzwalała inicjatywy, żeby chronić przedsiębiorców europejskich, stworzyć im warunki do konkurowania globalnego. Później będziemy decydować, w którą stronę dalej iść – mówi Arkadiusz Krężel.

Od polityk przemysłowej i energetyczno-klimatycznej zależy dalszy rozwój na rynkach europejskich. Przemysł metalurgiczny jest bowiem wysokoemisyjny, co wiąże się z ograniczeniami narzucanymi przez unijną politykę klimatyczną.  

 – Nie ukrywam że świat jest brutalny i jest coraz więcej krajów, które wręcz proszą się o to, żeby u nich inwestować. My, ze względu na to, że w Polsce mamy niższe koszty, mamy jeszcze pewną przestrzeń do konkurowania, ale bardzo wiele firm niemieckich i francuskich, czy włoskich w tej chwili różnymi sposobami wychodzi poza Unię Europejską, żeby sobie obniżać koszty – mówi Krężel.

Grupa kapitałowa Impexmetal w ubiegłym roku zwiększyła przychody o 5 proc, zaś wolumen sprzedaży – o 6 proc. Przychód ze sprzedaży w 2013 r. wyniósł 2,73 mld zł. W skład Impexmetal wchodzi ok. 70 firm z Polski i zagranicy. Grupa notowana jest na warszawskim parkiecie od 1997 r. 

Zasłużony dla polskiej geologii

0

Herbert Wirth prezes KGHM, otrzymał honorową odznakę Zasłużony dla polskiej geologii. Medal przyznawany jest przez Ministra Środowiska osobom wyróżniającym się znaczącymi osiągnięciami naukowymi i zawodowymi w dziedzinie geologii, które przyczyniają się do ich rozpowszechniania, wdrażania i stosowania. Uroczystość wręczenia odbyła się podczas XXIII Szkoły Eksploatacji Podziemnej.

Najlepiej inwestować w Polsce. Według ekspertów WSI Capital w spółki MSP

Opublikowany 22 stycznia 2014 roku ranking Bloomberg „Best for Business in East Europe and Central Asia” potwierdza, że Polska jest najlepszym miejscem we Wschodniej Europie do prowadzenia biznesu. Dlaczego? Ta znakomita pozycja to rezultat analizy takich czynników, jak np. stopień integracji gospodarczej, koszty rozpoczęcia działalności gospodarczej, robocizny i materiałów. To właśnie w naszym kraju klimat biznesowy jest najlepszy, a tuż za nami plasują się nasi południowi sąsiedzi Czesi oraz Węgry.

Jak wskazują autorzy raportu przede wszystkim ciągle rozwija się u nas rynek konsumencki, a także poprawia infrastruktura, na którą w ostatnich latach wydaliśmy, aż 80 miliardów dolarów. Eksperci Bloomberga zauważają, że nasza gospodarka jest najlepiej rozwijającą się od globalnego kryzysu, jaki nastąpił w 2008 roku. Wcześniej zagraniczni inwestorzy woleli lokować swe pieniądze w innych krajach regionu, jednak mocna pozycja złotego zachęca do inwestycji w Polsce. W ostatnich latach w Polsce zainwestowała m.in. firma IBM oraz Procter & Gamble, a Amazon otwiera trzy nowe centra logistyczne.

Dzięki takim inwestycjom w Polsce z roku na rok zwiększa się PKB, a gospodarka staje się jeszcze bardziej konkurencyjna. Należy jednak pamiętać, że w naszym kraju duże znaczenie w tworzeniu PKB odgrywają w szczególności małe i średnie przedsiębiorstwa, które coraz lepiej funkcjonują na rynku. Nierzadko jednak firmy z sektora MŚP potrzebują dużych nakładów pieniężnych, by sfinansować nowe projekty. Wtedy najbardziej pomocne mogą się okazać fundusze Venture Capital.

– Firmy z sektora MŚP biorą aktywny udział w procesie zmian w strukturze przemysłowej kraju i stymulują wzrost gospodarczy. Naszym zdaniem inwestycje w tego typu przedsiębiorstwa to nie tylko szansa na zysk dla inwestorów, ale i szereg korzyści dla polskiej gospodarki – mówi Jacek Kajko, partner WSI Capital.

Duże polskie firmy obawiają się chmury

Interactive Intelligence Group Inc. (Nasdaq: ININ), globalny dostawca oprogramowania i usług zwiększających jakość obsługi klienta, został partnerem merytorycznym badań wykorzystania cloud computingu w sektorze dużych przedsiębiorstw w Polsce, przeprowadzonych przez firmę analityczną Audytel*. Wyniki badania wskazują niską świadomość technologiczną przedsiębiorców – dominują obawy przed nową technologią, brakuje analizy strategicznej i fachowego doradztwa ze strony dostawców usługi. Jednak firmy, które zdecydowały się na korzystanie z chmury, często deklarują plany zwiększenia jej zakresu.

Według różnych analiz rynek cloud w Polsce rozwija się w tempie niemal 30 proc. rocznie. Jednak duże organizacje podchodzą do tej nowej technologii konserwatywnie i bardzo ostrożnie. Prawie połowa badanych przez Audytela przedsiębiorstw oraz jednostek administracji publicznej nie wykorzystuje ani nie rozważa chmury, jako modelu architektury IT. Tylko co piąta firma monitoruje ryzyko, koszty i korzyści związane z przetwarzaniem w chmurze. Posiadanie sformalizowanej strategii dla cloud zadeklarowało jedynie 7 proc. respondentów.

Największymi barierami projektów chmurowych pozostają obawy o bezpieczeństwo danych i ochronę danych osobowych. Przedsiębiorcy boją się również uzależnienia od dostawcy usługi oraz utraty kontroli nad przepływem informacji. Równocześnie ankietowani nisko oceniają zdolności doradcze dostawców usług cloud. Połowa respondentów stwierdziła, że nie potrafią oni opracować strategii wejścia w projekty chmurowe, a 40 proc. ankietowanych uznało, że są również bardzo słabo przygotowani do przedstawienia analizy wstępnej, czyli oceny kosztów i korzyści projektu. Co ciekawe, firmy o wiele lepiej oceniają dostawców w zakresie samego prowadzenia projektów chmurowych.

„Obawy przedsiębiorców w zakresie cloud i niska ocena zdolności doradczych dostawców prowadzą do jednego istotnego wniosku – polski biznes ogromnie potrzebuje konkretnego, merytorycznego szkolenia w zakresie tej nowej technologii – powiedział Marcin Grygielski, dyrektor regionalny na rynek Europy Środkowej i Wschodniej, Interactive Intelligence. – „Problemem naszego lokalnego rynku usług cloud jest duże rozdrobnienie. Wielu dostawców, często bez doświadczenia i know-how, stara się wykroić dla siebie kawałek apetycznego tortu chmury. Tłumaczy to w pewnym stopniu obawy przedsiębiorców. Jednak powiedzmy sobie jasno – zaufany, rzetelny dostawca potrafi zagwarantować wyższe bezpieczeństwo usługi niż wewnętrzne procedury firmy.”

Warto zauważyć, że organizacje, które wdrożyły chmurę, raczej nie rezygnują z tego modelu i rzadko ograniczają zakres usługi. Wręcz przeciwnie, większość respondentów deklarowała powiększenie wykorzystywania przetwarzania w chmurze. W pośredni sposób potwierdza to korzyści związane z wprowadzeniem tej technologii do firmy.

„Duże korporacje często decydują się na chmurę dla konsolidacji zasobów IT i centralizacji zarządzania procesami informatycznymi w rozproszonych lokalizacjach. W tym modelu fizyczna lokalizacja systemu nie ma dla odbiorcy żadnego znaczenia – oprogramowanie zainstalowane w centrum danych np. w Niemczech może obsługiwać oddziały firmy rozrzucone w całej Europie. Chmura pozwala uprościć i skoordynować zarządzanie globalnymi procesami” – dodał Marcin Grygielski.

Spośród rozwiązań komunikacyjnych w modelu chmury (CaaS) najpopularniejszy jest IP PABX lub IP Centrex, którego wykorzystanie deklaruje 27 proc. respondentów. Największą dynamikę wzrostu natomiast wykazują aplikacje komunikacji zunifikowanej. Niemal 10 proc. ankietowanych ma w planach wdrożenie tego typu systemów w modelu cloud w ciągu najbliższych dwóch lat.

