Komentarz dzienny, 13 sierpnia 2013

Dziś instytut ZEW opublikuje obliczenia sierpniowego indeksu koniunktury w Niemczech – jest to pierwszy wskaźnik za sierpień, aczkolwiek jego moc predykcyjna w ostatnich miesiącach była ograniczona. W tym samym czasie poznamy też dane dotyczące czerwcowej produkcji przemysłowej w strefie euro. Wysokie odczyty mogą potwierdzić oczekiwane przyspieszenie tempa wzrostu niemieckiej gospodarki i zakończenia recesji w całej strefie euro. Dzień kończymy ważną publikacją o sprzedaży detalicznej w USA w lipcu (oczekiwania wskazują na wzrost zarówno całego agregatu, jak i kluczowych kategorii bazowych) – wysokie odczyty danych z realnej gospodarki będą przez rynek interpretowane jako bodziec dla Fed do szybszego zakończenia programu skupu aktywów.

Miesięczny raport analityczny – sierpień 2013

Składowe wskaźników wyprzedzających wskazują, że przed nami ożywienie, które potrwa przynajmniej kilka miesięcy – będzie to nadal wspierało rynek akcji. Bardzo prawdopodobna decyzja FED o ograniczeniu QE już we wrześniu, zapewne wywoła falę niepokoju i ewentualną korektę, po której rynki powinny wrócić do trendów wzrostowych.

ING Bank Śląski w składzie indeksu Giełdy Papierów Wartościowych WIG30

ING Bank Śląski dołączył do nowego indeksu największych spółek notowanych na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych WIG30. Decyzję o włączeniu banku do WIG30 Zarząd Giełdy podjął na podstawie rekomendacji Komitetu Indeksów Giełdowych GPW.

Poszerzenie składu głównego indeksu spółek notowanych na warszawskiej GPW to ważne wydarzenie na polskim rynku kapitałowym. Jest to naturalny etap rozwoju tego rynku. To również ważny moment dla ING Banku Śląskiego. Zaliczenie do WIG30 – indeksu największych i najbardziej płynnych spółek warszawskiego parkietu – odzwierciedla naszą silną pozycję i jest wynikiem realizacji naszej strategii wspierania systematycznego i stabilnego wzrostu wartości spółki – powiedziała Małgorzata Kołakowska, Prezes Zarządu ING Banku Śląskiego.

Publikacja nowego, poszerzonego indeksu WIG30 rozpocznie się od 23 września br. a jego wartość bazowa będzie określana na poziomie wartości bazowej WIG20 z 28 grudnia 2012 r. W składzie nowego indeksu uwzględniono spółki reprezentujące 13 branż, w tym 7 banków.

ING Bank Śląski jest jednym z największych banków w Polsce, który obsługuje zarówno klientów indywidualnych, jak i podmioty gospodarcze. W I półroczu 2013 roku skonsolidowany zysk netto ING Banku Śląskiego wyniósł 476,6 mln zł, co oznacza wzrost o 9% w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. W ciągu roku Bank zanotował wzrost podstawowych wielkości komercyjnych – wartości depozytów o 15%, kredytów o 7% oraz liczby klientów detalicznych o 172 tys.

Podstawowe dane finansowe Grupy ING Banku Śląskiego za I półrocze 2013 r. w porównaniu do analogicznego okresu ub. r.:

• przychody ogółem wzrosły o 1% do 1 655,6 mln zł,
• koszty ogółem wzrosły o 2% do 936,5 mln zł,
• zysk brutto wzrósł o 13% do 592 mln zł,
• zysk netto wzrósł o 9% i wyniósł 476,6 mln zł,
• zwrot z kapitału (ROE) osiągnął poziom 11,2%,
• wskaźnik koszty/dochody wyniósł 56,6%,
• skonsolidowany wskaźnik wypłacalności na poziomie 15,8%.

ING Bank Śląski w realizacji celów biznesowych uwzględnia działania związane ze społeczną odpowiedzialnością biznesu, czego potwierdzeniem jest przyjęta Strategia Społecznej Odpowiedzialności Biznesu. W strategii wyszczególnione zostały cele, działania oraz mierniki w obszarach, tj.: relacje z klientami, relacje z pracownikami, działalność na rzecz społeczeństwa oraz działalność na rzecz środowiska naturalnego.

ING Bank Śląski znajduje się w składzie giełdowego indeksu spółek odpowiedzialnych społecznie – RESPECT Index od pierwszego notowania, zajmuje III miejsce w Rankingu Odpowiedzialnych Firm 2013 w kategorii bankowość, sektor finansowy i ubezpieczeniowy oraz jako jedyna instytucja finansowa, został wyróżniony przez tygodnik POLITYKA Złotym Listkiem CSR. Bank zajął I miejsce w konkursie Gazety Bankowej „Najlepszy Bank 2013” oraz otrzymał wyróżnienie za najlepszą strukturę portfela. Miesięcznik Forbes przyznał ING Bankowi Śląskiemu wyróżnienie w rankingu „Najdynamiczniej rozwijające się spółki giełdowe” w kategorii „Bank”.

Akcje TAURON Polska Energia zostały zakwalifikowane do indeksu WIG30

WIG30 zastąpi dotychczasowy indeks WIG20, w którym akcje TAURONA są notowane od grudnia 2010 r.

Udział akcji TAURONA w indeksie WIG30 wyniesie 2,53 proc. W jego skład wejdą akcje 30 największych i najbardziej płynnych spółek znajdujących się w obrocie na głównym rynku GPW. Nowy indeks ma pełnić rolę głównego wskaźnika koniunktury giełdowej. Dzięki rozszerzeniu liczby spółek ma on także lepiej odzwierciedlać obecny rozmiar i zróżnicowanie rynku giełdowego i zwiększać zainteresowanie inwestorów i analityków rynkiem giełdowym.

TAURON Polska Energia zadebiutował na Giełdzie Papierów Wartościowych 30 czerwca 2010 r. Po sesji 17 grudnia tego samego roku znalazł się w składzie indeksu dwudziestu największych spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Wcześniej (w lipcu) akcje spółki zostały zaliczone w skład MSCI Poland Standard Index (indeksu, który zwłaszcza dla inwestorów zagranicznych, jest punktem odniesienia przy budowaniu portfeli i podstawą podejmowania decyzji inwestycyjnych, a od 17 września spółka weszła na listę uczestników indeksu mWIG40 (indeksu cenowego, ciągłego, obejmującego 40 średnich – pod względem wartości rynkowej w wolnym obrocie oraz płynności – spółek notowanych na GPW). Obecnie TAURON Polska Energia jest uczestnikiem indeksów WIG-ENERGIA (24,34 proc.), WIG20 (2,62 proc.), WIG-POLAND (1,86 proc) i WIG (1,77 proc), a także wiedeńskiego indeksu spółek Europy Środkowej – CECE.

Nowe wskazówki Google dotyczące zamieszczania linków

Nowe wskazówki Google dotyczące zamieszczania linków w artykułach prasowych mogą skutecznie obniżyć atrakcyjność wielu stron w rankingach wyszukiwania. Jakie są te wskazówki, jak je zastosować w praktyce i najważniejsze: czy jest się czego obawiać?

We wskazówkach dla webmasterów, Google bardzo wyraźnie wskazuje jakie praktyki zbliżają nas do wymarzonej pozycji w wyszukiwarce, a jakie od niej oddalają. Do tych drugich z pewnością można zaliczyć wszelkie reklamy tekstowe przekazujące nasz PageRank, jak również kupowanie lub sprzedawanie linków przekazujących PageRank. O ile te punkty nie powinny budzić wątpliwości, o tyle innym warto przyjrzeć się bliżej, aby dokładnie zrozumieć sposób w jaki powinniśmy się dostosować do nowych wytycznych.

Na szczególną uwagę warto zwrócić na politykę Google dotyczącą linków ze zoptymalizowanym tekstem kotwicy. Artykuły, które zawierać będą nienaturalnie dużą liczbę linków w pojedynczym zdaniu, również nie mają co liczyć na dobre traktowanie ze strony wyszukiwarki. Z pomocą przychodzi właśnie Google, które na swojej stronie poświęconej pomocy dla webmasterów podaje przykładowe zdanie, które nie będzie już atrakcyjne według nowych standardów: Na rynku jest wiele obrączek ślubnych. Jeżeli chcesz wziąć ślub, musisz wybrać najlepszą obrączkę. Potrzebne będą również kwiaty i suknia ślubna.

Taka zmiana algorytmu ma przede wszystkim wymazać z wyników wyszukiwania stron, które zawierają linki do innych witryn, czyli Pressel Pages, popularnie nazywane w Polsce „preclami”. Są one od teraz traktowane głównie jako spam, ponieważ same w sobie nie stanowią atrakcyjnej treści, są jedynie pretekstem do zamieszczania dużej liczby linków.

Pytanie brzmi, w jaki sposób zastosować się do tych wskazówek, a zarazem nadal mieć mocną pozycję w wynikach wyszukiwania? Z pomocą przychodzi John Mueller, pracownik Google który podpowiada, że artykułach prasowych dozwolone jest zamieszczania linków w postaci URL, jednak dla bezpieczeństwa, warto oznaczyć je atrybutem no follow. Jednak, czy takie komunikaty prasowe mają jeszcze szansę uatrakcyjnić naszą stronę w wyszukiwarce?

Zdaniem Muellera, takie treści mają w dalszym ciągu duży potencjał. Linki zamieszczone przez nas, mogą być załączone przez pracownika medium, do którego adresujemy artykuł, poprzez usunięcie znacznika no folow. Taki link ma z punktu widzenia Google największą wartość, ponieważ został on umieszczony przez samego autora artykułu, a nie przez nas.

Warto zwrócić również uwagę na poziom pisanych tekstów, który teraz liczy się bardziej niż kiedykolwiek. Nowe wytyczne z pewnością zwiększą wagę dobrych praktyk ePR i zmniejszą ilość spamu w Internecie – mówi Karol Fedorowicz Senior SEO/SEM Manager GRUPA 365NET. – Działania takie jak przesadne nagromadzenie słów kluczowych, czy niezgodność z treścią tekstu mogą przynosić szybkie, lecz bardzo krótkotrwałe efekty. Dobrze prowadzona strategia SEO to plan długofalowy, który jako jedyny przynosi wymierne korzyści. Google jedynie nam o tym przypomniał.

Co więcej, jest to jedna z bardziej odważnych zmian wprowadzonych przez giganta z Kalifornii. Do tej pory tekst zakotwiczony był głównym czynnikiem mającym znaczenie w pozycjonowaniu stron. Można się tylko zastanawiać, czy ich miejsce zajmie Google+, stając się głównym nośnikiem linków.

Czy nowe zasady nastręczą trudności przy pracy nad wysoką pozycją naszej strony w wyszukiwarce? Na pewno trzeba będzie większą uwagę zwracać na samą treść, w której zamieszczamy linki, co pochłonie więcej zasobów czasowych niż do tej pory. Warto jednak niezależnie od nowej polityki Google dużą wagę przywiązywać do wysokiej jakości komunikatów, które wysyłamy w świat. Mimo wszystko, jakość też jest elementem promocji.

Rynek prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce 2013

W 2012 r. wartość rynku prywatnej opieki medycznej w Polsce wyniosła 33,8 mld zł. Dynamika rynku była dużo niższa niż w 2011 r. Według prognoz PMR, w latach 2013-2015 rynek będzie się rozwijał w tempie około 5% średnio rocznie (CAGR). Dynamika wzrostu będzie zbliżona w każdym z lat, przy czym, w związku ze stopniową poprawą ogólnej sytuacji ekonomicznej, będzie najwyższa w 2015 r. , kiedy wartość rynku przekroczy 39 mld zł.

„Prognozujemy, że dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne, z racji niskiej bazy, pozostaną najszybciej rozwijającym się segmentem w latach 2013-2015. Abonamenty będą drugim najszybciej rozwijającym się segmentem” mówi Agnieszka Skonieczna, starszy analityk rynku farmaceutycznego i ochrony zdrowia PMR i autorka raportu.

Ustawa refundacyjna i jej implikacje

Struktura prywatnych wydatków na opiekę zdrowotną pozostała niemal niezmieniona w ciągu ostatnich kilku lat. Największy udział w prywatnych wydatkach na opiekę zdrowotną mają wydatki pacjentów na produkty zdrowotne. W 2012 r. udział ten kategorii zmniejszył się jednak o 1,4 p.p. w porównaniu do sytuacji rok wcześniej, co było przede wszystkim wynikiem wejścia w życie od 1 stycznia 2012 r. tzw. ustawy refundacyjnej, która wywołała prawdziwą rewolucję na rynku farmaceutycznym w Polsce. Aż o 20% wartościowo spadł segment leków refundowanych, a NFZ zaoszczędził na refundacji 2 mld zł (wzrosła jednocześnie znacząco odpłatność pacjentów). Sprzedaż produktów OTC (leki bez recepty, suplementy diety i inne produkty) wzrosła o kilka procent, ale wolniej niż prognozowano wcześniej. Okazuje się bowiem, że wobec konieczności ponoszenia wyższych wydatków na leki refundowane (często niezbędne dla ratowania zdrowia i życia) polscy konsumenci ograniczyli wydatki na mniej istotne i będące często towarami luksusowymi produkty OTC.

Bez zmian do wyborów parlamentarnych w 2015 r.?

W dłuższej perspektywie czasu rozwój segmentu prywatnej opieki zdrowotnej nie będzie możliwy bez kompleksowej reformy systemu ochrony zdrowia w Polsce, która spowodowałaby dopływ środków do systemu. Bez takich działań, rynek nie będzie mógł ulec znaczącemu poszerzeniu.

Na początku 2013 r. Ministerstwo Zdrowia przedstawiło założenia do reformy systemu opieki zdrowotnej. Zakłada ona między innymi decentralizację NFZ i prawne uregulowanie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Projekt ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych ma być gotowy do końca 2013 r. Według obecnego stanu wiedzy, ustawa ta nie spowoduje rewolucji w segmencie prywatnej opieki zdrowotnej. Celem Ministerstwa Zdrowia jest bowiem jedynie uregulowanie obecnego systemu, a dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne mają zostać wprowadzone jako element wspierania (a nie zastępowania) publicznego systemu ochrony zdrowia. „W ramach dodatkowych ubezpieczeń mają być dostępne świadczenia, które już obecnie są realizowane przez Polaków odpłatnie. Bez wprowadzenia faktycznej konkurencji w postaci innych, niż NFZ, płatników czy też zachęt podatkowych do zakupu dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych, zabraknie bodźców do rozwoju tych segmentów” podkreśla Agnieszka Skonieczna.

Dodatkowo, w ocenie PMR jest mało prawdopodobne, by jakiekolwiek radykalne zmiany weszły w życie przed zaplanowanymi na 2015 r. wyborami parlamentarnymi. Ministerstwo Zdrowia zapowiada, że jest to jeden z kluczowych projektów tej kadencji i nie można się z nim śpieszyć. Dodatkowo, temat jest sprawą drażliwą społecznie, a kredyt zaufania społecznego dla obecnego rządu został już nadwyrężony przez przeprowadzenie kontrowersyjnej reformy emerytalnej i reformy systemu refundacji leków. Ewentualne zmiany weszłyby w życie najwcześniej po wyborach w 2015 r. Oznacza to ryzyko, że w przypadku zmiany rządu, ewentualne reformy zostaną anulowane (miało to już miejsce wcześniej w odniesieniu do regulacji dotyczących dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych).

Wyjaśnienia metodologiczne

Na wartość rynku składają się wydatki na produkty zdrowotne bezpośrednio z kieszeni pacjenta, usługi rehabilitacyjne, badania diagnostyczne i wizyty lekarskie opłacane z własnej kieszeni, abonamenty oferowane przez firmy medyczne wraz z usługami medycyny pracy, ubezpieczenia zdrowotne oferowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe, opłaty w szarej strefie, np. „dowody wdzięczności” dla lekarzy oraz inne opłaty ponoszone bezpośrednio z kieszeni pacjenta.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2015”.

Oprogramowanie, usługi i infrastruktura ICT w dużych firmach w Polsce 2013

Średni czas używania komputerów stacjonarnych w dużych przedsiębiorstwach wynosi 5 lat. W porównaniu z badaniem sprzed dwóch lat udział firm, które wymieniają desktopy po okresie dłuższym niż 6 lat wzrósł o 18 p.p. Niewątpliwie wpływ na to ma fakt, że obecnie kilkuletnie komputery są w zupełności wystarczające do zwykłej pracy biurowej, w której nie wymaga się dużych mocy obliczeniowych. Wydłużenie okresu czasu użytkowania komputerów stacjonarnych zaobserwowaliśmy także w badaniu małych i średnich przedsiębiorstw (zrealizowanym w I poł. 2012 r. na potrzeby badania Oprogramowanie, usługi i infrastruktura ICT w MŚP w Polsce 2012), gdzie średni okres czasu wymiany wrósł z 3,9 lat w 2005 r. do 4,7 w 2012 r.

