Wiceprezes Serinus Energy o cenach gazu na Ukrainie

W ostatnich dniach odnotowaliśmy spadek kursu akcji Serinus Energy. Sądzimy, że wynika on z pochopnej reakcji inwestorów na porozumienie miedzy Ukrainą a Rosją, dotyczące redukcji cen gazu. W odpowiedzi na pytania inwestorów, informujemy, że Serinus Energy nie rozważa sprzedaży licencji na Ukrainie – jest odpowiedzialnym inwestorem długoterminowym. Zatem obawy o losy naszej ukraińskiej spółki są nieuzasadnione.

Uczestnikom rynku nie są znane ani szczegóły umowy, ani jej przełożenie na cenę gazu dla odbiorców ostatecznych. Tak więc trudno na tej podstawie określić jej wpływ na naszą działalność.

Z pewnością nawet zmiana dotychczasowych warunków nie spowoduje utraty opłacalności naszego zaangażowania na Ukrainie. Ewentualny spadek cen gazu do 268 dolarów za tysiąc metrów sześciennych (wariant skrajnie pesymistyczny), oznaczałby obniżenie naszej rentowności operacyjnej na Ukrainie do trzydziestu kilku procent. Obecnie rentowność wynosi ponad 60 procent. To byłby nadal bardzo dobry poziom zyskowności. Ponadto, gdyby zaistniała taka potrzeba, jesteśmy w stanie zrekompensować spadek marży planowanym długoterminowym wzrostem produkcji oraz możliwym ograniczaniem kosztów. Istnieje możliwość wstrzymania najdroższych operacji (np. szczelinowania) lub np. rezygnacji z jednorazowego wynajmu wiertni do przeprowadzenia bardzo głębokiego odwiertu – jedynego tego typu, zaplanowanego na przyszły rok. Wszystkie zaplanowane odwierty wykonujemy bowiem z wykorzystaniem własnego sprzętu i posiadanej przez nas wiertni. Pozwala to na utrzymanie optymalnego poziomu kosztów.

Pragnę podkreślić, że udział przychodów z Ukrainy, który dziś stanowi około 60-70 procent przychodów całej grupy, będzie się systematycznie zmniejszał. Planujemy zwiększenie wydobycia gazu i ropy naftowej w Tunezji już w ciągu 1-3 lat. W ten sposób nasz biznes jest zbalansowany i zdywersyfikowany.

Podkarpacie: Zmowa przetargowa

Przedsiębiorcy z gminy Chorzelów (woj. podkarpackie) ustalali warunki ofert w przetargach na dostawy pieczywa dla jednostek opieki zdrowotnej oraz domu pomocy społecznej. Prezes UOKiK nałożyła na przedsiębiorców kary w łącznej wysokości blisko 90 tys. zł

Ustalanie warunków ofert przez startujących w przetargach przedsiębiorców jest niezgodne z prawem. Z doświadczenia UOKiK wynika, że najczęstszą formą zmowy przetargowej jest złożenie tzw. oferty zabezpieczającej. Przedsiębiorcy umawiają się, że jeśli ich oferty będą dwiema najkorzystniejszymi zwycięzca przetargu zrezygnuje z podpisania umowy. Oznacza to wybór droższej  propozycji uczestników zmowy. Tym samym, w nieuczciwy sposób zapewniają sobie większy zysk, kosztem organizatora przetargu oraz konkurentów. Przedsiębiorca ma prawo rezygnacji ze świadczenia usług, nie może być ona jednak wynikiem porozumienia z innym uczestnikiem przetargu. Ostatnio UOKiK stwierdził, że praktyki tego rodzaju stosowało dwóch przedsiębiorców sprzedających pieczywo z gminy Chorzelów na Podkarpaciu: spółka Młyn Malinie i  prowadząca działalność gospodarczą – Stanisława Dziewit.

Urząd podjął działania po zawiadomieniu Zakładu Opieki Zdrowotnej w Dębicy dotyczącym nieprawidłowości w przetargu na dostawy pieczywa do kuchni szpitalnej. Zwycięzca – Młyn Malinie – zrezygnował z podpisania kontraktu. W związku z tym Stanisława Dziewit, która zajęła drugie miejsce składając ofertę droższą od propozycji zwycięzcy o ponad 22 tys. zł, domagała się zawarcia umowy. Postępowanie UOKiK wykazało, że wspomniani przedsiębiorcy ustalili swoje oferty w sumie w co najmniej trzech przetargach organizowanych na Podkarpaciu w 2012 r. Obejmowały one dostawy pieczywa do Zakładów Opieki Zdrowotnej w Dębicy i Strzyżowie oraz do Domu Pomocy Społecznej w Gliniku Dolnym. We wszystkich tych przetargach oferty uczestników porozumienia zajmowały dwa pierwsze miejsca. Następnie, zwycięzca odmawiał podpisania umowy bez podania przyczyny lub nie wyrażał zainteresowania jej zawarciem, a kolejny uczestnik zmowy domagał się by to jemu powierzono realizację zamówienia albo uzyskiwał je jako drugi oferent pod względem najkorzystniejszej ceny. Kontrakty z jednym z uczestników zmowy przetargowej zawarły ZOZ w Strzyżowie i DPS w Gliniku Dolnym. Natomiast ZOZ w Dębicy odmówił zawiadamiając o swoich wątpliwościach UOKiK.

O istnieniu zmowy świadczyły m.in. silne powiązania pomiędzy jej uczestnikami. Stanisława Dziewit posiada udziały w spółce Młyn Malinie. Natomiast prezesem spółki Młyn Malinie jest jej syn Artur Dziewit, który posiadał pełnomocnictwo do prowadzenia firmy Stanisławy Dziewit, jej reprezentowania i składania oświadczeń w jej imieniu.

Za naruszanie przepisów antymonopolowych na spółkę Młyn Malinie nałożona została kara w wysokości 88 067 zł, w przypadku Stanisławy Dziewit sankcja wyniosła 1 308 zł. Maksymalna kara za uczestnictwo w antykonkurencyjnym porozumieniu może wynieść 10 proc. przychodu przedsiębiorcy w roku poprzedzającym wydanie decyzji. Decyzja nie jest prawomocna, przedsiębiorcy odwołali się do sądu.

Konsumenci i konkurencja – nowe strategie

0

Monitorowanie przetargów publicznych, nowe narzędzia usprawniające wykrywanie praktyk antykonkurencyjnych i jednocześnie ochrona najsłabszych uczestników rynku. To główne założenia dwóch strategii, po raz pierwszy prezentowanych razem. Dziś UOKiK kieruje do konsultacji  projekty rządowych polityk: ochrony konsumentów oraz konkurencji

Po raz pierwszy w historii Urzędu dwa główne dokumenty wyznaczające priorytety rządu na najbliższe 5 lat w ochronie konkurencji i konsumentów zostały przygotowane razem. – Połączenie polityki antymonopolowej oraz zagadnień konsumenckich pozwoli osiągnąć efekt synergii. W praktyce każde podejmowane działanie przez Urząd będzie uwzględniać oba aspekty, dzięki czemu możliwa będzie skuteczna ochrona najsłabszych uczestników rynku. To nowe podejście. Dokumenty zostały opracowane jednocześnie, zostaną równolegle wdrożone i będą obowiązywać w tym samym okresie — zapowiada Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel, p.o. Prezesa UOKiK. Zakończenie przez Urząd prac nad nowymi strategiami oznacza, że rozpoczyna się kolejny etap — konsultacje międzyresortowe i społeczne. Ostatecznie dokumenty zostaną przyjęte przez rząd.

1165 decyzji stwierdzających naruszenie zbiorowych interesów konsumentów – to efekt prac Urzędu w czasie obowiązywania mijającej Polityki konsumenckiej. W najbliższych latach siódmy program rządowy stawia przede wszystkim na zwiększenie wiedzy o zachowaniach rynkowych konsumentów i problemach, które ich spotykają. Informacji mają dostarczyć cykliczne badania socjologiczne, mające pomóc w określeniu sektorów rynku, w których konsumenci mają trudności z dochodzeniem swoich praw. Przyspieszy to identyfikowanie zagrożeń wymagających natychmiastowych interwencji.

Do 2018 roku muszą zostać wzmocnione alternatywne metody rozstrzygania sporów między konsumentami i przedsiębiorcami, takie jak: mediacja czy sądownictwo polubowne. Przyjęta w ubiegłym roku dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady zakłada utworzenie we wszystkich państwach Unii Europejskiej jednolitego systemu pozasądowego rozstrzygania sporów (ADR). Dużym udogodnieniem dla konsumentów będzie także internetowy system rozstrzygania sporów (ODR), dzięki któremu polubowne rozstrzyganie konfliktów stanie się szybsze niż obecnie.

Strategie zakładają również wprowadzenie prawnych ułatwień w dochodzeniu roszczeń przez konsumentów poszkodowanych przez naruszenia konkurencji. Tzw. tryb  prywatnoprawny egzekwowania roszczeń jest obecnie przedmiotem prac Parlamentu Europejskiego i Rady.  Jeśli  w UE ujednolicone zostaną  zasady egzekwowania prawa konkurencji na drodze prywatnoprawnej – poszkodowani na skutek antykonkurencyjnych praktyk będą mogli dochodzić swoich praw na podobnych zasadach w całej Unii.

Działania przewidziane w obu PolitykachKonkurencji oraz Konsumenckiej w wielu miejscach poruszają różne aspekty tych samych problemów. Szczególnie jest to widoczne w realizacji celów dotyczących ochrony konkurencji na rynkach liberalizowanych, gdzie zachodzące zmiany np. pojawienie się nowych podmiotów,  czy innowacyjnych rozwiązań – zazwyczaj korzystnych dla konsumentów, może na początkowym etapie stwarzać problemy. Dlatego w najbliższych latach pod specjalnym nadzorem znajdą się sektory telekomunikacyjny i energetyczny oraz rynki: transportu kolejowego, transportu lotniczego, usług pocztowych i płatniczych.

W ciągu ostatnich trzech lat UOKiK wykrył 203 przypadki nadużywania pozycji dominującej oraz  78 nielegalnych porozumień. Przygotowana Polityka konkurencji wskazuje na najbliższe pięć lat najistotniejsze kwestie dotyczące właśnie wykrywalności praktyk antymonopolowych oraz rozwoju efektywnej konkurencji.  Eliminację niedozwolonych działań antykonkurencyjnych wspierać będzie przygotowany w ramach nowelizacji ustawy antymonopolowej szereg narzędzi. Służyć będzie temu m.in. program leniency plus, rozszerzający funkcjonujący obecnie program współpracy z urzędem przewidziany specjalnie dla skruszonych uczestników wielu niedozwolonych porozumień. Urząd dodatkowo obniży kary finansowe tym, którzy zdecydują się ujawnić informacje na temat kolejnej zmowy, której byli uczestnikami.

Priorytetem, który Urząd już realizuje, jest zwiększanie skuteczności zwalczania zmów przetargowych. UOKiK proponuje podniesienie poziomu ich wykrywania poprzez rozwijanie programu screeningowego opartego na narzędziach analitycznych, grupującego informacje o różnych przetargach – w praktyce ułatwiającego wychwytywanie sygnałów o nieprawidłowościach. Ważnym elementem działań prowadzących do zwiększenia wykrywalności zmów przetargowych jest kontynuowanie rozpoczętej w ubiegłym roku współpracy z innymi służbami państwa, m.in. ABW, CBA, Prokuraturą, Policją i NIK. 

UOKiK stawia również  na badania rynku oraz opinie przedsiębiorców, w szczególności  w przypadku nadużycia pozycji przez silnych graczy rynkowych. By decyzje nakazujące zmianę nieuczciwych praktyk przez dominantów spełniały przede wszystkim oczekiwania rynku  – przewidziano specjalne praktyczne rozwiązania. Służyć temu będzie przede wszystkim wykorzystanie testów rynkowych, czyli konsultowanie przez Urząd z uczestnikami rynku –  projektu orzeczenia – jeszcze przed wydaniem decyzji wobec dominanta.

Dbanie o rynek oraz jego uczestników nie jest możliwe bez podnoszenia wiedzy na temat obowiązującego prawa. Wychodząc na przeciw oczekiwaniom szczególnie małych i średnich przedsiębiorców, Urząd przygotuje wyjaśnienia przybliżające decyzje zobowiązaniowe, możliwości dobrowolnego poddania się karze, czy kwestie proceduralne dotyczące m.in. tajemnicy przedsiębiorstwa.

Ministerstwo Gospodarki chce stworzyć bank finansujący polski eksport

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Gospodarki chce stworzyć instytucję, która zajmowałaby się finansowaniem polskiego eksportu i polskich inwestycji za granicą. Problemem są jednak środki, które trzeba wyłożyć na jego uruchomienie, ale resort liczy na to, że uda się je znaleźć. Dzięki temu Polska miałaby szanse na pozyskanie dużych kontraktów zagranicznych i stałaby się globalnym graczem.

 Widzimy słabość po polskiej stronie związaną z zabezpieczeniem adekwatnego finansowania. Potrzebujemy polskiego Ex-Im Banku, który by wspierał polskie inicjatywy gospodarcze za granicą, polskich eksporterów, a także inwestorów za granicą. To jest potrzebne do tego, żeby być graczem na globalną skalę, przecież mamy takie aspiracje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Pietrewicz, wiceminister gospodarki.

Podkreśla, że stworzenie takiego banku to jeden z priorytetów wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego. Instytucja ta miałaby być wzorowany na amerykańskim Export-Import Banku, który powstał już w latach 30. XX wieku, a od 1945 r. jest niezależną instytucją. Do zadań banku należy przede wszystkim finansowanie zakupu amerykańskich produktów przez zagranicznych nabywców, a w ten sposób promowanie eksportu. Gwarancja kredytowa Ex-Im Banku umożliwiła m.in. zakup pięciu Boeingów 787 Dreamliner przez PLL LOT.

Dzięki polskiemu bankowi finansującemu eksport mogliby skorzystać polscy przedsiębiorcy. Pietrewicz przyznaje jednak, że ustanowienie takiego banku byłoby bardzo kosztowne.

 – Spotykamy się ze zrozumieniem, ale trzeba na ten cel wyłożyć niemałe pieniądze i tu jest problem. Ale kropla drąży skałę, myślę, że doczekam momentu, w którym będziemy mieli nasz polski Ex-Im Bank, na który czeka polska gospodarka i polscy inwestorzy – ocenia Pietrewicz.

W tej chwili resort gospodarki pomaga eksporterom w inny sposób, m.in. poprzez promocję i kontakty na nowych rynkach. Przedsiębiorcy mogą też liczyć na współfinansowanie swoich działań, a także na pomoc w zdobywaniu niezbędnych certyfikatów czy uprawnień. Wspiera ich także Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości poprzez program „Paszport dla eksportu”.

Aktywnie działają też biura Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji resortu gospodarki. Ich silną stroną jest znajomość lokalnego rynku i kultury, co w niektórych krajach, takich jak Indie, odgrywa istotną rolę.

 – To do nich nasz biznes się zwraca, żeby lepiej zrozumieć kulturę, cały proces negocjacyjny, biznesowy. Udzielamy także częściowo wsparcia prawnego. Tyle możemy zrobić i staramy się to czynić maksymalnie profesjonalnie – podkreśla Pietrewicz.

Pod koniec 2015 r. pojawią się nowe standardy podziału ryzyka w polskich inwestycji infrastrukturalnych

CEO Magazyn Polska

Do końca 2015 r. mają zostać ogłoszone nowe zasady podziału odpowiedzialności i ryzyka podczas projektowania inwestycji infrastrukturalnych. Pracuje nad tym powołana przez byłego ministra transportu Komisja Kodyfikacyjna. Przy wykorzystywaniu środków unijnych większy nacisk będzie położony na jakość i utrzymanie dróg.

 – Kierunek jest jeden jak najbardziej uprościć stawiane wymagania, czyli narzut urzędniczy. Trzeba czekać na prace Komisji Kodyfikacyjnej, które w tym zakresie, moim zdaniem, idą we właściwym kierunku. Zależy nam na tym, żeby wszystkie kwestie, które dotyczą projektowania, były oparte na jak najlepszych wzorcach, żeby wykorzystywać w całym procesie, również jeżeli chodzi o przygotowanie inwestycji, system FIDIC – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Rynasiewicz, sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju.

O wdrożenie w Polsce systemu FIDIC (Międzynarodowej Federacji Inżynierów Konsultantów) od dawna apeluje branża budowlana. To właśnie brak odpowiedniego podziału ryzyka przy planowaniu inwestycji jest często wymieniany jako powód wielu bankructw wśród wykonawców projektów infrastrukturalnych. Obecnie kontrakty zawierane na budowę lub modernizację dróg rzadko uwzględniają możliwość renegocjacji warunków w przypadku np. zmiany cen surowców.

Branża musi jednak uzbroić się jeszcze w cierpliwość, bo Komisja Kodyfikacyjna, powołana jeszcze przez ministra Sławomira Nowaka, ma zakończyć prace do końca 2015 r. Wtedy może zostać opublikowany nowy kodeks budowlany. To jeden z priorytetów Komisji, a celem jest przede wszystkim uproszczenie przepisów.

 – Takim konkretem jest przede wszystkim dostęp do całego zasobu geodezyjnego dla projektantów, wreszcie stworzenie całego zasobu map, które pozwolą projektantom na szybsze i dokładniejsze prace, i lepszą jakość całego procesu projektowego – ocenia Rynasiewicz.

Sekretarz stanu podkreśla, że Polska dysponuje już znacznie większym doświadczeniem przy inwestycjach infrastrukturalnych, co wpływa pozytywnie na proces projektowania i budowania. Nie będzie też niespodzianek związanych z finansowaniem. Już w tej chwili zostały przygotowane przetargi na ponad 60 mld zł, współfinansowane z środków unijnych.

Przy wykorzystywaniu funduszy europejskich w obecnej perspektywie budżetowej 2014-2020 większy nacisk będzie położony nie tylko na liczbę inwestycji, lecz także na ich jakość.

 – UE bardzo mocno kładzie nacisk na jakość wykonywanych dróg, budów, za jakie odpowiadamy, stąd też z naszej strony działania, które wspierają GDDKiA w projektach badawczych, w wyposażeniu, w zakupach, w budowie laboratoriów. Pod tym względem myślę, że jesteśmy wyjątkowo dobrze przygotowani. Takie są oczekiwania Unii Europejskiej, że te elementy – liczba i jakość – w nowej perspektywie będą się równoważyły – zapewnia Rynasiewicz.