Badanie przeprowadzono wśród dyrektorów i managerów IT firm z listy Top 500 Polityki oraz największych jednostek sektora publicznego. Wykorzystywano metodykę CATI/CAWI. Uzyskano 56 odpowiedzi.

*Audytel „Badanie wykorzystania przetwarzania w chmurze w największych polskich organizacjach”, luty 2014

Budowlanka: zwrot czy chwilowe zachwianie?

Po wyraźnej poprawie trendu w zamówieniach publicznych na prace remontowo-budowlane obserwowanej przez cały rok 2013, początek roku 2014 przyniósł niemiłe rozczarowanie – wynika z opracowania wykonanego przez serwis eGospodarka.pl. Styczeń – z powodu aury – nie jest wprawdzie miesiącem w którym oczekiwać należy większej aktywności w segmencie budowlanym, jednak liczony w relacji rocznej spadek liczby ogłaszanych postępowań na prace budowlane nakazuje ostrożne spojrzenie na przyszłą kondycję „budowlanki”.

Według danych zebranych i opracowanych przez serwis www.Przetargi.eGospodarka.pl, w styczniu 2014 roku w Biuletynie Zamówień Publicznych pojawiło się 10 tys. 967 ogłoszeń o rozpoczęciu postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, o 5,43 proc. mniej niż rok wcześniej, w styczniu 2013. Spadki zanotowano we wszystkich trzech analizowanych kategoriach zamówień, czyli w dostawach usług (o 6,83 proc. rok do roku), robotach budowlano-remontowych (o 7,67 proc.) oraz dostawach towarów (spadek o 3,25 procent w skali roku).

W porównaniu z grudniem 2013 roku, w pierwszym miesiącu bieżącego roku spadek ogólnej liczby postępowań przetargowych wyniósł aż 24 procent. W podziale na kategorie, spadki wystąpiły tylko w zamówieniach na dostawy usług (spadek w okresie grudzień-styczeń o 33,9 proc.) oraz dostawach towarów (spadek o 26,83 proc.). W styczniu 2014 względem grudnia 2013 przybyło ogłoszeń na prace budowlane – dynamika wyniosła aż 40,39 procent.

Niestety, pomimo dodatniej miesięcznej dynamiki, w styczniu – jak już wspomniano – nie utrzymała się dodatnia roczna dynamika w segmencie budowlanym. Po siedmiu z kolei miesiącach ubiegłego roku w których dynamika liczona rok do roku była dla „budowlanki” dodatnia, w styczniu spadła poniżej zera.

W styczniu 2014 liczba przetargów ogłaszanych w poszczególnych kategoriach różniła się dość znacząco od wyników rejestrowanych w ostatnich latach. O ile względem roku 2013 zanotowano spadki we wszystkich kategoriach, to porównanie tegorocznych wyników z danymi za rok 2011 czy 2012 wygląda już dużo lepiej. W tym roku jednym z winowajców spadku mógł być długi weekend na samym początku roku – przy dwudniowym urlopie (2 i 3 stycznia) można było wygospodarować aż 6 dni wolnych. Jeśli więc spadek był czynnikiem jednorazowym, to trendy (głównie w segmencie budowlanym) będzie można ocenić dopiero po wynikach marcowych.

Gospodarka rusza. Prognozy coraz lepsze

Kondycja polskiej gospodarki systematycznie się poprawia. Jak wstępnie podał Główny Urząd Statystyczny, za cały 2013 rok dynamika PKB wyniosła 1,6 procent, a w ostatnim, czwartym kwartale roku 2013 PKB wzrósł o 2,7 procent.

GUS podał, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających więcej niż 9 osób, wyniosło w styczniu 2014 roku 3.805,28 zł. Oznacza to wzrost w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku (stycznia 2013) o 3,4 procent. W miejscu stoi za to zatrudnienie, które zdaniem GUS w ciągu roku nie zmieniło się.

Według szacunków GUS, inflacja w styczniu 2014 r. wyniosła względem grudnia ubiegłego roku 0,1 procenta, a względem stycznia 2013 roku osiągnęła poziom 0,7 proc. Miesiąc wcześniej, w grudniu 2013 roku, według szacunków GUS, ceny dóbr i usług konsumpcyjnych wzrosły o 0,1 proc. względem listopada, a w porównaniu z grudniem 2012 r. były wyższe o 0,7 proc.

Niestety w styczniu dość mocno wzrosło bezrobocie. Pracy nie miało 14 procent Polaków. Miesiąc wcześniej, w grudniu 2013, stopa bezrobocia wyniosła 13,4 procent.

W styczniu 2014 roku sprzedaż detaliczna wzrosła w relacji rocznej o 4,8 procent. W całym roku 2013 roku sprzedaż detaliczna wzrosła o 2,3 procent, wobec wzrostu o 5,6 proc. w 2012 r.

Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła w styczniu o 4,1 proc., licząc rok do roku. Produkcja wzrosła w 24 spośród 34 analizowanych przez GUS działów przemysłu. Niestety produkcja budowlano-montażowa okazała się być w styczniu o 3,9 procent niższa niż rok wcześniej i o 64 procent mniejsza w porównaniu z grudniem 2013 r. jednak po uwzględnieniu czynników sezonowych, spadek produkcji w budownictwie osiągnął poziom 3,9 procent w relacji rocznej i 1,4 proc. w relacji miesięcznej.

– Gospodarka przyspiesza. Może jeszcze nie jest to jazda na wyższych biegach, ale wzrost wydaje się być już stabilny. Oprócz podstawowej w ostatnich miesiącach lokomotywy wzrostu, czyli eksportu, powoli startuje również drugi motor, czyli konsumpcja. Wzrost sprzedaży detalicznej wskazuje, że przestaliśmy się już bać pogorszenia sytuacji i zaczynamy wydawać pieniądze. Dynamika PKB jest jeszcze oczywiście za niska by zmniejszyć bardzo wysokie bezrobocie, ale wiele czynników wskazuje, że w drugiej połowie roku sytuacja na rynku pracy może zacząć się zauważalnie poprawiać – mówi Beata Szkodzin, wydawca serwisu eGospodarka.pl. – Poprawiają się również prognozy dla gospodarki. Jest już prawie pewne, że przekroczymy zakładany w ustawie budżetowej dwu i pół procentowy wzrost PKB. Pomimo bardzo napiętej sytuacji finansów publicznych ruszą również programy inwestycyjne z nowego rozdania budżetu unijnego, co przywróci koniunkturę w sektorze budowlanym. Niestety nadal wielkim problemem jest dług publiczny i wciąż niepewna sytuacja związana z przejęciem części aktywów OFE. Jeśli Trybunał Konstytucyjny będzie miał zastrzeżenia do tej operacji i orzeknie o jej niekonstytucyjności to rząd i podatnicy będą mieli duży, bardzo kosztowny problem – dodaje Beata Szkodzin.

Początek sezonu budowlanego

Analiza struktury ogłaszanych postępowań przetargowych wskazuje na ruszający powoli sezon budowlany. Dane pokazują, że z minimum zamówień na prace budowlano-remontowe mieliśmy do czynienia w grudniu 2013 roku, w styczniu bieżącego roku zaś liczba ogłoszeń na tego typu prace zaczęła rosnąć. I tak liderami miesięcznych wzrostów stały się w styczniu 2014 zamówienia na roboty w zakresie konstruowania, fundamentowania oraz wykonywania nawierzchni autostrad, dróg (+166,67 proc.), roboty w zakresie budowy dróg (+125,93 proc.), roboty w zakresie naprawy dróg (+113,58 proc.), roboty drogowe (miesięczny przyrost o 95,89 procent), roboty w zakresie nawierzchni dróg (+84,75 proc.), roboty budowlane w zakresie budowy wodociągów i rurociągów do odprowadzania ścieków (+72,73 proc.), roboty budowlane w zakresie układania chodników i asfaltowania, przygotowanie terenu pod budowę, roboty w zakresie przygotowania terenu pod budowę i roboty ziemne, roboty budowlane w zakresie wznoszenia kompletnych obiektów budowlanych lub ich części oraz roboty w zakresie inżynierii lądowej i wodnej, roboty malarskie oraz tynkowanie.