Z laptopów korzysta się przeciętnie nie dłużej niż przez 4 lata i ta średnia wartość nie uległa zmianie w okresie czasu jaki upłynął między badaniami. Również struktura kategorii nie uległa zmianie – w dalszym ciągu zdecydowana większość firm wymienia komputery przenośne po upływie od 3 do 5 lat.

Zakupy sprzętu IT w 2012 roku

W minionym roku zdecydowana większość (89%) dużych przedsiębiorstw kupiła komputery stacjonarne, trzy czwarte zdecydowało się na zakup laptopów, netbooki kupiła co dziesiąta firma (10%). Największy udział firm kupujących desktopy był w firmach użyteczności publicznej (96%) oraz zajmujących się produkcją urządzeń (94%). Najmniejszy notowały firmy związane z ochroną zdrowia oraz transportem (82%) i logistyką (82%).

W przypadku laptopów największy udział notują branże produkcyjne. Natomiast firmy zajmujące się ochroną zdrowia laptopy kupują zdecydowanie najrzadziej (38%). Proporcje firm kupujących smartfony wyglądają podobnie – w przypadku firm produkujących gotowe wyroby i urządzenia najwięcej jest takich, które dokonały zakupu smartfonów w 2012 r. W służbie zdrowia takich firm jest najmniej, zaledwie co dziewiąta dokonała tego typu zakupów. W przypadku tabletów oraz netbooków widać, że największy udział firm które zaopatrują się w tego typu urządzenia jest w branży handlowej.

Usługi IT

Zdecydowana większość (90%) dużych firm w Polsce korzysta z usług oferowanych przez zewnętrzne firmy świadczące usługi IT. Trzy czwarte dużych firm korzysta z pomocy zewnętrznych firm w celu pozyskania wsparcia technicznego w zakresie serwisu i utrzymania sprzętu lub oprogramowania (72%). Ponad połowa firm korzysta z zewnętrznej pomocy w celu wdrożenia lub rozwijania posiadanego oprogramowania (60%). Co drugie duże przedsiębiorstwo zamawia szkolenia z zakresu IT w zewnętrznych firmach (48%).

W tegorocznej edycji rozszerzyliśmy część raportu dotyczącą usług IT o pytania dotyczące zewnętrznych centrów przetwarzania danych. Jedna na pięć dużych firm objętych badaniem korzysta z usług zewnętrznego centrum przetwarzania danych. „Od kilku lat powszechnie mówi się o rozwoju usług oferowanych w chmurze. W badaniach dostawców ICT realizowanych przez PMR nasi respondenci przewidują dynamiczny rozwój tego obszaru rynku. Jednak udział dużych firm korzystających z tej formy świadczenia usług znajduje się na relatywnie niskim poziomie (13%). Najczęściej firmy korzystają z modelu chmury prywatnej, zdecydowanie rzadziej z chmury publicznej czy hybrydowej” – dodaje Paweł Olszynka, analityk rynku ICT w PMR.

Pakiety biurowe

Praktycznie we wszystkich dużych przedsiębiorstwach w Polsce korzysta się z pakietu biurowego MS Office. Najwięcej firm wyposażonych jest w jedną z ostatnich wersji pakietu, sygnowaną numerem 2010 (71%). Niewiele mniejszy (65%) jest udział wersji 2007, zaś nieco ponad połowa firm wykorzystuje także mającą obecnie ponad 10 lat wersję 2003. Udział pozostałych wersji pakietu jest zdecydowanie niższy. Najczęściej wykorzystywanym jako alternatywa dla MS Office pakietem biurowym jest dostępny w licencji Open Source Apache OpenOffice (91%). Innym stosowanym oprogramowaniem jest LibraOffice (27%).

Bezpieczeństwo IT

Blisko dwie trzecie respondentów (63%) zdeklarowało, że w 2013 r. w ich firmie podjęte zostaną działania służące poprawie bezpieczeństwa IT. Działania firm nie będą różnić się specjalnie od tych podjętych w 2012 r. Podobnie jak wtedy nacisk położony zostanie na regulację dostępu do krytycznych danych, wzmacnianie ochrony zasobów firmy przed dostępem z zewnątrz (w postaci firewalli lub odpowiednich urządzeń). Wielu respondentów wspomina również o wdrażaniu procedur dostępu do danych i w ogóle regulowaniu dostępu do danych w ramach przedsiębiorstwa.

W informacji prasowej wykorzystano materiał z raportu opublikowanego w I kw. 2013 r. przez PMR: „Oprogramowanie, usługi i infrastruktura ICT w dużych firmach w Polsce 2013”. Raport powstał na podstawie badania przeprowadzonego w I kw. 2013 r. przez PMR na próbie dużych przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 250 pracowników. Respondentami w badanych przedsiębiorstwach były osoby najlepiej orientujące się w sprawach informatyki w firmie, przede wszystkim informatycy lub kierownicy działów IT. Ogółem zrealizowano 522 pełnowartościowe wywiady.

Polaka przeszkody w oszczędzaniu

Zabezpieczenie finansowe to podstawa – uważa aż 75 proc. Polaków. Jednak ponad połowa z nas nie gromadzi oszczędności ze względu na brak motywacji i problemy z konsekwentnym odkładaniem pieniędzy. Są też tacy, którzy po prostu nie chcą oszczędzać.

Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez Bank Millennium, 48 proc. badanych klientów mówi wprost, że nie oszczędza, bo nie ma z czego. Jednak większość ma wystarczające dochody, żeby odkładać na przyszłość, ale tego nie robi.

– Ta połowa ankietowanych to są osoby, nad którymi trzeba pracować, zachęcać do oszczędzania, edukować de facto zabezpieczenie finansowe jest przydatne – uważa Marek Ubysz, kierujący Wydziałem Produktów Oszczędnościowych Banku Millennium.

Dla 57 proc. badanych odłożenie ponad 10 miesięcznych pensji to wystarczające zabezpieczenie finansowe. Te wymagania stopniowo spadają aż do 1-2 pensji – tyle usatysfakcjonuje 3 proc. ankietowanych. Dla 20 proc. klientów odpowiednie zabezpieczenie finansowe to luksus. Tylko 5 proc. ocenia, że dla nich jest to niemożliwe do osiągnięcia.

Zdaniem Ubysza – poza wiedzą o tym, ile oszczędzić, potrzebna jest też wiedza o tym, jak to zrobić.

– Forma, którą sobie wybierzemy może być dowolna. Kluczowe jest odkładanie kapitału. Nie patrzyłbym aż tak bardzo na oprocentowanie czy też stopę zwrotu, ważna jest natomiast kumulacja – mówi Agencji Informacyjnej Newseria ekspert Banku Millennium.

Jak podkreśla, na rynku jest wystarczająca ilość produktów oszczędnościowych, żeby każdy wybrał coś dla siebie. W porównaniu do Europy Zachodniej w Polsce jest ich nawet znacznie więcej.

– Na Zachodzie mamy głównie tzw. saving accounts, czyli rachunki oszczędnościowe, to jest taki odpowiednik naszych kont oszczędnościowych, które pozwalają odkładać niewielkie kwoty. Tam praktycznie nie ma lokat terminowych w takim zakresie jak u nas, ani krótkoterminowych, ani długoterminowych. Tam częściej wybierane są fundusze inwestycyjne – wyjaśnia.

Powszechność telefonii na polskim rynku sprawia, że ceny połączeń mobilnych należą do najniższych w Europie

Za minutę połączenia Polacy płacą dwukrotnie mniej niż średnio mieszkańcy wszystkich krajów Unii Europejskiej. Wynika to m.in. z powszechności telefonii komórkowej w Polsce. Rozbieżności na terenie UE są bardzo duże – pomiędzy najtańszą Litwą a najdroższą Holandią jest ponad siedmiokrotna różnica.

– Wbrew głoszonym od czasu do czasu opiniom, opłaty telekomunikacyjne są u nas jedne z najniższych, zarówno ceny wewnątrz kraju dotyczące połączeń mobilnych, jak i połączeń dostępowych i stawek za telefony stacjonarne. Nie jesteśmy krajem najdroższym chociażby dlatego, że po prostu na więcej nie byłoby stać polskich klientów – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Tomasz Kulisiewicz, analityk wiodący Audytel S.A.

Kulisiewicz dodaje, że w Polsce bardzo wiele osób korzysta z telefonów komórkowych. Statystycznie na 100 mieszkańców przypadają 142 karty SIM. Badania Urzędu Komunikacji Elektronicznej pokazują, że wśród osób powyżej 15. roku życia niemal 90 proc. posiada telefon komórkowy.

– Dzięki temu, że jest powszechna łączność, to operatorzy mogli zejść na dość niski poziom, tym bardziej, że od czasu do czasu „wybuchały” wojny cenowe – podkreśla Kulisiewicz.

Według niego polski rynek telekomunikacji mobilnej jest w zasadzie oligopolem, czyli został zdominowany przez ograniczoną liczbę bardzo dużych spółek. Jednak klienci w większości odczuwają, że mają wolność wyboru. Dzięki temu czasem któryś z operatorów zdecyduje się na obniżkę cen, pociągając za sobą konkurencję.

– Jest tylko kilku graczy i nie bardzo jest miejsce dla kolejnych z powodu takiej, a nie innej polityki podziału częstotliwości zapoczątkowanej jeszcze w końcu lat 90. i trudną ją teraz zmienić, trzeba by przeprowadzić porządkowanie częstotliwości właściwie w całej Europie, albo i na całym świecie, co jest zadaniem niezwykle trudnym – przekonuje Kulisiewicz.

Dzięki powszechności telefonii oraz układowi sił wśród operatorów na polskim rynku ceny połączeń mobilnych należą do najniższych w Europie. Polacy średnio płacą za minutę 4,6 eurocenta. To wprawdzie ponad dwukrotnie więcej niż na Litwie, gdzie średnia cena to tylko 1,9 eurocenta, ale i tak Polska znalazła się na piątym miejscu w Unii (ranking nie uwzględnia jeszcze Chorwacji). Średnia unijna to 9,1 eurocenta, a w najdroższej Holandii za minutę płaci się niemal 15 centów. Polska jest znacznie tańsza niż inne kraje w regionie, takie jak Węgry (6 centów), Słowacja (9,1 centa) i Czechy (10,4 centa).

Kulisiewicz tłumaczy, że sięgające 774 proc. rozbieżności w cenach połączeń pomiędzy krajami UE można wytłumaczyć względami historycznymi. Według niego rynki telekomunikacyjne we wszystkich 28 krajach funkcjonują niezależnie od siebie.

– Zarówno połączenia stacjonarne, połączenia mobilne, jak i dostęp do internetu nigdy nie były rynkami europejskimi, zawsze to były rynki krajowe o bardzo różnej historii, zarówno samego rynku, odbiorców tego rynku, infrastruktury, operatorów działających, jak i regulatorów, które też wymuszają takie, a nie inne warunki zmian cen – wyjaśnia Kulisiewicz.

Analityk dodaje, że tak duże różnice w cenach połączeń telefonicznych pomiędzy krajami UE nie są uzasadnione stopniem rozwoju ani proporcjonalne do zamożności społeczeństwa. Według danych Komisji Europejskiej rozbieżności w cenie np. mleka są znacznie mniejsze i wynoszą zaledwie 43 proc. W przypadku produktów kupowanych rzadziej, takich jak np. zaawansowana elektronika, różnice to jedynie ok. 10 proc.

Wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej ds. Agendy Cyfrowej Neelie Kroes chce we wrześniu przedstawić nowy pakiet propozycji legislacyjnej, które mają służyć wzmocnieniu jednolitego unijnego rynku telekomunikacyjnego. Bruksela chce docelowo doprowadzić do tego, by połączenia w obrębie UE były traktowane jako krajowe. Kulisiewicz podkreśla jednak, że w tej chwili nie może być jeszcze mowy o jednolitym unijnym rynku w tym sektorze.

Nowe zasady finansowania projektów energetycznych – dużo ograniczeń dla elektrowni na węgiel

Banki na świecie są w trakcie zmian swoich strategii dotyczących finansowania projektów energetycznych. Ze względu na wysoką emisyjność CO2 nie chcą już finansować tych inwestycji, które do produkcji energii wykorzystują węgiel kamienny, brunatny oraz ropę. Nowa strategia instytucji finansowych wpisuje się w aktualne kierunki polityki klimatycznej. Ostatnio dołączył do nich Europejski Bank Inwestycyjny (EBI), który opublikował nowe kryteria udzielania pożyczek na projekty energetyczne.

Obecnie większość projektów energetycznych opartych o węgiel i ropę nie ma szans na uzyskanie finansowania z EBI, bo nie spełni nowych wymagających kryteriów. Główne z nich wyznacza bowiem maksymalny akceptowalny poziom emisyjności dwutlenku węgla przy produkcji energii, który wynosi 550 gramów CO2/kWh. Sprostać tym parametrom mogą jedynie elektrownie węglowe, które w dużej proporcji spalają biomasę (ponad 25 proc.) oraz elektrownie kogeneracyjne.

– Świat zachodni traktuje ocieplenie globalne i wpływ człowieka na zmiany klimatu bardzo poważnie. Dlatego instytucje finansowe, takie jak EBI czy Bank Światowy próbują pokazywać, że są sposoby rozwoju, które zaspokajają nasze potrzeby, czyli to żebyśmy mieli prąd w gniazdku i ogrzewanie, a żeby to nie było produkowane z węgla – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jakub Gogolewski, koordynator ds. energii, CEE Bankwatch Network/ Polska Zielona Sieć.

Nowe zasady udzielania pożyczek na projekty energetyczne ma również Bank Światowy, który wprowadził je tydzień wcześniej niż EBI. W projekty węglowe nie wchodzą również takie banki jak: HSBC, Nordycki Bank Inwestycyjny, Storebrand oraz Portigon.

Ekspert tłumaczy, że EBI w swej polityce zdecydował się postawić na tzw. „wygrane” kierunki rozwoju, które zapewniają bezpieczeństwo energetyczne, a jednocześnie konkurencyjność gospodarek. Oznacza to, że projekty finansowane przez EBI są zgodne z wymaganym poziomem emisji gazów cieplarnianych na poziomie międzynarodowym.

– EBI wprowadził po raz pierwszy dosyć nowatorskie rozwiązanie, coś co się nazywa Emission Performance Standard. Po polsku byłaby to maksymalna dopuszczalna wysokość emisji, którą bank jest w stanie zaakceptować przy inwestycji w nową jednostkę wytwarzającą energię czy to elektryczną, czy cieplną – wyjaśnia Jakub Gogolewski.

Ograniczenia dla projektów obarczonych wysoką emisją CO2 wynikają z prawa energetycznego UE, w tym m.in. z tzw. „trajektorii emisji dwutlenku węgla w UE”. Aktualnie toczy się także dyskusja na temat celów redukcyjnych na 2030 rok. Zobowiązania, które z niej wynikną mogą mieć dodatkowy wpływ na politykę kredytową banków na świecie.

Kolejnym kryterium EBI nałożonym na projekty energetyczne jest modelowa cena CO2, która odzwierciedla przyjęte przez państwa członkowskie cele redukcji dwutlenku węgla. Oznacza to, że analizując opłacalność projektu za tonę dwutlenku węgla bank policzy 28 euro, podczas gdy w ostatnim roku cena rynkowa CO2 wahała się w przedziale od 3,75 euro do 6 euro.

– Jeżeli teraz chcemy redukować emisje, musimy w taki sposób pogodzić modelową cenę CO2, aby stwarzać odpowiednie bodźce dla firm. Żeby wystarczająco szybko redukowały inwestycje, te źródła wytwarzania, które są oparte na źródłach kopalnych, zaczynając od regulowania najbardziej emisyjnych, czyli właśnie węgla i ropy i zastępując je tymi źródłami wytwarzania, które nie emitują. Na takiej zasadzie EBI przyjął cenę, która jest inna niż cena rynkowa dwutlenku węgla – tłumaczy.

Cena naliczana przez EBI ma nadal rosnąć, by w 2030 roku osiągnąć poziom 45 euro. Ekspert dodaje również, że inwestowanie wyłącznie w jeden rodzaj projektów jest dla banków po prostu ryzykowne.