Dodaje jednak, że w Polsce inwestycje infrastrukturalne są wymagające z uwagi na surowy klimat. Dlatego polskie wymagania są w dużej mierze oparte na wzorcach z Wielkiej Brytanii. MIR chce upowszechniać ten standard przy wszystkich inwestycjach drogowych. Na początku będzie on obowiązywał jedynie na drogach krajowych, ale Rynasiewicz ma nadzieję, że podobne specyfikacje i system finansowania wprowadzą również samorządy.

Branża cementowa na granicy opłacalności. Dodatkowo zagraża jej polityka klimatyczna UE

CEO Magazyn Polska

Wysokie koszty energii elektrycznej i spadek zapotrzebowania na cement powoduje spadek marż w branży cementowej. Jest ona na granicy opłacalności, a sytuację utrudniają obniżające konkurencyjność unijne wymogi klimatyczne – alarmują przedstawiciele branży. Jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, zagrożonych będzie 25 tys. miejsc pracy, które daje polski przemysł cementowy.

  Branża cementowa jest w stosunkowo trudnej sytuacji, dlatego że zapotrzebowanie na cement przez ostatnie dwa lata spadło o ponad 25 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Balcerek, prezes i dyrektor generalny firmy Górażdże Cement SA. –  Kolejnym problemem jest bardzo wysoki koszt energii elektrycznej pochodzącej z węgla czy z paliw alternatywnych. W efekcie tych zjawisk spadają marże i branża cementowa jest na granicy opłacalności – dodaje.

Dodatkowo sprawę utrudniają ambitne cele polityki energetyczno-klimatycznej. Przed 2020 r. kraje członkowskie UE muszą osiągnąć 20-proc. udział energii z odnawialnych źródeł, zmniejszyć o 20 proc. emisję gazów cieplarnianych i zwiększyć o 20 proc. efektywność energetyczną. Dwa pierwsze cele są wymagane prawnie. Ponadto pod koniec stycznia Komisja Europejska zaproponowała zredukowanie emisji CO2 o 40 proc. w porównaniu do poziomu z 1990 r. oraz zwiększenie w tym okresie udziału odnawialnych źródeł energii do 27 proc. Nowe cele miałyby zostać osiągnięte do 2030 r.

 – Plany zredukowania emisji CO2 niemal o 40 proc. i osiągnięcia prawie 30-procentowego udziału energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych sprawiają, że działalność przemysłu w UE staje się niekonkurencyjna w stosunku do gospodarek krajów Wschodu czy Stanów Zjednoczonych – dodaje Balcerek.

Polityka klimatyczna UE, w jego opinii, wyklucza się z planowaną reindustrializacją Europy. A i tu cel jest ambitny, bo Komisja Europejska chce, by do 2020 roku 20 proc. unijnego PKB pochodziło z działalności przemysłowej. Dziś jest to nieco ponad 15 proc.

Szanse na to będą maleć, jeśli firmy – zmuszone wymaganiami polityki klimatycznej – będą przenosić swoją działalność przemysłową poza UE.

 – Niektórzy inwestorzy już przenoszą swoją działalność na obrzeża Unii Europejskiej, do Afryki Północnej – zauważa Balcerek. – Mamy też przykład z rynku polskiego – jeden z inwestorów wstrzymał swoją inwestycję w Polsce. Będzie wytwarzał cement na Ukrainie i stamtąd importował go do Polski.

Chodzi tu o irlandzki koncern CRH będący właścicielem Cementowni Ożarów. CRH w 2012 r. wybudował cementownię na Ukrainie, a w 2013 r. zakupił w tym kraju kolejną. Istnieją więc obawy o przenoszenie za wschodnią granicę produkcji z Ożarowa i o miejsca pracy tamtejszych robotników. Jak zauważa Balcerek, przemysł cementowy opiera się na lokalnych surowcach i lokalnej sile roboczej. Koszty transportu cementu na duże odległości są bowiem wysokie.

 – Produktem końcowym w naszej branży nie jest sam cement, lecz beton. Jego nie da się przetransportować dalej niż 20, maksimum 40 kilometrów – mówi prezes Górażdże Cement SA. – Zatrudniamy więc lokalnych pracowników. Jednak jeśli w Polsce nie będzie wsparcia dla tego przemysłu, to pojawi się kolejny sygnał do wzrostu bezrobocia – przestrzega.  

W przemyśle cementowym pracuje w Polsce 25 tysięcy osób, a biorąc pod uwagę także betoniarzy, liczba pracowników branży jest trzykrotnie wyższa. 

Polacy nie przywiązują wagi do kraju produkcji zakupionego towaru. Jednak świadomość konsumentów rośnie

CEO Magazyn Polska

Tylko 7 proc. konsumentów zwraca uwagę na kraj produkcji danego towaru – wynika z badań Grupy IQS, choć ponad połowa deklaruje, że stara się wybierać polskie produkty. Patriotyzm gospodarczy to nie tylko kwestia dużych firm, lecz przede wszystkim wyborów konsumentów – przekonuje Jacek Janiszewski, były minister rolnictwa i przewodniczący rady programowej Stowarzyszenia „Integracja i Współpraca”. I choć administracyjnie nie da się tego uregulować, to pomóc mogłaby akcja marketingowa, która zachęciłaby Polaków do wyboru produktów i usług firm, które inwestują w rozwój kraju, płacąc tu podatki.

 Z patriotyzmu dotyczącego wielkich korporacji musimy przejść do patriotyzmu nas, konsumentów, którzy – jeżeli tylko mogą wybrać – kupują w tych przedsiębiorstwach i pracują w tych firmach, które pod tym względem są etyczne – mówi Newserii Biznes Jacek Janiszewski, były minister rolnictwa i przewodniczący rady programowej Stowarzyszenia „Integracja i Współpraca”.

Etyczne, czyli takie, które lokują zyski w swój rozwój w kraju, płacą tu podatki, przyczyniając się w ten sposób do tworzenia nowych miejsc pracy i wzrostu gospodarczego Polski. 

 – Mieliśmy okazję przekonać się o tym podczas kryzysu w Europie, kiedy nadwyżki finansowe z polskiej zielonej wyspy bardzo chętnie lokowano w innych krajach, czyli transferowano zyski do spółek matek. To nie jest w porządku – podkreśla Jacek Janiszewski.

Jego zdaniem nie ma możliwości wprowadzenia takiego obowiązku administracyjnie lub prawnie, można za to zwiększać świadomość konsumentów w tym zakresie.

 – W Unii Europejskiej bylibyśmy piętnowani za wprowadzenie regulacji w tym obszarze, ale przydałaby się strategia marketingowa czy informacyjna, stworzona przez niezależne organizacje pozarządowe, która mówiłaby o tym, które firmy inwestują w rozwój wewnątrz kraju – podkreśla Jacek Janiszewski. – Patriotyzm musi być bardzo logiczny, jasny i kształtowany już w przedszkolu.

Na początku stycznia polska sieć odzieżowa LPP poinformowała, że przenosi swoje marki do spółki na Cyprze w celu optymalizacji struktury podatkowej. Przeciwnicy takich działań wzywali do bojkotu firmy przez konsumentów, co na portalach społecznościowych spotkało się z żywiołową reakcją. Wprawdzie sklepy nie odnotowały spadków sprzedaży, ale pokazało to, że temat patriotyzmu gospodarczego nie jest społeczeństwu obojętny. Wśród największych płatników podatku dochodowego CIT w Polsce znajdują się takie firmy, jak: KGHM Polska Miedź, PKN Orlen, PGNiG, PGE, a także Jeronimo Martins Polska (właściciel sieci sklepów Biedronka).

Patriotyzm gospodarczy będzie jednym z tematów poruszanych podczas XXI Forum Gospodarczego w Toruniu (3-4 marca), którego organizatorem jest Stowarzyszenie „Integracja i Współpraca”. Partnerami honorowymi są: Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a partnerem strategicznym województwo kujawsko-pomorskie.

Sprzedaż mieszkań rośnie. Duzi deweloperzy mają szansę na kilkudziesięcioprocentowe wzrosty

CEO Magazyn Polska

Wyraźnie poprawia się sytuacja na rynku mieszkaniowym. W ubiegłym roku deweloperzy zanotowali wzrosty sprzedaży przy zachowaniu wysokiej marży. W tym roku sprzedaż może wzrosnąć o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt procent. Mniejsi deweloperzy przez ustawę deweloperską mają jednak problem z finansowaniem inwestycji. Dla wszystkich graczy na rynku problemem za kilka lat stanie się malejąca grupa klientów w wieku 25-35 lat.

 Zdecydowanie możemy powiedzieć, że deweloperzy mieszkaniowi najgorsze mają już za sobą. Niespodziewanie dla całego rynku, a także dla samych deweloperów sprzedaż mieszkań odbiła się z początkiem ubiegłego roku. Ceny poszły w ślad za liczbami sprzedawanych mieszkań. Deweloperzy odetchnęli z ulgą, bo niektórzy mieli problemy płynnościowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Wewiórski, analityk Domu Maklerskiego IDM.

Według niego początek tego roku zapowiada kontynuację, a nawet poprawę trendu. Sprzedaż nowych mieszkań wzrośnie w skali kraju o kilkanaście procent, a najwięksi, notowani na giełdzie deweloperzy mogą poprawić swoją sprzedaż nawet o kilkadziesiąt procent. Równocześnie ze wzrostem sprzedaży deweloperom udaje się utrzymać marżę na odpowiednim poziomie wynoszącym 20-25 proc. To według eksperta zapewnia oczekiwany zwrot z inwestycji. Niewykluczone, że w tym roku marża deweloperów nawet wzrośnie. Dla klientów może oznaczać to wzrost cen, ale branża cieszy się z dobrych wyników finansowych.

Odbicie na rynku widać w danych dotyczących przepływu gotówki deweloperów. 

 – W rachunku cash flow widzimy u dużych deweloperów wysokie marże, dobry cash flow operacyjny, czyli widzimy spokój – ocenia Wewiórski. – Wcześniej nie udawały się emisje obligacji, ale w momencie, kiedy doszło do wzrostu liczby sprzedawanych mieszkań w ujęciu rocznym, zauważyliśmy większą skłonność podmiotów finansowych do udzielania pożyczek bądź rolowania długu.

Dodaje jednak, że poprawa dotyczy przede wszystkim dużych deweloperów. Mniejsze podmioty na rynku w większym stopniu odczuwają ograniczenia nałożone przez obowiązującą od 2012 r. ustawę deweloperską. 

 – Duże spółki są w stanie finansować się z kredytów bankowych, z obligacji, ale również z wpłat klientów, którzy realizują przedpłaty na mieszkania. Niestety wprowadzenie ustawy deweloperskiej spowodowało, że mniejsi deweloperzy nie mają większych szans na podpisanie umów z bankami dotyczących otwartych rachunków powierniczych, co automatycznie wiąże się z możliwością skorzystania ze środków wpłacanych przez klientów na budowę mieszkań – tłumaczy Maciej Wewiórski.

W jego ocenie, w konsekwencji z rynku może zniknąć kilka mniejszych spółek deweloperskich. To z kolei może oznaczać zmniejszenie liczby oddawanych mieszkań. Więc z jednej strony mniejsze ryzyko dla klientów, a z drugiej mniejsza podaż na rynku mieszkaniowym. Może to nastąpić w ciągu najbliższych 2-3 lat.

Za kilka lat problemem dla deweloperów może stać się niż demograficzny, czyli malejąca liczba osób w przedziale wiekowym 25-35 lat, które najczęściej kupują mieszkania. Wewiórski ocenia, że pogorszenie sytuacji związane z demografią może nastąpić za 5-7 lat.

Polskie innowacyjne firmy mogą powtórzyć sukces Google’a czy Apple’a

CEO Magazyn Polska

To ma być przełom w finansowaniu badań i rozwoju w Polsce. Sojusz publiczno-prywatny doprowadził do powstania największego funduszu zaawansowanych technologii na naszym rynku, o kapitale 210 mln zł. Pieniądze zostaną przeznaczone na rozwój nowatorskich pomysłów, które mogą trafić na amerykański NASDAQ. 

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Pitango Venture Capital i Investin podpisały umowę w ramach programu BRIdge VC.

 – To oznacza uruchamianie wspólnego funduszu nakierowanego na wysoko technologiczne przedsięwzięcia gospodarcze, równocześnie bardzo ryzykowne, ale dające też dużą nadzieję, szansę na zysk w przypadku sukcesu komercyjnego – mówi Leszek Grabarczyk, zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

W ten sposób powstaje fundusz inwestycyjny Pitango Investin Ventures (PI Ventures) zarządzający kapitałem w wysokości 210 mln złotych. Ponad połowę tej kwoty zapewni Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Pozostała część musi zostać zgromadzona w ciągu najbliższych miesięcy.

 – Te środki prywatne w wysokości 100 mln złotych będą gromadzone na rynku polskim i zagranicznym, także i amerykańskim. Muszą być dołączone do środków publicznych, po to, żeby te przedsięwzięcia mogły ruszyć – tłumaczy Leszek Grabarczyk.

Kolejnym etapem będzie poszukiwanie rentownych rozwiązań technologicznych wśród polskich firm i innowatorów. Powstający fundusz ma być wsparciem dla komercjalizacji wyników prac badawczo-rozwojowych. Dzięki temu ma zostać pokonana luka inwestycyjna, na jaką często napotykają polskie innowacyjne projekty.

 – Po sześciu lub dziewięciu miesiącach rozpocznie się operacyjna działalność polegająca na szukaniu dobrych pomysłów technologicznych, kreowaniu przedsięwzięć gospodarczych małych spółek z etapów technologicznych, a następnie, poszukiwaniu możliwości korzystnego wyjścia z  inwestycji i sprzedaży na rynku globalnym. Nie jest dla nas żadnym ograniczeniem Polska, Unia Europejska, będziemy poszukiwać możliwości korzystnych transakcji na rynku globalnym – mówi Newserii Biznes Leszek Grabarczyk.

NCBiR liczy, że dzięki funduszowi w ciągu najbliższych czterech lat polska spółka zadebiutuje na amerykańskim parkiecie NASDAQ, gdzie notowani są tacy giganci, jak: Google, Intel Corp., Microsoft Corp., Dell czy Apple Inc.

Takie nadzieje daje przede wszystkim udział w projekcie Pitango Venture Capital, który zarządza kapitałem o wartości ponad 1,6 mld dolarów i jest największą grupą venture capital w Izraelu. Od momentu założenia w 1993 roku fundusz zainwestował w ponad 180 spółek technologicznych. Niektóre z nich upublicznione przez wprowadzenie na NASDAQ, inne stały się częścią korporacji takich, jak: Apple, Microsoft, Cisco, IBM czy Oracle.

Ukraina potrzebuje zastrzyku finansowego z zewnątrz

CEO Magazyn Polska

Rozwój politycznych wydarzeń na Ukrainie będzie miał decydujący wpływ na współpracę miedzy polskimi a ukraińskimi przedsiębiorstwami. Największym zagrożeniem są niestabilność prawa oraz zatory płatnicze. Polskie firmy mają mocną pozycję w tym kraju, jednak jego gospodarka pogrążona jest w głębokim kryzysie. Ukraina musi poradzić sobie z widmem niewypłacalności, ale do tego potrzebuje pomocy z Rosji lub Unii Europejskiej.

 Kijów musi dostać te pieniądze, bo inaczej czeka nas zapaść tego państwa. W listopadzie jeden z dziennikarzy ukraińskich powiedział mi, że za chwilę się okaże, że Ukraina jest niewypłacalna i zabraknie pieniędzy na wypłaty emerytur – mówi Michał Niewiadomski, prezes Polsko-Ukraińskiego Klubu Dziennikarzy. – Jeśli Moskwa wstrzyma swoją kroplówkę, to Unia musi zaproponować taką formę tzw. Planu Marshalla, o którym się od jakiegoś czasu mówi, dzięki której Ukraina będzie w stanie się zreformować, ale też uniknąć niewypłacalności.

W grudniu 2013 r. prezydent Rosji Władimir Putin zobowiązał się do udzielenia Ukrainie pożyczki w wysokości 15 mld dolarów. Jednak w ostatni
piątek w związku z ustąpieniem Janukowycza, Moskwa wstrzymała się z kolejną ratą pożyczki. Dalszą pomoc Rosja uzależnia od wyniku wyborów. Ukraina potrzebuje 35 mld dolarów na latach 2014-15. Tymczasowe władze zwróciły się o pomoc do partnerów zagranicznych – m.in. Stanów Zjednoczonych i Polski – o pomoc kredytową w najbliższych tygodniach.

Rozwój politycznych wydarzeń na Ukrainie z pewnością będzie miał decydujący wpływ na współpracę polskich i ukraińskich firm. Zasadniczą kwestią, według Niewiadomskiego, jest respektowanie prawa oraz przepływ kapitału.

 – Ważne jest, by przepisy prawne były respektowane, jak i żeby obowiązywała jednolita wykładnia, aby prawo było tak samo rozumiane na terenie całego kraju, i w Charkowie, i w Doniecku, i we Lwowie. W przeciwnym razie czeka nas chaos, nie tylko w życiu codziennym, lecz także w biznesie – mówi agencji i informacyjnej Newseria Biznes prezes Polsko-Ukraińskiego Klubu Dziennikarzy. – Również kwesta zatorów płatniczych jest kluczowa. W momencie, kiedy gotówka nie przepływa między przedsiębiorstwami, kiedy nie ma płynności, zaczynają się problemy.

Jego zdaniem polskie firmy mają silną pozycję na Ukrainie jako partner biznesowy. Dlatego też perspektywy dalszej współpracy są bardzo dobre.

 – Polskie firmy są dobrze kojarzone. Dają kontrakty firmom ukraińskim, zatrudnienie Ukraińcom – zauważa Niewiadomski. – Poza tym Polska dobrze kojarzy się politycznie w związku z ostatnimi przemianami i wydaje mi się, że to też może sprzyjać naszej współpracy.

Atutem Polski jest też znajomość mentalności partnerów i lokalnych uwarunkowań biznesowych.

 – Polacy wiedzą, jak robić biznes na Ukrainie, wiedzą, jak sobie tam radzić. Mam nadzieję, że nadchodzące zmiany pozwolą na zniwelowanie tego wielkiego ukraińskiego problemu, jakim jest korupcja. Bo to jest wielki problem społeczny i gospodarczy – podkreśla Michał Niewiadomski.