Analiza profilu zamówień publicznych w relacji rocznej wskazuje na relatywnie wysokie zapotrzebowanie na prace budowlane, bowiem to zamówienia z tej kategorii zajmujące pozycje liderów wzrostów rok do roku – czołowe pozycje zajmują między innymi przetargi na roboty w zakresie konstruowania, fundamentowania oraz wykonywania nawierzchni autostrad, dróg, tynkowanie, roboty w zakresie przygotowania terenu pod budowę i roboty ziemne, roboty instalacyjne w budynkach, roboty wykończeniowe w zakresie obiektów budowlanych, czy roboty budowlane w zakresie układania chodników i asfaltowania.

Powstaje Baza Zdarzeń i Szkód (BZS), która umożliwi szybkie wykrycie potencjalnych wyłudzeń odszkodowań

Wdrożenie nowego systemu przyniesie wymierne oszczędności dla ubezpieczycieli i ich klientów. Powstaje nowa Baza Zdarzeń i Szkód (BZS), która umożliwi szybkie wykrycie potencjalnych wyłudzeń odszkodowań. Jak wynika z szacunków Insurance Europe, wyłudzenia stanowią 3% wpłacanych składek. Chodzi o polisy życiowe i majątkowe.

Polska Izba Ubezpieczeń i Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny przy wsparciu EY stworzyły system, który ma zapobiegać przestępczości ubezpieczeniowej.

– Baza umożliwi systemowe podejście do identyfikacji przypadków wielokrotnych roszczeń dotyczących tego samego przedmiotu ubezpieczenia. W rezultacie, zakłady będą w stanie lepiej taryfikować swoje produkty. Trudno przewidywać, czy w efekcie wpłynie to na obniżkę cen, gdyż inne czynniki w tym samym okresie mogą działać w odwrotnym kierunku – mówi Wojciech Soleniec, Partner w Grupie Rynków Finansowych EY.

Dzięki niej ubezpieczyciel będzie mógł sprawdzić, czy dane zdarzenie, np. zalanie domu, nie było już wcześniej zgłoszone w innych zakładach.

– W 2011 roku EY zakończył pracę nad raportem „Diagnoza i strategiczne kierunki rozwoju Baz Danych Ubezpieczeniowych”. Jedną z kluczowych rekomendacji było utworzenie Bazy Zdarzeń i Szkód. Pod wpływem ogromnego sukcesu, jaki odniosła w ostatnich latach baza komunikacyjna Ośrodka Informacji UFG, PIU oraz UFG wróciły do rekomendacji z tamtego raportu i zleciły EY analizę przedprojektową. Oprócz przeprowadzenia tej analizy, EY aktywnie wspierał realizację projektu, prezentując jego założenia m.in. na Komisji Rewizyjnej PIU, Radzie UFG, spotkaniu z GIODO i Nadzwyczajnym Walnym Zgromadzeniu PIU, które w styczniu 2014 roku podjęło decyzję o uruchomieniu środków na BZS. Od marca 2014 roku będziemy dalej wspierać realizację tego projektu z perspektywy zapewnienia zgodności przyjmowanych rozwiązań z założeniami biznesowymi. Pilot BZS planowany jest na II kwartał 2014, a właściwe wdrożenia na IV kwartał 2014 – dodaje ekspert.

W pierwszej kolejności do bazy mają trafić dane dotyczące polis w ramach szkód spowodowanych żywiołami oraz pozostałych szkód rzeczowych, które wartościowo stanowią ponad połowę wypłacanych odszkodowań.

– Zakładamy, że docelowo baza będzie działać w trybie on-line, więc po zasileniu jej danymi wsadowymi, zakład będzie otrzymywał odpowiedź w bardzo krótkim czasie ,zależnie od wolumenu zasilenia, obciążenia bazy w danym momencie, etc. – zapowiada Wojciech Soleniec.

Podobny system działa w ramach ubezpieczeń komunikacyjnych już od trzech lat. W tym okresie wpłynęły do niego 133 miliony zapytań od firm ubezpieczeniowych.

Sadownictwo w Polsce ma się doskonale. Produkujemy coraz więcej

Sięgamy po nie codziennie. Warzywa i owoce są nieodłącznym elementem polskiej kuchni, stylu życia. Niewielu konsumentów – sięgając chociażby po jabłko czy krojąc pomidora – zdaje sobie sprawę, że jako kraj jesteśmy prawdziwym potentatem w ich produkcji. Ponadto polskie warzywa i owoce każdego roku podbijają kolejne rynki eksportowe.

41 kilogramów – tyle według danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – statystyczny Polak w minionym roku skonsumował owoców i ich przetworów. Pierwsze niekwestionowane miejsce zajmuje jabłko z wynikiem 27 kg na osobę, na drugim miejscu są tzw. owoce południowe – cytrusy oraz banany, których łącznie spożywamy około 12 kg. Chętnie jemy truskawki (4,8 kg) oraz owoce pestkowe czyli wiśnie, czereśnie czy śliwki (2,4 kg). Poza owocami świeżymi chętnie spożywamy soki – około 9,6 kg/osobę.

Polscy sadownicy są bezkonkurencyjni – postawili na innowacyjność i zmianę całej infrastruktury – modernizując sady i wprowadzając nowe odmiany. Prof. Augustyn Mika z Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa w Skierniewicach podkreśla „Sadownictwo w Polsce ma się doskonale. Produkujemy coraz więcej owoców. Samych jabłek zbieramy ponad 3 mln ton, a wszystkich owoców ponad 4 mln ton. Zajmujemy już pierwsze miejsce w Europie.”

Ponieważ jako społeczeństwo nie jesteśmy w stanie skonsumować takiej ilości owoców, producenci stawiają na eksport. Milion ton jabłek trafiło do odbiorców za granicą, z czego 80% do Rosji. Jako kraj jesteśmy dużym producentem czarnej porzeczki, wiśni czy maliny, która zdobywa rynki Stanów Zjednoczonych, Kanady czy Wielkiej Brytanii. Staliśmy się również dużym producentem borówki amerykańskiej – zaznacza prof. Augustyn Mika.

W przypadku warzyw i ich przetworów w minionym roku przeciętny Polak zjadł ich prawie 60 kg. Najchętniej sięgamy po pomidory i ogórki. Sporym zainteresowaniem cieszą się także marchew i cebula, choć zdecydowanie więcej jemy sałaty, cukinii i bakłażanów. Jeśli chodzi o przetwory to konsumujemy ich blisko 8 kg, z czego ponad 2 kg to sama kiszona kapusta.

Prof. dr hab. Franciszek Adamicki, kierownik Instytutu Ogrodnictwa w Skierniewicach, zaznacza „[…] Jesteśmy jednym z ważniejszych producentów warzyw w Europie. Jesteśmy również eksporterem niektórych gatunków warzyw, przede wszystkim cebuli i marchwi.” Jak dodaje, produkcja np. marchwi została skoncentrowana w dużych gospodarstwach. Wybudowano przechowalnie łącznie z liniami do pakowania, sortowania i przygotowywania towaru na eksport. „Stąd nasza marchew znajduje odbiorców w Szwecji, Norwegii, Finlandii czy krajach Europy Zachodniej” – mówi prof. dr hab. Franciszek Adamicki.

Choć w 2004 roku niektórzy wróżyli upadek warzywnictwa szklarniowego, okazało się, że jest wręcz odwrotnie. Zdaniem Macieja Mularskiego, Prezesa Stowarzyszenia Producentów Pomidorów i Ogórków Pod Osłonami, ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że jako kraj jesteśmy piątym producentem pomidorów w całej Europie. „Sprzyja nam nie tylko klimat, ale też inwestycje, jakie zostały poczynione w tę gałąź gospodarki. Przez ostatnie 6-7 lat były one bardzo potężne. To odzwierciedla produkcja. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że Polska ma ogromne tradycje uprawy pomidorów i ogórków pod osłonami” – wyjaśnia Maciej Mularski.