– Od ostatnich 20-30 lat w świecie technologicznym dokonuje się prawdziwa rewolucja. Te same potrzeby można zaspokajać w zupełnie inny sposób i międzynarodowe banki publiczne dostrzegają, że inwestowanie w firmy, które opierają się tylko i wyłącznie na jednym modelu, staje się ryzykowne – tłumaczy Gogolewski. – Jeżeli koncentracja takich firm w portfelu banku jest zbyt duża, tak jak każda rozsądna instytucja finansowa, bank będzie zmierzał do tego, żeby to ograniczyć.

Obecnie projekty energetyczne, które ubiegają się o finansowanie w bankach, muszą spełniać wymogi prawa UE, w tym dyrektywy CCS oraz dyrektywy o emisjach przemysłowych. Również pod względem technologii muszą być nowoczesne i ekologiczne.

Jaki jest wpływ gospodarki Chin na ogólnoświatowy rynek miedzi?

– Rynki nie oczekują teraz raczej po Chinach zbyt wiele – mówi Dorota Sierakowska, analityk surowcowy w DM BOŚ. Mimo to rynek miedzi wciąż jest bardzo wrażliwy na wszelkie informacje płynące z gospodarki Państwa Środka. Nieco lepsze od spodziewanych dane o bilansie handlowym Chin sprawiły, że wczoraj ceny surowca na giełdzie w Londynie były najwyższe od siedmiu tygodni. Tona kosztowała 7 189 dolarów.

– Chiny wpływają w bardzo dużym stopniu na rynek miedzi. Głównie przez to, że są największym odbiorcą tego metalu na świecie. Odpowiadają za około 40 proc. całkowitego globalnego popytu na miedź, więc trudno, żeby dane makro z tej gospodarki nie wpływały na oczekiwania dotyczące popytu na miedź – mówi Dorota Sierakowska, analityk rynku surowców Domu Maklerskiego BOŚ.

Dało się to zauważyć w ostatnim czasie. Relatywnie słabe i rozczarowujące inwestorów dane z Chin doprowadziły w ostatnich miesiącach do spadku notowań surowca na świecie. W ciągu ostatniego pół roku miedź potaniała o ponad 15 proc.

– Wczoraj z kolei pojawiły się bardzo dobre dane, dotyczące importu między innymi miedzi do Chin i handlu zagranicznego, co podbiło wyraźnie notowania tego metalu – mówi Dorota Sierakowska.

Na londyńskiej giełdzie metali odnotowano w czwartek ponad 2-procentowy wzrost kursu. Inwestorzy za dobry znak wzięli informację, że import miedzi do Chin w lipcu wyniósł prawie 411 tysięcy ton, czyli ponad 8 proc. więcej niż w czerwcu. Jak podkreśla ekspertka, nie musi to wcale oznaczać polepszenia kondycji chińskiej gospodarki, bo miedź jest wykorzystywana jako zabezpieczenie transakcji finansowych, ale też ze względu na różnice w cenach – opłaca się ją importować z Londynu i sprzedawać na chińskim rynku.

– Ogólnie tendencja na rynkach jest teraz taka, że raczej po Chinach nie oczekuje się zbyt wiele. Jeszcze na początku tego roku na rynkach bardzo wiele oczekiwano po danych z Chin: że po słabszej drugiej połowie poprzedniego roku w tym roku zobaczymy ożywienie, szybsze tempo rozwoju gospodarczego, ale niestety tak się nie stało. W kolejnych miesiącach te dane były cały czas weryfikowane w dół – mówi Dorota Sierakowska.

Dziś sytuację na rynkach będą kształtować kolejne dane z Chin, czyli o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i inwestycjach w aglomeracjach miejskich.

– Można się spodziewać, że kolejne dane nie będą najlepsze, nie będą spektakularne, ponieważ gospodarka chińska radzi sobie gorzej niż oczekiwano jeszcze kilka miesięcy temu. Zresztą to samo przyznają władze Chin, które też obniżyły trochę swoje prognozy dotyczące np. rozwoju gospodarczego w Chinach – podkreśla analityczka DM BOŚ.

Według rządowego planu PKB Chin wyniesie w tym roku 7,5 proc.

ENEA wejdzie w skład elitarnego indeksu WIG30

Warszawska giełda 23 września rozpocznie publikację indeksu WIG30. Indeks ten będzie obejmował 30 największych i najbardziej płynnych spółek notowanych na głównym rynku GPW. ENEA wejdzie w skład tego prestiżowego indeksu od jego pierwszego notowania.

Problemy gospodarek strefy euro zaczynają dotykać funduszy Private Equity

W całej Europie spada liczba wyjść funduszy PE z dużych inwestycji. W roku 2012 było ich 61 w porównaniu z 85 w roku 2011. Wynika to między innymi z niższej rentowności spółek portfelowych i problemów ze znalezieniem inwestorów. Mimo to fundusze PE wciąż dobrze sobie radzą z budowaniem wartości spółek, w które inwestują. W związku z tym inwestycje za pośrednictwem PE mogą się bardziej opłacać niż na przykład giełdowe inwestycje w akcje dużych spółek.

Tegoroczne, ósme już badanie EY, oparte jest o dane dotyczące kondycji finansowej ponad 380 firm z całej Europy, których udziałowcami są lub były fundusze Private Equity. Warunkiem włączenia firmy do badania był próg wartości spółki (ang. Enterprise Value) w wysokości 150 mln Euro w momencie wejścia funduszu PE.

Chudsze lata – niższe stopy zwrotu, ale wciąż wyższe niż w przypadku spółek publicznych

Eksperci EY zwracają uwagę na różnice w potencjalnej rentowności funduszy PE w okresie dynamicznego wzrostu gospodarczego w porównaniu z ostatnimi, kryzysowymi latami. Poziom stóp zwrotu z inwestycji w PE zależy, bowiem od zysków firm, w które fundusze inwestują. A zyski te, ostatnimi czasy, były mniej imponujące. – Nie ma wątpliwości, że największym wyzwaniem dla funduszy PE jest sytuacja makroekonomiczna. W latach 2005 – 2007 roczny wzrost EBITDA firm, w które inwestowały fundusze, wynosił 15,2%. To zdecydowanie więcej niż wzrost EBITDA spółek notowanych na giełdach (wynosił 11,2%). W latach 2010-2012 wzrost EBITDA wyniósł zaledwie 5,3%. To największy spadek w historii naszego badania, chociaż nadal wzrost EBITDA spółek portfelowych jest większy niż w przypadku spółek publicznych (4,1%) – mówi Brendan O’Mahony, Partner Zarządzający działem Doradztwa Transakcyjnego EY Polska. – Da się zauważyć zaniepokojenie w sektorze PE, a wraz ze spadającym zyskiem z inwestycji inwestorzy funduszy stają się bardziej wybredni. W rezultacie zdobycie środków na kolejne inwestycje będzie stanowiło wyzwanie dla niektórych funduszy – dodaje Brendan O’Mahony.

W związku z dużą niepewnością na rynkach fundusze PE mniej aktywnie poszukują możliwości inwestowania. W 2012 roku w Europie miały miejsce 92 inwestycje o wartości minimum 150 milionów Euro, w porównaniu z 100 takich inwestycji w 2011 roku.

Mniejsza aktywność PE w Europie, ale Polska zieloną wyspą

Raport EY zwraca też uwagę, że wśród nabywców udziałów w firmach, z których wychodziły fundusze PE w roku 2012 było niewiele podmiotów europejskich, co również świadczy o trudnej sytuacji gospodarczej na kontynencie. – Mniej niż 40% firm, z których wycofywały się fundusze, trafiło w ręce europejskich inwestorów. To najmniej od 2005 roku – mówi Brendan O’Mahony. Jego zdaniem dowodzi to, że europejskie firmy nie mają pewności co do przyszłości gospodarczej i powstrzymują się przed transakcjami fuzji i przejęć. – Z drugiej jednak strony, zwiększyła się liczba inwestorów z USA i innych regionów świata przejmujących firmy od funduszy PE – dodaje O’Mahony.

Polska zdaje się jednak opierać kontynentalnemu trendowi. Eksperci EY podkreślają dużą aktywność funduszy PE na polskim rynku w ostatnich 12 miesiącach. Największą transakcją była sprzedaż przez Mid Europa Partners firmy LuxMed za około 400 milionów euro. Ponadto Abris Capital Partners weszło w Investors Holdings i przejęło BPH TFI oraz zainwestowało w rumuńską firmę kurierską Cargus, Mid Europa Partners kupiło sieć laboratoriów medycznych Alpha Medical, Advent International Corporations kupił Eko Holding, Enterprise Investors sprzedało swoje udziały w Zelmerze, Riverside Partners wyszło z firmy MK Żary, Innova Capital wyszła z Donako i jednocześnie zainwestowała w rumuńską grupę energetyczną EnergoBit, Value4Capital nabyło udziały w Home.pl, a MCI Management wycofało się z Mall.cz.

Fakty i mity o funduszach PE

Eksperci EY w swoim opracowaniu mierzą się również z trzema głównymi mitami na temat funduszy Private Equity. Na przykładzie badania przeprowadzonego na ponad 500 dużych firmach z całej Europy w latach 2005 – 2012 dowodzą, że wbrew obiegowym opiniom, fundusze PE przyczyniają się do tworzenia nowych miejsc pracy w przedsiębiorstwach, w których obejmują udziały. Od wejścia funduszu PE do momentu wyjścia z inwestycji zatrudnienie w badanych firmach wzrastało średnio o 2%. Wskaźnik ten jest bardzo zbliżony do tego osiąganego w podobnej wielkości spółkach notowanych na giełdach. Tam stopa wzrostu zatrudnienia wynosiła w tym samym czasie 2,2%. Co ważniejsze – inwestycje funduszy powodowały zarówno wzrost zatrudnienia jak i wydajności – o 7% rocznie.

Potoczna opinia o funduszach PE, że często pozbywają się najcenniejszych aktywów firm, w które inwestują jest również sprzeczna z wynikami badań EY. Według raportu 80% inwestycji zrealizowanych przez fundusze PE przyniosło pozytywne efekty dla inwestorów badanych firm. Ponadto w aż 44% przypadków, po inwestycji funduszu PE w firmę, następowały kolejne akwizycje, a tylko w 1 przypadku na 10 następowało zbycie aktywów.

Trzecim i ostatnim mitem, z którym mierzą się twórcy raportu jest opinia o tym, że fundusze PE mają niewielki wpływ na efektywność organizacji, a ich zyski z „wyjścia” z inwestycji to wyłącznie efekt dźwigni finansowej. Tymczasem badanie EY pokazuje, że zwiększanie wartości firm odbywa się także poprzez zmianę strategii i poprawę efektywności przedsiębiorstw w efekcie współpracy z funduszami.

Jerzy Szulwic pokieruje rozwojem nowych mediów w PMPG

Jerzy Szulwic objął nowoutworzone stanowisko R&D Managera w Platformie Mediowej Point Group. Będzie odpowiadał za tematy związane z rozwojem i wdrażaniem nowych technologii w segmencie mediów.

Szulwic przejmie nadzór nad działem IT w wydawnictwie oraz nad rozwojem serwisów internetowych. Do tej pory działy te podlegały dyrektorowi wydawniczemu. Ponadto w zakresie odpowiedzialności Szulwica znajdzie się poszukiwanie i wdrażanie nowych technologii do dystrybucji treści w obszarze web, web mobile, tablety oraz integracja z serwisami społecznościowymi.

Głównymi serwisami internetowymi w portfolio PMPG są obecnie serwisy związane z tytułami WPROST (www.wprost.pl) oraz „Do Rzeczy” (www.dorzeczy.pl). Serwis Wprost.pl, który w ubiegłym roku przeszedł gruntowną przebudowę, jest liderem rynku w segmencie z serwisów internetowych tygodników opinii. Notuje prawie 1,6 mln unikalnych użytkowników i ok. 6,5 mln odsłon miesięcznie. Obecnie trwają testy mobilnej wersji serwisu, w całości przygotowanej przez dział IT PMPG. Od niedawna Wprost.pl jest również dostępne w wersji dźwiękowej w serwisie Audioteka.pl.

W serwisie Wprost.pl dostępne są – z kilkudniowym opóźnieniem – teksty z wydań papierowych, na bieżąco – zajawki najważniejszych materiałów numeru oraz informacje o aktualnych wydarzeniach, gorące komentarze dziennikarzy „Wprost”, a także materiały ekskluzywne i multimedialne. Wprost.pl relacjonuje też na żywo niektóre wydarzenia (głównie sportowe).

Jerzy Szulwic jest praktykiem rynku prasowego, twórcą wielu udanych projektów wydawniczych. Doświadczenie zdobywał m.in. w wydawnictwie Hearst Marquard Publishing (Cosmopolitan) oraz w Wydawnictwie Bauer. W latach 1998- 2009 jako dyrektor wydawniczy i wiceprezes brał udział w rozwoju trzech segmentów prasy, wprowadzał nowe tytuły i rozwijał istniejące. Obecnie specjalizuje się w opracowywaniu strategii i doradzaniu w dziedzinie nowych mediów, elektronicznej dystrybucji kontentu (wydawcy prasowi, portale, ebooki), nowych modeli biznesowych dla mediów. Od lutego 2013 r. Jerzy Szulwic jest członkiem Rady Nadzorczej AWR „Wprost” Sp. z o.o.

Zgoda UOKiK na przejęcie przez Burda International spółek G+J

Burda International GmbH uzyskała zgodę Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów na przejęcie kontroli nad polskimi spółkami wydawniczymi grupy Grüner+Jahr.

W wyniku przejęcia powstanie wydawnictwo posiadające w swoim portfolio ponad 30 czasopism oraz 20 stron internetowych, ugruntowane marki oraz wydawnictwo książkowe. Burda zajmie tym samym wiodącą pozycję w segmencie międzynarodowych magazynów luksusowych i lifestylowych w Polsce i wzmocni swoje udziały w Europie Wschodniej. Spółkami zarządzać będą Magdalena Malicka (wcześniej G+J) i Justyna Namięta (Burda Media Polska).

Do dotychczasowego portfolio Burdy z międzynarodowymi, odnoszącymi sukcesy tytułami, jak Elle, Elle Deco, Instyle dołączą kolejne silne marki jak Glamour, National Geographic oraz Gala. Z 23-procentowym zasięgiem czytelnictwa Burda znajdzie się w grupie trzech największych wydawców czasopism w Polsce.

Fabrizio D’Angelo, CEO Burda International: „Dla Burdy w Polsce osiągnięcie tak mocnej pozycji stanowi znakomity fundament dla rozbudowy głównego zakresu działalności wydawniczej. Ta transakcja jasno określa strategię wydawnictwa Hubert Burda Media. Wierzymy w biznes wydawniczy i inwestujemy w magazyny, dlatego zamierzamy dalej rozwijać istniejące portfolio czasopism. Stwarza to także najlepsze warunki dla kolejnych inwestycji w dziedzinie mediów elektronicznych. Dzięki temu będziemy w stanie optymalnie wykorzystać szanse biznesowe, jakie daje przedsiębiorcom rozwijająca się polska gospodarka.”

Przewidywany spadek cen autogazu nastąpi po wprowadzeniu możliwości samodzielnego tankowania

Już za kilka miesięcy kierowcy posiadający samochody z instalacją gazową sami zatankują paliwo. Dzięki wprowadzeniu samoobsługi tankowanie będzie szybsze, a stacje będą mogły zaoszczędzić nawet 300 mln zł, głównie na szkoleniach dla pracowników. Jednak nie wszędzie od razu będzie można samodzielnie tankować gaz.

By umożliwić samoobsługę na stacjach autogazu konieczne są zmiany w dwóch rozporządzeniach.

– Jedno podlega ministrowi gospodarki, drugie – ministrowi transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Jeszcze czekamy na zakończenie prac i konsultacji w ministerstwie transportu, ale również mamy pozytywny sygnał, że to szybko nastąpi – mówi Leszek Wieciech, prezes Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego. – W związku z tym należy zakładać, że za miesiąc, dwa samoobsługa wejdzie i w czwartym kwartale, być może jeszcze pod koniec trzeciego kwartału, będziemy mieli dopuszczone samoobsługowe tankowanie autogazu.

Według niego wprowadzenie samoobsługi może spowodować natychmiastowy spadek cen autogazu. Niektóre firmy, które zapowiadają szybkie umożliwienie klientom samodzielnego tankowania, już zapowiedziały, że uwzględnią to w cenie. W tej chwili stacje sprzedające autogaz ponoszą duże koszty związane z obowiązkowymi szkoleniami pracowników.