Polskie rolnictwo ekologiczne zagrożone

CEO Magazyn Polska

Rządowa polityka na kolejne lata może zahamować rozwój polskiego rolnictwa ekologicznego, które od wejścia Polski do UE rozwija się dynamicznie głównie dzięki funduszom unijnym. W nowej perspektywie finansowej stawka dotacji do 1 ha ma być taka sama, ale zmniejszy się o połowę dotowana powierzchnia. To może być ewenement na skalę światową – przestrzegają eksperci

  Do rolników docierają informacje, że unijne wsparcie upraw ekologicznych zostanie zmniejszone. To jest niepokojące. Zależy nam na bezpiecznej, zdrowej żywności, a ta pochodzi przede wszystkim z gospodarstw ekologicznych, które zachowują większy reżim co do systemu produkcyjnego i ilości stosowanej chemii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Solarski, wiceprezes Polskiego Związku Producentów Roślin Zbożowych. 

Chodzi o projekt Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014-2020 przygotowany przez resort rolnictwa. Według ekspertyzy opracowanej przez senackie Biuro Analiz i Dokumentacji projekt ten przewiduje dalsze obostrzenia (wprowadzone już częściowo w ubiegłym roku), co może pogłębić regres polskiego rolnictwa ekologicznego. Przewidziano dopłaty o 50 proc. niższe od tych, które spożytkowano w PROW 2007-2013. Stawki dotacji do 1 ha pozostaną takie same, jak w PROW 2007-2013, za to zmniejszona zostanie o połowę dotowana powierzchnia.

W ocenie ekspertów można się spodziewać zmniejszenia liczby gospodarstw ekologicznych w Polsce, co będzie ewenementem na skalę światową. Podobne obawy formułuje Greenpeace.

 – W programie rolno-środowiskowym też jest wiele nowych regulacji, które zmieniają sposób dofinansowania. Dopóki do końca nie poznamy tych zasad, to program będzie budzić uzasadnione obawy, że będzie gorzej niż było. Musi dojść do konsensusu i pewnie w drodze konsultacji zostanie wybrany wariant korzystny zarówno dla rolników, jak i dla strony finansującej – liczy Tadeusz Solarski. 

Według danych ministerstwa rolnictwa pod koniec ubiegłego roku w Polsce kontrolą jednostek certyfikujących objętych było 26,5 tys. producentów ekologicznych, w tym 25,9 tys. gospodarstw gospodarujących na ponad 650 tys. ha. Jest to około 10-proc. wzrost powierzchni i liczby gospodarstw w stosunku do 2011 r. Jak podają senaccy eksperci, przyczyną tak gwałtownego zainteresowania rolnictwem ekologicznym były korzystne unijne dotacje, o które rolnicy mogli ubiegać się od 2004 roku.

To dawało im potężny zastrzyk finansowy, dzięki któremu tworzyli markę polskiej ekologicznej żywności. A rynek ekoproduktów systematycznie rośnie na całym świecie. Największym konsumentem żywności ekologicznej są Amerykanie, a na drugim miejscu Niemcy, jeden z najważniejszych polskich partnerów eksportowych. W 2011 roku tamtejsi konsumenci kupili żywność ekologiczną za 6,5 mld euro. Polacy w tym samym roku wydali na ten cel zaledwie 120 mln euro. Ponad 80 proc. polskiej żywności ekologicznej jest eksportowane, głównie do krajów zachodniej Europy i USA. 

Ponad połowa studentów boi się wejścia na rynek pracy. Nie czują się odpowiednio przygotowani

CEO Magazyn Polska

Ponad połowa studentów obawia się wejścia na rynek pracy, a tylko co piąty uważa, że jest do tego dobrze przygotowany – wynika z badania Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami (PSZK). Dlatego w interesie zarówno pracodawców, jak i przyszłych pracowników leży rozwijanie programów staży i praktyk. Dziś PSZK rusza z kampanią „Staż. Sprawdź zanim pójdziesz”, której celem jest podniesienie jakości staży studenckich i zachęcenie studentów do uczestnictwa w nich.

 Kampania ta jest skierowana do ludzi młodych, którym chcemy uświadomić, że jednym z elementów praktycznej edukacji jest właśnie udział w stażach i praktykach, ale w stażach i praktykach wysokiej jakości – mówi agencji informacyjnej Newseria Agnieszka Szefler, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

Wysokie bezrobocie i trudna sytuacja na rynku pracy sprawiają, że ponad połowa studentów obawia się rozpoczęcia pierwszej pracy.

 – Tylko 20 proc. uważa, że są przygotowani pod kątem umiejętności praktycznych do podjęcia działań związanych z pierwszą pracą. Jednocześnie 80 proc. studentów chce brać udział w wysokiej jakości programach staży i praktyk, czyli widzi taką potrzebę i ma chęć zaangażowania się w staże i praktyki po to, żeby się przygotować do wejścia na rynek pracy – tłumaczy wyniki badania PSZK wiceprezes stowarzyszenia.

Studenci uważają jednak, że staże i praktyki nie zawsze są właściwą formą przygotowania do przyszłej pracy zawodowej. Potwierdzają to wyniki Eurobarometru, zgodnie z którymi co trzeci staż w UE ma niską jakość pod względem warunków pracy lub treści nauczania. Zmienić tę sytuację mają Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk, czyli zbiór standardów jakościowych, na podstawie którego firmy powinny przygotowywać programy dla studentów.

 – Stąd również sam pomysł kampanii, która też powstała na podstawie Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk – wyjaśnia wiceprezes stowarzyszenia. – Jest ona skierowana również do pracodawców po to, żeby zachęcić ich do organizowania programów staży i praktyk odznaczających się wysokim walorem edukacyjnym.

Pomoże im również trafić do studentów z odpowiednim komunikatem. Dziś, choć wielu pracodawców oferuje staże i praktyki na najwyższym poziomie, wielu studentów nie ma najlepszej opinii o skierowanych do nich programach.

Jednocześnie stowarzyszenie rozpoczęło audyty programów staży i praktyk oferowanych przez firmy. Pod uwagę brany jest m.in.: walor edukacyjny, umowa, wynagrodzenie czy mentoring. Istotną częścią audytu są też wywiady przeprowadzane z pracownikami działu personalnego, kadrą menedżerską oraz praktykantami i stażystami. Pierwsze procesy audytowe z powodzeniem przeszły już trzy firmy: PZU, Nestlé i Siemens.

Polskie przedsiębiorstwa zwiększą efektywność w latach 2014 -2017 dzięki nowoczesnym technologiom

Branże FMCG i przemysłu ciężkiego będą kolejnymi sektorami, które w latach 2014 – 2017 sięgną po najnowocześniejsze rozwiązania z zakresu automatyki i robotyki – prognozują analitycy firmy ASTOR, branżowego lidera zaopatrującego w specjalistyczne oprogramowanie już 1/3 polskich firm przemysłowych. Eksperci przewidują, że dzięki zastosowaniu nowych technologii – w tym przemysłowych aplikacji mobilnych i systemów zdalnego monitoringu – polskie przedsiębiorstwa będą mogły redukować koszty funkcjonowania o nawet kilkanaście procent rocznie.

Analitycy wskazują, iż podnoszenie efektywności operacyjnej za pośrednictwem rozwiązań z zakresu automatyki przemysłowej, robotyki i systemów IT dla przemysłu coraz częściej staje się priorytetem przedsiębiorstw produkcyjnych w Polsce. Zdaniem przedstawicieli branży, kolejne miesiące i lata upłynąć mają pod znakiem intensywnego rozwoju tych technologii.

Ze statystyk ASTOR wynika, że wdrożenie rozwiązań z dziedziny IT dla przemysłu, automatyki i robotyki może przyczynić się do wzrostu efektywności przedsiębiorstwa o kilka, a nawet kilkadziesiąt procent, w tym m.in. do poprawienia dostępności maszyn, obniżenia kosztów energii i materiałów produkcyjnych, podniesienia wydajności oraz przyspieszenia przepływu informacji między biznesem, a produkcją. Przykłady wdrożeń pokazują, że w praktyce rozwiązania te przełożyły się np. na zwiększenie wydajności produkcji o 10 procent w zakładzie jednego z czołowych producentów zdrowej żywności, poprawienie o 20 procent wydajności produkcji w pewnej spółdzielni mleczarskiej, czy 30-procentową oszczędność energii u jednego z producentów materiałów na potrzeby przemysłu meblarskiego.

– W ciągu najbliższych trzech lat nastąpią znaczące zmiany w zakresie oczekiwań rynku wobec dostawców rozwiązań z zakresu automatyki przemysłowej. Ze względu na kryterium niezawodności systemów, producenci urządzeń będą stopniowo dostosowywać swoją ofertę do trendów – ocenia Stefan Życzkowski, prezes firmy ASTOR, która w minionym roku zanotowała 23-procentowy wzrost obrotów i zaopatruje w oprogramowanie już 1/3 działających w Polsce firm przemysłowych.

Nowe sektory, nowe wyzwania

W 2014 roku coraz więcej firm z różnych branż będzie, wg specjalistów ASTOR, sięgać po automatyzację
i informatyzację produkcji. Wzmożone zainteresowanie dużymi systemami podnoszącymi efektywność wykazują szczególnie przedsiębiorstwa działające na globalnych rynkach. Korporacje międzynarodowe coraz częściej chcą standaryzować procesy, jakie mają miejsce w zakładach na całym świecie, sięgając po rozwiązania IT usprawniające przepływ informacji. Taką rolę pełnią m.in. systemy klasy MES (umożliwiające na bieżąco zbieranie informacji
o realizacji produkcji), CMMS (zapewniające wsparcie szeroko rozumianego utrzymania ruchu), czy integrujące produkcję z systemami ERP (pozwalającymi na planowanie zasobów). Coraz więcej firm, szczególnie z sektora FMCG i przemysłu ciężkiego zamierza także inwestować w zautomatyzowane stanowiska pracy i linie produkcyjne wyposażone w roboty przemysłowe.

W kierunku rozwiązań mobilnych

Do grona podstawowych narzędzi, stosowanych przez kierowników produkcji dołączy w 2014 roku tablet. Widoczna w codziennym życiu rewolucja technologiczna, skutkująca dynamicznym rozwojem urządzeń mobilnych, znajdzie swoje odbicie na rynku automatyki przemysłowej. Eksperci zaznaczają jednak, że branża produkcyjna bywa dość konserwatywna i jeszcze kilkanaście lat temu poddawała w wątpliwość możliwości komputerowego sterowania siecią przemysłową. Dlatego przedsiębiorstwa sięgną w pierwszym rzędzie po rozwiązania hybrydowe. Takie systemy, łączące ze sobą funkcjonalności komputerów stacjonarnych i urządzeń mobilnych sprawdzać się będą szczególnie
w celach nadzoru aplikacji, serwisu i analizy danych.

Zdalny monitoring coraz powszechniejszy

Decyzje strategiczne dotyczące produkcji coraz częściej będą zapadać po zapoznaniu się zarządu z danymi z systemów odpowiedzialnych za gromadzenie, wizualizację i przetwarzanie informacji w czasie rzeczywistym. Coraz większą popularność w 2014 roku mają zyskiwać systemy zdalnego monitoringu i sterowania, oparte zarówno na hardware’owych, jak i software’owych rozwiązaniach, dedykowanych różnym branżom przemysłu i infrastruktury. Umożliwiają one bieżący dostęp do danych dotyczących obiektów, produkcji czy sieci, co przekłada się na większe możliwości kontroli, wykrywania awarii i optymalizacji zarządzania zasobami i kosztami.

Polskie przykłady, polskie rozwiązania

– W 2013 roku na rynek informatyki i automatyki przemysłowej oraz robotyki wpływ miało kilka kluczowych wydarzeń, które kształtować będą także krajobraz w branży AD 2014. Przede wszystkim były to intensywne inwestycje
w efektywność przemysłu ciężkiego, które pociągały za sobą także konsolidację spółek i konieczność dokładnej kontroli kosztów. W sektorze energetycznym kluczowe znaczenie miał nacisk na wdrażanie pakietu energetyczno-klimatycznego. Z kolei branża spożywcza i meblarska doświadczyła intensywnego rozwoju pod względem eksportu – mówi Stefan Życzkowski.

Impulsy te przyczyniły się do wzmożonego zainteresowania rozwiązaniami z zakresu automatyki przemysłowej. Widać to doskonale na przykładzie firmy ASTOR. Wśród jej klientów, aż 25 procent stanowią nowi, pozyskani w 2013 roku. Do grona, w którym już wcześniej znajdowały się firmy z branż energetyki cieplnej, zawodowej, infrastruktury komunalnej czy edukacji, dołączyły np. przedsiębiorstwa z sektora spożywczego, meblarskiego, chemii budowlanej oraz RTV-AGD. Nowi użytkownicy rozwiązań ASTOR to m.in. Dr. Oetker, Electrolux, Energa Hydro, Swedwood, Homanit Polska, NKT Cables, czy WZ Eurocopert. Z myślą o nich firma wciąż rozwija ofertę, która obejmuje m.in. systemy sterowania General Electric i Horner APG, oprogramowanie przemysłowe Wonderware, roboty przemysłowe Kawasaki i Epson, a także ekonomiczne urządzenia automatyki własnej marki Astraada.

Lutowy wzrost nastrojów konsumenckich Polaków

W lutym wartość Barometru Nastrojów Konsumenckich GfK wzrosła w stosunku do poprzedniego miesiąca o 0,5 punktu. Obecnie wynosi ona minus 20,8 punktu. Biorąc pod uwagę poszczególne wskaźniki wchodzące w skład barometru, na przestrzeni ostatniego miesiąca pogorszyły się oczekiwania co do pozytywnych zmian w sytuacji ekonomicznej kraju, natomiast wzrosły oceny możliwości oszczędzania. Oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych oraz zmian na rynku pracy nie uległy zmianie i pozostały na tym samym poziomie.

Przyszła sytuacja gospodarcza kraju
Wartość składowej barometru GfK dotyczącej ocen przyszłej sytuacji gospodarczej kraju spadła w lutym o 2 punkty i wynosi obecnie minus 15 punktów. Lutowy wynik oznacza powrót do sytuacji z grudnia ubiegłego roku.

Możliwości oszczędzania
W lutowym pomiarze wskaźnik przedstawiający skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania wzrósł o 4 punkty i wynosi obecnie minus 33 punkty, co oznacza korektę styczniowego spadku.

Przyszła sytuacja ekonomiczna gospodarstw domowych
W lutym oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych pozostały na niezmienionym poziomie minus 7 punktów. Oznacza to powrót do sytuacji z przełomu trzeciego i czwartego kwartału 2013 roku.

Przyszła sytuacja na rynku pracy
Wskaźnik ilustrujący składową barometru GfK mówiący o prognozach rozwoju sytuacji na rynku pracy utrzymał się w lutym na tym samym poziomie i wynosi obecnie minus 28 punktów.

Bezpiecznie i szybko, czyli co liczy się dla kupujących online

Najnowsze badania przeprowadzone przez instytut opinii publicznej Infas na zlecenie Trusted Shops wskazują, że bezpieczeństwo oraz czas dostawy to kluczowe kryteria przy wyborze sklepów internetowych. Poczta Polska oraz Trusted Shops, firmy specjalizujące się w usługach dla branży e-commerce opracowały rozwiązania, które odpowiadają na główne obawy kupujących online.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Jak pokazują najnowsze badania, bezpieczeństwo jest dla Polaków najważniejszym kryterium wyboru sklepu zaraz za ceną – tak wskazało prawie 90% ankietowanych. Na drugim miejscu uplasowała się szybka dostawa. W pierwszej piątce znalazły się również aspekty związane z zaufaniem do sklepu internetowego, takie jak gwarancja zwrotu pieniędzy, wiarygodność oferty oraz ochrona danych osobowych.

Wyniki sondażu odzwierciedlają główne obawy konsumentów, które sprawiają, że chętniej wybierają te sklepy, którym uda się zbudować poczucie wiarygodności i bezpieczeństwa. Konsumenci coraz większą wagę przykładają również do ochrony danych osobowych. Zależy im bowiem, aby sklepy zarządzały danymi we właściwy sposób i nie udostępniały ich stronom trzecim. Z drugiej strony, widzimy, że zmieniają się oczekiwania wobec sklepów internetowych – kupujący wymagają szybkiej realizacji zamówienia. Jak sugerują badania, konsumenci nie postrzegają tego aspektu w kategoriach dodatkowego udogodnienia, ale standardu.

– Po raz kolejny konsumenci podkreślają jak ważne jest dla nich bezpieczeństwo transakcji i rzetelność sprzedawcy. Kupujący muszą czuć się bezpiecznie na każdym etapie zakupów, aby zdecydować na finalny krok, czyli złożenie zamówienia. Coraz częściej konsumenci wchodzą od razu na strony produktowe; to tam oraz na etapie płatności szukają potwierdzenia wiarygodności sprzedawcy. Trusted Shops bada nastroje konsumentów i zmieniające się trendy na rynku dostosowując prezentacje symboli zaufania do potrzeb zarówno kupujących, jak i sprzedawców. Na przykład dzięki gwarancji zwrotu pieniędzy w koszyku konsumenci mają poczucie bezpieczeństwa i chętniej dokonują zakupu – komentuje Anna Rak, Country Manager Trusted Shops w Polsce.

Im szybciej tym lepiej

Z roku na rok coraz większego znaczenia nabiera również czas dostawy. Kupujący wymagają bowiem, aby ich przesyłki docierały szybko i bez problemów. Tę potrzebę na rynku dostrzega Poczta Polska, która oferuje przesyłki pocztowe oraz kurierskie. Sprzedawcy internetowi mogą liczyć na elastyczne i indywidualne rozwiązania, takie jak: przesunięcie granicznej godziny wysyłania paczek priorytetowych, czy też na obsługę przesyłek w specjalnie wydzielonym pomieszczeniu. Ponadto e-sprzedawcy otrzymują dostęp do aplikacji Elektroniczny Nadawca, która jest przydatna przy wysyłaniu dużej liczby przesyłek.