Zanim jednak owoc czy warzywo trafi do naszej siatki z zakupami, zanim zostanie przez producenta zebrane – musi być posiane. Jak zaznacza Rafał Alfut z firmy Syngenta „W Polsce oferujemy 300 odmian nasion warzyw. Wydaje się, że to dużo, ale są one podzielone na 30 grup, a w każdej z nich są segmenty przeznaczone na: świeży rynek, uprawy pod tunelami czy dla przemysłu.” Każda z odmian nasion jest coraz bardziej przyjazna dla producenta – owoce mają lepszą jakość, wysoki plon, wyższą opłacalność. Są one również przyjazne i podobają się konsumentowi, ponieważ są smaczne, kolorowe i mają ciekawe kształty – podkreśla Rafał Alfut.

Nic dziwnego, że chętnie sięgamy po rodzime dary natury. Miejmy nadzieję, że ten rok przyniesie udane zbiory, a co za tym idzie – atrakcyjne ceny. Zarówno po stronie producentów, jak i konsumentów.

Rozliczenia ksiąg rachunkowych tylko z obrotówką

Podmioty, które tworzą sprawozdanie finansowe za 2013 rok, do 26 marca muszą sporządzić zestawienie obrotów i sald księgi głównej. Zachowanie terminów ich sporządzenia jest jednym z warunków do uznania ksiąg rachunkowych za prowadzone na bieżąco.

Poprawne zestawienie obrotów i sald jest podstawą do sporządzenia sprawozdania finansowego. Mało kto pamięta, że zgodnie z art. 24 ust.5 pkt. 2 ustawy o rachunkowości z dnia 29 września 1994 r. (t.j. Dz.U. z 2009 r. nr 152, poz. 1223 z późn. zm.) zestawienie obrotów i sald za rok obrotowy powinno być sporządzane nie później niż 85 dni po dniu bilansowym. Przepis ten wydaje się w dzisiejszych czasach archaiczny. Księgi rachunkowe prowadzone są zazwyczaj przy użyciu komputera i proces generowania zestawienia odbywać się może w sposób w pełni automatyczny. Dodatkowo zgodnie z art. 18 ust. 2 UoR, co najmniej na dzień zamknięcia ksiąg rachunkowych sporządza się zestawienia sald wszystkich kont ksiąg pomocniczych.

System komputerowy nie ochroni przez każdym błędem

Prawidłowo sporządzone zestawienie obrotów i sald powinno wskazywać identyczne sumy obrotów debetowych i kredytowych a suma sald debetowych musi odpowiadać sumie sald kredytowych. – W przypadku ksiąg prowadzonych przy pomocy systemów komputerowych, oprogramowanie zazwyczaj zabezpiecza przed typowymi błędami np.: błędami związanymi z brakiem podwójnego zapisu, dwukrotnym zaksięgowaniem tego samego dokumentu (z takim samym opisem/numerem) czy zaksięgowaniem różnych kwot dotyczących jednej operacji księgowej. Dzięki temu generowane zestawienie jest obarczone niższym ryzykiem błędu – mówi Michał Szalak, konsultant w Baker Tilly Poland. – Może się jednak zdarzyć, że do zestawienia generowanego przez system nie zostało podpięte konto księgowe, co skutkuje uzyskaniem błędnego zestawienia. Taki błąd jest jednak dość łatwy do wykrycia i skorygowania – dodaje ekspert.

System komputerowy nie jest jednak w stanie uchronić przed takimi błędami jak zaewidencjonowanie operacji na niewłaściwych kontach bądź w niewłaściwej kwocie. Nie zapewni też ochrony przed brakiem wprowadzenia zapisu operacji do systemu. Należy zatem pamiętać, by dokonać weryfikacji wygenerowanego przez system zestawienia – pozwoli to na wykrycie ewentualnych błędów.

Generalnie jednak automatyzacja procesu przygotowania zestawienia obrotów i sald korzystanie z programów księgowych sprawia, że ryzyko nieprawidłowości jest względnie niewielkie. – Ewentualne błędy mogą wynikać ze źle dokonanych zapisów księgowych, które nie zostały skorygowane bądź nieprawidłowego skonfigurowania systemu komputerowego podczas przyporządkowywania kont do tworzonego zestawienia obrotów i sald – tłumaczy Michał Szalak z Baker Tilly Poland. Dodatkowo należy sprawdzić, czy przygotowane zestawienie zawiera wymagane w art. 18 UoR elementy takie jak: symbole lub nazwy kont, salda kont na dzień otwarcia ksiąg rachunkowych, obroty za okres sprawozdawczy i narastająco od początku roku obrotowego oraz salda na koniec okresu sprawozdawczego, sumę sald na dzień otwarcia ksiąg rachunkowych, obrotów za okres sprawozdawczy i narastająco od początku roku obrotowego oraz sald na koniec okresu sprawozdawczego.

Zanim wygenerujesz zestawienie

– Elementem niezbędnym przy sprawdzaniu poprawności zestawienia obrotów i sald jest uzgodnienie sald kont syntetycznych w stosunku do prowadzonych do nich sald kont analitycznych – zaznacza ekspert. W tym przypadku także najczęściej system księgowy chroni przed niespójnością w tym obszarze, jednak warto dokonać dodatkowego sprawdzenia spójności.

W związku z tym, że sporządzenie obrotów i sald za rok obrotowy służy za podstawę do opracowania sprawozdania finansowego, przygotowując zestawienie jednostka powinna dokonać weryfikacji i uzgodnienia zapisów oraz sald kont. Następnie należy wykonać czynności związane z zamknięciem roku – może być to między innymi dokonanie wyceny sald wyrażonych w walucie obcej, utworzenie rezerw czy też niezbędnych odpisów aktualizujących.

Ruszyła kampania społeczna „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”

„Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!” – to hasło kampanii społecznej, której celem jest wzrost zaufania ludzi młodych do rzetelnych programów staży i praktyk stanowiących skuteczną formę budowania kariery zawodowej. Intencją organizatorów jest zachęcenie pracodawców do realizowania staży i praktyk o wysokiej jakości, a także zmotywowanie ludzi młodych do uczestnictwa w rzetelnych programach staży i praktyk stanowiących najlepszą formę edukacji praktycznej.

Jak wynika z badania Eurobarometru, obecnie co trzeci staż w Unii Europejskiej ma niską jakość pod względem warunków pracy lub treści nauczania. – Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk, czyli zbiór norm regulujących kluczowe obszary dotyczące realizacji staży i praktyk w firmach, stanowią odpowiedź na ten problem. Zachęcamy pracodawców do organizowania staży i praktyk w oparciu o standardy jakościowe, a studentów motywujemy do świadomego wyboru tych programów, które faktycznie przyczyniają się do rozwoju kariery zawodowej – komentuje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

W ramach kampanii zaplanowano szereg działań zachęcających pracodawców do organizowania staży i praktyk w oparciu o Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk oraz aktywizujących studentów do świadomego wyboru staży i praktyk. Ważną częścią kampanii będzie cykl spotów internetowych obalających stereotypy na temat staży i praktyk, a tym samym uświadamiających jak nie powinny one wyglądać. Pierwszy ze spotów dostępny jest tutaj. Wydarzeniem kulminacyjnym będzie natomiast impreza biegowa na dystansie 5 km, zaplanowana na maj 2014. Celem tej inicjatywy będzie zwrócenie uwagi na problemy młodych ludzi na rynku pracy. Bieg symbolizuje potrzebę aktywizacji zawodowej uczniów i studentów. Jest skierowany do wszystkich osób wspierających ideę nauki poprzez praktykę.

Kampania stanowi kolejną odsłonę Programu Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk realizowanego przez Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami. Mecenasami kampanii są: Nestlé, Orange, PZU oraz Siemens – firmy, których programy staży i praktyk, na podstawie audytu weryfikującego ich zgodność z wytycznymi zawartymi w kodeksie, otrzymały Znak Jakości. Partnerem merytorycznym kampanii są Wyższe Szkoły Bankowe, z kolei Partnerem Technologicznym – eRecruiter.

Więcej informacji na temat kampanii oraz Programu Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk można znaleźć na stronie www.stazeipraktyki.pl oraz na profilu Programu na portalu Facebook.