– Obecnie osoby tankujące autogaz muszą przejść szkolenie zakończone egzaminem. Przy częstej rotacji personelu na stacjach paliw te koszty rosną. Bardzo często zdarza się, że pracownik ze stacji paliw bardzo szybko odchodzi, po kilku, czasami kilkunastu miesiącach. W związku z tym trzeba szkolić kolejną osobę. To są koszty firm paliwowych. Pracownicy stacji nadal będą szkoleni, natomiast to będą zupełnie bezkosztowe szkolenia i to przyczyni się do oszczędności firm paliwowych – uważa Wieciech.

Prognozuje, że nie wszystkie stacje zdecydują się na wprowadzenie takiej procedury od razu.

– Podejrzewam, że w pierwszym okresie zdecyduje się na to stosunkowo mała liczba firm, natomiast stopniowo będzie ona rosła i kierowcy na pewno będą optowali za tego typu formą tankowania – przewiduje Wieciech. – Zdecydowana część przedsiębiorców jeszcze nie przystosowała swoich stacji. Ten proces będzie stopniowy i będzie dotyczył każdej stacji indywidualnie, bo wiąże się to z pewnymi nakładami, wprowadzaniem zabezpieczeń. Nie chcemy poświęcić bezpieczeństwa, aczkolwiek tych zagrożeń jest praktycznie minimalna ilość.

Dodaje, że samoobsługa na stacjach autogazu jest standardem w całej Europie. W Niemczech można tankować legalnie nawet z użyciem tzw. przejściówek, czyli adapterów do zaworu tankującego. Są one niezbędne, ponieważ zawory montowane w poszczególnych krajach różnią się nieco pomiędzy sobą. Komisja Europejska planuje wprowadzić standardowy zawór, tzw. euro connector, ale to może nastąpić w perspektywie kilku lat.

Wieciech dodaje, że oszczędności finansowe oraz dostosowanie Polski do europejskiej normy to nie wszystkie korzyści z wprowadzenia samoobsługi na stacjach autogazu. Kierowcy zyskają też na czasie, bo nie będą musieli czekać na specjalnie wyszkolonego pracownika.

– Zawodowi kierowcy czy taksówkarze bardzo często łamiąc obecne przepisy podjeżdżają, i sami tankują, w ten sposób przyspieszając ten proces – podkreśla Wieciech. Dodaje: – Myślę, że wprowadzenie tych przepisów przyczyni się wreszcie do tego, że wlewy paliwa nie będą już umieszczane przez montażystów w trudno dostępnych miejscach.

Jak podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria prezes POPiHN, samodzielne tankowanie autogazu przez kierowców nie niesie ze sobą żadnego zagrożenia. Podobne rozwiązania są stosowane we wszystkich krajach europejskich. Wieciech przypomina, że gdy na początku lat 90. kierowcy zaczęli samodzielnie tankować benzynę i olej napędowy, również pojawiały się obawy o bezpieczeństwo tej procedury.

– Były głosy sprzeciwu, głosy straszące, że będzie dochodziło do wybuchów, do innych wypadków. Teraz sobie nie wyobrażamy sytuacji, kiedy podjeżdżamy na stacje paliw i nie możemy sami zatankować swojego pojazdu benzyną czy olejem napędowym. Dokładnie tak samo będzie z autogazem – prognozuje Wieciech.

Po zmianie przepisów nadal można będzie skorzystać z pomocy pracownika stacji. Pracownicy stacji nie będą musieli kończyć kosztownych szkoleń.

Bayer otwiera oddział w Gdańsku, powstanie 250 nowych miejsc pracy

0

Bayer rozwija działalność w Polsce. W centrum finansowo-księgowym w Gdańsku pracę docelowo znajdzie 250 osób. Niemiecki koncern zajmujący się produkcją leków, nowoczesnymi materiałami oraz ochroną zbóż i nasion prowadzi w okolicach Poznania badania nad nowymi gatunkami rzepaku.

Centrum finansowo-księgowe w Gdańsku to jedno z czterech takich centrów niemieckiego koncernu w Europie.

– Gdańsk został wybrany po zaciekłej rywalizacji pomiędzy wieloma europejskimi miastami i bardzo nas to cieszy. Ostatecznie w ciągu dwóch lat będziemy mieli ponad 250 zatrudnionych tam osób – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Christophe Dumont, prezes Bayer sp. z o.o.

Centrum finansowo-księgowe w Gdańsku znajduje się w kompleksie Olivia Business Centre. Decyzja o wyborze stolicy województwa pomorskiego zapadła w marcu ubiegłego roku, a w marcu 2013 r. centrum oficjalnie rozpoczęło działalność. Gdańsk pokonał w walce o inwestycję Bayera polskie (m.in. Poznań, Wrocław i Katowice) oraz zagraniczne miasta (Wilno, Tallinn). Po zakończeniu rozbudowy centrum będzie zajmować powierzchnię 2500 m kw.

Dumont zaznacza, że już teraz pracownicy centrum korzystają z zagranicznych szkoleń oferowanych przez Bayera.

– Niektórzy z tych ludzi są już szkoleni w Niemczech. Dla nas ważne jest to, że mamy szansę na zdobycie bardzo dobrych pracowników, którzy zdobyli wykształcenie w Polsce, ale mają szansę na rozwój za granicą, a konkretnie w Niemczech i w naszym drugim centrum finansowym w Hiszpanii. Dzięki temu mają szersze perspektywy i ostatecznie są jeszcze lepszymi pracownikami – zaznacza Dumont.

Niemiecki koncern rozwija w Polsce również działalność badawczą. Dotyczy ona hodowli nowych odmian rzepaku. Na ponad 20 tysiącach poletek badawczych w okolicach Poznania oddział Bayer CropScience zajmuje się badaniami pod kątem wysokości plonów i zimotrwałości odmian tej popularnej rośliny uprawnej. Właśnie te cechy są najważniejsze dla rolników w tej części Europy.

– Wynika to z tego, że w Polsce są bardzo surowe zimy, a nasiona są wysiewane w sierpniu i wrześniu. Więc faktycznie wykorzystujemy tę stację hodowli w pobliżu Poznania do zidentyfikowania najlepszych genetycznie odmian, zaadaptowanych do Polski i do krajów w otoczeniu Polski. Na przykład rolnicy z krajów bałtyckich mogą również bardzo skorzystać na tej stacji hodowlanej – przewiduje Dumont.

Dziś zostanie opublikowany skład indeksu giełdowego WIG30, będzie to elita polskich spółek

Warszawska giełda dziś wieczorem poinformuje, jakie spółki znajdą się w składzie nowego indeksu WIG30, którego notowania mają się rozpocząć 23 września. Jak wyjaśnia prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, dobór spółek do nowego głównego indeksu giełdy będzie oparty na obiektywnych kryteriach. Analitycy prognozują, że zainteresowanie wybranymi nowymi spółkami ze strony inwestorów powinno się zwiększyć.

– Spółki, które wejdą do głównego indeksu giełdowego, czyli do WIG30 będą wybierane w wyniku skonstruowania odpowiedniego rankingu, w którym bierzemy pod uwagę dwa czynniki: kapitalizację, tzw. free float, jak również obroty za okres ostatnich 12 miesięcy – ­wyjaśnia Adam Maciejewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Taki ranking zostanie opublikowany w czwartek wieczorem i wtedy opublikujemy również pełen skład indeksu WIG30.

Władze GPW mają nadzieję, że dzięki powstaniu nowego indeksu zwiększy się stabilność rynku, a 10 dodatkowych spółek przyciągnie więcej inwestorów, a także firm, które chciałyby być notowane w Warszawie. Maciejewski zaznacza, że przy wyborze składu WIG30 nie będzie brany pod uwagę np. kurs danej spółki. Jego zdaniem nie ma to znaczenia dla płynności rynku.

– Dobór spółek do nowego indeksu opiera się na obiektywnych kryteriach. Oczywiście, można zawsze wykluczyć spółkę z indeksu, jeśli są ku temu określone poważne czynniki, ale na pewno do takich czynników nie należy aktualna sytuacja, trochę lepsza czy trochę gorsza, danej spółki – mówi prezes GPW Agencji Informacyjnej Newseria. – Na pewno będzie to elita polskich spółek notowanych na giełdzie.

Jacek Buczyński, analityk Biura Maklerskiego Deutsche Bank PBC uważa, że na wybrane do WIG30 firmy będzie to miało pozytywny wpływ. Inwestorzy, szczególnie instytucjonalni, będą dostosowywać swoje portfele do składu nowego podstawowego indeksu warszawskiej giełdy. Co za tym idzie ich zainteresowanie tymi spółkami powinno wzrosnąć, szczególnie na początku.

– Tak to nieraz bywało, że w momencie wejścia do indeksu WIG20, zainteresowanie daną spółką było dosyć duże, natomiast z czasem ono trochę malało. Nie można wykluczyć, że w przypadku niektórych firm, które mają wejść do nowego indeksu, sytuacja będzie podobna – mówi Buczyński. – Niemniej jednak na pewno zainteresowanie ze strony inwestorów powinno być większe, a w ślad za tym idzie także płynność.

Najkorzystniejsza sytuacja na rynku nieruchomości od lat – trzeba inwestować

Mieszkanie z przeznaczeniem na wynajem opłaca się teraz kupić nawet na kredyt. Jak tłumaczy Bartosz Turek, analityk Lion’s Bank, przychody z najmu wystarczą nie tylko na opłacenie raty kredytu i pokrycie wszystkich kosztów związanych z nieruchomością, ale część pieniędzy pozostanie też w kieszeni właściciela. Najlepiej inwestować w mniejsze, dwupokojowe mieszkania o powierzchni 40-45 mkw, bo na nie jest największy popyt wśród wynajmujących. Najlepiej, by były położone w centrum miasta bądź w okolicach, w których skupiają się pracodawcy, czyli np. tam, gdzie jest dużo biurowców.

Nieruchomości jako bezpieczne formy lokowania kapitału zyskują na popularności. W ostatnich miesiącach blisko 15 proc. nabywców mieszkań dokonało zakupu w celach inwestycyjnych – wynika z badania Lion’s Banku. Oznacza to, że jest ich dwa razy więcej niż jeszcze pół roku temu. Większość inwestorów oczekuje przede wszystkim odpowiednich przychodów z najmu i wzrostu wartości lokalu w długim okresie.

– W tym momencie mamy ciekawą sytuację, głównie na rynku kredytowym, bo mamy rekordowo tanie kredyty hipoteczne – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Bartosz Turek, analityk Lion’s Bank.

Mimo konieczności spłacania rat kredytu taka inwestycja może być dla nabywcy opłacalna. W ostatnim czasie rentowność najmu istotnie wzrosła (ceny mieszkań spadły w większym stopniu niż czynsze). Co więcej, obecnie jest ona również znacznie wyższa niż oprocentowanie lokat. Z analiz Lion’s Bank wynika, że przeciętna rentowność brutto mieszkań w dużych miastach (czyli stosunek rocznego przychodu, który może dać wynajmowane mieszkanie do jego wartości) wynosi około 7 proc.

– Jeżeli oprocentowanie sięga 4-4,5 proc. w skali roku, a potencjalna rentowność wynajmu mieszkania w dużym mieście to jest około 7 proc., to już nawet inwestując posiadaną zdolność kredytową, niekoniecznie posiadaną gotówkę, można uzyskać pewne dodatkowe dochody ponad to, co będziemy musieli zapłacić do banku – tłumaczy Bartosz Turek. – Pieniędzy z przychodów z najmu wystarcza nam na to, żeby opłacić ratę kredytową, zapłacić wszystkie koszty związane z posiadaniem nieruchomości i jeszcze coś powinno zostać.

Zaznacza przy tym, że na rynku nieruchomości nie było od dawna tak korzystnej sytuacji jak obecna.

– To stymuluje dużą popularność wśród inwestorów, właśnie z rynku mieszkaniowego. Tego też od dawna nie widzieliśmy – dodaje Turek.

Niewielki metraż i w dobra lokalizacja

Najbardziej opłaca się inwestować w mieszkania o niewielkich metrażach, bo na nie jest największy popyt wśród wynajmujących.

– Przede wszystkim kupujmy mieszkania z segmentu popularnego, bo te będzie najłatwiej wynająć, a więc lokale małe, dwupokojowe o powierzchni 40-45 metrów kwadratowych. Ewentualnie lokale trzypokojowe – te są bardziej preferowane przez studentów – mówi ekspert. – Ważna jest lokalizacja blisko centrum lub przynajmniej dobrze skomunikowane z centrum, np. metrem czy tramwajem.

Jeśli decydujemy się na zakup nieruchomości pod wynajem poza centrum miasta, warto zwrócić uwagę na miejsca, w których skupiają się pracodawcy.

– Przez osoby pracujące w korporacjach preferowane jest nowe budownictwo, więc nowe inwestycje w okolicach, gdzie jest dużo biurowców też mogą przynieść spore stopy zwrotu. Dlatego warto zastanowić się nad takimi nieruchomościami – radzi Turek.

Nie oznacza to, że w mniejszych miejscowościach takie inwestycje nie są opłacalne. Ich atrakcyjność w oczach najemców będzie zależała od wielu czynników. Jednym z nich są czynsze możliwe do uzyskania na poszczególnych rynkach.

– Jeżeli duże zakłady pracy czy duże firmy lokują tam swój biznes, warto rozważyć tego typu inwestycje – dodaje Bartosz Turek.

Popyt krajowy będzie rósł, ale powoli. Eksport wzrasta mimo kryzysu

Według danych GUS w 2012 r. eksport towarów z Polski zwiększył się o 4,9 proc. (o około 6,8 mld euro) w porównaniu z 2011 r. Jego wartość wyniosła 143,5 mld euro. Najszybciej rósł eksport artykułów rolno-spożywczych. – Sam fakt, że w czasie kryzysu jednak udaje się utrzymać wzrost eksportu, świadczy o tym, że jednak polskie firmy bardzo walczą o światowe rynki – podkreśla ekonomista Andrzej Bratkowski.

– Mimo że kryzys na zewnątrz jest większy niż w Polsce, to ze względu na bardzo wolny wzrost czy nawet realny spadek popytu krajowego, polskie firmy szukały swojej szansy na tym znacznie większym rynku, na którym nawet w warunkach stagnacji łatwiej znaleźć jakąś niszę. W rezultacie nastąpił wzrost eksportu, który jest większy niż wzrost PKB – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Andrzej Bratkowski, ekonomista, członek Rady Polityki Pieniężnej.

Według danych GUS w roku 2012, podobnie jak w latach poprzednich, relatywnie szybko rósł eksport na rynki rozwijające się i słabiej rozwinięte – o blisko 19 proc., do 25,5 mld euro. Eksport na rynki rozwinięte zwiększył się natomiast o 2,4 proc. (do 118 mld euro).

Eksport do UE wzrósł o 2,3 proc. (do ponad 109 mld euro), w tym na Litwę o 18,5 proc. (do 2,3 mld euro), Słowację o 11 proc. (do 3,7 mld euro), do Wielkiej Brytanii o 10,2 proc. (do 9,7 mld euro). Wśród rynków UE największą poprawę salda odnotowano w handlu z Niemcami, Wielką Brytanią oraz Czechami.

– Polskie firmy wykorzystują tę sytuację do tego, żeby lepiej konkurować zagranicą, w związku z tym też saldo naszego handlu się poprawia. To wynika w większym stopniu ze spadku importu niż ze wzrostu eksportu. Sam fakt, że w czasie kryzysu udaje się utrzymać wzrost eksportu, świadczy o tym, że polskie firmy bardzo walczą o rynki światowe – podkreśla ekonomista.

Polscy przedsiębiorcy zagranicą szukają remedium na mniejszy popyt na krajowym rynku, ale nawet mimo tego są bardziej skłonni próbować swoich sił w innych krajach. Zdaniem Bratkowskiego w najbliższym czasie nie ma co liczyć na znaczące wzmocnienie popytu krajowego.

– Z dużym prawdopodobieństwem popyt będzie się poprawiał, ale wydaje się, że będzie to proces powolny. Nie będziemy mieli do czynienia z gwałtownym przyśpieszeniem. Będzie stopniowa poprawa, najpierw konsumpcji, z czasem także inwestycji prywatnych. Mam nadzieję, że inwestycje publiczne ruszą trochę wcześniej, jak tylko sytuacja finansów publicznych trochę się poprawi – podsumowuje Andrzej Bratkowski.