– Poczta Polska dynamicznie rozwija się w segmencie eCommerce, współpracując z niemal 60% e-sklepów. To z myślą o nich opracowaliśmy nową ofertę kurierską. Jednym z rozwiązań jest usługa Paczka EKSTRA24. Główną zaletą tego rozwiązania jest szybkość doręczenia przesyłek. Paczka nadana w placówce pocztowej dotrze do odbiorcy już następnego dnia. Wysoka jakość, terminowość oraz zaufanie sprawiają, że Polacy coraz częściej wybierają dostawę za pośrednictwem Poczty Polskiej – mówi Sławomir Żurawski, Dyrektor Biura Rozwoju Usług KEP Poczty Polskiej. W sondażu na temat decyzji zakupowych oraz zaufania do sklepów internetowych wzięło udział ponad 1000 internautów z Polski oraz ponad 4000 osób reprezentujących kluczowe rynki europejskie – Niemcy, Francję, Hiszpanię i Wielką Brytanię. Respondentów pytano między innymi o kryteria, jakimi kierują się podczas wyboru sklepu internetowego i częstotliwość zakupów.

Sprawozdanie finansowe Grupy Budimex za rok 2013

Dariusz Blocher - prezes Zarządu, dyrektor generalny Budimeksu SA
Dariusz Blocher – prezes Zarządu, dyrektor generalny Budimeksu SA

W roku 2013 Grupa Budimex osiągnęła sprzedaż na poziomie 4,75 miliarda złotych. Jest to sprzedaż niższa o 22% w stosunku do roku ubiegłego, kiedy Grupa Budimex odnotowała historyczne obroty w wysokości 6,1 miliarda złotych.

Spadki sprzedaży w roku 2013 nie są dla rynku zaskoczeniem. To rok spodziewanego spowolnienia i wyczekiwania na nowy budżet unijny na lata 2014-2020, który finalnie został zatwierdzony w listopadzie 2013 roku.

Rok 2013 to kolejny rok, w którym produkcja budowlano – montażowa odnotowuje ujemną dynamikę wzrostu (-13,6% rok do roku), spowodowaną głównie sytuacją w segmencie infrastrukturalnym, który skurczył się o 18,6%. Budownictwo infrastrukturalne stanowiło 59% sprzedaży segmentu budowlanego Grupy Budimex w roku 2013 oraz 63% w roku 2012.

W 2013 roku Grupa Budimex osiągnęła zysk z działalności operacyjnej na poziomie 333 milionów złotych z rentownością 7% w porównaniu do rentowności operacyjnej osiągniętej w roku 2012 na poziomie 3%.

Na wyniki istotny, aczkolwiek nie decydujący, wpływ miała sprzedaż spółki zależnej Budimex Danwood, lidera na rynku produkcji domów jednorodzinnych w konstrukcji szkieletowej. Sprzedaż spółki była elementem realizacji strategii koncentracji na podstawowej działalności Grupy Budimex i przygotowania jej struktury do nowej sytuacji rynkowej w nadchodzących latach.

Motorem wygenerowanego wyniku był w roku 2013 segment budowlany, który poprawił rentowność na każdym poziomie działalności. Rentowność segmentu na poziomie marży brutto to 7,3% w porównaniu do 6,4% rentowności osiągniętej w roku 2012. Rentowność operacyjna natomiast osiągnęła poziom 3,3% w porównaniu do 2,0% w roku 2012. Na sytuację tę wpływ miał głównie spadek cen materiałów budowlanych, dbałość o jakość podpisywanych kontraktów oraz fakt, iż najtrudniejsze kontrakty autostradowe zostały już zakończone.

Rok 2013 był dobrym rokiem dla działalności deweloperskiej pod względem przedsprzedaży mieszkań. Zmiany w wymaganiach kredytowych, stosunkowo niskie stopy procentowe skutkujące relatywnie tanim finansowaniem i mało atrakcyjnym oprocentowaniem lokat bankowych wpłynęły na istotny wzrost przedsprzedaży mieszkań. W roku 2013 Budimex Nieruchomości przedsprzedał 742 mieszkania w porównaniu do 515 mieszkań przedsprzedanych w roku 2012 odnotowując 44% wzrost. Poziom przedsprzedaży mieszkań odnotowany w roku 2013 to poziom bliski temu z okresu boomu na rynku mieszkaniowym.

W roku 2013 Budimex Nieruchomości sprzedał notarialnie 495 mieszkań, podczas gdy w tym samym okresie 2012 roku sprzedał 740 lokale. Należy pamiętać, że sprzedaż notarialna mieszkań zależy od terminów zakończenia projektów budowlanych oraz przekazywania gotowych mieszkań klientom, nie jest zjawiskiem sezonowym i porównywalnym rok do roku.

Spadek sprzedaży nie wpłynął na rentowność działalności deweloperskiej, która na poziomie marży brutto wynosi 20,0%, w porównaniu do 22,8% rentowności osiągniętej w roku poprzednim.

W roku 2013 dokonano w segmencie deweloperskim przeglądu aktywów, co skutkowało odpisem wartości części posiadanych gruntów w wysokości 61,8 miliona złotych. Odpis został dokonany głównie na dwóch największych działkach posiadanych przez spółkę Budimex Nieruchomości. Nie ma on wpływu na poziom gotówki. Pozwoli natomiast przygotować atrakcyjniejszą ofertę dla klientów, przyspieszając istotnie rozpoczęcie nowych projektów oraz ich przedsprzedaż.

W konsekwencji dokonanego odpisu wynik na poziomie netto segmentu deweloperskiego jest ujemny i wynosi -23,4 miliona złotych.

W roku 2013 Budimex Nieruchomości nadal koncentruje swoją działalność w trzech lokalizacjach: Warszawa, Kraków, Poznań. Obecnie posiada w swej ofercie 700 mieszkań gotowych do sprzedaży.

Grupa Budimex utrzymała bardzo wysoki poziom pozycji gotówkowej, który na koniec roku wyniósł 1,56 miliarda złotych (odnotowany wzrost rok do roku: 31%). Wpływ na pozycję gotówkową miał głównie bardzo dobry poziom gotówki w segmencie deweloperskim, spowodowany wysoką przedsprzedażą mieszkań oraz sprzedaż spółki Danwood.

W roku 2013 można było zaobserwować już wzrost średniej wartości ogłaszanych przetargów. Średnia wartość oferty złożonej przez Budimex SA na rynku infrastrukturalnym wyniosła w roku 2013 55 milionów złotych, podczas gdy w roku 2012 było to 32 miliony złotych. Jednak łączna wartość rozstrzygniętych przetargów w roku 2013 była porównywalna do wartości roku 2012.

Dzięki wysiłkowi oraz zwiększeniu skuteczności ofertowania Grupa Budimex podpisała w roku 2013 kontrakty o wartości 3,3 mld zł. To wartość wyższa od wartości kontraktów podpisanych w roku 2012 o blisko 0,5 mld złotych. Portfel zamówień Grupy na koniec roku 2013 wyniósł 4,3 mld zł.

Z nowej perspektywy unijnej ogłoszono już kontrakty drogowe o łącznej wartości ponad 40 miliardów złotych. Grupa Budimex znalazła się w prekwalifikacjach wszystkich ogłoszonych do tej pory przetargów. Obecnie naszym celem jest pozyskanie możliwie najwyższej wartości kontraktów dbając jednocześnie o ich rentowność. Chcemy również dobrze przygotować się do realizacji pozyskiwanych kontraktów stawiając w najbliższym czasie na rozwój i utrzymanie jak najlepszej kadry menadżerskiej.

W roku 2013 Budimex pozostaje najbardziej wartościową Spółką budowlaną notowaną na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. O zaufaniu jakim się cieszymy świadczą nie tylko otrzymywane wyróżnienia, ale przede wszystkim wzrost wartości akcji Budimex SA odnotowany w roku 2013 (wzrost o 89%, z 70 złotych do 132 złotych za akcję).

Wybrane dane finansowe ze skonsolidowanego sprawozdania Grupy Budimex sporządzonego zgodnie z Międzynarodowymi Standardami Sprawozdawczości Finansowej (MSSF) za rok 2013 oraz porównywalne dane za rok 2012.

Emmerson Evaluation zaliczył dobry rok i… liczy na jeszcze lepszy

Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation, ocenia, że rok 2014 będzie bardzo ciekawy dla jego firmy. Duży potencjał widzi w sytuacji rynkowej, która zwiększy popyt na dane o cenach transakcyjnych nieruchomości, przede wszystkim stawia jednak na dalszą intensywną pracę nad autorską bazą wycen transakcyjnych E-VALUER. W bazie będą pojawiać się kolejne dane dla mniejszych miejscowości, zaniedbywanych przez inne systemy. Ambicje Emmerson Evaluation obejmują też stworzenie nowych funkcjonalności – nie tylko dla instytucji, które są lub będą zainteresowane bazą, ale też dla osób indywidualnych.

W 2013 r. Emmerson Evaluation prowadził finalne prace nad E-VALUER, pierwszą w Polsce bazą cen transakcyjnych rynku nieruchomości. W końcówce minionego roku system zawierający ponad 400 tys. danych zaprezentowano potencjalnym klientom. To było najważniejsze wydarzenie z punktu widzenia całej firmy i rynku. Udało nam się wypracować produkt, który zawiera tylko i wyłącznie dane transakcyjne, a więc unikalny – mówi Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation. Oprócz tego został przygotowany nowy interfejs, który pozwala na łatwą, wielowymiarową analizę danych. System jest opracowany tak, aby można było z niego pozyskać wiele typów raportów. Kategorie wymagane w Rekomendacji J są oczywistością, ale poszliśmy o krok dalej. W E-VALUERZE jest kilka rzeczy wykraczających poza wymogi KNF, a bardzo użytecznych – dodaje Książak.

W 2013 r. Emmerson Evaluation zaczął zbierać dane z małych miast, których inne podmioty dotychczas nie obejmowały swoją analizą. W tym momencie mamy w bazie dane z 80 proc. miast pow. 30 tys. mieszkańców. To oznacza, że zapewniamy dużo szerszy i głębszy obraz rynku niż inni dostawcy. Tak jak w przypadku całej naszej bazy są to dane zbierane przez rzeczoznawców u źródeł, m.in. w urzędach gmin i powiatowych oraz z aktów notarialnych. Nie kupujemy i nie będziemy kupować baz danych o cenach, bo założeniem jest jakość, nie ilość – podkreśla Książak.

Plany Emmerson Evaluation na 2014 r. są ściśle powiązane z sytuacją rynkową, której spodziewają się eksperci firmy. Rzetelna, sprawdzona i jakościowa baza danych staje się podstawą dla banków. Z jednej strony chcą one zapewnić sobie wypełnienie zaleceń Rekomendacji J, ale z drugiej zależy im na łatwym operacyjnie narzędziu – mówi Książak. Według niego popyt na informację o cenach transakcyjnych będzie rósł w bankach w związku z możliwym ruchem w kredytach hipotecznych. Mamy MdM, mamy Rekomendację S, która z każdym kolejnym rokiem będzie utrudniać wzięcie kredytu poprzez wymóg wkładu własnego. Przede wszystkim mamy jednak stabilizację (w niektórych miastach nawet obniżkę) cen mieszkań. Wydaje się, że jeśli ktoś chce kupić mieszkanie, to teraz może być ten dobry moment – twierdzi Książak.

Jednocześnie jednak Książak zapowiada dalsze inwestycje w E-VALUERA. Mamy kilka ambitnych planów. Nie tylko banki widzą potencjał w naszej bazie. Coraz częściej rozmawiamy z innymi podmiotami, dla których rzetelna informacja o cenach nieruchomości jest kluczowa – mówi Dariusz Książak. Mocno stawiamy na rozpoczętą w minionym roku rozbudowę modułu nieruchomości komercyjnych, widzimy tu spory potencjał. Do końca 2014 r. roku chcemy pokazać bazę danych o czynszach za wynajem. Będziemy mieć też prezent dla osób indywidualnych, które szukają wiarygodnych informacji o realnych cenach nieruchomości – dodaje Książak.

Potrzeby rynkowe wpłyną na poziom zatrudnienia cudzoziemców

Polscy pracodawcy na przestrzeni ostatniej dekady diametralnie zmienili nastawienie do kwestii powierzania pracy obcokrajowcom, na co wpływ miały zarówno znaczne udogodnienia w przepisach, jak również odpływ polskiej siły roboczej w kierunku zachodnich rynków pracy. 2013 rok nie był przełomowy pod względem wzrostu zatrudnienia cudzoziemców – zarówno urzędy pracy, jak również urzędy wojewódzkie odnotowały wręcz pewien spadek liczby chętnych by zatrudnić obcokrajowca. W perspektywie m.in. alarmującej sytuacji politycznej na Ukranie, stanowiącej główny rynek źródłowy migracji zarobkowych, polski rynek pracy powinien być jednak przygotowany na dalsze zmiany dynamiki zatrudnienia obywateli państw trzecich – informują eksperci Agencji Pracy EWL.

O atrakcyjności polskiego rynku pracy dla cudzoziemców oraz zainteresowaniu ze strony pracodawców świadczą w dużym stopniu dane gromadzone i przetwarzane przez Powiatowe Urzędy Pracy, dotyczące liczby rejestrowanych w skali roku oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy. Oświadczenia umożliwiają obywatelom 6 państw podjęcie pracy w Polsce bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę na okres nieprzekraczający 6 miesięcy w ciągu kolejnych 12 miesięcy. W związku rozporządzeniem Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 28 listopada 2013 r. zmieniającym rozporządzenie w sprawie przypadków, w których powierzenie wykonywania pracy cudzoziemcowi na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest dopuszczalne bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę (Dziennik Ustaw z 2013 r., poz. 1507) do państw objętych daną procedurą uproszczoną, w tym między innymi Ukrainy, Białorusi i Gruzji, dołączyła w styczniu bieżącego roku Armenia.

Pomimo pozytywnego sygnału ze strony instytucji państwowych, wskazującego na dalszą potrzebę rozszerzania grupy państw objętych procedurą uproszczoną, oficjalne dane wykazują niewielki spadek poziomu zapotrzebowania na pracę cudzoziemców. W porównaniu z rokiem 2012, polscy pracodawcy zdecydowali się powierzyć wykonywanie pracy w ramach procedury oświadczeń 235 tys. obywateli państw trzecich (235 616 zarejestrowanych dokumentów), co stanowi spadek o ponad 8 tysięcy. Tradycyjnie największą grupę cudzoziemców stanowili obywatele Ukrainy (217 571 oświadczeń), drugą co do liczebności grupą byli obywateli Republiki Mołdowy (9 248), na trzecim miejscu znaleźli się zaś obywatele Białorusi (5 194).

Na podobnym poziomie co w 2012 roku utrzymała się natomiast liczba wydanych zezwoleń na pracę, umożliwiających podjęcie pracy również obywatelom innych państw niż wspomniana szóstka. W 2013 roku urzędy wojewódzkie wydały 39 078 dokumentów zezwoleń, podczas gdy w 2012 roku zezwolenia na pracę otrzymało 39144 cudzoziemców. Po raz kolejny dominującą narodowością okazali się obywatele Ukrainy, dla których w ubiegłym roku zostało wydanych 20 416 zezwoleń (wzrost o 121 w porównaniu do roku poprzedniego).

Branże które najbardziej potrzebują cudzoziemców

Struktura zatrudnienia cudzoziemców w poszczególnych sektorach polskiej gospodarki uległa znacznym zmianom w stosunku do poprzednich lat. Uwagę natomiast warto zwrócić na znaczący, prawie dwukrotny spadek zatrudnienia obywateli państw trzecich w branży budowlanej. 2013 rok przyniósł sektorowi budowlanemu znaczne spowolnienie, co przyczyniło się do złożenia przez pracodawców w PUP zaledwie 29 734 oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy (o ponad 24 tys. mniej niż w 2012 roku). Również sektor transportowy odnotował mniejsze niż w latach poprzednich zapotrzebowanie na obcokrajowców, na poziomie 5 548 zarejestrowanych oświadczeń, co oznacza spadek o prawie jedną czwartą w porównaniu do roku poprzedniego.

Odżyły natomiast pozostałe branże, w szczególności sektor handlowy. Firmy handlu hurtowego i detalicznego wykazały zapotrzebowanie na pracowników ze wschodu w wysokości 12 130 zarejestrowanych oświadczeń, podczas gdy jeszcze w 2012 roku firmy handlowe zarejestrowały tych dokumentów o połowę mniej (6 511). Najbardziej pracochłonny i wykazujący się na najwyższym zapotrzebowaniem sektor rolny również odnotował wzrost liczby rejestrowanych oświadczeń (118 480), co stanowiło przyrost o prawie 5 tys. w porównaniu do 2012.

Interesujące dane dotyczą pracy cudzoziemców w branżach i zawodach wymagających wysokich kwalifikacji, przedstawiciele których coraz częściej decydują się na rekrutację kandydatów do pracy na rynkach państw trzecich. W przypadku zatrudniania cudzoziemców w oparciu o dokumenty oświadczeń, odnotowano znaczny wzrost zatrudnienia w firmach prowadzących działalność profesjonalną i naukowo-techniczną (1 452 oświadczeń, co stanowi wzrost o 54 procent w stosunku do roku poprzedniego) oraz firmach z branży IT i ICT (686 oświadczeń – przyrost o 49 procent). Cudzoziemcy zatrudniani w oparciu o zezwolenia na pracę to coraz częściej informatycy (333 zezwolenia, wzrost o 37 procent w porównaniu z 2012 rokiem) oraz zawody medyczne (214 zezwoleń – wzrost o 17 procent).

Uwarunkowania niższej dynamiki zapotrzebowania na pracę

Przedstawiony spadek liczby rejestrowanych dokumentów oświadczeń może być w pewnym stopniu tłumaczony zaostrzeniem przepisów w stosunku do nieuczciwych pracodawców lub pracodawców wykorzystujących oświadczenia niezgodnie z ich przeznaczeniem. Tym samym nieznaczne obniżenie liczby rejestrowanych oświadczeń może świadczyć korzystnie o sytuacji na polskim rynku pracy, jak również mieć bezpośrednio korzystny wpływ na warunki zatrudnienia obywateli państw trzecich w Polsce.

Alarmująca sytuacja na Ukrainie, państwie którego obywatele stanowią ponad 90 procent wszystkich migrantów zarobkowych podejmujących w Polsce pracę, może w długim okresie znacząco wpłynąć na strukturę zatrudnienia cudzoziemców na polskim rynku pracy. Niepewna sytuacja polityczna może przyczynić się w skrajnych przypadkach zarówno do zwiększenia jak i redukcji migracji zarobkowych z Ukrainy do Polski. Jednocześnie podkreślana wielokrotnie wysoka atrakcyjność polskiego rynku pracy dla obywateli Ukrainy wynika w dużym stopniu z obecnej od 2007 roku procedury rejestracji oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy, przyciągającej na polski rynek zarówno nisko- jak i wysoko wykwalifikowanych kandydatów do pracy. Biorąc pod uwagę zwracanie przez wielu obserwatorów uwagi na problem traktowania Polski jako kraju tranzytowego, stanowiącego przystanek w drodze do pracy w krajach Europy Zachodniej, istotnym pytaniem dla podmiotów kształtujących polski rynek jest kwestia dbałości o jego atrakcyjność w długim okresie czasu. Bez niej, polskie firmy mogą już niedługo pozostać bez rąk do pracy.