Airbus Group proponuje Polsce udziały w koncernie. Nasza branża obronna mogłaby wzrosnąć dziesięciokrotnie

CEO Magazyn Polska

Rozmowy polskich ministrów obrony i spraw zagranicznych o udziale Polski w strukturze Airbus Group (d. EADS) trwają już od końca ubiegłego roku. Według władz firmy, udział Polski w strukturze europejskiego koncernu zbrojeniowego mógłby zwiększyć aktywność polskiego przemysłu obronnego i Polska miałaby szansę powtórzyć sukces Hiszpanii, której branża obronna wzrosła dziesięciokrotnie w ciągu ostatnich 13 lat.

Dziś udziały w koncernie mają Francja, Niemcy i Hiszpania (łącznie 28 proc.). Przedstawiciele Airbusa zapewniają, że Polska może stać się pełnowartościowym członkiem systemu.

 – Polska będzie w pełni zintegrowana z europejską polityką obronności, co nada kierunek polskiemu przemysłowi, ponieważ będzie on brał udział w naszych programach. Model dla Polski jest ten sam, który zastosowaliśmy w Hiszpanii. Hiszpania była obecna przy tworzeniu EADS [European Aeronautic Defence and Space Company – red.], poprzednika Airbus Group. Jeśli zmierzymy postęp, jaki dokonał się w Hiszpanii od powstania koncernu w 2001 roku, to zauważymy dziesięciokrotne zwiększenie aktywności w przemyśle. Czemu by nie zrobić tego samego w Polsce – mówi Jean-Pierre Talamoni, wiceprezes, kierownik ds. międzynarodowych projektów w Airbus Group.

Na razie, jak podkreśla, potrzebny jest jednoznaczny sygnał do rozpoczęcia współpracy.

 – Kiedy powiedziałem, że jako Airbus Group chcielibyśmy związać się z polskim przemysłem, byliśmy przygotowani na to, że odpowiecie nam jednak „nie”. Ale nigdy byśmy wam tego nie proponowali, jeśli bylibyśmy pewni, że odmówicie. Więc wciąż jest szansa, że powiecie „tak” i musimy ją w pełni wykorzystać – zapewnia Talamoni.

Jego zdaniem, zaangażowanie Polski we współpracę przyczyni się również do przyspieszenia prac nad budową europejskiej obronności. 

 – Nie można sobie wyobrazić tworzenia obronności Europy bez uczestnictwa Polski, jednej z najliczniejszych narodowości w Unii. Bez Polski na pokładzie nic nie osiągniemy. Jeśli natomiast Polska się zaangażuje, będzie to impuls do podjęcia decyzji przez innych – podkreśla wiceprezes Airbus Group.

Europa jest na razie na początku procesu budowania wspólnej polityki obronnej. Talamoni podkreśla, że może to zająć jeszcze kolejne 20, a nawet 30 lat, ale to konieczny proces.

 – Pewnego dnia w końcu będziemy mieli europejską obronę, albo nie będziemy mieli Europy.  Nie możemy być zależni od kogoś innego w kwestii naszej obronności, nawet jeśli jest to tak ważny sprzymierzeniec, jakim są Stany Zjednoczone. Musimy polegać na sobie, ale musimy zacząć już teraz – dodaje.

Problem jest brak spójnej wizji politycznej w kwestiach obronności, która kiedy już się pojawi, powinna przerodzić się w poważny dialog z przemysłem.

 – Kiedy przemysł zrozumie, jaka jest ustalona wizja polityczna, i będzie mieć pewność, że to się nie zmieni, to wtedy się dostosuje. Jednak dopóki firmy przemysłowe tego nie wiedzą, będą kontynuować obronę swojego małego terytorium – podkreśla Jean Pierre Talamoni. – Spójrzmy na różnice między Europą a USA w liczbie rodzajów sprzętów. USA mają na przykład jeden model czołgu, a my mamy cztery. Amerykanie mają cztery lub pięć rodzajów samolotów, my mamy 16.

Brak współpracy państw europejskich powoduje, że trudno Europie konkurować w produkcji innowacyjnego sprzętu ze Stanami Zjednoczonymi. W dłuższej perspektywie doprowadzi to zdaniem wiceprezesa Airbus Group do tego, że rządy krajów europejskich będą musiały wyposażać swoje siły zbrojne w USA, a to może jeszcze zwiększyć zależność Europy od Ameryki.

A. Struzik: jeśli janosikowe zostanie utrzymane, Mazowszu grozi nacjonalizacja

Jeszcze ponad 100 mln zł zaległego janosikowego musi zapłacić Mazowsze na rzecz biedniejszych regionów. Władze podkreślają, że kasa województwa jest pusta, a oni dodatkowo zmuszani są do zadłużania się i radykalnego obniżenia nakładów inwestycyjnych. Jeśli regulacje dotyczące janosikowego nie zmienią się, Mazowsze zostanie znacjonalizowane – przestrzega Adam Struzik, marszałek województwa.

  Liczę na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, roztropność parlamentu, a także na deklarację premiera, który mówił, że ten dysfunkcyjny system trzeba pilnie zmienić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego. – Jeśli mimo wszystko janosikowe zostanie utrzymane, to zapewne dojdzie do nacjonalizacji województwa. W efekcie największym regionem, wytwarzającym prawie 1/4 polskiego PKB, zarządzać będą władze centralne.

W swoim orzeczeniu z 31 stycznia Trybunał Konstytucyjny uznał, że janosikowe jest zasadniczo zgodne z konstytucją. Jednak za niekonstytucyjny uznano przepis określający kryteria ustalania tzw. nadwyżki z janosikowego przez Ministerstwo Finansów. 6 marca br. Trybunał ma ponownie orzec w sprawie konstytucyjności tej daniny.

W ostatnich dniach województwo zapłaciło 64 mln zł, co tymczasowo uchroniło je przed zajęciem kont przez komornika. Jednak problem nadal jest daleki od rozwiązania.

 – Zalegamy z pieniędzmi, które nie wpłynęły do nas w roku ubiegłym w postaci podatku, głównie podatku dochodowego CIT od osób prawnych. Nie mamy skąd ich wziąć – zapewnia Adam Struzik. – Ten mechanizm jest tak dysfunkcjonalny, że doprowadza do rosnącego zadłużenia województwa, obniżenia nakładów inwestycyjnych i zmusza do radykalnych oszczędności. Już w tej chwili jesteśmy pod ścianą i nie możemy więcej oszczędzać.

Od 2014 roku Mazowsze przekazało na rzecz innych województw 6,4 mld zł. Tymczasem zadłużenie województwa wynosi 1,7 mld zł.

 – Musimy płacić na inne województwa, ponieważ uważa się nas za bogatych. Z tego samego powodu dostajemy mniej z Unii Europejskiej. To paradoks i absurd, w efekcie którego nasza sytuacja finansowa ciągle się pogarsza – podkreśla marszałek.

Warszawska giełda do końca roku chce połączyć się z parkietami z Wiednia, Budapesztu, Lublany i Pragi. Myśli już także o kolejnych akwizycjach

CEO Magazyn Polska

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie chce zdobywać nowe rynki. Jeszcze w tym roku zapowiada połączenie z parkietami w Wiedniu, Pradze, Budapeszcie i Lublanie. Zakończyła się pierwsza runda rozmów GPW z CEESEG, czyli grupą parkietów środkowoeuropejskich. W ciągu kilku tygodni ma się rozpocząć kolejny etap negocjacji. To jednak nie koniec planów GPW dotyczących połączeń. 

 – Nasze cele to przede wszystkim umiędzynarodowienie, dywersyfikacja biznesu, poszukiwanie nowych źródeł przychodów, potencjalne działania związane również z akwizycjami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes o planach na 2014 rok Mirosław Szczepański, członek zarządu GPW. – Ale nie mówię tutaj o CEESEG-u, ale również o innych przedsięwzięciach.  Tych możliwości strategicznych rozwoju jest bardzo dużo – zaznacza.

W 2014 roku GPW planuje wprowadzenie nowych produktów, w tym opcji na akcje, opcji binarnych i miesięcznych, kontraktów terminowych na energię elektryczną oraz dywersyfikację działalności w obszarze rynku towarowego poza obrotem energią elektryczną i prawami majątkowymi. To właśnie rynek towarowy zwiększył przychody o ponad jedną piątą, przyczyniając się do lepszego wyniku GPW za ubiegły rok.