Jak podaje GUS, w 2012 r. najszybciej wzrósł eksport artykułów rolno-spożywczych (o 17,5 proc., do blisko 18 mld euro), co wynikało z szybkiego wzrostu wywozu produktów roślinnych (o 35 proc.). Import artykułów rolno-spożywczych zwiększył się znacznie wolniej – o 7,4 proc., co wpłynęło na wzrost nadwyżki w obrotach tymi produktami o 1,7 mld euro, do poziomu 4,3 mld euro. Istotną poprawę salda zaobserwowano także w handlu wyrobami chemicznymi, gdzie w wyniku wzrostu eksportu o 6,3 proc. i spadku importu o 1,2 proc., deficyt obrotów spadł do poziomu 6,3 mld euro wobec 7,8 mld euro w 2011 r. Z kolei eksport dominujących w polskiej wymianie z zagranicą wyrobów elektromaszynowych ukształtował się na poziomie prawie 56 mld euro, tj. o 1,1 proc. wyższym niż rok wcześniej.

W lipcu 2013 ogłoszono najwięcej upadłości od 10 lat. Bankrutują głównie w branży budowlanej

Branża budowlana wciąż w kryzysie. W lipcu w tym sektorze ogłoszono najwięcej upadłości – 33 przypadki, czyli jedną trzecią wszystkich upadłości. Problemy branży budowlanej pociągają za sobą bankructwa firm produkcyjnych i hurtowni. Upadać zaczęły także firmy przewozowe. W lipcu zbankrutowało w sumie 98 firm – najwięcej od 10 lat.

Siedem spośród szesnastu firm produkcyjnych, o których upadłości poinformowano w lipcu, to firmy budowlane. Najwięcej z nich upadło w południowych rejonach kraju, takich jak Śląsk, Dolny Śląsk, Podkarpacie i Małopolska. Plajtują głównie firmy specjalizujące się w budowie dróg i innych elementów infrastruktury (np. rurociągów czy sieci rozdzielczych i przesyłowych) oraz w pracach wykończeniowych (odwodnieniowych czy elektrycznych takich inwestycji).

Konsekwencją kryzysu w branży budowlanej były nie tylko upadłości firm produkcyjnych, ale również hurtowni. Spośród dwudziestu hurtowni, które upadły w lipcu, dziewięć zaopatrywało branżę budowlaną, a trzy sprzedawały artykuły do wyposażenia mieszkań.

– Od bardzo dawna nie widzieliśmy aż dwudziestu upadłości hurtowni w ciągu jednego miesiąca – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Grzegorz Błachnio ekspert Euler Hermes. – Najwięcej hurtowni, bo aż siedem, upadło w województwie mazowieckim.

Problemy ma również branża transportowa, chociaż w tym roku bankructw firm z tej branży nie jest znacznie więcej niż w ubiegłym roku. W transporcie pojawiają się jednak pewne nowe, niepokojące tendencje.

– Nowością w tym roku są bankructwa firm zajmujących się transportem osób, przewozami pasażerskimi. W samym lipcu mieliśmy do czynienia z trzema takimi upadłościami. Były to Przedsiębiorstwa Komunikacji Samochodowej, dwa z Małopolski, jedno ze Śląska – zauważa Błachnio. – Nie wynika to raczej ze spadku popularności takich przewozów. W większym stopniu to jest pochodna problemów finansowych właścicieli takich przedsiębiorstw, czyli głównie samorządów regionalnych czy wojewódzkich.

Główną przyczyną upadłości we wszystkich branżach jest utrata płynności finansowej.
– Do rzadkości należą przypadki, gdy o upadłość występuje zarząd widząc nadchodzące problemy, takie jak utrata głównego kontrahenta – mówi Błachnio. – Zdarza się, że zarządy podejmują wówczas decyzję o upadłości w trosce o zabezpieczenie wierzycieli. Najczęściej jednak przyczyną jest utrata płynności finansowej we wcześniejszym okresie – dodaje.

Komentarz dzienny, 8 sierpnia 2013

W czerwcu i zamówienia przemyśle (+3,8% wobec oczekiwań na poziomie 1,0%), i produkcja przemysłowa (+2,4% wobec oczekiwań na poziomie +0,3%) dopełniły pozytywnego obrazu gospodarki niemieckiej w II kwartale. Z naszym obliczeń opartych na produkcji przemysłowej i budowalno-montażowej wynika, że kwartalna dynamika PKB zakończyła I połowę roku w imponującym tempie, zbliżonym do 1%.

Dyrektorzy finansowi (CFO) zapowiadają wzrost i międzynarodową ekspansję swoich firm

Połowa dyrektorów finansowych (CFO) w USA z optymizmem myśli o najbliższych miesiącach, a 83 proc. ich szwajcarskich kolegów nie spodziewa się recesji w ciągu najbliższych dwóch lat. Większość CFO na świecie nie obawia się już kryzysu finansowego w Europie oraz spowolnienia gospodarczego w Chinach i USA. Menedżerowie odpowiedzialni za finanse przewidują wręcz, że ich firmy powrócą do strategii rozwoju organicznego, aktywności na rynku fuzji i przejęć (M&A) oraz zdobywania rynków międzynarodowych. To najważniejsze wnioski z badania przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte „Q1 2013 Global CFO Signals” w 16 krajach świata.

W odróżnieniu od ostatnich edycji badania, w których dominował pesymizm oraz ostrożne i zachowawcze podejście do prowadzenia biznesu, w obecnej edycji CFO na całym świecie są pełni optymizmu w prognozowaniu sytuacji w światowej gospodarce. Widać to szczególnie w regionie Azji i Pacyfiku oraz Ameryce Północnej. Nieco gorzej jest z nastrojami w Europie Zachodniej, która wciąż boryka się ze spowolnieniem gospodarczym. Nienajlepsza kondycja ekonomiczna krajów starej UE wzbudza obawy wśród finansistów szczególnie w Australii i Chinach, gdzie ponad połowa CFO wyraziła wątpliwości co do ożywienia w Europie. Choć niepewność dotycząca rozwoju sytuacji ekonomicznej w Wielkiej Brytanii zmniejszyła się do poziomu najniższego od dwóch i pół roku, dla odmiany w Belgii jedna czwarta respondentów nie spodziewa się wzrostu gospodarczego przed 2015 rokiem. Pozytywnym sygnałem jest jednak to, że CFO na całym świecie nie pytają „czy”, ale „jak” i „kiedy” ich firmy powrócą do realizowania strategii rozwoju czy np. ekspansji na rynku fuzji i przejęć – mówi Krzysztof Pniewski, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Na powrót optymizmu wyraźnie wskazuje spadek poziomu niepewności związanej z sytuacją gospodarczą w ocenach respondentów. Wśród przedstawicieli amerykańskich firm odsetek tzw. optymizmu netto, czyli różnicy osób wskazujących na poprawę sytuacji ekonomicznej i tych mówiących o pogorszeniu sytuacji wzrósł bardzo wyraźnie, z – 11 do + 32. Lepsze nastroje mają wyraźny pozytywny wpływ na oczekiwania dyrektorów finansowych. Około 65 proc. irlandzkich i 42 proc. niemieckich CFO spodziewa się wzrostu przychodów w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy, a więcej niż jedna trzecia menedżerów z Australii przewiduje wzrost zatrudnienia.

Dyrektorzy finansowi na całym świecie coraz odważniej mówią o rozwoju swoich organizacji, skupiając się przede wszystkim na rynkach międzynarodowych. W Irlandii 69 proc. CFO określa strategię przyjętą przez ich firmy jako ekspansywną, a nie defensywną, a w Holandii 71 proc. respondentów oczekuje, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy liczba transakcji M&A zwiększy się. Prawie 50 proc. szwedzkich menedżerów spodziewa się większej aktywności na rynku fuzji i przejęć, nawet pomimo obaw o popyt. Francuzi są raczej pesymistami, nie widząc możliwości rozwoju we własnym kraju, ale 40 proc. z nich dostrzega je na rynkach wschodzących.

Podbijanie nowych rynków i rozwój firmy kosztuje, więc badani coraz częściej biorą pod uwagę możliwość zwiększania zadłużenia. Kredyty popularne są m.in. w Finlandii czy Australii, a także Wielkiej Brytanii. Dzięki niższym kosztom oraz większej dostępności kredytów, zaciąganie pożyczek przez duże przedsiębiorstwa stanowi w dalszym ciągu jedną z najbardziej atrakcyjnych form pozyskiwania finansowania, choć nadal bardzo popularną drogą zdobywania pieniędzy na rozwój jest też emisja obligacji korporacyjnych – wyjaśnia Paweł Zarudzki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte. Tak jest m.in. w Norwegii, gdzie aż 55 proc. ankietowanych dyrektorów finansowych zwraca uwagę na dostępność tego rodzaju finansowania.

Wraz ze wzrostem optymizmu firmy podejmują na nowo inicjatywy strategiczne. Aż 65 proc. respondentów z Chin przyznaje, że dyrektorzy generalni oczekują od nich przede wszystkim koncentracji na definiowaniu strategii biznesowej, a następnie realizacji tych planów, a w Australii ponad połowa ankietowanych uważa planowanie strategiczne za jeden z najważniejszych obszarów, które chcieliby usprawnić w swoich działach finansowych.

Respondenci dostrzegają jednak także szereg przeszkód, które stoją na drodze do realizacji ich planów. Jedną z nich, wymienianą najczęściej przez wielu badanych, są polityki rządu oraz kwestie regulacyjne, które utrudniają rozwój działalności gospodarczej. Zdaniem ponad 90 proc. ankietowanych z Ameryki Północnej, prowadzona w ostatnim czasie polityka, a także podejmowane decyzje i toczące się debaty wywierają wpływ na plany spółek. W Chinach utrudnienia wynikające z obowiązujących przepisów prawnych stanowią jedno z kluczowych wyzwań związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej, zarówno ze względu na liczbę regulacji, jak i brak pewności co do poprawnej ich interpretacji.

Nastroje CFO na całym świecie są zbieżne z odczuciami polskich i środkowoeuropejskich dyrektorów finansowych. Jak pokazała ostatnia czwarta edycja badania „CE CFO Survey” polscy menedżerowie zarządzający finansami są coraz bardziej optymistycznie nastawieni do sytuacji gospodarczej, choć nadal trudno mówić o euforii. Prawie 95 proc. CFO prognozuje wzrost gospodarczy, w tym więcej niż połowa szacuje, że sięgnie on ponad 1,5 proc. W Polsce odsetek tzw. optymizmu netto wzrósł z – 28 do + 24. Jednocześnie jednak nastąpił dalszy wzrost odczuwanej niepewności. Wskazuje to na dużą ostrożność, z jednej strony CFO widzą perspektywę poprawy sytuacji gospodarczej, ale z drugiej mają świadomość, że daleko nam do stabilności. Są za to optymistami jeżeli chodzi o prognozy długoterminowe. Aż 73 proc. z nich przewiduje wzrost możliwości obsługi zadłużenia w ciągu trzech lat – podsumowuje Krzysztof Pniewski.

O raporcie:

Badanie nastrojów panujących wśród dyrektorów finansowych oraz działań podejmowanych przez nich w pierwszym kwartale 2013 r. zostało przeprowadzone w ponad 1.400 spółkach o zasięgu globalnym, w 16 krajach: Argentyna, Australia, Austria, Chiny, Finlandia, Francja, Niemcy, Irlandia, Holandia, Ameryka Północna, Norwegia, Hiszpania, Szwecja, Szwajcaria oraz Wielka Brytania.

Komentarz dzienny, 7 sierpnia 2013

Dziś zostaną opublikowane ważne dla rynku dane o produkcji przemysłowej w Niemczech. Wczorajsze pozytywne zaskoczenie dotyczące zamówień nie musi mieć przełożenia na odczyt produkcji przemysłowej. Ujemny odczyt za czerwiec nie zmienia umiarkowanie optymistycznych perspektyw wzrostu gospodarczego Niemiec w drugim kwartale.

Komentarz indeksowy BossaFX 7 sierpnia 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 7 sierpnia 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Eksperci przekonują, że na zagranicznych wakacjach lepiej płacić kartami niż gotówką

Polacy na zagraniczne wakacje wciąż najchętniej zabierają gotówkę – wynika z ankiety przeprowadzonej na zlecenie Deutsche Bank PBC. Walutę w kantorze kupi co czwarty turysta. Jeszcze dwa lata temu tę formę płatności wybierało 41 proc. podróżujących. Dziś coraz częściej decydujemy się na zabranie karty płatniczej: debetowej lub kredytowej. Eksperci przekonują, że to bezpieczniejsza forma płatności.

Z badania Deutsche Bank PBC wynika, że dziś ponad 25 proc. turystów uważa kartę kredytową za najwygodniejszy sposób dokonywania płatności. 12 proc. wybiera karty debetowe. W 2011 rok było to odpowiednio 17 i 6 proc.

Bankowcy od lat zachęcają Polaków do używania kart płatniczych. W czasie wakacji wśród argumentów jeszcze mocniej podkreślają bezpieczeństwo.

Wszystko pod warunkiem, że karty będziemy używać w sposób ostrożny: chronić numer PIN, nie nosić kart w jednym miejscu i przed wyjazdem zanotować numer telefonu do banku, który pozwoli zastrzec skradzioną kartę.

– Należy też zawsze mieć kartę na oku, szczególnie w restauracjach, jeśli kelner chce się udać do baru, żeby dokonać transakcji, warto pójść za nim i cały czas mieć kartę na oku – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Radosław Dylik, kierownik ds. kart płatniczych w Meritum Bank.

Ostrożność należy zachować również podczas wypłacania gotówki z bankomatu.

– Ważne jest też, żeby w miarę możliwości korzystać z bankomatów zlokalizowanych przy placówkach bankowych. W razie awarii bankomatu czy wypłacenia nieodpowiedniej kwoty jesteśmy w stanie natychmiast złożyć reklamację, otrzymując pisemne potwierdzenie – mówi Radosław Dylik.

Eksperci podkreślają, że w przypadku kradzieży gotówki tracimy ją prawdopodobnie bezpowrotnie. Kiedy tracimy kartę, możemy ją zastrzec i w ten sposób uchronić się przed próbą kradzieży zgromadzonych na koncie środków. Przed wyjazdem warto zabezpieczyć się na wypadek kradzieży, notując numery telefonu, pod którymi możemy zastrzec skradzioną lub zgubioną kartę. Numer znajdziemy na swojej karcie płatniczej.

– Im szybciej zastrzeżemy kartę, tym większe bezpieczeństwo, że te środki nie zostaną wykorzystane przez złodziei. Warto mieć zapisane numery telefonów. Ważne by zwrócić uwagę, że są często inne numery z zagranicy, a inne z kraju. Jeżeli wybieramy się za granicę, to warto zapisać sobie ten numer, który obowiązuje dla połączeń zagranicznych – tłumaczy Dylik.

Przed wyjazdem warto też przemyśleć kwestię płatności za pomocą technologii zbliżeniowej, w której płatności do wysokości 50 zł są akceptowane bez autoryzacji. Biorąc pod uwagę zastrzeżenia klientów i większy komfort korzystania z kart zbliżeniowych banki zwiększyły zabezpieczenia kart.

– W przypadku większych kwot banki już nad tym czuwają. Duża liczba banków udostępnia możliwość blokowania sobie tego typu transakcji. Każdy klient będzie mógł sobie czasowo bądź na stałe wyłączyć taką funkcjonalność – dodaje ekspert Meritum Banku.

Koniec recesji oznacza wzrost cen paliw?

Wahania złotego i drożejąca ropa nie sprzyjają cenom na stacjach benzynowych. Dodatkową presję na wzrost cen paliw mogą wywołać sygnały płynące z największych gospodarek o tym, że recesja zbliża się do końca. Mimo to prezes Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego uważa, że w najbliższych miesiącach można się spodziewać stabilizacji na rynku paliw.

– Trudno prognozować ceny paliw w dłuższej perspektywie, bo zależy to od wielu czynników – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Leszek Wieciech prezes Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego. – W ostatnich siedmiu miesiącach mieliśmy tendencję spadkową. Ceny paliw w Polsce, zarówno benzyny, jak i oleju napędowego, są o 4 proc. niższe niż były w roku 2012. Cena benzyny spadła o 22 grosze, cena oleju napędowego – o 20 groszy.

Z danych BM Refllex z 1 sierpnia wynika, że średnio w kraju litr benzyny bezołowiowej 95 kosztuje około 5,61 zł, benzyny ołowiowej 98 – 5,82 zł, oleju napędowego – 5,58 zł, a autogazu – 2,29 zł.

– Ceny w ostatnich miesiącach spadały mimo tego, że złoty zachowuje się dość niestabilnie. A kurs złotego wobec dolara wpływa na ceny w Polsce, podobnie jak notowania ropy naftowej na giełdach światowych – mówi Leszek Wieciech. – Tak jak niestabilnie zachowuje się złoty, tak samo sprzedawcy paliw mieli do czynienia z dużymi wahaniami marży. Podobnie jak dwa lata temu marże były naprawdę bardzo niskie i postawiły wielu sprzedawców pod ścianą.