Demograficzne zagrożenia

Migracje zarobkowe Polaków przyczyniły się w przeszłości do wzrostu zainteresowania zatrudnianiem cudzoziemców, jednak prawdziwym zagrożeniem dla rynku pracy są przewidywane w perspektywie kolejnych 20 lat zmiany demograficzne związane ze starzeniem się polskiego społeczeństwa. Zakłada się (wg. danych GUS) obniżenie populacji w Polsce o 3 miliony osób do 2035 roku, co w połączeniu ze wzrostem liczby osób w wieku emerytalnym może wiązać się z tragicznymi konsekwencjami dla kondycji polskiej gospodarki.

Polska, podobnie jak i inne kraje europejskie znajduje się w niżu demograficznym, w odróżnieniu jednak od krajów Europy Zachodniej działania hamujące negatywny proces demograficzny są znacznie ograniczone. Jednym z proponowanych rozwiązań problemu starzenia się społeczeństwa jest szersze otwarcie się na imigrantów z krajów Europy Wschodniej i Azji. Według ekspertów konieczne jest podjęcie stosownych kroków, mających na celu nie tylko usprawnienie procedur związanych z legalizacją zatrudnienia w Polsce, ale również intensyfikację procesów integracyjnych skierowanych do obywateli państw trzecich podejmujących pracę na polskim rynku w krótkim okresie.

KOMENTARZ EWL

– „Zatrudnianie cudzoziemców pozostaje jednym z najbardziej efektywnych rozwiązań kadrowych, jakimi dysponują polskie przedsiębiorstwa. Możliwość zaspokojenia potrzeb kadrowych w zawodach na które jest w Polsce szczególne zapotrzebowanie stanowi kluczową wartość dodaną dla polskiej gospodarki, dlatego też pracodawcy tak chętnie sięgają po spawaczy z Ukrainy i informatyków z Indii.” – mówi Andrzej Korkus, dyrektor zarządzający Agencji Pracy EWL. – „W gestii wszystkich uczestników polskiego rynku pracy jest zwiększanie atrakcyjności pracy w Polsce, niezależnie od tego czy atrakcyjność ta wynika z dalszej liberalizacji prawa legalizującego pobyt i pracę, czy skutecznej walki z przypadkami nadużyć w stosunku do cudzoziemców ze strony nieuczciwych pracodawców. W interesie wszystkich grup jest wreszcie przyciąganie do Polski osób z wysokimi kwalifikacjami oraz redukcja braków kadrowych w branżach sezonowych.”

Źródło: MPiPS, EWL

Założona w 2004 roku Agencja EWL (East West Link) należy do liderów na polskim rynku usług z zakresu rekrutacji i kompleksowej obsługi zatrudnienia pracowników z Europy Wschodniej i Azji. Dostarcza rozwiązania kadrowe dla większości sektorów gospodarki, obejmujące formalności związane z obsługą pracowników i legalizacją pobytu (pozwolenia na pracę, karty pobytu). Więcej informacji o firmie i ofercie EWL można znaleźć na stronie internetowej www.ewl.com.pl

Zmowa na rynku farb drukarskich

0

Spółka Flint Group Polska, jeden z największych w kraju przedsiębiorców oferujących farby i akcesoria drukarskie, zawarła niedozwolone porozumienie z dystrybutorami swoich produktów. Prezes UOKiK nałożyła na przedsiębiorców kary w łącznej wysokości blisko 700 tys. zł

Zgodnie z prawem antymonopolowym zakazane są porozumienia, których celem lub skutkiem jest wyeliminowanie lub ograniczenie konkurencji. Jedną z niedozwolonych praktyk jest podział rynku. Spółki zamiast konkurować dzielą między siebie terytorium, towary lub grupy klientów. Na przykład podział według kryterium podmiotowego polega na uzgodnieniu, o jakich klientów dystrybutorzy nie będą konkurowali. Tracą na tym inni przedsiębiorcy oraz konsumenci, którzy nie mają możliwości wyboru dostawcy produktów lub usług. Maksymalna sankcja finansowa za udział w nielegalnym porozumieniu wynosi 10 proc. przychodu przedsiębiorcy.

Postępowanie antymonopolowe w sprawie zmowy na rynku farb drukarskich Urząd wszczął w grudniu 2012 roku. Zawiadomienie o zawarciu nielegalnego porozumienia polegającego na podziale rynku złożył jeden z uczestników zmowy, spółka Primar z Krakowa. Urząd przeanalizował dokumenty oraz informacje uzyskane m.in. podczas kontroli w siedzibach przedsiębiorców. Postępowanie UOKiK wykazało, że spółka Flint Group Polska oraz czterech przedsiębiorców zajmujących się dystrybucją jej produktów zawarło niedozwolone porozumienie dotyczące farb sprzedawanych drukarniom. Przedsiębiorcy ustalili, że nie będą oferować farb drukarskich odbiorcom, którzy są już klientami innych uczestników zmowy. Zrezygnowali z rywalizacji o kontrahentów.  Rezultatem był podział rynku i brak konkurencji cenowej pomiędzy dystrybutorami farb drukarskich marki Flint na terenie Polski. Niedozwolone porozumienie utrzymywało się przez kilka lat dzięki wzajemnej wymianie informacji m.in. pocztą elektroniczną i na spotkaniach.

Za udział w niedozwolonym porozumieniu na Flint Group Polska została nałożona kara pieniężna w  wysokości 449 402 zł. Sankcje nałożone na pozostałych uczestników zmowy wyniosły: spółka Scorpio z Łodzi – 216 412 zł, spółka Primar z Krakowa – 19 432  zł, Serwis Print z Łodzi – 5 381 zł i spółka GFG Lastadia z Gdyni – 2 391 zł. Prezes UOKiK obniżyła karę nałożoną na spółkę Primar, która poinformowała Urząd o zmowie. Urząd wziął pod uwagę również to, że wszyscy uczestnicy zaprzestali stosowania zakwestionowanych praktyk.

Content marketing, czyli marketing treści w sektorze usług finansowych

Tradycyjne metody marketingowe coraz częściej zawodzą. Uwagę konsumentów coraz trudniej udaje się skupić za pomocą telewizyjnych spotów czy reklamy na billboardach. Również w przypadku najpopularniejszego obecnie medium jakim jest Internet, przekazywanie informacji za pomocą pojawiających się okien czy zbyt natarczywych e-maili stało się dla użytkowników uciążliwe i tym samym mało skuteczne. W konkurencji do powyższych form przekazu narodziła się koncepcja udostępniania istotnych i wiarygodnych treści, mających na celu zainteresowanie konkretnej grupy odbiorców i skłonienie jej do pewnych kroków. Formuła ta nazywana jest marketingiem treści – content marketing.

W przeciwieństwie do tradycyjnych akcji reklamowych, jest to strategia oparta na wzajemnej komunikacji, a więc budująca długotrwałe relacje pomiędzy firmą a klientami. Jako jeden z podstawowych celów marketingu treści wymienić należy przede wszystkim zwiększenie świadomości marki czy też samego produktu, ale także zwiększenie zaangażowania samych odbiorców w jej popularyzowanie. Poza utrwalaniem korzystnego wizerunku i zwiększaniem świadomości marki, firma publikująca – na przykład w Internecie – fachowe artykuły czy porady, dzieli się wiedzą i doświadczeniem swoich ekspertów z szerokim gronem odbiorców. Korzystający z tych informacji użytkownicy często odwiedzają stronę autora interesującego tekstu, żeby dowiedzieć się więcej o oferowanych przez niego produktach czy usługach. Żeby otrzymywać podobne treści na bieżąco, czytelnicy podają adres na który firma wysyła swój newsletter czy też logują się na portalu, żeby uzyskać dostęp do większej ilości przydatnych publikacji. Jest to więc metoda marketingu, której efekty mogą być mierzone choćby za pomocą stopy konwersji, czyli stosunku ilości wywołanych akcji, takich jak na przykład zapisy na newsletter, do ilości wizyt na stronie internetowej. Content marketing zalicza się również do skutecznych sposobów pozycjonowania w wyszukiwarkach internetowych czyli osiągania jak najwyższego miejsca w wynikach wyszukiwarki dla podanych wyrazów kluczowych.

Taka długoterminowa relacja polegać może na podnoszeniu ogólnego poziomu wiedzy konsumentów na tematy związane z obszarem działalności firmy, ale też na prezentowaniu sposobów wykorzystania danego produktu czy rozwiązywaniu przydarzających się problemów. W konsekwencji, nie jest to wyłącznie forma reklamy mającej sprowokować zakup, ale też sposób na pielęgnowanie kontaktu z klientem, który tego zakupu już dokonał – rodzaj usługi posprzedażowej, pomoc w rozwiązywaniu problemów poprzez odpowiadanie na najczęściej zadawane pytania i informowanie o nowej ofercie. Podtrzymywanie relacji z klientem może się więc odbywać za pomocą tych samych środków, co pozyskiwanie nowych potencjalnych odbiorców. Za najwyższy poziom tego rodzaju marketingu uznaje się jednak nie treści publikowane przez samą firmę, a treści autorstwa wiernych marce użytkowników – strony poświęcone danemu produktowi, filmiki pokazujące jak go używać, internetowe fora przeznaczone dla fanów produktu czy firmy.

W sektorze usług finansowych zastosowanie marketingu treści może być stosunkowo szerokie, z uwagi na równie szerokie zapotrzebowanie na związane z tymi usługami informacje. Wysokiej jakości informacje zarówno o oferowanych produktach, jak i o zmieniających się warunkach gospodarczych wpływających na ten sektor okazują się być bardzo ważne, z punktu widzenia zainteresowania konsumentów. Ekonomiczne prognozy, a także komentarze odnoszące się do ogólnej kondycji rynku oraz do istotnych regulacji prawnych, są konsumentom zwyczajnie potrzebne, a mało kto jest w ich przekazywaniu tak wiarygodny, jak profesjonalista oferujący na danym rynku swoje usługi. Górnośląskie Towarzystwo Finansowe GTF Sp. z o.o. to podmiot, który w ramach outsourcingu procesowego realizuje zlecenia działających na polskim rynku banków w obszarze pośrednictwa kredytowego. Spółka jest organizatorem i koordynatorem lokalnych sieci sprzedaży, niezależnych biur pośrednictwa kredytowego, operatorem informatycznego systemu obsługi sieci sprzedaży kredytów, partnerem banków w dystrybuowaniu produktów finansowych skierowanych zarówno do odbiorców indywidualnych jak i firm. Obecnie GTF ma podpisane umowy o współpracy z ponad 1200 pośrednikami (ponad 1800 punktów sprzedaży) na terenie całego kraju, oferującymi poprzez GTF kredyty takich banków, jak: Meritum Bank, Alior Bank, Bank BPH, Vanquis Bank, Bank Pocztowy, FM Bank czy Getin Bank. Spółka w ramach swojej działalności wydaje także swój magazyn – „Kurier GTF”. Magazyn odbierany jest bardziej jako informacyjny i edukacyjny, niż reklamowy, co przesądza o sukcesie przedsięwzięcia. W Polsce coraz więcej firm, a w tym instytucji finansowych, wydaje swoje publikacje – miesięczniki, kwartalniki, które informują o najważniejszych wydarzeniach związanych z działalnością danej firmy, pokazują sukcesy, przedstawiają najlepszych swoich pracowników. Magazyny te jednak powielają formułę dość agresywnej reklamy, w niczym nie przypominają wspomnianego magazynu. Miesięcznik – „Kurier GTF” zdecydowanie odbiega od tej formuły. Owszem, papier kredowy i wysoki poziom graficzny to elementy zbieżne z większością tego typu wydawnictw. Jednak wgląd do publikowanych materiałów pozwala ocenić, że ambicje autorów magazynu są wyższe niż wydawanie czysto PR-owskich tekstów. „Kurier GTF” to narzędzie umożliwiające szerszy kontakt spółki z jej biznesowymi partnerami, którymi są przede wszystkim agencje pośrednictwa kredytowego. Prezentowane materiały to komentarze dotyczące bieżących spraw gospodarczych i zjawisk zachodzących na rynku consumer finance. Do współpracy z magazynem zaproszono przedstawicieli nauki – w każdym wydaniu zamieszczane są materiały przygotowane przez naukowców z różnych polskich uczelni. Redakcja zamieszcza także wywiady z przedstawicielami banków, których ofertę GTF dystrybuuje, prognozy i opinie rzeczoznawców zrzeszenia instytucji finansowych oraz fachowe porady udzielane przed ekspertów podatkowych i prawnych. Ponadto w każdym numerze Kuriera, czytelnicy mogą spotkać popularne postaci – gwiazdy filmu, piosenki i sportu.

Czytelnik „Kuriera GTF”, pośrednik kredytowy, do którego adresowany jest magazyn, otrzymuje wyważoną ekspercką informację o zaletach poszczególnych produktów finansowych, o zjawiskach zachodzących na rynku, które z punktu widzenia pośrednika kredytowego są istotne, korzysta z porad prawnych i podatkowych. To właśnie content marketing – skuteczna forma budowy pozycji marki, kształtowania wizerunku firmy. Udostępnianie ważnych i wiarygodnych treści, mających na celu zainteresowanie wybranej grupy odbiorców (w tym przypadku pośredników kredytowych), to forma marketingu oparta na wzajemnej komunikacji, pozwalającej na budowę długotrwałych relacji biznesowych. Oczywiście „Kurier GTF” to tylko jedno z narzędzi jakie GTF stosuje w ramach całego przyjętego przez spółkę programu dotyczącego content marketingu, ale dzisiaj, po kilkunastomiesięcznym doświadczeniu, mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że jest to narzędzie skuteczne.

Autor: Paweł Kosmala, prezes zarządu Górnośląskiego Towarzystwa Finansowego GTF Sp. z o.o.

Wydawcy książek chcą jednolitej ceny na nowości wydawnicze

Przygotowany przez Polską Izbę Książki projekt ustawy, który w piątek został przekazany posłom, zakłada ustalenie jednolitej ceny na nowości wydawnicze. Miałaby ona obowiązywać przez 12 miesięcy. Celem jest ratowanie małych księgarń przed upadkiem, a jak przekonują twórcy projektu, wbrew pozorom nie stracą na tym czytelnicy. 

Zgodnie z projektem dozwolone byłoby odejście od ustalonej kwoty o 5 proc. Oprócz tego maksymalnie 15-procentowe upusty zostałyby dopuszczone na targach książki, a maksymalnie 25-procentowe – dla instytucji kultury i bibliotek. Mniej płacić mogłyby także stowarzyszenia rodziców kupujących podręczniki szkolne.

 – Pomysł nie jest wymyślony przez nas, gdyż jest to rozwiązanie legislacyjne i gospodarcze stosowane w większości krajów europejskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Albin, prezes Polskiej Izby Książki, zrzeszającej wydawców, księgarzy i drukarzy, oraz prezes wydawnictwa Wolters Kluwer. – Istnieje on w takich państwach jak m.in.: Niemcy, Francja, Holandia, Hiszpania, Włochy czy Portugalia.

Celem takich regulacji przybierających postać rozwiązań prawnych lub porozumień branżowych jest, zdaniem szefa PIK, chęć ochrony mniejszych księgarni.

 – Jeśli traktujemy książkę jak zwykły towar, to okazuje się, że mali dostawcy książek znikają – zauważa Albin. – Z polskiego rynku w ciągu ostatnich lat zniknęło ponad 25 proc. księgarń. Nie zostały one zastąpione przez internet ani e-booki. Jeśli trend ten się utrzyma, to będziemy mieć lukę pokoleniową w dostępności do książek. Dlatego uważamy, że wspomniane regulacje powinny znaleźć się także w Polsce – dodaje.

Czytelnik też zyska

Jeśli parlament zdecyduje się na przyjęcie proponowanej ustawy, to jej głównym beneficjentem będą mniejsze księgarnie. Jak przekonuje Albin, ich zysk nie będzie się wiązać ze stratą dla czytelników.

 – Na pewno spadną ceny książek mających więcej niż rok – mówi prezes PIK. – Ponadto czytelnik będzie miał nadal dostęp do większej liczby punktów sprzedających książki, także tych, obok których codziennie przechodzi. Będzie mógł w nich zamówić każdą książkę, gdyż regulacja nakazuje także każdemu księgarzowi sprowadzenie na żądanie czytelnika każdej pozycji dostępnej na rynku – dodaje Włodzimierz Albin.

Za miesiąc na GPW pojawią się dwa nowe indeksy

CEO Magazyn Polska

24 marca na GPW pojawią się indeksy WIG50 i WIG250.  Z notowań znikną indeksy małych spółek sWIG80 i WIG-Plus. Natomiast do końca 2015 roku równolegle utrzymany zostanie mWIG40.

 Przede wszystkim to jest pewne rozszerzenie i kontynuacja tego, co wydarzyło się już w ubiegłym roku, czyli wprowadzenia indeksu WIG30, który w ciągu kilku kwartałów powinien zastąpić WIG20. Teraz mamy do czynienia z nowymi indeksami WIG50 i WIG250, które będą zastępować dawne indeksy mWIG40 i sWIG80 – podkreśla Dawid Czopek z mWealth Management.

sWIG80 i WIG-Plus znikną z notowań po zakończeniu sesji w piątek 21 marca. Dłużej pozostanie do dyspozycji inwestorów mWIG40, który będzie funkcjonował równolegle z nowym indeksem WIG50 do końca 2015 roku. W składzie WIG250 znajdą się małe spółki notowane na GPW. To właśnie ten indeks będzie kluczowym wskaźnikiem koniunktury w najmniejszych firmach. 