 – Mamy naprawdę imponujący wzrost przychodów na rynku towarowym, rzędu ponad 20 proc. Jeżeli chodzi o rynek energii elektrycznej, to on również wzrósł o około 4 proc. W 2013 roku zakończyło się wsparcie żółtych i czerwonych certyfikatów, co się przełożyło na przychody i obroty tymi certyfikatami, których nie było na giełdzie towarowej. Ale jak wiemy, wsparcie tych certyfikatów wraca, w związku z tym w roku 2014 możemy się spodziewać ponownie tych instrumentów na giełdzie towarowej – mówi Szczepański.

Kolejne lata mają z kolei przynieść zyski spowodowane współpracą z czterema parkietami regionu.

 – Tych synergii może być bardzo dużo. Myślimy np. o jednolitej platformie obrotu instrumentami notowanymi na poszczególnych rynkach, ujednoliceniu grupy firm inwestycyjnych, która korzysta z tych rynków – wymienia Szczepański.

Inną korzyścią może być przyciągnięcie większej liczby inwestorów i zwielokrotnienia liczby transakcji.

W marcu rusza nowa polska metoda płatności elektronicznych o nazwie Billon

CEO Magazyn Polska

Billon to nowa na polskim rynku metoda płatności. Korzystanie z niej będzie wymagało jedynie posiadania urządzenia elektronicznego, nawet bez dostępu do internetu. Pieniądze będą zapisane w szyfrowanym pliku. Pomysłodawcy podkreślają, że ma być bezkosztowo, wygodnie i bezpiecznie. Możliwość płacenia cyfrową gotówką w systemie Billon do końca marca udostępni Alior Bank.

  – Billon to prawdziwe pieniądze zapisane, zamiast na papierze i w miedzi, w pliku elektronicznym, który może być przetrzymywany na dowolnym urządzeniu elektronicznym: w komputerze, na serwerze, tablecie czy w komórce – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Łuczak, dyrektor firmy Zunit, twórcy standardu Billona. – Jest to nowa forma, w której może być przetrzymywany złoty, obok tradycyjnej formy papierowej, w formie elektronicznej w postaci zapisów zer i jedynek na kontach bankowych.

Wprowadzenie nowej formy przechowywania pieniędzy umożliwiła zmiana unijnego prawa w 2009 r. oraz polskiego w 2011 r. Billon to pierwszy taki system, a prace nad nim trwały siedem lat. Jak podkreśla Łuczak, jego największą zaletą jest wygoda. Użytkownicy systemu będą mogli bezkosztowo płacić za pomocą urządzeń elektronicznych, nawet bez dostępu do internetu. Wystarczy zbliżenie dwóch urządzeń. Płacić będzie można również w internecie. Transakcje będą, podobnie jak w przypadku gotówki, anonimowe.

Billon nie będzie stanowił nowej waluty, lecz jedynie nową metodę obrotu złotymi. Wartość zapisanych w postaci elektronicznego kodu pieniędzy nie będzie gwarantowana przez NBP, lecz przez banki będące tzw. Instytucjami Pieniądza Elektronicznego. Pierwszym IPE został Alior Bank, który jako pierwszy umożliwi płatności Billonem. Użytkownicy systemu nie muszą jednak być klientami tego banku.

 – Wystarczy zwykły telefon lub zwykły komputer. Trzeba ściągnąć aplikację, która pozwala na zawieranie transakcji w każdej możliwej sytuacji płatniczej. Przy przekazywaniu pieniędzy, jeżeli jest dostęp do sieci, pliki są przesyłane przez internet. Jeżeli internetu nie ma, wykorzystujemy technologie, które są dostępne na danym urządzeniu – tłumaczy Łuczak.

Do zawarcia transakcji wystarczy znajomość nazwy użytkownika odbiorcy środków. Bez niej można przekazać środki bezpośrednio z jednego urządzenia na drugie. Użytkownik systemu może określić, czy chce potwierdzać transakcje kodem PIN, czy nie. Przy płatności Billonem nie będzie ograniczeń wartości transakcji, jednak zawsze to osoba wysyłająca pieniądze będzie musiała określić kwotę. Możliwe będą także mikropłatności o wartości nawet mniejszej niż 1 grosz.

Zunit chce wykorzystywać technologie Wi-Fi Direct, Bluetooth oraz NFC w przekazywaniu środków bez dostępu do internetu. Ta ostatnia jest jednak jeszcze mało popularna. Wszystkie będą bezpieczne, choć zgubienie telefonu czy innego urządzenia elektronicznego będzie miało, podobnie jak zgubienie portfela, konsekwencje w postaci utraty środków. Mają jednak powstać „sejfy” Billonu.

 – Billon jest zaszyfrowany zgodnie z najnowszymi technologiami, z których korzystają między innymi służby NATO czy Narodowy Szyfrator w Polsce. Jest najbezpieczniejszą obecnie dostępną technologią w systemach płatności na świecie – mówi Łuczak. – Nie ma jeszcze na rynku metody płacenia, która byłaby lepsza od gotówki. Wydaje się nam, że nasz produkt jest bardzo zbliżony do gotówki w tym sensie, że transakcje są natychmiastowe, bezkosztowe i odbywają się bez dostępu do internetu.

Dyrektor firmy Zunit dodaje, że trwają obecnie ostatnie prace techniczne związane z wprowadzeniem Billonu. Liczy, że w ciągu najbliższych kwartałów status IPE zyskają kolejne banki, które dołączą do projektu. Kolejnym ma być Plus Bank (dawny Invest-Bank). Potwierdza też duże zainteresowanie ze strony przedsiębiorców i sklepów, którzy mogliby przyjmować płatności nową metodą.

Zunit na razie koncentruje się na obrocie złotymi i nie zamierza rozwijać systemu dla innych walut. W przyszłości nie jest to jednak wykluczone, bo Łuczak widzi szanse na rozwój poza granicami. 

Słaba sprzedaż aut hybrydowych w Polsce

Brak ulg podatkowych i zachęt, np. w postaci bezpłatnego parkowania czy zniżek na autostradach, osłabia zainteresowanie samochodami hybrydowymi w Polsce. Największym problemem hamującym rozwoju tego segmentu jest wciąż wysoka cena takich aut. Dlatego producenci pokazują takie modele w naszym kraju w niewielkich seriach. Inaczej jest w USA i w Europie Zachodniej, gdzie samochody ekologiczne szybko zdobywają rynek.

 – Sprzedaż hybryd w Polsce idzie bardzo słabo, ponieważ użytkownicy tych samochodów nie mogą liczyć na żadne ulgi, na zniżki autostradowe, na bezpłatne parkowanie. Dodatkowo silnik hybrydowy, który ma pojemność powyżej 2 litrów, jest jeszcze obłożony wysoką, nieekologiczną akcyzą – krytykuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Auto Polska.

Nowe i sprowadzane zza granicy samochody są w Polsce objęte akcyzą zależną od pojemności silnika. Przy jednostce napędowej do 2 litrów akcyza wynosi 3,1 proc., a dla większych silników – aż 18,6 proc. Samochody, takie jak Volvo V60 Plug-in Hybrid, które są wyposażane w jednostki o pojemności 2,4 litra, nie mają szans na żadne ulgi lub inne zachęty.

Inaczej jest w krajach Europy Zachodniej. Na przykład w Holandii. Jak wyjaśnia Dojs, nabywcy samochodów normalnie płacą ponad 20-proc. podatek. Jednak za hybrydę wysokość podatku spada do ok. 7 proc. lub nawet do zera. Podczas pierwszej rejestracji samochodu trzeba także zapłacić tzw. podatek bpm. Jest on obliczany na podstawie emisji CO2 danego pojazdu. Dla aut emitujących mniej niż 88 g dwutlenku węgla na kilometr (dla silników benzynowych) lub 70 g na kilometr (dla diesli) władze wprowadziły zwolnienie z podatku. Dla porównania, przy rejestracji najmniej ekologicznych pojazdów (powyżej ok. 200 g CO2/km), wysokość podatku bpm przekracza 15 tys. euro.