Od połowy kwietnia cena ropy brent wzrosła o blisko 9 proc. W poniedziałek na giełdzie za baryłkę płacono ponad 108 dolarów.

– Czas pokaże, bo będzie dalej z cenami ropy. Po okresie, kiedy cena ropy była na stosunkowo niskim poziomie, poniżej 100 dolarów, mamy znowu odbicie. Informacje ze Stanów Zjednoczonych, z Chin czy z niektórych państw UE o tym, że recesja zbliża się do końca, mogą sprawić, że ceny paliw znowu wzrosną – podkreśla Leszek Wieciech.

Co wybiera młody Polak – ZUS czy OFE?

Ponad połowa Polaków nie przekazałaby swoich składek z OFE do ZUS, gdyby rząd wprowadził taką możliwość – wynika z sondażu przeprowadzonego przez Instytutu GFK Polonia dla Konfederacji Lewiatan. 70 proc. ankietowanych czułoby się bezpieczniej, gdyby ich emerytura pochodziła z dwóch źródeł, co oznacza, że nie chcą radykalnych zmian w obecnym systemie emerytalnym. Chociaż wypracowywane przez fundusze emerytalne wyniki ich nie satysfakcjonują.

– Szczególnie młodsi Polacy, którzy mają przed sobą wiele lat pracy, chcą, żeby ten system został zachowany. Tzn. żeby część ich emerytury pochodziła z ZUS-u, a część ze zgromadzonych oszczędności – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jeremi Mordasewicz, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Tak odpowiedziało 70 proc. respondentów. Oznacza to, że woleliby, aby system emerytalny został zachowany w obecnym kształcie.

– Jeżeli OFE zostaną zlikwidowane lub bardzo ograniczone, to młodzi ludzie wystawią rządowi polityczny rachunek za taką działalność, ponieważ – słusznie czy nie – pieniądze trafiające do otwartych funduszy traktowane są jako środki prywatne – tłumaczy Mordasewicz.

Z badania wynika, że 79 proc. respondentów uważa, że pieniądze zgromadzone OFE to indywidualne oszczędności emerytalne. Zdaniem eksperta takie podejście wynika z faktu, że środki zgromadzone w OFE podlegają dziedziczeniu. Dlatego ludzie nie życzyliby sobie tego, by państwo po nie sięgało, kierując cały strumień pieniędzy do ZUS.

Rząd zaproponował trzy warianty zmian w funkcjonowaniu OFE, które – zgodnie z argumentacją – mają zwiększyć przyszłe emerytury. Eksperci podkreślają, że chodzi przede wszystkim o rozwiązanie problemów budżetu państwa. Propozycje rządu to: likwidacja obligacyjnej części OFE lub dobrowolność udziału w OFE (w tym również możliwa wraz z dodatkową składką).

– Obecne rozwiązania zaproponowane przez rząd trudno nazwać uczciwymi – zaznacza ekspert. – Jeżeli rząd umożliwi ubezpieczonym dokonywanie uczciwego wyboru: OFE lub ZUS, to ludzie odbiorą to pozytywnie.

Jego zdaniem nieuczciwe jest również założenie, które mówi o tym, że jeżeli dana osoba w ciągu trzech miesięcy nie podejmie decyzji o pozostaniu w OFE, to automatycznie zostanie skierowana do ZUS. Co więcej, już nigdy nie będzie mogła przenieść środków z powrotem do funduszu.

– Uważam, że rząd powinien przyjąć jako domyślne pozostanie obywateli w OFE, ponieważ z OFE do ZUS można się przenieść w każdym momencie. Nie zamykajmy ubezpieczonym drogi wyboru – apeluje ekspert Konfederacji Lewiatan.

Wśród respondentów, którzy brali udział w badaniu, 57 proc. odpowiedziało, że nie zdecydowałoby się na przekazanie swoich pieniędzy z OFE do ZUS, gdyby rząd wprowadził taką możliwość. Takie rozwiązanie wybrałby zaledwie co piąty respondent.

Jeremi Mordasewicz zaznacza przy tym, że Polacy, choć nie są zadowoleni z wyników wypracowywanych obecnie przez OFE, system emerytalny w dotychczasowym kształcie daje im poczucie bezpieczeństwa. Przekonuje również, że mając na względzie długi czas oszczędzania na emeryturę, powinni zaakceptować zmienność zysków z OFE.

– OFE zarabiają, kiedy polska giełda idzie do góry i ich zyski są zdecydowanie mniejsze, gdy na giełdzie panuje zastój – wyjaśnia. – Musimy się pogodzić z tym, że nasze aktywa w OFE zwiększają wartość w okresie dobrej koniunktury, a są słabsze w okresie złej – mogą nawet chwilowo stracić. Pamiętajmy o tym, że oszczędzamy na emeryturę przez 30-40 lat, więc z takimi wahaniami będziemy mieli do czynienia i będziemy musieli sobie z tym poradzić.

Jest również przekonany, że w przypadku wprowadzenia zupełnie innych regulacji niż proponowane, OFE mogłyby wypracować znacznie większe zyski dla przyszłych emerytów. Zaznacza przy tym, że nie jest to zarzut do OFE, ale oczekiwanie wobec rządzących.

– Po pierwsze, moglibyśmy obniżyć koszty funkcjonowania OFE, po drugie, powinniśmy powiązać wynagrodzenie dla zarządzających funduszami z wynikami, jakie uzyskują dla ubezpieczonych. Po trzecie, powinniśmy umożliwić kształtowanie portfela inwestycyjnego dostosowując go do wieku klienta – więcej akcji, kiedy zaczyna oszczędzać, a kiedy zbliża się do emerytury – więcej obligacji – wymienia.

Połowa badanych ocenia OFE bardzo dobrze lub raczej dobrze, a zaledwie 16 proc. czułoby się bezpieczniej, gdyby całą przyszłą emeryturę wypłacał im ZUS. Co interesujące, dla prawie połowy ankietowanych decyzje dotyczące przyszłości OFE będą wpływały na ich wybór partii w głosowaniu podczas najbliższych wyborów.

Zmiany w siatce połączeń LOT-u. KE wymaga zmniejszenia liczby połączeń

LOT będzie zmuszony zmniejszyć liczbę połączeń w zamian za otrzymaną pomoc państwową. Taki warunek stawia Komisja Europejska. Kiedy i jakie trasy znikną – na razie nie wiadomo. LOT zapewnia, że dopóki nie otrzyma polecenia z Brukseli nie będzie ograniczał oferty.

– Poprawia nam się wynik, rosną nam przychody, wydaje mi się, że nie ma zupełnie podstaw ku temu, żeby prewencyjnie wdrażać takie środki kompensacyjne, czyli ograniczenia siatki. Nie mamy takich planów i nie będziemy tego robili. Nasze wysiłki skupiają się na tym, żeby maksymalizować nasze przychody i w tej sytuacji może nawet ograniczyć skalę pomocy publicznej – zapowiada w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Dariusz Pietrzak, pełnomocnik prezesa zarządu LOT-u ds. handlowych.

Pietrzak podkreśla, że zmiany w siatce połączeń LOT-u zachodzą cały czas. To przede wszystkim niewielkie modyfikacje, które mają na celu lepsze dostosowanie godzin lotów pod względem przesiadek.

W dłuższej perspektywie niezbędne mogą okazać się większe zmiany. Wynikają one z wymagań Komisji Europejskiej. LOT w zamian za otrzymaną pomoc publiczną musi zrezygnować z obsługi części tras, by nie zaburzać konkurencji. Nie ma jednak gwarancji, że po cięciach w siatce połączeń LOT-u wszystkie rejsy zostaną przejęte przez inne linie lotnicze.

LOT otrzymał już w grudniu ubiegłego roku pierwszą transzę pomocy publicznej w wysokości 400 mln zł. Pod koniec czerwca do Brukseli trafił plan restrukturyzacji linii. Teraz trwają jego analizy, ale LOT wkrótce może otrzymać drugą ratę wsparcia o niemal takiej samej wysokości.

– Ten proces związany z dyskusją na temat planów restrukturyzacji pomiędzy LOT-em, właścicielami, organami po stronie polskiej, a Komisją Europejską jest kluczowy dla zrozumienia tego, co się może wydarzyć w siatce połączeń LOT-u w przyszłości. Plan restrukturyzacji zakłada pewne tzw. środki kompensacyjne, w przypadku każdego takiego procesu należy przedstawić organom KE proponowane środki kompensacyjne, dające KE pewność, że działania związane z pomocą publiczną nie zaburzą konkurencji – podkreśla Pietrzak.

Nie chce jednak wymieniać konkretnych tras, które mogą zniknąć z siatki połączeń LOT-u. Podkreśla, że propozycja linii, a ostateczny werdykt Komisji mogą się znacznie różnić. Obecnie trwają konsultacje, a europejscy urzędnicy analizują plan i strukturę polskiego przewoźnika.

– Z doświadczeń, które posiadam z innych tego typu negocjacji planów restrukturyzacji wiem, że propozycja początkowa może zupełnie się rozmijać z finalnym rozwiązaniem, które zostanie wypracowane w negocjacjach z Komisją Europejską. W tej sytuacji wydaje mi się, że przedwczesnym byłoby mówić, jakie konkretnie zmiany w siatce znajdą w tym dłuższym okresie – uważa Pietrzak.

Podkreśla jednak, że dopóki LOT nie otrzyma takiego polecenia z Brukseli, nie będzie prewencyjnie wycinał połączeń. Przewoźnik zamierza teraz maksymalizować przychody, co może pozwolić na zmniejszenie niezbędnego wsparcia ze strony państwa. Im mniej pieniędzy LOT otrzyma z budżetu, tym mniej cięć będzie wymagać Komisja Europejska.

Firmy pożyczkowe udzielają kredytów z własnych pieniędzy, potrzebują innego nadzoru niż sektor bankowy

Rynek pożyczek pozabankowych nie potrzebuje nadzoru, jak w przypadku banków – uważa Alicja Kopeć, członek zarządu Provident Polska. Argumentuje, że firmy te udzielają pożyczek z własnych pieniędzy, a nie z zebranych kapitałów. Provident widzi za to potrzebę wymiany informacji o udzielonych pożyczkach między sektorem bankowym a pozabankowym. M.in. taką zmianę zakłada projekt ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym złożonej przez PSL.

– Na pewno jest potrzeba pokazania, że ten rynek ma regulacje i że nie każda firma, a tylko firma, która spełnia pewne kryteria, może udzielać pożyczek – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Alicja Kopeć, członek zarządu Provident Polska. – Trzeba ten rynek uporządkować, trzeba wprowadzić jakąś formę licencjonowania.

Zwraca uwagę, że sektor jest nadzorowany przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. To bardziej odpowiednia instytucja niż Komisja Nadzoru Finansowego, ponieważ – jak wyjaśnia przedstawicielka Providenta – firmy pożyczkowe nie udzielają kredytów z depozytów klientów jak banki, tylko z własnych środków.

Jako przykład właściwego działania w kierunku uregulowania rynku firm pożyczkowych Provident wskazuje projekt posłów PSL, który trafił do Sejmu. Projekt m.in. nakłada na instytucje pożyczkowe obowiązek badania zdolności kredytowej pożyczkobiorców. Wgląd do historii kredytowej klientów banków miałby ułatwić im decyzję o przyznaniu finansowania.

W ubiegłym tygodniu Prawo i Sprawiedliwość zapowiedziało złożenie projektu ustawy, która określałaby limit kosztów udzielanej pożyczki.

– To jest idea mimo wszystko kontrowersyjna. Jeżeli jest potrzeba regulatorów czy rządu, żeby otworzyć dyskusje na ten temat, to nie jesteśmy przeciwni, natomiast chcielibyśmy, żeby zaproszono przedstawicieli firm pożyczkowych do dyskusji w tym zakresie – podkreśla Kopeć.

Z powodu restrykcyjnych przepisów dotyczących zakazu reklamy aptek, pacjenci wydali na leki więcej o 100 mln zł

Od początku roku starsi pacjenci zapłacili za leki o ponad 100 milionów złotych więcej niż mogliby, gdyby apteki nie miały zakazu reklamy. Wynika to m.in. z zawieszenia programów propacjenckich, które pozwalały na zakup tańszych leków. Apteki tracą także, bo Polacy podstawowe leki coraz częściej kupują w supermarketach i na stacjach benzynowych, które w odróżnieniu od aptek mogą leki reklamować.

– Taki zakaz reklamy aptek, jaki mamy obecnie w ustawie refundacyjnej, jest bardzo restrykcyjny i praktycznie nie pozwala aptece w ogóle komunikować się z pacjentem. Jesteśmy jedynym krajem w Europie, który ma tak sformułowany zakaz – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Aleksandra Paczkowska, prezes zarządu DOZ S.A, właściciela sieci Aptek Dbam o Zdrowie.

Paczkowska podkreśla, że problem tkwi nie tylko w samej ustawie refundacyjnej, która zabrania reklamy aptek, ale również w nadinterpretacji ze strony niektórych urzędników. Brakuje precyzyjnej definicji reklamy, co według niej prowadzi do kuriozalnej sytuacji, w której aptekom nie wolno nawet informować na drzwiach o możliwości płacenia kartą płatniczą. Według ekspertów przepisy są również sprzeczne z regulacjami unijnymi.

Tak surowe prawo oznacza poważne straty nie tylko dla aptek i punktów aptecznych, ale również dla pacjentów. Interpretacja ustawy spowodowała, że zakazane są programy propacjenckie, obniżające ceny leczenia, takie jak przeznaczony dla osób starszych program „60+”. Przez to seniorzy wydają na leki więcej niż by mogli. Problem wynika nie tylko z tego, że nie można reklamować tańszych leków, ale również informować pacjentów o tańszych odpowiednikach leków.

Wprawdzie, jak pokazują badania TNS Polska, seniorzy wiedzą o zamiennikach, czyli lekach o takim samym działaniu, lecz w niższej cenie, ale ich nie kupują. Prowadzi to do sytuacji, w której przepłacają za leki. Apteki, które uczestniczą w programie „60+” są oskarżane o nielegalną reklamę, z czym stanowczo nie zgadza się Paczkowska.

Właściciele aptek podkreślają również, że w związku z zapisami ustawy niemożliwe jest otoczenie pacjentów opieką farmaceutyczną oraz zinformatyzowanie tego procesu. Opieka farmaceutyczna do tej pory w Polsce jest słabo rozwinięta, a zakaz reklamy aptek i wynikające z niego zawieszenie tych programów dodatkowo utrudnia jej prowadzenie.

– Prowadziliśmy szereg programów propacjenckich, które obniżały koszty leczenia, natomiast dzisiaj nie możemy o tym mówić, nie możemy tego stosować i ewidentnie traci na tym pacjent – zaznacza Paczkowska. – W programie „60+” uczestniczy prawie 1,5 mln pacjentów powyżej 60. roku życia i ustawa w tym kształcie również zabrania branży prowadzenia tego typu programów.

Z uwagi na zakaz reklamy apteki są na przegranej pozycji wobec innych podmiotów, które mogą prowadzić sprzedaż niektórych leków, takich jak supermarkety czy stacje benzynowe. Chodzi o tzw. leki OTC, czyli dostępne bez recepty lekarskiej np. podstawowe środki przeciwbólowe oraz przeciwgorączkowe. Mogą one być bez ograniczeń reklamowane przez inne podmioty, jak supermarkety czy stacje benzynowe, ale nie przez apteki.

– Pacjent w gazetce jednego z supermarketów ma ofertę cenową na leki OTC. Jeśli apteka chce zrobić konkurencyjną ofertę, pokazać pacjentowi, że dostanie te leki również w dobrej cenie, to nie może tego zrobić, ponieważ jest to zakazane ustawą – mówi Paczkowska.

Według niej to przepis niekonstytucyjny, bo nie daje aptekom równego prawa do konkurowania na rynku i ogranicza ich swobodę gospodarczą. Z tym stanowiskiem zgadza się część prawników. Zakaz ma wymierne efekty – apteki tracą klientów, którzy coraz częściej kupują leki w innych punktach. Paczkowska szacuje, że już ok. 10 proc. pacjentów odeszło z tego powodu poza rynek apteczny.

Przekonuje też, że niezbędne są zmiany w prawie regulującym działalność aptek. Wymienia trzy podstawowe zmiany, które postuluje branża farmaceutyczna. To poprawa marży aptecznej na leki refundowane, doprecyzowanie i złagodzenie przepisów o reklamie aptek oraz rzadsze zmiany list refundacyjnych.