 – To będą indeksy cenowe, czyli obliczane na podobnych zasadach jak do tej pory, jak chociażby miało to miejsce w przypadku WIG20 – chodzi będzie przede wszystkim o to, że dywidendy nie są wliczane w absolutną stopę zwrotu tego indeksu – tutaj będziemy mieli do czynienia z podobnym zjawiskiem – komentuje dla Newserii Biznes Dawid Czopek. – Mniejsze spółki zwykle są mniej istotne niż duże spółki, te blue chipy, które zwykle wypłacają dywidendy wyższe, a że to będzie indeks cenowy bądź totalnej stopy zwrotu nie ma tutaj znaczenia wielkiego

Wprowadzenie na parkiet nowych indeksów to także zmiany w kontraktach terminowych. Wiąże się to ze zmianą instrumentów bazowych dla WIG-u 250. Pierwsze serie kontraktów na nowy indeks będą wprowadzone do obrotu 22 grudnia 2014 r. Jednocześnie nastąpi zaprzestanie wprowadzania do obrotu kolejnych (nowych) serii kontraktów na indeks mWIG40. W przypadku mWIG40 i WIG50 zmiana będzie trwała od grudnia 2014 do czerwca 2015 roku. W tym okresie, przez 6 miesięcy kontrakty terminowe na oba indeksy będą notowane równolegle. W końcowy sukces takich zmian powątpiewają eksperci.

 – Dzisiaj wciąż jeszcze podstawowym kontraktem notowanym na giełdzie jest kontrakt na WIG20. Pomimo tego, że indeks ten jest trochę schodzący, to nowy indeks WIG30 nie doczekał się jeszcze takiego statusu jak ma WIG20. Natomiast ze względów płynnościowych, myślę, że jeżeli chodzi o kwestie związane z kontraktami na WIG50 czy WIG250, to może być jednak pewien problem i nie będą to instrumenty cieszące się dużym powodzeniem,  nie będą też bardzo masowo w obrocie – podsumowuje Dawid Czopek.

W Polsce brakuje pracowników do nadzorowania elektrowni atomowej

CEO Magazyn Polska

W ciągu dekady ma ruszyć pierwsza polska elektrownia atomowa. Brakuje jednak wykwalifikowanych pracowników, bo w Polsce przemysł jądrowy nie istnieje. Część kadry do obsługi i nadzoru nad bezpieczeństwem elektrowni trzeba będzie szukać za granicą.

 – Przygotowujemy się intensywnie już od 5 lat, od momentu, kiedy rząd wyraził intencję opracowania programu jądrowego. Nie mamy problemu ze środkami finansowymi, ale z pozyskaniem nowych pracowników, ponieważ w Polsce nie istnieje przemysł jądrowy. Czyli właściwie nie ma naturalnego dostawcy wykwalifikowanej kadry – zwraca uwagę Janusz Włodarski, prezes Państwowej Agencji Atomistyki. 

Od 2009 roku Państwowa Agencja Atomistyki zatrudniła 37 nowych pracowników i poszukuje kolejnych, np. na stanowisko referendarza w Wydziale Analiz Obiektów Jądrowych czy specjalisty do spraw nadzoru i kontroli w zakresie ochrony radiologicznej istniejących obiektów jądrowych i budowanych w ramach realizacji Programu Polskiej Energetyki Jądrowej.

 – Przyjmujemy młodych, dobrze wykształconych ludzi i przygotowujemy dla nich odpowiednie programy szkoleniowe. Część tych programów już zrealizowaliśmy, część planujemy i to jest duże wyzwanie ze względu na to, że konieczny będzie udział instytucji zagranicznych, podobnych do naszej, dozorów jądrowych. Mamy podpisanych szereg umów, np. z dozorem amerykańskim, francuskim, i krajów ościennych. I przy pomocy tych organizacji będziemy prowadzić tzw. on the job training, czyli praktyczne szkolenia w trakcie wykonywania obowiązków, które w tym wypadku są jednymi z najważniejszych – mówi Janusz Włodarski agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Szkolenia mają dotyczyć wszystkich etapów życia elektrowni, poczynając od wyboru lokalizacji, poprzez budowę, rozruch, eksploatację, aż po związane z likwidacją. Prezes zapewnia, że PAA będzie egzekwować stosowanie rygorystycznych wymagań, zgodnych z polskimi przepisami.

 – Kiedy technologia będzie już wybrana, a dokumentacja przygotowana trzeba będzie przeprowadzić analizy bezpieczeństwa, w dużej części we własnym zakresie, aby zweryfikować informacje od inwestora. To bardzo istotny element w całym procesie wydawania zezwolenia na budowę instalacji jądrowej – tłumaczy Janusz Włodarski.

Pod uwagę brani są także wysoko wykwalifikowani pracownicy zagraniczni, którzy mogliby wypełnić lukę kadrową w Polsce. 

 – Przy prezesie PAA działa Rada ds. Bezpieczeństwa Jądrowego Ochrony Radiologicznej, składająca się z ekspertów wysokiej klasy, którzy mają prezesowi doradzać. Planujemy, żeby członkami tej rady byli także przedstawiciele zagranicznych dozorów, bardziej doświadczonych niż nasz – mówi Janusz Włodarski. 

Po zarzuceniu budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu na początku lat 90. część specjalistów mających w niej pracować wyjechała m.in. do Stanów Zjednoczonych. Prezes PAA zapewnia, że osoby te są chętne do pomocy przy nowym projekcie i PAA zamierza z tej pomocy korzystać.

Branża finansowa chce deregulacji zawodów i ulg podatkowych dla oszczędzających na emeryturę

CEO Magazyn Polska

Przedstawicieli branży finansowej cieszy planowana deregulacja zawodów, m.in. agenta ubezpieczeniowego. – Dla takich firm jak nasza to doskonała szansa – możemy zatrudnić pracowników i wyszkolić ich na konsultantów finansowych, co zwiększy zatrudnienie, ale i zasięg usług ubezpieczeniowych i produktów finansowych – podkreśla Abhishek Bhatia, prezes zarządu Prudential w Polsce. Dodaje, że popularność długoterminowego oszczędzania znacząco by wzrosła, gdyby rząd zaproponował zachęty dla oszczędzających.

Jestem mile zaskoczony zamianami w prawie, które już zostały uchwalone i tymi, które czekają na uchwalenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Abhishek Bhatia, prezes zarządu Prudential w Polsce. – Jedna z nich to kwestia deregulacji zawodów, wśród których jest agent ubezpieczeniowy.

W ramach tzw. drugiej transzy deregulacji zawodów mają zostać zmniejszone wymogi, które pozwalają na wykonywanie 91 zawodów z branż: budowlanej, transportowej i finansowej. Deregulacja obejmuje m.in. zawody aktuariusza, brokera ubezpieczeniowego i agenta ubezpieczeniowego. 

 – Dla firm takich jak nasza, które koncentrują się na wysokiej jakości szkoleniu pracowników i podnoszeniu ich kwalifikacji, jest to duża szansa. Możemy ich zatrudnić, wyszkolić na konsultantów finansowych, co z jednej strony podniesie zatrudnienie, a z drugiej zwiększy zasięg usług ubezpieczeniowych i nasz udział w rynku danego kraju – mówi Abhishek Bhatia. – To oni dotrą do klientów, którzy dzięki nim zaczną z nami oszczędzać, a my w ten sposób, bezpośrednio i pośrednio, wprowadzimy na rynek długoterminowy produkt.

Jak podkreśla, głównym zadaniem dla firm z branży finansowej jest przekonywanie Polaków do długoterminowego oszczędzania. Problem w tym, że na razie nie jest to w Polsce popularne. Przykłady innych państw europejskich pokazują, że rząd mógłby wprowadzić zachęty, które skłoniłyby Polaków do odkładania w dłuższej perspektywie.

 – Rząd przez zmiany w prawie podatkowym może pośrednio zachęcić obywateli do długoterminowych oszczędności – zauważa Bhatia. – Zachęty podatkowe mogą pomóc w myśleniu o swoich finansach w długiej perspektywie, jednak muszą one być bardzo konkretne. Ruchy w tym segmencie mogą być dobre i dla kraju, i dla samej branży ubezpieczeniowej – dodaje.  

Obecnie w ramach Indywidualnych Kont Emerytalnych – IKE – Polacy mogą inwestować w różnego typu aktywa, a jeśli nie wypłacą środków przed ukończeniem 60 lat (w niektórych przypadkach 55), to zostaną zwolnieni z tzw. podatku Belki. Z kolei w myśl zreformowanych zasad dotyczących Indywidualnego Konta Zabezpieczenia Emerytalnego – IKZE – odkładający w jego ramach zapłacą podatek w zmniejszonej wysokości 10 proc. W międzyczasie istnieje możliwość corocznego odliczenia kwoty wpłat od podatku. Zgodnie z nowymi zasadami obowiązującymi od połowy stycznia br. maksymalny limit wpłat na IKZE w 2014 r. to 4495,20 zł.

Samochody jak Veturilo. System wypożyczalni Car2go może ruszyć w Warszawie jeszcze w tym roku

CEO Magazyn Polska

System Car2go, podobny do systemu wypożyczalni rowerów Veturilo, chce na warszawskie ulice wprowadzić Mercedes. Niewykluczone, że możliwość wypożyczenia auta na krótki czas pojawi się już w listopadzie tego roku. Trwają rozmowy z miastem. Dotyczą m.in. możliwości bezpłatnego parkowania i poruszania się buspasami.

 – Jest to system podobny do Veturilo, ale nie są to rowery, a samochody  marki Smart, które mają 2,5 metra długości. Będzie je można za pomocą aplikacji na smartfonie zlokalizować, bez żadnego problemu wypożyczyć i zostawić gdziekolwiek. To jest zaleta w stosunku do systemu Veturilo, że nie trzeba będzie ich dokować w konkretnym miejscu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor public relations Mercedes Benz Polska. – W tej chwili są prowadzone rozmowy z władzami Warszawy, ponieważ te auta mają parkować bezpłatnie i będą mogły jeździć buspasami.

Usługa polegająca na krótkoterminowym wynajmie konwencjonalnych lub elektrycznych samochodów miejskich zyskuje na popularności na całym świecie. Jak wynika z badań amerykańskiego think-tanku Navigant Research, w połowie 2013 r. na całym świecie było ok. 2,3 mln użytkowników takich systemów. Badacze przewidują, że do 2020 r. ich liczba wzrośnie do 12 mln.

Car2go jest spółką należąca w całości do Daimler AG, właściciela Mercedesa. System działa w 25 miastach na całym świecie i ma ponad 500 tys. użytkowników. Spółka nalicza opłaty minutowo i umożliwia wynajem samochodu na trasę w jedną stronę. Największy oddział Car2go znajduje się w Berlinie, gdzie w systemie jest ok. 1,2 tys. pojazdów. Podobne systemy działają również w innych dużych miastach, np.: w Paryżu, Londynie czy Oslo.

Z myślą o jeździe w mieście Mercedes stopniowo poszerza ofertę aut ekologicznych. Jednak sprzedaż samochodów hybrydowych i elektrycznych dopiero się w Polsce rozwija.

 – Do 2020 roku właściwie każdy model naszych samochodów będzie miał wersję hybrydową. Mamy taką wersję klasy S 500 Plug-in Hybrid [ładowana z gniazdka – red.]. Mamy również samochody elektryczne to już jest trzecia generacja Smarta. Można powiedzieć, że to nie jest bajka o przyszłości, te samochody już są – przekonuje Łabno-Falęcka. Zauważa jednak: – Niestety takich aut sprzedało się niewiele, i wydaje mi się że nie tutaj leżą największe możliwości.

Barierą w rozwoju pojazdów elektrycznych jest ich cena, która jest znacznie wyższa od cen innych typów aut. Również osoby zainteresowane hybrydą muszą liczyć się z dodatkowymi kosztami. Dyrektor PR w Mercedesie podkreśla, że nowe pojazdy o napędzie konwencjonalnym są znacznie tańsze, a ich spalanie jest również na bardzo niskim poziomie.

Zimowy urlop nad morzem coraz popularniejszy. Wszystko przez brak śniegu

CEO Magazyn Polska

Brak śniegu w tym sezonie nie powstrzymał Polaków przed zimowymi wyjazdami. Nie rezygnowali z wyjazdu do górskich miejscowości, a dodatkowo dużą popularnością cieszyły się nadmorskie kurorty. Turystów przyciągają tam ścieżki rekreacyjne i apartamenty z dostępem do saun, jacuzzi, basenów czy klubów fitness. 

 – W większości przypadków brak śniegu ma duże znaczenie, bo zimą goście dokonują rezerwacji przede wszystkim ze względu na pogodę panującą za oknem. Jednak większość rezerwacji dokonanych u nas utrzymywała się mimo braku śniegu i tego, że goście musieli zostawić deski czy narty w domu. Nie obniżaliśmy więc cen – utrzymały się na poziomie pierwotnie założonym – mówi Regina Juźko z działu rezerwacji Sun & Snow.

Ceny wynajmu apartamentów w polskich miejscowościach zimą 2014 roku w zasadzie nie zmieniły się w porównaniu do roku ubiegłego. Koszt wynajęcia dwupokojowego apartamentu w górskim kurorcie wyniósł między 220 a 300 zł za dobę, a trzypokojowego – od 330 do 400 zł za dobę. Ceny nad morzem były niższe i za dwupokojowy lokal wyniosły od 130 do 200 zł za dobę, a za trzypokojowy od 190 do 260 zł.

Sun & Snow, firma zarządzająca wynajmem apartamentów w popularnych miejscowościach wakacyjnych i dużych miastach, odnotowała wzrost w sezonie zimowym, mimo nieprzychylnej pogody. 

 – Sprzedaż oferty w górach na styczeń i luty wzrosła średnio o 60 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. W większości były to rezerwacje dokonywane z dużym wyprzedzeniem, także przez rodziny z dziećmi, które stosunkowo wcześnie muszą planować pobyt – Regina Juźko podsumowuje sezon zimowy.

Polacy decydują się na zimowe wyjazdy nie tylko w góry, lecz także do miejscowości wypoczynkowych w innych częściach Polski.

 – Mieliśmy bardzo duże zainteresowanie wypoczynkiem nad morzem – odnotowaliśmy tutaj około 200-proc. wzrost zysków ze sprzedaży noclegów w porównaniu do ubiegłego roku. Widać, że Polacy chcą spędzać ferie w dość nietypowy sposób. I często były to tak zwane rezerwacje spontaniczne, dokonywane z małym wyprzedzeniem – mówi Regina Juźko. 

Wśród nadmorskich kurortów największym zainteresowaniem cieszyły się: Trójmiasto, Kołobrzeg, Międzyzdroje i Świnoujście, i podobnie było w roku ubiegłym.

 – Polskie wybrzeże oferuje wiele atrakcji – mnóstwo ścieżek spacerowych, nordic walking oraz apartamenty zlokalizowane w tak zwanych obiektach hotelowych, gdzie goście mają bezpośredni dostęp do sauny, jacuzzi, basenów, fitness i siłowni. To jest dodatkowym atutem, który skłania gości do rozważenia pobytów nad morzem – uważa Regina Juźko.

Pogoda znowu krzyżuje plany producentom obuwia. CCC spodziewa się straty w I kwartale

CEO Magazyn Polska

Jak wynika z szacunków CCC, spółka pierwszy kwartał prawdopodobnie zakończy ze stratą, choć nie będzie ona tak znacząca jak przed rokiem. Firma straciła wówczas 40 mln zł, głównie z powodu przedłużającej się zimy, która zniechęciła klientów do kupowania butów przejściowych. W tym roku ze względu na ciepłą pogodę w sklepach szybciej pojawi się kolekcja wiosenna.

 – W tym roku znacznie wcześniej wejdziemy ze sprzedażą obuwia wiosennego i można spodziewać się mniejszej straty w pierwszym kwartale. Niemniej jednak nie unikniemy jej – tak wskazują wszystkie nasze szacunki. Natomiast nie będzie to strata rzędu 40 mln złotych jak przed rokiem – to było zbyt dużo, żeby to potem nadgonić – podkreśla Dariusz Miłek, prezes CCC SA

Brak typowej wiosny i ciepła końcówka roku pogorszył wyniki finansowe spółki za 2013 rok. Mimo to firma zarobiła 132 mln zł netto, a jej kapitalizacja wzrosła do niemal 5 mld zł. 

 – Budujemy powoli silną pozycję na rynkach zagranicznych i umacniamy firmę w Polsce, sprzedajemy coraz więcej par butów. Nie jesteśmy do końca zadowoleni z wyników finansowych. Liczyliśmy na coś więcej, ale skoro nie mieliśmy wiosny, nie handlowaliśmy butami przejściowym, więc wyniki pierwszego kwartału były bardzo słabe – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjna Newseria Biznes Dariusz Miłek.

Celem na ten rok jest umocnienie się na nowych rynkach, czyli w: Austrii, Niemczech, Turcji, Słowenii i Chorwacji. Prezes CCC podkreśla, że wyniki sprzedaży są satysfakcjonujące.  

 – Czechy, Słowacja, Węgry – to są rynki nasycone przez nas. Będzie mała kosmetyka w kilku lokalizacjach, kilka wymian, kilka powiększeń. Będziemy wchodzili na rynki, które otworzyliśmy w drugim półroczu 2013 roku, czyli do: Turcji, Austrii, Słowenii, Chorwacji i Niemiec – zapowiada Miłek. – O ile w Polsce być może dojdziemy do 20 proc. rynku w przyszłości, o tyle na rynkach zachodnich nigdy nie osiągniemy takiej skali. Jeżeli będziemy posiadać niecałe 10 proc. rynku, to będziemy bardzo zadowoleni.

Zgodnie z opublikowanymi w ubiegłym tygodniu skonsolidowanymi wynikami finansowymi za czwarty kwartał, CCC zarobiło w całym 2013 r. 132 mln zł netto. To o prawie jedną czwartą lepszy wynik niż w 2012 r., kiedy zysk netto wyniósł 106 mln zł. Ubiegły rok był dla CCC okresem dużych zmian oraz ekspansji. Firma otworzyła oddziały w pięciu nowych krajach, ale też zamknęła ok. 125 nierentownych sklepów. Miłek dodaje, że marża w 2013 r. nie była zadowalająca z uwagi na wahania kursów walut. Liczy jednak, że w tym roku zarówno kursy, jak i pogoda będą bardziej sprzyjające producentom butów.

Podkreśla, że CCC nie chce przyciągać tylko niską ceną, a nawet przyznaje, że na rynku są tańsi gracze. Wynika to z tego, że niska cena kojarzyła się klientom ze słabą jakością i firma chce od tego skojarzenia odejść. Według Miłka dobre wyniki sprzedażowe udaje się osiągać dzięki lokalizacjom sklepów oraz sposobem zarządzania nimi. Personel oraz logistyka dostaw również mają swój udział w zwiększaniu przychodów.