 – U nas to będzie raczej taki gadżet dla kogoś, kto chce mieć ciekawy samochód, auto, które świetnie przyspiesza, którym można wjechać na przykład do wielkiego loftu bez konieczności jego wywietrzenia potem, bo samochód może poruszać się tylko na prąd – ocenia Dojs. – Będziemy mieli premierę takiego modelu na rynku w Polsce. To krótka seria 20 sztuk, która zostanie wprowadzona bardziej ze względów wizerunkowych, żeby pokazać, że i w tym obszarze Volvo ma dużo do zaoferowania.

Volvo planuje ciekawą premierę samochodu hybrydowego na rynku zagranicznym. Podczas targów motoryzacyjnych w Genewie na początku marca spółka pokaże kolejny koncept modelu XC190. Nie będzie to jeszcze ostateczna wersja, bo tę zaprezentuje dopiero w Paryżu na początku października.

 – Volvo rozpoczęło prezentację od Frankfurtu w ubiegłym roku. Tam pokazano Coupé Concept i powiedziano: „To jest nowa droga stylistyki i tą drogą będziemy iść. W Detroit pokazano już SUV-a, koncept XC, był to SUV tylko dwudrzwiowy. W Genewie będziemy mieli ostatni koncept Estate – dwudrzwiowe elitarne kombi. Będziemy mogli podziwiać nie tylko estetykę całego nadwozia, lecz także bardzo specyficzną architekturę wnętrza. Całe wnętrze będzie oparte o jeden centralny ekran dotykowy – zapowiada Dojs.

Podczas targów w Genewie Volvo chce też pokazać limitowaną serię pojazdów Ocean Race. Trafiają one na rynek w związku z odbywającymi się co trzy lata regatami dookoła świata, sponsorowanymi przez szwedzki koncern. Wyścig ruszy w tym roku na początku października z hiszpańskiego Alicante.

W Genewie zadebiutują także modele V40 oraz V40 Cross Country z nowymi silnikami z serii Drive-E. W te jednostki już w ubiegłym roku wyposażone zostały większe modele samochodów Volvo.

Liczba urządzeń z dostępem do internetu wzrośnie w ciągu kilku lat 15-krotnie

CEO Magazyn Polska

Tsunami danych tak najbliższą przyszłość w branży teleinformatycznej określa Gabrielle Gauthey, wiceprezes Alcatel-Lucent. Z tym wiąże się największe wyzwanie dla producentów sprzętu i dostawców usług, czyli zapewnienie bezpieczeństwa sieci i ochrona danych osobowych użytkowników. Pomóc w tym ma nie tylko wprowadzanie nowych rozwiązań technologicznych i zwiększanie świadomości internautów, lecz także wprowadzenie wspólnych dla całego unijnego rynku regulacji dotyczących ochrony danych osobowych. Prace nad nimi postępują jednak bardzo powoli. 

 – Przyszłością sieci jest chmura i urządzenia łączące nas z internetem. Dwa lata temu w 400 największych miastach świata było 800 tego typu urządzeń na kilometr kwadratowy, a w ciągu kolejnych pięciu lat będzie ich 13 tysięcy na km2 – mówi Gabrielle Gauthey, wiceprezes Alcatel-Lucent.

Tu pojawia się też najbardziej palący problem w przepływie ogromnej liczby danych: ich bezpieczeństwo i prywatność użytkowników, która musi być zapewniona przez producentów i dostawców usług. Problem jest o tyle trudny do rozwiązania, że sami użytkownicy – mimo deklaracji – nieszczególnie przejmują się zachowaniem zasad poruszania się w sieci. 

 – Ludzie umieszczają w internecie swoje dane osobowe, nie wiedząc, gdzie one trafią. Widzimy, że zwiększa się świadomość użytkowników, ale nie do tego poziomu, na którym ona powinna być – przestrzega Gabrielle Gauthey.

Jak ocenia wiceprezes Alcatel-Lucent, wiele jeszcze trzeba zrobić, aby społeczeństwo było bardziej świadome zagrożeń płynących z sieci i związanej z tym konieczności dbania o bezpieczeństwo swoich danych.

 – Bezpieczeństwo to trochę inny temat – łączy się również z bezpieczeństwem państwa i społeczeństwa – mówi Gauthey. – Widać, że poszczególne państwa mają coraz większą świadomość zagrożeń dla bezpieczeństwa sieci, ale np. w Europie wciąż brakuje współpracy między państwami w tym zakresie. A wciąż powtarzamy, że powinny istnieć ujednolicone ramy prawne dla państw członkowskich.

Tych wciąż jednak nie ma, bo prace nad nimi toczą się w wolnym tempie, choćby w sprawie rozporządzenia dotyczącego ochrony danych osobowych, które ma wprowadzić jednolity zestaw przepisów obowiązujących w całej UE. Mają one uprościć i ujednolicić przepisy z 1995 r., które w różny sposób wdrożono we poszczególnych krajach UE. Założenie jest takie, żeby rozporządzenie zostało przyjęte przez Parlament Europejski jeszcze przed końcem kadencji w maju br., ale na razie dokument nie ma akceptacji Rady Unii Europejskiej.

 – Prace nad zmianą dokumentu dotyczącego ochrony danych osobowych przedłużają się, ponieważ to bardzo delikatna kwestia – tłumaczy Gauthey. – Dodatkowo Stany Zjednoczone są zaniepokojone tym, jaka będzie europejska strategia w tym obszarze, i bardzo lobbują za swobodnym przepływem danych między granicami.

Identyczne zasady dotyczące ochrony danych we wszystkich krajach członkowskich pozwoliłyby głównie na wyeliminowanie ryzyka klientów i podmiotów przechowujących dane przy ich przenoszeniu do innych krajów wspólnoty.

Ponad 90 proc. Polaków nie miało styczności z e-bookiem ani z audiobookiem. Rozwój rynku hamuje wyższy VAT

Jak wynika z badania Polskiej Izby Książki (PIK), ponad 90 proc. Polaków nie miało styczności ani z e-bookami, ani z audiobookami. Choć oferta elektronicznych publikacji jest coraz większa i rośnie ich sprzedaż, to odsetek ten wcale się nie zmniejsza. Przyciągnięcie nowych grup czytelników utrudniają wysokie ceny e-booków. Te zaś wynikają z tego, że na książki w wersji cyfrowej nałożony jest 23-proc. VAT. W przypadku tradycyjnych publikacji stawka podatku wynosi 5 proc.

 – Jesteśmy daleko w tyle np. za rynkiem Stanów Zjednoczonych. Polska Izba Książki kończy badanie czytelnictwa, z którego wynika, że ponad 90 proc. Polaków nie zetknęło się z e-bookiem ani z audiobookiem. To jest porażająca liczba. Sprzedaż e-booków wprawdzie rośnie, ale to oznacza, że trafiają one tylko do jednej i tej samej grupy czytelników. A my chcielibyśmy, żeby to było powszechnie dostępne mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Albin, prezes Polskiej Izby Książki oraz wydawnictwa Wolters Kluwer. 

Jak wynika z prognoz branży wydawniczej, rynek książek w formacie cyfrowym w latach 2011-2016 urośnie nawet dziesięciokrotnie. Dziś rynek e-booków w Polsce wart jest ponad 40 mln zł, a jeszcze dwa lata temu – 10 mln zł.

Główną barierą rozwoju publikacji elektronicznych w Polsce są kwestie podatkowe. Książki w wersji cyfrowej obłożone są obecnie 23-proc. stawką VAT, podczas gdy w przypadku tradycyjnych, papierowych książek jest to 5 proc.

 – VAT na e-booki powoduje, że nikomu nie opłaca się tego robić. Właściwie wszystkie wydawnictwa w tej chwili w Polsce mają w ofercie swoje książki jako e-booki, a ponieważ jest oczekiwanie, że cena e-booka będzie mniejsza niż cena papierowej książki, my się do tego jakoś dostosowujemy mówi Włodzimierz Albin. – Do tego dochodzi jeszcze dystrybucja, która wcale nie jest tania.