– Rozumiemy to, że jeżeli leki są refundowane z budżetu państwa, to nie powinny być reklamowane. Natomiast zakaz reklamy w odniesieniu do pozostałej części asortymentu aptecznego uważamy za błędny – podkreśla Aleksandra Paczkowska. – Chcielibyśmy również rzadszej zmiany list refundacyjnych. Dzisiaj odbywa się to co dwa miesiące i powoduje, że co dwa miesiące apteki ponoszą straty, związane z przecena wielu pozycji asortymentowych. To wyraźnie wpływa na pogorszenie kondycji ekonomicznej aptek, ponieważ to apteka ponosi straty z tytułu przecen leków.

Bezzałogowy kombajn dla KGHM – zastąpi pracę górników w najbardziej niebezpiecznych rejonach

Innowacyjne rozwiązania są częścią strategii KGHM. Tworzenie inteligentnych kopalń ma zwiększyć bezpieczeństwo, ale również efektywność pracy. Przykładem może być testowany kombajn do wydobycia rud miedzi, który ma zastąpić pracę ludzi w najtrudniejszych miejscach. Naukowcy pracują nad dalszym udoskonaleniem tej maszyny.

– Jednym z remediów na problemy jest oparcie pewnych działań kryzysowych na innowacji. Chodzi o to, by te potrzeby, które mamy na dole, związane np. z wysoką temperaturą, małą miąższością złoża, przekuć na pozytyw, czyli np. zastosować odpowiednie maszyny, coś w rodzaju kombajnu, który „łupie” na złożach rud miedzi – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Herbert Wirth, prezes KGHM Polska Miedź.

To pierwszy tego typu projekt w kopalniach miedzi. Bezzałogowy kombajn został skonstruowany specjalnie na potrzeby KGHM. Ma przede wszystkim zastąpić pracę górników w najbardziej niebezpiecznych rejonach, gdzie istnieje największe zagrożenie związane z tąpaniami, wysoką temperaturą czy zapyleniem. Jest testowany od kilku miesięcy.

– To jest element idei inteligentnej kopalni, czyli kopalni, w której ludzie nie będą pracować w ciężkich warunkach. Będziemy docierali zdecydowanie dalej, z bezprzewodowo sterowanym urządzeniem – wyjaśnia Herbert Wirth. – Myślę, że o pełnym sukcesie wdrożenia trzeba myśleć w kategorii dwóch, trzech lat, a więc trochę to jeszcze potrwa.

Jak podkreśla, trwają już prace nad tym, by kombajn był sterowany sieciami neuronowymi.

– Może uda nim się tak sterować – nad tym naukowcy już pracują – żeby wprząc tę technologię sieci neuronowych V generacji, a więc to będzie urządzenie, które samo się uczy, które podchodzi do wyrobiska, do przodka, omiata promieniami rentgena fluorescencyjnymi, jak jest zawartość miedzi, przez dotyk mierzy, jak jest twardość skały, przez czujniki temperatury i wilgotności daje określone obroty – przekonuje prezes KGHM.

Zgodnie ze strategią firmy w przyszłości takich urządzeń ma być zdecydowanie więcej.

Komentarz dzienny, 6 sierpnia 2013

ISM w sektorze usług (,,poza przemysłem”) sprawił nie mniejszą niespodziankę od swojego odpowiednika z przemysłu. Poziom koniunktury w sektorze usług wyniósł 56,0pkt. (poprzednio 52,2pkt., konsensus 52,5pkt.). Indeksy opisujące produkcję i nowe zamówienia wzrosły odpowiednio o prawie 9 i prawie 7 punktów i oba znajdują się w okolicach 60pkt. Oszacowanie zatrudnienia nieznacznie spadło (53,2pkt. wobec 54,7pkt. w poprzednim miesiącu) co ex post jest spójne ze szczegółowymi piątkowego raportu z rynku pracy. Znacząco wzrosło oszacowanie cen (poprzez ceny surowców, na które wskazują respondenci). Co prawda na pierwszy rzut oka niespójne z obrazem ożywienia są zmniejszające się opóźnienia w realizacji zamówień (spadają), jednak w przypadku sektora usług to raczej ,,wypadek przy pracy”, który zdarza się nawet w 30 % przypadków (taka jest skala rozbieżności cyklicznych, dywergencje nie są w żaden sposób predyktywne).

Grzegorz Baszczyński, prezes Rainbow Tours liczymy na osiągnięcie 800 mln zł przychodów w 2013

Rainbow Tours dokonał podsumowania sprzedaży oferty z katalogów Lato 2013 oraz Egzotyka/Zima 2013/14. Wyniki cechuje wyraźna tendencja wzrostowa, zarówno w ilości klientów, jak i wysokości przychodów.

Dane jasno wskazują, że na sprzedaż ofert nie miały wpływu zarówno niepokoje polityczne np. w Egipcie czy Tunezji jak i ogólna sytuacja gospodarcza. Wg stanu sprzedaży na koniec lipca, ofertę Lato 2013 zakupiło prawie 141 tys. osób, co w porównaniu z rokiem ubiegłym, w którym w analogicznym okresie było 113 tys. rezerwacji, stanowi wzrost o 25 procent. Touroperator może się również pochwalić prawie 32 procentowym wzrostem przychodów, które dla sprzedanych do końca lipca pasażerów wynoszą 382 mln złotych. Najbardziej popularne kierunki wczasowe, to między innymi: Zakynthos, Kreta, Rodos, Kos, Sharm el Sheikh, Turcja, Bułgaria, Chorwacja, Czarnogóra, Costa Brava oraz Fuerteventura. Z kierunków objazdowych, to między innymi: Turcja, Maroko, Chorwacja, Grecja, Włochy oraz Hiszpania.

– W tym roku liczymy na osiągnięcie przychodów całej grupy Rainbow Tours na poziomie 800 mln złotych oraz na znaczny wzrost rentowności m.in. dzięki wzrostowi średniej ceny na osobę o ok. 7 %- mówi Grzegorz Baszczyński, prezes Rainbow Tours. Cieszy nas również znaczny wzrost zainteresowania ofertą egzotyczną, zwłaszcza realizowaną Dreamlinerem, o czym świadczy wypełnienie miejsc na niektóre kierunki już na poziomie powyżej 45 procent- dodaje Baszczyński.

Biorąc pod uwagę ofertę egzotyczną, Rainbow Tours również odnotowuje zwiększenie zainteresowania. Od momentu startu sprzedaży w maju do chwili obecnej z tej propozycji skorzystało już ponad 10 tys. osób, co w porównaniu z rokiem ubiegłym stanowi wzrost o 85 procent. Przychody wzrosły aż o 93 procent, osiągając wynik 69 mln złotych. Wielkim sukcesem okazują się być wyjazdy zarówno pobytowe jak i wypoczynkowe realizowane bez przesiadek Dreamlinerem do Meksyku, Tajlandii, na Sri Lankę oraz na Kubę. Warto wspomnieć, że touroperator jako pierwszy na rynku podpisał w maju umowę z PLL LOT na realizowanie przelotów do tych krajów tym komfortowym samolotem. Kierunkiem, który na chwile obecną jest numerem jeden w sprzedaży, to tegoroczna nowość – Gambia. Turyści mogą wybierać spośród dwóch programów objazdowych oraz hoteli, które zlokalizowane są na wybrzeżu Atlantyku.

Wkrótce na rynku pojawi się kolejna oferta Rainbow Tours zawierająca propozycje narciarskie oraz sylwestrowe.

Silny popyt na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce

Według najnowszego raportu DTZ – Property Times, rynek nieruchomości w Polsce w pierwszych sześciu miesiącach 2013 roku charakteryzował się dużą aktywnością zarówno po stronie podaży, jak i popytu. Polska jest nadal postrzegana, jako rynek z silnymi fundamentami makroekonomicznymi, pozytywnym wzrostem PKB (prognoza na 2013 – 0,9% oraz lata 2014 – 2,5%, 2015 – 3,3%), silnym popytem wewnętrznym wyrażonym m.in. silnym wskaźnikiem sprzedaży detalicznej oraz rosnącą produkcją przemysłu.

Silny popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe w ostatnich latach wpłynął na zwiększoną aktywność deweloperów w Polsce. W rezultacie w pierwszej połowie 2013 roku na rynek trafiło ponad 150 000 m kw. nowoczesnych powierzchni biurowych, natomiast do końca roku wielkość podaży może przekroczyć 300 000 m kw. Będzie to najwyższa wartość notowana od 2001 roku. Popyt na powierzchnie biurowe w Warszawie pozostał silny osiągając w pierwszej połowie 2013 roku blisko 230 000 m kw. Renegocjacje i przedłużenia umów najmu nadal były częstą praktyką rynkową. Renegocjacje przekroczyły 100 000 m kw. i stanowiły 31% całego popytu. Pojawienie się na rynku relatywnie dużej ilości nowo wybudowanej powierzchni wskaźnik pustostanów w Warszawie, w porównaniu do odnotowanego na koniec 2012 roku wzrósł o 1, 7 punkt proc. W wyniku zwiększonej konkurencji w pierwszej połowie 2013 roku zaobserwowaliśmy presję na stawki czynszu w Warszawie w budynkach zlokalizowanych w centrum (obecnie mieszczą się w przedziale 24 – 26 EUR za mkw.). Ambitne plany deweloperów na kolejne lata zostaną zweryfikowane przez tempo absorpcji nowoczesnej powierzchni biurowej, która zostanie dostarczona na rynek jeszcze w tym roku.

Rynek powierzchni handlowych w Polsce nadal intensywnie rozwija się. W pierwszej połowie 2013 roku na polski rynek trafiło ponad 230 000 m kw. nowych powierzchni handlowych. Tempo tego rozwoju jest jednak mniejsze niż w poprzednich półroczach i oznacza 12% spadek w stosunku do ilości oddanej powierzchni w pierwszej połowie 2012 roku i 26% w porównaniu do H1 2011. Pierwsza połowa 2013 roku charakteryzowała się wzrostem najwyższych stawek czynszowych w najlepszych obiektach handlowych, co nastąpiło po wygaśnięciu pięcioletnich umów najmu oraz procesów renegocjacji. Najwyższe stawki czynszowe w Warszawie utrzymały się na poziomie 100 EUR za m kw. za miesiąc, natomiast w innych głównych miastach kształtowały się na poziomie 43 – 50 EUR za m kw. za miesiąc.

W pierwszej połowie 2013 ukończonych zostało około 177 000 m kw. nowoczesnych powierzchni magazynowych, na skutek tego całkowita ilość powierzchni wzrosła do 7, 5 mln mkw. Popyt pozostaje na wysokim poziomie. W pierwszej połowie 2013 roku wyniósł blisko 820 000 mkw. Stopa pustostanów pozostała relatywnie stabilna utrzymując się na poziomie 10,7%. Główne stawki czynszowe pozostały niezmienione. Najwyższe czynsze były odnotowane w Warszawie w Strefie I i wynosiły od 4,0 do 5,25 EUR za mkw. za miesiąc.

Biorąc pod uwagę wysoki poziom podaży planowanych inwestycji biurowych na 2013 rok i kolejne lata, pomimo nadal silnego popytu, widoczna jest zwiększona konkurencja między właścicielami nowoczesnych projektów biurowych, co w naszej ocenie będzie miało wpływ na tymczasową presję na stawki czynszu i wzrost współczynnika pustostanów, mówi Kamila Wykrota, szefowa działu Analiz i Doradztwa, DTZ. Obecna aktywność deweloperów jest powiązana z silnym popytem na nowoczesne powierzchnie biurowe w ostatnich latach, więc oczekujemy dostosowania ich planów w dłuższym okresie w przypadku pogorszenia wskaźników w tym segmencie rynku. Dodatkowa weryfikacja tych ambitnych planów pojawi się ze strony sektora bankowego, który wraz z rozwojem tego rynku oraz zwiększoną awersją do ryzyka stał się naturalnym regulatorem aktywności deweloperskiej poprzez ograniczenia w skali współfinansowania nowych budów. Rynek handlowy rozwija się wolniej w porównaniu do poprzednich lat i rozwój ten w dużej mierze odbywa się w największych aglomeracjach, co wynika ze wzmożonej ostrożności deweloperów. Zakładamy, że roczna podaż powierzchni handlowych, z uwzględnieniem wszystkich formatów handlowych, w kolejnych latach wyniesie 550 000 – 650 000 mkw. rocznie. Polska nadal przyciąga zagranicznych operatorów handlowych, czego efektem jest pojawienie się ponad 20 nowych marek na rynku w roku 2013. Istotnym trendem na polskim rynku handlowym, gdzie przeważająca część zasobów jest starsza niż 10 lat, są procesy przebudowy, modernizacji i rozbudowy projektów, dodaje Kamila Wykrota.

Warszawa, Kraków, Poznań – najdroższe działki budowlane w Polsce

Jak wynika z danych udostępnionych przez serwis otodom.pl ceny działek budowlanych zlokalizowanych w miastach wojewódzkich kształtują się w przedziale od 70 do nawet ponad 700 zł/mkw. Najdroższe działki oferowane są w Warszawie, a najtańsze w Gorzowie Wielkopolskim.

Jeżeli natomiast wziąć pod uwagę średnie ceny dla całych województw, to okażą się one znacznie niższe niż w ich stolicach. Ceny działek na terenach podmiejskich, gdzie metr kwadratowy oferowany jest za 40-110 zł. Najdroższe grunty znajdziemy w województwie mazowieckim, najtańsze natomiast w podkarpackim.

– Są w Polsce takie miasta, w których za cenę działki budowlanej można by kupić mieszkanie, a nawet dwa – mówi Zuzanna Brud, ekspert Bankier.pl. – O ile w dużych miastach wysokie ceny działek mogą skłaniać niezdecydowanych do zakupu mieszkania, o tyle niższe ceny gruntów na terenach podmiejskich zachęcają już do zakupu działki i postawienia na niej domu.

– Popularny dylemat „dom czy mieszkanie” może okazać się prostszy do rozstrzygnięcia już w przyszłym roku. Jeśli deweloperzy – podobnie jak w czasie trwania programu „Rodzina na swoim” – będą upierali się przy raz zaproponowanych cenach, możemy doczekać się klimatu bardziej sprzyjającego budowie domu – mówi Malwina Wrotniak z Bankier.pl.

Wideorewolucja na Facebooku tylko na najbogatszych

Jeśli do tej pory tylko wydawało nam się, że news feed tonie w kryptoreklamach, Facebook postanowił potwierdzić stosowność tych obaw. Wprowadzenie przez zespół Zuckerberga reklam wideo to już nie czyste mrzonki, a fakt. Jedyną niewiadomą wciąż pozostaje data wdrożenia tej audiowizualnej rewolucji.

Zaanonsowane przez opcję dzielenia się przefiltrowanymi klipami na Instagramie, 15-sekundowe spoty reklamowe na Facebooku, będą odtwarzane na całej szerokości strony z aktualnościami w jakości HD, jednak ich automatyczna emisja będzie wyciszona. Ich targetowanie będzie zależne od klucza demograficznego: kobiety/mężczyźni powyżej/poniżej 30. roku życia. Główną kontrowersją zdaniem komentatorów jest stopień inwazyjności reklam – co prawda początkowo będą wyświetlane tylko trzy razy dziennie, jednak na pewno w jakimś stopniu utrudnią swobodne korzystanie z serwisu, co może wiązać się z osłabieniem zaangażowania na portalu.

– Bezpłatny dla indywidualnych użytkowników, Facebook staje się coraz droższy dla marketerów. Szczególnie nowa funkcjonalność albo znacznie uderzy ich po kieszeniach, albo będzie całkowicie poza ich zasięgiem ich budżetowania. Bloomberg donosi, iż koszt reklamy wideo, w zależności od zasięgu, jaki chce się uzyskać, ma wahać się poziomie 1-2,5 milionów dolarów za jeden dzień wyświetlania – mówi Dominika Chłopicka Social Media Manager GRUPA 365 NET.

Z jednej strony to kwota niebagatelna – dla przypomnienia, rekordowy koszt wyemitowania 30-sekundowego spotu podczas SuperBow to 4 miliony dolarów. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę, że na Facebook.com loguje się dziennie 699 milionów użytkowników, to koszt pojedynczego wyświetlenia reklamy, nie przekroczy 20 dolarów, natomiast jej zasięg będzie prawie nieograniczony.