W ocenie prezesa CCC w tym roku ceny nie powinny wzrosnąć, choć niepewność wiąże się z wahaniami kursów walut. Szczególnie istotne dla spółki są kursy euro i dolara z uwagi na to, że wiele produktów powstaje w fabrykach w Indiach i Bangladeszu. Dlatego Miłek przewiduje, że jeśli ceny wzrosną, to jedynie z uwagi na kursy walut i koszty pracy, a to dotknie w równym stopniu wszystkich producentów obuwia.

Reklama w internecie tym skuteczniejsza, im jej mniej

Ograniczanie spamów i reklam przyniosło portalowi LinkedIn dwuipółkrotny wzrost liczby odwiedzających w ciągu jednego roku. Liczba profili wzrosła do 1,7 miliona. Portal zamiast na reklamę kierowaną do wszystkich, zdecydował się na adresowanie przekazów do osób zainteresowanych danymi dziedzinami.

 – Polityka reklamowa LinkedIn zakłada małą liczbę reklam na portalu i wykorzystywanie szablonów przygotowanych przez samą firmę, wkomponowujących się w interfejs portalu. Dzięki temu reklamy nie są agresywne, nachalne. LinkedIn dba w pierwszej kolejności o to, żeby portal zachował swoją funkcjonalność. Formaty są o wiele bardziej skuteczne niż te, które są w innych portalach – podkreśla Ewa Betkier, dyrektor sprzedaży w firmie BAN, który jest wyłącznym partnerem LinkedIn w Polsce.

Takimi szablonami są np. ankiety z logotypem klienta, reklamy zachęcające użytkowników, by dołączyli do grup dyskusyjnych. Zdaniem Betkier, to rozwiązanie pozwala zachować balans między skutecznością komunikacji z klientami a wygodą użytkowników portalu. 

 – Reklamodawca nie chce pojawić się obok dwóch różnych innych reklam, tylko chce, żeby reklama była skuteczna. Czyli jest skłonny zapłacić więcej, żeby wyniki były lepsze. Przykładowo LinkedIn ma produkt zbliżony do standardowego e-mailingu reklamowego, ale ma zupełnie inne wyniki. Przy standardowym e-mailingu, jeżeli mamy 10 proc. współczynnika otwarcia, to można powiedzieć, że to jest sukces. Natomiast my mamy go na poziomie 40 proc. – mówi Newserii Biznes Ewa Betkier. 

Taka reklama jest spersonalizowana, a użytkownik może ją otrzymać nie częściej niż raz na kilkadziesiąt dni. Za pomocą portalu reklamują się głównie branże B2B, czyli firmy, które chcą dotrzeć do dyrektorów marketingu czy do osób decyzyjnych w różnych branżach.

 – W Polsce przychody z reklamy rosną razem z przyrostem użytkowników. Gdy zaczynaliśmy w 2012 roku, to użytkowników zarejestrowanych w Polsce było 500 tys., a w tej chwili jest ich 1,7 mln. Tym samym rosną przychody z reklamy – mówi Ewa Betkier.

Podobnym rynkiem do polskiego jest Hiszpania, gdzie użytkowników tamtejszego portalu LinkedIn jest 6 mln. To daje firmie nadzieję na duże wzrosty w tym segmencie. BAN podaje, że portal odnotował 143-proc. wzrost oglądalności w skali roku. Miesięcznie odwiedza go 830 tys. użytkowników.

Polacy nie czytają etykiet i nie sugerują się wskazówkami producentów. Najważniejsza jest cena

CEO Magazyn Polska

Polacy nie czytają etykiet, a jeśli nawet zdarzy im się rzucić na nie okiem, nie rozumieją przeczytanych informacji – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Międzynarodowego Stowarzyszenia Producentów Mydeł, Detergentów i Środków Czystości „Czyste piękno”. Konsumenci nie wiedzą też, na co zwracać uwagę i jak wybierać wartościowe produkty. Głównym kryterium wyboru jest niska cena, atrakcyjne opakowanie i przywiązanie do marki.

Badania miały pokazać, jak zachowuje się klient w czasie zakupów środków czystości i czym się kieruje, wybierając ze sklepowej półki taki, a nie inny produkt.

 – Jeżeli na zakupy przyjechaliśmy samochodem, możemy kupić większe opakowania, jeżeli przyszliśmy na piechotę, wybieramy mniejsze. Następnie patrzymy na ulubione marki i cenę. Jest ona bardzo ważna, bo konsument, który stoi przed półką, kilkukrotnie ją sprawdza – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr Anna Oborska ze Stowarzyszenia Producentów Kosmetyków i Środków Czystości „Czyste Piękno”.

Podczas zakupów cena jest głównym kryterium wyboru dla prawie 43 proc. konsumentów. Dużą rolę odgrywa też przywiązanie do danej marki i atrakcyjne opakowanie produktu.

 – Polski konsument cały czas jeszcze się uczy. Wiemy, że w momencie, kiedy kupujemy proszek do prania, to trzeba spojrzeć, czy on jest do prania kolorowego, czy do prania białego. Natomiast jest jeszcze szereg rzeczy, które powinniśmy przeczytać, na które musimy spojrzeć na etykiecie, zanim ten produkt kupimy –  mówi dr Anna Oborska.

Ze statystyk wynika, że tylko co trzeci Polak czyta etykiety i sugeruje się informacjami umieszczanymi na opakowaniach.

 – Bardzo rzadko zwraca uwagę na ikonę załadunku prania, która jest zazwyczaj w lewym dolnym rogu etykiety. To jest ikona kosza wypełnionego ubraniami z dużą liczbą, która wskazuje nam, ile prań możemy wykonać przy pomocy tego opakowania. Powinniśmy spojrzeć na cenę, spojrzeć na ikonę załadunku prania i przeliczyć, na ile prań wystarczy mi ten produkt. To jest bardzo ważna rzecz, dlatego że na rynku mamy różne formy produktów i żeby je porównać między sobą, możemy tak naprawdę porównywać tylko cenę za pranie – tłumaczy dr Anna Oborska.

Podobnie jest z zakupem żywności. Z danych Instytutu Żywności i Żywienia w Warszawie wynika, że ponad połowa Polaków nie zwraca uwagi na wartość energetyczną produktów, nie czyta tabel zawierających informacje o procentowej zawartości wybranych składników odżywczych i ich wartości kalorycznej. 

Sieć kin Helios z biletami przez komórkę

System płatności mobilnych SkyCash przygotował aplikację, która pozwala kupować i rezerwować bilety do wszystkich kin sieci Helios w Polsce. Rozwiązanie umożliwia też wygodne przeglądanie repertuaru, oglądanie zwiastunów filmów i samodzielny wybór miejsc na sali.

Obsługiwana przez SkyCash aplikacja Kino Helios to wygodny sposób na kupowanie biletów, bez konieczności stania w długich kolejkach do kas. Po dotarciu do kina można od razu udać się w kierunku sali, okazując obsłudze ekran telefonu z biletem zapisanym w postaci fotokodu. Aplikacja pozwala też szybko zapoznać się z opisami i zwiastunami filmów, jak również wygenerować widok sali i samodzielnie wybrać najlepsze miejsca. Jej dodatkowym wyróżnikiem jest prosty w obsłudze system rezerwacji biletów, który nie wymaga wchodzenia na stronę internetową kina i każdorazowego podawania danych osobowych.

W celu dokonania rezerwacji biletów wystarczy wybierać jeden z dostępnych tytułów, a następnie określić godzinę seansu oraz miejsca na sali. Podobnie wygląda proces zakupu, który jest realizowany przy użyciu podłączanej do systemu karty płatniczej. Zarówno zarezerwowane, jak i zakupione bilety są automatycznie zapisywane w telefonie. Dzięki temu w każdej chwili można sprawdzić wszystkie potrzebne informacje, takie jak numer sali, rząd, rodzaj zniżki czy numer rezerwacji. Z rozwiązania mogą korzystać klienci wszystkich 32 kin sieci Helios w całej Polsce.

Bezpłatna aplikacja Kino Helios działa na telefonach pracujących pod kontrolą systemów Android oraz iOS. Żeby móc kupować i rezerwować bilety, należy przejść jednorazowy proces rejestracji lub zalogować się przy pomocy danych dostępowych do SkyCash. Nie jest to jednak potrzebne do korzystania z podstawowych funkcji aplikacji, jak przeglądanie repertuaru i opisów wyświetlanych filmów. Kartę służącą do płatności za bilety można w każdej chwili dodać z poziomu komórki. Program umożliwia też automatyczne korzystanie z kart zarejestrowanych w SkyCash i posiada wszelkie wymagane mechanizmy zabezpieczające dla transakcji kartami płatniczymi w aplikacjach mobilnych.

PKO Bank Polski sponsorem 38. Biegu Piastów – Festiwalu Narciarstwa Biegowego w Szklarskiej Porębie

22 lutego rozpocznie się Festiwal Narciarstwa Biegowego w Szklarskiej Porębie. Tegoroczna impreza ma potrwać aż dziewięć dni i przebić wszystko, co do tej pory działo się w narciarstwie biegowym dla amatorów w Polsce. Najważniejszym wydarzeniem Festiwalu będzie rozgrywany już po raz 38. Bieg Piastów. PKO Bank Polski kontynuując wieloletnią tradycję po raz kolejny wspiera tę imprezę.

Prezes Netii po odejściu ze stanowiska chce się zająć restrukturyzacją innych firm

CEO Magazyn Polska

Po siedmiu latach pracy Mirosław Godlewski przestanie być prezesem zarządu Netii. Zrezygnuje on ze stanowiska najpóźniej do 31 sierpnia, chyba że wcześniej Rada Nadzorcza spółki znajdzie właściwego kandydata na jego miejsce. Godlewski podkreśla, że to dobry moment na zmianę i liczy na kolejne wyzwania związane z restrukturyzacją innych firm – niekoniecznie z branży telekomunikacyjnej.

 – Myślę, że po siedmiu latach to dobry moment dla mnie, dla spółki, dla akcjonariuszy, żeby taka zmiana zaszła, żeby nowy lider spojrzał na spółkę ze świeżej perspektywy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Godlewski, prezes zarządu Netia SA.

Godlewski pracuje w Netii od 2007 r. Wcześniej pracował jako prezes Opoczna (przez rok), spółki Dec, będącej dużym właścicielem cystern kolejowych, a także w PepsiCo. Prezes Netii przyznaje, że czas spędzony w firmie był wystarczająco długi.

 Netia była czwartą firmą, którą prowadziłem, w czwartej branży. Raczej patrzę na swój wkład w definiowanie strategii i przeprowadzenie restrukturyzacji. Mam nadzieję, że ponownie uda mi się znaleźć tego rodzaju przedsięwzięcie. A branża jest tutaj czynnikiem wtórnym – mówi Mirosław Godlewski.

Wczoraj spółka podała w komunikacie, że w ciągu siedmiu lat grupa podwoiła skalę operacji i umocniła pozycję największego alternatywnego operatora usług stacjonarnych w Polsce. W ramach porozumienia z Radą Nadzorczą Mirosław Godlewski pozostanie na stanowisku do 31 sierpnia br., chyba że wcześniej uda się wyłonić nowego prezesa.

Komentarz indeksowy BossaFX 21 lutego 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 21 lutego 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Warszawskie biuro agencji ratingowej Standard and Poor’s ma stać się centralą na Europę Środkowo-Wschodnią

CEO Magazyn Polska

Niedawno uruchomione biuro agencji ratingowej Standard and Poor’s w Warszawie ma docelowo stać się centralą firmy na Europę Środkowo-Wschodnią. Agencja chce być bliżej klientów w Polsce i regionie, a jednocześnie zwiększyć swój wkład w rozwój lokalnych rynków kapitałowych.

Agencja ratingowa Standard & Poor’s (S&P) ma zamiar w najbliższym czasie przekształcić swoje nowo otwarte warszawskie biuro w centralę na Europę Środkowo-Wschodnią. Głównym celem S&P jest  zwiększenie swojego uczestnictwa w rozwoju polskiego rynku kapitałowego.

 – Celem jest, żeby to była centrala przez duże C, co wiąże się z pewnymi planami ekspansji, ale potrzebujemy czasu, żeby określić, kiedy to będzie – mówi Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią Standard & Poor’s. – Będziemy traktować to biura jako miejsce, gdzie nasi analitycy, zarówno polskiego pochodzenia, jak i z regionu Europy Środkowo-Wschodniej będą raz na jakiś czas pracować i wykorzystywać infrastrukturę, którą tu zbudowaliśmy, po to, ażeby być bliżej naszych klientów.  

Petrykowski wyjaśnia, że dziś agencja przyznaje ratingi 70 emitentom w regionie Europy Centralnej, z czego 20 podmiotów działa w Polsce. Należą do nich zarówno korporacje, instytucje finansowe, jak i jednostki samorządowe. 

 – Biuro w Polsce otworzyliśmy po bardzo racjonalnej analizie biznesowej. Podjęliśmy decyzję, że chcemy bardziej bezpośrednio, w sposób zorganizowany działać na tym rynku, stając się uczestnikiem, który może na co dzień oferować serwis i zajmować się zarówno naszymi obecnymi i perspektywicznymi klientami, jak i szeroko rozumianymi partnerami rynkowymi – deklaruje dyrektor na Europę Środkowo-Wschodnią.

Jak podkreśla, plany związane z rozwojem warszawskiego biura dotyczą trzech głównych obszarów. Pierwsza kwestia to aktywny udział w rozwoju polskiego rynku kapitałowego.

 – Chcemy bardziej aktywnie pracować z rynkiem w ramach edukacji jego uczestników, zarówno emitentów, jak i inwestorów, z wykorzystaniem globalnej metodologii Standard & Poor’s w połączeniu z lokalnym podejściem. W ten sposób będziemy starali się pobudzać apetyt polskich przedsiębiorców do tego, by szukali finansowania poza Polską – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Petrykowski. – Po drugie, chcemy lepiej zorganizować nasze rozumienie tej części świata i zbudować pewien zespół ludzi, pewien zespół dodatkowych ekspertyz, które możemy docelowo jeszcze bardziej rozwijać z korzyścią zarówno dla rynku, jak i dla naszych klientów – zaznacza.

Trzecim celem agencji jest zacieśnianie relacji z jej klientami na lokalnych rynkach.

 – Chcemy obecnym klientom dać bardziej lokalne podejście, jeszcze większe partnerstwo i bardziej adekwatny model, a nie działać tylko przez pryzmat Londynu i dotychczasowej obecności w tej części świata – tłumaczy Marcin Petrykowski.

S&P stawia na Polskę ze względu na jej strategiczne położenie, coraz większą aktywność na rynkach międzynarodowych oraz dynamicznie rozwijający się rynek papierów dłużnych.

Choć Standard & Poor’s stawia głównie na współpracę z firmami poszukującymi alternatywnych źródeł finansowania na międzynarodowym rynku długu, zajmuje się również tworzeniem ratingu dla kilku miast w Polsce.

 – Oczywiście nie chcemy skreślać miast i podmiotów samorządowych. Z nimi też chcemy pracować, natomiast to wymaga od nas więcej pracy lokalnej, większego zaangażowania i ustrukturyzowania modelu obsługi tych podmiotów – wyjaśnia Petrykowski. – Docelowo będziemy chcieli ich też obsługiwać, angażując do tego lokalnych analityków, a nie tylko stosując zasoby, które wykorzystujemy w Londynie.

Rozwój przydomowych ekologicznych instalacji energetycznych może obniżyć rachunki konsumentów

CEO Magazyn Polska

Zainstalowanie ekologicznych rozwiązań w domu może przynieść oszczędności rzędu nawet 8 tys. zł rocznie na ogrzewaniu domu i wody. BOŚ Bank proponuje program, dzięki któremu Polacy ograniczą rachunki, tym samym zwiększając swoją zdolność kredytową. Rozwój rynku niewielkich instalacji OZE może być korzystny dla całej gospodarki. Eksperci BOŚ Banku szacują, że może dać impuls do wzrostu gospodarczego nawet o 0,4 pkt proc. PKB rocznie.

 – Podstawowym elementem systemu jest pompa ciepła, czyli urządzenie, które produkuje energię cieplną, wykorzystując energię elektryczną. W standardowych rozwiązaniach nie płacimy wtedy za gaz, węgiel czy olej opałowy, ale zwiększają się rachunki za energię elektryczną. Połączyliśmy to więc z małą instalacją fotowoltaiczną, czyli z małą elektrownią słoneczną na dachu, która produkuje taką ilość energii, która wystarcza właśnie na zaspokojenie potrzeb pompy ciepła – mówi Mariusz Klimczak, prezes Banku Ochrony Środowiska.

Bank przygotował nowy produkt dla osób posiadających dom lub go budujących – BOŚ EKOsystem. To kredyt, w ramach którego instalowany jest hybrydowy system grzewczy, który składa się z czterech modułów: kotłowni montowanej w domu (o wielkości niewielkiej szafy), paneli słonecznych i fotowoltaicznych oraz pompy ciepła. Współpraca tych wszystkich urządzeń ma przynieść oszczędności pozwalające na zwiększenie zdolności kredytowej, bo koszty ponoszone przez mieszkającą w średniej wielkości domu czteroosobową rodzinę mogą spaść do nawet 0 zł miesięcznie.

 – Układ się nam bilansuje, nie potrzebujemy dodatkowo płacić za energię elektryczną do zasilenia pompy ciepła, czyli nie ponosimy kosztów ogrzewania – tłumaczy Mariusz Klimczak. – Dziś oferowane są rozwiązania indywidualne – można kupić osobno pompę ciepła, osobno instalację solarną czy panel fotowoltaiczny, a jeśli byśmy chcieli połączyć to z kominkiem, to mamy kolejną usługę. Niestety bardzo często powoduje to, że elementy ze sobą nie współgrają, a co za tym idzie –  nie są efektywne.

Pakietowe dostarczenie tych wszystkich systemów i niższe koszty ogrzewania mają być tym, co przyciągnie klientów do banku. 

 – W przypadku domu nowo budowanego wygrywamy ze wszystkimi źródłami ciepła. W przypadku zamiany istniejącego źródła ciepła, konkurencyjny jest tylko węgiel. Ale mówimy tutaj o zupełnie innym porównaniu – malucha do mercedesa – zachwala prezes BOŚ Banku.