Trzy lata temu obniżono stawkę VAT na książki papierowe do 5 proc. E-booki i audiobooki, zgodnie z unijną dyrektywą, pozostawiono jednak z wyższym podatkiem. O zrównanie stawek dla elektronicznych i tradycyjnych publikacji do 5 proc. wydawcy zrzeszeni w Sekcji Publikacji Elektronicznych Polskiej Izby Książki apelowali już m.in. do rzecznika praw obywatelskich, ministrów finansów, kultury, nauki, edukacji, a także do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Taka deklaracja znalazła się w przyjętym w ubiegłym roku przez rząd projekcie Strategii Rozwoju Kapitału Społecznego 2020. Prezes PIK ocenia, że na razie na deklaracjach sprawa się kończy.

 – Wolałbym, żeby nasz rząd przystąpił do śmiałych decyzji, a nie czekał. Są kraje, które powiedziały, że nie będą się podporządkowywać tej regulacji, bo to absurdalny przepis z poprzedniej epoki. Tak postąpiła m.in. Francja i Luksemburg – mówi Albin.

Dziś ostateczne głosowanie nad dyrektywą tytoniową. Jej zapisy to połowiczny sukces Polski

CEO Magazyn Polska

Dzisiaj na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego w Strasburgu odbędzie się ostateczne głosowanie nad dyrektywą tytoniową. Przyjęcie wypracowanego dokumentu ma być jedynie formalnością. Oznacza to, że najprawdopodobniej w ciągu 6 lat z polskiego rynku całkowicie znikną papierosy mentolowe, co narazi ich producentów na straty.

Na zmiany w dyrektywie nie ma już co liczyć. 22 stycznia kształt nowych przepisów zatwierdziła Komisja Zdrowia Publicznego Parlamentu Europejskiego.

 – W takich procesach głosowanie jest tylko formalnością z uwagi na to, że większość szczegółów jest dogrywana w podkomisjach.  Te szczegóły zostały już określone, dyrektywa raczej już nie powinna zmieniać kształtu – wyjaśnia Zbigniew Pisarski, prezes Polskiego Instytutu Myśli Gospodarczej. – Ważne jest to, żeby polscy posłowie i senatorowie w procesie implementacji starali się już nie dokonywać korekt samej treści, nie naginać przepisów prawa po to, żeby przy okazji uregulować inne rzeczy, tylko przyjęli dyrektywę unijną w taki sposób, w jaki ona jest ujęta.

Polska od początku prac nad tzw. dyrektywą tytoniową forsowała zmiany korzystne dla producentów papierosów. Pierwotny jej projekt zakładał całkowite wyeliminowanie z rynku zarówno papierosów smakowych, jak i tzw. slimów, czemu Polska się sprzeciwiała.

 – Sukces, który udało nam się uzyskać, jest połowiczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Pisarski. – Papierosy cienkie udało się zachować na rynku, natomiast papierosy mentolowe w ciągu sześciu lat zostaną wycofane z rynku.

Dzięki odrzuceniu propozycji zakazu sprzedaży cienkich papierosów, polska gospodarka i miejsca pracy w przemyśle tytoniowym w mniejszym stopniu ucierpią na nowych przepisach. Jednak biorąc pod uwagę to, że papierosy mentolowe stanowią obecnie 20 proc. produktów tytoniowych na polskim rynku, nie do końca udało się uchronić interesy polskich producentów tytoniu. W widoczny sposób będzie to miało wpływ na rozwój szarej strefy. Już dziś 15 proc. wyrobów tytoniowych dostępnych na polskim rynku pochodzi z nielegalnych źródeł. 

 – Nie łudźmy się, że konsumenci, którzy są przyzwyczajeni do tego rodzaju produktów, zrezygnują z niego wraz z upłynięciem kolejnych sześciu lat – argumentuje prezes instytutu. – Producenci spoza Unii Europejskiej, w bliskim sąsiedztwie, czyli na Białorusi i na Ukrainie, będą nadal wytwarzali te papierosy w sposób nie dający żadnych korzyści ekonomicznych dla polskiego budżetu.

Podkreśla, że ograniczanie spożycia papierosów w Europie jest dobrą tendencją, ale sposób regulowania rynku tytoniowego jest często nietrafiony, ponieważ najdotkliwiej uderza w producentów i pracodawców. Unia Europejska powinna natomiast – jego zdaniem – w większym stopniu skupić swoje wysiłki na edukacji młodych ludzi w dziedzinie szkodliwości spożycia tytoniu.

Ostatnie dni na przekazanie pracownikom PIT-11

CEO Magazyn Polska

Tylko do końca lutego pracodawcy mają czas na to, aby przekazać zatrudnionym przez siebie osobom formularz PIT-11, potrzebny do rozliczenia się z urzędem skarbowym. Jednak każdy ma obowiązek rozliczyć się z podatku, niezależnie od tego, czy otrzymał taką informację od pracodawcy, czy nie. Zgodnie z ustawą o PIT niezłożenie formularza w wyznaczonym terminie jest wykroczeniem skarbowym, za które zarówno pracownikowi, jak i pracodawcy grozi grzywna.

PIT-11 to dokument, na podstawie którego pracownik wypełnia swój formularz PIT i rozlicza się z fiskusem. Powinien go otrzymać od pracodawcy do końca lutego.

 – Każdy pracownik otrzymuje od pracodawcy formularz PIT-11. Jest to informacja o zapłaconych przez pracodawcę jako płatnika zaliczkach na podatek dochodowy od osiągniętego dochodu, jak również o składkach na ubezpieczenie społeczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Stobiński, radca prawny w kancelarii CMS Cameron McKenna. – Przekazanie może nastąpić osobiście – to jest chyba najczęstszy sposób  pracownik zgłasza się do działu kadr czy bezpośrednio do szefa i odbiera od niego formularz.

Osoby, które nie pracują już w danej firmie, powinny otrzymać PIT-11 listem na wskazany adres. Ta sama reguła dotyczy osób uzyskujących przychody z różnych źródeł.

 – Jeżeli osoba łączy różne dochody, ze stosunku pracy i z umowy zlecenia, otrzyma dwa różne formularze od pracodawców podkreśla prawnik.

Wyjątkiem od tej reguły jest sytuacja, w której pracownik wraz z przychodami ze stosunku pracy uzyskiwał od tego samego pracodawcy przychody z tytułu umowy zlecenia lub o dzieło. Do rozliczenia rocznego wystarczy mu wówczas jeden PIT-11. To samo dotyczy osób, które w danej firmie najpierw pracowały w oparciu o umowę cywilnoprawną, a w międzyczasie zmieniły ją na umowę o pracę.

Zgodnie z ustawą o PIT obowiązek przekazania PIT-11 spoczywa na płatnikach pobierających zaliczki na podatek dochodowy od osób uzyskujących od nich przychody.

 – PIT-11 zawiera informacje dotyczące przede wszystkim osiągniętego dochodu, jak również zaliczek, które zostały zapłacone przez danego płatnika – wyjaśnia Przemysław Stobiński. – Jest również informacja o składkach na ubezpieczenia społeczne, które podlegają odliczeniu od dochodu, bo ta kwota mogłaby pomniejszyć kwotę podatku daną pracownikowi, kiedy będzie on się rozliczał do końca kwietnia.

Niezłożenie formularza jest wykroczeniem skarbowym, za które zarówno pracownik, jak i pracodawca może zapłacić grzywnę. Co jednak istotne, pracownik ma obowiązek rozliczenia się z urzędem skarbowym w wymaganym terminie, bez względu na to, czy pracodawca dostarczył mu PIT-11. 

 – Jeśli pracownik nie otrzymał formularza, może formalnie wezwać pracodawcę, wysyłając pismo, że oczekuje od niego takiego formularza – wyjaśnia radca prawny. – Może również poinformować urząd skarbowy o tym, że takiego formularza od pracodawcy nie otrzymał. Być może spowoduje to ewentualną kontrolę u pracodawcy.

PIT-11 oprócz firm mają obowiązek złożyć również inne instytucje i organizacje, jak np. spółdzielnie pracy czy uczelnie – od wypłaconych stypendiów.

Formularza nie należy natomiast sporządzać w przypadku, gdy za podatnika firma przygotowała rozliczenie podatku w zeznaniu PIT-40 (roczne obliczenie podatku od dochodu uzyskanego przez podatnika). Jest to formularz, który pracodawca powinien złożyć za pracownika, pod warunkiem, że do 10 stycznia złożył on u pracodawcy PIT-12.