Dane comScore wskazują na dużą rozwojowość rynku online video. Na samą reklamę w przekazie audiowizualnym w bieżącym roku ma zostać przeznaczone 4,1 miliardów USD. Oczywistością jest jednak, że te pieniądze trafią głownie z budżetów gigantów marketingowych. Najbardziej zainteresowani tą nową, nie najtańszą funkcjonalnością społecznościowego lidera, będą specjalistyczne sieci handlowe (96% z korporacji w tym sektorze za główny kanał swojej działalności w social media traktuje Facebook) oraz spółki telekomunikacyjne (88%). Będą swoistymi królikami doświadczalnymi i być może ich wnioski zachęcą do inwestycji również marki, dla których taki wydatek oznacza rezygnację z innych marketingowych celów.

O tym, że na Facebooku da się sprzedawać, utwierdził raport firmy badawczej Vision Critical „From Social to Sale”, według którego największy procent decyzji zakupowych popartych interakcją w social media generuje właśnie cudowne dziecko Zuckerberga. Pytaniem poprzedzającym zatem decyzję o skorzystaniu z facebookowych reklam wideo, jest nie kwestia ich skuteczności, a ceny. Na szczęście zostało jeszcze trochę czasu na rozstrzygnięcie tego dylematu, bowiem oficjalną premierę nowego narzędzia dla marketerów zaplanowano na październik. Osoby bliżej źródła nie wykluczają jednak przełożenia jej nawet na początek przyszłego roku.

Rynek odzieży i obuwia w Polsce wzrósł o ponad 2% w 2012 roku

Rok 2012 był trudnym rokiem dla rynku odzieży i obuwia w Polsce. Sytuacja makroekonomiczna się pogorszyła, na rynku panowały nie najlepsze nastroje. Warto podkreślić, że choć takiego zdania są w przeważającej części mniejsi gracze, to także dla części czołowych graczy wyniki za 2012 rok są poniżej oczekiwań.

Wyniki badania PMR przeprowadzonego wśród firm obecnych na rynku odzieży i obuwia w Polsce na potrzeby najnowszego raportu PMR „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2013. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2013-2015”, pokazują, że choć przychody większości firm odzieżowych oraz obuwniczych wzrosły w 2012 roku w porównaniu do roku wcześniejszego, to widać przesunięcia pomiędzy kategoriami w porównaniu do ubiegłorocznego badania. Udział firm, które zanotowały wzrost przychodów, spadł o 5 p.p. głównie na rzecz tych, których dochody spadły.

W 2012 roku sprzedaż odzieży i obuwia wzrosła, ale wolniej niż w roku 2011 – według szacunków PMR, o ponad 2% i w rezultacie wartość rynku odzieży i obuwia wyniosła prawie 29 mld zł.

Na 2013 rok prognozujemy dalszy spadek dynamiki – na poziomie ok. 1%. Jak wynika z badania PMR, nastroje w branży dalekie są od optymistycznych. Tylko co piąty przedstawiciel badanych firm ocenił aktualną sytuację jako dobrą, podczas gdy niemal połowa postrzega ją negatywnie. W ocenie ponad połowy respondentów sytuacja na rynku w najbliższym czasie nie ulegnie poprawie. W porównaniu do minionego roku widać wzrost udziału ocen pozytywnych. Paradoksalnie jednak, nie oznacza to, że w opinii badanych pojawiły się już zwiastuny poprawy koniunktury – respondenci budują swoje oceny raczej na przekonaniu o bardzo złej sytuacji, które nie może już ulec pogorszeniu. Niewątpliwie sytuację w branży pogorszyła przedłużająca się w tym roku zima.

Zdaniem obecnych na rynku graczy dynamika rynku będzie nadal hamować, głównie z uwagi na niską konsumpcję. Mniejsza zasobność portfela powoduje, że konsumenci ostrożniej wydają pieniądze. Klienci niechętnie kupują produkty po normalnej cenie, nawet z mniejszymi zakupami wstrzymują się do czasu wyprzedaży. Na detalistach wymusza to niższe marże. W takiej sytuacji, nawet, jeśli mamy do czynienia ze wzrostem liczby sprzedawanych sztuk, niekoniecznie przekłada się to na wartość sprzedawanej odzieży i obuwia.

Wyniki badania PMR przeprowadzonego wśród firm obecnych na rynku odzieży i obuwia w Polsce pokazują, że choć ogólna sytuacja w branży jest trudna, to 13% badanych nie było w stanie wymienić żadnej konkretnej bariery utrudniającej prowadzenie działalności gospodarczej na rynku odzieżowym lub obuwniczym.

Odpowiedzi respondentów biorących udział w badaniu zdają się nie pozostawiać złudzeń co do faktu, że sytuacja na rynku odzieżowym i obuwniczym jest coraz trudniejsza. Wymusza to na firmach elastyczność i szybkie reagowanie na zmiany.

Struktura odpowiedzi różni się wyraźnie w porównaniu do tej uzyskanej w ubiegłorocznej edycji badania. Wtedy najwięcej osób zwracało uwagę na małą liczbę klientów, a także ich zubożenie (43%). Co trzeci badany (31%) wskazywał na wysokie koszty wynajmu powierzchni handlowych.

Tegoroczne badanie pokazuje, że w opinii co trzeciego respondenta (33%) głównym utrudnieniem w prowadzeniu działalności zaczyna być wysoki poziom konkurencji, skupionej przede wszystkim na walce cenowej (w ubiegłym roku bariera numer trzy).

Badani wskazują także na wysokie koszty wynajmu powierzchni handlowej w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach (22%) oraz związane z tym trudności w wynajmowaniu najbardziej atrakcyjnych powierzchni w samych centrach, galeriach handlowych (10%). W opinii wielu respondentów właściciele centrów handlowych wykorzystują sytuację i starają się zawierać niekorzystne z punktu widzenia detalistów długoterminowe umowy, które nie podlegają negocjacji w okresie spadku sprzedaży.

Trudna sytuacja w branży wynika bezpośrednio z mniejszej liczby klientów. Respondenci wskazują albo na mniejszą niż dotychczas liczbę konsumentów (14%) albo na zubożenie polskiego klienta, który dysponuje mniejszymi środkami na zakupy odzieżowe czy obuwnicze.

Coraz lepsze wskaźniki makroekonomiczne prognozowane na następne dwa lata 2014-2015 powinny przełożyć się na dobre nastroje konsumenckie i większą skłonność do zakupów odzieży i obuwia, a tym samym wyższą dynamikę sprzedaży.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2013. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2013-2015”.

W kwietniu 2013 roku dział badań firmy PMR przeprowadził badanie wśród kadry kierowniczej ponad 160 sieci odzieżowych i obuwniczych w Polsce. Była to już szósta edycja tego badania. Badanie zrealizowano techniką wywiadu telefonicznego CATI. Zostało przeprowadzonych 67 pełnowartościowych wywiadów (55 wywiadów z firmami odzieżowymi i 12 wywiadów z firmami obuwniczymi), co oznacza, że osiągnięto realizację próby na poziomie 42%. W badaniu uczestniczyło 67% firm, które są jednocześnie producentami i detalistami, pozostałą część stanowili detaliści.

Rekuperacja coraz popularniejsza w Polsce

Polska to kraj, gdzie zgodnie z wieloletnią tradycją powstające obiekty mieszkaniowe, z racji klimatu, posiadają wodne systemy ogrzewania oparte o jednostkę centralną, wentylację wykorzystującą naturalny przepływ powietrza, zaś klimatyzacja – jeśli w ogóle występuje – stanowi najczęściej pojedyncze urządzenie typu split.

Według najnowszego raportu firmy badawczej PMR zatytułowanego „Rynek HVAC w Polsce 2013 − Prognozy rozwoju na lata 2013-2015”, wartość rynku urządzeń HVAC (czyli ogrzewania, wentylacji i klimatyzacji) oscyluje wokół 6,2 mld zł. Nowoczesne rozwiązania technologiczne wzbudzają coraz większe zainteresowanie wśród potencjalnych nabywców, co znajduje odzwierciedlenie w rosnącym popycie na urządzenia tego typu. O ile klimatyzacja nadal stanowi w jednostkach mieszkalnych raczej wyjątek, to wyraźne jest coraz większe zainteresowanie nowoczesnymi systemami wentylacyjnymi.

Tradycyjnie stosowana wentylacja naturalna, opierająca się o grawitacyjny przepływ powietrza poprzez nieszczelności przegród, nadal stanowi kluczowy typ instalacji doprowadzającej powietrze, jednak coraz więcej klientów decyduje się na mechaniczne wspomaganie tego procesu. Podczas badania przeprowadzonego na potrzeby przygotowanego przez PMR raportu o rynku HVAC w Polsce, firmy instalacyjne oszacowały, że ok. dwa-trzy domy jednorodzinne na 10 budowanych posiadają systemy wentylacji inne niż grawitacyjne. Właściciele domów jednorodzinnych stanowią jednocześnie główną grupę docelową, do której trafia najwięcej rekuperatorów, tj. ok. 85% wszystkich urządzeń przeznaczanych na segment mieszkaniowy.

Zadaniem tego typu urządzenia jest wtłoczenie świeżego oraz usunięcie zużytego powietrza z obiektu, przy jednoczesnym zatrzymaniu w nim maksymalnej ilości ciepła. Dodatkowe zalety płynące z czystego powietrza, a więc zmniejszona ilość roztoczy, kurzu i alergenów w domu, jak również ograniczenie możliwości rozwoju pleśni są istotne dla komfortu klientów, jednak to przede wszystkim oszczędności stanowią o konkurencyjnej przewadze wentylacji mechanicznej nad grawitacyjną.

Szacunkowo, przez wentylację grawitacyjną z lokalu mieszkalnego ucieka ok. 35% ciepła. Jest to zmienna, którą nietrudno przeliczyć na złotówki i która najbardziej przemawia do potencjalnych użytkowników. Uzyskanie fachowej porady odnośnie instalowanych systemów nie nastręcza wielu trudności. Sporo informacji umieszczanych jest w Internecie, gdzie producenci próbują w miarę przystępnie przekazać dane technologiczne. Nie należy także zapominać o kluczowej roli firm instalacyjnych, które z racji wykonywanych robót posiadają znaczną wiedzę fachową.

Firmy te niejednokrotnie oferują kompleksowe podejście do tematu. Czynny udział w zaprojektowaniu instalacji, jej wykonawstwie, jak również doradztwie określonego typu i marki urządzenia deklarują średnio cztery na 10 firm instalacyjnych. W ogólnym rozrachunku zaledwie jedna na trzy firmy nie ingeruje w końcowy wybór klienta. Informacja taka jest zapewne przesłanką, która sprawia, że producenci chętnie organizują szkolenia dla firm wykonawczych z zakresu oferowanych przez siebie produktów. Kampanie reklamowe skierowane do indywidualnych klientów są raczej bezcelowe, zaś pozyskanie zaufania grupy instalatorów owocować może wzmożoną sprzedażą w przyszłości. Obecnie do najbardziej znanych wśród wykonawców firm zaliczyć możemy VTS, PRO-Vent oraz firmę Bartosz, których rozpoznawalność na rynku jest największa.

Ceny rekuperatorów w latach 2011-2012 zanotowały znaczny wzrost, co jest jednak przede wszystkim efektem zwyżek kosztów materiałowych, jakie miały miejsce w tym okresie (stal). Obecnie cena samego rekuperatora w stosunku do nakładów poniesionych na całość systemu (rozprowadzenie, izolacje etc.) kształtuje się na poziomie ok. 20-25%, w zależności od parametrów. Jest to więc niewielki wydatek w stosunku do całkowitego kosztu instalacji, jednak ma kluczowe znaczenie dla sprawności całego układu. Rynek rekuperacji jest dość młody, dlatego należy się spodziewać, że producentom nie będzie zależało na windowaniu cen. Dodatkowo, ewentualne zwyżki zostały zamrożone przez niepewną sytuację budownictwa mieszkaniowego, które obecnie dość mocno hamuje, jak również przez ograniczenie wydatków przez konsumentów. Mimo to rynek wentylacji rośnie aktualnie w tempie ok. 4% rocznie.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek HVAC w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2015”.

Cyberprzestępczość na 3. miejscu wśród globalnych zagrożeń dla biznesu

W ciągu roku cyberprzestępczość awansowała z dwunastego na trzecie miejsce wśród zagrożeń, które mają negatywny wpływ na globalny biznes. W związku z tym na całym świecie wydawane są coraz większe pieniądze, aby zapewnić odpowiednią ochronę systemom teleinformatycznym. Według firmy Gartner w 2016 r. będzie to już 86 mld dolarów. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte cyberprzestępczość należy traktować jako zjawisko zagrażające gospodarce, niszczące innowacje, a nawet negatywnie wpływające na wysokość PKB.

Według raportu firmy Lloyd’s „Risk Index 2013” przedsiębiorcy na całym świecie bardziej niż cyberprzestępczości obawiają się jedynie wysokich podatków i utraty klientów. Jest to dla nich groźniejsze zjawisko niż chociażby inflacja, zbyt rygorystyczne regulacje prawne czy rosnące ceny materiałów produkcyjnych. Skąd taki wzrost? „Ten swoisty awans to efekt nagłośnienia wielu groźnych ataków w sieci, których dopuścili się przestępcy wobec największych i najbardziej liczących się organizacji na świecie. W tej chwili mogą one dotknąć każdego, bez względu na wielkość czy lokalizację danej firmy. Stąd ten problem na dobre wpisał się w porządek obrad ich zarządów” – tłumaczy Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Jak się okazuje najbardziej świadomi tego niebezpieczeństwa są przedsiębiorcy z Ameryki Północnej, którzy umieścili ryzyko związane z cyberatakami na drugim miejscu swojej listy priorytetów biznesowych. W Ameryce Łacińskiej znalazło się ono na miejscu czwartym, w Europie na szóstym, a w regionie Azji i Pacyfiku na ósmym. Jak bardzo zmieniła się sytuacja najlepiej pokazuje fakt, że jeszcze w 2011 r. USA były jedynym krajem, gdzie ryzyko związane z obecnością w sieci mieściło się na liście Top 5 priorytetów tamtejszych firm.

Przedsiębiorcy co prawda deklarują gotowość do walki z cyberprzestępcami, ale media niemal każdego dnia informują o udanych atakach hakerów na największe i najbardziej znane firmy na świecie. Nic więc dziwnego, że coraz większe pieniądze są wydawane na systemy ochrony danych. Według firmy analitycznej Gartner w ubiegłym roku na ten cel zostało przeznaczone na całym świecie 60 mld dolarów, a za trzy lata będzie to już o 26 mld więcej. Coraz większe są też straty firm, które doświadczają cyberataków. Jak pokazało opracowanie Ponemon Institute (przywoływane w swoim raporcie przez firmę Lloyd’s), który przebadał 56 organizacji – średnie roczne straty z tego tytułu wyniosły 8,9 mln dolarów. Rekordzistę cyberatak kosztował aż 46 mln dolarów. Z roku na rok te koszty są coraz większe.

Dlatego przedsiębiorcy coraz częściej mówią też o wpływie cyberprzestępczości na całą gospodarkę. „Działalność cyberprzestępców przekłada się na gospodarkę, zarówno w skali mikro, jak i makro. Tylko z tytułu kradzieży własności intelektualnej amerykańskie firmy tracą rocznie 250 mld dolarów. W związku z tym, że coraz większe pieniądze muszą być przeznaczane na zapewnienie bezpieczeństwa danych, to mniej tworzy się chociażby nowych miejsc pracy czy inwestuje w rozwój innowacyjności, a to ma już swoje realne przełożenie na wzrost PKB” – tłumaczy Piotr Szeptyński, Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Stąd pojawiają się coraz liczniejsze głosy o potrzebie włączenia się decydentów w walkę z atakami w sieci i holistycznego podejścia do tego problemu. Zdaniem ekspertów Deloitte regulacje, jak choćby przyjęta 4 lipca br. przez Parlament Europejski propozycja nowej dyrektywy, mającej pomóc w zwalczaniu cyberprzestępczości, są godną zauważenia, choć niewystarczającą inicjatywą. Dostrzegalny jest brak spójności pomiędzy podejmowanymi na tym polu staraniami.

„To powinny być kompleksowe działania, obejmujące zarówno regulacje prawne, jak i uszczelnienie systemów bezpieczeństwa w każdej organizacji połączone z działaniami edukacyjnymi. Niemal wszystkie badania wskazują na to, że to człowiek i jego błędy są najpoważniejszą przyczyną przypadków naruszenia danych. Dlatego edukacja powinna dotyczyć każdego pracownika, począwszy od tych szeregowych, kończąc na zarządzie, przy czym dobry przykład powinien iść z samej góry” – podsumowują eksperci Deloitte.