Z kalkulacji ekspertów banku wynika, że dzięki obniżeniu miesięcznych wydatków na ogrzewanie, minimalny wymagany dochód rodziny ubiegającej się o kredyt na dom może być o kilkaset złotych niższy. W przypadku ubiegania się o pożyczkę na budowę domu o powierzchni ok. 100 m2 wraz z zainstalowanym w nim systemem grzewczym, ta sama czteroosobowa rodzina, która wybierze np. ogrzewanie olejowe, może liczyć na niewiele ponad 170 tys. zł 30-letniego kredytu hipotecznego. W innym wariancie, gdy w grę wchodziłby gaz ziemny, jej maksymalna zdolność rośnie do ok. 200 tys. zł. Natomiast wybór BOŚ EKOsystemu podnosi ten próg do ponad 270 tys. zł.

Jak podkreśla prezes banku, zainteresowanie programem wśród klientów jest bardzo duże. Tym bardziej że po stronie klienta jest tylko decyzja o zakupie systemu, resztę bierze na siebie bank.

 – Zgłoszenia do zakładu energetycznego, przygotowania wniosków o dofinansowanie – to powoduje, że ludziom wydaje się, że ten proces jest trudny. Dlatego postanowiliśmy przejąć to wszystko od klienta. Klient chce mieć ciepło, tanio, wygodnie i to jest podstawowy element, który staramy się w ramach tego programu spełnić – zapowiada w rozmowie z Newserią Biznes Mariusz Klimczak.

Rozwój rynku niewielkich odnawialnych źródeł energii w ciągu kolejnych kilku mógłby dać impuls do wzrostu gospodarczego nawet o 0,4 pkt proc. PKB rocznie. Oznacza to również realne oszczędności – sięgające nawet 2 mld zł rocznie w perspektywie 2020 roku – w kosztach krajowego systemu wsparcia produkcji energii z OZE. 

Mimo niskich stóp procentowych kredyty gotówkowe w bankach są wciąż drogie

CEO Magazyn Polska

Niskie stopy procentowe przełożyły się na obniżenie oprocentowania lokat i niższe raty kredytów hipotecznych, których oprocentowanie jest zmienne. W przypadku kredytów gotówkowych banki niechętnie obniżają oprocentowanie – nawet najkorzystniejszy kredyt wciąż kosztuje w bankach znacznie powyżej 10 proc. rocznie. Do obniżek w bankach może się przyczynić konkurencja, czyli firmy pożyczkowe.

 Kredyty gotówkowe w dalszym ciągu są dość wysoko oprocentowane, przeciętnie na około 15 proc., a więc blisko maksymalnego dopuszczalnego poziomu oprocentowania, który wynosi obecnie 16 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Sadowski, główny analityk firmy Expander.

Z najnowszego rankingu Comperii wynika, że nawet najkorzystniejszy kredyt gotówkowy w banku, zaciągnięty na rok na 4 tys. zł kosztuje ponad 12 proc. Koszt najdroższych przekracza 15 proc. Dlatego często bardziej opłaca się korzystanie z limitu na karcie kredytowej lub limitu w rachunku.

 – Kredyt na kartach kredytowych znacznie potaniał. W tym przypadku prowizje się bowiem nie zmieniły, a oprocentowanie, wcześniej wynoszące powyżej 20 proc., spadło do 16 proc. – mówi ekspert. – Nie ma w tym przypadku żadnych rat, a dług spłacamy, kiedy chcemy, nawet po kilku dniach. Kredyty gotówkowe mają raty i harmonogram spłaty. Jest to opcja dla tych, którzy chcą spłacać dług przez kilka lat, a przynajmniej przez kilka miesięcy.

Główny analityk Expandera zwraca uwagę na to, że zaciągając kredyt gotówkowy, powinno się sprawdzać wszystkie koszty kredytu, a więc nie tylko oprocentowanie, lecz także odsetki, prowizje, koszty obowiązkowych ubezpieczeń i inne opłaty. Dopiero uwzględnienie tego wszystkiego pozwala na trafne porównanie propozycji różnych banków. Jednak wielu klientów nie robi żadnych porównań.

 – Podstawową pułapką jest to, że bierzemy pierwszy dostępny kredyt, nie porównując w ogóle ofert, czyli albo korzystamy z propozycji swojego banku, albo z tej reklamowanej właśnie w telewizji czy w gazecie – mówi Sadowski. – Niestety nie zawsze oferta reklamowana jest tą najlepszą.

Jak przekonuje, porównywanie i szukanie najlepszej możliwości może się opłacić.

 – Banki konkurują z firmami pożyczkowymi, które dosyć agresywnie działają na rynku i oferują na przykład pierwszą pożyczkę za darmo. Dlatego banki starają się pokazać, że też mają atrakcyjne produkty – mówi Sadowski. – Właśnie ta gra konkurencyjna, walka o klienta sprawia, że czasami możemy uzyskać bardzo tani, a nawet darmowy kredyt.

Małe i średnie firmy niechętnie zaciągają kredyty inwestycyjne. Ostrożność przedsiębiorców hamuje wzrost gospodarczy

CEO Magazyn Polska

70 proc. polskich mikro-, małych i średnich przedsiębiorców nie korzysta z kredytów inwestycyjnych i finansuje się z własnych środków. Choć jest to bezpieczne rozwiązanie dla samych firm, nieco hamuje rozwój gospodarczy. Gdyby przeciętny kredyt w małym przedsiębiorstwie, który dziś wynosi 25 tys. zł, wzrósł o 5-10 tys. zł, to impuls do wzrostu PKB byłby ogromny.

 – 70 proc. podmiotów gospodarczych w Polsce w mikro- i małej przedsiębiorczości w ogóle nie bierze kredytu inwestycyjnego. I to samo 70 proc. tworzy ponad połowę PKB w kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Janiszewski, przewodniczący rady programowej Stowarzyszenia „Integracja i Współpraca”.

To właśnie dzięki tej konserwatywnej polityce przedsiębiorców polska gospodarka w znacznym stopniu uniknęła kryzysu. Jednocześnie jednak nieco hamuje wzrost gospodarczy.

 – Gdyby nagle te ostrożne przedsiębiorstwa zdecydowały się na przyspieszenie własnego rozwoju poprzez wzięcie kredytu inwestycyjnego, to połowa gospodarki zaczęłaby rosnąć znacznie szybciej. Obecnie przeciętne przedsiębiorstwo z sektora MŚP ma kredyt na 25 tysięcy. Jeśli wzrósłby on o 5-10 tysięcy, to impuls do wzrostu PKB byłby ogromny – przekonuje Janiszewski.

Rządowe zachęty na start

Impulsem do rozwoju byłoby również zwiększenie liczby powstających firm. Zdaniem eksperta rząd powinien na tym skoncentrować swoją uwagę, by ułatwiać Polakom, szczególnie młodym ludziom, wejście na rynek z własnym biznesem.

 – Ponad połowa młodych ludzi zamieszkujących tereny całej Unii Europejskiej jest bez pracy, to oznacza, że jeżeli nie tworzymy dla nich miejsc pracy, musimy stworzyć warunki do tego, ażeby oni stworzyli sobie sami te miejsca pracy. To jest podstawa – mówi Jacek Janiszewski.

Dziś często zniechęcają ich do tego skomplikowane prawo i procedury.

 – Musimy przestać widzieć w obywatelu potencjalnego przestępcę – dodaje Janiszewski.

Kwestia roli małych i średnich przedsiębiorstw w rozwoju gospodarczym kraju będzie jednym z tematów XXI Forum Gospodarczego, które odbędzie się w Toruniu w dniach 3-4 marca. Jego głównym organizatorem jest Stowarzyszenie „Integracja i Współpraca”. Partnerem honorowym są Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a partnerem strategicznym województwo kujawsko-pomorskie.

Rękodzieło z certyfikatem ochroni prawa twórców

CEO Magazyn Polska

Polacy doceniają rękodzieło i coraz częściej decydują się na zakup droższych, ale unikatowych produktów. Aby odróżnić faktyczne wyroby hand-made od podróbek i zabezpieczyć prawa autorskie artystów, zostanie powołana komisja, która będzie przyznawała certyfikaty takim wyrobom.

 – Walczymy razem z Ogólnopolskim Cechem Rzemieślników Artystów o utracony etos rękodzieła, by to, co stworzą ręce, a nie maszyny było cenione i pożądane. Polacy odwracają się od produkcji masowej, od tego, co jest powszechnie dostępne, tłoczone w miliardach egzemplarzy – mówi Zofia B. Borucińska, założycielka Lasu Rąk Laboratorium Rękodzieł. – Coraz rzadziej musimy klientom tłumaczyć, dlaczego broszka kosztuje 35 zł, a nie 15 zł, jak na bazarku, mimo że są w podobnym kształcie i kolorze. Ludzie doceniają to, że rękodzieło to nie tylko oryginalny wygląd, design, lecz także jakość. To, co wytworzą ręce, jest zdecydowanie lepsze, trwalsze, bardziej efektowne i stabilne jakościowo niż to, co wytworzy maszyna.

„Razem wspieramy rękodzieło” – pod tym hasłem Ogólnopolski Cech Rzemieślników Artystów, we współpracy z Lasem Rąk, rozpoczyna przyznawanie certyfikatów wyrobom mającym charakter rękodzieła artystycznego wykonanym na obszarze Polski z zastosowaniem tradycyjnych technik rękodzielniczych.

Ten certyfikat ma wypromować twórców, pomóc im w podwyższeniu statusu rękodzielnika i utrzymaniu go na wysokim poziomie. Pomoże też im zabezpieczyć swój interes finansowy, również od strony praw autorskich: zdjęcia i opisy tych wyrobów będą ogólnodostępne – informuje Olga Werbeniec, prezes Ogólnopolskiego Cechu Rzemieślników Artystów. 

Na internetowych stronach Lasu Rąk i OCRA zostanie zamieszczona lista twórców certyfikowanych oraz ich wyrobów. Dzięki temu nabywcy będą mogli sprawdzić, czy dany produkt posiada certyfikat. Ten dokument będzie przyznawany przez Komisję Certyfikującą składającą się z trzech osób wybieranych przez zarząd OCRA spośród dyplomowanych rzemieślników artystów, mistrzów w swym rzemiośle oraz niekwestionowanych autorytetów w środowisku rzemiosła artystycznego. 

 – Certyfikat będzie można uzyskać na dany wyrób, czyli na pojedynczą sztukę bądź serię wyrobów. Będziemy mogli się nim posługiwać przez wiele lat, ale przy wprowadzeniu nowej serii czy nowego produktu będziemy musieli otrzymywać nowy certyfikat – tłumaczy Olga Werbeniec. 

Koszt certyfikatu to 20 zł dla wyrobów o wartości do 100 zł, 35 zł dla tych o wartości do 200 zł i 50 zł dla produktów od 201 zł wzwyż. Pomysłodawcy przyznawania certyfikatów zastrzegają, że komisja może kontrolować wytwórców, a w przypadku utraty przez wyrób charakteru rękodzieła prawo do korzystania z certyfikatu zostanie odebrane.

Twórcy rękodzieła liczą, że przyciągną nowych klientów. Sama idea hand-made staje się też alternatywą dla wykluczonych z rynku pracy.

 – Znacząco zwiększa się zainteresowanie Polaków wyrobami rękodzielniczymi. Osoby, które wypadają z rynku pracy, mogą otworzyć taką działalność, bo rękodzieło mogą wykonywać również osoby z różnymi niepełnosprawnościami – to bardzo tym osobom pomaga, a poza tym mogą one z tego uczynić sposób na życie – mówi agencji informacyjnej Newseria prezes OCRA.

Branża metalurgiczna zagrożona z powodu polityki klimatycznej UE

CEO Magazyn Polska

Przedstawiciele branży metalurgicznej i przetwórstwa metali obawiają się skutków unijnej polityki klimatycznej. Przestrzegają, że zbyt ambitne cele Komisji Europejskiej negatywnie wpłyną na globalną konkurencyjność przedsiębiorstw, a tym samy zmuszą biznes do przeniesienia się poza Europę. Branża liczy, że podejście UE ulegnie zmianie po wyborach do Europarlamentu i wybraniu nowego składu KE.

 – Wszystko, co jest związane z metalurgią i z przetwórstwem metali, jest narażone na zwiększanie kosztów energii, któremu sprzyja obecna unijna polityka energetyczna – mówi Newserii Biznes Arkadiusz Krężel, przewodniczący rady nadzorczej Impexmetal SA i członek rady nadzorczej Boryszew SA.

Zgodnie z przyjętym w grudniu 2008 r. pakietem  klimatyczno-energetycznym, do 2020 r. należące do UE państwa mają zwiększyć o 20 proc. efektywność energetyczną, osiągnąć 20-procentowy udział energii z odnawialnych źródeł i zmniejszyć o 20 proc. emisję gazów cieplarnianych. Komisja Europejska proponuje dalsze zaostrzenia pakietu. Według Krężla unijne wymogi klimatyczne wpływają negatywnie na konkurencyjność przedsiębiorstw.

 – Dzisiaj globalna konkurencyjność daje gwarancje przetrwania i funkcjonowania, więc z pewnym dystansem podchodzimy do tak ambitnych i wyidealizowanych zadań, jakie stawia obecna Komisja. Mogą one doprowadzić do tego, że zmianie ulegną nasze strategiczne plany, związane do tej pory przede wszystkim z Unią Europejską – przestrzega Krężel w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes podczas forum „Zmieniamy Polski Przemysł”.

Przedstawiciele branży podkreślają, że istnieje sprzeczność między europejską polityką klimatyczną a dążeniami do reindustrializacji Europy. Zgodnie z zapowiedziami KE, udział przemysłu w PKB Unii powinien do 2020 roku wzrosnąć do 20 proc.

Najpierw poprzez działania systemowe w Unii Europejskiej doprowadziliśmy do wyeliminowania przemysłu. Dziś jego udział w PKB wynosi 15 proc. Teraz zaś okazało się, że bez przemysłu żyć nie można, i że trzeba to raptownie zmieniać – mówi Krężel. – Łatwo coś zniszczyć poprzez rosnące ceny i koszty, a trudniej to odbudować, mając na uwadze konieczność globalnego konkurowania.

Podkreśla, że to będzie wyzwanie dla nowego składu Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej.

Mimo tych trudności polska gospodarka ma szansę na przyciągnięcie nowych inwestycji. Zdaniem Krężla jednym z głównych gospodarczych atutów Polski są niskie koszty pracy, które idą w parze z wykwalifikowaną siłą roboczą. Pozwala to Polsce zachować konkurencyjność na globalnym rynku. 

 – Polska może być ziemią obiecaną dla przedsiębiorców europejskich w nowym programie reindustrializacji gospodarki – twierdzi Krężel. – Po pierwsze dzięki niskim kosztom pracy. Godzina pracy wraz ze wszystkimi kosztami to u nas koszt 10 euro. Tymczasem we Francji to 38 euro. Po drugie naszą siłą jest kapitał ludzki, czyli wykwalifikowani pracownicy. Jednak politycy mają jeszcze dużo do zrobienia, choćby w kwestii promocji kraju – dodaje.

Nakłady na infrastrukturę mogą się nie zwrócić. Jej odpowiednie wykorzystanie zależy od dobrych relacji międzynarodowych

CEO Magazyn Polska

Polska powinna skoncentrować się nie tylko na budowie infrastruktury drogowej i kolejowej, lecz także na takim prowadzeniu relacji handlowych z sąsiadami i innymi krajami UE, by tę infrastrukturę wykorzystać. Przykład Niemiec i Rosji, które transportując swoje towary, omijają Polskę, pokazuje, że dotychczasowa polityka była błędna, a sama infrastruktura nie wystarcza.

W ramach perspektywy finansowej na lata 2014-2020 60 proc. środków miało być przeznaczonych na kolej, a 40 proc. na infrastrukturę drogową. 

 – To nie współgra z wielkościami przyjętymi w rządowej strategii rozwoju transportu, gdzie mamy do czynienia z jednoznacznym preferowaniem dróg. Konsekwencje takiej polityki mogą być niezbyt ciekawe, dlatego że zmieszczenie nawet na zmodernizowanej infrastrukturze drogowej dodatkowo 500 mln ton towarów nie pozostanie bez konsekwencji – mówi Krzysztof Niemiec, wiceprezes Track Tec.

Jako przykład przemyślanej polityki podaje Niemcy, które rozwijają swoją infrastrukturę, biorąc pod uwagę wymianę handlową z Rosją. 

 – Wydawałoby się, że wagony, które jadą z towarami z Rosji do Niemiec, powinny przejeżdżać przez Polskę w tranzycie, bo to najkrótsza droga. Ale one jadą do portu rosyjskiego, tam są ładowane na promy i statki i płyną do portu niemieckiego. Niemiecka polityka aktywizuje ich porty, powoduje, że kolej dociera stamtąd w głąb kraju. Wydawałoby się, że jest to bardziej kosztowne, ale dzięki temu Niemcy mają z Rosją autostradę morską i większość towarów właśnie tamtędy jeździ – tłumaczy Niemiec w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes podczas forum „Zmieniamy polski przemysł”.

Jego zdaniem Polska wiele inwestuje w układ równoleżnikowy, czyli kolejowe trasy europejskie ze wchodu na zachód – E20 i E30. Ten wkład raczej się nie zwróci w kontekście przewozów pasażerskich.

 – Trudno sobie wyobrazić, że w 2020 czy 2030 roku ludzie będą jeździli z Moskwy do Berlina pociągiem. Raczej będą korzystać z usług linii samolotowych. W związku z tym te trasy powinniśmy wykorzystać jako transportowy korytarz – podkreśla Krzysztof Niemiec. – Jednak trzeba pamiętać, że nie wystarczy mieć dobrą infrastrukturę, nowoczesne lokomotywy czy wagony. Ważne jest takie zorganizowanie sobie relacji, ażeby ta infrastruktura była wykorzystana.

Przykładem może być pogłębienie relacji w ramach Trójkąta Weimarskiego, czyli między Polską, Niemcami i Francją.

Szansą dla Polski jest również to, że korytarze południkowe do krajowych portów zostały zakwalifikowane do dofinansowania w ramach unijnego instrumentu „Łącząc Europę” (ang. Connecting Europe Facility – CEF). To fundusz, przeznaczony na realizację projektów dotyczących rozwoju, budowy lub modernizacji infrastruktury w dziedzinie transportu, energetyki i telekomunikacji. 

 – Jest to duża szansa na to, ażeby z Czech, Słowacji i Węgier próbować przeciągać towary do obsługi przez nasze porty – uważa Krzysztof Niemiec.